Świat jest pełen chętnych suk - Jacek Piekara

Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? BY Jacek PiekaraCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2006
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-341-8
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Piotr Cieśliński
GRAFIKA NA OKŁADCE Bartłomiej Gaweł
ILUSTRACJE Jarosław Musiał
REDAKCJA Karolina Wiśniewska
KOREKTA Jolanta Aleksandrowicz, Barbara Caban
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Zielone pola Avalonu
Deidre nie mogła nastawiać budzika, bo jego sygnał z całą pewnością obudziłby Reginalda. Ale lata praktyki spowodowały, iż była czujna jak ptak. Punktualnie o piątej otwierała oczy i przeżywała chwilę satysfakcji, wpatrując się w połyskujące seledynowo w ciemnościach wskazówki zegara. Mała stała na piątce, duża już pochylała się w stronę dwunastki i tylko włos dzielił ją, aby ulokować się pomiędzy jedynką a dwójką. Deidre wsłuchała się w głośne sapanie śpiącego Reginalda, a następnie ostrożnie odgarnęła kołdrę. Mąż ruszył się niespokojnie, więc zamarła na moment. Potem opuściła cichutko bose stopy na podłogę i podniosła się z łóżka. Przemknęła jak duch przez sypialnię i bardzo, bardzo ostrożnie uchyliła drzwi. I równie ostrożnie zamknęła je za sobą. Teraz mogła zachowywać się dużo swobodniej. Drzwi i ściany sypialni zostały niegdyś przebudowane i wypełnione specjalną, dźwiękoszczelną watą. I nie było zza nich słychać ani szumu wody, ani nawet grającego radioodbiornika lub telewizora. Może dlatego Reggie tylko w sypialni przeprowadzał z nią naprawdę POWAŻNE rozmowy.
- Będę musiał z tobą naprawdę POWAŻNIE porozmawiać, Di - mówił, a jego ciemne oczy spoglądały na nią jak martwe.
Nienawidziła, kiedy ktokolwiek nazywał ją Di, a Reginald mówił tak zawsze. Tylko raz zwróciła mu uwagę, na samym początku małżeństwa. Tylko raz, bo potem bardzo skutecznie przekonał ją, iż w tym domu jedynie on jest od zwracania uwagi.
Była piąta i Deidre miała dwie godziny na przygotowanie wszystkiego, co trzeba. Zeszła na dół do lśniącej czystością kuchni i włączyła telewizor. Wyjęła paczkę tostów, jajka, dżem i sprawdziła, czy w automacie znajduje się wystarczająca ilość ziaren kawy. Pamiętała ten poranek, gdy zapomniała sprawdzić, czy w pojemniku jest kawa. Automat zasyczał, wypluł z siebie pół kubka ciemnej, gorącej cieczy, a potem umilkł. Nerwowo raz i drugi wdusiła przycisk, czując cały czas na sobie wzrok Reggiego. Wiedziała, że przestał jeść i wpatruje się w jej plecy.
- Jakieś kłopoty, kochanie? - zapytał.
- Nie - odparła chyba nieco za głośno i zajrzała do pojemnika.
Zamarła, kiedy zobaczyła, że nie ma w nim ani jednego ziarenka. Co gorsza - kawy nie było również w szafce. A przecież powinna tam stać! Brązowa paczka ze złotym napisem. Potrąciła pudełko z płatkami śniadaniowymi, ale w ostatniej chwili udało jej się je złapać. Tylko dwa złote cornfleksy wypadły i sfrunęły na podłogę. Pochyliła się, by je podnieść.
- Gdzie jest moja kawa, Di? - usłyszała.
Zebrała kukurydziane okruchy z podłogi i włożyła z powrotem do otwartego pudełka. Nie powinna tego robić, jednak zdała sobie sprawę z błędu dopiero, gdy je tam wrzucała. Poczuła szarpnięcie za ramię. Kiedy Reggie wstał z krzesła? - zdążyła tylko pomyśleć.
- Myślisz, że będę jadł to gówno, kobieto? - Trzymał ją palcami twardymi jak obcęgi. - Myślisz, że będę jadł płatki z tym całym syfem z podłogi?
Wziął pudełko i sypnął Deidre płatkami w twarz. Potem zanurzył prawą dłoń, nabrał garść, skruszył w palcach i zaczął wcierać w jej twarz i usta. Szarpnęła się, a on puścił ją zaskakująco szybko.
- Posprzątaj tu, flejo - powiedział z obojętnym niesmakiem i wtarł kilka okruchów podeszwą buta w podłogę.
Myślała, że wtedy wszystko się skończy. Nadspodziewanie dobrze, jak na stopień jej winy. Ale Reggie zapomniał o kawie tylko na moment. Zobaczył napełniony do połowy kubek i odwrócił się w stronę Deidre niczym atakujący wąż. Jego oczy były puste i martwe.
- Jestem dobrym mężem, prawda Di? - spytał, przeciągając samogłoski. - Mam pracę, przynoszę do domu pensję, nie wychodzę wieczorami, czyż nie? Opiekuję się tobą i dbam o ciebie. A czy chcę w zamian tak dużo?
Znowu poczuła, jak na ramieniu zaciskają się jego palce. Wiedziała już, że co najmniej przez tydzień będzie miała siniaki.
- Chcę tylko dostać śniadanie - ciągnął. - Dobre, domowe śniadanie z kawą. I co? - wrzasnął prosto w jej twarz. - I dostaję to! - Chwycił kubek z szafki, gorący płyn prysnął mu na palce i na dekolt Deidre. - Resztkę marnych szczyn!
Chwycił Deidre za brodę i jednym ruchem rzucił na blat szafki. Nogami unieruchomił jej nogi. Wisiał nad nią, potężny, ciemnowłosy i pachnący Old Spicem.
- Sama to sobie pij! - Nacisnął palcami jej szczęki, tak że musiała je rozewrzeć, i wlał pół kubka kawy w jej usta.
Ból ją ogłuszył. Wrzątek poparzył wargi, język, podniebienie i gardło. Nie mogła krzyczeć, bo się dławiła, a poza tym cały czas szczęki miała unieruchomione w potężnym uścisku palców Reggiego. W końcu pchnął ją na podłogę; upadła, łkając. Podszedł do stołu i zrzucił na podłogę i na nią samą wszystko, co przygotowała. Jajka na bekonie i tosty, zimny sok pomarańczowy ze świeżo wyciśniętych owoców i serdelki z musztardą. Potem zrozumiała, że Reginald zastanawia się, co robić dalej, i wiedziała, że musi wykorzystać ten moment. Gdyż w innym wypadku będzie z nią naprawdę źle. Obróciła się, podpierając łokciem.
- Spóźnisz się do pracy, kochanie - powiedziała, łzy ciekły jej po policzkach, tak bardzo bolało ją samo mówienie. - Już prawie ósma.
Spojrzał na nią, a w jego oczach coś błysnęło. Jakby zadziałał wewnętrzny flesz. Nie były już czarne i martwe.
- No właśnie - powiedział z żalem w głosie. - A tu taki bałagan. Zrobisz mi drugie śniadanie, aniołku?
- Oczywiście, kochanie - wstała. - I zaraz się zabiorę za sprzątanie.
- Moja mała gospodyni. - Klepnął ją czule w tyłek i wyszedł z kuchni.
Zrobiła mu drugie śniadanie. Kanapki z salami, kanapki z tuńczykiem i sałatkę owocową w plastikowym pojemniku. Włożył wszystko do teczki i podziękował roztargnionym uśmiechem, a ona miała czas i odwagę, by zacząć płakać, dopiero kiedy usłyszała trzaśnięcie drzwi.
Tak więc od tamtej chwili dbała już, aby kawa z całą pewnością znajdowała się w pojemniku. Nie mogło też zabraknąć mleka, dżemu morelowego (tylko takiego, w którym były duże kawałki owoców), tostów, boczku, jajek, soku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy i serdelków z indyka. Od czasu do czasu Reginald lubił też zamaczać tost w syropie klonowym, ale zdarzało się to rzadko, bo dbał o linię. Na szczęście nie było tych produktów na tyle dużo, by Deidre miała kłopoty z zapamiętaniem, co kupić i co rano przygotować. Gorzej, że Reginald miał swoje upodobania. Jajka nie mogły gotować się dłużej niż trzy minuty, a serdelki musiały być podgrzane, ale nie na tyle, by parzyły w palce, gdy zdejmował z nich skórkę.
- Może ja ci obiorę parówki, kochanie? - zaproponowała kiedyś.
- Przecież nie będziesz mi usługiwać jak dziecku - obruszył się natychmiast.
Z kolei sok pomarańczowy miał być chłodny, ale nie na tyle zimny, by utracić aromat, a boczek przyrumieniony, ale broń Boże przypieczony lub zwęglony na brzegach. Zwęglony boczek kosztował Deidre wytłuczoną jedynkę i wizytę u doktora Milesa, który dobrotliwie narzekał, jak tak piękna kobieta z tak zdrowymi zębami mogła dopuścić do tego, by tak nieostrożnie jeść brzoskwinię.
- Pestki to straszna sprawa, moja droga - mówił, opiłowując jej resztkę zęba i szykując miejsce pod koronkę. - Żebyś ty widziała, ilu siedziało tu ludzi, którzy myśleli, że ich zęby są twardsze od pestek!
Gdy wróciła do domu, Reggie spojrzał tylko na nią zza gazety.
- Miło widzieć znowu twój piękny uśmiech - powiedział uprzejmie i rozlał do kieliszków białe wino.
Przygotował nawet półmisek owoców morza i dopilnował, aby zjadła wszystko, co nałożył jej na talerz. Zapalił świece w mosiężnym świeczniku (plama rdzy na nim kosztowała kiedyś Deidre siniaka pod okiem), a potem długo kochał się z nią na sofie. Patrzyła w śnieżnobiały sufit i myślała o tym, że gdy skończy już nad nią sapać i dyszeć, będzie mogła pójść do kuchni i pozmywać naczynia. Ale jednocześnie była mu wdzięczna, że stara się jej sprawiać przyjemność, więc w odpowiednim czasie głośno krzyknęła i, tak jak lubił, przeorała mu plecy paznokciami.
Reggie wstawał o siódmej rano, ale zrobienie śniadania nie było jedynym obowiązkiem Deidre. Musiała zadbać, by ręczniki były suche, świeże i pachnące, a do wanny lała się właśnie ciepła woda. I żeby nie było jej ani za dużo, ani za mało, tak by punktualnie o siódmej dziesięć Reginald mógł położyć się w wannie i aby woda sięgnęła mu obojczyków, ale nie wylała się na posadzkę. No i żeby nie była ani za zimna, ani za gorąca.
- Chłodna kąpiel psuje mi humor na cały dzień - wyznał jej niegdyś i miała okazję sprawdzić, jak bardzo zły jest to humor, kiedy POWAŻNIE porozmawiał z nią za wygłuszonymi ścianami sypialni.
Poza tym Reggie lubił czytać przy śniadaniu, więc na stole musiała leżeć dzisiejsza gazeta. A w garderobie wyprasowana koszula. Dobrze wyprasowana - jak zaznaczał. Resztę ubioru dobierał sobie sam i czasami w Deidre budziło się coś na kształt macierzyńskiego rozczulenia, gdy miał kłopoty z doborem krawata i patrzył na nią tym wilgotnym, włoskim wzrokiem, mówiąc: "Kochanie, chyba tylko ty mi możesz pomóc".
Czas do ósmej, do wyjścia męża, był dla Deidre nieustannym zmaganiem się z rzeczami i własną pamięcią. I nieustannym niepokojem, czy wszystko jest jak trzeba. Kiedyś wypatrzył w holu plamę błota, której nie usunęła, zabierając sprzed drzwi gazetę.
- Wiesz, Di - powiedział, dotykając przelotnie jej ramienia. Z trudem pohamowała się, by nie uskoczyć, to by go na pewno rozsierdziło. - Może powinienem zatrudnić sprzątaczkę? Pomogłaby ci trochę...
Zastanawiała się później nad tym, czy w ogóle choćby przez chwilę pomyślał serio o tej propozycji. Sądziła jednak, że to były jedynie nic nieznaczące słowa. Jak mógłby wpuścić do domu kogoś obcego? On, który nigdy nie zapraszał gości, a każda wizyta elektryka, hydraulika, czy innego fachowca (przecież w domu zdarzały się, jak wszędzie, awarie) była śledzona przez niego z najwyższą podejrzliwością. Raz na zawsze zabronił również wpuszczania domokrążców i akwizytorów, co zresztą wydawało się Deidre słuszne, zważywszy na to, ile w telewizji mówiono o napadach i kradzieżach. Nie wyobrażała sobie jednak w domu obcej kobiety. Kobiety, nieznającej przyzwyczajeń Reggiego, niewiedzącej, że story w salonie mają być zawsze zaciągnięte, a na kolekcji porcelanowych i gipsowych słoników nie ma prawa znaleźć się nawet jeden pyłek kurzu. Te słonie, począwszy od maleńkich jak paznokieć, aż do olbrzymów z dumnie zadartymi trąbami, doprowadzały początkowo Deidre do szału. Ale potem przyzwyczaiła się do nich tak jak do wszystkiego. Do tego, by codziennie dokładnie wycierać je szmatką nasączoną antystatycznym płynem i uważać, aby po wytarciu stały dokładnie w tej samej pozycji jak poprzednio. Reggie nie znosił, gdy jego rzeczy były przekładane, a słonie z kolekcji ułożył w sobie tylko wiadomej, ale świetnie rozpoznawanej konfiguracji.
Ten dzień miał jednak być inny od poprzednich. Reginald wstał w dobrym humorze, schodząc do kuchni, uszczypnął Deidre czule w pierś, uśmiechając się przy tym łobuzersko. Lubił, jak od samego rana jest zadbana i przygotowana do dnia. O siódmej rano musiała mieć staranny makijaż i pomalowane paznokcie, a nie było tak łatwo uważać na lakier, kiedy miało się tyle domowych obowiązków. Dopuszczał, co prawda, by ubierała się w biały frotowy szlafrok (sam go jej kupił na urodziny), ale znacznie bardziej wolał ją w którejś z jasnych, wydekoltowanych sukienek. Miała ich całą kolekcję. Krótkich, niesięgających kolan i obcisłych na tyłku. Wiedziała, że Reggiemu podobają się jej zgrabne nogi (kiedy go nie było, lubiła przeglądać się w lustrze i doskonale zdawała sobie sprawę, że ma wyjątkowo ładne łydki oraz uda) i duży biust wypychający materiał sukienki. Nie lubił, gdy nosiła staniki, chyba że wieczorem zakładała czerwony lub czarny z delikatnej koronki.
- Lubię, jak ci tak sterczą - mawiał, kiedy był w dobrym humorze i szczypał ją w sutki, a ona uśmiechała się, bo choć ją bolało, to wiedziała, że jest to oznaka czułości.
Jednak tego dnia Reginaldowi humor popsuł się dość szybko. O wpół do ósmej rano zadzwonił telefon i mąż Deidre stał w przedpokoju z zasępioną miną i mówił tylko:
- Tak, panie prezesie. Oczywiście, panie prezesie. Nie ma żadnego kłopotu, panie prezesie.
Ale gdy odłożył słuchawkę, miał zaciętą twarz i znowu te martwe, czarne oczy bez wyrazu.
- Ten kutas wysyła mnie na tydzień w delegację - powiedział i uderzył słuchawką w aparat tak, że w środku aż coś jęknęło. - Zachorował gość z mojego działu i wysyłają mnie.
Odwrócił się i Deidre widziała, że drżą mu dłonie. Stał w przedpokoju, ubrany tylko w biały podkoszulek i białe bokserki, a Deidre wiedziała, że przebywa teraz gdzieś daleko we własnym świecie. Jego oczy ciemniały i mętniały coraz bardziej.
- Dokąd jedziesz, kochanie? - zapytała najspokojniejszym tonem, na jaki tylko mogła się zdobyć.
Mogła nie pytać. Ale przecież wtedy Reggie podszedłby do niej tym swoim wolnym, kołyszącym krokiem i wziął ją pod brodę.
- Nie interesuje cię, dokąd wysyłają męża? - zapytałby z głuszoną wściekłością w głosie. - Nie ma dla ciebie różnicy, czy to jest Nowy Jork (tu padłby pierwszy cios), Pernambuco, czy Laponia?!
Geograficznym nazwom towarzyszyłyby następne uderzenia, a kiedy Deidre już upadłaby na podłogę, pochyliłby się nad nią i podniósł szarpnięciem.
- Musimy POWAŻNIE porozmawiać o twoim stosunku do małżeństwa - powiedziałby.
Dlatego też wolała spytać. W jego oczach znowu błysnęło coś jak wewnętrzny flesz i Deidre odetchnęła z ulgą. Zacisnęła pięści, by nie pokazać, że drżą jej palce.
- Do Londynu - powiedział z żalem. - Osiem godzin w pieprzonym samolocie, w którym nie można nawet zapalić.
Podrapał się za uchem i przeszedł do kuchni. Usiadł przy stole i pogrzebał widelcem w jajkach, które zdążyły pokryć się już szklistym nalotem. Deidre zamarła, ale wzięła się w garść i weszła odważnie do kuchni.
- Usmażyć ci następne, kochanie? - zapytała. - Przez ten telefon wszystko wystygło.
- Nie - mruknął. - Dziękuję. - Podniósł na nią wzrok. - Jesteś taka kochana, Di. Co ja bym bez ciebie zrobił?
Wstał i przytulił ją mocno do piersi, a potem pocałował w kark.
- Ślicznie pachniesz - powiedział. - A co byś powiedziała na małe, pożegnalne rżniątko, hm? W końcu nie będziesz tego mieć przez cały tydzień!
- Jasne, Reggie - odparła i wsunęła dłoń w jego bokserki. - Sama nie wiem, jak dam radę tyle bez ciebie wytrzymać.
Obrócił ją, tak że prawie położyła się na stole. Wyciągnął jej piersi zza sukienki i wszedł mocno od tyłu. Naczynia szczękały, kiedy stół poruszał się pod wpływem jego pchnięć. Deidre patrzyła na kawę w żółtym kubku, która kołysała się jak powierzchnia wzburzonego morza, i miała nadzieję, że napój nie zaleje białego obrusa, gdyż z doświadczenia wiedziała, że plamy po kawie bardzo ciężko jest wywabić.