Rozdział 1
Tydzień później
- Przez nich wychodzimy na głupców.
Prezydent Stanów Zjednoczonych omiatał gniewnym spojrzeniem Gabinet Owalny i wbijał wzrok w mężczyzn stojących niemal na baczność. Popołudnie było ciepłe i słoneczne, lecz w pomieszczeniu wyczuwało się napięcie tak duże, że wszyscy mieli wrażenie, jakby przetaczała się przez nie prywatna burza prezydenta.
- Jak doszło do tak opłakanego stanu rzeczy?
- Chińczycy wyprzedzają nas o cztery lata - powiedział Christopher Hendricks, nowo mianowany sekretarz obrony. - Zaczęli budować reaktory atomowe, żeby uniezależnić się od ropy i węgla, ale dopiero teraz okazało się, że kontrolują także dziewięćdziesiąt sześć procent światowego wydobycia metali ziem rzadkich.
- Ziem rzadkich! - zagrzmiał prezydent. - A co to takiego, do cholery, te ziemie rzadkie?
Generał Marshall, szef sztabu z Pentagonu, przestępował z nogi na nogę, najwyraźniej bardzo zmieszany.
- To minerały, które...
- Z całym szacunkiem, panie generale - wszedł mu w słowo Hendricks - ziemie rzadkie to źródło cennych pierwiastków.
Mike Holmes, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego, odwrócił się do Hendricksa.
- Co za różnica i kogo to może obchodzić?
- Każdy z tlenków metali ziem rzadkich charakteryzuje się szczególnymi właściwościami - powiedział Hendricks. - Metale ziem rzadkich mają zasadnicze znaczenie dla nowych technologii, wykorzystywane są do produkcji samochodów o napędzie elektrycznym, telefonów komórkowych, turbin wiatrowych, laserów, nadprzewodników, potężnych magnesów i, co zapewne jest najważniejsze dla wielu z panów obecnych w tym pokoju, a zwłaszcza dla pana, generale, wyposażenia armii we wszystkich dziedzinach żywotnych dla naszego bezpieczeństwa: elektronice, optyce i magnetyzmie. Weźmy na przykład bezzałogowy samolot Predator lub inny rodzaj uzbrojenia nowej generacji, zapewniający niesłychaną precyzję, jak laserowe celowniki czy sieć satelitów komunikacyjnych. Wszystkie zależą od metali ziem rzadkich, które importujemy z Chin.
- Dlaczego w takim razie nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, do cholery? - ciskał się Holmes.
Prezydent zgarnął z biurka kilka dokumentów i trzymał je niczym rozłożoną talię kart.
- Mamy tu dowód A. Sześć notatek służbowych z datami z ostatnich dwudziestu trzech miesięcy od Chrisa do pańskiego personelu, generale, w których Chris pisze o tym samym, co nam teraz powiedział. - Prezydent wyciągnął jedną z kartek i odczytał jej treść na głos: - "Czy ktokolwiek w Pentagonie jest świadomy, że potrzeba dwóch ton tlenków metali ziem rzadkich do zbudowania tylko jednego wiatraka produkującego energię elektryczną, a turbiny wiatrowe, których używamy, są importowane z Chin?". - Spojrzał pytająco na generała Marshalla.
- Nigdy nie widziałem tych dokumentów - odpowiedział szef sztabu drewnianym głosem. - Nie miałem pojęcia...
- Zapewne jednak ktoś z pańskich ludzi je widział - przerwał mu prezydent. - Co oznacza, panie generale, że pańskie kanały komunikacyjne są do dupy. - Prezydent bardzo rzadko używał wulgaryzmów, dlatego zapanowało milczenie wywołane szokiem. - W najgorszym przypadku - mówił dalej prezydent - mamy tu do czynienia z rażącym zaniedbaniem.
- Rażące zaniedbanie? - Generał zamrugał. - Nie rozumiem.
Prezydent westchnął.
- Wyjaśnij mu to, Chris.
- Nie dalej jak pięć dni temu Chińczycy zapowiedzieli, że w przyszłym roku ograniczą eksport metali ziem rzadkich o siedemdziesiąt procent. Magazynują je na własny użytek, o czym przewidująco napisałem w mojej drugiej notatce do Pentagonu sprzed trzynastu miesięcy.
- Ponieważ nie podjęto żadnych działań - odezwał się prezydent - mamy teraz przejebane.
- Pociski samosterujące dalekiego zasięgu Tomahawk, pocisk XM982 Excalibur z systemem naprowadzania, o zwiększonym zasięgu i celności, GBU-28 Bunker Buster, wyspecjalizowana bomba do niszczenia bunkrów - wyliczał na palcach Hendricks - światłowody, noktowizory, wielozadaniowy zintegrowany wykrywacz substancji chemicznych MICAD, wykorzystywany do wykrywania skażenia chemicznego, superczułe kryształy Saint-Gobain do wykrywania promieniowania, przetworniki w sonarach i radarach... - Przekrzywił głowę. - Mam wymieniać dalej?
Generał wpatrywał się w niego gniewnie, ale całkiem rozsądnie zatrzymał jadowite uwagi dla siebie.
- No właśnie. - Prezydent zabębnił palcami po biurku. - Jak wydostać się z tego szamba? - Nie oczekiwał odpowiedzi. Nacisnął guzik interkomu i rzucił: - Przyślij go.
Chwilę później niski, krągły i łysiejący mężczyzna wszedł energicznie do Gabinetu Owalnego. Jeśli nawet poczuł się onieśmielony aurą władzy panującą w tym pokoju, nie dał nic po sobie poznać. Zamiast tego skłonił lekko głowę w sposób przypominający pozdrowienie kierowane do jakiegoś europejskiego monarchy.
- Dzień dobry, panie prezydencie, Christopherze. Prezydent się uśmiechnął.
- Ten dżentelmen, panowie, to Roy FitzWilliams. Odpowiada za Indigo Ridge. Czy ktoś z was poza Chrisem słyszał o Indigo Ridge? Tak myślałem. - Pokiwał głową.
- Gdybyś zechciał to wyjaśnić, Fitz...
- Oczywiście, panie prezydencie - podjął skwapliwie FitzWilliams. - W roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym Unocal kupiło Indigo Ridge, obszar w Kalifornii z największymi po chińskich złożami ziem rzadkich. Petrochemiczny gigant zamierzał eksploatować te złoża, ale z tych czy innych powodów nigdy do tego nie doszło. W roku dwa tysiące piątym pewna chińska firma chciała przejąć Unocal, ale transakcję zablokował Kongres, tłumacząc to względami bezpieczeństwa narodowego. - Odchrząknął. - Nie chodziło jednak o ziemie rzadkie, o których zapewne w Kongresie nigdy nie słyszano, podobnie jak o Indigo Ridge. Po prostu obawiano się, by Chińczycy nie położyli łapy na przetwórstwie ropy naftowej.
- Zatem - wtrącił prezydent - jedynie opatrzności bożej zawdzięczamy to, że kontrola nad Indigo Ridge pozostała w naszych rękach.
- Co prowadzi nas do czasów obecnych - powiedział Fitz. - Dzięki pańskim staraniom, panie prezydencie, i pana Hendricksa, utworzyliśmy spółkę o nazwie NeoDyme. Jednak produkcja metali ziem rzadkich wymaga tak wysokich nakładów, że jutro NeoDyme wchodzi na giełdę z ogromną pierwszą ofertą publiczną. Część z tego, co panom powiedziałem, nie jest oczywiście tajemnicą. Zainteresowanie ziemiami rzadkimi bardzo wzrosło po oświadczeniu wydanym przez Chińczyków. Nie zasypialiśmy gruszek w popiele przy NeoDyme, omówiliśmy ofertę z czołowymi analitykami giełdowymi i mamy nadzieję, że będą rekomendowali nasze akcje swoim klientom. NeoDyme nie tylko rozpocznie wydobycie, co powinno być robione od dziesięcioleci, ale także zapewni bezpieczeństwo naszemu krajowi. - Wyciągnął jakąś notatkę. - Do dzisiaj zidentyfikowaliśmy w Indigo Ridge trzynaście różnych pierwiastków ziem rzadkich, w tym szczególnie cenne metale przejściowe. Czy mam je wyliczyć?
Podniósł wzrok znad kartki.
- Och, nie, może jednak nie. - Ponownie odchrząknął. - W tym tygodniu nasi geolodzy przekazali nam jeszcze lepsze wiadomości. Badania z ostatnich odwiertów wskazują na obecność kilku tak zwanych zielonych pierwiastków ziem rzadkich, mających ogromne znaczenie dla przyszłości, bo nawet kopalnie chińskie nie wydobywają tych metali.
Prezydent poruszył lekko ramionami, co robił zawsze, gdy dochodziło do sedna sprawy.
- W sumie oznacza to, panowie, że NeoDyme stanie się najważniejszą firmą w Ameryce i niewykluczone... a zapewniam, że nie ma w tym przesady... na całym świecie. - Przeszywał spojrzeniem wszystkich obecnych w pokoju. - Nie muszę wspominać, że bezpieczeństwo Indigo Ridge to dla nas priorytet.
Odwrócił się do Hendricksa.
- Dlatego jeszcze dzisiaj powołam do życia ściśle tajną grupę operacyjną o kryptonimie Samarytanin, na której czele stanie Christopher. Będzie komunikował się z wami wszystkimi i żądał od was pomocy, jaką uzna za potrzebną. Macie z nim współpracować pod każdym względem.
Prezydent wstał.
- Chcę, żeby to było jasne jak słońce, panowie. Ponieważ stawką jest bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych... ich przyszłość... nie możemy sobie pozwolić na popełnienie choćby jednego błędu, na jedno przekłamanie, jedną chybioną piłkę. - Jego wzrok pochwycił spojrzenie generała Marshalla. - Nie będę tolerował żadnych wojenek o wpływy, intryg, wzajemnego podkopywania się ani międzyagencyjnej zawiści. Każdy, kto nie udostępni danych wywiadu albo nie da ludzi Samarytaninowi, będzie surowo ukarany. Potraktujcie to jako ostrzeżenie. A teraz żegnam, panowie.
- - -
Boris Iljicz Karpow złamał rękę jednemu mężczyźnie i wbił łokieć w oczodół drugiego. Krew płynęła, głowy zwieszały się bezwładnie. Mocny smród potu i zwierzęcego strachu otaczał obu więźniów. Siedzieli przywiązani do metalowych krzeseł przyśrubowanych do betonowej posadzki. Między nimi był otwarty kanał ściekowy, złowieszczo szeroki.
- Powtórzcie swoje historie - powiedział Karpow. - I to już.
Karpow, nowo powołany szef rosyjskiej tajnej policji FSB-2, utworzonej przez Wiktora Czerkiesowa z brygady antynarkotykowej i konkurencyjnej wobec rosyjskiej FSB, która przejęła obowiązki KGB, robił porządki. Już od wielu lat chciał się tym zająć. Teraz, dzięki umowie zawartej w absolutnej tajemnicy, dostał swoją szansę od Czerkiesowa.
Pochylając się, Karpow spoliczkował obu mężczyzn. Normalna procedura polegała na odizolowaniu podejrzanych, żeby wyłapać niezgodności w ich zeznaniach, ale tym razem odbywało się to inaczej. Karpow znał odpowiedzi. Czerkiesow powiedział mu wszystko, co musiał wiedzieć, nie tylko o czarnych owcach w FSB-2 - o tych, którzy byli opłacani przez poszczególne rodziny mafijne, czyli gruppirowki, albo przez oligarchów przemysłowych, którzy utrzymali się po upadku Kremla - ale również o oficerach próbujących podważyć autorytet Karpowa.
Żaden z więźniów nic nie powiedział, dlatego generał podniósł się i wyszedł z celi. Stał samotnie w piwnicy budynku z żółtej cegły tuż za placem Łubiańskim, gdzie nadal mieściła się siedziba konkurencyjnej FSB, dokładnie tak samo, jak w czasach, gdy rządził tam budzący strach Ławrientij Beria.
Karpow wytrząsnął z paczki papierosa i zapalił. Opierając się o wilgotną ścianę, palił w milczeniu. Pogrążył się w myślach o tym, jak wykorzysta potencjał FSB-2, jak przemieni ją w siłę, która zapewni sobie stałą aprobatę prezydenta Imowa.
Kiedy pet zaczął parzyć mu palce, wyrzucił go, rozgniótł obcasem i ruszył energicznym krokiem do następnej celi, gdzie siedział skorumpowany oficer FSB-2, teraz już złamany. Karpow chwycił go za ramię i zaciągnął do celi, w której wcześniej przesłuchiwał dwóch oficerów. Odgłosy szamotaniny sprawiły, że obaj podnieśli głowy i wpatrywali się w nowo przybyłego więźnia.
Karpow wyciągnął makarowa i strzelił mężczyźnie w tył głowy. Siła strzału była tak duża, że kula przeszła przez czaszkę i wyleciała przez czoło, otoczona rozbryzgującą się krwią i kawałkami mózgu, które ochlapały oficerów przywiązanych do krzeseł. Trup runął na posadzkę między nimi.
Karpow krzyknął i pojawiło się dwóch wartowników. Jeden z nich przyniósł duży, mocny, plastikowy worek, drugi - piłę łańcuchową, którą uruchomił na polecenie Karpowa. Kłąb gęstego niebieskawego dymu uniósł się nad maszyną. Obaj mężczyźni zabrali się do pracy przy zwłokach. Najpierw odcięli głowę, potem pokroili resztę. Siedzący po obu stronach oficerowie patrzyli w dół, nie mogąc oderwać oczu od makabrycznego widoku. Kiedy ludzie Karpowa skończyli, zebrali kawałki i wrzucili do plastikowego worka. A potem wyszli.
- Nie odpowiadał na pytania. - Karpow patrzył surowo to na jednego, to na drugiego więźnia. - Podzielicie jego los, chyba że... - Zawiesił głos.
- Chyba że... - powtórzył Anton, jeden z oficerów.
- Zamknij ryj, do kurwy nędzy! - wrzasnął Georgij, drugi oficer.
- Chyba że pogodzicie się z nieuniknionym. - Karpow stanął przed nimi, ale mówił do Antona. - Ta agencja się zmieni, z wami czy bez was. Pomyślcie o tym w ten sposób. Macie jedyną szansę na wejście do mojego wewnętrznego kręgu, na zaufanie mi i poddanie się mojej władzy. W zamian będziecie żyli i nie wykluczam, że całkiem dobrze będzie się wam powodziło. Ale jedynie wtedy, gdy będziecie bezwzględnie lojalni wobec mnie i tylko mnie. Jeśli wasze oddanie osłabnie, bliscy nigdy się nie dowiedzą, co was spotkało. Nie zostaną nawet ciała, które by można pochować, żeby przynieść ulgę rodzinie. Prawdę mówiąc, nie zostanie żaden ślad waszego pobytu na ziemi.
- Ślubuję wam dozgonną wierność, generale Karpow. Możecie na mnie polegać.
- Zdrajca! - rzucił Georgij. - Rozszarpię cię na strzępy!
Karpow zignorował ten wybuch.
- To tylko słowa, Antonie Fiodorowiczu - powiedział.
- W takim razie co mam zrobić?
Generał wzruszył ramionami.
- Jeśli musiałbym ci powiedzieć, to nie miałoby sensu, prawda?
Anton zastanowił się przez chwilę.
- Więc mnie rozwiążcie.
- Jeżeli cię rozwiążę, to co wtedy?
- Wtedy - odparł Anton - przejdziemy do sedna sprawy.
- Od razu?
- Bez cienia wątpliwości.
Karpow skinął głową, przeszedł na tył krzeseł obu więźniów, rozwiązał Antonowi ręce i kostki nóg. Oficer wstał. Świadomie powstrzymał się od rozcierania poranionych nadgarstków. Wyciągnął przed siebie prawą rękę. Karpow spojrzał mu prosto w oczy, a po chwili podał makarowa, kolbą w jego stronę.
- Zastrzel go! - krzyknął Georgij. - Zastrzel jego, nie mnie, idioto!
Anton wziął pistolet i strzelił Georgijowi dwa razy w twarz.
Generał przyglądał się temu z obojętnością.
- Co zrobimy z ciałem? - zapytał tonem, jakiego używa się na egzaminie ustnym, gdy zadaje się ostatnie, rozstrzygające pytanie, choć może był to po prostu pierwszy krok do indoktrynacji.
Anton odpowiedział równie ostrożnie co rozważnie:
- Piła łańcuchowa była dla tamtego. Ten człowiek... temu człowiekowi nic się nie należy, nawet mniej niż nic. - Wpatrywał się w kanał ściekowy, który wyglądał jak paszcza potwornej bestii. - Tak się zastanawiam... Czy macie, generale, jakiś mocny kwas?
- - -
Czterdzieści minut później, w jasnym słońcu pod błękitnym niebem, Karpow zmierzający do prezydenta Imowa, żeby złożyć raport o poczynionych postępach, odebrał bardzo krótką wiadomość: "Granica".
- Ramienskoje - rzucił do kierowcy, mając na myśli główne moskiewskie lotnisko wojskowe, gdzie zawsze czekał na niego zatankowany samolot z załogą. Kierowca zawrócił, gdy tylko ruch mu na to pozwolił, i docisnął pedał gazu.
- - -
Kiedy Karpow pokazywał swoje dokumenty żołnierzowi z kontroli paszportowej, z cienia wyłonił się mężczyzna tak drobny, że w pierwszej chwili Boris wziął go za nastolatka. Był ubrany w ciemny garnitur, paskudny krawat i znoszone brudne buty. Nie było na nim grama tłuszczu, jakby mięśnie wypracował wielogodzinnymi ćwiczeniami na siłowni. Można było odnieść wrażenie, że traktował własne ciało niczym broń.
- Generale Karpow. - Nie wyciągnął przed siebie ręki, nie przywitał się w żaden sposób. - Nazywam się Zaczik. - Nie podał ani imienia, ani patronimiku.
- Co? - zdziwił się Karpow. - Jak paladyn?
Pociągła twarz Zaczika o ostrych rysach nie wyrażała niczego.
- Kim jest paladyn? - Zabrał żołnierzowi paszport Karpowa. - Proszę za mną, generale.
Odwrócił się i zaczął iść przed siebie, a ponieważ miał ze sobą dokument Karpowa, ten, choć wściekły, musiał iść za nim. Zaczik poprowadził go korytarzem, oświetlanym z rzadka żarówkami, gdzie śmierdziało gotowaną kapustą i karbolem, i dalej przez nieoznakowane drzwi do małego, pozbawionego okien pokoju przesłuchań. Był tam stół przyśrubowany do podłogi, a na nim zupełnie niepasujący do tego wnętrza piękny, mosiężny samowar razem z dwiema szklankami, łyżeczkami i niewielką mosiężną cukiernicą z kostkami białego i brązowego cukru.
- Siadajcie - powiedział Zaczik, wskazując generałowi jedno z dwu niebieskich, zniszczonych plastikowych krzeseł. - Proszę się rozgościć.
Karpow zignorował zaproszenie.
- Jestem szefem FSB-dwa.
- Dobrze wiem, kim jesteście, generale.
- A kim wy jesteście, do cholery?
Zaczik wyjął z kieszeni na piersi marynarki legitymację w plastikowej okładce i otworzył ją. Karpow musiał zrobić kilka kroków w jego stronę, żeby ją obejrzeć. "Służba Wnieszniej Razwiedki". Przeczytał raz jeszcze. Ten człowiek należał do kierownictwa Służby Wywiadu Zagranicznego, odpowiedniczki amerykańskiej Centrali Wywiadu w Federacji Rosyjskiej. Ściśle biorąc, FSB i FSB-2 powinny ograniczać się do spraw krajowych, Czerkiesow jednak rozszerzył zakres działania agencji na zagranicę i nikt mu w tym nie przeszkodził. Czy to spotkanie było skutkiem wejścia FSB-2 na terytorium SWR? W tej chwili Karpow bardzo żałował, że nie poruszył tej kwestii w rozmowie z Czerkiesowem, zanim objął stanowisko.
Zmusił się do fałszywego uśmiechu.
- Co mogę dla was zrobić?
- Chodzi raczej o to, co ja... albo mówiąc precyzyjniej, SWR może zrobić dla was, generale.
- Czyżby?
Karpow stał wystarczająco blisko, żeby wyrwać Zaczikowi legitymację z ręki, kiedy ten chciał ją schować. Machał nią teraz niczym proporcem wojennym na polu walki, niemal słysząc podzwanianie szabel.
Zaczik wyciągnął przed siebie rękę z paszportem generała i obaj panowie dokonali wymiany jeńców.
Karpow schował paszport w bezpieczne miejsce, po czym oświadczył:
- Samolot na mnie czeka.
- I poczeka, dopóki nie dokończymy tego spotkania. Pilot dostał od nas jasne instrukcje. - Zaczik podszedł do samowara. - Herbaty?
- Dziękuję, nie.
Agent SWR odwrócił się do niego tyłem i nalał herbaty do jednej szklanki.
- Błąd, to pewne, generale. Mamy tu najlepszą herbatę, czarną "Rosyjską karawanę". Ta mieszanka ulung, keemun i lapsang souchong jest wyjątkowa, bo wszystkie gatunki są dostarczane z najróżniejszych plantacji przez Mongolię i Syberię, tak samo jak to się odbywało w osiemnastym wieku, kiedy karawany wielbłądów przywoziły ją z Chin, Indii i Cejlonu. - Ujął szklankę palcami i podstawił pod nos, wciągając głęboko zapach. - Zimny, suchy klimat sprawia, że herbata wchłania jedynie odrobinę wilgoci, gdy jest transportowana nocami przez pokryte śniegiem stepy.
Napił się, odczekał chwilę i ponownie upił łyk. Potem popatrzył na Karpowa.
- Jesteście pewni?
- Całkowicie.
- Jak sobie życzycie, generale. - Zaczik westchnął i odstawił szklankę. - Zwróciliśmy uwagę...
- My?
- SWR zwróciła uwagę. Wolicie w ten sposób? - Chudzielec zacisnął i rozprostował dłoń. - W każdym razie zwróciliście na siebie uwagę SWR.
- Z jakiego powodu?
Zaczik złączył ręce za plecami. Wyglądał jak kadet na placu defilad.
- Wiecie, generale, zazdroszczę człowiekowi takiemu jak wy.
Karpow zdecydował, że nie będzie mu przerywał. Chciał, żeby to zagadkowe spotkanie skończyło się możliwie jak najszybciej.
- Jesteście ze starej kadry, przeszliście twardą szkołę, musieliście walczyć o każdy awans, pozostawiając w polu ciała tych, którzy okazywali się słabsi od was. - Wskazał palcem własną pierś. - Mnie wszystko przyszło znacznie łatwiej. Widzicie, doszedłem do wniosku, że mógłbym się bardzo wiele nauczyć od człowieka takiego jak wy. - Czekał na reakcję Karpowa, ale kiedy odpowiedziało mu jedynie milczenie, mówił dalej: - Co sądzicie o zostaniu moim mentorem, generale?
- Jesteście jak ci wszyscy młodzi technokraci, którzy grają w gry wideo i którym się wydaje, że to wystarczy zamiast doświadczeń zdobywanych w terenie.
- Mam na głowie ważniejsze rzeczy niż zabawa w gry wideo.
- Zawsze opłacało się wiedzieć, co knuje konkurencja. - Boris machnął ręką. - A teraz przejdźcie wreszcie do rzeczy. Nie mam zamiaru tracić całego dnia.
Zaczik skinął głową w zamyśleniu.
- Chcemy jedynie zapewnienia, że będziecie przestrzegali postanowień umowy, jaką mieliśmy z waszym poprzednikiem.
- Jakiej umowy?
- O Boże, chcecie przez to powiedzieć, że Czerkiesow prysnął, nie informując was o niczym?
- Nie słyszałem o żadnej umowie - oświadczył Karpow. - A jeśli dobrze się przygotowaliście, to wiecie, że nie wchodzę w żadne układy. - Dla niego ta rozmowa się skończyła. Ruszył w stronę drzwi.
- Pomyślałem - odezwał się Zaczik cicho - że w tym wypadku moglibyście zrobić wyjątek.
Karpow policzył do dziesięciu i odwrócił się do niego.
- Wiecie, rozmowa z wami jest bardzo wyczerpująca.
- Przepraszam - powiedział agent SWR, choć wyraz jego twarzy bynajmniej nie świadczył o skrusze. - Umowa, generale. W grę wchodzą pieniądze... miesięczną stawkę możemy szybko ustalić... i wywiad. Podzielicie się z nami waszą wiedzą.
- To nie jest umowa - warknął Karpow. - To wymuszenie.
