Susza - Graham Masterton

-
Proszę czekać

1

Gdy tylko Mar­tin zapar­ko­wał przy kra­węż­niku, usły­szał wrzask dobie­ga­jący z wnę­trza domu. Chwy­cił pękatą teczkę z notat­kami ze sprawy i bły­ska­wicz­nie wysko­czył z brą­zo­wego kabrio­letu Eldo­rado, prze­rzu­ca­jąc nogi nad drzwiami. Kiedy sta­nął na chod­niku, mro­żona szyba we fron­to­wych drzwiach pękła nagle niczym od strzału z pisto­letu. Dostrzegł kobietę w ciem­no­czer­wo­nej sukience, którą praw­do­po­dob­nie ktoś pchnął na drzwi od strony kory­ta­rza.

- Ty kurwo! - roz­legł się ochry­pły męski krzyk. - Dwa tygo­dnie mnie nie ma, a ty co robisz? Dwa tygo­dnie! Nie możesz pocze­kać na mnie dwa tygo­dnie?

Kobieta została pchnięta na drzwi po raz drugi, tym razem tak mocno, że duży trój­kątny odła­mek szyby upadł na ganek. Mar­tin rzu­cił teczkę z powro­tem na sie­dze­nie pasa­żera i szybko pod­szedł do domu chod­ni­kiem.

- Ty kurwo! Ty pisona! Ty jedno wiel­kie gówno! Zabiję cię!

Mar­tin zbli­żył się do drzwi, potłu­czone szkło chrzę­ściło mu pod butami. Przez otwór po szy­bie widział kobietę sie­dzącą na wycie­raczce ple­cami do niego; szlo­chała, krę­cone włosy opa­dały jej na ramiona. Nie­ogo­lony Laty­nos w brud­nym T-shir­cie stał przed nią, zaci­ska­jąc dło­nie w pię­ści, i zezo­wał z wście­kło­ścią.

- Jesus! - Mar­tin krzyk­nął do niego. - Cof­nij się, zanim zro­bisz coś, czego będziesz żało­wał! Zostaw ją!

Męż­czy­zna nie zwró­cił na niego uwagi. Chwy­cił kobietę za sukienkę, dźwi­gnął na nogi, a potem ude­rzył dwu­krot­nie pię­ścią w twarz. Mar­tin usły­szał, jak pękają jej kości w nosie; na ścianę try­snęła krew, two­rząc spi­rale i zawi­jasy.

- Jesus, zostaw ją!

Lecz Jesus szar­pał kobietą, trzy­ma­jąc ją za ubra­nie. Była na wpół przy­tomna, a ręce zwi­sały jej bez­wład­nie, jakby gibko tań­czyła salsę.

- Spier­da­laj! - rzu­cił Jesus. - To moja sprawa, opieka spo­łeczna nie ma tu nic do gada­nia! Dalej, spier­da­laj! Vete a la verga!

Mar­tin cof­nął się o krok, a potem kop­nął drzwi tak mocno, że pękło w nich wzmoc­nie­nie. Kop­nął po raz kolejny i zamek ustą­pił, a drzwi otwo­rzyły się na oścież, buja­jąc się na zawia­sach. Jesus puścił kobietę, która bez­wład­nie osu­nęła się na pod­łogę, a sam wyco­fał się do kuchni, uno­sząc obie ręce, aby ode­przeć Mar­tina.

- Nie doty­kaj mnie! Ostrze­gam! Kurwa, nie waż się mnie tknąć! Ty... pra­cu­jesz dla opieki spo­łecz­nej... nie możesz mnie dotknąć! Takie jest prawo!

Mar­tin bez waha­nia obszedł kobietę i zmie­rzał w stronę męż­czy­zny. Jesus wyco­fał się do kuchni i ner­wowo pró­bo­wał zatrza­snąć Mar­tinowi przed nosem drzwi, ale się spóź­nił. Mar­tin naparł na nie bar­kiem, Jesus stra­cił rów­no­wagę i zato­czył się na lami­no­wany stół zawa­lony brud­nymi tale­rzami i pustymi butel­kami po piwie, które z hukiem roz­trza­skały się na pod­ło­dze.

- Nie waż się mnie tknąć! - Jesus był tak prze­ra­żony, że jego głos prze­szedł w wyso­kie wycie podobne do pisku psa duszą­cego się na za cia­snej smy­czy. - Dotknij mnie, a przy­się­gam na Boga, że wywalą cię z tej two­jej pier­do­lo­nej pracy! Już ja się o to posta­ram!

- Och, tak? - odparł Mar­tin. - A jak masz zamiar to zro­bić, skoro będziesz sie­dział w pier­dlu pod zarzu­tem napa­ści?

- Nie doty­kaj mnie! Nie doty­kaj! - darł się Jesus.

Wyco­fał się pod sam zlew kuchenny, ale Mar­tin odwró­cił go, chwy­cił za nad­gar­stek i po chwili obie ręce wykrę­cił mu do tyłu, zgi­na­jąc w łok­ciach na ple­cach aż pod łopatki. Jesus cuch­nął piwem, potem i sple­śnia­łymi papie­ro­sami, a włosy na ramio­nach miał tak naje­żone, że Mar­tinowi zda­wało się, że trzyma wiel­kiego psa, a nie czło­wieka. Mimo postury Jesus spra­wiał wra­że­nie sła­bego.

- Nie możesz! - zapro­te­sto­wał. - Nie możesz mi tego robić! Pra­cu­jesz dla okręgu! Znam swoje prawa! Mam swoje prawa!

- A pew­nie, że masz. Po pierw­sze, masz prawo mil­czeć, ty sady­styczna kana­lio. W zasa­dzie to sam się przy tym upie­ram.

Jakby dla pod­kre­śle­nia swo­ich słów, pod­cią­gnął ręce Jesusa jesz­cze wyżej mię­dzy łopatki. Laty­nos zaskom­lał z bólu jak dziew­czynka.

Mar­tin wypchnął go z kuchni na kory­tarz, nie­omal uno­sząc w powie­trze. Po lewej stro­nie znaj­do­wały się brudne, kie­dyś kre­mowe drzwi z nakle­joną wybla­kłą kal­ko­ma­nią - czer­woną różą. Obró­cił się do nich ple­cami i otwo­rzył je kop­nia­kiem, a potem wepchnął Jesusa do środka. Wszyst­kie domy po tej stro­nie East Julia Street były iden­tyczne i Mar­tin wie­dział, że to toa­leta.

- Co robisz? - krzyk­nął na niego Jesus. - Co, kurwa, robisz, zbo­czeńcu?

Ubi­ka­cja była mała i wąska, okienko zasła­niała bla­do­nie­bie­ska żalu­zja, któ­rej naj­wy­raź­niej nie odku­rzano od zain­sta­lo­wa­nia. Na para­pe­cie stała wyschnięta roślinka, a roz­bite lustro nad umy­walką wyglą­dało jak kalej­do­skop. Po pod­ło­dze walały się cuch­nące teni­sówki i zardze­wiałe wrotki, a na rezer­wu­arze stała pełna petów popiel­niczka. Muszla był obrzy­dli­wie brudna, pozna­czona struż­kami w pięć­dzie­się­ciu odcie­niach ciem­nego brązu, a zabar­wiona na żółto woda cuch­nęła stę­chłym moczem.

- Nie możesz! - krzyk­nął Jesus. - Nie wolno ci! To wbrew prawu!

Mar­tin nie odpo­wie­dział. Zmu­sił Jesusa, aby ukląkł na pod­ło­dze przed sede­sem, a potem chwy­cił go za kark i wepchnął mu głowę do muszli, jak mógł naj­da­lej. Mar­tin usły­szał, jak skro­nie Laty­nosa ude­rzają o por­ce­lanę.

- Och, nie! Nie! Matko Boska kochana! Nie!

Mar­tin pocią­gnął za spłuczkę i spu­ścił wodę. Jesus szar­pał się, gdy woda spły­wała kaskadą po jego gło­wie. Mar­tin trzy­mał go na klęcz­kach, aż woda prze­stała pły­nąć, a potem pod­niósł. Jesus par­skał, kasz­lał, mru­gał i przez pierw­sze kilka sekund nie mógł wydu­sić ani słowa.

- No? - spy­tał Mar­tin. - Nie taki z cie­bie twar­dziel, co?

- Nie możesz... nie możesz, kurwa, tak robić...

- Mogę i będę, i, cho­lera, nic na to nie pora­dzisz. Tobie nawet nie wolno prze­by­wać w tym domu, jesteś nic nie­wart i tylko mar­nu­jesz powie­trze, i dobrze o tym wiesz. Nie wolno ci nawet się tu zbli­żać. Jak myślisz, jak by się czuł mały Mario, gdyby zoba­czył, że bijesz jego matkę? Sądzisz, że by cię sza­no­wał?

- To mój syn! A jak ma sza­no­wać ją, wła­sną matkę, skoro ona pie­przy się z kim popad­nie na jego oczach? Pew­nie, że ją ude­rzy­łem. To kurwa. Sama się o to pro­siła.

- A teraz, Jesus, zosta­wisz ją w spo­koju. Sąd tak ci naka­zuje i ja ci to mówię.

- No to spier­da­laj - wyce­dził Jesus. - To moja żona, czyli moja wła­sność, i żaden sąd nie zakaże mi dostępu do niej, ani też żaden caca palo z opieki spo­łecz­nej.

Mar­tin wci­snął z powro­tem głowę Jesusa do muszli i pocią­gnął za spłuczkę. Tym razem jed­nak rączka opa­dła luźno i woda nie popły­nęła. Mar­tin pocią­gnął jesz­cze raz, ale rezer­wuar się nie napeł­niał. Znowu pod­niósł Jesusa na nogi.

- Więc jak będzie? - zapy­tał. - Będziesz się trzy­mał z dala od Ezzie?

Jesus wypluł wodę i wytarł usta grzbie­tem dłoni, a potem znowu splu­nął.

- Tak? Czy nie? - naci­skał Mar­tin. - Jeżeli nie, to mogę wepchnąć ci głowę do kibla trzeci raz, nie ma pro­blemu. I jesz­cze raz, jeśli będzie trzeba. Będę to robić tak długo, aż zmie­nisz zda­nie.

Jesus spoj­rzał na muszlę pokrytą sko­rupą brudu. Teraz nie było w niej wody. Splu­nął do środka, a potem spoj­rzał na Mar­tina i pokrę­cił głową.

- Dobra - powie­dział. - Wygra­łeś, gnoju.

- Na pewno nie chcesz jesz­cze raz zanur­ko­wać?

Jesus znowu pokrę­cił głową. Mar­tin zwol­nił chwyt, a Jesus wstał, nie­mal tra­cąc rów­no­wagę, i oparł się o ścianę. Pod­szedł do umy­walki, odkrę­cił kurek, ale pole­ciała jedy­nie słaba strużka wody. Zde­ner­wo­wany ude­rzył w kran.

- Kurwa, wody nie ma! Co to, kurwa, jest?

- Może Ezzie nie zapła­ciła rachunku?

- To wy, kurwa! Wy z opieki spo­łecz­nej macie pła­cić rachunki za wodę!

Znowu ude­rzył w kran, ale bez rezul­tatu. Musiał zado­wo­lić się wytar­ciem wło­sów w szary zatę­chły ręcz­nik, który wisiał obok umy­walki. Gdy to zro­bił, przyj­rzał się swo­jemu odbi­ciu w roz­bi­tym lustrze.

- Jeśli dostanę jakie­goś śmier­tel­nego zaka­że­nia, to ty... jesteś tru­pem, obie­cuję - wystę­kał.

- Nie, Jesus. Jeśli zła­piesz śmier­telną infek­cję, to ty będziesz tru­pem, a świat sta­nie się lep­szy, uwierz mi. No to gdzie jest Mario? Muszę zabrać Ezzie do szpi­tala.

Wró­cił na kory­tarz. Esme­ralda teraz sie­działa oparta ple­cami o ścianę i rąb­kiem ciem­no­czer­wo­nej sukienki tamo­wała krwo­tok z nosa. Jej krzywe brą­zowe nogi pozna­czone były róż­no­ko­lo­ro­wymi siń­cami. Czer­wo­nymi, fio­le­to­wymi, żół­tymi, w zależ­no­ści od tego, jak dawno powstały.

- Jesus wła­śnie wycho­dzi, prawda, Jesus? - ode­zwał się Mar­tin.

Jesus wyło­nił się z łazienki ze ster­czą­cymi mokrymi wło­sami. Nic nie odpo­wie­dział Mar­ti­nowi, ale kiedy mijał Esme­raldę w dro­dze do wywa­żo­nych fron­to­wych drzwi, zatrzy­mał się i splu­nął na nią.

- Pisona! - wyce­dził.

- Hejże! - zawo­łał Mar­tin. - Chcesz jesz­cze raz zanur­ko­wać do sedesu? Z rado­ścią ci pomogę!

Jesus wyszedł sztywno w mil­cze­niu. Kilka sekund póź­niej prze­je­chał obok nich swoim jaskra­wo­żół­tym mustan­giem z tur­bo­do­ła­do­wa­niem, pro­wo­ku­jąco trą­biąc klak­so­nem.

Mar­tin kuc­nął obok Esme­raldy i obej­rzał jej twarz. Powieki miała już pur­pu­rowe i tak spuch­nięte, że ledwo widziała na oczy, a nos wyglą­dał jak wielka rdza­wo­czer­wona śliwka. Górna warga była roz­cięta. Mar­tin nie potra­fił odróż­nić krwi od lep­kiej czer­wo­nej szminki.

- No, chodź, Esme­raldo - ode­zwał się łagod­nie. - Muszę cię zabrać na ostry dyżur. Gdzie Mario?

- Został dzi­siaj u kolegi, Billy'ego. Dobrze, że go tu nie było, jak Jesus przy­szedł. To dia­beł wcie­lony.

Mar­tin pomógł jej się pod­nieść. Zanim wyszli, ode­rwał kawa­łek kar­tonu po pomi­do­rach, który zna­lazł w kuchni, i przy­kleił go taśmą kle­jącą, zasła­nia­jąc roz­bitą szybę w drzwiach. Potem udało mu się je zakli­no­wać kolej­nym kawał­kiem kar­tonu, żeby przy­naj­mniej wyglą­dały na zamknięte.

- Nie przej­muj się - powie­działa zdła­wio­nym gło­sem Esme­ralda. - Nie mam nic, co byłoby warto ukraść. Poza Mariem nie mam nic war­to­ścio­wego.

Mar­tin otwo­rzył przed nią drzwi eldo­rado. Spoj­rzał na bez­chmurne niebo. Był 9 lipca, nie padało od 12 listo­pada, a i wtedy spa­dło zale­d­wie dwa i pół mili­me­tra. Pamię­tał tę datę, ponie­waż tego dnia ode­szła od niego Peta, zabie­ra­jąc Ellę i Tylera. Stał na chod­niku i patrzył, jak odjeż­dżają, i wtedy zaczęło padać, bar­dzo deli­kat­nie i bar­dzo cicho. I był to pierw­szy deszcz od ponad roku.

Usiadł za kie­row­nicą.

- Ezzie, posłu­chaj mnie - rzekł. - Wszy­scy mamy coś, nawet jeśli nie zda­jemy sobie z tego sprawy. Jed­nak przez więk­szość życia tego nie doce­niamy. Jak to jest w tej pio­sence? "Nie wiesz, co masz, dopóki tego nie stra­cisz".

2

Pocze­kał czter­dzie­ści pięć minut z Esme­raldą na oddziale ura­zo­wym Szpi­tala Miej­skiego w San Ber­nar­dino, sie­dząc obok star­szego męż­czy­zny, który cuch­nął zjeł­cza­łym czosn­kiem i jęczał gło­śno co dwie lub trzy minuty. Po każ­dym jęku skrze­czał: Madre de Dias! i stale się żegnał. W szpi­talu przy­naj­mniej było chłodno, cho­ciaż słońce wpa­da­jące przez okna odbi­jało się tak moc­nym świa­tłem od bia­łych ścian i jasnej mar­mu­ro­wej posadzki, że Mar­tin czuł się, jakby znaj­do­wał się na prze­świe­tlo­nym zdję­ciu, więc nało­żył swoje ray-bany.

- Sypiam z Jor­gem, bo jest dla mnie dobry i zawsze mi pomaga - powie­działa Esme­ralda i przy­ło­żyła chu­s­teczkę do nosa. - Jest żonaty, ale nie znam jego żony. To źle, wiem. Cza­sami jed­nak czuję się taka samotna.

- Ezzie, możesz spać, z kim chcesz, o ile jesteś dys­kretna i mały Mario się o tym nie dowie - odparł Mar­tin. - Dla mnie prio­ry­te­tem jest dobro dziecka, dla cie­bie też powinno być, no i dla Jesusa.

- Mario nic o tym nie wie. Jorge przy­cho­dzi, gdy on jest w przed­szkolu. Nie chcę, aby się dowie­dział. Jesus na­dal jest jego ojcem, mimo że jest tapado.

W tym momen­cie pode­szła do nich laty­no­ska pie­lę­gniarka o sze­ro­kich bio­drach, w bla­do­nie­bie­skim uni­for­mie.

- Pani Rivera? - spy­tała. - Pro­szę pozwo­lić za mną. Dok­tor Varga zbada panią teraz.

Ezzie chwy­ciła go za rękę i szep­nęła:

- Zoba­czymy się póź­niej, Mar­tin. Jesteś dobrym czło­wie­kiem, niech cię Bóg bło­go­sławi. Zupeł­nie innym niż pra­cow­nicy spo­łeczni, któ­rych zna­łam do tej pory.

Mar­tin uśmiech­nął się i pokrę­cił głową.

- Nie­wiele jest we mnie dobrego, Ezzie - odparł. - W zasa­dzie nie róż­nię się zbyt­nio od two­jego Jesusa. Tylko przy­pad­kiem zna­la­złem się po stro­nie anio­łów.

- Powi­nie­neś uwa­żać na Jesusa. On ni­gdy nie zapo­mina. Jeżeli uzna, że go skrzyw­dzi­łeś, odpłaci ci w dwój­na­sób, nawet gdyby miał cze­kać latami.

Kiedy Mar­tin odpro­wa­dzał wzro­kiem pie­lę­gniarkę i Esme­raldę idące na oddział ura­zowy, zadzwo­niła jego komórka, odtwa­rza­jąc począt­kowe takty Man­do­lin Rain.

- Mar­tin?

- Och, cześć, Peta. Słu­chaj... jestem teraz w szpi­talu. Pocze­kaj, wyjdę na zewnątrz.

Prze­szedł na szpi­talny par­king. Minęło wła­śnie połu­dnie i tem­pe­ra­tura zde­cy­do­wa­nie prze­kra­czała czter­dzie­ści stopni. Flaga na masz­cie zwi­sała bez życia, a nad asfal­tem roz­grzane powie­trze drżało i wywo­ły­wało złu­dze­nie, że po par­kingu pły­nie woda. Mar­tin miał na sobie jedy­nie białą koszulę z krót­kim ręka­wem i dre­li­chowe spodnie khaki, ale zanim dotarł do zacie­nio­nego pasażu pro­wa­dzą­cego na postój dla kare­tek, czoło zro­siły mu kro­ple potu, a koszula przy­lgnęła do ple­ców.

- Mar­tin, nie mamy wody. Z kra­nów nic nie leci i nie ma czym spłu­ki­wać ubi­ka­cji.

- Z tym samym spo­tka­łem się w cen­trum na East Julia Street przed jakąś godziną. A jak to wygląda u sąsia­dów? Mają wodę?

- Nie. Nikt nie ma. Pró­bo­wa­łam się dodzwo­nić do wodo­cią­gów, ale u nich cią­gle zajęte. Spraw­dzi­łam też ich stronę inter­ne­tową i nie ma tam żad­nej infor­ma­cji o odcię­ciu wody. Zasta­na­wia­łam się, czy może ty coś wiesz.

- Nie, nic. Spró­buję się dowie­dzieć, co się dzieje, i oddzwo­nię do cie­bie. Przy­pusz­czam, że jakaś magi­strala wodna pękła, to wszystko. Pew­nie napra­wią pod koniec dnia.

- Mar­twię się Ellą, w tym kło­pot - powie­działa Peta. - Ma ponad trzy­dzie­ści osiem stopni i dresz­cze. Nie chcę zostać bez wody, jeżeli mia­łaby zacho­ro­wać.

- Dzwo­ni­łaś do leka­rza?

- Chyba nie muszę, w każ­dym razie jesz­cze nie teraz. Dałam jej lek prze­ciw­go­rącz­kowy i poło­ży­łam do łóżka. To pew­nie nic gor­szego niż bóle men­stru­acyjne.

Mar­tin nie odpo­wie­dział. Ella zawsze była jego uko­chaną córeczką, a myśl o tym, że staje się kobietą, kiedy jego nie ma przy niej, cią­gle go bolała. Wie­dział jed­nak, że sam jest temu winien - przez roz­pad mał­żeń­stwa z Petą. Żadna kobieta nie potra­fi­łaby zno­sić jego czar­nych humo­rów i nie­spo­dzie­wa­nych wahań nastro­jów. Nazy­wał je "dniami dżinna", na pamiątkę demo­nów, które rze­komo poja­wiały się pod­czas burz pia­sko­wych w Afga­ni­sta­nie i spra­wiały, że wszyst­kich ogar­niało sza­leń­stwo lub depre­sja.

- Teraz wra­cam do biura - poin­for­mo­wał Petę. - Obie­cuję, że zajmę się tym i oddzwo­nię do cie­bie. Jak się miewa Tyler, tak przy oka­zji, wszystko w porządku?

- U Tylera wszystko dobrze. Kiedy nie śpi albo jest w szkole, ster­czy przed lap­to­pem, ale wszy­scy jego kole­dzy są tacy sami.

- Dobrze, Peto. Jak powie­dzia­łem, oddzwo­nię do cie­bie. - Miał ochotę dodać: "Kocham cię", ale wie­dział, że to ją tylko roz­drażni.

"Skoro kochasz mnie tak bar­dzo, dla­czego krzy­cza­łeś na mnie, dyry­go­wa­łeś mną i tyra­ni­zo­wa­łeś? Dla­czego nie poszu­ka­łeś pomocy, jeżeli byłeś tak poru­szony tym, co przy­da­rzyło ci się w Afga­ni­sta­nie?"

3

W dro­dze powrot­nej do biura w Caro­usel Mall Mar­tin włą­czył radio w samo­cho­dzie. Pro­gnoza pogody na KTIE nie prze­wi­dy­wała, jak to się okre­ślało, "wyraź­nych opa­dów". Innymi słowy, w ciągu następ­nych czte­rech dni nie spo­dzie­wano się żad­nego desz­czu. Tem­pe­ra­tura w ciągu dnia będzie się­gać od czter­dzie­stu do czter­dzie­stu pię­ciu stopni, a w nocy spad­nie do dwu­dzie­stu ośmiu.

Z radia popły­nął komu­ni­kat: "Miej­ski Zakład Wodo­cią­gów w San Ber­nar­dino zwraca się z prośbą do wszyst­kich miesz­kań­ców o restryk­cyjne oszczę­dza­nie wody. Trzy­letni okres braku więk­szych opa­dów dopro­wa­dził nas do sytu­acji kry­tycz­nej. Oby­wa­tele, dobrze się zasta­nów­cie, zanim umy­je­cie samo­chód, spraw­dzaj­cie także w inter­ne­cie gra­fik pod­le­wa­nia, zanim zde­cy­du­je­cie, ile wody prze­zna­czyć na nawad­nia­nie roślin".

Mar­tin zapar­ko­wał na pod­ziem­nym par­kingu i wje­chał windą do biura. Gdy pchnął szklane drzwi ze srebr­nym napi­sem "Urząd do spraw Dzieci i Rodziny w okręgu San Ber­nar­dino", recep­cjo­nistka Brenda jak zwy­kle rzu­ciła mu gniewne spoj­rze­nie znad gru­bych opra­wek oku­la­rów. Mar­tin zawsze uwa­żał, że Brenda byłaby cał­kiem atrak­cyjna, gdyby nie nosiła takich bel­fer­skich bryli i nie zapla­tała wło­sów w cia­sny war­kocz fran­cu­ski niczym zwój mie­dzia­nego drutu. Cza­sami zasta­na­wiał się, czy zawsze jest w sto­sunku do niego taka zja­dliwa, bo też uważa go za atrak­cyj­nego.

- Arlene chce cię widzieć u sie­bie - powie­działa.

- Dobrze, Brendo, dzięki - odparł i skie­ro­wał się kory­ta­rzem do auto­matu z napo­jami.

- Zdaje się, że ona chce się z tobą widzieć natych­miast - dodała Brenda. - "Jak tylko zjawi się w drzwiach", dokład­nie tak powie­działa.

- Na pewno powtó­rzę jej, że prze­ka­za­łaś mi tę wia­do­mość.

Poszedł dalej kory­ta­rzem, wepchnął dolara do auto­matu i puszka dra pep­pera z hała­sem wyle­ciała z otworu. Brenda na­dal łypała na niego gniew­nie, gdy prze­ma­sze­ro­wał przed jej biur­kiem.

- Brendo, miej serce. Gar­dło mam suche jak odbyt wiel­błąda.

Kobieta wydęła usta, ale nic nie powie­działa. Jed­nak gdy Mar­tin pod­szedł do drzwi Arlene Kaiser i zastu­kał w nie, rzu­cił spoj­rze­nie za sie­bie i był pewien, że dostrzegł na jej twa­rzy uśmiech. Kobiety, pomy­ślał. Gdyby tylko wyra­żały się jasno, mówiły, co czują, i nie kazały się tego domy­ślać.

- Wejść! - usły­szał ze środka wysoki krzyk, otwo­rzył drzwi i wszedł do pokoju.

Arlene była zastępcą dyrek­tora Urzędu do spraw Dzieci i Rodziny, wobec czego miała sta­lo­wo­szare biurko wiel­ko­ści samo­lotu trans­por­to­wego i narożny gabi­net. Z okien mogła podzi­wiać widok dachów pokry­tych poma­rań­czo­wymi dachów­kami, rusz­to­wań i dźwi­gów oraz odle­gły łań­cuch gór San Ber­nar­dino, zamglony i roze­dr­gany w popo­łu­dnio­wym żarze.

- Ach, Mar­tin! - wrza­snęła prze­ni­kli­wie Arlene. - W końcu! Nie dosta­łeś mojego ese­mesa?

- Ese­mesa? - Mar­tin zamru­gał, jakby nie do końca zro­zu­miał, o co jej cho­dzi.

Arlene była niską, kor­pu­lentną pięć­dzie­się­cio­pię­cio­latką o krótko przy­cię­tych kasz­ta­no­wych wło­sach i nie­pa­su­ją­cej do niej che­ru­bin­ko­wa­tej twa­rzy z jasno­nie­bie­skimi oczami i kar­to­flo­wa­tym nosem. Miała na sobie nylo­nową musz­tar­dową bluzkę i kasz­ta­nową pli­so­waną spód­nicę pod kolor wło­sów, a do tego naszyj­nik z błysz­czą­cych zie­lo­nych korali, które wyglą­dały jak oliwki.

- Cóż, nie­ważne. Dobrze, że już jesteś. Oto Saskia Vane z wodo­cią­gów i jej współ­pra­cow­nik...

- Lem Kunicki - przed­sta­wił się sie­dzący w kącie blady męż­czy­zna po trzy­dzie­stce. W jasno­cy­try­no­wej koszulce polo i sza­rych płó­cien­nych spodniach wta­piał się w oto­cze­nie niczym kame­leon. Miał nawet wypu­kłe oczy jak gad.

Saskia Vane jed­nak nie­wi­dzialna zde­cy­do­wa­nie nie była. Sie­działa ze skrzy­żo­wa­nymi nogami obok biurka Arlene, ubrana w szkar­łatną gar­sonkę z krót­kim żakie­tem i bar­dzo kusą mini­spód­niczką. Do tego miała wyso­kie szpilki od Loubo­utina z jaskra­wo­czer­wo­nymi pode­szwami. Jej czarne, błysz­czące, geo­me­trycz­nie ścięte włosy pod­kre­ślały ostre kąty policz­ków i sko­śne, kocie oczy. Pełne, wydatne usta uma­lo­wała szkar­łatną szminką pod kolor gar­sonki. Czarny T-shirt z dużym wycię­ciem, który miała pod żakie­tem, odsła­niał mocno opa­lony dekolt. Mię­dzy pier­siami zwi­sał naszyj­nik, wyglą­da­jący na ząb rekina osa­dzony w zło­cie.

Unio­sła w stronę Mar­tina bez­władną jak śnięta ryba dłoń. Ujął ją i krótko uści­snął, szcze­rząc się w uśmie­chu. Kobieta nie spusz­czała z niego oczu, gdy przy­su­wał krze­sło, aby usiąść obok, ale uśmie­chu nie odwza­jem­niła. Pach­niała jaśmi­no­wymi per­fu­mami z piż­mo­wym akcen­tem, jakich używa kobieta, by zatu­szo­wać woń nie­daw­nego seksu.

- A zatem, pani Vane, jest pani z wodo­cią­gów? To szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści. Wła­śnie z kimś od was chcia­łem roz­ma­wiać.

- Mar­ti­nie, mów do mnie Saskia. Tak naprawdę nie repre­zen­tuję samych wodo­cią­gów. Należę do spe­cjal­nego zespołu kry­zy­so­wego, który powo­łał guber­na­tor Smi­ley. Dora­dzamy urzęd­ni­kom miej­sco­wego samo­rządu, jak się upo­rać z trwa­jącą suszą.

- Och! W takim razie jesteś wła­śnie osobą, z którą chcę roz­ma­wiać. Moja żona przed chwilą zadzwo­niła do mnie z Ful­ler­ton Drive i powie­działa, że nie ma wody. A dzi­siaj rano, kiedy mia­łem inter­wen­cję na East Julia Street, tam też nie było wody. Co się dzieje?

Saskia uśmiech­nęła się do niego nie­pew­nie, jak to robią poli­tycy, gdy zada się im nie­wy­godne pyta­nie.

- Oba­wiam się, że wymie­nione przez cie­bie miej­sca nie są mi znane, więc nie potra­fię udzie­lić kon­kret­nej odpo­wie­dzi. Ale mogę odpo­wie­dzieć bar­dziej ogól­nie.

Mar­tin zer­k­nął na Arlene, ale jego prze­ło­żona po pro­stu ski­nęła głową w stronę Saskii, jakby kazała mu słu­chać, co kobieta ma do powie­dze­nia, bo było to ważne.

- Przy­je­cha­łam do was, ponie­waż sta­nę­li­śmy w obli­czu koniecz­no­ści wpro­wa­dze­nia rota­cyj­nych przerw w dosta­wie wody - pod­jęła Saskia.

- Słu­cham? Rota­cyj­nych przerw? To brzmi jak jakaś cho­roba skóry.

Kobieta na­dal uśmie­chała się bez emo­cji.

- Pozwól, że ci wyja­śnię. Zasoby wody na świe­cie od pra­wie pięć­dzie­się­ciu lat stale się zmniej­szają.

- Oczy­wi­ście, wiem o tym. Ale nie wyobra­żam sobie, aby to mia­sto wyschło, a ty? Sie­dzimy na pod­ziem­nych zapa­sach wody tak dużych, że nie wiemy, co z nimi zro­bić. W końcu to był główny powód, dla któ­rego zbu­do­wano to mia­sto. A co ze źró­dłem Arro­whead w górach? San Ber­nar­dino prze­cież eks­por­tuje wodę, na miłość boską.

- Hm, przy­kro mi, ale teraz już nie eks­por­tuje. Zoba­czy­cie w wia­do­mo­ściach tele­wi­zyj­nych, że zbior­niki są pra­wie puste, a poziom wody w rze­kach i jezio­rach ni­gdy nie był tak niski. Tak jest na tere­nie całego kraju od jed­nego wybrzeża po dru­gie, szcze­gól­nie w Kali­for­nii i na Środ­ko­wym Zacho­dzie. Nawet tutaj, w San Ber­nar­dino. Mie­li­ście cztery miliony metrów sze­ścien­nych wody zma­ga­zy­no­wa­nej w zbior­ni­kach, a wasze stud­nie głę­bi­nowe zgro­ma­dziły wię­cej wody, niż jest w jezio­rze Sha­sta, ale teraz zapasy spa­dły do jed­nej pią­tej. Popyt prze­ra­sta podaż, i to znacz­nie! To jeden z powo­dów mojej wizyty.

- Dobrze - ode­zwał się Mar­tin. - Na­dal mi jed­nak nie powie­dzia­łaś, co ozna­czają te prze­rwy rota­cyjne.

- To ści­śle poufna infor­ma­cja, którą ujaw­niamy jedy­nie wybra­nym oso­bom: urzęd­ni­kom samo­rzą­do­wym wyż­szego szcze­bla, służ­bom kry­zy­so­wym, poli­cji i woj­sku. Gdy­by­śmy ją upo­wszech­nili, ryzy­ko­wa­li­by­śmy panikę w całym kraju. Susza jest o wiele bar­dziej dotkliwa, niż przed­sta­wia się to w wia­do­mo­ściach. Plony zostały znisz­czone, szcze­gól­nie kuku­ry­dzy i soi, i jeżeli sytu­acja się nie zmieni, koniecz­nie trzeba będzie racjo­no­wać zarówno żyw­ność, jak i wodę.

- Mów dalej - rzekł Mar­tin. Od dawna miał awer­sję do wysłu­chi­wa­nia wykła­dów, szcze­gól­nie wygła­sza­nych przez kobiety, ale czuł, że od tego się nie wywi­nie.

- Zosta­li­śmy zmu­szeni do wpro­wa­dze­nia rota­cyj­nych przerw w dosta­wach wody w San Ber­nar­dino - oznaj­miła Saskia. - Zarówno w mie­ście, jak i w całym okręgu. To zna­czy, że zakrę­camy wodę według gra­fiku, naj­pierw jedna dziel­nica, potem druga, a robimy to bez wcze­śniej­szego ostrze­że­nia.

- To dość dra­styczne posu­nię­cie, nie sądzisz?

- Tak, zga­dzam się. Ale jeżeli poin­for­muje się ludzi, że będzie prze­rwa w dosta­wie wody, oni natych­miast nabiorą jej do wia­der, wanien i innych pojem­ni­ków, jakie im tylko wpadną w ręce, co jesz­cze bar­dziej uszczu­pli nasze rezerwy.

- A jak długo taka "rota­cyjna prze­rwa" ma trwać?

- Mam nadzieję, że nie dłu­żej niż czter­dzie­ści osiem godzin.

- Czter­dzie­ści osiem godzin w tym upale?

- Hm, liczymy na to, że nie trzeba będzie dłu­żej.

- Daj spo­kój! Jak ludzie mają się myć, goto­wać i robić inne rze­czy, do któ­rych potrzebna jest woda?

- Oba­wiam się, że będą musieli sobie jakoś pora­dzić.

- Łatwo powie­dzieć. A co z miej­sco­wymi fir­mami? Jak sobie pora­dzą restau­ra­cje i pral­nie? A co ze szpi­ta­lami, przy­chod­niami, domami opieki? Po czter­dzie­stu ośmiu godzi­nach, wierz mi, ludzie nie tylko będą spra­gnieni... będą umie­rać. Widzia­łem suszę, kiedy słu­ży­łem w Afga­ni­sta­nie, brak wody nie trwał dłu­żej niż dwa dni, a starcy i dzieci padali jak muchy.

- Mar­ti­nie, naj­wy­raź­niej tego nie rozu­miesz - powie­działa Saskia. - Pomyśl tylko o San Ber­nar­dino. Śred­nia opa­dów wynosi zazwy­czaj czter­dzie­ści jeden cen­ty­me­trów na rok, a to, według wszel­kich stan­dar­dów, dość mało. W ciągu ostat­nich trzech lat spa­dło mniej niż jedna dzie­siąta tego, trzy i osiem dzie­sią­tych cen­ty­me­tra, a to już kata­strofa. Nie możemy dostar­czyć ludziom wody, któ­rej po pro­stu nie mamy.

Zamil­kła na moment i ści­szyła głos, jakby chciała być lepiej rozu­miana.

- Przy­je­cha­łam tutaj dzi­siaj, aby wam uświa­do­mić, że wiele dys­funk­cyj­nych rodzin znaj­dzie się w jesz­cze więk­szym stre­sie, kiedy się dowie, że nie ma wody, szcze­gól­nie przy takim upale. Musi­cie wie­dzieć, jaka jest sytu­acja, aby utrzy­mać wśród nich spo­kój, wyja­śnić im, że Miej­ski Zakład Wodo­cią­gów w San Ber­nar­dino robi wszystko, co może, aby spra­wie­dli­wie podzie­lić wodę, i że pro­te­sty nie wyjdą im na dobre, a w zasa­dzie będą miały wręcz odwrotny sku­tek. Musi­cie im wytłu­ma­czyć, że susza to dzieło Boga, a nie wina okręgu, stanu czy też władz fede­ral­nych.

- Bo to leży w waszych kom­pe­ten­cjach, tak? - zapy­tał Mar­tin. - Przy­je­cha­li­ście tu powie­dzieć nam, że mamy powstrzy­mać spra­gnioną, spo­coną i nie­chętną tłusz­czę przed bun­tem?

Saskia znowu unio­sła oczy i zmie­rzyła go wzro­kiem.

- To leży w naj­lep­szym inte­re­sie nas wszyst­kich. Szcze­gól­nie tych wszyst­kich dzieci, o które się trosz­czy­cie.

- Więc co mamy im powie­dzieć? Niech piją colę? I myją się w niej, gotują i pod­le­wają traw­niki?

- Nawet nie to. Fabryka Coca-Coli w Los Ange­les została zamknięta przy­naj­mniej na trzy tygo­dnie, aby oszczę­dzić wodę. Pepsi-Co też. W zasa­dzie wszy­scy pro­du­cenci napo­jów dostali nakaz wstrzy­ma­nia pro­duk­cji aż do odwo­ła­nia. Żad­nej coli, żad­nego moun­tain dew, żad­nego gato­rade. Nic.

Arlene pochy­liła się na krze­śle do przodu i posłała Mar­ti­nowi swoją naj­bar­dziej surową minę.

- Saskia powie­działa mi, Mar­ti­nie, że guber­na­tor Smi­ley ści­śle kon­tro­luje sytu­ację, i sam rozu­miesz dla­czego.

- Och, pew­nie. To staje się nie­bez­piecz­nie nie­ludz­kie.

Arlene zigno­ro­wała jego odpo­wiedź.

- To, co powie­działa nam Saskia, wiesz tylko ty, Mar­ti­nie, nikt inny w biu­rze, uwierz, bo jesteś odpo­wie­dzialny za naj­bar­dziej zde­pra­wo­wane dziel­nice w mie­ście, w któ­rych jest naj­więk­sze ryzyko nie­po­ko­jów spo­łecz­nych. Tu, w urzę­dzie, jeste­śmy na pierw­szej linii frontu, wiesz o tym. Musimy zro­bić, co w naszej mocy, aby powstrzy­mać rodziny wyso­kiego ryzyka przed bun­tem i roz­pa­dem, a także szkodą, jaką wyrzą­dzi­łoby to dzie­ciom.

Mar­tin wzru­szył ramio­nami.

- W porządku, Arlene, skoro tak mówisz. Nie za bar­dzo jed­nak rozu­miem, jak można się zbun­to­wać i roz­paść jed­no­cze­śnie, szcze­gól­nie kiedy nie ma wody. Ale przy­naj­mniej teraz wiem, co się dzieje. Zadzwo­nię do żony i powiem jej.

Wstał, ale Saskia wycią­gnęła rękę i chwy­ciła go za skó­rzany pasek zegarka.

- Wola­ła­bym, żebyś tego nie robił, Mar­ti­nie.

- Wola­ła­byś, żebym czego nie...? Nie mówił żonie? Wszystko w porządku. Wła­ści­wie to moja była żona.

- Wola­ła­bym, żeby­śmy sto­so­wali zasadę, że każdy wie tylko tyle, ile musi. Jak powie­dzia­łam, możemy stać na kra­wę­dzi naro­do­wej paniki. Wystar­czy jedna iskra, a zaj­mie się cały las.

- Z całym sza­cun­kiem, Saskio, myślę, że moja była jest w takiej sytu­acji, że musi się dowie­dzieć. Córka dostała gorączki, a w domu nie ma wody.

- Zatem powiedz jej tylko, że woda będzie nie­długo i żeby jesz­cze tro­chę wytrzy­mała. Nie wolno mi tego nikomu dora­dzać, bo zapasy są naprawdę skąpe, ale powiedz jej, żeby poszła do naj­bliż­szego super­mar­ketu i kupiła tyle wody butel­ko­wa­nej, ile może, o ile już tego nie zro­biła... i o ile jesz­cze jakaś tam jest.

Mar­tin spoj­rzał na rękę Saskii, która na­dal spo­czy­wała na jego nad­garstku. Czer­wony lakier na paznok­ciach paso­wał do koloru gar­sonki i szminki. Na palcu miała jeden duży pier­ścio­nek z czer­wo­nym aga­tem, ale żad­nej obrączki. Był pewien, że cho­ciaż nie rozu­mie kobiet, to się ich nie boi. Mimo to coś w Saskii Vane wytrą­cało go z rów­no­wagi, cho­ciaż nie bar­dzo rozu­miał, co to takiego. Może to ten ostry zapach per­fum. Albo to, jak na niego patrzyła oczami tak jasnymi i twar­dymi jak główki gwoź­dzi. Może się jej nie bał, ale było oczy­wi­ste, że ona jego też się nie boi.

- Dobrze - rzekł. - Ale musi­cie dać nam gra­fik. Powin­ni­śmy wie­dzieć, które dziel­nice zamier­za­cie odciąć i kiedy. A potem, jeśli wybuchną jakieś zamieszki, przy­naj­mniej będziemy na nie gotowi.

- Tego nie mogę zro­bić, Mar­ti­nie. To naprawdę są poufne infor­ma­cje. Jeżeli dostaną się w nie­po­wo­łane ręce, roz­pęta się pie­kło. Nie­które dziel­nice mają wyż­sze i bar­dziej palące potrzeby od innych, a możesz sobie wyobra­zić nie­chęć, jeżeli się okaże, że jedni są odłą­czani na krót­szy czas od innych.

Nie wie­dział, co powie­dzieć. Spoj­rzał znowu na Arlene, ale ona jedy­nie wzru­szyła ramio­nami.

- Nie mam poję­cia, co jesz­cze możemy zro­bić, Mar­ti­nie. Naszym zada­niem jest utrzy­ma­nie rodzin i ochrona dzieci. Wsz­czy­na­nie zamie­szek w tym nie pomoże.

Mar­tin uniósł nieco rękę i Saskia zwol­niła chwyt.

- Dobrze, że się spo­tka­li­śmy - powie­działa. - Słu­chaj, weź moją wizy­tówkę. Jeżeli chciał­byś się jesz­cze cze­goś dowie­dzieć, po pro­stu zadzwoń. Masz teraz jakieś pyta­nia?

- Nie - odparł Mar­tin. - Raczej nie. A może... tak, jedno. Chciał­bym wie­dzieć, jakie masz kwa­li­fi­ka­cje. To zna­czy czego trzeba, aby ktoś taki jak ty został wybrany do zespołu dorad­ców kry­zy­so­wych?

Saskia nie spusz­czała z niego wzroku, nawet nie mru­gnęła, a Mar­tin myślał, że pew­nie nie odpo­wie albo wręcz każe mu pil­no­wać wła­snego nosa.

- Dobrej pre­zen­cji i natu­ral­nego daru dyplo­ma­cji - ode­zwała się po chwili. - Oraz dok­to­ratu z zarzą­dza­nia śro­do­wi­skiem na Uni­wer­sy­te­cie Kali­for­nij­skim w Los Ange­les. To mi pomo­gło. I dyplom z prawa. Oraz konek­sje w pew­nych bar­dzo wyso­kich sfe­rach.

- Tylko się zasta­na­wia­łem, to wszystko - rzu­cił Mar­tin. - Trudno mi wyobra­zić sobie cie­bie jako małą, nie­winną dziew­czynkę marzącą o tym, by mówić wszyst­kim w Kali­for­nii, żeby tak czę­sto nie spłu­ki­wali muszli.

Saskia odwró­ciła od niego wzrok, ale jed­no­cze­śnie odparła:

- Ni­gdy nie byłam nie­winną dziew­czynką.

Mar­tin się zawa­hał. Gdyby teraz byli w barze, a on by ją pod­ry­wał, wymy­śliłby jakąś inte­li­gentną i pro­wo­ka­cyjną odpo­wiedź, ale znaj­do­wali się w gabi­ne­cie Arlene, która bacz­nie się im przy­słu­chi­wała.

Uśmiech­nął się zatem do Saskii, jakby chciał powie­dzieć: "tra­fiony", a potem zasa­lu­to­wał Arlene i odwró­cił się, by wyjść. Gdy był w dro­dze do drzwi, blady męż­czy­zna w cytry­no­wej koszuli pode­rwał się z krze­sła i podał mu rękę.

- Lem Kunicki - powie­dział.

Dłoń miał chłodną i wil­gotną, a Mar­tin poczuł się tak, jakby ści­skał rękę komuś, kto nie­dawno zmarł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki