Sweetland - Michael Crummey

Reflow text when sidebars are open.
Tego samego autora:
Są kradzieże, za które nie sposób zadośćuczynić
Michael Crummey w Rzece złodziei przenosi czytelników na północno-wschodnią Nową Fundlandię, ukazując ją w czasach, gdy o przetrwanie walczyła tam garstka rybaków i traperów żyjących w bliskim sąsiedztwie Beothuków - rdzennych mieszkańców wyspy. Autor jak zwykle zapełnia karty książki ludźmi z charakterem. Twardzi i zawzięci osadnicy znad zatoki Exploits tłumią w sobie pragnienia, nienazwane uczucia czy wspomnienia dawnych zranień, które sprawiają, że pozornie błahy konflikt może zaważyć na życiu człowieka. Rzeka złodziei to także nawiązująca do najlepszych północno--amerykańskich tradycji literackich kronika podboju dziewiczego lądu, który swoim czystym pięknem wynagradza mieszkańcom trudy prostego, surowego życia.
Tego samego autora:
Czy w miłości i nienawiści istnieją
jakiekolwiek nieprzekraczalne granice?
Michael Crummey, autor rewelacyjnego Dostatku, powraca z kolejną powieścią rozgrywającą się na chłodnej Nowej Fundlandii. Tym razem śledzimy losy dwojga ludzi połączonych w młodości gorącą miłością, później natomiast rozdzielonych mocą nienawiści wsączającej się w ich życie na różnych płaszczyznach. Crummey tka misterną sieć powiązań między pozornie nieistotnymi szczegółami, a czyniąc wydarzenia II wojny światowej na Pacyfiku jedną z osi fabuły, niezwykle przenikliwie zwraca uwagę na kwestię osobistej odpowiedzialności człowieka za otaczające go zło. Czy można wywieść związek między złą myślą a wybuchem bomby atomowej w Nagasaki? Okazuje się, że tak.
Gdy już przywiązał szalupę, uzmysłowił sobie, że na odnalezienie drogi we mgle ma szanse mniej więcej pół na pół. Trzymał się z dala od buczka na Burnt Head, a kiedy odgadł, że musiał już na dobre minąć Fever Rocks, podpłynął nieco na zachód, kierując się kompasem. Co jakiś czas wracało do niego echo silnika odbite od niewidocznych klifów na sterburcie.
Wlókł się, wypatrując w bieli jakichkolwiek oznak, że zbliża się do lądu. Obejrzawszy się do tyłu, stwierdził, że nawet szalupa jest ledwie widoczna.
Płynął dalej, trzymając się głębokiej wody, próbując ocenić, jak daleko wzdłuż brzegu już zabrnął. Minął wyłom w stromej powierzchni klifu - pustkę pobrzmiewającą w powracającym echu silnika. Miał nadzieję, że to Lunin Cove. Wyłączywszy silnik, wypuścił za burtę linę z hakiem na dorsze. Pozwolił jej się rozwijać, dopóki koniec nie opadł na dno, osiemnaście sążni pod powierzchnią. Był już nad grzbietem Offer Ledge, co oznaczało, że od falochronu dzielą go trzy mile. Przez kolejne pół godziny płynął na ślepo, wypatrując lądu w gęstniejącej mgle. Gdy znowu zatrzymał silnik i wyrzucił linę, okazało się, że hak opadł na Tom Cod Rocks, niecały sążeń pod nim.
Pierwsza wskazówka przeniknęła przez białe obłoki, gdy Sweetland wybierał linę - ciche, monotonne mruczenie, równie rozproszone i pozbawione punktu odniesienia, co mgła. Gdy ludzie w łódce je usłyszeli, zaczęli wstawać i bezcelowo się rozglądać. Sweetland podpłynął nieco na zachód, znowu wyłączył silnik. Tym razem głos był gdzieś przed nimi, dobrze na bakburcie. Zdążył zrobić trzy czy cztery kolejne przystanki, zanim go rozpoznał - Tennessee Ernie Ford śpiewający The Old Rugged Cross na wieży kościoła. Nigdy nie zawisł tam dzwon, tylko system nagłaśniający, w niedziele odgrywający całemu Chance Cove hymny na godzinę przed porannymi nabożeństwami. Przy dobrej pogodzie było je słychać na wiele mil w głąb morza, a nawet takiego dnia przemysłowy baryton Forda zdołał przebić ciężkie kotary mgły i dotrzeć do kutra sunącego powoli wzdłuż brzegu. Softly and Tenderly. What a Friend We Have in Jesus. Whispering Hope. Sweetland nucił melodie, nawet gdy dźwięk silnika zagłuszał nagrania. Głos Tennessee Erniego Forda odpływał ku sterburcie, tak że w końcu zaczął nawoływać grzeszników do powrotu do domu gdzieś zza rufy, co oznaczało, że Sweetland minął już przystań. Powoli zawrócił, kierując się w stronę wejścia do zatoki, a wyspa nagle wychynęła z szarości. Nad powierzchnią obcy pas falochronu, równy jak spod linijki. Sweetland wystrzelił trzy razy ze swojej strzelby, próbując zwrócić czyjąś uwagę, dać znać, że nadpływa.
Odwrócił się w stronę szalupy i pomachał do rozmytych sylwetek wpatrujących się w niego. Pomyślał, że nie wyglądają wcale tak, jakby poczuli ulgę, że wziął ich na hol.
Oddał jeszcze trzy strzały, po czym łagodnie osiadł w ciszy zatoki. Na cyplu zamajaczył biały kościół, wciąż dudniący protestanckimi nawoływaniami. Nabrzeże powoli urzeczywistniało się, w miarę, jak się do niego zbliżał. Ludzie, którzy wcześniej wyszli na nabożeństwo, już stali nad wodą w swoich niedzielnych ubraniach, a dziesiątki kolejnych wychodziły z domów na wzgórzu. Mężczyźni, kobiety i dzieci z psami u boku, wybiegający na spotkanie widmowym przybyszom.
Zobaczył, że urzędnik nadchodzi od strony wody. Jasnobrązowe spodnie, tweedowa marynarka i krawat. Ten sam jegomość, który przypłynął na ostatnie zebranie, albo identyczny jak tamten - wyglądało na to, że w Budynku Konfederacji w St. John's mają do dyspozycji nieograniczone ich zasoby. Aktówkę facet niósł zupełnie tak, jakby trzymał ją w dłoni, odkąd opuścił łono matki. Sweetland odwrócił się od okna, jak gdyby mógł ukryć się przed mężczyzną, po prostu nie patrząc w jego stronę. Dostrzegł go przelotnie, gdy tamten podchodził do frontowych drzwi; usłyszał pukanie.
W miasteczku nikt nie pukał do drzwi. Sweetland pomyślał, że mógłby zignorować dźwięk, lecz pukanie rozległo się po raz drugi, po raz trzeci, aż w końcu odsunął krzesło od stołu i ruszył korytarzem. W miasteczku również nikt nie używał frontowych drzwi. Te w domu Sweetlanda nie były otwierane od wielu lat, tak że musiał je podważyć, by oderwały się od framugi. Mężczyzna stojący za nimi ginął w blasku słońca. Z nicości, w której powinny znajdować się jego usta, dobiegł głos: - Pan Sweetland?
Odczekał, aż sylwetka odetnie się od światła na tyle, by mógł dostrzec oczy.
- Dopiero co zszedł pan z promu, prawda?
- Przed sekundą, owszem.
Sweetland skinął głową.
- Widać jestem zajebiście ważny.
Urzędnik uśmiechnął się do niego.
- Zajmuje pan pierwsze miejsce na mojej liście.
Sweetland odsunął się, by przepuścić mężczyznę.
- Filiżankę herbaty?
- Nie ma pan przypadkiem kawy?
- Rozpuszczalną.
- Chętnie wypiję herbatę - odpowiedział urzędnik.
Podczas gdy młodziak sadowił się przy stole, Sweetland postawił czajnik na piecyku. Próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio siedziała tu obca osoba, kiedy ostatnio ktoś oglądał tę kuchnię po raz pierwszy. Niski sufit, belki jeden czy dwa cale od czubka głowy Sweetlanda. Malowana drewniana podłoga, pod jednym oknem leżanka, a pod drugim podsunięty do ściany stół z laminatowym blatem i chromowanymi nogami. Na haczykach pod szafkami porcelanowe filiżanki po matce. Wszystko tak dobrze znane, że nie zauważał tego od lat.
Teczka mężczyzny leżała przed nim na blacie jak podkładka pod nakrycie, Sweetland położył więc łyżeczkę i cukiernicę na jej płaskiej powierzchni.
- Ja piję bez cukru - powiedział młodzian, odsuwając naczynie na bok. - Z kapką mleka, jeśli się znajdzie. - Postawił teczkę na podłodze nieopodal krzesła.
- Świeże nie - oznajmił Sweetland. - Tylko z puszki.
- Może być z puszki - odparł urzędnik. Wyjąwszy z kieszeni komórkę BlackBerry, przytrzymał ją przez chwilę przy oknie.
- To nie pan był tutaj poprzednio.
- Właśnie przejąłem sprawę.
- Nie złapie pan tutaj sygnału - wyjaśnił Sweetland.
Tamten wzruszył ramionami.
- Kraniec cywilizowanego świata.
- Kilka lat temu chodziły słuchy, że postawią tutaj wieżę. Jakoś nikt się za to nie zabrał.
Urzędnik skinął w stronę lady za jego plecami.
- Ma pan tutaj laptopa.
Sweetland zerknął przez ramię, by potwierdzić ten fakt.
- Internet mamy od dawna. Łączę się przez to z bankiem - oznajmił. - Czasem pogram w pokera. Umila czas. - Nalał herbaty i zasiadł przy stole dokładnie naprzeciw mężczyzny.
- Nie ma pana na Facebooku, co?
- Spójrz pan na tę gębę - powiedział Sweetland, na co urzędnik opuścił wzrok na blat stołu. - Prędzej bym się zapisał na Facedupa.
- Na pewno już niebawem się pojawi.
- Nie wątpię. Biorąc pod uwagę, jak się sprawy mają.
To stanowiło łatwą drogę do tematu, Sweetland zdziwił się więc, że urzędnik nią nie poszedł, a zamiast tego nadal tylko uśmiechał się do okna. Idealne zęby. Wszyscy już mieli idealne uzębienie. Starannie przystrzyżone włosy, akcenty, których Sweetland nie potrafił powiązać z miejscem. O ile się nie mylił, ten tutaj mógł urodzić się gdzieś na kontynencie.
- No więc - zagaił nagle młodszy mężczyzna. - Wybiera się pan na popołudniowe spotkanie?
Sweetland o mało nie wybuchnął śmiechem.
- Nie planowałem, nie.
- Nie namówię pana?
- Słuchaj pan - obruszył się Sweetland - nie ja jeden głosowałem przeciw temu interesowi.
- To prawda. Według ostatniego głosowania czterdzieści cztery osoby za, trzy przeciw. Od wczoraj jednak jest pan jednym z dwóch ostatnich gospodarzy, którzy nie zgodzili się przyjąć proponowanego zadośćuczynienia.
- Dwóch?
Urzędnik zamilkł, pozwalając, by wiadomość dotarła do rozmówcy. Powoli zamieszał herbatę; dzwonienie łyżeczki było niczym stukanie uszkodzonej dźwigni we wnętrzu mechanicznej lalki.
- Zostaliśmy tylko ja i Loveless?
- Tak się sprawy mają.
Sweetland przez chwilę w roztargnieniu pocierał dłonią o blat stołu. Przeprosiwszy gościa, wyszedł na korytarz i poszedł po wąskich schodach do łazienki. Opuścił deskę. Siedział tam przez parę minut, opierając łokieć na parapecie. Widział stąd od tyłu obejście Lovelessa, prastarą stodołę, samotną wymizerowaną krowę nachylającą łeb nad trawą. Jako mały szkrab Loveless zasłynął tym, że wypił pół kwarty nafty. W mniemaniu Sweetlanda mówiło to o nim wszystko. Gdy wydalał paliwo, dostał dwudziestoczterogodzinnego napadu czkawki, jego pieluchy śmierdziały naftą i gównem. Przez tydzień nikomu nie wolno było używać w pobliżu dzieciaka zapałek.
A teraz wszystko zależało właśnie od Sweetlanda i pieprzonego Lovelessa.
?
- Przepraszam - powiedział Sweetland, gdy wrócił do kuchni.
Urzędnik zbył przerwę w rozmowie skinieniem ręki. - Panie Sweetland, muszę przyznać, że jestem ciekaw...
- A czego?
- Nie chcę wtykać nosa w nie swoje sprawy - zaczął, co w mniemaniu Sweetlanda oznaczało, że zamierza być wścibski - ale odrzuca pan pokaźną kwotę. Praktycznie całe miasteczko jest przeciw panu.
- I co?
- Zastanawiam się, jaka konkretnie historia się za tym kryje.
Sweetland uznał, że nie podoba mu się ten mały skurwysyn. Ani trochę. Wskazał kubkiem na aktówkę.
- Sądzę, że wszystko, co musi pan o mnie wiedzieć, ma pan w tej swojej torbie.
Urzędnik przyglądał mu się przez chwilę. Potem wyciągnął z aktówki tekturową teczkę.
- Moses Louis Sweetland - odczytał. - Urodzony czternastego listopada 1942 roku. Co znaczy, że ma pan... - Podniósł wzrok.
- Tej jesieni będzie sześćdziesiąt dziewięć lat.
- Z matematyki nie jestem najlepszy - stwierdził. - Krewni: brak.
- Chryste Panie - odparł Sweetland. - Jestem spokrewniony z połową mieszkańców Chance Cove.
- Podejrzewam, że to oznacza brak bliskich krewnych. Rodzice zmarli. Brat i siostra?
- Oboje nie żyją.
- Stan cywilny: wolny. - Ponownie podniósł wzrok. - To znaczy kawaler, tak?
Sweetland wzruszył ramionami i powiedział: - Spójrz pan na tę gębę.
Młodszy mężczyzna natychmiast wrócił do swoich papierów. - Zawód - odczytał. - Latarnik, emerytowany.
- Wysłali mnie na emeryturę dziesięć lat temu, gdy zautomatyzowali światło nawigacyjne.
- Wcześniej był pan rybakiem?
- Dopóki nie wprowadzili moratorium na połów dorsza w dziewięćdziesiątym drugim.
- A więc nigdy nie mieszkał pan gdzie indziej?
- Parę wyjazdów do Toronto za pracą. Gdy byłem mniej więcej w pana wieku.
Urzędnik skinął ręką na własną twarz, jakby bał się wskazywać wprost na szramy Sweetlanda. - To właśnie tam?
- Co tam pan jeszcze masz?
Młody zamknął teczkę i oparł się na krześle. - To wszyst-ko - powiedział.
- Niewiele, jeśli wyliczy się to w taki sposób.
- Nie dość dużo, bym zrozumiał, dlaczego sprzeciwia się pan przeprowadzce.
- Chyba z czystej przekory.
- Wolałby pan pozostać tutaj razem z umarłymi, tak?
- Zdarza się człowiekowi gorsze towarzystwo.
Urzędnik delikatnie przesuwał palcami po krawędzi stołu, jakby siedział przy pianinie, ale nie chciał zagrać żadnego dźwięku. - Od jak dawna pańska rodzina tutaj mieszka, panie Sweetland?
- Od niepamiętnych czasów - odparł Sweetland, po czym uśmiechnął się do siebie. - Ludzie łowili tu ryby już dwieście lat temu, może wcześniej. Podejrzewam, że moi byli na wyspie pierwsi.
- Chodzi panu o eponim?
Sweetland wpatrywał się w niego wzrokiem pozbawionym wyrazu.
- Nazwa wzięła się od nazwiska. Wyspa i pańska rodzina nazywają się tak samo - objaśnił urzędnik.
- Tak - odparł Sweetland. - O to mi chodzi.
Przyglądali się sobie nawzajem; Sweetland widział, że młody gorączkowo szuka w myślach jakiejś innej taktyki. Urzędnik oparł brodę na dłoni i postukał się w nos palcem wskazującym, po czym nachylił się, by schować teczkę do aktówki.
- Jak pan wie, rząd oferuje mieszkańcom wyspy Sweetland wynagrodzenie za przeprowadzkę w dowolne inne miejsce w obrębie prowincji. Minimum sto tysięcy dolarów na gospodarstwo, do stu pięćdziesięciu tysięcy, zależnie od liczebności rodziny oraz wpływu innych czynników. Do tego wsparcie po przeprowadzce i pomoc w znalezieniu pracy, przekwalifikowaniu się, powrocie do szkoły.
- O Jezu - mruknął Sweetland. - A ja myślałem, że rząd jest spłukany.
Tamten go zignorował. - Nie ruszymy stąd natomiast nikogo, dopóki wszyscy jednogłośnie nie przystąpią do programu.
Sweetland przytaknął. - Wciąż ten sam kit.
- Panie Sweetland, to nie lata sześćdziesiąte. Nie narzucamy mieszkańcom tego rozwiązania siłą. Zapłacimy za przeprowadzkę, tak jak nas poproszono. Nie możemy jednak ponosić odpowiedzialności za jakiegoś szaleńca tkwiącego samotnie na środku Atlantyku, gdy pozostali się przeniosą.
- I ja jestem tym szaleńcem.
- Gdy wszyscy się wyprowadzą, nie będzie już promu. To oznacza brak zaopatrzenia. Przestaną działać telefony. Nie będzie bankowości online, nie będzie pokera. Ani prądu. Myślę, że każdego, kto zechce tutaj samotnie mieszkać, można z definicji uznać za niepoczytalnego. - Urzędnik zerknął na zegarek. - Został pan powiadomiony o wrześniowym terminie.
- Zostałem powiadomiony.
- Niektórzy chcieliby odpłynąć jeszcze tej jesieni, co oznacza, że wszyscy musieliby podpisać się do pierwszego.
- Przyjąłem do wiadomości - powtórzył Sweetland.
Urzędnik sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza. - Ma pan tutaj mój adres mailowy, numer komórki, może pan kontaktować się ze mną o dowolnej porze.
Sweetland położył wizytówkę na półce nad blatem i podążył korytarzem za gościem, by wypuścić go drzwiami, którymi wszedł. Po drodze położył rękę na oparciu krzesła, potem na ścianie. Pomieszczenie chwiało się pod jego stopami.
Blask słońca wdarł się przez otwarte drzwi. Sweetland nie wyszedł za próg. Osłonił oczy, by popatrzeć w stronę wody. Ludzie na podwórkach, na ścieżkach czy na pomoście, wszyscy zajęci niepatrzeniem w jego stronę.
Urzędnik również spoglądał w stronę przystani, a Sweetland nie mógł powstrzymać się przed spojrzeniem na to miejsce oczami obcego. Nieregularnie rozsiane bungalowy z winylowymi elewacjami, połowa już pusta. Szopy z zapadniętymi kalenicami, zbiorniki na propan, quady, stare drewno spiętrzone w niedbałych stertach. Wszystko to niczym śmieci rozrzucone po zboczu podczas jakiejś klęski żywiołowej. Na cyplu biały kościół, świetlica związku rybaków z zawieszonym nad wejściem szyldem Muzeum wypisanym ręcznie przez Ritę Verge. W zatoczce garstka zniedołężniałych łodzi na kotwicy.
- Piękny widok - stwierdził urzędnik. - Rozumiem, dlaczego nie chce się pan stąd wyprowadzić.
- A nie wyglądał mi pan na takiego - odparł Sweetland - co to lubi włazić w dupę.
- Pracuję dla rządu - wyjaśnił młodzieniec, pogodnie wzruszając ramionami. - To jest wpisane w mój zawód.
Naprawdę nie podobał mu się ten skurwysyn. Ani trochę.
?
Uniósł drzwi, żeby doszły do framugi, po czym oparł się o ścianę. Popatrzył na owalny, czarno-biały portret dziadka, wiszący przy drzwiach. Młody mężczyzna z innej epoki - wysoki, wykrochmalony kołnierzyk, kamizelka, dewizka, wycyzelowany, nawoskowany wąs.
- No, Wuju Clar - powiedział. - Zostaliśmy tylko ja i Loveless.
Mężczyzna ze zdjęcia zerkał gdzieś w bok, jakby nie chciał w ogóle poruszać tego tematu.
Sweetland poszedł do ziemianki po ostatnie sadzeniaki. Spędził godzinę, sadząc bulwy w ogródku. Zakończywszy pracę, zlał szuflę oraz grabie wodą z węża i odstawił je w szopie. Gdy mył ręce w kuchni, przez malutki lufcik nad zlewem dostrzegł w otwartym oknie sąsiedniego domu Queenie Coffin rozrzucającą paczkę nasion na skrawek ziemi pod ścianą. To oznaczało, że lato - to, co nazywano tu latem - zaczęło się już na dobre.
Praktycznie wszyscy pozostali mieszkańcy miasteczka poszli do świetlicy na spotkanie z urzędnikiem, wszędzie panowała więc upiorna cisza, jakby wyspa już była opuszczona. Sweetland spodziewał się, że po zebraniu przyślą Reet Verge, żeby go urabiała, spakował więc parę rzeczy do płóciennego plecaka i wyjechał na quadzie z osady, aby uniknąć spotkania. Minął szlak wiodący do nowego cmentarza i wspiął się dalej, na szczyty wzgórz.
Na grzbiecie przystanął nieopodal Królewskiego Tronu, by spojrzeć na Chance Cove oraz wyspę, na północ i na południe, chociaż nie było z nim Jessego. Chłopiec pytał już z tysiąc razy, czy te kamienie zostały specjalnie ułożone w kształt z grubsza przypominający tron, czy też był to tylko przypadek, nikt z żywych nie znał jednak odpowiedzi. Zapewne przed nim nikomu nawet przez myśl nie przeszło takie pytanie.
Sweetland pojechał aż do latarni morskiej, by zastawić tam na króliki kilka sideł, które mógłby sprawdzić z Jessem rano. Niespodzianka na powitanie małego, by wypłukać mu z ust tygodniowy osad miejskiego pyłu.
Gdy wrócił do Chance Cove, była już prawie czwarta. Urzędnik płynął już promem, zaś emisariuszka sąsiadów z pewnością miała za sobą nieudaną wizytę w domu Sweetlanda. Wycofał quada do szopy, przykrył pojazd brezentem i wszedł do domu tylnymi drzwiami. Odkręcił kurek z zimną wodą i sięgnął po szklankę.
Cofnął rękę, dostrzegłszy złożony kawałek kartki, oparty o naczynia w szafce. Woda płynęła, a Sweetland trwał w bezruchu, próbując przypomnieć sobie, kiedy ostatnio otwierał te drzwiczki. Potrafił całymi dniami używać jednej szklanki stojącej na suszarce do naczyń, co oznaczało, że wiadomość mogła zostać podłożona w dowolnej chwili w minionym tygodniu. Zakręcił wodę i wyjął liścik z szafki. Przeczytał go, trzymając na odległość wyciągniętego ramienia. Wynoś sie albo jeszcze pożałujesz, ostrzegał anonim.
Sweetland złożył liścik, otworzył szufladę pod widelcami i nożami, po czym dorzucił go do pozostałych, które znalazł poutykane po domu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Wszystkie były podobne: komicznie złowrogie, zawierające ogólnikowe pogróżki dotyczące jego ciała oraz majątku, wszystkie sklecone z wyrazów oraz liter wyciętych z nagłówków gazet i przyklejonych do kartki, zupełnie jak żądania okupu na filmach. Fortel był tak amatorski, że Sweetland pomyślałby, iż stoi za nim Loveless, gdyby nie fakt, że ortografia była z grubsza poprawna. A do tego Loveless był jedynym odszczepieńcem poza nim samym.
Sweetland zamknął szufladę i wyjął z szafki szklankę. Pił wodę nieśpiesznymi łykami. Nie był w stanie traktować tych pogróżek poważnie, nikomu też jeszcze o nich nie wspomniał. Sam nie wiedział, dlaczego zbiera liściki. Na wszelki wypadek - tak o tym myślał. Nie potrafił stwierdzić, na czym konkretnie taki wypadek miałby polegać.
?
Następnego ranka wstał wcześnie i włączył radio. Zrobił jedną kanapkę dla siebie, drugą dla Jessego, spakował obie razem z dwiema puszkami brzoskwiń. Założył buty na ganku, wyniósł na zewnątrz kurtkę i plecak. Postał tak chwilę, nasłuchując, po czym zatrzasnął drzwi z całej siły. Suka Pilgrima, uwiązana na podwórzu, zaczęła szczekać jak szalona, a ujadanie odbiło się echem od zbocza górującego nad zatoką.
- Zamknij się, Diesel! - krzyknął Sweetland głośniej, niż to było potrzebne. - Zamknij się, do cholery!
Zakrzątnął się przy quadzie w fioletowej poświacie latarni ulicznej przymocowanej do szopy. Przyczepił strzelbę do kierownicy, płócienny plecak przytroczył do kraty na bagażniku. Słyszał, że drzwi od domu Pilgrima otworzyły się i zamknęły, potem rozległy się kroki biegnącego chłopca. Gdy podniósł wzrok, zobaczył, że mały mknie wzdłuż ściany domu. Na dwie stopy od Sweetlanda chłopiec nagle zatrzymał się i stanął na baczność, wpatrując się w twarz starca.
Był patykowaty i blady, jak coś, co za długo namaczało się w wodzie. Fioletowe światło sprawiało, że jego twarz zdawała się ziemista, trupia.
- Jesse - zagadnął Sweetland. Nigdy nie przyzwyczaił się do imienia chłopaka. Brzmiało bajkowo i zniewieściale, jak zasłyszane w którejś z tych oper mydlanych, które kiedyś oglądała matka Sweetlanda. Próbował przechrzcić chłopca, zwracając się do niego rozmaitymi przydomkami - Chłopie, Panie Kolego, Łowco - Jesse reagował jednak wyłącznie na swoje prawdziwe imię.
- Jedziesz w głąb lądu?
- Zastawiłem kilka pułapek - odparł Sweetland. - Pomyślałem, że sprawdzę, czy mi się nie poszczęściło. Clara wie, że tu jesteś?
- Mama jeszcze śpi. Powiedziałem tacie.
- I co on na to?
- Powiedział, żebym nie sprawiał kłopotów.
Sweetland skinął głową. - Weź swój kask z szopy.
Wyjechali z podwórza od tyłu, a gdy dotarli do Królewskiego Tronu na szczycie ścieżki, Jesse poklepał Sweetlanda w ramię i krzyknął, żeby się zatrzymał. Zeskoczywszy z quada, chłopak pobiegł po kamieniach i ściągnął z głowy kask. Słońce właśnie zaczęło wschodzić na dobre, w brzasku ocean nasiąkał pogłębiającym się granatem. Jesse wskoczył na Tron i stanął z szeroko rozpostartymi ramionami. - Jestem królem świata! - wykrzyknął, a jego głos potoczył się w dół zbocza ku zatoce, nabierając po drodze rozpędu. - Jestem królem świata!
Sweetland podejrzewał siebie o to, że jest jedyną osobą w całym chrześcijańskim świecie, która nie widziała tego cholernego filmu o Titanicu. Jesse znał to filmidło tak gruntownie, że potrafił przytoczyć każdy dialog, co zresztą czasem robił. Zawsze, gdy mijali Tron, naciskał, żeby się zatrzymali. Sweetland zostawał na quadzie, czekając, aż chłopiec przeżyje swoją chwilę uniesienia.
- Ruszamy, Wasza Wysokość - zarządził w końcu - dzień nie robi się młodszy.
Za Królewskim Tronem ścieżka skręcała na wschód, ku Łące Vatchera, gdzie latem Glad Vatcher wypasał swoje zwierzęta: kilka krów z bykiem i dwadzieścia owiec zamkniętych za ogrodzeniem na czterdziestu akrach stepowej trawy i kolcolistu. Na obu końcach zagrody znajdowały się bramy, żeby ludzie mogli przekraczać łąkę, gdy zwierzęta wrócą na zimę do obory, letnia ścieżka wiodła jednak dookoła pola. Ujechali jakieś pół mili w głąb lądu, podążając wzdłuż ogrodzenia z drutu kolczastego, aż wreszcie po drugiej stronie znaleźli drogę kluczącą dalej na wschód, ku klifom Burnt Head. Płaskowyż był usiany potężnymi granitowymi głazami, które według Jessego nazywały się "eratyki" i zostały tutaj porzucone pod koniec ostatniej epoki lodowcowej przez cofający się lądolód.
A więc tego was dzisiaj uczą w szkole, spytał Sweetland.
Widziałem to w telewizji, odpowiedział Jesse.
Sweetland nie mógł się nadziwić, co też odkłada się w pamięci małego. Chłopak wciąż upierał się, że musi zdjąć całe ubranie, jeśli miał choćby się odlać. Nie można było liczyć na to, że spuści po sobie wodę w toalecie, potrafił natomiast wygłosić człowiekowi wykłady na sto różnych tematów. Samoloty, układ trawienny, lądowania na Księżycu, Mount Everest, ping-pong, wieloryby. Perspektywa, że chłopiec znów zacznie gadać o wielorybach, napawała Sweetlanda przerażeniem. Łacińskie nazwy, liczebność i rozmiary, pożywienie, drogi migracji, brzmienie i znaczenie ich śpiewów. Jakby mały miał w głowie taśmę, która tylko czeka, aż ktoś uruchomi odtwarzanie.
Za łąkami szlak skręcał ku oceanowi. Przy ścieżce prastare kopce z kamieni, ułożone co kilka kroków, żeby w ciemności czy zawierusze wędrowcy nie spadli z klifu. Do morza ze trzysta stóp w dół. Szczyt starej latarni ledwie widoczny za wzniesieniem, daleko na Burnt Head.
Sweetland zaparkował za opuszczonym domem latarnika. Budynek stał pusty od dziesięciu lat - odkąd światło zostało zautomatyzowane. Jesse wbiegł po próchniejących stopniach i przyłożył dłonie do okna, by zameldować o najnowszych zniszczeniach. Sztormowe wiatry pozdzierały dachówki od strony oceanu, a nieustępliwa wilgoć przeniknęła przez stropy, tak że podłogi pokryły się mieszaniną przemoczonego ocieplenia oraz tynku z sufitów. Mysie gówna na wszystkich odkrytych powierzchniach. Sweetland nie był w stanie spojrzeć na to miejsce.
- Tylko mi tam nie wchodź! - zawołał.
Odczepiwszy od quada strzelbę i plecak, skierował się z chłopcem znowu w głąb lądu. Kiedy oddalali się od zrujnowanego budynku, po swojej prawej dostrzegli rozbłysk nowego światła - była to po prostu lampa na metalowym trójnogu, umocowana w najdalej wysuniętym punkcie skały. Sto stóp na północ od znaku nawigacyjnego znajdowało się utwardzone wypłaszczenie dla helikopterów, zbudowane na szczycie Fever Rocks i używane przez straż przybrzeżną, gdy trzeba było dostarczyć zaopatrzenie latarnikowi lub przeprowadzić konserwację latarni. Kiedyś Jesse oznajmił mu, że to nazywa się "lądowisko".
Zmyśliłeś to sobie, powiedział wtedy Sweetland.
A właśnie, że nie zmyśliłem.
Nie ma czegoś takiego jak lontowisko.
Lądowisko, powtórzył Jesse. Nic nie stanowiło dla niego większej obrazy niż niedokładność lub zmyślenie. Nie licząc jednego znamiennego wyjątku, był rzeczowy aż do przesady. Przeliterował Sweetlandowi słowo "lądowisko", by podkreślić jego prawdziwość. Zawsze był z niego mistrz ortografii. Według pastora - niemal fotograficzna pamięć. Jak stwierdził wielebny, jedno pokolenie wstecz nazywano by chłopca "idiotą-sawantem".
Powiedziałbym, że to określenie jest połowicznie prawdziwe, odparł Sweetland.
Sweetland wciąż mówił na tamto miejsce "lontowisko" pomimo sprzeciwu chłopaka. Nigdy nie przepuścił okazji, by zakpić z dziecinnej powagi Jessego. Kiedyś żywił nadzieję, że może uda mu się wybić myśli chłopca z wydeptanych ścieżek, że zmusi go do spojrzenia na świat pod nieco zbakierowanym kątem, nie przyniosło to jednak żadnej zauważalnej zmiany, tak że później Sweetland robił to już głównie z przyzwyczajenia. Sam Jesse natomiast zdawał się przyjmować drwiny Sweetlanda jako naturalny element życia, udzielając mu specjalnego przyzwolenia na to, by zachowywał się jak głupek; aby robił za błazna na dworze chłopięcej precyzji.
Za lądowiskiem znajdowała się wyłączona z użytku wiata z kołowrotem, a od niej do powierzchni wody prowadził rząd rozklekotanych drabin przykręconych do klifu. Drabiny, o łącznej długości dwustu stóp, były nachylone pod dziwacznymi kątami, dostosowanymi do ukształtowania skał. Klify Fever Rocks stanowiły punkt dostępu do latarni na długo przed tym, kiedy w grę zaczęły wchodzić helikoptery - zapasy oraz materiały budowlane podciągano za pomocą kołowrotu z łodzi podpływających pod skałę. Drabiny nadal poddawano konserwacji, na wypadek gdyby w sytuacji awaryjnej trzeba było dostać się do latarni przy mgle uniemożliwiającej lot. Wyglądały tak, jakby zostały zaprojektowane i zbudowane przez samego Dr. Seussa1. Całe pokolenia wyrostków z wyspy podpływały tu łódkami, by udowodnić, że nie boją się wspiąć na górę. Sweetland dokonał tego raz, z Duke'em i Pilgrimem - po pijaku i po ciemku. Niemal sześćdziesiąt lat później widok drabin wciąż przyprawiał go o lekki zawrót głowy.
Ścieżka przekraczała skarłowaciały las, wiodła ponad rozpadliną wrzynającą się w grzbiet wyspy, a stamtąd prowadziła ku jej południowemu przylądkowi. Właśnie tędy latarnik jeździł do południowego światła na skałach Mackerel Cliffs, a w tamtych czasach była to pięciogodzinna podróż wozem zaprzężonym w konia. Na quadzie Sweetland pokonywał tę drogę w godzinę z niewielkim okładem. Ścieżka, teraz już rzadko używana, była niemal całkiem zarośnięta, przy jej brzegach tłoczyły się świerki. Musieli iść gęsiego - Jesse przodem - a po drodze rękawy przemakały im od kropel zebranych z wilgotnych gałęzi.
W St. John's Clara zaprowadziła chłopca do fryzjera, włosy miał krótko przystrzyżone na karku i po bokach. Na potylicy Jessego Sweetland widział dwa wiry włosów przypominające spirale muszli. Spomiędzy nich wystawał pojedynczy kosmyk, zdziczały pukiel, rosnący po swojemu, od kiedy tylko chłopakowi wyrosło dość dużo włosów, by można je było czesać. Zanim Jesse nauczył się chodzić, Sweetland często okręcał kędzior wokół palca i stawiał go na sztorc niczym pióra zdobiące głowy Indian w westernach, które oglądał z Duke'em w kinach w starym Toronto. Nazywał go małym Indianinem mamusi.
Potem chłopak nie znosił, żeby ktokolwiek dotykał jego głowy. Sweetland podejrzewał, że to właśnie z jego winy. Z trudem oparł się pokusie, by wyciągnąć rękę i wygładzić kosmyk.
?
Sidła były rozłożone pod pniami świerków, w miejscu, gdzie tropy przecinały ścieżkę. Sweetland uwiązał je do żerdzi z młodej olchy, wbitej porządnie w ziemię. Srebrną pętlę zamaskował gałązkami krzewów. W pierwszej pułapce leżał królik; Sweetland przyklęknął, by pomóc Jessemu odplątać drut z szyi zwierzęcia. Przewiązał łapy kawałkiem sznurka, żeby chłopak mógł nieść zdobycz na ramieniu.
Po niemal dwóch godzinach marszu zatrzymali się na lunch. Przysiedli na polanie za doliną. Pod nimi widniał dach chaty Priddle'ów, na wpół ukryty pośród świerków i brzóz. Z dołu płynęły ku nim wrzaski głuptaków gniazdujących na skałach Music House. Dotychczasowe wysiłki przyniosły im dwie parki królików, Sweetland ułożył więc zwierzęta w trawie u ich stóp - grube, lśniące, z wytrzeszczonymi oczami. Wygrzebał kanapki; przez kilka minut jedli w milczeniu. Skończywszy swój lunch, Jesse zaczął śpiewać, przez jakiś czas wyrzucał z siebie opisy jakiejś dawno zapomnianej katastrofy. Nie był to jednak występ. Sweetland zdawał sobie sprawę, że publika nie jest istotna. Piosenka była tylko częścią intymnego krajobrazu, który od czasu do czasu wypływał na powierzchnię, ukazując się zewnętrznemu światu.
Sweetland zaczął szukać w plecaku puszki brzoskwiń. Chłopak nie jadał innych owoców. Tylko z konserwy, tylko Del Monte. Sweetland miał ich w domu pełną szafkę. Zdjął wieczko z puszki i podał ją chłopcu, gdy piosenka dobiegła końca.
- Tata mówi, że teraz chcecie zostać już tylko ty i Loveless - powiedział Jesse.
Sweetland przyjrzał się chłopcu, który, skupiony na puszce, zagarniał owoce do ust plastikową łyżką. Dotąd ani razu nie wspomniał o całym tym interesie. W mniemaniu Sweetlanda nic nie wskazywało na to, by sprawa przeprowadzki odcisnęła ślad na przedziwnych górach i dolinach umysłu chłopca, choć już od lat był to główny temat rozmów w miasteczku.
- Czy ja też muszę jechać? - spytał Jesse. Wciąż jadł, wpatrując się w konserwę.
- Nie, dopóki ja tutaj jestem - odparł Sweetland.
Chłopak włożył ostatni owoc do ust i przechylił puszkę, by wypić sok. Nie sposób było stwierdzić, co o tym wszystkim sądzi, ku czemu się skłania.
- No - zagadnął Sweetland - wczoraj wróciłeś promem, zgadza się?
- Mama zabrała mnie do doktora w St. John's - wytłumaczył. Jakby to była dla Sweetlanda nowina.
- I co doktor miał do powiedzenia? Jesteś upośledzony, tak? Aspołeczny? Współuzależniony? Niezrównoważony? Psychopatyczny?
- Nie - stwierdził chłopiec.
- W takim razie po cholerę pływasz aż do St. John's, żeby spotykać się z doktorem?
Jesse wzruszył ramionami. - Nie wiem.
- To raczej twoja mama powinna odwiedzać doktora.
- Ona też odwiedza. Wchodzi po mnie.
Sweetland się uśmiechnął. - I co, zajebiście jej to pomaga, co nie?
- Nie wiem - odpowiedział chłopak.
Sweetland pomyślał, że posunął się za daleko. - Nie przejmuj się mną - powiedział w ramach przeprosin.
- Nie przejmuję się.
Sweetland odetchnął i popatrzył ku dolinie. Nawet jemu czasem przechodziło przez myśl, że chłopak wiedzie samotnicze życie, zamknięty w tej swojej głowie. Otoczony zniedołężniałymi starcami i wyimaginowanymi przyjaciółmi.
Jak na komendę Jesse powiedział: - A Hollis też raz pojechał do St. John's na wizytę u doktora.
- Gdzieżeś coś takiego usłyszał?
- Hollis mi powiedział.
Chłopak mówił o bracie Sweetlanda. Hollis nie żył od dobrych pięćdziesięciu lat.
- Serio? - spytał Sweetland.
- Któregoś roku spędził w St. John's większość zimy.
Sweetland wstał i zajął się zbieraniem ich skromnego ekwipunku, zaczął wszystko pakować. - No, kończ już - poprosił. Po jego skórze przebiegł dreszcz, jakby oblazły go robaki. Pozbyć się tego uczucia mógł tylko i wyłącznie ruszając się z miejsca. - Mamy lepsze rzeczy do roboty niż siedzieć i mleć ozorem.
Króliki oczyścili nad zlewem w kuchni Sweetlanda. Jesse stał na krześle i przytrzymywał je w powietrzu za tylne łapy, a Sweetland przeciągał ostrzem po futrze nad stawami i powoli obdzierał tuszki ze skóry, cal po calu. Mięso o barwie mahoniu, podobnie do drewna poprzecinane włóknami. Wnętrzności upstrzone żyłkami spadały do stalowej czary zlewu.
Gdy zadzwonił telefon, Jesse zeskoczył z krzesła, żeby odebrać, lecz Sweetland mu nie pozwolił, obawiając się, że to Clara.
- Umyj się - powiedział. - Pora wracać do domu na kolację.
Chłopak opłukał ręce pod kranem przy wtórze wciąż dzwoniącego telefonu. - Płyniesz jutro po drewno? - spytał.
- Być może.
- Mógłbym pomóc.
- Zanieś jednego tacie - przykazał Sweetland, wsuwając oprawioną tuszkę do czystej foliowej siatki. Jesse już czekał, wyciągając przed siebie świeżo umyte ręce, jakby miał zaraz otrzymać ceremonialny miecz.
?
Opłukawszy zlew, Sweetland wyszedł tylnymi drzwiami i stanął przed domem. Popatrzył na wschód, potem na zachód, jakby zastanawiał się, którą drogę wybrać. Potem ruszył nieśpiesznym krokiem w stronę miasteczka. Minął dom Pilgrima, ale nawet nie zerknął na okna, po prostu przemknął obok, odwracając wzrok.
Poszedł dalej, do zakładu fryzjerskiego Duke'a Fewera - jednoizbowej szopy przy domu właściciela. Stał tam fotel fryzjerski, stary jak świat, przykręcony do gołej podłogi ze sklejki. Jedną ścianę prawie w całości zakrywało lustro, pozostałe pokrywały wyblakłe zdjęcia i pożółkłe ze starości wycinki z gazet. Bzycząca neonówka, wieszak na kurtki, w kącie zlew, a naprzeciwko piecyk, mający ogrzewać pomieszczenie zimą. Pod ścianą ze zdjęciami dwa drewniane krzesła rozdzielone niskim stolikiem z szachownicą i stosem czasopism - "National Geographic" i "Time", "Sports Illustrated" i "Maclean's" - wydanych przed trzydziestu laty, a nietykanych niemal równie długo.
Duke siedział w fotelu fryzjerskim z trzydniową gazetą, która przypłynęła ostatnim promem. Modliszkowate nogi skrzyżował w sposób, który wydawał się niezupełnie ludzki. Gdy Sweetland wszedł do zakładu, Fewer nie podniósł wzroku - gdyby nie charakterystyczne drżenie dłoni, od którego trzęsła się cała gazeta, mogłoby się wydawać, że przysnął, przymknąwszy ciężkie powieki tylko do połowy.
- Zaraz kończę - odezwał się wreszcie. Sweetland usiadł na jednym z krzeseł i popatrzył na sytuację na szachownicy.
Duke przywiózł fotel fryzjerski ze składnicy z używanymi materiałami budowlanymi w St. John's w 1992 roku, gdy doszło do przełowienia dorsza, a rząd zakazał rybołówstwa przybrzeżnego. Sweetland próbował wybić mu to z głowy. Po pierwsze, w Chance Cove mieszkało wtedy jakieś dziewięćdziesiąt osób, a wszyscy strzygli się w kuchni Reet Verge, nie licząc Neda Priddle'a, który włosów miał tyle, co kula do kręgli. A poza tym Duke w życiu nikogo nie ostrzygł. Nie znalazła się ani jedna osoba - czy to kobieta, czy mężczyzna - która odważyłaby się usiąść w tym fotelu i pozwolić Duke'owi dobrać się do swojej głowy z maszynką w dłoni.
Duke zaszeleścił gazetą. - Pilgrim wpadł jakiś czas temu. Mówił, że pojechaliście z Jessem sprawdzać sidła.
- Zastawiłem parę pętli po drugiej stronie wyspy, nad chatą Priddle'ów.
- Pilgrim mówił, że Clara nie była tym szczególnie zachwycona.
- Pewnie nie - odparł cicho Sweetland.
Duke miał brzytwę i czarkę na wodę; oferował golenie za dolara pięćdziesiąt. Z tego, co było wiadomo Sweetlandowi, na tę propozycję też nikt się jeszcze nie skusił. Otwierając interes, Fewer chwalił się, że będzie miał dzięki temu "odpis podatkowy". Trudno było stwierdzić, od czego mógłby to sobie odpisać. Przez jakieś dwadzieścia lat spędzał tu sześć popołudni w tygodniu, zamiatając podłogę, czytając gazetę, przyglądając się przechodniom przez malutkie okienko przy drzwiach. Jego była żona opuściła wyspę przed dwudziestu pięciu laty, a dzieci przeniosły się na stały ląd, w te czy inne strony. Plotkował z mężczyznami, którzy wpadali na filiżankę herbaty, rzucali okiem na szachownicę, przestawiali figurę tu czy tam. Duke grał białymi i nigdy nie przegrywał.
- Kto ostatnio siedział przy tej szachownicy? - spytał Sweetland.
Duke zajrzał mu przez ramię, wyciągając szyję. - Odkąd ostatnio tu byłeś, ruszało się siedmiu czy ośmiu.
- Ale chyba nie pozwoliłeś niczego dotykać Lovelessowi?
- Jesteś zaszachowany - odparł, strzepując gazetę. - Gdybyś nie zauważył.
- Lovelessowi nadal się wydaje, że to cholerne warcaby.
- Chce dobrze.
Sweetland chrząknął. - Tak samo jak pieprzony rząd.
Duke skinął głową, co w jego przypadku było czynnością najbliższą śmiechowi. - Nie widziałem cię wczoraj na spotkaniu.
- Ty natomiast na nie uczęszczasz, co nie?
- Brakowało tylko Lovelessa, ciebie i Queenie. Trudno było nie zauważyć. Hayward myśli, że widocznie ty i Queenie urządzacie sobie mały romansik.
- A Lovelessem się nie przejmuje?
- Hayward ma paranoję - skwitował Duke. - To idiota.
- Wiesz... - zaczął Sweetland, jakby istniały jakiekolwiek wątpliwości.
- Słyszałeś, że jednak przystąpił do programu? - spytał Duke.
- Słyszałem.
- A więc teraz zostaliście już tylko ty i Loveless.
Sweetland zerknął na mężczyznę w fotelu. Znał jego zdanie. Duke Fewer był jednak jedyną osobą na wyspie, która dotąd nie próbowała na niego wpłynąć w taki czy inny sposób. Zakład fryzjerski był dla Sweetlanda ostatnim bezpiecznym miejscem. - Nie zaczynaj. - powiedział.
- Mnie to nie robi żadnej różnicy. Wynoszę się stąd, z rządowymi pieniędzmi czy bez. Rodzina Laury przygotowała dla mnie pokój.
- O Jezu - odparł Sweetland. - A kto przejmie zakład fryzjerski, kiedy wyjedziesz?
- Pocałuj mnie w dupę.
- Taka chabeta jak ty nie ma nawet dupy.
Sweetland uciekł królem spod bicia, na co Duke złożył gazetę i wygramolił się z fotela. To był zawiły proces - rozkrzyżować te długaśne kończyny, oprzeć je prosto na podłodze. Podszedł do szachownicy, podniósł wieżę i przestawił ją drżącą ręką.
- Szach - oznajmił.
Sweetland oparł się na krześle, zdjęty obrzydzeniem. - Pieprzony Loveless - skwitował.
Duke przysiadł na wolnym krześle naprzeciwko Sweetlanda. Obaj mężczyźni wpatrywali się w planszę, jakby sądzili, że któraś z drewnianych bierek przesunie się zaraz o własnych siłach, i nie chcieli tego przegapić. Duke odchrząknął. - Są tacy, co mówią, że cię wykurzą ogniem, jeśli sam nie przystąpisz do programu.
- Jacy "tacy"?
- Chodzą słuchy.
- Słyszałeś, jak ktoś mówił, że mnie wykurzy ogniem?
- No, nie wprost - odparł Duke. - Są tacy, do których dotarły takie słuchy.
- No to niech mnie pocałują w dupę.
- Mose, ludzie zaczynają się gorączkować. Sto patyków to ogromne pieniądze.
Sweetland przyglądał się Duke'owi, usiłując zrozumieć, co dokładnie próbuje powiedzieć. Czy przypadkiem ktoś inny nie przekazuje za jego pośrednictwem wiadomości. Zapytał: - Uważasz, że powinienem je przyjąć?
Duke podniósł wzrok. - Pamiętasz, co ci przyszło z ostatniej dobrej rady, którą ci dałem. - Odetchnął i skinął na planszę. - Robisz ruch, czy będziesz się tak gapił?
Sweetland wstał. - Muszę się zastanowić.
- Mam jeszcze sporo gazety do przeczytania.
Sweetland odwrócił się do drzwi. - Nie pozwól Lovelessowi tknąć tej szachownicy - nakazał.
Usłyszał ich, zanim zobaczył. Głosy we mgle, tak niewyraźne, że miał wrażenie, iż mógł je sobie po prostu wyobrazić. Urojenia słuchowe, umysł próbujący zrekompensować brak bodźców. Na podobnej zasadzie człowiek zaczyna gadać z meblami, jeśli tylko spędzi samotnie dość dużo czasu.
W każdym razie głosy w oddali.
W sobotę rano popłynął na stały ląd po ładunek drewna, przez mgłę musiał tam zostać na noc. Przespał się w sterówce pod starym kocem, poduszkę zrobił sobie ze zwiniętego kombinezonu. Bladym świtem opar nieco się podniósł, Sweetland pomyślał więc, że może zdoła wrócić do domu. Już miał wyspę w zasięgu wzroku, gdy wszystko znowu otuliła biel tak gęsta, że nie widział dalej niż na dziesięć stóp przed dziobem. Wyłączył silnik i dryfował przez jakiś czas, nasłuchując innych łodzi. Długo nic, tylko chlupot fal obmywających kadłub. Wycie buczka mgłowego na Burnt Head. W okresach ciszy - szmer, który zdawał się niejasno ludzki. A potem okrzyk, pozbawiona znaczenia sylaba, niczym szczeknięcie psa.
To napędziło mu stracha. Był całe mile od brzegu, a ten głos zdawał się dobiegać z samego oceanu. Musiał zebrać się w sobie, aby coś odkrzyknąć, licząc na to, że nie doczeka się żadnego odzewu z białej pustki. Hej tam, zawołał. W odpowiedzi rozległo się dzikie nawoływanie jakiegoś półtuzina głosów, a on odsunął się do tyłu, jakby odepchnęła go jakaś ręka wysuwająca się z mgły. O Jezu. Do ciężkiej cholery, powiedział.
Gdy uruchomił silnik, głosy zaczęły rozbrzmiewać jeszcze donośniej, chcąc przekrzyczeć hałas. Zwrócił dyszącą łódź w kierunku, z którego w jego mniemaniu dobiegały nawoływania. Uniósł głowę, próbując podążać za harmidrem wystrzelającym niczym flara. Przed nim powoli kształtował się jakiś kontur, ciemniejący we mgle siniec, przebarwiony czerwienią szalupy ratunkowej.
Wrzucił na wsteczny, by nie uderzyć burtą w otwartą łódkę. Na całej długości szalupy sylwetki gorączkowo wymachujące rękami. Wyglądało na to, że jest ich z tuzin albo i więcej, a na dodatek - żadnych miejscowych. Ciemna skóra, czarne czupryny. Pomyślał, że pewnie na ławicy Banks rozbił się jakiś zagraniczny trawler, może kontenerowiec w drodze do Stanów. Wszyscy mieli na sobie codzienne ubrania, ani jednej kamizelki ratunkowej.
Gdy ich opłynął, jeden z rozbitków wychylił się z dziobu pod takim kątem, że Sweetland zachodził w głowę, co sprawia, że mężczyzna nie leci na twarz do wody. Pomyślał, że facet wygląda na Hindusa, może na jakąś jego odmianę - nigdy nie potrafił ich wszystkich rozróżnić. W głębi łódki, za burtami, kuliło się więcej ludzi, ubranych zupełnie nieodpowiednio do pogody i na oko już na wpół zamarzniętych. Sweetland rzucił linę, którą tamten przywiązał na dziobie szalupy. Potem mężczyzna podniósł rękę do ust, odchylając głowę do tyłu. Odszukawszy dwie butle z grubego, ciemnego szkła, w których woził słodką wodę, Sweetland chwycił również koc i złożony kawał płótna, po czym podał to wszystko ludziom w łódce.
Te twarze wpatrujące się w niego z wyrazem obłąkańczej ulgi. Przez ładunek drewna miał duże zanurzenie; przyszło mu do głowy, że być może tamci spróbują wdrapać się na pokład i w ten sposób poślą go na dno, na zasadzie tonącego, który ponoć potrafi wciągnąć pod wodę ratownika. Wykonał rękami gesty, które w jego mniemaniu miały podziałać na nich uspokajająco, po czym uruchomił silnik, odpłynął od szalupy na pełną długość liny i powoli, powoli, powoli ruszył w kierunku zatoki.
Co jakiś czas zerkał za siebie, za każdym razem zaskoczony widokiem tego, co płynęło w ślad za nim.