Rozdział 1
Stella
2022Rzym, 10 lipca
W zasadzie każdy koniec jest początkiem, a początek końcem. Moje życie zazwyczaj tak właśnie wyglądało.
Koniec studiów był początkiem życia z mężczyzną, który został moim mężem, a jego śmierć dwa lata później zapoczątkowała bezsenność i uczucie bezbrzeżnej tęsknoty. Małżeństwo nie było początkiem ani końcem. Raczej nazwałabym ten etap pięknym rozwinięciem.
- Miała pani szczęście. - Usłyszałam na sali operacyjnej, by następnego dnia dowiedzieć się, że kiedy wyjdę z tego cholernego szpitala, już nic nigdy nie będzie wyglądać tak samo.
W rzeczy samej, miałam dużo szczęścia z podkreśleniem magicznego słowa w czasie przeszłym - miałam.
Koniec choroby rozpoczął nową chorobę duszy, której nawet najlepszy lek na świecie nie miał szansy wyleczyć. Nowy porządek świata nie do końca mi odpowiadał, ale nie miałam siły walczyć ani uciekać. Nie miałam planu. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to zaszycie się w łóżku, zakryta kołdrą po same uszy, i przeczekanie tak do zimy. Miałam chociaż pracę, która trochę wypełniała dni i stanowiła racjonalny powód do tego, by zmienić piżamę na coś innego.
Drugi kwartał roku się skończył, o czym żywo rozprawiał Dante, szef wszystkich szefów, z którym właśnie trwało spotkanie online. Dyrektorzy galerii, należących do sieci, byli zapraszani co trzy miesiące, by podsumować wyniki finansowe i jako że pracowali setki kilometrów od Rzymu, dużo chętniej uczestniczyli w nich zdalnie niż osobiście. Od kiedy dwa lata temu Dante zajął się zarządzaniem firmą po śmierci swojego taty, ani razu nie udało mu się spotkać z nimi wszystkimi w głównej siedzibie. Czasem ktoś odwiedzał Dantego w Rzymie, a on sam chętnie podróżował między europejskimi stolicami. Gwardia w pełnym składzie widywała się jednak wyłącznie wirtualnie.
Dołączyłam do Dantego niedługo po stracie mojego męża i było to moje drugie takie spotkanie, od kiedy pracowaliśmy razem, ale też pierwsze, na które samodzielnie przygotowałam wielostronicową prezentację. Lubiłam zadania, które wymagały skupienia się na detalach, i chociaż mogły wydawać się nudne, doskonale trzymały mnie w ryzach. To było mi potrzebne jak powietrze, szczególnie teraz.
Znałam każdy wykres na pamięć, więc mogłam bez wyrzutów gapić się przez okno, zamiast na migoczący ekran, pełen cyferek i dziwnych twarzy, które nawet nie mrugały. Zastanawiałam się, czy to nie są jakieś avatary, chociaż w zasadzie czasem się odzywali, jeśli Dante pozwolił im dojść do głosu.
Niezależnie, w jakim języku - czuł się doskonale, mówiąc.
Koniec kwartału wydawał się idealnym powodem, by po spotkaniu napomknąć o kilku dniach wolnego, broń Boże nie nazywajmy tego urlopem, i spróbować wdrożyć plan pseudohibernacji w ramach odpoczynku. Mocno chciałam wierzyć, że kilka dni spokoju pozwoli mi znaleźć sensowny powód, by ruszyć z miejsca. Zabrzmiało jak plan, który miał szansę się udać. Pierwszy plan, jaki udało mi się wymyślić od dłuższego czasu.
Przez wysokie okno na drugim piętrze kamienicy patrzyłam na samochody przemykające między ulicami Rzymu i park z drzewami piniowymi skąpanymi w przedpołudniowym słońcu. Roześmiane dzieci goniły się po trawie, a staruszkowie w kapeluszach popijali espresso oparci o ladę pobliskiej budki.
Siedziałam otulona głosem Dantego, który brzmiał wspaniale, nawet jeśli były to jedynie mało romantyczne aspekty sprzedaży i celów biznesowych.
Dante.
Uosobienie łagodności i włoskiego stylu zamknięte w prawie dwumetrowym brunecie, zawsze w jasnej koszuli niezapiętej na ostatni guzik. Jak przystało na rzymskiego chłopaka z krwi i kości, żywo gestykulował, nawet rozprawiając o finansach i rozliczeniach.
Chociaż urodziłam się dwa tysiące kilometrów stąd, to właśnie w Rzymie czułam się jak w domu. Tu było wszystko, co kochałam: tata, Dante, słońce i prawie niewidzialne okruchy spokoju, który zgubiłam sto pięćdziesiąt cztery dni temu, kiedy odszedł mój mąż.
- Kolejny miesiąc kończymy z wynikiem, z jakiego dziadziuś byłby dumny. Jesień też zapowiada się wspaniale. - Dante klasnął tuż przy mojej głowie. - Stella, jesteś? W ogóle mnie nie słuchasz. Nic a nic. - Założył ręce na piersi, dzięki czemu wydał się jeszcze wyższy. - Ja staram się być profesjonalny, a ty nawet na mnie nie patrzysz.
- Słucham. Kolejny miesiąc zapowiada się wspaniale - burknęłam i oparłam brodę na dłoni.
Spojrzałam przeciągle na wykresy i kolorowe tabelki na ekranie. Reszta uczestników spotkania zdążyła się już wyłączyć i zostaliśmy sami. Dante jeszcze przez chwilę kontynuował analizę finansową, a ja myślami błądziłam bez celu. Patrzenie przez okno mnie relaksowało, a kiedy zerkałam na cyferki, oczy mi się same zamykały. Byłam wykończona po kolejnej nieprzespanej nocy i zestresowana nadchodzącą, która nie zapowiadała się lepiej.
- Wszystko dzięki tobie. Jesteś doskonała i znasz się na tym jak nikt inny! - powiedział radośnie. - Widziałaś, jak kiwali głowami? Po prostu ich zamurowały wspaniałe wyniki. Jestem genialny!
Wzruszyłam ramionami i westchnęłam. Przygotowanie tego raportu było sto razy prostsze niż przespanie ciągiem dwóch godzin w nocy.
- Sam się dziwię, że wcześniej cię nie przywiązałem do biurka - zachichotał. - Spadłaś mi z nieba.
Co za doskonały dobór słów. Mój mąż też dosłownie spadł z nieba. I nie przeżył, dla jasności.
Moje plecy spięły się mimowolnie.
Lodowaty dreszcz przebiegł po całym ciele, a ja zamknęłam oczy, by powstrzymać łzy, które pojawiły się pod powiekami jakby z automatu.
- Nie mów tak, proszę. - Pociągnęłam nosem.
Dante szybko podszedł do ekspresu i za moment filiżanka pachnącej earl grey znalazła się tuż przede mną.
Moja ulubiona.
Chociaż włoska kawa była najlepsza na świecie, przynajmniej według Włochów, nie miałam w zwyczaju jej pijać. W ostatnim czasie nawet małe cappuccino sprawiało, że wszystko w głowie i brzuchu iskrzyło, jakbym zamiast kawy przyjęła dynamit w płynie.
- Jesteś wspaniała. Dziękuję, że jesteś ze mną. Oni by mnie pożarli nawet przez ekran, przecież wiesz. - Wskazał palcem na widok spotkania, które się zakończyło.
Usiadł obok.
- Dante - westchnęłam. - Nie odważyliby się pisnąć słowa, przecież wiesz. - Potarłam nos. - A ja... ja nawet nie wiem, kim jestem bez niego. Nie mam już siły. - Z trudem nabrałam powietrza. - On już nie wróci. Nigdy... Moje dawne życie nie wróci. Nigdy! Słyszysz? - Podniesiony ton tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że nie jestem w najlepszej formie.
- Bella... Nie musisz znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Nikt ich nie zna. Zastanówmy się więc, co wiemy na pewno. - Nieśmiało chwycił moją dłoń.
Nie miałam siły się opierać.
- Nazywasz się Stella Fabrizio. Teraz pracujesz ze mną, bo za cholerę nie potrafię ogarnąć tego bajzlu - ręką wskazał na ekran kolejny raz i dodał nieco ciszej - od kiedy mój tata odszedł. Razem chodziliśmy do szkoły i razem jedliśmy spaghetti u mia nonna1. Prowadzimy pięć luksusowych galerii w Europie i ubieramy najbogatszych na świecie. Rodzice wymyślili sobie, że ja zajmę się finansami, a ty projektowaniem, ale życie wybrało inaczej. Dzięki tobie, mia bella2, to wszystko zaczęło działać, przecież wiesz. Jesteś najwspanialszą dziewczyną, jaką znam, tuż obok mia mamma, mia nonna i mia sposa3. Kolejność przypadkowa. - Poprawił włosy i zamrugał.
