Surrender. Nienasycenie, poddaństwo, uległość - Helen Hardt

Kup ebooka

39.90 zł

-
Proszę czekać

Prolog

Dwie godziny póź­niej dotar­łem do małego mia­steczka nie­da­leko gra­nicy z Nowym Mek­sy­kiem. Adres nie poja­wił się na nawi­ga­cji GPS, więc musia­łem jechać przez mia­sto, aż zna­la­złem to, czego szu­ka­łem. Był to nie­wielki domek poło­żony na obrze­żach mia­sta. Obok niego znaj­do­wał się wol­no­sto­jący garaż na jeden samo­chód.

Kry­jówka Toma Simp­sona.

Zapar­ko­wa­łem prze­cznicę dalej, aby ukryć samo­chód, a następ­nie nie­po­strze­że­nie zbli­ży­łem się do małego domu.

Nie zawra­ca­łem sobie głowy puka­niem, tylko prze­krę­ci­łem gałkę w drzwiach.

O dziwo, były otwarte. Wsze­dłem do środka. Cał­kiem ładny domek, skrom­nie ume­blo­wany.

- Tom? Chodź tu, ty chory sukin­synu!

Żad­nej odpo­wie­dzi. Nie żebym spo­dzie­wał się, że zastanę go w domu. Prze­sze­dłem przez salon i kory­tarz, zaj­rza­łem do kilku sypialni. Jed­nej z nich wyraź­nie uży­wano, ale tam też nikogo nie było. Drzwi do łazienki były zamknięte. Otwo­rzy­łem je i wsze­dłem do środka, nie przej­mu­jąc się tym, że mogę przy­ła­pać Toma Simp­sona w trak­cie sra­nia. Jed­nak to pomiesz­cze­nie rów­nież było puste.

Po dru­giej stro­nie sypialni znaj­do­wała się nie­wielka kuch­nia. Dobrze zaopa­trzona w pro­wiant. Jesz­cze jedne drzwi. Otwo­rzy­łem je. Pro­wa­dziły do wil­got­nej piw­nicy z ciem­nymi beto­no­wymi ścia­nami. Kiedy scho­dzi­łem po scho­dach, mia­łem wra­że­nie, że muskają mnie jakieś nie­sa­mo­wite palce.

Stop­nie. Ściany.

Wzią­łem wdech, pra­wie się krztu­sząc. Odchody. Nie wie­dzia­łem, ludz­kie czy zwie­rzęce.

Gdy zsze­dłem na sam dół, rozej­rza­łem się.

Serce pra­wie prze­stało mi bić. Wyglą­dało tu dokład­nie tak, jak opi­sał to Talon. Nie­mal widzia­łem feniksa na ciem­no­sza­rych ścia­nach, który z niego szy­dził.

Zna­la­złem się w przy­po­mi­na­ją­cej jaski­nię piw­nicy, w któ­rej mój brat miesz­kał przez dwa mie­siące, gdy miał dzie­sięć lat.

Cały się spią­łem. Z tru­dem łapa­łem oddech. Czy w tym miej­scu nie było tlenu?

Stłu­mi­łem strach naj­le­piej, jak potra­fi­łem, i rozej­rza­łem się dookoła. O dziwo, pomiesz­cze­nie nie miało okien i było w nim cał­ko­wi­cie ciemno. Pocze­ka­łem, aż moje oczy przy­zwy­czają się do mroku, maca­jąc ścianę, żeby się zorien­to­wać, dokąd idę, i zaczą­łem badać pomiesz­cze­nie. Chro­po­wate beto­nowe ściany były szorst­kie... Nagle odsko­czy­łem.

Z rogu dobiegł mnie jęk. Powoli posu­wa­łem się do przodu, aż w polu widze­nia poja­wiła się sterta koców.

Kolejny jęk.

Ktoś tu był. Ktoś był w tej piw­nicy, gdzie tych trzech psy­choli trzy­mało mojego brata.

Nie mia­łem odwagi się ode­zwać. Powoli i cicho pod­sze­dłem do przy­kry­tej kocem ciem­nej bryły leżą­cej na pod­ło­dze i ścią­gną­łem z niej brudne przy­kry­cie.

Jakieś ciało, zwią­zane i zakne­blo­wane, cof­nęło się, skom­ląc.

Mój Boże.

Ono żyło.

- Hej - wyszep­ta­łem. - Nie zro­bię ci krzywdy.

To był męż­czy­zna. Nagi, jego kości­ste ciało było pokryte krwią i bru­dem. Głowę miał ogo­loną.

- Chcę ci pomóc. Jestem przy­ja­cie­lem. Zdejmę ci kne­bel, ale nie krzycz. W porządku?

Męż­czy­zna jęk­nął i ski­nął głową.

Ostroż­nie zdją­łem mu kne­bel.

- Kim jesteś?

Jęk­nął, mam­ro­cząc nie­zro­zu­miałe słowa.

- W porządku. Nie musisz nic mówić. Wycią­gnę cię stąd. - Roz­wią­za­łem jego kostki i nad­garstki naj­szyb­ciej, jak mogłem.

Nagle ku mojemu zdzi­wie­niu gdzieś na górze roz­legł się dźwięk przy­po­mi­na­jący skrzy­pie­nie deski. Widocz­nie wró­cił Tom. Narzu­ci­łem brudny koc na cho­rego męż­czy­znę.

- Bądź cicho - powie­dzia­łem. - Niech się nie dowie, że cię roz­wią­za­łem. Zajmę się nim. Jeśli nie wrócę po cie­bie w ciągu pół godziny, znajdź coś, co posłuży ci za broń. I spier­da­laj stąd.

Ciężko było mi go tam zosta­wiać, ale przy­naj­mniej będzie bez­pieczny, gdy ja znajdę się na górze. Powie­dzia­łem mu, żeby ucie­kał, jeśli nie wrócę, ale był tak kości­sty i chory, że się zasta­na­wia­łem, czy w ogóle da radę wejść po scho­dach.

Ale może da radę. Po tych samych scho­dach wszedł Talon.

- Wrócę po cie­bie. Obie­cuję.

Mia­łem nadzieję, że będę w sta­nie dotrzy­mać tej obiet­nicy.

Ruszy­łem w stronę scho­dów, a ciemne ściany zda­wały się pul­so­wać i zbli­żać się ku sobie.

Mój Boże, jak Talon to prze­żył?

I kim był ten męż­czy­zna w piw­nicy?

Zebra­łem się w sobie i powoli wsze­dłem na górę.

Przy­sze­dłem tu sam i bez broni. Nie pomy­śla­łem, by się zabez­pie­czyć. Mógł­bym sko­pać dupę Tomowi Simp­so­nowi samym spoj­rze­niem, a nawet gdyby miał nóż, z łatwo­ścią mógł­bym go roz­broić. Ale jeśli on miał broń...

Ten czło­wiek był zabójcą. Potra­fił zamor­do­wać z zimną krwią. I Bóg jeden wie­dział, co zro­bił temu bie­da­kowi w piw­nicy.

Żółć pode­szła mi do gar­dła. Bzdura. Świet­nie wie­dzia­łem, co mu zro­bił. To samo, co mojemu bratu.

Cicho zamkną­łem drzwi do piw­nicy i prze­sze­dłem przez małą kuch­nię. Gałka od drzwi wej­ścio­wych obró­ciła się powoli.

Wszedł męż­czy­zna, nio­sąc torbę z zaku­pami. O ile mogłem stwier­dzić, był nie­uzbro­jony. Włosy na gło­wie miał ufar­bo­wane na ciemny brąz.

Ale oczy...

Na mojej twa­rzy poja­wił się mania­kalny uśmiech. Dopa­dłem go.

Wresz­cie.

Wresz­cie pomsz­czę mojego brata.

Mój uśmiech stał się szer­szy.

- Witaj, Tom.

Rozdział pierwszy

Mela­nie

Posta­no­wi­łam odzy­skać swoje życie. Odzy­skać sie­bie. Ani przez chwilę nie myśla­łam, że mię­dzy Jona­hem i mną wszystko jest już skoń­czone. Mogłam mu wyba­czyć, że zigno­ro­wał mój tele­fon tam­tej nocy. W końcu to ja go zosta­wi­łam, wymknę­łam się pota­jem­nie z jego domu, ponie­waż czu­łam się zbyt zawsty­dzona, by zostać i poroz­ma­wiać z Talo­nem i Jade po tym, jak nakryli nas nago przy base­nie Jonaha.

Ale jedno wie­dzia­łam na pewno: nie mogłam już pole­gać na Jonahu, jeśli cho­dzi o moje bez­pie­czeń­stwo, o moją ochronę. Musia­łam dojść do ładu z wła­snymi duchami prze­szło­ści, by mnie już nie ści­gały i prze­stały nawie­dzać.

Poje­cha­łam do swo­jego miesz­ka­nia w mie­ście. Wcze­śniej otrzy­ma­łam wia­do­mość gło­sową od agenta ubez­pie­cze­nio­wego, że poli­cja zebrała wszyst­kie potrzebne dowody i że mogę wejść do domu, aby wziąć wszystko, czego potrze­buję, bez eskorty poli­cji. I teraz zamie­rza­łam to zro­bić. A kiedy firma ubez­pie­cze­niowa wypłaci odszko­do­wa­nie, zro­bię remont w miesz­ka­niu i je sprze­dam. Tak, chcia­łam odzy­skać swoje życie, ale wie­dzia­łam, że nie uda mi się tego zro­bić na tym pod­da­szu. Za dużo tam się wyda­rzyło. Zacznę od nowa gdzie indziej.

Zapar­ko­wa­łam na swoim miej­scu par­kin­go­wym i weszłam do budynku. Wje­cha­łam windą na czwarte pię­tro i pode­szłam do drzwi. Taśma poli­cyjna znik­nęła, a w drzwiach zain­sta­lo­wano nowy zamek. Był to zamek doty­kowy, a poli­cja dała mi kod i instruk­cje, jak go zmie­nić. Wpro­wa­dzi­łam cztery cyfry i otwo­rzy­łam drzwi.

- Dok­tor Car­mi­chael?

Zer­k­nę­łam przez ramię. Ruby Lee, poli­cjantka, którą pozna­łam pod­czas pobytu w szpi­talu i z którą kilka razy roz­ma­wia­łam, szła od strony windy w moim kie­runku. Pra­wie jej nie pozna­łam, bo nie była w mun­du­rze. Miała na sobie spodnie w kolo­rze khaki i białą koszulę zapiętą pra­wie pod szyję. Jej gład­kie ciemne włosy dalej były zacze­sane do tyłu i spięte w kok. Miała piękne rysy twa­rzy i prze­ni­kliwe nie­bie­skie oczy, ale nawet gdy nie była w mun­du­rze, ubie­rała się jak męż­czy­zna. Dla każ­dego coś dobrego.

- Pani ofi­cer, co pani tu robi?

Uśmiech­nęła się sze­roko.

- Teraz detek­tyw Lee.

- Gra­tu­la­cje. Zasta­na­wia­łam się, dla­czego nie jest pani w mun­du­rze.

- Nie spo­dzie­wa­łam się pani tutaj - stwier­dziła.

- Ja też tego nie pla­no­wa­łam. Ale przy­je­cha­łam. Nie ma co tego wszyst­kiego odkła­dać na póź­niej. To w niczym nie pomoże.

- Cóż, pro­szę się mną nie przej­mo­wać. Chcia­łam się tylko rozej­rzeć. Spraw­dzić, czy mun­du­rowi i pozo­stali niczego nie prze­oczyli.

- Coś nowego w spra­wie? Ma pani jakieś poszlaki?

- Oba­wiam się, że nie. Roz­ma­wia­łam z pra­wie wszyst­kimi, z któ­rymi mogłam, mimo że ofi­cjal­nie nie jest to już moja sprawa. Prawdę mówiąc, praw­do­po­dob­nie w ogóle nie powin­nam tu przy­cho­dzić. Jestem po służ­bie. Ale coś w tej spra­wie jest...

- Co takiego? - zdzi­wi­łam się.

Potrzą­snęła głową.

- Jest w tym dla mnie coś... oso­bi­stego. Na razie zostańmy przy tym.

Byłam psy­cho­te­ra­peutką. Nie mogłam zosta­wić niczego "na razie".

- Pro­szę czuć się jak u sie­bie w domu. Jeśli chce pani mi pomóc, to oczy­wi­ście zapra­szam.

- Dzię­kuję. To miłe z pani strony. - Weszła za mną do miesz­ka­nia.

Miesz­ka­nie wciąż było w opła­ka­nym sta­nie. Nic dziw­nego. Prze­cież poli­cja nie miała obo­wiązku zatrud­niać firmy sprzą­ta­ją­cej do zro­bie­nia porząd­ków po prze­stępcy - ani tym bar­dziej po sobie. Spoj­rza­łam na salon. Sofa była roz­pruta. Leżała na niej książka, pra­wie nie­wi­doczna pod ście­reczką do kurzu. Pod­nio­słam ją i odwró­ci­łam, by zoba­czyć okładkę.

Lód zmro­ził moje serce. Ktoś napi­sał na niej czar­nym mar­ke­rem: "Suka".

- Przy­kro mi, że musiała pani to zoba­czyć - powie­działa Lee, odbie­ra­jąc mi książkę.

- W porządku, pani ofi­cer. To zna­czy pani detek­tyw.

Uśmiech­nęła się.

- Co pani powie na Ruby?

Odwza­jem­ni­łam jej uśmiech.

- Więc mów mi Mela­nie.

Wycią­gnęła rękę.

- Zgoda. To powinno być zabrane jako dowód. Cho­lera. I nie mam ręka­wi­czek.

- Domy­ślam się, że teraz są na niej zarówno twoje, jak i moje odci­ski. Prze­pra­szam.

- Nie ma za co. To nie twoja wina. Chło­paki od tej sprawy usły­szą ode mnie kilka gorz­kich słów. - Potrzą­snęła głową. - Dur­nie.

Spoj­rza­łam w jej stronę.

- Prze­pra­szam. Są prze­pra­co­wani tak jak my wszy­scy. A ponie­waż udało ci się uciec i nie jesteś ani ciężko ranna, ani mar­twa, twoja sprawa nie jest prio­ry­te­tem. Chcia­ła­bym, żeby tak było, ale nie­stety nasze zasoby są ogra­ni­czone.

Wes­tchnę­łam. To samo przez całe życie. Ni­gdy nie jestem prio­ry­te­tem.

"Prze­stań!"

Zło­ży­łam sobie solenną obiet­nicę, że prze­stanę uwa­żać sie­bie za prze­ciętną i, do cho­lery, zamie­rza­łam jej dotrzy­mać, bez względu na to, jak zanie­dby­wali mnie rodzice i jak teraz zanie­dby­wała mnie poli­cja.

- Szkoda, że moja sprawa nie jest prio­ry­te­tem, ale chyba to rozu­miem. - Ponow­nie rozej­rza­łam się po pokoju. - Nie sądzę, bym cokol­wiek z tego jesz­cze chciała. Dostanę pie­nią­dze z ubez­pie­cze­nia za to, co zostało znisz­czone. Za nie kupię nowe rze­czy. Myślę, że zadzwo­nię do orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej, żeby zabrała resztę tego badzie­wia. - Wyję­łam komórkę i szybko wyszu­ka­łam numer do Armii Zba­wie­nia.

- Zacze­kaj - powie­działa Ruby. - Chcia­ła­bym tu jesz­cze tro­chę poszpe­rać, jeśli pozwo­lisz. To zna­czy, zanim wyrzu­cisz te wszyst­kie rze­czy.

- Myśla­łam, że poli­cja i detek­tywi mają już wszystko, czego potrze­bują - odpar­łam. - Dla­tego mogłam tu przyjść.

- Tak powie­dzieli, ale książkę prze­ga­pili. - Wycią­gnęła ją ku mnie. - Jak już mówi­łam, jestem po służ­bie. Ta sprawa jest dla mnie... oso­bi­sta.

Powie­działa to już drugi raz. Z pew­no­ścią nie liczyła na to, że ja jako tera­peutka odpusz­czę.

- Wybacz moje pyta­nie - zaczę­łam - ale dla­czego? Dla­czego to sprawa oso­bi­sta?

- Naprawdę nie chcę o tym roz­ma­wiać.

- Sama otwo­rzy­łaś te drzwi, Ruby. To moje miesz­ka­nie, a ty nie jesteś tu ofi­cjal­nie. Jeśli to, co znaj­dziesz, pomoże w szu­ka­niu sza­leńca, który mnie porwał, odu­rzył i pró­bo­wał zabić, to jak naj­bar­dziej jestem za. Ale muszę wie­dzieć, o co cho­dzi.

Wes­tchnęła i się rozej­rzała.

- Nie bar­dzo mamy gdzie usiąść, co?

- Nie­stety nie. Przy­naj­mniej nie tutaj. Możemy sko­rzy­stać z łóżka w dru­gim pokoju. Albo z pod­łogi. - Wska­za­łam gestem.

- Mnie pasuje. - Ruby usia­dła ze skrzy­żo­wa­nymi nogami.

Spo­czę­łam na pod­ło­dze naprze­ciwko niej.

- Słu­chaj, nie musisz mówić o tym, czego nie chcesz, ale potrze­buję jakie­goś wyja­śnie­nia, dla­czego trak­tu­jesz to tak oso­bi­ście.

- W porządku. - Odchrząk­nęła. - Już zaczy­nam. Ist­nieje powód, dla któ­rego zosta­łam odsu­nięta od tej sprawy po awan­sie.

- Tak?

- Trudno mi o tym mówić. To sza­lony zbieg oko­licz­no­ści, pra­wie nie­moż­liwy.

Serce zaczęło mi bić szyb­ciej. Do czego ona zmie­rza?

- Od pięt­na­stego roku życia nie mam kon­taktu z rodziną. Ucie­kłam z domu i ni­gdy już nie wró­ci­łam.

Nasto­latki zwy­kle nie ucie­kają, chyba że mają bar­dzo dobry powód.

- Co się stało? Dla­czego to zro­bi­łaś?

- Ucie­kłam od ojca.

- A co z twoją matką?

- Nie żyje. Przy­naj­mniej tak mi się wydaje. Zawsze mi mówił, że ona nie żyje, ale jakoś ni­gdy nie byłam tego do końca pewna.

Ski­nę­łam głową.

- Co to wszystko ma wspól­nego z moją sprawą?

Wzięła głę­boki wdech i wypu­ściła powoli powie­trze, zamy­ka­jąc na chwilę oczy. Kiedy je otwo­rzyła, zapło­nęły jasnym błę­ki­tem.

- Wiem o two­jej histo­rii z Giną Cates i o jej wujku, który się nad nią znę­cał.

Wszyst­kie te infor­ma­cje prze­ka­za­łam funk­cjo­na­riu­szom poli­cji pod­czas prze­słu­cha­nia i na pewno usły­szeli je rów­nież od dok­tora Rod­neya Catesa, ojca Giny, ponie­waż był on głów­nym podej­rza­nym o moje upro­wa­dze­nie, dopóki nie oczysz­czono go z zarzu­tów dzięki jego żela­znemu alibi.

- Z pew­no­ścią wiesz, że nie mogę z tobą o tym roz­ma­wiać. Nawet jeśli Gina nie żyje, jej notatki z psy­cho­te­ra­pii są na­dal chro­nione przez HIPAA.

- Tak, rozu­miem to wszystko. Nie zamie­rzam wypy­ty­wać cię o infor­ma­cje na temat Giny. Wiem o niej wszystko, co muszę wie­dzieć. Kie­dyś były­śmy sobie bli­skie. Dawno temu.

- Tak?

- Tak. To moja kuzynka. Męż­czy­zna, który ją zgwał­cił, jest moim ojcem.

Rozdział drugi

Jonah

Tom pozo­stał nie­wzru­szony. Nie otwo­rzył sze­rzej oczu. Twarz mu nie zbla­dła. Był jak lód. Tak, czło­wiek lodo­wiec. Ale ja widzia­łem to, co kryło się pod powierzch­nią. Na jego czole poja­wiły się kro­pelki potu. Ręce mu się trzę­sły. Tylko nie­znacz­nie, ale wystar­cza­jąco, bym mógł to dostrzec.

- To miło z two­jej strony, że przy­nio­słeś zakupy. Czy to dla two­jego gościa w piw­nicy? - Wsta­łem i pod­sze­dłem do niego. Nie zapa­no­wał nad drżą­cymi rękami i upu­ścił torbę z zaku­pami. Jabłka zaczęły toczyć się w moją stronę, pod­czas gdy on rzu­cił się do ucieczki.

Do dia­bła, nie.

Pobie­głem za nim i z impe­tem powa­li­łem go na traw­nik. Gdyby to był beton, mógł­bym psy­cho­lowi zro­bić krzywdę.

- Ty skur­wy­synu!

- Kim jesteś? - krzyk­nął. - Dopa­dłeś nie tego faceta!

- Chcesz mi powie­dzieć, że nie jesteś Tomem Simp­so­nem? Pier­do­lo­nym bur­mi­strzem Snow Creek? Jed­nym z tych, któ­rzy zgwał­cili mojego brata? Ta kiep­ska farba nie ukryje two­jej toż­sa­mo­ści.

- Puść mnie!

Poło­ży­łem się na nim i zaci­sną­łem dłoń na jego ustach.

- Roz­po­znał­bym te oczy wszę­dzie. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel ma takie same, podob­nie jak jego synek. A jeśli kie­dy­kol­wiek dowiem się, że dotkną­łeś choćby jed­nego wło­ska na gło­wie tego dziecka... Kurwa!

Szybko zabra­łem rękę. Skur­wiel ugryzł mnie do krwi.

Poru­szał się szybko, ale ja byłem więk­szy i sil­niej­szy. W mgnie­niu oka poło­ży­łem rękę z powro­tem na jego ustach, nie zwa­ża­jąc na ból. Pły­nąca ze mnie krew roz­ma­zała się na jego policz­kach.

- Myślisz, że mi uciek­niesz, głupi skur­wy­synu? Nie jestem dzie­się­cio­let­nim chłop­cem. Jestem doro­słym męż­czy­zną i mogę cię znisz­czyć. - Roz­sia­dłem się na jego udach, przy­trzy­mu­jąc jego nogi, a drugą ręką ści­sną­łem mu szyję. Rozej­rza­łem się szybko. Dzięki Bogu byli­śmy na tyle odosob­nieni, że nikt nie mógł nas zoba­czyć. - Mógł­bym ci skrę­cić kark. Wła­śnie teraz, gdy tu leżysz, pró­bu­jąc się uwol­nić. Mógł­bym skrę­cić ci kark, Tom.

Mam­ro­tał coś nie­zro­zu­miale, wbi­ja­jąc twarz w moją dłoń.

- Dla­czego to zro­bi­łeś? Jesteś aż tak chory? A może ktoś ci zapła­cił? Dla­czego porwa­łeś mojego brata? Chcia­łeś się ode­grać za coś na moim ojcu? Powiesz mi, kurwa! Kiedy wej­dziemy do domu, skleję ci pie­przone ręce i nogi taśmą, a ty zaczniesz mówić.

Jego usta poru­szyły się pod moją dło­nią, a ja zaci­sną­łem ręce jesz­cze moc­niej.

- Koniec z gry­zie­niem, bo będzie gorzej. - Ści­sną­łem sil­niej jego szyję. - Czy my się rozu­miemy, Tom?

Krzyk­nął coś, jego głos wibro­wał w mojej dłoni.

- Na to pyta­nie można odpo­wie­dzieć "tak" lub "nie". Kiw­nij lub pokręć głową. Rozu­miemy się?

Wyda­wało mi się, że jego oczy się uspo­ka­jają. Co jest, kurwa?

Powoli, nie pusz­cza­jąc jego ust, roz­luź­ni­łem swoje uda wokół jego. Bły­ska­wicz­nie zerwa­łem się na równe nogi i usko­czy­łem, pocią­ga­jąc go za sobą i nie zwal­nia­jąc uści­sku. Zapro­wa­dzi­łem go z powro­tem do domu i rzu­ci­łem na krze­sło.

Spoj­rza­łem na roz­sy­pane jabłka i inne arty­kuły spo­żyw­cze i ku swej rado­ści zoba­czy­łem wśród nich rolkę taśmy kle­ją­cej.

Pod­nio­słem ją.

- Dużo tego uży­wasz, prawda, Tom?

Chrząk­nął w odpo­wie­dzi, pocie­ra­jąc kark.

Szybko roz­wi­ną­łem taśmę, po czym zwią­za­łem mu nad­garstki i kostki.

- Teraz mamy pew­ność, że ni­gdzie nie pój­dziesz.

- Kim ty jesteś? - zapy­tał.

Roze­śmia­łem się gło­śno.

- Naprawdę chcesz się w to bawić? Odgry­wać scenkę pod tytu­łem "Zła­pa­łeś nie tego faceta"?

- Pomocy! Pomocy! - Jego głos był stłu­miony i nie­zbyt gło­śny.

- Kto cię, do cho­lery, usły­szy? Ten bie­dak, któ­rego zwią­za­łeś na dole? Jest tak słaby, że ledwo może się ruszać. I dla­czego miałby ci pomóc? Wyko­rzy­sta­łeś go i znę­ca­łeś się nad nim tak samo jak nad moim bra­tem, tak samo jak nad wła­snym sio­strzeń­cem. Tak samo jak nad tymi wszyst­kimi innymi dziećmi... i Bóg wie nad kim jesz­cze.

Otwo­rzył usta, a potem je zamknął.

- Masz coś jesz­cze do powie­dze­nia?

- Joe...

- Więc wiesz, kim jestem. Zadzi­wia­jące!

- Joe, nic nie rozu­miesz.

- Myślę, że rozu­miem to bar­dzo dobrze. Ty i twoi psy­cho­pa­tyczni przy­ja­ciele robi­cie to od dłuż­szego czasu. Od dzi­siaj z tym koniec. Zła­pa­li­śmy Larry'ego Wade'a, a teraz mamy cie­bie. Ale zanim wezwę tu gliny, żeby zawle­kły twój tyłek do wię­zie­nia, chciał­bym cię o coś zapy­tać. Kim, do cho­lery, jest ten trzeci facet, który porwał mojego brata?

Tom zaci­snął usta.

- Zupeł­nie jak Larry. Nic nie mówisz. Co ten facet ma na was dwóch?

Dalej mil­czał.

- Wiesz, nie byłem w Mari­nes tak jak Talon. Nie mam żad­nego doświad­cze­nia w tor­tu­ro­wa­niu ludzi. Ale mam bar­dzo bujną wyobraź­nię. Założę się, że mógł­bym zmu­sić cię do mówie­nia.

Potrzą­snął głową, wciąż zaci­ska­jąc usta.

Ble­fo­wa­łem. Nie mia­łem poję­cia, czy w tym małym domu znajdę cokol­wiek, czym mógł­bym go tor­tu­ro­wać, i tak naprawdę nie podo­bał mi się pomysł zro­bie­nia cze­go­kol­wiek innego poza spusz­cze­niem mu łomotu. Ale musia­łem coś wymy­ślić. Zna­leźć coś, co spra­wi­łoby mu ból na tyle, by zaczął mówić.

- Byłeś kie­dyś ruchany w dupę, Tom?

Tom zesztyw­niał. Sta­rał się zacho­wać spo­kój, ale to był celny strzał. Wyraź­nie to widzia­łem. Po twa­rzy spły­nęły mu kro­pelki potu i oddy­chał szybko.

- Nie eks­cy­tuj się zbyt­nio. Nie mam zamiaru zro­bić tego oso­bi­ście. W prze­ci­wień­stwie do cie­bie mogę mieć wzwód tylko przy kobie­tach, do któ­rych coś czuję. Nie w obec­no­ści jakiejś bied­nej duszyczki w piw­nicy, a już na pewno nie w obec­no­ści małych chłop­ców i dziew­czy­nek. A już na mur nie w two­jej. Ale założę się, że znajdę tu coś, co mógł­bym wepchnąć w twój cia­sny dzie­wi­czy tyłek. Coś dużego. Coś, co sprawi, że poczu­jesz to, co czuł mój brat przez ten cały czas.

- Joe, pro­szę... - Tom naprę­żył się pod taśmą kle­jącą.

- Co sły­szę? Bła­ga­nie? Naprawdę? Ty? Kwin­te­sen­cja czło­wieka lodowca? - Krą­ży­łem po salo­nie w poszu­ki­wa­niu cze­goś dłu­giego i gru­bego. - Naprawdę myślisz, że mnie to, kurwa, obcho­dzi? Masz uro­je­nia. Ile razy Talon cię bła­gał? Ile razy, Tom? A Luke? A co z tym bie­da­kiem w piw­nicy?

Znów otwo­rzył usta, ale wymie­rzy­łem mu prawy sier­powy.

- Nie obcho­dzi mnie to. Powiedzmy, że każde twoje otwo­rze­nie ust sprawi, że będę cię dłu­żej tor­tu­ro­wał.

- Ni­gdy nie mógł­byś nikogo tor­tu­ro­wać, Joe. - Uniósł kącik ust w pół­u­śmie­chu. Jego twarz przy­brała sto­icki wyraz. Czło­wiek lodo­wiec. - Nie masz tego cze­goś w sobie.

Wzbie­rał we mnie gniew.

- Nie masz poję­cia, jak bar­dzo jestem podły. Część mnie umarła tam­tego dnia, kiedy porwa­łeś mojego brata. Część mojego czło­wie­czeń­stwa... i ni­gdy, kurwa, się nie odro­dziła.

To było kłam­stwo. Mela­nie pie­lę­gno­wała we mnie to, czego tak bar­dzo mi bra­ko­wało, a ja byłem na dro­dze do ponow­nego sta­nia się cało­ścią.

Ale teraz jej już nie było.

A ja nie czu­łem się już praw­dzi­wym czło­wie­kiem. Przede mną sie­dział jeden z potwo­rów tor­tu­ru­ją­cych mojego brata.

Czas na zemstę.

Wsze­dłem do kuchni i dostrze­głem starą mio­tłę sto­jącą w rogu. Jej trzo­nek nie był wystar­cza­jąco gruby, ale musiała mi wystar­czyć. Zła­ma­łem go na kola­nie i przyj­rza­łem się jego roz­sz­cze­pio­nym koń­com.

Tak. To się nada.

Z bro­nią w ręce wró­ci­łem do salonu. Tym­cza­sem Tomowi udało się pod­sko­kami dostać do drzwi. Zła­pa­łem go za ramię i pocią­gną­łem z powro­tem na kanapę.

Pod­nio­słem odła­many kawa­łek trzonka mio­tły.

- Jak myślisz, co mogę z tym zro­bić?

Jego oczy się roz­sze­rzyły. Tylko nie­znacz­nie, ale zauwa­ży­łem to. Potem jego tęczówki prze­su­nęły się w prawo i z powro­tem. Czło­wiek lodo­wiec znów się topił.

- Widzę, że rozu­miesz. Ale naj­pierw... - Zebra­łem w sobie całą siłę i ude­rzy­łem Toma kijem w poli­czek.

Stęk­nął, ale jego twarz była na­dal nie­wzru­szona.

- Podoba ci się to? Dopiero zaczy­namy. - Ude­rzy­łem go ponow­nie, tym razem w ramię.

Znowu stęk­nął.

- Nie zro­bisz tego, Joe.

- Co ja mówi­łem o pysko­wa­niu? Wła­śnie prze­dłu­ży­łeś czas swo­ich tor­tur, dupku. Ale ty lubisz zabawę. Prze­cież to zabawne, co robisz innym. Tym wszyst­kim nie­win­nym dzie­ciom. Ina­czej po co byś to robił?

Nic nie odpo­wie­dział.

Pod­nio­słem rękę, by jesz­cze raz go ude­rzyć, a wtedy drzwi się otwo­rzyły.

Odru­chowo odwró­ci­łem się w stronę, skąd dobiegł mnie hałas. Stał tam męż­czy­zna ubrany na czarno, w masce nar­ciar­skiej, celu­jąc we mnie z glocka. Spoj­rzał na mnie lodo­wato nie­bie­skimi oczami.

- Nie ruszaj się, bo odstrzelę ci łeb.

Rozdział trzeci

Mela­nie

Zamar­łam. Czy ja dobrze usły­sza­łam słowa pani detek­tyw?

- Wujek Giny jest twoim ojcem?

Przy­tak­nęła.

- Nie jestem z tego dumna. Nawet nie zna­łam go w dzie­ciń­stwie.

- Więc nie dora­sta­łaś z nim?

- Nie. - Potrzą­snęła głową. - Moja mama była sama. Zmarła, gdy mia­łam czter­na­ście lat. Przy­naj­mniej tak mi powie­dziano. Choć ni­gdy nie zoba­czy­łam jej ciała. Nie miała żad­nej rodziny, o któ­rej byłoby mi wia­domo i którą można byłoby odna­leźć, więc sąd wysłał mnie do męż­czy­zny wpi­sa­nego w moim akcie uro­dze­nia. Do mojego ojca.

- A jak on się nazy­wał?

- Mój ojciec? Kto wie, jak się teraz nazywa? Miał wiele róż­nych imion. Jego praw­dziwe imię to The­odore Mathias. Czyli Theo, kiedy uży­wał tego imie­nia.

Przy­po­mnia­łam sobie sesję z Giną.

- Jak on się nazy­wał? Jak go nazy­wałaś?

- Nazy­wa­łam go Tio.

- Dla­czego chciał, żebyś go tak nazy­wała?

- Nie wiem.

- To po hisz­pań­sku "wujek". Czy twój wujek był Hisz­pa­nem?

- Nie. Był bra­tem mojej matki. Oboje uro­dzili się tutaj.

Czy Gina mogła mieć na myśli Theo? Miała osiem lat, gdy zaczął ją mole­sto­wać, była nieco młod­sza, gdy zaczął się z nią zaprzy­jaź­niać. Być może dla niej Theo brzmiało jak Tio.

- Kiedy ostatni raz widzia­łaś swo­jego ojca? - spy­ta­łam.

- Nie widzia­łam go, odkąd wyje­cha­łam z domu. Ni­gdy mnie nie szu­kał. Ale kilka mie­sięcy temu zadzwo­nił do mnie. Nie jestem pewna, dla­czego zgo­dzi­łam się z nim zoba­czyć. Chyba mam zadatki na męczen­nicę. - Zaśmiała się ner­wowo. - Może myśla­łam, że coś z niego wycią­gnę. W każ­dym razie przy­je­chał do mia­sta z dziew­czyną. Jakąś byłą super­mo­delką, która spi­jała z jego ust każde słowo. To było dość obrzy­dliwe.

Poczu­łam skurcz w żołądku.

- O mój Boże. - Czyżby Talon miał rację?

- Co się stało?

- Ta modelka. Nazy­wała się Bro­oke Bailey?

- Tak. To była ona. Wspa­niała, ale, Boże, taka zapa­trzona w sie­bie.

Tak, to była Bro­oke Bailey co do joty.

- Opo­wia­dała w kółko o moich wyso­kich kościach policz­ko­wych i deli­kat­nych rysach twa­rzy, a także o tym, że chcia­łaby zro­bić mi maki­jaż, ubrać mnie w jakieś przy­zwo­ite ciu­chy, które pod­kre­śli­łyby moją syl­wetkę, zro­bić coś z moimi wło­sami. Aż chciało mi się wymio­to­wać. - Ruby prze­wró­ciła oczami.

Ja też byłam bli­ska zwy­mio­to­wa­nia, ale nie dla­tego, że Bro­oke chciała prze­ro­bić Ruby na gwiazdę. To było jakieś sza­leń­stwo. W końcu sprawa zaczy­nała się wyja­śniać. Talon miał rację. Oka­zało się, że nie bez powodu to wszystko było tak bli­sko sie­bie. Ruby cał­kiem nie­świa­do­mie wła­śnie dała mi dowód, któ­rego potrze­bo­wa­łam. Dowód na to, że wujek Giny naj­praw­do­po­dob­niej był jed­nym z tych, któ­rzy porwali Talona. Trze­cim męż­czy­zną. Tym, który do tej pory był nie­uchwytny. Nie byłam pewna, ile mogę teraz powie­dzieć Ruby. To wciąż pozo­sta­wało w sfe­rze domy­słów. Wie­dzia­łam jedy­nie, że chło­pak Bro­oke Bailey, Nico Kostas, jest ojcem Ruby i czło­wie­kiem, który znę­cał się nad Giną. Wciąż nie było dowodu na to, że upro­wa­dził Talona, poza poszlaką, że nie­jaki Milo San­chez - kolejny pseu­do­nim, któ­rego uży­wał The­odore Mathias według Rod­neya Catesa - miał dokład­nie taki sam tatuaż jak Nico Kostas i jeden z pory­wa­czy Talona.

- Czy twój ojciec ma tatuaż?

- Tak, ma ich kilka.

- Czy może jeden z nich jest na jego przed­ra­mie­niu?

- Tak - przy­tak­nęła. - Chyba na lewym.

Bingo.

- Niech zgadnę. To feniks.

- Skąd wiesz?!

Wła­śnie ziden­ty­fi­ko­wa­łam trze­ciego pory­wa­cza. Prze­łknę­łam ślinę, by nie zwy­mio­to­wać.

- Wszystko w porządku? - zapy­tała Ruby.

Przy­tak­nę­łam.

- Prze­pra­szam. Przez chwilę mia­łam goni­twę myśli.

- Nie odpo­wie­dzia­łaś na moje pyta­nie. Skąd wie­dzia­łaś, że mój ojciec ma tatuaż feniksa na przed­ra­mie­niu?

- Nie mogę ci jesz­cze powie­dzieć. - Mia­łam cichą nadzieję, że to kupi. Była poli­cjantką. Rozu­miała zna­cze­nie utrzy­my­wa­nia pew­nych rze­czy w tajem­nicy. - Więc nie widzia­łaś swo­jego ojca od kilku mie­sięcy?

- Nie. - Potrzą­snęła głową. - I powiem ci, że nie mam ochoty go wię­cej widzieć.

- Dla­czego?

- Jak myślisz dla­czego? Jest obrzy­dliwą namiastką czło­wieka. Zgwał­cił i mole­sto­wał moją kuzynkę, co dopro­wa­dziło do jej samo­bój­stwa. - Wypu­ściła gło­śno powie­trze. - Pozwól, że sfor­mu­łuję to nieco ina­czej. Chcę go znowu zoba­czyć, ale za krat­kami.

Czy nie było jesz­cze za wcze­śnie, abym zdra­dziła jej swoją teo­rię, że Gina nie popeł­niła samo­bój­stwa, ale została zamor­do­wana? Chyba tak. Nie mogę tego zro­bić, zanim nie poroz­ma­wiam z Jona­hem i Talo­nem. I na pewno nie mogłam powie­dzieć Ruby, o co jesz­cze podej­rze­wa­łam jej ojca, a wła­ści­wie, co o nim wie­dzia­łam. Że był jed­nym z trzech ludzi, któ­rzy upro­wa­dzili i mole­sto­wali Talona Ste­ela.

- Ruby, czy on...?

Wes­tchnęła.

- Nie. Raz pró­bo­wał, ale ucie­kłam. Dla­tego ucie­kłam od niego, gdy mia­łam pięt­na­ście lat.

Serce mi się kra­jało, a ukryta we mnie tera­peutka chciała dowie­dzieć się wszyst­kiego i jej pomóc.

- Co zro­bi­łaś? Dokąd poszłaś?

Wstała.

- Masz tu jakiś alko­hol? Skoro mamy wyru­szyć w prze­szłość, to muszę się napić.

Ja też mia­łam na to ochotę.

- Może mam gdzieś butelkę wina. Albo tro­chę ginu. Nie piję zbyt dużo.

- Ja też nie - stwier­dziła Ruby. - Ale jeśli mam roz­ma­wiać o dro­gim, sta­rym tacie, nie obej­dzie się bez tego.

Prze­trzą­snę­łam kuch­nię i zna­la­złam butelkę pinot noir. Wyję­łam kor­ko­ciąg, szybko otwo­rzy­łam i nala­łam wina do dwóch kie­lisz­ków. Poda­łam jeden Ruby.

- Szkoda, że nie mamy żad­nego przy­zwo­itego miej­sce do sie­dze­nia.

- Daj spo­kój. Pod­łoga jest w porządku. - Usia­dła z powro­tem ze skrzy­żo­wa­nymi nogami.

- Naprawdę mi przy­kro z powodu tego, przez co prze­szłaś ze swoim ojcem - powie­dzia­łam.

Ruby wzięła długi łyk wina.

- Nie jest złe. Wino to mój ulu­biony alko­hol, choć aku­rat nie jestem wielką fanką pinot noir. Chcia­ła­bym kie­dyś dowie­dzieć się wię­cej o winie.

Przy­szedł mi do głowy Ryan Steel. To był czło­wiek, który znał się na winie. Spoj­rza­łam na Ruby. Miała piękną twarz, a jej włosy, choć zacze­sane do tyłu, były wyraź­nie gęste i bujne, ciem­no­brą­zowe, pra­wie czarne. Zaska­ku­jąco nie­bie­skie oczy. Uśmiech­nę­łam się wbrew sobie. O takiej kobie­cie musiała marzyć Bro­oke Bailey. Puste płótno, na któ­rym mogła pra­co­wać nad swoją magią meta­mor­fozy.

Z pew­no­ścią nie była w typie Ryana Ste­ela. Ale co ja mogłam wie­dzieć o jego typie? Pra­wie go nie zna­łam. Ostat­nio nie brał udziału w rodzin­nych spra­wach, pochła­niała go wytę­żona praca w winiarni. Ale Ryan wyglą­dał wspa­niale. Mode­lowo przy­stojny, a Ruby Lee daleko było do modelki. Gdyby jed­nak ją tro­chę ulep­szyć...

Prze­rwa­łam tę myśl. Była jak myśli Bro­oke Bailey. Ucho­waj Boże.

- Ja też lubię wino. Przede wszyst­kim czer­wone.

- Tak, ja też wolę czer­wone. Ma o wiele bogat­szy bukiet niż białe.

Tak naprawdę nie inte­re­so­wała mnie roz­mowa o winie, ale to był spo­sób na otwar­cie Ruby.

- Jakie jest twoje ulu­bione? Mam na myśli czer­wone wino.

- Nie­ła­two odpo­wie­dzieć. Uwiel­biam dobre rocz­niki bor­de­aux, ale cza­sami dobre wino sto­łowe bar­bera z Włoch jest dosko­nałe. Zależy od mojego nastroju, wiesz.

Naj­wy­raź­niej wie­działa o winie znacz­nie wię­cej niż ja. Ni­gdy nie sły­sza­łam o tym gatunku. Będę musiała pod­py­tać Ryana.

- Tak, rozu­miem.

- Pyta­łaś o mojego ojca.

- Tak. Nie chcę być wścib­ska, ale wiesz już, że Gina była moją pacjentką. Wszystko, co możesz mi powie­dzieć, a co mogłoby rzu­cić świa­tło na jej sytu­ację, nawet jeśli ona już nie żyje, będzie pomocne.

- Nie wiem o moim ojcu zbyt wiele. A raczej nie wiem zbyt wiele o tym, czym się zaj­muje. W prze­szło­ści wystę­po­wał pod wie­loma nazwi­skami. To oczy­wi­ste, że mole­stuje dzieci, i nawet nie potra­fię sobie wyobra­zić, za jakie inne rze­czy może być odpo­wie­dzialny. Dla­tego potrze­buje tych wszyst­kich pseu­do­ni­mów. - Wzięła kolejny łyk wina.

Przyj­rza­łam się jej. Ruby odno­siła się do tej sprawy non­sza­lancko. Zbyt non­sza­lancko. To była fasada. Twarz miała spiętą. Chcia­łam jej powie­dzieć, że przy mnie może być sobą. Może być zła, jeśli tego potrze­buje. Że ją rozu­miem. Ale na to było za wcze­śnie. Ledwo się zna­ły­śmy, więc nie mogłam jesz­cze przejść w tryb tera­peutki.

- Czy wiesz, jakiego pseu­do­nimu uży­wał, gdy widzia­łaś go ostat­nio? Kiedy spo­tka­łaś Bro­oke?

- Nazwała go Nico. To był nowy pseu­do­nim. Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam, żeby tak kazał do sie­bie mówić.

- Skąd wiesz o wszyst­kich innych?

- Przez lata mia­łam go na oku. - Potrzą­snęła głową. - Szcze­rze mówiąc, to sza­leń­stwo. Nie wiem, jak ucho­dzi mu na sucho to całe gówno, które robi. Ni­gdy nie został nawet aresz­to­wany.

- Jakie były jego rela­cje z twoją matką?

- Nie ist­niały. Nie wie­dzia­łam nawet, kim on jest, dopóki moja mama nie ode­szła. - Odchrząk­nęła. - Ni­gdy nie powie­działa mi nic o ojcu. Zawsze odma­wiała roz­mowy, gdy o niego pyta­łam. A potem, kiedy znik­nęła, wycią­gnięto mój akt uro­dze­nia, a tam były jego dane.

- Więc ni­gdy się nie dowie­dzia­łaś, co się wyda­rzyło mię­dzy nimi?

- Nie. Według ojca to była jed­no­nocna przy­goda, z któ­rej nic nie wyszło.

- Tak mi przy­kro.

- Nie­po­trzeb­nie. Ten facet to psy­cho­pata. Wola­ła­bym nie mieć jego genów, ale nie mam wyboru.

- Więc co się stało? Po tym, jak ucie­kłaś? Czy twój ojciec cię szu­kał?

- Żar­tu­jesz sobie? Ni­gdy mnie nie chciał. Jasne, byłam wystar­cza­jąco dobra, żeby mnie bzy­kać, ale to, jak obie wiemy, mógł łatwo zna­leźć sobie gdzie indziej.

- Dokąd poje­cha­łaś?

- Kiedy ucie­kłam, było lato i przez kilka tygo­dni miesz­ka­łam na ulicy. To nie było takie trudne. Moja mama i ja były­śmy dość biedne i nie­raz musia­łam kraść, żeby­śmy mogły coś zjeść. Nie było to więc dla mnie nic nowego, choć sta­ra­łam się uni­kać kra­dzieży tak bar­dzo, jak tylko mogłam. Nie chcia­łam zostać aresz­to­wana i ode­słana do domu. Gdy nade­szła jesień, wie­dzia­łam, że muszę zna­leźć inne roz­wią­za­nie. Bałam się pójść do opieki spo­łecz­nej ze stra­chu, że ode­ślą mnie z powro­tem do niego. Zna­la­złam więc pracę jako kel­nerka na fał­szy­wym dowo­dzie oso­bi­stym i w ciągu kilku tygo­dni zebra­łam wystar­cza­jąco dużo forsy, by prze­pro­wa­dzić się do naprawdę gów­nia­nego miej­sca po złej stro­nie mia­sta. Ale trzy­ma­łam się na ubo­czu, poza zasię­giem radaru, i pozo­sta­łam bez­pieczna przez następne trzy lata, aż do moich osiem­na­stych uro­dzin. Poszłam też na poli­cję i zło­ży­łam skargę na mojego ojca. A potem zło­ży­łam poda­nie o przy­ję­cie mnie do aka­de­mii poli­cyj­nej.

- Nie­źle.

- Ale szczę­śliwe zakoń­cze­nie jesz­cze nie nastą­piło. Dowie­dzia­łam się, że abym mogła być przy­jęta do aka­de­mii poli­cyj­nej, muszę mieć dwa­dzie­ścia jeden lat i ukoń­czoną szkołę śred­nią. Potrze­bo­wa­łam więc nowego planu. W małej knajpce, w któ­rej pra­co­wa­łam jako kel­nerka, udało mi się awan­so­wać na kie­row­niczkę noc­nej zmiany, więc zacho­wa­łam tę pracę, prze­pro­wa­dzi­łam się w nieco lep­sze miej­sce, zda­łam maturę i cze­ka­łam kolejne trzy lata. W tym cza­sie poli­cja ni­gdy nie zro­biła nic w spra­wie mojego ojca. Przez jakiś czas kon­tak­to­wa­łam się z nimi co tydzień. Potem się pod­da­łam.

- Nie­źle - powie­dzia­łam ponow­nie.

- W tym momen­cie nie chcia­łam zosta­wiać niczego przy­pad­kowi, więc zaczę­łam inten­syw­nie ćwi­czyć. Byłam zde­ter­mi­no­wana, by w ciągu trzech lat dostać się do aka­de­mii i stać się jak naj­lep­szą funk­cjo­na­riuszką poli­cji. Chcia­łam wsa­dzać do pudła ludzi takich jak mój ojciec.

- Więc dla­czego tego nie zro­bi­łaś? To zna­czy, dla­czego nie zapusz­ko­wa­łaś ojca?

- Ponie­waż ten brudny drań ni­gdy nie zosta­wia śla­dów. Ni­gdy nie mia­łam dosta­tecz­nych dowo­dów, by go aresz­to­wać, nie mówiąc już o czymś, co można by było wyko­rzy­stać w pro­ce­sie i go ska­zać.

- Naprawdę? A co z Giną?

- Odmó­wiła wnie­sie­nia oskar­że­nia. Po jakimś cza­sie prze­sta­łam ją drę­czyć. I tak było jej wystar­cza­jąco ciężko.

- I nie zna­la­złaś niczego wię­cej?

Ruby potrzą­snęła głową.

- To sprytny i prze­bie­gły skur­wy­syn. Ale kie­dyś się potknie, a wtedy ja już tam będę z kaj­dan­kami w ręce.

Jej nie­bie­skie oczy pło­nęły jak ogień. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że tak się sta­nie. Nie mia­łam też wąt­pli­wo­ści, że w przy­szło­ści zoba­czy swo­jego ojca za krat­kami. W nie­da­le­kiej przy­szło­ści, jeśli Ste­elo­wie i ja będziemy mieli coś do powie­dze­nia w tej spra­wie.

Rozdział czwarty

Jonah

W głębi duszy zawsze zasta­na­wia­łem się, co bym zro­bił, gdy­bym musiał spoj­rzeć w lufę pisto­letu. Ludzie zawsze mówili, że prze­la­tuje im przed oczami całe życie. U mnie tak się nie stało.

Może, gdy­bym na­dal miał Mela­nie lub gdy­bym na­dal czuł się potrzebny rodzi­nie, bał­bym się o swoje życie.

Ale to już prze­szłość.

Mela­nie ode­szła, bo ją zdra­dzi­łem. Zawio­dłem ją. A Talon miał teraz Jade. Dzięki Mela­nie wyzdro­wiał, a on i Jade mają przed sobą piękne życie.

Żadne z nich już mnie nie potrze­bo­wało.

Nikt mnie nie potrze­bo­wał.

Z wyjąt­kiem...

Męż­czy­zny w piw­nicy.

Nie mogłem go zosta­wić na pastwę tych dwóch dege­ne­ra­tów.

Posta­no­wi­łem więc zable­fo­wać.

- Myślisz, że boję się two­jej pie­przo­nej broni? Pięć minut temu zadzwo­ni­łem na poli­cję. Będą tu lada chwila. Więc, pro­szę bar­dzo, zabij mnie, jeśli chcesz, ale ten bie­dak z dołu wsy­pie cię, jeśli mnie tu nie będzie. Już go tu nie ma. Pozwo­li­łem mu odejść. - Spoj­rza­łem na Toma. - On zna twoje imię, Tom. Powie­dzia­łem mu wszystko. A nawet jeśli będzie zbyt słaby, by mówić? Larry Wade wyznał mi wszystko. Wyro­lo­wał was, dwóch cho­rych skur­wieli, i w końcu was znajdą.

Wie­dzia­łem od Talona, że trzeci pory­wacz miał brą­zowe oczy, a nie nie­bie­skie, jak ten zama­sko­wany męż­czy­zna, ale o dziwo, moja odpo­wiedź przy­cią­gnęła jego uwagę. Jego nie­bie­skie tęczówki zwę­ziły się lekko, a ja sku­pi­łem na nich wzrok.

Coś zło­wiesz­czego cza­iło się za nimi. Były zimne. Surowe. Nie­re­alne.

- Nie­złe wyczu­cie czasu - ode­zwał się Tom, jego głos był lodo­waty i wywa­żony. Widzia­łem jed­nak, że udaje. Z wło­sów spły­wały mu kro­ple potu.

- Zauwa­ży­łem jego samo­chód. Zapar­ko­wał swoją beem­wicę prze­cznicę dalej. To mnie zaalar­mo­wało. Dla­tego zało­ży­łem maskę. A ty co zro­bi­łeś? Wsze­dłeś tutaj bez maski, bez broni? Bez spraw­dze­nia oto­cze­nia? Twoja zbyt­nia pew­ność sie­bie dopro­wa­dzi cię do śmierci. Głupi chuj. - Męż­czy­zna w czerni odwró­cił się do mnie. - Co mówi­łeś o Lar­rym Wadzie?

- Nie słu­chaj go - wtrą­cił się Tom. - Larry ni­gdy by nas nie wydał. Już ja o to zadba­łem.

- Naprawdę? - zaśmia­łem się. - To jak myślisz, skąd wie­dzia­łem, gdzie jesteś?

Kolejny blef, ale zadzia­łał.

Tom uniósł brwi.

Odwró­ci­łem się do męż­czy­zny w masce, który wciąż trzy­mał broń, co w końcu zaczęło wzbu­dzać mój strach. "Musisz się trzy­mać, Joe".

- A ty... Jak mam cię nazy­wać? Masz tyle róż­nych imion.

- Ble­fu­jesz - powie­dział zama­sko­wany męż­czy­zna.

Sta­łem na swoim miej­scu z roz­pacz­liwą nadzieją, że się nie posi­kam.

- Chcesz zary­zy­ko­wać? Będą tu, zanim zdą­żysz mnie zabić i zła­pać tego faceta z piw­nicy. Więc śmiało. Strze­laj. Potem zosta­niesz aresz­to­wany za mor­der­stwo, a także za wszyst­kie inne podłe gówna, które zro­bi­łeś.

- Cho­lera. - Męż­czy­zna odwró­cił się do Toma. - Spa­dam stąd.

Tom pró­bo­wał wstać, ale upadł z powro­tem na sofę.

- Zamie­rzasz mnie tu, kurwa, zosta­wić? Aby mnie zła­pali? Po tych wszyst­kich latach? Po wszyst­kim, co dla cie­bie zro­bi­łem?

- Jezu, kurwa, Chry­ste. - Pode­rwał Toma z sofy. - Wska­kuj do samo­chodu, na miłość boską. Spier­da­lajmy stąd.

Po chwili już ich nie było.

Prze­łkną­łem z ulgą, gdy nie­bie­ski mustang pomknął po żwi­rze, uwo­żąc Toma i zama­sko­wa­nego męż­czy­znę.

Poczu­łem nagłe mdło­ści.

Wła­śnie wymkną­łem się kostu­sze.

Cho­lera, musia­łem się wysrać.

Ale naj­pierw trzeba zadzwo­nić na poli­cję. Tym razem naprawdę. Wycią­gną­łem komórkę z tyl­nej kie­szeni spodni i wtedy usły­sza­łem za sobą jakieś szu­ra­nie.

Odwró­ci­łem się.

Bie­dak z dołu wspiął się po scho­dach i teraz na kola­nach prze­su­wał się w moją stronę.

Wło­ży­łem tele­fon z powro­tem do kie­szeni i pod­bie­głem do niego.

- Mój Boże. Tutaj. - Pod­nio­słem go (ważył nie wię­cej niż Mela­nie) i poło­ży­łem na kana­pie. - Przy­niosę ci wody.

Pobie­głem do kuchni, zna­la­złem kubek, szybko go napeł­ni­łem i wró­ci­łem do pokoju. Pod­ło­ży­łem mu pod głowę poduszkę, aby mógł ją unieść. Pod­nio­słem kubek do jego ust. - Nie pij za dużo na początku. Twój orga­nizm musi się przy­zwy­czaić.

Gdy upił kilka łyków, odsta­wi­łem kubek na sto­lik.

- Możesz mi powie­dzieć, kim jesteś?

- Kahh... - Głos się zała­mał i prze­szedł w szept.

- W porządku. Powiesz mi, gdy odzy­skasz siły. - Pobie­głem do sypialni i zna­la­złem spodnie od dresu. Przy­nio­słem je i pomo­głem mu się ubrać. Teraz przy­naj­mniej nie musiał się wsty­dzić swo­jej nago­ści.

Nie­stety wciąż czu­łem odór nie­czy­sto­ści ota­cza­jący mło­dego męż­czy­znę. Bar­dzo by mu się przy­dał prysz­nic, ale w tej chwili nie byłem pewien, czy ma na to siłę. Ale mogłem przy­naj­mniej wziąć jakąś szmatkę i wytrzeć mu twarz i ręce.

- Pocze­kaj. Zaraz wra­cam. - Szybko ruszy­łem do kuchni i namo­czy­łem ścierkę w cie­płej wodzie. Wró­ci­łem i prze­tar­łem nią jego twarz i ręce.

- Możesz mi coś powie­dzieć?

- Kahh... - wyszep­tał ponow­nie.

- Tak, zaraz zadzwo­nię na poli­cję. - Gdy wyj­mo­wa­łem ponow­nie tele­fon z kie­szeni, męż­czy­zna dotknął mojego przed­ra­mie­nia. Spoj­rza­łem mu w oczy. Były zie­lon­ka­wo­brą­zowe.

- Kah­h­lin.

Rozdział piąty

Mela­nie

Mia­łam milion pytań do Ruby - o imiona, któ­rych uży­wał jej ojciec, o to, co powie­działa jej Gina, o to, jak ona sama ucie­kła - ale nie byłam pewna, od czego zacząć.

Tym­cza­sem ona pod­nio­sła butelkę wina sto­jącą obok nas na pod­ło­dze.

- Nie masz nic prze­ciwko?

- Pro­szę, czę­stuj się. - Pod­su­nę­łam też swój kie­li­szek.

Upiła łyk.

- Mela­nie...

- Tak?

- Była­bym wdzięczna, gdy­byś... nikomu nie mówiła, że tu jestem. Wiesz, ponie­waż tech­nicz­nie nie jest to już moja sprawa i jestem tu po godzi­nach.

- Oczy­wi­ście. Ale chcia­ła­bym cię popro­sić o pozwo­le­nie na roz­mowę o tym z moim... - Z kim? Kim teraz był dla mnie Jonah? Dopóki się nie upew­nię i dopóki nie mia­łam zgody jego i Talona na omó­wie­nie ich sytu­acji z Ruby, lepiej było zacho­wać mil­cze­nie. - Nie­ważne.

- Chcesz poroz­ma­wiać o tym z kimś innym?

- Tym­cza­sem nie.

- W porządku. Ale jeśli o mnie cho­dzi, nie uwa­żam tego za tajem­nicę. Nie chcę chro­nić mojego ojca.

Pocią­gnę­łam łyk wina.

- W takim razie jest kilka osób, z któ­rymi będę chciała o tym poroz­ma­wiać, ale jesz­cze nie wiem kiedy. A tym­cza­sem możemy pomó­wić teraz tro­chę o Ginie?

- Tak. Pogo­dzi­łam się już z tym, co się stało. Naj­le­piej, jak potra­fi­łam.

- Co masz na myśli?

- Pamię­taj, że nie zna­łam Giny, dopóki nie pozna­łam mojego ojca. Była ode mnie młod­sza o jakieś osiem lat. Mam teraz trzy­dzie­ści dwa lata, jeśli chcesz wie­dzieć. - Ruby się uśmiech­nęła. - Nie należę do tych kobiet, które mają pro­blemy z mówie­niem innym o swoim wieku.

- Ja też nie. Ja mam czter­dzie­ści.

- Wyglą­dasz świet­nie.

Zaśmia­łam się.

- Ty też. - Była to prawda. Jej skóra była nie­ska­zi­telna. Nawet bez maki­jażu cera miała piękny, natu­ralny odcień. Nie wie­dzia­łam, dla­czego nie przy­wią­zy­wała wagi do swo­jego wyglądu, choć mia­łam pewne podej­rze­nia.

- Dzięki. W każ­dym razie kiedy ucie­kłam, mia­łam pięt­na­ście lat, a Gina sie­dem. Dopiero jako doro­sła osoba powie­działa mi, co zro­bił jej mój ojciec. Zawsze czu­łam się z tego powodu winna. Gdy­bym nie wyje­chała, zro­biłby to mnie i być może jej zosta­łoby to oszczę­dzone.

Poczu­cie winy. Ema­no­wało od Ruby jak czarna aura.

Wyglą­dało na to, że wszy­scy, któ­rych ostat­nio spo­tka­łam, cier­pieli z powodu poczu­cia winy... Włą­cza­jąc w to mnie samą.

- Nie możesz brać tego na swoje barki - powie­dzia­łam. - To twój ojciec odpo­wiada za to, co zro­bił Ginie. I nikt inny.

- Tak, wiem to wszystko. I wiem, że jesteś łapidu... O Boże. Prze­pra­szam.

Zaśmia­łam się.

- W porządku. W naszym zawo­dzie jeste­śmy do tego przy­zwy­cza­jeni.

- To dobrze. Tak sądzę. W każ­dym razie wiem o tym. Mia­łam kilka sesji tera­peu­tycz­nych w pracy. Ale trudno się pozbie­rać, wiesz?

Skąd ja to zna­łam?

- Uwierz mi, rozu­miem. Przez ostat­nie sześć mie­sięcy wciąż się zasta­na­wia­łam, gdzie popeł­ni­łam błąd z Giną. Jeśli miała myśli samo­bój­cze, dla­czego nie zauwa­ży­łam niczego pod­czas naszych sesji? - Potrzą­snę­łam głową. - Cza­sami samo poczu­cie winy wystar­czy, by nas zabić.

- To prawda - przy­tak­nęła. - Ale jeśli o to cho­dzi, nie winię cię za śmierć Giny.

- Dzię­kuję. To dla mnie wiele zna­czy. Nie­stety jej rodzice już mnie obwi­niają. Zło­żyli skargę na mnie w komi­sji lekar­skiej, a teraz pozy­wają mnie rów­nież za błędy w sztuce.

- Żar­tu­jesz sobie.

Znowu upi­łam łyk wina.

- Nie.

- Trzeba mieć dużo tupetu, żeby to zro­bić. - Ruby potrzą­snęła głową.

- Dla­czego tak mówisz?

Zaśmiała się sar­ka­stycz­nie.

- Ponie­waż oboje dokład­nie wie­dzieli, do czego zdolny jest mój ojciec.