Surrender - Bono
59.99 zł
53.99 zł
(35,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
dla Ali
I hear the ancient footsteps like the motion of the sea
Sometimes I turn, there's someone there, at times it's only me.
- Bob Dylan, Every Grain of Sand
Nie mogę zmienić świata,
ale mogę zmienić świat w sobie.
- Teatr SFX Dublin, grudzień 1982
I shouldn't be here 'cause I should be dead
I can see the lights in front of me
I believe my best days are ahead
I can see the lights in front of me[1].
Urodziłem się z nietypowym sercem. Tam, gdzie większość ludzi ma trzy zastawki, ja mam dwie. Drzwi skrzydłowe, które w Boże Narodzenie 2016 roku obluzowały się z zawiasów. Aorta doprowadzająca krew do zastawki tętniczej jest twoją główną arterią, twoją liną ratunkową: tędy płynie dotleniona w płucach krew i tu staje się twoim życiem. Jak się okazało, w wyniku długiego ucisku na mojej aorcie pojawił się pęcherz. Pęcherz, który lada chwila mógł pęknąć, co przeniosłoby mnie do następnego życia szybciej, niż zdołałbym zadzwonić po pogotowie. Szybciej, niż zdążyłbym się pożegnać z tym życiem.
Oto więc jestem.
Oglądam siebie z góry w świetle lamp jarzeniowych odbitym od stali nierdzewnej. Myślę, że światło jest twardsze niż stalowy blat, na którym leżę. Moje ciało jest ode mnie oddzielone. Składa się z miękkiego mięsa i twardych kości.
To nie jest ani sen, ani wizja, czuję jednak, jak gdyby iluzjonista przepiłowywał moje ciało na pół. Nietypowe serce zostało zamrożone.
Potrzebne są pewne przeróbki, chociaż cała krew przetacza się i robi bałagan, jak to ma w zwyczaju, kiedy nie podtrzymuje twego życia.
Krew i powietrze.
Krew i wnętrzności.
Jeżeli nadal mam wyśpiewywać i wieść swoje życie, potrzebne są mózg i krew. Moja krew.
Mózg i dłonie stojącego nade mną czarodzieja, który dzięki odpowiedniej strategii i prawidłowemu działaniu może zmienić zły dzień w bardzo dobry.
Stalowe nerwy i stalowe ostrza.
Człowiek ten kładzie się na mojej piersi, operując ostrzem w służbie połączonych sił nauki i sztuki rzeźniczej. Sił potrzebnych, by włamać się do cudzego serca. Oto magia zwana medycyną.
Wiem, że kiedy obudzę się po ośmiogodzinnej operacji, nie poczuję się dobrze, wiem też jednak, że przebudzenie jest lepsze niż jego alternatywa.
Nawet jeśli nie będę mógł złapać tchu i poczuję, jakbym się dusił. Nawet jeśli będę łapczywie chwytał powietrze i nie zdołam go znaleźć.
Nawet jeśli zacznę mieć halucynacje, ponieważ już teraz mam wizje i wszystko to zaczyna trochę przypominać twórczość Williama Blake'a.
Trzęsę się z zimna. Muszę znaleźć się blisko ciebie. Potrzebuję twego ciepła, twojego piękna. Mam na sobie zimowe ubranie. Leżę w łóżku w zimowych butach, a mimo to marznę do szpiku kości.
Śnię.
Uczestniczę w scenie, w której z aktora grającego głównego bohatera uchodzi życie. W ostatnich chwilach - rozdrażniony - wypytuje swoją wielką miłość.
- Dlaczego odchodzisz? Nie opuszczaj mnie.
- Jestem tutaj - przypomina mu ukochana. - Nie ruszyłam się z miejsca.
- Co takiego? To nie ty odchodzisz? To ja? Dlaczego odchodzę? Nie chcę cię opuścić. Proszę, nie pozwól, żebym cię opuścił.
Budząc się, uświadamiam sobie wiele brudnych sekretów związanych z sukcesem. Jednocześnie dociera do mnie ich iluzoryczność.
Sukces jako przepracowywanie dysfunkcji, usprawiedliwienie skłonności obsesyjno-kompulsywnych.
Sukces jako nagroda za naprawdę ciężką pracę mogącą skrywać pewną odmianę neurozy.
Sukcesowi powinno towarzyszyć ostrzeżenie o szkodliwym wpływie na zdrowie: dla pracoholików oraz otaczających ich osób.
Siłą napędową sukcesu może być pewna nieuczciwa przewaga lub okoliczność. Jeżeli nie przywilej, to dar, talent lub inna forma odziedziczonego majątku.
Jednak za niektórymi z tych drzwi kryje się również ciężka praca.
Zawsze sądziłem, że mój dar polega na znajdowaniu najlepszej melodii, nie tylko w muzyce, ale również w polityce, handlu oraz, szerzej, w świecie idei.
Tam, gdzie inni słyszeli harmonię lub kontrapunkt, mnie lepiej wychodziło znajdowanie najlepszego rozwiązania w pokoju, interesach, czystej myśli. Może dlatego, że musiałem je wyśpiewać i sprzedać.
Teraz jednak widzę, że moja przewaga była czymś bardziej prozaicznym, przyziemnym. Posiadałem genetyczną przewagę, dar. Powietrze.
Zgadza się.
Powietrze.
- Twój facet trzyma w tej swojej klatce spory megafon.
Po operacji mężczyzna, który przepiłował mi mostek, mówi to do mojej żony i jednocześnie najbliższej mi osoby, Ali.
- Potrzebowaliśmy wyjątkowo mocnej nici, żeby go zszyć. Ma około stu trzydziestu procent normalnej objętości płuc człowieka w tym wieku.
Lekarz nie używa słowa "dziwoląg", jednak Ali powiedziała mi, że zaczęła o mnie myśleć jako o Człowieku z Atlantydy, detektywie płazie z serialu science fiction z lat siedemdziesiątych.
David Adams, chirurg czarodziej, któremu będę zawdzięczał życie, mówi z akcentem amerykańskiego Południa, a w stanie podwyższonej świadomości rodem z Blake'a zaczynam go mylić z szaleńcem z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną. Podsłuchuję, jak pyta Ali o tenorów, którzy raczej nie słyną z biegania po scenie podczas wyśpiewywania wysokich nut.
- Czy przed wzięciem wysokiego C nie powinni stać mocno na rozstawionych nogach?
- Tak - mówię, nie otwierając ust i zanim płuca się zmęczą. - Tenor powinien zrobić z głowy pudło rezonansowe, a z ciała miechy, jeśli chce potłuc szyby w oknach.
Za to ja przez trzydzieści lat biegałem po arenach, pędziłem sprintem po stadionach, śpiewając Pride (In the Name of Love), przy czym to, czy brałem wysokie A czy B, zależało od roku.
W latach osiemdziesiątych stylowy angielski piosenkarz Robert Palmer zagadnął Adama Claytona i błagał:
- Czy możecie nakłonić swojego wokalistę, żeby śpiewał o kilka poziomów ciszej? Będzie łatwiej jemu i wszystkim słuchaczom.
Powietrze to wytrwałość.
Powietrze jest pewnością, że można stawić czoło wielkim wyzwaniom lub silnym przeciwnikom.
Powietrze nie jest wolą zdobycia każdego Everestu, jaki napotkasz w życiu, ale zdolnością przetrwania wspinaczki.
Powietrze jest tym, czego ci potrzeba na każdej północnej ścianie.
Powietrze daje małemu dzieciakowi na placu zabaw przekonanie, że nikt nie będzie nim pomiatał, a jeśli do tego dojdzie, zdoła tak załatwić napastnika, że ujdzie z niego powietrze.
Oto pierwszy raz w życiu jest mi go brak.
Na ostrym dyżurze w szpitalu brak mi powietrza.
Brak mi tchu.
Imiona, jakie nadajemy Bogu.
Wszystkie są oddechem.
Jehowaaaa.
Allaaaah.
Jeszuaaaa.
Bez powietrza... nie ma arii.
Jestem przerażony, bo pierwszy raz w życiu sięgam po wiarę i nie mogę jej znaleźć.
Bez powietrza.
Bez modlitwy.
Jestem tenorem, który śpiewa pod wodą. Czuję, jak płuca wypełniają się wodą. Tonę.
Mam halucynacje. Widzę swego ojca w szpitalnym łóżku i siebie śpiącego obok na materacu na podłodze. Szpital Beaumont, Dublin, lato 2001 roku. Oddech ojca staje się coraz płytszy, jak grób w jego klatce piersiowej. Woła mnie po imieniu, myli mnie z bratem. Albo na odwrót.
- Paul. Norman. Paul.
- Tato.
Zrywam się i biegnę po pielęgniarkę.
- W porządku, Bob? - szepcze mu pielęgniarka do ucha.
Znajdujemy się w świecie perkusyjnych, ożywionych szeptów, świecie głosek syczących, tenorowy szept ojca przechodzi w słabe, urywane oddechy, po każdym wydechu słychać "s".
- Taksssss.
Choroba Parkinsona odebrała jego głosowi dźwięczność.
- Chcę do domu sssss. Chcę stąd wyjść sssss.
- Powtórz, tato.
Podobnie jak pielęgniarka pochylam się nad ojcem z uchem tuż przy jego ustach.
Cisza.
Po niej znowu cisza.
Aż wreszcie:
- Odpieprz się!
W opuszczeniu tego świata przez mojego ojca jest coś doskonale niedoskonałego. Nie wierzę, że kazał się odpieprzyć mi albo bardzo czujnej pielęgniarce. Chcę wierzyć, że zwracał się do brzemienia, które ciążyło mu przez znaczną część życia.
W tych ostatnich dniach ojciec wyznał mi, że akceptując raka, stracił wiarę, powiedział mi też jednak, żebym nigdy nie tracił swojej. Stwierdził, że wiara jest najciekawszą częścią mnie.
Zachęcony przeczytałem mu fragmentu Psalmu 32.
Samemu Dawidowi również nieobce były kłopoty. Widzę, że tata nie jest w nastroju do kazań; przewraca oczami, raczej nie do nieba.
Póki milczałem, schnęły kości moje,
wśród codziennych mych jęków.
Bo dniem i nocą ciążyła
nade mną Twa ręka,
język mój ustawał
jak w letnich upałach.
Toteż każdy wierny będzie się modlił do Ciebie
w czasie potrzeby.
Choćby nawet fale wód uderzały,
jego nie dosięgną.
Tyś dla mnie ucieczką:
z ucisku mnie wyrwiesz,
otoczysz mnie radościami ocalenia[2].
Stary przyznał, że podziwia to, co postrzegał jako mój dialog z "tym na górze".
- Ja tylko monologuję, ale teraz potrzebuję spokoju, więc przestań.
Cóż, tutaj nie zaznał spokoju, ale chcę wierzyć, że znalazł go tam.
Czyli gdzie? W domu.
Nie wiem, czy rozumiem co to znaczy.
Żegnam się. Biorę głęboki wdech i wyruszam na poszukiwanie domu.
Wiosna 2015.
Więcej zimnego białego światła jarzeniowego. Stal i szkło.
Mdłości.
Tym razem nie jest to sytuacja zagrożenia życia. Patrzę w lustro w łazience obok garderoby pod lodowiskiem hokejowym w Vancouver w Kanadzie. Pierwszy wieczór trasy koncertowej Innocence + Exeprience.
W młodości nigdy nie byłem próżny. Unikałem luster. A teraz, proszę - w wyłożonej białymi kafelkami łazience przyglądam się własnej twarzy w lustrze i zastanawiam, czy przy ponownym spojrzeniu mogłaby się wydać atrakcyjna.
Przez ściany dobiega do mnie ryk publiczności wtórującej Gary'emu Numanowi do piosenki Cars: "Tu, w samochodzie/ Jestem najbardziej bezpieczny/ Mogę pozamykać drzwi/ Tylko tak można żyć/ W samochodzie".
Znajduję się w przyszłości, o której marzyłem, gdy po raz pierwszy usłyszałem tę syntezatorową piosenkę pod koniec lat siedemdziesiątych. W głowie mi się nie mieści, że dziś, w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, postanowiłem własnoręcznie utlenić sobie włosy, co było wtedy modne. Kolor skrzydełka kurczaka, jak określi go później hiszpański recenzent. Pomruk z lodowiska tylko nasila podniecenie powodujące ucisk żołądka. Wracam do garderoby, która sama jest zamknięta w kapsule czasu, i narzekam, że wygląda tak samo jak podczas naszej ostatniej trasy. W odpowiedzi słyszę, że wystrój garderoby nie zmienia się od dwudziestu lat: zgniłozielone tapety, skórzana kanapa w kolorze tytoniu, kiczowate lampki. Dlaczego po tylu latach tak bardzo denerwuję się przed wyjściem na spotkanie 18 tysięcy 474 najbliższych przyjaciół. To pierwszy wieczór światowej trasy koncertowej, ale jak zwykle nie jestem sam.
Larry emanuje anielską aurą; wygląda jak człowiek, który widział drugą stronę. Może faktycznie tak jest, skoro wczoraj pochował ojca. Adam wygląda jak główny bohater art-house'owego filmu. Niewzruszony Edge jest spięty i skupiony, ale nie daje tego po sobie poznać.
Podobnie jak przed każdym występem modlimy się.
Czasami czuję, że jesteśmy grupą nieznajomych modlących się o odnalezienie zespołowej bliskości, która tego wieczoru może być przydatna widowni. Przydatna? Muzyce. Wyższemu celowi. W pewien dziwnie znajomy sposób zachodzi w nas przemiana. Zaczynamy modlitwę jako koledzy, kończymy zaś jako przyjaciele, którzy odnaleźli inny obraz zarówno siebie, jak i publiczności, którą mamy spotkać i która ponownie nas odmieni.
Modlitwa o bycie przydatnym jest osobliwa. Nieromantyczna. Nawet trochę nudna, ale to rdzeń naszego jestestwa i naszego istnienia jako zespołu. Mężczyźni, którzy poznali się jako chłopcy. Mężczyźni, którzy złamali obietnicę tkwiącą w samym sercu rock and rolla, mówiącą, że możesz zdobyć świat, ale w zamian świat weźmie ciebie. Możesz mieć kompleks mesjański, ale w wieku trzydziestu trzech lat musisz umrzeć na krzyżu, bo w przeciwnym razie wszyscy będą mieli prawo żądać zwrotu pieniędzy. Nie dotrzymaliśmy słowa. Na razie.
Jesteśmy ludźmi, którzy noszą blizny po rozmaitych potyczkach ze światem, ale nadal widzimy nadzwyczaj jasno, biorąc pod uwagę zmienne koleje i surrealność koncertowania przez trzydzieści pięć lat.
Przez ściany dobiegają dźwięki utworu Patti Smith People Have the Power, sygnał, że do rozpoczęcia przedstawienia zostało pięć minut i dziesięć sekund. Za pięć minut i dziesięć sekund dowiemy się, czy nadal mamy to coś, co ściągnęło dziś ludzi, a co nie ogranicza się wyłącznie do naszej muzyki i przyjaźni. Oferujemy nasz zespół jako zestaw chemiczny, reakcję chemiczną między publicznością a nami. Właśnie to czyni dobry zespół wielkim.
Kiedy idziemy korytarzem ze spuszczonymi głowami, narasta ryk tłumu, ryk, który zmienia tę mysz w lwa. Zbliżając się do sceny, przygotowując się do wkroczenia w piosenkę, unoszę w górę pięść. Na kolejnych stronach spróbuję wyjaśnić, co to znaczy. Po czterdziestu latach wiem, że jeśli zdołam pozostać we wnętrzu piosenek, one mnie wyśpiewają, a ta noc nie będzie pracą, lecz zabawą.
Blisko dwadzieścia tysięcy ludzi śpiewa refren The Miracle (Of Joey Ramone), a gdy Edge, Larry i Adam podchodzą do przodu sceny, ja ruszam im na spotkanie z przeciwległego końca areny. Idę przez publiczność, przez hałas. Wyobrażam sobie, że mam siedemnaście lat, z domu w Northside w Dublinie idę Cedarwood Road na próbę z tymi ludźmi, którzy wtedy też byli chłopcami.
Wychodzę z domu, żeby znaleźć dom. I śpiewam.
Monday morning
Eighteen years of dawning
I said how long
Said how long.
W domu przy Cedarwood Road 10 skaczę po salonie, słuchając piosenki Glad to See You Go z płyty Ramonesów Leave Home.
You gotta go go go go goodbye
Glad to see you go go go go goodbye.
Jest 1978 rok, dzień przed moimi osiemnastymi urodzinami.
Te piosenki są takie proste, a mimo to wyrażają złożoność, która jest ważniejsza dla mojego życia niż Zbrodnia i kara Dostojewskiego. Właśnie ją skończyłem. Lektura zajęła mi trzy i pół tygodnia. Album Ramonesów trwa zaledwie dwadzieścia dziewięć minut i pięćdziesiąt siedem sekund. Utwory są tak proste, że nawet ja potrafię zagrać je na gitarze. A nie umiem grać na gitarze.
Piosenki tak proste, że nawet ja potrafiłbym jedną napisać. Byłoby to coś w rodzaju osobistej rewolucji, której echa rozeszłyby się na górę, aż do pustego pokoju mojego brata, Normana. Albo, co ważniejsze, korytarzem do kuchni, gdzie siedzi tata.
Tata, który chce porozmawiać ze mną o tym, żebym poszedł do pracy. Pracy!
Praca jest zajęciem, którego właściwie nie lubisz, ale wykonujesz przez osiem godzin dziennie, pięć lub sześć dni w tygodniu w zamian za pieniądze, dzięki którym w weekend możesz zajmować się tym, co chciałbyś robić cały czas.
Wiem, że chciałbym uniknąć pracy. Wiem, że gdybym mógł robić to, co kocham, nie musiałbym przepracować w życiu ani jednego dnia. Jest jednak pewien szkopuł. Nawet jako irytujący, pryszczaty nastolatek wiem, że jest to mało prawdopodobne, jeśli nie będę w czymś świetny.
A nie jestem w czymś świetny. W niczym nie jestem świetny.
No, potrafię nieźle naśladować innych. Mój kumpel Reggie Manuel twierdzi, że sprzątnąłem mu dziewczynę, Shonę, tylko dzięki naśladowaniu Iana Paisleya. Całkiem nieźle wychodzi mi wojowniczy ryk wielebnego Iana Paisleya, przywódcy północnych unionistów.
- Nie poddddamy sięęę - beczał Paisley.
Mój Ian Paisley strasznie śmieszy Shonę, aż zaczynam sobie wmawiać, że mi ulegnie, wiem też jednak, że może mnie puścić kantem dla Keitha jak-mu-tam, bo nie wystarczy być zabawnym. Człowiek musi też być bystry, a ja jestem na tyle bystry, żeby wiedzieć, że nie jestem bystry. Wystarczająco.
Całkiem niedawno byłem bystry w szkole, ale ostatnio nie umiem się skupić na niczym oprócz dziewczyn i muzyki. Jestem wystarczająco bystry, by dostrzec związek łączący obie rzeczy.
Całkiem nieźle maluję, ale nie tak jak mój najlepszy kumpel Guggi. Nieźle wychodzi mi pisanie prozy, ale nie tak jak utalentowanemu geniuszowi Neilowi McCormickowi, który pisze do gazetki szkolnej. Igrałem z pomysłem zostania dziennikarzem, snułem fantazje o byciu reporterem zagranicznym piszącym relacje ze stref działań wojennych. Jeśli jednak człowiek chce zostać dziennikarzem, musi dobrze zdać egzaminy, a ja mam problemy z egzaminami. Z wysiedzeniem w szkole, żeby je zdawać.
Poza tym jestem uwikłany w inną strefę działań wojennych. Na naszej ulicy, w moim domu, w mojej głowie.
Po co jechać aż do Timbuktu w roli korespondenta wojennego, skoro tyle materiału jest pod łóżkiem? Z powodu lęków i zjaw pod poduszką czasami nie chcę iść spać. Jeszcze nie wiem, że rock and roll - w szczególności punk rock - okaże się moim wyzwoleniem.
Że zakończy moją okupację. Łóżka.
W domu przy Cedarwood Road 10 mamy w salonie brązową skajową kanapę. A także pomarańczowo-czarny dywan na całą podłogę, który otula nam bose stopy w zimie. Właśnie dostaliśmy centralne ogrzewanie, dzięki czemu po raz pierwszy ziąb nie ściga nas od sypialni do łazienki.
Jesteśmy bogaci.
Tacy bogaci, że tata jeździ czerwonym hillmanem avengerem. Tacy bogaci, że wcześniej niż nasi przyjaciele mieliśmy kolorowy telewizor. Kolorowy telewizor to duża rzecz. Dzięki niemu życie u nas w domu wydaje się mniej rzeczywiste, a kiedy jestem nastolatkiem, dla mnie, taty i Normana jest ważne, by życie wydawało się choć trochę mniej rzeczywiste.
W latach siedemdziesiątych dzięki kolorowemu telewizorowi zieleń stadionów Old Trafford, Anfield czy Highbury podczas Meczu dnia jest znacznie bardziej zielona niż zielone pole za domem. Czerwone koszulki George'a Besta i Charliego George'a płoną. Telewizor nie zdaje się na wiele Malcolmowi Macdonaldowi. Jaki jest sens kibicowania grającemu w monochromatycznych strojach Newcastle United, skoro czarno-biały należy do historii?
Mój ojciec twierdzi, że monarchia również powinna przejść do historii, ale zgadza się z moją matką, że w kolorze królowa prezentuje się świetnie. Co roku rodzice mogą się żartobliwie przekomarzać, czy my, Irlandczycy, powinniśmy przerywać bożonarodzeniowy lunch, żeby o piętnastej obejrzeć w telewizji świąteczną mowę Jej Wysokości. Wygląda na to, że cały świat ma słabość do fanfar i parad, królewskiej pompy i rytuału. Wojna jest jednak czarno-biała, nawet jeśli toczy się w kolorze. Części naszego kraju są w stanie wojny z innymi częściami naszego kraju. Nasza najbliższa sąsiadka, Wielka Brytania, przez lata stosowała przemoc wobec słabszych, a teraz dochowaliśmy się własnych brutali. W serwisach informacyjnych krew ma karmazynowy kolor. Na naszych ulicach coraz więcej flag znakuje przestrzeń publiczną śladami pełnej podziałów historii Irlandii i Anglii, co nie przeszkadza nam oglądać Trooping the Colour[3] w urodziny królowej. Wszystko to ożywa w kolorowej telewizji.
Jednak nawet biorąc pod uwagę angielski punk rock, dla nastolatka z Dublina Anglia nie może się równać pod względem wyrazistości z Ameryką. "Kowboje" wprowadzają całe nowe spektrum - John Wayne, Robert Redford, Paul Newman - podobnie jak "Indianie", chociaż ci akurat nie mieli udziału w tym, jak zostali sportretowani. Wygląd Apaczów, Paunisów i Mohikanów wpłynie na wizerunek punka. Należy też wymienić miejskich stróżów prawa, takich jak Clint Eastwood jako Brudny Harry, Peter Falk jako Columbo czy Telly Savalas w serialu Kojak.
Ale fikcja była niczym w porównaniu z prawdziwym amerykańskim życiem. Niczym w porównaniu z oszałamiającym programem kosmicznym Apollo, najbardziej wizyjną z wizji.
Jak bardzo szaleni muszą być ci Amerykanie, skoro myślą, że mogą wysłać człowieka na Księżyc? My, Irlandczycy, czujemy, że mamy udział w tym szaleństwie. Czy to nie członek naszej rodziny królewskiej, John Fitzgerald Kennedy, jako pierwszy wpadł na pomysł postawienia człowieka na Księżycu? Tak mówi mój tata.
Jako nastolatek z Dublina lat siedemdziesiątych zamierzam zmienić czarno-biały świat za pełnymi ozdóbek parapetami Cedarwood Road w barwny świat oglądany w telewizorze marki Murphy. Skoro pragnę widzieć życie inaczej, to pragnę też je inaczej słyszeć. Przejść od monotonii beznadziei nastolatka do okrąglejszych, soczystszych dźwięków innego dzieła sztuki w salonie.
Naszego stereo.
Mamy świetne stereo. Nie tylko gramofon wypełniający dom operami taty. Jest też magnetofon szpulowy Sony, który miał zakręcić moim życiem. The Ramones, The Clash i Patti Smith mieli na nowo zdefiniować świat zewnętrzny, ale proces już się rozpoczął wraz z The Who, Bobem Dylanem oraz moją szczególną obsesją na punkcie Davida Bowiego. Początkowo wyobrażałem sobie, że ten ostatni jest tylko połówką duetu. Sądziłem, że Hunky Dory to druga połówka, a nie jego czwarty album.
Wielki dzień dla kandydata na rockową gwiazdę, który to kandydat ma metr siedemdziesiąt jeden, chociaż twierdzi, że metr siedemdziesiąt trzy. Najmniej ważne jest to, że są moje osiemnaste urodziny. W naszej rodzinie nie ma tradycji obchodzenia urodzin. Jasne, wspaniale jest dostać pięć funtów od taty, ale nie dlatego dzień jest wyjątkowy.
Tego dnia nauczę się wielkiej ucieczki w stylu Houdiniego. To coś lepszego niż jakakolwiek hinduska sztuczka ze wspinaniem się po sznurze: sprawię, że moje czarno-białe życie zniknie, a następnie pojawi się ponownie, w kolorze. Tego dnia napiszę swoją pierwszą prawdziwą piosenkę rockandrollową, pierwszy singiel U2. Zawdzięczam ją cudownemu Joeyowi Ramone'owi. Oraz jego cudownym braciom. Ale bez Edge'a, Adama i Larry'ego - moich cudownych braci - nikt by jej nigdy nie usłyszał.
Monday morning
Eighteen years dawning
I said how long
Said how long.
It was one dull morning
I woke the world with bowling
I was so sad
They were so glad.
I was of the feeling it was out of control
I had the opinion it was out of control.
Piosenkę zatytułowałem Out of Control[4], ponieważ uzmysłowiłem sobie - mógł się do tego przyczynić Fiodor Dostojewski - że my, ludzie, mamy niewielki lub zerowy wpływ na dwa najważniejsze momenty w naszym życiu. Narodziny i śmierć. Poczułem, że w ten sposób pokażę środkowy palec wszechświatu, czego wymaga świetna piosenka punkrockowa.
The star,
that gives us light
Has been gone a while
But it's not an illusion
The ache
In my heart
Is so much a part of who I am
Something in your eyes
Took a thousand years to get here
Something in your eyes
Took a thousand years, a thousand years.
Wyobraźcie sobie człowieka w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, który każdej nocy przed dwudziestoma tysiącami słuchaczy śpiewa te słowa do swojej matki.
O co tu właściwie chodzi?
Trudno jest stracić matkę, kiedy masz czternaście lat, i tak dalej, ale może gość powinien już się z tym uporać. Serio.
Jako lider i wokalista grupy U2 często jestem nękany. Sprawiedliwie czy nie, w każdym razie jest to nieodłączna część tej pracy i zazwyczaj sprawia mi frajdę. Jednak żadna forma nękania nie może się równać z gównem, o jakie sam się oskarżam, zwłaszcza na scenie, kiedy przeżywam najróżniejsze psychodeliczne i psychiczne stany. Na scenie i w tłumie aż iskrzy od krytyki.
O co tu właściwie chodzi? To przykład chorych oskarżeń, jakie słyszę w głowie, zanim zacznę śpiewać Iris. Zupełnie jakby mój osobisty szatan siedział mi na ramieniu, na każdym kroku siejąc zwątpienie. Ten diabełek maluje sprayem emocjonalne graffiti na murach mojego szacunku do siebie. Ale przecież diabełek jest mną, czemu więc miałbym przez to przechodzić?
Ktoś porównał modlitwę do pływania po wzburzonym morzu łódką bez wioseł. Masz tylko linę, która jest przymocowana gdzieś daleko w porcie. Za pomocą tej liny możesz się przyciągnąć bliżej Boga.
Piosenki są moją modlitwą.
O mojej matce Iris mam bardzo niewiele wspomnień. Podobnie jak mój brat, Norman. Wytłumaczenie jest proste: po jej śmierci już nigdy o niej nie rozmawialiśmy.
Obawiam się, że było jeszcze gorzej. Obawiam się, że rzadko o niej myśleliśmy.
My, trzej Irlandczycy, unikaliśmy bólu, który niechybnie wywołałyby myśli i rozmowy o Iris.
W 2014 roku na albumie Songs of Innocence dałem sobie prawo do spojrzenia za siebie, do podniesienia kamieni, pod którymi - jak wiedziałem - czaiły się groźne, pełzające rzeczy. Zebrałem resztki wspomnień o matce i spróbowałem je wpleść do piosenki Iris.
Postanowiłem, że ta pieśń mnie do niej zaniesie.
Postanowiłem odnaleźć matkę.
Trzy dni przed premierą albumu dostałem ataku paniki. Zrezygnowałem z pomysłu wyemitowania w świat tej piosenki pięćdziesięciopięcioletniego mężczyzny wyjącego do matki. W ostatniej chwili Iris wydała mi się pod każdym względem przesadzona: zbyt łagodna, zbyt obszerna, zbyt osobista. Przesadą byłoby wymagać od kapeli, że zniesie to wszystko tylko dla wokalisty. Pierwotnie utwór miał zostać wydany wyłącznie w wersji cyfrowej dla pół miliarda ludzi (to inna historia, do której wrócimy). Próbowałem wycofać piosenkę z albumu. Nie oznaczałoby to wprawdzie, że milion wytłoczonych płyt pójdzie na przemiał. Jednak nawet w świecie cyfrowym istnieją nieprzekraczalne terminy, a ja swój zawaliłem. Firma Apple już wgrała album do swoich bezdennych systemów, a wycofanie utworu oznaczało wysadzenie świata w powietrze.
Albo coś równie złego.
Gapiąc się w ścianę, zastanawiałem się, czemu ta sprawa po tylu latach wciąż jest tak świeża. Ilu dokładnie? Mamy rok 2014, czterdzieści lat później. W dodatku wrzesień - czterdzieści lat co do miesiąca.
Naprawdę? A data? Nie pamiętałem jej. Posłałem do brata esemesa. On też nie pamiętał. Zadzwonił do mojego wuja, ale Jack również nie mógł sobie przypomnieć, choć pamiętał, że mojego dziadka, "Gagsa" Rankina, pochowano 9 września, bo wtedy wujek Jack ostatni raz widział swoją siostrę, Iris.
Premierę albumu wyznaczono na 9 września. Choć nikt o tym nie wiedział Songs of Innocence miały dotrzeć do świata w tym samym dniu roku, w którym po raz ostatni rozmawiałem z matką. Na czym polegają te szczęśliwe zbiegi okoliczności? Na przypadku. Tajemnica każdego kosmicznego rymu jest dla mnie cenna. Ten konkretny zbieg okoliczności utwierdził mnie w przekonaniu, że postępuję słusznie.
Free yourself to be yourself
If only you could see yourself.
Ta fraza stała się moją mantrą, "uwolnij się, by stać się sobą", i wspomnienia zaczęły wracać.
Śmiejąca się Iris. Poczucie humoru, czarne jak jej loki. Słabością Iris były niestosowne wybuchy śmiechu. Mój ojciec Bob, pochodzący z dobrej dzielnicy Dublina, zabrał Iris oraz jej siostrę Ruth na balet. Iris wprawiła go w zażenowanie tłumionymi rykami śmiechu na widok pasów tanecznych wystających spod trykotów tancerzy.
Pamiętam - miałem sześć lub siedem lat - że byłem niegrzeczny.
Iris goni mnie, wymachując długą laską; sąsiadka zapewniła, że z jej pomocą matka mnie okiełzna. Śmiertelnie przerażony uciekam przed Iris w głąb ogrodu. Kiedy ośmielam się spojrzeć za siebie, mama śmieje się do rozpuku, bo kompletnie nie wierzy ani w średniowieczne metody zaprowadzania dyscypliny, ani w to, że dziecko może być niegrzeczne.
Pamiętam, że jestem w kuchni, patrzę, jak Iris prasuje szkolny mundurek mojego brata; z góry dobiega cichy pomruk ojcowskiej wiertarki. Nasz tata złota rączka wiesza własnoręcznie wykonaną półkę.
Nagle rozlega się nieludzki, zwierzęcy wrzask.
- Iris! Iris! Dzwoń po karetkę!
Pognaliśmy do schodów. Na szczycie leżał ojciec, trzymając w dłoniach wiertarkę, którą najwyraźniej wwiercił sobie w krocze. Wiertło się ześlizgnęło, a ojciec zesztywniał ze strachu na myśl, że przyrodzenie już nigdy nie zrobi się sztywne.
- Wykastrowałem się! - krzyczał.
Ja również byłem w szoku na widok olbrzyma z Cedarwood Road 10 powalonego jak drzewo. Poza tym nie wiedziałem, co znaczy "wykastrowałem się". Iris wiedziała i również doznała szoku, ale jej twarz wyrażała coś innego. Widziałem twarz pięknej kobiety tłumiącej śmiech, potem twarz pięknej kobiety niepotrafiącej stłumić śmiechu, który rozszedł się falami po twarzy i wstrząsnął całym ciałem. Śmiechu odważnej dziewczyny w kościele, której próby powstrzymania się przed bluźnierstwem sprawiły tylko, że śmiech stał się jeszcze głośniejszy.
Iris sięgnęła po słuchawkę, ale zgięta wpół ze śmiechu nie zdołała wezwać pogotowia. Tacie nic się nie stało. Małżeństwo przetrwało wypadek. Wspomnienie przetrwało w pamięci.
Iris była kobietą praktyczną; sama była kimś w rodzaju złotej rączki. Potrafiła naprawić czajnik, umiała szyć, kurczę, jak ona szyła! Kiedy mój tata zabronił jej pracować jako sprzątaczka w Aer Lingus, razem z najlepszymi przyjaciółkami z Cedarwood Road Iris została krawcową na pół etatu.
Pamiętam tylko jedną kłótnię między rodzicami. Podsłuchiwałem w swoim pokoju na górze, gdy matka w obronie własnej wygłosiła tyradę: "Nie jesteś moim panem". Trzeba zresztą przyznać, że nim nie był. Kiedy rozkazy nie odniosły skutku, uderzył w błagalny ton i Iris zrezygnowała z pracy z przyjaciółkami na lotnisku w Dublinie. Wracając po latach z trasy koncertowej, na widok jej serdecznych przyjaciółek, Onagh i Winnie, w terminalu przylotów czułem ukłucie serca. Iris odeszła, ale czasem widziałem ją stojącą obok nich.
Hold me close, hold me close and don't let me go.
Hold me close like I'm someone that you might know
Hold me close the darkness just lets us see
Who we are
I've got your light inside of me.
Bob był katolikiem, Iris protestantką. Ich małżeństwo uchroniło się przed irlandzkim sekciarstwem tamtych czasów. Ponieważ Bob uważał, że matka powinna mieć wpływ na religijne wychowanie dzieci, w niedzielne poranki podrzucał naszą matkę i nas do kościoła protestanckiego św. Kanizjusza w Finglas. W tym czasie tata chodził na mszę do kościoła katolickiego. Również pod wezwaniem św. Kanizjusza.
Pogmatwane? Owszem!
Oba kościoły dzieliła niecała mila, ale w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku mila irlandzka była bardzo długa. W tamtych czasach "prodzi" mieli lepszą muzykę, za to katolicy lepszą scenografię. Gavin Friday, mój kumpel z Cedarwood, mawiał: "Rzymski katolicyzm to glam rock religii" - ze świecami i psychodelicznymi kolorami: purpurą, szkarłatem i błękitem szat, dymem buchającym z kadzielnic i dzwoneczkami. "Prodzi" mieli lepsze dzwony, bo - jak mówił Gavin - "mogli sobie na nie pozwolić!". Dla sporej części irlandzkiej ludności protestantyzm szedł w parze z zamożnością. Jeśli ktoś wyznawał protestantyzm albo był zamożny, to znaczyło, że kolaboruje z wrogiem - Wielką Brytanią. Tak wyglądało dość pokrętne myślenie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Kościół Irlandii dostarczył całkiem sporo sławnych irlandzkich powstańców, a na południe od granicy jego kongregacja była pod każdym względem skromna. Niezwykle skromni, dalecy od bigoterii, bardzo mili ludzie. Można rzec, mili do bólu. Przyjęcia w ogródkach i sąsiedzkie wyprzedaże były tak słodkie, że robiło się niedobrze. Kościół Irlandii mógł człowieka zagłaskać na śmierć!
Tata darzył wielkim szacunkiem kościelną społeczność, w którą się wżenił, toteż po nabożeństwie, nieco dalej przy tej samej ulicy, wracał ze swojego kościoła św. Kanizjusza do naszego, czekał na żonę z synami i wszyscy jechaliśmy do domu.
Iris i Bob dorastali w podupadłej części śródmieścia Dublina okalającej główną ulicę Oxmantown Road, znaną pod lokalną nazwą Cowtown, ponieważ w każdy wtorek i czwartek odbywał się tam wiejski targ. Nieopodal znajdował się Phoenix Park, według legendy największy europejski park w centrum miasta. Iris i Bob uwielbiali tam spacerować i podziwiać swobodnie biegające jelenie. Bob - co nie było typowe dla "duba", jak zwano mieszkańców tej części Dublina - grał w parku w krykieta, a jego matka, babcia Hewson, słuchała BBC, żeby poznać wyniki turniejów języka angielskiego.
Irlandzka klasa pracująca nie grała w krykieta. Jeśli dodać do tego fakt, że tata oszczędzał na płyty z ulubionymi operami, zabierał żonę i jej siostrę na balet - oraz nie pozwalał, by Iris została "panią Mops", jak to nazywał, chociaż jej przyjaciółki czekał właśnie taki los - można odnieść wrażenie, że Bob miał coś ze snoba. Jego zainteresowania z pewnością odbiegały od normy ulicy, gdzie mieszkał. Właściwie cała rodzina mogła być trochę inna. Ani tata, ani jego brat Leslie nie mówili z silnym dublińskim akcentem. Tak jakby używali tylko głosu, jakim rozmawiali przez telefon.
Nazwisko taty, Hewson, również jest nietypowe - zarazem protestanckie i katolickie. Podczas tournée po Wielkiej Brytanii w eleganckim pubie widziałem wyrok skazujący Karola I na ścięcie. Jednym z siedmiu sygnatariuszy był niejaki John Hewson. Republikanin - dobrze. Jeden z siepaczy Cromwella? - źle.
Jako dzieciak zauważyłem, że Hewsonowie często żyli we własnych myślach, podczas gdy Rankinowie świetnie się czuli w swoich ciałach. Hewsonowie czasem za dużo myśleli. Na przykład mój tata nie odwiedzał własnych braci i sióstr, bo może akurat nie chcieli go widzieć. Musiał zostać zaproszony. Matka - z Rankinów - mówiła mu, żeby po prostu wpadł do rodzeństwa. Jej krewni stale do siebie wpadali. W czym problem? Jesteśmy rodziną. Rankinowie nieustannie się śmieją. Inaczej Hewsonowie, którzy mają charakter i to on stanowi źródło rozrywki. Całkiem ostry charakterek.
Możliwe, że odziedziczyłem odrobinę.
Istnieje jeszcze jedna różnica. Rodzina Rankinów jest podatna na udar mózgu.
Z pięciu sióstr Rankin trzy zmarły na wylew. W tym Iris.
Moja matka tylko raz słyszała, jak śpiewam publicznie. Grałem Faraona w musicalu Andrew Lloyda Webbera Józef i cudowny płaszcz snów w technikolorze. Tak naprawdę wcieliłem się w postać Elvisa. W jego kostiumie, z podwiniętą wargą sprawiłem, że widownia pękała ze śmiechu. Iris też nie mogła przestać się śmiać. Najwyraźniej zdziwiło ją, że umiem śpiewać i mam talent muzyczny, co było dziwne, ponieważ stale to sugerowałem.
Już jako mały chłopiec, sięgający głową klawiatury, byłem zauroczony pianinem. Taki instrument stał w naszym kościele i wszystkie chwile, które mogłem z nim spędzać sam na sam, były dla mnie święte. Godzinami sprawdzałem, jakie dźwięki wydają poszczególne klawisze albo co się stanie, jeśli przycisnę nogą jeden z pedałów. Nie wiedziałem, czym jest pedał sostuendo. Nie wierzyłem, że tak proste urządzenie może zamienić kościół w katedrę. Pamiętam, jak szukałem dłonią nuty, a następnie drugiej, która by się z nią rymowała. I jeszcze jednej. Urodziłem się z głową pełną melodii, szukałem więc sposobu, który pozwoliłby mi je usłyszeć.
Iris nie wypatrywała oznak talentu muzycznego, więc ich nie zauważyła.
Iris nie była romantyczką, ale osobą pragmatyczną. Kobietą oszczędną, szyjącą sobie ubrania. Kiedy moja babcia postanowiła sprzedać swoje pianino, nie owijając w bawełnę sugerowałem, że pasowałoby do naszego domu.
- Nie bądź głuptasem. Gdzie niby mielibyśmy je wstawić? - W naszym domu nie było miejsca na pianino.
Iris dostała szansę, żeby naprawić swój błąd. Kiedy miałem jedenaście lat, rodzice posłali mnie do szkoły podstawowej przy katedrze św. Patryka słynącej z chóru chłopięcego. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej dyrektor, pan Horner, spytał, czy chciałbym dołączyć do chóru. Serce zabiło mi szybciej, ale byłem jedenastolatkiem uważającym, że mam talent, do którego nie chciałem się przyznać. Wyczuwając moje zakłopotanie, Iris odpowiedziała za mnie:
- Nic podobnego. Śpiewanie go nie interesuje.
Ktoś mógłby uznać, że skoro dzieciak był najwyraźniej zaślubiony muzyce, zachowanie matki wskazywało na to, że miała słaby kontakt ze swoim drugim synem, ale ja tak nie myślałem. Iris nie stwarzała problemów, lecz je rozwiązywała. Postąpiła praktycznie.
Once we are born, we begin to forget
The very reason we came
But you I'm sure I've met
Long before the night the stars went out
We're meeting up again.
We wrześniu 1972 roku miałem dwanaście lat, chodziłem do pierwszej klasy szkoły Mount Temple. Szkoła podstawowa przy katedrze św. Patryka okazała się nieszczęśliwa zarówno dla nich, jak i dla mnie. Kroplą przelewającą czarę goryczy okazała się nauczycielka hiszpańskiego - znana jako Biddy - która, o czym byłem przekonany, skreślała zdania w moich wypracowaniach, nawet ich nie czytając. Czułem, że padłem ofiarą przemocy, ale to, co zaczęło się jako niewinny żart, zrobiło ze mnie agresora. Przy dobrej pogodzie Biddy wyjmowała lunch z przezroczystego plastikowego pudełka i siadała na parkowej ławce w cieniu św. Patryka, wspaniałej, największej w kraju katedry. Podczas przerwy na lunch chłopcy ze szkoły nie mieli wstępu do parku, ale udawało mi się wdrapać na ogrodzenie i pewnego dnia razem z kilkoma wspólnikami wrzuciliśmy do jej pudełka psie gówno. Zemściłem się za to, że Biddy uważała moje wypracowania za gówno. Możliwe, że trochę dostało się w jej włosy; naprawdę kiepska sprawa. Trudno się dziwić, że pod koniec semestru Biddy chciała pozbyć się gówniarza ze szkoły; zasugerowano, że lepiej mi będzie gdzie indziej. Na plan wkracza gimnazjum Mount Temple.
Mount Temple było wyzwoleniem.
Świecka, koedukacyjna szkoła stanowiła niezwykły w owym czasie eksperyment w konserwatywnej Irlandii. Zamiast I, II i III, sześć początkowych klas nazwano literami D, U, B, L, I, N. Ucznia zachęcano, żeby był sobą, tworzył i nosił własne ubrania. Do szkoły chodziły też dziewczyny. Również we własnych ciuchach.
Wyzwanie polegało na długiej podróży dwoma autobusami: z północno-zachodniej części miasta do centrum, potem na północny wschód. Chyba że jechało się na rowerze, a to właśnie zaczęliśmy robić z kumplem, Reggiem Manuelem. Na zboczu wzgórza nauczyliśmy się chwytać vana z mlekiem. Pewnie nigdy w życiu nie czułem się tak wolny jak w czasach, gdy razem z Manuelem pedałowaliśmy do szkoły. Jeśli zła pogoda uniemożliwiała jazdę na rowerach i skazywała nas na monotonną podróż autobusem, w piątek czekała nas nagroda. Przed szkołą lądowaliśmy w centrum i mogliśmy zajrzeć do sklepu płytowego Dolphin Discs na Talbot Street. Nadarzała się okazja, by gapić się na okładki takich albumów, jak Raw Power The Stooges czy Ziggy Stardust Davida Bowiego.
17 maja 1974 roku o 17.30 nie byłem w sklepie płytowym Dolphin Discs tylko dlatego, że z powodu strajku autobusowego musieliśmy pojechać do szkoły na rowerach. Zdążyliśmy wrócić do domu, kiedy ulice wokół Dolphin Discs wyleciały w powietrze po wybuchu bomby umieszczonej w samochodzie; druga eksplodowała na Parnell Street, trzecia na South Leicester Street. Trzy eksplozje nastąpiły w kilkuminutowych odstępach. Ekstremistyczna grupa ulsterskich lojalistów postanowiła uzmysłowić południowcom, czym jest terroryzm. Czwarta bomba eksplodowała w Monaghan. W sumie zginęły trzydzieści trzy osoby, w tym młoda matka w ciąży, cała rodzina O'Brienów oraz Francuzka, której rodzina przeżyła Holokaust.
Tamtego dnia ominęła mnie nie tylko kula, ominęła mnie rzeź, której nie uniknął jedenastoletni brat Guggiego, Andrew Rowen, ksywka Smoliste Gacie Delaney. Kiedy bomba wybuchła, samochód Guggiego i jego ojca, Robbiego Rowena, parkował na Parnell Street. Robbie zamknął Andrew w należącej do rodziny furgonetce, a sam próbował ratować ludzi po eksplozji. Przerażony Andrew patrzył na rozrzucone dokoła resztki ciał. Po latach zadzwoniłem do niego z pytaniem, czy mógłbym napisać o tamtym dniu piosenkę, Raised by Wolves. "Jedną chwilę", powiedział, a wróciwszy do telefonu, oznajmił, że trzyma odłamek bomby podłożonej w samochodzie. Czterdzieści lat przechowywał ten mały kawałek bomby, dowód traumy, która zabrała część Andrew. Przytaczam jego słowa. Kiedy skończył piętnaście lat, trafił do gazet, bo zastrzelił intruza, który wtargnął do sklepu rowerowego pilnowanego przez Andrew. Jako dwudziestolatek został heroinistą; spał na londyńskich ulicach. Poświęciłem Andrew piosenkę Bad.
Dalajlama mówi, że prawdziwą medytację nad życiem można zacząć tylko od medytacji nad śmiercią. Brzmi trochę gotycko, ale coś w tym jest. Skończoność i nieskończoność to dwa bieguny ludzkiego doświadczenia. Wszystko, co robimy, myślimy, czujemy, wyobrażamy sobie, wszystko, o czym dyskutujemy, spina pytanie, czy nasza śmierć jest końcem, czy początkiem czegoś innego. Trzeba mieć bardzo mocną wiarę, aby żyć bez wiary. Wielką moc charakteru, żeby oprzeć się starodawnym tekstom sugerującym życie po śmierci.
Kiedy miałem czternaście lat, to nie były abstrakcyjne pojęcia.
W poniedziałek 9 września 1974 roku kończę czternaście lat. Ojciec, niosąc na rękach moją matkę, przedziera się przez tłum, a ludzie rozstępują się przed nim jak barwne kule bilardowe rozbite białą. Ojciec spieszy się z matką do szpitala. Zemdlała przy grobie, kiedy opuszczano trumnę z jej ojcem.
"Iris zemdlała. Iris zemdlała".
Moje ciotki, kuzyni, kuzynki. Ich głosy szumią jak wiatr w liściach.
- Nic jej nie będzie, nic jej nie będzie. Tylko zemdlała.
Ćśś ćśś ćśś... szepcze wiatr... ze ze ze zemdlała... Irisss zzzemdlała. Zanim ja czy ktokolwiek inny zdążył mrugnąć lub pomyśleć, ojciec zapakował Iris na tylne siedzenie hillmana avengera; mój dwudziestojednoletni brat, Norman, usiadł za kierownicą samochodu przeznaczonego do ucieczek. Ale tamtego dnia nie dało się uciec od tragedii. Zostałem z kuzynami, żeby pożegnać się z dziadkiem, potem powlekliśmy się z powrotem do domu dziadka przy Cowper Street 8, gdzie mała kuchnia zamieniła się w fabrykę produkującą kanapki, biskwity i herbatę.
Odnoszę wrażenie, że w ciasnej kuchni o wymiarach dwa na dwa, z wygódką za domem, tłoczą się tysiące ludzi, a wszystkich w cudowny sposób udaje się nakarmić.
Zaledwie trzy noce wcześniej, w pięćdziesiątą rocznicę swojego ślubu, dziadek tańczył i śpiewał reel Michaela Finnegana. Tak świetnie się bawił, że jego dzieci obawiały się, że w nocy obudzi się i nie zdoła dotrzeć do łazienki. Postawiły mu wiadro przy łóżku. Dziadek pożegnał się z życiem, kopiąc w to wiadro. Zgadza się, naprawdę "kopnął w wiadro", kiedy w pięćdziesiątą rocznicę ślubu powalił go potężny zawał serca[5].
Dzisiaj wszyscy, siostry, bracia, kuzyni i kuzynki, tłoczą się w tym małym domku z czerwonej cegły, a choć dopiero co odbył się pogrzeb dziadka, chociaż Iris zemdlała, my, dzieciaki, biegamy i śmiejemy się z kuzynostwem. Tak długo, aż drzwi otwierają się z hukiem, wpada najmłodsza siostra i najlepsza przyjaciółka mojej matki, Ruth, z zapłakanym mężem, Tedem.
- Iris umiera. Iris umiera - łka Ted. - Miała wylew.
Wujek Ted zaczyna zawodzić, wszyscy gromadzą się wokół Ruth i Teda, chcąc poznać szczegóły.
Iris jest jedną z ośmiorga rodzeństwa spod ósemki. Ma cztery siostry: Ruth, Stellę, Pat i Olive, oraz trzech braci: najstarszy jest Claude, potem Alex, wreszcie Jack, ożeniony z Barbarą. Ci ostatni stali się moją drugą najbliższą rodziną. My i oni mamy na spółkę przyczepę turystyczną. Jack i Barbara obejmują Ruth i Teddy'ego. Podnoszę wzrok na Barbarę, która pod wieloma względami zastąpi mi matkę; widzę ciężar jej żalu. Czuję, jakby grawitacja stała się dwukrotnie silniejsza.
Barbara z trudem usiłuje wstać. Ruth, najbliższa mojej matce nie tylko z racji wieku, natychmiast przejmuje obowiązki po najstarszej siostrze i zaczyna organizować.
Dopiero po chwili ktoś zauważa mnie, najmłodszego syna Iris. Może nie powinienem akurat teraz słuchać wieści ze szpitala. Ale je słyszę. Mam czternaście lat i odczuwam dziwny spokój. Mówię rodzeństwu matki, że wszystko będzie dobrze. Ale nic nie jest dobrze. Nic już nie będzie dobrze.
Wszystko się zmieni.
Trzy dni później Normana i mnie przywożą do szpitala, żebyśmy pożegnali matkę. Jeszcze żyje, ale to jej ostatnie chwile. W szpitalu jest miejscowy duchowny Sydney Laing, z którego córką chodzę. Przed pokojem szpitalnym zawodzi Ruth. Jest też Barbara. I mój ojciec, w którego oczach jest chyba jeszcze mniej życia niż w oczach Iris. Norman i ja - w stanie wojny z całym wszechświatem - wchodzimy na ostry dyżur, na twarzy matki maluje się spokój. Trudno dostrzec, że znaczna część Iris już odeszła. Ktoś przypomina mi, że jeśli człowiek ma wiarę wielkości ziarenka gorczycy, może przenieść górę. Ale ta góra jest śmiertelnością mojej matki i nie chce usunąć się z drogi. Trzymamy Iris za rękę i mówimy do widzenia. Odgłos wyłącznika. Urządzenie podtrzymujące temperaturę ciała Iris zostaje wyłączone. Elektryczność. Szczątki doczesne. Już po nich.
The stars are bright but do they know
The universe is beautiful but cold.
Słowa ze starego bluesa: Sometimes I Feel Like a Motherless Child. Co takiego jest w stracie matki? Czy jakaś część dziecka czuje, że matka postanowiła odejść?
Porzucenie jest przypuszczalnie przyczyną paranoi. John Lennon, Paul McCartney, Bob Geldof, John Lydon - tak wielu wokalistów straciło matki w młodym wieku. Coś w tym musi być. Kumpel mówi mi o podobnym porzuceniu w świecie hip-hopu. Tam z kolei chodzi o porzucenie przez ojca.
Odgłosy bębnów, doniosłe tematy, silne emocje - zawsze uwielbiałem wielką muzykę. Piosenki to moje modlitwy. Poza tym mieszkam w piosenkach, a w takiej sytuacji chce się mieć pewność, że wystarczy miejsca. Rozmiary piosenki są ważne. Muszą pomieścić twoje życie emocjonalne. Wiele uczuć, których nie potrafiłem wyrazić jako młody człowiek z domu przy Cedarwood Road 10, znalazło ujście w piosenkach U2.
Te utwory stały się moim domem.
Pisząc piosenkę Iris, przyłapałem się na tym, że od śpiewania o matce zacząłem meandrować do śpiewania o Ali, co jest zrozumiałe, lecz niewybaczalne. Mężczyzna nigdy nie powinien przemieniać swej kochanki we własną matkę. To sztuczka, na którą może się nabrać troskliwa dziewczyna i którą samolubny chłopiec może wykorzystywać. Ale właśnie coś takiego się wydarzyło. Śpiewałem dla Iris, lecz po chwili było już inaczej.
You took me by the hand
I thought that I was leading you
But it was you made me your man
Machine
I dream
Where you are
Iris standing in the hall
She tells me I can do it all.
Pierwszym prezentem, jaki kupiłem Ali, była płyta Kraftwerk Man-Machine; wcześniej słuchała głównie płyt z kolekcji ojca, samych zapiewajłów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że gdy zabrakło matki, właśnie Ali miała stać się osobą, która we mnie wierzy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ale po latach, po śmierci mojego ojca, Ali wyjaśniła mi, że w pewien sposób winiłem go za śmierć Iris, a cały noszony w sobie gniew, gniew, który nadal potrafi mną zawładnąć, miał korzenie właśnie w żalu do ojca.
Iris playing on the strand
She buries the boy beneath the sand.
Iris says that I will be the death of her
It was not me.
Ten gniew to rock and roll.
Gniew, który wygania cię od kartki papieru na scenę. Co noc wyśpiewujesz siebie do tego gniewu i przebijasz się na drugą stronę.
To nie ja ją zabiłem; ty ją zabiłeś, bo ją ignorowałeś.
Mnie nie zignorujesz!
Iris.
Już nie śpiewasz piosenki; to ona śpiewa ciebie.
Najważniejszą, a zarazem najtrudniejszą podróżą, jaką ma odbyć każdy wykonawca, jest podróż od samoświadomości. Kiedy odnajdziesz właściwą drogę, scena stanie się miejscem, gdzie poczujesz się jak w domu i w osobliwy sposób staniesz się w pełni sobą.
Yeats to uchwycił.
"Gdy ciało mknie w spojrzeniach po melodii krańcach,
Jak mamy tancerkę odróżnić od tańca?"[6].
I was running down the road
The fear was all I knew
I was looking for a soul that's real
Then I ran into you
And that cherry blossom tree
Was a gateway to the sun
And friendship once it's won
It's won... it's won.
Mój ojciec był tenorem, i to dobrym. Potrafił poruszać ludzi swoim śpiewem, a jeśli pragniesz poruszać ludzi muzyką, najpierw musisz sam dać się jej ponieść. Widzę ojca stojącego w salonie domu przy Cedarwood Road. Z matczynymi drutami do dziergania w dłoniach stoi przed sprzętem stereo. Ojciec jest dyrygentem. Zdarza mu się dyrygować Beethovena, Mozarta oraz Elizabeth Schwarzkopf śpiewającą Cztery ostatnie pieśni Richarda Straussa.
Teraz akurat, z zamkniętymi oczami, w uniesieniu, słucha Traviaty.
Ojciec jest duchem nieobecny; muzyka całkowicie go pochłonęła. Niezbyt dobrze zna historię opowiedzianą w operze, ale ją czuje. Pewien ojciec umiera w ramionach syna. Rozdzieleni kochankowie znowu się spotykają. Mój ojciec wyczuwa niesprawiedliwość ludzkiego serca. Muzyka go rozbija. Nie widzi, że stoję w salonie i mu się przyglądam. Dopiero po wielu latach zacznę rozumieć, jaka opera rozgrywała się w jego głowie, ale najwyraźniej muzyka była jego jedyną ucieczką. Poza nią nie zauważał praktycznie nic.
Jeśli małe dziecko pragnie zostać piosenkarzem występującym na stadionach, ma przed sobą tylko kilka dróg. Dziecku można mówić, że jest niesamowite, że świat musi usłyszeć jego muzykę, że nie powinno "zakopywać talentu". Można też je ignorować. Takie podejście bywa nawet skuteczniejsze. Trudno wyjaśnić, czemu mój ojciec, tenor, okazywał całkowity brak zainteresowania głosem syna, ale niewykluczone, że właśnie ten brak zainteresowania okazał się decydujący.
Po odejściu matki dom przy Cedarwood Road stał się operą. Utknąłem w domu, gdzie trzej mężczyźni - dawniej pokrzykujący na telewizor - wydzierali się na siebie. Żyliśmy w gniewie i melancholii, żyliśmy w tajemnicy i melodramacie.
Tematem tej opery była kobieta imieniem Iris, a muzyka wzbierała, by zalać dom, ilekroć wspomniało się jej imię. Czyli nigdy, ponieważ właśnie w ten sposób trzej mężczyźni próbowali radzić sobie z żalem. Udając, że go nie ma.
Tak jak nie było Iris.
Trzej mężczyźni znaleźli sposób, by radzić sobie z żalem: nigdy o nim nie rozmawiali. W rezultacie jeden z nich - właściwie chłopiec - do dziś ma zbyt mało wspomnień o matce, by uchronić się przed zalewającą ją powodzią milczenia. Powodzią, która zatopiłaby też naszego bohatera, gdyby jego starszy brat nie rzucił mu liny ratunkowej.
Starszy brat doholował naszego bohatera do brzegu na drewnianej tratwie. Tratwą była gitara, zarazem lina ratunkowa i broń.
Mój brat, Norman, zawsze w praktyczny sposób podchodził do rozwiązywania problemów: inżynier, złota rączka, naprawiacz świata, który potrafił rozkładać rzeczy na części i składać je z powrotem. Umiał naprawić wszystko. Silnik motocyklowy, zegar, radio, sprzęt stereo. Norman kochał technologię, kochał też muzykę, a obie dziedziny połączyły się w dużym, chromowanym magnetofonie szpulowym Sony, który usadowił się pośrodku stołu, zajmując miejsce honorowe w naszym "dobrym pokoju". Przedsiębiorczy Norman zrozumiał, że dzięki magnetofonowi szpulowemu nie musi kupować płyt. Wystarczyło pożyczyć jedną od kumpla na godzinę, a miał ją na zawsze. Jego pokaźna kolekcja płyt długogrających i singli w znacznej mierze wypełniła moje życie wewnętrzne na początku lat siedemdziesiątych. Od Beatlesów do Bowiego, przez Rolling Stonesów, The Who, nawet folkowe numery Boba Dylana, Leonarda Cohena i Neila Younga.
Ponieważ w czasie, gdy chodziłem do Mount Temple, o siedem lat ode mnie starszy Norman już pracował, po powrocie ze szkoły mogłem liczyć tylko na towarzystwo magnetofonu szpulowego. Późnym popołudniem umierałem z głodu, ale zapomniałem, kim i gdzie jestem. Podobnie jak ojciec stanąłem przed głośnikami i zasłuchany w operę rockową Tommy pozwoliłbym, żeby dom spalił się do cna. Dym węgla drzewnego wypełnił kuchnię i zaczął przenikać do salonu.
Norman nauczył mnie grać na gitarze. Pokazał mi akordy C i G oraz znacznie trudniejszy F, przy którym należało przytrzymać dwie struny jednym palcem.
Akord F był szczególnie trudny na dość taniej gitarze Normana, w której struny znajdowały się w sporej odległości od gryfu. Ale to właśnie na tym instrumencie nauczyłem się grać If I Had a Hammer i Blowin' in the Wind. Norman miał śpiewnik Beatlesów, dzięki któremu posunąłem się dalej. Śpiewnik zawierał nie tylko akordy i nuty, ale także mnóstwo surrealistycznych rysunków. Mój kumpel Guggi próbował je kopiować, a ja uczyłem się grać I Want to Hold Your Hand, Dear Prudence i Here Comes the Sun na gitarze brata.
Norman i ja sporo się tłukliśmy. Miał porywczy charakter, ale podobnie jak tata był inteligentnym chłopakiem, który powinien był pójść na studia. Norman otrzymał stypendium bardzo szanowanej szkoły, zwanej po prostu Liceum. Ta szacowna protestancka szkoła średnia, kształcąca w kierunku matematyki i fizyki, zasłynęła jako Alma Mater Williama Butlera Yeatsa. Jednak Norman nie czuł się tam swobodnie w używanym mundurku, z używanymi podręcznikami i religią katolickiego ojca. Czuł się gorszy od protestanckich chłopaków z Southside.
Norman był urodzonym optymistą, oprócz chwil, gdy dopadała go melancholia. Wtedy naprawdę dołował. Był bardzo blisko z Iris; słyszałem, jak rozmawia z nią o dziewczynach, które mu się podobają, ale czuje, że są niedostępne. Pamiętam, jak udzielała mu rad w kwestii trądziku. Ona również świetnie radziła sobie z problemami.
Nie pamiętam, kiedy nauczyłem się grać w szachy, ale pewnie w lecie, w nadmorskiej miejscowości Rush, na północ od Dublina. Dziadek Rankin - ojciec mamy - miał stary wagon kolejowy, który przerobił na domek letniskowy. W "chacie" nie bardzo było co robić. Grano w karty, na przykład w 22, układano pasjanse, ale nawet w młodości niezbyt interesowało mnie szczęście. Interesował mnie natomiast mój tata, a kiedy nie grał w golfa, nie czytał albo nie bawił się ze szwagrami, próbowałem przyciągnąć jego uwagę. Pragnąłem jego uwagi. Pamiętam, jak idę po molo, czując na karku ciepło jego dłoni.
Kiedy miałem osiem, może dziewięć lat, tata nauczył mnie grać w szachy i szybko zafascynowały mnie permutacje i kombinacje. Zanim zacząłem zgłębiać sprawdzone, wypracowane debiuty, próbowałem tworzyć własne.
Początkowo sądziłem, że tata daje mi wygrywać, ale po pewnym czasie spostrzegłem, że tak nie jest. Oto znalazłem sposób, by oderwać jego uwagę od innych rzeczy i sprawić, żeby skupił ją na mnie. Uzyskać nad nim przewagę, wygrać! Bob nie lubił przegrywać, a może właśnie wtedy odkryłem, że ze mną jest podobnie. Szachy dały mi jedną z najważniejszych lekcji życiowych: polegały nie na szczęściu, ale na strategii, a dobra strategia zazwyczaj jest mocniejsza niż szczęście. Mocniejsza nawet niż pech.
Na długo zanim moje życie nastolatka miało zostać zmiażdżone i uniesione przez dwie potężne siły - dziewczyny i muzykę - rozwinąłem skryte życie z dwoma błyskotliwymi i zabawnymi szachistami z sąsiedztwa, Niallem Byrnem, mieszkającym dwa domy dalej, oraz Josephem Marksem z Cedarwood Park. W miarę, jak graliśmy coraz lepiej, trudniej było o dobrą partię, zaczęliśmy więc brać udział w turniejach szachowych dla dorosłych. Nie trzeba być geniuszem psychologicznym, aby rozkminić, którego dorosłego warto ograć, żeby poczuć dreszczyk nieporównywalny z żadnym innym. Uwielbiałem grać przeciwko dorosłym, którzy zaczynali lekceważąco, czytając gazetę; rywalizacja z dzieciakami była poniżej ich godności. Moją ulubioną odmianą szachów były gry błyskawiczne. Miałem dziesięć lat i zbijałem z pantałyku ludzi pięć lat starszych; goniłem ich po całej szachownicy. Zupełnie nowy rodzaj frajdy.
Zaczynało do mnie docierać, że chociaż wiele rzeczy, które innym ludziom sprawiały trudności, przychodzi mi z łatwością, to mam problemy z wieloma rzeczami, które innym szły jak z płatka. Raczej nie chodziło o dysleksję, bo czytałem bez problemów, ale mimo że radziłem sobie w szkole, zaczynałem się bać, że nie osiągnę wybitnych wyników. Po przyjściu do Mount Temple wyraźnie podciągnąłem się w nauce, w szkole św. Patryka szło mi jeszcze lepiej, ale po śmierci Iris straciłem całą koncentrację.
Nauczyciele biadolili nad moimi bazgrołami, podczas gdy ojciec pięknie kaligrafował listy do ciała pedagogicznego. Pytali, czemu nie zauważałem pomijania całych fragmentów wypracowań albo dlaczego radzę sobie z trudniejszymi zadaniami matematycznymi, a z łatwiejszymi już nie. Nie umiałem wyjaśnić.
Uwielbiałem poezję i historię, ale nie czułem się równie inteligentny jak koledzy. Stopniowo nabierałem przekonania, że jestem głupi, co z kolei wzbudzało mój gniew. W głębi duszy bałem się, że jestem przeciętny. Jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że całe moje życie stanie się walką z przekonaniem, że każdy człowiek jest przeciętny. Poeta Patrick Kavanagh ujął to słowami: "Nikt nie musi być przeciętniakiem, jeśli zaakceptuje siebie takim, jakim stworzył go Bóg".
W wielu dziedzinach traciłem pewność siebie. Przestałem grać w szachy nie dlatego, że ich nie kochałem, ale zacząłem uważać, że nie są "cool". Zabrakło matki, która powiedziałaby mi, że żadna rzecz cool nie jest "cool".
Po zarzuceniu gry w szachy Bob i ja rywalizowaliśmy w rozmowach, a chociaż niewiele mu pyskowałem, to jednak robiłem to na tyle często, że dochodziło do eskalacji. Przed śmiercią Iris walczyliśmy niemało, ale po jej odejściu jeszcze więcej. Starcia miały zazwyczaj charakter werbalny; tylko czasami ojciec mówił, że musi nad sobą zapanować, bo inaczej mnie zdzieli. Kłótnie przybierały nieprzewidzianą postać. Norman jeszcze dolewał oliwy do ognia. Niewykluczone, że czasem lądował na ziemi. Bob kilka razy mnie zdzielił, ale nigdy nie oddawałem, chociaż kilka razy go przytrzymałem.
Sleepwalking down the road
I'm not waking from these dreams
Alive or dead they're in my head
It was a warzone in my teens
I'm still standing on that street
Still need an enemy
The worst ones I can't see
You can... you can.
Między ojcem i synem jest jednak coś szczególnego. Gęsta atmosfera, ściana powietrza. Jeśli syn przebije ją uderzeniem, sprawy już nigdy nie będą takie same.
Norman był wściekły.
Bob był wściekły.
Ja byłem wściekły.
Mój gniew brał się po części z przekonania, że coś w sobie mam, ale nie potrafię tego odkryć. Z wiedzy, że jestem bystry, ale niewystarczająco bystry w szkole.
Do tego dochodziła wściekłość związana ze śmiercią matki. Wierzyłem, że z tego wyjdzie, tak się jednak nie stało. Przecież powiedziałem jej siostrze, że Iris wyzdrowieje. Pocieszałem moje ciotki, mówiąc, że wszyscy z tego wyjdziemy.
Jednak modlitwy nie zawsze są wysłuchiwane. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem.
Jestem wściekły, może nawet w szalony, irracjonalny sposób obwiniam ojca o to, że jako głowa rodziny ponosi odpowiedzialność za jej zniszczenie.
Skoro wszyscy mamy teraz problem, to znaczy, że właśnie on ponosi winę.
Chociaż Bob Hewson był zaślubiony muzyce, podobnie jak jego żona nie proponował, żebyśmy kupili pianino. Nigdy też nie pytał o moje postępy muzyczne. Uwielbiał rozmawiać o operze, ale nie z synami. Czytał Szekspira, malował, występował na scenie. Wśród dublińczyków z klasy pracującej takie przypadki się zdarzały, ale były niezwykłe. Bob miał wyrafinowany gust.
Jego największą namiętnością była jednak muzyka. Wiele lat po śmierci Iris sprawiał, że gromada odwiedzających go krewnych topniała do garstki, gdy zaczynał śpiewać For the Good Times Krisa Kristoffersona. Nadal się zastanawiam, czy śpiewał ją z punktu widzenia mojej matki: "Dam sobie radę, znajdziesz inną" itd. Bob, niezły manipulant, wysokim falsetem rozbijał serce jak jajko na miękko. Obdarzony naprawdę dobrym tenorem powiedział mi kiedyś, że jestem "barytonem, który myśli, że jest tenorem". Kąśliwa krytyka, przy tym dość trafna.
Jestem barytonem, który myśli, że jest tenorem.
Kiedy myślę o operze i moim tacie, nie mam przed oczami tylko Boba zasłuchanego w Traviacie czy Tosce albo, później, w pomarańczowym makijażu śpiewającego na scenie w zespole Coolock Musical Society wszystko, od The Mikado do H.M.S. Pinafore. W kontekście opery i taty rozumiem też operę w jej aspekcie udręki, bo chociaż Bob Hewson śpiewał lekkie opery, kłębiły się w nim emocje ciężkiego kalibru. Słowo "operowy" opisuje też dobrze naszą relację. Byłem gniewnym nastolatkiem, on zaś gniewnym dorosłym, Irlandczykiem, który nie wiedział, co począć z nastolatkiem. Człowiekiem swoich czasów, niezainteresowanym synami, ale oto został samotnym rodzicem, co wcale mu się nie podobało. Zależało mi na jego uwadze, ale i we mnie tkwiły ziarna aktora, ci zaś nie cierpią, kiedy się ich ignoruje.
If the door is open it isn't theft
You cannot return to where you've never left
Blossoms falling from a tree they cover you and cover me
Symbols clashing, bibles smashing
You paint the world you need to see
Sometimes fear is the only place we can call home
Cedarwood Road.
Czytelny melodramat. Syn obwinia ojca o stratę matki i kres życia rodzinnego. Młody byczek atakuje starego byka.
Ojcobójstwo. Temat wielkich oper. Muzyka U2 tak naprawdę nie była rock and rollem. Pod współczesnym sztafażem kryje się opera: doniosła muzyka, silne emocje wyrażane w formie współczesnej muzyki pop.
Zawodził, zataczał się, próbując wytłumaczyć niewytłumaczalne. Próbował uwolnić siebie i każdego, kto zechciał słuchać, z więzienia ludzkiej egzystencji, gdy nie sposób wytłumaczyć żałoby.
Może Bob nie traktował mnie poważnie jako nastolatka, bo widział, że sam traktuję siebie całkiem serio. Mimo to, zwłaszcza kiedy śpiewam, nadal słyszę w głowie jego głos. Sądziłem, że stoi mi na drodze, ale może pragnął mocnych podstaw dla syna, a tych było jak na lekarstwo w Dublinie lat siedemdziesiątych. Bob uważał, że marzenia prowadzą do rozczarowań, i nie życzył ich synowi.
Muszę podziękować mu za jego cierpliwość.
Nie zdążyłem przeprosić go za bycie takim dupkiem, zanim odszedł.
Po śmierci Iris Cedarwood Road 10 przestało być gniazdem rodzinnym. To był tylko dom. Najczęściej wracałem tam po lekcjach w Mount Temple z konserwą mięsną, puszką fasoli i torebką Cadbury's Smash. Cadbury's Smash było jedzeniem dla astronautów, ale po jego spożyciu nie czułem się jak Starman Davida Bowiego czy Rocket Man Eltona Johna. Przynajmniej jednak przygotowanie nie nastręczało trudności. Wystarczyło zalać wrzątkiem drobne granulki, a zmieniały się w puree ziemniaczane. Dodawałem je do tego samego garnka, w którym właśnie podgrzałem fasolę z puszki. Oraz mięso z puszki. Obiad jadłem z garnka przed kolorowym telewizorem, chociaż sama czynność była wybitnie czarno-biała.
Ani gotowanie, ani zamawianie jedzenia nie sprawiają mi przyjemności, co może bierze się z czasów, kiedy jako nastolatek sam musiałem sobie gotować. Wtedy jedzenie było wyłącznie paliwem. Kupowaliśmy tani napój gazowany w proszku o nazwie Cadet Orange, ponieważ zawierał dużo cukru i człowiek mógł długo funkcjonować. Po wypiciu ohydnej oranżadki nie miało się ochoty na nic przez wiele godzin. Piliśmy ją, kiedy kieszonkowe na żarcie wydałem na coś ważniejszego, na przykład singiel Hello Hooray Alice'a Coopera.
Czasami na podobne zakupy w sklepie muzycznym - na album Abraxas Santany czy Paranoid Black Sabbath - wydawałem pieniądze przeznaczone na jedzenie dla całej rodziny. Przyznaję, że kiedy do tego doszło, musiałem pożyczać w sklepie wszystkie produkty z listy zakupów... i nie oddawałem pożyczki. Nic trudnego... oprócz bochenka pokrojonego chleba, który trudno chowało się pod blezerem. Owszem, byłem uczciwy w swojej nieuczciwości, ale nie czułem się z nią dobrze. W wieku piętnastu lat pożegnałem się z życiem zbrodni i kary; wybrałem drogę handlu i sprzedawania kalendarzy.
Dobry los i fortuna spadły nam z nieba w 1975 roku, kiedy Norman dostał pracę na lotnisku w Dublinie. W latach siedemdziesiątych lotniska były jeszcze barwniejsze niż kolorowa telewizja, zwłaszcza kiedy byłeś pilotem.
Norman złożył aplikację na pilota, ale z powodu astmy nie przyjęto go na program treningowy. Dostał za to pracę w Cara, wydziale komputerowym krajowych linii lotniczych Aer Lingus. Norman wmówił sobie, że komputery są barwniejsze niż lotniska i - jak tylko zarobił trochę forsy - postanowił nauczyć się pilotażu małych samolotów.
Obserwowanie startujących i lądujących odrzutowców jest osobliwą i cudowną medytacją. Dla ludzi pokroju Normana może się ona stać żarliwą pasją. W każdy weekend na dublińskie lotnisko ściągały tysiące maniaków samolotowych, żeby patrzeć, jak maszyny latające zadają kłam grawitacji i startują do lotu w inne, odległe strony. Każdy lot stanowił podświadome przypomnienie, że w razie potrzeby z Irlandii można się wyrwać. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ponad pół miliona Irlandczyków kupiło bilety w jedną stroną.
Dobry los, który uśmiechnął się do taty, Normana i mnie, mieszkańców domu przy Cedarwood Road 10, zaledwie trzy kilometry od końca pasa startowego 2, polegał na tym, że Norman przekonał swoich szefów w Cara, by pozwolili mu zabierać do domu niewykorzystane posiłki dla pasażerów Aer Lingus. Czasami były jeszcze ciepłe, kiedy wnosił je do naszej kuchni, gdzie przez dwadzieścia trzy minuty podgrzewało się je w piekarniku w temperaturze 185 stopni Celsjusza.
Wysoce egzotyczny zestaw: stek wieprzowy z ananasem, włoska potrawa o nazwie "lasagna" albo deser, w którym ryż nie był już puddingiem mlecznym, ale doznaniem smakowym z groszkiem. Powiedziałem Normanowi, że to najohydniejszy deser, jaki jadłem.
- To nie jest deser, a tak na marginesie, połowa świata codziennie je ryż.
Norman wiedział rzeczy, o których inni nie mieli pojęcia. Wyobraźcie sobie, że codziennie na główny posiłek jecie pudding ryżowy. Ojciec i ja byliśmy co prawda dumni, że dzięki Normanowi nie musieliśmy już kupować żywności ani nawet gotować, ale po sześciu miesiącach pamiętaliśmy tylko posmak tacek aluminiowych. Nocą potajemnie pałaszowałem płatki kukurydziane z zimnym mlekiem zamiast żarcia samolotowego.
Myślałem, że wybawienie pojawiło się w postaci innego cudu kulinarnego, tym razem w Mount Temple, kiedy ogłoszono koniec epoki pudełek z lunchem i wstał świt szkolnych obiadów. Wyobraźcie sobie fanfary i wiwaty: tak wielkie było nasze podniecenie. Moja radość trwała jednak krótko. Obiady, wyjaśnił dyrektor Medlycott, nie będą przygotowywane w szkolnej stołówce. Nie starczyłoby miejsca. Van będzie je dowozić w blaszanych skrzynkach... z pieprzonego dublińskiego lotniska! Dyrektor obwieścił z dumą, że przez dwadzieścia trzy minuty będą podgrzewane w temperaturze 185 stopni w nowych piecach elektrycznych, za które zapłaciła rada szkoły.
Jeszcze nigdy nie leciałem samolotem, a mój romans z lataniem już się skończył. Żarcie samolotowe na lunch, żarcie samolotowe na podwieczorek - tego nie mógł wytrzymać żaden aspirujący gwiazdor rockowy. Z czasem ten konkretny aspirant wraz z zespołem miał się wzbić w niebo, a w trakcie naszych początkowych lotów liniami Aer Lingus wyglądałem przez okno, próbując wypatrzyć Cedarwood Road. Kiedy wreszcie opuściłem to miasteczko i małą wyspę, kiedy wzbiłem się ponad płaskie pola, nudne przedmieścia, mój umysł wypełniły wspomnienia budki telefonicznej na naszej ulicy, nastolatków z połamanymi zębami i pękniętymi sercami, słodko-gorzkich sąsiadów oraz wibrujących życiem gałęzi drzewa wiśniowego między naszym domem pod dziesiątką a domem Rowenów pod piątką. W takim momencie przychodziła stewardesa i stawiała przede mną tackę z folii aluminiowej.
[...]
Tytuł oryginału: SURRENDER. 40 SONGS, ONE STORY
Redakcja: Filip Modrzejewski, Alicja Szara
Weryfikacja tłumaczenia: zespół Wydawnictwa Agora
Korekta: Teresa Kruszona, Diana Salmanowicz
Projekt okładki: Bono, Gavin Friday and Shaughn McGrath
Zdjęcia na okładce: ? Anton Corbijn
Zdjęcie autora: ? John Hewson
Ilustracje: Bono
Kreacja: Bono, Gavin Friday
Konsultacja merytoryczna: Zbyszko Zalewski
Skład: Maciej Trzebiecki
Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
Copyright ? by Agora SA, 2022
Copyright ? 2022 by Bono
All rights reserved. Published in the United States by Alfred A. Knopf, a division of Penguin Random House LLC, New York, and distributed in Canada by Penguin Random House Canada Limited, Toronto.
? Copyright for the Polish translation by Paweł Lipszyc 2022
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2022
ISBN: 978-83-268-4058-6
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej