Susza - Jane Harper

-
Proszę czekać

Pro­log

Śmierć na far­mie nie była prze­cież niczym nie­zwy­kłym, a muchy nie wybrzy­dzały. Nie było dla nich róż­nicy mię­dzy cia­łem ludz­kim a padliną.

Tego lata susza roz­piesz­czała je, dając znaczny wybór. Upa­trzyły sobie w szcze­gól­no­ści nie­ru­chome oczy i lep­kie rany na kor­pu­sach wychu­dłego bydła, które far­me­rzy z Kie­warry odstrze­li­wali z koniecz­no­ści. Brak desz­czu ozna­czał brak paszy. Z kolei brak paszy powo­do­wał, że trudne decy­zje stały się codzien­no­ścią tego małego mia­steczka, gdzie każdy nowy dzień upły­wał pod bez­li­to­śnie roz­ża­rzo­nym błę­ki­tem.

"Prze­ła­mie się", powta­rzali oko­liczni hodowcy, ale mie­siące mijały i zaczy­nał się już drugi rok suszy. Słowa te jed­nak poda­wano z ust do ust gło­śno i nie­prze­rwa­nie - niczym man­trę, jak rów­nież szep­tano po cichu - niczym modli­twę.

Mete­oro­lo­dzy z Mel­bo­urne byli odmien­nego zda­nia. Pod­czas pro­gnozy pogody, nada­wa­nej o osiem­na­stej z kli­ma­ty­zo­wa­nych stu­diów tele­wi­zyj­nych, pre­zen­te­rzy w gar­ni­tu­rach ze współ­czu­ciem czy­nili na ten temat krótką wzmiankę. Ofi­cjal­nie była to naj­gor­sza sytu­acja od co naj­mniej stu lat. Ten typ pogody wywo­ły­wało zja­wi­sko, które miało nawet swoją nazwę, choć jej wymowy ni­gdy osta­tecz­nie nie udało się usta­lić.

El Ni?o.

Przy­naj­mniej muchy były zado­wo­lone. Cho­ciaż ich łup tego dnia był dość nie­zwy­kły. Mniej­szy i deli­kat­niej­szy. Nie było to jed­nak decy­du­jące. W istot­nych kwe­stiach nie było róż­nicy. Szkli­ste oczy. Lep­kie rany.

Zwłoki na pola­nie były naj­śwież­sze. Tro­chę wię­cej czasu zajęło muchom odkry­cie dwóch ciał wewnątrz domu, mimo że drzwi pozo­sta­wiono otwarte - jakby w geście zapro­sze­nia. Te owady, które zapu­ściły się w głąb domu, prze­la­tu­jąc jedy­nie nad cia­łem znaj­du­ją­cym się w przed­po­koju, zostały nagro­dzone kolej­nym - tym razem w sypialni. To było mniej­sze, ale i mniej oble­gane.

Pierw­sze na miej­scu, z zado­wo­le­niem roiły się w upale, pod­czas gdy krew pły­nęła, two­rząc nie­mal czarne kałuże na dywa­nie i kafel­kach. Przed domem na sznu­rze na­dal wisiało pra­nie - suche jak pieprz i aż sztywne od słońca. Na kamien­nej ścieżce leżała dzie­cięca hulaj­noga. W pro­mie­niu kilo­me­tra biło tylko jedno ludz­kie serce.

Nikt nie zare­ago­wał, kiedy wewnątrz domu roz­legł się płacz nie­mow­lę­cia.

Roz­dział 1

Nawet ci miesz­kańcy Kie­warry, któ­rzy bywali w kościele raz w roku, na Boże Naro­dze­nie, wie­dzieli, że tym razem zabrak­nie w nim miejsc. Kiedy Aaron Falk zaje­chał w tuma­nach kurzu i zwię­dłych liści, przed wej­ściem kłę­bił się szaro-czarny tłum.

Ludzie z deter­mi­na­cją, którą pró­bo­wali ukryć, sta­rali się prze­pchać, mija­jąc sąsia­dów, aby jak naj­szyb­ciej wejść do środka. Po dru­giej stro­nie drogi usta­wili się przed­sta­wi­ciele mediów.

Falk zapar­ko­wał swo­jego sta­rego sedana obok pikapa, który naj­lep­sze lata rów­nież miał już za sobą, i wyłą­czył sil­nik. Ter­kot kli­ma­ty­za­cji ustał i w ciszy wewnątrz samo­chodu natych­miast zro­biło się gorąco. Poświę­cił chwilę, aby zlu­stro­wać tłum, choć tak naprawdę nie miał już na to czasu. Ocią­gał się całą drogę z Mel­bo­urne, tak że zazwy­czaj pię­cio­go­dzinna podróż wydłu­żyła się nie­mal o godzinę. W końcu wysiadł z wozu, zado­wo­lony z tego, że nie dostrzegł nikogo zna­jo­mego.

Upał póź­nego popo­łu­dnia natych­miast otu­lił go szczel­nie niczym koc. Otwo­rzył tylne drzwi, żeby wziąć mary­narkę, i popa­rzył sobie przy tym rękę o roz­grzaną karo­se­rię. Po krót­kim waha­niu się­gnął też po kape­lusz. Brą­zowe płó­cienne nakry­cie głowy z sze­ro­kim ron­dem nie paso­wało do pogrze­bo­wego gar­ni­turu. Jed­nak Falk, któ­rego skóra przez pół roku miała sinawy odcień ski­słego mleka, a przez dru­gie pół była usiana groź­nie wyglą­da­ją­cymi pie­przy­kami, był gotowy na ten modowy nie­takt.

Od uro­dze­nia blady, miał krótko przy­strzy­żone, nie­mal białe włosy, a rzęsy wręcz nie­wi­doczne. W ciągu trzy­dzie­stu sze­ściu lat swo­jego życia czę­sto zasta­na­wiał się, czy austra­lij­skie słońce nie pró­buje mu dać cze­goś do zro­zu­mie­nia. Była to wia­do­mość, którą znacz­nie łatwiej igno­ro­wało się wśród wyso­kich budyn­ków Mel­bo­urne niż w Kie­war­rze, gdzie cień był rzad­kim luk­su­sem.

Falk spoj­rzał prze­lot­nie na drogę wyjaz­dową z mia­steczka, a następ­nie skon­sul­to­wał się ze swoim zegar­kiem. Pogrzeb, stypa, jeden noc­leg i już go tu nie ma. Osiem­na­ście godzin, obli­czył. I ani godziny wię­cej. Mając to na uwa­dze, ruszył w kie­runku tłumu, przy­trzy­mu­jąc ręką kape­lusz z powodu nagłego podmu­chu gorą­cego wia­tru.

Wewnątrz kościół był jesz­cze mniej­szy, niż Falk zapa­mię­tał. Ramię w ramię z obcymi ludźmi pozwo­lił, by tłum poniósł go głę­biej do środka. Zauwa­żyw­szy wolne miej­sce pod ścianą, ruszył ku niemu i sta­nął obok far­mera w baweł­nia­nej koszuli opi­na­ją­cej mu się na brzu­chu. Męż­czy­zna ski­nął mu głową, po czym z powro­tem utkwił spoj­rze­nie w dali. Falk dostrzegł zagię­cia na ręka­wach jego koszuli, które naj­wy­raź­niej jesz­cze chwilę wcze­śniej były pod­wi­nięte.

Falk zdjął z głowy kape­lusz i wachlo­wał się nim ukrad­kiem. Nie mógł się powstrzy­mać, żeby nie rozej­rzeć się wokół. Twa­rze, które z początku wydały mu się obce, teraz sta­wały się coraz bar­dziej zna­jome, jakby zaczął widzieć je wyraź­niej, i poczuł bez­sen­sowne zdzi­wie­nie na widok zmarsz­czek, siwi­zny i dodat­ko­wych kilo­gra­mów.

Star­szy męż­czy­zna dwa rzędy dalej pochwy­cił jego spoj­rze­nie, ski­nął głową i obaj, roz­po­zna­jąc się, wymie­nili smutne uśmie­chy. Jak się nazy­wał? Falk pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć. Nie mógł się sku­pić. To był nauczy­ciel. Falk nie­mal widział go, jak stoi przed klasą, dziel­nie usi­łu­jąc przy­bli­żyć znu­dzo­nym nasto­lat­kom geo­gra­fię albo sto­larkę, ale wspo­mnie­nie co rusz mu umy­kało.

Męż­czy­zna ski­nie­niem głowy dał Fal­kowi do zro­zu­mie­nia, że może mu zro­bić obok sie­bie miej­sce, jed­nak ten uprzej­mie potrzą­snął głową i ponow­nie zwró­cił się ku przo­dowi. Nawet w naj­bar­dziej sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach uni­kał poga­du­szek, a prze­cież powód, dla któ­rego zgro­ma­dzili się w tym miej­scu, był prze­ra­ża­jący.

Boże, środ­kowa trumna była taka mała... To, że znaj­do­wała się mię­dzy dwiema peł­no­wy­mia­ro­wymi, tylko pogar­szało sprawę. Jeśli to w ogóle było moż­liwe. Małe dzieci ze sta­ran­nie zacze­sa­nymi wło­sami wska­zy­wały ją pal­cem: "Zobacz, tato. Ta skrzy­nia jest w bar­wach pił­kar­skich". Te w szkol­nych mun­dur­kach, na tyle duże, żeby wie­dzieć, co znaj­do­wało się w środku, wpa­try­wały się w nią ze zgrozą, krę­cąc się nie­spo­koj­nie i instynk­tow­nie szu­ka­jąc bli­sko­ści swo­ich matek.

Nad trzema trum­nami wisiało powięk­szone zdję­cie czte­ro­oso­bo­wej rodziny. Ich nie­ru­chome uśmie­chy były zbyt duże, zbyt nie­ostre. Falk widział to zdję­cie już wcze­śniej w wia­do­mo­ściach. Poka­zy­wano je wie­lo­krot­nie.

Poni­żej umiesz­czono imiona zmar­łych, uło­żone z polnych kwia­tów. Luke. Karen. Billy.

Falk wpa­try­wał się w Luke'a na zdję­ciu. Jego gęste czarne włosy zaczy­nały siwieć, czego Falk wcze­śniej nie dostrzegł, lecz na­dal wyglą­dał lepiej niż więk­szość męż­czyzn zbli­ża­ją­cych się do czter­dziestki. Jego twarz wydała się Fal­kowi star­sza, ale w końcu minęło pięć lat, odkąd widział go po raz ostatni. Za to pewien sie­bie uśmiech i zna­czące spoj­rze­nie na twa­rzy przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa nic się nie zmie­niły. "Wciąż taki sam", chciało się powie­dzieć. A jed­nak trzy trumny defi­ni­tyw­nie temu prze­czyły.

- Cho­lerna tra­ge­dia - powie­dział ni z tego, ni z owego sto­jący obok Falka far­mer.

Ręce miał zało­żone, a pię­ści mocno wsu­nięte pod pachy.

- To prawda - zgo­dził się Falk.

- Zna­łeś ich dobrze?

- Raczej nie. Tylko Luke'a... - Przez krótką chwilę zaćmiło go i nie mógł zna­leźć słowa na okre­śle­nie czło­wieka spo­czy­wa­ją­cego w naj­więk­szej trum­nie. Wie­dział, co chciał powie­dzieć, ale na usta cisnęły mu się jedy­nie fra­zesy z bru­kow­ców. - Ojca. - Udało mu się w końcu wybrnąć. - Przy­jaź­ni­li­śmy się, kiedy byli­śmy młodsi.

- Tak. Wiem, kim jest Luke Hadler.

- Teraz wszy­scy wie­dzą.

- Na­dal miesz­kasz w oko­licy, prawda? - Far­mer nie­znacz­nie prze­su­nął swoje zwa­li­ste ciało i po raz pierw­szy uważ­nie przyj­rzał się Fal­kowi.

- Nie. Już od dawna nie.

- Jasne. Ale wydaje mi się, że gdzieś cię widzia­łem. - Far­mer zmarsz­czył brew, wytę­ża­jąc pamięć. - Ej, nie jesteś jed­nym z tych cho­ler­nych tele­wi­zyj­nych dzien­ni­ka­rzy, co nie?

- Nie. Jestem z poli­cji. Z Mel­bo­urne.

- Naprawdę? Powi­nie­neś pro­wa­dzić śledz­two prze­ciw temu cho­ler­nemu rzą­dowi, który dopu­ścił, że sprawy mają się aż tak źle. - Męż­czy­zna ski­nął głową w kie­runku, gdzie leżało ciało Luke'a obok ciał jego żony i sze­ścio­let­niego synka. - My tu usi­łu­jemy wyży­wić ten kraj w naj­gor­szych warun­kach od stu lat, a oni pie­przą o obni­że­niu dopłat. W pewien spo­sób nawet trudno winić tego bied­nego dra­nia. To ku... - urwał i rozej­rzał się po kościele. - To cho­lerny skan­dal, tyle ci powiem.

Falk nic nie odpo­wie­dział i obaj pogrą­żyli się w roz­my­śla­niach nad bra­kiem kom­pe­ten­cji rządu w Can­be­rze. Poten­cjalne powody, dla któ­rych rodzina Hadle­rów ponio­sła śmierć, zostały sze­roko omó­wione w pra­sie.

- To zna­czy, że zaj­mu­jesz się tą sprawą? - Far­mer po raz kolejny ski­nął w kie­runku tru­mien.

- Nie. Jestem tu tylko jako przy­ja­ciel - odrzekł Falk. - Nie wiem, czy w ogóle jest tu jesz­cze coś do zro­bie­nia.

Wie­dział tyle, co wszy­scy inni - z wia­do­mo­ści. Ale ze spra­woz­dań wyni­kało, że sprawa nie budziła wąt­pli­wo­ści. Strzelba nale­żała do Luke'a. Zna­le­ziono ją wetkniętą w pozo­sta­łość po jego ustach...

- Nie, nie sądzę - powie­dział far­mer. - Tak tylko pomy­śla­łem, że skoro byłeś jego przy­ja­cie­lem i w ogóle...

- Poza tym nie zaj­muję się takimi spra­wami. Pra­cuję w poli­cji fede­ral­nej. W jed­no­stce wywiadu finan­so­wego.

- Nic mi to nie mówi, przy­ja­cielu.

- To zna­czy tylko tyle, że tro­pię pie­nią­dze. Wszystko, co ma na końcu kilka zer i jest w nie­wła­ści­wym miej­scu. Pra­nie pie­nię­dzy, defrau­da­cje, tego typu rze­czy.

Męż­czy­zna coś na to odparł, ale Falk już tego nie usły­szał. Prze­niósł wzrok z tru­mien na żałob­ni­ków zgro­ma­dzo­nych w pierw­szej nawie. Miej­sce tra­dy­cyj­nie zare­zer­wo­wane dla rodziny - żeby sie­dzieli przed wszyst­kimi swo­imi zna­jo­mymi i sąsia­dami, któ­rzy, wpa­tru­jąc się w ich plecy, dzię­ko­wali Bogu, że nie ich to spo­tkało.

Cho­ciaż minęło ponad dwa­dzie­ścia lat, Falk bez pro­blemu roz­po­znał ojca Luke'a. Twarz Gerry'ego Hadlera była posza­rzała. A oczy jakby zapa­dły się w głąb czaszki. Sie­dział posłusz­nie na swoim miej­scu w pierw­szym rzę­dzie, ale głowę miał odwró­coną. Nie zwra­cał uwagi na szlo­cha­jącą u jego boku żonę ani na trzy drew­niane skrzy­nie przed nim, zawie­ra­jące docze­sne szczątki jego syna, syno­wej i wnuka. Patrzył wprost na Falka.

Z gło­śni­ków na tyłach kościoła dobie­gło kilka począt­ko­wych tak­tów muzyki. Zaczy­nał się pogrzeb. Gerry nie­znacz­nie ski­nął mu głową, a Falk nie­świa­do­mie wsu­nął dłoń do kie­szeni. Dotknął listu, który poja­wił się dwa dni wcze­śniej na jego biurku. Wia­do­mość od Gerry'ego Hadlera, sie­dem słów napi­sa­nych ciężką ręką:

"Luke kła­mał. Ty kła­małeś. Bądź na pogrze­bie".

Ciężko było oglą­dać zdję­cia. Nie­ubła­ga­nie migały na ekra­nie umiesz­czo­nym z przodu kościoła. Luke odno­szący suk­cesy jako nasto­letni pił­karz, Karen prze­ska­ku­jąca przez prze­szkodę na kucyku. W tej chwili zasty­głe uśmie­chy nabrały gro­te­sko­wego wyrazu i Falk zauwa­żył, że nie tylko on odwraca wzrok.

Kolejne zdję­cie i Falk zdzi­wił się, widząc samego sie­bie. Zna­lazł się twa­rzą w twarz z nie­ostrą, jede­na­sto­let­nią wer­sją sie­bie. On i Luke, ramię w ramię, bez pod­ko­szul­ków i z otwar­tymi ustami, pre­zen­to­wali nie­wielką rybę na lince. Wyglą­dali na szczę­śli­wych. Falk usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć moment, w któ­rym zro­biono to zdję­cie. Nie potra­fił.

Pokaz trwał na­dal. Zdję­cia Luke'a, następ­nie Karen, każde z nich uśmie­chało się bez końca, i kolejne uję­cie Falka. Tym razem poczuł, jakby coś ści­snęło mu płuca. W tłu­mie roz­legł się cichy pomruk i Falk wie­dział, że ta foto­gra­fia wstrzą­snęła nie tylko nim.

Stał obok Luke'a - obaj mieli dłu­gie nogi, a ich twa­rze pozna­czone były trą­dzi­kiem. Uśmie­chali się, jak na poprzed­nim zdję­ciu, ale tym razem byli we czwórkę. Luke obej­mo­wał szczu­płą, nasto­let­nią talię jasno­wło­sej dziew­czyny. Falk, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej nie­śmiało, trzy­mał dłoń na ramie­niu dru­giej z dziew­cząt, która miała ciemne włosy i oczy.

Falk nie mógł uwie­rzyć, że poka­zy­wano to zdję­cie. Rzu­cił spoj­rze­nie na Gerry'ego Hadlera, który patrzył przed sie­bie z mocno zaci­śniętą szczęką. Falk poczuł, że sto­jący koło niego far­mer prze­stą­pił z nogi na nogę i odsu­nął się o pół kroku. Dotarło do niego, pomy­ślał Falk.

Zmu­sił się, aby ponow­nie spoj­rzeć na zdję­cie. Na ich czwórkę. Na dziew­czynę obok niego. Wpa­try­wał się w jej oczy, aż w końcu znik­nęły z ekranu. Dobrze pamię­tał, kiedy to zdję­cie zostało zro­bione. Popo­łu­dnie pod koniec lata. To był dobry dzień. A zdję­cie było jed­nym z ostat­nich, na któ­rym byli wszy­scy czworo. Dwa mie­siące póź­niej ciem­no­oka dziew­czyna nie żyła...

"Luke kła­mał. Ty kła­małeś".

Falk wbił wzrok w pod­łogę na całą minutę. Kiedy ponow­nie spoj­rzał na ekran, czas przy­spie­szył, a Luke i Karen uśmie­chali się do niego sztywno ze zdję­cia ślub­nego. Falk został zapro­szony i na tę uro­czy­stość. Pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, jaką wymówkę wymy­ślił, żeby nie przy­je­chać. Pra­wie na pewno była to praca.

Zaczęły poja­wiać się pierw­sze zdję­cia Billy'ego. Nowo­ro­dek o czer­wo­nej twa­rzyczce, nie­mowlę z impo­nu­jącą czu­pryną. Już wtedy przy­po­mi­nał swo­jego tatę. W krót­kich spoden­kach przy cho­ince. Cała rodzina prze­brana za potwory, farba na ich twa­rzach popę­kana od uśmie­chów. Kilka lat do przodu i nieco star­sza Karen tuli kolejne nie­mowlę.

Char­lotte. Szczę­ściara. Jej imię nie zostało uło­żone z kwia­tów. Jakby na zamó­wie­nie, trzy­na­sto­mie­sięczna Char­lotte zaczęła zawo­dzić na kola­nach swo­jej babci w pierw­szym rzę­dzie. Barb Hadler jedną ręką przy­ci­snęła dziew­czynkę moc­niej do sie­bie, sama koły­sząc się ner­wowo. Drugą ręką przy­ci­skała chu­s­teczkę do twa­rzy.

Falk, który nie znał się na dzie­ciach, nie wie­dział, czy Char­lotte roz­po­znała swoją mamę na ekra­nie. A może po pro­stu była wście­kła, że została włą­czona do wspo­min­ków, choć była jak naj­bar­dziej żywa. Dotarło do niego, że będzie musiała się do tego przy­zwy­czaić. Nie miała wyboru. Dziecko dora­sta­jące z ety­kietką "Jedyna oca­lała" raczej nie miało gdzie się ukryć.

Ostat­nie zdję­cia mignęły w nie­zręcz­nej ciszy. Kiedy ktoś w końcu włą­czył świa­tło, dało się odczuć zbio­rową ulgę. Otyły ksiądz zaczął wdra­py­wać się na mów­nicę, a Falk ponow­nie przy­glą­dał się budzą­cym grozę trum­nom.

Myślał o ciem­no­okiej dziew­czy­nie i o kłam­stwie, które zostało wymy­ślone i na które przy­stał, kiedy jego życie napę­dzał strach i mło­dzień­cze hor­mony.

"Luke kła­mał. Ty kła­małeś".

Jak krótka była droga, która dzie­liła tamtą decy­zję od tego momentu? To pyta­nie doku­czało mu niczym siniak.

Jakaś star­sza kobieta odwró­ciła wzrok od mów­nicy i przy­pad­kiem spoj­rzała na Falka. Nie znał jej, ale ona ski­nęła uprzej­mie głową w geście roz­po­zna­nia. Falk odwró­cił wzrok. Kiedy wró­cił spoj­rze­niem, kobieta na­dal na niego patrzyła. Jej brwi zmarsz­czyły się nagle i zwró­ciła się do kobiety sto­ją­cej obok. Falk nie potrze­bo­wał umie­jęt­no­ści czy­ta­nia z ruchu warg, żeby wie­dzieć, co powie­działa.

"Chło­pak Falka wró­cił".

Druga kobieta spoj­rzała na niego, ale szybko odwró­ciła spoj­rze­nie. Ledwo dostrze­gal­nym ski­nie­niem głowy potwier­dziła domy­sły przy­ja­ciółki. Nachy­liła się i szep­nęła coś do osoby sto­ją­cej po jej dru­giej stro­nie. Falk poczuł nie­przy­jemny cię­żar w piersi. Spoj­rzał na zega­rek. S i e d e m n a ś c i e g o d z i n . I wyje­dzie stąd. Znów. Dzięki Bogu.

Roz­dział 2

- Aaro­nie Falk, nie waż się odje­chać, do cho­lery!

Falk stał przy swoim samo­cho­dzie, wal­cząc z pokusą, aby wsiąść do niego i odje­chać w siną dal. Więk­szość żałob­ni­ków ruszyła już w krótką, acz męczącą w tym upale drogę na miej­sce stypy. Falk obró­cił się, sły­sząc głos, i wbrew sobie uśmiech­nął się.

- Gret­chen - powie­dział, kiedy kobieta przy­cią­gnęła go do sie­bie, aby go objąć, jed­no­cze­śnie kła­dąc czoło na jego ramie­niu. Oparł pod­bró­dek o jej jasne włosy i trwali tak, koły­sząc się, przez dłuż­szą chwilę.

- O Boże, tak się cie­szę, że cię tu widzę. - Głos kobiety tłu­miła jego koszula.

- Jak się masz? - zapy­tał, kiedy się od niego odsu­nęła.

Gret­chen Scho­ner wzru­szyła ramio­nami, ścią­ga­jąc tanie oku­lary prze­ciw­sło­neczne i uka­zu­jąc zaczer­wie­nione oczy.

- Nie naj­le­piej. Wła­ści­wie to źle. A ty?

- Tak samo.

- Tak samo to ty wyglą­dasz. - Zdo­była się na nie­pewny uśmiech. - Widzę, że na­dal roz­ta­czasz urok albi­nosa.

- Ty rów­nież pra­wie się nie zmie­ni­łaś.

Prych­nęła, ale uśmie­chała się już bar­dziej zde­cy­do­wa­nie.

- Przez dwa­dzie­ścia lat? Nie wygłu­piaj się.

Nie był to jed­nak czczy kom­ple­ment ze strony Falka. Na­dal bez trudu można było roz­po­znać Gret­chen ze zdję­cia czwórki nasto­lat­ków, które poka­zano pod­czas cere­mo­nii.

Talia, którą na foto­gra­fii obej­mo­wał Luke, była teraz tylko nie­znacz­nie szer­sza, swój jasny kolor włosy praw­do­po­dob­nie zawdzię­czały far­bie, ale nie­bie­skie oczy i wydatne kości policz­kowe pozo­stały dokład­nie takie jak nie­gdyś. Ele­ganc­kie spodnie i bluzka były odro­binę zbyt obci­słe jak na taką oka­zję i widać było, że Gret­chen nie czuje się w tym stroju swo­bod­nie. Falk zasta­na­wiał się, czy poży­czyła go od kogoś, czy po pro­stu rzadko go wkła­dała.

Gret­chen rów­nie uważ­nie mie­rzyła go wzro­kiem i kiedy ich spoj­rze­nia spo­tkały się, par­sk­nęła śmie­chem. Natych­miast jej twarz nabrała pogod­niej­szego wyrazu, co jesz­cze odjęło jej lat.

- Chodź - powie­działa i ści­snęła go za ramię. Jej dłoń na jego skó­rze była chłodna. - Stypa jest w domu kul­tury. Przej­dziemy przez to razem.

Ruszyli w dół drogi, a Gret­chen zawo­łała małego chłopca, który dźgał coś paty­kiem. Spoj­rzał na nią i nie­chęt­nie porzu­cił swoje zaję­cie. Gret­chen wycią­gnęła do niego rękę, ale on potrzą­snął głową i truch­tał przed nimi, wywi­ja­jąc kij­kiem jak szpadą.

- Mój syn, Lachie - przed­sta­wiła go Gret­chen, spo­glą­da­jąc na Falka kątem oka.

- Tak. Oczy­wi­ście. - Chwilę zajęło Fal­kowi uświa­do­mie­nie sobie, że dziew­czyna, którą kie­dyś znał, była teraz matką. - Sły­sza­łem, że masz dziecko.

- Od kogo? Od Luke'a?

- Pew­nie tak - przy­tak­nął Falk. - Już jakiś czas temu. Naj­wy­raź­niej. Ile ma lat?

- Dopiero pięć, ale straszny z niego łobuz.

Patrzyli przez chwilę, jak Lachie zada­wał pchnię­cia nie­wi­dzial­nym prze­ciw­ni­kom. Miał sze­roko roz­sta­wione oczy i krę­cone włosy w kolo­rze ziemi, lecz w jego ostrych rysach Falk nie mógł się dopa­trzeć podo­bień­stwa do Gret­chen. Wysi­lił pamięć, żeby przy­po­mnieć sobie, czy Luke wspo­mi­nał coś o jakimś związku Gret­chen lub o ojcu chłopca. Nie wyda­wało mu się. Chciał wie­rzyć, że zapa­mię­tałby, gdyby tak było. Rzu­cił prze­lotne spoj­rze­nie na jej lewą dłoń. Nie było na niej obrączki, ale w dzi­siej­szych cza­sach to jesz­cze nic nie zna­czy.

- Jak się ma twoja rodzina? - Udało mu się w końcu wybrnąć z nie­zręcz­nej sytu­acji.

- W porządku. Lachie potrafi być krnąbrny - oznaj­miła, ści­sza­jąc głos. - Jeste­śmy tylko we dwoje. To dobre dziecko. Radzimy sobie. Przy­naj­mniej na razie.

- Twoi rodzice na­dal mają swoje gospo­dar­stwo?

Potrzą­snęła głową.

- O Boże, nie. Prze­szli na eme­ry­turę i sprze­dali farmę jakieś osiem lat temu. Prze­pro­wa­dzili się do Syd­ney i kupili małe miesz­kanko trzy ulice od miej­sca, gdzie mieszka moja sio­stra z dziećmi. - Wzru­szyła ramio­nami. - Mówią, że im się tam podoba. Miej­skie życie. Podobno tata cho­dzi na pila­tes.

Falk uśmiech­nął się, wyobra­ża­jąc sobie pro­stego czło­wieka, jakim był pan Scho­ner, kon­cen­tru­ją­cego się na pracy mię­śni głę­bo­kich pod­czas wyko­ny­wa­nia ćwi­czeń odde­cho­wych.

- Nie kusiło cię, żeby do nich dołą­czyć? - zapy­tał.

Gret­chen zaśmiała się nie­we­soło i wska­zała uschnięte drzewa wzdłuż drogi.

- I zosta­wić to? Nie. Zbyt długo tu miesz­kam, weszło mi to w krew. Sam wiesz, jak to jest. - Ucięła zda­nie i spoj­rzała na Falka kątem oka. - A może wcale nie. Prze­pra­szam.

Falk tylko mach­nął na to ręką.

- Co pora­biasz?

- Pro­wa­dzę farmę, oczy­wi­ście. A przy­naj­mniej pró­buję. Kilka lat temu kupi­łam gospo­dar­stwo Kel­ler­mana. Hoduję owce.

- Naprawdę? - Falk był pod wra­że­niem. To była pożą­dana zie­mia. Przy­naj­mniej za jego mło­dych lat.

- A ty? - zapy­tała. - Sły­sza­łam, że wstą­pi­łeś do poli­cji?

- Tak, to prawda. Tyle że do fede­ral­nej. Na­dal tam pra­cuję.

Przez chwilę szli w ciszy. Roz­go­rącz­ko­wana pta­sia pieśń dobie­ga­jąca z drzew brzmiała tak, jak Falk zapa­mię­tał. Żałob­nicy idący przed nimi wyglą­dali jak smugi na zaku­rzo­nej dro­dze.

- Jak się mają tutaj sprawy? - spy­tał.

- Źle - odpo­wie­działa dobit­nie. Dotknęła swo­ich ust opusz­kiem palca w ner­wo­wym geście kogoś, kto rzu­cił pale­nie. - Bóg jeden wie, że wcze­śniej też wcale nie było dobrze. Wszy­scy mar­twią się pie­niędzmi i suszą. A teraz ta sprawa z Lukiem i jego rodziną... Jest bar­dzo źle, Aaron. Bar­dzo źle. To się czuje w powie­trzu. Wszy­scy cho­dzimy jak żywe trupy. Nie wia­domo, co mówić, co robić. Przy­glą­damy się sobie nawza­jem. Pró­bu­jemy się domy­ślić, kto następny pęk­nie.

- Jezu.

- No. Nie jesteś w sta­nie sobie tego wyobra­zić.

- Czy ty i Luke na­dal byli­ście ze sobą bli­sko? - Falk dał upust cie­ka­wo­ści.

Gret­chen zawa­hała się. Jej usta zaci­snęły się w linię.

- Nie, już od lat nie byli­śmy sobie bli­scy. Nie tak jak wtedy, kiedy byli­śmy we czworo.

Falk pomy­ślał o zdję­ciu. Luke, Gret­chen, on sam. I Ellie Deacon z dłu­gimi, czar­nymi wło­sami. Byli ze sobą tacy zżyci. Jak tylko nasto­latki potra­fią, ponie­waż uwa­żają przy­ja­ciół za brat­nie dusze i wie­rzą, że ich więź będzie trwać na zawsze.

"Luke kła­mał. Ty kła­małeś".

- Rozu­miem, że wy utrzy­my­wa­li­ście ze sobą kon­takt? - dopy­ty­wała się Gret­chen.

- Od czasu do czasu. - Przy­naj­mniej to była prawda. - Kiedy Luke przy­jeż­dżał do Mel­bo­urne, wyska­ki­wa­li­śmy na piwo, tak to wyglą­dało... - Falk urwał. - Ale nie widzia­łem go już od dobrych kilku lat. Czło­wiek robi się taki zajęty, wiesz, jak to jest. On miał rodzinę, a ja mnó­stwo pracy.

- W porządku, nie musisz się tłu­ma­czyć. Wszy­scy czu­jemy się winni.

W domu kul­tury aż wrzało. Falk cof­nął się na scho­dach i Gret­chen ponow­nie zła­pała go za ramię.

- Chodź, zoba­czysz, że będzie w porządku. Więk­szość pew­nie nawet cię nie pamięta.

- Wystar­cza­jąco wielu sobie przy­po­mni. Zwłasz­cza po tym, jak poka­zano to zdję­cie.

Gret­chen skrzy­wiła się.

- No wiem. Ja też byłam w szoku. Ale zro­zum, ludzie mają wiele innych zmar­twień na gło­wie. Nie wychy­laj się. Wyj­dziemy tyl­nymi drzwiami na podwórko.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, jedną ręką chwy­ciła Falka za rękaw, drugą zła­pała swo­jego syna i obu popro­wa­dziła do środka, prze­ci­ska­jąc się przez tłum. Wewnątrz pano­wał zaduch. Kli­ma­ty­za­cja szła pełną parą, ale sytu­acja była bez­na­dziejna ze względu na liczbę żałob­ni­ków pra­gną­cych schro­nić się wewnątrz przed słoń­cem. Ludzie sku­piali się w powa­dze w mniej­sze grupki, trzy­ma­jąc w rękach pla­sti­kowe kubeczki i tale­rzyki z ciast­kami cze­ko­la­do­wymi prze­ło­żo­nymi bitą śmie­taną.

Gret­chen ruszyła w kie­runku prze­szklo­nych drzwi, za któ­rymi na małym placu zabaw usta­wili się spóź­nial­scy, wypchnięci ze środka przez poczu­cie zbio­ro­wej klau­stro­fo­bii. Zna­leźli zacie­nione miej­sce w pobliżu ogro­dze­nia, a Lachie pobiegł spró­bo­wać szczę­ścia na nie­mi­ło­sier­nie roz­grza­nej meta­lo­wej zjeż­dżalni.

- Nie musisz stać ze mną, jeśli mia­łoby to nad­szarp­nąć twoją repu­ta­cję - powie­dział Falk, nacią­ga­jąc kape­lusz moc­niej na czoło, żeby lepiej osła­niał twarz.

- Och, zamknij się. Poza tym naj­bar­dziej zaszko­dzi­łam sobie sama.

Falk rozej­rzał się po placu zabaw i dostrzegł star­szą parę, która kie­dyś chyba przy­jaź­niła się z jego ojcem. Roz­ma­wiali z mło­dym funk­cjo­na­riu­szem poli­cji, który w peł­nym mun­du­rze galo­wym spły­wał potem w pro­mie­niach popo­łu­dnio­wego słońca. Jego czoło świe­ciło się, kiedy uprzej­mie ski­nął głową.

- Hej, czy to następca Bar­be­risa? - zapy­tał Falk.

Gret­chen podą­żyła wzro­kiem za jego spoj­rze­niem.

- No. Sły­sza­łeś o Bar­be­ri­sie?

- Oczy­wi­ście. Wielka strata. Pamię­tasz, jak napę­dzał nam wszyst­kim stra­cha tymi okrop­nymi opo­wie­ściami o dzie­ciach, które nie­ostroż­nie obcho­dziły się z maszy­nami na far­mie?

- Jasne. Zawał miał jak w banku przy­naj­mniej od dwu­dzie­stu lat.

- A jed­nak to wielka strata - rzekł Falk szcze­rze. - Kim jest ten nowy?

- To sier­żant Raco. Jeśli odno­sisz wra­że­nie, że rzu­cono go na głę­boką wodę, to dla­tego, że tak wła­śnie jest.

- Nie jest dobry? Wszystko wska­zuje na to, że dobrze sobie radzi z tłu­mem.

- Naprawdę nie wiem. To wyda­rzyło się pięć minut po jego przy­by­ciu.

- Kosz­mar jak na pierw­sze pięć minut.

Gret­chen nie zdą­żyła odpo­wie­dzieć, ponie­waż przy szkla­nych drzwiach zro­biło się zamie­sza­nie. Tłum roz­stą­pił się z sza­cun­kiem, robiąc miej­sce dla Gerry'ego i Barb, któ­rzy wyszli na zewnątrz i mru­gali ośle­pieni słoń­cem. Mocno trzy­ma­jąc się za ręce, pod­cho­dzili po kolei do żałob­ni­ków sku­pio­nych w gru­pach. Kilka słów, uścisk, mężne ski­nię­cie i dalej.

- Kiedy ostat­nio z nimi roz­ma­wia­łeś? - wyszep­tała Gret­chen.

- Aż do zeszłego tygo­dnia dwa­dzie­ścia lat temu - odpo­wie­dział Falk.

Cze­kał. Gerry na­dal był po prze­ciw­nej stron­nie placu zabaw, kiedy go dostrzegł. Odsu­nął się od pulch­nej kobiety w pół uści­sku, tak że objęła powie­trze.

"Bądź na pogrze­bie".

Falk przy­je­chał, zgod­nie z pole­ce­niem. I teraz patrzył, jak ojciec Luke'a zbliża się do niego.

Gret­chen była jed­nak szyb­sza i prze­jęła Gerry'ego w swoje ramiona. Spoj­rzał Fal­kowi pro­sto w oczy znad jej ramie­nia, a jego źre­nice były błysz­czące i posze­rzone. Fal­kowi przy­szło do głowy, że być może wspo­maga się jaki­miś lekar­stwami, aby prze­trwać ten dzień. Kiedy Gret­chen puściła Gerry'ego, ten wycią­gnął rękę, aby ująć dłoń Falka w gorą­cym, moc­nym uści­sku.

- Udało ci się przy­je­chać - powie­dział neu­tral­nym tonem, naj­wy­raź­niej ze względu na Gret­chen.

- Tak - odparł Falk. - Dosta­łem twój list.

Gerry patrzył mu w oczy.

- Pew­nie. Cóż, uwa­ża­łem, że to ważne, abyś tu był. Ze względu na Luke'a. Nie byłem pewien, czy ci się uda doje­chać, chłop­cze. - Ostat­nie zda­nie zawi­sło ciężko w powie­trzu.

- Oczy­wi­ście, Gerry - przy­tak­nął Falk. - Być tutaj to dla mnie ważna sprawa.

Wąt­pli­wo­ści Gerry'ego nie były bez­za­sadne. Tydzień wcze­śniej Falk sie­dział przy swoim biurku w Mel­bo­urne, wpa­tru­jąc się pustym wzro­kiem w umiesz­czone w gaze­cie zdję­cie Luke'a, kiedy zadzwo­nił tele­fon. Łamią­cym się gło­sem, któ­rego Falk nie sły­szał od dwu­dzie­stu lat, Gerry podał mu szcze­góły doty­czące pogrzebu. "Zoba­czymy się na miej­scu", powie­dział. I nie było to pyta­nie. Falk uni­kał nie­ostrego spoj­rze­nia Luke'a, kiedy zaczął prze­bą­ki­wać coś o zobo­wią­za­niach w pracy. Prawdę powie­dziaw­szy, wów­czas jesz­cze nie pod­jął decy­zji. Dwa dni póź­niej nad­szedł list, Gerry musiał nadać go natych­miast po tym, jak się roz­łą­czył.

"Ty kła­ma­łeś. Bądź na pogrze­bie".

Tam­tej nocy Falk nie spał dobrze.

Teraz obaj posy­łali nie­zręczne spoj­rze­nia w stronę Gret­chen, która marsz­cząc brwi, patrzyła, jak jej syn nie­pew­nie wspina się na dra­binki.

- Nocu­jesz w mia­steczku - powie­dział Gerry.

Jak zauwa­żył Falk, to rów­nież nie było pyta­nie.

- W pokoju nad pubem.

Z placu zabaw dobiegł płacz.

- Cho­lera, to było do prze­wi­dze­nia. Prze­pra­szam na moment - rzu­ciła Gret­chen i pobie­gła do synka.

Gerry zła­pał Falka za łokieć i odcią­gnął kawa­łek od żałob­ni­ków. Jego ręka się trzę­sła.

- Musimy poroz­ma­wiać. Zanim ona wróci.

Falk uwol­nił swoje ramię nie­znacz­nym, dobrze kon­tro­lo­wa­nym ruchem, zda­jąc sobie sprawę z tłumu za ich ple­cami. Nie był pewien, kto tam był ani kto mógł się im przy­glą­dać.

- Na litość boską, Gerry! Czego ty chcesz? - Zmu­sił się do sta­nia w pozy­cji, która, jak miał nadzieję, spra­wiała wra­że­nie swo­bod­nej. - Jeśli to ma być jakiś szan­taż, mogę od razu ci powie­dzieć, że nic z tego.

- Co? Jezu, Aaron. Nie. Nic z tych rze­czy. - Gerry wyglą­dał na auten­tycz­nie wstrzą­śnię­tego. - Gdy­bym chciał robić kło­poty, zro­bił­bym to lata temu, nie­praw­daż? Z przy­jem­no­ścią pozwo­li­łem temu przy­schnąć. I naj­chęt­niej na­dal tak bym to zosta­wił. Chry­ste, jakże bym chciał to tak zosta­wić. Ale teraz już nie mogę, prawda? W tej sytu­acji? Karen i Billy nie żyją... On nie miał nawet sied­miu lat... - Głos Gerry'ego się zała­mał. - Zro­zum, prze­pra­szam cię za ten list, ale potrze­bo­wa­łem, żebyś tu był. Muszę wie­dzieć.

- Co musisz wie­dzieć?

W jaskra­wym świe­tle popo­łu­dnia oczy Gerry'ego wyda­wały się nie­mal czarne.

- Czy Luke zabił już wcze­śniej.

Falk mil­czał. Nie zapy­tał, co Gerry miał na myśli.

- Wiesz... - Gerry ugryzł się jed­nak w język, ponie­waż jakaś nad­gor­liwa kobieta pode­szła do niego nie­pew­nym kro­kiem i oznaj­miła, że ksiądz chce z nim poroz­ma­wiać. Natych­miast, jeśli to moż­liwe.

- Jezu, co za cho­lerne zamie­sza­nie - wark­nął Gerry, a kobieta odkaszl­nęła i przy­wo­łała na twarz wyraz umę­czo­nej cier­pli­wo­ści. Obró­cił się do Falka: - Lepiej pójdę. Ode­zwę się do cie­bie. - Uści­snął dłoń Falka, prze­trzy­mu­jąc ją tro­chę dłu­żej, niż nale­żało.

Falk ski­nął głową. Zro­zu­miał. Gerry wyglą­dał na zgar­bio­nego i mniej­szego, kiedy tak szedł za kobietą. Gret­chen, któ­rej udało się ukoić synka, wró­ciła do Falka. Stali ramię przy ramie­niu, patrząc za Ger­rym.

- Jest w strasz­nym sta­nie - stwier­dziła ści­szo­nym gło­sem. - Sły­sza­łam, że wczo­raj nakrzy­czał w skle­pie na Cra­iga Hornby'ego, że baga­te­li­zuje całą tę sprawę, czy coś w tym stylu. To nie­wia­ry­godne, Craig jest jego przy­ja­cie­lem od pięć­dzie­się­ciu lat.

Falk nie potra­fił sobie wyobra­zić, żeby kto­kol­wiek mógł lek­ce­wa­żąco odnieść się do tych trzech budzą­cych grozę tru­mien, a już na pewno nie ktoś tak dobrze uło­żony jak Craig Hornby.

- Czy naprawdę nic nie wska­zy­wało na to, że Luke może zro­bić coś takiego? - Falk nie mógł się powstrzy­mać.

- Co na przy­kład? - Mucha usia­dła na ustach Gret­chen. Odpę­dziła ją znie­cier­pli­wio­nym ruchem. - Wyma­chi­wa­nie strzelbą na głów­nej ulicy i gro­że­nie śmier­cią swo­jej rodzi­nie?

- Boże, Gret­chen, po pro­stu pytam. Cho­dziło mi raczej o depre­sję czy coś w tym rodzaju.

- Prze­pra­szam, to ten upał, jesz­cze wszystko pogar­sza. - Zamil­kła na chwilę. - Zro­zum, w Kie­wa­rze nie ma pra­wie nikogo, kto nie byłby na skraju wytrzy­ma­ło­ści. Ale szcze­rze powie­dziaw­szy, nic nie wska­zy­wało na to, żeby Luke radził sobie gorzej niż inni. - Gret­chen ponuro patrzyła w dal. - Ciężko powie­dzieć - ode­zwała się po chwili mil­cze­nia. - Wszy­scy są tacy źli. Ale nie tylko z powodu Luke'a. Nawet ci, któ­rzy naj­bar­dziej na niego wyrze­kają, nie nie­na­wi­dzą go za to, co zro­bił. To dziwne. Zupeł­nie jakby mu zazdro­ścili.

- Czego?

- Chyba tego, że zro­bił to, na co oni nie potra­fią się odwa­żyć. Bo teraz jego tutaj już nie ma, prawda? Pod­czas gdy my tkwimy tu po same uszy, on nie musi mar­twić się już plo­nami, nie­spła­co­nymi zobo­wią­za­niami czy suszą.

- Roz­pacz­liwe roz­wią­za­nie - pod­su­mo­wał Falk. - I do tego zabrać jesz­cze ze sobą rodzinę... Jak sobie z tym radzi rodzina Karen?

- Z tego, co sły­sza­łam, ona chyba nie miała nikogo. Pozna­łeś ją?

Falk potrzą­snął głową.

- Była jedy­naczką, jej rodzice zmarli, kiedy była nasto­latką. Prze­pro­wa­dziła się wtedy tutaj, do ciotki, która zmarła kilka lat temu. Jedyną rodziną Karen byli Hadle­ro­wie.

- Przy­jaź­ni­łaś się z nią?

- Raczej nie. Ja...

Z wnę­trza budynku roz­brzmiało ude­rze­nie widelca o kie­li­szek. Zebrani powoli mil­kli i obra­cali się w stronę, gdzie Barb i Gerry stali ramię w ramię. Wśród wszyst­kich tych ludzi wyglą­dali na bar­dzo samot­nych.

Falk uświa­do­mił sobie, że teraz zostali już tylko we dwójkę. Kie­dyś, bar­dzo krótko, mieli jesz­cze córkę. Uro­dziła się nie­żywa, kiedy Luke miał trzy lata. Jeśli nawet chcieli mieć póź­niej wię­cej dzieci, to im się nie powio­dło. Zamiast tego prze­lali cały swój wysi­łek na jedy­nego krzep­kiego syna.

Barb odkaszl­nęła, wodząc wzro­kiem po ota­cza­ją­cych ją ludziach.

- Chcę podzię­ko­wać wam wszyst­kim za przy­by­cie. Luke był dobrym czło­wie­kiem...

Słowa padły zbyt szybko, za gło­śno, i Barb zamknęła usta, aby nie wymknęło się jej wię­cej. Cisza prze­cią­gała się, aż stała się nie­zręczna. Trwała jesz­cze chwilę dłu­żej. Gerry wpa­try­wał się bez słowa w skra­wek ziemi przed sobą. Barb otwo­rzyła usta i zaczerp­nęła powie­trza.

- A Karen i Billy byli piękni. To, co się stało, było... - zamil­kła i prze­łknęła ślinę - straszne. Ale mam nadzieję, że koniec koń­ców uda się wam zapa­mię­tać Luke'a takim, jakim był naprawdę. Jako dobrego sąsiada, pra­co­wi­tego czło­wieka. Czło­wieka, który kochał swoją rodzinę.

- Jasne, dopóki ich nie uka­tru­pił.

Słowa, które dobie­gły z tyłu, były ciche, ale nie tylko Falk obró­cił głowę. Gniewne spoj­rze­nia sku­piły się na postaw­nym męż­czyź­nie, który jak na swoje czter­dzie­ści lat wyglą­dał źle. Mię­si­ste ramiona, które zawdzię­czał raczej tłusz­czowi niż musku­la­tu­rze, napi­nały mate­riał jego koszulki, kiedy zało­żył ręce. Jego twarz była czer­wona, broda zanie­dbana, a wyzy­wa­jące spoj­rze­nie zdra­dzało zabi­jakę. Każ­dej oso­bie, która obró­ciła się, aby go skar­cić, posy­łał buń­czuczne spoj­rze­nie, aż po kolei każda z nich odwra­cała wzrok. Barb i Gerry naj­wy­raź­niej tego nie usły­szeli. Drobne bło­go­sła­wień­stwa, pomy­ślał Falk.

- Kim jest ten pyskacz? - szep­nął do Gret­chen, która spoj­rzała na niego zasko­czona.

- Nie pozna­jesz? To Grant Dow.

- Żar­tu­jesz. - Falk poczuł, jak włosy na karku stają mu dęba, i odwró­cił twarz. W pamięci miał obraz szczu­płego dwu­dzie­sto­pię­cio­latka o mię­śniach jak ze stali. Wygląda na to, że następne dwie dekady nie były dla niego łaskawe. - Zmie­nił się.

- Na­dal jest kom­plet­nym dup­kiem. Nie martw się. Nie sądzę, żeby cię zoba­czył. Gdyby tak było, z pew­no­ścią byś się zorien­to­wał.

Falk poki­wał głową, ale twarz na­dal miał odwró­coną. Barb roz­pła­kała się, co zebrani potrak­to­wali jako koniec prze­mowy - część z nich instynk­tow­nie ruszyła ku niej, a część sta­rała się od niej odsu­nąć, zależ­nie od tego, co dyk­to­wały im uczu­cia. Falk i Gret­chen stali w miej­scu. Jej syn pod­biegł do nich i wtu­lił twarz w spodnie matki. Z tru­dem pod­nio­sła go i posa­dziła sobie na bio­drze, a on, zie­wa­jąc, poło­żył głowę na jej ramie­niu.

- Myślę, że czas zabrać go do domu - stwier­dziła. - Kiedy wyjeż­dżasz z powro­tem do Mel­bo­urne?

Falk spoj­rzał na zega­rek. Pięt­na­ście godzin.

- Jutro - odpo­wie­dział na głos.

Gret­chen ski­nęła głową, patrząc na niego. Pochy­liła się i wolną ręką objęła go i przy­cią­gnęła do sie­bie. Falk czuł żar słońca na ple­cach, a z przodu cie­pło jej ciała.

- Dobrze było znów cię zoba­czyć, Aaron. - Spoj­rze­nie jej nie­bie­skich oczu wędro­wało po jego twa­rzy, jakby usi­ło­wała go zapa­mię­tać, a jej uśmiech był odro­binę smutny. - Może zoba­czymy się za następne dwa­dzie­ścia lat.

Patrzył za nią, aż znik­nęła z jego pola widze­nia.

Roz­dział 3

Falk sie­dział na skraju łóżka i apa­tycz­nie przy­glą­dał się przy­cup­nię­temu na ścia­nie spa­cha­czowi, śred­niej wiel­ko­ści pają­kowi. Wcze­snym wie­czo­rem, kiedy zaszło już słońce, tem­pe­ra­tura spa­dła jedy­nie nie­znacz­nie. Wziąw­szy prysz­nic, Falk prze­brał się w szorty i teraz tania baweł­niana pościel nie­przy­jem­nie kłuła wil­gotną skórę jego nóg. Surowy napis na tabliczce zwi­sa­ją­cej z prysz­nica i umiesz­czony obok niego minut­nik do goto­wa­nia jajek naka­zy­wały ogra­ni­cze­nie ablu­cji do trzech minut. Już po dwóch Falk zaczął mieć wyrzuty sumie­nia.

Przez pod­łogę docie­rały do niego przy­tłu­mione dźwięki z pubu, od czasu do czasu jakiś głos wyda­wał mu się zna­jomy. Gdzieś w środku był tro­chę cie­kaw, kto tam był na dole, ale nie miał ochoty tego spraw­dzać. Hałas prze­rwał dźwięk tłu­czo­nego szkła. Nastą­piła chwila ciszy i w końcu chó­ralny wybuch drwią­cego śmie­chu. Spa­chacz poru­szył jed­nym odnó­żem.

Falk aż pod­sko­czył, kiedy zadzwo­nił tele­fon umiesz­czony na noc­nym sto­liku - jego dźwięk był prze­ni­kliwy i pla­sti­kowy. Prze­stra­szył się, ale nie był zasko­czony. Wyda­wało mu się, że na to wła­śnie cze­kał od wielu godzin.

- Halo?

- Aaron Falk? Tele­fon do pana. - Głos bar­mana był głę­boki i pobrzmie­wał w nim szkocki akcent. Fal­kowi sta­nęła przed oczami oka­zała postać, która dwie godziny wcze­śniej bez słowa spi­sała dane jego karty kre­dy­to­wej w zamian za klucz do tego pokoju.

Falk był pewien, że nie widział go ni­gdy wcze­śniej, ponie­waż takiej postaci się nie zapo­mina. Sporo po czter­dzie­stce, sze­roki w barach, bujna ruda broda. Falk domy­ślał się, że bar­man był jed­nym z tych podróż­ni­ków, któ­rzy włó­czą się z ple­ca­kiem po kraju, aby w końcu osiąść w jakiejś mie­ści­nie. W żaden spo­sób nie zare­ago­wał na dźwięk jego nazwi­ska, można było jedy­nie odczuć nutę nie­do­wie­rza­nia, że ktoś zja­wiał się w pubie w celach nie­po­wią­za­nych z alko­ho­lem.

- Kto dzwoni? - zapy­tał Falk, choć domy­ślił się bez trudu.

- Sam zapy­taj - odparł bar­man. - Jeśli chcesz, żeby ktoś odbie­rał za cie­bie wia­do­mo­ści, musisz zatrzy­mać się w bar­dziej eks­klu­zyw­nym przy­bytku, przy­ja­cielu. Łączę.

Na linii zale­gła cisza, a po chwili Falk usły­szał czyjś oddech.

- Aaron? Jesteś tam? Tu Gerry. - Głos ojca Luke'a zdra­dzał jego krań­cowe zmę­cze­nie.

- Gerry. Musimy poroz­ma­wiać.

- Tak. Przy­jedź do nas. Barb i tak chce się z tobą zoba­czyć. - Gerry podał mu adres. Nastą­piła długa pauza, a potem cięż­kie wes­tchnię­cie. - I słu­chaj, Aaron. Ona nie wie o liście. Ani o żad­nej z tych spraw... Niech tak zosta­nie, dobrze?

Falk jechał zgod­nie ze wska­zów­kami Gerry'ego wzdłuż ponu­rych wiej­skich dróg i po dwu­dzie­stu minu­tach zatrzy­mał się na krót­kim wybru­ko­wa­nym pod­jeź­dzie. Świa­tła werandy rzu­cały poma­rań­czowy blask na schludny drew­niany domek. Kiedy zapar­ko­wał, siat­kowe drzwi otwo­rzyły się ze zgrzy­tem i jego oczom uka­zała się przy­gar­biona syl­wetka Barb Hadler. Chwilę póź­niej wyrósł za nią jej mąż, któ­rego postać rzu­cała wydłu­żony cień na pod­jazd. Wcho­dząc po scho­dach na werandę, Falk zauwa­żył, że oboje byli na­dal w tych samych stro­jach co na pogrze­bie, z tą tylko róż­nicą, że teraz były już pomięte.

- Aaron. Mój Boże, tyle to już czasu. Dzię­kuję, że przy­je­cha­łeś. Wejdź - wyszep­tała Barb, wycią­ga­jąc do niego wolną rękę. Drugą przy­ci­skała do sie­bie małą Char­lotte, koły­sząc ją ener­gicz­nie. - Prze­pra­szam za dziecko. Jest taka nie­spo­kojna. Nie da się jej uśpić.

Z tego, co Falk mógł doj­rzeć, Char­lotte była pogrą­żona w głę­bo­kim śnie.

- Barb - Falk nachy­lił się nad dziec­kiem i objął star­szą kobietę. - Dobrze cię widzieć. - Trzy­mała go przy sobie przez długą chwilę, przy­ci­ska­jąc pulchne ramię do jego ple­ców, i poczuł, że coś w nim odro­binę się roz­luź­niło. Czuł słodką kwia­tową nutę jej lakieru do wło­sów. Na­dal uży­wała tej samej marki co wtedy, kiedy zwra­cał się do niej jesz­cze "pani Hadler". Odsu­nęli się w końcu od sie­bie i po raz pierw­szy mógł uważ­nie przyj­rzeć się Char­lotte. Wyglą­dało na to, że było jej za gorąco i nie­wy­god­nie, ponie­waż Barb trzy­mała ją przy­ci­śniętą do swo­jej bluzki. Nie­znacz­nie zmarsz­czyła czoło, na co Falk aż się wzdry­gnął, tak bar­dzo przy­po­mi­nała w tym Luke'a.

Wszedł do oświe­tlo­nego przed­po­koju, gdzie Barb zmie­rzyła go wzro­kiem od stóp do głów. Kiedy tak się mu przy­glą­dała, białka jej oczu zaró­żo­wiły się. Wycią­gnęła do niego dłoń i cie­płymi opusz­kami pal­ców dotknęła jego policzka.

- Tylko spójrz na sie­bie, pra­wie w ogóle się nie zmie­ni­łeś - rze­kła.

Falk poczuł, jak wzbiera w nim absur­dalne poczu­cie winy. Wie­dział, że wyobra­żała sobie obok niego nasto­let­nią wer­sję swo­jego syna. Barb pocią­gnęła nosem i wytarła twarz chu­s­teczką, z któ­rej posy­pały się na nią białe okruszki. Nie zwró­ciła na to uwagi i ze smut­nym uśmie­chem zapro­siła go do środka. Popro­wa­dziła go przez przed­po­kój, któ­rego ściany zapeł­nione były zdję­ciami rodzin­nymi - oboje sta­ran­nie uni­kali ich widoku. Gerry szedł za nimi.

- Bar­dzo tu ład­nie, Barb - powie­dział uprzej­mie Falk.

Zawsze bar­dzo dbała o wygląd swo­jego domu, ale teraz można się było dopa­trzyć oznak bała­ganu. Brudne kubki na sto­liku, prze­peł­niony kosz do segre­ga­cji odpad­ków, sterty nie­otwar­tych listów. Wszystko to mówiło o jej bólu i braku uwagi.

- Dzię­kuję. Chcie­li­śmy mieć mały domek, łatwy do ogar­nię­cia, po tym, jak... - zawa­hała się przez chwilę. Prze­łknęła ślinę. - ...po tym, jak prze­ka­za­li­śmy farmę Luke'owi. - Wyszli na taras nad zadba­nym ogród­kiem. Drew­niane deski skrzy­piały pod ich nogami, a nad­cho­dząca noc przy­no­siła pewną ulgę od skwaru dnia. Wszę­dzie pora­stały krzewy różane, które, choć sta­ran­nie przy­cięte, były zupeł­nie mar­twe.

- Pró­bo­wa­łam utrzy­mać je przy życiu, pod­le­wa­jąc wodą z odzy­sku - opo­wia­dała Barb, podą­ża­jąc za spoj­rze­niem Falka. - Ale upał i tak je wykoń­czył. - Wska­zała Fal­kowi wikli­nowy fotel. - Widzie­li­śmy cię w wia­do­mo­ściach, mówił ci Gerry? Kilka mie­sięcy temu. Cho­dziło o te firmy, które okra­dały swo­ich inwe­sto­rów.

- Sprawa Pem­ber­ley - powie­dział Falk. - To był szok.

- Mówili, że dobrze się spi­sa­łeś, Aaron. W tele­wi­zji i w gaze­tach. Odzy­ska­łeś pie­nią­dze tych ludzi.

- Część pie­nię­dzy. Część prze­pa­dła już dawno temu.

- Cóż, mówili, że pora­dzi­łeś sobie dosko­nale. - Barb pokle­pała go po nodze. - Twój tata byłby z cie­bie dumny.

- Dzięki - odparł Falk po chwili mil­cze­nia.

- Było nam przy­kro, kiedy dowie­dzie­li­śmy się o jego śmierci. Rak to praw­dziwy skur­czy­byk.

- To prawda.

Nowo­twór jelit, sześć lat wcze­śniej. Nie była to lekka śmierć.

Gerry, który stał oparty o fra­mugę drzwi, ode­zwał się po raz pierw­szy od przy­jazdu Falka.

- Wiesz, pró­bo­wa­łem utrzy­my­wać kon­takt po waszym wyjeź­dzie. - Mimo pozor­nie zwy­czaj­nego tonu głosu nie spo­sób było ukryć, że się tłu­ma­czył. - Napi­sa­łem do two­jego taty, kilka razy dzwo­ni­łem. Ni­gdy nie było żad­nego odzewu. W końcu odpu­ści­łem.

- W porządku - powie­dział Falk. - On nie chciał pod­trzy­my­wać zna­jo­mo­ści z Kie­warry.

Było to lek­kie nie­do­po­wie­dze­nie. Wszy­scy zgod­nie udali, że tego nie zauwa­żyli.

- Napi­je­cie się? - zapy­tał Gerry i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, znik­nął w głębi domu, skąd po chwili powró­cił z trzema szklan­kami whi­sky.

Falk przy­jął to ze zdu­mie­niem. Ni­gdy nie widział, żeby Gerry pił coś moc­niej­szego niż nisko­pro­cen­towe piwo. Lód w szklan­kach już zaczął top­nieć.

- Zdro­wie - Gerry wzniósł toast, prze­chy­lił szklankę i pocią­gnął spory łyk.

Falk cze­kał, aż się skrzywi. Na próżno. On tym­cza­sem z uprzej­mo­ści zanu­rzył usta i odsta­wił szklankę. Barb patrzyła na swoją z nie­sma­kiem.

- Gerry, nie powinno się tego pić przy dziecku.

- Na litość boską, kocha­nie, dziecka to nie obcho­dzi. Śpi jak zabita.

Po tych sło­wach zapa­dła ciężka cisza. Gdzieś w pogrą­żo­nym w ciem­no­ściach ogro­dzie brzę­czały nocne owady, wytwa­rza­jąc coś na kształt bia­łego szumu. Falk odkaszl­nął.

- Jak sobie dajesz radę, Barb?

Spoj­rzała w dół i pogła­dziła Char­lotte po policzku. Potrzą­snęła głową i jej łza spły­nęła na twarz dziew­czynki.

- Oczy­wi­ście... - zaczęła, ale zaraz urwała. Zaczęła mru­gać, usi­łu­jąc powstrzy­mać łzy. - Chcia­łam powie­dzieć, że Luke tego nie zro­bił. Nie mógłby. Ni­gdy. Wiesz o tym. Nie sobie. A już z pew­no­ścią nie swo­jej pięk­nej rodzi­nie.

Falk zer­k­nął na Gerry'ego. Na­dal stał w drzwiach i spo­glą­dał ponuro na swój na wpół wypity drink.

Barb mówiła dalej:

- Roz­ma­wia­łam z Lukiem kilka dni wcze­śniej. I wszystko było dobrze. Naprawdę, zacho­wy­wał się nor­mal­nie.

Falk nie wie­dział, co powie­dzieć, więc tylko ski­nął głową. Barb potrak­to­wała ten gest jako zachętę.

- Widzisz, rozu­miesz, ponie­waż zna­łeś go naprawdę. Nie tak jak inni ludzie. Oni nie są tacy. Wie­rzą we wszystko, co się im powie.

Falk powstrzy­mał się przed powie­dze­niem, że nie widział się z Lukiem od pię­ciu lat. Oboje popa­trzyli na Gerry'ego, ale on na­dal wpa­try­wał się w szklankę. Żad­nej pomocy.

- Dla­tego mie­li­śmy nadzieję... - Barb zawa­hała się. - Ja mia­łam nadzieję, że mógł­byś nam pomóc.

Falk spoj­rzał na nią zdzi­wiony.

- Co dokład­nie masz na myśli, Barb?

- Cóż, po pro­stu dowiedz się, co naprawdę się wyda­rzyło. Aby oczy­ścić imię Luke'a. I dla Billy'ego, dla Karen. No i dla Char­lotte.

Powie­dziaw­szy to, zaczęła koły­sać dziecko, gła­skać je po ple­cach i wyda­wać kojące dźwięki. Dziew­czynka ani drgnęła.

- Barb. - Falk pochy­lił się do przodu i poło­żył swoje dło­nie na jej wol­nej ręce. Była wil­gotna i roz­pa­lona. - Bar­dzo mi przy­kro z powodu tego, co się stało. Żal mi was wszyst­kich. Dobrze wiesz, że kie­dyś Luke był dla mnie jak brat. Ale nie jestem odpo­wied­nią osobą. Jeśli masz jakieś wąt­pli­wo­ści, powin­naś zgło­sić się na poli­cję.

- Zgło­si­li­śmy się do cie­bie - odparła, cofa­jąc rękę. - Ty jesteś z poli­cji.

- Cho­dziło mi o poli­cję, która ma moż­li­wo­ści radze­nia sobie z takimi spra­wami. Ja już się tym nie zaj­muję. Wiesz o tym. Teraz pro­wa­dzę sprawy finan­sowe. Konta, pie­nią­dze.

- Dokład­nie - ski­nęła Barb.

Z gar­dła Gerry'ego wydo­był się cichy dźwięk.

- Barb uważa, że kło­poty finan­sowe ode­grały w tym wszyst­kim swoją rolę. - Jego próby zacho­wa­nia spo­koju nie powio­dły się.

- Tak. Oczy­wi­ście, że tak uwa­żam - wark­nęła Barb. - Dla­czego tak ciężko ci w to uwie­rzyć, Gerry? Pie­nią­dze nie trzy­mały się Luke'a. Jeśli miał dolara, wyda­wał dwa.

Czy to prawda?, zdzi­wił się Falk. Ni­gdy nie wyda­wało mu się, żeby Luke chęt­nie się­gał do kie­szeni.

Barb obró­ciła się, żeby spoj­rzeć mu pro­sto w twarz.

- Zro­zum, przez minione dzie­sięć lat uwa­ża­łam, że słusz­nie zro­bi­li­śmy, sprze­da­jąc Luke'owi farmę. Ale przez ostat­nie dwa tygo­dnie nie robię nic innego, tylko zamar­twiam się, że było to dla niego zbyt duże brze­mię. Przy tej suszy, kto wie? Wszy­scy są zroz­pa­czeni. Mógł rów­nie dobrze poży­czyć od kogoś pie­nią­dze. Lub mieć długi, któ­rych nie był w sta­nie spła­cić. Może jakiś wie­rzy­ciel przy­szedł po niego.

Zale­gła cisza. Falk się­gnął po swoją whi­sky i wziął spory łyk. Była cie­pła.

- Barb - ode­zwał się w końcu. - Wiem, że może się wyda­wać ina­czej, ale pro­wa­dzący śledz­two z pew­no­ścią uwzględ­nili wszyst­kie moż­li­wo­ści.

- Nie­ko­niecz­nie - odparła Barb. - Oni wcale nie chcieli wie­dzieć. Przy­je­chali z Clyde, rzu­cili jedno spoj­rze­nie i stwier­dzili: "Tak, kolejny far­mer nie wytrzy­mał" i tyle. Sprawa zamknięta. Jasne było, co myślą. Nic tylko pola i owce. Żeby w ogóle tu zamiesz­kać, trzeba być stuk­nię­tym. Mieli to wypi­sane na twa­rzach.

- Przy­słali grupę docho­dze­niową z Clyde? - zapy­tał Falk, lekko zdzi­wiony. Clyde było naj­bliż­szym mia­stecz­kiem z wie­lo­eta­tową komendą. - To nie był ten tutej­szy poli­cjant? Jak on się nazywa?

- Sier­żant Raco. Nie. Był tutaj zale­d­wie od tygo­dnia czy jakoś tak. Przy­słali pomoc.

- Powie­dzie­li­ście temu sier­żan­towi, że macie wąt­pli­wo­ści?

Za odpo­wiedź star­czyło wyzy­wa­jące spoj­rze­nie Barb.

- Mówimy to tobie - powtó­rzyła.

Gerry odło­żył szklankę tak gło­śno, że oboje aż pod­sko­czyli.

- Dobra, sądzę, że powie­dzie­li­śmy już, o co nam cho­dzi - rzekł. - To był długi dzień. Dajmy Aaro­nowi szansę, żeby wszystko sobie prze­my­ślał. Wyro­bił sobie opi­nię. Chodź, chłop­cze, odpro­wa­dzę cię.

Barb chciała zapro­te­sto­wać, już otwo­rzyła usta, ale zamknęła je, zga­szona spoj­rze­niem Gerry'ego. Poło­żyła Char­lotte na wol­nym fotelu i wzięła Falka w swoje mokre obję­cia.

- Pomyśl o tym. Pro­szę. - Jej oddech na jego uchu był gorący. Czuł od niej alko­hol.

Barb usia­dła z powro­tem i wzięła Char­lotte na ręce. Zaczęła ener­gicz­nie ją koły­sać, aż w końcu dziew­czynka otwo­rzyła oczy, pła­cząc z nie­za­do­wo­le­nia. Kiedy przy­gła­dzała jej włosy i pokle­py­wała po plec­kach, Barb po raz pierw­szy się uśmiech­nęła. Idąc z Ger­rym, Falk sły­szał jej nie­me­lo­dyjny śpiew.

Gerry odpro­wa­dził Falka aż do samo­chodu.

- Barb chwyta się, czego może - stwier­dził Gerry. - Wbiła sobie do głowy, że to wszystko robota jakie­goś wymy­ślo­nego win­dy­ka­tora. To bred­nie. Luke był ostrożny z pie­niędzmi. Prze­cho­dził przez ciężki okres, jak wszy­scy, zga­dza się. I podej­mo­wał ryzyko, ale był wystar­cza­jąco roz­sądny. Ni­gdy by się w nic takiego nie uwi­kłał. Poza tym Karen pro­wa­dziła księ­go­wość farmy. Coś by powie­działa. Dałaby nam znać, gdyby sprawy miały się aż tak źle.

- A co ty o tym myślisz?

- Myślę... myślę, że Luke był pod pre­sją. I choć boli mnie to, choć ta świa­do­mość mnie zabija, to sądzę, że stało się dokład­nie to, na co wygląda. Jedyne, co chcę wie­dzieć, to czy ja rów­nież pono­szę za to winę.

Falk oparł się o samo­chód. W gło­wie mu dud­niło.

- Od jak dawna wiesz? - zapy­tał.

- Że Luke kła­mał, dając ci alibi? Od samego początku. Ile to już lat? Dwa­dzie­ścia kilka? Tam­tego dnia widzia­łem Luke'a, jak sam jechał na rowe­rze. I nie było to w pobliżu miej­sca, gdzie, jak zgod­nie twier­dzi­li­ście, obaj wtedy byli­ście. Wiem, że nie spę­dza­li­ście tego czasu razem. - Urwał. - Ni­gdy nikomu tego nie powie­dzia­łem.

- Nie zabi­łem Ellie Deacon.

Gdzieś w mroku dźwię­czały cykady.

Gerry kiw­nął głową, wpa­tru­jąc się w swoje buty.

- Aaron, gdy­bym choć przez sekundę uwa­żał, że było ina­czej, nie sie­dział­bym cicho. Jak myślisz, czemu nic nie powie­dzia­łem? To by ci zruj­no­wało życie. Podej­rze­nia cią­gnę­łyby się za tobą l a t a m i. Czy pozwo­li­liby ci wstą­pić do poli­cji? Luke zostałby oskar­żony z powodu kłam­stwa. I na co to wszystko? Nie wró­ci­łoby to życia dziew­czy­nie, która, prawdę powie­dziaw­szy, naj­pew­niej sama ze sobą skoń­czyła. Nie ja jeden tak myśla­łem. Wy nie mie­li­ście z tym nic wspól­nego. - Gerry oparł czu­bek buta o zie­mię. - Przy­naj­mniej wtedy tak sądzi­łem.

- A teraz?

- Teraz? Jezu, nie wiem, w co wie­rzyć. Zawsze myśla­łem, że Luke kła­mał, żeby cię chro­nić. Ale teraz moja synowa i wnuk zostali zamor­do­wani, a odci­ski pal­ców mojego nie­ży­ją­cego syna są na broni. - Gerry prze­cią­gnął dło­nią po twa­rzy. - Kocha­łem Luke'a. Bro­nił­bym go do końca. Ale kocha­łem rów­nież Karen i Billy'ego. I Char­lotte. I chęt­nie poszedł­bym do grobu w prze­ko­na­niu, że mój syn był nie­zdolny do popeł­nie­nia takiej zbrodni. Ale jakiś głos pod­szep­tuje mi: "Czy to prawda? Jesteś pewien?". Dla­tego pytam cie­bie. Teraz. Tutaj. Czy Luke dał ci alibi, aby cię bro­nić, Aaron? Czy kła­mał, żeby chro­nić sie­bie?

- Ni­gdy nie było naj­mniej­szego podej­rze­nia, że Luke był odpo­wie­dzialny za to, co stało się Ellie - odpo­wie­dział Falk ostroż­nie.

- Nie - zgo­dził się Gerry. - Ale w dużej mie­rze dla­tego, że nawza­jem dostar­czy­li­ście sobie alibi, czyż nie? Ja i ty wie­dzie­li­śmy, że kła­mał, i nic z tym nie zro­bi­li­śmy. Pytam, czy to spra­wia, że krew mojej syno­wej i wnuka jest też na moich rękach? - Gerry prze­krzy­wił głowę i jego twarz skryła się w cie­niu. - I ty też powi­nie­neś zadać sobie to pyta­nie, zanim wró­cisz do Mel­bo­urne. Obaj ukry­li­śmy prawdę. Jeśli jestem winny, to ty rów­nież.

Powrotna droga wyda­wała się Aaro­nowi jesz­cze dłuż­sza. Włą­czył dłu­gie świa­tła, żeby drą­żyły przed nim mrok. Czuł się, jakby był jedyną osobą w pro­mie­niu wielu kilo­me­trów. Nic przed nim, nic za nim.

Poczuł głu­che ude­rze­nie pod kołami, zda­wało mu się, że jesz­cze zanim dostrzegł nie­wielką plamkę prze­bie­ga­jącą drogę. Kró­lik. Chwilę temu jesz­cze żył, a teraz było już po nim. Serce Falka waliło. Odru­chowo wci­snął hamu­lec, ale było już tysiąc kilo­gra­mów i osiem­dzie­siąt kilo­me­trów na godzinę za późno. Nie było szans. Ude­rze­nie było dla Falka niczym cios w pierś, który uwol­nił coś w jego umy­śle. Wspo­mnie­nie, o któ­rym nie myślał od lat, poja­wiło się na powierzchni jego pamięci.

Maleńki kró­li­czek leżał na dłoni Luke'a. Jego paznok­cie były brudne od ziemi. Nie było w tym nic nie­zwy­kłego. W Kie­wa­rze nie było wielu week­en­do­wych roz­ry­wek dla ośmio­lat­ków. Bie­gali w wyso­kiej tra­wie w wyścigu doni­kąd, gdy nagle Luke sta­nął jak wryty. Schy­lił się, a kiedy chwilę póź­niej wstał, trzy­mał na dłoni malut­kie stwo­rzonko. Aaron pod­biegł, żeby zoba­czyć, co to. Gła­skali go, napo­mi­na­jąc się nawza­jem, aby nie robić tego zbyt mocno.

- Lubi mnie. Jest mój - zako­mu­ni­ko­wał Luke.

Przez całą drogę powrotną do domu Luke'a sprze­czali się o imię dla kró­liczka.

Wło­żyli go do kar­to­no­wego pudełka i przy­glą­dali mu się uważ­nie. Kró­li­czek tro­chę się trząsł, ale naj­czę­ściej leżał w bez­ru­chu. Pozorna akcep­ta­cja masku­jąca strach.

Aaron pobiegł do środka po ręcz­nik do wyło­że­nia pudełka. Zajęło mu to wię­cej czasu, niż powinno, a kiedy ponow­nie wybiegł na słońce, Luke sie­dział nie­ru­chomo. Jedną rękę trzy­mał w pudełku. Usły­szaw­szy Aarona, gwał­tow­nie pod­niósł głowę do góry i cof­nął dłoń. Aaron nie był pewien, czego jest świad­kiem, ale czuł potrzebę opóź­nie­nia momentu, w któ­rym zaj­rzy do pudełka.

- Zdechł - powie­dział Luke, a jego usta zaci­snęły się w wąską linię. Nie patrzył Aaro­nowi w oczy.

- Jak?

- Nie wiem. Po pro­stu.

Aaron pytał o to jesz­cze kilka razy, ale zawsze otrzy­my­wał tę samą odpo­wiedź. Kró­li­czek leżał na boku, dosko­nały, choć bez życia, a spoj­rze­nie jego czar­nych oczu było puste.

"Zasta­nów się nad tym", powie­działa mu Barb na poże­gna­nie. Jed­nak kiedy Falk wra­cał dłu­gimi wiej­skimi dro­gami, tuż po prze­je­cha­niu zwie­rzę­cia, jego myśli kon­cen­tro­wały się raczej wokół Ellie Deacon i ich nasto­let­niej paczki. W jego gło­wie koła­tało się pyta­nie, czy kiedy woda wypeł­niła już płuca Ellie Deacon, spoj­rze­nie jej ciem­nych oczu stało się rów­nie puste?

Roz­dział 4

Żółta taśma poli­cyjna na­dal zwi­sała w strzę­pach z drzwi domu Luke'a Hadlera. Poranne słońce odbi­jało się od niej, kiedy Falk par­ko­wał samo­chód obok radio­wozu na skrawku zeschnię­tej trawy. Choć słońce nie było jesz­cze nawet w zeni­cie, wysia­da­jąc z samo­chodu, poczuł, że skóra już mrowi go z gorąca. Nało­żył kape­lusz i zaczął przy­glą­dać się domowi. Nie potrze­bo­wał wska­zó­wek. Jako nasto­la­tek spę­dzał tu nie­mal tyle samo czasu, co w swoim wła­snym domu.

Zadzwo­nił do drzwi, kon­sta­tu­jąc, że Luke nie zmie­nił zbyt wiele, odkąd prze­jął farmę od swo­ich rodzi­ców. Wewnątrz domu roz­legł się głę­boki dźwięk dzwona i Falk miał wra­że­nie, jakby cof­nął się w cza­sie. Ogar­nęła go nie­po­ko­jąca pew­ność, że za moment drzwi otwo­rzy mu pewny sie­bie szes­na­sto­la­tek, i nie­mal się cof­nął.

Żad­nego ruchu. Okna, w któ­rych zacią­gnięto zasłony, wyglą­dały niczym oczy ślepca.

Falk nie spał w nocy, leżąc i roz­my­śla­jąc o tym, co powie­dział mu Gerry. Rano zadzwo­nił do niego, by poin­for­mo­wać, że zosta­nie na dzień lub dwa. Naj­da­lej do week­endu. Był czwar­tek. W ponie­dzia­łek miał być z powro­tem w pracy. Ale w mię­dzy­cza­sie poje­dzie na farmę Luke'a. Przej­rzy księgi na prośbę Barb. Przy­naj­mniej tyle może zro­bić. Z tonu Gerry'ego wyni­kało, że myślał tak samo.

Falk odcze­kał chwilę, a póź­niej zaczął obcho­dzić budy­nek. Ogrom nie­zmą­co­nego błę­kitu przy­tła­czał pożół­kłe pola. W dali ogro­dze­nie z drutu kol­cza­stego dawało odpór czy­ha­ją­cej plą­ta­ni­nie buszu. Po raz pierw­szy w życiu do Falka dotarło, że pose­sja Hadle­rów była cał­ko­wi­cie odizo­lo­wana od świata. Kiedy był nasto­lat­kiem, gospo­dar­stwo tęt­niło życiem. Dom jego dzie­ciń­stwa znaj­do­wał się w zasięgu krót­kiej prze­jażdżki rowe­rem, ale skryty za hory­zon­tem, był nie­wi­doczny. W zasięgu wzroku znaj­do­wał się jesz­cze tylko jeden dom: walący się szary budy­nek przy­cup­nięty na zbo­czu odle­głego wzgó­rza.

Dom Ellie.

Fal­kowi prze­szło przez myśl, że być może jej ojciec i kuzyn na­dal tam miesz­kają, i instynk­tow­nie odwró­cił głowę. Prze­szu­ki­wał podwó­rze, aż w naj­więk­szej z trzech sto­dół natknął się na sier­żanta Grega Raca.

Poli­cjant na czwo­ra­kach prze­szu­ki­wał zawar­tość sta­rych pudeł znaj­du­ją­cych się w samym kącie. Nie­mały pająk, chyba katipo, sie­dział w bez­ru­chu na swo­jej sieci, igno­ru­jąc czyn­no­ści, które miały miej­sce zale­d­wie dwa metry od niego. Falk zastu­kał w meta­lowe drzwi i Raco obró­cił się, uka­zu­jąc zaku­rzoną i spły­wa­jącą potem twarz.

- Jezu, ale mnie prze­stra­szy­łeś. Nie sły­sza­łem, że ktoś idzie.

- Prze­pra­szam. Aaron Falk. Przy­ja­ciel Hadle­rów. Recep­cjo­nistka powie­działa mi, że tutaj cię znajdę. A tak przy oka­zji, widzia­łeś tego tam? - I wska­zał na katipo.

- Tak. Dzięki. Jest ich tutaj kilka.

Raco wstał i zdjął robo­cze ręka­wice. Pró­bo­wał strze­pać brud ze swo­ich nie­bie­skich mun­du­ro­wych spodni, ale szybko z tego zre­zy­gno­wał, bo to tylko pogar­szało sprawę. Pod pachami jego sta­ran­nie wypra­so­wa­nej koszuli ryso­wały się plamy potu. Był niż­szy od Falka, za to miał budowę bok­sera oraz bar­dzo krótko przy­strzy­żone krę­cone włosy. Sma­gły, jakby miesz­kał nad Morzem Śród­ziem­nym, mówił z nie­kwe­stio­no­wa­nym akcen­tem austra­lij­skiej wsi. Jego oczy wyglą­dały, jakby cały czas się śmiał, nawet gdy był od tego daleki. Falk prze­ko­nał się o tym, ponie­waż wła­śnie teraz Raco się nie uśmie­chał.

- Gerry Hadler zadzwo­nił i powie­dział, że wpad­niesz - oznaj­mił Raco. - Bez urazy, kolego, ale masz jakiś dowód toż­sa­mo­ści? W oko­licy kręci się kilku świ­rów. Zwie­dzają albo coś w tym stylu, sam nie wiem.

Z bli­ska wyglą­dał na wię­cej lat, niż Falk mu począt­kowo dawał. Moż­liwe, że dobił już do trzy­dziestki. Falk zauwa­żył, że sier­żant dys­kret­nie się mu przy­glą­dał. Zacho­wy­wał się wobec niego przy­jaź­nie, ale i ostroż­nie. Wszystko jasne. Falk podał mu prawo jazdy. Raco wziął doku­ment, jakby spo­dzie­wał się cze­goś innego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki