Św. Bernard z Clairvaux - Pierre Aubé

Kup ebooka

74.00 zł
61.41 zł (62,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

ROZDZIAŁ 1

GENEALOGIE

"Bernard urodził się na zamku swojego ojca w Fontaine, w Burgundii, z rodziców dobrego pochodzenia według doczesnych kryteriów, lecz jeszcze godniejszego i szlachetnego z punktu widzenia religii chrześcijańskiej". W tych krótkich słowach mieszczą się wszystkie informacje konieczne do zrozumienia, w jakim otoczeniu miało pod koniec XI wieku przyjść na świat i się rozwijać trzecie dziecko licznej rodziny.

Fontaine, położone niespełna milę na północny zachód od Dijon, to skromny zamek z przyległościami, a także kilka rzadko porozrzucanych domów na granicy jednego z najdalszych przedłużeń Mont Affrique, w pobliżu słynnych ziem, które od Rodanu do Mozeli szczyciły się już wtedy historycznymi winnicami. Wioski Meursault, Aloze czy Vougeot dawały wówczas wino mało trącące beczką, o pięknej jasnoczerwonej barwie...

Wzgórze niezbyt imponujące, ale wystarczająco umocnione, by móc skutecznie się bronić, z którego rozciąga się szeroka panorama doliny Saony, wzniesień Jury, w najdalszej zaś perspektywie - błękitne refleksy Alp. Posiadłość, jakich wtedy było wiele; w żaden sposób nie da się jej porównać z okolicznymi wielkimi fortecami, czego Gotfryd z Auxerre nie omieszkał odnotować. Ten minus castrum posiadał podwójną obronę: odcinek fosy od strony północnej i wschodniej, czyli narażonego na ataki spłaszczenia wzgórza; wzmocniony kamulcami czy drewnianą palisadą kopiec ziemi stanowiący solidną fortyfikację. Mocna wieża - donżon - służyła rodzinie za mieszkanie i chroniła podwórze, wokół którego wybudowano rozmaite izby mieszkalne i warsztaty. Możliwe, że istniała również jakaś skromniejsza wieża po stronie północnej. Wszystko, czego potrzebuje szlachcic, by chronić swoich bliskich i pozostałych mieszkańców posiadłości. Był to więc garnizon dość skromny, ale przecież w czasach, gdy wcale nie było ich zbyt wiele. Wystarczająco jednak duży, by zawierać poważne sojusze z liczącymi się w okolicy rycerzami.

W ostatnim liście do swojego króla Bernard napisał: "Kim jestem i czym jest dom mojego ojca - quae domus patris mei - by królewski majestat kłopotał się moją śmiercią i moim życiem?". Autorem takich słów mógł być ktoś, kto wie, skąd pochodzi, i kto nigdy, ani na jotę, nie zboczył z obranej ścieżki...

Panem miejsca był Técelin, "rycerz z Châtillon" obdarzony przydomkiem "Wędzony"[1]. Termin często wówczas stosowany, na przykład w Pieśni o Rolandzie, na określenie żółci przechodzącej w brąz. Técelin z Fontaine był po prostu rudy. Wszyscy interpretowali to prawidłowo, choć i dobrodusznie, bez doszukiwania się wśród Burgundczyków przybyszów z Norwegii czy Danii... Wilhelm z Saint-Thierry opisuje go nam bardzo skąpo jako przedstawiciela "starego i prawdziwego rycerstwa, bogobojnego i przywiązanego do sprawiedliwości". Był zaufanym księcia Burgundii, urodzonym wojownikiem, gotowym do obrony ziem swoich i swojego seniora, "któremu nigdy nie towarzyszył w przegranej wojnie". Był zatem człowiekiem awansu, ale "życzliwym dla ludzi i hojnym dla biednych". Dość majętny, posiadał dom miejski w Châtillon-sur-Seine, kilka nieruchomości w okolicach Montbard, zapewne w Courcelles i Benoisey, łąkę w pobliżu zamku Grignon i kilka ujawnionych w wyniku darowizny rozproszonych działek, z których o jednej, we Fraville, w miejscu, gdzie Aujon wpada do Aube, na zachód od lasu les Dhuits, miało później być głośno.

To całkiem sporo. Wystarczy, by utrzymać swą pozycję społeczną. Ale nic więcej. Nie wiemy prawie niczego o przodkach Técelina. Późne, lecz prawdopodobne źródła przekazują, że jego matka była córką pana na Grancey-le-Château. Oznaczałoby to, że przyszły opat Clairvaux pochodził od książąt lotaryńskich, bezpośrednio spokrewnionych z Karolem Wielkim... Wiemy na pewno, że tamta ciesząca się poważaniem babka przynajmniej dwukrotnie wychodziła za mąż. Najpierw za ojca Técelina, a następnie za Fulka z Aigremont, któremu wydała na świat syna Gwidona. Fulko był blisko skoligacony z Vilainem z Aigremont, późniejszym biskupem Langres... Poza tym zwał się de Châtillon. A to nie byle co. Técelin należał do milites służących u rosnących wówczas w siłę wielmożów, od których otrzymywali w zamian lenna będące z kolei początkiem ich awansu społecznego. Rycerze z Châtillon sprzymierzali się z niektórymi najbardziej uprzywilejowanymi z rodów Burgundii, u których zaszczytem było pełnić służbę. Ród ten rozgałęział się w sposób dość osobliwy, wchodząc w koligację z rodem de Champlitte, czyli osiadłych nad brzegami rzeki Salon w hrabstwie Burgundii bastardów hrabiów Szampanii, których lenna sięgały aż okolic Langres i terenów Księstwa Burgundii.

W chwili narodzin Bernarda dwa odgałęzienia tego rodu miały przed sobą piękną przyszłość: zarówno panowie z La Roche-Vanneau, jak i ci z La Ferté dysponowali licznymi posiadłościami wokół Dijon, Châtillon i Troyes. Rodzina z La Ferté posiadała tuż obok Châtillon duże folwarki Sainte-Colombe i Étrochey, a także Bagneux-la-Fosse. Natomiast za lasem des Brosses, zmierzając w kierunku Chaource, leżały Aubepierre, Cour-l'Év?que czy wreszcie Champigny, w pobliżu ujścia Herbissonne do Aube, kilka mil na północ od Troyes. Rodzina z La Roche-Vanneau, jeszcze lepiej sytuowana, gospodarowała za Bar-sur-Aube, wzdłuż rzeki Tille, która - po spłynięciu z płaskowyżu Langres, toczy swoje wody na wschód od Dijon, by następnie wpaść do Saony... Sojusz z panami Saulx-Grancey, których ziemie leżały po sąsiedzku, zapewniał rodowi kontrolę nad wszystkimi wysokimi dolinami wzdłuż Sekwany i Saony, a także nad wszelakimi wynikającymi z tego faktu dochodami i wpływami.

Técelin nie był feudałem w pełnym tego słowa znaczeniu. Ze wszystkich tu przywołanych dysponował zapewne najmniejszym majątkiem. Nie miał jednak powodu, by wstydzić się swego pochodzenia. Zawarł ponadto niespodziewany mariaż. Była to epoka, w której ogromną rolę odgrywały "cienie przodków", Aletha zaś, żona pana z Fontaine, wywodziła się z wielkiej arystokracji. Była córką pana Bernarda z Montbard - jednego z optymatów księcia Burgundii - którego małżonka Humberge urodziła się w rodzie wsławionych rycerzy Ricey, których posiadłości sąsiadowały z terenami La Roche-Vanneau. Mawiało się także, że tamta rodzina pochodziła od dawnego księcia Burgundii, brata Hugona Kapeta... Solidnie usadowionej u ujścia Dangarge do Brenne siedziby Montbard nie należało lekceważyć. Odgrywała na tyle istotną rolę, by książęta Burgundii wybudowali tam później jeden ze swoich zamków. Wuj przyszłego opata Renard, a także jego bracia Milon i Gauteryk z Touillon zajmowali sporą część płaskowyżu doliny Armonçon, Semur-en-Auxois oraz dolinę górnej Sekwany. Na rubieżach ziemi Tonnerre rodzina posiadała wioski Fontaine-les-S?ches, Cestre, Verdonnet, Planay, Fain, Chevigny-lez-Lassois i część Montfort. Na zachód od Châtillon pobudowała prawdziwy pierścień osad obronnych: Les Riceys, Lannes, Molesme, Pouilly, Vertaut i Villedieu. Potężni kasztelani Montbardowie sprzymierzyli się z hrabiami z Bar-sur-Seine, panami na Couches, Ramerupt, Baudement oraz wicehrabiami z Beaune[2].

Dla tych pnących się w górę rodzin znaczenie miały zatem relacje. Wzajemne zobowiązania. A także potężni sąsiedzi. Burgundia, Szampania...

Od stuleci Burgundii udawało się zachować odrębność. Na początku VII wieku, razem z Austrazją i Neustrią, stanowiła ona część monarchiae trium regnorum. W wyniku podziału imperium karolińskiego frankijskie królestwo Burgundii zostało rozkrojone wzdłuż biegu Saony, przy czym hrabstwo Burgundii - region Franche-Comté - miało na długo przypaść cesarstwu.

Istniejące wokół miast Sens, Auxerre, Nevers, Autun, Mâcon i Chalon-sur-Saône księstwo przybrało nowe oblicze, gdy oddzieliło się w wieku X od Akwitanii, z którą trwało wcześniej w niepewnym związku. Wywodzący się od Karolingów Raul mógł jeszcze powiedzieć, po swojej koronacji latem 923 roku, że jest "królem Franków, Akwitanów i Burgundów". Gdy umarł, jego brat Hugon Czarny uniezależnił się w swoim "królestwie" Burgundii. Ludwik IV był ostatnim królem karolińskim, który w 946 roku postawił stopę w tym budzącym pożądanie granicznym księstwie. Nie trzeba było długo czekać, by hrabia Dijon Gilbert złożył przysięgę Hugonowi Wielkiemu. Zrobił to jednak tylko jako comes proesidium - czyli powiedzmy, że "arcyhrabia"... - i na bardzo krótko, gdyż tytuł "księcia" przysługiwał wówczas tylko Robertynom. Po śmierci Gilberta, w 956 roku, Burgundia wpadła - w sposób zupełnie naturalny - do koszyka awansującej rodziny.

Śmierć Hugona Wielkiego, która nastąpiła 16 czerwca tego samego roku, była "prawdziwą cezurą w historii królestwa", jak słusznie podkreślił Karl Ferdinand Werner. Jeżeli chodzi o los jego dzieci, to znana nam jest przyszłość Hugona Kapeta. Niepełnoletniemu jeszcze wówczas młodszemu synowi Henrykowi miało później przypaść to księstwo. Wcale nie postrzegano tego jako rzeczy nieznaczącej. Kiedy wywodząca się z bardzo potężnej rodziny z Mâcon Gerberga owdowiała po królu Włoch, Adalbercie z Ivrei, bez żalu zamieniła przy okazji kolejnego małżeństwa z Henrykiem z Burgundii w 972 roku tytuł królowej na godność księżnej...

Nie mieli dzieci, toteż po śmierci księcia, 15 października 1102 roku, dziedzictwo miało przypaść panującemu od sześciu lat królowi Francji Robertowi Pobożnemu. Tymczasem jednak syn Gerbergi, hrabia Burgundczyków z drugiej strony Saony, położył rękę na zachodnich ziemiach burgundzkich, przyłączając je bez skrupułów do swojego władztwa. Ten Otton Wilhelm był pod każdym względem nadzwyczajną postacią, ambitną i przemyślną. W jego żyłach płynęła krew Karola Wielkiego, spuściznę doprowadził do świetności dzięki małżeństwu z córką potężnego w Szampanii Renalda z Roucy, a następnie mnożył sojusze z hrabiami Chalon i Nevers. Przede wszystkim jednak potrafił zapewnić sobie niezawodne wsparcie wewnątrz Kościoła. Wystarczy wspomnieć, że był obrońcą opactwa św. Benigna w Dijon. Kierował nim wówczas Wilhelm z Volpiano, syn chrzestny cesarzowej Adelajdy, wybitny reformator, który następnie miał objąć opactwo św. Trójcy w Fécamp. Wierny był mu również Brunon, biskup Langres, o którym jeszcze będzie mowa.

Ta polityka faktów dokonanych odniosła sukces. Poza biskupem Auxerre Hugonem z Chalon, wszyscy wielmoże byli posłuszni Ottonowi Wilhelmowi. Tak twierdzi Rudolf Glaber i dodaje, że "był cudzoziemcem, co jednak nie przeszkodziło mu stać się bogatszym i lepiej uzbrojonym niż ktokolwiek z jego rodaków"... Robert Pobożny miał odbyć wiele kampanii i uzyskać wsparcie hrabiego Rouen Ryszarda II (wtedy już zaczynało się mówić "hrabia Normandii"), by zostać przywróconym w swych prawach, których nie musiał już dzielić z nikim, zarządzając troskliwie księstwem wraz z arystokracją burgundzką.

Po śmierci Roberta w 1031 roku, następcą na czele regnum został jego syn Henryk, który z wielką niecierpliwością wyczekiwał wstąpienia na tron. Niewiele brakowało, by stracił wszystko, gdyż Normandia, Flandria i Andegawenia wolały jego młodszego brata. Mimo niewielkich uzdolnień Henrykowi udało się zachować to, co najcenniejsze, jednak utracił bezpośrednią kontrolę nad Burgundią na rzecz swojego rywala. Robert dał początek dynastii, która miała sprawować władzę nad księstwem nieprzerwanie przez trzysta trzydzieści lat. Nie wspominając o kilku bocznych odgałęzieniach. Wnuczek księcia Roberta poślubił pewną kastylijską księżniczkę krwi i został w ten sposób ojcem pierwszego króla Portugalii, co również nie jest bez znaczenia dla naszej historii.

Burgundia już wtedy była potęgą. W pierwszej ćwierci XI wieku księciem był Odo I, młodszy wnuk Roberta Burgundzkiego, którego dość długie panowanie było ściśle związane z narodzinami reguły cysterskiej. W jego otoczeniu, "wśród wielu innych", znajdował się także Técelin z Fontaine. Geoffroy z Auxerre uznał go za "wybijającą się znakomitość". W rzeczywistości odegrał skromną rolę. Natomiast jego rodzina od strony matki, Saulx-Grancey, okazywała bezwarunkową wierność domowi burgundzkiemu i stanowiła główny czynnik ekspansji księstwa w kierunku Szampanii.

Szampania...

Ten obszar Franciae occidentalis, równie istotny (a w momencie podziału władzy pewnie istotniejszy) i o nieco tylko mniej skomplikowanej historii, dostał się w X wieku w ręce rodziny Vermandois, wywodzącej się ze starego pnia karolińskiego. Na powolnej zmianie dynastycznej skorzystali, podobnie jak w Burgundii, poszukujący niezależności nowi "hrabiowie". Podstępny i nienasycony Herbert II szczęśliwie wsparł wysiłki króla Raula w Burgundii, ten zaś pozostawił mu wolną rękę na prawym brzegu Sekwany i dużo dalej, gdzie "kapitalizował" na korzyść swoich bliskich grunty rolne i beneficja kościelne.

Po śmierci Raula Hugon Wielki - którego siostra Adela była żoną Herberta - lepiej niż ktokolwiek inny zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, toteż sprzyjał czasami przedsięwzięciom skierowanym przeciwko wciąż równie podstępnemu hrabiemu z Vermandois. Gdy umarł w lutym 943 roku, jego synowie zajęli miejsca tradycyjnie przysługujące rodzinie. Rozszerzyli także sieć sojuszy. Albert poślubił Gerbergę, córkę księcia Lotaryngii i Gerbergi saskiej, później żony Ludwika IV. Był to początek całej serii mariaży.

Najbardziej spektakularnym stał się z pewnością ślub jednej z córek Herberta II. Luitgarda, wdowa po księciu Normandii Wilhelmie Długim Mieczu - zdradziecko zamordowanym, na dwa miesiące przed śmiercią własnego ojca - poślubiła hrabiego Blois Teobalda I, którego miano nazywać Oszustem. To wydarzenie, wraz z kilkoma innymi, podminowało geografię polityczną średniowiecznej Francji.

Teobald mógł się pochwalić świetnym pochodzeniem. Jego francusko-burgundzka rodzina spokrewniona była z królem Włoch, Hugonem z Arles. Na samym początku X wieku ojciec Teobalda zamieszkał nad Loarą i mianował się wicehrabią Tours, a następnie Blois. Sam Teobald - bez głosów sprzeciwu - przybrał tytuł hrabiego, po czym rozszerzył swoją władzę na Chartres i Châteaudun. Ten szampański mariaż otworzył przed nim zupełnie nowe możliwości. Teobald nie spoczął w dodatku na laurach. Wydał swoją siostrę najpierw za księcia Bretanii, Alana II, który - przed śmiercią w 952 roku - powierzył jej opiekę nad synem Drogonem, a następnie za hrabiego Fulka II Andegaweńskiego. Za pośrednictwem bratanka przejąć miał kontrolę nad Bretanią.

Nietrudno zgadnąć, że potęga ta budziła niepokój. Zarówno w Andegawenii, jak i Normandii trwano w gotowości, zwłaszcza że hrabia Blois próbował najechać latem 962 roku Normandię, która była sprawdzonym sojusznikiem Hugona Wielkiego. Zauważono, że Teobald bywał również na dworze króla Lotara. "Niezależnie od personaliów, wrogość i nieufność między Robertynami-Kapetyngami a domem z Blois pozostanie stałym elementem życia politycznego"...

Upojony swą potęgą Teobald zaczął budować co niemiara, otwarcie lekceważąc fakt, że fortyfikowanie należało do regaliów. To jemu zawdzięcza się pierwsze turres altae, czyli warowne donżony, takie jak w Chartres, Blois, Saumur, Chinon, Châteaudun, które takie wrażenie robiły na współczesnych. Nie trzeba więcej argumentów na potwierdzenie tezy, że posuwano się wówczas do lekceważenia wszelkich tradycyjnych zobowiązań wasalnych, gdy chodziło o zapewnienie porządku u siebie. Kiedy Odo I odziedziczył po swoim ojcu wszystkie jego tytuły, starał się - bez trwałego sukcesu - sięgnąć po tytuł margrabiego.

Na pewno też jego kuzyn Herbert III, przywódca rodu z Vermandois, podejmował analogiczne próby. Przybrał tytuł comes Francorum, nie spotykając się ze sprzeciwem żadnego króla karolińskiego. W dokumencie z 980 roku Lotar dodał mu nawet jeszcze godność "komesa pałacowego". Hrabia Blois nie mógł nawet przypuszczać, że jego rodzina dorobi się podobnego tytułu w tak niedługim czasie. Przymierza połączone z nienawiścią do tego, co kapetyńskie, były solidnym spoiwem. Można było oglądać, jak Odo II z Blois, "gorąca głowa" tamtej epoki, przejmuje zbrojnie hrabstwo Szampanii w 1023 roku, by stworzyć jednolity organizm, zdolny do wzięcia w kleszcze kruchej jeszcze wówczas władzy królewskiej.

Po śmierci Odona unia Szampanii i hrabstwa Blois pogrążyła się w osobliwym nieco konflikcie o sukcesję, by jednocześnie wypruwać sobie flaki wewnątrz samej rodziny o panowanie nad Meaux, Troyes czy Provins. Szampania cieszyła się poważnym prestiżem. Rodziny Champlitte i La Ferté czekała świetlana przyszłość. Josbert Rudy (czy aby na pewno należał do tej rodziny?), który poślubił Łucję, córkę i spadkobierczynię Tybalda z Beaune, miał zostać wicehrabią Dijon, a następnie seneszalem hrabiego Hugona z Szampanii. Jego bracia Renier i Hugo Gotfryd również mieli otrzymać liczące się tytuły, ten pierwszy pana na Sainte-Colombe, natomiast drugi - seneszala książąt Burgundii.

Uwidoczniła się silna tendencja, w ramach której rodziny rycerskie wspierały wysiłki panów na zamkach, by przejąć kontrolę nad jak największą strefą działania między Sekwaną a Aude. Sojusze Montbardów, Saulx-Grancey, Châtillonów, La Roche-Vanneau czy La Ferté sprowokowały sprzymierzanie się ich przeciwników. Trzeba będzie poczekać stulecie, by unia między Blois a Szampanią znowu stała się aktualna wśród chaosu i pożogi. Aktorem tych działań będzie wówczas - w znacznie większej mierze, niżby sobie tego życzył - najsłynniejszy z potomków tych rodów, które pod sam koniec XI wieku zaczną się ze sobą celowo stapiać.

Bernard z Montbard miał pięciu synów, z których czterech przeżyło: Rainarda, Gauderyka, Milona i Andrzeja. Ten ostatni przejął imię po zmarłym starszym bracie. Bernard miał także dwie córki, w tym Alethę, inteligentną dziewczynkę, której ojciec chciał zapewnić szerokie wykształcenie "z zamiarem oddania jej do klasztoru". Z niewiadomych powodów sytuacja zmieniła się jednak, gdy Aletha miała mniej więcej piętnaście lat: "O jej rękę poprosił pan Técelin z zamku Fontaine, człowiek dobry i szlachetny. Skoro ojciec nie miał żadnych szczególnych powodów, by odmówić - wyraził zgodę".

"Małżeństwo z miłości" - można by powiedzieć na tę nagłą odmianę. To nawet adekwatne określenie, jeżeli weźmie się pod uwagę ewolucję semantyczną. A zwłaszcza - przemianę mentalnościową. Związek ten wydaje się całkowicie zgodny z praktykami ówczesnej arystokracji, która łączy się ze sobą na bazie wspólnych interesów. A piętnaście lat to w tamtej epoce wcale nie tak młody wiek. Biorąc pod uwagę jakość progenitury, można zaryzykować stwierdzenie, że związek był szczęśliwy. I nic więcej. Zawsze znajdą się malkontenci wątpiący w to, że małżeństwo, którego całe potomstwo - synowie i córka - będzie żyło w stanie bezżennym - stanowi budujący przykład.

Jak było wtedy przyjęte, sporządzono do przesady pochlebny portret tej młodej damy, "jedynej w swoim rodzaju pod względem cnót, strzegącej swojej własności, troszczącej się o biednych, chorych, opuszczonych, pomagającej im - jeśli trzeba - z własnych środków". Żona doskonała, która wzbogaca wkrótce dom rodzinny o dwóch pierwszych synów, Gwidona i Gerarda. Później pojawia się córka Hombelina. A potem trzech innych chłopców: Andrzej, Bartłomiej i Niward. Los ich wszystkich bez wyjątku naznaczy trzecie dziecko w rodzinie.

Nikt by nam nie uwierzył, gdybyśmy zapewnili, że narodziny te nastąpiły pod auspicjami wróżb, które muszą wydawać się nieskończenie podejrzanymi z naszej pełnej obiektywizmu perspektywy. Powiedzmy tylko, że brzemienna Aletha miała dość niepokojący sen: "Mały, całkiem biały pies z rudymi plamami na grzbiecie szczekał w jej żołądku". Przerażona, pędem udała się po radę do zakonnika, który natychmiast przypomniał sobie cytat z Pisma Świętego i pocieszył kobietę: "Nie lękaj się. To dobra wróżba. Zostaniesz matką wspaniałego pieska, który będzie trzymał wartę przed domem Boga. Będzie bardzo szczekał na wrogów wiary. Stanie się wyjątkowym kaznodzieją i tak jak pies liże rany, tak on będzie uzdrawiał dusze".

Quod et factum est. I tak się stało... Wilhelm z Saint-Thierry przytacza te fakty dość zdawkowo. Bardziej wylewny był Gotfryd z Auxerre w kazaniu wygłoszonym w sierpniu 1154 roku, gdzie objaśniał złożony sens tego "wyboru" oraz rozwodził się nad wspomnianymi rudymi plamami. Temu uczonemu w piśmie człowiekowi wygodnie było ćwiczyć swoje umiejętności retoryczne wokół kilku wersów Pieśni nad Pieśniami:

Mój śnieżnobiały i rumiany,

znakomity spośród tysięcy,

Głowa jego najczystsze złoto [...].

Tamte czasy, po macoszemu traktujące tyle spraw, do których my desperacko się przywiązujemy, przydawały snom niezrozumiałą już dla nas - którzy dotarliśmy do brzegów antropologii i psychologii głębi - wagę. W pewnych okresach zwykło się traktować tę "prymitywną" mentalność z wyższością, Pozytywizm całkowicie ją odrzucał. Później sporządzono typologię tematów powracających w literaturze mistycznej i próbowano dokonać swoistej anamnezy wokół takich tekstów, jak chociażby glosa papieża Grzegorza Wielkiego poświęconej innemu znanemu fragmentowi Pieśni nad Pieśniami:

Schwytajcie nam lisy,

małe lisy,

co pustoszą winnice,

bo w kwieciu są winnice nasze.

"Winnica to Kościół. Lisy to heretycy, stróżujące psy zaś są kaznodziejami". Interpretacja tym bardziej prawdopodobna, że sam Bernard z Clairvaux w sposób nieuchronny w ten obraz się wpisywał. Jeżeli tylko sierść psa przypominała habit cysterski, to "zwierzę ideologiczne", jakim był człowiek średniowieczny, dysponowało już niewyczerpanym motywem... Ponieważ każdy uważa własną interpretację za najlepszą, należy z pokorą przyznać się do swoich ograniczeń i stwierdzić za kilkoma trzeźwymi geniuszami, że "nie są to rzeczy, które należałoby badać i weryfikować bez końca". Z istnienia tych nieuchwytnych kwestii mogą sobie zdać sprawę - w chwilach, gdy ich umysły nie chcą się za wszelką cenę rozczarować - ci, których nieświadomość otwarta jest na poznanie poetyckie: Fernando Pessoa, Gaston Bachelard, Henri Michaux, Michel Leiris i kilku innych na tyle odważnych, by się nie cofać na widok śladów tajemniczych wyobrażeń, tych "zapamiętanych snów, które przynajmniej nie gniją"...

Jak podają dość późne przekazy, dziecko przyszło na świat na zamku Fontaine w 1091 roku, "gdzieś między końcem kwietnia a początkiem sierpnia"[3] w niższej sali wieży głównej. Prawdopodobnie dość szybko ochrzczono je w kościele parafialnym Saint-Martin-des-Champs, na wschód od zamku, między Pouilly a Dijon. Wobec Boga i wobec ludzi Aletha nadała mu imię swojego ojca, Bernard.

Dziecko dość szybko zdało sobie sprawę ze swojego uprzywilejowanego pochodzenia. Zgodnie z naturą rzeczy miało mu ono pomagać, a czasami przesądzać o jego losie. Ojciec z Clairvaux nigdy o nim nie wspominał. Ale też nigdy nie zapomniał.

?

ROZDZIAŁ 2

WYCHOWANIE ARYSTOKRATY

Trzeba od razu podkreślić, że zgodnie z przekazami wszystkich najważniejszych źródeł, przyszłość Bernarda, trzeciego syn pana z Fontaine, "kochanego bardziej niż wszyscy inni", była z góry jasno określona. Jego matka "nie ograniczyła się do ofiarowania go Bogu, jak w przypadku pozostałego potomstwa. [...] Zrobiła to w tej świątyni, w której miał całe życie służyć. Osobiście zatem uczyniła Kościołowi Bożemu miły prezent". Fakty te pozostają na wysokim poziomie ogólności.

O dzieciństwie Bernarda mówić jest równie trudno jak w odniesieniu do każdej innej osoby w tamtym czasie. Zachowało się jednak mnóstwo tekstów, które - choć wydają się cechować wprowadzającą w błąd poprawnością - to jednak pochodzą od osób kompetentnych, które zebrały imponującą masę świadectw nie tylko od braci i sióstr Bernarda, lecz także u jego ojca.

Ojciec nie poświęcał zbyt wiele czasu swoim dzieciom, gdyż bardzo skrupulatnie wypełniał zadania wynikające z jego pochodzenia i zawartych przymierzy. Wilhelm z Saint-Thierry, stary przyjaciel Bernarda, który zastępuje tu Gotfryda z Auxerre, przekazuje nam, że "nie zaniedbywał tego, co należało się Panu Bogu". Rzecz, która wydaje się oczywista. "Bogaty w dobra", nawet jeżeli w istocie bardzo skromne, poświęcał się pracy na swoich ziemiach i był oddany ludziom na nich pracującym. Był również rycerzem - miles - dopuszczonym do rady swojego suzerena, księcia Burgundii Odona I, a potem jego następcy Hugona II, któremu przychodził z pomocą wojskową w miarę swoich możliwości. Jak już wspomniano, bardziej rozmowny Gotfryd z Auxerre dodaje, że pomagał skutecznie. Wraz z innymi osobami równej rangi koasygnował kilka aktów donacyjnych wydanych przez kancelarię księcia. Był to człowiek odpowiedzialny, dumny ze swojego pochodzenia i całkowicie uczciwy.

Técelin zdolny był także do wybuchów gniewu. Jan Pustelnik, mianowany przeorem Clairvaux niedługo po śmierci założyciela, w napisanym dość późno, nierównym, czasami fantastycznym, ale czasami dość rzetelnym Żywocie, przywołuje pewien fakt dużo mówiący o charakterze ojca św. Bernarda. Gdy pewnego razu doszło do kłótni, "jednej z tych, które często zdarzają się w trakcie codziennych kontaktów", panu z Fontaine przyszło stawić czoło sąsiadowi "stojącemu znacznie niżej pod względem urodzenia i wiele uboższemu". Ogarnięty wściekłością zażądał pojedynku, nie czekając na arbitraż. Ustalono godzinę oraz okoliczności walki. Ów człowiek jednak, "żyjący w lęku przed Bogiem i jego wyrokami" powoli uświadamiał sobie, że jego zwycięstwo jest pewne w starciu z kimś słabszym. Położył wtedy kres sporowi, ustępując "bez żadnych dyskusji" w jego przedmiocie.

Tyle wystarczy, by scharakteryzować ojca. Matce kronikarze poświęcają wiele uwagi: niezliczeni komentatorzy rozwodzili się obficie na temat stosunku opata Clairvaux do kobiet i do Matki Boskiej. Aletha pełna jest oczywiście najwspanialszych zalet. Sam Jan Pustelnik, chętnie uderzający w liryczne tony, i tym razem nie szczędzi pochwał: O beatus venter! O beata ubera! Szybko jednak zdaje sobie sprawę, że przesada może być niebezpieczna, i wyjaśnia, iż nadmiar gloryfikacji ma tylko podkreślać jego opowiadanie. Pozostają dość oczywiste banały: zadziwiająca płodność tej kobiety, duża liczba dzieci, które przeżyły, jak również dobrze udokumentowany fakt, że sama je karmiła, co absolutnie nie było wtedy zwyczajem, zwłaszcza wśród arystokracji. Tego typu rzeczy często pisze się o matkach, które przyszłość miała nagrodzić.

Wszystko to jednak nie ma, prawdę mówiąc, zbyt wielkiego znaczenia. Poza wspomnianymi zaletami charakteru, połączonymi z pewną koncepcją prowadzenia domu, Aletha miała też ustalone poglądy na sposób, w jaki wychowuje się niezwykłych ludzi. "Działając najwyraźniej z boskiej inspiracji, nie przygotowywała swoich dzieci do spraw doczesnych, lecz do życia religijnego - non seculo sed religioni". Tak zapewne było, ale też coś więcej, skoro "dołożyła starań, by wychowywane były bez pobłażania, nawet w sposób twardy, aby stały się mężne, a zwłaszcza by nie uległy zniewieścieniu wskutek nadmiaru wygód". Z oczywistych powodów, mających związek z przyszłością i prestiżem rodu, jak również wymaganiami wpajanymi Aletcie od urodzenia, braci Bernarda wychowywano do noszenia broni. Nie ma jednak ani jednej wzmianki, z której wynikałoby, że dla niego samego przewidywano chociaż przez chwilę takiż los. Rzecz w tamtych środowiskach całkowicie niebywała.

O pierwszych latach życia Bernarda nie wiemy nic ponadto. Łatwo jednak podejrzewać, że musiał od najmłodszych lat cieszyć się ogromną uwagą. Nie był to fakt bez znaczenia w świecie, w którym chłopcy spędzają wczesne dzieciństwo wyłącznie u boku kobiet. Zwłaszcza że, jak się często podkreśla, "powołanie zakonne przyszłego świętego prawie bez wyjątku przypisuje się wpływom matki". W tym szczególnym wypadku stwierdzenie to jest zapewne znacznie bardziej prawdziwe niż w wielu innych. Poza wczesną edukacją religijną, będącą wówczas elementem każdej edukacji, rodzeństwo korzystało zapewne z rudymentarnych nauk, jakich mogła udzielać sama, starannie przecież wykształcona, matka. Także miejsce Bernarda w rodzinie - w otoczeniu dwóch starszych braci, jednej młodszej siostry i trzech kolejnych braci - musiało być dla niego ważnym doświadczeniem formacyjnym.

Jako infantulus, do ukończenia siódmego roku życia, przebywał Bernard pod wyłączną opieką matki. Następnie przyszedł czas, by oddać chłopca w ręce mężczyzn. Gwidon i Gerard już się znajdowali pod pieczą ojca, u którego mieli się uczyć sztuki wojennej. Bernard został zwolniony z tego obowiązku, lecz nie mamy całkowitej pewności co do powodów, które przesądziły o jego nieprzydatności. Częściej niż słabe zdrowie przywołuje się jego wczesne powołanie duchowne, które - korespondując z nadziejami matki - jasno wytyczało mu dalszą drogę. Wobec powyższego Bernard miał pobierać nauki właściwe dla jego przyszłego stanu.

Tak wytrawny specjalista jak Pierre Riché znakomicie udowodnił, że pragnienie uzyskania wykształcenia nie musiało być całkowicie obce drobnoszlacheckiej rodzinie przełomu XI i XII wieku. To wtedy przecież opat nadreńskiego Limburga przypominał młodym arystokratom, że "wykształcenie wcale nie szkodzi tym, którzy chcą się poświęcić karierze wojskowej". Przyszły biskup Lincolnu, Hugon z Avallonu, kształcił się, wraz z innymi dziećmi szlacheckimi, w opactwie Villard-Benoît. Czasami preceptor zastępował matkę w przekazywaniu podstawowych wiadomości. To przypadek młodego Wiberta z Nogent. Niejaki Filip z Harvengt, opat od kanoników regularnych, pisał do hrabiego Flandrii: "Wykształcenie nie jest wyłącznie przywilejem duchownych, ma je wielu świeckich. Można wtedy z dala od zgiełku i spraw wojennych sięgnąć po książkę i przejrzeć się w niej jak w lustrze...". To, że niektórzy arystokraci mieli ochotę i środki, by zapewnić swojemu potomstwu dość gruntowne wykształcenie, nie zmienia bardzo ograniczonego zasięgu tego zjawiska. W rodzinie pana z Fontaine tendencje nie szły zresztą w tym kierunku. Bernard bez skrupułów nazwał jednego ze swoich braci, Andrzeja, analfabetą.

Istniała wielka pokusa, by trzeci syn Técelina i Alethy stał się jednym z tych "oblatów", którzy wówczas zaludniali wielkie i małe opactwa, a których najsłynniejszym przedstawicielem był dziesięć lat starszy od Bernarda Suger. Kościół nie wszędzie jeszcze położył kres zwyczajowi pozbywania się młodszych dzieci poprzez umieszczanie ich w opactwach. Większość z nich zapewne się tam odnalazła, powiększając jednocześnie zastępy wątpliwych powołań. "Ofiarowany" przez swoją matkę tuż po urodzeniu, w warunkach, o których już pisaliśmy, Bernard wydaje się należeć właśnie do tej kategorii. A jednak było zupełnie inaczej. Nie chodziło tu też o żadne arystokratyczne przesądy. Przyszły Ludwik VI pobierał "strawę duchową" w szkole w Estrée, gdzie uczyli się również oblaci z opactwa Saint-Denis. Pobliskie opactwo św. Benigna przyjmowało jeszcze wówczas oblatów. Kluniackie nie przestawało przygarniać mas tych innutriti. Robert z Châtillon, jeden z kuzynów Bernarda, miał zostać "ofiarowany" wielkiemu opactwu burgundzkiemu, a następnie wywołać ogromny spór ideologiczny... Tendencja ulegała jednak odwróceniu.

Dla Bernarda chciano jednak czegoś innego. Jeszcze jako małe dziecko - a parvulo, zapewne około roku 1098, a może jeszcze wcześniej - opuścił Fontaine, by uczyć się w szkołach Châtillon-sur-Seine. To było dość duże miasto, o niewątpliwym znaczeniu strategicznym, na granicy księstwa Burgundii i hrabstwa Szampanii. Zostało podzielone - w sposób dość nieprecyzyjny - między księcia a biskupa Langres. Wydaje się prawdopodobnym, że znacznie ważniejszy prawy brzeg znajdował się w gestii biskupa, podczas gdy część lewego brzegu pozostawała pod władzą Odona I. Udawało się chyba utrzymać harmonię w tej delikatnej sytuacji: tamtejsza szlachta znana była z brawury i zwłaszcza "ze swojej wierności zobowiązaniom".

Klasztor kanoników regularnych Notre-Dame-du-Château ma trójkątną fasadę wychodzącą na ulicę. Na tych kanoników mówi się chętnie, że są "od świętego Werola", bo tak się zwał patron kościoła, od którego zależał kapitularz kolegialny fortecy biskupiej, cudu nowego stylu zbudowanego ledwie stulecie wcześniej. Proste zarysy twierdzy, wraz z rzadko zadrzewionym dziedzińcem, wciąż jeszcze stanowią dominantę miejskich dachów, Sekwany i wspartego na dwóch łukach mostu. Bernard poznał ją i pokochał, spędził wiele czasu w kościelnym transepcie uwieńczonym identycznymi kaplicami, które będą typowe dla planu cysterskiego.

Pod koniec tamtego stulecia szkoła kanoników od św. Werola cieszyła się dużym prestiżem. Wywodziła się ze szkoły biskupiej w Langres i otworzyła swe podwoje w epoce renesansu karolińskiego. Brunon z Roucy, którego ciężar polityczny okazywał się nieraz decydujący, należał do grona uczniów Herberta z Aurillac, gdy ten był przełożonym szkoły w Reims. Gdy w 981 roku Brunon został biskupem Langres, zachował wierność wobec swojego znakomitego mistrza, jednego z najsubtelniejszych umysłów swoich czasów, który jako Sylwester II miał stać się papieżem "roku tysięcznego". Aż do śmierci w 1016 roku Bruno zawsze dbał o poziom nauczania w szkołach swojej rozległej diecezji. Zgadzano się, że ta była najlepsza.

To właśnie znakomita reputacja - wybór mógł przecież paść na położoną w tej samej diecezji szkołę św. Benigna w Dijon, dwa kroki od murów Fontaine... - była jednym z motywów decyzji Alethy. Ale nie jedynym. Nad brzegami Sekwany dziecko pozostawało u siebie. Wywodziło się przecież z rodu Châtillon. Wiemy, że jego ojciec posiadał dom w mieście[1]. Rzecz raczej niewątpliwa, że Bernard, pobierając nauki u kanoników od św. Werola, nigdy nie zaznał ograniczeń nakładanych na oblatów. Jako uczeń wciąż prawdopodobnie cieszył się rodzinnym ciepłem. Rodzina powiększyła się wówczas o córkę i trzech kolejnych chłopców, którzy stanowili emocjonalne otoczenie młodego adepta wiedzy. Obecność wyrafinowanych, jak wszystko na to wskazuje, kobiet miała swoje znaczenie dla tego charakteru, który - mimo swego stanu i szorstkiego temperamentu - nie popadł w prostacką mizoginię, tak typową dla duchownych tamtej epoki, w tym jego biografów.

Dzieciństwo Bernarda znane nam jest tylko w najogólniejszych zarysach. Te kontury jednak wydają się w zasadzie wystarczające. Złotorude włosy. Proporcjonalne ciało. Przyjemna twarz. Żywa inteligencja. Krótko mówiąc, "obiecujący typ", w którym wyczuwa się już pewne zaczątki geniuszu.

Tym, co jednak uderza już na wstępie - jak notuje dobrze poinformowany Wilhelm z Saint-Thierry - jest niewątpliwa rezerwa, gorące pragnienie "spokojnego pozostawania u siebie" i unikania obcych miejsc. Mówiąc otwarcie, chodzi o "niewiarygodną i trudną do pojęcia" nieśmiałość: verecundia. Nieśmiałość dręczącą, przygważdżającą do miejsca, powstrzymującą od mówienia w czyjejś obecności lub bycia przedstawianym ludziom nieznajomym. Rodzaj toczącego duszę chorobliwego strachu. Głuchy niepokój wobec banalnych niepewności, jakie przynosi codzienność. Wszystko, co stawia go wobec nieznanego, Bernard przeżywa jako wielką traumę, rodzaj moralnego gwałtu, od którego - jak poświadcza wiarygodny świadek, bo jego sekretarz Gotfryd z Auxerre - milsza byłaby mu śmierć.

Nie ma tu miejsca na rozwlekłe interpretacje i pośmiertne analizy tej cechy charakteru, na pierwszy rzut oka rzeczywiście zaskakującej, jeżeli zna się dalszy życiorys Bernarda..., a ponadto dobrze udokumentowanej, o której jednak źródła nie rozwodzą się dłużej, niż jest to konieczne. Chodziło mianowicie o podkreślenie wysiłków kanoników od św. Werola, którzy pokusili się o dokonanie niemożliwego - czasami posługując się szokującymi argumentami, nad którymi Bernard będzie ubolewał... - by zwalczyć w nim tę wadę. Bez większych sukcesów. Sam Gotfryd z Auxerre podkreśla, że nigdy nie mógł się pozbyć tego, co tkwiło w nim od dzieciństwa - innata ei a puero - i co miało go dręczyć "aż do kresu dni". Dało się już przeczuć u niego to, co następnie ujawni się jako ucieczka w głąb siebie, obawa przed pewnymi nie do końca określonymi niebezpieczeństwami czy też bolesne rozpamiętywanie klęsk. I jako naturalna konsekwencja, rodzaj reakcji przeciwko temu wewnętrznemu chłodowi, pojawiały się napady gorączkowego entuzjazmu, gwałtowne wybuchy, które miały wstrząsnąć jego epoką, skłonność do narzucania innym - nie przebierając w środkach - tego, co uznawał za prawdy ostateczne. Wszystko to razem czyni z natury skłonnej do skrajności "wielkiego świętego, z którym [...] nie zawsze łatwo było żyć w tej samej epoce".

Skrajnie nerwowy temperament i nadwrażliwość, pozostające w ścisłej harmonii ze światem nasyconym obrazami, wydają się wyjaśniać te nagłe objawienia przedwczesnego i przewyższającego nas geniuszu.

Oto wydarzenie, które w kilku słowach streścił Gotfryd z Auxerre. Bernard przebywał "w domu swego ojca" w Châtillon. Była to noc wigilijna. Dziecko spało. Nagle ukazała mu się "rodząca Matka Boska oraz wychodzące z jej wnętrza Dziecię-Słowo". To wszystko. Przejęty tą wizją Wilhelm z Saint-Thierry nadał jej odpowiedni rozgłos. Jednocześnie zmyślił dla niej pewną otoczkę fabularną i zaopatrzył w natychmiastową egzegezę. "Jak to jest we zwyczaju, wszyscy przygotowywali się" do śpiewana jutrzni w kościele św. Werola, gdzie Bernard przebywał z bliskimi. Ponieważ oczekiwanie na nocną liturgię dłużyło mu się, opuścił głowę i "przysnął. Dziecku natychmiast ukazał się obraz Bożego Narodzenia, wzmacniając jego delikatną jeszcze wiarę i - po raz pierwszy - umożliwiając mu religijną kontemplację. Święty Józef ukazał mu się ponownie, tak jakby wstawał z łoża. Zobaczył Dziecię-Słowo, jakby rodzące się na jego oczach z ciała Dziewicy Maryi, w postaci piękniejszej niż ta, jaką może dać ludzkie ciało, przywłaszczające duszę [in se rapiens... affectus] świętego dziecka już po ukończeniu przezeń wieku dziecięcego".

Przekaz Gotfryda z Auxerre, pomijając to kluczowe wydarzenie, informuje, że gdy wybiła godzina jutrzni, Aletha "obudziła [dziecko] i podała mu ubranie, które zawsze nosiło, śpiewając w chórze. Jak zwykle, do kościoła udali się razem". Dodaje jednak: "[Bernard] miał zwyczaj mówić o tej wizji, że Pan ukazał mu się już w godzinie swoich narodzin". Biograf ów, który w tej sprawie z całą pewnością wysłuchał zwierzeń samego Bernarda, nie napisał ani słowa o wizji z rudym psem. Umieścił ją we Fragmentach przygotowawczych do jego Żywota, chcąc zapewne wyjaśnić pewnego dnia jej duchowy sens. Fragmenty zawierają pewną liczbę opowieści hagiograficznych, które sam Gotfryd uważał za podejrzane, ale które chętnie wykorzystali jego następcy. Pozostało jednak to dicere ipse solebat: "Jak miał zwyczaj mawiać".

Arcybiskup Genui Jakub z Voragine, który miał w następnym stuleciu przygotowywać swoją bardzo następnie popularną Złotą legendę, korzystał również z tych źródeł i znał dalszy bieg wydarzeń. Dodał, co następuje: "Od tamtego czasu posiadał nadzwyczajną wiedzę o wszystkim, co łączy się z Bożym Narodzeniem. Mógł dzięki temu przemawiać lepiej niż ktokolwiek inny o Dziewicy Maryi i Dziecięciu, a także tłumaczyć opowieść ewangeliczną o Zwiastowaniu". Z dowodami w ręku możemy to tylko potwierdzić.

Na tym jednak nie koniec. Na kanwie tej wizji utkano bardzo szybko, zapewne w pobliżu chlubiącego się tym wydarzeniem Châtillon-sur-Seine, legendę o karmieniu piersią św. Bernarda. W kościele św. Werola znajdował się "pewien bardzo stary, wykonany w niepamiętnych czasach wizerunek błogosławionej Dziewicy Maryi [...], która w cudowny sposób ukazała swojego syna" Bernardowi. Następnie "ręka wizerunku podniosła rękę do swojej piersi i wycisnęła trzy krople swojego mleka w otwarte usta" tego dziecka, które nazywano potem "wiernym pokłonnikiem Dziewicy Maryi i publicznym Wyznawcą jej syna oraz jego doktryny, Wyznawcą Niebiańskich Zastępów i dziewiczym miłośnikiem Maryi Matki Boga". To również jakiś dowód, choć wzmianki o karmieniu piersią nie można odnaleźć w żadnym Żywocie ani podobnym tekście. Scena ta jest za to dobrze potwierdzona w ikonografii od końca XIII wieku i - wzorem kilku innych - stała się nieodłącznym atrybutem tego świętego, nabierając przy okazji siły mistycznego oddziaływania, która jest immanentną częścią aury tej sugestywnej postaci. Doczekała się również kilku godnych uwagi dzieł sztuki, takich jak chociażby nastawa ołtarzowa namalowana około roku 1290 przez mistrza z Palmy na Majorce albo ołtarz św. Ildefonsa z katedry El Burgo de Osma w kastylijskiej prowincji Soria. Później miał nadejść czas, gdy będzie się przedstawiało Bernarda odwracającego się od ran Jezusa, by napić się mleka jego matki. Na początku XIII wieku Adam z Perseigne był jeszcze bardziej dosłowny: "Dołączmy do Jezusa w chwili, gdy ssie pierś, aby sprawdzić, czy nie moglibyśmy wypić kilku kropel tak słodkiego mleka"...

Trzeba jednak przy tej okazji przypomnieć, w jak ścisłym związku z sacrum pozostawało społeczeństwo średniowieczne, do jakiego stopnia ingerencję sił boskich uważano za naturalną, jak bardzo pozornie dosadny język przemawiał do zmysłów. Ciało kobiece niezwykle chętnie identyfikowano z pożywieniem. Współczesnego historyka, myślącego głównie w kategorii "wielkich problemów", te wszystkie wielce dydaktyczne obrazy narodzenia i "świętych posiłków" mniej już szokują niż jego kolegów z poprzednich epok. Jacques Dalarun przypomniał niedawno, lepiej niż zrobiłby to ktokolwiek inny, że wszelkiego rodzaju dekonstrukcja skazana jest tu na porażkę, ponieważ nie chodzi o "dyskurs duchowy, który skrywa rzeczywistość seksualną, lecz o dyskurs seksualny, który opowiada o rzeczywistości duchowej". Trudno sobie wyobrazić, by człowiek średniowiecza, który dysponował wszystkimi możliwymi drogami interpretacji Pisma Świętego i mógł dzięki temu odnajdywać w nim nieskończoną liczbę dotyczących go światów, nie był przejęty wizją promieniującą z samego środka jego wiary: wizją Wcielenia.

Podobnie radzi sobie z interpretacją rudych włosów, które stały się znakiem rozpoznawczym tej rodziny. Bernard dzieli tę cechę ze swoim ojcem, ale też z Ezawem, Pyrrusem, Wilhelmem Zdobywcą i tyloma innymi... - cechę, którą trudno, zarówno dziś, jak i wtedy, uważać za nieznaczącą. Nie brakowało w owym czasie "karmazynowych rycerzy" i pamiętano o drugiej pieczęci Apokalipsy: "I wyszedł inny koń barwy ognia, a siedzącemu na nim dano odebrać ziemi pokój, by się wzajemnie ludzie zabijali - i dano mu wielki miecz". Rudzi uchodzili za brutalnych, nawet gdy - wzorem Dawida - używali przemocy w szczytnych celach.

To dwuznaczny kolor, który - jak odnotowuje Michel Pastoureau - może skazywać na napiętnowanie, ponieważ symbolizuje "innego, odmiennego, wyklętego, wykluczonego". Za rudego uchodził Judasz, w powszechnym odczuciu uosabiający zdradę. Już kilka dziesięcioleci później wszędzie opowiadało się bajki o niecnych czynach pozbawionego skrupułów, choć jednocześnie uważanego za "szczerego i dobrodusznego" Lisa, "rudzielca", który cynicznie oszukiwał złego kruka, wykorzystywał cudze słabości i w ten sposób budził sympatię warstw ludowych. To, że kruk miał na imię Tiécelin, było pewnie tylko czystym zbiegiem okoliczności. Ogniste włosy wciąż budziły emocje, niepokoiły, a czasami uważane były za symbol obecności na świecie kolejnego proroka, syna Judasza, "rudego, z pięknymi oczami i kształtnym ciałem"...

O "pokarmie", jaki to "nadzwyczajnie rezolutne" dziecko pobierało w szkole św. Werola, nie napisano zbyt wiele, to zaś, co jest nam wiadome, nie zaskakuje. Nietrudno wyobrazić sobie pełne dyscypliny życie, toczące się od świtu do wieczora według ściśle określonego przez kanoników porządku. Z opisu Wilhelma z Saint-Thierry wyłania się chłopiec "oddany Bogu, dla zachowania nietkniętej czystości swego wieku, chętny do zgłębiania nauk humanistycznych, dzięki którym będzie mógł poznawać Boga i uczyć się Go za pomocą Pisma Świętego". Czynił to z powagą znacznie "wykraczającą poza jego wiek" i wynikami górującymi nad osiągnięciami jego małych kolegów.

Chodziło w pierwszym rzędzie o opanowanie czytania i pisania w języku, którym w zasadzie od dawna już nikt nie mówił: po łacinie. Podstawowym narzędziem była najpierw Biblia, jej przetłumaczona i zredagowana przez św. Hieronima wersja zwana Wulgatą, która obowiązywała od stuleci i której nadal się używa w wersji karolińskiej. Przez całe lata Bernard miał drobiazgowo studiować psałterz, będący podstawowym elementarzem od czasów merowińskich. Potem musiał przedzierać się między prorokami i ewangelistami, z którymi dogłębnie się zapoznał, podobnie jak wszyscy umiejący wówczas czytać. Studiowanie divinae paginae pełne było trudów. Kilka lat wcześniej arcybiskup Canterbury Lanfrank napisał Decreta, czyli instrukcje dydaktyczne obowiązujące szkołę Christ Church, ale w pełni odpowiadające duchowi tamtych czasów.

Zaraz po zakończeniu zwyczajowych modlitw przystąpić do czytania za klauzurą. Kiedy już zaczną czytać, niech robią to przez chwilę na głos. Niech rozsiądą się tak, by istniała między nimi przestrzeń, by nikt nie mógł dotknąć swojego sąsiada rękami lub ubraniem. Żadne dziecko nie może dawać znaków innemu ani wypowiedzieć słowa bez zgody mistrza. Nie może też usiąść ani się podnieść bez polecenia lub pozwolenia...

Surowość ta z biegiem lat miała ulec złagodzeniu. Szkoła nie zdobyłaby prestiżu bez teoretycznej refleksji pedagogicznej. Z całą pewnością praktykowano w Châtillon, tak jak w innych renomowanych szkołach, nauczanie w małych grupach, pod nadzorem starszych, w trakcie którego rodził się zdrowy duch współzawodnictwa. Zresztą, wszystko to nie było przecież rzeczą nową...

W trakcie pierwszych lat nauki, aż do ukończenia dwunastu lub trzynastu lat, łacina będzie powracała nieco do życia w psalmach i poematach przeznaczonych do głośnego recytowania, które uczeń analizował litera po literze, rozkładał, uczył się ich na pamięć - przychodzi na myśl szkoła koraniczna... - dając się jednocześnie usypiać śpiewem, stanowiącym podstawową treść liturgii. Ten obraz niebywałej konsekwencji robi wrażenie i musiał prowadzić do swego rodzaju duchowej rywalizacji. Bernard chłonął wiedzę całą swoją istotą: wspomagana wszystkimi zmysłami wrażliwość mieszała się z inteligencją, tworząc złożony i płodny mechanizm. Rozwojowi umysłowemu towarzyszyło skrupulatne zapoznawanie się z tekstami doktrynalnymi. Trudno wątpić, by do znajomości Pisma Świętego nie dodano żywotów świętych, niektórych pism ojców kościoła oraz podstaw teologii. Można sobie wyobrazić, z jaką zachłanną radością ten wyjątkowy uczeń podejmował swój trud.

Gdy poznał już podstawy i nauczył się czytać, mógł stać się kandydatem do pierwszego stopnia nauczania zwanego trivium. Składało się ono bowiem z trzech dziedzin, obejmujących wyłącznie nauki humanistyczne: gramatykę, retorykę i dialektykę. Poza psałterzem zapozna się też z przysłowiami Salomona, z Disticha Catonis lub odszyfrowywanymi z pomocą słownika bajkami Fedrusa. Niezastąpionym narzędziem nauki części mowy, deklinacji, koniugacji, podstaw składni pozostawał od wieków - mimo nieśmiałych krytyk - Ars minor Donata. Dzieło to znajdowało się w każdej bibliotece, doczekało się wielu erudycyjnych komentarzy, poprawek, a nawet prób zastąpienia go czymś nowym. Nie zagroziło to jednak w żaden sposób jego panowaniu.

Kolejnym tekstem, jaki należało zgłębić, były Institutiones grammaticae Pryscjana. Ta wspaniała encyklopedia była najspokojniej w świecie splagiatowanym zbiorem wszystkich możliwych form gramatycznych, poetycznych i retorycznych wielkich autorów starożytności klasycznej. Potężne morze, w którym sztuką było nie utonąć. Temu służyć miała pomoc mistrza, trudniącego się wyjaśnianiem jakiegoś słowa lub zwrotu, uwrażliwianiem umysłu na piękno tekstu i różnorodność jego znaczeń. Komentarze pozwalały czasami na obranie różnych ścieżek interpretacyjnych. Najmniej zdolni mogli skorzystać z nich na tyle, by błyszczeć. Inni szli drogą królewską, na której "miłość do literatury" była przyjemnością samą w sobie i "zaproszeniem do szczęścia".

Jak zapisał znawca tematu André Miquel, "każde odkryte słowo, każde przeanalizowane zdanie nie tylko nie gasi emocji, lecz wzmaga tylko nurt tej rzeki, tym bardziej fascynującej, im więcej strumyków ją zasila". Śledzenie jej biegu wprawia w upojenie, którego Bernard także nie uniknął. W Châtillon z zapałem studiował dziedzictwo antyku. Można zastanawiać się bez końca, w jaki sposób się nim "karmił". Studiował teksty oryginalne, co niekiedy było możliwe, czy posługiwał się dziełami św. Ambrożego, św. Augustyna, a nawet Boecjusza, którzy obficie cytowali klasyków? W gruncie rzeczy ma to niewielkie znaczenie. Nie ma natomiast wątpliwości, że "nasiąkł" Horacym, Lukianem, Listami do Lucyliusza Seneki, Tacytem, Satyrami Juwenala i Persjusza, Tebaidą Stacjusza, Eunuchem Terencjusza. Poczesne miejsce zajmował oczywiście Cyceron. Traktatu De Amicitia nauczył się na pamięć. Wielkim powodzeniem mieli się również cieszyć Wergiliusz i Owidiusz. Bernard chętnie cytował Eneidę. Czytał Listy z Pontu, Fasti, piętnaście ksiąg owidiańskich Metamorfoz, a nawet Sztukę kochania, o której nieco zgorzkniały preceptor Fénelon miał później powiedzieć, że "nie da się wymienić tytułu tego dzieła bez zgrozy wobec jego obsceniczności".

Bernard chyba się nim znowu tak szalenie nie gorszył. Być może było ono dla niego pretekstem do zwyczajowych ćwiczeń stylistycznych. Mniej więcej czterdzieści lat później Beranger z Poitiers, oburzony niezwykle brutalnym atakiem przypuszczonym przez opata z Clairvaux na jego mistrza, Piotra Abelarda, napisze Apologię, w której nie będzie przebierał w słowach. Na początku demaskuje erudycję Bernarda, która zresztą wcale go nie dziwi. Wszyscy wiedzą, że "w trakcie nauki, którą pobierał za młodu - a primis fere adolescentiae rudimentis - oddawał się lekturze frywolnych piosnek i ulicznych wierszyków". Nie dość, że układał poezje ze swoimi braćmi, robiąc wszystko, by "prześcignąć ich w finezji i subtelnej inwencji" (co mu się zresztą udawało), to jeszcze, uważał Beranger, "mógłbym dołączyć do tego pisma kilka tych krotochwilnych kawałków, których autentyczność mogłaby zostać potwierdzona przez godnych zaufania świadków. Lękałbym się jednak splamić te stronice tego rodzaju sprośnościami. Zresztą to, co jest powszechnie znane, nie wymaga dowodu".

Wszystko to wzbudziło wielkie zażenowanie. Niesłusznie. Nawet gdybyśmy chcieli brać za dobrą monetę paszkwil, którego głos jest zaledwie echem tego, do czego opat z Clairvaux bywał zdolny o wiele za często, trudno byłoby nam wyjaśnić, dlaczego młody i inteligentny człowiek miałby nie dać się porwać pięknu tekstów klasycznych. Od tego do prób tworzenia własnych poezji jest tylko jeden krok, który wielu nadzwyczajnie zdolnych uczniów beztrosko pokonywało. Czyż mało badaczy i wybitnych pedagogów zajmowało się komponowaniem "świństw" w wieku szkolnym? Bernard, przy całym swoim introwertyzmie, był także trzciną na wietrze, wcale podatną na tego typu pokusy, nawet jeżeli z imitatio rzadko rodzą się nieśmiertelne dzieła sztuki (chyba że chcemy popaść w paradoksy Raymonda Queneau).

Nie należy też zapominać, że w tamtych czasach każda wiedza przyswajana była na głos. "Wszelka mądrość zanikłaby, gdyby człowiek był głuchy" - miał później napisać Bernard Silvestre, współczesny opata z Clairvaux. Bernard z Fontaine, erudyta jakich mało, miał później niewiele czytać i niewiele napisać. Pismo Święte znać będzie na pamięć, teksty zaś będzie dyktował, szczególne upodobanie znajdując w cytowaniu ulubionych autorów. Owidiusz zajmował wśród nich honorowe miejsce...

Do nauki retoryki korzystano też z innych źródeł, chociażby z Kwintyliana lub De Inventione Cycerona. Chodziło o metodyczny podział mów, by lepiej poznać wszystkie subtelności ich konstrukcji. Był to element ścisłej dyscypliny, niezbędnej dla tego, kto chciał "prowadzić ludzi słowem i rozumem". Wykonywano wiele rodzajów ćwiczeń. Zaczynano oczywiście od dialektyki, czyli sztuki układania przemów w ścisłej zgodzie z zasadami logiki, choć nie zawsze bez formalizmu. Posiłkowano się tu Topikami Cycerona lub krótkimi fragmentami Organonu Arystotelesa, który wówczas znano jeszcze za pośrednictwem Boecjuszowego przekładu łacińskiego. Bernard czytał też De consolatione philosophiae. Przyzwyczajano umysł do logicznego myślenia za pomocą tysięcy ćwiczeń, konfrontacji, cytatów, streszczeń polemizujących ze sobą tekstów, analogii i konkluzji. Szkoła ta prowadzi również prostą drogą do tego metodycznego zwątpienia, które - jak wiemy - będzie cechowało myśl kilku współczesnych Bernarda. Jedno z wielkich wyzwań owego czasu.

Bernard z Fontaine oddawał się tym umysłowym łamigłówkom z wielką pasją. Ale na tym się zatrzyma, nie zdecyduje się na "drugi cykl", quadrivium, obejmujący arytmetykę, geometrię, astronomię i muzykę. Ta ostatnia, traktowana całkowicie spekulatywnie i uważana za klucz do sklepienia rzeczywistości, polegała na książkowym wykładzie teorii harmonii. Młody człowiek w ogóle się tym nie zajmował. Natomiast potrafił zapewne śpiewać, co wynikało z jego praktyki chóralnej.

Bernard był literatem do szpiku kości. To właśnie w szkole św. Werola w Châtillon uformował się ten wyjątkowy umysł, genialny pisarz i największy zapewne od czasów Cycerona retor w świecie zachodnim. Gdy później nadmienił gdzieś przy okazji, że medytacja i obserwacja natury - "wśród wierzb i dębów" - więcej znaczy niż lektura jego ukochanych książek, należy się w tym doszukiwać odrobiny hipokryzji. To w tej szkole nauczył się jasnego wykładania swoich myśli na piśmie, precyzji słowa, środków stylistycznych czy obrazowych metafor. Nabył także koniecznej swobody, poczucia gęstości rytmu i - przede wszystkim - melodyczności zdania, aby móc uwrażliwiać na ten i tamten świat tych niewielu, którzy go wówczas czytali, oraz tych licznych, którzy słuchali...

Lata spędzone w Châtillon były czasem upojnym. Nic nie zakłócało swobody zdobywania wiedzy. Żadne teoretyczne łamigłówki nie przyćmiły czystej radości człowieka pozostającego w bezpośrednim kontakcie z pięknem. Dopiero znacznie później, już jako mędrzec, Bernard będzie mówił o tych, którzy "nadużywają wiedzy", nie oddając jej całkowicie "na służbę prawdy". Na tamtym etapie nie było miejsca na sobrietas, był to okres radosnego chłonięcia. Spod pióra tego, który tyle skorzystał ze studia litterarum, nigdy nie wyjdzie pochwała głupoty.

Nadzwyczaj uzdolniony młody człowiek, który powinien był zostać rycerzem, miał się więc stać miłośnikiem słów. Przez całe życie będzie ich używał z jawną egzaltacją, wykorzystując je - całkowicie świadomie - do wyrażania czułości lub wymierzania retorycznych cięć rapierem. Prawie zawsze jednak będzie to robił w sposób nadzwyczajnie skuteczny. W tym "prawie" zawiera się jeden z najważniejszych czynników sprawczych przeorganizowania życia umysłowego w stuleciu XII.

?

ROZDZIAŁ 3

WYBÓR

Gdy po zakończeniu trivium Bernard z Fontaine opuszczał szkołę kanoniczną św. Werola, był potrafiącym czytać młodzieńcem o niepewnej przyszłości, dojrzałym za sprawą autorefleksji, ale także dzięki cierpieniom.

W czasie nauki w Châtillon-sur-Seine zmarła jego matka, która w chwili śmierci musiała mieć niewiele ponad trzydzieści lat. W Fontaine istniał zwyczaj, by 1 września, w dzień św. Ambrozyna, "przybywali tam wszyscy duchowni, którzy mogli to uczynić". Aletha osobiście i z pompą "podawała im potrawy i napoje na cześć Boga, błogosławionej Dziewicy Maryi i wszystkich świętych". Jan Pustelnik, jako jedyny przytaczający te fakty szczegółowo (Wilhelm z Saint-Thierry opowiada jedynie o ostatnich chwilach), zapewnia, że pod koniec sierpnia roku trudnego do ustalenia z precyzją[1] pani na Fontaine miała przeczucie bliskiej śmierci, którym podzieliła się "z mężem, synami i całą rodziną". Nikt jej nie uwierzył.

Dnia 31 sierpnia Aletha dostała gorączki. Nazajutrz, w święto patrona wioski, "przyjęła nabożnie po mszy ciało Pana, które przyniesiono jej tak, jak prosiła". Udzielono jej ostatniego namaszczenia. Nie mogła wyjść ze swojej sypialni. Zgodnie z jej życzeniem najstarszy syn, Gwidon, miał "dopilnować, by tradycji stało się zadość, lecz także, by bezpośrednio po posiłku przyprowadzić duchownych do niej". Aletha była kobietą rozsądną i nie robiła sobie złudzeń co do swojego stanu zdrowia. Zebranym dookoła powiedziała, że jej koniec jest bliski. Ten rodzaj śmierci, jaki znalazła, był w tamtych czasach najbardziej pożądany: zachowując przytomność aż do końca, pogodzona z Bogiem i ludźmi, otoczona przez najbliższych. Wszyscy się modlili. Śpiewano litanie i psalmy. "Oddała swego ducha w ręce Boga, podniosła swoje, by zrobić znak krzyża, a następnie skonała w pokoju".

Wieść o zgonie rozeszła się lotem błyskawicy. Jarenton, opat od św. Benigna w Dijon, był "człowiekiem wiodącym przykładne życie" i - co naturalne - łasym na relikwie. Niezwłocznie udał się do Fontaine i zażądał od synów Alethy "cennego skarbu". Ci nie oponowali, toteż ciało natychmiast zostało zaniesione aż do Dijon pośród płaczów i przypływów autentycznej pobożności. Ludność zgodnie czciła pamięć tej kobiety, której aura świętości była już ustalona. Pochowano ją ad sanctos w dolnej kondygnacji północnej kaplicy wspaniałej rotundy, zbudowanej zaledwie stulecie wcześniej przez opata Wilhelma z Volpiano. Jej grób znajduje się tuż obok miejsca pochówku św. Benigna. Zasiliła w ten sposób niezmierzone szeregi męczenników, wyznawców, dziewic i "wszystkich świętych" spoczywających w tym miejscu o szczególnej aurze. Jak informuje Jan Pustelnik, w kilka dziesięcioleci później będzie można ujrzeć na grobowcu Alethy "sześć wizerunków" przypominających jej synów. Matka Bernarda miała spoczywać w tym miejscu aż do połowy XIII wieku.

Dla Bernarda, niezależnie od tego, ile miał wówczas lat - dwanaście czy siedemnaście - był to ogromny cios. Wszystko wskazuje na to, że Aletha zajmowała szczególne miejsce u boku swojego nadzwyczajnego syna. Na podstawie rzadkich, choć spójnych wskazówek zbudowano z biegiem stuleci mnóstwo podejrzliwych teorii na temat więzi łączącej Bernarda z jego matką. Rzeczywista, głęboka ich natura pozostanie dla nas na zawsze nieznana.

Figura matki jest rzeczywiście wszechobecna w symbolice bernardyńskiej. Bernard chętnie przedstawiał Alethę, także swojej siostrze, jako najwyższy ideał kobiety. Pojawiający się często w hermeneutyce, od początku istnienia Kościoła, obraz nowo poślubionej żony nabrał w twórczości opata z Clairvaux realności i wręcz cielesnej namacalności, rzadkiej przed nim, nadużywanej zaś niezliczoną liczbę razy po nim. Swoje miejsce ma tam również para małżeńska, na której zasadza się cała ludzka miłość.

Wilhelm z Saint-Thierry uczynił z Alethy jedyne źródło powołania Bernarda. Cytując Księgę Samuela, którą ówczesne duchowieństwo znało dobrze, kładzie nacisk na ofiarowanie syna - nunus - "Bogu i jego Kościołowi". Nic nie wiemy o tym, jakie mogły być wówczas reakcje rodziny. Técelin jest nieobecny, podobnie jak Hombelina. W momencie śmierci Alethy pojawili się jedynie pozostali synowie, by zniknąć, gdy tylko uczynili zadość życzeniu opata od św. Benigna.

Pozostaje ponadczasowy i zgodny z zasadami zdrowego rozsądku fakt. Bernard zbyt wcześnie stracił ukochaną matkę. Nie jest jasne, czy przebywał w Fontaine w chwili dość nagłego - według naszej wiedzy - zgonu. Nie da się jednak podważyć wytrwałego i silnego uczucia, chętnie okazywanego matce, głębokiej więzi, której zerwanie wywołuje zakłopotanie u biografów. Jan Pustelnik przedstawia nam Alethę z Montbard ukazującą się swojemu synowi Andrzejowi, a także - w decydującym momencie - samemu Bernardowi: "Nie lękaj się Bernardzie, mój synu, zachowuj się jak mężczyzna..." W każdym wieku potrzebujemy takiego mobilizowania. Zwłaszcza że na ból nakładał się także niepokój: zwolnili go od noszenia broni, zrobili z niego intelektualistę, nie zapewniając jednak perspektyw na przyszłość.

Bernard był wówczas młodym i - według wszystkich źródeł - pięknym mężczyzną. Wzrost nieco powyżej średniego, eleganckie maniery, przyjemna twarz, włosy jasne, skóra aksamitna z delikatnym odcieniem różu na policzkach, podkreślanego przez lekko się już sypiącą rudą brodę. Gotfryd z Auxerre podkreśla "jego niebieskie oczy, które zdradzają anielską czystość i gołębią niewinność". Do uwodzicielskiej powierzchowności dodać należy duże zalety moralne, uprzejmość i prestiż wynikający z solidnej formacji intelektualnej, dodatkowo potęgującej łatwość wysławiania się. "Piękno wewnętrzne tego człowieka było tak wielkie, że rezonowało na zewnątrz". Krótko mówiąc, człowiek jakich mało i natychmiast za takiego uznany. Dowodem niech będzie fascynacja otoczenia.

Opowiadając o opuszczeniu szkoły św. Werola, Wilhelm z Saint-Thierry zwraca uwagę, że Bernard "zaczynał żyć po swojemu" - suo iam more, suo iure. Co to znaczy? Otóż po pierwsze, wycofanie się ze zgiełku, jaki niesie życie. W starożytności udało się to pewnej liczbie filozofów, których dzieła studiował i podziwiał; stoicki ideał zaakceptowania świata taki, jakim jest, mógł wówczas urzekać młodego intelektualistę, który nie musiał się lękać niedostatku. Otóż Bernard nie jest "świętym" z witraża, który dopiero co wyszedł z empireum. To jednocześnie bardzo typowy i zupełnie nadzwyczajny młodzieniec. Nie przyuczono go do żadnego zawodu, toteż wystawiony był na najprzeróżniejsze pokusy. Autor tego samego Żywota podkreśla niebezpieczeństwa czyhające na młodego człowieka, który "z wielkimi nadziejami zanurza się w świecie, nie bardzo wiedząc, jaką z otwierających się przed nim dróg obrać". Wilhelm ilustruje tę przenikliwą analizę przykładem. Środowiska rycerskie, z którymi Bernard miał wówczas do czynienia, nie były - jak można sądzić - zupełnie bez skazy. To jednak jego świat, a ponieważ był brutalny, to zapewne pozostawił na nim jakieś ślady. Ledwie tylko rozpoznawał jego kształty, ale ciekawość musiała być wielka. Odkrywanie skończyło się "wpadnięciem w sidła jego pokus". Wiele było okazji do frywolności, którym ten młody szlachcic bez określonego przydziału prawdopodobnie dał się porwać, najpierw z oporami, a następnie z przyjemnością. Drobnostki.

Poważniejsza wydaje się skłonność innych osób do niego. Pewnego dnia, gdy jego wzrok zatrzymał się na kobiecie dłużej, niż nakazywałby rozsądek, Bernard natychmiast rzucił się "do lodowatej toni w pobliżu" zamku Fontaine, by ochłonąć... Innym razem "naga młoda dziewczyna wsunęła się do jego łóżka w czasie, gdy spał". Zauważył to, odsunął się, pozostawił ją tam, gdzie się położyła, i spokojnie zasnął. Tamta czekała, bardzo niezadowolona, niecierpliwiła się, "pieszcząc i podniecając" towarzysza, który jednak w ogóle nie reagował. Czerwona ze wstydu wstała i uciekła... Przy jeszcze innej okazji był z przyjaciółmi gościem kobiety, która zapłonęła żądzą na jego widok. W nocy wstąpiła do Bernarda, który zaczął krzyczeć: "Łapać złodzieja!". Kobieta szybko wybiegła, wszyscy się obudzili, zapalili lampę i na próżno szukali intruza. Podobny scenariusz powtarzał się dwa, trzy razy. Nieszczęsna kobieta dała w końcu za wygraną "zmożona lękiem lub desperacją". Przyjaciołom, którzy w drodze powrotnej wyśmiewali go z powodu tych wymyślonych złodziei, odpowiedział: "To był złodziej. Nie nastawał na moje życie, lecz na moją integralność moralną, która jest niezrównanie cenniejsza. Nasza gospodyni może to potwierdzić".

Musimy do tego podchodzić z dystansem. Podobne opowieści pojawiają się w różnych odsłonach w niezliczonych hagiografiach. Nagie piękności będą próbowały uwieść Tomasza Becketta i Franciszka z Asyżu. Interesujące są zresztą nie szczegóły tych powtarzających się historii, lecz płynące z nich wnioski. Po pierwsze, o magnetyzującej i destrukcyjnej urodzie tego mężczyzny, o którym się powie, że "był bardziej niebezpieczny dla świata niż świat dla niego". A także o znaczeniu, jakie przywiązywał do castatis affectum, do "pasji czystości". Nie dostrzeże się jednak u Bernarda z Fontaine tego obsesyjnego szaleństwa, które naznaczyło pisarstwo tamtej epoki, w tym i najwybitniejsze dzieła. Dla Wilhelma z Saint-Thierry naga młoda dziewczyna jest naszyjnikiem, którego perły wpadają do strumienia. Syn pana z Fontaine był arystokratą, honor miał więc dla niego dużą wartość. Zarówno jego własny, jak i innych, w tym kobiet, do których ten znawca Owidiusza będzie się zwracał i o których będzie rozprawiał, często z głębokim wyrafinowaniem.

Zwyczajowo należałoby teraz snuć rozmaite refleksje nad stanem duszy tego młodszego syna, wykształconego dwudziestolatka, pochodzącego z dobrego rodu, a zupełnie nienauczonego rycerskich umiejętności. O niepokojach i wahaniach człowieka prawego i inteligentnego można powiedzieć wszystko. Dwudziestosześcioletni Bossuet, również zresztą Burgundczyk, wyczuł lepiej niż ktokolwiek inny to wrzenie w poświęconym Bernardowi panegiryku, który wygłosił jako archidiakon katedry w Metzu:

Mam wam opowiadać w tym miejscu, czym jest dwudziestodwuletni młodzieniec? Jaki w nim żar, jaka niecierpliwość, jakie nagromadzenie namiętności? Ta siła, ten wigor, krew gorąca i bulgocząca niczym mętne wino nie zostawiają miejsca na rzeczy rozsądne i umiarkowane.

Wilhelm z Saint-Thierry ukazuje nam Bernarda, który "myśli i skrupulatnie rozważa" sytuację, kusi go również perspektywa "ucieczki". Dręczył go lęk wynikający z niedoskonałości "świata", z jego pokus i zwodniczych nadziei. Znamienny jest zacytowany fragment Ewangelii św. Mateusza: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem [...]". Relinquere mundum... Temat poważny, niezniszczalny, wielokrotnie poruszany, lecz wciąż mający przed sobą przyszłość.

Niezależnie od tego, jak podejdziemy do tej kwestii - posługując się z pieczołowitością tymi nielicznymi śladami, które pozostały, w tym także odnalezionymi w różnych miejscach o wiele później - wydaje się, że Bernard nie obrał swojej drogi metodą prób i błędów. O ile kariera wojskowa była dla niego zamknięta od samego początku - nie można wówczas było nagle stać się żołnierzem w wieku dwudziestu lat - o tyle możemy zadawać sobie pytanie, czy do tego stopnia odrzucała go perspektywa odpowiedzialności, życia rodzinnego, a nawet ciągły wysiłek intelektualny typowy dla najbardziej wykształconej warstwy ówczesnego społeczeństwa, świeckiego kleru, który widział przy pracy i do którego zachował podziw przez całe życie? Całym swoim jestestwem czuł się wybrany, a wybór miał charakter gwałtowny. Można go streścić w czterech słowach: "Kochać Boga bez umiaru".

Miłość ta mogłaby się realizować w klasztorze św. Benigna w Dijon, gdzie spoczywała jego matka, której - nawet jeśli nie zaważyła na decyzji Bernarda - nie sposób w tym kontekście pominąć. Bardziej prestiżowym miejscem było opactwo w Cluny, niedaleko Mâcon, którego głową został właśnie wybrany Pons z Melgueil, wywodzący się z wysokiej arystokracji langwedockiej, spokrewnionej z hrabiami Owernii i hrabiami Tuluzy.

Młody człowiek jednak się nie wahał. Nieco ponad dziesięć lat wcześniej, za zgodą księcia Burgundii Odona I, założono na wschód od Nuits, w połowie drogi między Dijon i Beaune, tak zwany Nowy Klasztor, Novum Monasterium. W świecie, gdzie na szacunek zasługiwało tylko to, co "dawne", gdzie nowości utożsamiano z zagrożeniem, epitet ten miał swoją wymowę.

Biskup Anzelm z Havelbergu, który również miał postawić na zmiany w Prémontré, i którego połączy z Bernardem nić trwałej przyjaźni, opisze w ogólnym zarysie te nowości w pierwszej księdze swoich dedykowanych papieżowi Eugeniuszowi III Dialogów:

W Burgundii, na miejscu zwanym Cîteaux, powstało mniej więcej w naszych czasach kolejne już nowe zgromadzenie monastyczne, różniące się regułą i habitem od wszystkich tych, którzy uważają się za mnichów i są nimi naprawdę. Jest tak dlatego, że ich pełna cnoty cierpliwość, niezmierna skromność ubioru, gorliwe posłuszeństwo Regule, umiłowanie świętego ubóstwa, płomienna pobożność sytuują ich na poczesnym miejscu pośród innych.

Pewna grupa osób zebrała się tam zatem, by żyć zgodnie z regułą św. Benedykta, ale bez zwyczajowych naleciałości, odbierających jej - w okresie dłuższym niż połowa tysiąclecia - początkową świeżość. Cîteaux oznaczało powrót do ambitnych źródeł i pozostawało poza podejrzeniami. Papież Paschalis II szybko zrozumiał oryginalność tego przedsięwzięcia i - dla zachowania jego czystości - wyłączył je spod kontroli miejscowego biskupa, podporządkowując swej wyłącznej władzy...

Choć z powodu szczupłości źródeł dysponujemy bardzo niewieloma informacjami o tych decydujących chwilach, wydaje się, że Bernard najpierw ukrywał swoją decyzję i w tym celu opowiadał o zamiarze - bardzo wówczas prawdopodobnym - podjęcia pielgrzymki do Jerozolimy. W końcu powiedział braciom prawdę, która ich przeraziła. Nie tyle sam fakt powołania zakonnego, ile wybór miejsca. Cîteaux i jego ponura sława były dobrze znane rodzinie. Wilhelm z Saint-Thierry opowiada o ascetyczności "tej nowej fundacji", o jej skrajnym ubóstwie i braku siły roboczej, zdolnej stawić czoło ogromowi pracy. A także o przerażeniu, jakie wzbudzało u tych, którzy wyruszyli na poszukiwanie Boga. Przewidywali, że ich brat, uważany za osobę słabego zdrowia, może to przypłacić życiem.

Wiemy z pewnością, że gdy minęło już początkowe zdumienie, rycerze próbowali "wszelkimi środkami" zdusić to szaleństwo w zarodku. Odkryli, że Bernard, podobnie jak wszyscy, miał swój słaby punkt. Gotfryd z Auxerre opisuje to bardzo precyzyjnie:

Zachęcali go do studiów literackich, mając nadzieję, że będzie to najlepsza droga, by odwieść go [od jego planów]. Przypadło mu to do gustu. Bracia przygotowali wszystko, co potrzebne do podróży, po czym ustalono datę wyjazdu do Niemiec.

Bardzo daleko zatem. Po tych szkołach o prestiżowej przeszłości, z których większość szczyciła się jeszcze pochodzeniem karolińskim, można było się spodziewać doskonalenia zdobytego już wcześniej solidnego wykształcenia, a następnie - w odpowiednim momencie - pomocy w uzyskaniu samodzielności. Trewir, Kolonia, a zwłaszcza najbardziej znane ze wszystkich Li?ge otworzyłyby szeroko swe podwoje przed tym młodym gorliwcem.

Można przypuszczać, że w zasugerowaniu tego sprytnego rozwiązania miał swój udział Arnold, jeden z kolegów Bernarda, który przed przybyciem do św. Werola pobierał początkowe nauki w kolońskiej szkole przykatedralnej. Spotkamy go jeszcze. Trzeba przyznać, że pomysł zagaszenia jednego pożaru duszy poprzez wzbudzenie innego był nader zręczny.

Bernard z Fontaine postanowił jednak opowiedzieć o tym postanowieniu Gauderykowi, młodszemu bratu Alethy, którego posiadłość w Touillon znajdowała się rzut kamieniem od Montbard. Trzeba tu dodać, że antropologowie podkreślają rolę decyzyjną brata matki w wielu społeczeństwach. Georges Duby najlepiej opisał ich znaczenie dla równowagi władzy w świecie rycerskim. Małżeństwo córki uznawane było zawsze w stosunkach rodowych za utratę substancji. Rolą jej brata było jej równoważenie poprzez czuwanie nad bratankami, często bardziej skłonnymi zwierzać się jemu niż własnemu ojcu, a czasami też darzącymi wuja większą miłością.

Ród matki cieszył się ponadto często większym prestiżem niż krewni męża - to w oczywisty sposób dotyczyło rodziny Montbard, gdzie brat matki był dysponentem mechanizmu awansu społecznego. Ponieważ wychowanie rycerskie odbywało się nieraz właśnie po tej stronie, to poprzez codzienny kontakt, w zamkniętym otoczeniu ludzi połączonych niezwykle silnymi więziami emocjonalnymi, mogły się rodzić uczucia bardziej intensywne niż te, którymi darzy się własnego ojca. Już po pasowaniu na rycerza stawało się do boju właśnie u boku takiego wuja, u którego można było odnaleźć "gorącą przyjaźń, stałe wsparcie i wszelkie szanse zrobienia fortuny". Podobnie było z założeniem rodziny: brat matki stawał się gwarantem szybkiego awansu w ramach systemu powiązań lennych lub kościelnych.

W tym konkretnym przypadku o związkach wuja i bratanka może zaświadczyć jedynie przebieg wydarzeń. Gauderyk z Touillon był już człowiekiem w poważnym wieku, o wielkim rozsądku i zawsze dotrzymującym słowa. Kiedy książę burgundzki Hugon II oblegał jesienią 1112 roku zamek Grancey, Gauderyk wywiązał się z obowiązku stawania u boku swego pana. Synowie Técelina naturalnie walczyli razem z nim.

To stamtąd Bernard miał wyruszyć do Niemiec.

?

ROZDZIAŁ 4

ALEŻ TA WIARA JEST GWAŁTOWNA!

Jesień 1112 - maj 1113

Grancey, położone na drodze do Châtillon, dziesięć mil na północ od Dijon, było wysuniętą placówką biskupów Langres, znakomicie usytuowaną u źródeł rzeki Tille, na linii działu wód płaskowyżu, bardzo blisko Księstwa Burgundii.

Obronę tej strategicznej placówki tradycyjnie zapewniali wielcy panowie z otoczenia biskupa. Przez swoją babkę ze strony ojca Bernard był skoligacony z rodem z Grancey, dziedzicznymi zarządcami (widamami) dóbr diecezji Langres. Rodzina posiadała lenna wokół Dijon i Montbard, jak również w La Chaume i Vannaire, a także bardziej na północ, w Lanty, nad brzegami Aube, w Villars-en-Azois. Robert Fossier, który znakomicie wyjaśnił te skomplikowane kwestie, podkreślił "rolę rodziny Saulx-Grancey w burgundzkiej ekspansji w kierunku Châtillon i Chaumont. Polegała ona na głębokim zakorzenianiu się w ziemi szampańskiej przy jednoczesnym pozostawaniu na służbie księcia". Byli oni świadkami ważnych wydarzeń, takich jak chociażby poświęcenie Cîteaux w 1098 roku czy donacja na rzecz "Nowego Klasztoru" dwa lata później. Stawali jako arbitrzy w procesach wynikłych między ich panem a innymi siłami.

A jednak jesienią 1112 roku książę Hugon II rozpoczął oblężenie Grancey bronionego przez swojego naturalnego pana Reginalda. W historii rodziny tamtego stulecia jest to jedyny punkt zaczepienia. Powody takiego przebiegu wydarzeń są nam całkowicie nieznane, poza tym, że musiały być bardzo poważne. Wszystkie liczące się siły w okolicy zmobilizowały się wokół księcia, w tym także Técelin Wędzony oraz jego synowie Gwidon, Gerard i Andrzej, kuzyni Reginalda z Grancey, Gauderyk z Touillon i pewnie kilku innych.

O przebiegu działań wojennych nie wiemy nic poza losami tego, który w nich nie uczestniczył, czyli Bernarda. A i to tylko z jednego źródła oraz jego pochodnych. Gotfryd z Auxerre napisał w swoich Fragmentach:

W czasie gdy [Bernard] spieszył do tego miejsca, by dotrzeć w dzień, który został mu wyznaczony, zaczął rozmyślać i miał znowu przed oczami obraz swojej matki. Przeniknęła go myśl, że zawiódł nadzieje, jakie w nim pokładała, że nie zrobił niczego dla tej, która z taką czułością go wychowała. Gdy ujrzał w pobliżu drogi kościół, zsiadł z konia, wszedł do środka i zapłakał gorzko, pogrążając się w gorącej modlitwie. Później udał się na spotkanie...

Niezwykle intensywnie pojawia się na tych stronach to, co Jacques Berlioz słusznie nazwał "obsesyjnym obrazem matki", kobiety rozsądnej, wychowawczyni i wzoru chrześcijańskiego życia. Cień ten pojawia się z tym większą siłą, że ona odeszła już na zawsze. Wilhelm z Saint-Thierry opowiada o tych przeżyciach w sposób liryczny: "W tamtych chwilach był jak ogień, który trawi las, jak płomień pokonujący góry" i zajmujący wszystko, co znajdzie się w pobliżu. W jednym z listów do swojej matki Léon Bloy scharakteryzował ze znawstwem ten typ wiary, który "despotycznie i absolutnie opanowuje człowieka", a także udowodnił, jak bardzo może ona być brutalna i zdobywcza...

Oblężenie Grancey trwało nadal. Jeżeli wierzyć Gotfrydowi z Auxerre, w jego trakcie narodził się spór między Gauderykiem z Touillon a księciem Burgundii. Na tyle poważny, w każdym razie jak na warunki kosztownej operacji wojskowej, że wuj Bernarda uznał się za uwolnionego od jakichkolwiek zobowiązań wobec swojego pana: "Nie leży w mojej mocy mścić się na was, wiedzcie, że od tej pory zdejmuję tarczę z karku!". Nie bardzo dostrzegając związek przyczynowo-skutkowy, ten sam biograf podkreśla, że trzech bratanków natychmiast zrozumiało, iż sprawa ma drugie dno. Gauderyk z Touillon wymówił służbę tak nagle, by udać się do Cîteaux. Sprawcą całego zamieszania okazał się Bernard, który musiał pozostawać z wujem w porozumieniu. Nie oszczędzając koni, natychmiast udali się do Châtillon, by "przyspieszyć przygotowania do podróży" jednego z braci, który za Renem powinien w końcu być wolny od tego zaraźliwego szaleństwa.

Sam Bernard dotarł do Grancey inną drogą. Natychmiast rozmówił się z Gauderykiem z Touillon, któremu musiał powiedzieć o sprytnej intrydze braci, a także o swojej woli sprzeciwienia się jej z tym większą energią, że cały spisek dość szerokie rozgałęził się w rodzinie. Długo miał mieć później za złe jednemu z braci ojca, Vilainowi z Aigremont, wówczas archidiakonowi i dziekanowi Langres, a następnie biskupowi, marzącemu o jakichś fantastycznych godnościach dla swojego rodu. Bernard uważał go za "prawdziwego niszczyciela powołań". Niecałe dziesięć lat później miał pisać do swojego młodego kuzyna Fulka, którego ten dziwny człowiek Kościoła również skłonił do porzucenia godności kanonika regularnego dla bardziej prestiżowej kariery świeckiej, bardzo długi list, informując go, że "ten stary wuj", którego imię wzdraga się wymienić, "zechciał zagasić w nim niegdyś zupełnie nowy żar - In me certe fervorem novitium exstinguere voluit - ale, dzięki Bogu, nie udało mu się to".

Trzeba zatem było gwałtownie przeciąć ten spisek. "Gdy utwierdzili się w swoim wspólnym zamiarze wstąpienia do zakonu", Gauderyk i jego siostrzeniec zdecydowali, by "pójść do ojca Bernarda i otwarcie powiedzieć mu o tych planach". W ten sposób objawiła się rola brata matki jako pośrednika... O reakcji Técelina nie wiemy nic. Biała plama, która pasuje do zwyczajowej nieobecności ojca w źródłach. Z braku lepszych danych trzeba sobie wyobrazić pewnego rodzaju rezygnację oraz nastrój tej wzruszającej chwili, gdy po raz pierwszy wychodzą na jaw pierwsze etapy tej wielkiej epopei wewnętrznej.

Pod oblężonym zamkiem w Grancey dochodzi też do zręcznego werbunku. "Bernard odnalazł swojego młodszego brata Bartłomieja, który nie był rycerzem, a ten natychmiast dołączył do brata i wuja". Był najmłodszy z zebranego tam rodzeństwa, bo jeszcze młodszy Nivard musiał pozostać w Châtillon. Tego szesnasto- lub siedemnastoletniego wówczas chłopca - wiek impulsywnych zaangażowań - nie było nazbyt trudno zwerbować.

Dalszy ciąg, rzucający trochę światła na losy oblężenia, okazał się mniej prosty.

Andrzej, młodszy od Bernarda, ale starszy od Bartłomieja, pasowany jakiś czas temu na rycerza, został zatrzymany w tym zamku [Grancey]. Bernard poszedł do niego, wyjawił mu plan swojego wstąpienia do klasztoru i zachęcał, by zrobił to razem z nim. Gdy tylko zaczął mówić, Andrzej wykrzyknął: "Widzę moją matkę!". Bernard, jak gdyby nigdy nic, dalej namawiał go, by wstąpił do klasztoru. Ponieważ brat był jeszcze młody, dość dużo czasu zajęło mu przekonanie go. W końcu jednak Andrzej odpowiedział: "Zrób więc tak, aby żaden z naszych braci nie pozostał w stanie świeckim, albo przepołów mnie mieczem: nie chcę opuszczać ani ciebie, ani ich".

W końcu jakiś ślad ludzkich uczuć. Nie sposób nie zauważyć ledwo wyartykułowanych oporów młodego szlachcica, przeżywającego chrzest bojowy. Nawet jeżeli wojna wydawała mu się na pierwszy rzut oka odstręczająca, to wiedział przecież, że taka jest jej natura, że następnie przystąpi się do negocjacji nad powiększeniem jego majątku, że koniec końców przyszłość należy do niego. Dostrzegamy jednocześnie siłę klanowych powiązań oraz wyjątkową charyzmę Bernarda. Ten ostatni jest tak pewny siebie, że pyta "wstrząśniętego" Andrzeja o kilka szczegółów na temat tego, "co powiedział o ich matce. Andrzej potwierdza, że naprawdę ją widział nad głową Bernarda". Wobec czego ten dopina ostatni guzik: "Możesz zatem być pewien, że nasza zakonna droga jest jej miła".

Wyniki tego "połowu" pod murami Grancey są naprawdę cudowne. Najpierw jeden stateczny wujek. Potem brat Bartłomiej, z którym Bernard uporał się bez problemu. Następnie kolejny brat, Andrzej, stojący u progu wspaniałej kariery i przeżywający rozterki. Można się domyślać, że w tym osobliwym przedsięwzięciu zbiorowego wstąpienia do zakonu starsi bracia nie byli łatwym łupem.

Okoliczności drugiej "rodzinnej" ofensywy Bernarda są mniej jasne. Musiał przekonać dwóch starszych braci, Gwidona i Gerarda, zaraz po ich powrocie do Grancey.

Gerard był wówczas bardzo młodym rycerzem "biegle władającym mieczem, bardzo doświadczonym, niezwykle hojnym i kochanym przez wszystkich". Zdaniem Wilhelma z Saint-Thierry jego reakcja była brutalna. Gerard surowo ocenił nieróbstwo Bernarda i kapitulację braci, które uznał za dowody słabości. Pozostawał głuchy na wszelkie argumenty młodszego brata, niewrażliwy na jego kaprysy, powiedział mu dosadnie, co o tym wszystkim myśli. Gotfryd z Auxerre, zapewne poinformowany o szczegółach przez samego Gerarda, ukazał Bernarda, jak wykrzykiwał w uniesieniu, "przepełniony proroczym natchnieniem": "Wiem, że moje słowa nie dotrą do ciebie, zanim nie zostaniesz w tym miejscu przebity strzałą. Jeżeli nie umrzesz, będziesz wielce przerażony". Mówiąc to, "położył rękę na boku swojego brata. Piętnaście dni później stało się tak, jak przepowiedział. Gerard, który rzeczywiście został ciężko ranny i wzięty do niewoli przez wrogów, krzyczał, że jest mnichem z Cîteaux. Więziono go jednak w nadziei, że w ten sposób uzyska się pokój z jego krewnymi". Wilhelm z Saint-Thierry precyzuje, że przebywający wówczas w Châtillon Bernard został powiadomiony o dramacie przez posłańca. Powstrzymał się przed jakąkolwiek interwencją - sed non venit - a kazał tylko przekazać uwięzionemu: "Powiedziałem ci przecież, że wierzganie przeciw ościeniowi - wspomnienie Ammiana Marcellina... - będzie dla ciebie miało poważne konsekwencje. Ta rana nie doprowadzi cię jednak do śmierci, lecz do życia".

Bernard musiał też opowiedzieć o swoich planach najstarszemu bratu, Gwidonowi. Ten był już spełnionym mężczyzną, sławnym rycerzem, żonatym z młodą kobietą o imieniu Elżbieta, która dała mu dwie córki wówczas będące jeszcze w wieku dziecięcym. Ten wojownik, ojciec rodziny, nie należał do ludzi, których łatwo można przekonać do sprzeniewierzenia się obowiązkom wasala, porzucenia żony i dzieci, nawet w imię najwyższej sprawy. Bernard z kolei był człowiekiem pełnym uporu, który uważał, że wszystko można osiągnąć dzięki wierze i sile woli. Niezmordowany prozelita wymógł w końcu na oszołomionym bracie "przysięgę, złożoną na honor z podniesioną prawicą, że pójdzie za nim, jeżeli otrzyma pozwolenie żony". Gdy Gwidon w końcu złożył ostateczną przysięgę, Bernard powiedział: "Żeby cię pocieszyć, obiecuję ci, że jeszcze przed najbliższą Wielkanocą będziesz uwolniony od więzi, która łączy cię z twoją żoną, za jej zgodą czy nawet na jej prośbę albo w wyniku jej śmierci".

Wszystko to wydawałoby się w złym guście, gdyby niedługo potem oniemiałego Gwidona żona Elżbieta nie poprosiła w sypialni "ze łzami w oczach o to, by [...] pozwolił jej na wstąpienie do klasztoru". Wilhelm z Saint-Thierry nie bał się akcentów dramatycznych i dodał, że nieszczęsna zmożona była ciężką chorobą, która wkrótce miała przynieść jej śmierć. Wobec tego rozstanie nastąpiło bezzwłocznie, "zgodnie z prawem kościelnym". Elżbieta złożyła ślub czystości i osiadła w klasztorze Larrey, w pobliżu Dijon, a następnie, dwa lata później, została pierwszą przeoryszą zgromadzenia benedyktynek w Jully. Klasztor ten został założony przez opata z Molesme, w pobliżu Nuits-sous-Ravi?re, i ulokowany w zamku odstąpionym przez hrabiego Milona z Bar, być może na prośbę Bernarda, "pod warunkiem że miejsce to będzie należało do zakonnic". Tym samym para opuściła dwie małe córki. Jedna, której imienia nie znamy, miała poślubić Bartłomieja z Sombernon. Druga, Adelina, wstąpi do położonego w diecezji Langres klasztoru w Poulangy, w którym umrze jako opatka...

Pozostaje "wciąż uwięziony w lochu" Gerard. Sprawa zafrapowała Gotfryda z Auxerre, który miał ją przywoływać jeszcze czterdzieści lat później w swoim kazaniu z okazji rocznicy śmierci Bernarda... Rana szybko się zagoiła. Więzień miał objawienia i opowiadał strażnikom, że zostanie uwolniony w ciągu kilku dni.

Był koniec wielkiego postu [1113 roku]. Niedługo później, uwięziony w podziemnej sali, uwolnił się z łańcuchów i ostrożnie skierował do drzwi. Były zamknięte. Gdy tylko dotknął zamka, ten zwolnił się i upadł do jego stóp. Zaraz po tym, jak znalazł się na zewnątrz, podążył do kościoła wolnym krokiem, gdyż wciąż miał spętane nogi. Wyszedł mu wtedy na spotkanie jeden z rycerzy feudała, który go uwięził. Z daleka już zaczął pytać, dlaczego przybył tak późno. Nie brzmiał jak ktoś, kto chciałby go z powrotem wtrącić do więzienia; chodziło o to, że już było po mszy. Dodał: "Pospieszcie się. Pozostają jeszcze nieszpory". Przed kościołem był stopień, zbyt wysoki, by mógł go bez niczyjej pomocy pokonać człowiek w kajdanach. Rycerz podał mu rękę i pomógł. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi, gdyż był pozbawiony przytomności. Gdy dopomógł mu wejść na najwyższy stopień, odzyskał zmysły i wrzasnął: "Co tu się dzieje?". Chciał zatrzymać Gerarda, ale na próżno.

Po powrocie do domu w Châtillon Gerard mógł ocenić poziom zaangażowania religijnego wywołanego przez młodszego brata. Do Gauderyka z Touillon dołączyło całe rodzeństwo. Gerard zamykał listę. Nie ma potrzeby rozprawiać o ich siostrze Hombelinie. To młoda kobieta. Można ją łatwo wydać za mąż za jakiegoś szlachcica, nie wykluczając jednak ewentualnych prób destabilizacji tego związku. Powiedzmy tu od razu, że około roku 1125 miała przekonać męża, by pozwolił jej wstąpić do klasztoru. Zmarła znacznie wcześniej od większości swoich braci, w klasztorze Jully, którego została przełożoną w roku 1128, po śmierci swojej bratowej Elżbiety.

Nie wdamy się tutaj w ocenę metod użytych przez Bernarda, gdyż wykracza to poza zadania historyka. Można za to podkreślić niezwykłe tempo tego werbunku - trwał krócej niż sześć miesięcy, od jesieni 1112 do wiosny 1113 roku - a także jego bezceremonialność. Z gwałtownością typową dla osób nieśmiałych Bernard zastawił sidła na swoich czterech dorosłych braci, by poszli w jego ślady. Bez nadmiernych skrupułów usunął wszystkie przeszkody, w tym tak potężne i dotyczące spraw równie intymnych jak więzi małżeńskie i ojcowskie czy kwestia przedłużenia rodu. Możemy sobie tylko wyobrazić opory Gwidona i Elżbiety, furię Gerarda oraz cierpienia, jakim zostali poddani. Najmłodszego Nivarda miało czekać to samo...

W tamtym czasie niepoprawny Bernard rozszerzył swoją działalność na dalszy krąg osób: młodych mężczyzn ze sprzymierzonych rodów, znajomych i kolegów ze szkoły. Używał klasycznych, ale wymownych argumentów. Mówił "o nędznych radościach tego świata, życiowych troskach i szybkim zgonie". Cel uświęcał środki. Lęk przemawiał do wyobraźni i pobudzał falę zbiorowych powołań u tych rekrutów z wyboru.

Gotfryd z Auxerre szczegółowo przytacza taki przypadek. Bernard spostrzegł, że zapomniał o jednym ze swoich przyjaciół, Hugonie z Vitry. Był to również człowiek wysoko urodzony, ale w przeciwieństwie do poprzednich, był już duchownym. Inaczej niż inni, cieszył się w Mâcon doskonałą reputacją, mimo że obdarowano go poważnymi dobrami kościelnymi. Chodziło zatem o przeorientowanie istniejącego powołania na rzecz życia uważanego za bardziej świątobliwe. Bernard nie wahał się ani chwili. Gotfryd z Auxerre, który opowiada nam tę wyprawę od początku do końca, stwierdził, że "jego reputacja była już ustalona i [mówiono, że], wybiera się do Jerozolimy". Pokazuje to, do jakiego stopnia w dziesięć lat po zdobyciu Świętego Miasta idea pielgrzymki zakorzeniła się w umysłach.

Gdy Hugon ujrzał przyjaciela, rzucił mu się z płaczem w ramiona. Kiedy Bernard opowiadał mu o swoich zamiarach, ten nie przestawał szlochać. Kiedy zapadł wieczór, "położyli się do tego samego łóżka, tak wąskiego, że ledwie się w nim mieścili. Płacz Hugona z Vitry był tak głośny, że Bernard nie mógł spać". Nazajutrz, gdy Bernard zapytał przyjaciela o powody tego potoku łez, Hugon wyjaśnił: "Wczoraj płakałem nad tobą. Dzisiaj nad samym sobą!". Na co Bernard odpowiedział: "Płacz jak najdłużej. Nie przestawaj. Nie ma niczego lepszego od tych łez". Oburzenie kolegów tego młodego kleryka sięgało zenitu. Postanowili zakończyć całą sprawę, nie pozwalając, by ci dwaj mężczyźni ponownie się spotkali.

Ponieważ nie otrzymywał żadnych wiadomości od przyjaciela, Bernard udał się na synod, gdzie spodziewał się zastać Hugona z Vitry u boku zebranych pod gołym niebem biskupów prowincji. Gdy ci ujrzeli intruza, wiedząc o jego intencjach, "spojrzeli nań nienawistnym wzrokiem i próbowali przeszkodzić mu w dotarciu do Hugona". Bernardowi udało się jednak prześlizgnąć. Skoro nie mógł z nim rozmawiać, to ograniczył się do "gorzkiego zapłakania na jego ramieniu". Jakby dla nadania większej wymowy całemu zdarzeniu, zaczął nagle padać ulewny deszcz, który spowodował, że zebranie zostało rozwiązane, i zmusił uczestników do szukania schronienia w pobliżu. Bernard

chwycił wtedy swojego przyjaciela za rękę: "Pozostaniesz ze mną na deszczu", wysapał. Stali więc tak w polu, aż chmury się rozstąpiły. Hugon oznajmił, że obiecał, iż nie zostanie mnichem przed upływem roku. Miał to być rok próby. Chodziło też o wprowadzenie księży w błąd. W ten sposób doszli do całkowitego porozumienia. Możemy ich sobie wyobrazić, jak stoją, trzymając się za ręce. Wszyscy byli w rozpaczy. Ale nikt nie próbował już zwieść Hugona [z obranej przez niego drogi].

Działania Bernarda nie były pozbawione konsekwencji. Prozelityzm tego rodzaju, uprawiany publicznie i prywatnie, budził poważne obawy. Wśród arystokracji narastał gniew. Wilhelm z Saint-Thierry zauważył: "Matki chowały swoich synów, żony powstrzymywały mężów, przyjaciele nawzajem się pilnowali". Widać wyraźnie, że dla wielu rodzin jesień i zima 1113 roku to okres strachu i niepokoju.

Plony były jednak poważne. Choć nie znamy imion większości nowicjuszy - podobno było ich około trzydziestu - to wiemy coś o tych najwyżej urodzonych. Wśród najbliższych, poza braćmi, był też Gotfryd z La Roche-Vanneau, późniejszy biskup Langres. Inny, Robert z Châtillon, miał się następnie stać przyczyną pewnych kłopotów. Oprócz brata matki, Gauderyka z Touillon, którego żona wniosła do małżeństwa posiadłości lenne, a następnie wstąpiła do żeńskiego klasztoru w Molesme, trzeba dodać jeszcze jednego wuja, Milesa z Montbard. A także Hugona, później zwanego "ubogim", syna Rainarda z Montbard; Gotfryda z Aigny, genialnego architekta, Artolda, przyszłego opata Preuilly. A może i Arnolda, w późniejszym czasie opata Morimond.

Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, co oznaczał odpływ ludzki na tak dużą skalę. Na podstawie tej dziesiątej części faktów, które są nam znane z niezmiennie doskonałego źródła, możemy wnioskować na temat zdarzeń, o których milczą kronikarze. Wydrenowano kwiat arystokracji, co musiało pociągnąć za sobą nieuchronne konsekwencje. Większość żon "powołanych" rycerzy i feudałów znalazła zapewne schronienie w klasztorach, wzorem bratowej Bernarda, Elżbiety, czy jej ciotki, kasztelanki z Touillon. Niezwykle ścisłe powiązania rodowe, wraz z właściwym im bagażem solidarności i potęgi gospodarczej, będą miały duże znaczenie dla tej przygody duchowej, która winna przecież polegać również na zakładaniu nowych zgromadzeń...

Całe to towarzystwo stopniowo gromadziło się we "wspólnym domu" w Sombernon, na zachód od Dijon. Możliwe, że były to włości któregoś z powołanych: jedna z córek Gwidona miała dołączyć do tej rodziny... Rozmawiali o przyszłości. Tych kilka miesięcy odosobnienia wystarczyło niektórym z nich, by się przekonać, że przecenili swoje zdolności umartwiania się. Dwóch z nich powróciło "do świata". Inni kandydaci do klasztoru musieli w dosyć krótkim czasie (nawet jeśli założymy, że wstępowanie do klasztoru to proces, który może potrwać kilka miesięcy) załatwić pilne kwestie majątkowe, negotia. Gauderyk z Touillon pozostawił swoje włości synowi Walterowi. To pewnie też wtedy Miles z Montbard podarował wieś Poilly opactwu Molesme.

Pod koniec maja 1113 roku Bernard był gotowy. Źródła mówią, że towarzyszyło mu ponad trzydziestu ochotników - cum sociis amplius quam triginta. Nie pojechał z nimi Robert, którego uznano za jeszcze zbyt młodego. Odjeżdżając, Gwidon miał powiedzieć Nivardowi, najmłodszemu z rodu Fontaine: "Wszystko to jest twoje!". Na co dziecko odparło: "Co?! Zabieracie niebo i zostawiacie mi ziemię! Podział nie jest sprawiedliwy!". Técelin starał się robić dobrą minę do złej gry. W końcu dał synom ostatnią radę, by "wszystko robili z umiarem. Znam was dobrze - powiedział. - Nic, albo niewiele rzeczy może ochłodzić wasz zapał".

Kilka dni później - być może zatrzymali się etapem na zamku Fontaine - przybyli do Cîteaux, gdzie opat Stefan Harding zgotował im serdecznie powitanie. Bernard miał dwadzieścia dwa lata.

?

ROZDZIAŁ 5

POWRÓT DO ŹRÓDEŁ

Bernard z Fontaine i jego towarzysze pojawili się w "Nowym Klasztorze" pełni determinacji. Ich wybór świadczy o zamiarze świadomego zaangażowania w tyleż tradycyjne, co oczyszczone życie duchowe.

Minęło mniej niż pół tysiąclecia od czasu, gdy reforma św. Benedykta z Nursji zakorzeniła się po drugiej stronie Alp, w klasztorze Alta Ripa, w pobliżu Albi. Człowieka, który nadał zachodniemu ruchowi monastycznemu oblicze, jakiego - mimo niezliczonych perypetii - nigdy nie straciło, cechował umiar, co miało przesądzić o jego wielkim sukcesie. Umiar ten nie wykluczał oczywistej charyzmy. W czasie, gdy wielu było przekonanych, że życie klasztorne dogasa, Benedykt - mający jasne przekonanie o tym, że nie należy wchodzić na nowy teren - zachowywał wyważoną pozycję między zgniłym rozluźnieniem a ascetyzmem, który mógł się okazać destrukcyjny. Postulował utworzenie "szkoły w służbie Pana", prowadzonej pod przewodnictwem mistrza, w której modlitwa odbywałaby się na przemian ze studium i pracą fizyczną. Małe wspólnoty o charakterze rodzinnym, kierowane przez opata, miały być w ten sposób powołane do naśladowania Chrystusa i dążenia do zbawienia poprzez zrównoważone życie codzienne. Ów rytm życia wewnętrznego ukazuje tego człowieka, o którym wiemy niewiele, jako jednego z najbardziej spostrzegawczych znawców ludzkiej natury.

Trzeba jednak było poczekać do początku IX wieku, by zwołane przez cesarza Ludwika Pobożnego w latach 816-819 słynne synody akwizgrańskie podporządkowały wszystkie tendencje panujące w życiu monastycznym ówczesnego Zachodu wspólnym regułom i zwyczajom. Głównym promotorem decyzji synodalnych oraz Cartulare monasticum był Benedykt z Anianu, duchowny z otoczenia Pepina Krótkiego i Karola Wielkiego, który - zniecierpliwiony indyferentyzmem swojego klasztoru - wypróbował w pobliżu Montpellier ascetyczną drogę Pachomiusza i Bazylego, zanim obrał drogę benedyktyńską na czele założonego przez cesarza eksperymentalnego klasztoru w Inden. Reforma miała przebiegać w otoczeniu ściśle cesarskim, co mogło również nosić w sobie zalążki przyszłego rozkładu.

Nowe tendencje rozwijały się od Monte Cassino do Sankt-Gallen, od Fontenelle do Tournus, aż do momentu, gdy fundacje te, cieszące się nie bez powodu reputacją bogatych, zostały dotknięte skutkami najazdów. Klasztory - szukając potężnych protektorów przeciwko klęskom epoki - zezwoliły zdeterminowanym świeckim na przywłaszczanie pod pretekstem wynagrodzenia nowych ziem, a nawet tworzenia kolejnych fundacji, by pobudzić produkcję rolną. Instytucja adwokatów kościelnych była swoistą ilustracją tej tendencji wpadania klasztorów "w ręce świeckich". Niemieccy Ottoni nie robili tajemnicy z roli, jaką miały odgrywać opactwa Reichenau czy Fulda, podobnie jak Kapetyngowie, będący świeckimi opatami Saint-Denis, nie zaniedbywali niczego, co mogłoby ich wzmocnić. Wraz z dekompozycją imperium karolińskiego i postępującym rozdrobnieniem władzy pojawiło się także inne niebezpieczeństwo. Klasztory zostały narażone na instrumentalizację w rękach rodzącej się arystokracji, której podstawowym celem była realizacja własnych interesów.

A jednak to z inicjatywy jednego z takich feudałów, księcia Akwitanii Wilhelma III, założone zostało na samym początku X wieku opactwo w Cluny, niedaleko Mâcon, które miało się następnie stać jednym z najważniejszych miejsc średniowiecznej Europy. Tam świecki tracił swoje przywileje. Dla ochrony niezależności opactwa wybór opata był wolny, miejscowy feudał zaś musiał się zrzec wszelkiej jurysdykcji na rzecz Stolicy Apostolskiej. Dzięki tym wyłączeniom reguła kluniacka miała zacząć się rozwijać w sposób niebywale dynamiczny. Na mapie Europy zaroiło się od nowych klasztorów i zgromadzeń, od Anglii po Włochy i Hiszpanię. W tej ostatniej doszedł jeszcze polityczny i religijny ferwor rekonkwisty, z której również wynikały poważne korzyści finansowe. To dzięki wpływom z fundacji hiszpańskich można było zbudować w Cluny największy kościół w świecie chrześcijańskim.

Jednocześnie burgundzkie opactwo stało się promotorem reformy gregoriańskiej. Mogliśmy przez to obserwować - w miarę upływu czasu i przebiegu kolejnych wydarzeń związanych z niekończącą się walką między papieżem a cesarzem - jak pewna część braci osiąga wysokie stanowiska kościelne, niewiele mające wspólnego z ideałem monastycznym. Kiedy 25 października 1095 roku papież Urban II święcił ołtarz nowego kościoła opackiego, pamiętał, że sam był mnichem w Cluny. Był nim również Paschalis II, spędzający święta Bożego Narodzenia 1106 roku w Burgundii. Przebywający na wygnaniu Gelazjusz II miał w Cluny znaleźć schronienie, tam umrzeć i zostać pochowanym. Osobliwe zaszczyty gromadziły się wokół opata, który nie był takim zwyczajnym ojcem rodziny. Pons z Melgueil, należący do wysokiej arystokracji langwedockiej, uzyskał zgodę na noszenie niektórych elementów ubioru biskupiego, przywilej, który wkrótce miał zostać rozciągnięty na wszystkich przyszłych opatów. Kilka lat po wstąpieniu do Cîteaux Bernarda z Fontaine miał się ujawnić długi, niezwykle brzemienny w konsekwencje kryzys, co do natury którego historycy wciąż się spierają. Jeżeli wierzyć najlepiej poinformowanym, na przykład Marcelowi Pacaut, wydaje się, że sednem konfliktu był stale narastający sprzeciw niektórych biskupów, bezsilnych wobec licznych przywilejów jurysdykcyjnych, sięgających nawet kościołów parafialnych, a w tym również - jak można przypuszczać - ich dochodów.

Cluny było po prostu potęgą i zachowywało się jak na potęgę przystało. Kilka tysięcy mnichów, ogromne posiadłości ziemskie, armia chłopów, organizacja na miarę potrzeb, jakie niesie ze sobą kontynentalna ekspansja. Nie da się pominąć znaczenia i poziomu rozwoju tego zakonu, toteż nie bez powodu mówi się o "cywilizacji kluniackiej", wówczas bardzo namacalnej. Silny swoimi niezliczonymi immunitetami zakon nie musiał się obawiać zbyt wielu rzeczy. Może poza sobą samym. Zdaniem wielu spostrzegawczych umysłów, w tym i Bernarda, który w odpowiedniej chwili będzie o tym wołał wszem i wobec, ideał monastyczny zatraca się w nieuchronnym skostnieniu i trywialnych konfliktach wynikających z tak daleko posuniętej kumulacji władzy. Chmara fundacji, w ramach których wciąż powstają nowe klasztory, pełne - jak to się z czasem okazuje - mnichów niemile widzianych gdzie indziej, niezbyt dobrze współgra z obrazem zdrowej równowagi familiae.

Potrzebę odnowy wyrażał tak zasługujący na uwagę przykład oświeconego duchownego, jak Anzelm z Havelbergu: "Nowe zgromadzenie monastyczne, różne [...] od tych, które zwą się dzisiaj lub są naprawdę klasztorami"... Na przełomie stuleci niektórzy już próbowali lub przygotowywali się przynajmniej do przejęcia pałeczki i oczyszczenia instytucji z przyczyn wypaczeń, które - nawet gdybyśmy próbowali zniuansować obraz rzeczywistości - tak ewidentnie ją psuły. Ze zmiennym szczęściem.

Jedną z odpowiedzi stała się, począwszy od 1080 roku, pewnego rodzaju nieufność względem zreformowanego monastycyzmu Benedykta z Anianu. Sposób, w jaki go wówczas praktykowano, nie odpowiadał potrzebom całej grupy duchownych, którzy - pozostając wierni obowiązkowi czystości, ubóstwa i życia wspólnotowego - nie chcieli jednak podlegać konkretnym zobowiązaniom względem ludzi, gdyż kierowali się typową dla siebie odmianą duchowości. Ruch kanoników regularnych, powołany w duchu praeceptum św. Augustyna skierowanego do grupy świeckich w 397 roku, odnosił wówczas poważne sukcesy. Zgromadzenia kanoników podlegały mniej rygorystycznym regułom niż mnisi, ale zobowiązane były do wspólnego życia i podziału prebend. Bardzo szybko zostały uznane przez papieża Urbana II, a ich istnienie na trwałe wpisało się w historię Kościoła, na równi z wielkimi zgromadzeniami zakonnymi. I tak opactwo w Arrouaise, założone przez dwóch duchownych z otoczenia Wilhelma Zdobywcy, miało wkrótce posiadać swoje filie w całej północnej Francji i w Niemczech. Opactwo św. Wiktora w Paryżu narodziło się dzięki silnym potrzebom duchowym pewnego nauczyciela ze szkoły Notre-Dame, Wilhelma z Champeaux. A także Prémontré, powstałe z woli niemieckiego feudała Norberta z Xanten, rozkwitło w pobliżu Laon, by następnie rozwijać się w Anglii, Portugalii, Skandynawii i na Cyprze.

Wiele z nich powstało wówczas z pragnienia oczyszczenia i ascetyzmu. Najgłośniejsze przedsięwzięcie zainicjowano w 1101 roku - Bernard miał wówczas dziesięć lat - gdy grupa mężczyzn i kobiet, która przez trzy lata błąkała się po różnych miejscach, osiedliła się w końcu w dolinie Fontevraud, na lewym brzegu Loary, w pobliżu Saumur. Założyciel nie wzbudzał zaufania. Robert z Arbrissel, syn wiejskiego proboszcza z diecezji Rennes, był nietypowym księdzem. Podjął najpierw próbę naprawy bretońskiego kleru, a następnie pobierał nauki w Paryżu, gdzie powitał z sympatią reformę gregoriańską i wycofał się "na pustynię". Siła jego przekonań czyniła cuda. Najpierw założył opactwo kanoników regularnych w La Roë. Fontevraud to jednak inna sprawa. Już od samego początku dwuznacznie patrzono na to zgromadzenie. To koedukacyjne grono (wkrótce zresztą przywództwo przejęła kobieta) skupiało osobliwą gromadkę, w której arystokraci mieszali się z biedakami, inwalidami, trędowatymi i prostytutkami. W chwili, gdy Bernard myślał o podjęciu życia zakonnego, Fontevraud zmagało się z wrogością najwyższych władz kościelnych, tradycyjnie nieufnych w stosunku do wędrownych kaznodziei, dodatkowo jeszcze rozsierdzonych osobowością Roberta i zbyt płynną, by nie wzbudzać podejrzeń, ideologią. To charyzmatyczne zgromadzenie, chyba najoryginalniejsze w historii zachodniego średniowiecza, było krzyczącym symbolem poszukiwania nowych horyzontów duchowych.

Wewnątrz tradycyjnego ruchu monastycznego środowiska reformistyczne skłaniały się ku pustelnictwu, jako bardziej przybliżającemu do imitatio Christi. Niejaki Piotr ze Stella, przyjaciel Roberta z Arbrissel, ale surowszy, jeżeli chodzi o potrzebę samotności, utworzył wspólnotę w Fontgombault, w diecezji Bourges. Około roku 1080 Gerard, dawniej mnich w Corbie, założył przy wsparciu hrabiego Akwitanii klasztor Sauve-Majeure. Stało się to dzięki wsparciu księcia Akwitanii Wilhelma VIII, który odstąpił mu dobra w Entre-Deux-Mers. Zgromadzenie zostało następnie zaaprobowane w czasie synodu w Bordeaux przez legata Hugona z Die, o którym będzie jeszcze mowa. Gerard miał tam umrzeć w roku 1084, pięć lat przed narodzinami Bernarda, podczas gdy pewien Niemiec z Kolonii, który odbył studia w Reims i objął tam szybko stanowisko nadzorcy szkolnego - przyszły papież Urban II był jego uczniem - postanowił oddalić się wraz z kilkoma towarzyszami w głąb masywu Chartreuse (Kartuzja), niedaleko Grenoble, gdzie mógł liczyć na przychylność biskupa. Tam, na wysokości prawie tysiąca metrów nad poziomem morza, mieli pędzić piękne życie pustelnicze. Zaproszony do Rzymu przez swojego byłego ucznia Brunon miał się nigdy nie pojawić na dworze laterańskim i umrzeć w pustelni oddanej mu do dyspozycji przez hrabiego Rogera Sycylijskiego. Wiemy, że zgromadzenie odniosło sukces...

Trochę wcześniej Stefan z rodziny wicehrabiów Thiers, po długim pobycie we Włoszech, oddalił się do Muret, koło Ambazac w Limousin, by żyć tam w ścisłym ubóstwie i samotności. Zakon rozwinie się i nabierze ostatecznego kształtu w następnym stuleciu. W 1072 roku Aleksander II zatwierdził niezwykle surową regułę kamedułów, którzy w Umbrii mieszkali w oddzielnych szałasach, spędzając czas na pracy, modlitwie i poście. Biskup Odon polecił w 1095 roku duchownym z Tournai, by oddali się pustelnictwu, a następnie zgromadził ich w opactwie św. Marcina, gdzie musieli żyć według ścisłej reguły benedyktyńskiej. Wkrótce mieli dołączyć do zakonu kluniackiego.

W roku 1109 bliski współpracownik Roberta z Arbrissel, Bernard z Ponthieu, który jako przeor klasztoru św. Sawina dokonał jego reformy, a następnie był opatem św. Cypriana w Poitiers, założył nad brzegiem strumienia w Tiron (diecezja Chartres) opactwo św. Trójcy. Jego powstanie i bujny rozwój były możliwe dzięki biskupowi Iwonowi oraz hrabiemu Rotrou III z Perche. Z kolei jeden z jego współpracowników, Witalis z Mortain, po życiu spędzonym na działalności kaznodziejskiej, podjął samotne i pełne ubóstwa życie w lesie Cran, by następnie założyć w Savigny pustelnię, która w 1112 roku miała stać się opactwem, również pod wezwaniem św. Trójcy. Ten znajdujący się na pograniczu Normandii, Bretanii i Maine przybytek miał zaznać bujnego rozwoju, by stać się w połowie stulecia centralą 70 fundacji we Francji i Anglii, o których losie będziemy jeszcze dużo mówić. Obydwie instytucje w ten czy inny sposób pozostawały w konflikcie z Cluny. Raul, mnich od św. Juwina w Marnes, zainicjował liczne fundacje, zwłaszcza w Rennes. Gerald z Sales przeniósł się do Poitou i Perigord, Garin - w Alpy, a Anteor z Scher - w Wogezy. Pojawili się nawet pielgrzymi weneccy, którzy około 1106 roku założyli klasztor L'Artige w Limousin. Wszystkie te wysiłki świadczą o gorącym pragnieniu "odnowienia ruchu monastycznego i redefinicji jego roli".

Również arystokraci zrozumieli istotę tego ruchu, w którym sami często uczestniczyli. Fundacja uznawana była za akt pobożności. Wspomnieliśmy przed chwilą hojność Rotrou III z Perche. Gdy jego żona Matylda, córka króla Anglii Henryka I Beauclerka, zginęła wraz z tyloma innymi w katastrofie Białego Statku, wydzielił ze swojego majątku łąkę w Soligny, koło Mortagne, której mnisi nowej obediencji mieli nadać znaną nazwę Trappe.

Grupa mnichów udała się żywym krokiem do oddalonego miejsca zwanego Cîteaux, położonego w diecezji Chalon. Ze względu na otulinę, jaką wokół niego tworzyły wówczas las i cierniste krzewy, nie było ono uczęszczane przez ludzi, a zamieszkane tylko przez dzikie zwierzęta. Ludzie Boga rozumieli, że miejsce to jak najbardziej nadawało się do tego rodzaju życia monastycznego, o którym myśleli od dawna, i do którego przyszli tym chętniej, im bardziej wydawało się nędzne i niedostępne dla ludzi ze świata. Z błogosławieństwem biskupa i za zgodą właściciela terenu dokonali wycinki drzew w lesie i oczyścili z krzewów miejsce, na którym następnie zbudowali klasztor.

Ta spokojna, jasna, szczegółowa relacja wpisuje się w szerokie tło duchowej "rekonkwisty" i wiele mówi o oryginalności koncepcji przyświecających założeniu "Nowego Klasztoru". Przemilcza jednak bardzo powolny proces dojrzewania tego zadziwiającego człowieka, który długo nosił w sobie tę zupełnie prostą ideę.

O owym Robercie, od którego miał wyjść pierwszy impuls, wiemy bardzo mało. Narodziny około roku 1030, w rodzinie najlepszej szlachty szampańskiej. Młodość spędzona w klasztorze Montier-la-Celle, koło Troyes, którego został przeorem. W 1069 roku, z nieznanych bliżej powodów, został wybrany opatem u św. Michała w Tonnerre, gdzie sytuacja daleka była od budującej. To wtedy nawiązał kontakt z grupą eremitów zamieszkujących las Collan, dwie mile od klasztoru w kierunku Chably, którzy poprosili go o objęcie duchowego przewodnictwa. Wydawało się, że w wieku czterdziestu lat Robert odnalazł spełnienie w swoim trudnym życiu religijnym. W 1071 roku zrezygnował z godności opackiej, by żyć wraz ze swoimi towarzyszami według ideału stanowiącego cel dążeń wielu ówczesnych duchownych.

W 1075 roku feudałowie z Maligny oddali mu kawałek lasów Molesme, bardzo oddalonych na północny wschód od lasu Maulnes, w połowie drogi między Riceys i Châtillon-sur-Seine. Robert osiadł tam 20 grudnia 1075 roku. Miał oczywisty zamiar, podobnie zresztą jak jego towarzysze, prowadzenia bardziej wymagającego życia klasztornego od tego, które poznał w Tonnerre. Inicjatywa miała stać się ofiarą swego sukcesu. W ciągu trzech lat Molesme miało się doczekać trzydziestu pięciu placówek, głównie w diecezjach Langres i Troyes. Z nich z kolei miało powstać szesnaście następnych...

W obliczu tej ekspansji trzeba oddać lokalnej arystokracji - do której zaliczał się i Robert - należne jej miejsce. To ona zwiększała obciążenia mnichów lub zmuszała ich do wzięcia na utrzymanie parafii. To ona mnożyła donacje ziemskie, a wraz z nimi cedowała kierowanie rozwojem domeny i pracą chłopów. Molesme szybko stało się zamożnym opactwem typu kluniackiego, w którym aspiracja do świętości znalazła się na dalszym planie w porównaniu z kilkoma innymi z wielu niedawnych fundacji. Wydaje się, że doszło do burzliwego rozstania Roberta z Molesme i pierwotnej grupy pustelników z lasu Collan, bardziej nieprzejednanych w kwestii ścisłej obserwacji reguły. Tego typu sztywność przekonań nie bardzo godziła się z charakterem opata - niektórzy uważali go wręcz za zbyt elastycznego i skłonnego do kompromisu.

Około roku 1090 pewien człowiek wiedział już, że reforma od wewnątrz nie jest możliwa. Był to przeor Molesme, Alberyk, o którym nie wiemy prawie nic, poza faktem, że był człowiekiem doświadczonym, oczytanym, "w wystarczającym stopniu znającym rzeczy boskie i ludzkie, [...] kochającym Regułę i swoich braci". To jednak coś, jeżeli zważyć na panującą w Molesme atmosferę. Wiadomo także, że musiał zmierzyć się z wrogością posuwającą się aż do przemocy fizycznej. Uzyskał wówczas wsparcie młodego Anglika, Stefana Hardinga.

Harding urodził się pewnie w Merriot, na pograniczu hrabstw Dorset i Somerset, w rodzinie drobnej szlachty z otoczenia królewskiego, która, jak można sądzić, nie patrzyła łaskawym okiem na przywłaszczenie sobie tytułu królewskiego przez księcia Wilhelma Normandzkiego. Około roku 1069 został oblatem w pobliskim opactwie Sherborne. Wiadomo, że studiował in Scottiam - czyli w Irlandii - w słynnym i znanym ze swoich szkół opactwie Lismore (Munster), a następnie we Francji. Był to silny mężczyzna, wyjątkowej postawy, który wstąpił do Molesme w 1085 roku, wracając z pielgrzymki do Włoch. Wilhelm z Malmesbury w swojej Historii królów Anglii opisuje go w następujący sposób:

[...] życzliwy, z przyjemną twarzą, jego dusza zawsze radosna w Panu. Na zewnątrz jego rysy promieniowały szczęściem. Jednak w tajemnicy ronił łzy nad swoją marnością: nie kochał już tej ziemi, ogromna namiętność ciągnęła go za to w kierunku ojczyzny [niebiańskiej].

Był to również zdolny do tworzenia abstrakcyjnych konceptów intelektualista. Pozwoliło mu to na wypracowanie podejścia egzystencjalnego; zgodnie z nim rozum - ratio - jest

uniwersalną zasadą, za pośrednictwem której Stwórca stworzył wszystkie rzeczy i która pozwala ludzkiej naturze przetrwać. Oczywiście, człowiek oddala się od niego czasem w wyniku swojej słabości, ale istnieją prawa pozwalające go z powrotem do niej sprowadzić. Wśród nich Reguła podpowiedziana przez Boga św. Benedyktowi.

Nietrudno zgadnąć, że tego typu poglądy nie skłaniały do pobłażliwości. Toteż wkrótce Stefan udał się razem z Alberykiem i dwoma innymi braćmi do oddalonego miejsca, być może do Oigny (Côte d'Or). Można sądzić, że atmosfera w Molesme stawała się nie do wytrzymania, gdyż kilka lat później sam Robert miał uciec wraz z dwoma braćmi, Gwidonem i Gwerynem, aż do Aulps w Sabaudii, by założyć tam cella i żyć w samotności w pobliżu wzburzonego zakrętu rzeki Dranse de Morzine, u stóp skały Chaux. Powrót do Molesme, około 1093 roku, okazał się próbą sił.

Wydaje się, że Robert z Molesme był zdeterminowany, by wprowadzić surową reformę w założonym przez siebie klasztorze, gdzie - jak niosła wieść - Reguła benedyktyńska "przestrzegana była w sposób letni i leniwy - tepide ac negligenter". Poluzowanie było także winą wielkiej pobożności arystokratów. Zdarzało się, że każdego roku, na Wielkanoc albo Zielone Świątki, miejsca te nawiedzał z nazbyt wystawną świtą książę Burgundii lub hrabia Szampanii.

Jak już słusznie zauważono, nie chodziło o to, by "przestrzegać litery w opozycji do ducha", ale by przywrócić życiu monastycznemu przebieg i gorliwość zgodne z zamysłem św. Benedykta. Jedno ze źródeł historii "Nowego Klasztoru", Exordium parvum, skompilowane w pół wieku po jego fundacji, mówi jasno:

Jednogłośnie zobowiązali się [...] do obserwacji Reguły św. Benedykta i do odrzucenia wszystkiego, co się jej sprzeciwia. [...] I tak całkowicie dostosowali tryb swojego życia do ścisłej zgodności z Regułą, zarówno jeżeli chodzi o sprawy kościelne, jak i inne. Zrzuciwszy z siebie starą skórę, cieszyli się, że przywdziali nową.

Sprawa jest bardziej delikatna, niż mogłoby się wydawać. Choć Robert okazywał wsparcie tym, którzy skupieni wokół przeora Alberyka, Stefana Hardinga i kilku innych, chcieli zerwać ze zbyt liberalnym Molesme, by się osiedlić gdzie indziej, to można przypuszczać, że zebrałaby się przygniatająca większość "letnich" mnichów, a także część dostojników kościelnych, starających się wykazać niezgodność tego "exodusu" z ustanowionym przez Regułę i potwierdzonym przez niezliczone kanony synodalne postulatem stabilności.

Toteż Robert, w towarzystwie przeora Aubry'ego, Stefana Hardinga oraz czterech mnichów: Odona, Jana, Letalda i Piotra, udał się do Lyonu, którego arcybiskup i jednocześnie legat papieski we Francji, Hugon z Die, dał się poznać jako dygnitarz do tego stopnia zdeterminowany na rzecz wprowadzenia reform, że wdał się na pewien czas w konflikt nawet z papieżami. Suspendował wielu biskupów, a w czasie synodu w Autun, w 1094 roku, przesądził o surowym potępieniu przez Kościół grzechu cudzołóstwa króla Filipa I. Legatowi bardzo leżało na sercu, by utrzymywać klasztor "najdoskonalej i najściślej, jak to możliwe" w zgodzie z Regułą św. Benedykta. W liście, który jest pierwszym znanym dokumentem przychylnym separacji, Hugon z Die poparł odejście ochotników "w kierunku innego miejsca wskazanego im przez dobroć Opatrzności", aby tam żyć "w poczuciu bliskości Boga, z większym pożytkiem i spokojem".

Gdy tych sześciu zdeterminowanych mężczyzn wróciło do Szampanii, wszystko już potoczyło się szybko. Wybrali lokalizację na pograniczu hrabstwa i księstwa Burgundii, w równym oddaleniu od Nuits-Saint-Georges i jednego z wielu meandrów Saony, w miejscu zwanym "Sitowiem"[1]. Obfitowało ono bowiem w gęsto porośnięte tą rośliną stawy. Teren bagnisty, niewdzięczny, ale bardzo odizolowany, pełen "lasów i ciernistych krzewów", nadający się do założenia na nim wspólnoty monastycznej zdolnej do samoograniczeń. Znajdowało się tam wszystko, co niezbędne do "zbudowania klasztoru wraz z przyległościami, jak również do egzystencji mnichów w nim mieszkających".

Bardziej prawdopodobne jest, że opat Robert znał właścicieli miejsca: wicehrabiego Renarda z Beaune, jego żonę Hodiernę z Montmorot i ich dzieci. Rodzina ubogich szlachciców, jakich wtedy było wielu. Renard darował zakonnikom upragniony przez nich (i chyba możliwy do zagospodarowania wyłącznie ich siłami) teren - szczęśliwie jest to alodium, wolne od wszelkich obciążeń feudalnych - "w zamian za odpuszczenie im grzechów oraz ulgę czyśćcową dla dusz ich przodków". Dla siebie zachował tylko kawałek, na którym kiedyś osiedliło się trzech chłopów - zwyczaj zabraniał ich ekspropriacji. Poprosił jednocześnie swojego suzerena, księcia Odona I Burgundzkiego, by zamienił należny mu czynsz na winnice, które jego rodzina mogłaby założyć, a następnie czerpać z nich korzyści we własnej domenie Beaune.

Robert, człowiek już wówczas stary, opuścił wtedy Molesme z dwudziestoma i jednym mnichem, wśród których byli także Alberyk i Stefan Harding. W niedzielę palmową i dzień św. Benedykta, 21 marca 1098 roku, osiedlili się w miejscu zwanym wówczas heremus Cîteaux, co może być dowodem na to, że - jak wykazał w swoim godnym zapamiętania doktoracie Jean-Baptiste Auberger - uważano jeszcze nową fundację za zależną od Molesme. Początki były zapewne trudne, niemniej wybudowano dość szybko, w ciągu jednego lata, w miejscu zwanym La Forgeotte, drewniany budynek i małą kaplicę, a także wykarczowano kawałek dość żyznego gruntu. Wydaje się, że w niesieniu pomocy nowemu przybytkowi książę Burgundii szybko zastąpił pana z Beaune. Obiecał dostarczać "przez długi czas niezbędne rzeczy" i podarował mnichom poważne kawałki gruntów oraz wiele sztuk bydła. W okolicach Bożego Narodzenia ofiarował im winnicę w Meursault, zarówno po to, by zaspokoić ich zapotrzebowanie na wino mszalne, jak i po to, by wlać w żołądki tych spracowanych mężczyzn więcej entuzjazmu. Uważano, że wino leczy wszystkie choroby. Mnisi konsumowali je przynajmniej w ilości 0,3 litra dziennie na głowę, ale w szczególnych przypadkach dawka mogła być zwiększona.

Podstawowa trudność leżała jednak gdzie indziej. Opactwo w Molesme nigdy nie zaakceptowało tego zerwania, które nie tylko je zubażało, lecz także zwiększało jeszcze otaczającą je nieufność. Nowy opat, Gotfryd, pogrążył się wówczas w subtelnej grze prawnej. Molesme nigdy nie otrzymało przywileju - wzorem Cluny - bezpośredniej zależności od Stolicy Apostolskiej. Nie zależało przeto od Rzymu ani tym bardziej od legata Hugona de Die, lecz od miejscowego ordynariusza, biskupa Langres, Roberta, brata księcia Odona Burgundzkiego, który darzył Molesme tak wielką estymą, że wyraził kiedyś życzenie spędzenia tam ostatnich lat życia. Heremus powstał w miejscu zależnym od władzy biskupa Chalon-sur-Saône, natomiast wybór Roberta na opata dokonany został chyba bez jego zgody... Z tym wszystkim Gotfryd udał się do Rzymu, gdzie domagał się przywrócenia stanu zgodnego z prawem. Uzyskał to bez trudu. W liście do legata papież Urban II podkreślił, że mnisi "mówili, iż przestrzeganie reguły monastycznej legło u nich w gruzach i że - na skutek nieobecności opata - miejscowi książęta i inni sąsiedzi żywili do nich nienawiść". Kościół zawsze odczuwał ogromną nieufność w stosunku do zbyt mobilnych mnichów, kręta zaś droga Roberta mogła dawać do myślenia... Papież nakazał więc, by opat niezwłocznie opuścił Cîteaux i powrócił do Molesme, określanego mianem coenobium - klasztoru - kontynuując jednocześnie doświadczenie założonego przez siebie heremus.

Późną wiosną 1109 roku Hugon z Die zaprosił do Port d'Anselle biskupa Chalon Gauteryka z Couches, prawdopodobnie kuzyna Bernarda, oraz biskupów Autun, Mâcon, Belley, opatów Tournus, św. Benigna z Dijon, św. Marcina z Ainay (Lyon). Przed ich obliczem stanęli opat Gotfryd oraz trzech mnichów z Molesme. Z Cîteaux nie przybył nikt. W liście skierowanym do biskupa Langres legat informuje o podjętych decyzjach, w których I. Eberl dopatruje się "salomonowego wyroku". Gotfryd miał ustąpić z godności opata zaraz po powrocie Roberta do Molesme. Ten jednak miał udać się wpierw do Chalon, by oddać pastorał symbolizujący jego władzę biskupowi, któremu podlegało Cîteaux. Mnisi z "Nowego Klasztoru" zostaną w ten sposób uwolnieni od obowiązku posłuszeństwa Robertowi, on sam zaś uda się do Molesme wraz z tymi spośród nich, którzy nie będą chcieli go opuszczać. Powróci pod jurysdykcję biskupa Langres. W przypadku. gdyby opat uległ starym skłonnościom i ponownie opuścił Molesme, Gotrfryd zająłby jego miejsce. Ponadto "żaden z dwóch klasztorów nie będzie zapraszał ani przyjmował mnichów z innego znanego klasztoru".

Wreszcie Hugo z Die podkreślił, że wszystkie naczynia i stroje liturgiczne zabrane przez Roberta z Molesme pozostaną własnością "Nowego Klasztoru", oprócz brewiarza, który miał zostać skopiowany przez mnichów z Cîteaux, a następnie zwrócony przed 24 czerwca, czyli świętem św. Jana Chrzciciela. Dokument przywracający Molesme w jego prawach stanowi jednocześnie oficjalny akt powstania i uznania przez władze kościelne Cîteaux. Alberyk, były przeor Molesme i jeden z najgorliwszych zwolenników separacji, stał się pierwszym opatem Cîteaux. Pod koniec stulecia "Nowy Klasztor" liczył piętnastu mnichów.

Alberyk wysłał wówczas do Rzymu dwóch mnichów, by otrzymać od nowo wybranego papieża Paschalisa II uznanie swojej fundacji. Zostali oni zaopatrzeni w listy polecające arcybiskupa Lyonu, biskupa Chalon i dwóch ówczesnych francuskich kardynałów. Nie było mu jednak dane dowiedzieć się o skutkach tego kroku. Zmarł 26 stycznia 1109 roku.

Papież Paschalis II już w następnym roku, 19 października, w Troi (Apulia), gdzie wówczas rezydował, nadał Cîteaux bez żadnej trudności "przywilej rzymski" potwierdzający "wieczyście status opactwa i specjalną opiekę Stolicy Apostolskiej, przy jednoczesnym poszanowaniu praw kanonicznych kościoła Chalon". Stary wojownik Robert de Molesme dokonał żywota 29 kwietnia 1111 roku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

PRZYPISY

Przedmowa

[1] Dictionnaire du Moyen Age, 2002, hasło Ph. Nouzille'a.

[2] Bernard de Clairvaux (1090-1153). Histoire, mentalités, spiritualité, Paryż 1992.

[3] Das Mystische. Zob. L. Wittgenstein, Tractatus logico-philosophicus, 6.522, przeł. B. Wolniewicz, Warszawa 2000.

[4] Saint-Bernard et les arts, w: L'Art et la société. Moyen Age - XXe si?cle, Paris 2002, s. 444.

[5] Pieśń nad Pieśniami, 2, 3, za: Biblia Tysiąclecia (przyp. red.).

[6] Tak poprzez słowo i język, jak poprzez pracę i prawdę (przyp. tłum.).

[7] Od wschodu słońca (przyp. tłum.).

Rozdział 1. Genealogie

[1] Fr. le Saur (przyp. tłum.).

[2] Zob. tablice genealogiczne na końcu książki.

[3] Pozostajemy bez dodatkowego komentarza przy rozstrzygającym studium jednego z najlepszych specjalistów w dziedzinie Adriaana Hendricka Bredero: Saint Bernard est-il né en 1090 ou en 1091?, w: Papauté, monachisme et théories politiques, Lyon 1994, s. 229-241. Nawiązuje się w nim, przytaczając dowody, do chronologii uznawanej za niekwestionowaną aż do XIX wieku, kiedy to ogromny autorytet kanonika Elph?ge'a Vacandarda, autora przeważnie bezbłędnej i do dziś niezastąpionej monografii, opowiedział się, za ojcem Chomtonem, za 1090 rokiem.

Rozdział 2. Wychowanie arystokraty

[1] Bardzo stary przekaz sytuuje go przy obecnej ulicy Ernesta Humblota, gdzie kult Bernarda z Clairvaux jest żywy po dziś dzień. Istnieją w tym miejscu podmurowania, które powszechnie datuje się na X-XII wiek. Dalszych informacji brak.

Rozdział 3. Wybór

[1] Wahania obejmują lata 1103-1108. Jean Marilier opowiada się za 1103 lub 1104 rokiem. Vacandard optuje za przedziałem 1106-1107, Ferrucio Gastaldelli zaś za rokiem 1108.

Rozdział 5. Powrót do źródeł

[1] Fr. les Cistels (przyp. tłum.).

?

PRZEDMOWA

Gdyby na ścianie katedry odkryto ślady stóp nosorożca włochatego, to niewątpliwie wkrótce pojawiłoby się jakieś tego faktu wyjaśnienie. Im mniej prawdopodobne, tym jego potrzeba jest silniejsza.

Henri Michaux, Passages, 1950

Minęły już czasy, gdy pisanie biografii uznawano za rzecz niewybaczalną, "wielki człowiek" zaś od razu wydawał się podejrzany. Nie będziemy więc uciekać się do wybiegów, starać się usprawiedliwiać na tę i ową okoliczność. Zwłaszcza, że Bernard z Clairvaux już od ośmiu i pół stulecia znakomicie sam broni swojej sprawy. W większym nawet stopniu, niż to się wydaje możliwe, i nie bez dwuznaczności.

Choć stał się przedmiotem badań - studia bernardyńskie nabrały, zwłaszcza w naszym stuleciu, bezprzykładnego rozmachu, mobilizując rzesze interpretatorów, których publikacje wypełniają biblioteki - to jednocześnie ten nietypowy człowiek Kościoła, mistyk i polityk, wydaje się odstraszać od próby syntezy. Do tego stopnia, że w opublikowanej dosłownie wczoraj summie uznano za stosowne zasygnalizować, że "wciąż czeka na swojego biografa"[1]. Najbardziej kompetentni specjaliści zapytują gdzie indziej, czy jej napisanie jest jeszcze możliwe[2]. Dość szybko uświadamiamy sobie powody tych wahań oraz narzucające się wątpliwości. Ten mnich, który nikogo nie musiał przekonywać, że jest "chimerą swojego wieku", objął swym wpływem wszystkie możliwe pola działalności, naznaczył swoją epokę w potężny i unikatowy sposób, narzucił obraz, który następne stulecie pozostawiły bez zmian. Próba ponownego ożywienia giganta wymaga po prostu zanurzenia się w życiu politycznym, religijnym, etycznym, społecznym, gospodarczym, kulturalnym, filozoficznym, artystycznym i mistycznym tego wyjątkowego momentu historycznego nazywanego "renesansem XII wieku". Epoki, wobec której ducha Bernard często przyjmował postawę - delikatnie mówiąc - niedostosowaną. Zadanie pod każdym względem samobójcze...

W 1895 roku kanonik Elph?ge Vacandard, kapelan liceum Corneille'a w Rouen i wysokiej klasy historyk, opublikował w dwóch tomach znakomitą biografię, która - jako pierwsza - poddała ten żywot rygorystycznej krytyce tekstualnej oraz ustaliła pewne fakty. Do tej pory nie zniknęła z bibliografii, nie doczekała bowiem następcy, chociaż od kilku dziesięcioleci następuje przyspieszona ewolucja spojrzenia na tę problematykę. W ubiegłym wieku niekwestionowanym mistrzem studiów bernardyńskich był o. Jean Leclerc, autor pomnikowych Dzieł wszystkich oraz zdumiewającej liczby przyczynkarskich, choć jakże niezbędnych studiów. Później pojawiły się oryginalne, lecz ograniczone, jakby uszczuplone samymi rozmiarami zagadnienia "ujęcia psychohistoryczne". Inni poświęcili prace, często godne uwagi, roli ojca z Clairvaux w "pierwotnej jedności cysterskiej" lub podkreślali "nieprzenikalność hagiograficznej biografii". Z aż tylu koniecznych podejść należy zdawać sobie sprawę, by spróbować, wbrew przeciwnościom, a nawet oporom, stworzyć coś, co przypominałoby obraz wyjątkowego człowieka w czasie sprzyjającym niecodziennym wyborom.

Trzeba również od razu wspomnieć, że nigdy nie stawiłbym czoła tej górze, gdyby nie przyjacielska, choć nieustanna presja Denisa Maravala, mojego wydawcy od ponad dwudziestu lat, któremu wobec tego zawdzięczam znane mi tylko dręczące rozterki oraz towarzyszące im radości...

Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że tylko rygorystycznie zastosowane ujęcie chronologiczne może oddać sprawiedliwość geniuszowi tego człowieka, który przez całe życie parał się tak wieloma rzeczami. W ten sposób możemy ujrzeć, jak niepozorny mnich o stalowej woli - co sugerują szczęki zrekonstruowanej niedawno twarzy, którą można oglądać w katedrze w Troyes (zob. ilustracja nr 9) - zajmuje się sprawami Państwa i sprawami Kościoła, jak dokonuje kolejnych fundacji, wpływa na geopolitykę, pisze arcydzieła, angażuje się w niebezpieczne debaty intelektualne, inicjuje krucjatę, koresponduje ze wszystkimi liczącymi się postaciami Europy i innych części ówczesnego świata, zagłębia się w Bożej miłości, rozstrzyga krwawe nieraz konflikty, wpływa na jednych i zwalcza innych, a wszystko to w tym samym czasie. Pojawił się tylko jeden wyjątek: niekończąca się sprawa sukcesji w archidiecezji Yorku, rozważana dla niej samej, przy czym każdy ma w ręku klucz do jej zrozumienia.

Chociaż musieliśmy ukazać szeroki kontekst, to nie mogło być również mowy o naginaniu historii, choćby stanowiła tylko tło lub ograniczała się do pewnych istotnych wydarzeń, które spotkały mnicha na jego drodze lub które on raczej wyprzedzał, jeżeli nie był ich twórcą. Surowy sam dla siebie, Bernard z Clairvaux zbyt często przebywał poza klasztorem, porzucał monastyczne otium dla jego dokładnego przeciwieństwa, uznawanego za niebezpieczne negotium, choćby było to negotium Christi. Otóż trzeba wiedzieć, dlaczego. Źródła - rozmaite Żywoty, zredagowane bądź to przez bliskich, bądź to przez bezwarunkowych wielbicieli czy nawet przez kogoś, kto nie znał opisywanej postaci, lecz poruszał się w ramach określonego schematu, niezliczone listy, dzieła literackie, kroniki, statuty... - pomagają nam w uzyskaniu odpowiedzi na to pytanie, pod warunkiem że bada się je z uporem, w tym także ich niedopowiedzenia, przy znajomości ich intencji i ograniczeń. Będziemy je obszernie cytowali. Ten, kto umożliwił mi przechowywanie w domu, na własnym biurku, zasadniczej części korpusu dzieł, wie, ile mu zawdzięczam. Mimo to nie dało się opowiedzieć wszystkiego, a tylko zdezorientować wszystkich poszukujących właściwej ścieżki interpretacyjnej. Podobnie z Bernardem-mistykiem, którego zaakceptowaliśmy takiego, jakim był, gdyż wiemy już od Ludwiga Wittgensteina, że w tym "jest zaiste coś niewyrażalnego"[3]. Bibliografia arbitralnie szeroka, choć ograniczona do dzieł najważniejszych, zastępuje aparat krytyczny, który nadałby tej książce monstrualne rozmiary bez korzyści dla kogokolwiek. Ma ona wyrażać rozmiar moich intelektualnych zobowiązań, a jednocześnie umożliwiać pogłębienie lub przeorientowanie tych bądź innych kwestii.

Bernard z Clairvaux stał się zapewne moim "nosorożcem włochatym", zagadnieniem nierealistycznym i wymagającym. Ostatecznie nie sądzę, bym jakoś szczególnie źle potraktował tego człowieka kluczowego dla epoki, której już nie rozumiemy. Osobę wszechstronną, wymykającą się wszelkim klasyfikacjom, często denerwującą, czasami niemożliwą do zaakceptowania nawet dla swoich admiratorów, a jednak emanującą aurą, która nie pozwala o niej zapomnieć, mimo tego wszystkiego, co wydaje się nam - nam, którzy dysponujemy o tyle szerszą wiedzą - czymś zwodniczym.

W krótkim i długo niepublikowanym przypisie, przelanym na papier przy okazji wystąpienia Ratio fecit diversum: San Bernardo e le arti, wygłoszonego na wiosnę 1991 roku w rzymskiej Accademia Nazionale dei Lincei, Georges Duby, tak podatny na aurę ojca z Clairvaux, pozwolił sobie na drobny szkic: "Płomienna wola mocy ożywiała Bernarda, podobnie jak wszystkich jego przyjaciół i towarzyszy. Należał do ludzi budzących lęk, przekonanych o posiadaniu prawdy, którzy - przełamując każdą przeszkodę zgodnie z zasadą, że cel uświęca środki - chcą zmusić współczesnych do życia zgodnie z modelem przez siebie wykutym"[4].

Wiemy, że Charles de Gaulle, przebywając u schyłku swego życia w La Boisserie, rzut kamieniem od Clairvaux, zapytał sam siebie w obecności André Malraux: "Święty Bernard był zapewne kolosem; ale czy był człowiekiem szlachetnego serca?". Próżno szukać na tych stronicach odpowiedzi na podobne pytanie. Może jednak odnajdzie tu Czytelnik to, czego potrzeba do uchwycenia niezliczonych odsłon tego bardzo osobliwego geniuszu, z którym, jak zauważył wybitny specjalista Marcel Pacaut, "zapewne nie zawsze było łatwo żyć w tej samej epoce".

Tigy, 20 sierpnia 2003 roku

.

Clairvaux, lato 1153

Lecz skoro jestem tym, kim jestem,

Dokładnie zresztą nie wiem, kim,

Odchodzę stąd spokojnym krokiem.

A reszta? Hojny Boży nimb.

Fernando Pessoa, Cancioneiro, 1930

W południowej Szampanii, pośród śpiewu ptaków, samotność sięga szczytu. Ledwo bije serce bardzo już sędziwej krainy. Trochę oddalonych od siebie prastarych wiosek, "szerokie, zgrzebne i smutne widoki".

Oto i Piołunowa Dolina. Silnie aromatyzująca roślina o gorzkim smaku rośnie tu gęsto. To krótkie i wąskie pofałdowanie terenu otoczone jest gęstymi lasami. Gleby są kiepskiej jakości. Żółtawe skały wapienne, kamulce, krzaki, które - na przekór wszystkiemu - uparcie wypuszczają listowie. Słabe i karłowate drzewa. Wiatr się uspokoił. Słychać trele ptaków. Malutki strumyk szumi nieopodal rzymskiej drogi, która od wieków towarzyszy biegowi rzeki Aube. Tymianek i macierzanka, zapach orchidei i jesienne wspomnienie majestatycznego przelotu żurawi. Słońce jest nieskończenie łagodne. Niczym złotnik beztrosko ozdabia od rana do wieczora wzgórza i rozprasza cień. Już pierwsze promienie rozpalają te okolice, niegdyś będące symbolem osamotnienia, i wygasają dopiero po zmroku.

Od niemal czterdziestu lat cierpliwa i uparta praca przezwyciężyła ugory, wykorzeniła cierniste chwasty i krzaki, nadała pewnej ogłady pierwotnej dzikości, zachowując jednak odwieczny wdzięk. Wyrosła tu winorośl i można już w tych oddalonych miejscach cieszyć się "wszystkimi darami ziemi". Niezrównany urok pogodnej natury wypełnia zmysły. Bardziej niż gdziekolwiek indziej ludzie opiewają tu piękno rozumnie opanowanej natury, z większym niż gdzie indziej poczuciem własnej wartości powtarzają słynne wersety Pieśni nad Pieśniami:

W upragnionym jego cieniu usiadłam,

a owoc jego słodki memu podniebieniu[5].

Clara vallis. "Jasna dolina" w Szampanii, na pograniczu z Górną Burgundią...

To tutaj, w środku lata 1153 roku miał umrzeć człowiek, który nie bał się kiedyś wykrzyczeć swojego wstrętu do śmierci "własnej i bliskich". Chociaż wychudł, a jego rudoblond broda poprzetykana była siwizną, to wciąż budził respekt. To on pewnego wieczoru w czerwcu 1115 roku wybrał tę oazę ciszy. Nie wiedział jeszcze, że stanie się ona przystanią, do której będzie powracał znacznie rzadziej, niżby sobie tego życzył, aby dać wytchnienie swej płomiennej duszy, wyprowadzonej na manowce przez epokę, która jakby na nim samym się opierała. Ten człowiek powołany był do modlitwy i kontemplacji "na chwałę Boga Jedynego", a jednak, pełen gwałtownego i upartego ferworu, naznaczył swoim piętnem niezliczone, wielkie spory, bardzo nieraz dwuznaczne, czasami tak niesprawiedliwe i nie na czasie.

Bernard, pierwszy opat na Clairvaux, chorował od lat. Było to coś jakby zużycie całego ciała. Położył się zatem do łóżka bez niepotrzebnych złudzeń co do możliwości poprawy swojego stanu. Był człowiekiem wyjątkowym, a na dodatek wyjątkowości swej świadomym, jakkolwiek by reagował na zbyt daleko posuniętą troskę. Śmierć nie była już dla niego "wrogiem". Pięć lat wcześniej wyraził swoje zdanie na ten temat przy okazji śmierci jednego z mnichów, Humberta, który od dawna nie był już zdolny do pełnienia żadnych funkcji: "To nie nad nim trzeba płakać, lecz nad wami wszystkimi i nad tym domem. Trudno o większą zgryzotę, niż być pozbawionymi jego rad i przykładu".

Echa nadchodzącego końca przewijały się coraz częściej w jego korespondencji. Gdy wuj Bernarda, Andrzej z Montbard, od niedawna mistrz zakonu templariuszy w Ziemi Świętej, wyraził zaniepokojenie stanem zdrowia siostrzeńca, ten odpowiedział mu:

Pragniesz mnie zobaczyć i mówisz, że twoja podróż zależy od mojej decyzji. [...] Cóż mam odpowiedzieć? Chcę, byś przybył i boję się Twego przybycia. Chciałbym, byś to uczynił przed moją śmiercią. [...] Nie zwlekaj, bo możesz mnie już nie zastać. Otrzymałem już libacje, które poprzedzają ofiarę, i nie myślę zbyt długo pozostawać na tym świecie.

Od dziesięcioleci docierają już do tego zakątka Szampanii, jakby wbrew zdrowemu rozsądkowi, wszystkie wielkie sprawy tego świata. Możni wciąż zwracają się o coś do tej udręczonej duszy. Zadaje sobie trud, by pocieszać samego króla Francji Ludwika VII, który wysłał do chorego swojego brata Roberta, hrabiego Dreux, we własnej osobie. Arcybiskup duńskiego Lundu, pozostający od dawna w kontakcie z opatem Clairvaux, do którego żywił "nadzwyczajny szacunek i przywiązanie", zgromadził poważną sumę ponad sześciuset marek złota, aby ruszyć w podróż aż do Szampanii.

Na wiosnę trzeba było znów oderwać się od swojej samotności i od Boga, by po raz kolejny poskromić ludzkie szaleństwo i uratować Lotaryngię od miecza i krwi. Po powrocie do Clairvaux miał się już nie podnieść. Gotfryd z Auxerre, kronikarz ostatnich chwil jego życia, napisał: "Jego spoczywające na małym łóżku ciało trapiły dwie różne choroby, ale jego umysł pozostawał swobodny i silny [...], toteż wciąż medytował lub dyktował". Otoczenie było jednak zaniepokojone tak szybką zapaścią, o której wieść wnet się rozeszła po świecie. Wokół łoża Bernarda panował ścisk. Gdy przybyły prosić go o radę kuzyn Gotfryd z La Roche, biskup Langres, zdumiał się, że jego myśli krążą już gdzieś daleko, ten odpowiedział: "Niech cię to nie zaskakuje, nie jestem już z tego świata".

Podobnie jak cesarza Marka Aureliusza i tylu innych ludzi, obdarzonych przed nim nerwowym temperamentem, Bernarda gnębiły niewypowiedziane męki schorowanego żołądka, który odmawiał wszelkiego pokarmu i nie dawał mu chwili wytchnienia. Była to również cena zbyt wielu ludzkich lęków. Uważny obserwator, jakim był Wilhelm z Saint-Thierry, zanotował, że te dolegliwości nie pozwalały mu już od dłuższego czasu uczestniczyć na pełną skalę w życiu wspólnotowym i zmusiły do zajmowania osobnej celi. Poczuł się również w obowiązku polemizować z tymi, którzy szeptali, że opat zaniedbywał swoje zdrowie dla zbyt wielu zewnętrznych zobowiązań rozmaitej natury: "Wielkość Boga, która z tym mocniejszym blaskiem odbijała się w jego chorobie, pozwalała mu dotychczas zaznać od ludzi więcej czci, a poprzez cześć - więcej szacunku, poprzez szacunek zaś - więcej posłuszeństwa".

Teraz było inaczej. Choroba, "oścień dla ciała", musiała mu przeszkadzać - podobnie jak S?renowi Kierkegaardowi - "przystąpić, wzorem innych, do codziennego życia". "Ruinie", jaką stało się jego ciało, przeciwstawiał pocieszany przez bliskich opat Clairvaux "swój spokój, pogodny umysł i oddaną duszę". Z tym zgadzali się wszyscy.

Kiedy zaalarmowany opat Bonneval (w diecezji Chartres), Arnold, przesłał mu trochę smakołyków, Bernard odpowiedział mu natychmiast w bardzo osobisty sposób:

Przyjąłem znak waszego przywiązania w duchu troskliwej miłości, ale bez przyjemności. Do jakiego innego szczęścia może mieć pretensje ktoś tkwiący w szponach goryczy, jeżeli nie do tej jedynej przyjemności, która wynika z całkowitego powstrzymania się od jedzenia? Nie mogę już spać. To żołądek sprawia mi największe cierpienia. Dniem i nocą domaga się tylko odrobiny płynu, gdyż nie toleruje już żadnego stałego pożywienia. [...] Wystarczy tylko trochę go nadwerężyć, a od razu robi się gorzej. Stopy i nogi mam obrzmiałe jak przy puchlinie. A pośród tego wszystkiego [...], tkwi wewnętrzny człowiek, mówię to, jakbym bym szalony, który widzi przytomny umysł w chorym ciele. Proście Zbawiciela, który nie dopuszcza do śmierci grzesznika, aby tego zbliżającego się zgonu nie opóźniał, lecz otoczył opieką. [...] Napisałem ten list sam, przy całej swojej chorobie, abyś w ręce, której styl znasz, odnalazł moje przywiązanie.

Dziś wiemy, że ten "biuletyn o stanie zdrowia" jest fałszywką sfabrykowaną po śmierci Bernarda przez Gotfryda z Auxerre, człowieka wówczas mu najbliższego. Fałszywką zresztą bardzo zręczną - do tego stopnia, że brzmi dość realistycznie, bardziej w każdym razie niż jakikolwiek dokument autentyczny, choćby pisany tuż nad przepaścią. Z tego powodu byłoby może błędem go lekceważyć. Pozwalałby sądzić, że Arnold, który bardzo słabo znał umierającego, ale po śmierci Wilhelma z Saint-Thierry został obarczony redagowaniem Żywota, nie dołączył do swojej przesyłki najmniejszego nawet listu, skoro rzekomy opat z Clairvaux musiał zakończyć swój uwagą, że wolałby mu odpowiedzieć, niż do niego pisać. Czy w końcowych słowach tego falsyfikatu miała wybrzmieć ostatnia złośliwość człowieka, który nie zwykł nigdy komplementować swoich niezliczonych korespondentów, niezależnie od ich pozycji społecznej? To sfabrykowane przez inną osobę ostatnie porozumiewawcze mrugnięcie okiem stanowiłoby coś w rodzaju najwiarygodniejszego znaku rozpoznawczego istoty o skomplikowanej egzystencji, przekazanego w chwili, gdy miał nastąpić tak precyzyjnie przygotowany kres jego ziemskiej wędrówki? Jakich to pułapek wielcy ludzie nie pozostawiają na swojej ostatniej drodze...

Gotfryd z Auxerre zaświadcza - gdyż mówimy o czasach, kiedy to trzeba "pisać o tych, którzy umarli", by żyć mogli żywi - że Bernard wypatrywał zbliżającego się końca "każdego dnia z coraz większą fascynacją, nadymając swoje żagle, niczym statek wchodzący do portu". Znał jego grozę, widział ją i opowiadał o niej: "Pomarszczone czoło, podkrążone oczy, szpiczasty nos, zaciśnięte wargi, poczerniałe zęby, koścista i chuda szyja, zmarniałe ciało". Nie ma niczego chorobliwego w tym dojrzewaniu do śmierci, które - nawet gdyby nie mogło pomóc umrzeć (ale cóż możemy na ten temat naprawdę wiedzieć?), to jednak pozwala naświetlić sens samej historii w chwili, gdy ta dogasa przy łożu pojedynczego człowieka. "Śmierć [Chrystusa] wybawiła nas od śmierci, jego życie - od błędu, jego łaska - od grzechu. [...] Śmierć Chrystusa to śmierć śmierci, gdyż on umarł po to, bym ja mógł żyć".

Te przygotowania muszą zadziwiać ludzi, dla których śmierć nie jest "dniem świątecznym, dies festus", lecz środkiem nocy, chwilą, gdy zawodzi ciało. Dla Bernarda, mimo utrzymującego się piekącego bólu, ten dzień stanowi koniec niemożliwej do zaspokojenia ciekawości, która wciąż wypływała na powierzchnię jego niezmierzonego dzieła: w końcu pojawiło się oczarowanie "radością rzeczy nowej". Iucunditas de novitate.

Opata z Clairvaux otaczali ci, którym zgodził się przewodzić. Wciąż miał do siebie pretensje, że zbyt często pozostawiał ich samych dla zgiełku tego świata. Niewielka owczarnia mnichów, nowicjuszy i pochodzących z pobliskich gospodarstw konwersów, tych "najdroższych i tak wytęsknionych braci", ku którym zwracał swoje myśli i których opuszczał, by podróżować po całej Europie, stała teraz u jego wezgłowia, płacząc i wyrażając swój niepokój. "Ojcze, czy nie masz litości dla tego klasztoru? Czy nie masz współczucia dla nas, których wykarmiłeś z takim uczuciem swoim matczynym mlekiem? Jak możesz w ten sposób porzucać tych, którzy pracowali tutaj nad podjętym przez Ciebie dziełem? Jakże opuszczać ludzi, których dotychczas tak kochałeś?".

Kilka dni przed osiągnięciem światłości nadeszła ostatnia wiadomość ze świata. Dotknęła Bernarda tym bardziej, że dotyczyła jednego z jego "podopiecznych", Bernarda Paganellego z Montemagno, którego poznał w opactwie św. Zenona w Pizie i zaprosił do Clairvaux. Od ponad ośmiu lat świat znał go jako papieża Eugeniusza III. Mnichem cysterskim został z potrzeby serca (lub prawie). Bernardowi zdarzyło się kilka razy podnieść na niego głos. Hugon z Trois-Fontaines, kolejna z jego zaginionych owieczek, a obecnie kardynał i biskup Ostii, napisał, że papież zmarł 8 lipca w Tivoli. Poza Rzymem. Tak jakby nie dość już było symboli tamtych okropnych czasów. Nikt nie uznał za stosowne odnotować reakcji opata Clairvaux. Możemy się jej tylko domyślać...

Biskup Auxerre, Alan z Flandrii, także relacjonujący tę czujną agonię, streścił w kilku wymownych słowach wyartykułowany przez Bernarda bilans własnego życia, którego płomienny ślad każdy nosił w pamięci: "Mniej ufałem osądowi własnemu niż innych. Nigdy nie szukałem zemsty za zniewagę. Starałem się unikać wszelkiego zgorszenia. A gdy już do niego doszło, robiłem, co mogłem, by je wyciszyć". Chciał w ten sposób wskazać uczniom trzy godne naśladowania cnoty: "Pokora, cierpliwość i miłość, tam verbe et lingua, quam opere et veritate[6]". Nie zostało dużo czasu na pouczenia. Opat Clairvaux pragnął już tylko "usiąść w upragnionym cieniu".

Kiedy wydawało się, że nadeszła chwila ostatniej przeprawy, przybyli opaci i bracia z sąsiednich klasztorów. Naturalnie Goswin, opat Cîteaux. Również kilku biskupów. Bernard otrzymał - na własną prośbę - ostatnie namaszczenie i komunię. W czwartek 20 sierpnia zmarł. "Zbliżała się trzecia godzina"[7], czyli między ósmą a dziewiątą rano. Opat Clairvaux miał siedemdziesiąt dwa lata.

Ból i wzruszenie opanowały wszystkich obecnych. Opłakiwano "zmarłego pasterza". W całym świecie chrześcijańskim miały się niedługo odezwać echa tego wydarzenia. Ciało Bernarda tymczasem umyto i odziano w szaty liturgiczne. Przez dwa dni będzie wystawione w kościele opackim... Pewnie myślano nad tymi zwłokami o wydarzeniach, które wstrząsnęły klasztorem pięć lat wcześniej i tak mocno dotknęły Bernarda. Malachiasz Ua Morgair. arcybiskup irlandzkiej diecezji Armagh, zatrzymał się tam wtedy, wyczerpany, w drodze do Rzymu. Zmarł w listopadową noc 1148 roku. Niezwykle poruszony opat Clairvaux poświęcił mu Żywot, jeden z ostatnich, jakie napisał:

[...] szczęśliwie zasnął w Panu. I prawdziwie zasnął. Pogodne oblicze było znakiem spokojnego końca. [...] Ta sama żywość oblicza, ta sama łagodność, tak zazwyczaj wyglądał, gdy spał. [...] Nie zmienił się, ale zmienił nas. W przedziwny sposób nagle ukoił się smutek i ból wszystkich. Żałoba obróciła się w radość, a śpiew powstrzymał płacz. [...] Zwyciężyła wiara, zatriumfowała pobożność, sprawy powróciły na swoje miejsce, wszystko działo się zgodnie z porządkiem, wszystko toczyło się wedle reguły.

Z okolic nadchodzą wszyscy ci, którzy prędzej czy później zadrżeli na samo wspomnienie imienia zmarłego. Feudałowie, właściciele gospodarstw, miejscowy lud. Na wieść o zgonie wyruszają w drogę wszyscy, którzy poznali tę potężną i kryształową postać. Przybywają z Moranville, Longchamp, Champignol, Juvancourt, Bayel czy Arconville. Zapewne i z bardziej oddalonych miejsc. Cała ta kraina żyła zgodnie z rytmem "Nowego Klasztoru". Wszyscy czuli, że przebywają w obecności świętego ciała. To jednocześnie niebezpieczne i pożyteczne. Mogą go czcić wszyscy oprócz "tych nieszczęsnych kobiet", którym klauzura bezwzględnie nakazuje trzymać się z dala. Obejmują stopy zmarłego i pokrywają jego ręce pocałunkami. Niektórzy przynoszą pieczywo, prześcieradła, drobne monety lub jakąkolwiek inną rzecz, która miała przejąć całą moc błogosławieństwa tego, którego już zawsze będzie się przywoływać. Aby wrócił...

Zaczynają krążyć plotki o cudach. Ludzie dowiadują się o nich od siebie nawzajem i przekazują wieść dalej, co rozpala wyobraźnię. I ten "niezgodny z regułą zakonu" zgiełk. Każdego dnia napływa coraz więcej ludzi, których nie obchodzą konwenanse, przybyli biskupi, nie wspominając już o mnichach. Liczy się tylko to "święte ciało", którego jeszcze można dotknąć. W sobotę, kiedy przypadał pogrzeb, trzeba było zdusić w zarodku możliwe rozruchy, śpiewając psalmy i odprawiając poranną mszę, "podobnie jak w trakcie poprzednich dwóch dni". Następnie ciało, zgodnie z życzeniem zmarłego przybrane w tunikę Malachiasza, złożono w krypcie wydrążonej "przed ołtarzem Maryi Dziewicy", który u cystersów jest ołtarzem głównym. Na piersiach położono mu małą skrzyneczkę zawierającą relikwię błogosławionego Tadeusza apostoła. "Otrzymał ją w tym samym roku z Jerozolimy i nakazał, by spoczywała na jego ciele. [...] Znalazłby się w ten sposób blisko tego ucznia w dniu zmartwychwstania".

Te osobliwe wydarzenia miały miejsce w trakcie trwającego od sześciu tygodni pontyfikatu papieża Anastazego, w drugim roku panowania króla Rzymian Fryderyka I oraz Ludwika VII, "arcypobożnego króla Francji, syna Ludwika VI".

Na każdym z tych ludzi, i na wielu innych, na budzącej się aż po granice ziem Niewiernych Europie, na wierze tamtej epoki triumfującego chrześcijaństwa, na sposobach wyrażania wrażliwości i inteligencji, postać zmarłego odcisnęła tak znaczące piętno, że trudno byłoby uchwycić cechy tamtego stulecia i wszystkich jego konfliktów bez jego potężnego, groźnego głosu. "Obnażona niezmienność, której wystarczy tylko słowo, by złamać jej przeznaczenie".