Trzeba było zostać w łóżku.
Jeśli wyjący o trzeciej nad ranem czujnik wykrywacza dymu (bo bateria zawsze musi paść akurat w takim momencie), psujący się ekspres do kawy i Jagger wymiotujący na moje ubrania dosłownie chwilę przed wyjściem z domu to nie były znaki ostrzegawcze, które powinnam rozważyć, to już nie wiem, co nimi było.
A teraz, kiedy Simone wpatruje się we mnie z uniesionymi brwiami, wyczekującym spojrzeniem i kolejną prośbą na ustach, wiem już, że owinięcie się kołdrą w moim ciepłym, wygodnym łóżku byłoby o wiele lepsze od tego, na co właśnie mam się zgodzić.
- Nie patrz tak na mnie - mówi. - Zrobiłabym dla ciebie to samo.
- Różnica polega na tym, że ja nie proszę. Nigdy.
Jej westchnienie i szuranie nogami są dowodem, którego potrzebuję. Wie, że mam rację. Że to zdecydowanie jest jednostronna relacja - no chyba że liczy się to, jak rozśmiesza mnie każdego dnia. Gdyby wziąć to pod uwagę, mogłoby się okazać, że tylko dzięki niej pozostaję przy zdrowych zmysłach przez większość czasu.
I z tego samego powodu piorunuję ją wzrokiem, ale kiwam głową.
- Lepiej, żeby to był naprawdę dobry układ, skoro już zmuszasz mnie do wzięcia tego za ciebie.
- Naprawdę?
Simone klaszcze w dłonie i wykonuje krótki taniec, jej loki jak spiralki podskakują, a uśmiech staje się promienny. I wszystko to dlatego, że wzięłam za nią zmianę dzisiaj wieczorem, żeby mogła spędzić czas ze swoim ciachem miesiąca - a oni naprawdę zmieniają się co miesiąc - który akurat przyjechał do miasta. Kim jednak jestem, by odmawiać komuś zakochanemu w samej idei bycia zakochanym i lekkomyślności, która się z tym wiąże?
- Naprawdę - odpowiadam łagodnie, zła na siebie, że nie potrafię jej odmówić.
- O mój Boże. Jesteś najlepsza. Może dzięki temu znajdziesz się w centrum uwagi Xaviera, który wreszcie zobaczy, jakim jesteś darem od losu, i zacznie traktować cię jak należy.
Xavier McMann. Wygadany jak diabli. Nieprzeciętny twardziel. Nasz szef. Nadal nie mogę pojąć, jak udało mu się sprawić, że McMann Media Management stało się jedną z największych firm zajmujących się mediami i public relations w Los Angeles. Przy jego wyczerpującym grafiku, nieugiętych żądaniach i zdolnościach komunikacyjnych troglodyty wydaje się, że zauważy cię tylko, jeśli coś schrzanisz.
A jednak oboje tu pracujemy, bo on jest najlepszy z najlepszych. Jego aprobata jest jak złoty bilet do kariery w tej branży. Kontakty, jakie się zdobywa, pracując dla niego, mogą to zagwarantować. Skoro użeranie się z nim i jego żądaniami jest tym, czego potrzebuję, by nauczyć się fachu i wepchnąć stopę w drzwi, do których dobijam się już chyba od wieków, to niech i tak będzie.
Planuję pewnego dnia stać się nim.
Mieć swoją firmę reklamową lub reprezentującą artystów. Własnych pracowników. Własną reputację.
Po prostu zaczęłam z wszystkim trochę później, niż planowałam...
Sposób, w jaki wywracam oczami w odpowiedzi, sugeruje wszystko.
- Nic nigdy nie sprawi, że Xavier mnie zauważy. - Niezależnie, jak ciężko pracuję, on nigdy mnie nie zauważy. - Zresztą i tak nigdy nie przebywamy w tym samym miejscu. - A nawet jeśli się to zdarzy, moim najważniejszym zajęciem jest przynoszenie kawy. Najwyraźniej mój bezpośredni przełożony chce sam zająć się istotniejszymi zadaniami, by pozostawić po sobie bardziej trwałe wrażenie.
- Będzie tam dzisiaj.
- Wcale nie. Przecież jest...
- Tutaj. W Los Angeles. Wrócił z Napa wcześniej, bo wyskoczyła ta sprawa i chciał wszystkiego osobiście dopilnować. Więc masz pewność, że to ważna sprawa, skoro skrócił dla niej swoją podróż.
- A ta sprawa to...
- Nie mam pojęcia. - Simone wzrusza ramionami z obojętnością, jakby ta rozmowa w ogóle jej nie obchodziła. Jestem pewna, że jej myśli już skupiają się na wieczornej randce. - Wszystko jest utrzymywane w tajemnicy.
- I ty chcesz to przegapić?
- Wiem. Najprawdopodobniej strzelam sobie w kolano, bo pewnie po dzisiejszym dniu zostaniesz awansowana na specjalistkę czy coś takiego, gdy dasz tam czadu.
- Tak, jasne. - Macham ręką, jakbym chciała przyznać jej rację. - Jestem taką świetną dziewczynką na posyłki, że Xavier awansuje mnie w mgnieniu oka.
Ale przynajmniej świadomość, że tu będzie, da mi motywację do pracy po godzinach. Chociaż jest wrzodem na tyłku, w jego obecności zawsze pojawia się jakaś okazja.
- Daj spokój.
- A może powiesz mi, jakie są moje obowiązki na dzisiejszy wieczór?
- Nie wiem.
I właśnie dlatego późne rozpoczęcie kariery jest takie frustrujące. Często przydziela się mi młodszych pracowników, którzy nie znają niuansów.
Chociaż ja znałam niuanse nawet w wieku Simone.
- Słucham? - Ponownie wzrusza ramionami, a jej uśmiech jest tak słodki, że aż czuję, jak moje zęby atakuje próchnica. - Cóż, a możesz chociaż powiedzieć mi, kim jest klient?
- Nie. Jak już mówiłam, wszystko jest owiane tajemnicą.
- Świetnie. Nie wiesz co i nie wiesz kto. Ten pomysł przestaje mi się podobać. - Wzdycham. Ostatnim razem, kiedy wszystko było taką tajemnicą, rozpętało się prawdziwe piekło.
Simone parska, kiedy obie przypominamy sobie, jaką katastrofą okazało się przyjęcie jako klienta prezentera, który lubił szokować ludzi, by spróbować zrehabilitować go w oczach opinii publicznej. Wystarczy powiedzieć, że cała ta rehabilitacja okazała się krótkotrwała i ostatecznie daremna.
- Nie sądzę, żeby to była tego rodzaju tajemnica. Myślę, że bardziej chodzi tutaj o to, że Xavier wykradł innej firmie jakieś wielkie nazwisko i dlatego musimy utrzymać to w sekrecie. Chce, żeby zaprezentowała się jak największa liczba pracowników, by pokazać klientowi, że będziemy go wspierać na każdy możliwy sposób.
- A, czyli robimy szum.
- Właśnie.
- Czyli to jakiś on?
- Tak. Mężczyzna. Przynajmniej wiemy, że nie będzie to jakaś diwa z niedorzecznymi wymaganiami.
Posyłam jej znaczące spojrzenie, bo obie wiemy, że czasami mężczyźni potrafią być większymi diwami od kobiet.
- Słuchaj, jestem ci dłużna milion... czegoś. - Macha ręką i się śmieje. - Nie mogę powiedzieć dolarów, bo obie wiemy, że nie mam takich pieniędzy.
- To tak jak ja. - Wzdycham, nadal gardząc sobą za to, że zgodziłam się na coś takiego. - Powiedz mi, dokąd mam iść i o której muszę tam być.