ROZDZIAŁ 2
WYCHOWANIE ARYSTOKRATY
Trzeba od razu podkreślić, że zgodnie z przekazami wszystkich najważniejszych źródeł, przyszłość Bernarda, trzeciego syn pana z Fontaine, "kochanego bardziej niż wszyscy inni", była z góry jasno określona. Jego matka "nie ograniczyła się do ofiarowania go Bogu, jak w przypadku pozostałego potomstwa. [...] Zrobiła to w tej świątyni, w której miał całe życie służyć. Osobiście zatem uczyniła Kościołowi Bożemu miły prezent". Fakty te pozostają na wysokim poziomie ogólności.
O dzieciństwie Bernarda mówić jest równie trudno jak w odniesieniu do każdej innej osoby w tamtym czasie. Zachowało się jednak mnóstwo tekstów, które - choć wydają się cechować wprowadzającą w błąd poprawnością - to jednak pochodzą od osób kompetentnych, które zebrały imponującą masę świadectw nie tylko od braci i sióstr Bernarda, lecz także u jego ojca.
Ojciec nie poświęcał zbyt wiele czasu swoim dzieciom, gdyż bardzo skrupulatnie wypełniał zadania wynikające z jego pochodzenia i zawartych przymierzy. Wilhelm z Saint-Thierry, stary przyjaciel Bernarda, który zastępuje tu Gotfryda z Auxerre, przekazuje nam, że "nie zaniedbywał tego, co należało się Panu Bogu". Rzecz, która wydaje się oczywista. "Bogaty w dobra", nawet jeżeli w istocie bardzo skromne, poświęcał się pracy na swoich ziemiach i był oddany ludziom na nich pracującym. Był również rycerzem - miles - dopuszczonym do rady swojego suzerena, księcia Burgundii Odona I, a potem jego następcy Hugona II, któremu przychodził z pomocą wojskową w miarę swoich możliwości. Jak już wspomniano, bardziej rozmowny Gotfryd z Auxerre dodaje, że pomagał skutecznie. Wraz z innymi osobami równej rangi koasygnował kilka aktów donacyjnych wydanych przez kancelarię księcia. Był to człowiek odpowiedzialny, dumny ze swojego pochodzenia i całkowicie uczciwy.
Técelin zdolny był także do wybuchów gniewu. Jan Pustelnik, mianowany przeorem Clairvaux niedługo po śmierci założyciela, w napisanym dość późno, nierównym, czasami fantastycznym, ale czasami dość rzetelnym Żywocie, przywołuje pewien fakt dużo mówiący o charakterze ojca św. Bernarda. Gdy pewnego razu doszło do kłótni, "jednej z tych, które często zdarzają się w trakcie codziennych kontaktów", panu z Fontaine przyszło stawić czoło sąsiadowi "stojącemu znacznie niżej pod względem urodzenia i wiele uboższemu". Ogarnięty wściekłością zażądał pojedynku, nie czekając na arbitraż. Ustalono godzinę oraz okoliczności walki. Ów człowiek jednak, "żyjący w lęku przed Bogiem i jego wyrokami" powoli uświadamiał sobie, że jego zwycięstwo jest pewne w starciu z kimś słabszym. Położył wtedy kres sporowi, ustępując "bez żadnych dyskusji" w jego przedmiocie.
Tyle wystarczy, by scharakteryzować ojca. Matce kronikarze poświęcają wiele uwagi: niezliczeni komentatorzy rozwodzili się obficie na temat stosunku opata Clairvaux do kobiet i do Matki Boskiej. Aletha pełna jest oczywiście najwspanialszych zalet. Sam Jan Pustelnik, chętnie uderzający w liryczne tony, i tym razem nie szczędzi pochwał: O beatus venter! O beata ubera! Szybko jednak zdaje sobie sprawę, że przesada może być niebezpieczna, i wyjaśnia, iż nadmiar gloryfikacji ma tylko podkreślać jego opowiadanie. Pozostają dość oczywiste banały: zadziwiająca płodność tej kobiety, duża liczba dzieci, które przeżyły, jak również dobrze udokumentowany fakt, że sama je karmiła, co absolutnie nie było wtedy zwyczajem, zwłaszcza wśród arystokracji. Tego typu rzeczy często pisze się o matkach, które przyszłość miała nagrodzić.
