Św. Faustyna - Ewa Czerwińska

Reflow text when sidebars are open.
Kowalscy nie byli w stanie zapewnić córkom ani wykształcenia, ani posagu. Przy ośmiorgu dzieciach nawet ich wyżywienie i ubranie stanowiły duży problem. Z powodu biedy dziewczynki, gdy tylko podrosły, pomagały rodzinie, służąc u innych.
Jako pierwsza wyjechała z domu do dalekich krewnych Natalia. Miała wtedy zaledwie osiem lat. Pomagała opiekować się młodszymi dziećmi.
Helena, gdy poszła na służbę, była starsza. Skończyła szesnaście lat. Już rok czy dwa lata wcześniej sygnalizowała rodzicom, że chce podjąć pracę. W 1921 roku nadarzyła się okazja. Siostra znajomej z sąsiedniej wsi Rogów, Leokadia Bryszewska, potrzebowała służącej. Mieszkała w Aleksandrowie koło Łodzi.
W DOMU BRYSZEWSKICH
Kazimierz Bryszewski miał w Aleksandrowie piekarnię i sklep piekarniczy. Oba lokale mieściły się w dwóch budynkach przy ulicy Parzęczewskiej 30, blisko centrum miasteczka. Na tyłach kamienicy była piekarnia, od frontu na parterze sklep. Z dużej sieni wchodziło się do kuchni - tam pracowała Helena Kowalska. Tu było też jej miejsce do spania - przy oknie na kozetce. Z sieni prowadziły schody na pierwsze piętro, gdzie znajdowało się trzypokojowe mieszkanie Bryszewskich.
Pobyt i służba Heleny w Aleksandrowie przypadły przypuszczalnie na lata 1921-1922, nie mamy jednak pewności co do tych dat.
Był to ogromnie ważny czas w jej życiu. Po raz pierwszy wyjechała z domu rodzinnego na tak długo. Dotąd mieszkała w wiosce, teraz przeniosła się do miasteczka, niewielkiego wprawdzie - gdyż liczyło wtedy około ośmiu tysięcy mieszkańców - ale i tak musiała to być dla niej duża zmiana.
Kulturowo środowisko okazało się zupełnie inne niż to, w którym się wychowała. W Głogowcu i pobliskich Świnicach Warckich mieszkali Polacy, w Aleksandrowie stanowili tylko 34 procent mieszkańców. Najwięcej było tu Niemców - aż 37 procent i dużo Żydów - 29 procent. Niemcy w większości posiadali fabryki, Żydzi dominowali w handlu i rzemiośle, a Polacy należeli przede wszystkim do klasy robotników i właścicieli drobnych zakładów.
Helena zaczynała samodzielne życie. Pracowała, sama się odtąd utrzymując, a nawet pomagała finansowo rodzicom. Dorastała, w jej głowie zaczynały się krystalizować plany na przyszłość.
Praca, którą wykonywała, zajmowała dużo czasu i kosztowała wiele wysiłku. Była na służbie - na każde życzenie Bryszewskich, a zwłaszcza pani Leokadii, kierującej domem i sklepem piekarniczym. Do obowiązków dziewczyny należało sprzątanie, pomoc w gotowaniu, zmywanie, wynoszenie śmieci, przynoszenie wody, a także podawanie jedzenia pracownikom piekarni.
Zapewne wielokrotnie chodziła z panią Leokadią na zakupy. Wtedy mogła poznawać miasteczko, w którym przyszło jej pracować. Plac Kościuszki, stanowiący centrum Aleksandrowa, był bardzo niedaleko. Znajdował się tam spory park, a w nim kawiarnia, oranżeria, waga miejska, popiersie Tadeusza Kościuszki oraz domek ogrodnika. Przy placu stał klasycystyczny ratusz miejski z przylegającymi do niego jatkami. Co tydzień odbywały się tu targi, raz w miesiącu jarmarki. Helena musiała słyszeć gwar mowy w różnych językach i widzieć cały przekrój kulturowy miejscowości. Jako bystra dziewczyna mogła się wiele nauczyć. Jej horyzonty myślowe znacznie się poszerzały w stosunku do tego, czego doświadczyła i co poznała w rodzinnej wiosce.
W domu Bryszewskich Helena zajmowała się także ich synkiem. Poświęcała mu każdą wolną chwilę. Zenon miał wtedy sześć lat. Bardzo lubił jej towarzystwo - opowiadała mu bajki i różne historie. Brała go na kolana albo siadał na niskim stołeczku i słuchał. A ona chętnie mówiła o tym, co widziała i słyszała jeszcze u siebie na wsi. Wieczorami wspólnie odmawiali pacierz, w październiku różaniec.
Z Aleksandrowa było niedaleko, bo tylko dwanaście kilometrów, do Łodzi, gdzie mieszkał wuj Heleny, Michał Rapacki. Tam też pracowały wtedy jej siostry. Nie wiadomo, czy odwiedziła którąś z nich. Dojeżdżało się godzinę tramwajem, ale bilet był dość drogi jak na zarobki służącej - tym bardziej że Helena posyłała rodzicom część zarobionych pieniędzy.
W latach dwudziestych XX wieku Aleksandrów miał tylko jeden kościół katolicki - pod wezwaniem Świętego Rafała, przy placu Kościuszki. Tam zatem Helena uczęszczała na Msze święte. Nie wiadomo, czy mogła to robić codziennie, czy pracodawcy jej na to pozwalali.
Kościół był murowany, wzniesiony w latach 1816-1818 w stylu klasycystycznym, o wymiarach: 23 metry długości, 12 metrów szerokości, 7 metrów wysokości. Miał jedną nawę i drewnianą dzwonnicę. W tym czasie proboszcz, ksiądz Zygmunt Knapski, rozpoczął rozbudowę świątyni. Kamień węgielny poświęcił biskup łódzki Wincenty Tymieniecki 2 maja 1922 roku.
Być może wtedy właśnie udzielił sakramentu bierzmowania Helenie. Nie jest to jednak pewne, ponieważ w archiwach nie ma o tym wzmianki. Możliwe są także inne daty przyjęcia przez Helenę sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej: luty 1922 roku oraz październik 1921 roku. Tak czy inaczej, właśnie w Aleksandrowie go otrzymała.
Pod względem duchowym okres ten miał dla niej duże znaczenie. Tutaj dojrzewała i ugruntowywała się jej wiara. Helena przeżyła bardzo silne doświadczenie religijne. Pewnego dnia na podwórku zobaczyła wielką jasność. Nie wiadomo, czy spojrzała przez okno w kuchni, czy wychodziła z wiadrami na podwórze... Jednak blask był tak ogromny, że przeraziła się i zaczęła krzyczeć, myśląc, że to pożar. Z piekarni wybiegli pracownicy, ale nic nie zobaczyli. Bryszewscy, nie rozumiejąc, co się stało, zaniepokoili się stanem emocjonalnym służącej. Wezwali lekarza, a ten dał jej lek na bóle głowy. Napisali do jej rodziców, że dostała pomieszania zmysłów. Z tego powodu do Aleksandrowa przyjechała najstarsza siostra Heleny, Józefa. Helena prosiła, by uspokoiła matkę i ojca. Wiedziała, że nie postradała zmysłów, tylko miała widzenie. Zbyt była rozsądna i praktyczna, by sobie to wymyślić. Nie chciała na ten temat rozmawiać, ponieważ zauważyła, iż inni tego nie pojmują i jej nie wierzą. Józefa z trudem wyciągnęła od niej jakieś informacje. Widzenie tajemniczej jasności przesądziło przesądziło o dalszych jej losach. Postanowiła zrezygnować ze służby i pójść za głosem wewnętrznym, który wzywał ją od dzieciństwa.
POWRÓT DO DOMU
Kiedy wróciła do domu, do Głogowca, wiedziała już, dokąd kieruje ją Bóg. Chciała wstąpić do klasztoru. Zwróciła się do rodziców z prośbą o pozwolenie. Mamie powiedziała, że "musi" iść do zakonu. Jednak rodzice sprzeciwili się pomysłowi, i to zdecydowanie. Ojciec uzasadniał odmowę sytuacją materialną. Zakony wymagały od kandydatek "posagu". Tymczasem rodzina nie tylko nie miała na to pieniędzy, ale jeszcze była obciążona długami.
Helena próbowała przekonywać, że nie potrzebuje pieniędzy, gdyż sam Pan Jezus zaprowadzi ją do klasztoru. Ufała Mu już na tyle, by w to wierzyć. Mimo to rodzice nieugięcie mówili "nie".
Ksiądz proboszcz Roman Pawłowski radził, by umożliwić dziewczynie wstąpienie do zakonu, skoro tak bardzo tego pragnie. Sugerował nawet, by ojciec sprzedał krowę i w ten sposób dał córce wyprawę. Stanisław Kowalski tej propozycji w ogóle nie rozważał, gdyż jego zdaniem zagrażała bytowi całej rodziny. Kategoryczny sprzeciw rodziców nie pozwolił Helenie iść za bardzo już wyraźnym głosem powołania. Posłusznie zgodziła się na ich wolę, rezygnując z tego, co było jej gorącym pragnieniem.
Nie pozostało jej nic innego, jak znowu pójść na służbę.
Po krótkim pobycie w Głogowcu wyjechała do Łodzi.
SŁUŻBA W WIELKIM MIEŚCIE
Była jesień 1922 roku. Helena zamieszkała u ciotecznego brata ojca, Michała Rapackiego, w dwupiętrowej kamienicy czynszowej bez wody i kanalizacji, przy ulicy Nowo-Krótkiej (obecnie Krośnieńskiej). Wuj z żoną Stanisławą i córką Zofią zajmowali na parterze dwie izby z korytarzem.
Łódź, licząca w tamtym czasie niespełna pół miliona mieszkańców, była drugim pod względem wielkości miastem Polski, zaraz po Warszawie. Dla młodej Heleny znów nastąpił ogromny przeskok - po małym i prowincjonalnym Aleksandrowie.
W okresie międzywojennym robotnicy stanowili w Łodzi aż siedemdziesiąt procent pracującej ludności miasta. Helena widziała problemy społeczne, zdrowotne i duchowe różnych grup ludności. Obserwowała ogromne kontrasty między bogatymi i uprzywilejowanymi a ubogimi i pozbawionymi praw.
Dziewczyna, zapewne dzięki wujowi, znalazła pracę jako pomoc u trzech tercjarek należących do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka. Zakon prowadził aptekę niedaleko mieszkania Rapackich, przy skrzyżowaniu ulic Pabianickiej i Nowo-Pabianickiej (obecnie Sanockiej). Być może tam pracowała, a nocowała u wujostwa.
Zastrzegła sobie u pracodawczyń codzienny udział we Mszy świętej i korzystanie z sakramentu pokuty u spowiednika tercjarek. Chciała też mieć możliwość odwiedzania chorych i umierających. Skłaniała ją do tego wrażliwość na ich cierpienia; przeczuwała, jak ważne są ostatnie chwile w życiu człowieka i pragnęła pomagać duchowo ludziom w tym istotnym momencie. Serce podpowiadało jej również, że potrzebuje stałego spowiednika, który by ją prowadził na drodze rozwoju duchowego. Został nim ksiądz Wacław Wyrzykowski, wieloletni proboszcz parafii katedralnej i łódzki działacz społeczny, założyciel Stowarzyszenia Robotników Chrześcijańskich. Najpewniej jednak nie spełnił oczekiwań Heleny co do kierownictwa duchowego. Nie rozumiał jej i nie wierzył w jej duchowe przeżycia. Helena miała jeszcze długo modlić się, prosząc o odpowiedniego kapłana.
Po jakimś czasie odeszła od tercjarek. W biurze pośrednictwa pracy, gdzie się zgłosiła, skierowano ją do Marcjanny Wieczorek. Przyszła do niej w święto Matki Bożej Gromnicznej, w piątek 2 lutego 1923 roku. Była zadbana i ładnie ubrana - inaczej niż nosiła się w domu rodzinnym, gdzie nie miała nawet własnej sukienki. Potencjalna pracodawczyni zastanawiała się, czy ją przyjąć, ponieważ wydała jej się zbyt wystrojona jak na służącą. Właściwie chciała ją zniechęcić. Podała zaniżoną propozycję wynagrodzenia, ale ku jej zaskoczeniu Helena się zgodziła.
Dziewczyna zamieszkała u nowej pracodawczyni, w centrum Łodzi, przy ulicy Gubernatorskiej 29 (obecnie Abramowskiego), na drugim piętrze trzykondygnacyjnego budynku. Na parterze znajdował się sklep spożywczy, prowadzony przez panią Marcjannę. Nazywano go "sklepem pani Sadowskiej" - takie nazwisko nosiła po pierwszym mężu, który zmarł w październiku 1918 roku.
Kiedy w lutym 1923 roku Helena zaczynała u niej pracę, ta była już żoną Antoniego Wieczorka, wdowca po Antoninie z Kłosińskich. W domu mieszkała trójka dzieci z obu wcześniejszych małżeństw Wieczorków: córka Marcjanny - dwunastoletnia Józefa, zwana Jutką, oraz dzieci Antoniego - Stanisława i Bolesław.
Helena pracowała w domu Wieczorków, a możliwe, że również w sklepie. Marcjanna, wbrew początkowym obawom, była z jej pracy bardzo zadowolona. Mogła zostawić cały dom na jej głowie, a dziewczyna wszystkiego dopilnowała, nie gorzej niż pani domu. Mogła wyjeżdżać bez obaw. Helena pracowała szybko i wręcz zgadywała intencje pracodawczyni. Była grzeczna, miła, pracowita, bardzo dobra. W wolnym czasie bawiła się z dziećmi, opowiadała im bajki.
Doświadczywszy skrajnej biedy w dzieciństwie, wykazywała dużą wrażliwość na los ludzi ubogich, pomagając im wszędzie, gdzie tylko mogła. W komórce pod schodami domu mieszkał samotny, chory człowiek. Helena przychodziła do niego. Przynosiła mu jedzenie, myła, rozmawiała z nim. Pocieszała go, podtrzymywała na duchu. Opowiadała mu o Bogu. Dzięki temu po jakimś czasie mogła poprosić księdza o przyjście do niego. Kapłan wyspowiadał go i udzielił Komunii świętej. Następnego dnia mężczyzna zmarł.
W tym okresie Helena bardzo często pościła: zwykle w środy, piątki i soboty, w Wielkim Poście codziennie. Miała duży wpływ duchowy na rodzinę chlebodawców. Marcjanna Wieczorek częściej brała udział we Mszy świętej, przystępowała do sakramentu pokuty i przyjmowała Komunię świętą. Helena "podniosła ją religijnie".
Przez cały czas pobytu w Łodzi Helena myślała o wstąpieniu do zakonu. Przypuszczalnie napisała list do rodziców, ponownie prosząc, by wyrazili na to zgodę. Po raz drugi odmówili. Możliwe, że pytała o to nie jeden, ale dwa razy, także po ukończeniu osiemnastu lat. Wuj Rapacki, którego Helena odwiedzała, podobnie jak Kowalscy, bardzo krytycznie odnosił się do jej planów. Przypominał, że rodzice w ogóle nie chcą o tym słyszeć.
Trudno dociec, co było głównym powodem tak zdecydowanego sprzeciwu Kowalskich wobec planów Heleny. Mieli sześć córek, więc "oddanie" jednej do zakonu nie wydawało się wielką "stratą" dla rodziny. A jednak... Dla matki było to dziecko "najukochańsze, najlepsze". Jej odejście oznaczałoby dla rodziców wyrzeczenie się tego, co najcenniejsze. Bardzo pracowita i posłuszna Helena musiała być dla nich ogromną pomocą. Kiedy zaczęła zarabiać, wspomagała rodzinę finansowo, wysyłając do domu większość pieniędzy. Gdyby poszła do zakonu, zabrakłoby tego wsparcia. A miała pięcioro młodszego od siebie rodzeństwa. Najmłodsza Wanda urodziła się w 1920 roku. Poza tym wstąpienie do klasztoru wiązało się z obowiązkiem wniesienia posagu - na to rodzice w dalszym ciągu nie mieli środków. Przypuszczalnie wszystko to składało się na kolejne odmowy wobec próśb córki.
Tak więc warunki zewnętrzne nie sprzyjały pójściu przez Helenę drogą powołania. Ona sama nie wyobrażała sobie, by mogła sprzeciwić się woli ojca i matki - mimo coraz mocniejszego pragnienia podążania za głosem Boga rozbrzmiewającym w jej duszy. Próbowała go zagłuszyć, nie zwracać nań uwagi. Starała się żyć tak jak inne dziewczęta w jej wieku. Nie unikała rozrywek, kupowała ładne ubrania. Chciała spełnić życzenie rodziców i żyć w świecie, mimo że to nie przynosiło jej zadowolenia. Unikanie Boga na rzecz przyjemności życia mocno ciążyło jej duszy. "Po tej odmowie oddałam się próżności życia, nie zwracając żadnej uwagi na głos łaski, chociaż w niczym zadowolenia nie znajdowała dusza moja. Nieustanne wołanie łaski było dla mnie udręką wielką, jednak starałam się ją zagłuszyć rozrywkami. Unikałam wewnętrznie Boga, a całą duszą skłaniałam się do stworzeń" (Dz. 8). Stwórca nie ułatwiał Helenie realizacji powołania. Raczej stawiał przed nią przeszkody, by musiała walczyć. W ten sposób jej wiara wzmacniała się, dojrzewała. Skoro zadanie przekraczało jej siły, musiała coraz mocniej i głębiej ufać Bogu i opierać się na Nim. Dorastała dzięki temu do podjęcia ostatecznej decyzji, niezależnie od kosztów, jakie się z nią wiązały.
Na razie jednak wciąż pracowała u Wieczorków. Myślała o opuszczeniu tej służby, nie wiadomo z jakich powodów. Marcjanna spodziewała się wtedy dziecka, więc Helena postanowiła poczekać z wyjazdem do czasu porodu. Wzbudziło to wdzięczność pracodawczyni, a nawet jej rozrzewnienie. Doceniała dobroć swojej służącej. Syn Wieczorków urodził się w niedzielę 8 czerwca 1924 roku. Żył tylko godzinę.
NIEDOKOŃCZONY TANIEC
Po jakimś czasie, zniechęcona kolejną odmową rodziców, Helena zgodziła się pójść z siostrami na zabawę do łódzkiego parku Wenecja. Najprawdopodobniej była to niedziela 29 czerwca 1924 roku. Do wyjścia namówiła ją starsza siostra Gienia, która lubiła w wolnym czasie wyjść z domu, rozerwać się. Przekonywała, że może wygrają coś na loterii, trochę potańczą, pośmieją się, a chwila wytchnienia po pracy dobrze im zrobi. Gienia zafundowała nawet Helenie bilet wstępu. Był drogi, jak na zarobki służących. W dni powszednie kosztował dwadzieścia groszy, a w dni zabaw - groszy pięćdziesiąt.
Park Wenecja znajdował się na peryferiach Łodzi. Słynął z potańcówek, koncertów, spektakli. Wśród alejek wysadzanych kasztanowcami mieścił restaurację, salę taneczną i teatralną. Był też staw, do którego śmiałkowie skakali z ustawionego w tym celu wysokiego masztu. Strzelano z łuku do tarczy. Na podeście do tańca zawsze było tłoczno. Tak zwaną pocztą francuską mężczyźni przesyłali liściki do upatrzonych przez siebie dziewcząt.
W tamto niedzielne, ciepłe, czerwcowe popołudnie tak właśnie było. Trwał festyn, kiedy do parku weszły dziewczęta: trzy siostry Kowalskie - Helena, Natalia i Gienia - oraz ich koleżanka Lucyna Strzelecka. Helena czuła się nieswojo. Zgodziła się przyjść, namówiona przez siostry, ale nie bardzo miała ochotę na jakiś festyn i zabawę. Włożyła różową kretonową sukienkę, włosy zaplotła w warkocz - i znalazła się w tym całym gwarze, choć jej myśli biegły zupełnie gdzie indziej.
W pewnej chwili podszedł do niej młody mężczyzna i poprosił ją do tańca. Wymawiała się, tłumacząc, że nie umie. On nalegał, obiecywał, że poprowadzi. Zaczęli... trwało to zaledwie chwilę. Nagle Helena zatrzymała się, przerwała taniec. Zostawiła zdezorientowanego chłopaka i odeszła. Po chwili powiedziała siostrom, że boli ją głowa, i opuściła towarzystwo.
Co się stało? Co było powodem tak dziwnego zachowania?
Kiedy zaczęła tańczyć, zobaczyła Jezusa. Był cały poraniony - tak jak w czasie Męki. Odezwał się do niej niczym zakochany młodzieniec, wyrzucając, że Go zwodzi, że On cierpi, gdy ona nie może się zdecydować, by pójść za Nim. "W chwili, kiedy zaczęłam tańczyć, nagle ujrzałam Jezusa obok. Jezusa umęczonego, obnażonego z szat, okrytego całego ranami, który mi powiedział te słowa: Dokąd cię cierpiał będę i dokąd mnie zwodzić będziesz? W tej chwili umilkła wdzięczna muzyka, znikło sprzed oczu moich towarzystwo, w którym się znajdowałam, pozostał Jezus i ja. Usiadłam obok swej drogiej siostry, pozorując to, co zaszło w duszy mojej, bólem głowy" (Dz. 9).
Helena przeżyła ogromny wstrząs. Nieoczekiwane spotkanie Chrystusa, zrozumienie, że przysparza Mu bólu i cierpienia, zmieniło wszystko w jej życiu. Nic już nie miało znaczenia. Nie było na świecie nikogo... tylko ona i Jezus. Nie widziała nic więcej, nie chciała nic więcej - tylko być z Nim. Zawsze i wszędzie. A to oznaczało wstąpienie do klasztoru bez względu na zdanie rodziców, nawet wbrew ich woli. Chrystus bez reszty zwyciężył w jej sercu. Liczył się tylko On i Jego miłość... oraz jej miłość do Niego.
Po tym zajściu Helena szybko wyszła z parku. Skierowała się do najbliższego kościoła, pod wezwaniem Świętego Stanisława Kostki. Wielka budowla miała wieżę wysokości ponad sto metrów - górowała nad wszystkimi budynkami w mieście. Kilka lat wcześniej świątyni nadano rangę katedry. Dziewczyna dobrze znała to miejsce. Przez cały pobyt w Łodzi tutaj uczestniczyła we Mszach świętych, sama albo z siostrami. Funkcję proboszcza pełnił wtedy ksiądz Wacław Wyrzykowski.
Helena chciała porozmawiać ze swoim Ukochanym. Zapadał wieczór, na dworze szarzało. W katedrze nie było wielu ludzi. Ona jednak i tak nic nie widziała, na nic nie zwracała uwagi. Padła krzyżem przed Najświętszym Sakramentem... Zaczęła prosić Jezusa, by jej powiedział, co ma dalej robić. Modliła się gorąco. W pewnej chwili usłyszała w sercu odpowiedź. Jezus polecił jej jechać do Warszawy i tam wstąpić do klasztoru (zob. Dz. 10).
Dziewczyna wstała i od razu przystąpiła do realizowania tego polecenia. Załatwiła tylko to, co konieczne. Porozmawiała z siostrą o tym, co się wydarzyło, poprosiła ją o przekazanie informacji rodzicom, oddała rodzeństwu swoje ubrania. "Jak mogłam, zwierzyłam się siostrze z tego, co zaszło w duszy, i kazałam pożegnać rodziców, i tak w jednej sukni, bez niczego przyjechałam do Warszawy" (Dz. 10).
Wstąpiła jeszcze do wujostwa. Wuj Rapacki wydawał się przerażony, przekonywał, by się zastanowiła, ostrzegał, że matka i ojciec zapłaczą się, gdy ją "stracą". Helena jednak była zdecydowana. Poprosiła, by wuj nic im na razie nie mówił i wspomniał o jej wyjeździe dopiero przy okazji spotkania. Jednak mimo tak mocnego postanowienia o wstąpieniu do zakonu bardzo się denerwowała. Czuła się tak, jakby uciekała z domu. Postępowała wbrew woli rodziców. Koszt tej decyzji był wysoki - bardzo płakała. Na pożegnanie przyniosła do wujostwa ciasto i trochę wódki. Poprosiła też, żeby wuj odprowadził ją na dworzec kolejowy. Jeszcze w pociągu szlochała tak bardzo, że miał ochotę zabrać ją z powrotem. Prawdopodobnie było to poniedziałkowe popołudnie.
DROGA W NIEZNANE
Podążała znów w nieznane... do stolicy. Podróż pociągiem do Warszawy z Łodzi Fabrycznej, skąd wyruszała, trwała wówczas dwie godziny i dwadzieścia minut. Do stolicy mogła dotrzeć w poniedziałek 30 czerwca albo we wtorek 1 lipca 1924 roku.
Kończył się już dzień, gdy Helena wysiadła z wagonu Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej na dworcu w Warszawie. Przypuszczalnie była godzina 17.35 - o tej porze w 1924 roku przyjeżdżał pociąg z Łodzi. Główne wyjście prowadziło w Aleje Jerozolimskie. Miały czterdzieści metrów szerokości, po obu stronach rosły wysmukłe topole. Jeździły tędy tramwaje, samochody i konne dorożki. Pasy ruchu w obu kierunkach oddzielał pas zieleni na środku ulicy. Od strony południowej stał hotel Polonia, a naprzeciw niego kilkupiętrowe kamienice. Stronę północną przeznaczono na bocznice kolejowe i rampy towarowe.
Po wyjściu z pociągu Helena znalazła się na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i ulicy Marszałkowskiej. Ogarnął ją niepokój, gdzie spędzi noc. Nie znała miasta, nie miała tu nikogo. Stolica liczyła wtedy prawie milion mieszkańców. Wszyscy zajęci sobą i swoimi sprawami. Przestraszona i zagubiona, myślała, co dalej. Dokąd iść? Gdzie znaleźć pomoc? Do kogo się zwrócić?
Te pytania skierowała do Matki Bożej.
"Kiedy wysiadłam z pociągu i spojrzałam, że każdy idzie w swoją stronę, lęk mnie ogarnął: co z sobą robić? Gdzie się zwrócić, nie mając nikogo znajomego? - I rzekłam do Matki Bożej: Maryjo, prowadź mnie, kieruj mną. Natychmiast usłyszałam w duszy te słowa: ażebym wyjechała za miasto, do pewnej wioski, tam znajdę nocleg bezpieczny, co też uczyniłam i tak zastałam, jak mi Matka Boża powiedziała" (Dz. 11).
Być może wsiadła do tramwaju. Ktoś zapewne udzielił jej informacji, jak wyjechać z Warszawy. W pobliżu dworca znajdował się przystanek linii tramwajowej numer 7. Trasa biegła z Pragi Alejami Jerozolimskimi na Ochotę - dalej ulicą Grójecką przez plac Narutowicza do skrzyżowania z Opaczewską. Tu był ostatni przystanek tramwajowy i granice miasta. Z tego miejsca kursował tramwaj podmiejski aż na Okęcie. Po drodze leżały wsie Szczęśliwice, Zosin, Raków, Okęcie. W jednej z nich Helena przenocowała.
Następnego ranka tą samą trasą wróciła do Warszawy. Przez okno tramwaju zobaczyła kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny przy placu Narutowicza. Wysiadła i wstąpiła do świątyni. Jej budowę rozpoczęto w 1910 roku, nie była jeszcze ukończona. "Na drugi dzień raniusieńko przyjechałam do miasta i weszłam do pierwszego kościoła, jaki spotkałam, i zaczęłam się modlić o dalszą wolę Bożą" (Dz. 12).
Jej postępowanie może się wydawać szalone - jechać do wielkiego miasta, bez żadnego przygotowania, bez pieniędzy i zabezpieczeń, nie wiedząc, gdzie się udać. Po ludzku to zachowanie ryzykowne i nieodpowiedzialne, lecz dla niej oczywiste było, że Ukochany ją poprowadzi i się nią zaopiekuje. Jak zwykle z pytaniem, co robić, zwróciła się do Jezusa. Modliła się na kolejnych Mszach świętych, aż podczas jednej usłyszała, że ma pójść do sprawującego ją kapłana i wszystko mu opowiedzieć. On miał jej wskazać, jak dalej postąpić. "Po skończonej Mszy Świętej poszłam do zakrystii i opowiedziałam wszystko, co zaszło w duszy mojej, i prosiłam o wskazówkę, gdzie wstąpić, do jakiego klasztoru" (Dz. 12).
Kapłanem okazał się ksiądz Jakub Dąbrowski. Miał wtedy sześćdziesiąt dwa lata i od sześciu lat pełnił funkcję proboszcza parafii. Helena powiedziała mu, co się wydarzyło, i zapytała, do jakiego zakonu może pójść. Zdziwienie księdza Jakuba musiało być ogromne. Z pewnością coś takiego zdarzyło mu się po raz pierwszy w życiu. Miał przed sobą młodą dziewczynę z małym tobołkiem w ręku. Mógł się domyślić, że nie wie, co z sobą począć, że wcześniej nie była w Warszawie i po prostu potrzebuje pomocy. Nie podał jej nazwy ani adresu klasztoru. Skierował ją natomiast do Aldony Lipszycowej, z domu Jastrzębskiej, żony Samuela Józefa. Dał jej adres, mówiąc, że to dobra i pobożna osoba i u niej może się zatrzymać. Zapewnił, że Pan Jezus później pokieruje Heleną. "Kapłan ten zdziwił się w pierwszej chwili, ale kazał mi bardzo ufać, że Bóg zarządzi dalej. - Tymczasem ja cię poślę [powiedział] do jednej pobożnej pani, u której się zatrzymasz, dopokąd nie wstąpisz do klasztoru" (Dz. 3).
Ksiądz Dąbrowski znał rodzinę Lipszyców. Był proboszczem parafii w Kłębowie (dziś Klembów), leżącym około trzydziestu kilometrów na północny wschód od stolicy. Tam mieszkała rodzina. W 1913 roku ojciec Samuela, Mejer Lipszyc, kupił drewniany dom letniskowy w Ostrówku, który należał do parafii Kłębów. Samuel był jeszcze wtedy kawalerem i jedynym wykształconym człowiekiem w okolicy - inżynierem rolnikiem i urzędnikiem państwowym. Czasem odwiedzał wieczorem księdza proboszcza. Prowadzili dyskusje, grali w szachy. Zaprzyjaźnili się.
Samuel Lipszyc ożenił się we wrześniu 1918 roku. Miał dwadzieścia osiem lat. Jego wybranka, Aldona Jastrzębska, liczyła lat dwadzieścia dwa. Zapewne ona przekonała narzeczonego do przyjęcia chrztu. Udzielił go właśnie ksiądz Dąbrowski, będąc już proboszczem parafii w Warszawie. Potem połączył ich węzłem małżeńskim. Zamieszkali w domu w Ostrówku. Kiedy rodziły się ich kolejne dzieci, chrzcił je zaprzyjaźniony z rodziną ksiądz Jakub. W 1924 roku mieli ich już pięcioro. Pani domu prosiła księdza Jakuba o pomoc w znalezieniu godnej zaufania gosposi, gdyż pracy przy takiej gromadce maluchów było dużo.
Wtedy właśnie u księdza Dąbrowskiego pojawiła się Helena. Wysłał ją do Aldony Lipszycowej, zaznaczając w liściku, że jej nie zna, ale życzy, by okazała się odpowiednią pomocą domową.
U LIPSZYCÓW
Przypuszczalnie ksiądz Jakub nie skierował Heleny do Ostrówka - trudno sobie wyobrazić, by zdołała sama trafić do ukrytego na skraju lasu domu. Samuel Lipszyc pracował jednak w Warszawie - w Ministerstwie Rolnictwa i Reform Rolnych albo w Wojewódzkim Urzędzie Ziemskim. Mogła pójść do niego i z nim pojechać do Ostrówka.
Mogła też przyjść bezpośrednio do Aldony Lipszycowej, która przed kolejnymi porodami zjeżdżała do Warszawy, do starszej siostry Weroniki mieszkającej przy ulicy Smolnej 30, i zostawała u niej jakiś czas po porodzie. Takie pobyty w stolicy mogły trwać od kilku tygodni do kilku miesięcy.
W dniu 21 kwietnia 1924 roku Aldona urodziła piąte dziecko - córkę Ninę. Helena zjawiła się prawdopodobnie 2 lub 3 lipca tegoż roku w mieszkaniu przy ulicy Smolnej z kartką od księdza Dąbrowskiego. Zrobiła na swojej przyszłej pracodawczyni dobre wrażenie. Ta opisała ją jako "zdrową, pogodną, nawet wesołą" i przyjęła ją do pracy w domu. Helena mogła przez jakiś czas być z rodziną w Warszawie, a potem razem z nimi pojechać do Ostrówka. W tym też czasie szukała klasztoru, który zechciałby ją przyjąć. Nie zdołałaby tego robić, mieszkając w Ostrówku i dojeżdżając do Warszawy pociągiem - nie miałaby na to czasu.
Budynek, w którym znajdowało się mieszkanie Weroniki Jastrzębskiej, stał w samym centrum stolicy. Funkcjonowało w nim męskie Gimnazjum Towarzystwa imienia Jana Zamoyskiego. Na szóstym piętrze Weronika miała duże, kilkupokojowe mieszkanie. Cała ulica Smolna była po obu stronach zabudowana wysokimi kamienicami. Okolica tętniła życiem. Na parterach budynków mieściły się sklepy, kawiarnie, restauracje, kabarety i cukiernie. W podwórzach działały nowo powstałe kina, teatry rewiowe i operetkowe. Niedaleko, przy ulicy Foksal znajdowały się słynne ogrody, a w nich w porze letniej odbywały się występy grup teatralnych.
To wszystko jednak zupełnie nie interesowało Heleny. Za swoje najważniejsze zadanie uważała teraz znalezienie klasztoru, w którym na zawsze połączy się z Chrystusem. Ksiądz Dąbrowski nie wskazał jej konkretnego zakonu. Chodziła więc od jednego do drugiego, zaczynając zapewne od najbliższej okolicy. Może Lipszycowie powiedzieli jej, gdzie szukać domów zakonnych, może ksiądz Dąbrowski - jednak zadanie nie należało do łatwych. Zakony nie chciały przyjmować dziewcząt bez posagu i wykształcenia. Pod względem materialnym i umysłowym Helena nie wnosiła nic do klasztoru, do którego pukała. Niektóre zgromadzenia w ogóle nie przyjmowały dziewcząt z niższych warstw społecznych. Gdzie poszła, spotykała się więc z odmową. Co najmniej kilka musiało jej odmówić. Była tym zmęczona i zniechęcona. Całe dni ciężko pracowała, także w niedziele, a tu na dodatek nie mogła spełnić tego, czego sobie życzył Jezus i czego sama tak bardzo pragnęła. Podłamana, zwróciła się do Niego z prośbą o pomoc. "W tym czasie szukałam klasztoru, jednak gdzie zapukałam do furty, wszędzie mi odmówiono. Ból ścisnął mi serce i rzekłam do Pana Jezusa: Dopomóż mi, nie zostawiaj mnie samej" (Dz. 13).
Zdumiewać może fakt, że musiała pokonać tyle przeszkód, by zrealizować powołanie - wypełnić wyraźne życzenie Jezusa. Zdawałoby się, że Bóg powinien pomagać jej w tym przez stwarzanie odpowiednich okoliczności. Tymczasem było wręcz przeciwnie.
OBIETNICA PRZYJĘCIA
W końcu Helena zapukała do furty Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia na Woli, przy ulicy Żytniej 3/9. Sąsiadowało z nim Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi - być może tu też próbowała bez rezultatu.
Natomiast w Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przyjmowano kobiety niezależnie od stanu społecznego. Dzielono je jednak na tak zwane chóry, o czym przesądzało wykształcenie. Dziewczęta z domów zamożnych, które ukończyły szkoły, trafiały do chóru pierwszego, elitarnego, a pozostałe - bez wykształcenia i posagu - do drugiego. Stolica Apostolska mogła zwolnić kandydatkę z konieczności wniesienia posagu.
Helena Kowalska miała zatem szansę zostać przyjęta do tego Zgromadzenia, do drugiego chóru. Jednak i tu nie obyło się bez kłopotów. Przed furtą klasztorną zjawiła się prawdopodobnie w lipcu 1924 roku. Była to pora poobiednia, gdy siostry odbywały krótką rekreację. Przy furcie dyżur pełniła siostra Klara Himmer. Poinformowała matkę generalną, Leonardę Cielecką, o przybyciu kandydatki. Na rozmowę z Heleną została wysłana matka Małgorzata Gimbutt. Dziewczyna nie zrobiła na niej dobrego wrażenia. Określiła ją jako niepozorną, wątłą, nieco opóźnioną. Była służącą, kucharką. Nie posiadała nie tylko posagu, ale nawet żadnej wyprawki.
Gdyby na tej rozmowie miało się zakończyć, pewnie Heleny by nie przyjęto. Włączyła się jednak matka Michaela Moraczewska, ówczesna przełożona klasztoru przy ulicy Żytniej, osoba wykształcona, po konserwatorium muzycznym, władająca kilkoma językami obcymi. Zechciała osobiście spotkać się z kandydatką.
W pierwszej chwili zauważyła trochę zaniedbany wygląd dziewczyny i wydało jej się, że nie nadaje się do ich Zgromadzenia. Przyszła jej jednak myśl, że postawa miłości wymaga zadania chociaż kilku pytań. Gdy matka Moraczewska zaczęła rozmawiać z Heleną, zmieniła zdanie. Dostrzegła miły wyraz twarzy i ciepły uśmiech, a poza tym prostotę, rozsądek i szczerość. Ujawniło się wnętrze dziewczyny i wpłynęło na ocenę przełożonej. Poleciła jej, by poszła do "Pana domu" i Jego zapytała, czy ją przyjmie. Helena zrozumiała: oczywiście, ma zapytać Pana Jezusa. Udała się do kaplicy - na dziedzińcu dzisiejszego kościoła albo na piętrze w klasztorze. Jej serce przepełniała radość.
"Poszłam do kaplicy z wielką radością i zapytałam Jezusa: Panie domu tego, czy mnie przyjmujesz? - tak mi kazała się zapytać jedna z tych sióstr. I zaraz usłyszałam głos taki: Przyjmuję, jesteś w sercu moim. Kiedy wróciłam z kaplicy, matka przełożona najpierw zapytała: No, czy Pan przyjął cię? - Odpowiedziałam, że tak. - Jeżeli Pan przyjął, to i ja przyjmę. Takie było moje przyjęcie. Jednak dla wielu przyczyn musiałam jeszcze przeszło rok pozostać na świecie u tej pobożnej osoby, ale już nie wróciłam do domu" (Dz. 14-15).
Poważnym problemem okazało się ubóstwo Heleny. Nie dysponowała nie tylko posagiem, od którego wniesienia Stolica Apostolska bez trudu by ją zwolniła, ale też żadną osobistą wyprawą, a klasztor nie posiadał na to środków. Dlatego umówiły się z matką przełożoną, że Helena zapracuje na swoją wyprawę. Zarobione pieniądze miała przynosić stopniowo do klasztoru na przechowanie, a po uzbieraniu wystarczającej kwoty zostać przyjęta do Zgromadzenia. Taki czas zarabiania na wyprawę mógł mieć także na celu wczesną weryfikację powołania. Chodziło o to, by uboga kandydatka nie traktowała wstąpienia do klasztoru jako ucieczki od biedy.
Był rok 1905, piątek 25 sierpnia, godzina ósma rano. Dzień zapowiadał się ciepło i słonecznie. W Głogowcu przyszła na świat dziewczynka, Helena Kowalska.
Głogowiec... mała wioska położona w zachodniej części Cesarstwa Rosyjskiego - w guberni kaliskiej, w powiecie tureckim. Dziś należy do powiatu łęczyckiego w województwie łódzkim, tylko pięćdziesiąt kilometrów od Łodzi. Wtedy jednak Głogowiec, leżący w pobliżu większej wsi Świnice Warckie, był niemal odcięty od świata, jakby ukryty wśród lasów porastających okoliczne równiny.
Wiadomości docierały tu z dużym opóźnieniem. Rodzina Helenki zapewne niewiele wiedziała o tym, co się działo na świecie, a nawet w Warszawie, sto siedemdziesiąt kilometrów na wschód od Głogowca. Może tylko ojciec Stanisław słyszał coś o wydarzeniach w kraju, kiedy wykonywał prace ciesielskie w Świnicach Warckich.
Czasy były niespokojne - rewolucja w osłabionej wojną japońską Rosji, strajki na ziemiach polskich pod carskim zaborem, ogłoszenie stanu wojennego w Warszawie, coraz większa liczba bezrobotnych. Spadało zapotrzebowanie na produkty rolne, wpływając bezpośrednio na sytuację bytową rodziny narodzonej właśnie dziewczynki, trzeciej córki.
RODZICE I RODZEŃSTWO
Rodzice Helenki, Marianna i Stanisław Kowalscy, byli małżeństwem od trzynastu lat. Ona urodziła się we wsi Mniewo, niedaleko Koła, 8 marca 1875 roku. Nosiła nazwisko Babel (albo Bawej). On przyszedł na świat 6 maja 1868 roku we wsi Kraski, sąsiadującej z Głogowcem. Poznali się w roku 1891 w Dąbiu nad Nerem. Marianna mieszkała z ojcem i macochą, a Stanisław był cieślą, zatrudnionym w tamtejszym browarze.
Już rok później, 9 listopada 1892 roku, stanęli na ślubnym kobiercu i złożyli sobie przysięgę małżeńską w kościele pod wezwaniem Świętego Mikołaja w Dąbiu. Panna młoda miała wtedy lat siedemnaście, a pan młody dwadzieścia cztery. Po ślubie nadal mieszkali w Dąbiu. On pracował w browarze, ona prowadziła dom.
Na przełomie XIX i XX wieku podjęli decyzję o przeprowadzce do Głogowca. Nie wiadomo, co ich do tego skłoniło - może zwyczajnie chcieli zamieszkać "na swoim". Nie należeli do ludzi bogatych, kupili więc mały kawałek ziemi - pięć hektarów, w tym dwa hektary łąki. Gospodarstwo miało kształt wąskiego pasa ciągnącego się od drogi aż do lasu. Gleba nie była urodzajna, nadawała się co najwyżej do uprawy żyta i ziemniaków. Małżonkowie postanowili wybudować nowy dom, ponieważ ten stojący na nabytej przez nich ziemi był praktycznie ruiną. Podstawowym budulcem stał się najtańszy materiał - jasnożółty wapień z pobliskiego Rożniatowa - z niego budowali, oszczędzając na wszystkim.
Powstał typowy chłopski dom tamtych czasów. Składał się z dwóch izb oddzielonych dużą sienią. Po jednej jej stronie znajdowała się kuchnia z piecem, a po drugiej duży pokój. Przed domem posadzono róże. Tylne drzwi wychodziły na podwórko. W obejściu była stodoła i obora, w ogrodzie rosły drzewa owocowe. Za stodołą znajdowała się drewutnia z warsztatem stolarskim, który w zimie przenosił się do kuchni. Dom ukończono około roku 1900 i wtedy małżonkowie Kowalscy w nim zamieszkali.
Marianna i Stanisław nie mieli jeszcze dzieci, choć upłynęło sporo lat od ich ślubu. Ona bardzo nad tym bolała, razem modlili się, prosząc Boga o potomstwo. Musieli jeszcze trochę poczekać. Pierwsze dziecko urodziło się dziesięć lat po ślubie, w 1902 roku, rok później następne. Obie córki, Józefa i Ewa, przyszły na świat z wielkimi trudnościami; matka omal nie przypłaciła porodów własnym życiem. Kiedy więc w roku 1905 miała urodzić kolejne, myślała o tym z dużymi obawami i niepokojem.
Przy porodzie mogła jej pomagać sąsiadka z doświadczeniem w przyjmowaniu dzieci na świat albo macocha mieszkająca nadal w pobliskim Dąbiu. Co w tym czasie robił jej mąż Stanisław, możemy tylko mniemać - przypuszczalnie, jak każdego ranka, nakarmił zwierzęta gospodarskie i wyprowadził krowy na łąkę. Kończył się sierpień, więc w polu nie było pilnej roboty - może zajął się starszymi córkami, a może pracą stolarską.
Trzecia córka, Helena, urodziła się szybko i bez żadnych komplikacji. Wraz z jej narodzinami na dom spłynęło błogosławieństwo - tak interpretowała to Marianna. Od tej pory kolejne ciąże znosiła dobrze, a dzieci rodziła łatwo. Helenka "jakby przyniosła szczęście". W 1908 roku urodziła się Natalia, w 1912 - Stanisław, w 1915 - Mieczysław, w 1916 - Lucyna i w 1920 - Wanda. Dwie córki - Kazimiera i Bronisława - zmarły w okresie niemowlęcym. Od 1902 do 1920 roku, czyli przez osiemnaście lat, Marianna urodziła dziesięcioro dzieci: osiem córek i dwóch synów. Rodzina zrobiła się duża, podobnie jak większość rodzin wiejskich w tamtych czasach.
PIERWSZE LATA
Już dwa dni po narodzinach Helenka została ochrzczona. W niedzielę 27 sierpnia 1905 roku o godzinie trzynastej Stanisław Kowalski przyniósł ją do kościoła parafialnego w Świnicach Warckich.
Kościół pod wezwaniem Świętego Kazimierza stał na parceli pośrodku wsi. Pochodził z połowy XIX wieku, był niewielki, jednonawowy. Przy chrzcielnicy - do dziś istniejącej - z polichromowanego drewna sakramentu chrztu udzielił dziewczynce ówczesny proboszcz, ksiądz Józef Chodyński.
Akt chrztu został spisany cyrylicą po rosyjsku, czyli w języku urzędowym. W akcie tym mylnie podano wiek ojca - czterdzieści lat - chociaż faktycznie miał wtedy trzydzieści siedem. Świadkami byli rolnicy z Głogowca: Franciszek Bednarek (lat 35) i Józef Stasiak (lat 40), a rodzicami chrzestnymi Konstanty Bednarek i Marianna Szewczyk. Akt chrztu świętego został odczytany niepiśmiennym świadkom, a podpisany przez księdza Chodyńskiego i ojca dziecka. Stanisław Kowalski przez dwa lata, jakie upłynęły od chrztu starszej córki Ewy, zdążył nauczyć się czytać i pisać. W dokumencie podano daty wydarzenia według dwóch kalendarzy - gregoriańskiego, stosowanego przez Polaków, i juliańskiego, obowiązującego w Rosji, a zatem i w urzędach na ziemiach polskich pod zaborem. Data urodzin Helenki widnieje więc jako 25 i 12 sierpnia, a chrztu - 27 i 14 sierpnia 1905 roku.
W rodzinie Kowalskich niekwestionowaną głową domu był ojciec, szczupły brunet z sumiastym wąsem. Wobec synów miał twardą rękę - był srogi i wymagający. Stanisław-junior bardzo długo pamiętał lanie, jakie dostał w dzieciństwie za to, że zerwał gałązki z brzozy sąsiada. Mariannę natomiast, kiedy się poznali, ujęła wiara i pobożność przyszłego męża - to one ją do niego przyciągnęły.
Przez całe życie Stanisław codziennie rano głośno śpiewał Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, pieśń Kiedy ranne wstają zorze, a w okresie Wielkiego Postu Gorzkie żale. Te przejawy prostej pobożności mogły być dla reszty rodziny dokuczliwe. Ojciec wstawał wcześnie, gdy wszyscy jeszcze spali, i chcąc uczcić Matkę Bożą, śpiewał na cały głos, nie zważając na to, że budzi innych. W ciasnym domu wszyscy sypiali w jednej izbie, a dzieci po kilkoro w jednym łóżku. Nie dało się nie przeszkodzić we śnie pozostałym. Marianna, zmęczona pracą przy dzieciach i w domu, prosiła czasem, żeby przestał, ale Stanisław nigdy nie przychylił się do tej prośby. Czasem nawet gniewała się o to na męża, miała mu za złe, że nie bierze pod uwagę potrzeb reszty rodziny.
Stanisław Kowalski był bardzo pracowity - wyżywienie takiej gromadki z małego gospodarstwa oznaczało nie lada wyzwanie. Poza pracą na roli dodatkowo zatrudniał się jako cieśla, wykonując różne usługi u mieszkańców swojej wsi i pobliskich Świnic Warckich. Mimo to w domu zawsze panowała bieda, brakowało wszystkiego. Dziewczęta miały jedną wspólną sukienkę, którą wkładały na zmianę do wyjścia.
Marianna należała do kobiet dzielnych i pracowitych, bardzo oddanych rodzinie. Była dużo łagodniejsza niż jej mąż. Do końca życia pozostała niepiśmienna. Jednak właśnie ona przekazywała dzieciom, tak jak umiała, prawdy wiary i uczyła je modlitw.
DZIECIĘCE OBOWIĄZKI
Ze względu na sytuację materialną rodziny, dzieci Kowalskich od najmłodszych lat musiały podejmować pracę. Opiekowały się młodszym rodzeństwem, pomagały rodzicom w polu, wyprowadzały krowy na łąkę. Wszystkie prace rolnicze wykonywano ręcznie. Kowalscy posiadali w gospodarstwie konia, ale gdy został zarekwirowany w czasie pierwszej wojny światowej, do pługa zaprzęgano krowę, ponieważ nie było pieniędzy na nowego. Bracia Helenki, mając około dziewięciu lat, już pomagali przy młóceniu zboża.
Helenka także miała dużo obowiązków. Pomagała w domu, doglądała młodszych dzieci. Pasła krowy. W wieku kilkunastu lat bronowała w polu. Nigdy nikomu nie odmawiała pomocy. Zawsze słuchała rodziców, chętnie wykonywała wszystkie ich polecenia. Wyróżniała się pracowitością. Była zgodna i wesoła. Nie skarżyła się na nadmiar pracy.
Czas wykorzystywała w pełni. Podczas opiekowania się dziećmi czytała im książki i opowiadała różne historie, bawiła się z nimi. Kiedy pasła krowy, lubiła czytać - najchętniej żywoty świętych. Czytania nauczył ją ojciec.
Rodzice uważali ją za najlepsze dziecko i często stawiali za przykład pozostałym. Ją kochali najbardziej. Młodszy brat Stanisław mówił później, że jej tego nie zazdrościli, gdyż widzieli, że to się jej należy. Zachęcała, żeby byli posłuszni, to ojciec będzie ich tak samo kochał. Ten rzeczywiście wyróżniał Helenkę i miał do niej ogromne zaufanie. Tylko ją poinformował o tym, gdzie trzyma dubeltówkę. Matka nazywała Helenkę wybraną i najlepszą. Zapamiętała jednak, że pozostałe dzieci dokuczały jej z powodu faworyzowania przez rodziców - biły ją i znęcały się nad nią. Helence zdarzało się też czasem "obrywać" za rodzeństwo. Kiedy coś spsocili, zawsze zdążyli uciec, a wszystko spadało na nią. Nawet nie próbowała się usprawiedliwić czy wyjaśnić. Przyjmowała karę w cichości i pokorze. Nigdy nie gniewała się na rodzeństwo, była dla nich miła i dobra.
WRAŻLIWOŚĆ HELENKI
Miała bardzo wrażliwe, czułe serce, żałowała nawet cierpiącego zwierzęcia - kury czy psa. Rodzeństwo w żartach nazywało ją "babą litościwą". Nie potrafiła przejść obojętnie wobec biedy czy potrzeb ludzi. Od dziecka okazywała miłosierdzie innym, była w tym bardzo pomysłowa i aktywna, choć na pewno słowo "miłosierdzie" nie było jej jeszcze znane. Robiła po prostu to, co dyktowało jej serce. Kiedyś założyła na siebie stare, zniszczone ubrania mamy i chodziła po wsi jak żebraczka, odmawiając na głos modlitwy. Chciała uzbierać pieniądze dla biednych. To, co dostała, zaniosła do księdza proboszcza, żeby rozdał ubogim. Innym razem zorganizowała loterię, z której dochód przeznaczyła na ten sam cel. Własnoręcznie zrobiła zabawki z papieru i szmatek, które wykorzystała jako fanty.
Od najmłodszych lat Helenka doświadczała niezwykłych przeżyć duchowych, jakby od początku była przez Boga wybrana i powołana do czegoś więcej niż pozostali. Jezus dawał się jej poznać. A ona w całym postępowaniu, we wszystkim, co robiła, dawała siebie, niezależnie czy dotyczyło to zwykłych codziennych spraw, czy wiary i religii. Już wtedy przeczuwała, że Bóg zaprasza ją do życia innego, niż widzi to u swoich rodziców.
W siódmym roku życia usłyszała "głos Boży w duszy, czyli zaproszenie do życia doskonalszego, ale nie zawsze byłam posłuszna głosowi łaski. Nie spotkałam się [z] nikim, kto by mi te rzeczy wyjaśnił" (Dz. 7). Zdarzyło się to w kościele, w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu. Bóg przyciągał ją do siebie. Udzielił jej swojej miłości, napełniając jej małe serduszko. Nikt jednak nie potrafił jej powiedzieć, co właściwie się stało i co to znaczy. Kowalscy nigdy nie słyszeli o takich doświadczeniach.
Przyciąganie przez Boga odbywało się z różnym nasileniem. Często miała widzenia, śniła jej się Matka Boża chodząca po Raju. Dziewczynka opowiadała, że jest piękna. Widywała ogromny blask, niezwykłą jasność. W nocy zrywała się, siadała na łóżku i modliła się. Matka, zaniepokojona, strofowała ją, myśląc, że to przywidzenia. Helenka natomiast mówiła, że to chyba anioł ją budzi, wzywając do modlitwy. Zdarzało się to wielokrotnie. Potem, niewyspana, prosiła mamę, by mogła się zdrzemnąć w ciągu dnia - na co ta nie zawsze się zgadzała.
Rodzice nie pojmowali tego, co działo się w duszy ich córki. Nie umieli jej pomóc. Ona sama nie wiedziała, jak może odpowiedzieć na zaproszenie ze strony Jezusa do tego innego, doskonalszego życia. Nie miała nawet pojęcia, że istnieją zakony. Po lekturze żywotów świętych i innych książek religijnych opowiadała rodzinie o pustelnikach, mówiła, że i ona będzie pielgrzymem, że będzie jeść "korzonki i miód leśny", że kiedyś opuści dom, nie zostanie w nim. Trwało w niej to przeczucie, chociaż nie wiedziała, jak może się zrealizować. Miała przekonanie, że jej przeżycia są prawdziwe, że to nie złudzenie, nie mrzonki. Warunki, w jakich żyła, uczyniły z niej realistkę, mocno chodzącą po ziemi. Odróżniała więc bez trudu rzeczywistość od fikcji. Skoro jednak bliscy nie rozumieli tego, co przeżywa, zaczęła skrywać swoje doznania. Chowała wszystko w głębi serca.
Od początku lubiła się modlić. Chętnie klękała do pacierza wieczornego razem z rodzicami i rodzeństwem, a i w ciągu dnia zachęcała do modlitwy. W domu, na stole w pokoju, stał mały ołtarzyk, na który składał się krzyż i fajansowe figurki Jezusa i Maryi. Ojciec przywiózł je z Częstochowy. To właśnie Helenka dbała o ten ołtarzyk.
Kiedy miała dziewięć lat, w 1914 roku po raz pierwszy przyjęła Komunię świętą. Głęboko przeżywała to bliskie przyjście Jezusa do jej serca. Po uroczystości wracała z kościoła do domu sama, nie z koleżankami. Potem często tak robiła, kiedy przyjęła Ciało Pańskie. Mówiła, że wraca z Panem Jezusem, wcale nie sama. Chciała być tylko z Nim. Doświadczała wtedy przeogromnego szczęścia - wyczuwała Boga w swojej duszy.
Najchętniej chodziłaby do kościoła codziennie. Matka jej na to nie pozwalała, gdyż w domu przy dzieciach zawsze było dużo pracy. W niedzielę jednak Helenka zawczasu przygotowywała wszystko, by móc pójść do świątyni. Wczesnym rankiem wychodziła po cichu przez okno, żeby nie budzić innych, i wyprowadzała krowy. Gdy wstawał ojciec i szedł wypuścić zwierzęta na pastwisko, okazywało się, że wszystko już zostało zrobione. Helenka starała się, by nic nie przeszkodziło jej w udziale we Mszy świętej. Siostry jednak miały tylko jedną sukienkę i wkładały ją na zmianę, więc także w niedzielę nie zawsze mogła pójść do kościoła. Wtedy brała modlitewnik i chowała się gdzieś albo szła do ogrodu i odczytywała całą Mszę świętą. Nawet prośby matki o pomoc w kuchni nie mogły jej od tego odwieść. Uważała, że Pan Jezus gniewałby się na nią, gdyby zaniedbała świąteczny obowiązek, a tego nie chciała.
W wieku dziewięciu lat tłumaczyła ze szczegółami młodszej o trzy lata Natalii, co dzieje się w czasie Mszy świętej, jak przebiega Ofiara Chrystusa. Skąd to wiedziała? Czy od kogoś usłyszała? Zachęcała siostrę do uważnego uczestnictwa, choć sama przecież była jeszcze dzieckiem.
Od małego w sercu Helenki rozwijała się potrzeba, by zostać "wielką świętą". Pragnienie to, podtrzymywane przez przyciąganie i miłość ze strony Boga, wzrastało i coraz bardziej przenikało i nasycało wszystko, co robiła. Zabarwiało całą jej codzienność, nadawało kierunek i rytm każdej chwili, każdemu zadaniu...
NAUKA
Od wczesnych lat Helenka zdradzała wysoką inteligencję.
W 1917 roku w Świnicach Warckich w pobliżu kościoła powstała szkoła. We wrześniu posłano do niej dwunastoletnią wówczas Helenę. Uczyła się w niej do 1919 lub 1920 roku, kiedy zdecydowano, że starsze dzieci muszą zrobić miejsce młodszym, by te również miały szansę posiąść sztukę czytania i pisania. Mimo że Helena uczyła się krótko, robiła to chętnie i z zapałem, więc sporo umiała. Lubiła uczyć innych - rodzeństwu i dzieciom ze wsi opowiadała o tym, czego się nauczyła i co wyczytała. Zapoznawała je także z pacierzem.
Ze szkoły Helenka wyniosła mieszane wspomnienia. Dużą przyjemność sprawiła jej nagroda za deklamację wiersza w czasie wizytacji inspektora szkolnego. Czuła się wtedy bardzo wyróżniona. Przykro jej było natomiast, gdy dwie koleżanki nie chciały siedzieć z nią w ławce, ponieważ była źle, nędznie ubrana. Bieda, na którą była tak wyczulona u innych, stała się powodem jej własnego cierpienia. Dziewczęta oceniły ją na podstawie ubogiego stroju, nie potrafiły spojrzeć dalej. Doznała upokorzenia, popłynęły łzy. Płaczącą dziewczynkę zobaczył nauczyciel, pan Łaziński. Pocieszał, że choć jest gorzej ubrana od koleżanek, to lepiej się od nich uczy. Przekonywał, że strój nie ma wielkiego znaczenia, ważniejsze jest to, co kryje się w sercu i głowie. Chwalił jej pracowitość, pilność. Mówił o niej, iż jest wybranym dzieckiem i nigdy się na nic nie skarży.
Helena spędziła w domu rodzinnym szesnaście lat. Było to zupełnie zwyczajne życie ze wszystkimi jego problemami i kłopotami. Może nawet doświadczała ich więcej niż inne dzieci z powodu swojej wrażliwości, ale też warunków, w jakich żyła, zwłaszcza biedy stale obecnej w rodzinie Kowalskich. Te przeżycia kształtowały i wyrabiały w niej wewnętrzną siłę, która później okazała się bardzo potrzebna.
Jedno wydarzenie z tego okresu bardzo mocno utkwiło w jej pamięci. W pobliskich Świnicach Warckich często odbywały się potańcówki. Na jedną z nich zaproszono najstarszą z dziewcząt, Józefę. Mogło to być w 1919 roku. Dochód z zabawy miał być przeznaczony na dobry cel - potrzeby parafii. Helenka poszła z siostrą. Może rodzice wysłali ją do towarzystwa, a może Józefa sama namówiła Helenkę. Tego nie wiemy. Nie mamy też pewności, czy ojciec wiedział o wyjściu córek, ale raczej trudno przypuszczać, by nie był o tym poinformowany. Tak czy inaczej, obie siostry dobrze się bawiły i wracały do domu późno. Odprowadzał je pan Kociurski. Ojciec nie spał, czekając na powrót córek. Był mocno zdenerwowany. Ostro zwrócił im uwagę, że swoim postępowaniem przynoszą mu wstyd. Helenka bardzo przejęła się zarzutem ojca. Czuła, że zawiodła jego zaufanie. Nigdy dotąd nie widziała go tak rozgniewanego. Postanowiła więcej nie robić nic bez jego zgody. Gdy później zapraszano ją na zabawy, zawsze odpowiadała, że najpierw chce zapytać ojca i prosić go o pozwolenie.
Po tamtej pierwszej potańcówce pomyślała, że zawsze będzie się starała przynosić ojcu "sławę i pociechę", a nigdy wstyd. Posłuszeństwo ojcu stało się dla niej najważniejsze. Tylko w jednej sprawie mu się sprzeciwiła - ale to już po opuszczeniu domu rodzinnego.
Choć 18 kwietnia 2013 roku mija już 20 lat od beatyfikacji i kilkanaście lat od kanonizacji, nie słabnie zainteresowanie postacią św. Siostry Faustyny Kowalskiej ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia. Ciągle urzeka jej prostota, dziecięce zaufanie Bogu i heroiczna miłość. Nieustannie poprzez swój Dzienniczek odkrywa przed wszystkimi niepojętą miłosierną miłość Boga do każdego człowieka, której poznawanie prowadzi do zaspokojenia wielkiego pragnienia miłości i daje poczucie bezpieczeństwa. Jej niezwykle głębokie życie duchowe, sięgające szczytów mistyki, nasycone objawieniami Jezusa, Matki Bożej, aniołów, świętych... oraz jej prorocka misja inspiruje i na różne sposoby angażuje ludzi pióra, artystów, naukowców, duszpasterzy, ludzi młodych, poszukujących wartości i sensu życia... słowem - wszystkich, którzy się z nią spotykają.
Przykładem takiej fascynacji jest również ta książka, która w sposób ujmujący, ciepły, a zarazem realny przekazuje życie Siostry Faustyny jako osoby spełnionej w miłości, a więc szczęśliwej mimo wielu cierpień natury fizycznej i duchowej. Jest bowiem na świecie taka Osobowa Miłość - Miłość Miłosierna - której ona całkowicie zaufała i w duchu tej Miłości kształtowała całe swoje życie. Mówiła, że chce się przemienić w Miłosierdzie. Dlatego jest tak piękna w swoim człowieczeństwie i chrześcijańskim powołaniu, dlatego tak pociąga, budzi podziw, zapala światła nadziei, ukazuje drogi pięknej miłości i motywuje do troski o nią.
Ufam, że książka Ewy Czerwińskiej o św. Siostrze Faustynie, którą czyta się z zainteresowaniem, odsłoni przed Czytelnikami różnorakie wymiary pięknej i wielkiej miłości, do której wezwany jest każdy.
s. M. Elżbieta Siepak ZMBM
Kraków-Łagiewniki, 19 marca 2013
Skromna i cicha, prosta wiejska dziewczyna z ubogiej rodziny... zdawać by się mogło, nic nieznacząca dla świata. Za jej ziemskiego życia niewiele osób dostrzegało w niej coś niezwykłego. Dla większości pozostała przeciętna, szara, po prostu zwyczajna. Według kryteriów świata nic nie osiągnęła - nie miała wykształcenia, nie zdobyła bogactwa, sławy, nie doszła do zaszczytów ani wysokich stanowisk.
Powinna pójść w zupełne zapomnienie... Nie powinna nic znaczyć dla kolejnych pokoleń. Tymczasem dziś zna ją i mówi o niej cały świat. Ukazuje się coraz więcej opracowań i książek na jej temat. Miejsca związane z jej życiem stają się celem pielgrzymek, zamieniają się w muzea i pamiątkowe izby. Powstają coraz liczniejsze sanktuaria, którym patronuje. Skąd ten rozgłos i zainteresowanie?
Odpowiedź jest jedna. To Bóg obecny w jej życiu tak działa - Ten, którego pokochała całym sercem i któremu poświęciła wszystko, łącznie z samą sobą. To On wybrał ją w sposób szczególny i prowadził przez ziemskie życie w taki sposób, że każdego dnia starała się wpełniać Jego wolę - na tyle, na ile ją rozumiała. Dzięki temu stała się Jego narzędziem w dokonywaniu niezwykłych rzeczy.
Stąd nie da się oddzielić jej życia osobistego, rodzinnego czy pracy od wiary, od więzi z Bogiem. Wiara przenikała jej codzienność, zabarwiała i przemieniała wszystko, co robiła. Ona po prostu żyła wiarą - w miarę pogłębiania relacji z Chrystusem coraz bardziej, mocniej i pełniej.
W postępowaniu Faustyny widzimy swoisty paradoks życia chrześcijańskiego - umierając dla siebie, zaczynamy naprawdę żyć. Każdy jest do tego w jakimś stopniu powołany, zależnie od tego, do czego Bóg go wzywa, jakie daje mu dary, talenty, umiejętności. Faustyna została wybrana do rzeczy wielkich - może właśnie dlatego, że według kryteriów ludzkich niewiele znaczyła. To Boże wybranie przyjmowała, początkowo zupełnie go nie rozumiejąc. Zgoda na to, czego chce Stwórca, była zawsze jej najważniejszym pragnieniem, realizowanym często z ogromnym trudem i wbrew piętrzącym się przeciwnościom.
Gdyby chcieć krótko scharakteryzować życie Faustyny, najwłaściwsze wydają się słowa: prostota, cierpienie, posłuszeństwo. Bez własnych kalkulacji, w zaufaniu do Jezusa, z pokorą przyjmowała to, co niósł jej los, niezależnie od tego, czy było to po ludzku przyjemne, czy trudne, czy oznaczało radość, czy ból i cierpienie. Przyjmowała z miłości do Chrystusa, traktując wszystko jako przez Niego dane. Dzięki temu nie załamywała się nawet w cierpieniach choroby, kiedy była słaba, gdy spotykały ją niezrozumienie, przykrości, upokorzenia. Zawsze szukała siły u Tego, który stał się jej jedynym Panem. On również uczył ją posłuszeństwa - posłuszeństwa wobec przełożonych, w którym widziała posłuszeństwo Jezusowi. Nawet polecenia niewygodne albo pozornie sprzeczne z tym, co mówił jej Chrystus, gdy pochodziły od spowiednika lub przełożonej, traktowała jako przejaw woli Boga. To pomogło jej przejść przez najtrudniejsze okresy życia, "ciemną noc duszy", kiedy nie doświadczała bliskiej obecności Boga, gdy wydawało się jej, że ją opuścił.
W miarę upływu lat jej ziemskiego życia - choć było ich w sumie niewiele, bo tylko trzydzieści trzy - widzimy rozwój, dorastanie do świętości. Zauważamy Boże prowadzenie i coraz pełniejsze poddawanie się mu, dostosowywanie się do Bożego planu. Faustyna nie od razu była święta, choć zawsze chciała nią być. Stawała się świętą dzień po dniu. Dzięki temu dziś zyskujemy w niej wzór i zachętę: również w naszym życiu Bóg może działać i dokonywać rzeczy nadzwyczajnych.
Skąd jednak wiemy o prawdziwym życiu Faustyny, skoro prawie nikomu nie opowiadała o swoich przeżyciach? Nikt przecież nie wiedział, że warto byłoby przechowywać pamiątki po niej. Nikt nie myślał o zachowaniu domów, gdzie mieszkała albo pracowała. Niektóre z nich już nie istnieją.
Nawet większość jej listów do rodziny nie przetrwała. Brat Faustyny, Stanisław, wspominał, że mieli cały stos listów, że były piękne, ale spalili je. Późniejsze listy spaliła w czasie drugiej wojny światowej jej siostra Gienia (Ewa), ponieważ bała się rewizji. Faustyna pisała nie tylko o sprawach rodzinnych, lecz także o wierze, o Bogu i zaufaniu do Niego. Przetrwały zaledwie trzy jej listy do rodziny z 1938 roku - do sióstr Gieni, Natalii i Wandy.
Zachowała się natomiast korespondencja Faustyny z księdzem Michałem Sopoćką, ojcem Józefem Andraszem, z przełożonymi i siostrami Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia. Mamy też kartki z życzeniami oraz obrazki z dedykacjami, zdradzające poetycki talent Faustyny, który ujawnił się pod koniec jej życia.
Wiele dowiadujemy się o Faustynie z jej własnych słów. Na polecenie spowiednika, księdza Sopoćki, od czerwca 1933 roku zaczęła relacjonować swoje przeżycia duchowe w Dzienniczku. Dzięki temu możemy zapoznać się z głębią jej życia wewnętrznego, jej obcowania z Bogiem już tu na ziemi.
Źródłem informacji stały się też rozmowy i wywiady z rodziną, siostrami zakonnymi i innymi osobami, które się z nią w życiu zetknęły. Wspomnienia były zbierane w 1948 roku przez siostrę Bernardę Wilczek na prośbę ojca Józefa Andrasza, który pisał książkę o Faustynie, a w 1952 roku przez księdza Franciszka Jabłońskiego do procesu informacyjnego przed jej beatyfikacją.
Tak więc dopiero po śmierci Faustyna "ukazała" nam się w całej pełni.
W duszy pełnej miłości -
Smutek nigdy nie gości.
Kiedy żyjesz Bogiem i w Niego wpatrzona,
Idź naprzód mężnie, odważnie i rozpromieniona.
(życzenia na rok 1937 dla siostry Anny - Julii Słomińskiej)