Świat Bourne'a - Eric Lustbader, Robert Ludlum, Eric Van Lustbader

Kup ebooka

28.50 zł
22.80 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Ty­dzień póź­niej

- Przez nich wy­cho­dzi­my na głup­ców.

Pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych omia­tał gniew­nym spoj­rze­niem Ga­bi­net Owal­ny i wbi­jał wzrok w męż­czyzn sto­ją­cych nie­mal na bacz­ność. Po­po­łu­dnie było cie­płe i sło­necz­ne, lecz w po­miesz­cze­niu wy­czu­wa­ło się na­pię­cie tak duże, że wszy­scy mie­li wra­że­nie, jak­by prze­ta­cza­ła się przez nie pry­wat­na bu­rza pre­zy­den­ta.

- Jak do­szło do tak opła­ka­ne­go sta­nu rze­czy?

- Chiń­czy­cy wy­prze­dza­ją nas o czte­ry lata - po­wie­dział Chri­sto­pher Hen­dricks, nowo mia­no­wa­ny se­kre­tarz obro­ny. - Za­czę­li bu­do­wać re­ak­to­ry ato­mo­we, żeby unie­za­leż­nić się od ropy i wę­gla, ale do­pie­ro te­raz oka­za­ło się, że kon­tro­lu­ją tak­że dzie­więć­dzie­siąt sześć pro­cent świa­to­we­go wy­do­by­cia me­ta­li ziem rzad­kich.

- Ziem rzad­kich! - za­grzmiał pre­zy­dent. - A co to ta­kie­go, do cho­le­ry, te zie­mie rzad­kie?

Ge­ne­rał Mar­shall, szef szta­bu z Pen­ta­go­nu, prze­stę­po­wał z nogi na nogę, naj­wy­raź­niej bar­dzo zmie­sza­ny.

- To mi­ne­ra­ły, któ­re...

- Z ca­łym sza­cun­kiem, pa­nie ge­ne­ra­le - wszedł mu w sło­wo Hen­dricks - zie­mie rzad­kie to źró­dło cen­nych pier­wiast­ków.

Mike Hol­mes, do­rad­ca do spraw bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go, od­wró­cił się do Hen­drick­sa.

- Co za róż­ni­ca i kogo to może ob­cho­dzić?

- Każ­dy z tlen­ków me­ta­li ziem rzad­kich cha­rak­te­ry­zu­je się szcze­gól­ny­mi wła­ści­wo­ścia­mi - po­wie­dział Hen­dricks. - Me­ta­le ziem rzad­kich mają za­sad­ni­cze zna­cze­nie dla no­wych tech­no­lo­gii, wy­ko­rzy­sty­wa­ne są do pro­duk­cji sa­mo­cho­dów o na­pę­dzie elek­trycz­nym, te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, tur­bin wia­tro­wych, la­se­rów, nad­prze­wod­ni­ków, po­tęż­nych ma­gne­sów i, co za­pew­ne jest naj­waż­niej­sze dla wie­lu z pa­nów obec­nych w tym po­ko­ju, a zwłasz­cza dla pana, ge­ne­ra­le, wy­po­sa­że­nia ar­mii we wszyst­kich dzie­dzi­nach ży­wot­nych dla na­sze­go bez­pie­czeń­stwa: elek­tro­ni­ce, opty­ce i ma­gne­ty­zmie. Weź­my na przy­kład bez­za­ło­go­wy sa­mo­lot Pre­da­tor lub inny ro­dzaj uzbro­je­nia no­wej ge­ne­ra­cji, za­pew­nia­ją­cy nie­sły­cha­ną pre­cy­zję, jak la­se­ro­we ce­low­ni­ki czy sieć sa­te­li­tów ko­mu­ni­ka­cyj­nych. Wszyst­kie za­le­żą od me­ta­li ziem rzad­kich, któ­re im­por­tu­je­my z Chin.

- Dla­cze­go w ta­kim ra­zie nie wie­dzie­li­śmy o tym wcze­śniej, do cho­le­ry? - ci­skał się Hol­mes.

Pre­zy­dent zgar­nął z biur­ka kil­ka do­ku­men­tów i trzy­mał je ni­czym roz­ło­żo­ną ta­lię kart.

- Mamy tu do­wód A. Sześć no­ta­tek służ­bo­wych z da­ta­mi z ostat­nich dwu­dzie­stu trzech mie­się­cy od Chri­sa do pań­skie­go per­so­ne­lu, ge­ne­ra­le, w któ­rych Chris pi­sze o tym sa­mym, co nam te­raz po­wie­dział. - Pre­zy­dent wy­cią­gnął jed­ną z kar­tek i od­czy­tał jej treść na głos: - "Czy kto­kol­wiek w Pen­ta­go­nie jest świa­do­my, że po­trze­ba dwóch ton tlen­ków me­ta­li ziem rzad­kich do zbu­do­wa­nia tyl­ko jed­ne­go wia­tra­ka pro­du­ku­ją­ce­go ener­gię elek­trycz­ną, a tur­bi­ny wia­tro­we, któ­rych uży­wa­my, są im­por­to­wa­ne z Chin?". - Spoj­rzał py­ta­ją­co na ge­ne­ra­ła Mar­shal­la.

- Nig­dy nie wi­dzia­łem tych do­ku­men­tów - od­po­wie­dział szef szta­bu drew­nia­nym gło­sem. - Nie mia­łem po­ję­cia...

- Za­pew­ne jed­nak ktoś z pań­skich lu­dzi je wi­dział - prze­rwał mu pre­zy­dent. - Co ozna­cza, pa­nie ge­ne­ra­le, że pań­skie ka­na­ły ko­mu­ni­ka­cyj­ne są do dupy. - Pre­zy­dent bar­dzo rzad­ko uży­wał wul­ga­ry­zmów, dla­te­go za­pa­no­wa­ło mil­cze­nie wy­wo­ła­ne szo­kiem. - W naj­gor­szym przy­pad­ku - mó­wił da­lej pre­zy­dent - mamy tu do czy­nie­nia z ra­żą­cym za­nie­dba­niem.

- Ra­żą­ce za­nie­dba­nie? - Ge­ne­rał za­mru­gał. - Nie ro­zu­miem.

Pre­zy­dent wes­tchnął.

- Wy­ja­śnij mu to, Chris.

- Nie da­lej jak pięć dni temu Chiń­czy­cy za­po­wie­dzie­li, że w przy­szłym roku ogra­ni­czą eks­port me­ta­li ziem rzad­kich o sie­dem­dzie­siąt pro­cent. Ma­ga­zy­nu­ją je na wła­sny uży­tek, o czym prze­wi­du­ją­co na­pi­sa­łem w mo­jej dru­giej no­tat­ce do Pen­ta­go­nu sprzed trzy­na­stu mie­się­cy.

- Po­nie­waż nie pod­ję­to żad­nych dzia­łań - ode­zwał się pre­zy­dent - mamy te­raz prze­je­ba­ne.

- Po­ci­ski sa­mo­ste­ru­ją­ce da­le­kie­go za­się­gu To­ma­hawk, po­cisk XM982 Exca­li­bur z sys­te­mem na­pro­wa­dza­nia, o zwięk­szo­nym za­się­gu i cel­no­ści, GBU-28 Bun­ker Bu­ster, wy­spe­cja­li­zo­wa­na bom­ba do nisz­cze­nia bun­krów - wy­li­czał na pal­cach Hen­dricks - świa­tło­wo­dy, nok­to­wi­zo­ry, wie­lo­za­da­nio­wy zin­te­gro­wa­ny wy­kry­wacz sub­stan­cji che­micz­nych MI­CAD, wy­ko­rzy­sty­wa­ny do wy­kry­wa­nia ska­że­nia che­micz­ne­go, su­per­czu­łe krysz­ta­ły Sa­int-Go­ba­in do wy­kry­wa­nia pro­mie­nio­wa­nia, prze­twor­ni­ki w so­na­rach i ra­da­rach... - Prze­krzy­wił gło­wę. - Mam wy­mie­niać da­lej?

Ge­ne­rał wpa­try­wał się w nie­go gniew­nie, ale cał­kiem roz­sąd­nie za­trzy­mał ja­do­wi­te uwa­gi dla sie­bie.

- No wła­śnie. - Pre­zy­dent za­bęb­nił pal­ca­mi po biur­ku. - Jak wy­do­stać się z tego szam­ba? - Nie ocze­ki­wał od­po­wie­dzi. Na­ci­snął gu­zik in­ter­ko­mu i rzu­cił: - Przy­ślij go.

Chwi­lę póź­niej ni­ski, krą­gły i ły­sie­ją­cy męż­czy­zna wszedł ener­gicz­nie do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go. Je­śli na­wet po­czuł się onie­śmie­lo­ny aurą wła­dzy pa­nu­ją­cą w tym po­ko­ju, nie dał nic po so­bie po­znać. Za­miast tego skło­nił lek­ko gło­wę w spo­sób przy­po­mi­na­ją­cy po­zdro­wie­nie kie­ro­wa­ne do ja­kie­goś eu­ro­pej­skie­go mo­nar­chy.

- Dzień do­bry, pa­nie pre­zy­den­cie, Chri­sto­phe­rze. Pre­zy­dent się uśmiech­nął.

- Ten dżen­tel­men, pa­no­wie, to Roy Fit­zWil­liams. Od­po­wia­da za In­di­go Rid­ge. Czy ktoś z was poza Chri­sem sły­szał o In­di­go Rid­ge? Tak my­śla­łem. - Po­ki­wał gło­wą.

- Gdy­byś ze­chciał to wy­ja­śnić, Fitz...

- Oczy­wi­ście, pa­nie pre­zy­den­cie - pod­jął skwa­pli­wie Fit­zWil­liams. - W roku ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym ósmym Uno­cal ku­pi­ło In­di­go Rid­ge, ob­szar w Ka­li­for­nii z naj­więk­szy­mi po chiń­skich zło­ża­mi ziem rzad­kich. Pe­tro­che­micz­ny gi­gant za­mie­rzał eks­plo­ato­wać te zło­ża, ale z tych czy in­nych po­wo­dów nig­dy do tego nie do­szło. W roku dwa ty­sią­ce pią­tym pew­na chiń­ska fir­ma chcia­ła prze­jąć Uno­cal, ale trans­ak­cję za­blo­ko­wał Kon­gres, tłu­ma­cząc to wzglę­da­mi bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go. - Od­chrząk­nął. - Nie cho­dzi­ło jed­nak o zie­mie rzad­kie, o któ­rych za­pew­ne w Kon­gre­sie nig­dy nie sły­sza­no, po­dob­nie jak o In­di­go Rid­ge. Po pro­stu oba­wia­no się, by Chiń­czy­cy nie po­ło­ży­li łapy na prze­twór­stwie ropy naf­to­wej.

- Za­tem - wtrą­cił pre­zy­dent - je­dy­nie opatrz­no­ści bo­żej za­wdzię­cza­my to, że kon­tro­la nad In­di­go Rid­ge po­zo­sta­ła w na­szych rę­kach.

- Co pro­wa­dzi nas do cza­sów obec­nych - po­wie­dział Fitz. - Dzię­ki pań­skim sta­ra­niom, pa­nie pre­zy­den­cie, i pana Hen­drick­sa, utwo­rzy­li­śmy spół­kę o na­zwie Neo­Dy­me. Jed­nak pro­duk­cja me­ta­li ziem rzad­kich wy­ma­ga tak wy­so­kich na­kła­dów, że ju­tro Neo­Dy­me wcho­dzi na gieł­dę z ogrom­ną pierw­szą ofer­tą pu­blicz­ną. Część z tego, co pa­nom po­wie­dzia­łem, nie jest oczy­wi­ście ta­jem­ni­cą. Za­in­te­re­so­wa­nie zie­mia­mi rzad­ki­mi bar­dzo wzro­sło po oświad­cze­niu wy­da­nym przez Chiń­czy­ków. Nie za­sy­pia­li­śmy gru­szek w po­pie­le przy Neo­Dy­me, omó­wi­li­śmy ofer­tę z czo­ło­wy­mi ana­li­ty­ka­mi gieł­do­wy­mi i mamy na­dzie­ję, że będą re­ko­men­do­wa­li na­sze ak­cje swo­im klien­tom. Neo­Dy­me nie tyl­ko roz­pocz­nie wy­do­by­cie, co po­win­no być ro­bio­ne od dzie­się­cio­le­ci, ale tak­że za­pew­ni bez­pie­czeń­stwo na­sze­mu kra­jo­wi. - Wy­cią­gnął ja­kąś no­tat­kę. - Do dzi­siaj zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy w In­di­go Rid­ge trzy­na­ście róż­nych pier­wiast­ków ziem rzad­kich, w tym szcze­gól­nie cen­ne me­ta­le przej­ścio­we. Czy mam je wy­li­czyć?

Pod­niósł wzrok znad kart­ki.

- Och, nie, może jed­nak nie. - Po­now­nie od­chrząk­nął. - W tym ty­go­dniu nasi geo­lo­dzy prze­ka­za­li nam jesz­cze lep­sze wia­do­mo­ści. Ba­da­nia z ostat­nich od­wier­tów wska­zu­ją na obec­ność kil­ku tak zwa­nych zie­lo­nych pier­wiast­ków ziem rzad­kich, ma­ją­cych ogrom­ne zna­cze­nie dla przy­szło­ści, bo na­wet ko­pal­nie chiń­skie nie wy­do­by­wa­ją tych me­ta­li.

Pre­zy­dent po­ru­szył lek­ko ra­mio­na­mi, co ro­bił za­wsze, gdy do­cho­dzi­ło do sed­na spra­wy.

- W su­mie ozna­cza to, pa­no­wie, że Neo­Dy­me sta­nie się naj­waż­niej­szą fir­mą w Ame­ry­ce i nie­wy­klu­czo­ne... a za­pew­niam, że nie ma w tym prze­sa­dy... na ca­łym świe­cie. - Prze­szy­wał spoj­rze­niem wszyst­kich obec­nych w po­ko­ju. - Nie mu­szę wspo­mi­nać, że bez­pie­czeń­stwo In­di­go Rid­ge to dla nas prio­ry­tet.

Od­wró­cił się do Hen­drick­sa.

- Dla­te­go jesz­cze dzi­siaj po­wo­łam do ży­cia ści­śle taj­ną gru­pę ope­ra­cyj­ną o kryp­to­ni­mie Sa­ma­ry­ta­nin, na któ­rej cze­le sta­nie Chri­sto­pher. Bę­dzie ko­mu­ni­ko­wał się z wami wszyst­ki­mi i żą­dał od was po­mo­cy, jaką uzna za po­trzeb­ną. Ma­cie z nim współ­pra­co­wać pod każ­dym wzglę­dem.

Pre­zy­dent wstał.

- Chcę, żeby to było ja­sne jak słoń­ce, pa­no­wie. Po­nie­waż staw­ką jest bez­pie­czeń­stwo Sta­nów Zjed­no­czo­nych... ich przy­szłość... nie mo­że­my so­bie po­zwo­lić na po­peł­nie­nie choć­by jed­ne­go błę­du, na jed­no prze­kła­ma­nie, jed­ną chy­bio­ną pił­kę. - Jego wzrok po­chwy­cił spoj­rze­nie ge­ne­ra­ła Mar­shal­la. - Nie będę to­le­ro­wał żad­nych wo­je­nek o wpły­wy, in­tryg, wza­jem­ne­go pod­ko­py­wa­nia się ani mię­dzy­agen­cyj­nej za­wi­ści. Każ­dy, kto nie udo­stęp­ni da­nych wy­wia­du albo nie da lu­dzi Sa­ma­ry­ta­ni­no­wi, bę­dzie su­ro­wo uka­ra­ny. Po­trak­tuj­cie to jako ostrze­że­nie. A te­raz że­gnam, pa­no­wie.

- - -

Bo­ris Il­jicz Kar­pow zła­mał rękę jed­ne­mu męż­czyź­nie i wbił ło­kieć w oczo­dół dru­gie­go. Krew pły­nę­ła, gło­wy zwie­sza­ły się bez­wład­nie. Moc­ny smród potu i zwie­rzę­ce­go stra­chu ota­czał obu więź­niów. Sie­dzie­li przy­wią­za­ni do me­ta­lo­wych krze­seł przy­śru­bo­wa­nych do be­to­no­wej po­sadz­ki. Mię­dzy nimi był otwar­ty ka­nał ście­ko­wy, zło­wiesz­czo sze­ro­ki.

- Po­wtórz­cie swo­je hi­sto­rie - po­wie­dział Kar­pow. - I to już.

Kar­pow, nowo po­wo­ła­ny szef ro­syj­skiej taj­nej po­li­cji FSB-2, utwo­rzo­nej przez Wik­to­ra Czer­kie­so­wa z bry­ga­dy an­ty­nar­ko­ty­ko­wej i kon­ku­ren­cyj­nej wo­bec ro­syj­skiej FSB, któ­ra prze­ję­ła obo­wiąz­ki KGB, ro­bił po­rząd­ki. Już od wie­lu lat chciał się tym za­jąć. Te­raz, dzię­ki umo­wie za­war­tej w ab­so­lut­nej ta­jem­ni­cy, do­stał swo­ją szan­sę od Czer­kie­so­wa.

Po­chy­la­jąc się, Kar­pow spo­licz­ko­wał obu męż­czyzn. Nor­mal­na pro­ce­du­ra po­le­ga­ła na od­izo­lo­wa­niu po­dej­rza­nych, żeby wy­ła­pać nie­zgod­no­ści w ich ze­zna­niach, ale tym ra­zem od­by­wa­ło się to in­a­czej. Kar­pow znał od­po­wie­dzi. Czer­kie­sow po­wie­dział mu wszyst­ko, co mu­siał wie­dzieć, nie tyl­ko o czar­nych owcach w FSB-2 - o tych, któ­rzy byli opła­ca­ni przez po­szcze­gól­ne ro­dzi­ny ma­fij­ne, czy­li grup­pi­row­ki, albo przez oli­gar­chów prze­my­sło­wych, któ­rzy utrzy­ma­li się po upad­ku Krem­la - ale rów­nież o ofi­ce­rach pró­bu­ją­cych pod­wa­żyć au­to­ry­tet Kar­po­wa.

Ża­den z więź­niów nic nie po­wie­dział, dla­te­go ge­ne­rał pod­niósł się i wy­szedł z celi. Stał sa­mot­nie w piw­ni­cy bu­dyn­ku z żół­tej ce­gły tuż za pla­cem Łu­biań­skim, gdzie nadal mie­ści­ła się sie­dzi­ba kon­ku­ren­cyj­nej FSB, do­kład­nie tak samo, jak w cza­sach, gdy rzą­dził tam bu­dzą­cy strach Ław­rien­tij Be­ria.

Kar­pow wy­trzą­snął z pacz­ki pa­pie­ro­sa i za­pa­lił. Opie­ra­jąc się o wil­got­ną ścia­nę, pa­lił w mil­cze­niu. Po­grą­żył się w my­ślach o tym, jak wy­ko­rzy­sta po­ten­cjał FSB-2, jak prze­mie­ni ją w siłę, któ­ra za­pew­ni so­bie sta­łą apro­ba­tę pre­zy­den­ta Imo­wa.

Kie­dy pet za­czął pa­rzyć mu pal­ce, wy­rzu­cił go, roz­gniótł ob­ca­sem i ru­szył ener­gicz­nym kro­kiem do na­stęp­nej celi, gdzie sie­dział sko­rum­po­wa­ny ofi­cer FSB-2, te­raz już zła­ma­ny. Kar­pow chwy­cił go za ra­mię i za­cią­gnął do celi, w któ­rej wcze­śniej prze­słu­chi­wał dwóch ofi­ce­rów. Od­gło­sy sza­mo­ta­ni­ny spra­wi­ły, że obaj pod­nie­śli gło­wy i wpa­try­wa­li się w nowo przy­by­łe­go więź­nia.

Kar­pow wy­cią­gnął ma­ka­ro­wa i strze­lił męż­czyź­nie w tył gło­wy. Siła strza­łu była tak duża, że kula prze­szła przez czasz­kę i wy­le­cia­ła przez czo­ło, oto­czo­na roz­bry­zgu­ją­cą się krwią i ka­wał­ka­mi mó­zgu, któ­re ochla­pa­ły ofi­ce­rów przy­wią­za­nych do krze­seł. Trup ru­nął na po­sadz­kę mię­dzy nimi.

Kar­pow krzyk­nął i po­ja­wi­ło się dwóch war­tow­ni­ków. Je­den z nich przy­niósł duży, moc­ny, pla­sti­ko­wy wo­rek, dru­gi - piłę łań­cu­cho­wą, któ­rą uru­cho­mił na po­le­ce­nie Kar­po­wa. Kłąb gę­ste­go nie­bie­ska­we­go dymu uniósł się nad ma­szy­ną. Obaj męż­czyź­ni za­bra­li się do pra­cy przy zwło­kach. Naj­pierw od­cię­li gło­wę, po­tem po­kro­ili resz­tę. Sie­dzą­cy po obu stro­nach ofi­ce­ro­wie pa­trzy­li w dół, nie mo­gąc ode­rwać oczu od ma­ka­brycz­ne­go wi­do­ku. Kie­dy lu­dzie Kar­po­wa skoń­czy­li, ze­bra­li ka­wał­ki i wrzu­ci­li do pla­sti­ko­we­go wor­ka. A po­tem wy­szli.

- Nie od­po­wia­dał na py­ta­nia. - Kar­pow pa­trzył su­ro­wo to na jed­ne­go, to na dru­gie­go więź­nia. - Po­dzie­li­cie jego los, chy­ba że... - Za­wie­sił głos.

- Chy­ba że... - po­wtó­rzył An­ton, je­den z ofi­ce­rów.

- Za­mknij ryj, do kur­wy nę­dzy! - wrza­snął Geo­r­gij, dru­gi ofi­cer.

- Chy­ba że po­go­dzi­cie się z nie­unik­nio­nym. - Kar­pow sta­nął przed nimi, ale mó­wił do An­to­na. - Ta agen­cja się zmie­ni, z wami czy bez was. Po­my­śl­cie o tym w ten spo­sób. Ma­cie je­dy­ną szan­sę na wej­ście do mo­je­go we­wnętrz­ne­go krę­gu, na za­ufa­nie mi i pod­da­nie się mo­jej wła­dzy. W za­mian bę­dzie­cie żyli i nie wy­klu­czam, że cał­kiem do­brze bę­dzie się wam po­wo­dzi­ło. Ale je­dy­nie wte­dy, gdy bę­dzie­cie bez­względ­nie lo­jal­ni wo­bec mnie i tyl­ko mnie. Je­śli wa­sze od­da­nie osłab­nie, bli­scy nig­dy się nie do­wie­dzą, co was spo­tka­ło. Nie zo­sta­ną na­wet cia­ła, któ­re by moż­na po­cho­wać, żeby przy­nieść ulgę ro­dzi­nie. Praw­dę mó­wiąc, nie zo­sta­nie ża­den ślad wa­sze­go po­by­tu na zie­mi.

- Ślu­bu­ję wam do­zgon­ną wier­ność, ge­ne­ra­le Kar­pow. Mo­że­cie na mnie po­le­gać.

- Zdraj­ca! - rzu­cił Geo­r­gij. - Roz­szar­pię cię na strzę­py!

Kar­pow zi­gno­ro­wał ten wy­buch.

- To tyl­ko sło­wa, An­to­nie Fio­do­ro­wi­czu - po­wie­dział.

- W ta­kim ra­zie co mam zro­bić?

Ge­ne­rał wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Je­śli mu­siał­bym ci po­wie­dzieć, to nie mia­ło­by sen­su, praw­da?

An­ton za­sta­no­wił się przez chwi­lę.

- Więc mnie roz­wiąż­cie.

- Je­że­li cię roz­wią­żę, to co wte­dy?

- Wte­dy - od­parł An­ton - przej­dzie­my do sed­na spra­wy.

- Od razu?

- Bez cie­nia wąt­pli­wo­ści.

Kar­pow ski­nął gło­wą, prze­szedł na tył krze­seł obu więź­niów, roz­wią­zał An­to­no­wi ręce i kost­ki nóg. Ofi­cer wstał. Świa­do­mie po­wstrzy­mał się od roz­cie­ra­nia po­ra­nio­nych nad­garst­ków. Wy­cią­gnął przed sie­bie pra­wą rękę. Kar­pow spoj­rzał mu pro­sto w oczy, a po chwi­li po­dał ma­ka­ro­wa, kol­bą w jego stro­nę.

- Za­strzel go! - krzyk­nął Geo­r­gij. - Za­strzel jego, nie mnie, idio­to!

An­ton wziął pi­sto­let i strze­lił Geo­r­gi­jo­wi dwa razy w twarz.

Ge­ne­rał przy­glą­dał się temu z obo­jęt­no­ścią.

- Co zro­bi­my z cia­łem? - za­py­tał to­nem, ja­kie­go uży­wa się na eg­za­mi­nie ust­nym, gdy za­da­je się ostat­nie, roz­strzy­ga­ją­ce py­ta­nie, choć może był to po pro­stu pierw­szy krok do in­dok­try­na­cji.

An­ton od­po­wie­dział rów­nie ostroż­nie co roz­waż­nie:

- Piła łań­cu­cho­wa była dla tam­te­go. Ten czło­wiek... temu czło­wie­ko­wi nic się nie na­le­ży, na­wet mniej niż nic. - Wpa­try­wał się w ka­nał ście­ko­wy, któ­ry wy­glą­dał jak pasz­cza po­twor­nej be­stii. - Tak się za­sta­na­wiam... Czy ma­cie, ge­ne­ra­le, ja­kiś moc­ny kwas?

- - -

Czter­dzie­ści mi­nut póź­niej, w ja­snym słoń­cu pod błę­kit­nym nie­bem, Kar­pow zmie­rza­ją­cy do pre­zy­den­ta Imo­wa, żeby zło­żyć ra­port o po­czy­nio­nych po­stę­pach, ode­brał bar­dzo krót­ką wia­do­mość: "Gra­ni­ca".

- Ra­mien­sko­je - rzu­cił do kie­row­cy, ma­jąc na my­śli głów­ne mo­skiew­skie lot­ni­sko woj­sko­we, gdzie za­wsze cze­kał na nie­go za­tan­ko­wa­ny sa­mo­lot z za­ło­gą. Kie­row­ca za­wró­cił, gdy tyl­ko ruch mu na to po­zwo­lił, i do­ci­snął pe­dał gazu.

- - -

Kie­dy Kar­pow po­ka­zy­wał swo­je do­ku­men­ty żoł­nie­rzo­wi z kon­tro­li pasz­por­to­wej, z cie­nia wy­ło­nił się męż­czy­zna tak drob­ny, że w pierw­szej chwi­li Bo­ris wziął go za na­sto­lat­ka. Był ubra­ny w ciem­ny gar­ni­tur, pa­skud­ny kra­wat i zno­szo­ne brud­ne buty. Nie było na nim gra­ma tłusz­czu, jak­by mię­śnie wy­pra­co­wał wie­lo­go­dzin­ny­mi ćwi­cze­nia­mi na si­łow­ni. Moż­na było od­nieść wra­że­nie, że trak­to­wał wła­sne cia­ło ni­czym broń.

- Ge­ne­ra­le Kar­pow. - Nie wy­cią­gnął przed sie­bie ręki, nie przy­wi­tał się w ża­den spo­sób. - Na­zy­wam się Za­czik. - Nie po­dał ani imie­nia, ani pa­tro­ni­mi­ku.

- Co? - zdzi­wił się Kar­pow. - Jak pa­la­dyn?

Po­cią­gła twarz Za­czi­ka o ostrych ry­sach nie wy­ra­ża­ła ni­cze­go.

- Kim jest pa­la­dyn? - Za­brał żoł­nie­rzo­wi pasz­port Kar­po­wa. - Pro­szę za mną, ge­ne­ra­le.

Od­wró­cił się i za­czął iść przed sie­bie, a po­nie­waż miał ze sobą do­ku­ment Kar­po­wa, ten, choć wście­kły, mu­siał iść za nim. Za­czik po­pro­wa­dził go ko­ry­ta­rzem, oświe­tla­nym z rzad­ka ża­rów­ka­mi, gdzie śmier­dzia­ło go­to­wa­ną ka­pu­stą i kar­bo­lem, i da­lej przez nie­ozna­ko­wa­ne drzwi do ma­łe­go, po­zba­wio­ne­go okien po­ko­ju prze­słu­chań. Był tam stół przy­śru­bo­wa­ny do pod­ło­gi, a na nim zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cy do tego wnę­trza pięk­ny, mo­sięż­ny sa­mo­war ra­zem z dwie­ma szklan­ka­mi, ły­żecz­ka­mi i nie­wiel­ką mo­sięż­ną cu­kier­ni­cą z kost­ka­mi bia­łe­go i brą­zo­we­go cu­kru.

- Sia­daj­cie - po­wie­dział Za­czik, wska­zu­jąc ge­ne­ra­ło­wi jed­no z dwu nie­bie­skich, znisz­czo­nych pla­sti­ko­wych krze­seł. - Pro­szę się roz­go­ścić.

Kar­pow zi­gno­ro­wał za­pro­sze­nie.

- Je­stem sze­fem FSB-dwa.

- Do­brze wiem, kim je­ste­ście, ge­ne­ra­le.

- A kim wy je­ste­ście, do cho­le­ry?

Za­czik wy­jął z kie­sze­ni na pier­si ma­ry­nar­ki le­gi­ty­ma­cję w pla­sti­ko­wej okład­ce i otwo­rzył ją. Kar­pow mu­siał zro­bić kil­ka kro­ków w jego stro­nę, żeby ją obej­rzeć. "Służ­ba Wniesz­niej Ra­zwied­ki". Prze­czy­tał raz jesz­cze. Ten czło­wiek na­le­żał do kie­row­nic­twa Służ­by Wy­wia­du Za­gra­nicz­ne­go, od­po­wied­nicz­ki ame­ry­kań­skiej Cen­tra­li Wy­wia­du w Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej. Ści­śle bio­rąc, FSB i FSB-2 po­win­ny ogra­ni­czać się do spraw kra­jo­wych, Czer­kie­sow jed­nak roz­sze­rzył za­kres dzia­ła­nia agen­cji na za­gra­ni­cę i nikt mu w tym nie prze­szko­dził. Czy to spo­tka­nie było skut­kiem wej­ścia FSB-2 na te­ry­to­rium SWR? W tej chwi­li Kar­pow bar­dzo ża­ło­wał, że nie po­ru­szył tej kwe­stii w roz­mo­wie z Czer­kie­so­wem, za­nim ob­jął sta­no­wi­sko.

Zmu­sił się do fał­szy­we­go uśmie­chu.

- Co mogę dla was zro­bić?

- Cho­dzi ra­czej o to, co ja... albo mó­wiąc pre­cy­zyj­niej, SWR może zro­bić dla was, ge­ne­ra­le.

- Czyż­by?

Kar­pow stał wy­star­cza­ją­co bli­sko, żeby wy­rwać Za­czi­ko­wi le­gi­ty­ma­cję z ręki, kie­dy ten chciał ją scho­wać. Ma­chał nią te­raz ni­czym pro­por­cem wo­jen­nym na polu wal­ki, nie­mal sły­sząc po­dzwa­nia­nie sza­bel.

Za­czik wy­cią­gnął przed sie­bie rękę z pasz­por­tem ge­ne­ra­ła i obaj pa­no­wie do­ko­na­li wy­mia­ny jeń­ców.

Kar­pow scho­wał pasz­port w bez­piecz­ne miej­sce, po czym oświad­czył:

- Sa­mo­lot na mnie cze­ka.

- I po­cze­ka, do­pó­ki nie do­koń­czy­my tego spo­tka­nia. Pi­lot do­stał od nas ja­sne in­struk­cje. - Za­czik pod­szedł do sa­mo­wa­ra. - Her­ba­ty?

- Dzię­ku­ję, nie.

Agent SWR od­wró­cił się do nie­go ty­łem i na­lał her­ba­ty do jed­nej szklan­ki.

- Błąd, to pew­ne, ge­ne­ra­le. Mamy tu naj­lep­szą her­ba­tę, czar­ną "Ro­syj­ską ka­ra­wa­nę". Ta mie­szan­ka ulung, ke­emun i lap­sang so­uchong jest wy­jąt­ko­wa, bo wszyst­kie ga­tun­ki są do­star­cza­ne z naj­róż­niej­szych plan­ta­cji przez Mon­go­lię i Sy­be­rię, tak samo jak to się od­by­wa­ło w osiem­na­stym wie­ku, kie­dy ka­ra­wa­ny wiel­błą­dów przy­wo­zi­ły ją z Chin, In­dii i Cej­lo­nu. - Ujął szklan­kę pal­ca­mi i pod­sta­wił pod nos, wcią­ga­jąc głę­bo­ko za­pach. - Zim­ny, su­chy kli­mat spra­wia, że her­ba­ta wchła­nia je­dy­nie odro­bi­nę wil­go­ci, gdy jest trans­por­to­wa­na no­ca­mi przez po­kry­te śnie­giem ste­py.

Na­pił się, od­cze­kał chwi­lę i po­now­nie upił łyk. Po­tem po­pa­trzył na Kar­po­wa.

- Je­ste­ście pew­ni?

- Cał­ko­wi­cie.

- Jak so­bie ży­czy­cie, ge­ne­ra­le. - Za­czik wes­tchnął i od­sta­wił szklan­kę. - Zwró­ci­li­śmy uwa­gę...

- My?

- SWR zwró­ci­ła uwa­gę. Wo­li­cie w ten spo­sób? - Chu­dzie­lec za­ci­snął i roz­pro­sto­wał dłoń. - W każ­dym ra­zie zwró­ci­li­ście na sie­bie uwa­gę SWR.

- Z ja­kie­go po­wo­du?

Za­czik złą­czył ręce za ple­ca­mi. Wy­glą­dał jak ka­det na pla­cu de­fi­lad.

- Wie­cie, ge­ne­ra­le, za­zdrosz­czę czło­wie­ko­wi ta­kie­mu jak wy.

Kar­pow zde­cy­do­wał, że nie bę­dzie mu prze­ry­wał. Chciał, żeby to za­gad­ko­we spo­tka­nie skoń­czy­ło się moż­li­wie jak naj­szyb­ciej.

- Je­ste­ście ze sta­rej ka­dry, prze­szli­ście twar­dą szko­łę, mu­sie­li­ście wal­czyć o każ­dy awans, po­zo­sta­wia­jąc w polu cia­ła tych, któ­rzy oka­zy­wa­li się słab­si od was. - Wska­zał pal­cem wła­sną pierś. - Mnie wszyst­ko przy­szło znacz­nie ła­twiej. Wi­dzi­cie, do­sze­dłem do wnio­sku, że mógł­bym się bar­dzo wie­le na­uczyć od czło­wie­ka ta­kie­go jak wy. - Cze­kał na re­ak­cję Kar­po­wa, ale kie­dy od­po­wie­dzia­ło mu je­dy­nie mil­cze­nie, mó­wił da­lej: - Co są­dzi­cie o zo­sta­niu moim men­to­rem, ge­ne­ra­le?

- Je­ste­ście jak ci wszy­scy mło­dzi tech­no­kra­ci, któ­rzy gra­ją w gry wi­deo i któ­rym się wy­da­je, że to wy­star­czy za­miast do­świad­czeń zdo­by­wa­nych w te­re­nie.

- Mam na gło­wie waż­niej­sze rze­czy niż za­ba­wa w gry wi­deo.

- Za­wsze opła­ca­ło się wie­dzieć, co knu­je kon­ku­ren­cja. - Bo­ris mach­nął ręką. - A te­raz przejdź­cie wresz­cie do rze­czy. Nie mam za­mia­ru tra­cić ca­łe­go dnia.

Za­czik ski­nął gło­wą w za­my­śle­niu.

- Chce­my je­dy­nie za­pew­nie­nia, że bę­dzie­cie prze­strze­ga­li po­sta­no­wień umo­wy, jaką mie­li­śmy z wa­szym po­przed­ni­kiem.

- Ja­kiej umo­wy?

- O Boże, chce­cie przez to po­wie­dzieć, że Czer­kie­sow pry­snął, nie in­for­mu­jąc was o ni­czym?

- Nie sły­sza­łem o żad­nej umo­wie - oświad­czył Kar­pow. - A je­śli do­brze się przy­go­to­wa­li­ście, to wie­cie, że nie wcho­dzę w żad­ne ukła­dy. - Dla nie­go ta roz­mo­wa się skoń­czy­ła. Ru­szył w stro­nę drzwi.

- Po­my­śla­łem - ode­zwał się Za­czik ci­cho - że w tym wy­pad­ku mo­gli­by­ście zro­bić wy­ją­tek.

Kar­pow po­li­czył do dzie­się­ciu i od­wró­cił się do nie­go.

- Wie­cie, roz­mo­wa z wami jest bar­dzo wy­czer­pu­ją­ca.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział agent SWR, choć wy­raz jego twa­rzy by­najm­niej nie świad­czył o skru­sze. - Umo­wa, ge­ne­ra­le. W grę wcho­dzą pie­nią­dze... mie­sięcz­ną staw­kę mo­że­my szyb­ko usta­lić... i wy­wiad. Po­dzie­li­cie się z nami wa­szą wie­dzą.

- To nie jest umo­wa - wark­nął Kar­pow. - To wy­mu­sze­nie.

- Mo­że­my ba­wić się w sło­wa przez cały dzień, ge­ne­ra­le, ale jak sami po­wie­dzie­li­ście, sa­mo­lot na was cze­ka. - Ton jego gło­su zhar­dział. - Za­wrze­my tę umo­wę, po­dob­nie jak z wa­szym po­przed­ni­kiem, a wy i wasi ko­le­dzy bę­dzie­cie mo­gli swo­bod­nie prze­miesz­czać się po świe­cie znacz­nie da­lej, niż po­zwa­la na to sta­tut FSB-dwa.

- Au­to­rem na­sze­go sta­tu­tu jest Wik­tor Czer­kie­sow. - Kar­pow na­ci­snął klam­kę w drzwiach.

- Pro­szę mi wie­rzyć, ge­ne­ra­le, że mo­że­my urzą­dzić wam pie­kło na zie­mi. Ostrze­gam was. Nie za­po­mi­naj­cie o tym.

Bo­ris otwo­rzył drzwi i wy­szedł ener­gicz­nym kro­kiem.

- - -

Ra­mien­sko­je dzie­li­ło po­nad ty­siąc ki­lo­me­trów od lot­ni­ska w Ural­sku w za­chod­nim Ka­zach­sta­nie, pła­skie­go i brzyd­kie­go pasa ja­ło­wej, bu­rej i su­chej zie­mi.

Wik­tor Del­ja­go­wicz Czer­kie­sow cze­kał na nie­go opar­ty o za­ku­rzo­ny po­jazd woj­sko­wy i pa­lił czar­ne­go tu­rec­kie­go pa­pie­ro­sa. Był wy­so­kim męż­czy­zną o gę­stych, po­fa­lo­wa­nych wło­sach, si­wie­ją­cych na skro­niach. Oczy miał czar­ne i nie­prze­nik­nio­ne. Wi­dział zbyt wie­le po­twor­no­ści, wy­dał zbyt wie­le roz­ka­zów, brał udział w zbyt wie­lu prze­stęp­stwach.

Kar­pow pod­szedł do nie­go, czu­jąc, że puls mu przy­spie­sza. Układ z tym dia­blim po­mio­tem prze­wi­dy­wał mię­dzy in­ny­mi, że za sto­łek w FSB-2 bę­dzie mu co ja­kiś czas wy­świad­czał przy­słu­gę. Nie za­wra­cał so­bie na­wet gło­wy py­ta­niem, o ja­kie przy­słu­gi może cho­dzić, Czer­kie­sow i tak by mu nie po­wie­dział. Te­raz jed­nak na­de­szło pierw­sze we­zwa­nie i Kar­pow zda­wał so­bie spra­wę, że musi wy­wią­zać się z obiet­ni­cy zło­żo­nej by­łe­mu sze­fo­wi FSB-2. Od­mo­wa nie wcho­dzi­ła w grę.

Czer­kie­sow pod­su­nął mu pacz­kę pa­pie­ro­sów. Kar­pow wziął jed­ne­go i po­chy­lił się, żeby do­się­gnąć pło­mie­nia za­pal­nicz­ki. Nie zno­sił tu­rec­kie­go ty­to­niu, ale nie chciał w ni­czym sprze­ci­wiać się by­łe­mu sze­fo­wi.

- Do­brze wy­glą­dasz - za­ga­ił Czer­kie­sow. - Ruj­no­wa­nie ży­cia in­ny­mi lu­dziom do­brze ci słu­ży.

Bo­ris skrzy­wił się w cierp­kim uśmie­chu.

- A to­bie słu­ży nowe ży­cie.

- Słu­ży mi po­sia­da­nie wła­dzy. - Czer­kie­sow wy­rzu­cił pa­pie­ro­sa. Pet ja­rzył się ja­sno na li­chym as­fal­cie. - Obu nam słu­ży.

- Gdzie się po­dzie­wa­łeś, kie­dy od nas od­sze­dłeś?

Czer­kie­sow się uśmiech­nął.

- W Mo­na­chium. Czy­li nig­dzie.

- Mo­na­chium to rze­czy­wi­ście nig­dzie - po­twier­dził Kar­pow. - Je­śli zo­ba­czę jesz­cze kie­dyś to mia­sto, za­wsze bę­dzie na to sta­now­czo za wcze­śnie.

Czer­kie­sow wy­jął na­stęp­ne­go pa­pie­ro­sa i za­pa­lił.

- Znam cię, Bo­ri­sie Il­ji­czu. Coś cię gnę­bi.

- SWR - od­po­wie­dział Kar­pow. Był wście­kły przez całą dro­gę. - Chciał­bym z tobą po­roz­ma­wiać o umo­wie, jaką z nimi za­war­łeś.

Czer­kie­sow za­mru­gał ocza­mi.

- Ja­kiej umo­wie?

I wte­dy wszyst­ko sta­ło się ja­sne. Za­czik po­su­nął się do ble­fu w na­dziei, że uda mu się wy­ko­rzy­stać fakt po­wo­ła­nia Kar­po­wa na sta­no­wi­sko za­le­d­wie mie­siąc wcze­śniej. Bo­ris opo­wie­dział by­łe­mu sze­fo­wi o od­ra­ża­ją­cej roz­mo­wie na lot­ni­sku Ra­mien­sko­je, nie po­mi­ja­jąc żad­ne­go szcze­gó­łu, od zja­wie­nia się Za­czi­ka pod­czas kon­tro­li pasz­por­to­wej do ostat­nie­go zda­nia, któ­re wy­po­wie­dział, wy­cho­dząc z po­zba­wio­ne­go okien po­ko­ju prze­słu­chań.

Gdy mó­wił, Czer­kie­sow przy­gry­zał w za­my­śle­niu we­wnętrz­ną stro­nę po­licz­ka.

- Chciał­bym po­wie­dzieć, że je­stem za­sko­czo­ny - ode­zwał się w koń­cu - ale nie by­ła­by to praw­da.

- Znasz tego Za­czi­ka? Fa­cet ma w so­bie coś z wa­ze­li­nia­rza.

- Wszy­scy słu­gu­si to wa­ze­li­nia­rze. Za­czik wy­ko­nu­je po­le­ce­nia Be­rii. To na Be­rię po­wi­nie­neś uwa­żać.

Kon­stan­tin L. Be­ria był obec­nym sze­fem SWR i jak jego bu­dzą­cy strach przo­dek, za­sły­nął z pa­ra­noi, pod­łych in­tryg i sto­so­wa­nia prze­mo­cy. Kon­stan­ti­na bano się w rów­nym stop­niu jak kie­dyś Ław­rien­ti­ja Paw­ło­wi­cza Be­rii i tak samo nim po­gar­dza­no.

- Be­ria bał się do mnie zbli­żyć - po­wie­dział Czer­kie­sow. - Wy­słał Za­czi­ka, żeby wy­ba­dał, czy uda im się prze­ka­ba­cić cie­bie.

- Pie­przyć Be­rię.

Oczy Czer­kie­so­wa zmie­ni­ły się w szpar­ki.

- Ostroż­nie, przy­ja­cie­lu. Tego fa­ce­ta nie moż­na lek­ce­wa­żyć.

- Rada przy­ję­ta.

Czer­kie­sow krót­ko ski­nął gło­wą.

- Je­śli sto­sun­ki się po­psu­ją, skon­tak­tuj się ze mną. - Otwo­rzył i za­mknął za­pal­nicz­kę. Od­głos przy­po­mi­nał brzę­cze­nie owa­da ukry­te­go w tra­wie. - A te­raz przejdź­my do rze­czy. Mam dla cie­bie zle­ce­nie.

Kar­pow wpa­try­wał się w jego twarz, szu­ka­jąc ja­kie­go­kol­wiek zna­ku, któ­ry zdra­dził­by mu, cze­go spra­wa może do­ty­czyć. Ale ni­cze­go nie spo­strzegł. Czer­kie­sow wła­śnie taki był. Twarz miał rów­nie nie­prze­nik­nio­ną jak ścia­na ban­ko­we­go sej­fu. Na pa­sie stał woj­sko­wy od­rzu­to­wiec, oto­czo­ny aurą czuj­no­ści i na­pię­cia. Od cza­su do cza­su po­ja­wiał się przy nim me­cha­nik, ale nikt nie zbli­żał się do dwóch Ro­sjan.

Czer­kie­sow ode­rwał kru­szy­nę ty­to­niu od ust i roz­tarł ją na pył.

- Chcę, że­byś ko­goś za­bił.

Kar­pow za­czerp­nął po­wie­trza, nie do koń­ca świa­do­my, że od ja­kie­goś cza­su wstrzy­mu­je od­dech. To wszyst­ko? Po­czuł, jak ogar­nia go fala ulgi. Ski­nął gło­wą.

- Po­daj mi szcze­gó­ły, to się tym zaj­mę.

- Trze­ba to zro­bić na­tych­miast.

Kar­pow po­now­nie kiw­nął gło­wą.

- Oczy­wi­ście. Od razu. - Za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i zmru­żył jed­no oko, bo wpadł w nie dym. - Za­kła­dam, że masz zdję­cie celu.

Uśmie­cha­jąc się zło­śli­wie, Czer­kie­sow wy­jął fot­kę z kie­sze­ni na pier­si i po­dał swo­je­mu na­stęp­cy w FSB-2. Pa­trzył, za­cie­ka­wio­ny i uważ­ny, na twarz Bo­ri­sa, któ­ra sta­wa­ła się bla­da jak kre­da.

- Nie masz wy­bo­ru. I to żad­ne­go. - Od­chy­lił do tyłu gło­wę. - Co? Czyż­by cena za twój awans była zbyt wy­so­ka?

Kar­pow usi­ło­wał coś po­wie­dzieć, ale czuł się tak, jak­by były szef wła­śnie go du­sił.

Uśmiech Czer­kie­so­wa stał się szer­szy.

- Nie, wy­da­je mi się, że nie.

Prolog

Phu­ket, Taj­lan­dia

Ja­son Bo­ur­ne prze­miesz­czał się nie­spo­strze­że­nie wśród tłu­mu. Ze­wsząd ata­ko­wa­ła go mu­zy­ka, prze­ni­ka­ją­ca na wy­lot, przy­pra­wia­ją­ca o za­wał ser­ca, roz­wa­la­ją­ca bę­ben­ki w uszach, któ­ra do­cho­dzi­ła z wy­so­kich na trzy me­try gło­śni­ków, usta­wio­nych przy obu koń­cach ogrom­ne­go par­kie­tu do tań­ca. Nad po­dry­gu­ją­cy­mi gło­wa­mi tan­ce­rzy pa­sma świa­teł przy­po­mi­na­ją­cych zo­rzą po­lar­ną łą­czy­ły się i prze­ni­ka­ły na ko­pu­le skle­pie­nia, by po chwi­li roz­pro­szyć się ni­czym ar­ma­da ko­met i spa­da­ją­cych gwiazd.

Ja­kaś ko­bie­ta z bu­rzą blond wło­sów prze­ci­ska­ła się przed nim przez ro­jo­wi­sko nie­stru­dzo­nych ciał, mi­ja­ła wi­ru­ją­ce pary wszel­kich moż­li­wych kom­bi­na­cji płci. Bo­ur­ne ru­szył za nią. Miał wra­że­nie, że prze­dzie­ra się przez gę­stą watę. Po­wie­trze było tak roz­grza­ne, że pra­wie na­ma­cal­ne. Śnieg na fu­trza­nym koł­nie­rzu jego gru­be­go płasz­cza zdą­żył już stop­nieć, po­dob­nie na wło­sach, któ­re były te­raz po­zle­pia­ne. Ko­bie­ta po­ja­wia­ła się i zni­ka­ła w mi­go­tli­wym świe­tle ni­czym błyszcz­ka pod po­wierzch­nią za­le­wa­ne­go słoń­cem je­zio­ra. Jak­by po­ru­sza­ła się sko­ka­mi: wi­docz­na naj­pierw tu, a za chwi­lę tam. Bo­ur­ne prze­py­chał się za nią. Zbyt gło­śne basy i dud­nie­nie per­ku­sji za­głu­sza­ły mu puls.

Po pew­nym cza­sie zo­rien­to­wał się, że blon­dyn­ka zmie­rza do dam­skiej to­a­le­ty, dla­te­go ob­my­śliw­szy skrót, zre­zy­gno­wał z bez­po­śred­nie­go po­ści­gu i po­dą­żył przez ciż­bę inną dro­gą. Do­tarł tam w chwi­li, gdy zni­ka­ła w środ­ku. Z otwar­tych na mo­ment drzwi buch­nę­ła na nie­go mie­sza­ni­na za­pa­chów traw­ki, sek­su i potu.

Za­cze­kał, aż dwie roz­chi­cho­ta­ne na­sto­lat­ki wy­szły stam­tąd na nie­pew­nych no­gach, oto­czo­ne chmu­rą per­fum, a po­tem wśli­zgnął się do środ­ka. Trzy ko­bie­ty o dłu­gich zmierz­wio­nych wło­sach, po­brzę­ku­jąc ma­syw­ną bi­żu­te­rią, tło­czy­ły się przy umy­wal­kach tak za­ab­sor­bo­wa­ne wcią­ga­niem kre­sek koki, że na­wet go nie za­uwa­ży­ły. Szyb­ko mi­nął rząd ka­bin, przy­ku­ca­jąc, żeby zaj­rzeć pod drzwi. Tyl­ko jed­na oka­za­ła się za­ję­ta. Wy­cią­gnął gloc­ka i na­krę­cił tłu­mik na lufę. Kop­nia­kiem otwo­rzył drzwi ka­bi­ny. Gdy ude­rzy­ły o ścian­kę prze­pie­rze­nia, ko­bie­ta o zim­nych nie­bie­skich oczach i bu­rzy ja­snych wło­sów trzy­ma­ła wy­ce­lo­wa­ną w nie­go nie­wiel­ką sre­brzy­stą be­ret­tę dwu­dziest­kę­dwój­kę. Pierw­szą kulę wpa­ko­wał jej w ser­ce, dru­gą w pra­we oko.

Za­nim ude­rzy­ła gło­wą o po­sadz­kę, roz­wiał się jak dym.

- - -

Bo­ur­ne otwo­rzył oczy. Za­le­wał go blask tro­pi­kal­ne­go słoń­ca. Spoj­rzał na ciem­ny la­zur Mo­rza An­da­mań­skie­go, na za­ko­twi­czo­ne ża­glów­ki i ło­dzie mo­to­ro­we ko­ły­szą­ce się na fa­lach. Prze­szedł go dreszcz, jak­by nadal tkwił pa­mię­cią gdzieś in­dziej, a nie na pla­ży Pa­tong na Phu­ke­cie. Gdzie była ta dys­ko­te­ka? W Nor­we­gii? W Szwe­cji? Kie­dy za­bił tam­tą ko­bie­tę? I kim ona była? Ce­lem zle­co­nym mu przez Ale­xa Con­kli­na, za­nim do­znał sil­ne­go wstrzą­śnie­nia mó­zgu na Mo­rzu Śród­ziem­nym. Pew­ność miał tyl­ko co do tego ostat­nie­go.

Dla­cze­go jed­nak Tre­ad­sto­ne chcia­ło ją zli­kwi­do­wać? Wy­si­lał umysł, sta­ra­jąc się ze­brać w ca­łość wszyst­kie szcze­gó­ły snu, ale ni­czym pia­sek prze­sy­py­wa­ły mu się przez pal­ce. Pa­mię­tał fu­trza­ny koł­nierz pal­ta, swo­je wło­sy mo­kre od śnie­gu. Ale co jesz­cze? Twarz tej ko­bie­ty? Po­ja­wia­ła mu się przed ocza­mi i zni­ka­ła ra­zem z echem po­bły­sku­ją­cych świa­teł. Przez chwi­lę pul­so­wa­ła w nim mu­zy­ka, a po­tem za­mil­kła na do­bre.

Co przy­wo­ła­ło to wspo­mnie­nie?

Pod­niósł się z koca. Od­wra­ca­jąc się, zo­ba­czył syl­wet­ki Mo­iry i Be­ren­ga­rii Mo­re­no Sky­del od­ci­na­ją­ce się na tle go­re­ją­ce­go błę­kit­ne­go nie­ba, ośle­pia­ją­co bia­łych chmur i ster­czą­cych w górę zie­lo­no-brą­zo­wych wzgórz. Mo­ira za­pro­si­ła go do wiej­skie­go domu Be­ren­ga­rii w So­no­rze, ale on chciał zna­leźć się da­lej od cy­wi­li­za­cji, dla­te­go osta­tecz­nie spo­tka­li się w ku­ror­cie na za­chod­nim wy­brze­żu Taj­lan­dii i spę­dzi­li tu ostat­nie trzy dni i trzy noce. Mo­ira opo­wie­dzia­ła mu w tym cza­sie, co ro­bi­ła w So­no­rze z sio­strą nie­ży­ją­ce­go po­ten­ta­ta nar­ko­ty­ko­we­go Gu­sta­va Mo­re­na. Obie ko­bie­ty po­pro­si­ły go wcze­śniej o po­moc, a on zgo­dził się jej udzie­lić. Mo­ira po­wie­dzia­ła, że czas od­gry­wa za­sad­ni­czą rolę. Po wy­słu­cha­niu szcze­gó­łów zde­cy­do­wał się wy­je­chać do Ko­lum­bii już na­za­jutrz.

Po­pa­trzył zno­wu w stro­nę mo­rza i za­uwa­żył ko­bie­tę w ską­pym po­ma­rań­czo­wym bi­ki­ni, bie­gną­cą przez fale i uno­szą­cą nogi wy­so­ko ni­czym cwa­łu­ją­cy koń. Jej gę­ste ja­sne wło­sy lśni­ły w świe­tle słoń­ca. Bo­ur­ne ru­szył za nią, ule­ga­jąc echu frag­men­ta­rycz­nych wspo­mnień. Wpa­try­wał się w jej brą­zo­we ple­cy, w miej­sce, gdzie mię­śnie prę­ży­ły się mię­dzy ło­pat­ka­mi. W tej sa­mej chwi­li ko­bie­ta od­wró­ci­ła się nie­co i zo­ba­czył, jak za­cią­ga się dy­mem z ręcz­nie skrę­co­ne­go jo­in­ta. Przez krót­ki mo­ment ostry za­pach mor­skiej bry­zy zmie­szał się ze słod­ką wo­nią nar­ko­ty­ku. Za­raz po­tem wy­rzu­ci­ła skrę­ta do mo­rza, a on po­dą­żył wzro­kiem za jej spoj­rze­niem.

Pla­żą zbli­ża­ło się trzech po­li­cjan­tów. Mie­li na so­bie mun­du­ry, ale i bez tego nie było wąt­pli­wo­ści co do ich pro­fe­sji. Ko­bie­ta za­cho­wy­wa­ła się, jak­by my­śla­ła, że przy­szli po nią. My­li­ła się. Przy­szli po Bo­ur­ne'a.

Nie wa­ha­jąc się ani chwi­li, sko­czył w mo­rze. Mu­siał od­cią­gnąć ich od Mo­iry i Be­ren­ga­rii, bo Mo­ira na pew­no pró­bo­wa­ła­by mu po­móc, a on nie chciał jej w to mie­szać. Tuż przed za­nur­ko­wa­niem w nad­pły­wa­ją­cą falę spo­strzegł, że je­den z de­tek­ty­wów uniósł rękę, jak­by w sa­lu­cie. Kie­dy Bo­ur­ne wy­nu­rzył się z wody, da­le­ko za li­nią fal, zo­rien­to­wał się, że to był sy­gnał. Dwa sku­te­ry wod­ne pę­dzi­ły ku nie­mu z obu stron. Na każ­dym sie­dzia­ło dwóch męż­czyzn: kie­ru­ją­cy i fa­cet z akwa­lun­giem. Ci lu­dzie za­my­ka­li mu wszyst­kie dro­gi uciecz­ki.

Po­pły­nął w kie­run­ku Pa­ro­le, nie­wiel­kiej ża­glów­ki znaj­du­ją­cej się bli­sko nie­go. Cały czas my­ślał in­ten­syw­nie. Bio­rąc pod uwa­gę ko­or­dy­na­cję i dro­bia­zgo­wość, z jaką go po­de­szli, było pew­ne, że roz­ka­zy nie zo­sta­ły wy­da­ne przez taj­ską po­li­cję, któ­ra nie sły­nę­ła z ta­kich me­tod dzia­ła­nia. Do­wo­dził nimi ktoś inny. Bo­ur­ne po­dej­rze­wał, że wie kto. Za­wsze ist­nia­ło ry­zy­ko, że Se­ve­rus Do­mna bę­dzie szu­ka­ła ze­msty za to, co zro­bił tej taj­nej or­ga­ni­za­cji. Jed­nak do­my­sła­mi mógł za­jąć się po­tem. Te­raz mu­siał wy­do­stać się z pu­łap­ki i uciec, żeby do­trzy­mać obiet­ni­cy da­nej Mo­irze i za­pew­nić bez­pie­czeń­stwo Be­ren­ga­rii.

Kil­ku­na­sto­ma sil­ny­mi wy­ma­cha­mi ra­mion do­tarł do Pa­ro­le. Wcią­gnął się po bur­cie na po­kład i miał za­miar wstać, gdy grad kul za­ko­ły­sał ło­dzią na boki. Pod­czoł­gał się ku zwo­jo­wi ny­lo­no­wej liny, chwy­cił go i obie­ma rę­ka­mi zła­pał za nad­bur­cie. Przy ko­lej­nym ostrza­le sku­te­ry zna­la­zły się już znacz­nie bli­żej. Siła ude­rzeń kul wpra­wi­ła ża­glów­kę w tak gwał­tow­ne chy­bo­ta­nie, że Bo­ur­ne z ła­two­ścią prze­wró­cił ją do góry dnem. Wpadł ple­ca­mi do wody, roz­rzu­ca­jąc ra­mio­na, jak­by zo­stał tra­fio­ny.

Sku­te­ry okrą­ża­ły prze­wró­co­ną łód­kę, ich pa­sa­że­ro­wie szu­ka­li wzro­kiem gło­wy wy­sta­ją­cej po­nad wodę. Po­nie­waż ni­cze­go ta­kie­go nie było wi­dać, nur­ko­wie za­ło­ży­li ma­ski, pod­czas gdy kie­ru­ją­cy po­jaz­da­mi zmniej­szy­li szyb­kość. Do­ci­ska­jąc ma­ski do twa­rzy jed­ną ręką, nur­ko­wie wpa­dli do mo­rza.

Bo­ur­ne, zu­peł­nie dla nich nie­wi­docz­ny, uno­sił się na po­wierzch­ni pod ło­dzią, od­dy­cha­jąc za­mknię­tym tam po­wie­trzem. Ale za­pas był nie­wiel­ki. W prze­zro­czy­stej wo­dzie ła­two do­strzegł bą­ble po­wie­trza, gdy nur­ko­wie zbli­ży­li się z obu stron ka­dłu­ba.

Szyb­ko przy­wią­zał ko­niec liny do kna­gi na ster­bur­cie. Kie­dy pierw­szy z nur­ków ru­szył na nie­go z dołu, zro­bił unik, okrę­cił linę wo­kół szyi męż­czy­zny i moc­no za­cią­gnął. Nu­rek wy­ce­lo­wał ku­szę, chcąc ode­przeć atak, ale Bo­ur­ne'owi uda­ło się ze­rwać mu ma­skę, czym sku­tecz­nie go ośle­pił. Bły­ska­wicz­nie chwy­cił ku­szę, któ­rą tam­ten wy­pu­ścił, od­wró­cił się i strze­lił w pierś dru­gie­mu nad­pły­wa­ją­ce­mu nur­ko­wi.

Krew roz­la­ła się gę­stą pla­mą, któ­rą szyb­ko roz­rze­dzał prąd wzno­szą­cy się z głę­bin. Bo­ur­ne wie­dział, że zo­sta­wa­nie w tych wo­dach, gdy po­la­ła się krew, nie jest mą­drym po­su­nię­ciem. Płu­ca o mało mu nie pę­kły, kie­dy po­now­nie wy­nu­rzył gło­wę pod prze­wró­co­ną ło­dzią. Jed­nak nie­mal na­tych­miast za­nur­ko­wał po­now­nie, żeby od­szu­kać pierw­sze­go z na­past­ni­ków. Woda po­ciem­nia­ła, sta­ła się męt­na od krwi. Mar­twy nu­rek uno­sił się w jej smu­gach z ra­mio­na­mi roz­ło­żo­ny­mi na boki, płe­twa­mi skie­ro­wa­ny­mi pro­sto w czar­ną ot­chłań. Ja­son był w po­ło­wie ob­ro­tu, gdy ny­lo­no­wa lina oplo­tła mu szy­ję i moc­no się na niej za­ci­snę­ła. Pierw­szy nu­rek do­ci­skał ko­la­na do jego krzy­ża i jed­no­cze­śnie cią­gnął za oba koń­ce sznu­ra. Bo­ur­ne spró­bo­wał go chwy­cić, ale męż­czy­zna ła­two się uchy­lił. Lina wrzy­na­ła się moc­no w tcha­wi­cę, trzy­ma­jąc go po­ni­żej lu­stra wody. Choć za­ci­skał war­gi z ca­łych sił, z ką­ci­ka jego ust za­czę­ła wy­do­by­wać się cien­ka struż­ka bą­bel­ków.

Stłu­mił w so­bie chęć sza­mo­ta­nia się, bo wie­dział, że spo­wo­du­je to moc­niej­sze za­ci­śnię­cie liny i wy­czer­pie go. Za­miast tego za­stygł na mo­ment w bez­ru­chu i po­dob­nie jak mar­twy nu­rek znaj­du­ją­cy się o nie­ca­ły metr od nie­go pod­da­wał się prą­do­wi, uda­jąc nie­ży­we­go. Na­past­nik przy­cią­gnął go bli­żej i wy­do­był nóż, żeby pod­ciąć mu gar­dło.

Ja­son się­gnął za sie­bie i na­ci­snął gu­zik czysz­cze­nia na au­to­ma­cie od­de­cho­wym. Ude­rze­nie po­wie­trza było tak sil­ne, że wy­rwa­ło ust­nik spo­mię­dzy warg nur­ka, wy­rzu­ca­jąc do wody gę­sty pió­ro­pusz bą­bli. Lina wo­kół szyi Bo­ur­ne'a zwiot­cza­ła. Uwol­nił się, wy­ko­rzy­stu­jąc za­sko­cze­nie nur­ka. Od­wró­cił się i spró­bo­wał unie­ru­cho­mić ra­mio­na prze­ciw­ni­ka, lecz ten skie­ro­wał ostrze noża w jego pierś. Ja­son od­pa­ro­wał atak kop­nię­ciem, ale nu­rek rzu­cił się na nie­go, żeby nie po­zwo­lić mu na wy­nu­rze­nie się i za­czerp­nię­cie po­wie­trza.

Bo­ur­ne wci­snął so­bie do ust octo­pus - dru­gie źró­dło po­wie­trza z au­to­ma­tu od­de­cho­we­go - i wcią­gnął tlen w bo­lą­ce płu­ca. Nu­rek sza­mo­tał się, pró­bu­jąc się­gnąć po swój ust­nik, lecz Bo­ur­ne go ode­pchnął. Twarz męż­czy­zny sta­ła się bla­da, rysy na­pię­te. Raz po raz usi­ło­wał dźgnąć no­żem Bo­ur­ne'a lub octo­pus, ale da­rem­nie. Za­mru­gał po­wo­li po­wie­ka­mi, za­nim oczy ob­ró­ci­ły mu się w oczo­do­łach, w chwi­li gdy uszło z nie­go ży­cie. Bo­ur­ne się­gnął szyb­ko po jego nóż, lecz nu­rek wy­pu­ścił go z ręki. Ostrze opa­da­ło po spi­ra­li w głąb mo­rza.

Choć Bo­ur­ne od­dy­chał te­raz nor­mal­nie przez octo­pus, miał świa­do­mość, że po czysz­cze­niu w bu­tlach nie zo­sta­ło wie­le po­wie­trza. Mar­twy nu­rek opla­tał go w pa­sie no­ga­mi skrzy­żo­wa­ny­mi w kost­kach, ny­lo­no­wa lina za­plą­ta­ła się wo­kół nich obu, two­rząc coś w ro­dza­ju ko­ko­nu. Bo­ur­ne był za­ję­ty uwal­nia­niem się z niej, gdy po­czuł gwał­tow­ny pęd wody.

Zim­niej­szy prąd uniósł się z głę­bin, a za­raz po­tem w za­się­gu wzro­ku po­ja­wił się re­kin. Miał oko­ło trzech i pół me­tra dłu­go­ści, był sre­brzy­sto­czar­ny i pły­nął w górę pro­sto na Ja­so­na i dwóch mar­twych nur­ków. Zwie­trzył krew, wy­czuł rzu­ca­ją­ce się cia­ła, któ­rych wi­bra­cje w wo­dzie były dla nie­go in­for­ma­cją o zdy­cha­ją­cej ry­bie, może na­wet wię­cej niż jed­nej, mo­gą­cej stać się dla nie­go ucztą.

Bo­ur­ne, cią­gnąc sple­cio­ne­go ze sobą pierw­sze­go nur­ka, z tru­dem ob­ró­cił się ku dru­gie­mu. Roz­piął mu szel­ki bu­tli z tle­nem i ścią­gnął je z nie­go. W tej sa­mej chwi­li cia­ło za­czę­ło opa­dać, oto­czo­ne czar­ny­mi kłę­ba­mi krwi. Re­kin zmie­nił kie­ru­nek i po­pły­nął wprost na tru­pa. Otwo­rzył sze­ro­ko pasz­czę 1 od­gryzł ogrom­ny kęs z cia­ła męż­czy­zny. Ja­son po­zwo­lił so­bie na mo­ment od­po­czyn­ku, choć bar­dzo krót­ki. W każ­dej chwi­li mo­gło po­ja­wić się wię­cej re­ki­nów ogar­nię­tych sza­łem że­ro­wa­nia - do tego cza­su nie po­win­no go być w wo­dzie.

Roz­piął pas ba­la­sto­wy pierw­sze­go nur­ka, a po­tem ścią­gnął mu z ra­mion zbior­ni­ki z po­wie­trzem. Za­ło­żył ma­skę na twarz. Za­czerp­nął tle­nu po raz ostat­ni i pu­ścił bu­tle - i tak były pu­ste. Złą­czo­ny w ma­ka­brycz­nym uści­sku z mar­twym na­past­ni­kiem roz­po­czął wzno­sze­nie się ku po­wierzch­ni, jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się uwol­nić od ny­lo­no­wej liny. Nie wy­glą­da­ło to naj­go­rzej, tyle że bio­dra nadal miał ople­cio­ne no­ga­mi męż­czy­zny. Cho­ciaż sta­rał się ze wszyst­kich sił, nie był w sta­nie ich roz­giąć.

Wy­chy­nął nad po­wierzch­nię i od razu zo­ba­czył je­den ze sku­te­rów, zmie­rza­ją­cy do­kład­nie w jego kie­run­ku. Po­ma­chał ręką. Miał na­dzie­ję, że z po­wo­du ma­ski kie­row­ca weź­mie go za jed­ne­go z nur­ków. Zbli­ża­jąc się do nie­go, sku­ter zwol­nił. Tym­cza­sem Ja­so­no­wi uda­ło się roz­plą­tać linę. Gdy ma­szy­na za­ta­cza­ła wo­kół nie­go krę­gi, chwy­cił się tyl­nej czę­ści sku­te­ra. Klep­nął kie­row­cę w udo i sku­ter wy­star­to­wał. Bo­ur­ne nadal znaj­do­wał się do po­ło­wy w wo­dzie, ale szyb­kość po­lu­zo­wa­ła uścisk nóg mar­twe­go nur­ka. Wal­nął go w ko­la­na, roz­legł się głu­chy trzask pę­ka­ją­cych ko­ści i na­resz­cie był wol­ny.

Wcią­gnął się na sku­ter i skrę­cił kie­row­cy kark. Za­nim wrzu­cił go do wody, od­piął mu ku­szę od pasa. Kie­row­ca dru­gie­go sku­te­ra wi­dział do­kład­nie, co się sta­ło, i wła­śnie za­wra­cał, kie­dy Ja­son ru­szył wprost na nie­go. Męż­czy­zna do­ko­nał złe­go wy­bo­ru. Wy­cią­gnął pi­sto­let i od­dał dwa strza­ły, ale nie był w sta­nie tra­fić w roz­ko­ły­sa­ny sku­ter. Do tego cza­su Bo­ur­ne zna­lazł się wy­star­cza­ją­co bli­sko, żeby sko­czyć. Wy­ce­lo­wał z ku­szy i strą­cił kie­row­cę do mo­rza, przej­mu­jąc jed­no­cze­śnie kon­tro­lę nad jego ma­szy­ną.

Te­raz już sam na sza­fi­ro­wej wo­dzie, Bo­ur­ne po­mknął w dal.

Rozdział 2

Ja­son Bo­ur­ne obu­dził się w ciem­no­ści po­ko­ju ho­te­lo­we­go na skra­ju ko­lum­bij­skiej pusz­czy, ale nie otwie­rał oczu. Le­żał przez chwi­lę na cien­kim, po­wy­gnia­ta­nym ma­te­ra­cu, owład­nię­ty wspo­mnie­niem dziw­ne­go snu. Znaj­do­wał się w domu o wie­lu po­ko­jach, z ko­ry­ta­rza­mi pro­wa­dzą­cy­mi do miejsc, w któ­rych ślepł. Zu­peł­nie, jak­by pró­bo­wał zo­ba­czyć wła­sną prze­szłość. Dom pło­nął, wszę­dzie kłę­bił się dym. Ale Ja­son nie był tam sam. W domu znaj­do­wał się ktoś jesz­cze, ktoś, kto po­ru­szał się ze zwin­no­ścią kota, ktoś, kto go szu­kał, ktoś o mor­der­czych za­mia­rach, kto był już bar­dzo bli­sko, lecz gę­sty dła­wią­cy dym za­kry­wał go zu­peł­nie.

Nie po­tra­fił po­wie­dzieć, gdzie koń­czył się sen, a za­czy­na­ła rze­czy­wi­stość. Czuł za­pach dymu i to wła­śnie go obu­dzi­ło. Zwlókł się z łóż­ka, cią­gle oto­czo­ny smro­dem spa­le­ni­zny, i po­now­nie za­ata­ko­wa­ło go wspo­mnie­nie snu. Ru­szył do drzwi, ale za­raz przy­sta­nął.

Ktoś na nie­go cze­kał, tuż za drzwia­mi. Ktoś uzbro­jo­ny. Ktoś, kto chciał go za­bić.

Bo­ur­ne cof­nął się, chwy­cił zde­ze­lo­wa­ne krze­sło, tak li­che, że nada­wa­ło się je­dy­nie na pod­pał­kę. Otwie­ra­jąc drzwi, ci­snął nim przed sie­bie. Usły­szał huk strza­łu i rzu­cił się przez próg.

Ude­rzył w nad­gar­stek na­past­ni­ka z taką siłą, że roz­trza­skał mu kość. Broń zwi­sa­ła w po­zba­wio­nych czu­cia pal­cach, ale strze­lec jesz­cze nie był za­ła­twio­ny. Kop­nia­kiem po­słał Bo­ur­ne'a na prze­ciw­le­głą ścia­nę. Zy­skaw­szy tro­chę prze­strze­ni, prze­mie­ścił się wśród dymu ni­czym zja­wa, za­mach­nął kol­bą pi­sto­le­tu - trzy­ma­ne­go te­raz w dru­giej ręce - i ude­rzył Ja­so­na w bok gło­wy.

Bo­ur­ne osu­nął się i zo­stał na pod­ło­dze. Dym gęst­niał, Ja­son czuł go­rą­co, gdy pło­mie­nie pod­peł­za­ły bli­żej. Ni­sko przy zie­mi po­wie­trze było czyst­sze, da­wa­ło mu prze­wa­gę, choć jego prze­ciw­nik jesz­cze so­bie tego nie uświa­da­miał. Na­past­nik po­now­nie przy­mie­rzył się do kop­nia­ka, ale Bo­ur­ne chwy­cił go za but w po­wie­trzu i wy­krę­cił tak, że kost­ka pę­kła. Męż­czy­zna wrza­snął z bólu. Ja­son, już na klęcz­kach, ude­rzył go moc­no w ner­ki, a po­tem, gdy cia­ło strzel­ca za­czę­ło się zwi­jać, chwy­cił go za tył gło­wy i wal­nął ko­la­nem w bro­dę.

Dym wy­peł­niał ko­ry­tarz. Ogień pod­cho­dził do pod­sta­wy scho­dów, gro­żąc prze­mia­ną pierw­sze­go pię­tra w pło­ną­ce pie­kło. Chwy­ciw­szy pi­sto­let na­past­ni­ka, Bo­ur­ne rzu­cił się w stro­nę swo­je­go po­ko­ju. Kie­dy wpadł do środ­ka, za­krył ra­mio­na­mi twarz, a po­tem, ska­cząc, prze­bił sobą szkło i drew­no okna.

Cze­ka­li na nie­go na dole. Było ich trzech, po­de­szli, gdy to­czył się po zie­mi, po tym jak spadł z okna pierw­sze­go pię­tra w oto­cze­niu odłam­ków szkła. Do­padł jed­ne­go i prze­je­chał mu kol­bą pi­sto­le­tu po po­licz­ku, za­le­wa­jąc ja­sno­czer­wo­ną struż­ką krwi. Za­to­pił pięść w brzu­chu dru­gie­go męż­czy­zny, któ­ry zgiął się wpół. I wte­dy po­czuł sil­ny ucisk lufy na kar­ku.

Pod­niósł ręce. Męż­czy­zna z roz­ora­nym, za­krwa­wio­nym po­licz­kiem wy­rwał mu pi­sto­let z dło­ni, a po­tem wal­nął pię­ścią w szczę­kę.

Ba­sta! - roz­ka­zał ten sto­ją­cy za Bo­ur­ne'em. - El no qu­ie­re ser la­sti­ma­do. - Nie rób­cie mu krzyw­dy.

Bo­ur­ne skal­ku­lo­wał, że dał­by radę za­ła­twić tych trzech, ale stał w bez­ru­chu. Ci lu­dzie nie po­ja­wi­li się tu, żeby go za­bić. Ten, któ­ry cza­ił się przy jego drzwiach, mógł je wy­ła­mać kop­nia­kiem i pró­bo­wać go za­strze­lić, lecz tego nie zro­bił. Ogień miał go wy­pło­szyć, po­dob­nie jak strza­ły w ko­ry­ta­rzu. To, że wdał się w wal­kę z pierw­szym na­past­ni­kiem, było dla nich za­sko­cze­niem.

Ja­son do­my­ślał się, kto przy­słał tych lu­dzi, dla­te­go po­zwo­lił im zwią­zać so­bie ręce za ple­ca­mi i na­ło­żyć ko­nop­ny wo­rek na gło­wę. We­pchnę­li go do na­grza­ne­go, zde­ze­lo­wa­ne­go sa­mo­cho­du, któ­ry cuch­nął ben­zy­ną, po­tem i sma­rem, a kie­dy z war­ko­tem sil­ni­ka wje­cha­li w dżun­glę, po bra­ku amor­ty­za­to­rów zo­rien­to­wał się, że musi to być ja­kiś bar­dzo wy­słu­żo­ny po­jazd woj­sko­wy. Bo­ur­ne za­pa­mię­ty­wał skrę­ty i li­czył w my­ślach, żeby przy­najm­niej mieć sza­cun­ko­we po­ję­cie o po­ko­ny­wa­nej od­le­gło­ści. Przez cały czas pró­bo­wał prze­pi­ło­wać krę­pu­ją­cy mu ręce ka­bel o me­ta­lo­wą kra­wędź znaj­du­ją­cą się za jego ple­ca­mi.

Mniej wię­cej po dwu­dzie­stu mi­nu­tach sa­mo­chód się za­trzy­mał. Przez ja­kiś czas nic się nie dzia­ło, sły­chać było je­dy­nie spo­ra­dycz­nie ostre albo ja­do­wi­te zda­nia w hisz­pań­skim slan­gu. Usi­ło­wał zro­zu­mieć, o czym mó­wią, ale gru­by wo­rek i szcze­gól­na aku­sty­ka wnę­trza po­jaz­du prak­tycz­nie to unie­moż­li­wia­ły. Za­raz po­tem zo­stał po­spiesz­nie za­cią­gnię­ty w chłód głę­bo­kie­go cie­nia. Mu­chy i ko­ma­ry bzy­cza­ły, opa­da­ją­cy liść otarł mu się o wierzch dło­ni, gdy cią­gnię­to go na­przód. Gry­zą­cy smród la­try­ny, a po­tem woń sma­ru do bro­ni, pro­chu i kwa­śne­go potu. Po­pchnię­to go na coś, co w do­ty­ku przy­po­mi­na­ło skła­da­ny sto­łek z bre­zen­tu, gdzie prze­sie­dział ko­lej­ne pół go­dzi­ny, na­słu­chu­jąc. Sły­szał krzą­ta­ni­nę, ale nikt nie od­zy­wał się sło­wem, co było zna­kiem pa­nu­ją­cej tu że­la­znej dys­cy­pli­ny.

Zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie ze­rwa­no mu wo­rek z gło­wy. Bo­ur­ne mru­gał w pół­mro­ku lasu. Ro­zej­rzał się i prze­ko­nał, że jest w pro­wi­zo­rycz­nym obo­zie. Za­uwa­żył trzy­na­stu lu­dzi - i to tyl­ko w za­się­gu wzro­ku.

Zbli­żył się do nie­go męż­czy­zna eskor­to­wa­ny przez dwóch iden­tycz­nych fa­ce­tów w mun­du­rach, uzbro­jo­nych po zęby w pół­au­to­ma­ty, pi­sto­le­ty i pasy z amu­ni­cją. Dzię­ki szcze­gó­ło­we­mu opi­so­wi Mo­iry Bo­ur­ne roz­po­znał Ro­ber­ta Co­rel­lo­sa. Był przy­stoj­ny na swój to­por­ny spo­sób moc­no umię­śnio­ne­go męż­czy­zny. Ciem­ne uwo­dzi­ciel­skie oczy i sil­na aura mę­sko­ści nada­wa­ły mu pew­ną cha­ry­zmę, któ­ra bez wąt­pie­nia dzia­ła­ła na jego lu­dzi.

- No więc... - Z kie­sze­ni na pier­si pięk­nie ha­fto­wa­nej ko­szu­li wy­jął cy­ga­ro i za­pa­lił je, po­słu­gu­jąc się cięż­ką za­pal­nicz­ką zip­po. - Mamy tu my­śli­we­go i zwie­rzy­nę. - Wy­pu­ścił z ust kłąb aro­ma­tycz­ne­go dymu. - Za­sta­na­wiam się jed­nak, kto jest kim?

Bo­ur­ne przy­glą­dał mu się bar­dzo uważ­nie.

- Za­baw­ne - po­wie­dział. - Nie wy­glą­da pan na ska­zań­ca. Co­rel­los wy­krzy­wił twarz w uśmie­chu i za­to­czył ra­mie­niem w sze­ro­kim ge­ście.

- To dla­te­go, ko­le­go, że moi przy­ja­cie­le z FARC oka­za­li się wy­star­cza­ją­co do­brzy, by wy­cią­gnąć mnie z La Mo­de­lo.

Bo­ur­ne wie­dział, że FARC to Re­wo­lu­cyj­ne Siły Zbroj­ne Ko­lum­bii, le­wi­co­wa par­ty­zant­ka.

- Cie­ka­we - skwi­to­wał. - Jest pan jed­nym z naj­bar­dziej wpły­wo­wych ba­ro­nów nar­ko­ty­ko­wych w Ame­ry­ce Ła­ciń­skiej.

- Na świe­cie! - po­pra­wił go Co­rel­los, uno­sząc wy­so­ko cy­ga­ro.

Ja­son po­krę­cił gło­wą.

- Le­wi­co­wa par­ty­zant­ka i pra­wi­co­wi ka­pi­ta­li­ści, nie bar­dzo ro­zu­miem.

Co­rel­los wzru­szył ra­mio­na­mi.

- A kto to ro­zu­mie? FARC nie­na­wi­dzi rzą­du, po­dob­nie jak ja. Mamy umo­wę. Co ja­kiś czas wy­świad­cza­my so­bie wza­jem­nie przy­słu­gi, a w re­zul­ta­cie cier­pią fra­je­rzy z rzą­du. Poza tym nie wcho­dzi­my so­bie w dro­gę. - Wy­pu­ścił z ust na­stęp­ny kłąb dymu. - Cho­dzi o in­te­re­sy, nie o ide­olo­gię. Ja ro­bię pie­nią­dze. Ide­olo­gię mam w du­pie. Za­tem przejdź­my do in­te­re­sów. - Co­rel­los po­chy­lił się, opie­ra­jąc dło­nie na ko­la­nach, tak że jego twarz zna­la­zła się na wy­so­ko­ści oczu Bo­ur­ne'a. - Kto cię na­słał, że­byś mnie za­bił, se­nior? Któ­ry z mo­ich wro­gów, co?

Ten męż­czy­zna był za­gro­że­niem dla Mo­iry i jej przy­ja­ciół­ki Be­ren­ga­rii. Mo­ira po­pro­si­ła Bo­ur­ne'a na Phu­ke­cie, żeby od­szu­kał Co­rel­lo­sa i się z nim do­ga­dał. Nig­dy wcze­śniej o nic go nie pro­si­ła, dla­te­go wie­dział, że mu­sia­ło to być wy­jąt­ko­wo waż­ne, może cho­dzi­ło na­wet o ży­cie lub śmierć.

- Skąd pan wie, że zo­sta­łem przy­sła­ny, by pana za­bić? - za­py­tał.

- To jest Ko­lum­bia, przy­ja­cie­lu. Nie dzie­je się tu nic, o czym bym nie wie­dział.

Był jed­nak jesz­cze je­den po­wód, któ­ry prze­są­dził o de­cy­zji Bo­ur­ne'a. Burz­li­we spo­tka­nie z Le­oni­dem Ar­ka­di­nem na­uczy­ło go cze­goś o nim sa­mym. Nie czuł się do­brze w za­wie­sze­niu, w mrocz­nych, sa­mot­nych chwi­lach, gdy nic się nie dzia­ło, kie­dy świat za­mie­rał w bez­ru­chu, a wszyst­ko, co on, out­si­der, mógł zro­bić, ogra­ni­cza­ło się do ob­ser­wa­cji oto­cze­nia. A prze­cież ła­pał się na tym, że ce­re­mo­nie ślub­ne były mu rów­nie obo­jęt­ne jak po­grze­by. Po­nie­waż żył dla chwil, gdy wkra­czał do ak­cji, kie­dy za­rów­no jego cia­ło, jak umysł w peł­ni się an­ga­żo­wa­ły i pę­dził przed sie­bie, ba­lan­su­jąc na gra­ni­cy ży­cia i śmier­ci.

- Za­tem? - Co­rel­los nie­mal do­ty­kał no­sem nosa Ja­so­na. - Co masz mi do po­wie­dze­nia?

Bo­ur­ne ude­rzył go czo­łem w nos. Usły­szał sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy od­głos trza­ska­ją­cej chrząst­ki wbi­tej w twarz i uwol­nił ręce z pę­ta­ją­ce­go je ka­bla, któ­ry ukrad­kiem prze­pi­ło­wał. Zła­pał Co­rel­lo­sa i po­sta­wił przed sobą, za­ci­ska­jąc mu zgię­te ra­mię na gar­dle.

Lufy pi­sto­le­tów po­wę­dro­wa­ły do góry, ale nikt się nie po­ru­szył. Wte­dy na sce­nie po­ja­wił się inny męż­czy­zna.

- To zły po­mysł - po­wie­dział do Bo­ur­ne'a.

Bo­ur­ne za­cie­śnił chwyt.

- Z całą pew­no­ścią dla se­nio­ra Co­rel­lo­sa.

Męż­czy­zna był wiel­ki, do­brze zbu­do­wa­ny, o skó­rze orze­cho­we­go ko­lo­ru i oczach do­świad­czo­ne­go czło­wie­ka, ciem­nych jak głę­bo­ka stud­nia. Miał bu­rzę ciem­nych wło­sów, nie­mal lo­ków, i dłu­gą, gę­stą, krę­co­ną bro­dę ni­czym sta­ro­żyt­ny Pers. Ema­no­wał z nie­go pe­wien ro­dzaj ener­gii, któ­ra na­wet na Ja­so­nie ro­bi­ła wra­że­nie. Choć był znacz­nie star­szy, Bo­ur­ne roz­po­znał go z fo­to­gra­fii, któ­rą wi­dział wie­le lat wcze­śniej.

- Ja­lal Es­sai - ode­zwał się Bo­ur­ne. - Za­sta­na­wiam się, co tu ro­bisz w to­wa­rzy­stwie tego kró­la nar­ko­ty­ków. Czy Se­ve­rus Do­mna zaj­mu­je się te­raz he­ro­iną i ko­ka­iną?

- Mu­si­my po­roz­ma­wiać, ty i ja.

- Wąt­pię, żeby do tego do­szło.

- Pa­nie Bo­ur­ne - po­wie­dział Es­sai wol­no, wa­żąc każ­de sło­wo. - Za­mor­do­wa­łem Fre­de­ric­ka Wil­lar­da.

- Dla­cze­go mi o tym mó­wisz?

- Nie by­łeś so­jusz­ni­kiem pana Wil­lar­da? Nie, my­ślę, że nie. Nie po tym, kie­dy zu­żył tyle cza­su i ener­gii, żeby do­pro­wa­dzić do two­jej wal­ki z Le­oni­dem Ar­ka­di­nem. - Mach­nął ręką. - W każ­dym ra­zie za­bi­łem Wil­lar­da z bar­dzo kon­kret­ne­go po­wo­du, bo za­warł układ z Ben­ja­mi­nem El-Aria­nem, gło­wą Do­mny.

- W to aku­rat trud­no uwie­rzyć.

- Nie­mniej to praw­da. Wi­dzisz, Wil­lard po­żą­dał zło­ta Sa­lo­mo­na rów­nie de­spe­rac­ko jak twój daw­ny szef z Tre­ad­sto­ne, Ale­xan­der Con­klin. Za­prze­dał du­szę El-Aria­no­wi, byle móc uszczk­nąć dla sie­bie choć odro­bi­nę.

Ja­son po­krę­cił gło­wą.

- I mówi to czło­nek Do­mny?

Bro­dacz roz­cią­gnął usta w po­wol­nym uśmie­chu.

- By­łem czło­wie­kiem Do­mny, kie­dy Con­klin na­słał cię na mój dom - od­po­wie­dział. - Ale to dzia­ło się daw­no temu.

- A te­raz...

- Te­raz Ben­ja­min El-Arian i Do­mna są mo­imi za­przy­się­gły­mi wro­ga­mi. - Jego uśmiech tro­chę przy­gasł. - Wi­dzisz, mamy jed­nak bar­dzo wie­le do omó­wie­nia.

- - -

- Przy­jaźń - po­wie­dział Iwan Woł­kin, sta­wia­jąc dwie szklan­ki i na­peł­nia­jąc je wód­ką. - Przy­jaźń jest prze­re­kla­mo­wa­na. - Po­dał jed­ną Bo­ri­so­wi Kar­po­wo­wi, dru­gą uniósł wy­so­ko w to­a­ście. - Chy­ba że mó­wi­my o Ro­sja­nach. My nie za­przy­jaź­nia­my się lek­ko­myśl­nie i jako je­dy­ni ze wszyst­kich lu­dzi na świe­cie ro­zu­mie­my, co zna­czy przy­jaźń. Wa­sze zdro­wie!

Woł­kin był sta­ry i siwy, twarz miał za­pad­nię­tą. Ale nie­bie­skie oczy nadal po­bły­ski­wa­ły we­so­ło­ścią, bę­dąc do­wo­dem, gdy­by wszyst­ko inne nie wy­star­cza­ło, że na eme­ry­tu­rze nie stra­cił zu­peł­nie nic z prze­ni­kli­wo­ści wy­jąt­ko­we­go umy­słu, dzię­ki któ­re­mu stał się naj­bar­dziej wpły­wo­wym ne­go­cja­to­rem po­mię­dzy sze­fa­mi ro­syj­skiej ma­fii.

Bo­ris sam do­lał so­bie wię­cej wód­ki.

- Jak dłu­go się zna­my, Iwa­nie Iwa­no­wi­czu?

Woł­kin ob­li­zał fio­le­to­we usta i wy­cią­gnął rękę z pu­stą szklan­ką. Dło­nie miał duże, z na­brzmia­ły­mi ży­ła­mi o cho­ro­bli­wie nie­bie­sko­si­nym ko­lo­rze.

- Je­śli do­brze pa­mię­tam, ra­zem mo­czy­li­śmy się w pie­lu­chy. - Za­śmiał się, wy­da­jąc przy tym gul­go­czą­cy dźwięk z głę­bi gar­dła.

Bo­ris ski­nął gło­wą. Me­lan­cho­lij­ny uśmiech uniósł mu ką­ci­ki ust.

Sta­li w za­gra­co­nym ma­łym po­ko­ju miesz­ka­nia w cen­trum Mo­skwy, któ­re Woł­kin zaj­mo­wał od co naj­mniej pięć­dzie­się­ciu lat. To dziw­na rzecz, po­my­ślał Bo­ris. Za pie­nią­dze, któ­re Iwan zgro­ma­dził przez wszyst­kie lata, mógł ku­pić każ­de miesz­ka­nie, do­wol­nie duże i wspa­nia­łe albo dro­gie, a mimo to zde­cy­do­wał się zo­stać w tym li­chym skan­se­nie z set­ka­mi ksią­żek i pół­ka­mi, na któ­rych sta­ły po­uty­ka­ne pa­miąt­ki z ca­łe­go świa­ta - dro­gie pre­zen­ty otrzy­ma­ne od wdzięcz­nych klien­tów.

Woł­kin roz­ło­żył ra­mio­na.

- Sia­daj, przy­ja­cie­lu. Sia­daj i oprzyj wy­god­nie nogi. Nie­czę­sto od­wie­dza mnie ge­ne­rał Kar­pow, szef FSB-dwa.

Sam usa­do­wił się na zwy­kłym miej­scu, ta­pi­ce­ro­wa­nym fo­te­lu z usza­ka­mi, któ­ry od pięt­na­stu lat aż pro­sił się o zmia­nę obi­cia. Jego krwi­sto­czer­wo­ny ko­lor daw­no wy­pło­wiał i te­raz fo­tel przy­po­mi­nał po­zba­wio­ną bar­wy bry­łę. Bo­ris usiadł na­prze­ciw­ko nie­go na po­kry­tej per­ka­lem so­fie, po­obi­ja­nej i za­ple­śnia­łej, jak­by wy­cią­gnię­to ją z za­to­pio­ne­go wra­ku. Za­szo­ko­wa­ło go, jak bar­dzo Iwan się po­sta­rzał, jak przy­gar­bił, po­chy­lo­ny ni­czym drze­wo nę­ka­ne przez dzie­się­cio­le­cia bu­rza­mi, desz­cza­mi ze śnie­giem, su­szą. Ile lat mi­nę­ło od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia? - py­tał sam sie­bie. Z przy­kro­ścią prze­ko­nał się, że nie po­tra­fi so­bie tego przy­po­mnieć.

- Za ge­ne­ra­ła! I ha­nieb­ną śmierć jego wro­gów! - za­wo­łał Iwan.

- Iwa­nie, pro­szę!

- Wznie­śmy to­ast, Bo­ri­sie, to­ast! Pij­my, kie­dy czas po temu! Ilu męż­czyzn osią­gnę­ło w ży­ciu to, co ty? Je­steś u szczy­tu ka­rie­ry. - Po­ru­szył chu­dy­mi ra­mio­na­mi. - Co, nie je­steś dum­ny z tego, do cze­go do­sze­dłeś?

- Oczy­wi­ście, że je­stem - od­po­wie­dział Bo­ris. - Tyl­ko że... - Za­wie­sił głos w pół zda­nia.

- Tyl­ko co? - Iwan usiadł pro­sto. - Co ci cho­dzi po gło­wie, sta­ry przy­ja­cie­lu? No da­lej, zbyt wie­le nas łą­czy, że­byś mu­siał coś przede mną ukry­wać.

Bo­ris zro­bił głę­bo­ki wdech i wy­pił ko­lej­ny łyk pa­lą­cej wód­ki.

- Po tych wszyst­kich la­tach wpa­dłem w groź­ną pu­łap­kę, Iwa­nie, i nie wiem, czy uda mi się z niej wy­do­stać.

Woł­kin chrząk­nął.

- Z pu­łap­ki za­wsze jest ja­kieś wyj­ście, przy­ja­cie­lu. Mów da­lej, pro­szę.

Kie­dy Bo­ris opo­wie­dział mu o ukła­dzie ze swo­im po­przed­nim sze­fem i o tym, cze­go Czer­kie­sow od nie­go chciał, oczy Woł­ki­na znie­ru­cho­mia­ły, wzrok stał się dzi­ki, do gło­su do­cho­dzi­ła jego wro­dzo­na prze­bie­głość, ni­czym po­twór z głę­bin mor­skich wy­pły­wa­ją­cy na po­wierzch­nię.

W koń­cu oparł się po­now­nie o fo­tel i za­ło­żył nogę na nogę.

- Moim zda­niem, Bo­ri­sie Il­ji­czu, pu­łap­ka ist­nie­je tyl­ko w two­jej gło­wie. Pro­ble­mem są two­je re­la­cje z tym czło­wie­kiem, Bo­ur­ne'em. Spo­tka­łem go kil­ka­krot­nie. Praw­dę mó­wiąc, na­wet mu po­mo­głem. Ale to Ame­ry­ka­nin. Co gor­sza, jest szpie­giem. Na ile w osta­tecz­no­ści moż­na mu za­ufać?

- Ura­to­wał mi ży­cie.

- O, wi­dzę, że do­cho­dzi­my te­raz do sed­na pro­ble­mu. - Woł­kin po­ki­wał gło­wą ni­czym mę­drzec. - A po­le­ga on na tym, że w głę­bi ser­ca je­steś sen­ty­men­tal­ny. My­ślisz o tym czło­wie­ku, Ja­so­nie, jak o przy­ja­cie­lu. Może nim jest, może nie, ale je­steś go­tów zre­zy­gno­wać z wszyst­kie­go, na co ha­ro­wa­łeś przez ostat­nie trzy­dzie­ści lat, żeby ra­to­wać jego skó­rę. - Woł­kin po­pu­kał się pal­cem w bok nosa. - Po­myśl, że to w ogó­le nie jest pu­łap­ka, ale spraw­dzian two­jej woli, two­jej de­ter­mi­na­cji, two­je­go od­da­nia. Wszyst­kie wiel­kie spra­wy wy­ma­ga­ją ofiar. W grun­cie rze­czy to wła­śnie od­róż­nia je od ba­nal­nej resz­ty, to czy­ni je wiel­ki­mi, sta­wia poza za­się­giem zwy­kłych lu­dzi, spra­wia, że do­ko­nać ich może je­dy­nie bar­dzo nie­wie­lu, jed­nost­ki go­to­we po­nieść ta­kie ofia­ry i umie­ją­ce tego do­ko­nać. - Po­chy­lił się do przo­du. - Ty je­steś kimś ta­kim, Bo­ri­sie Il­ji­czu.

Oto­czy­ła ich ci­sza. Ze­gar z brą­zu ty­kał, od­mie­rza­jąc mi­nu­ty ni­czym bi­ją­ce ser­ce wy­rwa­ne z cia­ła ofia­ry. Wzrok Bo­ri­sa spo­czął na sta­rej car­skiej sza­bli, któ­rą po­da­ro­wał Woł­ki­no­wi wie­le lat wcze­śniej. Była w do­sko­na­łym sta­nie, do­brze na­sma­ro­wa­na, z czu­ło­ścią wy­po­le­ro­wa­na, jej stal błysz­cza­ła w świe­tle lam­py.

- Po­wiedz, Iwa­nie Iwa­no­wi­czu - ode­zwał się w koń­cu - co by było, gdy­by Czer­kie­sow ka­zał mi za­bić cie­bie?

Oczy Woł­ki­na sta­ły się nie­mal żół­te jak oczy kota, ta­jem­ni­cze, nie­prze­nik­nio­ne.

- Spraw­dzian to spraw­dzian, przy­ja­cie­lu. Ofia­ra to ofia­ra. Za­kła­dam, że do­brze o tym wiesz.

- - -

La Défen­se wy­ro­sła ni­czym post­mo­der­ni­stycz­ny obcy twór na da­le­kich za­chod­nich krań­cach Pa­ry­ża. Mimo wszyst­ko jed­nak usy­tu­owa­nie dziel­ni­cy zdo­mi­no­wa­nej przez in­te­re­sy świe­żej daty w La Défen­se oka­za­ło się znacz­nie lep­szym roz­wią­za­niem niż zgo­da na spa­sku­dze­nie cu­dow­nej ar­chi­tek­tu­ry cen­trum Pa­ry­ża przez no­wo­cze­sne bu­dyn­ki. Po­ły­sku­ją­ca, zbu­do­wa­na z zie­lo­ne­go szkła sie­dzi­ba ban­ku Île de Fran­ce sta­ła w po­ło­wie Pla­ce de l'Iris, któ­ry roz­pie­rał się w sa­mym ser­cu La Défen­se. Pięt­na­stu męż­czyzn sie­dzia­ło po obu stro­nach sto­łu z po­le­ro­wa­ne­go mar­mu­ru na naj­wyż­szym pię­trze wie­żow­ca. Wszy­scy, na­wet mu­zuł­ma­nie, ubra­ni byli w szy­te na mia­rę gar­ni­tu­ry, bia­łe ko­szu­le i kon­ser­wa­tyw­ne kra­wa­ty. Tego wy­ma­ga­ła Do­mna, po­dob­nie jak zło­te­go sy­gne­tu na pal­cu wska­zu­ją­cym pra­wej ręki. Do­mna była praw­do­po­dob­nie je­dy­ną ist­nie­ją­cą gru­pą, w któ­rej przed­sta­wi­cie­le dwóch naj­waż­niej­szych odła­mów is­la­mu, sun­ni­tów i szy­itów, ko­eg­zy­sto­wa­li po­ko­jo­wo, a na­wet po­ma­ga­li so­bie wza­jem­nie, gdy za­cho­dzi­ła taka po­trze­ba.

Szes­na­sty męż­czy­zna zaj­mo­wał miej­sce u szczy­tu sto­łu. Miał usta świad­czą­ce o okru­cień­stwie, orli nos, świ­dru­ją­ce nie­bie­skie oczy i skó­rę ko­lo­ru mio­du. Przy jego le­wym łok­ciu, ale tro­chę z tyłu, sie­dzia­ła je­dy­na ko­bie­ta z pa­pie­ro­wy­mi tecz­ka­mi na ko­la­nach. Była młod­sza od męż­czyzn, przy­najm­niej ta­kie spra­wia­ła wra­że­nie dzię­ki dłu­gim ru­dym wło­som, por­ce­la­no­wej ce­rze i sze­ro­ko roz­sta­wio­nym oczom, prze­zro­czy­stym ni­czym mor­ska woda. Od cza­su do cza­su, kie­dy męż­czy­zna zaj­mu­ją­cy miej­sce u szczy­tu sto­łu wy­cią­gał w bok lewą rękę, po­da­wa­ła mu kart­kę pa­pie­ru, szyb­kim ru­chem pie­lę­gniar­ki pod­su­wa­ją­cej chi­rur­go­wi skal­pel. Na­zy­wał ją Ska­rą, ona mó­wi­ła do nie­go per pan.

Kie­dy męż­czy­zna u szczy­tu sto­łu czy­tał wy­druk, wszy­scy ze­bra­ni w po­ko­ju słu­cha­li, może poza Ska­rą zna­ją­cą na pa­mięć za­war­tość sta­le uzu­peł­nia­nych te­czek, któ­re uwa­ża­ła za zbyt po­uf­ne, by wpro­wa­dzać je do kom­pu­te­ra.

Sie­dem­na­ście osób za­peł­nia­ło salę zbu­do­wa­ną z be­to­nu i szkła i na­fa­sze­ro­wa­ną elek­tro­ni­ką unie­moż­li­wia­ją­cą na­wet naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ny tech­no­lo­gicz­nie pod­słuch.

Człon­ko­wie kie­row­nic­twa Se­ve­rus Do­mna przy­by­li z czte­rech stron świa­ta - z Szan­gha­ju, To­kio, Ber­li­na, Pe­ki­nu, Sany, Lon­dy­nu, Wa­szyng­to­nu, No­we­go Jor­ku, Ri­ja­du, Bo­go­ty, Mo­skwy, New Del­hi, La­gos, Pa­ry­ża i Te­he­ra­nu.

Ben­ja­min El-Arian, sie­dzą­cy u szczy­tu sto­łu, prze­ma­wiał do męż­czyzn zaj­mu­ją­cych miej­sca po jego obu stro­nach.

- Praw­dę po­wie­dziaw­szy, Ame­ry­ka za­wsze była nam cier­niem w boku. Aż do te­raz. - Zwi­nął dłoń w pięść. - Nasz cel jest w za­się­gu ręki. Zna­leź­li­śmy inny spo­sób.

Przez na­stęp­ne dzie­sięć mi­nut El-Arian ob­ja­śniał każ­dy szcze­gół no­we­go pla­nu.

- Z za­ło­że­nia bę­dzie to dla mnie i dla na­szych człon­ków z Ame­ry­ki ogrom­ne ob­cią­że­nie, ale po­kła­dam głę­bo­ką wia­rę, że dzię­ki temu no­we­mu pla­no­wi zy­ska­my znacz­nie wię­cej, niż wte­dy, gdy Ja­son Bo­ur­ne wszedł nam w dro­gę.

- Pod­su­mo­wał ca­łość w kil­ku sło­wach, a po­tem po­pro­sił o prze­rwę.

Gdy wszy­scy wy­szli, El-Arian użył in­ter­ko­mu, żeby we­zwać Mar­lo­na Eta­nę, naj­sil­niej­sze­go, a przez to naj­bar­dziej wpły­wo­we­go agen­ta dzia­ła­ją­ce­go w te­re­nie.

- Mam na­dzie­ję, że za­sta­na­wiasz się nad zle­ce­niem ko­muś li­kwi­da­cji Bo­ur­ne'a - po­wie­dział Eta­na, pod­cho­dząc do sze­fa. - Wy­mor­do­wał na­szych lu­dzi w Ti­ne­ghi­rze. W tym Idi­ra Sy­pha­xa, któ­re­go wszy­scy ko­cha­li­śmy.

El-Arian wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu.

- Za­po­mnij o Ja­so­nie. Two­im ce­lem jest Ja­lal Es­sai. Swo­ją zdra­dą na­sze­go świę­te­go za­ufa­nia stał się źró­dłem po­waż­nych kło­po­tów. Chcę, że­byś go zna­lazł i zli­kwi­do­wał.

- Ale przez to, że Bo­ur­ne się wtrą­cił, stra­ci­li­śmy na­szą szan­sę na zło­to Sa­lo­mo­na.

El-Arian zmarsz­czył czo­ło.

- Po co mó­wisz o czymś, co i tak wiem?

Eta­na za­ci­snął pię­ści.

- Chcę go za­bić.

- I zo­sta­wić Es­sa­ia przy ży­ciu, żeby na­ro­bił wię­cej szkód? - Po­ło­żył rękę na ra­mie­niu agen­ta. - Za­ufaj tym de­cy­zjom, Mar­lo­nie. Zaj­mij się swo­im za­da­niem. Pa­mię­taj o po­słu­szeń­stwie. Do­mna li­czy na cie­bie.

Eta­na ski­nął gło­wą, od­wró­cił się i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, wy­szedł z po­ko­ju.

Salę wy­peł­nia­ła zu­peł­na ci­sza, do­pó­ki Ska­ra się nie pod­nio­sła.

- Pięć mi­nut - po­wie­dzia­ła bez pa­trze­nia na ze­ga­rek. El-Arian kiw­nął gło­wą i pod­szedł do okna wy­cho­dzą­ce­go na pół­noc. Za­pa­trzył się na sze­ro­ką uli­cę, na ma­leń­kich lu­dzi. Był na­ukow­cem, pro­fe­so­rem ar­che­olo­gii, znaw­cą sta­ro­żyt­nych cy­wi­li­za­cji, sztyw­nym czło­wie­kiem, no­szą­cym się nie­mal po kró­lew­sku.

- To się uda - rzu­cił niby do sie­bie.

- Na pew­no się uda - przy­tak­nę­ła Ska­ra, zbli­ża­jąc się do nie­go.

- Jaki ko­lor?

- Czar­ny. Ci­tro­ën. - Od­dech Ska­ry omia­tał mu ra­mię. Jej za­pach był in­try­gu­ją­cy, pach­nia­ła cy­na­mo­nem i czymś lek­ko gorz­ka­wym, może pa­lo­ny­mi mig­da­ła­mi. - Za trzy mi­nu­ty od tej chwi­li nikt nie bę­dzie o tym pa­mię­tał.

El-Arian po­now­nie ski­nął gło­wą, nie­mal nie­obec­ny my­śla­mi. Do­brze mu zna­ny dreszcz, o jaki go przy­pra­wia­ła, nadal tro­chę zbi­jał go z tro­pu. Po­my­ślał chwi­lo­wo o bez­pie­czeń­stwie żony i dzie­ci, do­brze chro­nio­nych, ale znaj­du­ją­cych się tak da­le­ko.

- Kim będę ju­tro?

Od­wró­cił się i zo­ba­czył jej wy­cią­gnię­tą dłoń. Się­gnął do kie­sze­ni na pier­siach i wy­jął gru­bą pa­czusz­kę.

Kie­dy Ska­ra ją otwo­rzy­ła, zna­la­zła w środ­ku pasz­port, swo­ją nową le­gen­dę, bi­let pierw­szej kla­sy na sa­mo­lot z otwar­tą datą po­wro­tu, kar­ty kre­dy­to­we i trzy ty­sią­ce do­la­rów ame­ry­kań­skich.

- Mar­ga­ret Pen­rod - prze­czy­ta­ła w pasz­por­cie.

- Mag­gie - wszedł jej w sło­wo El-Arian. - Sama sie­bie na­zy­wasz Mag­gie. - Od­rzu­cił lek­ko gło­wę do tyłu i wró­cił do pa­trze­nia na uli­cę w dole. - Wszyst­ko jest w le­gen­dzie.

Ska­ra po­ki­wa­ła gło­wą, jak­by to ją sa­tys­fak­cjo­no­wa­ło.

- Dziś wie­czo­rem na­uczę się tego na pa­mięć w sa­mo­lo­cie.

- Jest Lau­rent - po­wie­dział El-Arian, wska­zu­jąc na po­stać w ciem­nym gar­ni­tu­rze wy­cho­dzą­cą z bu­dyn­ku. Nie uda­ło mu się stłu­mić swe­go ro­dza­ju pod­nie­ce­nia w gło­sie.

Ska­ra wy­ję­ła te­le­fon ko­mór­ko­wy na kar­tę i wstu­ka­ła nu­mer Lau­ren­ta. W jed­nej chwi­li za­pro­gra­mo­wa­ny wcze­śniej kod zo­stał nada­ny. El-Arian za­czął już od­li­czać w my­ślach. Lau­rent lek­ko się wzdry­gnął, wy­cią­gnął ko­mór­kę i spoj­rzał na wy­świe­tlacz.

- Co robi? - za­py­tał El-Arian.

- Nic - uspo­ko­iła go Ska­ra. - Mu­siał po­czuć wi­bra­cję, to wszyst­ko.

El-Arian zmarsz­czył czo­ło.

- Nie po­wi­nien ni­cze­go po­czuć.

Ru­do­wło­sa wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Czy on może coś z tym zro­bić?

- Nic a nic.

Z wy­so­ko­ści pięt­na­ste­go pię­tra spo­strzegł coś ką­tem oka, dla­te­go prze­niósł wzrok na nad­jeż­dża­ją­ce­go czar­ne­go ci­tro­ena.

El-Arian wy­cią­gnął szy­ję.

- Czy Lau­rent do ko­goś dzwo­ni?

Zgrab­ne ra­mio­na Ska­ry unio­sły się i opa­dły.

- Nie ma się czym przej­mo­wać.

W na­stęp­nej chwi­li El-Arian zro­zu­miał po­wód jej pew­no­ści. Ci­tro­ën ude­rzył Lau­ren­ta tak moc­no, że męż­czy­zna wy­le­ciał na co naj­mniej trzy me­try w górę. Spadł na zie­mię, le­żał przez kil­ka se­kund, a po­tem - za­dzi­wia­ją­ce - za­czął się ru­szać, pró­bu­jąc prze­czoł­gać się z po­wro­tem do kra­węż­ni­ka. Sa­mo­chód gwał­tow­nie za­krę­cił i pra­wą opo­ną zmiaż­dżył mu gło­wę, a póź­niej od razu od­je­chał na peł­nym ga­zie, tak że za­nim ga­pie wy­bie­gli na uli­cę, nie było po nim śla­du.

Rozdział 3

Co­rel­los sta­wał się co­raz bar­dziej ner­wo­wy. Bo­ur­ne czuł, jak cia­ło Ko­lum­bij­czy­ka na­pi­na się w ocze­ki­wa­niu na mo­ment jego nie­uwa­gi.

- To jest ta chwi­la - po­wie­dział Bo­ur­ne - in­nej nie bę­dzie.

Ja­lal Es­sai ski­nął gło­wą, ale Ja­son wi­dział wy­raź­nie ogień nie­na­wi­ści w jego oczach. Wie­le lat wcze­śniej Bo­ur­ne zo­stał wy­sła­ny do domu Es­sa­ia, żeby za­brać stam­tąd lap­top. Dla czło­wie­ka ta­kie­go jak Es­sai nie było więk­szej ob­ra­zy od wtar­gnię­cia do domu, gdzie jego ro­dzi­na ja­dła i spa­ła. Na tym po­le­gał za­sad­ni­czy dy­le­mat: Es­sai nie mógł wy­ba­czyć Bo­ur­ne'owi, ale z dru­giej stro­ny mu­siał odło­żyć na bok za­ja­dłą wro­gość, żeby osią­gnąć swój cel. Ja­son za żad­ne skar­by nie chciał­by się zna­leźć w jego sy­tu­acji.

Lu­dzie Co­rel­lo­sa ota­cza­ją­cy Bo­ur­ne'a odło­ży­li broń.

Hom­bre, czy wiesz, co ro­bisz? - W gło­sie Co­rel­lo­sa sły­chać było ogrom­ne zde­ner­wo­wa­nie.

- Ro­bię to, co trze­ba - od­po­wie­dział Es­sai.

- Nie mo­żesz ufać temu by­dla­ko­wi. Zo­stał na­sła­ny, żeby mnie za­bić.

- Sy­tu­acja się zmie­ni­ła. Te­raz pan Bo­ur­ne już wie, że za­bi­ja­jąc cię, osią­gnął­by sku­tek prze­ciw­ny do za­mie­rzo­ne­go. - Prze­krzy­wił py­ta­ją­co gło­wę. - Mam ra­cję, Bo­ur­ne?

Ja­son uwol­nił szy­ję Ro­ber­ta Co­rel­lo­sa, któ­ry od­su­nął się od nie­go na chwiej­nych no­gach i stał pod prę­gie­rzem su­ro­we­go spoj­rze­nia Es­sa­ia, trzę­sąc się od tłu­mio­nych emo­cji. Z nosa są­czy­ła mu się krew. Sztyw­nym kro­kiem pod­szedł do jed­ne­go ze swo­ich lu­dzi i wy­tarł krew rę­ka­wem ko­szu­li. Błąd męż­czy­zny po­le­gał na tym, że wga­piał się w nos sze­fa. Co­rel­los wy­rwał mu z rąk AK-50 i bi­jąc go kol­bą, zmu­sił do opad­nię­cia na ko­la­na.

Bo­ur­ne był w tym cza­sie za­ję­ty roz­gry­za­niem re­la­cji, jaka łą­czy­ła Es­sa­ia i Co­rel­lo­sa. Przed tym spo­tka­niem nie uwie­rzył­by, że Co­rel­los jest w sta­nie przyj­mo­wać roz­ka­zy od ko­goś in­ne­go. Nad swo­ją do­me­ną spra­wo­wał wła­dzę ab­so­lut­ną. Nikt nie śmiał mu się sprze­ci­wić, na­wet nowo po­wsta­łe gru­py ro­syj­skiej, al­bań­skiej i chiń­skiej ma­fii. Jego wy­raź­ne pod­po­rząd­ko­wa­nie się Ja­la­lo­wi Es­sa­io­wi bu­dzi­ło za­cie­ka­wie­nie i sta­no­wi­ło za­gad­kę. Wszedł na nowy i więk­szy te­ren, po­my­ślał Bo­ur­ne. Es­sai sku­sił go sfe­rą wpły­wów Do­mny. A po­tem po­my­ślał jesz­cze: Jaką na­gro­dę obie­cał mu Es­sai? Naj­waż­niej­sze py­ta­nie brzmia­ło jed­nak: Do cze­go Es­sai zmie­rza?

To, że Bo­ur­ne po­zwo­lił się zła­pać, było opła­cal­ne. Już wcze­śniej do­my­ślał się, że na­past­ni­cy zo­sta­li wy­sła­ni przez Co­rel­lo­sa, ale szo­ku­ją­ce po­ja­wie­nie się Es­sa­ia wpro­wa­dzi­ło go do in­ne­go świa­ta, któ­ry bu­dził jego więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie.

Es­sai wy­cią­gnął przed sie­bie rękę w jaw­nym ge­ście zgo­dy.

- Pod drze­wem sto­ją skła­da­ne krze­seł­ka. Usiądź­my, po­dziel­my się chle­bem, na­pij­my się her­ba­ty i po­ga­daj­my.

- Pod­nie­ście tę pie­przo­ną broń, ma­ri­cón - wark­nął Co­rel­los, spo­glą­da­jąc to na jed­ne­go, to na dru­gie­go męż­czy­znę.

A po­tem od­rzu­cił do tyłu gło­wę. - Przy­nieś te­qu­ilę, mnó­stwo te­qu­ili! - krzyk­nął do jed­ne­go ze swo­ich lu­dzi. Był to po­li­czek wy­mie­rzo­ny Es­sa­io­wi, któ­re­mu jako mu­zuł­ma­ni­no­wi nie wol­no było pić al­ko­ho­lu.

Kie­dy usie­dli, Es­sai uśmiech­nął się pod no­sem, w oczach miał stłu­mio­ny blask, jak­by już ob­my­ślił od­po­wied­nią karę dla Ko­lum­bij­czy­ka za tak wy­raź­ne oka­za­nie mu bra­ku sza­cun­ku. Nie te­raz, nie ju­tro ani po­ju­trze. Cier­pli­wość sta­no­wi­ła je­den z nie­ofi­cjal­nych sied­miu fi­la­rów is­la­mu, pod­czas gdy Co­rel­los był w go­rą­cej wo­dzie ką­pa­ny, o czym świad­czył jego na­gły wy­buch agre­sji. Praw­dę mó­wiąc, Bo­ur­ne zda­wał so­bie spra­wę, że za­cho­wa­nie ba­ro­na nar­ko­ty­ko­we­go było pró­bą od­zy­ska­nia twa­rzy - bo stra­cił ją w oczach wła­snych lu­dzi. Ale to nie zmniej­sza­ło ob­ra­zy, jaką od­czu­wał Es­sai. Ja­son zo­rien­to­wał się już, że tych dwóch mo­gło być part­ne­ra­mi, lecz nie lu­bi­li się jak ja­sna cho­le­ra, co mo­gło oka­zać się przy­dat­ne w przy­szło­ści.

Mu­zuł­ma­nin pa­trzył na Bo­ur­ne'a i zu­peł­nie igno­ro­wał Co­rel­lo­sa, któ­ry od­chy­lił się do tyłu i chlu­snął za­war­to­ścią peł­nej bu­tel­ki te­qu­ili na nos. Pry­cha­jąc krwią i wódą, po­cią­gnął dłu­gi łyk z bu­tel­ki, a po­tem na­stęp­ny, rów­nie za­chłan­ny. Oczy pło­nę­ły mu gnie­wem. Es­sai tak usta­wił skła­da­ne krze­seł­ka, że za­jął miej­sce na­prze­ciw­ko Bo­ur­ne'a. Dzię­ki temu było ja­sne, że ba­ron nar­ko­ty­ko­wy jest ra­czej ob­ser­wa­to­rem tej roz­mo­wy, a nie jej uczest­ni­kiem.

- Do­mna ma cię na oku - za­czął Es­sai.

- Już pró­bo­wa­ła mnie za­bić w Taj­lan­dii. - Bo­ur­ne po­pra­wił się na krze­śle. - Za­tem jest zu­peł­nie od­wrot­nie, niż było.

Es­sa­io­wi, Bo­ur­ne'owi i Co­rel­lo­so­wi po­da­no po­so­le w mi­skach z te­ra­ko­ty, ra­zem z drew­nia­ny­mi łyż­ka­mi. Co­rel­los na­pluł do swo­jej mi­ski i za­ma­szy­stym ru­chem wy­rzu­cił ją da­le­ko za sie­bie. Wró­cił do te­qu­ili. Bą­ble po­wie­trza w opróż­nia­nej bu­tel­ce lśni­ły w słoń­cu ni­czym szkla­ne kul­ki.

Es­sai ski­nął gło­wą.

- Praw­do­po­dob­nie. Nie­mniej bar­dzo im za­szko­dzi­łeś, więc mo­żesz mi wie­rzyć, kie­dy mó­wię, że nie usta­ną, do­pó­ki cię nie za­bi­ją.

- Czu­ję do nich do­kład­nie to samo.

Bro­dacz wpa­try­wał się w nie­go nie­prze­nik­nio­nym wzro­kiem.

- Wie­rzę, że na­praw­dę tak jest. - Wes­tchnął, od­sta­wił mi­skę i zło­żył dło­nie na udach.

Bo­ur­ne usi­ło­wał się zo­rien­to­wać, czy Es­sai jest zre­zy­gno­wa­ny, czy usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny. Nie­wy­klu­czo­ne, że i jed­no, i dru­gie.

- Wiem, że mi nie ufasz. - Es­sai wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Szcze­rze mó­wiąc, czuł­bym to samo, gdy­bym był na two­im miej­scu. - Po­chy­lił się do przo­du, po­ło­żył łok­cie na ko­la­nach.

- Ale coś ci po­wiem: po kró­lew­sku wy­dy­ma­łeś Do­mnę. Plan po­le­gał na tym, żeby dzię­ki za­so­bom zło­ta Sa­lo­mo­na usta­no­wić nowy pa­ry­tet zło­ta i osła­bić ame­ry­kań­ską wa­lu­tę. Te­raz, rzecz ja­sna, to zu­peł­nie nie­moż­li­we. Przez cie­bie. Nie­zli­czo­na ilość cza­su i pie­nię­dzy zo­sta­ła bez­pow­rot­nie stra­co­na. - Za­czął kla­skać. - Do­bra ro­bo­ta!

O ile Bo­ur­ne mógł się zo­rien­to­wać, w jego gło­sie nie było cie­nia sar­ka­zmu.

Na­gle wy­raz twa­rzy Es­sa­ia spo­waż­niał.

- Na tym jed­nak nie ko­niec. Nie­szczę­ściem dla nas obu, to do­pie­ro po­czą­tek.

- Za­kła­dam, że plan B bę­dzie miał ta­kie same fa­tal­ne skut­ki.

- Nie­wy­klu­czo­ne, choć mogą być gor­sze. - Mu­zuł­ma­nin wzru­szył ra­mio­na­mi.

Za­pa­dła nie­przy­jem­na ci­sza, któ­rą Bo­ur­ne prze­rwał sło­wa­mi:

- Chcesz przez to po­wie­dzieć, że nie znasz pla­nu B.

- Poza tym, że bę­dzie miał na celu roz­sze­rze­nie wpły­wów Do­mny na te­re­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych, nic nie wiem. - Za­bił ko­ma­ra, ude­rza­jąc się w przed­ra­mię, i wy­tarł kro­plę krwi, któ­ra po nim zo­sta­ła. - Wi­dzę, że je­steś roz­cza­ro­wa­ny.

- Roz­cza­ro­wa­nie to mało po­wie­dzia­ne. Nie mam zie­lo­ne­go po­ję­cia, dla­cze­go chcia­łeś ze mną roz­ma­wiać.

Kie­dy za­czął się pod­no­sić, Es­sai oznaj­mił:

- Do­mna na­ło­ży­ła na cie­bie sank­cję.

- Nie pierw­sza i nie ostat­nia - od­parł Bo­ur­ne, na któ­rym nie zro­bi­ło to wra­że­nia. - Ja­koś prze­ży­ję.

- Nie, nie ro­zu­miesz. - Te­raz i Es­sai wstał. - W świe­cie Do­mny sank­cja jest trak­to­wa­na bar­dzo po­waż­nie. Nie wy­gry­wa ten, kto da naj­wię­cej. To świę­tość.

Bo­ur­ne pa­trzył obo­jęt­nie na mu­zuł­ma­ni­na.

- To zna­czy?

- To zna­czy, że śmier­tel­ny cios na­dej­dzie w miej­scu i cza­sie, któ­re na­wet cie­bie za­sko­czą. - Uniósł pa­lec wska­zu­ją­cy. - A wy­ko­naw­cą bę­dzie ktoś...

- Tak?

Es­sai wcią­gnął głę­bo­ko po­wie­trze.

- Fak­tem jest, że cię po­trze­bu­ję, pa­nie Bo­ur­ne.

Bo­ur­ne'owi uda­ło się stłu­mić śmiech. Choć nie zdo­łał się po­wstrzy­mać przed po­krę­ce­niem gło­wą.

- Wiem, że trud­no to so­bie wy­obra­zić - kon­ty­nu­ował Es­sai - mnie rów­nież, mo­żesz mi wie­rzyć. - Zro­bił krok w stro­nę Ja­so­na. - Ale mó­wię praw­dę: ży­cie ko­ja­rzy dziw­ne pary i na­praw­dę nie wy­obra­żam so­bie dziw­niej­szej niż nas dwóch. - Wzru­szył ra­mio­na­mi. - Nie­mniej...

Bo­ur­ne cze­kał. Nie miał za­mia­ru wy­świad­czać Es­sa­io­wi żad­nej przy­słu­gi. Nie chciał pro­wa­dzić da­lej tej po­krę­co­nej roz­mo­wy. Nie czuł jed­nak nie­chę­ci do tego męż­czy­zny i wca­le mu się nie po­do­ba­ło, że wła­mał się kie­dyś do jego domu. Do­ko­na­nia tej śmier­tel­nej ob­ra­zy nie mógł zwa­lić na Ale­xa Con­kli­na, choć wła­śnie nie­ży­ją­cy już szef ka­zał mu to zro­bić. Con­klin nie miał po­ję­cia, ja­kie mogą być kon­se­kwen­cje za­da­nia Bo­ur­ne'a, albo w ogó­le go to nie ob­cho­dzi­ło. Ale Bo­ur­ne wie­dział - do­sko­na­le się orien­to­wał, jaka bę­dzie re­ak­cja mu­zuł­ma­ni­na na wtar­gnię­cie do jego domu - mimo to wy­ko­nał roz­kaz. W rze­czy­wi­sto­ści był dłuż­ni­kiem Es­sa­ia.

I ten dług trzy­mał go w tym miej­scu.

- Od jak daw­na je­steś prze­ciw­ni­kiem Do­mny? - To py­ta­nie mia­ło za­sad­ni­cze zna­cze­nie.

- Od wie­lu lat - od­parł Es­sai bez wa­ha­nia. - Ale do­pie­ro w ze­szłym roku po­sta­no­wi­łem otwar­cie z nimi ze­rwać.

- Co chcia­łeś zro­bić z in­for­ma­cja­mi z lap­to­pa, któ­ry ukra­dłem ci z domu przed laty?

- Pla­no­wa­łem, że go za­bio­rę i uciek­nę - po­wie­dział Es­sai. - Ale ty mi to unie­moż­li­wi­łeś.

Za­pa­dła tak głę­bo­ka ci­sza, że wy­da­wa­ło się, iż tłu­mi na­wet bzy­cze­nie owa­dów i po­krzy­ki­wa­nia pta­ków.

Es­sai uniósł ra­mio­na, sze­ro­ko je roz­kła­da­jąc.

- A więc je­ste­śmy tu­taj, w głu­szy dżun­gli, po­że­ra­ni żyw­cem przez ko­ma­ry i ką­sa­ni przez mu­chy.

Od­szedł od pi­ja­ne­go już Co­rel­lo­sa, któ­ry tu­lił do sie­bie bu­tel­kę te­qu­ili, jak­by była dziw­ką za dzie­sięć do­la­rów. Bo­ur­ne po­dą­żył za nim w gę­ste za­ro­śla. Dwóch lu­dzi Co­rel­lo­sa pa­trzy­ło za nimi ze źle skry­wa­ną po­gar­dą, a po­tem, znu­dze­ni, splu­nę­li i po­szli wziąć piwo z prze­no­śnej lo­dów­ki.

- Ci Ko­lum­bij­czy­cy - ode­zwał się Es­sai kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem, któ­ry po­ja­wiał się u nie­go ni stąd, ni zo­wąd. Nie do­dał nic wię­cej, jak­by zna­cze­nie tych słów wy­kra­cza­ło poza ich słow­ni­ko­we de­fi­ni­cje - bo tak wła­śnie było. Bo­ur­ne zda­wał so­bie spra­wę, że Es­sai czuł się kimś lep­szym od tych lu­dzi i nie­wy­klu­czo­ne, że miał do tego pod­sta­wy. Na pew­no był le­piej wy­kształ­co­ny, le­piej znał świat, ale może nie o to cho­dzi­ło. Ci Ko­lum­bij­czy­cy, na­wet naj­mniej wy­kształ­ce­ni, po­sia­da­li za­pa­sy ener­gii, któ­ra jak cy­klon w mgnie­niu oka mo­gła do­ko­ny­wać spu­sto­szeń. Śmierć nic so­bie nie ro­bi­ła z wy­kształ­ce­nia ani pew­no­ści sie­bie - wszyst­kich trak­to­wa­ła rów­no.

Było jed­nak coś bar­dzo waż­ne­go, co Bo­ur­ne chciał wie­dzieć.

- Mia­łem wra­że­nie, że kie­dy na­le­ża­łeś do Do­mny, by­łeś jej od­da­ny ca­łym sobą. Dla­cze­go się od­cią­łeś?

- W któ­rymś mo­men­cie Se­ve­rus Do­mna wy­da­wa­ła się czymś praw­dzi­wym i szcze­rym... miej­scem spo­tka­nia umy­słów Wscho­du i Za­cho­du. To było szla­chet­ne przed­się­wzię­cie, śmia­ły pro­jekt, choć przy­po­mi­nał mie­sza­nie oli­wy z wodą. Stop­nio­wo i tak sub­tel­nie, że do­słow­nie nikt ni­cze­go nie za­uwa­żył, Do­mna się zmie­ni­ła. - Wzru­szył ra­mio­na­mi. - Może za spra­wą Ben­ja­mi­na El-Aria­na. Z dru­giej stro­ny, choć gar­dzę tym czło­wie­kiem, to jed­nak zbyt­nie uprosz­cze­nie tego pro­ce­su. El-Arian był i jest od­grom­ni­kiem, w to nie wąt­pię, a jed­nak cho­ro­ba, któ­ra za­czę­ła to­czyć Do­mnę, roz­prze­strze­nia się. To za­szło za da­le­ko, żeby dało się za­trzy­mać.

- O ja­kiej cho­ro­bie mó­wisz?

Es­sai od­wró­cił się do nie­go.

- Bar­dzo nie­wie­le o to­bie wiem, pa­nie Bo­ur­ne, ale orien­tu­ję się, że na­zwa Czar­ne­go Le­gio­nu nie jest ci obca.

Mó­wił o gru­pie znie­chę­co­nych mu­zuł­ma­nów, któ­rych na­zi­ści przy­wieź­li z te­re­nów Związ­ku Ra­dziec­kie­go w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej. Mu­zuł­ma­nie, głę­bo­ko nie­na­wi­dzą­cy Sta­li­na, zo­sta­li wy­szko­le­ni przez SS, utwo­rzo­no z nich od­dzia­ły i wy­sła­no na front wschod­ni, gdzie wal­czy­li z nie­sły­cha­ną za­wzię­to­ścią prze­ciw­ko żoł­nie­rzom ich daw­nej oj­czy­zny.

Czar­ny Le­gion miał cał­kiem spo­ro bar­dzo wpły­wo­wych przy­ja­ciół wśród fa­szy­stow­skich do­wód­ców. W ostat­nich dniach woj­ny jego żoł­nie­rzy wy­co­fa­no z fron­tu wschod­nie­go i ode­sła­no do bez­piecz­nych kry­jó­wek, gdzie alian­ci nie mie­li do nich do­stę­pu. Choć roz­pro­sze­ni, nig­dy nie za­po­mnie­li, kim są. Całe dzie­się­cio­le­cia póź­niej sku­pi­li się wo­kół Me­cze­tu w Mo­na­chium, któ­ry te­raz był zna­ny jako je­den z ośrod­ków ter­ro­ry­zmu mu­zuł­mań­skich fun­da­men­ta­li­stów.

- Mia­łem do czy­nie­nia z Czar­nym Le­gio­nem - przy­znał Bo­ur­ne. - Ale od dwóch lat sie­dzi ci­cho: nie wy­da­je żad­nych ma­ni­fe­stów, nie do­ko­nu­je żad­nych ata­ków. Jak­by się za­padł pod zie­mię.

- Taka jest wola Al­la­ha - po­wie­dział Es­sai. - Wiem to w głę­bi ser­ca. - Otarł czo­ło wierz­chem dło­ni. Był przy­zwy­cza­jo­ny do wy­jąt­ko­wo du­żych upa­łów, ale wil­got­ność spra­wia­ła, że ubra­nie miał zu­peł­nie mo­kre. - W każ­dym ra­zie po kil­ku po­raż­kach, a przy­najm­niej jed­na z nich była two­im dzie­łem, Le­gion skie­ro­wał uwa­gę, po­wiedz­my, do we­wnątrz.

Ro­zej­rzał się wo­kół, jak­by usta­lał i ana­li­zo­wał po­zy­cje Co­rel­lo­sa i wszyst­kich jego lu­dzi.

- Przez dzie­się­cio­le­cia przy­wód­cy z mo­na­chij­skie­go Me­cze­tu bacz­nie ob­ser­wo­wa­li Do­mnę. Po­strze­ga­li jej cele jako bez­po­śred­nie za­gro­że­nie, bo jak wiesz, Me­czet dąży ni mniej, ni wię­cej tyl­ko do do­mi­na­cji is­la­mu na Za­cho­dzie. To Me­czet stał za cią­głym na­pły­wem mu­zuł­ma­nów do Eu­ro­py Za­chod­niej i to on na­wo­ły­wał ich do żą­da­nia więk­szych praw, więk­szej wła­dzy i więk­sze­go wpły­wu na miej­sco­we rzą­dy. Kie­dyś Me­czet miał dwóch albo trzech swo­ich lu­dzi w Do­mnie. Te­raz jego człon­ko­wie sta­no­wią w niej więk­szość i jest wśród nich Ben­ja­min El-Arian. Dzi­siaj, gdy Se­ve­rus Do­mna ma glo­bal­ny za­sięg, znacz­nie więk­szy niż Me­czet, sta­no­wi dla świa­ta za­gro­że­nie, o ja­kim jesz­cze nie sły­sze­li­śmy.

Bo­ur­ne za­sta­na­wiał się nad tym przez ja­kiś czas.

- Je­steś bar­dzo od­da­ny swo­jej ro­dzi­nie. A wda­łeś się w zbyt nie­bez­piecz­ną grę.

- Ty je­den wiesz, jak nie­bez­piecz­ną. - Po­wol­ny uśmiech po­ja­wił się na twa­rzy Es­sa­ia. - Ale ko­ści zo­sta­ły rzu­co­ne, de­cy­zje pod­ję­te. Nie po­tra­fił­bym spoj­rzeć so­bie w oczy, gdy­bym stał obok i nie zro­bił nic, żeby po­wstrzy­mać Do­mnę. - Oczy go­rza­ły mu ni­czym wę­gle. - Ta or­ga­ni­za­cja musi zo­stać zmiaż­dżo­na, pa­nie Bo­ur­ne. Nie ma in­ne­go roz­wią­za­nia dla mnie, dla cie­bie, dla two­je­go kra­ju.

Bo­ur­ne wi­dział wy­raź­nie nie­na­wiść w oczach mu­zuł­ma­ni­na i sły­szał ją w jego gło­sie. To był męż­czy­zna o twar­dych za­sa­dach, nie­złom­nym du­chu, ostry w ak­cji, mą­dry w na­my­śle. Po raz pierw­szy Bo­ur­ne po­czuł do nie­go sza­cu­nek. Ale za­raz przy­po­mniał so­bie o wła­ma­niu do domu Es­sa­ia i jesz­cze bar­dziej utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że tego mu ten męż­czy­zna nig­dy nie wy­ba­czy.

- Wy­da­je mi się, że nie mamy za dużo cza­su, by do­wie­dzieć się, na czym po­le­ga nowy plan Do­mny - po­wie­dział Es­sai.

Ko­lej­ny raz za­pa­dła mię­dzy nimi ci­sza. Sły­chać było je­dy­nie bzy­cze­nie owa­dów, skrzek na­drzew­nych żab, ci­chy ło­pot skrzy­deł nie­to­pe­rzy prze­miesz­cza­ją­cych się w ko­ro­nach drzew.

Mu­zuł­ma­nin wstał i od­szedł jesz­cze da­lej od obo­zu. Za­pa­trzył się gdzieś mię­dzy drze­wa. Bo­ur­ne do­łą­czył do nie­go po ja­kimś cza­sie.

- Mam czwo­ro dzie­ci - po­wie­dział Es­sai po dłu­giej chwi­li. - Wła­ści­wie tro­je. Moja cór­ka umar­ła.

- Przy­kro mi.

- To było wie­le lat temu, mam wra­że­nie, że w in­nym ży­ciu. - Es­sai za­gryzł usta, jak­by za­sta­na­wiał się, czy mó­wić da­lej. - Była bar­dzo nie­po­słusz­ną dziew­czy­ną, co jak po­tra­fisz so­bie wy­obra­zić, nie jest naj­lep­szą ce­chą w mu­zuł­mań­skiej ro­dzi­nie. Mo­głem ją kon­tro­lo­wać, gdy była dziec­kiem, ale nad­szedł czas, kie­dy się zbun­to­wa­ła. Ucie­ka­ła trzy razy. Za pierw­szym i dru­gim ra­zem uda­ło mi się spro­wa­dzić ją z po­wro­tem... mia­ła do­pie­ro czter­na­ście lat. Ale czte­ry lata póź­niej ucie­kła z mło­dym Irań­czy­kiem. Dał­byś wia­rę?

- Mo­gło być go­rzej, jak my­ślę - po­wie­dział Bo­ur­ne.

- Nie - od­parł Es­sai. - Nie mo­gło. - Za­czął od­ry­wać ka­wał­ki kory od drze­wa, a po­tem dłu­gi­mi, ostry­mi pa­znok­cia­mi sku­bał łyko. - Chło­pak był za­rę­czo­ny i miał się że­nić, ale jak idio­ta za­brał ją ze sobą do Ira­nu. Nie py­taj mnie dla­cze­go, bo do dziś nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie.

- Może na­praw­dę ją ko­chał.

Es­sai po­krę­cił gło­wą.

- Rze­czy, któ­re lu­dzie ro­bią...

Jego głos za­marł, ale pal­ce nie prze­sta­wa­ły sku­bać drze­wa. W chwi­lę póź­niej za­czerp­nął głę­bo­ko po­wie­trza, a kie­dy je wy­pu­ścił, sło­wa za­czę­ły wy­le­wać się z nie­go jak woda z prze­peł­nio­nej stud­ni.

- Oczy­wi­ście sta­ło się to, co było nie­unik­nio­ne. Cór­kę za­bra­no od nie­go i uwię­zio­no. Mie­li za­miar uka­mie­no­wać ją na śmierć, wy­obra­żasz so­bie! Irań­czy­cy, co za bar­ba­rzyń­cy!

Rzecz ja­sna miał na my­śli sun­ni­tów, bo cho­ciaż Irań­czy­cy nie byli Ara­ba­mi, jak on, nie­mniej wy­zna­wa­li is­lam. I spo­ro wśród nich było sun­ni­tów, a nie szy­itów, jak on. Wro­gość, jaka za­pa­no­wa­ła po schi­zmie mię­dzy dwie­ma naj­waż­niej­szy­mi sek­ta­mi mu­zuł­ma­nów, był za­ja­dła i nie­od­wra­cal­na.

- To pier­do­lo­ne zwie­rzę­ta i tyle.

Wte­dy po raz pierw­szy prze­klął. Bo­ur­ne wi­dział, jak wie­le go to kosz­to­wa­ło, ale na­ra­sta­ją­ce w nim wzbu­rze­nie było nie do opa­no­wa­nia.

- No więc po­je­cha­łem... sam, oso­bi­ście. Wy­cią­gną­łem ją z wię­zie­nia, wy­wio­złem z Te­he­ra­nu, a po­tem z Ira­nu. By­li­śmy na stat­ku pły­ną­cym przez Mo­rze Śród­ziem­ne, w dro­dze do domu, kie­dy po­ja­wi­ła się Do­mna. - Zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie zwró­cił oczy na Bo­ur­ne'a. - Sze­ściu męż­czyzn. Sze­ściu! Osza­co­wa­li, że tylu wła­śnie bę­dzie po­trzeb­nych. Do­mna ostrze­ga­ła mnie, że­bym nie je­chał do Ira­nu, że­bym się nie wtrą­cał, że trze­ba utrzy­mać po­kój z Wy­so­ką Radą. A to wy­ma­ga­ło, żeby sun­ni­ci i szy­ici sza­no­wa­li na­wza­jem swo­je tra­dy­cje. "Ale to moja cór­ka - za­pro­te­sto­wa­łem. - Krew z mo­jej krwi". Od­po­wie­dzie­li, że w prze­ciw­nym ra­zie w sa­mej Do­mnie wy­buch­nie woj­na mię­dzy sek­ta­mi i nie bę­dzie­my wca­le lep­si od tych, nad któ­ry­mi chce­my prze­jąć kon­tro­lę. Bar­dzo wąt­pię, czy w ogó­le mnie słu­cha­li, a na­wet je­śli, wca­le ich to nie ob­cho­dzi­ło. "Przy­po­mi­na­my ci o po­słu­szeń­stwie - po­wie­dzie­li. - To rzecz naj­waż­niej­sza".

Po­now­nie od­wró­cił gło­wę. Pod pa­znok­cia­mi miał korę i brud. Po jed­nym z pal­ców wę­dro­wa­ła zbłą­ka­na mrów­ka.

- Wte­dy ostat­ni raz wi­dzia­łem cór­kę. Nie po­wie­dzia­no już ni­cze­go wię­cej. Nic nie zro­bi­łem, bo... bo wte­dy na­le­ża­łem do Do­mny i nic nie moż­na było zro­bić wo­bec jej ko­lek­tyw­nej de­cy­zji. To praw­da, że stra­ci­łem dużo krwi i cier­pia­łem. - Uniósł pra­wą rękę, żeby Bo­ur­ne mógł zo­ba­czyć pa­skud­ne bia­łe zgru­bie­nie, bli­znę po­środ­ku dło­ni. - Cała siła ze mnie uszła, po­wta­rza­łem so­bie, oka­za­łem lo­jal­ność. Ale kie­dy wró­ci­łem do domu i zo­ba­czy­łem wy­raz twa­rzy mo­jej żony, kłam­stwa, któ­ry­mi się kar­mi­łem, roz­wia­ły się ni­czym mgła w słoń­cu. - Zno­wu po­szu­kał wzro­kiem Bo­ur­ne'a. - Wszyst­ko się zmie­ni­ło. Ro­zu­miesz?

- Prze­kro­czy­łeś Ru­bi­kon.

Es­sai po­my­ślał przez chwi­lę, a po­tem ski­nął gło­wą.

- Wró­ci­łem do domu jako inny czło­wiek, wo­jow­nik, męż­czy­zna o ska­mie­nia­łym ser­cu. Moi kom­pa­ni... ci, któ­rych uwa­ża­łem za przy­ja­ciół... zdra­dzi­li mnie. Usu­nę­li się, a ja na­wet tego nie spo­strze­głem. Nie na­le­że­li już do Do­mny, przy­najm­niej do tej Do­mny, któ­rą kie­dyś po­dzi­wia­łem. To była nowa Do­mna, znie­wo­lo­na przez Me­czet i jego od­ra­ża­ją­cy Czar­ny Le­gion. Te­raz po­tra­fię my­śleć tyl­ko o ze­mście. In­for­ma­cje w lap­to­pie, któ­ry za­bra­łeś, mia­ły być tą ze­mstą. Chcia­łem ukraść Do­mnie zło­to sprzed sa­me­go nosa, ale to sta­ło się nie­moż­li­we.

Bo­ur­ne otwo­rzył usta, żeby coś wtrą­cić, lecz Es­sai uci­szył go mach­nię­ciem dło­ni.

- Ale Al­lah jest wiel­ki. Al­lah jest do­bry, bo po pew­nym cza­sie zno­wu się po­ja­wi­łeś, ty, na­rzę­dzie mo­jej ze­msty.

Po­now­nie za­milkł. Noc­ne stwo­rze­nia za­czę­ły po­krzy­ki­wać nad nimi, Co­rel­los, z za­mknię­ty­mi ocza­mi i bro­dą opar­tą na pier­si, chra­pał jak wieprz.

Es­sai za­śmiał się gorz­ko, a po­tem od­chrząk­nął.

- Po­trze­bu­ję two­jej eks­per­ty­zy, pa­nie Bo­ur­ne. Je­steś je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­re­mu ufam, a któ­ry jest w sta­nie się do­wie­dzieć, na czym po­le­ga nowy plan Do­mny, że­by­śmy ra­zem mo­gli go po­krzy­żo­wać.

- Pra­cu­ję sam.

- Dziw­ne, praw­da? - Nie usły­szał Bo­ur­ne'a, a je­śli na­wet, to pu­ścił jego sło­wa mimo uszu.

- Wspo­mnia­łeś o za­ufa­niu.

- Obaj je­ste­śmy ludź­mi ho­no­ru, praw­da?

Bo­ur­ne ski­nął gło­wą.

W ką­ci­kach oczu Es­sa­ia po­ja­wi­ły się zmarszcz­ki.

- W ta­kim ra­zie moja pro­po­zy­cja brzmi...

- Wiem, cze­go ocze­ku­jesz ode mnie - wszedł mu w sło­wo Bo­ur­ne.

- To je­dy­nie coś, co sam za­mie­rza­łeś zro­bić. A te­raz masz moje wspar­cie.

- Nie po­trze­bu­ję two­je­go wspar­cia.

- Z ca­łym sza­cun­kiem, pa­nie Bo­ur­ne, w tej sy­tu­acji bar­dzo go po­trze­bu­jesz. Do­mna jest ogrom­na i wpły­wo­wa, jej mac­ki do­cie­ra­ją do każ­de­go za­kąt­ka glo­bu. - Po­ki­wał pal­cem wska­zu­ją­cym w kie­run­ku Ja­so­na. - Chy­ba za­cho­wu­ję się tro­chę te­atral­nie, ale za­pew­niam cię, że nie prze­sa­dzam.

- Zro­bię to, co mam za­miar zro­bić.

Es­sai po­ki­wał gło­wą nie­mal zbyt gor­li­wie.

- Ro­zu­miem. Ale w za­mian mógł­bym ci po­wie­dzieć, kogo Do­mna wy­sła­ła, żeby cię za­bił.

Bo­ur­ne wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Tego do­wiem się w swo­im cza­sie. Znam wszyst­kie ścież­ki, wszyst­kich gra­czy.

- A mimo to nie masz o ni­czym po­ję­cia. Jak ci mó­wi­łem, Do­mna roz­po­czę­ła świę­tą mi­sję. Bez mo­jej po­mo­cy mo­żesz zo­stać ła­two zli­kwi­do­wa­ny.

- Jak przy­pusz­czam, za­trzy­masz tę wie­dzę dla sie­bie, do­pó­ki nie do­star­czę ci in­for­ma­cji, któ­rych po­trze­bu­jesz o Do­mnie.

- Nic z tych rze­czy, pa­nie Bo­ur­ne! Chcę, żeby pan żył! Poza tym usta­li­li­śmy, że obaj je­ste­śmy ludź­mi ho­no­ru. Po­wiem to panu od razu. - Pod­szedł o krok bli­żej i zni­żył głos. - Je­śli nie po­wstrzy­masz swo­je­go przy­ja­cie­la, Bo­ri­sa Kar­po­wa, to on cię za­bi­je.