Wszystko to jednak nie ma, prawdę mówiąc, zbyt wielkiego znaczenia. Poza wspomnianymi zaletami charakteru, połączonymi z pewną koncepcją prowadzenia domu, Aletha miała też ustalone poglądy na sposób, w jaki wychowuje się niezwykłych ludzi. "Działając najwyraźniej z boskiej inspiracji, nie przygotowywała swoich dzieci do spraw doczesnych, lecz do życia religijnego - non seculo sed religioni". Tak zapewne było, ale też coś więcej, skoro "dołożyła starań, by wychowywane były bez pobłażania, nawet w sposób twardy, aby stały się mężne, a zwłaszcza by nie uległy zniewieścieniu wskutek nadmiaru wygód". Z oczywistych powodów, mających związek z przyszłością i prestiżem rodu, jak również wymaganiami wpajanymi Aletcie od urodzenia, braci Bernarda wychowywano do noszenia broni. Nie ma jednak ani jednej wzmianki, z której wynikałoby, że dla niego samego przewidywano chociaż przez chwilę takiż los. Rzecz w tamtych środowiskach całkowicie niebywała.
O pierwszych latach życia Bernarda nie wiemy nic ponadto. Łatwo jednak podejrzewać, że musiał od najmłodszych lat cieszyć się ogromną uwagą. Nie był to fakt bez znaczenia w świecie, w którym chłopcy spędzają wczesne dzieciństwo wyłącznie u boku kobiet. Zwłaszcza że, jak się często podkreśla, "powołanie zakonne przyszłego świętego prawie bez wyjątku przypisuje się wpływom matki". W tym szczególnym wypadku stwierdzenie to jest zapewne znacznie bardziej prawdziwe niż w wielu innych. Poza wczesną edukacją religijną, będącą wówczas elementem każdej edukacji, rodzeństwo korzystało zapewne z rudymentarnych nauk, jakich mogła udzielać sama, starannie przecież wykształcona, matka. Także miejsce Bernarda w rodzinie - w otoczeniu dwóch starszych braci, jednej młodszej siostry i trzech kolejnych braci - musiało być dla niego ważnym doświadczeniem formacyjnym.
Jako infantulus, do ukończenia siódmego roku życia, przebywał Bernard pod wyłączną opieką matki. Następnie przyszedł czas, by oddać chłopca w ręce mężczyzn. Gwidon i Gerard już się znajdowali pod pieczą ojca, u którego mieli się uczyć sztuki wojennej. Bernard został zwolniony z tego obowiązku, lecz nie mamy całkowitej pewności co do powodów, które przesądziły o jego nieprzydatności. Częściej niż słabe zdrowie przywołuje się jego wczesne powołanie duchowne, które - korespondując z nadziejami matki - jasno wytyczało mu dalszą drogę. Wobec powyższego Bernard miał pobierać nauki właściwe dla jego przyszłego stanu.
Tak wytrawny specjalista jak Pierre Riché znakomicie udowodnił, że pragnienie uzyskania wykształcenia nie musiało być całkowicie obce drobnoszlacheckiej rodzinie przełomu XI i XII wieku. To wtedy przecież opat nadreńskiego Limburga przypominał młodym arystokratom, że "wykształcenie wcale nie szkodzi tym, którzy chcą się poświęcić karierze wojskowej". Przyszły biskup Lincolnu, Hugon z Avallonu, kształcił się, wraz z innymi dziećmi szlacheckimi, w opactwie Villard-Benoît. Czasami preceptor zastępował matkę w przekazywaniu podstawowych wiadomości. To przypadek młodego Wiberta z Nogent. Niejaki Filip z Harvengt, opat od kanoników regularnych, pisał do hrabiego Flandrii: "Wykształcenie nie jest wyłącznie przywilejem duchownych, ma je wielu świeckich. Można wtedy z dala od zgiełku i spraw wojennych sięgnąć po książkę i przejrzeć się w niej jak w lustrze...". To, że niektórzy arystokraci mieli ochotę i środki, by zapewnić swojemu potomstwu dość gruntowne wykształcenie, nie zmienia bardzo ograniczonego zasięgu tego zjawiska. W rodzinie pana z Fontaine tendencje nie szły zresztą w tym kierunku. Bernard bez skrupułów nazwał jednego ze swoich braci, Andrzeja, analfabetą.
Istniała wielka pokusa, by trzeci syn Técelina i Alethy stał się jednym z tych "oblatów", którzy wówczas zaludniali wielkie i małe opactwa, a których najsłynniejszym przedstawicielem był dziesięć lat starszy od Bernarda Suger. Kościół nie wszędzie jeszcze położył kres zwyczajowi pozbywania się młodszych dzieci poprzez umieszczanie ich w opactwach. Większość z nich zapewne się tam odnalazła, powiększając jednocześnie zastępy wątpliwych powołań. "Ofiarowany" przez swoją matkę tuż po urodzeniu, w warunkach, o których już pisaliśmy, Bernard wydaje się należeć właśnie do tej kategorii. A jednak było zupełnie inaczej. Nie chodziło tu też o żadne arystokratyczne przesądy. Przyszły Ludwik VI pobierał "strawę duchową" w szkole w Estrée, gdzie uczyli się również oblaci z opactwa Saint-Denis. Pobliskie opactwo św. Benigna przyjmowało jeszcze wówczas oblatów. Kluniackie nie przestawało przygarniać mas tych innutriti. Robert z Châtillon, jeden z kuzynów Bernarda, miał zostać "ofiarowany" wielkiemu opactwu burgundzkiemu, a następnie wywołać ogromny spór ideologiczny... Tendencja ulegała jednak odwróceniu.
Dla Bernarda chciano jednak czegoś innego. Jeszcze jako małe dziecko - a parvulo, zapewne około roku 1098, a może jeszcze wcześniej - opuścił Fontaine, by uczyć się w szkołach Châtillon-sur-Seine. To było dość duże miasto, o niewątpliwym znaczeniu strategicznym, na granicy księstwa Burgundii i hrabstwa Szampanii. Zostało podzielone - w sposób dość nieprecyzyjny - między księcia a biskupa Langres. Wydaje się prawdopodobnym, że znacznie ważniejszy prawy brzeg znajdował się w gestii biskupa, podczas gdy część lewego brzegu pozostawała pod władzą Odona I. Udawało się chyba utrzymać harmonię w tej delikatnej sytuacji: tamtejsza szlachta znana była z brawury i zwłaszcza "ze swojej wierności zobowiązaniom".
Klasztor kanoników regularnych Notre-Dame-du-Château ma trójkątną fasadę wychodzącą na ulicę. Na tych kanoników mówi się chętnie, że są "od świętego Werola", bo tak się zwał patron kościoła, od którego zależał kapitularz kolegialny fortecy biskupiej, cudu nowego stylu zbudowanego ledwie stulecie wcześniej. Proste zarysy twierdzy, wraz z rzadko zadrzewionym dziedzińcem, wciąż jeszcze stanowią dominantę miejskich dachów, Sekwany i wspartego na dwóch łukach mostu. Bernard poznał ją i pokochał, spędził wiele czasu w kościelnym transepcie uwieńczonym identycznymi kaplicami, które będą typowe dla planu cysterskiego.
Pod koniec tamtego stulecia szkoła kanoników od św. Werola cieszyła się dużym prestiżem. Wywodziła się ze szkoły biskupiej w Langres i otworzyła swe podwoje w epoce renesansu karolińskiego. Brunon z Roucy, którego ciężar polityczny okazywał się nieraz decydujący, należał do grona uczniów Herberta z Aurillac, gdy ten był przełożonym szkoły w Reims. Gdy w 981 roku Brunon został biskupem Langres, zachował wierność wobec swojego znakomitego mistrza, jednego z najsubtelniejszych umysłów swoich czasów, który jako Sylwester II miał stać się papieżem "roku tysięcznego". Aż do śmierci w 1016 roku Bruno zawsze dbał o poziom nauczania w szkołach swojej rozległej diecezji. Zgadzano się, że ta była najlepsza.
To właśnie znakomita reputacja - wybór mógł przecież paść na położoną w tej samej diecezji szkołę św. Benigna w Dijon, dwa kroki od murów Fontaine... - była jednym z motywów decyzji Alethy. Ale nie jedynym. Nad brzegami Sekwany dziecko pozostawało u siebie. Wywodziło się przecież z rodu Châtillon. Wiemy, że jego ojciec posiadał dom w mieście[1]. Rzecz raczej niewątpliwa, że Bernard, pobierając nauki u kanoników od św. Werola, nigdy nie zaznał ograniczeń nakładanych na oblatów. Jako uczeń wciąż prawdopodobnie cieszył się rodzinnym ciepłem. Rodzina powiększyła się wówczas o córkę i trzech kolejnych chłopców, którzy stanowili emocjonalne otoczenie młodego adepta wiedzy. Obecność wyrafinowanych, jak wszystko na to wskazuje, kobiet miała swoje znaczenie dla tego charakteru, który - mimo swego stanu i szorstkiego temperamentu - nie popadł w prostacką mizoginię, tak typową dla duchownych tamtej epoki, w tym jego biografów.
Dzieciństwo Bernarda znane nam jest tylko w najogólniejszych zarysach. Te kontury jednak wydają się w zasadzie wystarczające. Złotorude włosy. Proporcjonalne ciało. Przyjemna twarz. Żywa inteligencja. Krótko mówiąc, "obiecujący typ", w którym wyczuwa się już pewne zaczątki geniuszu.
Tym, co jednak uderza już na wstępie - jak notuje dobrze poinformowany Wilhelm z Saint-Thierry - jest niewątpliwa rezerwa, gorące pragnienie "spokojnego pozostawania u siebie" i unikania obcych miejsc. Mówiąc otwarcie, chodzi o "niewiarygodną i trudną do pojęcia" nieśmiałość: verecundia. Nieśmiałość dręczącą, przygważdżającą do miejsca, powstrzymującą od mówienia w czyjejś obecności lub bycia przedstawianym ludziom nieznajomym. Rodzaj toczącego duszę chorobliwego strachu. Głuchy niepokój wobec banalnych niepewności, jakie przynosi codzienność. Wszystko, co stawia go wobec nieznanego, Bernard przeżywa jako wielką traumę, rodzaj moralnego gwałtu, od którego - jak poświadcza wiarygodny świadek, bo jego sekretarz Gotfryd z Auxerre - milsza byłaby mu śmierć.
Nie ma tu miejsca na rozwlekłe interpretacje i pośmiertne analizy tej cechy charakteru, na pierwszy rzut oka rzeczywiście zaskakującej, jeżeli zna się dalszy życiorys Bernarda..., a ponadto dobrze udokumentowanej, o której jednak źródła nie rozwodzą się dłużej, niż jest to konieczne. Chodziło mianowicie o podkreślenie wysiłków kanoników od św. Werola, którzy pokusili się o dokonanie niemożliwego - czasami posługując się szokującymi argumentami, nad którymi Bernard będzie ubolewał... - by zwalczyć w nim tę wadę. Bez większych sukcesów. Sam Gotfryd z Auxerre podkreśla, że nigdy nie mógł się pozbyć tego, co tkwiło w nim od dzieciństwa - innata ei a puero - i co miało go dręczyć "aż do kresu dni". Dało się już przeczuć u niego to, co następnie ujawni się jako ucieczka w głąb siebie, obawa przed pewnymi nie do końca określonymi niebezpieczeństwami czy też bolesne rozpamiętywanie klęsk. I jako naturalna konsekwencja, rodzaj reakcji przeciwko temu wewnętrznemu chłodowi, pojawiały się napady gorączkowego entuzjazmu, gwałtowne wybuchy, które miały wstrząsnąć jego epoką, skłonność do narzucania innym - nie przebierając w środkach - tego, co uznawał za prawdy ostateczne. Wszystko to razem czyni z natury skłonnej do skrajności "wielkiego świętego, z którym [...] nie zawsze łatwo było żyć w tej samej epoce".
Skrajnie nerwowy temperament i nadwrażliwość, pozostające w ścisłej harmonii ze światem nasyconym obrazami, wydają się wyjaśniać te nagłe objawienia przedwczesnego i przewyższającego nas geniuszu.
Oto wydarzenie, które w kilku słowach streścił Gotfryd z Auxerre. Bernard przebywał "w domu swego ojca" w Châtillon. Była to noc wigilijna. Dziecko spało. Nagle ukazała mu się "rodząca Matka Boska oraz wychodzące z jej wnętrza Dziecię-Słowo". To wszystko. Przejęty tą wizją Wilhelm z Saint-Thierry nadał jej odpowiedni rozgłos. Jednocześnie zmyślił dla niej pewną otoczkę fabularną i zaopatrzył w natychmiastową egzegezę. "Jak to jest we zwyczaju, wszyscy przygotowywali się" do śpiewana jutrzni w kościele św. Werola, gdzie Bernard przebywał z bliskimi. Ponieważ oczekiwanie na nocną liturgię dłużyło mu się, opuścił głowę i "przysnął. Dziecku natychmiast ukazał się obraz Bożego Narodzenia, wzmacniając jego delikatną jeszcze wiarę i - po raz pierwszy - umożliwiając mu religijną kontemplację. Święty Józef ukazał mu się ponownie, tak jakby wstawał z łoża. Zobaczył Dziecię-Słowo, jakby rodzące się na jego oczach z ciała Dziewicy Maryi, w postaci piękniejszej niż ta, jaką może dać ludzkie ciało, przywłaszczające duszę [in se rapiens... affectus] świętego dziecka już po ukończeniu przezeń wieku dziecięcego".
Przekaz Gotfryda z Auxerre, pomijając to kluczowe wydarzenie, informuje, że gdy wybiła godzina jutrzni, Aletha "obudziła [dziecko] i podała mu ubranie, które zawsze nosiło, śpiewając w chórze. Jak zwykle, do kościoła udali się razem". Dodaje jednak: "[Bernard] miał zwyczaj mówić o tej wizji, że Pan ukazał mu się już w godzinie swoich narodzin". Biograf ów, który w tej sprawie z całą pewnością wysłuchał zwierzeń samego Bernarda, nie napisał ani słowa o wizji z rudym psem. Umieścił ją we Fragmentach przygotowawczych do jego Żywota, chcąc zapewne wyjaśnić pewnego dnia jej duchowy sens. Fragmenty zawierają pewną liczbę opowieści hagiograficznych, które sam Gotfryd uważał za podejrzane, ale które chętnie wykorzystali jego następcy. Pozostało jednak to dicere ipse solebat: "Jak miał zwyczaj mawiać".
Arcybiskup Genui Jakub z Voragine, który miał w następnym stuleciu przygotowywać swoją bardzo następnie popularną Złotą legendę, korzystał również z tych źródeł i znał dalszy bieg wydarzeń. Dodał, co następuje: "Od tamtego czasu posiadał nadzwyczajną wiedzę o wszystkim, co łączy się z Bożym Narodzeniem. Mógł dzięki temu przemawiać lepiej niż ktokolwiek inny o Dziewicy Maryi i Dziecięciu, a także tłumaczyć opowieść ewangeliczną o Zwiastowaniu". Z dowodami w ręku możemy to tylko potwierdzić.
Na tym jednak nie koniec. Na kanwie tej wizji utkano bardzo szybko, zapewne w pobliżu chlubiącego się tym wydarzeniem Châtillon-sur-Seine, legendę o karmieniu piersią św. Bernarda. W kościele św. Werola znajdował się "pewien bardzo stary, wykonany w niepamiętnych czasach wizerunek błogosławionej Dziewicy Maryi [...], która w cudowny sposób ukazała swojego syna" Bernardowi. Następnie "ręka wizerunku podniosła rękę do swojej piersi i wycisnęła trzy krople swojego mleka w otwarte usta" tego dziecka, które nazywano potem "wiernym pokłonnikiem Dziewicy Maryi i publicznym Wyznawcą jej syna oraz jego doktryny, Wyznawcą Niebiańskich Zastępów i dziewiczym miłośnikiem Maryi Matki Boga". To również jakiś dowód, choć wzmianki o karmieniu piersią nie można odnaleźć w żadnym Żywocie ani podobnym tekście. Scena ta jest za to dobrze potwierdzona w ikonografii od końca XIII wieku i - wzorem kilku innych - stała się nieodłącznym atrybutem tego świętego, nabierając przy okazji siły mistycznego oddziaływania, która jest immanentną częścią aury tej sugestywnej postaci. Doczekała się również kilku godnych uwagi dzieł sztuki, takich jak chociażby nastawa ołtarzowa namalowana około roku 1290 przez mistrza z Palmy na Majorce albo ołtarz św. Ildefonsa z katedry El Burgo de Osma w kastylijskiej prowincji Soria. Później miał nadejść czas, gdy będzie się przedstawiało Bernarda odwracającego się od ran Jezusa, by napić się mleka jego matki. Na początku XIII wieku Adam z Perseigne był jeszcze bardziej dosłowny: "Dołączmy do Jezusa w chwili, gdy ssie pierś, aby sprawdzić, czy nie moglibyśmy wypić kilku kropel tak słodkiego mleka"...
Trzeba jednak przy tej okazji przypomnieć, w jak ścisłym związku z sacrum pozostawało społeczeństwo średniowieczne, do jakiego stopnia ingerencję sił boskich uważano za naturalną, jak bardzo pozornie dosadny język przemawiał do zmysłów. Ciało kobiece niezwykle chętnie identyfikowano z pożywieniem. Współczesnego historyka, myślącego głównie w kategorii "wielkich problemów", te wszystkie wielce dydaktyczne obrazy narodzenia i "świętych posiłków" mniej już szokują niż jego kolegów z poprzednich epok. Jacques Dalarun przypomniał niedawno, lepiej niż zrobiłby to ktokolwiek inny, że wszelkiego rodzaju dekonstrukcja skazana jest tu na porażkę, ponieważ nie chodzi o "dyskurs duchowy, który skrywa rzeczywistość seksualną, lecz o dyskurs seksualny, który opowiada o rzeczywistości duchowej". Trudno sobie wyobrazić, by człowiek średniowiecza, który dysponował wszystkimi możliwymi drogami interpretacji Pisma Świętego i mógł dzięki temu odnajdywać w nim nieskończoną liczbę dotyczących go światów, nie był przejęty wizją promieniującą z samego środka jego wiary: wizją Wcielenia.
Podobnie radzi sobie z interpretacją rudych włosów, które stały się znakiem rozpoznawczym tej rodziny. Bernard dzieli tę cechę ze swoim ojcem, ale też z Ezawem, Pyrrusem, Wilhelmem Zdobywcą i tyloma innymi... - cechę, którą trudno, zarówno dziś, jak i wtedy, uważać za nieznaczącą. Nie brakowało w owym czasie "karmazynowych rycerzy" i pamiętano o drugiej pieczęci Apokalipsy: "I wyszedł inny koń barwy ognia, a siedzącemu na nim dano odebrać ziemi pokój, by się wzajemnie ludzie zabijali - i dano mu wielki miecz". Rudzi uchodzili za brutalnych, nawet gdy - wzorem Dawida - używali przemocy w szczytnych celach.
To dwuznaczny kolor, który - jak odnotowuje Michel Pastoureau - może skazywać na napiętnowanie, ponieważ symbolizuje "innego, odmiennego, wyklętego, wykluczonego". Za rudego uchodził Judasz, w powszechnym odczuciu uosabiający zdradę. Już kilka dziesięcioleci później wszędzie opowiadało się bajki o niecnych czynach pozbawionego skrupułów, choć jednocześnie uważanego za "szczerego i dobrodusznego" Lisa, "rudzielca", który cynicznie oszukiwał złego kruka, wykorzystywał cudze słabości i w ten sposób budził sympatię warstw ludowych. To, że kruk miał na imię Tiécelin, było pewnie tylko czystym zbiegiem okoliczności. Ogniste włosy wciąż budziły emocje, niepokoiły, a czasami uważane były za symbol obecności na świecie kolejnego proroka, syna Judasza, "rudego, z pięknymi oczami i kształtnym ciałem"...
O "pokarmie", jaki to "nadzwyczajnie rezolutne" dziecko pobierało w szkole św. Werola, nie napisano zbyt wiele, to zaś, co jest nam wiadome, nie zaskakuje. Nietrudno wyobrazić sobie pełne dyscypliny życie, toczące się od świtu do wieczora według ściśle określonego przez kanoników porządku. Z opisu Wilhelma z Saint-Thierry wyłania się chłopiec "oddany Bogu, dla zachowania nietkniętej czystości swego wieku, chętny do zgłębiania nauk humanistycznych, dzięki którym będzie mógł poznawać Boga i uczyć się Go za pomocą Pisma Świętego". Czynił to z powagą znacznie "wykraczającą poza jego wiek" i wynikami górującymi nad osiągnięciami jego małych kolegów.
Chodziło w pierwszym rzędzie o opanowanie czytania i pisania w języku, którym w zasadzie od dawna już nikt nie mówił: po łacinie. Podstawowym narzędziem była najpierw Biblia, jej przetłumaczona i zredagowana przez św. Hieronima wersja zwana Wulgatą, która obowiązywała od stuleci i której nadal się używa w wersji karolińskiej. Przez całe lata Bernard miał drobiazgowo studiować psałterz, będący podstawowym elementarzem od czasów merowińskich. Potem musiał przedzierać się między prorokami i ewangelistami, z którymi dogłębnie się zapoznał, podobnie jak wszyscy umiejący wówczas czytać. Studiowanie divinae paginae pełne było trudów. Kilka lat wcześniej arcybiskup Canterbury Lanfrank napisał Decreta, czyli instrukcje dydaktyczne obowiązujące szkołę Christ Church, ale w pełni odpowiadające duchowi tamtych czasów.
Zaraz po zakończeniu zwyczajowych modlitw przystąpić do czytania za klauzurą. Kiedy już zaczną czytać, niech robią to przez chwilę na głos. Niech rozsiądą się tak, by istniała między nimi przestrzeń, by nikt nie mógł dotknąć swojego sąsiada rękami lub ubraniem. Żadne dziecko nie może dawać znaków innemu ani wypowiedzieć słowa bez zgody mistrza. Nie może też usiąść ani się podnieść bez polecenia lub pozwolenia...
Surowość ta z biegiem lat miała ulec złagodzeniu. Szkoła nie zdobyłaby prestiżu bez teoretycznej refleksji pedagogicznej. Z całą pewnością praktykowano w Châtillon, tak jak w innych renomowanych szkołach, nauczanie w małych grupach, pod nadzorem starszych, w trakcie którego rodził się zdrowy duch współzawodnictwa. Zresztą, wszystko to nie było przecież rzeczą nową...
W trakcie pierwszych lat nauki, aż do ukończenia dwunastu lub trzynastu lat, łacina będzie powracała nieco do życia w psalmach i poematach przeznaczonych do głośnego recytowania, które uczeń analizował litera po literze, rozkładał, uczył się ich na pamięć - przychodzi na myśl szkoła koraniczna... - dając się jednocześnie usypiać śpiewem, stanowiącym podstawową treść liturgii. Ten obraz niebywałej konsekwencji robi wrażenie i musiał prowadzić do swego rodzaju duchowej rywalizacji. Bernard chłonął wiedzę całą swoją istotą: wspomagana wszystkimi zmysłami wrażliwość mieszała się z inteligencją, tworząc złożony i płodny mechanizm. Rozwojowi umysłowemu towarzyszyło skrupulatne zapoznawanie się z tekstami doktrynalnymi. Trudno wątpić, by do znajomości Pisma Świętego nie dodano żywotów świętych, niektórych pism ojców kościoła oraz podstaw teologii. Można sobie wyobrazić, z jaką zachłanną radością ten wyjątkowy uczeń podejmował swój trud.
Gdy poznał już podstawy i nauczył się czytać, mógł stać się kandydatem do pierwszego stopnia nauczania zwanego trivium. Składało się ono bowiem z trzech dziedzin, obejmujących wyłącznie nauki humanistyczne: gramatykę, retorykę i dialektykę. Poza psałterzem zapozna się też z przysłowiami Salomona, z Disticha Catonis lub odszyfrowywanymi z pomocą słownika bajkami Fedrusa. Niezastąpionym narzędziem nauki części mowy, deklinacji, koniugacji, podstaw składni pozostawał od wieków - mimo nieśmiałych krytyk - Ars minor Donata. Dzieło to znajdowało się w każdej bibliotece, doczekało się wielu erudycyjnych komentarzy, poprawek, a nawet prób zastąpienia go czymś nowym. Nie zagroziło to jednak w żaden sposób jego panowaniu.
Kolejnym tekstem, jaki należało zgłębić, były Institutiones grammaticae Pryscjana. Ta wspaniała encyklopedia była najspokojniej w świecie splagiatowanym zbiorem wszystkich możliwych form gramatycznych, poetycznych i retorycznych wielkich autorów starożytności klasycznej. Potężne morze, w którym sztuką było nie utonąć. Temu służyć miała pomoc mistrza, trudniącego się wyjaśnianiem jakiegoś słowa lub zwrotu, uwrażliwianiem umysłu na piękno tekstu i różnorodność jego znaczeń. Komentarze pozwalały czasami na obranie różnych ścieżek interpretacyjnych. Najmniej zdolni mogli skorzystać z nich na tyle, by błyszczeć. Inni szli drogą królewską, na której "miłość do literatury" była przyjemnością samą w sobie i "zaproszeniem do szczęścia".
Jak zapisał znawca tematu André Miquel, "każde odkryte słowo, każde przeanalizowane zdanie nie tylko nie gasi emocji, lecz wzmaga tylko nurt tej rzeki, tym bardziej fascynującej, im więcej strumyków ją zasila". Śledzenie jej biegu wprawia w upojenie, którego Bernard także nie uniknął. W Châtillon z zapałem studiował dziedzictwo antyku. Można zastanawiać się bez końca, w jaki sposób się nim "karmił". Studiował teksty oryginalne, co niekiedy było możliwe, czy posługiwał się dziełami św. Ambrożego, św. Augustyna, a nawet Boecjusza, którzy obficie cytowali klasyków? W gruncie rzeczy ma to niewielkie znaczenie. Nie ma natomiast wątpliwości, że "nasiąkł" Horacym, Lukianem, Listami do Lucyliusza Seneki, Tacytem, Satyrami Juwenala i Persjusza, Tebaidą Stacjusza, Eunuchem Terencjusza. Poczesne miejsce zajmował oczywiście Cyceron. Traktatu De Amicitia nauczył się na pamięć. Wielkim powodzeniem mieli się również cieszyć Wergiliusz i Owidiusz. Bernard chętnie cytował Eneidę. Czytał Listy z Pontu, Fasti, piętnaście ksiąg owidiańskich Metamorfoz, a nawet Sztukę kochania, o której nieco zgorzkniały preceptor Fénelon miał później powiedzieć, że "nie da się wymienić tytułu tego dzieła bez zgrozy wobec jego obsceniczności".
Bernard chyba się nim znowu tak szalenie nie gorszył. Być może było ono dla niego pretekstem do zwyczajowych ćwiczeń stylistycznych. Mniej więcej czterdzieści lat później Beranger z Poitiers, oburzony niezwykle brutalnym atakiem przypuszczonym przez opata z Clairvaux na jego mistrza, Piotra Abelarda, napisze Apologię, w której nie będzie przebierał w słowach. Na początku demaskuje erudycję Bernarda, która zresztą wcale go nie dziwi. Wszyscy wiedzą, że "w trakcie nauki, którą pobierał za młodu - a primis fere adolescentiae rudimentis - oddawał się lekturze frywolnych piosnek i ulicznych wierszyków". Nie dość, że układał poezje ze swoimi braćmi, robiąc wszystko, by "prześcignąć ich w finezji i subtelnej inwencji" (co mu się zresztą udawało), to jeszcze, uważał Beranger, "mógłbym dołączyć do tego pisma kilka tych krotochwilnych kawałków, których autentyczność mogłaby zostać potwierdzona przez godnych zaufania świadków. Lękałbym się jednak splamić te stronice tego rodzaju sprośnościami. Zresztą to, co jest powszechnie znane, nie wymaga dowodu".
Wszystko to wzbudziło wielkie zażenowanie. Niesłusznie. Nawet gdybyśmy chcieli brać za dobrą monetę paszkwil, którego głos jest zaledwie echem tego, do czego opat z Clairvaux bywał zdolny o wiele za często, trudno byłoby nam wyjaśnić, dlaczego młody i inteligentny człowiek miałby nie dać się porwać pięknu tekstów klasycznych. Od tego do prób tworzenia własnych poezji jest tylko jeden krok, który wielu nadzwyczajnie zdolnych uczniów beztrosko pokonywało. Czyż mało badaczy i wybitnych pedagogów zajmowało się komponowaniem "świństw" w wieku szkolnym? Bernard, przy całym swoim introwertyzmie, był także trzciną na wietrze, wcale podatną na tego typu pokusy, nawet jeżeli z imitatio rzadko rodzą się nieśmiertelne dzieła sztuki (chyba że chcemy popaść w paradoksy Raymonda Queneau).
Nie należy też zapominać, że w tamtych czasach każda wiedza przyswajana była na głos. "Wszelka mądrość zanikłaby, gdyby człowiek był głuchy" - miał później napisać Bernard Silvestre, współczesny opata z Clairvaux. Bernard z Fontaine, erudyta jakich mało, miał później niewiele czytać i niewiele napisać. Pismo Święte znać będzie na pamięć, teksty zaś będzie dyktował, szczególne upodobanie znajdując w cytowaniu ulubionych autorów. Owidiusz zajmował wśród nich honorowe miejsce...
Do nauki retoryki korzystano też z innych źródeł, chociażby z Kwintyliana lub De Inventione Cycerona. Chodziło o metodyczny podział mów, by lepiej poznać wszystkie subtelności ich konstrukcji. Był to element ścisłej dyscypliny, niezbędnej dla tego, kto chciał "prowadzić ludzi słowem i rozumem". Wykonywano wiele rodzajów ćwiczeń. Zaczynano oczywiście od dialektyki, czyli sztuki układania przemów w ścisłej zgodzie z zasadami logiki, choć nie zawsze bez formalizmu. Posiłkowano się tu Topikami Cycerona lub krótkimi fragmentami Organonu Arystotelesa, który wówczas znano jeszcze za pośrednictwem Boecjuszowego przekładu łacińskiego. Bernard czytał też De consolatione philosophiae. Przyzwyczajano umysł do logicznego myślenia za pomocą tysięcy ćwiczeń, konfrontacji, cytatów, streszczeń polemizujących ze sobą tekstów, analogii i konkluzji. Szkoła ta prowadzi również prostą drogą do tego metodycznego zwątpienia, które - jak wiemy - będzie cechowało myśl kilku współczesnych Bernarda. Jedno z wielkich wyzwań owego czasu.
Bernard z Fontaine oddawał się tym umysłowym łamigłówkom z wielką pasją. Ale na tym się zatrzyma, nie zdecyduje się na "drugi cykl", quadrivium, obejmujący arytmetykę, geometrię, astronomię i muzykę. Ta ostatnia, traktowana całkowicie spekulatywnie i uważana za klucz do sklepienia rzeczywistości, polegała na książkowym wykładzie teorii harmonii. Młody człowiek w ogóle się tym nie zajmował. Natomiast potrafił zapewne śpiewać, co wynikało z jego praktyki chóralnej.
Bernard był literatem do szpiku kości. To właśnie w szkole św. Werola w Châtillon uformował się ten wyjątkowy umysł, genialny pisarz i największy zapewne od czasów Cycerona retor w świecie zachodnim. Gdy później nadmienił gdzieś przy okazji, że medytacja i obserwacja natury - "wśród wierzb i dębów" - więcej znaczy niż lektura jego ukochanych książek, należy się w tym doszukiwać odrobiny hipokryzji. To w tej szkole nauczył się jasnego wykładania swoich myśli na piśmie, precyzji słowa, środków stylistycznych czy obrazowych metafor. Nabył także koniecznej swobody, poczucia gęstości rytmu i - przede wszystkim - melodyczności zdania, aby móc uwrażliwiać na ten i tamten świat tych niewielu, którzy go wówczas czytali, oraz tych licznych, którzy słuchali...
Lata spędzone w Châtillon były czasem upojnym. Nic nie zakłócało swobody zdobywania wiedzy. Żadne teoretyczne łamigłówki nie przyćmiły czystej radości człowieka pozostającego w bezpośrednim kontakcie z pięknem. Dopiero znacznie później, już jako mędrzec, Bernard będzie mówił o tych, którzy "nadużywają wiedzy", nie oddając jej całkowicie "na służbę prawdy". Na tamtym etapie nie było miejsca na sobrietas, był to okres radosnego chłonięcia. Spod pióra tego, który tyle skorzystał ze studia litterarum, nigdy nie wyjdzie pochwała głupoty.
Nadzwyczaj uzdolniony młody człowiek, który powinien był zostać rycerzem, miał się więc stać miłośnikiem słów. Przez całe życie będzie ich używał z jawną egzaltacją, wykorzystując je - całkowicie świadomie - do wyrażania czułości lub wymierzania retorycznych cięć rapierem. Prawie zawsze jednak będzie to robił w sposób nadzwyczajnie skuteczny. W tym "prawie" zawiera się jeden z najważniejszych czynników sprawczych przeorganizowania życia umysłowego w stuleciu XII.