Św. Faustyna - Ewa Czerwińska

-
Proszę czekać

Rozdział 2PRACA I SŁUŻBA - LATA MŁODZIEŃCZE

Kowal­scy nie byli w sta­nie za­pew­nić cór­kom ani wy­kształ­ce­nia, ani po­sa­gu. Przy ośmior­gu dzie­ciach na­wet ich wy­ży­wie­nie i ubra­nie sta­no­wi­ły duży pro­blem. Z po­wo­du bie­dy dziew­czyn­ki, gdy tyl­ko pod­ro­sły, po­ma­ga­ły ro­dzi­nie, słu­żąc u in­nych.

Jako pierw­sza wy­je­cha­ła z domu do da­le­kich krew­nych Na­ta­lia. Mia­ła wte­dy za­le­d­wie osiem lat. Po­ma­ga­ła opie­ko­wać się młod­szy­mi dzieć­mi.

He­le­na, gdy po­szła na służ­bę, była star­sza. Skoń­czy­ła szes­na­ście lat. Już rok czy dwa lata wcze­śniej sy­gna­li­zo­wa­ła ro­dzi­com, że chce pod­jąć pra­cę. W 1921 roku nada­rzy­ła się oka­zja. Sio­stra zna­jo­mej z są­sied­niej wsi Ro­gów, Le­oka­dia Bry­szew­ska, po­trze­bo­wa­ła słu­żą­cej. Miesz­ka­ła w Alek­san­dro­wie koło Ło­dzi.

W DOMU BRY­SZEW­SKICH

Ka­zi­mierz Bry­szew­ski miał w Alek­san­dro­wie pie­kar­nię i sklep pie­kar­ni­czy. Oba lo­ka­le mie­ści­ły się w dwóch bu­dyn­kach przy uli­cy Pa­rzę­czew­skiej 30, bli­sko cen­trum mia­stecz­ka. Na ty­łach ka­mie­ni­cy była pie­kar­nia, od fron­tu na par­te­rze sklep. Z du­żej sie­ni wcho­dzi­ło się do kuch­ni - tam pra­co­wa­ła He­le­na Ko­wal­ska. Tu było też jej miej­sce do spa­nia - przy oknie na ko­zet­ce. Z sie­ni pro­wa­dzi­ły scho­dy na pierw­sze pię­tro, gdzie znaj­do­wa­ło się trzy­po­ko­jo­we miesz­ka­nie Bry­szew­skich.

Po­byt i służ­ba He­le­ny w Alek­san­dro­wie przy­pa­dły przy­pusz­czal­nie na lata 1921-1922, nie mamy jed­nak pew­no­ści co do tych dat.

Był to ogrom­nie waż­ny czas w jej ży­ciu. Po raz pierw­szy wy­je­cha­ła z domu ro­dzin­ne­go na tak dłu­go. Do­tąd miesz­ka­ła w wio­sce, te­raz prze­nio­sła się do mia­stecz­ka, nie­wiel­kie­go wpraw­dzie - gdyż li­czy­ło wte­dy oko­ło ośmiu ty­się­cy miesz­kań­ców - ale i tak mu­sia­ła to być dla niej duża zmia­na.

Kul­tu­ro­wo śro­do­wi­sko oka­za­ło się zu­peł­nie inne niż to, w któ­rym się wy­cho­wa­ła. W Gło­gow­cu i po­bli­skich Świ­ni­cach Warc­kich miesz­ka­li Po­la­cy, w Alek­san­dro­wie sta­no­wi­li tyl­ko 34 pro­cent miesz­kań­ców. Naj­wię­cej było tu Niem­ców - aż 37 pro­cent i dużo Ży­dów - 29 pro­cent. Niem­cy w więk­szo­ści po­sia­da­li fa­bry­ki, Ży­dzi do­mi­no­wa­li w han­dlu i rze­mio­śle, a Po­la­cy na­le­że­li przede wszyst­kim do kla­sy ro­bot­ni­ków i wła­ści­cie­li drob­nych za­kła­dów.

He­le­na za­czy­na­ła sa­mo­dziel­ne ży­cie. Pra­co­wa­ła, sama się od­tąd utrzy­mu­jąc, a na­wet po­ma­ga­ła fi­nan­so­wo ro­dzi­com. Do­ra­sta­ła, w jej gło­wie za­czy­na­ły się kry­sta­li­zo­wać pla­ny na przy­szłość.

Pra­ca, któ­rą wy­ko­ny­wa­ła, zaj­mo­wa­ła dużo cza­su i kosz­to­wa­ła wie­le wy­sił­ku. Była na służ­bie - na każ­de ży­cze­nie Bry­szew­skich, a zwłasz­cza pani Le­oka­dii, kie­ru­ją­cej do­mem i skle­pem pie­kar­ni­czym. Do obo­wiąz­ków dziew­czy­ny na­le­ża­ło sprzą­ta­nie, po­moc w go­to­wa­niu, zmy­wa­nie, wy­no­sze­nie śmie­ci, przy­no­sze­nie wody, a tak­że po­da­wa­nie je­dze­nia pra­cow­ni­kom pie­kar­ni.

Za­pew­ne wie­lo­krot­nie cho­dzi­ła z pa­nią Le­oka­dią na za­ku­py. Wte­dy mo­gła po­zna­wać mia­stecz­ko, w któ­rym przy­szło jej pra­co­wać. Plac Ko­ściusz­ki, sta­no­wią­cy cen­trum Alek­san­dro­wa, był bar­dzo nie­da­le­ko. Znaj­do­wał się tam spo­ry park, a w nim ka­wiar­nia, oran­że­ria, waga miej­ska, po­pier­sie Ta­de­usza Ko­ściusz­ki oraz do­mek ogrod­ni­ka. Przy pla­cu stał kla­sy­cy­stycz­ny ra­tusz miej­ski z przy­le­ga­ją­cy­mi do nie­go jat­ka­mi. Co ty­dzień od­by­wa­ły się tu tar­gi, raz w mie­sią­cu jar­mar­ki. He­le­na mu­sia­ła sły­szeć gwar mowy w róż­nych ję­zy­kach i wi­dzieć cały prze­krój kul­tu­ro­wy miej­sco­wo­ści. Jako bys­tra dziew­czy­na mo­gła się wie­le na­uczyć. Jej ho­ry­zon­ty my­ślo­we znacz­nie się po­sze­rza­ły w sto­sun­ku do tego, cze­go do­świad­czy­ła i co po­zna­ła w ro­dzin­nej wio­sce.

W domu Bry­szew­skich He­le­na zaj­mo­wa­ła się tak­że ich syn­kiem. Po­świę­ca­ła mu każ­dą wol­ną chwi­lę. Ze­non miał wte­dy sześć lat. Bar­dzo lu­bił jej to­wa­rzy­stwo - opo­wia­da­ła mu baj­ki i róż­ne hi­sto­rie. Bra­ła go na ko­la­na albo sia­dał na ni­skim sto­łecz­ku i słu­chał. A ona chęt­nie mó­wi­ła o tym, co wi­dzia­ła i sły­sza­ła jesz­cze u sie­bie na wsi. Wie­czo­ra­mi wspól­nie od­ma­wia­li pa­cierz, w paź­dzier­ni­ku ró­ża­niec.

Z Alek­san­dro­wa było nie­da­le­ko, bo tyl­ko dwa­na­ście ki­lo­me­trów, do Ło­dzi, gdzie miesz­kał wuj He­le­ny, Mi­chał Ra­pac­ki. Tam też pra­co­wa­ły wte­dy jej sio­stry. Nie wia­do­mo, czy od­wie­dzi­ła któ­rąś z nich. Do­jeż­dża­ło się go­dzi­nę tram­wa­jem, ale bi­let był dość dro­gi jak na za­rob­ki słu­żą­cej - tym bar­dziej że He­le­na po­sy­ła­ła ro­dzi­com część za­ro­bio­nych pie­nię­dzy.

W la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku Alek­san­drów miał tyl­ko je­den ko­ściół ka­to­lic­ki - pod we­zwa­niem Świę­te­go Ra­fa­ła, przy pla­cu Ko­ściusz­ki. Tam za­tem He­le­na uczęsz­cza­ła na Msze świę­te. Nie wia­do­mo, czy mo­gła to ro­bić co­dzien­nie, czy pra­co­daw­cy jej na to po­zwa­la­li.

Ko­ściół był mu­ro­wa­ny, wznie­sio­ny w la­tach 1816-1818 w sty­lu kla­sy­cy­stycz­nym, o wy­mia­rach: 23 me­try dłu­go­ści, 12 me­trów sze­ro­ko­ści, 7 me­trów wy­so­ko­ści. Miał jed­ną nawę i drew­nia­ną dzwon­ni­cę. W tym cza­sie pro­boszcz, ksiądz Zyg­munt Knap­ski, roz­po­czął roz­bu­do­wę świą­ty­ni. Ka­mień wę­giel­ny po­świę­cił bi­skup łódz­ki Win­cen­ty Ty­mie­niec­ki 2 maja 1922 roku.

Być może wte­dy wła­śnie udzie­lił sa­kra­men­tu bierz­mo­wa­nia He­le­nie. Nie jest to jed­nak pew­ne, po­nie­waż w ar­chi­wach nie ma o tym wzmian­ki. Moż­li­we są tak­że inne daty przy­ję­cia przez He­le­nę sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej: luty 1922 roku oraz paź­dzier­nik 1921 roku. Tak czy in­a­czej, wła­śnie w Alek­san­dro­wie go otrzy­ma­ła.

Pod wzglę­dem du­cho­wym okres ten miał dla niej duże zna­cze­nie. Tu­taj doj­rze­wa­ła i ugrun­to­wy­wa­ła się jej wia­ra. He­le­na prze­ży­ła bar­dzo sil­ne do­świad­cze­nie re­li­gij­ne. Pew­ne­go dnia na po­dwór­ku zo­ba­czy­ła wiel­ką ja­sność. Nie wia­do­mo, czy spoj­rza­ła przez okno w kuch­ni, czy wy­cho­dzi­ła z wia­dra­mi na po­dwó­rze... Jed­nak blask był tak ogrom­ny, że prze­ra­zi­ła się i za­czę­ła krzy­czeć, my­śląc, że to po­żar. Z pie­kar­ni wy­bie­gli pra­cow­ni­cy, ale nic nie zo­ba­czy­li. Bry­szew­scy, nie ro­zu­mie­jąc, co się sta­ło, za­nie­po­ko­ili się sta­nem emo­cjo­nal­nym słu­żą­cej. We­zwa­li le­ka­rza, a ten dał jej lek na bóle gło­wy. Na­pi­sa­li do jej ro­dzi­ców, że do­sta­ła po­mie­sza­nia zmy­słów. Z tego po­wo­du do Alek­san­dro­wa przy­je­cha­ła naj­star­sza sio­stra He­le­ny, Jó­ze­fa. He­le­na pro­si­ła, by uspo­ko­iła mat­kę i ojca. Wie­dzia­ła, że nie po­stra­da­ła zmy­słów, tyl­ko mia­ła wi­dze­nie. Zbyt była roz­sąd­na i prak­tycz­na, by so­bie to wy­my­ślić. Nie chcia­ła na ten te­mat roz­ma­wiać, po­nie­waż za­uwa­ży­ła, iż inni tego nie poj­mu­ją i jej nie wie­rzą. Jó­ze­fa z tru­dem wy­cią­gnę­ła od niej ja­kieś in­for­ma­cje. Wi­dze­nie ta­jem­ni­czej ja­sno­ści prze­są­dzi­ło prze­są­dzi­ło o dal­szych jej lo­sach. Po­sta­no­wi­ła zre­zy­gno­wać ze służ­by i pójść za gło­sem we­wnętrz­nym, któ­ry wzy­wał ją od dzie­ciń­stwa.

PO­WRÓT DO DOMU

Kie­dy wró­ci­ła do domu, do Gło­gow­ca, wie­dzia­ła już, do­kąd kie­ru­je ją Bóg. Chcia­ła wstą­pić do klasz­to­ru. Zwró­ci­ła się do ro­dzi­ców z proś­bą o po­zwo­le­nie. Ma­mie po­wie­dzia­ła, że "musi" iść do za­ko­nu. Jed­nak ro­dzi­ce sprze­ci­wi­li się po­my­sło­wi, i to zde­cy­do­wa­nie. Oj­ciec uza­sad­niał od­mo­wę sy­tu­acją ma­te­rial­ną. Za­ko­ny wy­ma­ga­ły od kan­dy­da­tek "po­sa­gu". Tym­cza­sem ro­dzi­na nie tyl­ko nie mia­ła na to pie­nię­dzy, ale jesz­cze była ob­cią­żo­na dłu­ga­mi.

He­le­na pró­bo­wa­ła prze­ko­ny­wać, że nie po­trze­bu­je pie­nię­dzy, gdyż sam Pan Je­zus za­pro­wa­dzi ją do klasz­to­ru. Ufa­ła Mu już na tyle, by w to wie­rzyć. Mimo to ro­dzi­ce nie­ugię­cie mó­wi­li "nie".

Ksiądz pro­boszcz Ro­man Paw­łow­ski ra­dził, by umoż­li­wić dziew­czy­nie wstą­pie­nie do za­ko­nu, sko­ro tak bar­dzo tego pra­gnie. Su­ge­ro­wał na­wet, by oj­ciec sprze­dał kro­wę i w ten spo­sób dał cór­ce wy­pra­wę. Sta­ni­sław Ko­wal­ski tej pro­po­zy­cji w ogó­le nie roz­wa­żał, gdyż jego zda­niem za­gra­ża­ła by­to­wi ca­łej ro­dzi­ny. Ka­te­go­rycz­ny sprze­ciw ro­dzi­ców nie po­zwo­lił He­le­nie iść za bar­dzo już wy­raź­nym gło­sem po­wo­ła­nia. Po­słusz­nie zgo­dzi­ła się na ich wolę, re­zy­gnu­jąc z tego, co było jej go­rą­cym pra­gnie­niem.

Nie po­zo­sta­ło jej nic in­ne­go, jak zno­wu pójść na służ­bę.

Po krót­kim po­by­cie w Gło­gow­cu wy­je­cha­ła do Ło­dzi.

SŁUŻ­BA W WIEL­KIM MIE­ŚCIE

Była je­sień 1922 roku. He­le­na za­miesz­ka­ła u cio­tecz­ne­go bra­ta ojca, Mi­cha­ła Ra­pac­kie­go, w dwu­pię­tro­wej ka­mie­ni­cy czyn­szo­wej bez wody i ka­na­li­za­cji, przy uli­cy Nowo-Krót­kiej (obec­nie Kro­śnień­skiej). Wuj z żoną Sta­ni­sła­wą i cór­ką Zo­fią zaj­mo­wa­li na par­te­rze dwie izby z ko­ry­ta­rzem.

Łódź, li­czą­ca w tam­tym cza­sie nie­speł­na pół mi­lio­na miesz­kań­ców, była dru­gim pod wzglę­dem wiel­ko­ści mia­stem Pol­ski, za­raz po War­sza­wie. Dla mło­dej He­le­ny znów na­stą­pił ogrom­ny prze­skok - po ma­łym i pro­win­cjo­nal­nym Alek­san­dro­wie.

W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym ro­bot­ni­cy sta­no­wi­li w Ło­dzi aż sie­dem­dzie­siąt pro­cent pra­cu­ją­cej lud­no­ści mia­sta. He­le­na wi­dzia­ła pro­ble­my spo­łecz­ne, zdro­wot­ne i du­cho­we róż­nych grup lud­no­ści. Ob­ser­wo­wa­ła ogrom­ne kon­tra­sty mię­dzy bo­ga­ty­mi i uprzy­wi­le­jo­wa­ny­mi a ubo­gi­mi i po­zba­wio­ny­mi praw.

Dziew­czy­na, za­pew­ne dzię­ki wu­jo­wi, zna­la­zła pra­cę jako po­moc u trzech ter­cja­rek na­le­żą­cych do Trze­cie­go Za­ko­nu Świę­te­go Fran­cisz­ka. Za­kon pro­wa­dził ap­te­kę nie­da­le­ko miesz­ka­nia Ra­pac­kich, przy skrzy­żo­wa­niu ulic Pa­bia­nic­kiej i Nowo-Pa­bia­nic­kiej (obec­nie Sa­noc­kiej). Być może tam pra­co­wa­ła, a no­co­wa­ła u wu­jo­stwa.

Za­strze­gła so­bie u pra­co­daw­czyń co­dzien­ny udział we Mszy świę­tej i ko­rzy­sta­nie z sa­kra­men­tu po­ku­ty u spo­wied­ni­ka ter­cja­rek. Chcia­ła też mieć moż­li­wość od­wie­dza­nia cho­rych i umie­ra­ją­cych. Skła­nia­ła ją do tego wraż­li­wość na ich cier­pie­nia; prze­czu­wa­ła, jak waż­ne są ostat­nie chwi­le w ży­ciu czło­wie­ka i pra­gnę­ła po­ma­gać du­cho­wo lu­dziom w tym istot­nym mo­men­cie. Ser­ce pod­po­wia­da­ło jej rów­nież, że po­trze­bu­je sta­łe­go spo­wied­ni­ka, któ­ry by ją pro­wa­dził na dro­dze roz­wo­ju du­cho­we­go. Zo­stał nim ksiądz Wa­cław Wy­rzy­kow­ski, wie­lo­let­ni pro­boszcz pa­ra­fii ka­te­dral­nej i łódz­ki dzia­łacz spo­łecz­ny, za­ło­ży­ciel Sto­wa­rzy­sze­nia Ro­bot­ni­ków Chrze­ści­jań­skich. Naj­pew­niej jed­nak nie speł­nił ocze­ki­wań He­le­ny co do kie­row­nic­twa du­cho­we­go. Nie ro­zu­miał jej i nie wie­rzył w jej du­cho­we prze­ży­cia. He­le­na mia­ła jesz­cze dłu­go mo­dlić się, pro­sząc o od­po­wied­nie­go ka­pła­na.

Po ja­kimś cza­sie ode­szła od ter­cja­rek. W biu­rze po­śred­nic­twa pra­cy, gdzie się zgło­si­ła, skie­ro­wa­no ją do Mar­cjan­ny Wie­czo­rek. Przy­szła do niej w świę­to Mat­ki Bo­żej Grom­nicz­nej, w pią­tek 2 lu­te­go 1923 roku. Była za­dba­na i ład­nie ubra­na - in­a­czej niż no­si­ła się w domu ro­dzin­nym, gdzie nie mia­ła na­wet wła­snej su­kien­ki. Po­ten­cjal­na pra­co­daw­czy­ni za­sta­na­wia­ła się, czy ją przy­jąć, po­nie­waż wy­da­ła jej się zbyt wy­stro­jo­na jak na słu­żą­cą. Wła­ści­wie chcia­ła ją znie­chę­cić. Po­da­ła za­ni­żo­ną pro­po­zy­cję wy­na­gro­dze­nia, ale ku jej za­sko­cze­niu He­le­na się zgo­dzi­ła.

Dziew­czy­na za­miesz­ka­ła u no­wej pra­co­daw­czy­ni, w cen­trum Ło­dzi, przy uli­cy Gu­ber­na­tor­skiej 29 (obec­nie Abra­mow­skie­go), na dru­gim pię­trze trzy­kon­dy­gna­cyj­ne­go bu­dyn­ku. Na par­te­rze znaj­do­wał się sklep spo­żyw­czy, pro­wa­dzo­ny przez pa­nią Mar­cjan­nę. Na­zy­wa­no go "skle­pem pani Sa­dow­skiej" - ta­kie na­zwi­sko no­si­ła po pierw­szym mężu, któ­ry zmarł w paź­dzier­ni­ku 1918 roku.

Kie­dy w lu­tym 1923 roku He­le­na za­czy­na­ła u niej pra­cę, ta była już żoną An­to­nie­go Wie­czor­ka, wdow­ca po An­to­ni­nie z Kło­siń­skich. W domu miesz­ka­ła trój­ka dzie­ci z obu wcze­śniej­szych mał­żeństw Wie­czor­ków: cór­ka Mar­cjan­ny - dwu­na­sto­let­nia Jó­ze­fa, zwa­na Jut­ką, oraz dzie­ci An­to­nie­go - Sta­ni­sła­wa i Bo­le­sław.

He­le­na pra­co­wa­ła w domu Wie­czor­ków, a moż­li­we, że rów­nież w skle­pie. Mar­cjan­na, wbrew po­cząt­ko­wym oba­wom, była z jej pra­cy bar­dzo za­do­wo­lo­na. Mo­gła zo­sta­wić cały dom na jej gło­wie, a dziew­czy­na wszyst­kie­go do­pil­no­wa­ła, nie go­rzej niż pani domu. Mo­gła wy­jeż­dżać bez obaw. He­le­na pra­co­wa­ła szyb­ko i wręcz zga­dy­wa­ła in­ten­cje pra­co­daw­czy­ni. Była grzecz­na, miła, pra­co­wi­ta, bar­dzo do­bra. W wol­nym cza­sie ba­wi­ła się z dzieć­mi, opo­wia­da­ła im baj­ki.

Do­świad­czyw­szy skraj­nej bie­dy w dzie­ciń­stwie, wy­ka­zy­wa­ła dużą wraż­li­wość na los lu­dzi ubo­gich, po­ma­ga­jąc im wszę­dzie, gdzie tyl­ko mo­gła. W ko­mór­ce pod scho­da­mi domu miesz­kał sa­mot­ny, cho­ry czło­wiek. He­le­na przy­cho­dzi­ła do nie­go. Przy­no­si­ła mu je­dze­nie, myła, roz­ma­wia­ła z nim. Po­cie­sza­ła go, pod­trzy­my­wa­ła na du­chu. Opo­wia­da­ła mu o Bogu. Dzię­ki temu po ja­kimś cza­sie mo­gła po­pro­sić księ­dza o przyj­ście do nie­go. Ka­płan wy­spo­wia­dał go i udzie­lił Ko­mu­nii świę­tej. Na­stęp­ne­go dnia męż­czy­zna zmarł.

W tym okre­sie He­le­na bar­dzo czę­sto po­ści­ła: zwy­kle w śro­dy, piąt­ki i so­bo­ty, w Wiel­kim Po­ście co­dzien­nie. Mia­ła duży wpływ du­cho­wy na ro­dzi­nę chle­bo­daw­ców. Mar­cjan­na Wie­czo­rek czę­ściej bra­ła udział we Mszy świę­tej, przy­stę­po­wa­ła do sa­kra­men­tu po­ku­ty i przyj­mo­wa­ła Ko­mu­nię świę­tą. He­le­na "pod­nio­sła ją re­li­gij­nie".

Przez cały czas po­by­tu w Ło­dzi He­le­na my­śla­ła o wstą­pie­niu do za­ko­nu. Przy­pusz­czal­nie na­pi­sa­ła list do ro­dzi­ców, po­now­nie pro­sząc, by wy­ra­zi­li na to zgo­dę. Po raz dru­gi od­mó­wi­li. Moż­li­we, że py­ta­ła o to nie je­den, ale dwa razy, tak­że po ukoń­cze­niu osiem­na­stu lat. Wuj Ra­pac­ki, któ­re­go He­le­na od­wie­dza­ła, po­dob­nie jak Ko­wal­scy, bar­dzo kry­tycz­nie od­no­sił się do jej pla­nów. Przy­po­mi­nał, że ro­dzi­ce w ogó­le nie chcą o tym sły­szeć.

Trud­no do­ciec, co było głów­nym po­wo­dem tak zde­cy­do­wa­ne­go sprze­ci­wu Ko­wal­skich wo­bec pla­nów He­le­ny. Mie­li sześć có­rek, więc "od­da­nie" jed­nej do za­ko­nu nie wy­da­wa­ło się wiel­ką "stra­tą" dla ro­dzi­ny. A jed­nak... Dla mat­ki było to dziec­ko "naj­uko­chań­sze, naj­lep­sze". Jej odej­ście ozna­cza­ło­by dla ro­dzi­ców wy­rze­cze­nie się tego, co naj­cen­niej­sze. Bar­dzo pra­co­wi­ta i po­słusz­na He­le­na mu­sia­ła być dla nich ogrom­ną po­mo­cą. Kie­dy za­czę­ła za­ra­biać, wspo­ma­ga­ła ro­dzi­nę fi­nan­so­wo, wy­sy­ła­jąc do domu więk­szość pie­nię­dzy. Gdy­by po­szła do za­ko­nu, za­bra­kło­by tego wspar­cia. A mia­ła pię­cio­ro młod­sze­go od sie­bie ro­dzeń­stwa. Naj­młod­sza Wan­da uro­dzi­ła się w 1920 roku. Poza tym wstą­pie­nie do klasz­to­ru wią­za­ło się z obo­wiąz­kiem wnie­sie­nia po­sa­gu - na to ro­dzi­ce w dal­szym cią­gu nie mie­li środ­ków. Przy­pusz­czal­nie wszyst­ko to skła­da­ło się na ko­lej­ne od­mo­wy wo­bec próśb cór­ki.

Tak więc wa­run­ki ze­wnętrz­ne nie sprzy­ja­ły pój­ściu przez He­le­nę dro­gą po­wo­ła­nia. Ona sama nie wy­obra­ża­ła so­bie, by mo­gła sprze­ci­wić się woli ojca i mat­ki - mimo co­raz moc­niej­sze­go pra­gnie­nia po­dą­ża­nia za gło­sem Boga roz­brzmie­wa­ją­cym w jej du­szy. Pró­bo­wa­ła go za­głu­szyć, nie zwra­cać nań uwa­gi. Sta­ra­ła się żyć tak jak inne dziew­czę­ta w jej wie­ku. Nie uni­ka­ła roz­ry­wek, ku­po­wa­ła ład­ne ubra­nia. Chcia­ła speł­nić ży­cze­nie ro­dzi­ców i żyć w świe­cie, mimo że to nie przy­no­si­ło jej za­do­wo­le­nia. Uni­ka­nie Boga na rzecz przy­jem­no­ści ży­cia moc­no cią­ży­ło jej du­szy. "Po tej od­mo­wie od­da­łam się próż­no­ści ży­cia, nie zwra­ca­jąc żad­nej uwa­gi na głos ła­ski, cho­ciaż w ni­czym za­do­wo­le­nia nie znaj­do­wa­ła du­sza moja. Nie­ustan­ne wo­ła­nie ła­ski było dla mnie udrę­ką wiel­ką, jed­nak sta­ra­łam się ją za­głu­szyć roz­ryw­ka­mi. Uni­ka­łam we­wnętrz­nie Boga, a całą du­szą skła­nia­łam się do stwo­rzeń" (Dz. 8). Stwór­ca nie uła­twiał He­le­nie re­ali­za­cji po­wo­ła­nia. Ra­czej sta­wiał przed nią prze­szko­dy, by mu­sia­ła wal­czyć. W ten spo­sób jej wia­ra wzmac­nia­ła się, doj­rze­wa­ła. Sko­ro za­da­nie prze­kra­cza­ło jej siły, mu­sia­ła co­raz moc­niej i głę­biej ufać Bogu i opie­rać się na Nim. Do­ra­sta­ła dzię­ki temu do pod­ję­cia osta­tecz­nej de­cy­zji, nie­za­leż­nie od kosz­tów, ja­kie się z nią wią­za­ły.

Na ra­zie jed­nak wciąż pra­co­wa­ła u Wie­czor­ków. My­śla­ła o opusz­cze­niu tej służ­by, nie wia­do­mo z ja­kich po­wo­dów. Mar­cjan­na spo­dzie­wa­ła się wte­dy dziec­ka, więc He­le­na po­sta­no­wi­ła po­cze­kać z wy­jaz­dem do cza­su po­ro­du. Wzbu­dzi­ło to wdzięcz­ność pra­co­daw­czy­ni, a na­wet jej roz­rzew­nie­nie. Do­ce­nia­ła do­broć swo­jej słu­żą­cej. Syn Wie­czor­ków uro­dził się w nie­dzie­lę 8 czerw­ca 1924 roku. Żył tyl­ko go­dzi­nę.

NIE­DO­KOŃ­CZO­NY TA­NIEC

Po ja­kimś cza­sie, znie­chę­co­na ko­lej­ną od­mo­wą ro­dzi­ców, He­le­na zgo­dzi­ła się pójść z sio­stra­mi na za­ba­wę do łódz­kie­go par­ku We­ne­cja. Naj­praw­do­po­dob­niej była to nie­dzie­la 29 czerw­ca 1924 roku. Do wyj­ścia na­mó­wi­ła ją star­sza sio­stra Gie­nia, któ­ra lu­bi­ła w wol­nym cza­sie wyjść z domu, ro­ze­rwać się. Prze­ko­ny­wa­ła, że może wy­gra­ją coś na lo­te­rii, tro­chę po­tań­czą, po­śmie­ją się, a chwi­la wy­tchnie­nia po pra­cy do­brze im zro­bi. Gie­nia za­fun­do­wa­ła na­wet He­le­nie bi­let wstę­pu. Był dro­gi, jak na za­rob­ki słu­żą­cych. W dni po­wsze­dnie kosz­to­wał dwa­dzie­ścia gro­szy, a w dni za­baw - gro­szy pięć­dzie­siąt.

Park We­ne­cja znaj­do­wał się na pe­ry­fe­riach Ło­dzi. Sły­nął z po­tań­có­wek, kon­cer­tów, spek­ta­kli. Wśród ale­jek wy­sa­dza­nych kasz­ta­now­ca­mi mie­ścił re­stau­ra­cję, salę ta­necz­ną i te­atral­ną. Był też staw, do któ­re­go śmiał­ko­wie ska­ka­li z usta­wio­ne­go w tym celu wy­so­kie­go masz­tu. Strze­la­no z łuku do tar­czy. Na po­de­ście do tań­ca za­wsze było tłocz­no. Tak zwa­ną pocz­tą fran­cu­ską męż­czyź­ni prze­sy­ła­li li­ści­ki do upa­trzo­nych przez sie­bie dziew­cząt.

W tam­to nie­dziel­ne, cie­płe, czerw­co­we po­po­łu­dnie tak wła­śnie było. Trwał fe­styn, kie­dy do par­ku we­szły dziew­czę­ta: trzy sio­stry Ko­wal­skie - He­le­na, Na­ta­lia i Gie­nia ­- oraz ich ko­le­żan­ka Lu­cy­na Strze­lec­ka. He­le­na czu­ła się nie­swo­jo. Zgo­dzi­ła się przyjść, na­mó­wio­na przez sio­stry, ale nie bar­dzo mia­ła ocho­tę na ja­kiś fe­styn i za­ba­wę. Wło­ży­ła ró­żo­wą kre­to­no­wą su­kien­kę, wło­sy za­plo­tła w war­kocz - i zna­la­zła się w tym ca­łym gwa­rze, choć jej my­śli bie­gły zu­peł­nie gdzie in­dziej.

W pew­nej chwi­li pod­szedł do niej mło­dy męż­czy­zna i po­pro­sił ją do tań­ca. Wy­ma­wia­ła się, tłu­ma­cząc, że nie umie. On na­le­gał, obie­cy­wał, że po­pro­wa­dzi. Za­czę­li... trwa­ło to za­le­d­wie chwi­lę. Na­gle He­le­na za­trzy­ma­ła się, prze­rwa­ła ta­niec. Zo­sta­wi­ła zdez­o­rien­to­wa­ne­go chło­pa­ka i ode­szła. Po chwi­li po­wie­dzia­ła sio­strom, że boli ją gło­wa, i opu­ści­ła to­wa­rzy­stwo.

Co się sta­ło? Co było po­wo­dem tak dziw­ne­go za­cho­wa­nia?

Kie­dy za­czę­ła tań­czyć, zo­ba­czy­ła Je­zu­sa. Był cały po­ra­nio­ny - tak jak w cza­sie Męki. Ode­zwał się do niej ni­czym za­ko­cha­ny mło­dzie­niec, wy­rzu­ca­jąc, że Go zwo­dzi, że On cier­pi, gdy ona nie może się zde­cy­do­wać, by pójść za Nim. "W chwi­li, kie­dy za­czę­łam tań­czyć, na­gle uj­rza­łam Je­zu­sa obok. Je­zu­sa umę­czo­ne­go, ob­na­żo­ne­go z szat, okry­te­go ca­łe­go ra­na­mi, któ­ry mi po­wie­dział te sło­wa: Do­kąd cię cier­piał będę i do­kąd mnie zwo­dzić bę­dziesz? W tej chwi­li umil­kła wdzięcz­na mu­zy­ka, zni­kło sprzed oczu mo­ich to­wa­rzy­stwo, w któ­rym się znaj­do­wa­łam, po­zo­stał Je­zus i ja. Usia­dłam obok swej dro­giej sio­stry, po­zo­ru­jąc to, co za­szło w du­szy mo­jej, bó­lem gło­wy" (Dz. 9).

He­le­na prze­ży­ła ogrom­ny wstrząs. Nie­ocze­ki­wa­ne spo­tka­nie Chry­stu­sa, zro­zu­mie­nie, że przy­spa­rza Mu bólu i cier­pie­nia, zmie­ni­ło wszyst­ko w jej ży­ciu. Nic już nie mia­ło zna­cze­nia. Nie było na świe­cie ni­ko­go... tyl­ko ona i Je­zus. Nie wi­dzia­ła nic wię­cej, nie chcia­ła nic wię­cej - tyl­ko być z Nim. Za­wsze i wszę­dzie. A to ozna­cza­ło wstą­pie­nie do klasz­to­ru bez wzglę­du na zda­nie ro­dzi­ców, na­wet wbrew ich woli. Chry­stus bez resz­ty zwy­cię­żył w jej ser­cu. Li­czył się tyl­ko On i Jego mi­łość... oraz jej mi­łość do Nie­go.

Po tym zaj­ściu He­le­na szyb­ko wy­szła z par­ku. Skie­ro­wa­ła się do naj­bliż­sze­go ko­ścio­ła, pod we­zwa­niem Świę­te­go Sta­ni­sła­wa Kost­ki. Wiel­ka bu­dow­la mia­ła wie­żę wy­so­ko­ści po­nad sto me­trów - gó­ro­wa­ła nad wszyst­ki­mi bu­dyn­ka­mi w mie­ście. Kil­ka lat wcze­śniej świą­ty­ni nada­no ran­gę ka­te­dry. Dziew­czy­na do­brze zna­ła to miej­sce. Przez cały po­byt w Ło­dzi tu­taj uczest­ni­czy­ła we Mszach świę­tych, sama albo z sio­stra­mi. Funk­cję pro­bosz­cza peł­nił wte­dy ksiądz Wa­cław Wy­rzy­kow­ski.

He­le­na chcia­ła po­roz­ma­wiać ze swo­im Uko­cha­nym. Za­pa­dał wie­czór, na dwo­rze sza­rza­ło. W ka­te­drze nie było wie­lu lu­dzi. Ona jed­nak i tak nic nie wi­dzia­ła, na nic nie zwra­ca­ła uwa­gi. Pa­dła krzy­żem przed Naj­święt­szym Sa­kra­men­tem... Za­czę­ła pro­sić Je­zu­sa, by jej po­wie­dział, co ma da­lej ro­bić. Mo­dli­ła się go­rą­co. W pew­nej chwi­li usły­sza­ła w ser­cu od­po­wiedź. Je­zus po­le­cił jej je­chać do War­sza­wy i tam wstą­pić do klasz­to­ru (zob. Dz. 10).

Dziew­czy­na wsta­ła i od razu przy­stą­pi­ła do re­ali­zo­wa­nia tego po­le­ce­nia. Za­ła­twi­ła tyl­ko to, co ko­niecz­ne. Po­roz­ma­wia­ła z sio­strą o tym, co się wy­da­rzy­ło, po­pro­si­ła ją o prze­ka­za­nie in­for­ma­cji ro­dzi­com, od­da­ła ro­dzeń­stwu swo­je ubra­nia. "Jak mo­głam, zwie­rzy­łam się sio­strze z tego, co za­szło w du­szy, i ka­za­łam po­że­gnać ro­dzi­ców, i tak w jed­nej suk­ni, bez ni­cze­go przy­je­cha­łam do War­sza­wy" (Dz. 10).

Wstą­pi­ła jesz­cze do wu­jo­stwa. Wuj Ra­pac­ki wy­da­wał się prze­ra­żo­ny, prze­ko­ny­wał, by się za­sta­no­wi­ła, ostrze­gał, że mat­ka i oj­ciec za­pła­czą się, gdy ją "stra­cą". He­le­na jed­nak była zde­cy­do­wa­na. Po­pro­si­ła, by wuj nic im na ra­zie nie mó­wił i wspo­mniał o jej wy­jeź­dzie do­pie­ro przy oka­zji spo­tka­nia. Jed­nak mimo tak moc­ne­go po­sta­no­wie­nia o wstą­pie­niu do za­ko­nu bar­dzo się de­ner­wo­wa­ła. Czu­ła się tak, jak­by ucie­ka­ła z domu. Po­stę­po­wa­ła wbrew woli ro­dzi­ców. Koszt tej de­cy­zji był wy­so­ki - bar­dzo pła­ka­ła. Na po­że­gna­nie przy­nio­sła do wu­jo­stwa cia­sto i tro­chę wód­ki. Po­pro­si­ła też, żeby wuj od­pro­wa­dził ją na dwo­rzec ko­le­jo­wy. Jesz­cze w po­cią­gu szlo­cha­ła tak bar­dzo, że miał ocho­tę za­brać ją z po­wro­tem. Praw­do­po­dob­nie było to po­nie­dział­ko­we po­po­łu­dnie.

DRO­GA W NIE­ZNA­NE

Po­dą­ża­ła znów w nie­zna­ne... do sto­li­cy. Po­dróż po­cią­giem do War­sza­wy z Ło­dzi Fa­brycz­nej, skąd wy­ru­sza­ła, trwa­ła wów­czas dwie go­dzi­ny i dwa­dzie­ścia mi­nut. Do sto­li­cy mo­gła do­trzeć w po­nie­dzia­łek 30 czerw­ca albo we wto­rek 1 lip­ca 1924 roku.

Koń­czył się już dzień, gdy He­le­na wy­sia­dła z wa­go­nu Ko­lei War­szaw­sko-Wie­deń­skiej na dwor­cu w War­sza­wie. Przy­pusz­czal­nie była go­dzi­na 17.35 - o tej po­rze w 1924 roku przy­jeż­dżał po­ciąg z Ło­dzi. Głów­ne wyj­ście pro­wa­dzi­ło w Ale­je Je­ro­zo­lim­skie. Mia­ły czter­dzie­ści me­trów sze­ro­ko­ści, po obu stro­nach ro­sły wy­smu­kłe to­po­le. Jeź­dzi­ły tędy tram­wa­je, sa­mo­cho­dy i kon­ne do­roż­ki. Pasy ru­chu w obu kie­run­kach od­dzie­lał pas zie­le­ni na środ­ku uli­cy. Od stro­ny po­łu­dnio­wej stał ho­tel Po­lo­nia, a na­prze­ciw nie­go kil­ku­pię­tro­we ka­mie­ni­ce. Stro­nę pół­noc­ną prze­zna­czo­no na bocz­ni­ce ko­le­jo­we i ram­py to­wa­ro­we.

Po wyj­ściu z po­cią­gu He­le­na zna­la­zła się na skrzy­żo­wa­niu Alei Je­ro­zo­lim­skich i uli­cy Mar­szał­kow­skiej. Ogar­nął ją nie­po­kój, gdzie spę­dzi noc. Nie zna­ła mia­sta, nie mia­ła tu ni­ko­go. Sto­li­ca li­czy­ła wte­dy pra­wie mi­lion miesz­kań­ców. Wszy­scy za­ję­ci sobą i swo­imi spra­wa­mi. Prze­stra­szo­na i za­gu­bio­na, my­śla­ła, co da­lej. Do­kąd iść? Gdzie zna­leźć po­moc? Do kogo się zwró­cić?

Te py­ta­nia skie­ro­wa­ła do Mat­ki Bo­żej.

"Kie­dy wy­sia­dłam z po­cią­gu i spoj­rza­łam, że każ­dy idzie w swo­ją stro­nę, lęk mnie ogar­nął: co z sobą ro­bić? Gdzie się zwró­cić, nie ma­jąc ni­ko­go zna­jo­me­go? - I rze­kłam do Mat­ki Bo­żej: Ma­ry­jo, pro­wadź mnie, kie­ruj mną. Na­tych­miast usły­sza­łam w du­szy te sło­wa: aże­bym wy­je­cha­ła za mia­sto, do pew­nej wio­ski, tam znaj­dę noc­leg bez­piecz­ny, co też uczy­ni­łam i tak za­sta­łam, jak mi Mat­ka Boża po­wie­dzia­ła" (Dz. 11).

Być może wsia­dła do tram­wa­ju. Ktoś za­pew­ne udzie­lił jej in­for­ma­cji, jak wy­je­chać z War­sza­wy. W po­bli­żu dwor­ca znaj­do­wał się przy­sta­nek li­nii tram­wa­jo­wej nu­mer 7. Tra­sa bie­gła z Pra­gi Ale­ja­mi Je­ro­zo­lim­ski­mi na Ocho­tę - da­lej uli­cą Gró­jec­ką przez plac Na­ru­to­wi­cza do skrzy­żo­wa­nia z Opa­czew­ską. Tu był ostat­ni przy­sta­nek tram­wa­jo­wy i gra­ni­ce mia­sta. Z tego miej­sca kur­so­wał tram­waj pod­miej­ski aż na Okę­cie. Po dro­dze le­ża­ły wsie Szczę­śli­wi­ce, Zo­sin, Ra­ków, Okę­cie. W jed­nej z nich He­le­na prze­no­co­wa­ła.

Na­stęp­ne­go ran­ka tą samą tra­są wró­ci­ła do War­sza­wy. Przez okno tram­wa­ju zo­ba­czy­ła ko­ściół pod we­zwa­niem Nie­po­ka­la­ne­go Po­czę­cia Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny przy pla­cu Na­ru­to­wi­cza. Wy­sia­dła i wstą­pi­ła do świą­ty­ni. Jej bu­do­wę roz­po­czę­to w 1910 roku, nie była jesz­cze ukoń­czo­na. "Na dru­gi dzień ra­niu­sień­ko przy­je­cha­łam do mia­sta i we­szłam do pierw­sze­go ko­ścio­ła, jaki spo­tka­łam, i za­czę­łam się mo­dlić o dal­szą wolę Bożą" (Dz. 12).

Jej po­stę­po­wa­nie może się wy­da­wać sza­lo­ne - je­chać do wiel­kie­go mia­sta, bez żad­ne­go przy­go­to­wa­nia, bez pie­nię­dzy i za­bez­pie­czeń, nie wie­dząc, gdzie się udać. Po ludz­ku to za­cho­wa­nie ry­zy­kow­ne i nie­od­po­wie­dzial­ne, lecz dla niej oczy­wi­ste było, że Uko­cha­ny ją po­pro­wa­dzi i się nią za­opie­ku­je. Jak zwy­kle z py­ta­niem, co ro­bić, zwró­ci­ła się do Je­zu­sa. Mo­dli­ła się na ko­lej­nych Mszach świę­tych, aż pod­czas jed­nej usły­sza­ła, że ma pójść do spra­wu­ją­ce­go ją ka­pła­na i wszyst­ko mu opo­wie­dzieć. On miał jej wska­zać, jak da­lej po­stą­pić. "Po skoń­czo­nej Mszy Świę­tej po­szłam do za­kry­stii i opo­wie­dzia­łam wszyst­ko, co za­szło w du­szy mo­jej, i pro­si­łam o wska­zów­kę, gdzie wstą­pić, do ja­kie­go klasz­to­ru" (Dz. 12).

Ka­pła­nem oka­zał się ksiądz Ja­kub Dą­brow­ski. Miał wte­dy sześć­dzie­siąt dwa lata i od sze­ściu lat peł­nił funk­cję pro­bosz­cza pa­ra­fii. He­le­na po­wie­dzia­ła mu, co się wy­da­rzy­ło, i za­py­ta­ła, do ja­kie­go za­ko­nu może pójść. Zdzi­wie­nie księ­dza Ja­ku­ba mu­sia­ło być ogrom­ne. Z pew­no­ścią coś ta­kie­go zda­rzy­ło mu się po raz pierw­szy w ży­ciu. Miał przed sobą mło­dą dziew­czy­nę z ma­łym to­boł­kiem w ręku. Mógł się do­my­ślić, że nie wie, co z sobą po­cząć, że wcze­śniej nie była w War­sza­wie i po pro­stu po­trze­bu­je po­mo­cy. Nie po­dał jej na­zwy ani ad­re­su klasz­to­ru. Skie­ro­wał ją na­to­miast do Al­do­ny Lip­szy­co­wej, z domu Ja­strzęb­skiej, żony Sa­mu­ela Jó­ze­fa. Dał jej ad­res, mó­wiąc, że to do­bra i po­boż­na oso­ba i u niej może się za­trzy­mać. Za­pew­nił, że Pan Je­zus póź­niej po­kie­ru­je He­le­ną. "Ka­płan ten zdzi­wił się w pierw­szej chwi­li, ale ka­zał mi bar­dzo ufać, że Bóg za­rzą­dzi da­lej. - Tym­cza­sem ja cię po­ślę [po­wie­dział] do jed­nej po­boż­nej pani, u któ­rej się za­trzy­masz, do­po­kąd nie wstą­pisz do klasz­to­ru" (Dz. 3).

Ksiądz Dą­brow­ski znał ro­dzi­nę Lip­szy­ców. Był pro­bosz­czem pa­ra­fii w Kłę­bo­wie (dziś Klem­bów), le­żą­cym oko­ło trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów na pół­noc­ny wschód od sto­li­cy. Tam miesz­ka­ła ro­dzi­na. W 1913 roku oj­ciec Sa­mu­ela, Me­jer Lip­szyc, ku­pił drew­nia­ny dom let­ni­sko­wy w Ostrów­ku, któ­ry na­le­żał do pa­ra­fii Kłę­bów. Sa­mu­el był jesz­cze wte­dy ka­wa­le­rem i je­dy­nym wy­kształ­co­nym czło­wie­kiem w oko­li­cy - in­ży­nie­rem rol­ni­kiem i urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym. Cza­sem od­wie­dzał wie­czo­rem księ­dza pro­bosz­cza. Pro­wa­dzi­li dys­ku­sje, gra­li w sza­chy. Za­przy­jaź­ni­li się.

Sa­mu­el Lip­szyc oże­nił się we wrze­śniu 1918 roku. Miał dwa­dzie­ścia osiem lat. Jego wy­bran­ka, Al­do­na Ja­strzęb­ska, li­czy­ła lat dwa­dzie­ścia dwa. Za­pew­ne ona prze­ko­na­ła na­rze­czo­ne­go do przy­ję­cia chrztu. Udzie­lił go wła­śnie ksiądz Dą­brow­ski, bę­dąc już pro­bosz­czem pa­ra­fii w War­sza­wie. Po­tem po­łą­czył ich wę­złem mał­żeń­skim. Za­miesz­ka­li w domu w Ostrów­ku. Kie­dy ro­dzi­ły się ich ko­lej­ne dzie­ci, chrzcił je za­przy­jaź­nio­ny z ro­dzi­ną ksiądz Ja­kub. W 1924 roku mie­li ich już pię­cio­ro. Pani domu pro­si­ła księ­dza Ja­ku­ba o po­moc w zna­le­zie­niu god­nej za­ufa­nia go­spo­si, gdyż pra­cy przy ta­kiej gro­mad­ce ma­lu­chów było dużo.

Wte­dy wła­śnie u księ­dza Dą­brow­skie­go po­ja­wi­ła się He­le­na. Wy­słał ją do Al­do­ny Lip­szy­co­wej, za­zna­cza­jąc w li­ści­ku, że jej nie zna, ale ży­czy, by oka­za­ła się od­po­wied­nią po­mo­cą do­mo­wą.

U LIP­SZY­CÓW

Przy­pusz­czal­nie ksiądz Ja­kub nie skie­ro­wał He­le­ny do Ostrów­ka - trud­no so­bie wy­obra­zić, by zdo­ła­ła sama tra­fić do ukry­te­go na skra­ju lasu domu. Sa­mu­el Lip­szyc pra­co­wał jed­nak w War­sza­wie - w Mi­ni­ster­stwie Rol­nic­twa i Re­form Rol­nych albo w Wo­je­wódz­kim Urzę­dzie Ziem­skim. Mo­gła pójść do nie­go i z nim po­je­chać do Ostrów­ka.

Mo­gła też przyjść bez­po­śred­nio do Al­do­ny Lip­szy­co­wej, któ­ra przed ko­lej­ny­mi po­ro­da­mi zjeż­dża­ła do War­sza­wy, do star­szej sio­stry We­ro­ni­ki miesz­ka­ją­cej przy uli­cy Smol­nej 30, i zo­sta­wa­ła u niej ja­kiś czas po po­ro­dzie. Ta­kie po­by­ty w sto­li­cy mo­gły trwać od kil­ku ty­go­dni do kil­ku mie­się­cy.

W dniu 21 kwiet­nia 1924 roku Al­do­na uro­dzi­ła pią­te dziec­ko - cór­kę Ninę. He­le­na zja­wi­ła się praw­do­po­dob­nie 2 lub 3 lip­ca te­goż roku w miesz­ka­niu przy uli­cy Smol­nej z kart­ką od księ­dza Dą­brow­skie­go. Zro­bi­ła na swo­jej przy­szłej pra­co­daw­czy­ni do­bre wra­że­nie. Ta opi­sa­ła ją jako "zdro­wą, po­god­ną, na­wet we­so­łą" i przy­ję­ła ją do pra­cy w domu. He­le­na mo­gła przez ja­kiś czas być z ro­dzi­ną w War­sza­wie, a po­tem ra­zem z nimi po­je­chać do Ostrów­ka. W tym też cza­sie szu­ka­ła klasz­to­ru, któ­ry ze­chciał­by ją przy­jąć. Nie zdo­ła­ła­by tego ro­bić, miesz­ka­jąc w Ostrów­ku i do­jeż­dża­jąc do War­sza­wy po­cią­giem - nie mia­ła­by na to cza­su.

Bu­dy­nek, w któ­rym znaj­do­wa­ło się miesz­ka­nie We­ro­ni­ki Ja­strzęb­skiej, stał w sa­mym cen­trum sto­li­cy. Funk­cjo­no­wa­ło w nim mę­skie Gim­na­zjum To­wa­rzy­stwa imie­nia Jana Za­moy­skie­go. Na szó­stym pię­trze We­ro­ni­ka mia­ła duże, kil­ku­po­ko­jo­we miesz­ka­nie. Cała uli­ca Smol­na była po obu stro­nach za­bu­do­wa­na wy­so­ki­mi ka­mie­ni­ca­mi. Oko­li­ca tęt­ni­ła ży­ciem. Na par­te­rach bu­dyn­ków mie­ści­ły się skle­py, ka­wiar­nie, re­stau­ra­cje, ka­ba­re­ty i cu­kier­nie. W po­dwó­rzach dzia­ła­ły nowo po­wsta­łe kina, te­atry re­wio­we i ope­ret­ko­we. Nie­da­le­ko, przy uli­cy Fok­sal znaj­do­wa­ły się słyn­ne ogro­dy, a w nich w po­rze let­niej od­by­wa­ły się wy­stę­py grup te­atral­nych.

To wszyst­ko jed­nak zu­peł­nie nie in­te­re­so­wa­ło He­le­ny. Za swo­je naj­waż­niej­sze za­da­nie uwa­ża­ła te­raz zna­le­zie­nie klasz­to­ru, w któ­rym na za­wsze po­łą­czy się z Chry­stu­sem. Ksiądz Dą­brow­ski nie wska­zał jej kon­kret­ne­go za­ko­nu. Cho­dzi­ła więc od jed­ne­go do dru­gie­go, za­czy­na­jąc za­pew­ne od naj­bliż­szej oko­li­cy. Może Lip­szy­co­wie po­wie­dzie­li jej, gdzie szu­kać do­mów za­kon­nych, może ksiądz Dą­brow­ski - jed­nak za­da­nie nie na­le­ża­ło do ła­twych. Za­ko­ny nie chcia­ły przyj­mo­wać dziew­cząt bez po­sa­gu i wy­kształ­ce­nia. Pod wzglę­dem ma­te­rial­nym i umy­sło­wym He­le­na nie wno­si­ła nic do klasz­to­ru, do któ­re­go pu­ka­ła. Nie­któ­re zgro­ma­dze­nia w ogó­le nie przyj­mo­wa­ły dziew­cząt z niż­szych warstw spo­łecz­nych. Gdzie po­szła, spo­ty­ka­ła się więc z od­mo­wą. Co naj­mniej kil­ka mu­sia­ło jej od­mó­wić. Była tym zmę­czo­na i znie­chę­co­na. Całe dni cięż­ko pra­co­wa­ła, tak­że w nie­dzie­le, a tu na do­da­tek nie mo­gła speł­nić tego, cze­go so­bie ży­czył Je­zus i cze­go sama tak bar­dzo pra­gnę­ła. Pod­ła­ma­na, zwró­ci­ła się do Nie­go z proś­bą o po­moc. "W tym cza­sie szu­ka­łam klasz­to­ru, jed­nak gdzie za­pu­ka­łam do fur­ty, wszę­dzie mi od­mó­wio­no. Ból ści­snął mi ser­ce i rze­kłam do Pana Je­zu­sa: Do­po­móż mi, nie zo­sta­wiaj mnie sa­mej" (Dz. 13).

Zdu­mie­wać może fakt, że mu­sia­ła po­ko­nać tyle prze­szkód, by zre­ali­zo­wać po­wo­ła­nie - wy­peł­nić wy­raź­ne ży­cze­nie Je­zu­sa. Zda­wa­ło­by się, że Bóg po­wi­nien po­ma­gać jej w tym przez stwa­rza­nie od­po­wied­nich oko­licz­no­ści. Tym­cza­sem było wręcz prze­ciw­nie.

OBIET­NI­CA PRZY­JĘ­CIA

W koń­cu He­le­na za­pu­ka­ła do fur­ty Zgro­ma­dze­nia Sióstr Mat­ki Bo­żej Mi­ło­sier­dzia na Woli, przy uli­cy Żyt­niej 3/9. Są­sia­do­wa­ło z nim Zgro­ma­dze­nie Sióstr Fran­cisz­ka­nek Ro­dzi­ny Ma­ryi - być może tu też pró­bo­wa­ła bez re­zul­ta­tu.

Na­to­miast w Zgro­ma­dze­niu Sióstr Mat­ki Bo­żej Mi­ło­sier­dzia przyj­mo­wa­no ko­bie­ty nie­za­leż­nie od sta­nu spo­łecz­ne­go. Dzie­lo­no je jed­nak na tak zwa­ne chó­ry, o czym prze­są­dza­ło wy­kształ­ce­nie. Dziew­czę­ta z do­mów za­moż­nych, któ­re ukoń­czy­ły szko­ły, tra­fia­ły do chó­ru pierw­sze­go, eli­tar­ne­go, a po­zo­sta­łe - bez wy­kształ­ce­nia i po­sa­gu - do dru­gie­go. Sto­li­ca Apo­stol­ska mo­gła zwol­nić kan­dy­dat­kę z ko­niecz­no­ści wnie­sie­nia po­sa­gu.

He­le­na Ko­wal­ska mia­ła za­tem szan­sę zo­stać przy­ję­ta do tego Zgro­ma­dze­nia, do dru­gie­go chó­ru. Jed­nak i tu nie oby­ło się bez kło­po­tów. Przed fur­tą klasz­tor­ną zja­wi­ła się praw­do­po­dob­nie w lip­cu 1924 roku. Była to pora po­obied­nia, gdy sio­stry od­by­wa­ły krót­ką re­kre­ację. Przy fur­cie dy­żur peł­ni­ła sio­stra Kla­ra Him­mer. Po­in­for­mo­wa­ła mat­kę ge­ne­ral­ną, Le­onar­dę Cie­lec­ką, o przy­by­ciu kan­dy­dat­ki. Na roz­mo­wę z He­le­ną zo­sta­ła wy­sła­na mat­ka Mał­go­rza­ta Gim­butt. Dziew­czy­na nie zro­bi­ła na niej do­bre­go wra­że­nia. Okre­śli­ła ją jako nie­po­zor­ną, wą­tłą, nie­co opóź­nio­ną. Była słu­żą­cą, ku­char­ką. Nie po­sia­da­ła nie tyl­ko po­sa­gu, ale na­wet żad­nej wy­praw­ki.

Gdy­by na tej roz­mo­wie mia­ło się za­koń­czyć, pew­nie He­le­ny by nie przy­ję­to. Włą­czy­ła się jed­nak mat­ka Mi­cha­ela Mo­ra­czew­ska, ów­cze­sna prze­ło­żo­na klasz­to­ru przy uli­cy Żyt­niej, oso­ba wy­kształ­co­na, po kon­ser­wa­to­rium mu­zycz­nym, wła­da­ją­ca kil­ko­ma ję­zy­ka­mi ob­cy­mi. Ze­chcia­ła oso­bi­ście spo­tkać się z kan­dy­dat­ką.

W pierw­szej chwi­li za­uwa­ży­ła tro­chę za­nie­dba­ny wy­gląd dziew­czy­ny i wy­da­ło jej się, że nie na­da­je się do ich Zgro­ma­dze­nia. Przy­szła jej jed­nak myśl, że po­sta­wa mi­ło­ści wy­ma­ga za­da­nia cho­ciaż kil­ku py­tań. Gdy mat­ka Mo­ra­czew­ska za­czę­ła roz­ma­wiać z He­le­ną, zmie­ni­ła zda­nie. Do­strze­gła miły wy­raz twa­rzy i cie­pły uśmiech, a poza tym pro­sto­tę, roz­są­dek i szcze­rość. Ujaw­ni­ło się wnę­trze dziew­czy­ny i wpły­nę­ło na oce­nę prze­ło­żo­nej. Po­le­ci­ła jej, by po­szła do "Pana domu" i Jego za­py­ta­ła, czy ją przyj­mie. He­le­na zro­zu­mia­ła: oczy­wi­ście, ma za­py­tać Pana Je­zu­sa. Uda­ła się do ka­pli­cy - na dzie­dziń­cu dzi­siej­sze­go ko­ścio­ła albo na pię­trze w klasz­to­rze. Jej ser­ce prze­peł­nia­ła ra­dość.

"Po­szłam do ka­pli­cy z wiel­ką ra­do­ścią i za­py­ta­łam Je­zu­sa: Pa­nie domu tego, czy mnie przyj­mu­jesz? - tak mi ka­za­ła się za­py­tać jed­na z tych sióstr. I za­raz usły­sza­łam głos taki: Przyj­mu­ję, je­steś w ser­cu moim. Kie­dy wró­ci­łam z ka­pli­cy, mat­ka prze­ło­żo­na naj­pierw za­py­ta­ła: No, czy Pan przy­jął cię? - Od­po­wie­dzia­łam, że tak. - Je­że­li Pan przy­jął, to i ja przyj­mę. Ta­kie było moje przy­ję­cie. Jed­nak dla wie­lu przy­czyn mu­sia­łam jesz­cze prze­szło rok po­zo­stać na świe­cie u tej po­boż­nej oso­by, ale już nie wró­ci­łam do domu" (Dz. 14-15).

Po­waż­nym pro­ble­mem oka­za­ło się ubó­stwo He­le­ny. Nie dys­po­no­wa­ła nie tyl­ko po­sa­giem, od któ­re­go wnie­sie­nia Sto­li­ca Apo­stol­ska bez tru­du by ją zwol­ni­ła, ale też żad­ną oso­bi­stą wy­pra­wą, a klasz­tor nie po­sia­dał na to środ­ków. Dla­te­go umó­wi­ły się z mat­ką prze­ło­żo­ną, że He­le­na za­pra­cu­je na swo­ją wy­pra­wę. Za­ro­bio­ne pie­nią­dze mia­ła przy­no­sić stop­nio­wo do klasz­to­ru na prze­cho­wa­nie, a po uzbie­ra­niu wy­star­cza­ją­cej kwo­ty zo­stać przy­ję­ta do Zgro­ma­dze­nia. Taki czas za­ra­bia­nia na wy­pra­wę mógł mieć tak­że na celu wcze­sną we­ry­fi­ka­cję po­wo­ła­nia. Cho­dzi­ło o to, by ubo­ga kan­dy­dat­ka nie trak­to­wa­ła wstą­pie­nia do klasz­to­ru jako uciecz­ki od bie­dy.

Rozdział 1DOM RODZINNY - DZIECIŃSTWO

Był rok 1905, pią­tek 25 sierp­nia, go­dzi­na ósma rano. Dzień za­po­wia­dał się cie­pło i sło­necz­nie. W Gło­gow­cu przy­szła na świat dziew­czyn­ka, He­le­na Ko­wal­ska.

Gło­go­wiec... mała wio­ska po­ło­żo­na w za­chod­niej czę­ści Ce­sar­stwa Ro­syj­skie­go - w gu­ber­ni ka­li­skiej, w po­wie­cie tu­rec­kim. Dziś na­le­ży do po­wia­tu łę­czyc­kie­go w wo­je­wódz­twie łódz­kim, tyl­ko pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Ło­dzi. Wte­dy jed­nak Gło­go­wiec, le­żą­cy w po­bli­żu więk­szej wsi Świ­ni­ce Warc­kie, był nie­mal od­cię­ty od świa­ta, jak­by ukry­ty wśród la­sów po­ra­sta­ją­cych oko­licz­ne rów­ni­ny.

Wia­do­mo­ści do­cie­ra­ły tu z du­żym opóź­nie­niem. Ro­dzi­na He­len­ki za­pew­ne nie­wie­le wie­dzia­ła o tym, co się dzia­ło na świe­cie, a na­wet w War­sza­wie, sto sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów na wschód od Gło­gow­ca. Może tyl­ko oj­ciec Sta­ni­sław sły­szał coś o wy­da­rze­niach w kra­ju, kie­dy wy­ko­ny­wał pra­ce cie­siel­skie w Świ­ni­cach Warc­kich.

Cza­sy były nie­spo­koj­ne - re­wo­lu­cja w osła­bio­nej woj­ną ja­poń­ską Ro­sji, straj­ki na zie­miach pol­skich pod car­skim za­bo­rem, ogło­sze­nie sta­nu wo­jen­ne­go w War­sza­wie, co­raz więk­sza licz­ba bez­ro­bot­nych. Spa­da­ło za­po­trze­bo­wa­nie na pro­duk­ty rol­ne, wpły­wa­jąc bez­po­śred­nio na sy­tu­ację by­to­wą ro­dzi­ny na­ro­dzo­nej wła­śnie dziew­czyn­ki, trze­ciej cór­ki.

RO­DZI­CE I RO­DZEŃ­STWO

Ro­dzi­ce He­len­ki, Ma­rian­na i Sta­ni­sław Ko­wal­scy, byli mał­żeń­stwem od trzy­na­stu lat. Ona uro­dzi­ła się we wsi Mnie­wo, nie­da­le­ko Koła, 8 mar­ca 1875 roku. No­si­ła na­zwi­sko Ba­bel (albo Ba­wej). On przy­szedł na świat 6 maja 1868 roku we wsi Kra­ski, są­sia­du­ją­cej z Gło­gow­cem. Po­zna­li się w roku 1891 w Dą­biu nad Ne­rem. Ma­rian­na miesz­ka­ła z oj­cem i ma­co­chą, a Sta­ni­sław był cie­ślą, za­trud­nio­nym w tam­tej­szym bro­wa­rze.

Już rok póź­niej, 9 li­sto­pa­da 1892 roku, sta­nę­li na ślub­nym ko­bier­cu i zło­ży­li so­bie przy­się­gę mał­żeń­ską w ko­ście­le pod we­zwa­niem Świę­te­go Mi­ko­ła­ja w Dą­biu. Pan­na mło­da mia­ła wte­dy lat sie­dem­na­ście, a pan mło­dy dwa­dzie­ścia czte­ry. Po ślu­bie nadal miesz­ka­li w Dą­biu. On pra­co­wał w bro­wa­rze, ona pro­wa­dzi­ła dom.

Na prze­ło­mie XIX i XX wie­ku pod­ję­li de­cy­zję o prze­pro­wadz­ce do Gło­gow­ca. Nie wia­do­mo, co ich do tego skło­ni­ło - może zwy­czaj­nie chcie­li za­miesz­kać "na swo­im". Nie na­le­że­li do lu­dzi bo­ga­tych, ku­pi­li więc mały ka­wa­łek zie­mi - pięć hek­ta­rów, w tym dwa hek­ta­ry łąki. Go­spo­dar­stwo mia­ło kształt wą­skie­go pasa cią­gną­ce­go się od dro­gi aż do lasu. Gle­ba nie była uro­dzaj­na, nada­wa­ła się co naj­wy­żej do upra­wy żyta i ziem­nia­ków. Mał­żon­ko­wie po­sta­no­wi­li wy­bu­do­wać nowy dom, po­nie­waż ten sto­ją­cy na na­by­tej przez nich zie­mi był prak­tycz­nie ru­iną. Pod­sta­wo­wym bu­dul­cem stał się naj­tań­szy ma­te­riał - ja­sno­żół­ty wa­pień z po­bli­skie­go Roż­nia­to­wa - z nie­go bu­do­wa­li, oszczę­dza­jąc na wszyst­kim.

Po­wstał ty­po­wy chłop­ski dom tam­tych cza­sów. Skła­dał się z dwóch izb od­dzie­lo­nych dużą sie­nią. Po jed­nej jej stro­nie znaj­do­wa­ła się kuch­nia z pie­cem, a po dru­giej duży po­kój. Przed do­mem po­sa­dzo­no róże. Tyl­ne drzwi wy­cho­dzi­ły na po­dwór­ko. W obej­ściu była sto­do­ła i obo­ra, w ogro­dzie ro­sły drze­wa owo­co­we. Za sto­do­łą znaj­do­wa­ła się dre­wut­nia z warsz­ta­tem sto­lar­skim, któ­ry w zi­mie prze­no­sił się do kuch­ni. Dom ukoń­czo­no oko­ło roku 1900 i wte­dy mał­żon­ko­wie Ko­wal­scy w nim za­miesz­ka­li.

Ma­rian­na i Sta­ni­sław nie mie­li jesz­cze dzie­ci, choć upły­nę­ło spo­ro lat od ich ślu­bu. Ona bar­dzo nad tym bo­la­ła, ra­zem mo­dli­li się, pro­sząc Boga o po­tom­stwo. Mu­sie­li jesz­cze tro­chę po­cze­kać. Pierw­sze dziec­ko uro­dzi­ło się dzie­sięć lat po ślu­bie, w 1902 roku, rok póź­niej na­stęp­ne. Obie cór­ki, Jó­ze­fa i Ewa, przy­szły na świat z wiel­ki­mi trud­no­ścia­mi; mat­ka omal nie przy­pła­ci­ła po­ro­dów wła­snym ży­ciem. Kie­dy więc w roku 1905 mia­ła uro­dzić ko­lej­ne, my­śla­ła o tym z du­ży­mi oba­wa­mi i nie­po­ko­jem.

Przy po­ro­dzie mo­gła jej po­ma­gać są­siad­ka z do­świad­cze­niem w przyj­mo­wa­niu dzie­ci na świat albo ma­co­cha miesz­ka­ją­ca nadal w po­bli­skim Dą­biu. Co w tym cza­sie ro­bił jej mąż Sta­ni­sław, mo­że­my tyl­ko mnie­mać - przy­pusz­czal­nie, jak każ­de­go ran­ka, na­kar­mił zwie­rzę­ta go­spo­dar­skie i wy­pro­wa­dził kro­wy na łąkę. Koń­czył się sier­pień, więc w polu nie było pil­nej ro­bo­ty - może za­jął się star­szy­mi cór­ka­mi, a może pra­cą sto­lar­ską.

Trze­cia cór­ka, He­le­na, uro­dzi­ła się szyb­ko i bez żad­nych kom­pli­ka­cji. Wraz z jej na­ro­dzi­na­mi na dom spły­nę­ło bło­go­sła­wień­stwo - tak in­ter­pre­to­wa­ła to Ma­rian­na. Od tej pory ko­lej­ne cią­że zno­si­ła do­brze, a dzie­ci ro­dzi­ła ła­two. He­len­ka "jak­by przy­nio­sła szczę­ście". W 1908 roku uro­dzi­ła się Na­ta­lia, w 1912 - Sta­ni­sław, w 1915 - Mie­czy­sław, w 1916 - Lu­cy­na i w 1920 - Wan­da. Dwie cór­ki - Ka­zi­mie­ra i Bro­ni­sła­wa - zmar­ły w okre­sie nie­mow­lę­cym. Od 1902 do 1920 roku, czy­li przez osiem­na­ście lat, Ma­rian­na uro­dzi­ła dzie­się­cio­ro dzie­ci: osiem có­rek i dwóch sy­nów. Ro­dzi­na zro­bi­ła się duża, po­dob­nie jak więk­szość ro­dzin wiej­skich w tam­tych cza­sach.

PIERW­SZE LATA

Już dwa dni po na­ro­dzi­nach He­len­ka zo­sta­ła ochrzczo­na. W nie­dzie­lę 27 sierp­nia 1905 roku o go­dzi­nie trzy­na­stej Sta­ni­sław Ko­wal­ski przy­niósł ją do ko­ścio­ła pa­ra­fial­ne­go w Świ­ni­cach Warc­kich.

Ko­ściół pod we­zwa­niem Świę­te­go Ka­zi­mie­rza stał na par­ce­li po­środ­ku wsi. Po­cho­dził z po­ło­wy XIX wie­ku, był nie­wiel­ki, jed­no­na­wo­wy. Przy chrzciel­ni­cy - do dziś ist­nie­ją­cej - z po­li­chro­mo­wa­ne­go drew­na sa­kra­men­tu chrztu udzie­lił dziew­czyn­ce ów­cze­sny pro­boszcz, ksiądz Jó­zef Cho­dyń­ski.

Akt chrztu zo­stał spi­sa­ny cy­ry­li­cą po ro­syj­sku, czy­li w ję­zy­ku urzę­do­wym. W ak­cie tym myl­nie po­da­no wiek ojca - czter­dzie­ści lat - cho­ciaż fak­tycz­nie miał wte­dy trzy­dzie­ści sie­dem. Świad­ka­mi byli rol­ni­cy z Gło­gow­ca: Fran­ci­szek Bed­na­rek (lat 35) i Jó­zef Sta­siak (lat 40), a ro­dzi­ca­mi chrzest­ny­mi Kon­stan­ty Bed­na­rek i Ma­rian­na Szew­czyk. Akt chrztu świę­te­go zo­stał od­czy­ta­ny nie­pi­śmien­nym świad­kom, a pod­pi­sa­ny przez księ­dza Cho­dyń­skie­go i ojca dziec­ka. Sta­ni­sław Ko­wal­ski przez dwa lata, ja­kie upły­nę­ły od chrztu star­szej cór­ki Ewy, zdą­żył na­uczyć się czy­tać i pi­sać. W do­ku­men­cie po­da­no daty wy­da­rze­nia we­dług dwóch ka­len­da­rzy - gre­go­riań­skie­go, sto­so­wa­ne­go przez Po­la­ków, i ju­liań­skie­go, obo­wią­zu­ją­ce­go w Ro­sji, a za­tem i w urzę­dach na zie­miach pol­skich pod za­bo­rem. Data uro­dzin He­len­ki wid­nie­je więc jako 25 i 12 sierp­nia, a chrztu - 27 i 14 sierp­nia 1905 roku.

W ro­dzi­nie Ko­wal­skich nie­kwe­stio­no­wa­ną gło­wą domu był oj­ciec, szczu­pły bru­net z su­mia­stym wą­sem. Wo­bec sy­nów miał twar­dą rękę - był sro­gi i wy­ma­ga­ją­cy. Sta­ni­sław-ju­nior bar­dzo dłu­go pa­mię­tał la­nie, ja­kie do­stał w dzie­ciń­stwie za to, że ze­rwał ga­łąz­ki z brzo­zy są­sia­da. Ma­rian­nę na­to­miast, kie­dy się po­zna­li, uję­ła wia­ra i po­boż­ność przy­szłe­go męża - to one ją do nie­go przy­cią­gnę­ły.

Przez całe ży­cie Sta­ni­sław co­dzien­nie rano gło­śno śpie­wał Go­dzin­ki o Nie­po­ka­la­nym Po­czę­ciu Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny, pieśń Kie­dy ran­ne wsta­ją zo­rze, a w okre­sie Wiel­kie­go Po­stu Gorz­kie żale. Te prze­ja­wy pro­stej po­boż­no­ści mo­gły być dla resz­ty ro­dzi­ny do­kucz­li­we. Oj­ciec wsta­wał wcze­śnie, gdy wszy­scy jesz­cze spa­li, i chcąc uczcić Mat­kę Bożą, śpie­wał na cały głos, nie zwa­ża­jąc na to, że bu­dzi in­nych. W cia­snym domu wszy­scy sy­pia­li w jed­nej izbie, a dzie­ci po kil­ko­ro w jed­nym łóż­ku. Nie dało się nie prze­szko­dzić we śnie po­zo­sta­łym. Ma­rian­na, zmę­czo­na pra­cą przy dzie­ciach i w domu, pro­si­ła cza­sem, żeby prze­stał, ale Sta­ni­sław nig­dy nie przy­chy­lił się do tej proś­by. Cza­sem na­wet gnie­wa­ła się o to na męża, mia­ła mu za złe, że nie bie­rze pod uwa­gę po­trzeb resz­ty ro­dzi­ny.

Sta­ni­sław Ko­wal­ski był bar­dzo pra­co­wi­ty - wy­ży­wie­nie ta­kiej gro­mad­ki z ma­łe­go go­spo­dar­stwa ozna­cza­ło nie lada wy­zwa­nie. Poza pra­cą na roli do­dat­ko­wo za­trud­niał się jako cie­śla, wy­ko­nu­jąc róż­ne usłu­gi u miesz­kań­ców swo­jej wsi i po­bli­skich Świ­nic Warc­kich. Mimo to w domu za­wsze pa­no­wa­ła bie­da, bra­ko­wa­ło wszyst­kie­go. Dziew­czę­ta mia­ły jed­ną wspól­ną su­kien­kę, któ­rą wkła­da­ły na zmia­nę do wyj­ścia.

Ma­rian­na na­le­ża­ła do ko­biet dziel­nych i pra­co­wi­tych, bar­dzo od­da­nych ro­dzi­nie. Była dużo ła­god­niej­sza niż jej mąż. Do koń­ca ży­cia po­zo­sta­ła nie­pi­śmien­na. Jed­nak wła­śnie ona prze­ka­zy­wa­ła dzie­ciom, tak jak umia­ła, praw­dy wia­ry i uczy­ła je mo­dlitw.

DZIE­CIĘ­CE OBO­WIĄZ­KI

Ze wzglę­du na sy­tu­ację ma­te­rial­ną ro­dzi­ny, dzie­ci Ko­wal­skich od naj­młod­szych lat mu­sia­ły po­dej­mo­wać pra­cę. Opie­ko­wa­ły się młod­szym ro­dzeń­stwem, po­ma­ga­ły ro­dzi­com w polu, wy­pro­wa­dza­ły kro­wy na łąkę. Wszyst­kie pra­ce rol­ni­cze wy­ko­ny­wa­no ręcz­nie. Ko­wal­scy po­sia­da­li w go­spo­dar­stwie ko­nia, ale gdy zo­stał za­re­kwi­ro­wa­ny w cza­sie pierw­szej woj­ny świa­to­wej, do płu­ga za­przę­ga­no kro­wę, po­nie­waż nie było pie­nię­dzy na no­we­go. Bra­cia He­len­ki, ma­jąc oko­ło dzie­wię­ciu lat, już po­ma­ga­li przy młó­ce­niu zbo­ża.

He­len­ka tak­że mia­ła dużo obo­wiąz­ków. Po­ma­ga­ła w domu, do­glą­da­ła młod­szych dzie­ci. Pa­sła kro­wy. W wie­ku kil­ku­na­stu lat bro­no­wa­ła w polu. Nig­dy ni­ko­mu nie od­ma­wia­ła po­mo­cy. Za­wsze słu­cha­ła ro­dzi­ców, chęt­nie wy­ko­ny­wa­ła wszyst­kie ich po­le­ce­nia. Wy­róż­nia­ła się pra­co­wi­to­ścią. Była zgod­na i we­so­ła. Nie skar­ży­ła się na nad­miar pra­cy.

Czas wy­ko­rzy­sty­wa­ła w peł­ni. Pod­czas opie­ko­wa­nia się dzieć­mi czy­ta­ła im książ­ki i opo­wia­da­ła róż­ne hi­sto­rie, ba­wi­ła się z nimi. Kie­dy pa­sła kro­wy, lu­bi­ła czy­tać - naj­chęt­niej ży­wo­ty świę­tych. Czy­ta­nia na­uczył ją oj­ciec.

Ro­dzi­ce uwa­ża­li ją za naj­lep­sze dziec­ko i czę­sto sta­wia­li za przy­kład po­zo­sta­łym. Ją ko­cha­li naj­bar­dziej. Młod­szy brat Sta­ni­sław mó­wił póź­niej, że jej tego nie za­zdro­ści­li, gdyż wi­dzie­li, że to się jej na­le­ży. Za­chę­ca­ła, żeby byli po­słusz­ni, to oj­ciec bę­dzie ich tak samo ko­chał. Ten rze­czy­wi­ście wy­róż­niał He­len­kę i miał do niej ogrom­ne za­ufa­nie. Tyl­ko ją po­in­for­mo­wał o tym, gdzie trzy­ma du­bel­tów­kę. Mat­ka na­zy­wa­ła He­len­kę wy­bra­ną i naj­lep­szą. Za­pa­mię­ta­ła jed­nak, że po­zo­sta­łe dzie­ci do­ku­cza­ły jej z po­wo­du fa­wo­ry­zo­wa­nia przez ro­dzi­ców - biły ją i znę­ca­ły się nad nią. He­len­ce zda­rza­ło się też cza­sem "ob­ry­wać" za ro­dzeń­stwo. Kie­dy coś spso­ci­li, za­wsze zdą­ży­li uciec, a wszyst­ko spa­da­ło na nią. Na­wet nie pró­bo­wa­ła się uspra­wie­dli­wić czy wy­ja­śnić. Przyj­mo­wa­ła karę w ci­cho­ści i po­ko­rze. Nig­dy nie gnie­wa­ła się na ro­dzeń­stwo, była dla nich miła i do­bra.

WRAŻ­LI­WOŚĆ HE­LEN­KI

Mia­ła bar­dzo wraż­li­we, czu­łe ser­ce, ża­ło­wa­ła na­wet cier­pią­ce­go zwie­rzę­cia - kury czy psa. Ro­dzeń­stwo w żar­tach na­zy­wa­ło ją "babą li­to­ści­wą". Nie po­tra­fi­ła przejść obo­jęt­nie wo­bec bie­dy czy po­trzeb lu­dzi. Od dziec­ka oka­zy­wa­ła mi­ło­sier­dzie in­nym, była w tym bar­dzo po­my­sło­wa i ak­tyw­na, choć na pew­no sło­wo "mi­ło­sier­dzie" nie było jej jesz­cze zna­ne. Ro­bi­ła po pro­stu to, co dyk­to­wa­ło jej ser­ce. Kie­dyś za­ło­ży­ła na sie­bie sta­re, znisz­czo­ne ubra­nia mamy i cho­dzi­ła po wsi jak że­bracz­ka, od­ma­wia­jąc na głos mo­dli­twy. Chcia­ła uzbie­rać pie­nią­dze dla bied­nych. To, co do­sta­ła, za­nio­sła do księ­dza pro­bosz­cza, żeby roz­dał ubo­gim. In­nym ra­zem zor­ga­ni­zo­wa­ła lo­te­rię, z któ­rej do­chód prze­zna­czy­ła na ten sam cel. Wła­sno­ręcz­nie zro­bi­ła za­baw­ki z pa­pie­ru i szma­tek, któ­re wy­ko­rzy­sta­ła jako fan­ty.

Od naj­młod­szych lat He­len­ka do­świad­cza­ła nie­zwy­kłych prze­żyć du­cho­wych, jak­by od po­cząt­ku była przez Boga wy­bra­na i po­wo­ła­na do cze­goś wię­cej niż po­zo­sta­li. Je­zus da­wał się jej po­znać. A ona w ca­łym po­stę­po­wa­niu, we wszyst­kim, co ro­bi­ła, da­wa­ła sie­bie, nie­za­leż­nie czy do­ty­czy­ło to zwy­kłych co­dzien­nych spraw, czy wia­ry i re­li­gii. Już wte­dy prze­czu­wa­ła, że Bóg za­pra­sza ją do ży­cia in­ne­go, niż wi­dzi to u swo­ich ro­dzi­ców.

W siód­mym roku ży­cia usły­sza­ła "głos Boży w du­szy, czy­li za­pro­sze­nie do ży­cia do­sko­nal­sze­go, ale nie za­wsze by­łam po­słusz­na gło­so­wi ła­ski. Nie spo­tka­łam się [z] ni­kim, kto by mi te rze­czy wy­ja­śnił" (Dz. 7). Zda­rzy­ło się to w ko­ście­le, w cza­sie wy­sta­wie­nia Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu. Bóg przy­cią­gał ją do sie­bie. Udzie­lił jej swo­jej mi­ło­ści, na­peł­nia­jąc jej małe ser­dusz­ko. Nikt jed­nak nie po­tra­fił jej po­wie­dzieć, co wła­ści­wie się sta­ło i co to zna­czy. Ko­wal­scy nig­dy nie sły­sze­li o ta­kich do­świad­cze­niach.

Przy­cią­ga­nie przez Boga od­by­wa­ło się z róż­nym na­si­le­niem. Czę­sto mia­ła wi­dze­nia, śni­ła jej się Mat­ka Boża cho­dzą­ca po Raju. Dziew­czyn­ka opo­wia­da­ła, że jest pięk­na. Wi­dy­wa­ła ogrom­ny blask, nie­zwyk­łą ja­sność. W nocy zry­wa­ła się, sia­da­ła na łóż­ku i mo­dli­ła się. Mat­ka, za­nie­po­ko­jo­na, stro­fo­wa­ła ją, my­śląc, że to przy­wi­dze­nia. He­len­ka na­to­miast mó­wi­ła, że to chy­ba anioł ją bu­dzi, wzy­wa­jąc do mo­dli­twy. Zda­rza­ło się to wie­lo­krot­nie. Po­tem, nie­wy­spa­na, pro­si­ła mamę, by mo­gła się zdrzem­nąć w cią­gu dnia - na co ta nie za­wsze się zga­dza­ła.

Ro­dzi­ce nie poj­mo­wa­li tego, co dzia­ło się w du­szy ich cór­ki. Nie umie­li jej po­móc. Ona sama nie wie­dzia­ła, jak może od­po­wie­dzieć na za­pro­sze­nie ze stro­ny Je­zu­sa do tego in­ne­go, do­sko­nal­sze­go ży­cia. Nie mia­ła na­wet po­ję­cia, że ist­nie­ją za­ko­ny. Po lek­tu­rze ży­wo­tów świę­tych i in­nych ksią­żek re­li­gij­nych opo­wia­da­ła ro­dzi­nie o pu­stel­ni­kach, mó­wi­ła, że i ona bę­dzie piel­grzy­mem, że bę­dzie jeść "ko­rzon­ki i miód le­śny", że kie­dyś opu­ści dom, nie zo­sta­nie w nim. Trwa­ło w niej to prze­czu­cie, cho­ciaż nie wie­dzia­ła, jak może się zre­ali­zo­wać. Mia­ła prze­ko­na­nie, że jej prze­ży­cia są praw­dzi­we, że to nie złu­dze­nie, nie mrzon­ki. Wa­run­ki, w ja­kich żyła, uczy­ni­ły z niej re­alist­kę, moc­no cho­dzą­cą po zie­mi. Od­róż­nia­ła więc bez tru­du rze­czy­wi­stość od fik­cji. Sko­ro jed­nak bli­scy nie ro­zu­mie­li tego, co prze­ży­wa, za­czę­ła skry­wać swo­je do­zna­nia. Cho­wa­ła wszyst­ko w głę­bi ser­ca.

Od po­cząt­ku lu­bi­ła się mo­dlić. Chęt­nie klę­ka­ła do pa­cie­rza wie­czor­ne­go ra­zem z ro­dzi­ca­mi i ro­dzeń­stwem, a i w cią­gu dnia za­chę­ca­ła do mo­dli­twy. W domu, na sto­le w po­ko­ju, stał mały oł­ta­rzyk, na któ­ry skła­dał się krzyż i fa­jan­so­we fi­gur­ki Je­zu­sa i Ma­ryi. Oj­ciec przy­wiózł je z Czę­sto­cho­wy. To wła­śnie He­len­ka dba­ła o ten oł­ta­rzyk.

Kie­dy mia­ła dzie­więć lat, w 1914 roku po raz pierw­szy przy­ję­ła Ko­mu­nię świę­tą. Głę­bo­ko prze­ży­wa­ła to bli­skie przyj­ście Je­zu­sa do jej ser­ca. Po uro­czy­sto­ści wra­ca­ła z ko­ścio­ła do domu sama, nie z ko­le­żan­ka­mi. Po­tem czę­sto tak ro­bi­ła, kie­dy przy­ję­ła Cia­ło Pań­skie. Mó­wi­ła, że wra­ca z Pa­nem Je­zu­sem, wca­le nie sama. Chcia­ła być tyl­ko z Nim. Do­świad­cza­ła wte­dy prze­ogrom­ne­go szczę­ścia - wy­czu­wa­ła Boga w swo­jej du­szy.

Naj­chęt­niej cho­dzi­ła­by do ko­ścio­ła co­dzien­nie. Mat­ka jej na to nie po­zwa­la­ła, gdyż w domu przy dzie­ciach za­wsze było dużo pra­cy. W nie­dzie­lę jed­nak He­len­ka za­wcza­su przy­go­to­wy­wa­ła wszyst­ko, by móc pójść do świą­ty­ni. Wcze­snym ran­kiem wy­cho­dzi­ła po ci­chu przez okno, żeby nie bu­dzić in­nych, i wy­pro­wa­dza­ła kro­wy. Gdy wsta­wał oj­ciec i szedł wy­pu­ścić zwie­rzę­ta na pa­stwi­sko, oka­zy­wa­ło się, że wszyst­ko już zo­sta­ło zro­bio­ne. He­len­ka sta­ra­ła się, by nic nie prze­szko­dzi­ło jej w udzia­le we Mszy świę­tej. Sio­stry jed­nak mia­ły tyl­ko jed­ną su­kien­kę i wkła­da­ły ją na zmia­nę, więc tak­że w nie­dzie­lę nie za­wsze mo­gła pójść do ko­ścio­ła. Wte­dy bra­ła mo­dli­tew­nik i cho­wa­ła się gdzieś albo szła do ogro­du i od­czy­ty­wa­ła całą Mszę świę­tą. Na­wet proś­by mat­ki o po­moc w kuch­ni nie mo­gły jej od tego od­wieść. Uwa­ża­ła, że Pan Je­zus gnie­wał­by się na nią, gdy­by za­nie­dba­ła świą­tecz­ny obo­wią­zek, a tego nie chcia­ła.

W wie­ku dzie­wię­ciu lat tłu­ma­czy­ła ze szcze­gó­ła­mi młod­szej o trzy lata Na­ta­lii, co dzie­je się w cza­sie Mszy świę­tej, jak prze­bie­ga Ofia­ra Chry­stu­sa. Skąd to wie­dzia­ła? Czy od ko­goś usły­sza­ła? Za­chę­ca­ła sio­strę do uważ­ne­go uczest­nic­twa, choć sama prze­cież była jesz­cze dziec­kiem.

Od ma­łe­go w ser­cu He­len­ki roz­wi­ja­ła się po­trze­ba, by zo­stać "wiel­ką świę­tą". Pra­gnie­nie to, pod­trzy­my­wa­ne przez przy­cią­ga­nie i mi­łość ze stro­ny Boga, wzra­sta­ło i co­raz bar­dziej prze­ni­ka­ło i na­sy­ca­ło wszyst­ko, co ro­bi­ła. Za­bar­wia­ło całą jej co­dzien­ność, nada­wa­ło kie­ru­nek i rytm każ­dej chwi­li, każ­de­mu za­da­niu...

NA­UKA

Od wcze­snych lat He­len­ka zdra­dza­ła wy­so­ką in­te­li­gen­cję.

W 1917 roku w Świ­ni­cach Warc­kich w po­bli­żu ko­ścio­ła po­wsta­ła szko­ła. We wrze­śniu po­sła­no do niej dwu­na­sto­let­nią wów­czas He­le­nę. Uczy­ła się w niej do 1919 lub 1920 roku, kie­dy zde­cy­do­wa­no, że star­sze dzie­ci mu­szą zro­bić miej­sce młod­szym, by te rów­nież mia­ły szan­sę po­siąść sztu­kę czy­ta­nia i pi­sa­nia. Mimo że He­le­na uczy­ła się krót­ko, ro­bi­ła to chęt­nie i z za­pa­łem, więc spo­ro umia­ła. Lu­bi­ła uczyć in­nych - ro­dzeń­stwu i dzie­ciom ze wsi opo­wia­da­ła o tym, cze­go się na­uczy­ła i co wy­czy­ta­ła. Za­po­zna­wa­ła je tak­że z pa­cie­rzem.

Ze szko­ły He­len­ka wy­nio­sła mie­sza­ne wspo­mnie­nia. Dużą przy­jem­ność spra­wi­ła jej na­gro­da za de­kla­ma­cję wier­sza w cza­sie wi­zy­ta­cji in­spek­to­ra szkol­ne­go. Czu­ła się wte­dy bar­dzo wy­róż­nio­na. Przy­kro jej było na­to­miast, gdy dwie ko­le­żan­ki nie chcia­ły sie­dzieć z nią w ław­ce, po­nie­waż była źle, nędz­nie ubra­na. Bie­da, na któ­rą była tak wy­czu­lo­na u in­nych, sta­ła się po­wo­dem jej wła­sne­go cier­pie­nia. Dziew­czę­ta oce­ni­ły ją na pod­sta­wie ubo­gie­go stro­ju, nie po­tra­fi­ły spoj­rzeć da­lej. Do­zna­ła upo­ko­rze­nia, po­pły­nę­ły łzy. Pła­czą­cą dziew­czyn­kę zo­ba­czył na­uczy­ciel, pan Ła­ziń­ski. Po­cie­szał, że choć jest go­rzej ubra­na od ko­le­ża­nek, to le­piej się od nich uczy. Prze­ko­ny­wał, że strój nie ma wiel­kie­go zna­cze­nia, waż­niej­sze jest to, co kry­je się w ser­cu i gło­wie. Chwa­lił jej pra­co­wi­tość, pil­ność. Mó­wił o niej, iż jest wy­bra­nym dziec­kiem i nig­dy się na nic nie skar­ży.

He­le­na spę­dzi­ła w domu ro­dzin­nym szes­na­ście lat. Było to zu­peł­nie zwy­czaj­ne ży­cie ze wszyst­ki­mi jego pro­ble­ma­mi i kło­po­ta­mi. Może na­wet do­świad­cza­ła ich wię­cej niż inne dzie­ci z po­wo­du swo­jej wraż­li­wo­ści, ale też wa­run­ków, w ja­kich żyła, zwłasz­cza bie­dy sta­le obec­nej w ro­dzi­nie Ko­wal­skich. Te prze­ży­cia kształ­to­wa­ły i wy­ra­bia­ły w niej we­wnętrz­ną siłę, któ­ra póź­niej oka­za­ła się bar­dzo po­trzeb­na.

Jed­no wy­da­rze­nie z tego okre­su bar­dzo moc­no utkwi­ło w jej pa­mię­ci. W po­bli­skich Świ­ni­cach Warc­kich czę­sto od­by­wa­ły się po­tań­ców­ki. Na jed­ną z nich za­pro­szo­no naj­star­szą z dziew­cząt, Jó­ze­fę. Mog­ło to być w 1919 roku. Do­chód z za­ba­wy miał być prze­zna­czo­ny na do­bry cel - po­trze­by pa­ra­fii. He­len­ka po­szła z sio­strą. Może ro­dzi­ce wy­sła­li ją do to­wa­rzy­stwa, a może Jó­ze­fa sama na­mó­wi­ła He­len­kę. Tego nie wie­my. Nie mamy też pew­no­ści, czy oj­ciec wie­dział o wyj­ściu có­rek, ale ra­czej trud­no przy­pusz­czać, by nie był o tym po­in­for­mo­wa­ny. Tak czy in­a­czej, obie sio­stry do­brze się ba­wi­ły i wra­ca­ły do domu póź­no. Od­pro­wa­dzał je pan Ko­ciur­ski. Oj­ciec nie spał, cze­ka­jąc na po­wrót có­rek. Był moc­no zde­ner­wo­wa­ny. Ostro zwró­cił im uwa­gę, że swo­im po­stę­po­wa­niem przy­no­szą mu wstyd. He­len­ka bar­dzo prze­ję­ła się za­rzu­tem ojca. Czu­ła, że za­wio­dła jego za­ufa­nie. Nig­dy do­tąd nie wi­dzia­ła go tak roz­gnie­wa­ne­go. Po­sta­no­wi­ła wię­cej nie ro­bić nic bez jego zgo­dy. Gdy póź­niej za­pra­sza­no ją na za­ba­wy, za­wsze od­po­wia­da­ła, że naj­pierw chce za­py­tać ojca i pro­sić go o po­zwo­le­nie.

Po tam­tej pierw­szej po­tań­ców­ce po­my­śla­ła, że za­wsze bę­dzie się sta­ra­ła przy­no­sić ojcu "sła­wę i po­cie­chę", a nig­dy wstyd. Po­słu­szeń­stwo ojcu sta­ło się dla niej naj­waż­niej­sze. Tyl­ko w jed­nej spra­wie mu się sprze­ci­wi­ła - ale to już po opusz­cze­niu domu ro­dzin­ne­go.

WSTĘP

Choć 18 kwiet­nia 2013 roku mija już 20 lat od be­aty­fi­ka­cji i kil­ka­na­ście lat od ka­no­ni­za­cji, nie słab­nie za­in­te­re­so­wa­nie po­sta­cią św. Sio­stry Fau­sty­ny Ko­wal­skiej ze Zgro­ma­dze­nia Mat­ki Bo­żej Mi­ło­sier­dzia. Cią­gle urze­ka jej pro­sto­ta, dzie­cię­ce za­ufa­nie Bogu i he­ro­icz­na mi­łość. Nie­ustan­nie po­przez swój Dzien­ni­czek od­kry­wa przed wszyst­ki­mi nie­po­ję­tą mi­ło­sier­ną mi­łość Boga do każ­de­go czło­wie­ka, któ­rej po­zna­wa­nie pro­wa­dzi do za­spo­ko­je­nia wiel­kie­go pra­gnie­nia mi­ło­ści i daje po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Jej nie­zwy­kle głę­bo­kie ży­cie du­cho­we, się­ga­ją­ce szczy­tów mi­sty­ki, na­sy­co­ne ob­ja­wie­nia­mi Je­zu­sa, Mat­ki Bo­żej, anio­łów, świę­tych... oraz jej pro­roc­ka mi­sja in­spi­ru­je i na róż­ne spo­so­by an­ga­żu­je lu­dzi pió­ra, ar­ty­stów, na­ukow­ców, dusz­pa­ste­rzy, lu­dzi mło­dych, po­szu­ku­ją­cych war­to­ści i sen­su ży­cia... sło­wem - wszyst­kich, któ­rzy się z nią spo­ty­ka­ją.

Przy­kła­dem ta­kiej fa­scy­na­cji jest rów­nież ta książ­ka, któ­ra w spo­sób uj­mu­ją­cy, cie­pły, a za­ra­zem re­al­ny prze­ka­zu­je ży­cie Sio­stry Fau­sty­ny jako oso­by speł­nio­nej w mi­ło­ści, a więc szczę­śli­wej mimo wie­lu cier­pień na­tu­ry fi­zycz­nej i du­cho­wej. Jest bo­wiem na świe­cie taka Oso­bo­wa Mi­łość - Mi­łość Mi­ło­sier­na - któ­rej ona cał­ko­wi­cie za­ufa­ła i w du­chu tej Mi­ło­ści kształ­to­wa­ła całe swo­je ży­cie. Mó­wi­ła, że chce się prze­mie­nić w Mi­ło­sier­dzie. Dla­te­go jest tak pięk­na w swo­im czło­wie­czeń­stwie i chrze­ści­jań­skim po­wo­ła­niu, dla­te­go tak po­cią­ga, bu­dzi po­dziw, za­pa­la świa­tła na­dziei, uka­zu­je dro­gi pięk­nej mi­ło­ści i mo­ty­wu­je do tro­ski o nią.

Ufam, że książ­ka Ewy Czer­wiń­skiej o św. Sio­strze Fau­sty­nie, któ­rą czy­ta się z za­in­te­re­so­wa­niem, od­sło­ni przed Czy­tel­ni­ka­mi róż­no­ra­kie wy­mia­ry pięk­nej i wiel­kiej mi­ło­ści, do któ­rej we­zwa­ny jest każ­dy.

s. M. Elż­bie­ta Sie­pak ZMBM

Kra­ków-Ła­giew­ni­ki, 19 mar­ca 2013

WPROWADZENIE

Skrom­na i ci­cha, pro­sta wiej­ska dziew­czy­na z ubo­giej ro­dzi­ny... zda­wać by się mo­gło, nic nie­zna­czą­ca dla świa­ta. Za jej ziem­skie­go ży­cia nie­wie­le osób do­strze­ga­ło w niej coś nie­zwy­kłe­go. Dla więk­szo­ści po­zo­sta­ła prze­cięt­na, sza­ra, po pro­stu zwy­czaj­na. We­dług kry­te­riów świa­ta nic nie osią­gnę­ła - nie mia­ła wy­kształ­ce­nia, nie zdo­by­ła bo­gac­twa, sła­wy, nie do­szła do za­szczy­tów ani wy­so­kich sta­no­wisk.

Po­win­na pójść w zu­peł­ne za­po­mnie­nie... Nie po­win­na nic zna­czyć dla ko­lej­nych po­ko­leń. Tym­cza­sem dziś zna ją i mówi o niej cały świat. Uka­zu­je się co­raz wię­cej opra­co­wań i ksią­żek na jej te­mat. Miej­sca zwią­za­ne z jej ży­ciem sta­ją się ce­lem piel­grzy­mek, za­mie­nia­ją się w mu­zea i pa­miąt­ko­we izby. Po­wsta­ją co­raz licz­niej­sze sank­tu­aria, któ­rym pa­tro­nu­je. Skąd ten roz­głos i za­in­te­re­so­wa­nie?

Od­po­wiedź jest jed­na. To Bóg obec­ny w jej ży­ciu tak dzia­ła - Ten, któ­re­go po­ko­cha­ła ca­łym ser­cem i któ­re­mu po­świę­ci­ła wszyst­ko, łącz­nie z samą sobą. To On wy­brał ją w spo­sób szcze­gól­ny i pro­wa­dził przez ziem­skie ży­cie w taki spo­sób, że każ­de­go dnia sta­ra­ła się wpeł­niać Jego wolę - na tyle, na ile ją ro­zu­mia­ła. Dzię­ki temu sta­ła się Jego na­rzę­dziem w do­ko­ny­wa­niu nie­zwy­kłych rze­czy.

Stąd nie da się od­dzie­lić jej ży­cia oso­bi­ste­go, ro­dzin­ne­go czy pra­cy od wia­ry, od wię­zi z Bo­giem. Wia­ra prze­ni­ka­ła jej co­dzien­ność, za­bar­wia­ła i prze­mie­nia­ła wszyst­ko, co ro­bi­ła. Ona po pro­stu żyła wia­rą - w mia­rę po­głę­bia­nia re­la­cji z Chry­stu­sem co­raz bar­dziej, moc­niej i peł­niej.

W po­stę­po­wa­niu Fau­sty­ny wi­dzi­my swo­isty pa­ra­doks ży­cia chrze­ści­jań­skie­go - umie­ra­jąc dla sie­bie, za­czy­na­my na­praw­dę żyć. Każ­dy jest do tego w ja­kimś stop­niu po­wo­ła­ny, za­leż­nie od tego, do cze­go Bóg go wzy­wa, ja­kie daje mu dary, ta­len­ty, umie­jęt­no­ści. Fau­sty­na zo­sta­ła wy­bra­na do rze­czy wiel­kich - może wła­śnie dla­te­go, że we­dług kry­te­riów ludz­kich nie­wie­le zna­czy­ła. To Boże wy­bra­nie przyj­mo­wa­ła, po­cząt­ko­wo zu­peł­nie go nie ro­zu­mie­jąc. Zgo­da na to, cze­go chce Stwór­ca, była za­wsze jej naj­waż­niej­szym pra­gnie­niem, re­ali­zo­wa­nym czę­sto z ogrom­nym tru­dem i wbrew pię­trzą­cym się prze­ciw­no­ściom.

Gdy­by chcieć krót­ko scha­rak­te­ry­zo­wać ży­cie Fau­sty­ny, naj­wła­ściw­sze wy­da­ją się sło­wa: pro­sto­ta, cier­pie­nie, po­słu­szeń­stwo. Bez wła­snych kal­ku­la­cji, w za­ufa­niu do Je­zu­sa, z po­ko­rą przyj­mo­wa­ła to, co niósł jej los, nie­za­leż­nie od tego, czy było to po ludz­ku przy­jem­ne, czy trud­ne, czy ozna­cza­ło ra­dość, czy ból i cier­pie­nie. Przyj­mo­wa­ła z mi­ło­ści do Chry­stu­sa, trak­tu­jąc wszyst­ko jako przez Nie­go dane. Dzię­ki temu nie za­ła­my­wa­ła się na­wet w cier­pie­niach cho­ro­by, kie­dy była sła­ba, gdy spo­ty­ka­ły ją nie­zro­zu­mie­nie, przy­kro­ści, upo­ko­rze­nia. Za­wsze szu­ka­ła siły u Tego, któ­ry stał się jej je­dy­nym Pa­nem. On rów­nież uczył ją po­słu­szeń­stwa - po­słu­szeń­stwa wo­bec prze­ło­żo­nych, w któ­rym wi­dzia­ła po­słu­szeń­stwo Je­zu­so­wi. Na­wet po­le­ce­nia nie­wy­god­ne albo po­zor­nie sprzecz­ne z tym, co mó­wił jej Chry­stus, gdy po­cho­dzi­ły od spo­wied­ni­ka lub prze­ło­żo­nej, trak­to­wa­ła jako prze­jaw woli Boga. To po­mo­gło jej przejść przez naj­trud­niej­sze okre­sy ży­cia, "ciem­ną noc du­szy", kie­dy nie do­świad­cza­ła bli­skiej obec­no­ści Boga, gdy wy­da­wa­ło się jej, że ją opu­ścił.

W mia­rę upły­wu lat jej ziem­skie­go ży­cia - choć było ich w su­mie nie­wie­le, bo tyl­ko trzy­dzie­ści trzy - wi­dzi­my roz­wój, do­ra­sta­nie do świę­to­ści. Za­uwa­ża­my Boże pro­wa­dze­nie i co­raz peł­niej­sze pod­da­wa­nie się mu, do­sto­so­wy­wa­nie się do Bo­że­go pla­nu. Fau­sty­na nie od razu była świę­ta, choć za­wsze chcia­ła nią być. Sta­wa­ła się świę­tą dzień po dniu. Dzię­ki temu dziś zy­sku­je­my w niej wzór i za­chę­tę: rów­nież w na­szym ży­ciu Bóg może dzia­łać i do­ko­ny­wać rze­czy nad­zwy­czaj­nych.

Skąd jed­nak wie­my o praw­dzi­wym ży­ciu Fau­sty­ny, sko­ro pra­wie ni­ko­mu nie opo­wia­da­ła o swo­ich prze­ży­ciach? Nikt prze­cież nie wie­dział, że war­to by­ło­by prze­cho­wy­wać pa­miąt­ki po niej. Nikt nie my­ślał o za­cho­wa­niu do­mów, gdzie miesz­ka­ła albo pra­co­wa­ła. Nie­któ­re z nich już nie ist­nie­ją.

Na­wet więk­szość jej li­stów do ro­dzi­ny nie prze­trwa­ła. Brat Fau­sty­ny, Sta­ni­sław, wspo­mi­nał, że mie­li cały stos li­stów, że były pięk­ne, ale spa­li­li je. Póź­niej­sze li­sty spa­li­ła w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej jej sio­stra Gie­nia (Ewa), po­nie­waż bała się re­wi­zji. Fau­sty­na pi­sa­ła nie tyl­ko o spra­wach ro­dzin­nych, lecz tak­że o wie­rze, o Bogu i za­ufa­niu do Nie­go. Prze­trwa­ły za­le­d­wie trzy jej li­sty do ro­dzi­ny z 1938 roku - do sióstr Gie­ni, Na­ta­lii i Wan­dy.

Za­cho­wa­ła się na­to­miast ko­re­spon­den­cja Fau­sty­ny z księ­dzem Mi­cha­łem So­poć­ką, oj­cem Jó­ze­fem An­dra­szem, z prze­ło­żo­ny­mi i sio­stra­mi Zgro­ma­dze­nia Mat­ki Bo­żej Mi­ło­sier­dzia. Mamy też kart­ki z ży­cze­nia­mi oraz ob­raz­ki z de­dy­ka­cja­mi, zdra­dza­ją­ce po­etyc­ki ta­lent Fau­sty­ny, któ­ry ujaw­nił się pod ko­niec jej ży­cia.

Wie­le do­wia­du­je­my się o Fau­sty­nie z jej wła­snych słów. Na po­le­ce­nie spo­wied­ni­ka, księ­dza So­poć­ki, od czerw­ca 1933 roku za­czę­ła re­la­cjo­no­wać swo­je prze­ży­cia du­cho­we w Dzien­nicz­ku. Dzię­ki temu mo­że­my za­po­znać się z głę­bią jej ży­cia we­wnętrz­ne­go, jej ob­co­wa­nia z Bo­giem już tu na zie­mi.

Źró­dłem in­for­ma­cji sta­ły się też roz­mo­wy i wy­wia­dy z ro­dzi­ną, sio­stra­mi za­kon­ny­mi i in­ny­mi oso­ba­mi, któ­re się z nią w ży­ciu ze­tknę­ły. Wspo­mnie­nia były zbie­ra­ne w 1948 roku przez sio­strę Ber­nar­dę Wil­czek na proś­bę ojca Jó­ze­fa An­dra­sza, któ­ry pi­sał książ­kę o Fau­sty­nie, a w 1952 roku przez księ­dza Fran­cisz­ka Ja­błoń­skie­go do pro­ce­su in­for­ma­cyj­ne­go przed jej be­aty­fi­ka­cją.

Tak więc do­pie­ro po śmier­ci Fau­sty­na "uka­za­ła" nam się w ca­łej peł­ni.

W du­szy peł­nej mi­ło­ści -

Smu­tek nig­dy nie go­ści.

Kie­dy ży­jesz Bo­giem i w Nie­go wpa­trzo­na,

Idź na­przód męż­nie, od­waż­nie i roz­pro­mie­nio­na.

(ży­cze­nia na rok 1937 dla sio­stry Anny - Ju­lii Sło­miń­skiej)