- Możemy bawić się w słowa przez cały dzień, generale, ale jak sami powiedzieliście, samolot na was czeka. - Ton jego głosu zhardział. - Zawrzemy tę umowę, podobnie jak z waszym poprzednikiem, a wy i wasi koledzy będziecie mogli swobodnie przemieszczać się po świecie znacznie dalej, niż pozwala na to statut FSB-dwa.
- Autorem naszego statutu jest Wiktor Czerkiesow. - Karpow nacisnął klamkę w drzwiach.
- Proszę mi wierzyć, generale, że możemy urządzić wam piekło na ziemi. Ostrzegam was. Nie zapominajcie o tym.
Boris otworzył drzwi i wyszedł energicznym krokiem.
- - -
Ramienskoje dzieliło ponad tysiąc kilometrów od lotniska w Uralsku w zachodnim Kazachstanie, płaskiego i brzydkiego pasa jałowej, burej i suchej ziemi.
Wiktor Deljagowicz Czerkiesow czekał na niego oparty o zakurzony pojazd wojskowy i palił czarnego tureckiego papierosa. Był wysokim mężczyzną o gęstych, pofalowanych włosach, siwiejących na skroniach. Oczy miał czarne i nieprzeniknione. Widział zbyt wiele potworności, wydał zbyt wiele rozkazów, brał udział w zbyt wielu przestępstwach.
Karpow podszedł do niego, czując, że puls mu przyspiesza. Układ z tym diablim pomiotem przewidywał między innymi, że za stołek w FSB-2 będzie mu co jakiś czas wyświadczał przysługę. Nie zawracał sobie nawet głowy pytaniem, o jakie przysługi może chodzić, Czerkiesow i tak by mu nie powiedział. Teraz jednak nadeszło pierwsze wezwanie i Karpow zdawał sobie sprawę, że musi wywiązać się z obietnicy złożonej byłemu szefowi FSB-2. Odmowa nie wchodziła w grę.
Czerkiesow podsunął mu paczkę papierosów. Karpow wziął jednego i pochylił się, żeby dosięgnąć płomienia zapalniczki. Nie znosił tureckiego tytoniu, ale nie chciał w niczym sprzeciwiać się byłemu szefowi.
- Dobrze wyglądasz - zagaił Czerkiesow. - Rujnowanie życia innymi ludziom dobrze ci służy.
Boris skrzywił się w cierpkim uśmiechu.
- A tobie służy nowe życie.
- Służy mi posiadanie władzy. - Czerkiesow wyrzucił papierosa. Pet jarzył się jasno na lichym asfalcie. - Obu nam służy.
- Gdzie się podziewałeś, kiedy od nas odszedłeś?
Czerkiesow się uśmiechnął.
- W Monachium. Czyli nigdzie.
- Monachium to rzeczywiście nigdzie - potwierdził Karpow. - Jeśli zobaczę jeszcze kiedyś to miasto, zawsze będzie na to stanowczo za wcześnie.
Czerkiesow wyjął następnego papierosa i zapalił.
- Znam cię, Borisie Iljiczu. Coś cię gnębi.
- SWR - odpowiedział Karpow. Był wściekły przez całą drogę. - Chciałbym z tobą porozmawiać o umowie, jaką z nimi zawarłeś.
Czerkiesow zamrugał oczami.
- Jakiej umowie?
I wtedy wszystko stało się jasne. Zaczik posunął się do blefu w nadziei, że uda mu się wykorzystać fakt powołania Karpowa na stanowisko zaledwie miesiąc wcześniej. Boris opowiedział byłemu szefowi o odrażającej rozmowie na lotnisku Ramienskoje, nie pomijając żadnego szczegółu, od zjawienia się Zaczika podczas kontroli paszportowej do ostatniego zdania, które wypowiedział, wychodząc z pozbawionego okien pokoju przesłuchań.
Gdy mówił, Czerkiesow przygryzał w zamyśleniu wewnętrzną stronę policzka.
- Chciałbym powiedzieć, że jestem zaskoczony - odezwał się w końcu - ale nie byłaby to prawda.
- Znasz tego Zaczika? Facet ma w sobie coś z wazeliniarza.
- Wszyscy sługusi to wazeliniarze. Zaczik wykonuje polecenia Berii. To na Berię powinieneś uważać.
Konstantin L. Beria był obecnym szefem SWR i jak jego budzący strach przodek, zasłynął z paranoi, podłych intryg i stosowania przemocy. Konstantina bano się w równym stopniu jak kiedyś Ławrientija Pawłowicza Berii i tak samo nim pogardzano.
- Beria bał się do mnie zbliżyć - powiedział Czerkiesow. - Wysłał Zaczika, żeby wybadał, czy uda im się przekabacić ciebie.
- Pieprzyć Berię.
Oczy Czerkiesowa zmieniły się w szparki.
- Ostrożnie, przyjacielu. Tego faceta nie można lekceważyć.
- Rada przyjęta.
Czerkiesow krótko skinął głową.
- Jeśli stosunki się popsują, skontaktuj się ze mną. - Otworzył i zamknął zapalniczkę. Odgłos przypominał brzęczenie owada ukrytego w trawie. - A teraz przejdźmy do rzeczy. Mam dla ciebie zlecenie.
Karpow wpatrywał się w jego twarz, szukając jakiegokolwiek znaku, który zdradziłby mu, czego sprawa może dotyczyć. Ale niczego nie spostrzegł. Czerkiesow właśnie taki był. Twarz miał równie nieprzeniknioną jak ściana bankowego sejfu. Na pasie stał wojskowy odrzutowiec, otoczony aurą czujności i napięcia. Od czasu do czasu pojawiał się przy nim mechanik, ale nikt nie zbliżał się do dwóch Rosjan.
Czerkiesow oderwał kruszynę tytoniu od ust i roztarł ją na pył.
- Chcę, żebyś kogoś zabił.
Karpow zaczerpnął powietrza, nie do końca świadomy, że od jakiegoś czasu wstrzymuje oddech. To wszystko? Poczuł, jak ogarnia go fala ulgi. Skinął głową.
- Podaj mi szczegóły, to się tym zajmę.
- Trzeba to zrobić natychmiast.
Karpow ponownie kiwnął głową.
- Oczywiście. Od razu. - Zaciągnął się papierosem i zmrużył jedno oko, bo wpadł w nie dym. - Zakładam, że masz zdjęcie celu.
Uśmiechając się złośliwie, Czerkiesow wyjął fotkę z kieszeni na piersi i podał swojemu następcy w FSB-2. Patrzył, zaciekawiony i uważny, na twarz Borisa, która stawała się blada jak kreda.
- Nie masz wyboru. I to żadnego. - Odchylił do tyłu głowę. - Co? Czyżby cena za twój awans była zbyt wysoka?
Karpow usiłował coś powiedzieć, ale czuł się tak, jakby były szef właśnie go dusił.
Uśmiech Czerkiesowa stał się szerszy.
- Nie, wydaje mi się, że nie.
Prolog
Phuket, Tajlandia
Jason Bourne przemieszczał się niespostrzeżenie wśród tłumu. Zewsząd atakowała go muzyka, przenikająca na wylot, przyprawiająca o zawał serca, rozwalająca bębenki w uszach, która dochodziła z wysokich na trzy metry głośników, ustawionych przy obu końcach ogromnego parkietu do tańca. Nad podrygującymi głowami tancerzy pasma świateł przypominających zorzą polarną łączyły się i przenikały na kopule sklepienia, by po chwili rozproszyć się niczym armada komet i spadających gwiazd.
Jakaś kobieta z burzą blond włosów przeciskała się przed nim przez rojowisko niestrudzonych ciał, mijała wirujące pary wszelkich możliwych kombinacji płci. Bourne ruszył za nią. Miał wrażenie, że przedziera się przez gęstą watę. Powietrze było tak rozgrzane, że prawie namacalne. Śnieg na futrzanym kołnierzu jego grubego płaszcza zdążył już stopnieć, podobnie na włosach, które były teraz pozlepiane. Kobieta pojawiała się i znikała w migotliwym świetle niczym błyszczka pod powierzchnią zalewanego słońcem jeziora. Jakby poruszała się skokami: widoczna najpierw tu, a za chwilę tam. Bourne przepychał się za nią. Zbyt głośne basy i dudnienie perkusji zagłuszały mu puls.
Po pewnym czasie zorientował się, że blondynka zmierza do damskiej toalety, dlatego obmyśliwszy skrót, zrezygnował z bezpośredniego pościgu i podążył przez ciżbę inną drogą. Dotarł tam w chwili, gdy znikała w środku. Z otwartych na moment drzwi buchnęła na niego mieszanina zapachów trawki, seksu i potu.
Zaczekał, aż dwie rozchichotane nastolatki wyszły stamtąd na niepewnych nogach, otoczone chmurą perfum, a potem wślizgnął się do środka. Trzy kobiety o długich zmierzwionych włosach, pobrzękując masywną biżuterią, tłoczyły się przy umywalkach tak zaabsorbowane wciąganiem kresek koki, że nawet go nie zauważyły. Szybko minął rząd kabin, przykucając, żeby zajrzeć pod drzwi. Tylko jedna okazała się zajęta. Wyciągnął glocka i nakręcił tłumik na lufę. Kopniakiem otworzył drzwi kabiny. Gdy uderzyły o ściankę przepierzenia, kobieta o zimnych niebieskich oczach i burzy jasnych włosów trzymała wycelowaną w niego niewielką srebrzystą berettę dwudziestkędwójkę. Pierwszą kulę wpakował jej w serce, drugą w prawe oko.
Zanim uderzyła głową o posadzkę, rozwiał się jak dym.
- - -
Bourne otworzył oczy. Zalewał go blask tropikalnego słońca. Spojrzał na ciemny lazur Morza Andamańskiego, na zakotwiczone żaglówki i łodzie motorowe kołyszące się na falach. Przeszedł go dreszcz, jakby nadal tkwił pamięcią gdzieś indziej, a nie na plaży Patong na Phukecie. Gdzie była ta dyskoteka? W Norwegii? W Szwecji? Kiedy zabił tamtą kobietę? I kim ona była? Celem zleconym mu przez Alexa Conklina, zanim doznał silnego wstrząśnienia mózgu na Morzu Śródziemnym. Pewność miał tylko co do tego ostatniego.
Dlaczego jednak Treadstone chciało ją zlikwidować? Wysilał umysł, starając się zebrać w całość wszystkie szczegóły snu, ale niczym piasek przesypywały mu się przez palce. Pamiętał futrzany kołnierz palta, swoje włosy mokre od śniegu. Ale co jeszcze? Twarz tej kobiety? Pojawiała mu się przed oczami i znikała razem z echem pobłyskujących świateł. Przez chwilę pulsowała w nim muzyka, a potem zamilkła na dobre.
Co przywołało to wspomnienie?
Podniósł się z koca. Odwracając się, zobaczył sylwetki Moiry i Berengarii Moreno Skydel odcinające się na tle gorejącego błękitnego nieba, oślepiająco białych chmur i sterczących w górę zielono-brązowych wzgórz. Moira zaprosiła go do wiejskiego domu Berengarii w Sonorze, ale on chciał znaleźć się dalej od cywilizacji, dlatego ostatecznie spotkali się w kurorcie na zachodnim wybrzeżu Tajlandii i spędzili tu ostatnie trzy dni i trzy noce. Moira opowiedziała mu w tym czasie, co robiła w Sonorze z siostrą nieżyjącego potentata narkotykowego Gustava Morena. Obie kobiety poprosiły go wcześniej o pomoc, a on zgodził się jej udzielić. Moira powiedziała, że czas odgrywa zasadniczą rolę. Po wysłuchaniu szczegółów zdecydował się wyjechać do Kolumbii już nazajutrz.
Popatrzył znowu w stronę morza i zauważył kobietę w skąpym pomarańczowym bikini, biegnącą przez fale i unoszącą nogi wysoko niczym cwałujący koń. Jej gęste jasne włosy lśniły w świetle słońca. Bourne ruszył za nią, ulegając echu fragmentarycznych wspomnień. Wpatrywał się w jej brązowe plecy, w miejsce, gdzie mięśnie prężyły się między łopatkami. W tej samej chwili kobieta odwróciła się nieco i zobaczył, jak zaciąga się dymem z ręcznie skręconego jointa. Przez krótki moment ostry zapach morskiej bryzy zmieszał się ze słodką wonią narkotyku. Zaraz potem wyrzuciła skręta do morza, a on podążył wzrokiem za jej spojrzeniem.
Plażą zbliżało się trzech policjantów. Mieli na sobie mundury, ale i bez tego nie było wątpliwości co do ich profesji. Kobieta zachowywała się, jakby myślała, że przyszli po nią. Myliła się. Przyszli po Bourne'a.
Nie wahając się ani chwili, skoczył w morze. Musiał odciągnąć ich od Moiry i Berengarii, bo Moira na pewno próbowałaby mu pomóc, a on nie chciał jej w to mieszać. Tuż przed zanurkowaniem w nadpływającą falę spostrzegł, że jeden z detektywów uniósł rękę, jakby w salucie. Kiedy Bourne wynurzył się z wody, daleko za linią fal, zorientował się, że to był sygnał. Dwa skutery wodne pędziły ku niemu z obu stron. Na każdym siedziało dwóch mężczyzn: kierujący i facet z akwalungiem. Ci ludzie zamykali mu wszystkie drogi ucieczki.
Popłynął w kierunku Parole, niewielkiej żaglówki znajdującej się blisko niego. Cały czas myślał intensywnie. Biorąc pod uwagę koordynację i drobiazgowość, z jaką go podeszli, było pewne, że rozkazy nie zostały wydane przez tajską policję, która nie słynęła z takich metod działania. Dowodził nimi ktoś inny. Bourne podejrzewał, że wie kto. Zawsze istniało ryzyko, że Severus Domna będzie szukała zemsty za to, co zrobił tej tajnej organizacji. Jednak domysłami mógł zająć się potem. Teraz musiał wydostać się z pułapki i uciec, żeby dotrzymać obietnicy danej Moirze i zapewnić bezpieczeństwo Berengarii.
Kilkunastoma silnymi wymachami ramion dotarł do Parole. Wciągnął się po burcie na pokład i miał zamiar wstać, gdy grad kul zakołysał łodzią na boki. Podczołgał się ku zwojowi nylonowej liny, chwycił go i obiema rękami złapał za nadburcie. Przy kolejnym ostrzale skutery znalazły się już znacznie bliżej. Siła uderzeń kul wprawiła żaglówkę w tak gwałtowne chybotanie, że Bourne z łatwością przewrócił ją do góry dnem. Wpadł plecami do wody, rozrzucając ramiona, jakby został trafiony.
Skutery okrążały przewróconą łódkę, ich pasażerowie szukali wzrokiem głowy wystającej ponad wodę. Ponieważ niczego takiego nie było widać, nurkowie założyli maski, podczas gdy kierujący pojazdami zmniejszyli szybkość. Dociskając maski do twarzy jedną ręką, nurkowie wpadli do morza.
Bourne, zupełnie dla nich niewidoczny, unosił się na powierzchni pod łodzią, oddychając zamkniętym tam powietrzem. Ale zapas był niewielki. W przezroczystej wodzie łatwo dostrzegł bąble powietrza, gdy nurkowie zbliżyli się z obu stron kadłuba.
Szybko przywiązał koniec liny do knagi na sterburcie. Kiedy pierwszy z nurków ruszył na niego z dołu, zrobił unik, okręcił linę wokół szyi mężczyzny i mocno zaciągnął. Nurek wycelował kuszę, chcąc odeprzeć atak, ale Bourne'owi udało się zerwać mu maskę, czym skutecznie go oślepił. Błyskawicznie chwycił kuszę, którą tamten wypuścił, odwrócił się i strzelił w pierś drugiemu nadpływającemu nurkowi.
Krew rozlała się gęstą plamą, którą szybko rozrzedzał prąd wznoszący się z głębin. Bourne wiedział, że zostawanie w tych wodach, gdy polała się krew, nie jest mądrym posunięciem. Płuca o mało mu nie pękły, kiedy ponownie wynurzył głowę pod przewróconą łodzią. Jednak niemal natychmiast zanurkował ponownie, żeby odszukać pierwszego z napastników. Woda pociemniała, stała się mętna od krwi. Martwy nurek unosił się w jej smugach z ramionami rozłożonymi na boki, płetwami skierowanymi prosto w czarną otchłań. Jason był w połowie obrotu, gdy nylonowa lina oplotła mu szyję i mocno się na niej zacisnęła. Pierwszy nurek dociskał kolana do jego krzyża i jednocześnie ciągnął za oba końce sznura. Bourne spróbował go chwycić, ale mężczyzna łatwo się uchylił. Lina wrzynała się mocno w tchawicę, trzymając go poniżej lustra wody. Choć zaciskał wargi z całych sił, z kącika jego ust zaczęła wydobywać się cienka strużka bąbelków.
Stłumił w sobie chęć szamotania się, bo wiedział, że spowoduje to mocniejsze zaciśnięcie liny i wyczerpie go. Zamiast tego zastygł na moment w bezruchu i podobnie jak martwy nurek znajdujący się o niecały metr od niego poddawał się prądowi, udając nieżywego. Napastnik przyciągnął go bliżej i wydobył nóż, żeby podciąć mu gardło.
Jason sięgnął za siebie i nacisnął guzik czyszczenia na automacie oddechowym. Uderzenie powietrza było tak silne, że wyrwało ustnik spomiędzy warg nurka, wyrzucając do wody gęsty pióropusz bąbli. Lina wokół szyi Bourne'a zwiotczała. Uwolnił się, wykorzystując zaskoczenie nurka. Odwrócił się i spróbował unieruchomić ramiona przeciwnika, lecz ten skierował ostrze noża w jego pierś. Jason odparował atak kopnięciem, ale nurek rzucił się na niego, żeby nie pozwolić mu na wynurzenie się i zaczerpnięcie powietrza.
Bourne wcisnął sobie do ust octopus - drugie źródło powietrza z automatu oddechowego - i wciągnął tlen w bolące płuca. Nurek szamotał się, próbując sięgnąć po swój ustnik, lecz Bourne go odepchnął. Twarz mężczyzny stała się blada, rysy napięte. Raz po raz usiłował dźgnąć nożem Bourne'a lub octopus, ale daremnie. Zamrugał powoli powiekami, zanim oczy obróciły mu się w oczodołach, w chwili gdy uszło z niego życie. Bourne sięgnął szybko po jego nóż, lecz nurek wypuścił go z ręki. Ostrze opadało po spirali w głąb morza.
Choć Bourne oddychał teraz normalnie przez octopus, miał świadomość, że po czyszczeniu w butlach nie zostało wiele powietrza. Martwy nurek oplatał go w pasie nogami skrzyżowanymi w kostkach, nylonowa lina zaplątała się wokół nich obu, tworząc coś w rodzaju kokonu. Bourne był zajęty uwalnianiem się z niej, gdy poczuł gwałtowny pęd wody.
Zimniejszy prąd uniósł się z głębin, a zaraz potem w zasięgu wzroku pojawił się rekin. Miał około trzech i pół metra długości, był srebrzystoczarny i płynął w górę prosto na Jasona i dwóch martwych nurków. Zwietrzył krew, wyczuł rzucające się ciała, których wibracje w wodzie były dla niego informacją o zdychającej rybie, może nawet więcej niż jednej, mogącej stać się dla niego ucztą.
Bourne, ciągnąc splecionego ze sobą pierwszego nurka, z trudem obrócił się ku drugiemu. Rozpiął mu szelki butli z tlenem i ściągnął je z niego. W tej samej chwili ciało zaczęło opadać, otoczone czarnymi kłębami krwi. Rekin zmienił kierunek i popłynął wprost na trupa. Otworzył szeroko paszczę 1 odgryzł ogromny kęs z ciała mężczyzny. Jason pozwolił sobie na moment odpoczynku, choć bardzo krótki. W każdej chwili mogło pojawić się więcej rekinów ogarniętych szałem żerowania - do tego czasu nie powinno go być w wodzie.
Rozpiął pas balastowy pierwszego nurka, a potem ściągnął mu z ramion zbiorniki z powietrzem. Założył maskę na twarz. Zaczerpnął tlenu po raz ostatni i puścił butle - i tak były puste. Złączony w makabrycznym uścisku z martwym napastnikiem rozpoczął wznoszenie się ku powierzchni, jednocześnie starając się uwolnić od nylonowej liny. Nie wyglądało to najgorzej, tyle że biodra nadal miał oplecione nogami mężczyzny. Chociaż starał się ze wszystkich sił, nie był w stanie ich rozgiąć.
Wychynął nad powierzchnię i od razu zobaczył jeden ze skuterów, zmierzający dokładnie w jego kierunku. Pomachał ręką. Miał nadzieję, że z powodu maski kierowca weźmie go za jednego z nurków. Zbliżając się do niego, skuter zwolnił. Tymczasem Jasonowi udało się rozplątać linę. Gdy maszyna zataczała wokół niego kręgi, chwycił się tylnej części skutera. Klepnął kierowcę w udo i skuter wystartował. Bourne nadal znajdował się do połowy w wodzie, ale szybkość poluzowała uścisk nóg martwego nurka. Walnął go w kolana, rozległ się głuchy trzask pękających kości i nareszcie był wolny.
Wciągnął się na skuter i skręcił kierowcy kark. Zanim wrzucił go do wody, odpiął mu kuszę od pasa. Kierowca drugiego skutera widział dokładnie, co się stało, i właśnie zawracał, kiedy Jason ruszył wprost na niego. Mężczyzna dokonał złego wyboru. Wyciągnął pistolet i oddał dwa strzały, ale nie był w stanie trafić w rozkołysany skuter. Do tego czasu Bourne znalazł się wystarczająco blisko, żeby skoczyć. Wycelował z kuszy i strącił kierowcę do morza, przejmując jednocześnie kontrolę nad jego maszyną.
Teraz już sam na szafirowej wodzie, Bourne pomknął w dal.
Rozdział 2
Jason Bourne obudził się w ciemności pokoju hotelowego na skraju kolumbijskiej puszczy, ale nie otwierał oczu. Leżał przez chwilę na cienkim, powygniatanym materacu, owładnięty wspomnieniem dziwnego snu. Znajdował się w domu o wielu pokojach, z korytarzami prowadzącymi do miejsc, w których ślepł. Zupełnie, jakby próbował zobaczyć własną przeszłość. Dom płonął, wszędzie kłębił się dym. Ale Jason nie był tam sam. W domu znajdował się ktoś jeszcze, ktoś, kto poruszał się ze zwinnością kota, ktoś, kto go szukał, ktoś o morderczych zamiarach, kto był już bardzo blisko, lecz gęsty dławiący dym zakrywał go zupełnie.
Nie potrafił powiedzieć, gdzie kończył się sen, a zaczynała rzeczywistość. Czuł zapach dymu i to właśnie go obudziło. Zwlókł się z łóżka, ciągle otoczony smrodem spalenizny, i ponownie zaatakowało go wspomnienie snu. Ruszył do drzwi, ale zaraz przystanął.
Ktoś na niego czekał, tuż za drzwiami. Ktoś uzbrojony. Ktoś, kto chciał go zabić.
Bourne cofnął się, chwycił zdezelowane krzesło, tak liche, że nadawało się jedynie na podpałkę. Otwierając drzwi, cisnął nim przed siebie. Usłyszał huk strzału i rzucił się przez próg.
Uderzył w nadgarstek napastnika z taką siłą, że roztrzaskał mu kość. Broń zwisała w pozbawionych czucia palcach, ale strzelec jeszcze nie był załatwiony. Kopniakiem posłał Bourne'a na przeciwległą ścianę. Zyskawszy trochę przestrzeni, przemieścił się wśród dymu niczym zjawa, zamachnął kolbą pistoletu - trzymanego teraz w drugiej ręce - i uderzył Jasona w bok głowy.
Bourne osunął się i został na podłodze. Dym gęstniał, Jason czuł gorąco, gdy płomienie podpełzały bliżej. Nisko przy ziemi powietrze było czystsze, dawało mu przewagę, choć jego przeciwnik jeszcze sobie tego nie uświadamiał. Napastnik ponownie przymierzył się do kopniaka, ale Bourne chwycił go za but w powietrzu i wykręcił tak, że kostka pękła. Mężczyzna wrzasnął z bólu. Jason, już na klęczkach, uderzył go mocno w nerki, a potem, gdy ciało strzelca zaczęło się zwijać, chwycił go za tył głowy i walnął kolanem w brodę.
Dym wypełniał korytarz. Ogień podchodził do podstawy schodów, grożąc przemianą pierwszego piętra w płonące piekło. Chwyciwszy pistolet napastnika, Bourne rzucił się w stronę swojego pokoju. Kiedy wpadł do środka, zakrył ramionami twarz, a potem, skacząc, przebił sobą szkło i drewno okna.
Czekali na niego na dole. Było ich trzech, podeszli, gdy toczył się po ziemi, po tym jak spadł z okna pierwszego piętra w otoczeniu odłamków szkła. Dopadł jednego i przejechał mu kolbą pistoletu po policzku, zalewając jasnoczerwoną strużką krwi. Zatopił pięść w brzuchu drugiego mężczyzny, który zgiął się wpół. I wtedy poczuł silny ucisk lufy na karku.
Podniósł ręce. Mężczyzna z rozoranym, zakrwawionym policzkiem wyrwał mu pistolet z dłoni, a potem walnął pięścią w szczękę.
- Basta! - rozkazał ten stojący za Bourne'em. - El no quiere ser lastimado. - Nie róbcie mu krzywdy.
Bourne skalkulował, że dałby radę załatwić tych trzech, ale stał w bezruchu. Ci ludzie nie pojawili się tu, żeby go zabić. Ten, który czaił się przy jego drzwiach, mógł je wyłamać kopniakiem i próbować go zastrzelić, lecz tego nie zrobił. Ogień miał go wypłoszyć, podobnie jak strzały w korytarzu. To, że wdał się w walkę z pierwszym napastnikiem, było dla nich zaskoczeniem.
Jason domyślał się, kto przysłał tych ludzi, dlatego pozwolił im związać sobie ręce za plecami i nałożyć konopny worek na głowę. Wepchnęli go do nagrzanego, zdezelowanego samochodu, który cuchnął benzyną, potem i smarem, a kiedy z warkotem silnika wjechali w dżunglę, po braku amortyzatorów zorientował się, że musi to być jakiś bardzo wysłużony pojazd wojskowy. Bourne zapamiętywał skręty i liczył w myślach, żeby przynajmniej mieć szacunkowe pojęcie o pokonywanej odległości. Przez cały czas próbował przepiłować krępujący mu ręce kabel o metalową krawędź znajdującą się za jego plecami.
Mniej więcej po dwudziestu minutach samochód się zatrzymał. Przez jakiś czas nic się nie działo, słychać było jedynie sporadycznie ostre albo jadowite zdania w hiszpańskim slangu. Usiłował zrozumieć, o czym mówią, ale gruby worek i szczególna akustyka wnętrza pojazdu praktycznie to uniemożliwiały. Zaraz potem został pospiesznie zaciągnięty w chłód głębokiego cienia. Muchy i komary bzyczały, opadający liść otarł mu się o wierzch dłoni, gdy ciągnięto go naprzód. Gryzący smród latryny, a potem woń smaru do broni, prochu i kwaśnego potu. Popchnięto go na coś, co w dotyku przypominało składany stołek z brezentu, gdzie przesiedział kolejne pół godziny, nasłuchując. Słyszał krzątaninę, ale nikt nie odzywał się słowem, co było znakiem panującej tu żelaznej dyscypliny.
Zupełnie niespodziewanie zerwano mu worek z głowy. Bourne mrugał w półmroku lasu. Rozejrzał się i przekonał, że jest w prowizorycznym obozie. Zauważył trzynastu ludzi - i to tylko w zasięgu wzroku.
Zbliżył się do niego mężczyzna eskortowany przez dwóch identycznych facetów w mundurach, uzbrojonych po zęby w półautomaty, pistolety i pasy z amunicją. Dzięki szczegółowemu opisowi Moiry Bourne rozpoznał Roberta Corellosa. Był przystojny na swój toporny sposób mocno umięśnionego mężczyzny. Ciemne uwodzicielskie oczy i silna aura męskości nadawały mu pewną charyzmę, która bez wątpienia działała na jego ludzi.
- No więc... - Z kieszeni na piersi pięknie haftowanej koszuli wyjął cygaro i zapalił je, posługując się ciężką zapalniczką zippo. - Mamy tu myśliwego i zwierzynę. - Wypuścił z ust kłąb aromatycznego dymu. - Zastanawiam się jednak, kto jest kim?
Bourne przyglądał mu się bardzo uważnie.
- Zabawne - powiedział. - Nie wygląda pan na skazańca. Corellos wykrzywił twarz w uśmiechu i zatoczył ramieniem w szerokim geście.
- To dlatego, kolego, że moi przyjaciele z FARC okazali się wystarczająco dobrzy, by wyciągnąć mnie z La Modelo.
Bourne wiedział, że FARC to Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii, lewicowa partyzantka.
- Ciekawe - skwitował. - Jest pan jednym z najbardziej wpływowych baronów narkotykowych w Ameryce Łacińskiej.
- Na świecie! - poprawił go Corellos, unosząc wysoko cygaro.
Jason pokręcił głową.
- Lewicowa partyzantka i prawicowi kapitaliści, nie bardzo rozumiem.
Corellos wzruszył ramionami.
- A kto to rozumie? FARC nienawidzi rządu, podobnie jak ja. Mamy umowę. Co jakiś czas wyświadczamy sobie wzajemnie przysługi, a w rezultacie cierpią frajerzy z rządu. Poza tym nie wchodzimy sobie w drogę. - Wypuścił z ust następny kłąb dymu. - Chodzi o interesy, nie o ideologię. Ja robię pieniądze. Ideologię mam w dupie. Zatem przejdźmy do interesów. - Corellos pochylił się, opierając dłonie na kolanach, tak że jego twarz znalazła się na wysokości oczu Bourne'a. - Kto cię nasłał, żebyś mnie zabił, senior? Który z moich wrogów, co?
Ten mężczyzna był zagrożeniem dla Moiry i jej przyjaciółki Berengarii. Moira poprosiła Bourne'a na Phukecie, żeby odszukał Corellosa i się z nim dogadał. Nigdy wcześniej o nic go nie prosiła, dlatego wiedział, że musiało to być wyjątkowo ważne, może chodziło nawet o życie lub śmierć.
- Skąd pan wie, że zostałem przysłany, by pana zabić? - zapytał.
- To jest Kolumbia, przyjacielu. Nie dzieje się tu nic, o czym bym nie wiedział.
Był jednak jeszcze jeden powód, który przesądził o decyzji Bourne'a. Burzliwe spotkanie z Leonidem Arkadinem nauczyło go czegoś o nim samym. Nie czuł się dobrze w zawieszeniu, w mrocznych, samotnych chwilach, gdy nic się nie działo, kiedy świat zamierał w bezruchu, a wszystko, co on, outsider, mógł zrobić, ograniczało się do obserwacji otoczenia. A przecież łapał się na tym, że ceremonie ślubne były mu równie obojętne jak pogrzeby. Ponieważ żył dla chwil, gdy wkraczał do akcji, kiedy zarówno jego ciało, jak umysł w pełni się angażowały i pędził przed siebie, balansując na granicy życia i śmierci.
- Zatem? - Corellos niemal dotykał nosem nosa Jasona. - Co masz mi do powiedzenia?
Bourne uderzył go czołem w nos. Usłyszał satysfakcjonujący odgłos trzaskającej chrząstki wbitej w twarz i uwolnił ręce z pętającego je kabla, który ukradkiem przepiłował. Złapał Corellosa i postawił przed sobą, zaciskając mu zgięte ramię na gardle.
Lufy pistoletów powędrowały do góry, ale nikt się nie poruszył. Wtedy na scenie pojawił się inny mężczyzna.
- To zły pomysł - powiedział do Bourne'a.
Bourne zacieśnił chwyt.
- Z całą pewnością dla seniora Corellosa.
Mężczyzna był wielki, dobrze zbudowany, o skórze orzechowego koloru i oczach doświadczonego człowieka, ciemnych jak głęboka studnia. Miał burzę ciemnych włosów, niemal loków, i długą, gęstą, kręconą brodę niczym starożytny Pers. Emanował z niego pewien rodzaj energii, która nawet na Jasonie robiła wrażenie. Choć był znacznie starszy, Bourne rozpoznał go z fotografii, którą widział wiele lat wcześniej.
- Jalal Essai - odezwał się Bourne. - Zastanawiam się, co tu robisz w towarzystwie tego króla narkotyków. Czy Severus Domna zajmuje się teraz heroiną i kokainą?
- Musimy porozmawiać, ty i ja.
- Wątpię, żeby do tego doszło.
- Panie Bourne - powiedział Essai wolno, ważąc każde słowo. - Zamordowałem Fredericka Willarda.
- Dlaczego mi o tym mówisz?
- Nie byłeś sojusznikiem pana Willarda? Nie, myślę, że nie. Nie po tym, kiedy zużył tyle czasu i energii, żeby doprowadzić do twojej walki z Leonidem Arkadinem. - Machnął ręką. - W każdym razie zabiłem Willarda z bardzo konkretnego powodu, bo zawarł układ z Benjaminem El-Arianem, głową Domny.
- W to akurat trudno uwierzyć.
- Niemniej to prawda. Widzisz, Willard pożądał złota Salomona równie desperacko jak twój dawny szef z Treadstone, Alexander Conklin. Zaprzedał duszę El-Arianowi, byle móc uszczknąć dla siebie choć odrobinę.
Jason pokręcił głową.
- I mówi to członek Domny?
Brodacz rozciągnął usta w powolnym uśmiechu.
- Byłem człowiekiem Domny, kiedy Conklin nasłał cię na mój dom - odpowiedział. - Ale to działo się dawno temu.
- A teraz...
- Teraz Benjamin El-Arian i Domna są moimi zaprzysięgłymi wrogami. - Jego uśmiech trochę przygasł. - Widzisz, mamy jednak bardzo wiele do omówienia.
- - -
- Przyjaźń - powiedział Iwan Wołkin, stawiając dwie szklanki i napełniając je wódką. - Przyjaźń jest przereklamowana. - Podał jedną Borisowi Karpowowi, drugą uniósł wysoko w toaście. - Chyba że mówimy o Rosjanach. My nie zaprzyjaźniamy się lekkomyślnie i jako jedyni ze wszystkich ludzi na świecie rozumiemy, co znaczy przyjaźń. Wasze zdrowie!
Wołkin był stary i siwy, twarz miał zapadniętą. Ale niebieskie oczy nadal pobłyskiwały wesołością, będąc dowodem, gdyby wszystko inne nie wystarczało, że na emeryturze nie stracił zupełnie nic z przenikliwości wyjątkowego umysłu, dzięki któremu stał się najbardziej wpływowym negocjatorem pomiędzy szefami rosyjskiej mafii.
Boris sam dolał sobie więcej wódki.
- Jak długo się znamy, Iwanie Iwanowiczu?
Wołkin oblizał fioletowe usta i wyciągnął rękę z pustą szklanką. Dłonie miał duże, z nabrzmiałymi żyłami o chorobliwie niebieskosinym kolorze.
- Jeśli dobrze pamiętam, razem moczyliśmy się w pieluchy. - Zaśmiał się, wydając przy tym gulgoczący dźwięk z głębi gardła.
Boris skinął głową. Melancholijny uśmiech uniósł mu kąciki ust.
Stali w zagraconym małym pokoju mieszkania w centrum Moskwy, które Wołkin zajmował od co najmniej pięćdziesięciu lat. To dziwna rzecz, pomyślał Boris. Za pieniądze, które Iwan zgromadził przez wszystkie lata, mógł kupić każde mieszkanie, dowolnie duże i wspaniałe albo drogie, a mimo to zdecydował się zostać w tym lichym skansenie z setkami książek i półkami, na których stały poutykane pamiątki z całego świata - drogie prezenty otrzymane od wdzięcznych klientów.
Wołkin rozłożył ramiona.
- Siadaj, przyjacielu. Siadaj i oprzyj wygodnie nogi. Nieczęsto odwiedza mnie generał Karpow, szef FSB-dwa.
Sam usadowił się na zwykłym miejscu, tapicerowanym fotelu z uszakami, który od piętnastu lat aż prosił się o zmianę obicia. Jego krwistoczerwony kolor dawno wypłowiał i teraz fotel przypominał pozbawioną barwy bryłę. Boris usiadł naprzeciwko niego na pokrytej perkalem sofie, poobijanej i zapleśniałej, jakby wyciągnięto ją z zatopionego wraku. Zaszokowało go, jak bardzo Iwan się postarzał, jak przygarbił, pochylony niczym drzewo nękane przez dziesięciolecia burzami, deszczami ze śniegiem, suszą. Ile lat minęło od naszego ostatniego spotkania? - pytał sam siebie. Z przykrością przekonał się, że nie potrafi sobie tego przypomnieć.
- Za generała! I haniebną śmierć jego wrogów! - zawołał Iwan.
- Iwanie, proszę!
- Wznieśmy toast, Borisie, toast! Pijmy, kiedy czas po temu! Ilu mężczyzn osiągnęło w życiu to, co ty? Jesteś u szczytu kariery. - Poruszył chudymi ramionami. - Co, nie jesteś dumny z tego, do czego doszedłeś?
- Oczywiście, że jestem - odpowiedział Boris. - Tylko że... - Zawiesił głos w pół zdania.
- Tylko co? - Iwan usiadł prosto. - Co ci chodzi po głowie, stary przyjacielu? No dalej, zbyt wiele nas łączy, żebyś musiał coś przede mną ukrywać.
Boris zrobił głęboki wdech i wypił kolejny łyk palącej wódki.
- Po tych wszystkich latach wpadłem w groźną pułapkę, Iwanie, i nie wiem, czy uda mi się z niej wydostać.
Wołkin chrząknął.
- Z pułapki zawsze jest jakieś wyjście, przyjacielu. Mów dalej, proszę.
Kiedy Boris opowiedział mu o układzie ze swoim poprzednim szefem i o tym, czego Czerkiesow od niego chciał, oczy Wołkina znieruchomiały, wzrok stał się dziki, do głosu dochodziła jego wrodzona przebiegłość, niczym potwór z głębin morskich wypływający na powierzchnię.
W końcu oparł się ponownie o fotel i założył nogę na nogę.
- Moim zdaniem, Borisie Iljiczu, pułapka istnieje tylko w twojej głowie. Problemem są twoje relacje z tym człowiekiem, Bourne'em. Spotkałem go kilkakrotnie. Prawdę mówiąc, nawet mu pomogłem. Ale to Amerykanin. Co gorsza, jest szpiegiem. Na ile w ostateczności można mu zaufać?
- Uratował mi życie.
- O, widzę, że dochodzimy teraz do sedna problemu. - Wołkin pokiwał głową niczym mędrzec. - A polega on na tym, że w głębi serca jesteś sentymentalny. Myślisz o tym człowieku, Jasonie, jak o przyjacielu. Może nim jest, może nie, ale jesteś gotów zrezygnować z wszystkiego, na co harowałeś przez ostatnie trzydzieści lat, żeby ratować jego skórę. - Wołkin popukał się palcem w bok nosa. - Pomyśl, że to w ogóle nie jest pułapka, ale sprawdzian twojej woli, twojej determinacji, twojego oddania. Wszystkie wielkie sprawy wymagają ofiar. W gruncie rzeczy to właśnie odróżnia je od banalnej reszty, to czyni je wielkimi, stawia poza zasięgiem zwykłych ludzi, sprawia, że dokonać ich może jedynie bardzo niewielu, jednostki gotowe ponieść takie ofiary i umiejące tego dokonać. - Pochylił się do przodu. - Ty jesteś kimś takim, Borisie Iljiczu.
Otoczyła ich cisza. Zegar z brązu tykał, odmierzając minuty niczym bijące serce wyrwane z ciała ofiary. Wzrok Borisa spoczął na starej carskiej szabli, którą podarował Wołkinowi wiele lat wcześniej. Była w doskonałym stanie, dobrze nasmarowana, z czułością wypolerowana, jej stal błyszczała w świetle lampy.
- Powiedz, Iwanie Iwanowiczu - odezwał się w końcu - co by było, gdyby Czerkiesow kazał mi zabić ciebie?
Oczy Wołkina stały się niemal żółte jak oczy kota, tajemnicze, nieprzeniknione.
- Sprawdzian to sprawdzian, przyjacielu. Ofiara to ofiara. Zakładam, że dobrze o tym wiesz.
- - -
La Défense wyrosła niczym postmodernistyczny obcy twór na dalekich zachodnich krańcach Paryża. Mimo wszystko jednak usytuowanie dzielnicy zdominowanej przez interesy świeżej daty w La Défense okazało się znacznie lepszym rozwiązaniem niż zgoda na spaskudzenie cudownej architektury centrum Paryża przez nowoczesne budynki. Połyskująca, zbudowana z zielonego szkła siedziba banku Île de France stała w połowie Place de l'Iris, który rozpierał się w samym sercu La Défense. Piętnastu mężczyzn siedziało po obu stronach stołu z polerowanego marmuru na najwyższym piętrze wieżowca. Wszyscy, nawet muzułmanie, ubrani byli w szyte na miarę garnitury, białe koszule i konserwatywne krawaty. Tego wymagała Domna, podobnie jak złotego sygnetu na palcu wskazującym prawej ręki. Domna była prawdopodobnie jedyną istniejącą grupą, w której przedstawiciele dwóch najważniejszych odłamów islamu, sunnitów i szyitów, koegzystowali pokojowo, a nawet pomagali sobie wzajemnie, gdy zachodziła taka potrzeba.
Szesnasty mężczyzna zajmował miejsce u szczytu stołu. Miał usta świadczące o okrucieństwie, orli nos, świdrujące niebieskie oczy i skórę koloru miodu. Przy jego lewym łokciu, ale trochę z tyłu, siedziała jedyna kobieta z papierowymi teczkami na kolanach. Była młodsza od mężczyzn, przynajmniej takie sprawiała wrażenie dzięki długim rudym włosom, porcelanowej cerze i szeroko rozstawionym oczom, przezroczystym niczym morska woda. Od czasu do czasu, kiedy mężczyzna zajmujący miejsce u szczytu stołu wyciągał w bok lewą rękę, podawała mu kartkę papieru, szybkim ruchem pielęgniarki podsuwającej chirurgowi skalpel. Nazywał ją Skarą, ona mówiła do niego per pan.
Kiedy mężczyzna u szczytu stołu czytał wydruk, wszyscy zebrani w pokoju słuchali, może poza Skarą znającą na pamięć zawartość stale uzupełnianych teczek, które uważała za zbyt poufne, by wprowadzać je do komputera.
Siedemnaście osób zapełniało salę zbudowaną z betonu i szkła i nafaszerowaną elektroniką uniemożliwiającą nawet najbardziej zaawansowany technologicznie podsłuch.
Członkowie kierownictwa Severus Domna przybyli z czterech stron świata - z Szanghaju, Tokio, Berlina, Pekinu, Sany, Londynu, Waszyngtonu, Nowego Jorku, Rijadu, Bogoty, Moskwy, New Delhi, Lagos, Paryża i Teheranu.
Benjamin El-Arian, siedzący u szczytu stołu, przemawiał do mężczyzn zajmujących miejsca po jego obu stronach.
- Prawdę powiedziawszy, Ameryka zawsze była nam cierniem w boku. Aż do teraz. - Zwinął dłoń w pięść. - Nasz cel jest w zasięgu ręki. Znaleźliśmy inny sposób.
Przez następne dziesięć minut El-Arian objaśniał każdy szczegół nowego planu.
- Z założenia będzie to dla mnie i dla naszych członków z Ameryki ogromne obciążenie, ale pokładam głęboką wiarę, że dzięki temu nowemu planowi zyskamy znacznie więcej, niż wtedy, gdy Jason Bourne wszedł nam w drogę.
- Podsumował całość w kilku słowach, a potem poprosił o przerwę.
Gdy wszyscy wyszli, El-Arian użył interkomu, żeby wezwać Marlona Etanę, najsilniejszego, a przez to najbardziej wpływowego agenta działającego w terenie.
- Mam nadzieję, że zastanawiasz się nad zleceniem komuś likwidacji Bourne'a - powiedział Etana, podchodząc do szefa. - Wymordował naszych ludzi w Tineghirze. W tym Idira Syphaxa, którego wszyscy kochaliśmy.
El-Arian wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Zapomnij o Jasonie. Twoim celem jest Jalal Essai. Swoją zdradą naszego świętego zaufania stał się źródłem poważnych kłopotów. Chcę, żebyś go znalazł i zlikwidował.
- Ale przez to, że Bourne się wtrącił, straciliśmy naszą szansę na złoto Salomona.
El-Arian zmarszczył czoło.
- Po co mówisz o czymś, co i tak wiem?
Etana zacisnął pięści.
- Chcę go zabić.
- I zostawić Essaia przy życiu, żeby narobił więcej szkód? - Położył rękę na ramieniu agenta. - Zaufaj tym decyzjom, Marlonie. Zajmij się swoim zadaniem. Pamiętaj o posłuszeństwie. Domna liczy na ciebie.
Etana skinął głową, odwrócił się i nie oglądając się za siebie, wyszedł z pokoju.
Salę wypełniała zupełna cisza, dopóki Skara się nie podniosła.
- Pięć minut - powiedziała bez patrzenia na zegarek. El-Arian kiwnął głową i podszedł do okna wychodzącego na północ. Zapatrzył się na szeroką ulicę, na maleńkich ludzi. Był naukowcem, profesorem archeologii, znawcą starożytnych cywilizacji, sztywnym człowiekiem, noszącym się niemal po królewsku.
- To się uda - rzucił niby do siebie.
- Na pewno się uda - przytaknęła Skara, zbliżając się do niego.
- Jaki kolor?
- Czarny. Citroën. - Oddech Skary omiatał mu ramię. Jej zapach był intrygujący, pachniała cynamonem i czymś lekko gorzkawym, może palonymi migdałami. - Za trzy minuty od tej chwili nikt nie będzie o tym pamiętał.
El-Arian ponownie skinął głową, niemal nieobecny myślami. Dobrze mu znany dreszcz, o jaki go przyprawiała, nadal trochę zbijał go z tropu. Pomyślał chwilowo o bezpieczeństwie żony i dzieci, dobrze chronionych, ale znajdujących się tak daleko.
- Kim będę jutro?
Odwrócił się i zobaczył jej wyciągniętą dłoń. Sięgnął do kieszeni na piersiach i wyjął grubą paczuszkę.
Kiedy Skara ją otworzyła, znalazła w środku paszport, swoją nową legendę, bilet pierwszej klasy na samolot z otwartą datą powrotu, karty kredytowe i trzy tysiące dolarów amerykańskich.
- Margaret Penrod - przeczytała w paszporcie.
- Maggie - wszedł jej w słowo El-Arian. - Sama siebie nazywasz Maggie. - Odrzucił lekko głowę do tyłu i wrócił do patrzenia na ulicę w dole. - Wszystko jest w legendzie.
Skara pokiwała głową, jakby to ją satysfakcjonowało.
- Dziś wieczorem nauczę się tego na pamięć w samolocie.
- Jest Laurent - powiedział El-Arian, wskazując na postać w ciemnym garniturze wychodzącą z budynku. Nie udało mu się stłumić swego rodzaju podniecenia w głosie.
Skara wyjęła telefon komórkowy na kartę i wstukała numer Laurenta. W jednej chwili zaprogramowany wcześniej kod został nadany. El-Arian zaczął już odliczać w myślach. Laurent lekko się wzdrygnął, wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz.
- Co robi? - zapytał El-Arian.
- Nic - uspokoiła go Skara. - Musiał poczuć wibrację, to wszystko.
El-Arian zmarszczył czoło.
- Nie powinien niczego poczuć.
Rudowłosa wzruszyła ramionami.
- Czy on może coś z tym zrobić?
- Nic a nic.
Z wysokości piętnastego piętra spostrzegł coś kątem oka, dlatego przeniósł wzrok na nadjeżdżającego czarnego citroena.
El-Arian wyciągnął szyję.
- Czy Laurent do kogoś dzwoni?
Zgrabne ramiona Skary uniosły się i opadły.
- Nie ma się czym przejmować.
W następnej chwili El-Arian zrozumiał powód jej pewności. Citroën uderzył Laurenta tak mocno, że mężczyzna wyleciał na co najmniej trzy metry w górę. Spadł na ziemię, leżał przez kilka sekund, a potem - zadziwiające - zaczął się ruszać, próbując przeczołgać się z powrotem do krawężnika. Samochód gwałtownie zakręcił i prawą oponą zmiażdżył mu głowę, a później od razu odjechał na pełnym gazie, tak że zanim gapie wybiegli na ulicę, nie było po nim śladu.
Rozdział 3
Corellos stawał się coraz bardziej nerwowy. Bourne czuł, jak ciało Kolumbijczyka napina się w oczekiwaniu na moment jego nieuwagi.
- To jest ta chwila - powiedział Bourne - innej nie będzie.
Jalal Essai skinął głową, ale Jason widział wyraźnie ogień nienawiści w jego oczach. Wiele lat wcześniej Bourne został wysłany do domu Essaia, żeby zabrać stamtąd laptop. Dla człowieka takiego jak Essai nie było większej obrazy od wtargnięcia do domu, gdzie jego rodzina jadła i spała. Na tym polegał zasadniczy dylemat: Essai nie mógł wybaczyć Bourne'owi, ale z drugiej strony musiał odłożyć na bok zajadłą wrogość, żeby osiągnąć swój cel. Jason za żadne skarby nie chciałby się znaleźć w jego sytuacji.
Ludzie Corellosa otaczający Bourne'a odłożyli broń.
- Hombre, czy wiesz, co robisz? - W głosie Corellosa słychać było ogromne zdenerwowanie.
- Robię to, co trzeba - odpowiedział Essai.
- Nie możesz ufać temu bydlakowi. Został nasłany, żeby mnie zabić.
- Sytuacja się zmieniła. Teraz pan Bourne już wie, że zabijając cię, osiągnąłby skutek przeciwny do zamierzonego. - Przekrzywił pytająco głowę. - Mam rację, Bourne?
Jason uwolnił szyję Roberta Corellosa, który odsunął się od niego na chwiejnych nogach i stał pod pręgierzem surowego spojrzenia Essaia, trzęsąc się od tłumionych emocji. Z nosa sączyła mu się krew. Sztywnym krokiem podszedł do jednego ze swoich ludzi i wytarł krew rękawem koszuli. Błąd mężczyzny polegał na tym, że wgapiał się w nos szefa. Corellos wyrwał mu z rąk AK-50 i bijąc go kolbą, zmusił do opadnięcia na kolana.
Bourne był w tym czasie zajęty rozgryzaniem relacji, jaka łączyła Essaia i Corellosa. Przed tym spotkaniem nie uwierzyłby, że Corellos jest w stanie przyjmować rozkazy od kogoś innego. Nad swoją domeną sprawował władzę absolutną. Nikt nie śmiał mu się sprzeciwić, nawet nowo powstałe grupy rosyjskiej, albańskiej i chińskiej mafii. Jego wyraźne podporządkowanie się Jalalowi Essaiowi budziło zaciekawienie i stanowiło zagadkę. Wszedł na nowy i większy teren, pomyślał Bourne. Essai skusił go sferą wpływów Domny. A potem pomyślał jeszcze: Jaką nagrodę obiecał mu Essai? Najważniejsze pytanie brzmiało jednak: Do czego Essai zmierza?
To, że Bourne pozwolił się złapać, było opłacalne. Już wcześniej domyślał się, że napastnicy zostali wysłani przez Corellosa, ale szokujące pojawienie się Essaia wprowadziło go do innego świata, który budził jego większe zainteresowanie.
Essai wyciągnął przed siebie rękę w jawnym geście zgody.
- Pod drzewem stoją składane krzesełka. Usiądźmy, podzielmy się chlebem, napijmy się herbaty i pogadajmy.
- Podnieście tę pieprzoną broń, maricón - warknął Corellos, spoglądając to na jednego, to na drugiego mężczyznę.
A potem odrzucił do tyłu głowę. - Przynieś tequilę, mnóstwo tequili! - krzyknął do jednego ze swoich ludzi. Był to policzek wymierzony Essaiowi, któremu jako muzułmaninowi nie wolno było pić alkoholu.
Kiedy usiedli, Essai uśmiechnął się pod nosem, w oczach miał stłumiony blask, jakby już obmyślił odpowiednią karę dla Kolumbijczyka za tak wyraźne okazanie mu braku szacunku. Nie teraz, nie jutro ani pojutrze. Cierpliwość stanowiła jeden z nieoficjalnych siedmiu filarów islamu, podczas gdy Corellos był w gorącej wodzie kąpany, o czym świadczył jego nagły wybuch agresji. Prawdę mówiąc, Bourne zdawał sobie sprawę, że zachowanie barona narkotykowego było próbą odzyskania twarzy - bo stracił ją w oczach własnych ludzi. Ale to nie zmniejszało obrazy, jaką odczuwał Essai. Jason zorientował się już, że tych dwóch mogło być partnerami, lecz nie lubili się jak jasna cholera, co mogło okazać się przydatne w przyszłości.
Muzułmanin patrzył na Bourne'a i zupełnie ignorował Corellosa, który odchylił się do tyłu i chlusnął zawartością pełnej butelki tequili na nos. Prychając krwią i wódą, pociągnął długi łyk z butelki, a potem następny, równie zachłanny. Oczy płonęły mu gniewem. Essai tak ustawił składane krzesełka, że zajął miejsce naprzeciwko Bourne'a. Dzięki temu było jasne, że baron narkotykowy jest raczej obserwatorem tej rozmowy, a nie jej uczestnikiem.
- Domna ma cię na oku - zaczął Essai.
- Już próbowała mnie zabić w Tajlandii. - Bourne poprawił się na krześle. - Zatem jest zupełnie odwrotnie, niż było.
Essaiowi, Bourne'owi i Corellosowi podano posole w miskach z terakoty, razem z drewnianymi łyżkami. Corellos napluł do swojej miski i zamaszystym ruchem wyrzucił ją daleko za siebie. Wrócił do tequili. Bąble powietrza w opróżnianej butelce lśniły w słońcu niczym szklane kulki.
Essai skinął głową.
- Prawdopodobnie. Niemniej bardzo im zaszkodziłeś, więc możesz mi wierzyć, kiedy mówię, że nie ustaną, dopóki cię nie zabiją.
- Czuję do nich dokładnie to samo.
Brodacz wpatrywał się w niego nieprzeniknionym wzrokiem.
- Wierzę, że naprawdę tak jest. - Westchnął, odstawił miskę i złożył dłonie na udach.
Bourne usiłował się zorientować, czy Essai jest zrezygnowany, czy usatysfakcjonowany. Niewykluczone, że i jedno, i drugie.
- Wiem, że mi nie ufasz. - Essai wzruszył ramionami.
- Szczerze mówiąc, czułbym to samo, gdybym był na twoim miejscu. - Pochylił się do przodu, położył łokcie na kolanach.
- Ale coś ci powiem: po królewsku wydymałeś Domnę. Plan polegał na tym, żeby dzięki zasobom złota Salomona ustanowić nowy parytet złota i osłabić amerykańską walutę. Teraz, rzecz jasna, to zupełnie niemożliwe. Przez ciebie. Niezliczona ilość czasu i pieniędzy została bezpowrotnie stracona. - Zaczął klaskać. - Dobra robota!
O ile Bourne mógł się zorientować, w jego głosie nie było cienia sarkazmu.
Nagle wyraz twarzy Essaia spoważniał.
- Na tym jednak nie koniec. Nieszczęściem dla nas obu, to dopiero początek.
- Zakładam, że plan B będzie miał takie same fatalne skutki.
- Niewykluczone, choć mogą być gorsze. - Muzułmanin wzruszył ramionami.
Zapadła nieprzyjemna cisza, którą Bourne przerwał słowami:
- Chcesz przez to powiedzieć, że nie znasz planu B.
- Poza tym, że będzie miał na celu rozszerzenie wpływów Domny na terenie Stanów Zjednoczonych, nic nie wiem. - Zabił komara, uderzając się w przedramię, i wytarł kroplę krwi, która po nim została. - Widzę, że jesteś rozczarowany.
- Rozczarowanie to mało powiedziane. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego chciałeś ze mną rozmawiać.
Kiedy zaczął się podnosić, Essai oznajmił:
- Domna nałożyła na ciebie sankcję.
- Nie pierwsza i nie ostatnia - odparł Bourne, na którym nie zrobiło to wrażenia. - Jakoś przeżyję.
- Nie, nie rozumiesz. - Teraz i Essai wstał. - W świecie Domny sankcja jest traktowana bardzo poważnie. Nie wygrywa ten, kto da najwięcej. To świętość.
Bourne patrzył obojętnie na muzułmanina.
- To znaczy?
- To znaczy, że śmiertelny cios nadejdzie w miejscu i czasie, które nawet ciebie zaskoczą. - Uniósł palec wskazujący. - A wykonawcą będzie ktoś...
- Tak?
Essai wciągnął głęboko powietrze.
- Faktem jest, że cię potrzebuję, panie Bourne.
Bourne'owi udało się stłumić śmiech. Choć nie zdołał się powstrzymać przed pokręceniem głową.
- Wiem, że trudno to sobie wyobrazić - kontynuował Essai - mnie również, możesz mi wierzyć. - Zrobił krok w stronę Jasona. - Ale mówię prawdę: życie kojarzy dziwne pary i naprawdę nie wyobrażam sobie dziwniejszej niż nas dwóch. - Wzruszył ramionami. - Niemniej...
Bourne czekał. Nie miał zamiaru wyświadczać Essaiowi żadnej przysługi. Nie chciał prowadzić dalej tej pokręconej rozmowy. Nie czuł jednak niechęci do tego mężczyzny i wcale mu się nie podobało, że włamał się kiedyś do jego domu. Dokonania tej śmiertelnej obrazy nie mógł zwalić na Alexa Conklina, choć właśnie nieżyjący już szef kazał mu to zrobić. Conklin nie miał pojęcia, jakie mogą być konsekwencje zadania Bourne'a, albo w ogóle go to nie obchodziło. Ale Bourne wiedział - doskonale się orientował, jaka będzie reakcja muzułmanina na wtargnięcie do jego domu - mimo to wykonał rozkaz. W rzeczywistości był dłużnikiem Essaia.
I ten dług trzymał go w tym miejscu.
- Od jak dawna jesteś przeciwnikiem Domny? - To pytanie miało zasadnicze znaczenie.
- Od wielu lat - odparł Essai bez wahania. - Ale dopiero w zeszłym roku postanowiłem otwarcie z nimi zerwać.
- Co chciałeś zrobić z informacjami z laptopa, który ukradłem ci z domu przed laty?
- Planowałem, że go zabiorę i ucieknę - powiedział Essai. - Ale ty mi to uniemożliwiłeś.
Zapadła tak głęboka cisza, że wydawało się, iż tłumi nawet bzyczenie owadów i pokrzykiwania ptaków.
Essai uniósł ramiona, szeroko je rozkładając.
- A więc jesteśmy tutaj, w głuszy dżungli, pożerani żywcem przez komary i kąsani przez muchy.
Odszedł od pijanego już Corellosa, który tulił do siebie butelkę tequili, jakby była dziwką za dziesięć dolarów. Bourne podążył za nim w gęste zarośla. Dwóch ludzi Corellosa patrzyło za nimi ze źle skrywaną pogardą, a potem, znudzeni, splunęli i poszli wziąć piwo z przenośnej lodówki.
- Ci Kolumbijczycy - odezwał się Essai konspiracyjnym szeptem, który pojawiał się u niego ni stąd, ni zowąd. Nie dodał nic więcej, jakby znaczenie tych słów wykraczało poza ich słownikowe definicje - bo tak właśnie było. Bourne zdawał sobie sprawę, że Essai czuł się kimś lepszym od tych ludzi i niewykluczone, że miał do tego podstawy. Na pewno był lepiej wykształcony, lepiej znał świat, ale może nie o to chodziło. Ci Kolumbijczycy, nawet najmniej wykształceni, posiadali zapasy energii, która jak cyklon w mgnieniu oka mogła dokonywać spustoszeń. Śmierć nic sobie nie robiła z wykształcenia ani pewności siebie - wszystkich traktowała równo.
Było jednak coś bardzo ważnego, co Bourne chciał wiedzieć.
- Miałem wrażenie, że kiedy należałeś do Domny, byłeś jej oddany całym sobą. Dlaczego się odciąłeś?
- W którymś momencie Severus Domna wydawała się czymś prawdziwym i szczerym... miejscem spotkania umysłów Wschodu i Zachodu. To było szlachetne przedsięwzięcie, śmiały projekt, choć przypominał mieszanie oliwy z wodą. Stopniowo i tak subtelnie, że dosłownie nikt niczego nie zauważył, Domna się zmieniła. - Wzruszył ramionami. - Może za sprawą Benjamina El-Ariana. Z drugiej strony, choć gardzę tym człowiekiem, to jednak zbytnie uproszczenie tego procesu. El-Arian był i jest odgromnikiem, w to nie wątpię, a jednak choroba, która zaczęła toczyć Domnę, rozprzestrzenia się. To zaszło za daleko, żeby dało się zatrzymać.
- O jakiej chorobie mówisz?
Essai odwrócił się do niego.
- Bardzo niewiele o tobie wiem, panie Bourne, ale orientuję się, że nazwa Czarnego Legionu nie jest ci obca.
Mówił o grupie zniechęconych muzułmanów, których naziści przywieźli z terenów Związku Radzieckiego w czasie drugiej wojny światowej. Muzułmanie, głęboko nienawidzący Stalina, zostali wyszkoleni przez SS, utworzono z nich oddziały i wysłano na front wschodni, gdzie walczyli z niesłychaną zawziętością przeciwko żołnierzom ich dawnej ojczyzny.
Czarny Legion miał całkiem sporo bardzo wpływowych przyjaciół wśród faszystowskich dowódców. W ostatnich dniach wojny jego żołnierzy wycofano z frontu wschodniego i odesłano do bezpiecznych kryjówek, gdzie alianci nie mieli do nich dostępu. Choć rozproszeni, nigdy nie zapomnieli, kim są. Całe dziesięciolecia później skupili się wokół Meczetu w Monachium, który teraz był znany jako jeden z ośrodków terroryzmu muzułmańskich fundamentalistów.
- Miałem do czynienia z Czarnym Legionem - przyznał Bourne. - Ale od dwóch lat siedzi cicho: nie wydaje żadnych manifestów, nie dokonuje żadnych ataków. Jakby się zapadł pod ziemię.
- Taka jest wola Allaha - powiedział Essai. - Wiem to w głębi serca. - Otarł czoło wierzchem dłoni. Był przyzwyczajony do wyjątkowo dużych upałów, ale wilgotność sprawiała, że ubranie miał zupełnie mokre. - W każdym razie po kilku porażkach, a przynajmniej jedna z nich była twoim dziełem, Legion skierował uwagę, powiedzmy, do wewnątrz.
Rozejrzał się wokół, jakby ustalał i analizował pozycje Corellosa i wszystkich jego ludzi.
- Przez dziesięciolecia przywódcy z monachijskiego Meczetu bacznie obserwowali Domnę. Postrzegali jej cele jako bezpośrednie zagrożenie, bo jak wiesz, Meczet dąży ni mniej, ni więcej tylko do dominacji islamu na Zachodzie. To Meczet stał za ciągłym napływem muzułmanów do Europy Zachodniej i to on nawoływał ich do żądania większych praw, większej władzy i większego wpływu na miejscowe rządy. Kiedyś Meczet miał dwóch albo trzech swoich ludzi w Domnie. Teraz jego członkowie stanowią w niej większość i jest wśród nich Benjamin El-Arian. Dzisiaj, gdy Severus Domna ma globalny zasięg, znacznie większy niż Meczet, stanowi dla świata zagrożenie, o jakim jeszcze nie słyszeliśmy.
Bourne zastanawiał się nad tym przez jakiś czas.
- Jesteś bardzo oddany swojej rodzinie. A wdałeś się w zbyt niebezpieczną grę.
- Ty jeden wiesz, jak niebezpieczną. - Powolny uśmiech pojawił się na twarzy Essaia. - Ale kości zostały rzucone, decyzje podjęte. Nie potrafiłbym spojrzeć sobie w oczy, gdybym stał obok i nie zrobił nic, żeby powstrzymać Domnę. - Oczy gorzały mu niczym węgle. - Ta organizacja musi zostać zmiażdżona, panie Bourne. Nie ma innego rozwiązania dla mnie, dla ciebie, dla twojego kraju.
Bourne widział wyraźnie nienawiść w oczach muzułmanina i słyszał ją w jego głosie. To był mężczyzna o twardych zasadach, niezłomnym duchu, ostry w akcji, mądry w namyśle. Po raz pierwszy Bourne poczuł do niego szacunek. Ale zaraz przypomniał sobie o włamaniu do domu Essaia i jeszcze bardziej utwierdził się w przekonaniu, że tego mu ten mężczyzna nigdy nie wybaczy.
- Wydaje mi się, że nie mamy za dużo czasu, by dowiedzieć się, na czym polega nowy plan Domny - powiedział Essai.
Kolejny raz zapadła między nimi cisza. Słychać było jedynie bzyczenie owadów, skrzek nadrzewnych żab, cichy łopot skrzydeł nietoperzy przemieszczających się w koronach drzew.
Muzułmanin wstał i odszedł jeszcze dalej od obozu. Zapatrzył się gdzieś między drzewa. Bourne dołączył do niego po jakimś czasie.
- Mam czworo dzieci - powiedział Essai po długiej chwili. - Właściwie troje. Moja córka umarła.
- Przykro mi.
- To było wiele lat temu, mam wrażenie, że w innym życiu. - Essai zagryzł usta, jakby zastanawiał się, czy mówić dalej. - Była bardzo nieposłuszną dziewczyną, co jak potrafisz sobie wyobrazić, nie jest najlepszą cechą w muzułmańskiej rodzinie. Mogłem ją kontrolować, gdy była dzieckiem, ale nadszedł czas, kiedy się zbuntowała. Uciekała trzy razy. Za pierwszym i drugim razem udało mi się sprowadzić ją z powrotem... miała dopiero czternaście lat. Ale cztery lata później uciekła z młodym Irańczykiem. Dałbyś wiarę?
- Mogło być gorzej, jak myślę - powiedział Bourne.
- Nie - odparł Essai. - Nie mogło. - Zaczął odrywać kawałki kory od drzewa, a potem długimi, ostrymi paznokciami skubał łyko. - Chłopak był zaręczony i miał się żenić, ale jak idiota zabrał ją ze sobą do Iranu. Nie pytaj mnie dlaczego, bo do dziś nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.
- Może naprawdę ją kochał.
Essai pokręcił głową.
- Rzeczy, które ludzie robią...
Jego głos zamarł, ale palce nie przestawały skubać drzewa. W chwilę później zaczerpnął głęboko powietrza, a kiedy je wypuścił, słowa zaczęły wylewać się z niego jak woda z przepełnionej studni.
- Oczywiście stało się to, co było nieuniknione. Córkę zabrano od niego i uwięziono. Mieli zamiar ukamienować ją na śmierć, wyobrażasz sobie! Irańczycy, co za barbarzyńcy!
Rzecz jasna miał na myśli sunnitów, bo chociaż Irańczycy nie byli Arabami, jak on, niemniej wyznawali islam. I sporo wśród nich było sunnitów, a nie szyitów, jak on. Wrogość, jaka zapanowała po schizmie między dwiema najważniejszymi sektami muzułmanów, był zajadła i nieodwracalna.
- To pierdolone zwierzęta i tyle.
Wtedy po raz pierwszy przeklął. Bourne widział, jak wiele go to kosztowało, ale narastające w nim wzburzenie było nie do opanowania.
- No więc pojechałem... sam, osobiście. Wyciągnąłem ją z więzienia, wywiozłem z Teheranu, a potem z Iranu. Byliśmy na statku płynącym przez Morze Śródziemne, w drodze do domu, kiedy pojawiła się Domna. - Zupełnie niespodziewanie zwrócił oczy na Bourne'a. - Sześciu mężczyzn. Sześciu! Oszacowali, że tylu właśnie będzie potrzebnych. Domna ostrzegała mnie, żebym nie jechał do Iranu, żebym się nie wtrącał, że trzeba utrzymać pokój z Wysoką Radą. A to wymagało, żeby sunnici i szyici szanowali nawzajem swoje tradycje. "Ale to moja córka - zaprotestowałem. - Krew z mojej krwi". Odpowiedzieli, że w przeciwnym razie w samej Domnie wybuchnie wojna między sektami i nie będziemy wcale lepsi od tych, nad którymi chcemy przejąć kontrolę. Bardzo wątpię, czy w ogóle mnie słuchali, a nawet jeśli, wcale ich to nie obchodziło. "Przypominamy ci o posłuszeństwie - powiedzieli. - To rzecz najważniejsza".
Ponownie odwrócił głowę. Pod paznokciami miał korę i brud. Po jednym z palców wędrowała zbłąkana mrówka.
- Wtedy ostatni raz widziałem córkę. Nie powiedziano już niczego więcej. Nic nie zrobiłem, bo... bo wtedy należałem do Domny i nic nie można było zrobić wobec jej kolektywnej decyzji. To prawda, że straciłem dużo krwi i cierpiałem. - Uniósł prawą rękę, żeby Bourne mógł zobaczyć paskudne białe zgrubienie, bliznę pośrodku dłoni. - Cała siła ze mnie uszła, powtarzałem sobie, okazałem lojalność. Ale kiedy wróciłem do domu i zobaczyłem wyraz twarzy mojej żony, kłamstwa, którymi się karmiłem, rozwiały się niczym mgła w słońcu. - Znowu poszukał wzrokiem Bourne'a. - Wszystko się zmieniło. Rozumiesz?
- Przekroczyłeś Rubikon.
Essai pomyślał przez chwilę, a potem skinął głową.
- Wróciłem do domu jako inny człowiek, wojownik, mężczyzna o skamieniałym sercu. Moi kompani... ci, których uważałem za przyjaciół... zdradzili mnie. Usunęli się, a ja nawet tego nie spostrzegłem. Nie należeli już do Domny, przynajmniej do tej Domny, którą kiedyś podziwiałem. To była nowa Domna, zniewolona przez Meczet i jego odrażający Czarny Legion. Teraz potrafię myśleć tylko o zemście. Informacje w laptopie, który zabrałeś, miały być tą zemstą. Chciałem ukraść Domnie złoto sprzed samego nosa, ale to stało się niemożliwe.
Bourne otworzył usta, żeby coś wtrącić, lecz Essai uciszył go machnięciem dłoni.
- Ale Allah jest wielki. Allah jest dobry, bo po pewnym czasie znowu się pojawiłeś, ty, narzędzie mojej zemsty.
Ponownie zamilkł. Nocne stworzenia zaczęły pokrzykiwać nad nimi, Corellos, z zamkniętymi oczami i brodą opartą na piersi, chrapał jak wieprz.
Essai zaśmiał się gorzko, a potem odchrząknął.
- Potrzebuję twojej ekspertyzy, panie Bourne. Jesteś jedynym człowiekiem, któremu ufam, a który jest w stanie się dowiedzieć, na czym polega nowy plan Domny, żebyśmy razem mogli go pokrzyżować.
- Pracuję sam.
- Dziwne, prawda? - Nie usłyszał Bourne'a, a jeśli nawet, to puścił jego słowa mimo uszu.
- Wspomniałeś o zaufaniu.
- Obaj jesteśmy ludźmi honoru, prawda?
Bourne skinął głową.
W kącikach oczu Essaia pojawiły się zmarszczki.
- W takim razie moja propozycja brzmi...
- Wiem, czego oczekujesz ode mnie - wszedł mu w słowo Bourne.
- To jedynie coś, co sam zamierzałeś zrobić. A teraz masz moje wsparcie.
- Nie potrzebuję twojego wsparcia.
- Z całym szacunkiem, panie Bourne, w tej sytuacji bardzo go potrzebujesz. Domna jest ogromna i wpływowa, jej macki docierają do każdego zakątka globu. - Pokiwał palcem wskazującym w kierunku Jasona. - Chyba zachowuję się trochę teatralnie, ale zapewniam cię, że nie przesadzam.
- Zrobię to, co mam zamiar zrobić.
Essai pokiwał głową niemal zbyt gorliwie.
- Rozumiem. Ale w zamian mógłbym ci powiedzieć, kogo Domna wysłała, żeby cię zabił.
Bourne wzruszył ramionami.
- Tego dowiem się w swoim czasie. Znam wszystkie ścieżki, wszystkich graczy.
- A mimo to nie masz o niczym pojęcia. Jak ci mówiłem, Domna rozpoczęła świętą misję. Bez mojej pomocy możesz zostać łatwo zlikwidowany.
- Jak przypuszczam, zatrzymasz tę wiedzę dla siebie, dopóki nie dostarczę ci informacji, których potrzebujesz o Domnie.
- Nic z tych rzeczy, panie Bourne! Chcę, żeby pan żył! Poza tym ustaliliśmy, że obaj jesteśmy ludźmi honoru. Powiem to panu od razu. - Podszedł o krok bliżej i zniżył głos. - Jeśli nie powstrzymasz swojego przyjaciela, Borisa Karpowa, to on cię zabije.