Odetchnęłam głośno.
- Zostałam sama. Zapomniałeś dodać jeden mały szczegół. Dwa lata mojego życia diabli wzięli. Miałam najlepszego męża na świecie i dzięki niemu miałam po co żyć. Teraz została jedynie pustka, której nie potrafię zapełnić. Czarna dziura! Krater wulkanu, który wybuchł pięć miesięcy temu i w jednej chwili zniszczył wszystko w promieniu stu kilometrów.
- Stellina, bella ragazza4. Nie zostałaś sama. Jestem z tobą! Wiele osób jest zawsze blisko ciebie gotowych skoczyć za tobą w ogień i w krater wulkanu również. - Uśmiechnął się łagodnie. - Coś tam chyba rozumiem, bo też straciłem kilka bliskich osób. - Pogłaskał mnie po policzku. - Daj sobie czas.
- Dałam sobie czas i co to dało? Nic!
- Jeśli będziesz w kółko myśleć o jednym, nie będzie łatwiej. - Zastanowił się przez chwilę. - W zasadzie masz dwa wyjścia - dodał jakby od niechcenia.
Spojrzałam pytająco.
- Primo. Ucieczka w wersji hard. Rzucasz wszystko w cholerę, jedziesz na koniec świata, zapalasz szamańskie kadzidło i pytasz przestrzeń, jaka jest twoja życiowa misja. Poleżysz na plaży, popatrzysz w gwiazdy i jakaś magiczna siła sprawi, że wszystko się ułoży. - Spojrzał w sufit i pokręcił głową.
- Nie lubię plaży. Drugie wyjście?
- Ucieczka w nowoczesnym wykonaniu pod niewielką przyjacielską kontrolą. Odrobinę zmienisz perspektywę i przypomnisz sobie, co sprawiało ci przyjemność. Odwiedzisz kilka miłych miejsc i sprawdzisz, czy cię tam nie ma przypadkiem - powiedział z szerokim uśmiechem, a ja odwróciłam głowę. - Kiedy czasem mi się zapomni, kim jestem, robię farfalle z parmezanem i od razu jest lepiej - zachichotał.
Nadal patrzyłam w okno. Nie mogłam przestać nerwowo poruszać nogą.
Żadna z tych możliwości nie przypominała po prostu siedzenia w łóżku i czekania, aż wszystko minie. Dante podniósł moją dłoń i pocałował.
- Masz rację, nie wiem, co czujesz, ale wiem też, że dwa to tylko cyfra i tylko część twojego życia. Zawsze byłaś Stellą, a przez jakiś czas również żoną. Role mogą się zmieniać i praca może się zmieniać. Wiesz, jak jest. Wczoraj projektowałaś sukienki, dzisiaj tworzysz tabelki. Miasto może się zmieniać, już to przerabiałaś. Jedno się nigdy nie zmieni. Zawsze będziesz Stellą, piękną i mądrą dziewczyną, która przestała się uśmiechać.
Przytulił mnie. Spojrzał na mnie wielkimi brązowymi oczami i pogłaskał po policzku. Byłam pewna, że chciał pomóc. Jednak czy ja byłam gotowa przyjąć tę pomoc? Utknęłam gdzieś w czasoprzestrzeni i nie byłam już niczego pewna.
- Pojedziesz więc do Londynu. Byłaś tam szczęśliwa, pamiętasz? Zawsze mówiłaś, że lubisz tam wracać. Kiedy ostatni raz jechałaś londyńskim metrem, co? - zapytał zawadiacko, a ja mimowolnie się uśmiechnęłam. - Coś mi się wydaje, że zasiedziałaś się w tym Rzymie, moja droga.
- Nie mogę - odpowiedziałam drżącym głosem. - Za dużo wszystkiego. Za dużo wspomnień. Wolałabym zostać tutaj, wyspać się, odpocząć - wydukałam.
- Stello, jeśli nic nie zmienisz, to nic się nie zmieni. Z wieloma miejscami łączą nas wspomnienia, to nieuniknione. Zanim zostałaś żoną, robiłaś w Londynie piękne rzeczy, pamiętasz? Poza tym nie musisz przechodzić drogi krzyżowej od stacji do stacji, opłakując każde miejsce, w którym piłaś z nim herbatę.
Otarł mi łzy z policzka.
- Stello, londyński oddział cały czas jest w tyle, wiesz o tym. Mało sprzedają i nie zarabiają. Dzisiaj też o tym rozmawialiśmy. Od kiedy stary James się ulotnił, nie możemy dogadać się z tak zwaną - zrobił cudzysłów palcami - kadrą zarządzającą, o tym też wiesz. Finansowy bordello. - Przeczesał włosy. - Kolejny mądry dyrektor się pojawił, ale nawet nie raczył się dzisiaj pokazać i wysłał sekretarkę. Na spotkanie dyrektorskie! Nie ma za grosz honoru - westchnął. - Jak znam życie, nie cierpi Włochów. - Przewrócił oczami. - Zrobisz więc audyt i sprawdzisz, co nie gra. Niby wszystko mają, a nie sprzedają. Przygotujesz dla nas maleńki raporcik i rozstawisz wszystkich po kątach, jeśli będzie taka potrzeba. Do tego z pewnością znajdziesz chwilę, żeby pobiegać po Saint James's Park i pokarmić kaczki.
- Nie rozstawiam nikogo po kątach - wymamrotałam, wycierając nos. Usta mi drżały. - W parku nie można karmić ptaków. - Przewróciłam oczami. - Wiewiórek też nie, dla jasności.
- To pospacerujesz po Greenwich. Pamiętam, że lubisz. - Uśmiechnął się. - Popracujesz trochę, a przez resztę czasu poszukasz wspaniałej Stelli, pijąc english breakfast tea. Przyszyjesz kilka guzików, jeśli jeszcze pamiętasz, jak to się robi. - Pogłaskał mnie po włosach. - To jak? Jesteśmy umówieni?
- Na nic się nie umawialiśmy - wybełkotałam przez łzy.
- I tu się mylisz. - Dotknął czubka mojego nosa - Umawialiśmy się, że będziemy sobie pomagać i zawsze się wspierać. Zrobię, co w mojej mocy, żeby moja przyjaciółka wreszcie odnalazła powody do uśmiechu. Ty z kolei, proszę, nie zostawiaj przyjaciela na lodzie i pomóż z robotą.
Wiedziałam, że się nie wymigam.
- No nie wiem. Nie wiem, czy dam radę - dukałam. - Nawet nie wiem, jak wrócić do projektowania! Każda suknia będzie mi przypominać o dniu, w którym byłam szczęśliwa. Te wspomnienia mnie wykończą! Nie wiem, jak to poukładać. Nic nie wiem. Nie będzie jak dawniej.
- Tu akurat się zgadzam. Nie mamy żadnego wpływu na to, co było. Kropka. Finito5. Dawne życie nie wróci. Nikt nie ma takiej mocy, by to zmienić. Żyjemy dalej i to jest piękne. Jeszcze będziesz szczęśliwa.
- Szczęśliwa? Nie wiem nawet, co to znaczy. Nie umiem w szczęście.
- Mai dire mai, bella6. Zobacz, ile pięknych rzeczy cię spotkało. Czasem nie było kolorowo, ale w końcu zawsze wychodziło słońce. - Przytulił mnie kolejny raz. - W Londynie też zaświeci. Jestem tego pewny.
ego wielkie białe zęby zaświeciły jak latarnie.
- Kurwa, nie! Jakbym chciała wziąć taksówkę, tobym wzięła, jasne? Jeżdżę metrem, bo lubię, ale nie lubię, jak ktoś mnie chlapie tym cholernym czymś!
- Naprawdę nie chciałem. Przykro mi bardzo, proszę pani. - Taksówkarz położył rękę na moim przedramieniu, a ja odsunęłam się gwałtownie, zanurzając obcasy w kolejnej kałuży.
- Spieprzaj, bo zadzwonię po gliny i zgłoszę molestowanie. Nie możesz mnie dotykać, rozumiesz?! - krzyknęłam tak głośno, że aż kilka osób się odwróciło w naszą stronę.
Świetnie. Zaraz ktoś wezwie policję, że jakaś psychopatka wydziera się na środku ulicy.
- Tanak, co tu się wyprawia? Mówiłem tyle razy, żebyś jeździł spokojniej.
Łagodny głos sprawił, że zamilkłam zaskoczona. Mężczyzna w zielonym fartuchu podszedł do taksówkarza i wręczył mu banknot.
- Jedź już, chłopaku, i, proszę, uważaj na ludzi. - Poklepał go po ramieniu.
Hindus uśmiechnął się do mnie, skinął głową i wskoczył do taksówki.
- Mam nadzieję, że cię nie potrącił. - Wysoki mężczyzna spojrzał na mnie i uśmiechnął się z troską. - Wesley. - Wystawił rękę, którą uścisnęłam niepewnie. - Zapraszam na herbatę do mojej restauracji.
Jak ja uwielbiałam ten londyński akcent.
Nieważne co, ale niech do mnie mówią. Miód na moje serce.
Brytyjscy mężczyźni mieli w sobie coś niezwykle urzekającego i nigdy nie potrafiłam zrozumieć, z czego to wynika. Ich sposób zachowania, poruszania się i mówienia był tak charakterystyczny, że wystarczyło jedno słowo, bym wiedziała, że w pobliżu znajduje się Brytyjczyk z krwi i kości.
Nawet zwykłe water i coffee z tym gardłowym czymś powodowały uśmiech na mojej twarzy. A jeśli dodać do tego niewymuszoną elegancję, uprzejmość i szarmancki uśmiech - dreszcz przechodzący po plecach miałam gwarantowany. Teraz nie było inaczej.
Bez słowa ruszyłam za nim w stronę, którą wskazał przed momentem. Nie mogłam wydusić z siebie żadnego dźwięku, bo tak bardzo byłam roztrzęsiona. Nie dlatego, że ktoś mnie ochlapał - miałam całe mokre i zimne stopy. Nie dlatego, że przystojny Brytyjczyk zaprosił mnie na herbatę. Przeraziła mnie moja gwałtowna reakcja.
Czy ja przeklinałam na środku ulicy i krzyczałam na biednego Hindusa, który miał może ze dwadzieścia lat? O mój Boże!
Było ze mną dużo gorzej, niż myślałam.
Weszliśmy do restauracji. Kojący wystrój z ciemną zielenią idealnie pasował do mojego płaszcza. Zapach świeżo palonej kawy, herbaty earl grey i maślane ciastka na ciężkiej drewnianej ladzie tylko potwierdzały, że znajduję się w samym centrum Londynu. Ciepłe światło lampek za barem i lampioniki na każdym stole sprawiły, że uśmiechnęłam się delikatnie. Wypuściłam powoli powietrze.
- Mogę płaszcz? - zapytał Wesley.
Zawahałam się. Łagodność w jego oczach była onieśmielająca. Po chwili rozebrałam się niepewnie. Patrzył z cierpliwością i nie popędzał mnie. Nieznacznie się ukłonił, odbierając płaszcz.
- Usiądź, proszę. Zaraz przyniosę coś ciepłego do picia - powiedział spokojnie i skinął głową.
Siedziałam i patrzyłam przez okno na ludzi przemykających w deszczu, a moje nogi zaczęły dygotać mimowolnie. Adrenalina opadła. Poczułam przerażające zimno i nieprzyjemne dreszcze na plecach. Zamknęłam oczy na moment, by odzyskać równowagę.
Wdech. Wydech. Równowaga. Czy ja w ogóle wiem, co to słowo oznacza?
- Proszę, to dla ciebie. - Ciemnozielona filiżanka z herbatą pojawiła się tuż przede mną, a chłopak zajął miejsce naprzeciwko. - Możesz oczywiście skorzystać z łazienki. Płaszcz wysuszymy, nie martw się. - Uśmiechnął się znowu. - Tanak to dobry chłopak. Niedawno zrobił prawo jazdy i zarabia na studia, jeżdżąc taksówką po mieście. Przepraszam za niego, to nie powinno było się wydarzyć.
- Stella. Stella Fabrizio. - Skinęłam głową. - Dziękuję za pomoc i za herbatę.
- Naprawdę nie ma za co. Jeśli ta herbata chociaż trochę cię zrelaksuje, to będę bardzo kontent.
Odpowiedziałam nieśmiałym uśmiechem. Szarmancki brytyjski chłopak jak z filmu. Od razu pomyślałam, że przypomina trochę Henry'ego Cavilla z tymi ciemnymi brwiami i dłuższymi włosami. W każdym razie lepszego powitania w brytyjskim stylu nie mogłam sobie wymarzyć. Gdyby nie ta sytuacja z taksówką, byłoby prawie idealnie.
- Dokąd tak się spieszyłaś?
- Do pracy. - Wskazałam głową budynek po drugiej stronie ulicy, gdzie znajdował się dom handlowy, w którym zamierzałam spędzić najbliższe tygodnie. - Mam spotkanie za jakiś czas, ale chciałam jeszcze przejść się po butikach.
- Taaak - westchnął. - Butiki z butami za tysiące funtów. Pieprzone snoby. Na kawę żydzą, a chodzą w majtkach za miliony - dodał lekko złośliwym tonem.
Mimochodem spojrzałam na swoje sandałki i zrobiło mi się głupio.
No może nie kosztowały tysiąc funtów, ale mój wygląd mógł idealnie wpisać się w obraz pieprzonych snobów. I nie zapłaciłam jeszcze za herbatę.
- Przepraszam za kłopot. Dziękuję za pomoc - odparłam - To mój pierwszy dzień - wskazałam głową na budynek - tam. Mam pracować tylko przez chwilę. Jednorazowy projekt. Potem zajmę się czymś bardziej ludzkim i normalnym - próbowałam się tłumaczyć.
- Na przykład? Parzenie herbaty brzmi ludzko. I normalnie.
- Myślałam bardziej o projektowaniu i szyciu sukien ślubnych. Zawsze to lubiłam. Razem z przyjaciółką prowadziłyśmy salon przy Campden Street, ale musiałam wyjechać. - Zamilkłam na moment i westchnęłam. - Z powodów osobistych. Beatrice wspaniale sobie radzi. Będę jej pomagać. Przez jakiś czas - wydukałam.
Nawet nie wiem, dlaczego zwierzyłam się tak mocno. W końcu znałam go dopiero od piętnastu minut.
- Długo tam zostaniesz? - Wskazał ręką budynek po drugiej stronie ulicy.
- Oby jak najkrócej - powiedziałam pod nosem.
- To dobrze. Chodzą tam dziwni ludzie. Ty do nich nie pasujesz. Jesteś trochę z innego świata. - Puścił do mnie oko.
- Przyjechałam z Włoch. Tam jest inny świat, naprawdę. Wyobraź sobie miejsce, w którym świeci słońce i wszystko pachnie słodkimi wypiekami. Nikt nie chlapie dziewczyn na środku ulicy.
- Dziewczyn, które chodzą z gołymi stopami. - Spojrzał wymownie. Uklęknął i delikatnie zsunął mi buty.
Zdążyłam jedynie otworzyć usta, kiedy poczułam miękki materiał otulający moje zmarznięte stopy. Rzuciłam szybkie spojrzenie na Wesleya, który owinął je w zielony puchaty ręcznik i odstawił delikatnie na podłogę. Już chciałam krzyknąć, wstać i uciec jak najdalej, lecz nie mogłam wykonać żadnego konkretnego ruchu i siedziałam jak zaczarowana z rozdziawioną buzią.
Sama zdziwiłam się, że tak łatwo pozwoliłam się dotknąć, kiedy chwilę wcześniej wrzeszczałam na środku ulicy jak opętana.
Dlaczego ja to w ogóle zrobiłam? Może to dzięki jego łagodności i delikatności? Może dlatego, że nie miałam siły walczyć? A może to przez jego zapach? Ten chłopak nie tylko miał urzekający akcent, ale również pachniał Burberry, podobnie zresztą jak połowa Londynu.
Zamknęłam buzię, nabrałam głęboko powietrza i już chciałam się odezwać, gdy on wstał i się uśmiechnął.
- Są lodowate. Nie możesz się przeziębić, i to pierwszego dnia w pracy. Wiem, że masz mało czasu, ale proszę, posiedź jeszcze chwilę. Muszę wracać do roboty. Herbata i ciastko na nasz koszt.
Ciastko?
Nawet nie zauważyłam wcześniej, że tam jest.
- Dziękuję. Nie wiem, jak się odwdzięczyć.
- Naprawdę nie ma za co. Wpadnij czasem na herbatę w ramach relaksu.
1 Wł.: Moja babcia.
2 Wł.: Moja piękna.
3 Wł.: Moja mama, moja babcia, moja żona.
4 Wł.: Stellino, piękna dziewczyno.
5 Wł.: Koniec.
6 Wł.: Nigdy nie mów nigdy, piękna.