Świadomość i mózg. Odczytywanie kodu naszych myśli - Stanislas Dehaene

Kup ebooka

89.90 zł
64.73 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przy­pisy

Wstęp. Tkanka my­śli

[1] Jo­uvet 1999, s. 169-171.
[2] Da­ma­sio 1994.
[3] Ja­mes 1890, rozdz. 5.
[4] In­nym czyn­ni­kiem była też nie­wąt­pli­wie obawa przed wej­ściem w kon­flikt z Ko­ścio­łem. Kar­te­zjusz miał za­le­d­wie cztery lata, gdy na sto­sie spło­nął Gior­dano Bruno, a trzy­dzie­ści sie­dem, kiedy w 1633 roku po­dob­nego losu tylko o włos unik­nął Ga­li­le­usz. Dla­tego pie­czo­ło­wi­cie za­dbał o to, by jego wiel­kie dzieło Le monde (Świat), w któ­rym za­warty był wy­soce re­duk­cjo­ni­styczny tekst L'homme (Czło­wiek), po­zo­stało nie­opu­bli­ko­wane za jego ży­cia. Wy­dano je do­piero w 1664 roku, długo po jego śmierci w roku 1650. Wcze­śniej po­ja­wiły się tylko frag­men­ta­ryczne alu­zje w Roz­pra­wie o me­to­dzie (1637) oraz Na­mięt­no­ściach du­szy (1649). Warto do­dać, że fi­lo­zof po­praw­nie oce­nił sy­tu­ację: w 1663 roku Sto­lica Apo­stol­ska ofi­cjal­nie umie­ściła jego dzieła w In­dek­sie ksiąg za­ka­za­nych. To­też na­cisk na nie­ma­te­rial­ność du­szy u Kar­te­zju­sza mógł, przy­naj­mniej czę­ściowo, mieć cha­rak­ter fa­sa­dowy w celu za­dba­nia o oso­bi­ste bez­pie­czeń­stwo.
[5] Mi­chel de Mon­ta­igne, The Com­plete Es­says, t. 2, przekł. ang. Mi­chael An­drew Scre­ech, Pen­guin, New York 1987, s. 12.
[6] Np. Po­sner, Sny­der 1975/2004; Shal­lice 1979; Shal­lice 1972; Mar­cel 1983; Li­bet, Al­berts, Wri­ght, Fe­in­stein 1967; Bi­siach, Luz­zatti, Per­ani 1979; We­iskrantz 1986; Frith 1979; We­iskrantz 1997.
[7] Ba­ars 1989.
[8] Wat­son 1913.
[9] Nis­bett, Wil­son 1977; Jo­hans­son, Hall, Sik­strom, Ols­son 2005.
[10] Fi­lo­zof Da­niel Den­nett na­zywa ta­kie po­dej­ście "he­te­ro­fe­no­me­no­lo­gią" (Den­nett 1991).
[1*] Cy­taty z Kar­te­zju­sza po­cho­dzą z Trak­tatu o czło­wieku, na­pi­sa­nego w la­tach 1632-1633, a pier­wot­nie opu­bli­ko­wa­nego w 1662 roku. An­giel­skie tłu­ma­cze­nie: De­scar­tes 1985. (Na tej pod­sta­wie mój pol­ski prze­kład - przyp. tłum.)
[2*] Słynna ry­mo­wana for­muła au­tor­stwa ka­na­dyj­skiego neu­ro­fi­zjo­loga Do­nalda Hebba (1904-1985). W wol­nym tłu­ma­cze­niu: "neu­rony, które ra­zem od­pa­lają, we­spół się spla­tają" (przyp. tłum.).
[3*] Książka po­wstała w 2013 roku (przyp. tłum.).

Wstęp

Tkanka my­śli

W głębi ja­skini La­scaux, za słynną na cały świat Wielką Salą By­ków, do któ­rej pa­le­oli­tyczni ar­ty­ści wpro­wa­dzili ko­lo­rową me­na­że­rię koni, je­leni i by­ków, za­czyna się mniej znany ko­ry­tarz, na­zy­wany Ap­sydą. W dole pię­cio­me­tro­wej jamy, obok kunsz­tow­nych ry­sun­ków ran­nego tura oraz no­so­rożca, znaj­duje się jedno z naj­star­szych przed­sta­wień czło­wieka w sztuce pre­hi­sto­rycz­nej (ilu­stra­cja 1). Le­żący pła­sko na ple­cach czło­wiek ma dło­nie zwró­cone do góry i roz­ło­żone ra­miona. Obok niego wid­nieje ptak, który przy­siadł na żer­dzi. W po­bliżu leży też zła­mana dzida, która słu­żyła za­pewne do wy­pa­tro­sze­nia tura, wi­dać bo­wiem zwi­sa­jące z niej wnętrz­no­ści.

Przed­sta­wiona jest ewi­dent­nie po­stać mę­ska, o czym świad­czy pe­nis w peł­nym wzwo­dzie. To zaś zda­niem Mi­chela Jo­uveta, ba­da­cza snu, rzuca świa­tło na sens sceny: uka­zuje ona śpią­cego czło­wieka i jego sen[1]. Jak od­krył Jo­uvet wraz ze swoim ze­spo­łem, śnie­nie po­ja­wia się głów­nie w trak­cie okre­ślo­nej fazy snu, którą na­zwał "pa­ra­dok­salną", po­nie­waż wcale nie przy­po­mina spa­nia. W okre­sie tym mózg jest nie­mal tak ak­tywny jak pod­czas czu­wa­nia, a oczy nie­ustan­nie strze­lają to w prawo, to w lewo. U męż­czyzn fa­zie tej nie­odmien­nie to­wa­rzy­szy erek­cja (na­wet je­śli sen jest po­zba­wiony tre­ści sek­su­al­nej). Choć ta dziwna pra­wi­dło­wość fi­zjo­lo­giczna zo­stała wy­ja­śniona na­ukowo do­piero w XX wieku, Jo­uvet do­po­wiada, że nasi pra­przod­ko­wie z ła­two­ścią mo­gli ją za­ob­ser­wo­wać. Na­to­miast wi­doczny na ry­sunku ptak zdaje się naj­bar­dziej na­tu­ralną me­ta­forą du­szy śnią­cego: pod­czas sen­nych ma­rzeń umysł prze­nosi się do od­le­głych miejsc i mi­nio­nych cza­sów, wolny ni­czym... ptak.

Ilu­stra­cja 1. Umysł może fru­wać, w cza­sie gdy ciało po­zo­staje bez ru­chu. Na tym pre­hi­sto­rycz­nym ry­sunku, któ­rego po­wsta­nie jest da­to­wane na mniej wię­cej 18 ty­sięcy lat temu, wi­dzimy le­żą­cego na ple­cach męż­czy­znę. Praw­do­po­dob­nie wła­śnie śni, na co wska­zuje wy­raźna erek­cja, cha­rak­te­ry­styczna dla fazy gwał­tow­nych ru­chów ga­łek ocznych (REM), w któ­rej ma­rze­nia senne są naj­bar­dziej żywe. Obok niego ar­ty­sta na­ma­lo­wał wy­pa­tro­szo­nego tura oraz ptaka. We­dług ba­da­cza snu Mi­chela Jo­uveta może to być jedno z pierw­szych przed­sta­wień śpią­cego czło­wieka i jego ma­rze­nia sen­nego. Ptak w wielu kul­tu­rach sym­bo­li­zuje zdol­ność umy­słu do "wy­fru­wa­nia" w trak­cie snu - prze­czu­cie du­ali­zmu, błęd­nej in­tu­icji, że myśl przy­na­leży do in­nej sfery niż ciało.

In­ter­pre­ta­cja ta mo­głaby się wy­da­wać czy­sto fan­ta­zyjna, gdyby nie zna­mienna czę­sto­tli­wość, z jaką mo­tywy snu, pta­ków, du­szy i erek­cji wy­stę­pują w sztuce i sym­bo­lice wszel­kich kul­tur. W sta­ro­żyt­nym Egip­cie ptak z głową czło­wieka, pre­zen­to­wany czę­sto z fal­lu­sem w sta­nie erek­cji, sym­bo­li­zo­wał Ba - nie­ma­te­rialną du­szę. Utrzy­my­wano, że w każ­dym czło­wieku tkwi nie­śmier­telna Ba, która w chwili śmierci wzbija się do lotu i szuka dru­giego świata. Kon­wen­cjo­nalne przed­sta­wie­nie wiel­kiego boga Ozy­rysa, za­dzi­wia­jąco po­dobne do ma­lunku z Ap­sydy w La­scaux, uka­zuje go le­żą­cego na ple­cach z pe­ni­sem we wzwo­dzie, pod­czas gdy nad jego cia­łem krąży Izis, sowa, po­bie­ra­jąc spermę, z któ­rej po­cznie się Ho­rus. W hin­du­istycz­nych świę­tych tek­stach Upa­ni­szad du­szę ob­ra­zuje się jako go­łę­bicę, która od­la­tuje w mo­men­cie śmierci i może po­wró­cić w po­staci du­cho­wej. Stu­le­cia póź­niej w chrze­ści­jań­stwie go­łę­bie i inne bia­ło­skrzy­dłe ptaki za­częły sym­bo­li­zo­wać du­szę, Du­cha Świę­tego i na­wie­dza­ją­cych zie­mię anio­łów. Od cza­sów egip­skiego Fe­niksa, sym­bolu zmar­twych­wsta­nia, i fiń­skiego Sie­lu­lintu, ptaka-du­szy, który przy­nosi psy­chikę no­wo­rod­kowi oraz od­biera ją umie­ra­ją­cemu, skrzy­dlate du­chy po­ja­wiają się jako uni­wer­salna me­ta­fora au­to­no­micz­nego umy­słu.

Za tą ale­go­rią ptaka stoi pe­wien do­mysł: tkanka na­szych my­śli ra­dy­kal­nie różni się od przy­ziem­nej ma­te­rii, z ja­kiej utwo­rzone jest ciało. W trak­cie śnie­nia, gdy ciało spo­czywa w bez­ru­chu, my­śli wę­drują ku od­le­głym kra­inom wy­obraźni i pa­mięci. Czy po­trzeba lep­szego do­wodu na to, że ak­tyw­no­ści men­tal­nej nie można spro­wa­dzić do do­meny świata fi­zycz­nego? Psy­chika utkana jest z in­nej ma­te­rii. Jak­żeby bu­ja­jący w prze­stwo­rzach umysł miał ro­dzić się z przy­ku­tego do ziemi mó­zgu?

Wy­zwa­nie Kar­te­zju­sza

Idea, że umysł na­leży do osob­nej sfery, od­ręb­nej od ciała, była od dawna przed­mio­tem teo­re­tycz­nych roz­wa­żań w do­nio­słych tek­stach fi­lo­zo­ficz­nych, ta­kich jak Fe­don (IV wiek p.n.e.) Pla­tona i Summa the­olo­gica (1265-1274) To­ma­sza z Akwinu, roz­prawa o fun­da­men­tal­nym zna­cze­niu dla wi­zji du­szy w chrze­ści­jań­stwie. Jed­nak do­piero fran­cu­ski fi­lo­zof Kar­te­zjusz (1596-1650) jaw­nie sfor­mu­ło­wał tezę, znaną nam dziś pod na­zwą du­ali­zmu, że za świa­domy umysł od­po­wiada nie­ma­te­rialna sub­stan­cja, nie­pod­le­ga­jąca nor­mal­nym pra­wom fi­zyki.

W neu­ro­nau­kach modne stało się na­śmie­wa­nie z fi­lo­zofa. Po pu­bli­ka­cji w 1994 roku książki An­to­nia Da­ma­sio Błąd Kar­te­zju­sza[2] wiele pod­ręcz­ni­ków do­ty­czą­cych świa­do­mo­ści roz­po­czy­nało się ty­ra­dami wy­mie­rzo­nymi w Kar­te­zju­sza, który miał rze­komo spo­wo­do­wać epo­kowy za­stój w na­uko­wym po­zna­wa­niu mó­zgu. Prawda jest tym­cza­sem taka, że Kar­te­zjusz na­le­żał do pio­nie­rów nauk przy­rod­ni­czych, a jego fun­da­men­tal­nie re­duk­cjo­ni­styczna i me­cha­ni­styczna ana­liza umy­słu ludz­kiego, którą da­leko wy­prze­dzał swe czasy, była pierw­szą próbą bio­lo­gii syn­te­tycz­nej i mo­de­lo­wa­nia teo­re­tycz­nego. Kar­te­zjań­ski du­alizm nie był in­te­lek­tu­al­nym ka­pry­sem; opie­rał się na lo­gicz­nym ro­zu­mo­wa­niu, które wska­zy­wało nie­moż­ność na­śla­do­wa­nia swo­body ludz­kiego umy­słu przez ja­ką­kol­wiek ma­szynę.

Oj­ciec no­wo­cze­snej psy­cho­lo­gii Wil­liam Ja­mes ja­sno de­kla­ro­wał, ile za­wdzię­czamy Kar­te­zju­szowi: "Na­leży [mu] się chwała za to, że jako pierw­szy miał od­wagę uchwy­cić kon­cep­cję cał­ko­wi­cie sa­mo­wy­star­czal­nego me­cha­ni­zmu ner­wo­wego, który byłby zdolny do wy­ko­ny­wa­nia zło­żo­nych ak­tów ma­ją­cych wszel­kie po­zory in­te­li­gen­cji"[3]. W swych wi­zjo­ner­skich trak­ta­tach Opis ciała ludz­kiego, Na­mięt­no­ści du­szy oraz L'homme (Czło­wiek) Kar­te­zjusz za­pre­zen­to­wał zde­cy­do­wa­nie me­cha­niczne spoj­rze­nie na prze­bieg we­wnętrz­nych czyn­no­ści or­ga­ni­zmu. Je­ste­śmy wy­ra­fi­no­wa­nymi au­to­ma­tami - pi­sał ten śmiały my­śli­ciel. Na­sze ciało i mózg dzia­łają na za­sa­dzie me­cha­nicz­nych or­ga­nów - po­wszech­nie spo­ty­ka­nego wtedy w ko­ścio­łach in­stru­mentu mu­zycz­nego - z wiel­kimi mie­chami, które pom­pują spe­cjalną sub­stan­cję, "gaz ani­malny", do ko­mór, oraz mają ze­staw roz­licz­nych pisz­cza­łek, któ­rych kom­bi­na­cje ge­ne­rują rytm i mu­zykę na­szych czy­nów.

Pra­gnę, abyś roz­pa­trzył wszyst­kie funk­cje, które przy­pi­sa­łem tej ma­chi­nie, ta­kie jak tra­wie­nie po­karmu, pul­so­wa­nie serca i tęt­nic, za­si­la­nie i wzrost czę­ści ciała, od­dy­cha­nie, czu­wa­nie i sen; od­bie­ra­nie świa­tła, dźwię­ków, za­pa­chów, sma­ków, cie­pła i in­nych ta­kich ja­ko­ści ze­wnętrz­nymi na­rzą­dami zmy­sło­wymi; od­ci­ska­nie ich idei w na­rzą­dzie zdro­wego roz­sądku i wy­obraźni; za­cho­wa­nie od­ci­sku tychże w pa­mięci; we­wnętrzne po­ru­sze­nia ape­ty­tów i na­mięt­no­ści, a wresz­cie ze­wnętrzne ru­chy wszyst­kich czę­ści ciała, które po­dą­żają wier­nie za ru­chami obiek­tów przed­sta­wio­nych zmy­słom (...). Funk­cje te wy­pły­wają w owej ma­chi­nie wprost z dys­po­zy­cji or­ga­nów z tak cał­ko­witą na­tu­ral­no­ścią, z jaką ze­gar i inne au­to­mata sto­sują się do dys­po­zy­cji prze­ciw­wag i kó­łek[1*].

Hy­drau­liczny mózg we­dług Kar­te­zju­sza bez trudu po­ru­szał dło­nią czło­wieka w stronę wy­bra­nego przed­miotu. Sy­gnały o po­szcze­gól­nych ce­chach tego przed­miotu, do­cie­ra­jąc do we­wnętrz­nej po­wierzchni oka, ak­ty­wują okre­ślony ze­staw prze­wo­dów. We­wnętrzny układ de­cy­zyjny, zlo­ka­li­zo­wany w szy­szynce, na­chyla się wów­czas w pew­nym kie­runku, po­wo­du­jąc prze­pływ ga­zów ani­mal­nych, a w kon­se­kwen­cji od­po­wiedni, pre­cy­zyjny ruch koń­czyn (ilu­stra­cja 2). Pa­mięć wią­zała się w tej per­spek­ty­wie z wy­biór­czym wzmac­nia­niem nie­któ­rych szla­ków - prze­ni­kliwa an­ty­cy­pa­cja dzi­siej­szej kon­cep­cji, że pro­ces na­uki opiera się na zmia­nach w po­łą­cze­niach w mó­zgu (neu­rons that fire to­ge­ther, wire to­ge­ther[2*]). Kar­te­zjusz przed­sta­wił na­wet czy­sto me­cha­niczny mo­del snu, który w jego teo­re­tycz­nym uję­ciu miał wy­ni­kać ze zmniej­szo­nego ci­śnie­nia ga­zów ani­mal­nych. Kiedy ich źró­dło biło ob­fi­cie, krą­żyły w każ­dym ner­wie, za­pew­nia­jąc ma­szy­nie ci­śnie­nie i go­to­wość do re­ago­wa­nia na wszel­kie po­bu­dze­nia, co sta­nowi ade­kwatny mo­del stanu czu­wa­nia. Gdy ci­śnie­nie to się zmniej­szało i nie­mrawe gazy prze­miesz­czały się tylko w kilku ka­na­łach, czło­wiek za­sy­piał.

Ilu­stra­cja 2. Kar­te­zjań­ska teo­ria układu ner­wo­wego za­trzy­muje się na progu w pełni ma­te­ria­li­stycz­nego ro­zu­mie­nia my­śli. W trak­ta­cie L'homme, opu­bli­ko­wa­nym po­śmiert­nie w 1664 roku, fi­lo­zof prze­po­wie­dział, że zwią­zek wzroku z dzia­ła­niem może wy­ni­kać z od­po­wied­niego układu po­łą­czeń mię­dzy oczami, szy­szynką w mó­zgu i mię­śniami ra­mie­nia. Wy­obra­żał so­bie pa­mięć jako wy­biór­cze wzmac­nia­nie tych szla­ków, po­dobne do stem­plo­wa­nia otwo­rów w tka­ni­nie. Zdo­łał wy­ja­śnić na­wet wa­ha­nia po­ziomu roz­bu­dze­nia zmien­no­ścią ci­śnie­nia ga­zów ani­mal­nych, które miały uru­cha­miać szy­szynkę: wy­so­kie ci­śnie­nie skut­ko­wało sta­nem czu­wa­nia, ni­skie - snem. Wbrew temu me­cha­ni­stycz­nemu sta­no­wi­sku Kar­te­zjusz uwa­żał, że umysł i ciało skła­dają się z od­ręb­nych sub­stan­cji, które wcho­dzą ze sobą w in­te­rak­cję dzięki szy­szynce.

Fi­lo­zof za­koń­czył wy­wód li­rycz­nym na­wią­za­niem do ma­te­ria­li­zmu - nie­ocze­ki­wa­nym pod pió­rem ojca du­ali­zmu:

Do eks­pli­ka­cji tych funk­cji nie trzeba się przeto od­wo­ły­wać do ży­ją­cej czy wraż­li­wej du­szy ani żad­nej za­sady ru­chu lub ży­cia in­nej niż krew i gazy po­bu­dzane przez cie­pło ognia, które bu­cha nie­ustan­nie w sercu i ma taką samą na­turę jak ogień wy­stę­pu­jący w cia­łach nie­oży­wio­nych.

Dla­czego więc sta­now­czo po­twier­dzał ist­nie­nie nie­ma­te­rial­nej du­szy? Po­nie­waż zda­wał so­bie sprawę, że jego me­cha­ni­styczny mo­del za­wo­dzi w wy­ja­śnia­niu za­gadki wy­so­ko­po­zio­mo­wych zdol­no­ści umy­słu ludz­kiego[4]. Wy­da­wało się, że dwie istotne funk­cje za­wsze po­zo­staną poza ob­rę­bem jego mo­delu cie­le­snej ma­chiny. Pierw­szą była zdol­ność oznaj­mia­nia my­śli w po­staci mowy. Kar­te­zjusz nie po­tra­fił so­bie wy­obra­zić, jak ma­szyna mo­głaby "uży­wać słów lubo in­nych zna­ków, skła­da­jąc je tak, jak my to ro­bimy w za­mia­rze ob­wiesz­cze­nia swo­ich my­śli in­nym". Wy­da­wa­nie od­ru­cho­wych krzy­ków nie sta­no­wiło pro­blemu, gdyż prze­wody mogą być tak roz­miesz­czone w ma­szy­nie, by emi­to­wała okre­ślone dźwięki w re­ak­cji na okre­ślone bodźce. Jakże mia­łaby jed­nak od­po­wia­dać na za­dane jej py­ta­nie, "tak jak umie na­wet naj­tęp­szy czło­wiek"?

Drugą pro­ble­ma­tyczną funk­cją umy­słową było re­flek­syjne ro­zu­mo­wa­nie. Ma­szyna jest drę­twym apa­ra­tem, który dys­po­nuje tylko sztyw­nymi me­to­dami dzia­ła­nia zgod­nie z "dys­po­zy­cją [swych] or­ga­nów". W jaki spo­sób mia­łaby wy­twa­rzać nie­prze­braną roz­ma­itość my­śli? "Jest mo­ralną nie­moż­li­wo­ścią - stwier­dzał fi­lo­zof - aby w ja­kiej­kol­wiek ma­chi­nie wy­stę­po­wała do­sta­teczna wie­lość or­ga­nów, która po­zwa­la­łaby jej na dzia­ła­nie we wszyst­kich zda­rze­niach ży­cio­wych, tak jak nam po­zwala dzia­łać nasz ro­zum".

Po­sta­wione przez Kar­te­zju­sza wy­zwa­nia wo­bec per­spek­tywy ma­te­ria­li­stycz­nej są ak­tu­alne do dzi­siaj. W jaki spo­sób ma­szyna taka jak mózg może wy­ra­żać sie­bie wer­bal­nie, ko­rzy­sta­jąc z wszyst­kich sub­tel­nych od­cieni ludz­kiego ję­zyka, oraz roz­wa­żać wła­sne stany psy­chiczne? I jak może po­dej­mo­wać ra­cjo­nalne de­cy­zje w ela­styczny spo­sób? Wszelka na­ukowa kon­cep­cja świa­do­mo­ści musi od­no­sić się do tych kwe­stii.

Naj­więk­szy pro­blem

Ludz­kość po­trafi od­kry­wać od­le­głe o lata świetlne ga­lak­tyki i ana­li­zo­wać cząstki mniej­sze od atomu. Wciąż jed­nak nie prze­nik­nę­li­śmy ta­jem­nicy pół­tora ki­lo­grama ma­te­rii mię­dzy na­szymi uszami.

Ba­rack Obama, prze­mó­wie­nie z oka­zji ogło­sze­nia ini­cja­tywy BRAIN (2 kwiet­nia 2013)

Dzięki Eu­kli­de­sowi, Kar­lowi Frie­dri­chowi Gaus­sowi i Al­ber­towi Ein­ste­inowi dys­po­nu­jemy dziś so­lid­nym po­ję­ciem o ma­te­ma­tycz­nych za­sa­dach, które rzą­dzą świa­tem fi­zycz­nym. Wy­cho­dząc od ge­niu­szu ta­kich ty­ta­nów na­uki jak Isaac New­ton i Edwin Hub­ble, ro­zu­miemy, że Zie­mia jest tylko ma­lut­kim pył­kiem w jed­nej z mi­liarda ga­lak­tyk, które po­wstały w przed­wiecz­nej eks­plo­zji, w Wiel­kim Wy­bu­chu. Na­to­miast Char­les Dar­win, Lo­uis Pa­steur, Ja­mes Wat­son i Fran­cis Crick po­ka­zali nam, że na ży­cie bio­lo­giczne skła­dają się mi­liardy wy­ewo­lu­owa­nych re­ak­cji che­micz­nych - znów czy­sta fi­zyczna ma­te­ria.

Je­dy­nie sprawa wy­ło­nie­nia się świa­do­mo­ści kryje się jakby w mro­kach śre­dnio­wie­cza. W jaki spo­sób my­ślimy? Czym jest owo "ja", które wy­gląda na sprawcę my­śle­nia? Czy był­bym inny, gdy­bym uro­dził się w in­nych cza­sach, in­nym miej­scu lub w in­nym ciele? Do­kąd się prze­no­szę, kiedy za­sy­piam, śnię, umie­ram? Czy wszystko to bie­rze się z mo­jego mó­zgu, czy też je­stem po czę­ści du­chem zbu­do­wa­nym z od­ręb­nej sub­stan­cji my­śli?

Te drę­czące py­ta­nia prze­śla­do­wały nie­je­den do­cie­kliwy umysł. W 1580 roku fran­cu­ski hu­ma­ni­sta Mi­chel de Mon­ta­igne ża­lił się w jed­nym ze swych ese­jów, że nie znaj­duje żad­nej spój­no­ści w tym, co sta­ro­żytni my­śli­ciele pi­sali o na­tu­rze du­szy. Prze­czyli oni so­bie za­równo co do jej na­tury, jak i sie­dziby w ciele. "Hi­po­kra­tes i He­ro­fi­los lo­kują ją w ko­mo­rach mó­zgu, De­mo­kryt i Ary­sto­te­les wi­dzą ją roz­cią­gniętą w ca­łym ciele, Epi­kur w żo­łądku, sto­icy wkoło serca i w nim, Em­pe­do­kles we krwi; Ga­len są­dził, że każda część ciała ma wła­sną du­szę; Stra­ton umiesz­czał ją po­mię­dzy brwiami"[5].

Przez cały wiek XIX i XX kwe­stia świa­do­mo­ści le­żała poza ob­rę­bem nauk przy­rod­ni­czych. Uzna­wano ją za mgli­stą, słabo zde­fi­nio­waną do­menę, któ­rej su­biek­tyw­ność sta­now­czo prze­kre­śla sto­so­wa­nie obiek­tyw­nej me­tody eks­pe­ry­men­tal­nej. Przez wiele lat ża­den po­ważny ba­dacz nie ty­kał tego pro­blemu - snu­cie do­my­słów na te­mat świa­do­mo­ści było to­le­ro­wane je­dy­nie jako roz­rywka pod­sta­rza­łych uczo­nych. W pod­ręcz­niku Psy­cho­logy: the Science of Men­tal Life (Psy­cho­lo­gia: na­uka o ży­ciu men­tal­nym, 1962) oj­ciec psy­cho­lo­gii po­zna­nia Geo­rge Mil­ler za­pro­po­no­wał wpro­wa­dze­nie for­mal­nego za­kazu: "Świa­do­mość jest sło­wem wy­tar­tym przez mi­lion ję­zy­ków. (...) Może po­win­ni­śmy za­bro­nić uży­wa­nia go przez jedną lub dwie de­kady, póki nie opra­cu­jemy pre­cy­zyj­niej­szych ter­mi­nów w od­nie­sie­niu do kilku zna­czeń za­ciem­nia­nych obec­nie przez "świa­do­mość"".

Za­kaz ten na­prawdę za­czął obo­wią­zy­wać. Kiedy by­łem na stu­diach pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych, z za­sko­cze­niem od­kry­łem, że pod­czas ćwi­czeń nie po­zwa­lano nam uży­wać tego słowa. Oczy­wi­ście pro­sząc uczest­ni­ków eks­pe­ry­men­tów o ka­te­go­ry­zo­wa­nie przed­sta­wia­nych im ma­te­ria­łów lub two­rze­nie w ciem­no­ści men­tal­nych ob­ra­zów, wszy­scy w ta­kim czy in­nym uję­ciu ana­li­zo­wa­li­śmy świa­do­mość, lecz samo słowo po­zo­sta­wało tabu - nie po­ja­wiało się w żad­nej po­waż­nej pu­bli­ka­cji na­uko­wej. Na­wet kiedy w eks­pe­ry­men­tach wy­świe­tlano ob­razy na progu świa­do­mej per­cep­cji uczest­ni­ków, ba­da­cze nie dbali o to, by do­nieść, czy ochot­nicy zo­ba­czyli bo­dziec, czy nie. Z wy­łą­cze­niem kilku zna­mien­nych wy­jąt­ków[6] pa­no­wało ogólne prze­ko­na­nie, że ter­min "świa­do­mość" nie wnosi do psy­cho­lo­gii na­uko­wej ni­czego war­to­ścio­wego. W ro­dzą­cej się po­zy­tyw­nej na­uce po­znaw­czej (ko­gni­ty­wi­styce) ope­ra­cje umy­słowe miały być opi­sy­wane wy­łącz­nie w ka­te­go­riach prze­twa­rza­nia in­for­ma­cji oraz ich im­ple­men­ta­cji czą­stecz­ko­wej i neu­ro­nal­nej. Po­ję­cie świa­do­mo­ści ja­wiło się jako mgli­ste, zbędne i passé.

A po­tem, z koń­cem lat osiem­dzie­sią­tych, wszystko to się zmie­niło. Obec­nie pro­blem świa­do­mo­ści trak­tuje się jako na­czelny w neu­ro­nau­kach, roz­pala wy­obraź­nię, po­wstają wo­kół niego to­wa­rzy­stwa na­ukowe i fa­chowe pi­sma. Pro­wa­dzone ba­da­nia za­czy­nają się też w końcu od­no­sić do wy­zwań po­sta­wio­nych przez Kar­te­zju­sza, mię­dzy in­nymi tego, w jaki spo­sób mózg wy­twa­rza su­biek­tywny ogląd świata, któ­rym mo­żemy ela­stycz­nie ma­ni­pu­lo­wać oraz ko­mu­ni­ko­wać go in­nym. W książce tej przed­sta­wiam, jak do­szło do tej ra­dy­kal­nej prze­miany.

Wnik­nię­cie do świa­do­mo­ści

W mi­nio­nych dwu­dzie­stu la­tach ko­gni­ty­wi­styka, neu­ro­fi­zjo­lo­gia i ob­ra­zo­wa­nie mó­zgu przy­pu­ściły em­pi­ryczny szturm na świa­do­mość. W kon­se­kwen­cji za­gad­nie­nie to wy­zbyło się cha­rak­teru spe­ku­la­tyw­nego, a stało się przed­mio­tem po­my­sło­wo­ści eks­pe­ry­men­tal­nej.

W książce tej do­ko­nam bar­dzo szcze­gó­ło­wego prze­glądu stra­te­gii, która prze­obra­ziła py­ta­nie fi­lo­zo­ficzne w zja­wi­sko la­bo­ra­to­ryjne. Na do­ko­na­nie się tego po­zwo­liły trzy za­sad­ni­cze czyn­niki: sfo­mu­ło­wa­nie lep­szej de­fi­ni­cji świa­do­mo­ści, od­kry­cie, że świa­do­mość pod­lega ma­ni­pu­la­cji eks­pe­ry­men­tal­nej, oraz od­no­wie­nie po­sza­no­wa­nia su­biek­tyw­no­ści.

Słowo "świa­do­mość" sto­so­wane w co­dzien­nej mo­wie jest pełne nie­ostrych zna­czeń i obej­muje sze­roki za­kres zło­żo­nych zja­wisk. Dla­tego na­szym pierw­szym za­da­niem musi być upo­rząd­ko­wa­nie tego ob­szaru. Trzeba za­ry­so­wać kon­kretne gra­nice przed­miotu na­szego za­in­te­re­so­wa­nia, tak by można było pod­da­wać go pre­cy­zyj­nym eks­pe­ry­men­tom. Jak się prze­ko­namy, we współ­cze­snej ko­gni­ty­wi­styce wy­róż­nia się co naj­mniej trzy po­ję­cia w tym kon­tek­ście: czu­wa­nie - stan wy­ni­ka­jący z tego, czy za­snę­li­śmy, czy się obu­dzi­li­śmy; uwagę - sku­pie­nie za­so­bów umy­sło­wych na kon­kret­nej in­for­ma­cji; zda­nie so­bie z cze­goś sprawy, czyli do­stęp do świa­do­mo­ści - zda­rze­nie, w któ­rym część in­for­ma­cji ob­ję­tych uwagą osta­tecz­nie wnika do świa­do­mo­ści i staje się moż­liwa do za­ko­mu­ni­ko­wa­nia in­nym.

Będę prze­ko­ny­wał, że tym, co kwa­li­fi­kuje się jako au­ten­tyczna "świa­do­mość", jest wła­śnie do­stęp do świa­do­mo­ści - ten pro­sty fakt, że zwy­kle, gdy znaj­du­jemy się w sta­nie czu­wa­nia, mo­żemy zdać so­bie sprawę z przed­miotu, na któ­rym po­sta­na­wiamy sku­piać uwagę. Nie wy­star­cza do tego ani samo czu­wa­nie, ani sama uwaga. Kiedy je­ste­śmy w pełni roz­bu­dzeni i uważni, nie­kiedy mo­żemy zo­ba­czyć ja­kiś obiekt i opi­sać swoje spo­strze­że­nia, a kiedy in­dziej nie, bo być może obiekt był zbyt nie­wy­raźny albo wy­świe­tlony tak bły­ska­wicz­nie, że po­zo­stał nie­wi­dzialny. W pierw­szym przy­padku ko­rzy­stamy z do­stępu do świa­do­mo­ści, w dru­gim nie (mimo że, jak się prze­ko­namy, mózg prze­twa­rza te in­for­ma­cje nie­świa­do­mie).

W nowo po­wsta­ją­cej na­uce o świa­do­mo­ści do­stęp ten jest do­brze zde­fi­nio­wa­nym zja­wi­skiem, od­ręb­nym od czu­wa­nia i uwagi. Po­nadto na­daje się do ba­da­nia la­bo­ra­to­ryj­nego. Znamy obec­nie dzie­siątki spo­so­bów, w ja­kie można umie­ścić bo­dziec na gra­nicy mię­dzy nie­po­strze­gal­no­ścią a po­strze­gal­no­ścią, nie­wi­dzial­no­ścią a wi­dzial­no­ścią, co po­zwala son­do­wać zmiany w mó­zgu wy­wo­ły­wane przez prze­kro­cze­nie tej gra­nicy.

Do­stęp do świa­do­mo­ści otwiera po­nadto bramę bar­dziej zło­żo­nym for­mom świa­do­mego do­świad­cze­nia. W co­dzien­nym ję­zyku czę­sto utoż­sa­miamy świa­do­mość z po­czu­ciem sie­bie, z tym, jak mózg wy­twa­rza nasz punkt wi­dze­nia - "ja", które przy­gląda się oto­cze­niu z okre­ślo­nej per­spek­tywy. Świa­do­mość może też być re­ku­ren­cyjna; "ja" może pa­trzeć na sie­bie samo, ko­men­to­wać wła­sne po­stę­po­wa­nie, a na­wet wie­dzieć, kiedy cze­goś nie wie. Z przy­jem­no­ścią do­no­szę, że na­wet te aspekty świa­do­mo­ści wyż­szego rzędu mogą już być pod­da­wane eks­pe­ry­men­tom. Na­uczy­li­śmy się kwan­ty­fi­ko­wać w la­bo­ra­to­riach od­czu­cia i ko­mu­ni­katy "ja" za­równo w związku z jego ze­wnętrz­nym śro­do­wi­skiem, jak i nim sa­mym. Po­tra­fimy na­wet ma­ni­pu­lo­wać po­czu­ciem sie­bie, tak że lu­dzie do­świad­czają do­znań prze­by­wa­nia poza wła­snym cia­łem, pod­czas gdy leżą w apa­ra­cie do re­zo­nansu ma­gne­tycz­nego.

Nie­któ­rzy fi­lo­zo­fo­wie na­dal uwa­żają, że żadna z po­wyż­szych me­tod nie wy­star­cza do roz­wią­za­nia pro­blemu. Jego sedno tkwi we­dług nich w in­nym sen­sie po­ję­cia świa­do­mo­ści, który na­zy­wają "fe­no­me­no­wym" czy "zja­wi­sko­wym" (phe­no­me­nal awa­re­ness). Cho­dzi o wy­stę­pu­jące u każ­dego z nas in­tu­icyjne po­czu­cie, że wszyst­kie na­sze we­wnę­trze do­świad­cze­nia mają wła­sne ja­ko­ści, nie­po­wta­rzalne "qu­alia", ta­kie jak do­sko­nała ostrość bólu zęba czy nie­zrów­nana zie­leń otwie­ra­ją­cego się li­ścia. Te we­wnętrzne ja­ko­ści nie mogą zo­stać, ich zda­niem, spro­wa­dzone do na­uko­wego opisu neu­ro­no­wego; ze swej na­tury są oso­bi­ste i su­biek­tywne, a tym sa­mym wy­my­kają się wer­bal­nemu ko­mu­ni­ko­wa­niu na ze­wnątrz. Nie zga­dzam się z tym jed­nak i będę prze­ko­ny­wał, że po­ję­cie świa­do­mo­ści fe­no­me­no­wej, od­ręb­nej od do­stępu do świa­do­mo­ści, jest ba­ła­mutne i pro­wa­dzi wprost na grzą­ską ścieżkę wio­dącą ku du­ali­zmowi. Po­win­ni­śmy za­cząć od tego, co pro­ste, i naj­pierw prze­ba­dać do­stęp do świa­do­mo­ści. Kiedy spre­cy­zu­jemy zaś, jak do­wolna in­for­ma­cja zmy­słowa może uzy­skać wstęp do umy­słu i stać się ko­mu­ni­ko­walna, wów­czas znik­nie pro­blem nie­wy­sła­wial­nych do­świad­czeń.

Wi­dzieć albo nie wi­dzieć

Do­stęp do świa­do­mo­ści jest sprawą zwod­ni­czo try­wialną. Rzu­camy okiem na ja­kiś przed­miot i po­zor­nie na­tych­miast uświa­da­miamy so­bie, jaki ma kształt, ko­lor i czym jest. Tym­cza­sem w tle tego po­strze­ga­nia prze­biega la­wi­nowa ak­tyw­ność mó­zgu, która an­ga­żuje mi­liardy neu­ro­nów wzro­ko­wych i może trwać pra­wie pół se­kundy, za­nim włą­cza się świa­do­mość. W jaki spo­sób prze­ana­li­zo­wać ten długi łań­cuch prze­twa­rza­nia da­nych? W jaki spo­sób orzec, która jego część od­po­wiada ope­ra­cjom czy­sto nie­świa­do­mym i au­to­ma­tycz­nym, a która pro­wa­dzi do świa­do­mego po­czu­cia, że wi­dzę?

W tym miej­scu ujaw­nia się drugi skład­nik no­wo­cze­snej na­uki o świa­do­mo­ści: mamy obec­nie bo­gate ak­ce­so­rium eks­pe­ry­men­talne do­ty­czące me­cha­ni­zmów świa­do­mego po­strze­ga­nia. W ostat­nich dwu­dzie­stu la­tach ko­gni­ty­wi­ści wy­kryli zdu­mie­wa­jąco wiele spo­so­bów ma­ni­pu­lo­wa­nia uświa­da­mia­niem so­bie bodź­ców. Na­wet drobna zmiana w aran­ża­cji eks­pe­ry­mentu może spra­wić, że bę­dziemy coś wi­dzieć albo nie. Można wy­świe­tlać słowo przez tak krótki mo­ment, że pa­trzący lu­dzie go nie za­uważą. Można z pre­me­dy­ta­cją prze­ła­do­wać scenę wi­zu­alną, tak że pe­wien ele­ment po­zo­sta­nie w niej cał­kiem nie­wi­doczny, po­nie­waż inne będą wciąż wy­gry­wać ry­wa­li­za­cję o świa­dome po­strze­ga­nie. Można także roz­pra­szać uwagę; jak wie każdy sztuk­mistrz, na­wet znaczny gest może się stać cał­ko­wi­cie nie­wi­doczny, je­żeli umysł wi­dza prze­kie­ruje się na inne tory. Poza tym można spra­wić, że twój wła­sny mózg bę­dzie ci ro­bił sztuczki: je­żeli każ­demu z dwojga oczu zo­staną za­pre­zen­to­wane od­mienne ob­razy, mózg bę­dzie mię­dzy nimi spon­ta­nicz­nie oscy­lo­wał, po­ka­zu­jąc ci je­den, a po­tem drugi, ale ni­gdy oba na­raz.

Ob­raz po­strze­gany (ten, który do­ciera do świa­do­mo­ści) i ob­raz prze­gry­wa­jący (który roz­pływa się w nie­by­cie) mogą się tylko mi­ni­mal­nie róż­nić pod wzglę­dem da­nych zmy­sło­wych na wej­ściu, ale w mó­zgu róż­nica ta zo­staje ewi­dent­nie wzmoc­niona, bo osta­tecz­nie czło­wiek jest w sta­nie opi­sać słow­nie tylko ten pierw­szy. Ce­lem ba­dań no­wej na­uki o świa­do­mo­ści jest usta­le­nie, gdzie do­kład­nie prze­biega to wzmoc­nie­nie.

Stra­te­gia two­rze­nia mi­ni­mal­nego kon­tra­stu eks­pe­ry­men­tal­nego mię­dzy po­strze­ga­niem świa­do­mym i nie­świa­do­mym sta­no­wiła klu­czową ideę, która sze­roko roz­warła drzwi do rze­komo nie­do­stęp­nego sank­tu­arium świa­do­mo­ści[7]. Z bie­giem lat od­kry­li­śmy wiele pre­cy­zyj­nie skon­stru­owa­nych kon­tra­stów eks­pe­ry­men­tal­nych, ta­kich że je­den układ pro­wa­dzi do świa­do­mej per­cep­cji, a drugi nie. Onie­śmie­la­jące swą roz­le­gło­ścią za­da­nie po­zna­nia taj­ni­ków świa­do­mo­ści zo­stało spro­wa­dzone do eks­pe­ry­men­tal­nego tro­pie­nia me­cha­ni­zmów mó­zgo­wych, które od­róż­niają re­ak­cje na dwa ze­stawy pró­bek, co jest kwe­stią zde­cy­do­wa­nie le­piej pod­da­jącą się ba­da­niu na­uko­wemu.

Włą­cze­nie su­biek­ty­wi­zmu do na­uki

Po­wyż­sza stra­te­gia ba­daw­cza była sto­sun­kowo pro­sta, opie­rała się jed­nak na kon­tro­wer­syj­nym kroku, który oso­bi­ście trak­tuję jako trzeci skład­nik no­wej na­uki o świa­do­mo­ści: na po­waż­nym trak­to­wa­niu su­biek­tyw­nych do­nie­sień. Nie wy­star­czało przed­sta­wić lu­dziom dwóch ty­pów bodź­ców wzro­ko­wych; eks­pe­ry­men­ta­tor mu­siał su­mien­nie no­to­wać, co uczest­nicy o nich uwa­żali. Kar­dy­nalne zna­cze­nie miała in­tro­spek­cja; ona leży u pod­staw zja­wi­ska, które za­mie­rza­li­śmy ana­li­zo­wać. Je­żeli eks­pe­ry­men­ta­tor wi­dział dany ob­raz, ale uczest­nik ba­da­nia ne­go­wał wi­dze­nie go, li­czyła się od­po­wiedź tego dru­giego - ob­raz na­le­żało uznać za nie­wi­doczny. Psy­cho­lo­dzy mu­sieli za­tem zna­leźć nowe spo­soby jak naj­bar­dziej ade­kwat­nego mo­ni­to­ro­wa­nia su­biek­tyw­nej in­tro­spek­cji.

Ten na­cisk na su­biek­ty­wizm był prze­wro­tem w psy­cho­lo­gii. U za­ra­nia XX wieku be­ha­wio­ry­ści, tacy jak John Bro­adus Wat­son (1878-1958), bru­tal­nie eks­mi­to­wali in­tro­spek­cję z na­uko­wej psy­cho­lo­gii:

Psy­cho­lo­gia, tak jak jest po­strze­gana przez be­ha­wio­ry­stę, sta­nowi czy­sto obiek­tywną, eks­pe­ry­men­talną ga­łąź nauk przy­rod­ni­czych. Jej ce­lem teo­re­tycz­nym jest prze­wi­dy­wa­nie i kon­trola za­cho­wa­nia. In­tro­spek­cja nie za­li­cza się do istot­nych skład­ni­ków jej me­to­do­lo­gii, a war­tość na­ukowa po­cho­dzą­cych z niej da­nych nie za­leży od ła­two­ści, z jaką pod­dają się one in­ter­pre­to­wa­niu w ka­te­go­riach świa­do­mo­ści[8].

Mimo że sam be­ha­wio­ryzm zo­stał osta­tecz­nie od­rzu­cony, po­zo­sta­wił po so­bie trwałe zna­mię: przez cały XX wiek wszel­kie od­wo­ła­nia do in­tro­spek­cji były w psy­cho­lo­gii trak­to­wane z naj­wyż­szą po­dejrz­li­wo­ścią. Będę jed­nak prze­ko­ny­wał, że to do­gma­tyczne sta­no­wi­sko jest cał­ko­wi­cie błędne. Utoż­sa­mia ono ze sobą dwie od­rębne sprawy: in­tro­spek­cję jako me­todę ba­daw­czą z in­tro­spek­cją jako źró­dłem da­nych. In­tro­spek­cji nie można za­ufać jako me­to­dzie ba­daw­czej[9]. Jest ja­sne, że nie mo­żemy li­czyć na to, iż lo­sowo wy­brane osoby po­wie­dzą nam, jak pra­cuje ich umysł; w in­nym wy­padku upra­wia­nie na­szej dys­cy­pliny by­łoby na­der pro­ste. Nie po­win­ni­śmy też trak­to­wać ich su­biek­tyw­nych do­świad­czeń zbyt do­słow­nie, jak na przy­kład wtedy, gdy opo­wia­dają o do­zna­niach wyj­ścia poza ciało i fru­wa­nia pod su­fi­tem albo spo­tka­nia się we śnie ze swoją zmarłą babką. Ale w pew­nym sen­sie na­wet ta­kim dzi­wacz­nym in­tro­spek­cjom na­leży się sza­cu­nek: o ile tylko przy­ta­cza­jący je lu­dzie nie kła­mią, re­la­cje te wiążą się z au­ten­tycz­nymi zda­rze­niami men­tal­nymi, które pro­szą się o wy­ja­śnie­nie.

Pra­wi­dło­wym po­dej­ściem jest uzna­wa­nie su­biek­tyw­nych do­nie­sień za su­rowe dane[10]. Czło­wiek, który re­la­cjo­nuje swoje do­zna­nie prze­by­wa­nia poza cia­łem, rze­czy­wi­ście czuje, jakby uno­sił się pod su­fi­tem, a my nie bę­dziemy dys­po­no­wać na­ukową wie­dzą o świa­do­mo­ści, do­póki po­waż­nie nie prze­ana­li­zu­jemy, dla­czego po­ja­wiają się ta­kie wra­że­nia. W kon­se­kwen­cji nowa na­uka o świa­do­mo­ści w ogrom­nym stop­niu wy­ko­rzy­stuje zja­wi­ska czy­sto su­biek­tywne, ta­kie jak złu­dze­nia wzro­kowe, błęd­nie po­strze­gane ob­razy, uro­je­nia i inne wy­twory wy­obraźni. Wła­śnie te zda­rze­nia po­zwa­lają nam od­róż­nić obiek­tywną sty­mu­la­cję fi­zyczną od su­biek­tyw­nej per­cep­cji, w re­zul­ta­cie zaś po­szu­ki­wać mó­zgo­wych ko­re­la­tów tej dru­giej, a nie pierw­szej. Ba­dacz świa­do­mo­ści jest za­chwy­cony, gdy wy­my­śla nowy po­kaz wi­zu­alny, który cza­sem bywa su­biek­tyw­nie wi­dziany, a cza­sem nie­wi­dziany, albo gdy wpada na nowy spo­sób pre­zen­ta­cji dźwię­ków, które raz by­wają zgła­szane przez czło­wieka jako sły­szalne, a kiedy in­dziej jako nie­sły­szalne. Je­śli tylko rze­tel­nie no­tu­jemy od­czu­cia uczest­ni­ków w każ­dej pró­bie, to po­praw­nie wy­ko­nu­jemy swoją pracę na­ukową, po­nie­waż mo­żemy dzięki temu po­gru­po­wać po­dej­ścia na świa­dome i nie­świa­dome, a po­tem po­szu­ki­wać cha­rak­te­ry­stycz­nych sche­ma­tów ak­tyw­no­ści mó­zgu, które je od­róż­niają.

Sy­gna­tury świa­do­mej my­śli

Te trzy czyn­niki - ak­cent na do­stęp do świa­do­mo­ści, ma­ni­pu­lo­wa­nie świa­do­mym po­strze­ga­niem oraz szcze­gó­łowe no­to­wa­nie in­tro­spek­cji - prze­obra­ziły ba­da­nie świa­do­mo­ści w nor­malną na­ukę eks­pe­ry­men­talną. Można wy­son­do­wać, w jak wiel­kim stop­niu ob­raz, który lu­dzie zgła­szają jako nie­zo­ba­czony, ule­gał w rze­czy­wi­sto­ści prze­twa­rza­niu w ich mó­zgu. Jak się prze­ko­namy, pod po­wierzch­nią świa­do­mego umy­słu do­ko­nuje się nie­zwy­kle in­ten­sywne prze­twa­rza­nie nie­świa­dome. Eks­pe­ry­menty z ob­ra­zami pod­pro­go­wymi do­star­czyły moc­nych pod­staw do po­zna­nia mó­zgo­wych me­cha­ni­zmów świa­do­mego do­świad­cze­nia. No­wo­cze­sne me­tody neu­ro­obra­zo­wa­nia dały nam moż­ność śle­dze­nia, jak da­leko bo­dziec może wnik­nąć do mó­zgu, po­zo­sta­jąc nie­świa­domy, i w któ­rym do­kład­nie miej­scu się za­trzy­muje, co jed­no­cze­śnie cha­rak­te­ry­zuje te sche­maty ak­tyw­no­ści neu­ro­no­wej, które wiążą się wy­łącz­nie ze świa­do­mym prze­twa­rza­niem.

Od pięt­na­stu lat[3*] mój ze­spół ba­daw­czy sto­suje wszyst­kie do­stępne mu na­rzę­dzia - od funk­cjo­nal­nego re­zo­nansu ma­gne­tycz­nego (fMRI) do elek­tro- i ma­gne­to­en­ce­fa­lo­gra­fii, a na­wet umiesz­cza­nych głę­boko w ludz­kim mó­zgu elek­trod - w celu zi­den­ty­fi­ko­wa­nia mó­zgo­wego pod­łoża świa­do­mo­ści. Po­dob­nie jak wiele in­nych la­bo­ra­to­riów na ca­łym świe­cie, rów­nież na­sze jest za­an­ga­żo­wane w sys­te­ma­tyczne eks­pe­ry­men­talne po­szu­ki­wa­nie wzor­ców ak­tyw­no­ści mó­zgo­wej, które po­ja­wiają się wtedy i tylko wtedy, kiedy czło­wiek do­znaje świa­do­mego do­świad­cze­nia; wzor­ców, które na­zy­wam "sy­gna­tu­rami świa­do­mo­ści". Po­szu­ki­wa­nia te zo­stały zwień­czone suk­ce­sem. W jed­nym eks­pe­ry­men­cie po dru­gim po­ja­wiają się te same sy­gna­tury. Gdy czło­wiek uświa­da­mia so­bie ja­kiś ob­raz, słowo, liczbę czy dźwięk, zde­cy­do­wa­nej zmia­nie ulega wiele mar­ke­rów ak­tyw­no­ści jego mó­zgu. Ce­chy te są zna­mien­nie sta­bilne i ob­ser­wo­wane w trak­cie róż­no­rod­nej sty­mu­la­cji wzro­ko­wej, słu­cho­wej, do­ty­ko­wej i po­znaw­czej.

Em­pi­ryczne od­kry­cie od­twa­rzal­nych sy­gna­tur świa­do­mo­ści, które wy­stę­pują u wszyst­kich przy­tom­nych lu­dzi, sta­nowi za­le­d­wie pierw­szy krok. Na­stęp­nie trzeba opra­co­wać je od strony teo­re­tycz­nej. W jaki spo­sób te zna­miona po­wstają? Dla­czego wska­zują na świa­do­mość mó­zgu? Dla­czego tylko pe­wien stan mó­zgu wy­wo­łuje we­wnętrz­nie świa­dome do­świad­cze­nie? Na ra­zie ża­den na­uko­wiec nie może twier­dzić, że zna od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, wszy­scy for­mu­łu­jemy jed­nak silne i te­sto­walne hi­po­tezy. Moi współ­pra­cow­nicy wy­pra­co­wali wraz ze mną teo­rię "glo­bal­nej neu­ro­no­wej prze­strzeni ro­bo­czej", jak ją na­zy­wamy. Twier­dzimy, że świa­do­mość po­lega na glo­bal­nej trans­mi­sji in­for­ma­cji w ko­rze - wy­ła­nia się ona z sieci neu­ro­no­wej, któ­rej istotę sta­nowi roz­le­głe roz­pro­wa­dza­nie waż­nych in­for­ma­cji w od­le­głych re­jo­nach mó­zgu.

Fi­lo­zof Da­niel Den­nett zgrab­nie pod­su­mo­wuje to okre­śle­niem "fame in the brain" (dosł. sława w mó­zgu). Dzięki glo­bal­nej neu­ro­no­wej prze­strzeni ro­bo­czej mo­żemy za­cho­wy­wać w umy­śle do­wolną myśl, która wy­wiera na nas silne wra­że­nie, przez tak długi czas, jaki nam od­po­wiada, oraz spra­wić, że zo­sta­nie ona włą­czona do na­szych pla­nów na przy­szłość. W ten spo­sób świa­do­mość ma do ode­gra­nia kon­kretną rolę w ob­li­cze­nio­wej eko­no­mice mó­zgu - wy­biera, wzmac­nia i udo­stęp­nia okre­ślone my­śli.

Jaki ob­wód jest od­po­wie­dzialny za tę funk­cję trans­mi­syjną świa­do­mo­ści? Uwa­żamy, że świa­dome in­for­ma­cje roz­pro­wa­dza w mó­zgu szcze­gólny zbiór neu­ro­nów: ogromne ko­mórki, któ­rych dłu­gie ak­sony wę­drują przez całą korę, spa­ja­jąc ją w zin­te­gro­waną ca­łość. Kom­pu­te­rowe sy­mu­la­cje ta­kiej ar­chi­tek­tury po­zwo­liły na zre­pli­ko­wa­nie głów­nych re­zul­ta­tów na­szych eks­pe­ry­men­tów. Kiedy do­sta­tecz­nie wiele ob­sza­rów mó­zgu zga­dza się co do wy­so­kiego stop­nia waż­no­ści na­pły­wa­ją­cej in­for­ma­cji zmy­sło­wej, syn­chro­ni­zują się one w wiel­ko­ska­lo­wym ukła­dzie ko­mu­ni­ka­cji glo­bal­nej. Roz­le­gła sieć łą­czy się w wy­bu­chu wy­so­ko­po­zio­mo­wej ak­ty­wa­cji - a na­tura tej iskry wy­ja­śnia od­kryte przez nas em­pi­ryczne sy­gna­tury świa­do­mo­ści.

Choć prze­twa­rza­nie nie­świa­dome może być głę­bo­kie, do­stęp do świa­do­mo­ści do­daje do niego ko­lejną war­stwę czyn­no­ściową. Funk­cja trans­mi­syjna świa­do­mo­ści umoż­li­wia wy­ko­ny­wa­nie wy­jąt­kowo za­awan­so­wa­nych ope­ra­cji. Glo­balna neu­ro­nowa prze­strzeń ro­bo­cza stwa­rza wa­runki do eks­pe­ry­men­tów my­ślo­wych - czy­sto men­tal­nych ope­ra­cji, które mogą być ode­rwane od świata ze­wnętrz­nego. Dzięki temu mo­żemy prze­cho­wy­wać ważne dane w umy­śle przez do­wol­nie długi czas oraz prze­ka­zać je do­wol­nemu in­nemu pro­ce­sowi men­tal­nemu, co za­pew­nia umy­słowi ową ela­stycz­ność, któ­rej po­szu­ki­wał Kar­te­zjusz. Od kiedy in­for­ma­cja staje się świa­doma, może zo­stać pod­dana dłu­giemu cią­gowi ar­bi­tral­nych ope­ra­cji; nie jest już prze­twa­rzana na za­sa­dzie od­ru­cho­wej, lecz można ją ana­li­zo­wać i swo­bod­nie prze­kształ­cać. Dzięki zaś po­łą­cze­niom z ob­sza­rami ję­zy­ko­wymi lu­dzie mogą ją ko­mu­ni­ko­wać so­bie na­wza­jem.

Rów­nie fun­da­men­talną ce­chą glo­bal­nej neu­ro­no­wej prze­strzeni ro­bo­czej jest jej au­to­no­mia. Nie­dawne ba­da­nia wy­ka­zały, że mózg to miej­sce, w któ­rym za­cho­dzi in­ten­sywna ak­tyw­ność spon­ta­niczna. Nie­ustan­nie za­le­wają go glo­balne wzorce ak­tyw­no­ści, któ­rych źró­dłem nie jest świat ze­wnętrzny, lecz we­wnętrzny - oso­bliwa zdol­ność neu­ro­nów do sa­mo­ak­ty­wo­wa­nia się w czę­ściowo lo­sowy spo­sób. W efek­cie, wbrew Kar­te­zjań­skiej me­ta­fo­rze or­ga­nów, glo­balna neu­ro­nowa prze­strzeń ro­bo­cza nie funk­cjo­nuje na za­sa­dzie re­ak­tyw­nej (wej­ście-wyj­ście), cze­ka­jąc na bo­dziec, za­nim wy­pro­du­kuje wy­nik. Prze­ciw­nie, na­wet w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści nie­prze­rwa­nie roz­pro­wa­dza glo­balne wzorce ak­tyw­no­ści neu­ro­no­wej, wy­wo­łu­jąc "stru­mień świa­do­mo­ści", jak zwał go Wil­liam Ja­mes - wartką rzekę luźno po­wią­za­nych my­śli, kształ­to­wa­nych głów­nie przez sto­jące przed nami bie­żące za­da­nia i tylko z rzadka od­wo­łu­ją­cych się do sy­gna­łów pły­ną­cych ze zmy­słów. Kar­te­zjusz nie po­tra­fił wy­obra­zić so­bie ta­kiej ma­szyny, w któ­rej nie­ustan­nie pącz­kują in­ten­cje, my­śli i plany, na­da­jąc kształt za­cho­wa­niu. Tym­cza­sem w taki spo­sób po­wstaje we­dług mnie apa­rat ob­da­rzony "wolną wolą", który sta­nowi od­po­wiedź na wy­zwa­nia Kar­te­zju­sza i za­czyna wy­glą­dać na do­bry mo­del świa­do­mo­ści.

Przy­szłość ba­dań nad świa­do­mo­ścią

Na­sza wie­dza o świa­do­mo­ści po­zo­staje na ra­zie na po­zio­mie ele­men­tar­nym. Co nas czeka w przy­szło­ści? Pod ko­niec książki wró­cimy do do­nio­słych py­tań fi­lo­zo­ficz­nych, dys­po­nu­jąc już so­lid­niej­szymi pod­sta­wami na­uko­wymi. Będę tam twier­dził, że co­raz lep­sze ro­zu­mie­nie świa­do­mo­ści po­może nam nie tylko roz­wi­kłać jedne z naj­więk­szych za­ga­dek do­ty­czą­cych nas sa­mych, ale rów­nież ra­dzić so­bie z trud­nymi de­cy­zjami spo­łecz­nymi, a na­wet roz­wi­jać nowe tech­no­lo­gie, które będą na­śla­do­wać moc ob­li­cze­niową ludz­kiego umy­słu.

Oczy­wi­ście wiele szcze­gó­łów po­zo­staje wciąż do od­kry­cia, lecz na­uka o świa­do­mo­ści już te­raz da­leko wy­kra­cza poza skromną hi­po­tezę. W za­sięgu ręki są za­sto­so­wa­nia lecz­ni­cze. W nie­zli­czo­nych szpi­ta­lach na ca­łym świe­cie ty­siące pa­cjen­tów w śpiączce lub sta­nie we­ge­ta­tyw­nym po uszko­dze­niach mó­zgu z po­wodu wy­lewu, wy­padku sa­mo­cho­do­wego czy przej­ścio­wego nie­do­tle­nie­nia tkwią w prze­ra­ża­ją­cej izo­la­cji, unie­ru­cho­mieni i po­zba­wieni zdol­no­ści mowy. Czy kie­dy­kol­wiek od­zy­skają przy­tom­ność? A może nie­któ­rzy z nich już w tej chwili są świa­domi, ale po­zo­stają "za­klesz­czeni" w bez­wład­nym ciele i nie­zdolni nam tego za­sy­gna­li­zo­wać. Czy zdo­łamy im po­móc dzięki wy­ko­rzy­sta­niu ba­dań ob­ra­zo­wych mó­zgu do mo­ni­to­ro­wa­nia świa­do­mych do­świad­czeń czło­wieka w cza­sie rze­czy­wi­stym?

W moim la­bo­ra­to­rium opra­co­wuje się obec­nie nowe wszech­stronne te­sty, które za­czy­nają wia­ry­god­nie in­for­mo­wać o tym, czy dana osoba jest świa­doma, czy nie. Wie­dza o obiek­tyw­nych sy­gna­tu­rach świa­do­mo­ści za­czyna być wy­ko­rzy­sty­wana w kli­ni­kach w róż­nych kra­jach, a nie­ba­wem rzuci też świa­tło na to, czy i od kiedy świa­dome są nie­mow­lęta. Oczy­wi­ście żadne od­kry­cia na­ukowe nie zmie­nią "jest" w "ma być", lecz je­stem prze­ko­nany, że je­śli bę­dziemy umieli obiek­tyw­nie wy­kry­wać obec­ność su­biek­tyw­nych od­czuć u pa­cjen­tów czy nie­mow­ląt, bę­dziemy mieli prze­słanki do po­dej­mo­wa­nia lep­szych de­cy­zji etycz­nych.

Inne fa­scy­nu­jące pole za­sto­so­wań na­uki o świa­do­mo­ści wiąże się z tech­no­lo­giami ob­li­cze­nio­wymi. Czy zdo­łamy imi­to­wać ob­wody mó­zgowe in si­lico? Czy ak­tu­alny stan wie­dzy po­zwala nam na skon­stru­owa­nie świa­do­mego kom­pu­tera? Je­żeli nie, to czego bra­kuje? W miarę do­sko­na­le­nia teo­rii świa­do­mo­ści moż­liwe po­winno się stać two­rze­nie sztucz­nych ar­chi­tek­tur chi­pów elek­tro­nicz­nych, które będą na­śla­do­wały dzia­ła­nie świa­do­mo­ści w praw­dzi­wych neu­ro­nach i ob­wo­dach mó­zgo­wych. Czy na­stęp­nym kro­kiem bę­dzie kom­pu­ter świa­domy wła­snej wie­dzy? Czy mo­żemy ob­da­rzyć go po­czu­ciem toż­sa­mo­ści, a na­wet do­świad­cza­niem wol­nej woli?

Za­pra­szam na wy­prawę w głąb taj­ni­ków na­uki o świa­do­mo­ści, która na­daje ko­lejny, głę­boki sens del­fic­kiemu we­zwa­niu "Po­znaj sie­bie".

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki