Świadek w czerwieni. 19 żona, która zaprowadziła liderów poligamicznej sekty przed oblicze sprawiedliwości - Rebecca Musser, M. Bridget Cook


Reflow text when sidebars are open.
To był wyjątkowo ciepły wczesnowiosenny dzień. Przez otwarte okno wpadał do pokoju cudowny zapach zwiastujący nowe życie i wypełniał całe moje ciało radością. Zbliżała się chwila, gdy zamiast tylko tęsknie spoglądać na trawę i puszczające pąki krokusy, będzie nam wolno wyjść dalej niż do ogrodu na tyłach domu.
Kiedy niecierpliwie czekałam, aż cała siódemka mojego rodzeństwa przygotuje się do wyjścia, rozglądałam się po ciemnej suterenie, którą nazywaliśmy domem. Podłoga z drewna tekowego i dobrana do niej kolorystycznie boazeria sprawiały, że wnętrze wydawało się jeszcze mniejsze. Moja matka miała do dyspozycji własny pokój, ale reszta domowników była upchnięta jak sardynki na piętrowych łóżkach porozstawianych we wszystkich kątach, a kiedy przybywało kolejne dziecko, musieliśmy gnieździć się po kilka osób w jednym legowisku. Zaokrąglony brzuch matki wskazywał, że czeka nas to właśnie za kilka miesięcy. W piętrowych łóżkach zainstalowano po bokach szuflady i każdy miał swoją, do której mógł chować bieliznę, skarpetki i brudne ubrania.
Ktoś przechodzący obok naszego jednopiętrowego domu z czerwonej cegły zapewne nigdy by nie zgadł, ile dzieci gnieździ się w samej suterenie, i na pewno doznałby szoku, gdyby dowiedział się, że nad nami żyje jeszcze jedna duża rodzina. Jedynym łącznikiem między tymi rodzinami był mężczyzna, który niektóre noce spędzał na piętrze ze swoją pierwszą żoną i dziećmi, a inne na dole z naszą matką - żoną numer dwa - i jej dziećmi. Mężczyzna ten był moim ojcem.
Zawsze marzłam w tym domu, mimo że termostat w piecu ustawiony był na normalną temperaturę pokojową. Słabe świetlówki emitowały niesamowite zielonkawe światło, które nie rozjaśniało ciemnych kątów, barwiąc za to naszą skórę oraz ubrania i nadając im niepokojący, ciemny odcień. Miałam wrażenie, że światło nie jest w stanie rozjaśnić tych ścian, gdyż nie ma między nimi miejsca na nadzieję.
Dzisiaj mama obiecała jednak, że wszyscy będziemy się wygrzewać na słońcu. Zapowiedziała, że czeka nas "przygoda", choć nie zdradziła, dokąd pojedziemy. W euforii tańczyłam po całym pokoju. W pewnej chwili mało brakowało, a przewróciłabym się zaplątana w sięgającą łydek błękitną spódnicę. Zanim z rodzeństwem wymknęliśmy się na zewnątrz, matka kazała mi się uspokoić. Ukradkiem przeszliśmy do wysłużonego rodzinnego kombi.
Ponieważ byłam jednym z młodszych dzieci, posadzono mnie na kolanach najstarszej siostry, Christine. Ruszyliśmy spod naszego domu przy Cascade Way w Salt Lake City u podnóża Mount Olympus i pojechaliśmy w kierunku zielonego pogórza wspaniałego łańcucha górskiego Wasatch. Cała nasza siódemka obserwowała, jak za oknami przesuwają się różne zabudowania.
Wkrótce stało się jasne, że celem naszej podróży są trawiaste pagórki za Eastwood Elementary, moją szkołą podstawową. Jechaliśmy teraz tą samą drogą, którą zazwyczaj chodziliśmy na lekcje, ale nie moglibyśmy ryzykować tu spaceru całą rodziną, i to wcale nie z powodu pędzących samochodów. Poruszając się w tak licznej grupie, musieliśmy unikać zwracania na siebie zbytniej uwagi. Nie chodziło tylko o klaksony, wymowne spojrzenia czy dobiegające z okien obraźliwe okrzyki. Do tego już przywykliśmy. Niebezpieczeństwo czyhało ze strony władz, które za sprawą takich przechadzek mogły dowiedzieć się o naszym istnieniu. To dlatego w szkole posługiwałam się nazwiskiem "Wilson", a nie "Wall", i z tego samego powodu rzadko pozwalano mi się pobawić z miłą dziewczynką z naprzeciwka. Gdyby poznała mój sekret - dowiedziała się o moich braciach, siostrach i całej rodzinie potajemnie zamieszkującej w suterenie - moglibyśmy zostać zdemaskowani.
Dziewczynkę zżerała jednak ciekawość. Jak zresztą wszystkich. W tych okolicach widywało się oczywiście duże rodziny - w Salt Lake City żyło wielu płodnych mormonów oraz niewielka liczba wielodzietnych rodzin katolickich, lecz tylko kilka tysięcy osób w naszym mieście ubierało się w sposób choćby zbliżony do naszego. Wyjątkiem był dzień 24 lipca, kiedy odbywała się doroczna parada z okazji państwowego święta upamiętniającego mormońskich pionierów. W pozostałe dni roku wyróżnialiśmy się w tłumie. Członkowie naszej rodziny nosili koszule z długimi rękawami, dziewczęta ubierały się w długie proste suknie i spódnice, a włosy zaplatały w niezwykle długie warkocze. Mama mawiała, że jesteśmy wyjątkowi, ale dopiero w przedszkolu zrozumiałam, że stanowimy jedynie maleńki odsetek okolicznej ludności. Główny nurt mormonizmu odszedł od poligamii pod koniec lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, dzięki czemu Utah stało się pełnoprawnym stanem USA[1]. Byliśmy odmieńcami, którzy nie postępowali tak samo jak reszta.
Nie znosiłam tego, że inne dzieciaki gapią się na nas, obgadują nas szeptem i wytykają palcami, zupełnie jakbyśmy byli jakąś atrakcją turystyczną. Czasami ich komentarze były niewinne albo wyrażały po prostu zaciekawienie. Znacznie częściej jednak kryła się za nimi chęć znieważenia nas. Przerażeniem napawała mnie myśl, że mogłyby komuś o nas opowiedzieć i ten ktoś mógłby wsadzić ojca do więzienia, a tym samym rozdzielić naszą rodzinę. Dlatego stroniliśmy od wścibskich oczu świata.
Z tego samego powodu tamtego dnia nasza matka wybrała miejsce wycieczki - położone u podnóża góry i za pustą szkołą, gdzie niewiele osób mogło nas zobaczyć. Wysiedliśmy z samochodu wprost na zielone zbocze. Porastająca je bujna trawa lśniła od topniejącego śniegu. Matka zebrała nas na szczycie wzgórza, skąd roztaczał się widok na Salt Lake Valley. Grzało mnie słońce, ale i tak zadrżałam, gdy spojrzałam w kierunku domu. Stał tam pośród domostw niewiernych - nikczemnych ludzi, niewierzących w Josepha Smitha ani Jezusa Chrystusa. Pousadzane na kolanach mojej matki brzdące i jej coraz większy brzuch sprawiały, że niemal nie było już przy niej miejsca, ale i tak przecisnęłam się i przytuliłam do niej. Chwile, gdy mogła odpoczywać z nami, należały do rzadkości. Kiedy wracała po długim dniu pracy w HydraPak Seals, fabryce mojego ojca, cały jej czas pochłaniało gotowanie, sprzątanie i pranie. Spoglądałam na miasto - na północy dostrzegłam budynek kapitolu stanu Utah, usytuowany na wzgórzu nad zabudowaniami śródmieścia, za którymi skrył się gmach świątyni Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Gromadzili się w niej mormoni, którzy sprzeniewierzyli się Dziełu. Nie mieliśmy z nimi już nic wspólnego. Poczułam, jak przepełnia mnie wielki niewytłumaczalny smutek. Odprawialiśmy pilnie modły w kościele, jednak nasz lud nie miał własnej świątyni. Zgodnie z przepowiednią któregoś dnia zbudujemy własny dom modlitwy, jednak do tego czasu musimy tylko jakoś znosić życie. Musimy cierpieć i poświęcać się, gdyż prawdziwą wartość ma jedynie życie wieczne.
Tata często mawiał: "Chodzi nie o to czy, tylko kiedy spotka nas krzywda ze strony niewiernych. Musisz o tym zawsze pamiętać". Zalękniona, odruchowo podparłam brodę kolanami i powoli omiotłam wzrokiem rozciągającą się niżej dolinę. Po lewej stronie widziałam szybko rozrastającą się południową część miasta. Skupiska siedzib różnych firm, sklepów oraz domów mieszkalnych rozciągały się aż po tereny, gdzie Salt Lake Valley łączyła się z Provo Valley. Nasz prorok, którego pieszczotliwie nazywaliśmy wujkiem Royem, miewał sny o wielkiej apokalipsie. Twierdził, że nastąpi ona, gdy nowe domy sięgną miejsca zwanego Point of the Mountain. Będzie to znak, że nadciągają ostatnie dni. Zastanawiałam się, jakim cudem uda nam się przeżyć.
"Dzieci, co powiecie na małą zabawę?" - głos mojej matki sprowadził mnie z powrotem na ziemię. Kiedy spojrzałam na jej piękną twarz i serdeczny uśmiech, moje obawy się rozwiały. Jej jasnobrązowe oczy skrzyły się od emocji, a długie kasztanowe włosy, upięte teraz w kok francuski, rozwiewał wiosenny wietrzyk. Chowała coś za plecami - niespodziankę, którą przyniosła z samochodu, kiedy na nią nie patrzyliśmy. Wstrzymałam oddech, a moje młodsze rodzeństwo niecierpliwie kręciło się w oczekiwaniu.
Była to wiekowa puchowa poduszka, przed laty uszyta własnoręcznie przez mamę. Zauważyłam, że wcześniej rozpruła ją w jednym miejscu. Przegoniła moje siostry i braci z kolan i wstała. Nagle zaczęła rzucać na wiatr garście puchu. Byliśmy zdumieni - tak było to niepodobne do naszej mamy, która zawsze naprawiała różne rzeczy, a nie je psuła.
- Pomóżcie mi rozrzucać pióra! - zawołała, zanosząc się śmiechem.
Staliśmy oniemiali, ale jej chichot był tak zaraźliwy, że po chwili ochoczo dołączyliśmy do zabawy i zaczęliśmy sięgać do poszewki, dobywać z niej garście puchu i ciskać je na wiatr. Białe pióra unosiły się wkoło niczym śnieg. Razem ze starszymi dzieciakami - Christine, Savannah, Brittany i Cole'em - podrzucaliśmy je do góry i patrzyliśmy, jak odlatują, zupełnie jakby miały skrzydła. Do zabawy włączył się nawet mój mały braciszek Trevor, a Amelia w długiej sukience dreptała wkoło nas. Jej śmiech niósł się po zboczu wzgórza niczym pióra osiadające powoli na trawie, drzewach i zaroślach.
Nagle mama zamilkła. My również ucichliśmy. Jedynym dźwiękiem był teraz szelest wiatru w koronach drzew. Z poczuciem dumy przemieszanej ze wstydem podziwialiśmy bałagan po naszej zabawie.
- A teraz - zawołała mama - szybko je pozbierajcie!
Zdumieni spojrzeliśmy na nią. Czy to jakiś żart? Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że to część zaplanowanej zabawy.
- No dalej, zbierajcie je! Raz-dwa!
Posłuszni jej ponagleniom rzuciliśmy się do pracy, padliśmy na kolana i kaleczyliśmy knykcie o twardą ziemię, usiłując pochwycić pióra, zanim zdmuchnie je wiatr. Po kilku minutach stało się jasne, że wysilamy się na próżno. Nie udało nam się nawet w jednej trzeciej zapełnić poszewki, do której zanosiliśmy zebrane piórka, zmieszane z zeschłymi liśćmi i trawą. Zdumiona rozejrzałam się wkoło. Jakim cudem piórka tak szybko zdołały tak daleko odlecieć? Wykończona usiadłam u stóp mamy.
Nigdy nie zapomniałam, co wtedy powiedziała.
- Słowa są jak pióra... widzicie? Z tak wielką łatwością wylatują przez usta i nim się zorientujecie, wiatr je poniesie i rozrzuci na wszystkie strony. I tak jak niełatwo zebrać pióra, trudno zebrać wypowiedziane słowa. Kiedy raz opuszczą wasze usta, nie uda wam się ich cofnąć.
Spojrzałam na nią. Rozumiałam, co chce przez to powiedzieć. Przypomniała mi się pierwsza żona taty, ciocia Irene, kiedy obrzucała nas słowami pełnymi złości i nienawiści, a jej usta wykrzywiał grymas niechęci. "Cholery, małe gnoje!" - krzyczała. Nienawidziła nas, a my zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Wiedziało o tym też dziewięcioro jej dzieci, a kilkoro wykorzystywało jej nienawiść przeciwko nam. Wbrew temu, co nasz prorok mówił o życiu w harmonii z innymi, mieszkanie z nimi pod jednym dachem było prawie nie do wytrzymania.
- Słowa składają się we wspaniałe opowieści - ciągnęła mama. - Dzięki nim zdobywacie wykształcenie, nimi także modlicie się do naszego Ojca w niebie. Kiedy używacie ich we właściwy sposób, możecie tworzyć różne rzeczy, nawet tak wielkie i wspaniałe jak mosty i budynki! Jeśli jednak nie będziemy starannie dobierać słów, nasze życie może zamienić się w pasmo cierpienia i udręki.
Zwiesiłam głowę ze wstydu. Oskarżałam ciotkę Irene, a przecież sama wiele razy się jej sprzeciwiałam! Nie podobały mi się wyzwiska, jakimi obrzucała moją mamę, ani to, jak traktowała nas wszystkich, szczególnie kiedy w domu nie było taty, jednak pozwoliłam sobie na okazanie niezadowolenia, to znaczy zachowałam się w sposób niegodny wierzącej dziewczynki. Moje słowa rozniosły się tak jak te pióra. Jak mogłam liczyć, że uda mi się ocaleć z wielkiego zniszczenia, skoro czyniłam ze słów taki sam użytek jak ciotka Irene? Moja matka nigdy nie upadła tak nisko. Nawet w chwilach gdy ciotka Irene zasypywała ją okrutnymi jadowitymi wyzwiskami, "zachowywała pogodę ducha, wbrew wszystkiemu", zgodnie z zaleceniami naszego proroka. Nie godziła się, by gniew siostry-małżonki odarł ją z godności.
Łóżeczko, które musiałam dzielić z siostrą Brittany, było tak malutkie, że jej stopy znajdowały się niedaleko mojej poduszki. Tamtej nocy uparcie powracał do mnie obraz rozrzuconych piór. Postanowiłam, że pójdę w ślady matki i będę używała słów w sposób rozważny. Nieraz słyszałam, jak tata chwalił mamę: "Sharon ani razu mi się nie sprzeciwiła". Radowało go, że matka spełniała bez szemrania wszystkie jego polecenia i życzenia w sposób znamionujący dobrą żonę.
Zastanawiałam się, w jaki sposób moja matka używała słów. Była miła, wspierała nas, a wieczorem i rano każdego dnia modliła się razem z nami, prosząc Boga o łaskę dla swych dzieci. Najbardziej lubiłam jednak chwile, kiedy mama opowiadała nam różne historie. Ponieważ nie mieliśmy telewizora, były one dla nas podstawową formą rozrywki. W wyobraźni widzieliśmy kolorowe obrazy wyczarowywane przez jej opowieści, pełne żywych, skomplikowanych postaci. Każda z opowieści miała morał, który trafiał do mnie, kształtując sposób postrzegania świata i to, w co wierzyłam.
Czasami opowieści mamy napawały mnie lękiem. Kiedy nie chciało nam się czegoś zrobić albo skłamaliśmy, przypominała nam ponurą historię o dorastaniu na położonej na odludziu farmie jej ojca, Newela Steeda. W tamtych trudnych czasach wszystkie jego siedem żon i blisko sześćdziesięcioro dzieci musiało ciężko pracować, by zarobić na utrzymanie. Wspominała, że ładowali na zardzewiały wóz worki ziemniaków i jechali wiele kilometrów w stronę Cedar City, gdzie chodzili od domu do domu i sprzedawali je za kilka groszy.
Za każdym razem gdy jej starszemu bratu, Neilowi, udało się sprzedać trochę ziemniaków, podwędzał niewielką sumę pieniędzy, żeby kupić sobie za nie zakazane napoje w mieście. Młodszemu rodzeństwu nakazywał milczenie.
- Małe rzeczy przeradzają się w duże decyzje - mówiła smutnym głosem. - Wiele lat później porzucił życie w wierze - dodała, a w jej oczach zabłysły łzy. Kiedy pierwszy raz usłyszałam historię Neila, doznałam wstrząsu. Przecież nie można porzucić wiary, gdy pozna się prawdę! To gorsze niż bycie niewiernym. Człowiek, który poznał prawdę i ją odrzucił, stawał się apostatą. Za każdym razem, gdy słyszałam to słowo, po plecach przebiegały mi ciarki. Apostaci skazani byli na wiekuistą ciemność - ich przeznaczeniem było nieskończone cierpienie! Na przykład Samuel umarł straszliwą śmiercią. Niektórzy sądzili, że popełnił samobójstwo, mama jednak była przekonana, że stała za tym miejscowa mafia.
- Kiedy był mały, nie chciał oddawać rodzinie wszystkich zarobionych pieniędzy. Myślę, że w dorosłym życiu też nie umiał się z nimi rozstać. Zapamiętajcie sobie, moje dzieci, historię o złotych oknach...
"Opowieść o złotych oknach" była jedną z ulubionych historii naszej mamy. Jej bohaterem był ubogi i ciężko pracujący wiejski chłopiec. Marzył o życiu w dalekim mieście, gdzie okna lśniły złotem. Ich blask mógł dojrzeć ze szczytu wzgórza w swojej wsi. Kiedy wreszcie po długim czasie i wielu trudach udało mu się dotrzeć do miasta, zrozumiał, że złote okna były po prostu odblaskiem zachodzącego słońca. Zapłakał wtedy, a jego smutek dodatkowo pogłębiło odkrycie, że miejscy łachmaniarze często marzyli o życiu na szczycie odległego wzgórza. Pokazywali sobie palcami okna domu chłopca, w których pięknie odbijało się wstające słońce.
- Chłopiec wrócił do domu - ciągnęła matka, patrząc po kolei każdemu z nas w oczy - zrozumiawszy, że to, co tak podziwiał, było ułudą. Pogoń za kłamstwem przyniosła mu tylko rozczarowanie i zniechęcenie. Nie pozwólcie, aby to samo przydarzyło się również wam. Nic w zewnętrznym świecie nie jest tak wspaniałe, na jakie wygląda. Może wydawać się piękne i błyszczące, ale jest nieprawdziwe.
Matka przypominała nam tę historię za każdym razem, gdy któreś z nas wyrażało chęć zaangażowania się w "światowe" sprawy. Czyli chciało na przykład pójść do fryzjera, pomalować usta błyszczykiem albo nałożyć lakier na paznokcie. Cokolwiek sprowadzało nas na manowce i odwodziło od świątobliwych obowiązków członków poligamicznej rodziny, było złe i karygodne.
Mój ojciec, Donald Wall, był równie nieprzejednany, jeśli chodzi o sprawy religijne, choć nie wychował się w naszej wierze. Był dumny, że wstąpił do Fundamentalistycznego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich[2], co było o tyle nietypowe, że nasi wierni nie próbowali nikogo nawracać. Większość przyszła na świat w pobożnych rodzinach, w których rodzice praktykowali wielożeństwo. Rodzice mojego ojca byli inni. Pochodził z rozbitej rodziny, a jego matka była w stosunku do niego oziębła uczuciowo i unikała z nim kontaktu.
Jego pierwszą żoną była Irene, która również nie należała do naszego Kościoła. Oboje wychowali się w tradycyjnej niefundamentalistycznej wierze mormońskiej głównego nurtu. Wkrótce po ich ślubie do wielożeństwa przekonali się też rodzice Irene. Byli początkowo przerażeni, ale mój ojciec postanowił dowieść im, że się mylą. Po dokładnych studiach ich serca otworzyły się na prawdę i zrozumieli, że to reszta mormonów porzuciła prawdziwą drogę. W ten sposób mój tata i Irene nawrócili się na "prawdziwą ewangelię", nad czym czuwał nasz prorok, wujek Roy.
Już po przyjęciu nowej wiary mój ojciec zauważył piękną i utalentowaną młodą kobietę, udzielającą się w kościelnym chórze. Był przekonany, że są sobie pisani. Po powrocie do domu opowiedział o niej Irene, a ta odparła, że przyśniła jej się moja mama, i dała ojcu swe błogosławieństwo, pozwalając tym samym, by wziął sobie drugą żonę. Tata odbył rozmowę z wujkiem Royem i po pewnym czasie młoda kobieta została mu "dana". Wkrótce po sprowadzeniu do domu młodej i pięknej nowej żony okazało się jednak, że pierwsza małżonka nie jest w stanie żyć zgodnie z Regułą, nie odczuwając straszliwego bólu. Zazdrość kazała Irene zadawać nam wszystkim cierpienie, szczególnie kiedy taty nie było w domu.
Kiedy w 1976 roku przyszłam na świat, miałam już trzy starsze siostrzyczki i przyrodniego brata, urodzonego niespełna dziewięć miesięcy przede mną. Moja matka urodziła ojcu w sumie czternaścioro dzieci. Oprócz nich w domu żyło wiele przyrodniego rodzeństwa. Konkretnie dziewięcioro. Tata w swoim życiu spłodził w sumie dwadzieścioro czworo dzieci z trzema żonami. Trójkę uważano za szczęśliwą liczbę, gdyż tyle żon wziął sobie Abraham. Wierzono, że trzy żony pozwolą mężczyźnie i jego rodzinie dostąpić królestwa celestialnego[3], będącego poziomem najwyższej niebiańskiej chwały. W przeciwnym razie mężczyźnie pozostawała perspektywa zesłania na niższy poziom niebios, a jego żony czekał los służących czy też konkubin w pośmiertnym domu męża, co jest gorsze nawet od śmierci. Zarówno królestwo terestialne, jak i królestwo telestialne stanowiły części tych samych niebios - wieczności - jednak tylko w królestwie celestialnym mężczyzna może przebywać wraz z żonami w obecności Boga, a także tylko tu mogą oni stać się jego współdziedzicami wraz z Jezusem Chrystusem i sprawować rządy we własnych światach jako bogowie i boginie.
Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mama miałaby chcieć zamieszkać w wieczności nie tylko z tatą, ale też z ciocią Irene. A co jeśli wieczność stanowiła odbicie życia doczesnego? Irene miała telewizor i zajmowała najwygodniejszą sypialnię w całym domu, miała do dyspozycji lepszy samochód, kontrolowała rodzinne wydatki, a w kościele mogła siadać u boku ojca. Moja matka natomiast musiała zadowolić się resztkami.
Mój ojciec prowadził dwa życia, które diametralnie się różniły. Jego życie publiczne wypełniały sukcesy zawodowe i sława. Był zdolnym inżynierem lotnictwa cywilnego, a także uznanym geologiem. Pracował dla znanych firm, takich jak chociażby Thiokol Chemical Company (znana potem pod nazwą Morton Thiokol), i brał udział w realizacji głośnych projektów, na przykład ropociągu Trans-Alaska. W późniejszym okresie życia otwierał kolejne firmy, a najbardziej znaną z nich było niewątpliwie przedsiębiorstwo HydraPak. Zajmowało się produkcją pierścieni w kształcie torusa, uszczelnień oraz tłoków mechanicznych i hydraulicznych na potrzeby jednego z promów kosmicznych NASA. Obie sfery życia mojego ojca - prywatna i publiczna - łączyły się jednak, bowiem datki w wysokości setek tysięcy dolarów płacone do kasy Kościoła FLDS zyskały mu sympatię naszego proroka. Ojciec słuchał wujka Roya i podporządkowywał mu się bez szemrania - nawet jeśli wymagało to wielkich nakładów finansowych - gdyż posłuszeństwo oznaczało nagrodę zarówno doczesną, jak i tę oczekującą w życiu wiecznym. Dodatkowo tata był przygotowywany do przejęcia przywódczej funkcji w FLDS, co wiązało się z olbrzymią władzą.
Zdarzały się też momenty, gdy publiczne życie taty kłóciło się z prywatnym, jak choćby wtedy, gdy pewnego dnia zaprosił swoich klientów do domu na poczęstunek. Na górze Irene i jej dzieci, wszyscy wystrojeni w najlepsze ubrania, zasiedli do pysznego jedzenia. Światowi goście taty nie mieli jednak pojęcia, że w tym samym czasie w suterenie pod podłogą członkowie jego drugiej rodziny tłoczyli się w nieprzeniknionych ciemnościach, przegryzając suche krakersy.
Dla mamy te chwile spędzone w ciemności były okazjami, by szeptem opowiadać nam najbardziej dramatyczne wspomnienia ze swojego dzieciństwa, a my słuchaliśmy z przejęciem każdego słowa. Pewnego wieczoru, gdy ukrywaliśmy się w suterenie, usłyszeliśmy opowieść o tym, jak w 1953 roku gubernator stanu Arizona John Howard Pyle przeprowadził nalot na siedzibę naszych przodków w Short Creek (mieście, które potem miało podzielić się na Hildale, leżące w stanie Utah, oraz Colorado City położone w granicach stanu Arizona).
- Ponieważ nasza rodzina słynęła z talentów muzycznych, w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim roku przyjechaliśmy do miasta, żeby zagrać z okazji święta dwudziestego czwartego lipca - opowiadała mama. - Kilka dni spędziliśmy w naszym domu w Short Creek i setnie się przy tym bawiliśmy. Zanim wróciliśmy na ranczo, ojciec pozwolił nam na dłuższy odpoczynek, co było rzadką gratką. Byliśmy zachwyceni, że spędzimy Dzień Pański[4] z przyjaciółmi i rodziną. Miałam tylko trzy lata... ale pamiętam, że obudzono nas nad ranem w niedzielę - kontynuowała. - Ktoś przekazał mojemu ojcu informację, że idą po nas przedstawiciele władz. W bieliźnie nocnej po cichu wymknęliśmy się z miasta dosłownie na kilka minut przed interwencją policji.
Próbowałam sobie wyobrazić, że to ja muszę uciekać w koszuli nocnej przed policją. Za każdym razem gdy u góry rozlegało się skrzypnięcie krzesła, mimo woli podskakiwałam.
- Tamtego dnia, dwudziestego szóstego lipca, tuż przed świtem do miasta przybyło ponad stu policjantów stanowych i żołnierzy z Gwardii Narodowej stanu Arizona. Pojmali wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci. Dosłownie wyrywali dzieci z objęć szlochających matek i ojców.
Jęknęłam.
- Mieliśmy naprawdę dużo szczęścia - opowiadała dalej mama - że tatuś pomógł nam uciec z powrotem na ranczo położone ponad dwie i pół godziny drogi od miasta. Po wszystkim, mimo że spodziewaliśmy się ich najścia, nie próbowali nas szukać. Ludzie powtarzali sobie rozdzierające serce historie o młodych wiernych, których siłą przydzielano do rodzin zastępczych w Phoenix, daleko od dotychczas znanych miejsc i ludzi. Potem dowiedzieliśmy się, że łapanki mają objąć również okoliczne wspólnoty. Tatuś i wszystkie moje matki mówili mi, że dzieje się to samo co w 1944 roku, że naloty znowu służą zahamowaniu Dzieła i wystraszeniu rodzin, tak by poddały się prawu. W 1944 roku wasz dziadek został ekskomunikowany z Kościoła Mormonów, ponieważ uwierzył w Regułę i poślubił mamę Olive, mamę Vilate oraz mamę Kloe. Od tej chwili stał się celem ataków władz i trwało to aż do pięćdziesiątego trzeciego roku. Ale obiecał nam, że nigdy nie pozwoli, by schwytali nas stróże prawa. Moi bracia pełnili straż i niczym jastrzębie pilnowali głównych dróg i pól. Obserwowali, czy nad drogą nie wzbijają się obłoki kurzu. W razie czego mieliśmy dużo czasu na znalezienie kryjówki. Często odbywaliśmy ćwiczenia, dlatego wiedzieliśmy, co mamy robić w przypadku nalotu. Naszym zadaniem było skryć się za dachowymi krokwiami na strychu, nie pisnąć ani słowa i siedzieć bez ruchu, żeby nikt się nie dowiedział, ile dzieci ma nasz tata, i żeby nie został zaaresztowany.
Nagle głos matki stał się dziwnie piskliwy, tak jakby znowu miała trzy lata. Czułam, że się trzęsie.
- Kiedy nasze matki posyłały nas na strych, musieliśmy zachowywać się tak cicho, jakby nas tam nie było. Byłam przerażona, że moja mała stopa przebije się przez sufit do pokoju niżej albo że stróże prawa zaaresztują ojca pod zarzutem bigamii, a wszystkie sześćdziesięcioro dzieci trafi do rodzin zastępczych niewiernych, żyjących daleko stąd.
- Mamo. - Mały Trevor odezwał się przestraszonym głosem. - A czemu ci panowie władzowie chcieli was zabrać? - Po chwili zaczął ryczeć. - Dlaczego chcą nas stąd zabrać?
Mama szybko go uciszyła i przez długą chwilę trzymała w ramionach, do momentu gdy zakwiliła Amelia i wyrwała ją z rozmyślań. Zmarszczki na twarzy mamy wydawały się teraz jeszcze głębsze.
- Ci ludzie siedzący teraz u ojca na górze nie są przedstawicielami władz. To tylko niewierni - odparła szeptem. - Nie możemy jednak ryzykować, bo nie wiemy, czy nie opowiedzą o nas innym ludziom. Musicie teraz być cichutko jak myszki, dokładnie tak jak ja musiałam siedzieć po cichu na strychu w dzieciństwie. Tatuś na nas liczy, tak jak mój ojciec liczył wtedy na moje rodzeństwo. Dzieło ma wielu wrogów, Trevorze. Jesteśmy ludem Bożym i dlatego musimy znosić prześladowania. To próba, sprawdzian naszej wiary. - Przyjrzała się po kolei nam wszystkim. - Niesiemy prawdę, a zły duch sprawia, że niewierni i rząd chcą nas zniszczyć. Jeśli nie zboczymy z naszej drogi, Ojciec Niebieski zachowa nas w swej opiece. Bóg obiecał, że ocali nas z pożogi i zniszczy wszystkich grzeszników, jeśli tylko pozostaniemy wierni Dziełu.
Siedzieliśmy wszyscy w ponurym milczeniu. Wujek Roy niemal w każdą niedzielę mówił w kościele o zagładzie. Ludzie szeptem opowiadali sobie o tym, co nas spotka z rąk niewiernych, jeśli nas złapią. Dlatego właśnie musieliśmy bawić się na podwórku na tyłach domu, gdzie przed wzrokiem intruzów chroniła nas ściana drzew. Z tego samego powodu musieliśmy znosić obecność ciotki Irene i godzić się na brzydotę panującą w domu. Groziła nam zagłada, dlatego naszą jedyną szansą było trzymać się razem.
Gdy na rozkaz wujka Roya tata porzucił pracę w Morton Thiokol, zaczął rozwijać nowy interes. Wiązał się on z koniecznością jego dalekich podróży służbowych, a nas wydało to na pastwę demonicznych napadów wściekłości Irene. Część jej dzieci nie brała w nich udziału, ale inne zrozumiały, że podczas nieobecności taty wiele ujdzie im płazem.
Wujek Roy nauczał z ambony, że kobiety powinny odrzucić zazdrość i krytycyzm. Napominał żony, by "traktowały dzieci pozostałych małżonek niczym własne". Irene stosowała się do jego zaleceń dosłownie - schodziła na dół i chwytała upatrzoną ofiarę, której miała ochotę wlać, szczególnie wtedy, gdy nasza mama była w pracy. Starsze dzieci opracowały sprytny sposób, by uniemożliwić jej wejście do sutereny - blokowały drzwi naszą małą trampoliną do skakania. Przez cały czas nasłuchiwaliśmy ostrzegawczego piśnięcia zawiasów albo trzaśnięcia zamykanych drzwi. Christine posyłała zwiadowców, żeby szybko sprowadzili na dół dzieci bawiące się na podwórzu. Kiedy wszystkie przybiegły do mieszkania, zamykaliśmy drzwi na klucz i przykucaliśmy zbici w gromadkę. Naszą jedyną przewagę stanowiła liczebność, ale i tak każde z nas pamiętało dzień, gdy zabrakło mu szczęścia.
Sama chciałam wymazać z pamięci pewien burzowy dzień, gdy na twardej drewnianej podłodze bawiłam się obszarpanymi szmacianymi lalkami. Miałam na sobie ulubioną bawełnianą sukienkę w niebieską kratę. U dołu ozdobiona była falbanką, a karczek wykonany był z pięknej białej koronki, przez którą przewleczono czarną wstążkę. Podczas zabawy udawałam, że jestem piękną mamą, a lalki są moimi dziećmi.
Tego dnia Irene poszła do sklepu po coś do jedzenia, a w domu panowała luźniejsza atmosfera. Dwoje jej dzieci, Victoria i Timothy, zeszło do nas pobawić się, a reszta biegała koło domu. Christine i Savannah zajmowały się najmłodszymi. Mój przyrodni brat Sterling zszedł po wyłożonych wykładziną schodach do miejsca, gdzie bawiłam się lalkami.
Nigdy wcześniej nie zwracał na mnie uwagi. Ten tęgi blondynek o przetłuszczonych włosach był pupilkiem Irene. Zawsze mu pobłażała. Wiele razy widziałam za to, jak tłukła na kwaśne jabłko innego syna, Samuela, tak jakby był jednym z nas. Podobnie zawsze chwaliła swoją córkę Janet, jednak kiedy w zasięgu ręki nie było moich rodzonych sióstr ani braci, niemal do nieprzytomności lała inną córkę, Cindy.
- Becky - Sterling odezwał się cichym głosem, jakby powierzał mi jakąś tajemnicę - masz ochotę pobawić się nową lalką Lillian?
Moje oczy rozbłysły. Lillian była młodsza ode mnie, ale miała śliczne lalki, którymi celowo bawiła się w moim towarzystwie, żeby zrobić mi przykrość. Sterling uśmiechnął się i wyciągnął rękę. Chwyciłam ją, nieco zdziwiona, i chłopiec zaprowadził mnie na górę po schodach. Bojaźliwie wyjrzałam za drzwi prowadzące na wyższe piętro. Bywałam tu jako niemowlak, a potem na górę wolno mi było wychodzić tylko podczas niedzielnych spotkań religijnych naszej rodziny. Wyjrzałam przez okno i odetchnęłam, nie widząc na ulicy samochodu Irene.
Sterling zaprowadził mnie do kuchni, minęliśmy pokryty laminatem stół i krzesła, przeszliśmy przez przedpokój i wreszcie znaleźliśmy się w pomieszczeniu, które musiało być jego sypialnią. Skąd w pokoju Sterlinga wzięła się lalka Lillian? Kiedy odwróciłam się, zobaczyłam, że chłopiec zamyka drzwi i przekręca klucz w zamku. Jego oczy błyszczały. Chwycił mnie za nadgarstki i z łatwością przytrzymał jedną ręką, a drugą zaczął błądzić pod moją sukienką i sięgać do majtek. Wiłam się i wyrywałam przez długą chwilę, która wydawała się trwać całą wieczność. Nie mogłam jednak wyrwać się z jego uścisku. Nie rozumiałam, dlaczego mi to robi. Wiedziałam tylko, że to boli. Po policzkach pociekły mi łzy, jednak on nie zwracał na to uwagi. W pewnej chwili wreszcie rozluźnił uchwyt i uwolnił moje ręce. Natychmiast rzuciłam się do drzwi. Udało mi się je otworzyć, nim zdążył mnie dopaść. Biegłam przez przedpokój, gdy nagle zderzyłam się z czymś twardym.
Spojrzałam w górę i zobaczyłam twarz Irene.
Macocha spoglądała na mnie wyraźnie zaskoczona. Jej farbowane na czarno włosy były jak zwykle nienagannie uczesane w kok. Dojrzała przerażenie malujące się na mojej twarzy, a potem zauważyła Sterlinga, który powoli zamykał drzwi do swojego pokoju. Gdy przeniosła na mnie spojrzenie, w jej oczach zobaczyłam tę samą nienawiść, którą zazwyczaj rezerwowała dla mojej matki.
- Ty mała zdziro! - warknęła. Jedną ręką chwyciła mnie za kołnierz sukienki i zawlokła do swojego pokoju. Kiedy zobaczyłam, że zamykają się za mną kolejne drzwi, zaczęłam panikować, ale nie śmiałam się ruszyć. Postawiła mnie przy łóżku i szarpnęła majtki, lecz tym razem po to, żeby wróciły na swoje miejsce. Chwyciła mnie za warkocze i przytrzymała, a drugą ręką wymierzała policzki.
- To twoja wina! - wrzeszczała. - To twoja wina, że Sterling ci to zrobił... Zmusiłaś go. Taka z ciebie flirciara! Jesteś zwyczajną zdzirą, jak twoja matka, zwykłą gnojówą!
Nie wiem, ile razy jej dłoń wylądowała na mojej twarzy, ale nawet przez chwilę nie odważyłam się spojrzeć jej prosto w oczy. Zauważyłam tylko, że biały koronkowy kołnierzyk mojej sukienki pochlapany jest teraz krwią, ale nawet to nie powstrzymało Irene. Z nosa i ust ciekła mi krew, brudząc sukienkę. Czułam się odrętwiała i nie mogłam płakać.
Wtem niespodziewanie, jak za naciśnięciem guzika, Irene uspokoiła się i spojrzała na mnie, tak jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. Z dziwnym spokojem chwyciła mnie znowu za długie warkocze i zaciągnęła do łazienki. Tam zmoczyła sukienkę w lodowatej wodzie i zaczęła szorować zabrudzone miejsca. Potem przystąpiła do szorowania mojej spuchniętej twarzy, obmyła ją z krwi, po czym długo mydliła zabrudzenia na kołnierzyku i sukience. Na koniec schyliła się i spojrzała mi w oczy z tą samą nienawiścią.
- To wszystko twoja wina, ty zdziro, rozumiesz? - groziła mi. - Jeśli powiesz o tym komuś, zabiję twoją matkę.
Kompletnie przemoczona, drżąc od wstrzymywanego szlochu, z trudnością łapałam oddech. Irene pchnęła mnie w kierunku schodów, a kiedy otworzyłam drzwi, powitało mnie czułe spojrzenie i serdeczny uśmiech Christine.
- A więc tu jesteś! - powiedziała zaskoczona. - Wszędzie cię szukaliśmy!
Przyjrzała mi się uważniej i spytała:
- Wszystko w porządku?
Chciałam podbiec do niej, skryć się w jej ramionach i opowiedzieć o wszystkim, co wydarzyło się przed chwilą.
Stałam tam jak słup soli i zastanawiałam się, jakiej odpowiedzi powinnam jej udzielić. Spojrzałam przez ramię w kierunku pogrążonych w mroku schodów. U ich szczytu widać było uchylone na kilka centymetrów drzwi i twarz wpatrującej się we mnie Irene. Nie umiałam zrzucić z siebie tego ciężaru. Ani w tamtej chwili, ani nigdy potem.
- Wszystko... gra - skłamałam, zbliżając się do Christine i pozwalając, by odprowadziła mnie gdzieś, gdzie stanę się niewidoczna dla Irene. Usłyszałam za sobą cicho zamykane drzwi. Zdjęłam sukienkę i nigdy więcej jej nie włożyłam, tłumacząc, że jest za ciasna w ramionach, co zresztą było prawdą. Nigdy nie pisnęłam ani słówkiem na temat wypadków tamtego dnia z obawy, że naraziłoby to moją mamę na niebezpieczeństwo. Obiecałam sobie jednak, że nigdy więcej nie będę już taka bezbronna. Nauczyłam się szybko biegać - szybciej niż wszystkie dzieci w szkole. Byłam w stanie prześcignąć każdego z braci, a zwłaszcza tych przyrodnich. Kiedy szłam do pierwszej klasy, miałam już pewność, że nikt nie zdoła mnie złapać.
W ostatnim trymestrze ciąży, gdy mama spodziewała się bliźniąt, jej brzuch wydawał mi się gigantycznie wielki, a na jej pięknej twarzy malowało się wielkie wyczerpanie. Aby zminimalizować ryzyko przedwczesnego porodu, ciotka Lydia, pracująca jako położna w Hildale, poradziła mamie, żeby się nie przemęczała. Jednak mama uważała, że powinna pracować w HydraPak, dopóki siły jej na to pozwolą - aby sprawić przyjemność ojcu i zapewnić utrzymanie naszej powiększającej się rodzinie.
Wszyscy z wyjątkiem Irene z niecierpliwością oczekiwali przyjścia na świat bliźniąt. Ich narodziny oznaczały bowiem, że odtąd mama oraz Irene będą miały równą liczbę dzieci, a tym samym Irene nie będzie mogła się z tego powodu wywyższać. Poza tym Irene przestała już rodzić dzieci, natomiast nasza matka, znacznie od niej młodsza, mogła jeszcze zajść w ciążę. Nie wiedziałam, jak mój ojciec traktował Irene w zaciszu mieszkania, ale nadal spędzał z nią kilka nocy każdego tygodnia. Mimo wszystko wydawało się, że zazdrość pożera ją od środka niczym śmiertelna choroba.
Po przyjściu na świat Amelii mama nie pracowała codziennie, jednak wtedy, gdy szła do HydraPak, fortele chroniące nas przed gniewem ciotki przestawały wystarczać. Pewnego dnia złapała Cole'a. Dowiedziałam się potem, że mało brakowało, a zatłukłaby go na śmierć. Odbiła mu nerkę i wywołała poważny wewnętrzny krwotok. Nazajutrz Cole poszedł do szkoły, ale zaczął oddawać mocz z krwią. Rodzice pojechali z nim na ostry dyżur, a wieczorem tego samego dnia Irene zaprosiła resztę naszego rodzeństwa na górę, gdzie mieliśmy razem z nią zjeść obiad.
Niespokojni i zdezorientowani nietypową dla macochy życzliwością powoli weszliśmy po schodach na górę. Kiedy usiedliśmy przy stole, oświadczyła, że Cole się rozchorował i trafił do szpitala, ponieważ wypił za dużo wody.
Słysząc to, odepchnęłam od siebie szklankę, tak jakby wypełniona była trucizną. Rzadko korzystaliśmy z pomocy lekarzy. Nie dowierzaliśmy służbie zdrowia i nieufnie podchodziliśmy do gromadzonych przez nią dokładnych historii chorób oraz związków łączących ją z władzą. Kiedy rozcięłam czoło i trzeba mi było założyć kilka szwów, bardziej obawiałam się lekarza niewiernego niż samego zabiegu. Dziesięć dni później to ojciec sam usunął mi szwy, za co byłam mu wdzięczna. Niedługo potem doszło do następnego wypadku. Jeździłam na ganku na starym rowerze. Brakowało w nim siodełka, rama była przerdzewiała, a sam rower był dla mnie o wiele za wysoki. W pewnym momencie wjechałam na stopień i straciłam równowagę, boleśnie raniąc intymne miejsce. Zanim straciłam przytomność, poczułam tylko piekący ból. Znalazły mnie mama i babcia Wall, po czym obie przeniosły do domu. Kiedy się ocknęłam, zobaczyłam, że obficie krwawię, ale mimo to matka zajęła się mną w domu. Krew usunęła zakraplaczem, a miękką błonę przecięła nożyczkami. Zdawaliśmy sobie sprawę, że skoro rodzice zabrali Cole'a do lekarza - a nawet do szpitala - musiało go spotkać coś naprawdę poważnego. Zauważyłam, że żadne z nas nie napiło się wody, którą nas poczęstowano.
Przez następnych kilka dni Irene była dla nas przesadnie słodka, jednak nie trwało to zbyt długo. Niespełna miesiąc po pobycie Cole'a w szpitalu ojciec usłyszał plotki, że w najbliższą niedzielę w kościele pojawi się wujek Roy. Zdrowie proroka słabło i ostatnio nie mieliśmy okazji go widywać. Tata uznał, że powinniśmy się pokazać i że nasza matka powinna dotrzymać mu towarzystwa. Christine i Savannah osiągnęły już wiek, w którym mogły zostać same w domu, by zaopiekować się Trevorem i Amelią. Dzięki temu ja i reszta dzieciaków mogliśmy pójść z rodzicami. Zapakowaliśmy się wszyscy na tylne siedzenie brązowego buicka taty, a mama siadła z przodu w fotelu pasażera. Widać było, że jest niezmiernie wdzięczna mężowi. Zabrakło natomiast Irene, która przez cały poranek urządzała awantury.
W chwili gdy mieliśmy już ruszyć, z domu wypadła Irene. Wymachiwała patelnią, wrzeszcząc: "Zatłukę te gnoje!". Jej wykrzywiona wściekłym grymasem twarz nagle stężała, gdy nas ujrzała. Tata obdarzył ją długim spojrzeniem i powoli wycofał samochód na podjazd, po czym nacisnął gaz i ruszyliśmy Cascade Way. Nawet wtedy nadal słyszeliśmy groźby wywrzaskiwane przez ciotkę. Tata zwolnił dopiero na rogu ulicy. Widziałam, że z wahaniem spogląda w lusterko wsteczne. Kiedy spojrzałam do tyłu, zobaczyłam Irene, która nadal wymachiwała patelnią.
Kto miał paść tego dnia jej ofiarą? Trevor, który ze względu na chorobę wymagał ciągłej opieki? Czy może płowowłosa Amelia, będąca nadal małym brzdącem? Żadne z nich nie mogło się przeciwstawić wariatce uzbrojonej w patelnię. Najbardziej jednak obawiałam się o łagodną i opiekuńczą Savannah. O sześć lat starsza ode mnie była niemal anielsko piękna i to właśnie ona prowokowała Irene do najstraszniejszych ataków. Budziła w ciotce większą furię niż Samuel i Cole razem wzięci. Tata włączył kierunkowskaz i miał już skręcić, jednak spojrzał jeszcze na mamę.
- Sharon, boję się, że tym razem to nie są czcze pogróżki - powiedział. Westchnął pokonany i zawrócił. Poczułam wielką ulgę i dopiero po chwili zauważyłam, jak przygnębiona jest mama. Ojciec po raz kolejny skapitulował przed manipulacją pierwszej żony.
Kiedy zbliżał się termin porodu, razem z rodzeństwem przygotowywałam się do wyjazdu do Short Creek. Wybieraliśmy się tam za każdym razem, gdy mama spodziewała się nowego dzidziusia albo gdy nasi krewni obchodzili jakieś święto. Short Creek, w skrócie nazywane przez miejscowych Creek, usytuowane było pośród olśniewających szkarłatnych urwisk południowego Utah. Na miejscu nie musieliśmy się już kryć, mogliśmy paradować pokrytymi czerwonym pyłem ulicami bliźniaczych miast - Hildale oraz Colorado City, a wkoło nas roiło się od ludzi tej samej wiary co my. Miejscowi traktowali naszą rodzinę z wielkim szacunkiem. Steedowie nie mogli co prawda poszczycić się korzeniami sięgającymi daleko w przeszłość, jednak za sprawą dużej rodziny dziadka byliśmy spokrewnieni z niemal wszystkimi ludźmi w mieście i okolicach. Dziadek Steed był poważanym mężczyzną żyjącym w poligamicznym związku. Przeżył naloty na swój dom, ale nie ucierpiała w nich ani jego rodzina, ani duma.
Zwykle zatrzymywaliśmy się w domostwie dziadka. Był to osobliwy budynek, do którego dodawano przybudówki, w miarę jak powiększała się rodzina i przybywało mieszkańców. Zaniedbany dom o poszarzałym otynkowaniu trudno było nazwać okazałym podług standardów normalnego świata, mnie jednak wydawał się piękny. Uwielbiałam wszystkie żony dziadka Steeda, a większość z nich traktowała nas naprawdę serdecznie. Sama nie domyśliłabym się, że mama Alice była matką mojej mamy, ponieważ wszyscy traktowali tam Alice niczym własną matkę. W domu zawsze był ktoś, komu można było usiąść na kolanach, a z wielkiej kuchni rozchodził się cudowny zapach przygotowywanych potraw.
Dwunastego czerwca 1982 roku, w dniu urodzin proroka, na świat przyszli bliźniacy - Joshua Roy Wall oraz Jordan Roy Wall. Nadanie takich, a nie innych imion noworodkom stanowiło podwójny prezent urodzinowy dla wujka Roya. Narodziny bliźniaków świętowała cała społeczność. Pomagająca przy porodzie akuszerka, ciotka Lydia, była żoną biskupa Hildale, Freda Jessopa. Nie miała wprawdzie wykształcenia medycznego ani nie doczekała się własnych dzieci, jednak miała wyjątkowy dar, dzięki któremu odbierała porody. Jej zdolności podziwiali miejscowi lekarze i pielęgniarki, a skorzystanie z jej pomocy sprawiło, że mogliśmy ukryć poród przed urzędnikami.
Joshua i Jordan byli pięknymi noworodkami i za każdym razem gdy na nich spoglądałam, ogarniało mnie słodkie uczucie czułości. Kiedy któryś zaczynał płakać, czułam, jak gwałtownie budzi się we mnie instynkt macierzyński. Bliźniacy zasługiwali, by ich życie było doskonałe, dlatego kiedy nadeszła pora, gdy musieliśmy opuścić azyl Hildale i wracać do domu w Salt Lake, poczuliśmy rozpacz.
- Mamo - spytała Christine, wyrażając głośno to, co pojawiło się w umysłach nas wszystkich. - Jak będziemy chronić dzidziusie?
Moja matka wzniosła ręce do nieba w geście wyrażającym frustrację.
- Kiedy ja dorastałam, nigdy nie musiałam czegoś takiego znosić. W naszym domu zawsze panował spokój.
Spojrzałyśmy na siebie z Christine, a w naszych szeroko otwartych oczach kryło się zdumienie. Po raz pierwszy nasza mama przyznała, że w domu dzieje się coś złego.
Myślałam o moich babciach. Eliza i Vilate nie żyły już, ale wciąż miałam mamę Olive, mamę Kloe, mamę Alice, mamę Cynthię oraz mamę Idę, i wszystkie one wspierały swoją córkę. Bracia i siostry mojej mamy byli dla niej najserdeczniejszymi przyjaciółmi, a najdroższa jej sercu była siostra Martha Steed Allred, która tak jak my mieszkała w Salt Lake. Ciocia Martha oraz jej siostra-współmałżonka były dla siebie miłe, a ich relacje stanowiły dla mnie wzór bliskości i wzajemnego szacunku, którego brakowało w rodzinie naszego ojca. Wujek Jim Allred był typem wyrozumiałego mężczyzny z wielkim poczuciem humoru. Patrząc na tę parę, zrozumiałam, że wielożeństwo nie musi oznaczać udręki, lecz może dawać radość.
Ostatniej nocy w domu dziadka kładłam się do łóżka wykończona po zabawie. Tego dnia przyjechał tata, żeby nazajutrz zabrać nas wszystkich z powrotem do Salt Lake. Zazwyczaj sypiałam jak kamień, ale tamtej nocy przekręcałam się z boku na bok i nie mogłam zmrużyć oka. Kiedy usłyszałam stłumione głosy w kuchni, zakradłam się po schodach na górę w nadziei, że uda mi się wyprosić u babci jakiś smakołyk.
Wtem znieruchomiałam, gdy rozpoznałam głos dziadka Steeda. Lubiłam go, ale był człowiekiem zasadniczym i natychmiast odesłałby mnie do łóżka. Już zamierzałam wrócić na dół, kiedy usłyszałam drżący głos mojej matki. Ciekawość zwyciężyła. Zakradłam się do kuchni i po cichutku wślizgnęłam pod stół.
- Tatusiu, nie wiesz, jak mi jest ciężko! - mówiła przez łzy mama. - Kiedy wychodzę z domu do pracy albo z mężem, nigdy nie wiem, czy po powrocie nie zastanę moich dzieci martwych. Jak mam narażać te dwie duszyczki na takie piekło?
To wszystko prawda! - chciałam zawołać, czując, jak budzi się we mnie nadzieja. No jasne, że dziadek Steed mógłby nam pomóc! Miał mocną pozycję w rodzinie i społeczności, należną przywódcom naszego Kościoła. Mógł zrobić, co tylko sobie zażyczy.
Gdy usłyszałam jego tubalny głos, niemal podskoczyłam ze strachu.
- Natychmiast przestań się mazgaić, Sharon! - ryknął. - Wracaj do domu i bądź posłuszna mężowi!
Po powrocie z dwoma nowymi domownikami do Salt Lake musieliśmy radzić sobie z jeszcze większą ilością obowiązków. Do moich ulubionych zadań należało zajmowanie się bliźniakami, jednak nie pozwalano mi jeszcze wyjmować ich z łóżka ani nosić na rękach. Nie mogłam się doczekać, kiedy będę taka duża jak Christine albo Savannah.
Jesienią dotarła do mnie najwspanialsza nowina - w pierwszej klasie miała mnie uczyć moja ukochana pani Garrett, przedszkolanka z Eastwood Elementary. Nie przeszkadzały jej moje niekończące się pytania ani wilczy apetyt, z jakim rzucałam się na nową wiedzę. Umiała skierować moją nieokiełznaną energię w dobrą stronę, zachęcając mnie do własnych poszukiwań i eksperymentów oraz nowych lektur. Dzięki jej dyskretnemu wsparciu łatwiej mi było znosić ataki szkolnych prześladowców, którzy ciągnęli mnie za warkocze i naśmiewali się z długich sukienek.
Tamtego roku uczyliśmy się o dinozaurach i początkach życia na Ziemi. Temat ten fascynował mnie, ale zszedł na dalszy plan po wizycie byłego astronauty, który był obecnie politykiem działającym w stanie Utah. Opowiedział o swym locie w kosmos, pokazał nam swój skafander kosmiczny, a nawet pozwolił skosztować sproszkowanych lodów, którymi raczyli się kosmonauci.
Pani Garrett wykorzystała entuzjazm, z jakim powitaliśmy niezwykłego gościa, do zapoznania nas z budową Układu Słonecznego. Każdego dnia chłonęłam tyle wiedzy, ile tylko mogłam, po czym pędem wracałam do domu. W rekordowo szybkim czasie wykonywałam codzienne obowiązki i odrabiałam lekcje, a następnie niecierpliwie czekałam na ojca. Oczywiście nie ja jedna. Tata pracował dla przemysłu kosmicznego, więc tym większą radość sprawiały mi chwile, kiedy mogłam porozmawiać z nim o tym, czego dowiedziałam się w szkole.
Podczas zakończenia roku szkolnego pożegnałam się z panią Garrett. Perspektywa wakacji była ekscytująca, choć w naszej rodzinie nikt nigdy nie był bezczynny - szczególnie dziewczynki. Mająca niespełna dwanaście lat Christine musiała już opiekować się ośmiorgiem młodszych dzieci, a to oznaczało niekończące się pranie, sprzątanie i gotowanie wielkich porcji jedzenia.
Tego lata wydarzyła się cała seria nadzwyczajnych wypadków, które miały na zawsze odmienić nasze życie. Mama nie chodziła do pracy, a kiedy obchodziliśmy pierwsze urodziny bliźniaków, znowu była w ciąży. Nowy dzidziuś dawał nam nadzieję, że ponownie na dłużej uwolnimy się od Irene. Radość bijąca od mamy, kiedy wesoło podśpiewując, krzątała się po domu, bardzo nas cieszyła.
W rodzinie Steedów muzyka zawsze zajmowała ważne miejsce. Przy każdej okazji nadal proszono ich, żeby swoim graniem uświetnili jakąś uroczystość. Pierwsi mormoni chętnie uprawiali sztukę oraz patronowali artystycznym przedsięwzięciom. Podtrzymywaliśmy tę tradycję, wystawiając dla naszych wiernych operetki, przedstawienia, musicale i organizując parady. Kiedy mama zaczęła spędzać całe dni w domu, w naszym życiu na dobre zagościła muzyka. Stała się dla mnie sferą nieporównywalnego z niczym wytchnienia i spokoju. Obudziła we mnie twórczy zapał, a równocześnie pozwalała zapomnieć o nieprzyjaznym świecie.
Christine zaczęła od gry na altówce, jednak potem przerzuciła się na skrzypce. Muzyka grana na instrumentach strunowych sprawiała, że czułam się jak w niebie. Wsłuchiwałam się w każdą nutę i zawsze wiedziałam, czy Christine fałszuje, czy gra poprawnie. Zapewne za sprawą przysłuchiwania się matce, gdy śpiewała słodkim głosem, obudził się we mnie jakiś nowy zmysł - miałam dobre ucho i umiałam ocenić tonację i tempo. Kiedy Christine ćwiczyła, siadałam obok niej i wystukiwałam rytm drewnianymi łyżkami.
Następnego lata przypadały moje ósme urodziny. W prezencie dostałam miniaturowe skrzypce. Była to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Przytulałam je, pilnowałam i chroniłam w taki sposób jak moich najmłodszych braciszków. Taki drogi podarunek był dla nas czymś niezwykłym, zwłaszcza że mama w tamtym czasie już nie pracowała, a rodzina była większa. Gdy na świat przyszedł Zach, było to dziesiąte dziecko mojej matki i dziewiętnaste ojca. Tym większe wrażenie zrobił na mnie tak niezwykły prezent.
W dniu moich urodzin, które obchodziłam razem z Trevorem, każdemu z nas podarowano piękne ciasto domowej roboty. Miałam na sobie śliczną używaną sukienkę ze sztucznego włókna. Kiedy pozowaliśmy z Trevorem do zdjęcia, rękaw sukienki zapalił się od urodzinowych świeczek. Ktoś szybko zdmuchnął płomień, jednak rękaw zdążył się stopić i poparzyć mi ramię. Na pierwszą lekcję gry na skrzypcach zjawiłam się więc obwiązana bandażami. Moją rękę pokrywały wielkie pęcherze, jednak nic sobie nie robiłam z bólu. Nikt nie mógł odebrać mi skrzypiec - grałam na nich bez przerwy, a nawet zabierałam do łóżka, które dzieliłam z Brittany, jednak w końcu przestała mi na to pozwalać.
Szybko nabrałam wielkiej wprawy w grze. Pomagała mi pani Guertler, mormonka ucząca gry na skrzypcach uczniów pochodzących z różnych środowisk. Tata pozwalał nam uczęszczać do niej na lekcje, mimo że nie żyła w rodzinie poligamicznej. Z czasem zaczął nazywać mnie małą wirtuozką i popisywał się moimi występami, gdy odwiedzał nas ktoś z Kościoła FLDS.
- Zagraj coś, Sis! - mówił, szczerząc zęby w uśmiechu. Wybierałam wtedy jakiś trudny utwór, przy którym wcześniej dużo ćwiczyłam, i zazwyczaj słuchacze byli zdumieni, że tak skomplikowaną melodię jest w stanie zagrać taka maleńka osóbka. Uwielbiałam dawać z siebie wszystko, by sprawić przyjemność tacie, i upajałam się jego pochwałami. Czasami rodzeństwo zarzucało mi nawet, że za bardzo się popisuję.
Kilka miesięcy później mama dostała eleganckie nowe pianino firmy Yamaha i od czasu do czasu znajdowała chwilę, żeby zagrać razem ze mną. Moja miłość do muzyki przeniosła się wtedy na pianino i zaczęłam ćwiczyć całymi godzinami. W takich momentach z góry rozlegał się krzyk Irene: "Niech ta Becky wreszcie przestanie!". Jestem przekonana, że moje rodzeństwo miało bardzo podobne marzenie. Magia muzyki wypełniła jednak moje życie światłem, a przy okazji otworzyła przede mną drzwi do pewnej krainy, o której dotąd nie miałam pojęcia.
Niecierpliwie czekając w domu pani Guertler przy Millcreek Way, aż nadejdzie moja kolej, przeglądałam numery "Reader's Digest" oraz inne czasopisma. Doznałam wstrząsu, gdy w moje ręce wpadły numery "Guideposts" (periodyku chrześcijańskiego) oraz "Ensign" (wydawanego przez LDS). Każdy numer przedstawiał przynajmniej jedną historię, w której darowano komuś życie i nadzieję. Nie mogłam pojąć, dlaczego Bóg wyciągał rękę do nieznających prawdy niewiernych chrześcijan, a także mormońskich zaprzańców, którzy się jej wyparli.
Pytania te, a wraz z nimi wiele innych, nie dawały mi spokoju, jednak szybko odkryłam, że z nikim nie należy dzielić się takimi wątpliwościami. Tymczasem moi rodzice podjęli doniosłą decyzję w kwestii naszej edukacji w wierze FLDS. Ich postanowienie miało zaważyć na życiu całej rodziny. Jesienią poprzedniego roku ja i moje rodzeństwo zostaliśmy "pobłogosławieni" możliwością uczęszczania do Alta Academy - elitarnej instytucji pedagogicznej, kształcącej dzieci z rodzin przestrzegających zasad wiary Kościoła FLDS. Szkoła mieściła się w olbrzymiej białej willi wujka Rulona Jeffsa na terenie jego posiadłości położonej u wylotu Little Cottonwood Canyon. Uważano ją za "Yale" naszego Kościoła, choć nauka w niej pozwalała zaliczyć tylko osiem klas i dopiero z czasem poszerzono program, tak by obejmował naukę do czwartej klasy szkoły średniej. Perspektywa ta budziła moją radość, gdyż w posiadłości wujka Rulona nie trzeba było liczyć się z tym, co pomyślą o nas ludzie nienależący do naszego Kościoła. Mieliśmy znaleźć się w tłumie innych dzieci ubranych w długie proste sukienki i koszule z długimi rękawami, bawiących się na dziedzińcu i będących sobą bez obawy, że staną się przedmiotem drwin. Po raz pierwszy wszystkie dzieci taty miały być nazywane "Wall", a nie używać już wstydliwego nazwiska "Wilson".
Przez całe życie chodziliśmy do kościoła znajdującego się na terenie tej posiadłości, ponieważ był to jedyny budynek FLDS w Salt Lake, który mógł w czasie niedzielnych mszy pomieścić wszystkich członków naszej wspólnoty. Gmach zaprojektował mój ojciec i jego zdaniem w chwili budowy było to największe domostwo przeznaczone dla jednej rodziny w całym stanie Utah. Dotychczas znałam tylko olbrzymie sale konferencyjne i kilka łazienek na parterze. Dopiero jako uczennica miałam okazję poznać wszystkie zakamarki budynku, łącznie z salami na drugim piętrze, gdzie między innymi znajdował się gabinet dyrektora, a także sale, w których odbywały się zajęcia z gospodarstwa domowego oraz warsztaty zajęć technicznych. Dom mieścił czterdzieści cztery sypialnie, dwadzieścia łazienek, dwie kuchnie, dwa aneksy kuchenne i dwie pralnie. Na samej górze mieszkała rodzina Jeffsów, której codzienne życie i wychowywanie dzieci utrudniały setki uczniów, uganiających się piętro niżej. W budynku były też specjalne pokoje pełniące funkcję sal porodowych. Kobietom z rodziny Jeffsów, szczególnie zaś drugim, trzecim i dalszym małżonkom, sugerowano, aby właśnie tutaj rodziły swe pociechy, tak by nie budzić podejrzliwości postronnych świadków. Nierzadko w drodze na lekcję słyszałam porodowe krzyki matek albo płacz noworodków.
Jako grzeczne pobożne dzieci musieliśmy zaprowadzić w naszym życiu wiele zmian, tak by uczynić zadość standardom obowiązującym całą wspólnotę Alta Academy. Odtąd mieliśmy też obowiązek wkładać pod ubranie długą bieliznę, dotychczas zarezerwowaną dla dorosłych. Uszyły ją dla nas mama razem z ciotkami, a ja im w tym pomagałam. Najważniejsze było ścisłe przestrzeganie wszystkich zasad obowiązujących w ośrodku.
Egzekwowaniem ich zajmował się dyrektor szkoły, Warren Jeffs, którego nazywaliśmy po prostu "pan Jeffs". Był synem Rulona Jeffsa i razem z naszym prorokiem, wujkiem Royem, należał do kierownictwa wspólnoty. Ledwie kilka lat po ukończeniu Jordan High School, w 1973 roku, Warren objął posadę dyrektora Alta Academy, mimo że nie miał wyższego wykształcenia. Pan Jeffs był dziwnym człowiekiem, jednak jego pozycja wymuszała szacunek uczniów. Był wątłej postury, a okulary nadawały jego piwnym oczom złośliwy wyraz. W towarzystwie swego ojca zachowywał się niezwykle uprzejmie i spijał mu z ust każde słowo. W salach Alta Academy przypominał jednak, kto tu rządzi. Często na jego twarzy gościł głupkowaty uśmieszek, więc łatwo było rozpoznać, kiedy zmieniał mu się humor. Pochmurniał, a jego miękki, niemal hipnotyczny głos stawał się nagle grobowo poważny.
Każdego ranka w wielkiej sali pod niskim sufitem braliśmy udział w nabożeństwie albo porannej lekcji. To tam wszyscy uczniowie musieli wysłuchiwać rozważań na temat doktryny Kościoła, prowadzonych przez pana Jeffsa, któremu niekiedy towarzyszył inny przywódca FLDS bądź sam prorok. Potem udawaliśmy się do klas, gdzie uczono nas właściwych dla naszego wieku przedmiotów. Po zakończeniu lekcji wracaliśmy do siebie i odrabialiśmy zadane tego dnia prace domowe. Zazwyczaj dostawaliśmy też kasety z wykładami pana Jeffsa dotyczącymi przerabianych akurat tematów. Codziennie mieliśmy sprawdziany, a dopóki się ich nie zaliczyło, trzeba było słuchać taśm z nagraniami. Słabe oceny ze sprawdzianów oznaczały, że daje się marne świadectwo Bogu.
Już dwa dni po rozpoczęciu nauki usłyszałam po raz pierwszy poważną przemowę pana Jeffsa na temat właściwego zachowania się chłopców i dziewcząt. Odniosłam wtedy wrażenie, że ma obsesję na punkcie upewniania się, że zachowujemy czystość.
- Pamiętajcie, że nie spuszczamy was z oka - mówił - i stale obserwujemy wasze relacje z osobnikami przeciwnej płci. Zgodnie z zaleceniami naszego proroka, prezydenta Leroya Johnsona, szczególnie zaś skierowanymi do chłopców, "Należy znajome dziewczęta traktować tak, jakby były wężami. Ręce zawsze trzeba trzymać przy sobie!". Dziewczęta natomiast powinny podchodzić do chłopców w taki sam sposób, aż do chwili, gdy prorok wskaże im ich przyszłych mężów.
Ponieważ podobnie jak moje siostry i przyjaciółki bardzo pragnęłam być dobrą pobożną dziewczyną i sprawić przyjemność prorokowi, wujkowi Royowi, zaczęłyśmy traktować chłopców, jakby rzeczywiście byli egzotycznymi, pokrytymi łuską zwierzętami o gadziej naturze. Stroniłyśmy nawet od naszych braci i kuzynów. Uciekałyśmy, gdy się zbliżali, nie chciałyśmy siadać z nimi przy jednym stole i uważałyśmy, żeby nie wdać się z nimi w rozmowę, zwłaszcza gdy w pobliżu był dyrektor.
Pan Jeffs przywiązywał wielką uwagę do stylu ubierania się kobiet i dziewcząt. Uczyłam się szycia, które okazało się ciężką pracą. Uważnie projektowałam sukienkę, starając się, aby była ładna i równocześnie postrzegana jako "skromna". Matka jednej z moich koleżanek uszyła córce piękną elegancką sukienkę, której obcisła górna część miała wyszczuplać talię. Koleżanka była zachwycona, lecz pan Jeffs zrugał ją i doprowadził do płaczu. Stwierdził rozsierdzony, że wcięcie w talii kieruje myśli "ku miejscu na ciele kobiety, gdzie myśli nie powinny się zapuszczać", a tym samym stanowi przejaw nikczemnej złej mody. Matka koleżanki, kobieta bogobojna, nie była w stanie wytłumaczyć córce, co złego pan Jeffs dostrzegł w sukience. Dziewczynka nigdy więcej już jej nie włożyła.
Każde dziecko w Alta Academy starało się zachowywać jak najlepiej. Niemal wszyscy byliśmy tam spokrewnieni, dlatego wiadomość o każdym wybryku natychmiast docierała tym lub innym kanałem do rodziców winowajcy i sprowadzała na niego wielki wstyd. Razem z rodzeństwem ze wszystkich sił, jakby od tego zależało nasze życie, staraliśmy się unikać wezwania do gabinetu dyrektora. Lękaliśmy się, że z głośników umieszczonych w każdym z siedemdziesięciu pokoi rozlegną się nasze imiona. Szybko się nauczyliśmy, żeby w klasie trzymać buzię na kłódkę, gdyż pan Jeffs najwyraźniej czerpał przyjemność z ośmieszania uczniów na forum.
Niestety, członkowie rodziny Wallów byli nieco bardziej ciekawscy i krnąbrni, szczególnie my, dzieci naszej mamy. Skupiałam się na nauce i pracach domowych, starałam się nie pakować w żadne kłopoty, jednak od czasu do czasu również u mnie ujawniały się te cechy. Zwłaszcza wtedy, gdy wiedziałam, że mam rację.
Podczas pierwszych dwóch lat nauki w Alta parokrotnie zdarzyło mi się pokłócić z panem Jeffsem. Do pierwszego spięcia doszło, gdy dyrektor opowiadał o dinozaurach. Widziałam na własne oczy kości dinozaurów, dotykałam ich i badałam, jednak teraz pan Jeffs zmuszał mnie, bym zaprzeczyła, jakoby kiedykolwiek istniały, i przyznała, że były kłamstwem wymyślonym przez jakiegoś świeckiego nauczyciela! W głębi duszy wiedziałam, że pani Garrett nie kładłaby mi do głowy żadnych bzdur, lecz mimo to, upokorzona, musiałam wymamrotać nakazaną formułkę i usiąść. Moja twarz płonęła, a po policzkach płynęły gorące łzy frustracji.
Za drugim razem nasza nauczycielka specjalnie wezwała do klasy pana Jeffsa, by powtórzył nam, że astronauci tak naprawdę nigdy nie wylądowali na Księżycu.
- Ale proszę pana - zawołałam - przecież na własne oczy widziałam astronautę! Dotykałam jego skafandra! Dał mi nawet swój autograf! - ciągnęłam, nie zwracając uwagi na grymas wykrzywiający twarz dyrektora. - Był w kosmosie i opowiadał nam o tym! Opowiedział, że Rosjanie pierwsi polecieli w kosmos, ale to Amerykanie jako pierwsi wylądowali na Księżycu!
- Państwo jest przebiegłe, panno Wall - warknął, a ja podskoczyłam, wyczuwając w jego głosie złowrogą nutę. Schylił głowę i przemawiał teraz protekcjonalnym tonem, tak jakby zwracał się do osoby, którą ktoś oszukał. - Nakręcili filmy i stworzyli kłamstwa, aby ludzie myśleli, że faktycznie doszło do lądowania na Księżycu.
- Ale...
- Twoja nauczycielka była niewierną - wypluł to słowo z taką złością, jakby było zatrute. - Nigdy więcej nie waż się o tym wspominać!
Wpatrywał się we mnie, a ja przez chwilę wytrzymałam jego spojrzenie, po czym pokonana oparłam głowę o ławkę. Pani Garrett nie była zła. Mój tata sprzedawał w imieniu firmy Morton Thiokol części do rakiet na paliwo stałe, stanowiących część wyposażenia promu kosmicznego! Ludzie naprawdę wylądowali na Księżycu! Wiedziałam jednak, że nie powinnam się teraz odzywać. Pewnego dnia pan Jeffs kazał mojemu koledze opuścić spodnie do kolan i na oczach całej klasy bił go krawieckim metrem do chwili, aż przyrząd pękł. Z przerażeniem słuchaliśmy płaczu chłopca, którego krzyki rozbrzmiewały w całym korytarzu. Nie chciałam, aby przydarzyło mi się to samo, co jemu.
Kiedy wreszcie odważyłam się podnieść głowę, pana Jeffsa nie było już w sali. Było mi przykro, że moi kuzyni i przyjaciele nigdy nie dowiedzą się o dinozaurach ani ludziach stawiających pierwsze kroki na Księżycu. Czułam potrzebę zbuntowania się, ale tak samo jak w domu, przetrwanie w szkole zależało od tego, czy nauczę się trzymać język za zębami.
W Alta uczyliśmy się kościelnej wersji historii, kościelnej wersji matematyki, kościelnej wersji angielskiego i przedmiotów ścisłych. Poziom nauki był tak dobrany, żeby dziewczynki umiały przeczytać przepis kulinarny i bezpiecznie pracować w kuchni, fabryce lub przedsiębiorstwie prowadzonym przez pobożnych mężczyzn, a chłopcy mogli zostać świetnymi cieślami lub budowlańcami. Na zajęciach gospodarstwa domowego pan Jeffs przykładał szczególną wagę do narzucenia młodym kobietom pewnych określonych zasad. Uważał, że najważniejsze jest, by dziewczęta z naszej grupy wiekowej odebrały "właściwe przygotowanie", i miałyśmy więcej lekcji na ten temat niż chłopcy i dorośli razem wzięci. Często poruszał krępujące tematy, nieodmiennie dodając napomnienia dotyczące moralności i czystości. Za każdym razem, gdy z jego ust padało słowo "ciało", czułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
Alta Academy miała też swoje jasne strony - jedną z jej zalet była usytuowana w piwnicy niewielka biblioteka. Dla mnie książki by-ły ważniejsze niż cukierki. Codzienne obowiązki i prace domowe nie pozostawiały zbyt wiele czasu na lekturę, ale i tak udawało mi się poczytać przygodowe książeczki dla dzieci z serii Encyclopedia Brown. Ich autor, Donald J. Sobol, pozwalał czytelnikom swoich opowiadań na pewną zadziwiającą rzecz, a mianowicie dawał im wybór! To ja, czytelniczka, mogłam wybrać, jak rozwinie się opowieść i jakie będzie zakończenie. Ponieważ wybory w życiu codziennym były bardzo ograniczone, wielką przyjemność sprawiała mi możliwość wyboru różnych zakończeń. Najlepsze w tym wszystkim było, że niezależnie od tego, co wybrałam, nigdy nie mogłam wybrać źle.
Pewnego dnia weszłam do pachnącego stęchlizną pomieszczenia biblioteki z zamiarem wymienienia książek. Uprzejmie przywitałam się z bibliotekarką, panią Dutson, odłożyłam przeczytane książki i podeszłam do półki, żeby odszukać kilka kolejnych tomów. Pani Dutson rzuciła mi gniewne spojrzenie.
- Nie myśl sobie, że wypożyczysz te książki!
Łzy napłynęły mi do oczu, zwiesiłam głowę i uciekłam. Kilka godzin później okazało się, że dyrekcja zarządziła przetrzebienie księgozbioru. Zniknąć miała większość książek, oczywiście dla dobra uczniów. Ponieważ chciałam przekonać się o tym na własne oczy, zeszłam do piwnicy i mój zdumiony wzrok padł na puste półki. Pozostały jedynie książki zatwierdzone przez duchowieństwo - głównie takie, które mogły nam się przydać przy odrabianiu prac domowych. Przepadły między innymi książki z serii Encyclopedia Brown. Opłakiwałam je tak, jakbym straciła najlepszą przyjaciółkę.
Przetrzebienie zbiorów bibliotecznych stanowiło zaledwie pierwszy krok planowanych czystek. Pan Jeffs oraz nauczyciele zaczęli bowiem bacznie przyglądać się informacjom napływającym do nas ze świata zewnętrznego i je eliminować. Z podręczników usuwano rysunki i inne przedstawienia egzotycznych zwierząt oraz różniących się od nas ludzi, tłumacząc, że są niczym "krokodyle jaja" pozostawione tam przez niewiernych - z pozoru niewinne, lecz w istocie stanowiące śmiertelne zagrożenie. W każdym podręczniku pojawiło się mnóstwo białych plam, a po jakimś czasie usunięto też pierwotny tekst, który zastąpiono napisanym specjalnie na nasz użytek. W salach lekcyjnych i konferencyjnych zdjęto ze ścian wszelkie dekoracje, pozostawiając jedynie portrety proroków, poczynając od Josepha Smitha, a kończąc na wujku Royu.
Na szczęście w domu mama pozwalała nam czytać niektóre świeckie książki, pod warunkiem że wcześniej sama zapoznała się z ich treścią i uznała, że jest to "pobożna" literatura. Na liście takich dozwolonych - a przynajmniej nie jawnie zakazanych - tytułów znalazły się Domek na prerii czy Ania z Zielonego Wzgórza.
Szczególną popularność w naszej wspólnocie zdobyła książeczka Bezpieczna kryjówka autorstwa Corrie ten Boom. Przedstawiała losy chrześcijańskiej rodziny przed nazistowską okupacją Holandii, w trakcie wojny oraz po wyzwoleniu. Mama zwoływała nas wszystkich, zanim poszliśmy spać, i czytała, jak to rodzina autorki ukrywała kilka osób pochodzenia żydowskiego w sekretnym pokoiku, nim dowiedziały się o tym władze niemieckie i zesłały wszystkich członków rodziny najpierw do więzienia w Scheveningen, potem zaś do Vught. Mama nawiązywała podczas lektury do historii naszej rodziny i nalotów w 1953 roku, wzmagając naszą wierność duchowieństwu oraz lęk przed władzami świeckimi. Poruszało to w nas pewną czuła strunę - wierzyliśmy, że wojsko jest niebezpieczne, rządowa kontrola nad społeczeństwem jest zła, a mormońskie rodziny zawsze są zagrożone.
Książka ta obudziła we mnie poważne rozterki natury filozoficznej i religijnej. Nie mieściło mi się w głowie, jak siostra Corrie mogła dostrzegać w pchłach znak opatrzności bożej - lęk przed insektami kazał trzymać się strażnikom z daleka, a dzięki temu więźniom nie groziła śmierć za lekturę Biblii. Czy to możliwe, aby nawet w najtrudniejszym położeniu przydarzały się cuda? Historie opowiadane przez mamę potwierdzały takie przypuszczenie, jednak nie mogłam pojąć, jak to możliwe, że przytrafiały się Żydom, a więc ludziom niewierzącym w wielożeństwo, a tym samym niebędącym dziećmi Bożymi. Dlaczego zatem Bóg miałby się w cudowny sposób objawiać w czasie Holokaustu? A przede wszystkim, skoro jest Bogiem miłosiernym, jak twierdziła Corrie, dlaczego przyzwolił na tak straszliwe cierpienia? Mój umysł zmagał się wówczas z tego typu pytaniami.
Historie opisane w książce odnosiłam również do własnych doświadczeń. Kobiety w obozie korzystały z jednej buteleczki z witaminami w kroplach, która w cudowny sposób nigdy się nie wyczerpywała. Również mormońscy pionierzy opowiadali setki podobnych historii, które słyszałam od dziecka. Musiałam jednak zadać sobie pytanie: Czy w takiej sytuacji podzieliłabym się z innymi swoimi witaminami? Miałam nadzieję, że tak, lecz nie byłam pewna. Postanowiłam, że będę brała pod uwagę potrzeby innych nawet w sytuacjach, gdy groziłoby mi to śmiercią. W przeciwnym razie jaki sens miałoby życie?
Gdy Irene dostała nowy kolorowy telewizor, tata dał mamie stary, śnieżący czarno-biały odbiornik telewizyjny. Zazwyczaj na ekranie wisiał ręcznik albo pranie i tylko czasami po szkole, gdy akurat nadawano "odpowiedni" program, mogliśmy pooglądać telewizję. W kościele wujek Roy wielokrotnie przestrzegał rodziny wiernych:
Wstydźcie się, rodzice, którzy pozwalacie, by niemoralność zagościła w waszych domach i zakradła się do serc waszych dzieci! Jednym ze sposobów, w jakie owo zło przedostaje się do domów, jest telewizja. (...) Jeśli pozwalacie nieprzygotowanym do tego dzieciom obcować ze złem, oglądać nagość i zepsucie, będą się w sposób naturalny skłaniały ku niemu.
Domek na prerii oraz pokazywane w niedzielę bajki Disneya zaliczano do bezpiecznych programów, podobnie jak Mister Rogers' Neighborhood i Ulicę Sezamkową, jednak te ostatnie prorok uznał w końcu za zbyt światowe i bałwochwalcze, gdyż wykorzystywane w nich lalki stanowiły, niczym rysunkowe wyobrażenia w bajkach, imitację Bożego stworzenia.
Telewizja pomagała matce zapanować nad temperamentem mojego rodzeństwa, co przydało się szczególnie w chwili, gdy niemowlak zaczynał dorastać, bliźniaki wykazywały się niespożytą energią, a w drodze było już kolejne, jedenaste dziecko. Ciotka Irene pożyczała nam filmy, między innymi Siedem narzeczonych dla siedmiu braci, Heidi, Podnieść kotwicę czy Brigadoon. Były to z reguły starsze filmy, zawsze przeznaczone dla dzieci. Udało nam się nawet obejrzeć kilka pełnometrażowych filmów animowanych. Z całego serca pokochałam Kopciuszka, Śpiącą królewnę oraz Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków. Oczywiście bajki te ukształtowały moją psychikę, tak jak każdej innej dziewczynki w moim wieku.
W głębi duszy marzyłam, że pewnego dnia zawróci mi w głowie jakiś przystojny książę, wyrwie mnie spod wpływu Irene i wywiezie gdzieś daleko, gdzie będziemy żyli długo i szczęśliwie. Nauczanie w naszym Kościele nie pozostawiało jednak złudzeń - to prorok obdarzony był wiedzą na temat tego, jaki mężczyzna będzie dla mnie idealnym mężem, takim, któremu się podporządkuję i dla którego zawsze będę miła. Mężczyzna taki był spełnieniem wszystkich marzeń, na jakie mogła sobie pozwolić dziewczyna wychowana w wierze FLDS.
Wiedziałam, że niezależnie od tego, jak mocno pragnęłam takiego spotkania, nie dane mi będzie poślubić młodzieńca, którego pocałunek wprawi mnie w zachwyt, tak jak pokazywano to na filmach. Najbardziej romantycznym scenariuszem, na jaki mogła skrycie liczyć dziewczyna należąca do FLDS, było zajęcie pozycji pierwszej małżonki i cieszenie się czasem sam na sam z mężem, zanim pojawią się kolejne żony i chmara dzieciaków. Nigdy nie odważyłyśmy się zdradzić z takimi marzeniami, jednak podobnie jak z witaminami w opowieści Corrie ten Boom, zachowanie męża tylko dla siebie byłoby moralnie naganne.
* * *
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji