Świadek śmierci - Nora Roberts

Kup ebooka

37.90 zł
31.46 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Mor­der­stwo od zara­nia dzie­jów budziło cie­ka­wość.

Prze­ra­żało, bywało wznio­słe, cza­sem wywo­ły­wało ponury uśmiech lub cichy smu­tek, ale zawsze i wszę­dzie fascy­no­wało, będąc pożywką dla sen­sa­cji, czy to w świe­cie real­nym, czy też w świe­cie fik­cji. Od wie­ków prze­cież zapew­niało one teatrom pełne widow­nie. Już sta­ro­żytni Rzy­mia­nie tło­czyli się przy wej­ściu do Kolo­seum, pra­gnąc zoba­czyć walki gla­dia­to­rów rąbią­cych się nawza­jem na krwi­ste kawałki. Uwiel­biali też, uroz­ma­ica­jąc sobie sza­rzy­znę dnia powsze­dniego, patrzeć na bez­bron­nych chrze­ści­jan, ocho­czo rzu­ca­nych na pożar­cie lwom. Odby­wało się to prze­cież przy wiwa­tach tłu­mów.

Wynik nie­rów­nej walki był bar­dziej niż oczy­wi­sty i nikomu tak naprawdę nie zale­żało na tym, by choć raz chrze­ści­ja­nie odnie­śli zwy­cię­stwo. Publicz­ność z góry znała roz­strzy­gnię­cie, pra­gnęła więc tylko krwi i rzezi.

Ludzie wra­cali do domów zado­wo­leni, prze­ko­nani, że dobrze wydali pie­nią­dze, a co naj­waż­niej­sze w takich momen­tach - czuli, że żyją. Obej­rzaw­szy akt mordu, mieli pod­stawy, by sądzić w głębi duszy, że ich pro­blemy nie są aż tak poważne.

Natura ludzka i potrzeba tego rodzaju roz­rywki nie zmie­niły się wiele w ciągu jed­nego czy dwóch tysiąc­leci. Lwy i chrze­ści­ja­nie dawno już prze­szli do lamusa histo­rii, ale w roku 2059, pod koniec zimy, mor­der­stwo na­dal sta­no­wiło sma­ko­witą pożywkę dla mediów. Oczy­wi­ście w bar­dziej cywi­li­zo­wa­nej niż przed wie­kami for­mie.

Pro­blemy zbrodni i kary sta­no­wiły kwin­te­sen­cję pracy porucz­nik Eve Dal­las, a mor­der­stwa inte­re­so­wały ją szcze­gól­nie. Tego wie­czoru pani porucz­nik zasia­da­jąc w prze­peł­nio­nym widzami teatrze, zamie­rzała jed­nak oglą­dać mor­der­stwo na niby, dla roz­rywki. Miało się ono roze­grać na deskach sceny.

- To on. On to zro­bił.

- Hm? - Roarke był w rów­nym stop­niu zain­te­re­so­wany samym przed­sta­wie­niem, jak i reak­cją żony. Ta oparł­szy ręce na lśnią­cej balu­stra­dzie loży hono­ro­wej, pochy­liła się do przodu i bursz­ty­no­wymi oczami czuj­nie obser­wo­wała prze­bieg akcji, grę akto­rów; jej pod­nie­ce­nie nie zmniej­szyło się nawet wów­czas, kiedy opa­dła kur­tyna i nastała prze­rwa.

- Vole. To on zabił tę kobietę. Dla jej pie­nię­dzy. Tak?

Roarke spo­koj­nie roz­lał do kie­lisz­ków chło­dzą­cego się na sto­liku szam­pana. Nie mógł wie­dzieć wcze­śniej, czy Eve spodoba się spek­takl będący zagadką kry­mi­nalną, i teraz cie­szył się, widząc, jak żona pod­dała się nastro­jowi.

- Może.

- Nie musisz mi mówić. I tak wiem. - Pod­nio­sła wąski kie­li­szek, przy­glą­da­jąc się twa­rzy męża.

Jest na co patrzeć, myślała. To naj­pięk­niej­sza męska twarz, wyrzeź­biona chyba przez cza­ro­dzieja. Na jej widok kobiece hor­mony stają się bar­dziej aktywne. Tę twarz opla­tały ciemne włosy, a mię­dzy kształt­nymi policz­kami przy­cią­gały uwagę silne, sta­now­cze i pełne usta, które teraz uło­żyły się w lekki uśmiech. Wycią­gnął dłoń o dłu­gich pal­cach, jak zwy­kle nie­dbale, by dotknąć jej wło­sów.

I te oczy, lśniące, nie­malże parzące nie­bie­sko­ścią, któ­rym na­dal uda­wało się spra­wiać, że jej serce biło szyb­ciej.

Nie­sa­mo­wite, ale ten męż­czy­zna jed­nym tylko spoj­rze­niem potra­fił wpły­nąć na tem­pe­ra­turę jej uczuć.

- Czemu się tak przy­glą­dasz?

- Lubię na cie­bie patrzeć. - Pro­ste zda­nie, wypo­wie­dziane z lek­kim irlandz­kim akcen­tem, miało olbrzy­mią siłę.

- Tak? - Prze­krzy­wiła głowę. Czuła się odprę­żona, uświa­do­miw­szy sobie, że ma przed sobą wolny wie­czór, który może z nim spę­dzić, cie­szyć się nim. Nie miała nic prze­ciwko temu, żeby gła­dził ją po ręce.

- Widzę, że masz ochotę na igraszki.

Roz­ba­wiony, odsta­wił kie­li­szek i, przy­glą­da­jąc się jej, prze­cią­gnął dło­nią po jej nodze do miej­sca na udzie, gdzie zaczy­nało się małe roz­cię­cie w spód­nicy.

- Świn­tuch. Prze­stań.

- Sama tego chcia­łaś.

- Nie masz wstydu - śmie­jąc się, zga­niła męża. Podała mu z powro­tem kie­li­szek.

- Połowa osób na widowni ma lor­netki skie­ro­wane w stronę naszej loży. Wszy­scy pra­gną oglą­dać sław­nego Roarke'a.

- O nie, patrzą na moją piękną żonę, która potra­fiła mnie usi­dlić, panią porucz­nik z wydziału zabójstw, tę, przez którą się ustat­ko­wa­łem.

Spoj­rzała na niego kpiąco, jak tego się spo­dzie­wał. Pochy­lił się i chwy­cił zębami jej dolną wargę.

- Rób tak dalej, a będziemy mogli sprze­da­wać bilety - ostrze­gła.

- Prze­cież wła­ści­wie na­dal jeste­śmy nowo­żeń­cami. A nowo­żeńcy mają prawo do publicz­nych piesz­czot.

- Nie opo­wia­daj, że cho­dzi ci o jakie­kol­wiek prawo. - Poło­żyła dłoń na jego piersi i odsu­nęła go na bez­pieczną odle­głość. - A więc udało ci się ich tu wszyst­kich ścią­gnąć. Zapewne tego się spo­dzie­wa­łeś. - Odwró­ciła się, żeby znowu popa­trzeć na widow­nię.

Nie wyzna­wała się na archi­tek­tu­rze ani na deko­ra­cji wnętrz, ale nie trzeba było spe­cja­li­sty, żeby zachwy­cić się luk­su­so­wym wnę­trzem. Była pewna, że Roarke wyna­jął naj­więk­sze umy­sły i talenty, żeby przy­wró­cić sta­remu budyn­kowi dawną świet­ność.

Ludzie pod­czas prze­rwy prze­cha­dzali się tam i z powro­tem po olbrzy­mim wie­lo­kon­dy­gna­cyj­nym teatrze, a ich roz­mowy zbi­jały się w jeden niski szum. Kre­acje nie­któ­rych osób zapie­rały dech w pier­siach, inni przy­wdziali codzienne stroje.

Eve wie­działa, że wyso­kie skle­pie­nia i kilo­me­try czer­wo­nego dywanu to pomysł Roarke'a. Każda z podej­mo­wa­nych przez niego inwe­sty­cji nosiła jakiś ślad jego inge­ren­cji. Brał udział w pro­jek­to­wa­niu wszyst­kiego, co posia­dał. A prze­cież nale­żało do niego pra­wie wszystko, co zna­czące w tym prze­klę­tym wszech­świe­cie, pomy­ślała z lekką iry­ta­cją. Do tego bogac­twa nie umiała się przy­zwy­czaić i szcze­rze wąt­piła, czy kie­dy­kol­wiek poczuje się z nim dobrze. Jed­nak Roarke'owi bogac­two nie prze­szka­dzało, a ona, skoro za niego wyszła, musiała się z tym godzić.

Przez ostatni rok, który minął od ich pierw­szego spo­tka­nia, dostali od losu po równo dobra i zła.

- To miej­sce jest naprawdę wspa­niałe. Holo­gra­ficzny model, który mi poka­zy­wa­łeś, nie zro­bił na mnie aż takiego wra­że­nia.

- Modele mają przed­sta­wiać jedy­nie ogólną struk­turę. Teatr ożywa dopiero wtedy, gdy znajdą się w nim ludzie, gdy wypeł­nia się ich zapa­chami i gło­sami.

- Wie­rzę ci na słowo. Dla­czego aku­rat tę sztukę wybra­łeś na otwar­cie?

- Bo to pory­wa­jące przed­sta­wie­nie, a jego temat jest ponad­cza­sowy. Miłość, zdrada, mor­der­stwo. Akcja roz­wija się stop­niowo, więc sztuka trzyma w napię­ciu.

- A przy tym wyraża twój gust. Tak czy ina­czej nie­odmien­nie uwa­żam, że winny jest Leonard Vole. - Zmru­żyw­szy oczy, spoj­rzała na mie­niącą się czer­wie­nią i zło­tem kur­tynę, jakby pra­gnęła prze­nik­nąć ją wzro­kiem. - Jego żona jest bar­dzo opa­no­wana, ale coś ukrywa. Praw­nik jest w porządku.

- Obrońca - popra­wił ją. - Akcja toczy się w Lon­dy­nie w poło­wie dwu­dzie­stego wieku. W tam­tych cza­sach i rejo­nach świata praw­nicy, wystę­pu­jący w imie­niu oskar­żo­nego, nazy­wali się obroń­cami.

- Wszystko jedno. Podo­bają mi się kostiumy.

- Są auten­tyczne i pocho­dzą naj­praw­do­po­dob­niej z tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego dru­giego roku. Świa­dek oskar­że­nia był wtedy prze­bo­jem kino­wym i - jak widać - prze­trwał próbę czasu. Był świet­nie obsa­dzony.

Oczy­wi­ście Roarke, który uwiel­biał czarno-białe filmy z początku XX wieku, miał ten utwór w swo­jej pry­wat­nej kolek­cji, nagrany na dys­kietce. Cho­ciaż, zda­niem nie­któ­rych, fabuła takich sta­rych dzieł jest zazwy­czaj zbyt pro­sta, wręcz infan­tylna, Roarke potra­fił jed­nak zoba­czyć w nich coś wię­cej. Wie­dział, że aku­rat w tym wzglę­dzie żona dorów­nuje mu spo­strze­gaw­czo­ścią.

- Reży­ser zro­bił dobrą robotę, dobie­ra­jąc akto­rów podob­nych do tych z ory­gi­nału, ale zacho­wu­ją­cych jed­nak swój styl - zauwa­żył. - Musimy kie­dyś obej­rzeć ten film, żebyś sama osą­dziła.

On także obser­wo­wał widow­nię. Mimo że bar­dzo go cie­szył ten wie­czór z żoną, to nie prze­sta­wał być biz­nes­me­nem i sztukę trak­to­wał jako inwe­sty­cję.

- Czuję, że będziemy ją długo wysta­wiać.

- Popatrz, Mira. - Eve wychy­liła się, dostrze­ga­jąc panią psy­cho­log z poli­cji jak zawsze bar­dzo ele­gancką. - Jest z mężem i chyba z grupą jakichś ludzi.

- Chcesz, żebym prze­słał jej wia­do­mość? Możemy po zakoń­cze­niu spek­ta­klu zapro­sić ją na drinka.

Eve zaczęła śli­zgać się wzro­kiem po mężow­skim pro­filu.

- Nie, nie dzi­siaj. Mam inne plany.

- Naprawdę?

- Tak. A co, czy to sta­nowi jakiś pro­blem?

- Skądże, żaden. - Dolał im szam­pana. - Pozo­stało jesz­cze kilka minut do roz­po­czę­cia kolej­nego aktu. - Powiedz mi, skąd ta pew­ność, że mor­dercą jest Vole.

- Bo jest taki nie­ska­zi­telny i gładki. Wpraw­dzie nie taki jak ty - dodała, czym skło­niła męża do kwa­śnego uśmie­chu. - O takich ludziach mówi się, że są jak - no, zapo­mnia­łam, aha... - jak far­bo­wane lisy. Ty nato­miast swoją gład­ko­ścią jesteś prze­peł­niony aż do szpiku kości.

- Kocha­nie, pochle­biasz mi.

- Tak czy ina­czej ten facet to ego­ista, wyko­rzy­stu­jący naiw­ność ludzką. Poza tym przy­stojni męż­czyźni, posia­da­jący piękne żony, nie ado­rują sta­rych i nie­atrak­cyj­nych kobiet, chyba że mają w tym jakiś inte­res. A tu cho­dzi o coś poważ­niej­szego niż sprze­daż wyna­le­zio­nych przez niego narzę­dzi kuchen­nych.

Migo­czące świa­tło zasy­gna­li­zo­wało koniec prze­rwy, więc Eve, sącząc szam­pana, roz­parła się wygod­nie w fotelu.

- Jego żona zna prawdę. Ona jest klu­czem do zagadki, nie on. Gdy­bym to ja pro­wa­dziła śledz­two, sku­pi­ła­bym się na niej. Tak, przepro­wa­dziłabym długą roz­mowę z Chri­stiną Vole.

- Widzę, że sztuka cię wcią­gnęła.

- Opiera się na cie­ka­wym pomy­śle.

Kur­tyna się pod­nio­sła, ale Roarke obser­wo­wał żonę, nie scenę.

Jest naj­bar­dziej fascy­nu­jąca ze wszyst­kich kobiet, myślał. Jesz­cze kilka godzin temu miała na sobie mun­dur popla­miony krwią, na szczę­ście nie wła­sną. Sprawa, w wyniku któ­rej krew zna­la­zła się na jej ubra­niu, zakoń­czyła się krótko po tym, jak się roz­po­częła. Eve zale­d­wie w godzinę udało się wyśle­dzić zabójcę i wydo­być od niego zezna­nia.

Nie zawsze jed­nak szło jej tak gładko. Walka o spra­wie­dli­wość czę­sto wysy­sała z niej ostat­nie siły, nie mówiąc już o tym, ile razy ryzy­ko­wała przy tym życie.

Upór to tylko jedna z wielu podzi­wia­nych przez niego wspa­nia­łych cech żony.

A teraz jest tutaj, tylko jego. Piękna, ubrana w ele­gancką czarną suk­nię i jak zawsze skromna. Z biżu­te­rii miała na sobie tylko dia­ment, który jej kie­dyś poda­ro­wał, a który teraz spły­wał mię­dzy jej pier­siami jak łza, no i oczy­wi­ście obrączkę.

Chło­nęła sztukę chłod­nym wzro­kiem poli­cjantki, zapewne ana­li­zu­jąc dowody, motywy i cha­rak­tery, tak jakby to czy­niła przy pro­wa­dze­niu wła­snego docho­dze­nia. Jak zwy­kle nie uma­lo­wała ust, ale jej wyra­zi­stej twa­rzy z dum­nie unie­sio­nym pod­bród­kiem nie było to potrzebne.

Patrzył jak usta żony zaci­skają się, jak mruży oczy, w któ­rych poja­wiło się szcze­gólne zain­te­re­so­wa­nie, ponie­waż na podium dla świad­ków sta­nęła Chri­stina Vole i nie­spo­dzie­wa­nie zaczęła skła­dać zezna­nia obcią­ża­jące czło­wieka, któ­rego nazy­wała swoim mężem.

- Ona coś knuje. Mówi­łam ci, że trzyma coś w zana­drzu.

Roarke pie­ścił pal­cami kark żony.

- Mówi­łaś.

- Ona kła­mie - mruk­nęła. - Nie do końca, ale czę­ściowo tak. Co z tym nożem? On się nim ska­le­czył. Ale to nie jest naj­waż­niej­sze. Nóż to tylko przy­krywka. Nie jest rze­czy­wi­stym narzę­dziem zbrodni, któ­rego, tak na mar­gi­ne­sie, nie włą­czono do reje­stru dowo­dów. To błąd. Ale jeśli się ska­le­czył, kro­jąc chleb - a wszy­scy wie­rzą, że tak było - po co im ten nóż?

- Ska­le­czył się umyśl­nie, żeby uwia­ry­god­nić krew na koszuli albo, tak jak twier­dzi, była to sprawa przy­padku.

- Zresztą nie­istotne, jak było. To tylko zasłona dymna. - Brwi Eve utwo­rzyły jedną linię. - Och, jest dobry - jej głos przy­brał gar­dłowy ton, zaczął wibro­wać nie­chę­cią, jaką czuła do Leonarda Vole'a. - Popatrz, jak stoi w... co to jest?

- Ława oskar­żo­nych.

- Tak, stoi tam, uda­jąc zaszo­ko­wa­nego i przy­bi­tego jej zezna­niem.

- A nie jest?

- Coś mi tu się nie zga­dza. Ale spró­buję to roz­wi­kłać.

Obser­wo­wała roz­wój akcji, jej nagłe nie­spo­dzie­wane zwroty, czu­jąc przy tym miły dresz­czyk pod­nie­ce­nia. Przed pozna­niem Roarke'a ni­gdy nie była w teatrze. Oczy­wi­ście od czasu do czasu oglą­dała tele­wi­zję albo dawała się wycią­gać swo­jej przy­ja­ciółce Mavis do holo­gra­ficz­nego kina, ale teraz musiała przy­znać, że oglą­da­nie gry akto­rów na żywo spro­wa­dza całe wido­wi­sko na wyż­szy poziom.

Miała nie­od­parte wra­że­nie, że pogrą­żona w mroku, patrząc w dół na scenę, jest czę­ścią przed­sta­wie­nia, jed­nak nie do tego stop­nia, żeby oba­wiać się koń­co­wego rezul­tatu.

Po pro­stu nie czuję się odpo­wie­dzialna, pomy­ślała. To nie do niej prze­cież zwró­ciła się z prośbą o pomoc bogata wdowa, która dała się naiw­nie wypro­wa­dzić w pole. Dzięki temu Eve mogła nie­źle się bawić, oglą­da­jąc, jak ktoś inny roz­wią­zuje zagadkę.

Jeśli przy­szłość poto­czy się po myśli Roarke'a - a rzadko bywa ina­czej - ta bogata wdowa będzie umie­rała na tej sce­nie sześć wie­czo­rów w tygo­dniu przez bar­dzo długi czas ku ucie­sze domo­ro­słych detek­ty­wów z widowni.

- On nie jest tego wart - mruk­nęła z roz­draż­nie­niem, na tyle pochło­nięta akcją, że poru­szało ją zacho­wa­nie boha­te­rów. - Ona się poświęca i udaje przed ławą przy­się­głych opor­tu­nistkę, zimną wyra­cho­waną zdzirę. Bo go kocha. Ale on na to nie zasłu­guje.

- Można by pomy­śleć - ode­zwał się Roarke - że raczej go w tej chwili zdra­dziła i ska­zała na szu­bie­nicę.

- E... Posłu­chaj, co mówi. Zeznaje tak, aby wyszło na to, że to ona jest zła. Na kogo patrzą teraz przy­się­gli? Na nią. Ona znaj­duje się w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia, nie on. Bar­dzo spryt­nie pomy­ślane. Gdyby cho­ciaż był tego wart... Czy ona tego nie rozu­mie?

- Oglą­daj dalej, a się dowiesz.

- Więc mi cho­ciaż powiedz, czy wła­ści­wie rozu­muję.

Pochy­lił się i poca­ło­wał ją w poli­czek.

- Nie.

- Nie? Mylę się?

- Nic wię­cej ci nie powiem, a jeśli nie prze­sta­niesz ze mną roz­ma­wiać, prze­ga­pisz ważne sceny.

Rzu­ciła mężowi złe spoj­rze­nie, nie­mniej zamil­kła, przy­glą­da­jąc się, jak dalej toczy się akcja. Oczy sta­nęły jej w słup, kiedy ogło­szono wer­dykt unie­win­nia­jący oskar­żo­nego. Ach, te ławy przy­się­głych, pomy­ślała z sar­ka­zmem. Nie można na tych ludziach pole­gać. Gdyby na miej­scu przy­się­głych zna­la­zło się dwu­na­stu zwy­czaj­nych poli­cjan­tów, natych­miast ska­za­liby sukin­syna. Wypo­wia­dała gło­śno tę myśl, patrząc zara­zem na Chri­stinę Vole prze­dzie­ra­jącą się przez nie­chętny jej tłum obser­wa­to­rów na sali sądo­wej.

Poki­wała głową z apro­batą, gdy kobieta na sce­nie przy­znała się przed obrońcą Vole'a do oszu­stwa.

- Ona wie­działa, że Vole jest winny. Wie­działa, ale skła­mała, chcąc go rato­wać. Idiotka. Prze­cież on ją i tak porzuci. Tylko patrz.

Eve spoj­rzała na śmie­ją­cego się gło­śno męża.

- Co cię tak roz­ba­wiło?

- Sądzę, że pani Chri­stie bar­dzo by cię polu­biła.

- A to kto, do cho­lery? Cicho. Idzie Vole. Zobacz, jaki jest pewny sie­bie.

Leonard Vole prze­szedł przez salę sądową wyraź­nie zado­wo­lony z wyroku unie­win­nia­ją­cego. Na jego ramie­niu opie­rała się szczu­pła bru­netka. Jesz­cze jedna kobieta, zdzi­wiła się Eve. A to nie­spo­dzianka. Widząc, że Chri­stina rzuca się w stronę Vole'a, zapewne pra­gnąc go objąć, Eve poczuła naj­pierw współ­czu­cie dla tej kobiety, potem złość na nią.

Patrzyła z odrazą, jak Vole aro­gancko odtrąca Chri­stinę, obser­wo­wała zdu­mie­nie i wyraz nie­do­wie­rza­nia w jej oczach, gniew sir Wil­freda. Tego się spo­dzie­wała, ale musiała przy­znać, że akto­rzy zagrali tę scenę per­fek­cyj­nie.

Nagle wstała.

- Cho­lera!

- Sia­daj. - Roarke roz­ra­do­wany zacho­wa­niem żony, pocią­gnął ją z powro­tem na fotel w tym momen­cie, gdy na sce­nie Chri­stina Vole porwała leżący na sto­liku z dowo­dami rze­czo­wymi nóż i wbiła go w serce nik­czem­nego męża.

- Cho­lera - powtó­rzyła Eve. - Tego się nie spo­dzie­wa­łam. Wymie­rzyła spra­wie­dli­wość.

No, no, pomy­ślał Roarke, Agata Chri­stie byłaby zachwy­cona reak­cją Eve. Sir Wil­fred powtó­rzył jej słowa. Wokół Chri­stiny Vole zebrała się grupa osób, pró­bu­ją­cych odcią­gnąć ją od leżą­cego męż­czy­zny.

- Coś mi się tu nie zga­dza. - Eve znowu pode­rwała się na nogi, ale teraz jej puls tęt­nił już innym ryt­mem. Ujęła mocno barierkę oby­dwiema dłońmi, a oczy wbiła w scenę. - Coś się stało. Jak mogę się tam dostać?

- Eve, to przed­sta­wie­nie.

- To nie jest gra. - Ode­pchnęła krze­sło i wybie­gła z loży. Roarke zoba­czył, że jeden z klę­czą­cych przy ciele sta­ty­stów pod­nosi się i wpa­truje z nie­do­wie­rza­niem w swoje zakrwa­wione ręce.

Dogo­nił żonę i chwy­cił ją za ramię.

- Tędy. Tam jest winda. Pro­wa­dzi pro­sto za kulisy. - Wystu­kał kod. Z pew­nej odle­gło­ści dobiegł ich krzyk kobiety.

- Czy tak jest napi­sane w sztuce? - zapy­tała Eve, gdy wsia­dali do windy.

- Nie.

- W porządku. - Wydo­była z torebki komu­ni­ka­tor. - Tu porucz­nik Eve Dal­las. Przy­ślij­cie karetkę. Teatr New Globe, róg Broad­way i Trzy­dzie­stej Ósmej. Stan ofiary i obra­że­nia na razie nie­znane.

Wrzu­ciła komu­ni­ka­tor z powro­tem do torebki. W tej samej chwili roz­su­nęły się drzwi windy i ich oczom uka­zała się scena pogrą­żona w cał­ko­wi­tym cha­osie.

- Zbierz wszyst­kich na zaple­czu i posta­raj się zapa­no­wać nad nimi. Nikt z obsługi i obsady nie może opu­ścić budynku. Policz ich, dobrze?

- Zajmę się tym.

Roz­dzie­lili się, Eve prze­ci­snęła się na scenę. Ktoś był na tyle przy­tomny, że spu­ścił kur­tynę, ale na­dal znaj­do­wało się tu co naj­mniej tuzin osób demon­stru­ją­cych różne odmiany histe­rii.

- Pro­szę się odsu­nąć - roz­ka­zała.

- Niech ktoś wezwie leka­rza. - Blon­dynka o zim­nym spoj­rze­niu, która grała żonę Vole'a, stała na środku, przy­ci­ska­jąc obie dło­nie do piersi. - Och, Boże. Niech ktoś spro­wa­dzi leka­rza.

Eve przy­kuc­nęła przy męż­czyź­nie leżą­cym twa­rzą zwró­coną do pod­łogi. Po sekun­dzie już wie­działa, że jest za późno na pomoc. Wstała i wycią­gnęła odznakę.

- Porucz­nik Eve Dal­las, poli­cja nowo­jor­ska. Pro­szę, żeby wszy­scy się cof­nęli. Niczego nie należy doty­kać i usu­wać ze sceny.

- To był wypa­dek. - Aktor, odtwórca roli sir Wil­freda, ścią­gnął z głowy perukę. Maki­jaż roz­pły­wał mu się na spo­co­nej twa­rzy. - Strasz­liwy wypa­dek.

Eve spoj­rzała w dół na kałużę krwi i wbity w ciało aktora aż po trzo­nek kuchenny nóż.

- Znaj­du­jemy się w miej­scu zbrodni. Pro­szę się nie zbli­żać. Gdzie, do dia­bła, jest ochrona?

Wycią­gnęła rękę i dotknęła ramie­nia kobiety, o któ­rej na­dal myślała jako o Chri­sti­nie Vole.

- Powie­dzia­łam, cof­nąć się. - Gdy spo­strze­gła, że z bocz­nego wej­ścia wycho­dzi Roarke w towa­rzy­stwie trzech umun­du­ro­wa­nych męż­czyzn, dała mu sygnał.

- Zabierz tych ludzi ze sceny. Odizo­luj ich w oddziel­nych pomiesz­cze­niach. Pew­nie są tu jakieś gar­de­roby lub coś w tym rodzaju. Niech ich ktoś pil­nuje. To samo doty­czy obsługi.

- Czy on nie żyje?

- Tak. W prze­ciw­nym wypadku musiałby otrzy­mać nagrodę aktora roku.

- Trzeba zapew­nić bez­pie­czeń­stwo publicz­no­ści. Miej to na uwa­dze.

- Zaj­mij się tym. Może uda ci się zna­leźć Mirę, przy­da­łaby mi się.

- Zabi­łam go. - Blon­dynka cof­nęła się dwa kroki, pod­no­sząc dło­nie i wpa­tru­jąc się w nie. - Zabi­łam go - powtó­rzyła i zemdlała.

- Wspa­niale. Roarke?

- Zajmę się nią.

- Pan - Eve wymie­rzyła pal­cem w pierś jed­nego ze straż­ni­ków - prze­pro­wa­dzi tych ludzi do gar­de­rób. I niech pan pil­nuje, żeby tam zostali. A pan - zwró­ciła się sta­now­czym tonem do następ­nego - zacznie zbie­rać pra­cow­ni­ków i tech­ni­ków. Obstaw­cie wyj­ścia. Nikogo nie wpusz­czać i nie wypusz­czać.

Jakaś kobieta zaczęła pła­kać, roz­le­gły się pod­nie­sione męskie głosy wyra­ża­jące sprze­ciw. Eve poli­czyła do pię­ciu, pod­nio­sła odznakę i krzyk­nęła:

- Pro­szę o spo­kój! Pro­wa­dzę tu docho­dze­nie i jeśli ktoś będzie mi je utrud­niał, zosta­nie prze­wie­ziony do naj­bliż­szego aresztu. A teraz pro­szę natych­miast opu­ścić scenę!

- Idziemy. - Bru­netka, która w sztuce poja­wiła się na końcu jako kochanka Vole'a, prze­szła obo­jęt­nie nad cia­łem zemdlo­nej Chri­stiny. - Niech dwóch sil­nych panów pod­nie­sie naszą gwiazdę. Muszę się cze­goś napić. - Rozej­rzała się dokoła chłod­nymi zie­lo­nymi oczami. - Czy to dozwo­lone, pani porucz­nik?

- Byleby nie w tym miej­scu.

Eve zado­wo­lona się­gnęła po komu­ni­ka­tor.

- Porucz­nik Eve Dal­las. - Ponow­nie przy­kuc­nęła przy ciele zmar­łego. - Przy­ślij­cie mi tu zaraz ekipę docho­dze­niową.

*

- Eve. - Przez scenę bie­gła dok­tor Mira. - Roarke powie­dział mi... - spoj­rzała na ciało i zamil­kła. - Wielki Boże - wes­tchnęła i popa­trzyła na Eve. - Co mogę zro­bić?

- Na razie nic. Nie mam przy sobie apa­ra­tury. Peabody jest już w dro­dze. Wezwa­łam ekipę docho­dze­niową i pogo­to­wie. Do czasu ich przy­jazdu jesteś tu leka­rzem i przed­sta­wi­cie­lem poli­cji. Przy­kro mi, że zepsu­łam ci wie­czór.

Mira potrzą­snęła głową i pochy­liła się nad zmar­łym.

- Uwa­żaj na krew. Zatrzesz ślady i znisz­czysz sobie suk­nię.

- Jak to się stało?

- Widzia­ły­śmy to samo. Odwo­łu­jąc się do wła­snej spo­strze­gaw­czo­ści, zary­zy­kuję stwier­dze­nie, że narzę­dziem zbrodni był nóż. - Eve roz­ło­żyła ręce. - Nie mam przy sobie nawet naj­prost­szych tore­bek do zabez­pie­cze­nia dowo­dów. Gdzie, do dia­bła, jest Peabody?

Zła, że dopóki nie zjawi się asy­stentka z potrzeb­nymi rze­czami, nie może roz­po­cząć praw­dzi­wych oglę­dzin, okrę­ciła się i dostrze­gła Roarke'a.

- Zastą­pisz mnie tu, Mira?

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, ruszyła w lewy róg sceny.

- Powiedz mi, jak miała wyglą­dać ta scena z nożem. Jak on działa? - zapy­tała męża.

- To atrapa. Ostrze chowa się, gdy się go wci­ska w twardą powierzch­nię.

- Ale tak nie stało się tym razem - mruk­nęła. - Ofiara? Jak brzmi jego praw­dziwe nazwi­sko?

- Draco. Richard. Bar­dzo gorący czło­wiek. Choć teraz pew­nie już znacz­nie ostygł.

- Czy dobrze go zna­łeś?

- Nie­zbyt. Widzie­li­śmy się kilka razy na grun­cie towa­rzy­skim. Znana mi jest przede wszyst­kim jego kariera zawo­dowa. - Roarke wło­żył ręce do kie­szeni i zaczął się huś­tać na pię­tach, przy­glą­da­jąc się oczom zmar­łego, w któ­rych ryso­wało się zdu­mie­nie. - Cztery razy zdo­był główną nagrodę Tony Awards, a filmy, w któ­rych grał, zbie­rały zawsze świetne recen­zje. Był gwiazdą kina i teatru już od kilku dobrych lat. Mówiło się o nim - cią­gnął - że jest nie­zno­śny, aro­gancki i dzie­cinny. Pod­ry­wacz. Lubił che­miczne środki pobu­dza­jące, które raczej nie znaj­dują się w poli­cyj­nym wyka­zie dozwo­lo­nych uży­wek.

- A kobieta, która go zabiła?

- To Are­ena Mans­field. Wspa­niała aktorka. Bar­dzo spo­kojna kobieta, całym ser­cem oddana zawo­dowi. Cie­szy się w krę­gach aktor­skich wiel­kim sza­cun­kiem. Mieszka i gra przede wszyst­kim w Lon­dy­nie, ale ze względu na tę sztukę prze­nio­sła się do Nowego Jorku.

- Kto ją do tego namó­wił?

- W pew­nym stop­niu ja sam. Znamy się od wielu lat. Ale - dodał wpy­cha­jąc ręce głę­biej w kie­sze­nie - nie spa­łem z nią.

- Nie pyta­łam o to.

- Ow­szem, pyta­łaś.

- Skoro tak, to bawimy się dalej. Dla­czego z nią nie spa­łeś?

Roarke uśmiech­nął się.

- Począt­kowo dla­tego, że była zamężna. Potem, gdy już jej stan cywilny się zmie­nił... - musnął pal­cem brodę Eve - ja z kolei się oże­ni­łem. Moja żona nie wyobraża sobie, że mógł­bym sypiać z innymi kobie­tami. Na ten temat ma bar­dzo wyraź­nie spre­cy­zo­wane poglądy.

- Zapa­mię­tam to sobie - zapew­niła, zasta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, co powinna w tym momen­cie zro­bić. - Znasz więk­szość akto­rów, a przy­naj­mniej coś o nich wiesz. Będę chciała poroz­ma­wiać z tobą na ich temat póź­niej. - Wes­tchnęła, przy­braw­szy ofi­cjalny ton.

- Nie ma sprawy. Czy wydaje ci się moż­liwe, że to był wypa­dek?

- Wszystko może się zda­rzyć. Naj­pierw jed­nak muszę zba­dać nóż. Nie mogę tknąć go pal­cem, dopóki nie zjawi się Peabody. Lepiej już idź do swo­ich ludzi i pod­trzy­muj ich na duchu. Miej oczy sze­roko otwarte.

- Czy zgła­szasz się z ofi­cjalną prośbą o pomoc w docho­dze­niu?

- Nie, nic z tych rze­czy. - Mimo tra­gicz­nych oko­licz­no­ści poczuła, że usta jej drżą, gotu­jąc się do uśmie­chu. - Popro­si­łam tylko, żebyś miał oczy sze­roko otwarte. - Stuk­nęła go pal­cem w pierś. - I nie wchodź mi w drogę. Jestem teraz na służ­bie.

Odwró­ciła się, sły­sząc za sobą cięż­kie stą­pa­nie. Taki odgłos wydają tylko buty poli­cyjne.

Te na nogach Peabody były tak wypu­co­wane, że Eve dostrze­gła ich połysk nawet ze sceny. Asy­stentka, ubrana w zapiętą pod szyję zimową kurtkę i czapkę poli­cyjną osa­dzoną na ciem­nych pro­stych wło­sach pod prze­pi­so­wym kątem, zbli­żała się do prze­ło­żo­nej zama­szy­stym kro­kiem.

Spo­tkały się przy ciele ofiary.

- Witam panią dok­tor - Peabody zwró­ciła się do Miry, po czym zer­k­nęła na leżą­cego denata i zasznu­ro­wała usta. - Wygląda na to, że przed­sta­wie­nie pre­mie­rowe się udało.

Eve wycią­gnęła rękę po służ­bową torbę z przy­bo­rami, potrzeb­nymi do zabez­pie­cze­nia śla­dów zbrodni.

- Włącz magne­to­fon, Peabody.

- Tak jest. - Roz­grzana świa­tłem jupi­te­rów asy­stentka zrzu­ciła z sie­bie kurtkę, zwi­nęła ją i odło­żyła na bok. Następ­nie przy­mo­co­wała mikro­fon magne­to­fonu do koł­nie­rzyka mun­duru.

- Gotowe - zawia­do­miła Eve, wkła­da­jącą w tym momen­cie ochra­nia­cze na ręce i nogi.

- Porucz­nik Eve Dal­las, z miej­sca zbrodni, scena teatru New Globe. Asy­stują inspek­tor Delia Peabody i dok­tor Char­lotte Mira. Ofiara nazywa się Richard Draco, jest męż­czy­zną rasy mie­sza­nej, wiek około pięć­dzie­siątki.

Rzu­ciła Peabody plik tore­bek słu­żą­cych do prze­cho­wy­wa­nia w nich dowo­dów prze­stęp­stwa.

- Przy­czyną zgonu jest pchnię­cie nożem, poje­dyn­cza rana. Ilość krwi wska­zuje na to, że nóż tra­fił w serce.

Przy­kuc­nęła i wyjęła nóż z ciała.

- Rana została zadana narzę­dziem wyglą­da­ją­cym na zwy­kły kuchenny nóż o ostrzu dłu­go­ści około sze­ściu cen­ty­me­trów.

- Zmie­rzę go i zapie­czę­tuję, pani porucz­nik.

- Jesz­cze nie - mruk­nęła Eve. Przez chwilę przy­glą­dała się nożowi, następ­nie się­gnęła po mikro­oku­lary i znowu uważ­nie go obej­rzała. - Wstępne oglę­dziny nie wska­zują ist­nie­nia mecha­ni­zmu do cofa­nia się. To nie jest atrapa.

Prze­su­nęła oku­lary na czoło.

- Jeśli to nie atrapa, to nie można mówić o wypadku. - Prze­ka­zała nóż Peabody. - Mamy więc do czy­nie­nia z mor­der­stwem.

Rozdział 2

2

- Potrze­buję two­jej pomocy - powie­działa Eve do dok­tor Miry. Ekipa zdej­mu­jąca odci­ski zakoń­czyła już pracę na sce­nie, a ciało Draca umiesz­czone w folio­wej tor­bie poli­cyj­nej znaj­do­wało się w dro­dze do kost­nicy.

- Co mogę dla cie­bie zro­bić?

- Kil­ku­na­stu funk­cjo­na­riu­szy spi­suje nazwi­ska i adresy widzów. - Nie chciała myśleć o nad­go­dzi­nach i górach papier­ko­wej roboty, które będą towa­rzy­szyły prze­słu­cha­niu ponad dwóch tysięcy świad­ków. - Chcia­ła­bym jed­nak zacząć prze­słu­cha­nia od akto­rów, aby jak naj­szyb­ciej ich wypu­ścić. Ina­czej zaczną mnie stra­szyć adwo­ka­tami.

Na oczach publicz­no­ści, myślała, przy­glą­da­jąc się sce­nie i rzę­dom wyście­ła­nych mięk­kim wel­we­tem foteli, w któ­rych jesz­cze nie­dawno sie­dzieli pochło­nięci prze­bie­giem akcji widzo­wie.

Zabójca dobrze sobie wszystko obmy­ślił.

- Twoja obec­ność działa kojąco - cią­gnęła. - Zależy mi, żebyś uspo­ko­iła Are­enę Mans­field.

- Zro­bię, co będę mogła.

- Dzię­kuję. Peabody, ty zosta­jesz ze mną.

Prze­szła przez scenę w stronę kulis. Krę­cili się tam przede wszyst­kim poli­cjanci. Cywili albo pouty­kano po poko­jach, albo zbili się w małe bez­radne grupki.

- Czy mamy jakieś szanse, żeby utrzy­mać do rana prasę z daleka?

Peabody spoj­rzała na prze­ło­żoną powąt­pie­wa­jąco.

- Raczej zerowe.

- Halo, poste­run­kowy. - Eve poma­chała do jed­nego z funk­cjo­na­riu­szy. - Pro­szę posta­wić straż przy każ­dym wyj­ściu.

- Już to zro­bi­li­śmy.

- Ustaw­cie też kogoś wewnątrz. Nikomu nie wolno opu­ścić budynku, nawet poli­cjan­towi. Nikogo nie wpusz­czaj­cie, zwłasz­cza dzien­ni­ka­rzy. Zro­zu­miano?

- Tak jest.

Za kuli­sami cią­gnął się kory­tarz. Eve poszła tam i popa­trzyła na rząd drzwi, nieco roz­ba­wiona zło­tymi gwiaz­dami przy­twier­dzo­nymi do nie­któ­rych z nich. Odczy­ty­wała tabliczki z nazwi­skami i w końcu zatrzy­mała się przed tą z nazwi­skiem Mans­field. Zapu­kała tylko raz, po czym weszła.

Unio­sła wysoko brwi, widząc Roarke'a sie­dzą­cego na nie­bie­skiej leżance i trzy­ma­ją­cego za rękę Are­enę.

Aktorka jesz­cze nie usu­nęła sce­nicz­nego maki­jażu i choć łzy wyrzeź­biły w nim ciemne smugi, na­dal jej uroda budziła zachwyt. Spoj­rzała w stronę wcho­dzą­cej Eve i w jej oczach natych­miast poja­wił się strach.

- O Boże, o mój Boże. Będę aresz­to­wana?

- Zadam pani tylko kilka pytań, pani Mans­field.

- Nie pozwo­lili mi się prze­brać. Powie­dzieli, że nie wolno. Jego krew. - Dło­nie gwiazdy zło­żone w pię­ści drżały. - Nie mogę tego znieść.

- Przy­kro mi. Dok­tor Mira, pro­szę pomóc pani Mans­field pozbyć się kostiumu. Peabody go spa­kuje.

- Oczy­wi­ście.

- Roarke, pro­szę, wyjdź. - Eve odwró­ciła się do drzwi i otwo­rzyła je.

- Nie martw się Are­eno, pani porucz­nik wszystko wyja­śni. - Uści­snął rękę kobiety, wstał i prze­szedł obok żony.

- Pro­si­łam cię, żebyś miał oczy otwarte, a nie żebyś się przy­mi­lał do podej­rza­nych.

- Uspo­ka­ja­nie roz­hi­ste­ry­zo­wa­nej kobiety nie należy do naj­mil­szych zajęć. - Gło­śno wypu­ścił powie­trze. - Przy­dałby mi się kie­li­szek brandy.

- Więc jedź do domu i napij się. Nie wiem, jak długo mi tu jesz­cze zej­dzie.

- Myślę, że to, czego mi trzeba, znajdę na miej­scu.

- Lepiej wra­caj do domu - powtó­rzyła. - Nic tu po tobie.

- Nie ma mnie na liście osób podej­rza­nych - zaczął spo­koj­nie - za to jestem wła­ści­cie­lem tego teatru, sądzę więc, że mam prawo sam zade­cy­do­wać o tym, czy zostać, czy nie.

Musnął pal­cem poli­czek żony i opu­ścił gar­de­robę.

- Jak zawsze - mruk­nęła, zamy­ka­jąc za nim drzwi.

Rozej­rzaw­szy się dokoła, doszła do wnio­sku, że bogate i obszerne pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wała, myl­nie nazy­wano gar­de­robą. Przede wszyst­kim rzu­cała się w oczy długa kre­mowa toa­letka, na któ­rej w rów­nym rzę­dzie stały roz­liczne sło­iczki, tubki i bute­leczki. Sze­ro­kie potrójne lustro oświe­tlone było podłuż­nymi żarów­kami.

W pokoju stała też sofa, kilka wygod­nych krze­se­łek, auto­ku­charz, lodówka oraz kom­pu­ter i mały wide­ofon. W sza­fie ścien­nej, któ­rej drzwi były teraz roz­su­nięte, wisiały kostiumy i cywilne ubra­nia. I tu też, podob­nie jak na toa­letce, pano­wał wzo­rowy porzą­dek.

Na każ­dym sto­liku, a także w kilku miej­scach na pod­ło­dze stały duże wazony z kwia­tami, któ­rych mocny zapach przy­wo­dził Eve na myśl cere­mo­nię zaślu­bin. Albo pogrzeb.

- Dzię­kuję. Dzię­kuję pani bar­dzo. - Are­ena drżała lekko, kiedy Mira poma­gała jej wło­żyć długą białą suk­nię. - Nie wiem, ile jesz­cze potra­fi­ła­bym znieść ten... Chcia­ła­bym zmyć maki­jaż. - Się­gnęła dło­nią gar­dła. - Chcia­ła­bym poczuć się sobą.

- Pro­szę bar­dzo. - Eve usia­dła w jed­nym z wygod­nych krze­seł. - To prze­słu­cha­nie będzie nagry­wane. Czy pani rozu­mie?

- Niczego nie rozu­miem. - Are­ena usa­do­wiła się na wyście­ła­nym sto­łeczku przed toa­letką. - Mam wra­że­nie, że śpię, a mój umysł nie nadąża za wyda­rze­niami.

- To wła­ściwa reak­cja - zapew­niła ją dok­tor Mira. - W takich sytu­acjach dobrze jest opo­wie­dzieć ze szcze­gó­łami o wyda­rze­niu, które spo­wo­do­wało szok. To pozwala oswoić się z emo­cjami i w rezul­ta­cie zmniej­szyć ich natę­że­nie.

- Tak, chyba ma pani rację. - Are­ena, patrząc w lustro, prze­nio­sła wzrok na Eve. - Chce mi pani zada­wać pyta­nia i ma to być zare­je­stro­wane. Dobrze, chcę mieć to już za sobą.

- Włącz magne­to­fon, Peabody. Porucz­nik Eve Dal­las, prze­słu­chuję Are­enę Mans­field, znaj­du­jemy się w jej gar­de­ro­bie w teatrze New Globe. Obecni są inspek­tor Delia Peabody i dok­tor Char­lotte Mira.

Pod­czas gdy Are­ena zmy­wała z twa­rzy maki­jaż, Eve wyre­cy­to­wała for­mułkę o jej pra­wach i obo­wiąz­kach.

- Pro­szę potwier­dzić, że mnie pani zro­zu­miała, pani Mans­field.

- Tak. To następna część kosz­maru. - Zamknęła oczy, pró­bu­jąc wyobra­zić sobie roz­le­głe, kojące łąki. Widziała tylko krew. - Czy on naprawdę nie żyje? Czy Richard naprawdę nie żyje?

- Tak.

- Zabi­łam go. Pchnę­łam nożem. - Jej cia­łem od ramion w dół wstrzą­snął dreszcz. - Wie­lo­krot­nie - cią­gnęła, otwie­ra­jąc oczy i napo­ty­ka­jąc w lustrze wzrok Eve - przy­naj­mniej tuzin razy powta­rza­li­śmy tę scenę. Bar­dzo się sta­ra­li­śmy, by nadać jej odpo­wied­nią eks­pre­sję. Co się stało? Dla­czego nóż się nie scho­wał? - W oczach aktorki po raz pierw­szy poja­wił się błysk gniewu. - Jak mogło do tego dojść?

- Pro­szę mnie przez to prze­pro­wa­dzić. Przez tę scenę. Jest pani Chri­stiną. Ochra­niała pani męża, kła­mała ze względu na niego. Zruj­no­wała się pani dla niego. Potem, po tylu poświę­ce­niach, on panią odtrąca i odcho­dzi z inną, młod­szą kobietą.

- Kocha­łam go. Mia­łam obse­sję na jego punk­cie - mój kocha­nek, mój mąż, moje dziecko, wszystko w jed­nej oso­bie. - Unio­sła ramiona. - Chri­stina kochała Leonarda Vole'a ponad wszystko. Wie­działa, jaki jest i co zro­bił. Ale to nie miało dla niej zna­cze­nia. Odda­łaby za niego życie, tak głę­boka i obse­syjna była jej miłość.

Już spo­koj­niej­sza Are­ena wyrzu­ciła do kosza zużyte chu­s­teczki i okrę­ciła się na sto­łeczku. Miała twarz bladą jak prze­ście­ra­dło, oczy czer­wone i opuch­nięte, a jed­nak na­dal była piękna.

- W takim momen­cie zro­zu­mie ją każda kobieta sie­dząca na widowni. Nawet jeśli nie prze­żyła podob­nej miło­ści, w głębi duszy pra­gnie jej doświad­czyć. Więc kiedy do Chri­stiny dociera wresz­cie, że po tym wszyst­kim, co zro­biła dla męża, on z taką obo­jęt­no­ścią ją porzuca, kiedy w końcu poj­muje, kim on naprawdę jest, chwyta za nóż.

Are­ena unio­sła dłoń zło­żoną w pięść, tak jakby ści­skała w niej trzo­nek noża.

- Roz­pacz? Nie, ona jest czło­wie­kiem czynu. Ni­gdy nie była pasywna. To nakaz chwili, impuls, prze­szy­wa­jący ją aż do szpiku kości. Wbija w niego nóż i zara­zem go obej­muje. Miłość i nie­na­wiść, oby­dwa te uczu­cia w swej skraj­nej for­mie roz­szar­pują w tej jed­nej chwili jej serce.

Spoj­rzała na unie­sioną dłoń i wtedy dłoń zaczęła drżeć.

- Boże! Boże! - Nagłym zry­wem zwró­ciła się do szu­flady przy toa­letce i otwo­rzyła ją.

Eve pode­rwała się, a jej ręka zamknęła się sta­now­czo na nad­garstku aktorki.

- To... to... papie­ros - wyją­kała Are­ena. - Wiem, że nie wolno tu palić, ale ja muszę. - Ode­pchnęła dłoń poli­cjantki. - Do cho­lery, muszę zapa­lić!

Eve zaj­rzała do szu­flady. Leżała tam paczka dro­gich papie­ro­sów.

- To się nagrywa. Takie zacho­wa­nie jest nie­do­pusz­czalne. - Ale odsu­nęła się.

- Moje nerwy. - Are­ena bez­sku­tecz­nie moco­wała się z zapal­niczką. Dok­tor Mira pode­szła do niej i deli­kat­nie podała jej ogień. - Dzię­kuję. - Aktorka zacią­gnęła się mocno, po czym powoli wypu­ściła dym. - Prze­pra­szam. Na co dzień nie jestem taka... miękka. Teatr bar­dzo szybko roz­pra­wia się z mię­cza­kami.

- Wyśmie­ni­cie daje sobie pani radę - pocie­szyła ją Mira cichym i spo­koj­nym gło­sem. - Roz­mowa z porucz­nik Dal­las pani pomoże.

- Nie wiem, co mam mówić. - Are­ena popa­trzyła ufnie na Mirę, na co Eve raczej nie mogła liczyć. - To się po pro­stu zda­rzyło.

- Gdy pod­nio­sła pani nóż - prze­rwała jej Eve - czy zauwa­żyła pani w nim coś dziw­nego?

- Dziw­nego? - Aktorka zamru­gała oczami, ponow­nie sku­pia­jąc wzrok na poli­cjantce. - Nie. Znaj­do­wał się tam, gdzie miał być, trzon­kiem zwró­cony w moją stronę, żebym nie tra­ciła czasu, pod­no­sząc go, a ruch wbi­ja­nia został wyko­nany szybko i bez prze­szkód. Chwy­ci­łam go, chwilę przy­trzy­ma­łam, żeby widow­nia mogła zoba­czyć ostrze. Miało na nie paść świa­tło, tak aby stal zalśniła. Potem pchnę­łam. Od stołu do Richarda były tylko dwa kroki. Chwy­ci­łam go za ramię powy­żej łok­cia, lewą ręką. Przy­trzy­ma­łam. Odsu­nę­łam prawą rękę... a potem zada­łam cios - skoń­czyła po następ­nym głę­bo­kim zacią­gnię­ciu się papie­ro­sem. - Wów­czas pod wpły­wem ude­rze­nia powinna roze­rwać się torebka ze sztuczną krwią. Następ­nie mie­li­śmy stać jakiś czas bli­sko sie­bie i dopiero po chwili reszta akto­rów miała pod­biec do mnie i pró­bo­wać mnie odcią­gnąć.

- Co panią łączyło z Richar­dem Dra­kiem?

- Słu­cham? - Oczy Are­eny zalśniły zdzi­wie­niem.

- Co łączyło panią z Dra­kiem? Pro­szę opi­sać wasz zwią­zek.

- Z Richar­dem? - Are­ena zaci­snęła usta, a jej dłoń wędro­wała mię­dzy pier­siami w górę i w dół, aby następ­nie zbli­żyć się do gar­dła, co mogło spra­wiać wra­że­nie, że słowa, które miały się przez nie prze­ci­snąć, utknęły tam i powo­do­wały ból. - Znamy się od kilku lat, pra­co­wa­li­śmy ze sobą już wcze­śniej, ostat­nio w Lon­dy­nie przy pro­duk­cji Twice Owned.

- A kon­takty oso­bi­ste?

Are­ena zawa­hała się. Trwało to sekundę, nie­mniej Eve dostrze­gła tę chwilę zasta­no­wie­nia i zano­to­wała w pamięci.

- Byli­śmy dość zaprzy­jaź­nieni - odparła aktorka. - Jak powie­dzia­łam, znamy się od lat. Ostat­nio media lon­dyń­skie wymy­śliły sobie romans mię­dzy nami. Ponie­waż gra­li­śmy w sztuce, która była roman­sem, w sumie cie­szył nas ten roz­głos. Dzięki niemu bilety lepiej się sprze­da­wały. Wtedy byłam mężatką, ale to nikomu nie prze­szka­dzało opo­wia­dać o mnie i Richar­dzie nie­stwo­rzone rze­czy. Bawiło nas to.

- Ale nie było prawdą?

- Byłam zamężna, a poza tym na tyle roz­sądna, żeby wie­dzieć, że Richard nie jest typem męż­czy­zny, dla któ­rego warto roz­bi­jać mał­żeń­stwo.

- Ponie­waż?

- Jest wyśmie­ni­tym akto­rem. Był - popra­wiła się, prze­ły­ka­jąc z tru­dem ślinę i zacią­ga­jąc się gasną­cym już papie­ro­sem. - Ale nie był naj­lep­szym czło­wie­kiem. Och, wiem, że to brzmi okrut­nie. - Znowu poło­żyła rękę na gar­dle. - Czuję się okrop­nie, mówiąc to, ale ja... ja chcę być szczera. Boję się. Prze­raża mnie, że pani pomy­śli, iż pra­gnę­łam tego, co się stało.

- W tym momen­cie sta­ram się nie myśleć, tylko słu­cham. Pro­szę opo­wie­dzieć mi o Richar­dzie Dracu.

- Dobrze, dobrze. - Nabrała powie­trza, a następ­nie zaczęła ssać papie­rosa, jakby to była słomka do napo­jów. - Zresztą jeśli nie ja, to inni pani powie­dzą. Richard dbał tylko o sie­bie. Był typo­wym ego­cen­try­kiem, jak wielu... więk­szość z nas w tym śro­do­wi­sku. Nie mia­łam mu tego za złe. I cie­szy­łam się moż­li­wo­ścią pracy z nim.

- Czy zna pani kogoś, kto podob­nie jak pani nie uwa­żał go za naj­lep­szego czło­wieka, a przy tym miał mu to za złe?

- Wydaje mi się, że Richard obra­ził lub zra­nił wszyst­kich pra­cu­ją­cych nad tym spek­ta­klem. - Przy­ci­snęła palce do kącika oka, jakby chcąc zmniej­szyć rosnące w nim ciśnie­nie. - Oczy­wi­ście sły­sza­łam plotki o kłót­niach, skargi, ciche prze­kleń­stwa i gro­że­nie. To prze­cież teatr.

*

Eve szybko nabrała prze­ko­na­nia, że teatr to sku­pi­sko pomy­leń­ców. Akto­rzy zale­wali się łzami, wygła­szali wznio­słe mowy w sytu­acji, gdy każdy, nawet mierny adwo­kat, pora­dziłby im odpo­wia­dać tylko tak lub nie, a następ­nie nabrać wody w usta. Oni jed­nak namięt­nie roz­pra­wiali o śmierci kolegi, a wielu udało się uczy­nić z niej dra­mat, w któ­rym sobie przy­dzie­lili główną rolę.

- W dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach wszystko to są bred­nie, Peabody.

- Domy­ślam się. - Peabody oglą­dała pomiesz­cze­nie za kuli­sami, pró­bu­jąc zaj­rzeć we wszyst­kie kąty naraz. - Ale nie­które rze­czy mi się podo­bają. Te świa­tła, holo­gra­ficzne obrazy i kostiumy. Są naprawdę cie­kawe, jeśli lubi się stroje z innej epoki. Czy nie uwa­żasz, że to musi być wspa­niałe uczu­cie stać na sce­nie przed taką masą ludzi?

- Raczej prze­ra­ża­jące. Chyba zwol­nimy publicz­ność, zanim co ponie­któ­rzy zaczną nam przy­po­mi­nać o przy­słu­gu­ją­cych im pra­wach oby­wa­tel­skich.

- Nie­na­wi­dzę tego.

Eve uśmiech­nęła się kpiąco, prze­glą­da­jąc notat­nik.

- Rysuje się nam tu inte­re­su­jący obraz ofiary. Nikt tak naprawdę nie chce powie­dzieć tego na głos, jed­nak odnosi się wyraźne wra­że­nie, że Richard Draco był nie­lu­biany. Wszy­scy mil­czą na ten temat, ale dają to do zro­zu­mie­nia, oczy­wi­ście przy oka­zji roniąc łzy. Rozej­rzę się, a ty idź i każ poli­cjan­tom wypu­ścić publicz­ność. Sprawdź tylko, czy mamy aktu­alne adresy wszyst­kich i czy świad­ków poin­for­mo­wano o ich obo­wiąz­kach. Umów się z nie­któ­rymi na prze­słu­cha­nia na jutro.

- Mają się zja­wić w komen­dzie czy my do nich poje­dziemy?

- Na razie będziemy dobre i my ich odwie­dzimy. Gdy to wszystko zakoń­czysz, jesteś wolna. Do pracy przyjdź na ósmą.

Peabody prze­stą­piła z nogi na nogę.

- A ty? Idziesz do domu?

- Kie­dyś w końcu pójdę.

- Mogę na cie­bie zacze­kać.

- Nie ma sensu. Wolę, żebyś odpo­częła i miała jutro ener­gię. Tylko nie zapo­mnij umó­wić się ze świad­kami. Chcę prze­słu­chać w naj­krót­szym cza­sie jak naj­więk­szą liczbę osób. I oczy­wi­ście jesz­cze raz poroz­ma­wiam z Are­eną Mans­field.

- Tak jest. Wspa­niała kre­acja - dodała Peabody, przy­glą­da­jąc się prze­ło­żo­nej. - Lepiej szybko oddaj tę suk­nię do czysz­cze­nia, bo krew wsiąk­nie w nią na dobre.

Eve popa­trzyła po sobie i gniew­nie wykrzy­wiła usta.

- Nie­na­wi­dzę pra­co­wać w cywil­nym ubra­niu. - Odwró­ciła się i poszła w głąb kory­ta­rza znaj­du­ją­cego się za kuli­sami. Zatrzy­mała się przy poli­cjan­cie pil­nu­ją­cym drzwi do jakie­goś pokoju.

- Klucz. - Wycią­gnęła dłoń, na co funk­cjo­na­riusz wyjął go z torebki na dowody rze­czowe. - Czy ktoś pró­bo­wał się tu dostać?

- Tylko inspi­cjent. Ale poszedł sobie grzecz­nie, gdy mu powie­dzia­łem, że mam roz­kaz nikogo nie wpusz­czać.

- Dobrze. Idź na scenę i powiedz spe­com od dak­ty­lo­sko­pii, że będą mogli tu wejść za jakieś dzie­sięć minut.

- Tak jest.

Kiedy została sama, otwo­rzyła podwójne drzwi. Ze zmarsz­czo­nymi brwiami wodziła wzro­kiem po pudełku cygar, sta­ro­mod­nym tele­fo­nie i kilku innych przed­mio­tach usta­wio­nych sta­ran­nie w miej­scu ozna­czo­nym pla­kietką "Gabi­net sir Wil­freda".

Nieco dalej znaj­do­wały się rekwi­zyty, które miały zostać wyko­rzy­stane w sce­nie w barze. Miej­sce prze­zna­czone na przed­mioty ze sceny w sali sądo­wej ziało pustką. Sądząc po panu­ją­cym tu porządku, inspi­cjent sta­ran­nie wywią­zy­wał się ze swo­ich obo­wiąz­ków, a rze­czy, które już nie były potrzebne na sce­nie, od razu odsta­wiał na miej­sce.

Ktoś tak dokładny nie pomy­liłby kuchen­nego noża z atrapą.

- Porucz­nik Dal­las?

Eve obej­rzała się i zoba­czyła wyła­nia­jącą się z cie­nia od strony kulis młodą bru­netkę, tę, która poja­wiła się dopiero w ostat­niej odsło­nie sztuki. Zamie­niła kostium na zwy­kły czarny dres i roz­pu­ściła włosy, które teraz opa­dały swo­bod­nie na plecy.

- Mam nadzieję, że nie prze­szka­dzam pani w pracy. - Mówiła z mięk­kim połu­dnio­wym akcen­tem, uśmie­cha­jąc się przy tym lekko. Pode­szła bli­żej. - Chcia­łam zamie­nić z panią parę słów. Pani pod­władna poin­for­mo­wała mnie, że jestem wolna. Przy­naj­mniej na razie.

- Zga­dza się - Eve przy­po­mniała sobie pro­gram, który prze­czy­tała już po doko­na­niu mor­der­stwa - panno Lands­downe.

- Carly Lands­downe. A w tym tra­gicz­nym przed­sta­wie­niu Diana. - Rozej­rzała się dookoła zie­lo­nymi oczami. - Mam nadzieję, że nie podej­rzewa pani Pete'a o to, że miał coś wspól­nego z tym, co się stało z Richar­dem. Stary Pete nie skrzyw­dziłby muchy, nawet gdyby wle­ciała mu do ucha.

- Pete to inspi­cjent?

- Tak. I jest nie­szko­dliwy jak wszy­scy inspi­cjenci. Czego nie można powie­dzieć o resz­cie naszego małego cyrku.

- Naj­wy­raź­niej. Czy chce pani poroz­ma­wiać o czymś kon­kret­nie?

- Chcę tylko powie­dzieć to, czego, jak sądzę, nikt inny pani nie powie, przy­naj­mniej nie teraz. A mia­no­wi­cie, wszy­scy nie­na­wi­dzi­li­śmy Richarda.

- Włącz­nie z panią?

- Och, natu­ral­nie - powie­działa to i uśmiech­nęła się pro­mien­nie. - Roz­py­chał się łok­ciami i szedł po tru­pach, byleby tylko uwaga świata skie­ro­wana była na niego, a nie na kogoś innego. Poza sceną był zło­śli­wym małym roba­kiem. Jego świat krę­cił się tylko wokół wła­snego ego.

Lekko wzru­szyła ramio­nami.

- W końcu i tak od kogoś by to pani usły­szała, więc pomy­śla­łam sobie, że nie sta­nie się nic złego, jeśli ja to pani powiem. Przez krótki czas byli­śmy kochan­kami. Nasz romans zakoń­czył się kilka tygo­dni temu małą paskudną scenką. Richard lubo­wał się w takich sce­nach, a tę ode­grał per­fek­cyj­nie. Miała miej­sce pod­czas pierw­szej próby kostiu­mo­wej.

- Domy­ślam się, że z panią zerwał.

- Zga­dza się - kobieta powie­działa to nie­dbale, ale ponury błysk w jej oczach upew­nił Eve, że na­dal szar­pie nią złość na wspo­mnie­nie tego faktu. - Wycho­dził ze skóry, żeby mnie zauro­czyć, a kiedy mu się to udało, robił z kolei wszystko, żeby mnie poni­żyć na oczach kole­gów. A to jest moja pierw­sza sztuka na Broad­wayu.

Rozej­rzała się i uśmiech­nęła, przy­braw­szy minę ostrą jak potłu­czone szkło.

- Pani porucz­nik, byłam naiwna, ale bar­dzo szybko doj­rza­łam. Nie chcę uda­wać i nie powiem, że jest mi przy­kro z powodu śmierci Richarda, cho­ciaż uwa­żam, że nie był wart tego, żeby go zabi­jać.

- Czy pani go kochała?

- W tym momen­cie mojego życia i kariery nie ma miej­sca na miłość, ale dałam się... oszo­ło­mić. Podob­nie jak kobieta, którą gram w sztuce. Wąt­pię, żeby kto­kol­wiek zwią­zany z tym przed­sta­wie­niem nie żywił jakiejś urazy do Richarda. Chcia­łam sama opo­wie­dzieć o swo­jej.

- Doce­niam to. Powie­działa pani, że panią poni­żył. W jaki spo­sób?

- W ostat­niej sce­nie, tej, gdy razem z nim wcho­dzę na salę sądową i gdzie nastę­puje spo­tka­nie z Chri­stiną, prze­rwał mi, kiedy wypo­wia­da­łam moją kwe­stię. Zaczął rzu­cać się po sce­nie, wrzesz­cząc, że moja gra jest bez wyrazu.

Zaci­snęła usta i zmru­żyła oczy.

- Powie­dział, że jest pozba­wiona pasji i stylu podob­nie jak to, co robię w łóżku. Nazwał mnie pozba­wioną mózgu lalu­nią, która brak talentu pró­buje zatu­szo­wać śred­nią urodą i ład­nymi pier­siami.

Carly leni­wym ruchem odsu­nęła włosy na tył głowy, co bar­dzo kon­tra­sto­wało z furią malu­jącą się w jej oczach.

- Powie­dział też, że choć przez jakiś czas go bawi­łam, to ogól­nie jestem nudna i jeśli nie posta­ram się grać lepiej, on postara się, żeby zastą­piono mnie kimś innym.

- Zasko­czył panią cał­ko­wi­cie?

- To był podły gad. Jak wąż ude­rzał nie­spo­dzie­wa­nie szybko i ucie­kał, bo był tchó­rzem. Odcię­łam mu się kilka razy, ale nie wyko­rzy­sta­łam wszyst­kich moż­li­wo­ści. Zasko­czył mnie, a poza tym byłam wów­czas zmie­szana. Richard zszedł ze sceny i zamknął się w swo­jej gar­de­ro­bie. Asy­stent reży­sera poszedł go uspo­koić, a my kon­ty­nu­owa­li­śmy próbę z jego zastępcą.

- Kto to był?

- Michael Proc­tor. Oka­zał się bar­dzo dobry.

- I jeśli sztuka będzie szła dalej, to on będzie grał Vole'a?

- Jest to pyta­nie do pro­du­cen­tów, nie do mnie. Ale nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby Proc­tor dostał tę rolę, przy­naj­mniej na jakiś czas.

- Dzię­kuję za infor­ma­cje, panno Lands­downe - rze­kła Eve, uwa­ża­jąc w duchu, że tego rodzaju nie­wy­mu­szone wyzna­nia są zawsze podej­rzane.

- Nie mam nic do ukry­cia. - Carly ponow­nie wzru­szyła ramio­nami, patrząc na Eve dużymi zie­lo­nymi oczami. - A nawet gdy­bym miała, przy­pusz­czam, że szybko by to pani odkryła. Od kilku mie­sięcy sły­szę plotki o żonie Roarke'a, poli­cjantce. Nie uważa pani, że trzeba wiele bez­czel­no­ści, żeby na mor­der­stwo wybrać wie­czór, gdy zna­la­zła się pani na widowni?

- Bez­czel­no­ścią jest ode­bra­nie komuś życia. Będę z panią w kon­tak­cie, panno Lands­downe.

- Nie wąt­pię.

Eve cze­kała, aż kobieta znik­nie za kuli­sami.

- Jesz­cze jedno - zatrzy­mała ją w ostat­nim momen­cie.

- Słu­cham?

- Chyba nie prze­pada pani także za Are­eną Mans­field?

- Nie żywię do niej żad­nych bli­żej spre­cy­zo­wa­nych uczuć. - Carly potrzą­snęła głową i unio­sła jedną brew. - Dla­czego pani pyta?

- Nie prze­jęła się pani zbyt­nio, kiedy zemdlała.

Kobieta uśmiech­nęła się tak pro­mien­nie, że zapewne błysk jej bia­łych zębów byłoby widać w ostat­nich rzę­dach.

- Zro­biła to z wielką gra­cją, nie uważa pani? Akto­rom, pani porucz­nik, nie można ufać.

Potrzą­sa­jąc nie­dbale wło­sami, ode­szła.

- Więc - mruk­nęła Eve - kto tu gra?

- Pani porucz­nik. - Żwa­wym kro­kiem pode­szła do Eve poli­cjantka z ekipy zdej­mu­ją­cej odci­ski. Jej obszerny kom­bi­ne­zon ochronny sze­le­ścił przy każ­dym ruchu. - Mam tu małą zaba­weczkę, któ­rej zapewne zechce się pani przyj­rzeć.

- No, no. - Eve ode­brała od poli­cjantki zapie­czę­to­waną torebkę, w któ­rej znaj­do­wał się nóż. Przyj­rzała się mu z zaci­śnię­tymi ustami, po czym pal­cem dotknęła przez pla­stik ostrza, chcąc spraw­dzić, czy się cofa. - Gdzie to pani zna­la­zła... - zer­k­nęła na pla­kietkę przy­piętą do sza­rego kom­bi­ne­zonu - pani Lom­bow­sky?

- W wazo­nie z różami. Ładne kwiaty i na doda­tek praw­dziwe. Pełno ich tam, jak na jakimś pogrze­bie. W gar­de­ro­bie Are­eny Mans­field.

- Dobra robota.

- Dzię­kuję, pani porucz­nik.

- Czy wie­cie, gdzie teraz znaj­duje się pani Mans­field?

- W pokoju rekre­acyj­nym. Razem z pani asy­stą.

- Peabody?

- Nie. Pani mężem. - Lom­bow­sky cze­kała, aż Eve prze­sta­nie przy­glą­dać się uważ­nie nożowi, po czym odwa­żyła się unieść brwi. Po raz pierw­szy dopiero co widziała z bli­ska Roarke'a i uznała, że wart jest grze­chu.

- Niech pani wraca do pracy, Lom­bow­sky.

- Natych­miast, pani porucz­nik.

Eve zeszła ze sceny, naty­ka­jąc się po dro­dze na Peabody wycho­dzącą z gar­de­roby.

- Umó­wi­łam się już na cztery prze­słu­cha­nia.

- Dobrze. Musimy zmie­nić plany na dzi­siaj. - Eve unio­sła atrapę noża. - Zna­leźli to w gar­de­ro­bie Mans­field w wazo­nie z różami.

- Zamie­rzasz ją oskar­żyć?

- Adwo­kat uwolni ją, zanim zdążę dowieźć ją na komendę. Dziwne posu­nię­cie, nie sądzisz? Zabiła go na oczach całego teatru, po czym rekwi­zyt ukryła we wła­snej gar­de­ro­bie. Bar­dzo sprytne albo bar­dzo głu­pie. - Eve okrę­ciła w rękach torebkę, w któ­rej znaj­do­wała się atrapa noża. - Zobaczmy, co powie Mans­field? Gdzie jest pokój rekre­acyjny?

- Pię­tro niżej. Możemy zejść po scho­dach.

- Mia­łaś kie­dyś do czy­nie­nia z akto­rami. Znasz ich?

- Jasne. Wyznawcy Wol­nego Wieku inte­re­sują się wszyst­kimi rodza­jami sztuki. Moja matka, gdy była ze mną w ciąży, wystę­po­wała w małym teatrze, a dwóch kuzy­nów zaj­muje się aktor­stwem zawo­dowo. Wystę­pują w teatrze i w tele­wi­zji. Moja babka grała w San Fran­ci­sco. I jesz­cze...

- Dobrze, wystar­czy. - Eve zbie­gała po scho­dach, potrzą­sa­jąc głową. - Nie rozu­miem, jak możesz znieść obec­ność tylu osób w swoim życiu.?

- Lubię ludzi - odparła rado­śnie Peabody.

- Dla­czego?

Ponie­waż nie było to pyta­nie, na które trzeba odpo­wie­dzieć, Peabody pomi­nęła je mil­cze­niem.

- Ty też ich lubisz. Uda­jesz tylko opry­skliwą.

- Nic nie udaję, jestem opry­skliwa. Jeśli zde­cy­duję się puścić Mans­field wolno albo zmusi mnie do tego jej adwo­kat, będę chciała, żebyś za nią poszła. Jeśli wróci do domu i tam pozo­sta­nie, wezwiesz poli­cjan­tów i każesz im obser­wo­wać dom. Mamy wystar­cza­jące powody, żeby ją śle­dzić. Chcę wie­dzieć, dokąd cho­dzi i co robi.

- Mam spraw­dzić jej prze­szłość?

- Nie, sama to zro­bię.

Eve otwo­rzyła drzwi do pokoju rekre­acyj­nego. Jak wszystko, co nale­żało do Roarke'a, był urzą­dzony luk­su­sowo. To oczy­wi­ste, że pra­gnął, aby akto­rzy czuli się tutaj kom­for­towo i nie żało­wał na to pie­nię­dzy.

Sala podzie­lona była na dwie czę­ści, w któ­rych stały plu­szowe kanapy oraz obsłu­gu­jące gości roboty, auto­ku­charz, jak podej­rze­wała, z peł­nym menu, a także lodówka ze szkla­nymi drzwiami wyła­do­wana napo­jami. Obok znaj­do­wał się mały zgrabny sto­lik, a na nim kom­pu­ter.

Roarke, zda­niem Eve, w pozie nieco zbyt swo­bod­nej, sie­dział obok Are­eny Mans­field, obra­ca­jąc w dło­niach szklankę z brandy. Gdy spoj­rzał na wcho­dzącą żonę, oczy mu zalśniły, co z jakie­goś powodu przy­po­mniało jej ich pierw­sze spo­tka­nie.

Wtedy nie opie­ko­wał się osobą podej­rzaną o mor­der­stwo. Sam był podej­rzany.

Jego usta uło­żyły się teraz do leni­wego, pew­nego sie­bie uśmie­chu.

- Cześć, Peabody - powie­dział, ale jego oczy na­dal spo­czy­wały na Eve.

- Muszę zadać pani jesz­cze klika pytań, pani Mans­field.

Are­ena zamru­gała powie­kami i zama­chała dłońmi.

- Och, sądzi­łam, że na dzi­siaj już skoń­czy­ły­śmy. Roarke wła­śnie zor­ga­ni­zo­wał mi samo­chód, który ma mnie odwieźć do wyna­ję­tego miesz­ka­nia.

- Samo­chód może pocze­kać. Włącz nagry­wa­nie, Peabody. Czy potrze­buje pani, żebym przy­po­mniała o przy­słu­gu­ją­cych pani pra­wach, pani Mans­field?

- Ja... - Drżąca dłoń kobiety oparła się na gar­dle i tam pozo­stała. - Nie. Nie wiem tylko, co wię­cej mogę pani powie­dzieć.

- Czy pani to poznaje? - Eve rzu­ciła na stół nóż w zapie­czę­to­wa­nej torebce.

- To wygląda jak... - Are­ena wycią­gnęła dłoń, potem zło­żyła ją w pięść i cof­nęła. - To jest rekwi­zyt. To ten nóż powi­nien znaj­do­wać się na sce­nie, kiedy... Och, Boże. Gdzie go pani zna­la­zła?

- W pani gar­de­ro­bie, w wazo­nie z różami.

- Nie, nie. - Are­ena bar­dzo powoli pokrę­ciła głową. Skrzy­żo­wała ręce na piersi. - To nie­moż­liwe.

Jeśli ona gra, myślała Eve, robi to wyjąt­kowo dobrze. Oczy aktorki w tym cza­sie zamgliły się, usta i palce dłoni drżały.

- Nie tylko moż­liwe, to jest fakt. Jak on się tam zna­lazł?

- Nie wiem. Nie mam poję­cia. - W nagłym przy­pły­wie ener­gii Are­ena pode­rwała się. Jej oczy nie były już zamglone, tylko prze­peł­nione wście­kło­ścią. - Ktoś go tam pod­rzu­cił. Ktoś, kto zamie­nił noże. Oni chcą, żeby to mnie oskar­żono o zabi­cie Richarda. Chcą, żebym dodat­kowo za to cier­piała. Czy nie wystar­czy, o Boże, czy nie wystar­czy, że go zabi­łam?

Niczym lady Mac­beth wycią­gnęła rękę przed sie­bie, jakby wpa­tru­jąc się w krew, któ­rej już tam nie było.

- Dla­czego - głos Eve był zimny i obo­jętny - po pro­stu ktoś nie wyrzu­cił noża gdzie­kol­wiek, choćby do śmiet­nika? Dla­czego ukrył go w pani gar­de­ro­bie?

- Nie wiem... kto mógłby mnie tak nie­na­wi­dzić. A Richard... - Na policz­kach aktorki poja­wiły się pierw­sze łzy. - Roarke. Znasz mnie. Pro­szę, pomóż mi. Powiedz jej, że nie potra­fi­ła­bym zro­bić cze­goś tak strasz­li­wego.

- Jaka­kol­wiek jest prawda, Eve do niej dotrze. - Roarke wstał, pozwa­la­jąc Are­enie oprzeć się na swoim ramie­niu i pła­kać. Sam ponad jej głową popa­trzył na Eve. - Możesz być tego pewna. Prawda, pani porucz­nik?

- Jesteś jej adwo­ka­tem? - wark­nęła Eve, na co jej mąż tylko na znak zdzi­wie­nia uniósł brwi.

- Kto oprócz pani miał dostęp do gar­de­roby, pani Mans­field?

- Nie wiem. Tak naprawdę wszy­scy, akto­rzy i pra­cow­nicy. Nie zamy­ka­łam jej. To nie­wy­godne. - Z głową na­dal spo­czy­wa­jącą na ramie­niu Roarke'a nabrała głę­boko powie­trza.

- Kto przy­słał pani czer­wone róże i kto je przy­niósł do gar­de­roby?

- Nie wiem. Dosta­łam tyle kwia­tów. Odbie­rała je gar­de­ro­biana. Od posłańca. Ludzie wcho­dzili i wycho­dzili. Dopiero pół godziny przed roz­po­czę­ciem przed­sta­wie­nia zabro­ni­łam kogo­kol­wiek wpusz­czać, pra­gnę­łam się przy­go­to­wać.

- Wra­cała pani do gar­de­roby po sce­nie począt­ko­wej i potem jesz­cze kil­ka­krot­nie w cza­sie trwa­nia przed­sta­wie­nia.

- To prawda. - Już spo­koj­niej­sza Are­ena ode­rwała się od Roarke'a i spoj­rzała pro­sto na Eve. - Zmie­niam kostium pię­cio­krot­nie. Za każ­dym razem była ze mną moja gar­de­ro­biana.

Eve wycią­gnęła notes.

- Jak ona się nazywa?

- Tri­cia, Tri­cia Beets. Ona pani powie, że nie cho­wa­łam ni­gdzie żad­nego noża. Ona to potwier­dzi. Pro­szę ją zapy­tać.

- Zro­bię to. Moja asy­stentka odwie­zie panią do domu.

- Jestem wolna?

- Na razie tak. Skon­tak­tuję się z panią. Peabody, wyłącz nagry­wa­nie i odwieź panią Mans­field.

- Tak jest.

Are­ena pochwy­ciła płaszcz prze­wie­szony przez róg sofy i podała go Roarke'owi. Spo­sób, w jaki to uczy­niła, wzbu­dził w Eve podziw. W jej ruchach było tyle kobie­co­ści i gra­cji, że nie tylko Roarke, ale każdy męż­czy­zna podałby jej płaszcz bez zasta­no­wie­nia.

- Pro­szę zna­leźć zabójcę, pani porucz­nik. Bar­dzo tego pra­gnę. Ale nawet wtedy, gdy prze­stępca ponie­sie karę, ja i tak nie zapo­mnę, że Richard zgi­nął z mojej ręki. Nie zapo­mnę tego ni­gdy.

Wycią­gnęła dłoń do Roarke'a.

- Dzię­kuję ci. Nie prze­szła­bym przez to bez cie­bie.

- Odpocz­nij, Are­eno.

- Mam nadzieję, że mi się to uda. - Opu­ściła pokój ze zwie­szoną głową, Peabody wyszła za nią.

Eve, marsz­cząc czoło, wzięła torebkę z nożem i wło­żyła ją do służ­bo­wej torby z przy­bo­rami.

- Pani Mans­field wyraź­nie żałuje, że z nią nie spa­łeś.

- Tak sądzisz?

Roz­ba­wiony głos męża spra­wił, że wypro­sto­wała się dum­nie.

- A ty, jak widzę, jesteś cały z tego powodu w skow­ron­kach.

- Męż­czyźni to świ­nie. - Pod­szedł do niej i pogła­dził po policzku. - Zazdro­sna, kochana Eve?

- Gdy­bym była zazdro­sna o każdą kobietę, z którą spa­łeś, lub o te, które o tym marzą, moja twarz na zawsze przy­bra­łaby kolor żółci.

Chciała się odwró­cić, odpy­cha­jąc jego rękę, ale on chwy­cił ją za ramię.

- Ręce zatrzy­maj przy sobie.

- Nie ma takiej potrzeby. - Zła­pał ją za dru­gie ramię i przy­cią­gnął sta­now­czo do sie­bie. Na jego twa­rzy ryso­wało się roz­ba­wie­nie, a także czu­łość, któ­rej, nie­stety, nie umiała się oprzeć. - Kocham cię, Eve.

- Tak, tak.

Roze­śmiał się, pochy­lił i ugryzł ją lekko w dolną wargę.

- Ty moja roman­tyczna wariatko.

- Wiesz, jaki jest twój pro­blem, chłop­ta­siu?

- No jaki?

- Jesteś cho­dzą­cym orga­zmem. - Z zado­wo­le­niem przy­glą­dała się, jak jego oczy robią się sze­ro­kie ze zdu­mie­nia.

- To chyba nie była pochwała.

- Masz rację. - Rzadko uda­wało się jej powie­dzieć coś, co zdzie­rało z mężow­skiej twa­rzy maskę pew­no­ści sie­bie. Tym bar­dziej teraz cie­szyło ją jego zmie­sza­nie. - Idę poroz­ma­wiać z gar­de­ro­bianą Mans­field, spraw­dzić, czy potwier­dzi jej wer­sję. Potem będę już wolna. W dro­dze do domu przej­rzę życio­rysy podej­rza­nych.

Roarke się­gnął po płasz­cze.

- Przy­pusz­czam, że będziesz zbyt zajęta, żeby pra­co­wać - powie­dział, naj­wy­raź­niej odzy­skaw­szy już rów­no­wagę.

- Czym?

Podał jej płaszcz, zanim sama zdą­żyła po niego się­gnąć. Mru­gnąw­szy więc, odwró­ciła się i wetknęła ramiona w rękawy. Potem wydała z sie­bie zdła­wiony okrzyk, gdy zło­żył jej na ucho szcze­gól­nie wyra­fi­no­waną pro­po­zy­cję.

- Nie uda ci się tego uczy­nić na tyl­nym sie­dze­niu limu­zyny.

- Chcesz się zało­żyć?

- Daję dwa­dzie­ścia.

Uści­snął jej dłoń.

- Umowa stoi.

Prze­grała, ale nie żal jej było stra­co­nych pie­nię­dzy.

*

"Jeśli ma to być zro­bione, kiedy ma być zro­bione, lepiej, żeby było zro­bione szybko".

Cóż, stało się, zostało zro­bione dobrze i szybko. Mor­der­stwo? A może, tak jak postać z pew­nej szkoc­kiej sztuki podobna do Chri­stiny Vole, nie jestem tylko wyko­nawcą?

To nie­do­rzecz­ność, że nagry­wam moje prze­my­śle­nia. Ale są one tak nachalne, nie­da­jące spo­koju, że nawet dzi­wię się, iż świat ich nie sły­szy. Mam nadzieję, że gdy wypo­wiem je na głos, nieco ucichną. Muszą ucich­nąć, zostać pogrze­bane. To, co robię, jest ważne. Muszę mieć nerwy ze stali.

Ryzyko zostało roz­wa­żone, zanim zabój­stwo się doko­nało, ale nikt nie mógł prze­wi­dzieć, jakie to uczu­cie zoba­czyć czło­wieka mar­twego i krwa­wią­cego na środku sceny. Był taki nie­ru­chomy. Nie­ru­chomy w świe­tle reflek­to­rów.

Naj­le­piej o tym nie pamię­tać.

Czas teraz pomy­śleć o sobie, o ostroż­no­ści i prze­bie­gło­ści. O spo­koju. Aby unik­nąć błę­dów. Nie mogę ich teraz popeł­nić. Wyci­szę swoje myśli, ukryję głę­boko.

Choć wyry­wają się, by krzy­czeć z rado­ści.

Richard Draco nie żyje.