Supły i odpryski - Kazimierz Kozaryn

Kup ebooka

42.99 zł
34.39 zł (31,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

David nie mógł zasnąć. Z każdym uderzeniem zegara w salonie na dole jego umysł stawał się coraz bardziej rozbudzony. Patrzył w sufit, jakby zaklinanie go mogło skończyć proces przewracania się z boku na bok. Kolejne minuty mijały i zmieniały się w godziny, a on wciąż miał otwarte oczy. Na pewno byłoby łatwiej, gdyby jutro nie miał ważnego spotkania. Jego ciało wołało o odpoczynek, lecz świadomość nadal układała i analizowała fakty, jakby właśnie przeprowadzał defragmentację dysku.

Bezsenność nieustępliwie trzymała go w swoich szponach. Mimo że leżał w sypialni na piętrze, tej nocy każdy, nawet najcichszy dźwięk w domu zdawał się rezonować w ścianach jego pokoju. Poczucie niepokoju narastało, a myśli o tym, co chciałby powiedzieć następnego dnia, krążyły w jego głowie.

Dzień dobry, jestem David Smith i całe życie zawodowe pracowałem w branży IT. Przez lata zdobywałem doświadczenie, pracując na różnych stanowiskach w różnych firmach. Moja wiedza i...

- Kurwa - wyszeptał, zerkając w stronę leżącej obok Emmy. Na szczęście spała głęboko i nie miała pojęcia, z czym się teraz zmaga.

Dobrze, zaczynamy jeszcze raz. Który, trudno zliczyć.

Nazywam się David Smith i całe życie zawodowe przepracowałem w branży IT. Przez lata zdobywałem doświadczenie, pracując na różnych stanowiskach w różnych firmach. Moja wiedza i umiejętności - zaakcentował słowo, którego mu zabrakło - sprawiają, że czuję się na siłach, aby objąć stanowisko, o którym mowa.

Objąć? Chryste, to nie jest panna z balu maturalnego, tylko stanowisko. Wiedział, że można wszystkiego nauczyć się na pamięć, ale stres, niepewność i jakikolwiek drobiazg na rozmowie może wywalić całą treść do góry nogami, a on zostanie z otwartą buzią, zacinając się jak przed chwilą.

Moja wiedza i umiejętności sprawiają, że czuję się na siłach rozpocząć pracę na tym stanowisku.

Faktycznie, jego wiedza i umiejętności pozwoliły mu na rozwijanie swojej kariery zawodowej, jednak teraz, kiedy był mocno po czterdziestce, napotykał trudności w znalezieniu nowej sensownej pracy. Może to wynikało właśnie z tego, że nie umiał o tym składnie opowiadać profesjonalnymi słowami. Może nie umiał, ponieważ coraz mniej rozmawiał z ludźmi. Z jednej strony wiedział, że nie może sobie odmówić determinacji w poszukiwaniu pracy, ale też czuł, że kolejne odmowy - nazwijmy to wprost - odrzucenia i niewątpliwe porażki powodowały, że zaczął w sobie gasnąć. Czuł się przytłoczony trudnościami związanymi z bezrobociem i świadomością tego, że jego umiejętności nie są doceniane na współczesnym rynku pracy, który - chyba - był dla niego już zbyt rozpędzony, rozchwiany i coraz bardziej nieprzewidywalny.

Wszystko to powodowało, że spędzał coraz więcej czasu w swoim pokoju, wpatrując się w ekran komputera, gdzie ślęczał godzinami na branżowych portalach, próbując odświeżać stare znajomości, przeglądając ogłoszenia, ale też trwoniąc czas na skakanie ze strony na stronę i czytanie informacji pisanych przez kretynów językiem dla kretynów.

Mimo swojego zrozumienia dla zmiany - przecież sam napędzał postęp technologiczny, perorował na temat zbawiennego wpływu innowacji takich jak sztuczna inteligencja, automatyzacja czy dalszy rozwój digitalizacji i Internetu - chyba wszystko stało się w jego przekonaniu za szybko. Liczył, że będzie miał jeszcze spokojne kilkanaście lat, a zamiast tego nagle się okazało, że pewnego dnia obudził się w środku rewolucji, przez którą zmieniło się funkcjonowanie firm, społeczeństwa i rynku pracy.

W takich chwilach jak teraz, w środku nocy, zmieniający się świat i niestabilność wydawały mu się coraz bardziej przerażające. Ponad dwa lata cholernej pandemii sprawiły, że czuł się nią oblepiony. Mimo dystansu społecznego, maseczek i częstszego niż zwykle mycia rąk czuł się bardziej brudny niż wcześniej. Niestety, należał do ludzi, którzy przejmowali się tym, co dla innych było głupotami, na przykład kryzysem klimatycznym, degradacją środowiska naturalnego czy zmianami w pogodzie. Do tego wszystkiego dochodzili rządzący - przyspawani do swoich stołków, za okrągłymi słowami ukrywali coraz więcej przekrętów, napychania swoich prywatnych kieszeni nie wiadomo skąd płynącymi pieniędzmi i sztucznymi zrywami w celu rozwiązania stworzonych przez siebie problemów. Rozumiał logikę współczesnego świata, ale nie mógł pozbyć się uczucia beznadziei i frustracji, które towarzyszyły mu każdego dnia.

Westchnął głęboko, żeby przerwać nawałnicę myśli. Wiedział, że musi sobie uporządkować wszystko w głowie jeszcze raz, aby jutro zabrzmiało to jasno i klarownie. Na początku swojej kariery zaczynał jako zwykły programista, był odpowiedzialny za tworzenie oprogramowania oraz naprawianie błędów innych. Tych było mnóstwo. Cały e-commerce raczkował; ludzie chcieli mieć paczki w domu tylko dlatego, że mieli u siebie Internet. To jeden z tych procesów, o których się nie myśli i który traktuje się jako coś oczywistego. Tymczasem tak naprawdę to cholerne połączenie przewodów, serwerów, algorytmów i kodów, które muszą ze sobą współpracować, aby wszystko sprawnie działało. Nałóż na to jeszcze problemy z logistyką, ciągłością łańcuchów dostaw, plus rosnące koszty wszystkiego i zrozumiesz, w co tu się tak naprawdę gra.

Wiedział, że będzie musiał opowiedzieć o swojej karierze, o tym, jak z biegiem czasu zdobywał coraz więcej umiejętności, uczestniczył w różnych projektach i stopniowo awansował na wyższe stanowiska. Powinien wspomnieć o tych trudnych chwilach, gdy był zmuszony do pracy po nocach, by naprawić błędy lub realizować ważne projekty na czas, ale wiedział, że nie warto. Teraz, po latach, nie miało to już żadnego znaczenia dla tych żółtodziobów zajmujących się rekrutacjami, którzy - być może - dopiero stawiają swoje pierwsze kroki w zawodzie. To już nie miało żadnego znaczenia.

Na pewno będzie musiał wspomnieć o przełomowych momentach, które uczyniły go bardziej doświadczonym programistą i menedżerem. Może powiedzieć o nauce nowego języka programowania, udziale w konferencjach branżowych czy realizacji ambitnych projektów, z których każdy okazał się sukcesem mimo powstawania coraz bardziej zaawansowanych platform, narzędzi i technologii. To one ułatwiały zarówno tworzenie, jak i korzystanie z usług, bo tacy kreatywni ludzie jak on dorobili się garba i tracili wzrok, wgapiając się w monitory.

Cóż, opisując swoje doświadczenia z tym związane, trzeba pamiętać, żeby podkreślić, jak ważna jest adaptacja i ciągłe uczenie się w dynamicznie zmieniającym się świecie. Powinien zakończyć swoje wystąpienie refleksją nad tym, jak ta zmiana wpłynęła na jego życie zawodowe i osobiste. Jakie byłoby to ożywcze powiedzieć, jak bardzo tego nienawidzi i co myśli o ciągłym dostosowywaniu się do przyszłości. Mógłby dodać, że choć przyszłość Ziemi jest niepewna, to jego przyszłość jest oczywista i zakończy się w jakimś cholernym piecu krematoryjnym, bo nawet miejsc na cmentarzach będzie coraz mniej.

Tak, ale żarty na bok. Trzeba zmusić się do uporządkowania myśli, aby wypaść na profesjonalistę potrafiącego w sposób klarowny i przekonujący przedstawić swoją historię podaną z odpowiednią dawką luzu i poczucia humoru.

Prawda wyglądała następująco: pracował dla kilku mniejszych firm, zdobywał cenne doświadczenie oraz szlifował swoje umiejętności w programowaniu. Zmieniał miejsca pracy na lepsze, aby po kilku latach przepracowanych na tym samym stanowisku awansować na starszego programistę, gdzie dodatkowo zajmował się mentoringiem młodszych członków zespołu i wprowadzał innowacyjne rozwiązania.

W miarę upływu czasu został awansowany na stanowisko kierownika projektu, naprawdę ważnego projektu informatycznego i był odpowiedzialny za zarządzanie zespołem programistów, planowanie działań, kontrolowanie budżetu oraz dbanie o terminowość i jakość dostarczanych rozwiązań. Po zakończeniu tego kontraktu pracował dla kilku dużych i bardzo dużych firm w międzynarodowym środowisku.

To wszystko prowadziło do pewnego grudniowego dnia, kiedy został wezwany do prezesa i dowiedział się, że od pierwszego stycznia obejmuje stanowisko dyrektora IT. Wtedy po raz pierwszy był odpowiedzialny za zarządzanie całą infrastrukturą, wdrażanie nowych technologii, a także koordynowanie pracy dużych zespołów programistów, testerów, administratorów, analityków i wszystkich tych, którzy potrafili chociaż parzyć dobrą kawę. Z biegiem czasu był również często angażowany w strategiczne decyzje biznesowe firmy, które miały wpływ na kierunek jej rozwoju.

Następny krok podjął ktoś inny. Dwóch panów prezesów - jeden stąd, drugi ze Stanów - latało do siebie przez prawie rok. Spędzili oni niezliczone godziny na telekonferencjach, aby któregoś pięknego dnia stanąć obok siebie i naprzeciwko wszystkich pracowników firmy. Wtedy to padło słowo fuzja i niezliczona ilość frazesów, których nikt nie rozumiał.

W tym przypadku, w oficjalnym komunikacie można było przeczytać, że "fuzja dwóch firm oznacza, że połączyły one swoje zasoby, kompetencje i wiedzę w celu osiągnięcia większej wartości rynkowej i konkurencyjności. Ta fuzja miała też na celu zwiększenie efektywności, rozszerzenie oferty produktów i usług, zdobycie nowych klientów oraz poszerzenie zasięgu geograficznego". Cóż, to wszystko prawda, ale oczywiście nie cała.

Miejscowy prezes George Harrington - lekko pomarszczony, ale ciągle jeszcze w formie, konserwatywny prawie siedemdziesięciolatek, doświadczony, starszy pan pochodzący z Oksfordu, z niewątpliwie bogatym doświadczeniem zawodowym, ale tylko z jednej firmy, i to tej, którą założył, a teraz sprzedawał - sprawiał wrażenie osoby eleganckiej i dystyngowanej. Jego postawa, wygląd zewnętrzny, a nawet wyraz twarzy były na wskroś klasyczne. Włosy siwe, zaczesane do tyłu, twarz zaś trochę naciągana, ale nie aż tak bardzo, aby utracić rozpoznawalność nawet przez dawnych znajomych; dla niepoznaki tu i ówdzie porysowana zmarszczkami, które miały świadczyć o jego wieku, doświadczeniu, ale przede wszystkim o pozycji społecznej. Nie ukrywał, że był zwolennikiem tradycyjnych metod zarządzania, cenił etykietę i kulturę biznesową tak samo jak uprzejmą, wyważoną i elokwentną komunikację. Ludzie mówili, że wykazywał się sporym obyciem w biznesie, dobrym rozeznaniem i intuicją zarówno w podejściu do sprawowania władzy, jak i w doborze współpracowników. Ukończył siedem maratonów i lubił określać siebie jako zwolennika długoterminowych strategii, który zawsze stara się utrzymać stabilność i ciągłość w działaniu firmy.

Drugi prezes, Jake L. Thomassen, był młodym i rzutkim Amerykaninem. Niewątpliwie sprawiał wrażenie ambitnego i dynamicznego; osiągnął sukces w biznesie dzięki swojej przedsiębiorczości, innowacyjności i adaptacji do szybko zmieniającego się rynku, a to należało tłumaczyć jako wejście do firmy, wyciśnięcie wszystkiego, co najlepsze i porzucenie na poboczu jak zużytego kondoma. Wyglądał nowocześnie i nieformalnie, często ubierał się w jeansy, luźne koszule, koszulki polo i sportowe obuwie. Zdawał się tym obwieszczać światu, że niczego się nie boi, a cała reszta to tylko konwenanse bez znaczenia. Na końcu liczył się jedynie wynik finansowy, z dowożeniem którego najwyraźniej nie miał problemu.

Sprawiał wrażenie zawsze pełnego zapału i entuzjazmu. Jak się do czegoś zapalał, to wierzył do końca, a pojawiające się problemy były jedynie drogą do celu. Nie bał się ryzyka i podejmowania śmiałych, ale jednocześnie dobrze skalkulowanych decyzji. Z łatwością korzystał z najnowszych technologii i narzędzi komunikacyjnych, które pozwalały mu na bieżąco śledzić rozwój rynku. Tak właśnie dotarł do Harringtona i w końcu dostał to, czego chciał, a David i inni z czasem poznali prawdziwe znaczenie i konsekwencje słowa fuzja.

Zaczęło się od integracji zespołów, które były tak samo różne jak szefowie. Pracownicy obu firm musieli się dostosować do nowego środowiska pracy, co oczywiście mogłoby wiązać się z wymianą wiedzy, kultury korporacyjnej i wzajemnym poznaniem, ale życie było bardziej trywialne.

Pierwszym problemem okazała się różnica czasu. Nie potrafili pracować wspólnie, bo najzwyczajniej w świecie pracownicy przejmującej firmy spali, kiedy Brytyjczycy pracowali, a później pisali maile, kiedy wszyscy w Londynie chcieli siedzieć z piwem w ręce i mieć swój osobisty święty spokój. Kolejnym szumnym przesłaniem, tłumaczącym biznesowy związek, była konsolidacja produktów i usług. Założenia jak zawsze były sensowne, ale szefostwo i ludzie z tej firmy, która miała pieniądze i mogła sobie pozwolić na kupno drugiej, zawsze żyją w poczuciu, że wszystko wiedzą najlepiej. Po prostu weszli do świata firmy, która została kupiona, bez pukania do drzwi, bez powiedzenia "Cześć", a kiedy już się odzywali, to robili to z wyraźnie widoczną wyższością, jakby sami własnymi rękami zbudowali cholerną Dolinę Krzemową w czasie, kiedy ci, bez pieniędzy, jeszcze używali do pracy liczydeł.

Ta fuzja miała prowadzić do wielu pięknych rzeczy, ale zanim większość z pracowników mogła się o tym przekonać, poznali oni kolejny biznesowy kamień milowy zwany restrukturyzacją istniejących produktów i usług, tworzeniem nowych ofert i eliminowaniem tych, które się dublują. Problem w tym, że najbardziej dublowali się ludzie, więc najprościej było uznać, że kolejnym krokiem będą konieczne zmiany w strukturze zarządzania, co należało rozumieć jako awanse Amerykanów za zasługi przy wcześniejszych projektach i zwolnienia po stronie kupionych. W każdym razie powołano nowy zarząd, kilku dyrektorów i powstał nowy, amerykański dział kontrolingu.

David czuł się stosunkowo bezpiecznie, ponieważ wiedział, że cała operacja integracji systemów informatycznych jest na tyle skomplikowana i obarczona sporym ryzykiem dla kogoś z zewnątrz, że nikt nie będzie chciał wziąć na siebie tak dużej odpowiedzialności. Wiadomo było od początku, że wszystkie bazy danych, aplikacje, infrastruktura sieciowa czy systemy zarządzania musiały być kompatybilne z amerykańskimi, a jednocześnie nie mogło dojść do załamania systemów, na których pracowali klienci obu firm. Na pewno zadanie było czasochłonne i kosztowne, więc należało przeprowadzić zgodnie z zasadami i procedurami, które oczywiście w obu firmach okazały się inne.

Czas leciał i minęło półtora roku. David zapomniał już, że sam współuczestniczył we wręczaniu wypowiedzeń swoim kolegom. Inna sprawa, że pracy było tak dużo, że niespecjalnie znajdował czas na użalanie się nad cudzymi problemami.

Tamtego dnia, już po wszystkim, Mike Barnes - jego odpowiednik zza oceanu - opowiedział, jak został poproszony do biura Jake L. Thomassena, który przyleciał do Blighty, bo akurat w ten lipcowy weekend na torze w Silverstone odbywało się ściganie spod znaku Formuły 1.

- Mike, jak dzieci? - spytał Thomassen.

- Świetnie. Młodszy syn gra w swojej pierwszej drużynie futbolowej, a starszy chyba już o głowę jest większy ode mnie - zażartował Mike, który sam miał na oko z metr dziewięćdziesiąt, ale Jake nie wyłapał żartu, myślami był już gdzie indziej albo po prostu miał to w dupie.

- Jasne. A jak ci się układa współpraca z Davidem? - rzucił tak samo swobodnie.

- Wiesz, zna się na robocie, właściwie większość czasu spędza w pracy. Chyba najtrudniejsze mamy już za sobą.

- Jasne, tak mi się wydawało - sięgnął po telefon. - David Smith, poproś go do mnie, teraz, Susan. Z góry dzięki.

Mike spodziewał się, że wzywa Davida, żeby opowiedział w szczegółach to, co przed chwilą sam powiedział szefowi. Kiedy ten dotarł kilkanaście minut później, nawet nie został poproszony, żeby usiadł.

- Cześć, Dave, jak leci?

- Super, co u ciebie?

- Świetnie. Wiesz, Mike mówi, że przepracowujesz się dla nas. Jestem przekonany, że odpoczynek i takie trochę zwykłe siedzenie w fotelu dobrze ci zrobi. Niestety, stary, to jest ten dzień, w którym się rozstajemy.

David jak każdy pracownik, który się nie spodziewa takiego obrotu sprawy, zdębiał i jedynie otworzył usta. Zdaje się, że powiedział jedynie "Aha", sięgając po długopis i bazgrząc podpis w zaznaczonym ptaszkiem miejscu. Później wielokrotnie wracał myślami do tej chwili i wyobrażał sobie, że jest bardziej błyskotliwy i z przekąsem odpowiada coś w stylu: "Dzięki, dzieciaku, sprawdź, czy nie powinieneś pójść na zmianę pieluchy" albo "Nie ma sprawy, niewdzięczny gówniarzu. Oby ci krowy przestały dawać mleko", i takie tam.

Prawie rok po tamtym dniu David zbliżał się coraz bardziej do pięćdziesiątki i docierało do niego, że boryka się z trudnościami w znalezieniu nowej pracy. Właściwie nie dostawał odpowiedzi na wysyłane aplikacje. Tłumaczył to sobie tym, że jest coraz starszy, a rekruterzy chcą mieć doświadczonych i dodatkowo młodych kandydatów z bardziej aktualnymi umiejętnościami. Zaczynał zdawać sobie sprawę, że jego doświadczenie i wiedza mogą nie być już tak atrakcyjne dla potencjalnych pracodawców, jak to było wcześniej, co stanowiło spory paradoks.

Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze sytuacja na świecie. W telewizji bez przerwy mówili o spowolnieniu gospodarczym lub wręcz recesji, kosztach Brexitu, słabnącej walucie i rosnącej inflacji. Najgorsza była rozpętana na wschodzie Europy wojna i - co za tym szło - wzrost kosztów życia. Wpływ Brexitu był szczególnie widoczny w kwestiach gospodarczych, handlowych oraz migracyjnych. Sytuację na rynku pracy skomplikowały decyzje niektórych firm przenoszących swoje siedziby do innych krajów Unii Europejskiej, co wpłynęło na rynek pracy, ale też inwestycje.

Na kontynencie nasilał się problem migracji, a część krajów obawiała się kolejnego kryzysu humanitarnego. Na to nakładały się niepokoje na Bliskim Wschodzie, lokalne konflikty zbrojne oraz ogólny wzrost napięcia, dodatkowo potęgujący atmosferę niepewności, a przypomnieć należało, że wszystko to wydarzyło się po dwóch latach pandemii i zredukowanej do minimum produkcji. Niezależnie od Brexitu Wielka Brytania również musiała radzić sobie z globalnym spowolnieniem gospodarczym, rosnącą inflacją i kosztami energii. To sprawiło, że życie wielu Brytyjczyków stało się trudniejsze, szczególnie tych z niższymi dochodami. W kraju wzrastało także niezadowolenie społeczne. Ludzie byli coraz bardziej podzieleni ze względu na różnice polityczne i społeczne. Kwestie takie jak zmiany klimatyczne, równouprawnienie i imigracja prowadziły do częstych protestów i demonstracji.

W inne wieczory, równie zatopione w pogłębiającej się czerni, David zwykł leżeć przed telewizorem. Zmieniał kanały w poszukiwaniu czegoś, co na moment przykułoby jego uwagę, ale sam łapał się na tym, że to totalna strata czasu. Wiosną, latem i wczesną jesienią lubił wychodzić z domu i spacerować samotnie po parku, oddając się swoim myślom i wałkując w kółko te same wątpliwości. Pocieszał się, że nie mieli problemów finansowych. Dom odziedziczyli po rodzicach Emmy, nie zaciągnęli żadnych kredytów, a zarabiając w ostatnim czasie trochę ponad osiemdziesiąt tysięcy funtów rocznie, miał jeszcze sporo pieniędzy, które mogłyby starczyć nawet na trzy lata bez pracy. Styl życia, jaki wiedli, rozsądne koszty i brak niespodziewanych wydatków teraz procentowały. Jedynie James, ich dwudziestotrzyletni syn, wydawał się rozczarowany jego obecnością w domu, ponieważ bardziej rzucał się w oczy, co - w jego mniemaniu - komplikowało całe jego studenckie dorosłe życie.

Spojrzał w stronę żony. Emma dalej spała, od czasu do czasu wydając ciche westchnienia. Przez lata była pielęgniarką w West Middlesex University Hospital, więc David nie zdziwiłby się, gdyby właśnie rozmawiała z jakimś swoim starym pacjentem, poprawiała mu poduszkę, pocieszając stonowanym, ale serdecznym głosem, albo podawała różnokolorowe tabletki w przezroczystym opakowaniu i cierpliwie czekała, aż zostaną połknięte.

Rok temu miała dość pandemii i w obawie przed kolejną zmieniła pracę - została dystrykt menedżerem w firmie farmaceutycznej. David patrzył na nią z podziwem. Wiedział, jak ciężko pracowała, aby zdobyć nowe umiejętności i przejść na wyższe stanowisko. Właściwie bez jakichkolwiek turbulencji zrobiła to, z czym on miał problem. Teraz często podróżowała po kraju, prowadziła zespoły i negocjowała umowy z różnymi placówkami medycznymi. Wbrew swoim obawom doskonale odnalazła się w nowej roli, chociaż czasem z nostalgią wspominała swoje dni w roli pielęgniarki.

Uśmiechnął się i odwracając głowę, pomyślał o Natalie. Ostatnio częściej o niej myślał niż o żonie. Pamiętał, jak poznali się w lokalnym barze, gdzie na scenie występował zespół rockowy. Plotki mówiły, że to Def Leppard ze względu na perkusistę z amputowaną ręką. Jednak te przypuszczenia były mało prawdopodobne, ponieważ w tamtym okresie Def Leppard nie występował już w tak niepozornych miejscach jak "The Ealing Red Rock Pub", ale faktycznie Rick Allen nie miał już ręki.

Natalie określała to miejsce jako "lokalną, snobistyczną piwnicę z żywą atmosferą". Rzeczywiście wnętrze baru było urządzone w stylu klasycznego brytyjskiego pubu z nutą rockową. Ściany z czerwonej cegły stanowiły tło dla dobrze wykonanego graffiti. W tylnej części znajdowała się niewielka scenka, na której regularnie, co piątek, występowały zespoły.

Wokół sceny umieszczono sofy, zawsze oblegane przez pary, ponieważ ich rozmiar powodował, że "nie można było się na nich nie przytulać". Przy barze umieszczono sporo stołków, a dalej kilkanaście stolików otoczonych krzesłami. Zazwyczaj do szóstej wieczorem były ustawione grzecznie w regularnych odstępach, a im robiło się później, tym bardziej ich ustawienie ewoluowało. Gwar ludzi, zespół i ciągły ruch nie tworzyły z "Red Rock" idealnego miejsca do rozmów i relaksu, za to bar oferował wszystko, co było potrzebne do aplikowania w ciała przed trzydziestką i starszych.

Natalie nigdy nie należała do grona dziewczyn, które przychodziły urżnąć się w trupa. Smakowało jej piwo, ale szczególnie to o łagodnym smaku i umiarkowanej zawartości alkoholu. Najczęściej piła fullersa prosto z butelki. Lubiła to, jakby powiedziała, "dobrze zbalansowane piwo o karmelowym posmaku, które nie odbierało rozumu w sześć minut, aby stosunek w toalecie trwał jedynie pięć". Kiedy się poznali, miała średniej długości, falowane blond włosy, które przez lata zmieniały jedynie odcień. Czasami były jaśniejsze, inspirowane słonecznymi refleksami, innym razem ciemniejsze, zbliżone do naturalnego, chłodnego blondu.

Tamtego dnia jej twarz zdawała się świecić jakimś nadprzyrodzonym blaskiem. Dla niego to było coś niesamowitego. Tak musieli czuć się ludzie, na których spływało natchnienie albo powołanie. W tym przypadku to była pewność, że to ona. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Oczywiście, kiedy opowiedział o tym swojemu kumplowi, ten skomentował to jedynie krzywym uśmiechem, który sugerował, że być może Davidowi udzieliła się zbyt duża ilość piwa. Jednak on wiedział, że to coś więcej niż tylko efekt alkoholu i na pewno taki gość jak Brian Wilson nie mógł tego wiedzieć ani czuć tego, co on. Bez wątpienia Natalie była wyjątkowa i intrygująca. Jej delikatna twarz, lekko muśnięta kosmetykami, uosabiała wewnętrzny urok i naturalność. Miała roześmiane, niebieskie, ciepłe oczy błyszczące radością, być może nieco podkreśloną jedną butelką piwa. Ten moment był jak grom z jasnego nieba.

- Cześć, wiesz, że ty świecisz?

Natalie była zaskoczona, kiedy podszedł i odezwał się, ale równocześnie jej uśmiech się poszerzył. Udawała albo może naprawdę źle usłyszała.

- Tu jest tak głośno, że nie wiem, czy właśnie mnie obrażasz czy podrywasz?

David zaśmiał się nerwowo, przestępując z nogi na nogę.

- Przepraszam, jeśli zabrzmiało to źle! To miał być komplement. Właśnie w swój pokręcony sposób mówiłem, że wydajesz się promieniować radością i pozytywną energią. Jestem David, a ty?

- W porządku, teraz rozumiem. Jestem Natalie, miło cię poznać, David.

- Tu jest tak głośno, że sam nie słyszę swoich myśli.

- Masz rację, cicho to tu nie jest i dlatego siedzę z kumpelą za tamtym zakrętem. - Wskazała najbardziej oddalone miejsce od sceny i kolejny raz uśmiechnęła się, wiedząc, że przy odrobinie szczęścia to może być udany wieczór. - Chyba mamy jedno krzesło wolne - zaprosiła.

David oczywiście zgodził się i przy okazji poznał również Laurę Walsh. Znał ją z widzenia i słyszenia. Raczej nie miała dobrej opinii. W szkole zawsze ubierała się jak pensjonarka, a jednocześnie - według krążących plotek - lubiła zabawić się z chłopakami, ale tak bała się ciąży, że podobno dalej była dziewicą. To pokazywało, jak złożoną miała osobowość. Rzecz jasna, w tamtym momencie miał to gdzieś. Walsh mogła być równie dobrze matką Adolfa Hitlera albo siostrą królowej Anglii, dla niego liczyła się tylko rozmowa z Natalie. Zresztą Laura tylko przez chwilę wyrażała zainteresowanie jego osobą, początkowo patrzyła na niego jak na coś egzotycznego, później tylko kurtuazyjnie, coraz bardziej skupiając się na zespole, żeby ostatecznie wyjść pod rękę z jakimś nieznanym mu chłopakiem. Wydawała się inteligentna i dowcipna, co pozwoliło Davidowi spojrzeć na nią z innej perspektywy, ale rozmowa z Natalie okazała się intensywna, interesująca i angażująca. Chciał być zabawny, ale też pamiętał, żeby jej słuchać i nienachalnie wrzucać słowa, które wyrażały zainteresowanie.

Wyjątkowa atmosfera tamtego wieczoru do dzisiaj pozostała w jego pamięci. Pamiętał, jakie wrażenie zrobiła na nim jej osobowość, ciepło i urok. Szybko zrozumiał, że potrafiła przyciągać innych ludzi, był zachwycony jej niezwykłą aurą, a ich wspólne wieczory tylko utwierdzały go w przekonaniu, że jest ona kimś wyjątkowym. Ta intrygująca cecha Natalie sprawiła, że ich relacja mogła dalej się rozwijać. Wraz z upływem tygodni ich więź stawała się coraz mocniejsza, a razem spędzony czas tylko ich do siebie zbliżał.

Tamten koncert szybko im minął, aż z tego wszystkiego David zapomniał o koledze. Bezsprzecznie to nie było miłe, więc Brian Wilson zapamiętał to i ignorował go przez następne dwa miesiące, dając tym samym Davidowi i Natalie możliwość rozwijania ich znajomości.

Brian jako dwudziestolatek z Ealing był niewysokim chłopakiem, który wyróżniał się swoimi czarnymi, zawsze trochę zbyt długimi włosami. Zwykle nosił okulary, przez które latami był uważany za fajtłapę. W przyszłości nauczył się swoją wadę przekuwać w zaletę i nagle się okazało, że dobrze dobrane dodają mu intelektualnego wyglądu, a jednocześnie sprawiają, że wydaje się nieco nieśmiały. Większość kobiet w tamtych latach to lubiła. Budziła się w nich potrzeba zaopiekowania się tym czarnowłosym chłopakiem, co ten ewidentnie musiał dostrzec, bo najzwyczajniej w świecie zaczął to wykorzystywać. Chociaż nigdy nie był wyjątkowo wysoki, miał pewien nimb, swoistą otoczkę tajemniczości sprawiającą, że nie należał do osób, które można ignorować. Jego pasja do komputerów i technologii, czego dowodem było spędzanie niewiarygodnej ilości czasu przed ekranem monitora, w końcu sprowadziła go na złą stronę mocy.

Szybko nauczył się różnych sztuczek. Początkowo działał jako haker, eksplorując sieć i testując swoje umiejętności na różnych systemach. Odkrył darknet, który coraz bardziej go pochłaniał. To było naprawdę mroczne miejsce i taki sam stawał się on. Przyjął nick 7CyberShadowMaster7 i coraz częściej chwalił się w sieci swoimi osiągnięciami, aż w końcu na przełomie wieków przeholował, okradając Barclays Bank. Przełknęli to, ponieważ nie leżało w interesie banku chwalić się, że gubi pieniądze klientów, ale to był początek kłopotów, ponieważ wydało się, że pieniądze zniknęły z tajnego konta angielskich służb. Lawina ruszyła, a zwykły chłopak spędzający czas przed komputerem lub - jak inni - szlajający się po mieście w trampkach, krótkich spodenkach i bluzie z kapturem stał się celem numer jeden MI5 odpowiedzialnej za ochronę Wielkiej Brytanii przed terroryzmem, szpiegostwem i... za bezpieczeństwo w sieci. Jednym słowem - miał przesrane.

David słyszał, że złapali go sześć tygodni później. Ktoś widział, jak czarna furgonetka bardzo wolno poruszała się za nim, kiedy jechał rowerem do szkoły, i w pewnym momencie zatrzymała się na jego tylnym kole. Dalej sprawy potoczyły się naprawdę błyskawicznie. Zniknął na dwa tygodnie. Nikomu zbyt wiele o tym nie opowiadał, ale na pewno nie spotkało go tam nic miłego. Na szczęście to były czasy, kiedy każdy mający jakąkolwiek wiedzę, którą mógł się podzielić, stawał się szybko specjalistą od cyberbezpieczeństwa i jako fachowiec był na wagę złota, co przy okazji pozwoliło mu na zakończenie przestępczej działalności.

Niewątpliwie pomógł mu fakt, że tak naprawdę nie miał wyboru, dlatego łatwiej było podjąć właściwą decyzję. Dalej mógł robić to, co go fascynowało, wykorzystywać swoje umiejętności w bardziej odpowiedzialny sposób, za darmo ukończyć studia z zakresu cyberbezpieczeństwa i zaoszczędzić pięćdziesiąt tysięcy funtów z konta rodziców albo mieć je na własne wydatki.

Dzięki swoim umiejętnościom analitycznym i talentowi do rozwiązywania skomplikowanych problemów szybko zdobył uznanie w branży i stał się autorytetem w swojej dziedzinie. W miarę upływu lat Brian nabierał pewności siebie, jego wygląd zaczynał odzwierciedlać jego niezależność i indywidualizm, a czarne, zbyt długie włosy okazały się jego znakiem rozpoznawczym. Prawda była taka, że z tego, co David słyszał, Brian radził sobie bardzo dobrze, czego jego kumpel nie mógł powiedzieć o sobie.

Po dwóch miesiącach, kiedy w końcu przestał się obrażać, ich drogi się rozeszły definitywnie, a David usłyszał, że jest "zwykłym kutasem, który wolał dziewczynę i jej koleżankę, puszczalską Laurę Walsh, niż przyjaciela". Z perspektywy czasu zastanawiał się wiele razy, czy sam jakoś to przeżył, ale chyba pomogła mu Natalie. Ciągle byli młodym związkiem, a Brian ewidentnie poczuł się zdradzony.

W tamtych czasach w jego szkole kształciło się zbyt mało chłopaków, więc zajęcia z wychowania fizycznego mieli wspólnie z dwoma innymi klasami. Tak właśnie poznał swojego nowego najlepszego kumpla. Nazywał się Andrew Bradley i urodził się w Brighton, ale w latach osiemdziesiątych przeniósł się z rodziną do Acton.

Jego ojciec Thomas Bradley był mechanikiem samochodowym i prowadził własny warsztat najpierw w Brighton, a potem w Acton, z kolei matka Margaret przez całe życie pracowała jako krawcowa.

Poznali się na zbiórce przed zajęciami. Wyszli z szatni, żeby ustawić się w dwuszeregu. Każdy coś mówił, było głośno, po męsku. David opowiadał dowcip.

- Dwóch przyjaciół rozmawia ze sobą. "Słuchaj, ostatnio uczyłem mojego psa matematyki". "Co ty mówisz? Serio? I jak mu idzie?" "No, całkiem nieźle, ale zawsze ma problem, gdy dojdzie do końca kartki z zadaniami". "Serio? Dlaczego?" "Bo, kurwa, nie może przewrócić strony!".

Rozległ się gromki śmiech.

- To posłuchajcie jeszcze tego. W kominku płonie ogień. Przed kominkiem, na bujanym fotelu siedzi dziadek i opowiada historie ze swojego życia. Wokół niego siedzą wnuki i słuchają. "Wiecie, jak byłem młody, pojechałem do Afryki. Niestety, zepsuł mi się samochód. Wziąłem strzelbę i zacząłem iść. Nagle z wysokiej trawy wyskoczył na mnie lew. Wymierzyłem do niego z karabinu, nacisnąłem spust... Niestety, nie wystrzelił, więc zacząłem uciekać. Lew coraz bliżej. Dobiegłem do wielkiego drzewa. Odwróciłem się, a lew jeszcze bliżej. Gdy był tak blisko, że widziałem jego ślepia, lew wyskoczył..." "Dziadku, dziadku, i co było dalej?!" "Zesrałem się..." "Nie ma się co dziwić, każdy w takiej sytuacji by się zesrał". "Nie, nie wtedy. Teraz się zesrałem, kurwa!".

Śmiech był jeszcze głośniejszy. Na to odwrócił się Andrew.

- Zdaje się, David, że ty to znasz tylko dowcipy z kurwa, jebać i ja pierdolę, prawda?

Zatkało go, ale na szczęście wtedy przyszedł nauczyciel i zapadła cisza, bo wszyscy wiedzieli, że gadanie w takiej chwili oznaczałoby dwadzieścia pompek więcej oprócz tych, które i tak zawsze robili na rozgrzewkę.

David pamiętał te dowcipy do dzisiaj, bo opowiadał je jako sprawdzone, takie, które zawsze potrafiły rozruszać towarzystwo. Po zajęciach podszedł do niego Andrew. Obaj byli jeszcze ociekający potem.

- Sorry, stary, za ten tekst. Chyba mam słabszy okres, a dowcipy były w dechę - powiedział.

Andrew Bradley w tamtym czasie był sporo grubszy od reszty. Teraz powiedzielibyśmy, że był chłopakiem o krępej budowie ciała. Miał jakieś 169 centymetrów wzrostu i ważył z 85 kilogramów. Pomimo swojej masy wcale nie był ani silny, ani wytrzymały, co kiedyś skwitował tekstem: "Bo ja jestem typem osoby, która biegła ostatnio wtedy, kiedy gonił ją dinozaur". Tak, to był dobry dowcip, więc jak pokazał, nawet wtedy można było opowiedzieć coś naprawdę śmiesznego w inteligentny sposób.

Niestety, zdarzało się, że jako grupa dzieciaków byli prawdziwymi bydlętami. Jeden z chłopaków, chyba nazywał się Rahul Patel i zdaje się, że był Hindusem, kiedyś na widok Andrew przy wszystkich chłopakach powiedział coś w stylu:

- Wiesz, Andrew, rozmawiałem wczoraj z twoją mamą. Powiedziała mi, że czeka do grudnia, a wtedy na pewno będziesz już wystarczająco gruby, żeby można było cię zabić na Boże Narodzenie i mieć pełny stół żarcia.

To był naprawdę gruby tekst, więc nic dziwnego, że zapadła całkowita cisza. A Andrew może był gruby, ale na pewno nie głupi.

- Widzisz, Rahul, a ja dzisiaj przed szkołą widziałem twoją matkę. Powiedziałem jej grzecznie dzień dobry. I wiesz co? Nie odpowiedziała, bo dostała od jakiegoś czarnego pięć funtów i miała usta wypchane jego fiutem!

Tamten rzucił się na Andrew i zdzielił go prawym prostym w szczękę, a potem poprawił kopniakiem w klatkę. Kiedy Andrew już wstał, splunął krwią, otrzepał się, sięgnął do kieszeni i wyjął pięć funtów.

- Weź, będziesz miał na śniadanie, a twoja matka jutro będzie miała wolne.

Tym razem zareagował Mark Fowler, najsilniejszy z grupy.

- Daj mu już spokój, jest spoko, a poza tym wszyscy widzieliśmy, że sam się prosiłeś o kłopoty. Zrobimy tak, biorę twoją piątkę, Andrew, zrobisz mi na jutro matmę, tu masz zeszyt, a on więcej nigdy cię nie ruszy. Masz na to moją gwarancję, okey? - mówiąc to, patrzył na Rahula.

- Jasne - powiedział Andrew, splunął jeszcze raz i było po sprawie.

Rahul był niskim, wysportowanym chłopakiem, który swoje emigranckie korzenie chciał przykrywać niewyparzoną gębą. W tym środowisku również był odmieńcem jak gruby Andrew, dlatego wolał nie stawiać się Markowi i odpuścił, z czasem znajdując sobie jakąś inną ofiarę.

Następnego dnia Andrew miał siniaka na policzku i wydawał się wkurzony.

- Co jest? - spytał David.

- Nic, teraz będzie mi tej piątki brakowało. Miałem odliczone.

- Na co?

- Byłem umówiony. - Nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

- O, z kim?

- Dave, jak ci powiem, to i tak nie uwierzysz - rzucił - albo jeszcze gorzej, rozgadasz innym.

- Jak to jest coś ważnego, to podpieprzę matce z portfela i ci pożyczę - powiedział David.

- Ważnego albo nie. Byłem umówiony z Misty.

- Pieprzysz... Z tą, co daje za pieniądze?

- No, nie jest tajemnicą, czym się zajmuje, ale właśnie chyba już nie pójdę.

- Kiedy ta - wykonał gest cudzysłowu - randka?

- Jutro.

- Jak mnie zabierzesz ze sobą, to załatwię kasę...

- Nie ma co się czerwienić, Dave. Mogę cię zabrać, ale musisz mieć też za siebie.

- Jasne - odparł z wypiekami na twarzy.

Seks spędzał mu sen z oczu. Może raczej jego brak... albo, doprecyzowując, czuł, że sprawy rozkręcają się z Natalie. Całowali się bardzo często, rozpinał jej bluzkę, widział wystające piersi ze stanika, ale bał się nieświadomości i w efekcie ośmieszenia w oczach partnerki. Nie rozmawiali o tym, ale przeczuwał, że ona już z kimś spała, co jeszcze bardziej komplikowało sprawę.

Zdarzało mu się w tamtym czasie zabawiać ze sobą, szczególnie rano, kiedy budził się ze wzwodem, a ten nie miał zamiaru odpuścić. Raz pod nieobecność rodziców przeszperał ich sypialnię i znalazł kolorowe pisemka ojca. Zobaczył tam same gołe dziewczyny o różnych odcieniach skóry, wygolone i zarośnięte, grube i chude, miętosiły sobie cycki, wyginały na wszystkie strony, ale były same. Jedynie na ostatniej stronie, pod jedną starszą panią leżał chłopak. To było jednak za mało. Chciał spróbować na własnej skórze, chciał to poczuć, zanim narazi się na śmieszność w oczach Natalie.

Teraz David był przekonany, że wówczas chyba wszyscy żyli w nieświadomości. Nie mieli o niczym pojęcia, ale cała paczka spędzała czas na gadaniu o piłce, czasem graniu w nią, ale najczęściej na przechwalaniu się chlaniem hektolitrów piwa (akurat) i opowiadaniu, co zrobili ze swoimi dziewczynami albo co zrobiliby poszczególnym nauczycielkom, gdyby znaleźli się w ich sypialniach.

Szczególnie wdzięcznym tematem była młoda Barbara Evans, która przyszła do szkoły świeżo po studiach. Miała atrakcyjny wygląd, ale nie pozwala na to, aby wpłynął na jej relacje z uczniami. Z perspektywy czasu David to rozumiał, musiała być wymagająca, żeby wszyscy nie weszli jej na głowę, ale faktycznie mogła trochę wyluzować. Sprawiała wrażenie bardzo kompetentnej, ale też przesadnie zaangażowanej w pracę. Może gdyby była brzydsza, miała mniejszy biust, to nawet umiałaby wzbudzić zainteresowanie swoim przedmiotem przynajmniej u dziewczyn. Niestety dla niej, wszyscy uczniowie definiowali ją przez rozmiar miseczki stanika. Pewnie dlatego wymagała ciężkiej pracy, co odbierano jako wrodzoną wredotę. Z drugiej strony, nikt na koniec roku szkolnego nie miał problemu ze zdaniem z jej przedmiotu.

David stał naprzeciwko Andrew i zastanawiał się, skąd wziąć kasę.

Ten, równie poważny, kręcił na palcu swoje ciemnobrązowe, nieco falowane i sięgające do szyi włosy. Jego twarz miała pulchne rysy, z nieco kartoflanym nosem i pełnymi - zbyt pełnymi jak na chłopaka - ustami. Miał czujne, piwne oczy i bladą, jasną skórę, każdego lata opalającą się na czerwono. Czasem jego twarz zlewała się w jedno z ulubioną bordową bluzą z nazwą jakiegoś punkowego zespołu. Zazwyczaj nosił do niej ciemne jeansy i białe adidasy na rzep, co zawsze śmieszyło Davida. Mimo swojego wyglądu Andrew był zwykle uśmiechnięty i pełen energii. W połączeniu z jego bystrością sprawiało to, że dawał się lubić.

Lubili go również rodzice Davida, Elizabeth i John. Sami byli miłymi troskliwymi ludźmi, którzy od dawna mieszkali w Londynie. Elizabeth pochodziła z Salisbury, znanego z katedry i bliskości słynnego Stonehenge. Krąg kamiennych struktur, które wydają się starannie i nieprzypadkowo rozmieszczone, miał taki wpływ na młodą Lizzy, że przez większość swojego młodzieńczego życia chciała zostać archeologiem. Ostatecznie zmieniła zdanie na szczęście dla siebie, jak mówiła, bo "kto chciałby spędzić życie, kucając przez kolejne czterdzieści lat z pędzelkiem w lewej ręce i sitkiem w prawej?".

Być może odbyło się to ze stratą dla nauki, bo naukowcy do dzisiaj nie są pewni, jak dokładnie Stonehenge powstało ani jakie było jego pierwotne przeznaczenie. Teorie rozciągają się od obserwatorium astronomicznego, miejsca kultu religijnego czy wreszcie cmentarza. Skończyło się na tym, że miejsce przyciągające turystów z całego świata przyciągnęło również chłopaka, z którym straciła dziewictwo. Miał na imię John i mieszkał w zachodnim Londynie, gdzie wkrótce przeprowadziła się z rodzicami, ale prawie rok później John już zdążył przeprowadzić się do Australii. Podobno chciał zobaczyć inną stertę ułożonych kamieni, nazywającą się chyba Wielkim Zespołem Megalitycznym, a znajdującym się gdzieś w stanie Wiktoria. Ostatnia wiadomość, jaką dostała, brzmiała: "Zakochałem się. Nie tylko w Australii. Nie wracam. Wybacz".

Przepłakała pół roku i pewnie nie skończyłoby się to tak szybko, ale poznała innego Johna. Ten pochodził z Bath, znanego z rzymskich łaźni i pięknej architektury georgiańskiej, i w młodości chciał zostać... archeologiem. Wspólne zainteresowania były doskonałą trampoliną do rozmowy o wielu zabytkach archeologicznych na świecie. Zaczęło się od piramidy w Gizie, później przeszli do peruwiańskiego Machu Picchu i zaginionego miasta Inków gdzieś wysoko w Andach. Na następnej randce zakrapianej winem, już w jego stancji, z włoskim jedzeniem odgrzanym w mikrofalówce, najpierw najważniejsze było kambodżańskie Angkor Wat, a później już tylko on.

Był wysokim szczupłym mężczyzną, nosił okulary, które go postarzały i miał małą, ale głęboką bliznę na lewym policzku po młodzieńczych przygodach na ulicy. Skończył studia i już pracował jako inżynier w lokalnym przedsiębiorstwie zajmującym się produkcją i serwisem maszyn przemysłowych dla budownictwa, motoryzacji i energetyki. Jednym słowem, imponował studentce, która w przyszłości miała zostać nauczycielką. W tamtym momencie oszalał na jej punkcie, z uwielbieniem wgapiał się w nią całymi godzinami, muskał krótkie rude włosy i z wdzięcznością głaskał smukłą szyję.

Później, przez lata, Elizabeth i John tak często widywali Andrew, że czasem wydawało im się, że mieszkają razem w czwórkę. Tajemnica tamtego wiosennego dnia i tego, co miało się wydarzyć, nigdy nie wyszła na jaw.

Gdy David wrócił po szkole, na szczęście nikogo nie było w domu. Dzięki temu miał czas, żeby spokojnie zjeść obiad, wybrać czystą bieliznę, zmienić skarpetki i resztę ubrania. Zazwyczaj brał szybki prysznic, ale tego dnia wszedł do wanny, położył się i co chwilę dolewając ciepłej wody, spędził w tej pozycji czterdzieści minut. Jedynie od czasu do czasu polewał się i szorował szorstką gąbką. Myślał o tym, co miało się wydarzyć.

Byli umówieni na szóstą wieczorem pod pubem The Red Lion and Pineapple i David zastanawiał się, czy wybrać spacer, rower czy autobus. Ostatecznie zdecydował się na autobus linii E3. Pomyślał, że nie po to spędził pół dnia w wannie, żeby teraz pójść do Misty, ociekając potem. Poza tym niebo szarzało coraz bardziej i zanosiło się na deszcz. Gdyby pogoda była inna, jeszcze przez godzinę mogłoby być widno.

Wsiadł do autobusu, wskoczył na górę. Zobaczył znajomą dziewczynę, ale nie chciał z nią rozmawiać, więc po prostu powiedział "Cześć", machnął ręką i usiadł w takim miejscu, aby wiedziała, że ma dać mu spokój.

Autobus ruszył znajomymi ulicami i jak na komendę zaczęło kropić, a po chwili regularnie padać. Obserwował, jak szarość asfaltu stawała się mokra i odbijała światła samochodów oraz sklepowych wystaw. Sklepy przewijały się jeden za drugim. Minęli Tesco, lokalny warzywniak, kilka knajp i pubów. Komis z elektroniką miał już wygaszone światła i mignął jako ciemna plama między pralnią a kioskiem z gazetami i pustym w taką pogodę placem zabaw. Uliczne latarnie rozmazywały się w kałużach, tworząc efektowne refleksy na mokrej jezdni. Zanim chmury, deszcz i nadchodzący zmierzch nie rozprawiły się z tym dniem do reszty, przez chwilę było prawie magicznie. Później światło zmieniło się na zielone i autobus ruszył ze swoim przesadnym rykiem, a przyjemny nastrój zadumy bezpowrotnie zniknął.

Wysiadł na przystanku Acton Old Town Hall, który znajdował się w pobliżu The Red Lion and Pineapple. Jakaś rozwrzeszczana gromada pochylonych mężczyzn z postawionymi kołnierzami swoich płaszczy zniknęła właśnie za drzwiami pubu i wtedy zobaczył Andrew. Stał nieopodal w ciemnej kurtce, bordowym kapturze bluzy naciągniętym na głowę. Machnął ręką. Przywitali się.

- Gdzie teraz? - spytał David.

- Od Liona w lewo, w stronę pubu Black Raven, później jeszcze raz w lewo aż do warsztatu samochodowego.

- Okey, zatem chodźmy.

Szli przez jakąś milę w milczeniu. Czuć było napięcie w powietrzu. Wreszcie zobaczyli warsztat samochodowy z otwartymi drzwiami. Wokół roztaczał się charakterystyczny zapach smaru, radio wyło nową piosenkę Kim Wilde, a mechanik w brudnym roboczym ubraniu z zapamiętaniem, rytmicznie uderzał w podwozie zielonego rovera znajdującego się na podnośniku. Z ulgą minęli to miejsce.

Skręcili w lewo, w ciemny zaułek, aż doszli do celu.

Dom, przed którymi stanęli, sprawiał wrażenie raczej upadającego, ale widać było, że ma wstawione nowe drzwi. Na podwórzu oświetlonym gołą żarówką rzucającą żółtawe światło było pełno starych mebli, zużytych opon i zardzewiałych części karoserii. Miejsce sprawiało wrażenie składu niechcianych rzeczy.

Wśród tego chaosu Andrew i David czuli, że może kryć się tu coś więcej niż tylko zwykłe śmieci. W powietrzu czuć było inne tajemnice, o których pewnie woleliby nie wiedzieć. Zrozumieli, że właśnie dotarli do miejsca, którego szukali, i obaj zdecydowali się podejść do drzwi.

Andrew spojrzał na Davida pytającym wzrokiem.

- Tak, zróbmy to - odpowiedział. - Tu jest twoja piątka. - Podał koledze banknot. Kiwnął głową i zapukał. Gdzieś za drzwiami usłyszeli szuranie, a później kroki. Po chwili drzwi się otworzyły.

Stał w nich Tyler, mąż Misty, chociaż wszyscy mówili o nim "Wykidajło" ze względu na jego groźny wygląd i żonę, która w tym związku była szefową. Był czarny i mimo że na oko zbliżał się pod sześćdziesiątkę, wyglądał, jakby całe życie spędził w więzieniu, robiąc pompki na jednej ręce. Jego mocno wycięty biały podkoszulek odsłaniał ciągle imponujące bicepsy i ewidentnie miał budzić respekt. Patrzył na ludzi wzrokiem typu: "Spróbuj ją skrzywdzić, a będziesz miał ze mną do czynienia". Jego wygląd prawdopodobnie niejednokrotnie ochronił Misty przed nieprzewidzianymi komplikacjami za bardzo rozochoconych klientów. Naćpanych i sprawiających wrażenie zbyt wstawionych informował, że nie ma Misty, a jak nie rozumieli, to wysyłał ich jednym ruchem ręki w głąb podwórza, w gąszcz tych wszystkich zapomnianych rupieci.

David i Andrew ewidentnie czuli się onieśmieleni.

Spojrzał na nich badawczo, po czym wyciągnął rękę w ich stronę. Jak na komendę sięgnęli do swoich kieszeni i podali mu banknoty. Zerknął jeszcze raz, przeliczył, po czym skinął głową, wpuszczając ich do środka.

- Za mną - powiedział.

Korytarz w domu był wąski i długi. Na ścianach wisiały stare, wyblakłe tapety w tłoczonym, kwiecistym wzorze i kolorze na oko jaśniejszym o dziesięć odcieni. Tyler szedł lekko pochylony, ponieważ sufit był nisko zawieszony, co jeszcze bardziej pogłębiało klaustrofobiczne wrażenie. Schody, wyłożone grubym, zużytym dywanem, prowadziły na wyższe piętra, gdzie znajdowały się kolejne pokoje.

Tam, na ścianach również wisiały różne przedmioty: krucyfiks z mocno wykrzywionym Jezusem, jakby ktoś w tym domu dokładał Mu większego niż zwykle cierpienia, stary zegar z nieruchomym wahadłem, wypłowiała mapa za pękniętym szkłem, a nawet obraz namalowany jakby ręką dziecka. Zapach unoszący się w powietrzu był specyficzny, przypominający mieszankę kurzu, pleśni i wilgoci, choć w tle można było wyczuć również woń dawnych perfum i tytoniu.

W miarę, jak przechodzili przez korytarze, Andrew i David stawali się coraz bardziej niespokojni, a skrzypiące deski pod bosymi stopami Tylera tylko to uczucie potęgowały. David dodatkowo wyobrażał sobie, co może znajdować się za każdymi zamkniętymi drzwiami i najczęściej wyobraźnia podpowiadała mu przywiązanych ludzi do haków wystających ze ścian. Tyler wyglądał na kogoś, kto nie miał problemu z patroszeniem niechcianych gości, kiedy nie wytrzymywali już jego tortur, a teraz właśnie sami tu przyszli. To nie był dobrze znany im świat, tu w powietrzu unosiło się coś niewiadomego i jednocześnie zakazanego, co miało rozrosnąć się także o ich sekret, jak z chłopców przeistoczyć się w mężczyzn.

Wreszcie dotarli do właściwych drzwi. Tyler odwrócił się do nich.

- W sumie macie półtorej godziny - powiedział najzwyczajniej w świecie, jakby nie chodziło o jego żonę, i nacisnął klamkę.

Misty, mimo że sama pewnie miała z pięćdziesiąt lat, nadal zachowała pewien urok i charyzmę. Jej pochodzenie było mieszane, z korzeniami afrykańskimi i chyba azjatyckimi, co pozostawiło na jej twarzy dawny ślad po egzotycznej urodzie. Oblicze przecinały wyraźne zmarszczki, które pewnie mogłyby opowiedzieć o niełatwym życiu. Ciemne, dziwnie wystrzyżone włosy wyglądały, jakby była szamanką Masajów albo innego afrykańskiego plemienia. Jej skóra miała ciepły błyszczący odcień, oczy były duże i wyraziste, o ciemnobrązowej barwie i - podobnie jak oczy Tylera - zdawały się przenikać każdego, kto na nią spojrzał.

Miała na sobie krótki, jedwabny, wielokolorowy szlafrok luźno przewiązany paskiem. Był narzucony na bieliznę i kiedy się poruszyła częściowo odkrywał czarne koronkowe pasy do pończoch i podwiązki, które zdobiły jej grube, ale wciąż zgrabne nogi, wydłużone przez czarne buty na obcasie. Całość kreacji była starannie dobrana, aby dodać jej seksapilu, odjąć lat, a przede wszystkim, aby klienci zobaczyli coś innego niż w sypialni własnego domu. Poza tym strój ten dodawał jej nieco tajemniczości. Misty doskonale znała się na mężczyznach i zręcznie wykorzystywała ten ubiór, aby zwrócić na siebie uwagę i zaintrygować swoją zmysłową obecnością.

- Chyba we dwóch jednocześnie nie dacie rady. - Zlustrowała ich. - Ty poczekaj na zewnątrz. - Wskazała Davida. - Zawołam cię.

Odsunęła się, zamykając drzwi. Ostatnie, co widział, to duże łóżko, z jakim nigdy wcześniej ani później się nie zetknął. Usiadł na podłodze na tyle blisko, aby mieć oko na drzwi i na tyle daleko, aby nie słyszeć tego, co mogło się tam dziać. Czekał, a niepewność rosła. Z jednej strony usiłował wyobrazić sobie, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami, z drugiej powróciły młodzieńcze obawy, żeby nie zawieść. Serce zaczęło bić mocniej, gdy słyszał przyciszony głos Misty i niezidentyfikowane dźwięki.

Czas dłużył się, więc David rozglądał się wokół. Dwie żarówki w czerwonym szklanym kloszu rzucały przytłumione światło na korytarz, wytartą przez środek wykładzinę i małego pająka siedzącego w sieci poniżej żyrandola. Dywan śmierdział mokrym psem i David prawie kichnął, kiedy nagle otworzyły się drzwi.

- Następny! - usłyszał.

Zerwał się na równe nogi i prawie wpadł na wychodzącego Andrew. Rzucił "Sorry", nie patrząc na kumpla, i wszedł do środka. W pokoju jego oczy natychmiast skierowały się na łóżko, które teraz stało się centrum jego uwagi.

- Rozbierz się - powiedziała normalnym, lekko ściszonym głosem i sama zniknęła za innymi drzwiami. Usłyszał wodę z kranu, później spuszczoną w toalecie.

Wróciła nadal ubrana w ten sam szlafrok. Uśmiechnęła się do niego kokieteryjnie, kiedy stał obok łóżka jedynie w majtkach. Podeszła do niego.

- Niczym się nie przejmuj - szepnęła prosto do jego ucha i poczuł dreszcz przebiegający przez całe plecy. Jednocześnie włożyła rękę za gumkę jego majtek. Doświadczył ciepłego oddechu na swojej szyi i zapach duszących perfum - piżmo połączone z wanilią i chyba egzotycznymi owocami, a może nawet przyprawami. Pachniały zupełnie inaczej niż te stosowane przez matkę. Oddychał coraz szybciej, czekając, co będzie dalej. Delikatnie popchnęła go na łóżko i wszystkim zajęła się, jak trzeba.

Misty zmarła dziesięć lat później. Podobno miała skromny pogrzeb na Acton Cemetery. Ludzie mówili, że było tylko kilka osób, ale rzekomo długo po pogrzebie na grobie nie brakowało kwiatów. Jednym słowem: musiała mieć mnóstwo wdzięcznych znajomych. Ktoś wspominał, że później przy jej grobie widział emerytowanego piłkarza Tottenham Hotspur, znanego aktora, głównie występującego w komediach romantycznych, i paru lokalnych biznesmenów.

Kilka dni po pogrzebie David był w pobliżu i sam zajrzał na cmentarz.

To był piękny letni dzień, ptaki śpiewały w koronach drzew. Skierował się w stronę najnowszej części cmentarza i po kilku minutach szukania zobaczył znajomą, ale jeszcze bardziej pochyloną sylwetkę Tylera. Minął go stojącego przy grobie Tabity Brown. W sumie nie ma się co dziwić, że Misty miała prawdziwe imię i nazwisko.

*

Emma gwałtownie chrapnęła, ściągając go z powrotem do bezsennej rzeczywistości. Spojrzał kolejny raz w jej stronę. Jak na komendę odwróciła się plecami, rozrzucając włosy na poduszce wokół szyi. W dzień zobaczyłby, że jej skóra była jasna, ale z lekką opalenizną, dzięki częstym spacerom na świeżym powietrzu. Niejednokrotnie do pracy w szpitalu szła na piechotę i wracała autobusem albo na odwrót, w zależności od zmiany i pogody. Teraz też wolała pójść po zakupy, niż jechać samochodem. Wracała obładowana torbami, ale - jak twierdziła - zdrowsza, bo zaznała trochę ruchu.

Mimo że należała do grona kobiet zawsze o siebie dbających, na jej twarzy zaraz po trzydziestce zaczęły pojawiać się drobne linie mimiczne wokół oczu i na czole, które z czasem miały się tylko pogłębiać. Znosiła to godnie i z uśmiechem, uważając, że te zmarszczki dodają jej charakteru. Emma nigdy nie była pięknością z pierwszych stron gazet, ale była świadoma swojej wartości. Chociaż miała zwykłą, pospolitą twarz, to wiedział, że to nie wygląd przyciągał do niej ludzi, tylko jej sposób bycia, siła i oddanie innym.

Nie wykorzystywała ludzi, nie manipulowała nimi, nie była próżna i doceniała wszystko, co miała w życiu. Kiedyś spytał ją, jakie ma marzenia, a ona odpowiedziała, że nie ma marzeń. Był zdziwiony, żeby nie powiedzieć, że zszokowany. Zobaczyła to i wyjaśniła, że przede wszystkim jest pielęgniarką z powołania i w życiu widziała już tyle różnego nieszczęścia, cierpienia i płaczu, że cieszy się, jak wszyscy są zdrowi, a farba dokładnie pokrywa większość z jej siwych włosów.

- Dobrze, niech będzie - westchnęła - oprócz naszego zdrowia, chciałabym, żeby James wyrósł na ludzi, a na starość, żebyśmy zamieszkali na Maderze. W łagodnym klimacie, normalnych temperaturach, wokół żywej gęstej zieleni. Spędzalibyśmy czas na spacerach wokół domu z widokiem na ocean.

- Już lepiej, bo zaczynałem się martwić - odpowiedział.

- Martwić? O mnie? - prychnęła. Nic więcej nie powiedział, ale zabolało go to i tak naprawdę nie do końca wiedział dlaczego.

Spojrzał w bok, na stolik nocny. Blade cyfry wskazały 3.47. Pomyślał, że właściwie to ostatni moment, żeby usnąć. Zamknął oczy i wydawało mu się, że otaczająca ciemność wreszcie zaczęła go przyciągać do siebie i otulać jak aksamitna zasłona. Poczuł się spokojny i z poczuciem bezpieczeństwa zapadał się głębiej w siebie.

Krok po kroku, niemalże mechanicznie, przechadzał się po parku wzdłuż alejek, przemykając obok ławek, krzewów i drzew. W oddali migotały niewielkie światła latarni, które zdawały się go przyciągać. Szedł coraz dalej. Wiatr delikatnie kołysał gałęzie drzew, a szum liści przypominał szept tajemniczych głosów z przeszłości. Zatapiał się w czerni i usnął.

Nie wiedział, ile to trwało, ale nagle ponownie otworzył oczy, ponieważ na dole coś spadło z hałasem. Emma jedynie się poruszyła, ale on znów miał otwarte oczy i wsłuchiwał się w skrzypiącą podłogę w przedpokoju.