Supertata na tacierzyńskim. Kochać, wychowywać i dobrze się bawić! - Pat Byrnes


Reflow text when sidebars are open.
W poprzednim rozdziale rozmawialiśmy o sprzęcie, potrzebnym wszystkim rodzicom zajmującym się dzieckiem na pełny etat. Lista ta jednak nie była kompletna. Jest jeszcze jedna rzecz absolutnie niezbędna do osiągnięcia sukcesu. Coś, czego faceci nie mają. Wiem, to okropne mówić o tym tak wprost, ale to niezaprzeczalny fakt, choć pewnie jakiś odłam feministek wolałby to przemilczeć. Oto cała prawda: kobiety są lepiej przystosowane do wychowywania dzieci. Fizycznie. Pod względem budowy ciała. I wcale nie mam tu na myśli piersi. To, o czym mówię, mieści się niżej.
Chodzi o biodra. Mężczyźni ich nie mają, co działa na ich niekorzyść, zwłaszcza jeśli przez cały dzień muszą nosić uwieszone na sobie dzieci. Biodra to wymyślona przez Matkę Naturę grzęda dla niemowlaków i małych dzieci. To ultrafunkcjonalna półeczka, na której dzieci na całym świecie sadowią się tak, jak koty na parapecie. Nie jestem pewien, czy zwolennicy teorii inteligentnego projektu dopatrzyli się już w tym dowodu na istnienie boskiego planu, ale jedno mnie zastanawia: gdyby Bóg faktycznie chciał, aby mężczyźni wychowywali dzieci, dlaczego nie uznał za stosowne wyposażyć nas w biodra?
Dźwiganie dzieciaka, nie mając bioder, na których można by je oprzeć, to prawdziwa udręka. Muszę polegać wyłącznie na sile moich męskich ramion. Wiem, że mężczyźni wyróżniają się większą tężyzną górnej połowy ciała, jednak te mięśnie przydają się głównie do rzucania włócznią i odkręcania słoików - nie do trzymania wiercących się, tłustych pędraków. Niewykluczone, że ja i moi koledzy - supertatusiowie - skierujemy naturę na zupełnie nowe tory, dzięki czemu w przyszłości mężczyźni wykształcą większą siłę do dźwigania dzieci, chwilowo jednak wyprzedzamy nasze czasy o jakieś dwadzieścia tysięcy lat. I odczuwamy to dotkliwie na własnej skórze.
Nie chodzi o to, że jestem zwykłym słabeuszem. Jak na współczesnego przedstawiciela płci męskiej być może nie mam imponującego kaloryfera czy też sześciopaku na brzuchu (o ile używam właściwych terminów stosowanych przez pakerów), ale też nie taki ze mnie znowu mięczak. Mam większą od przeciętnej masę mięśniową i całkiem ładnie wyrzeźbioną muskulaturę. Przynajmniej jak na zwiędłą flądrę w średnim wieku. A mimo to efekt noszenia dziecka na wysokości mojego nieistniejącego biodra był taki: wiele miesięcy straszliwego bólu.
Zaczęło się od ukłucia w ramieniu. Okay, może nie ukłucia, tylko ostrego, przeszywającego bólu, na który nie dało się nie zakląć. Chętnie wybrałbym się do lekarza, jednak na ten luksus mogą pozwolić sobie tylko ludzie, którzy nie muszą na okrągło zajmować się potomstwem. Zresztą wiadomo, jak by to wyglądało.
Ja: Panie doktorze, boli mnie, jak robię tak.
Lekarz: Proszę więc tak nie robić.
Naprawdę starałem się "tak nie robić". Jednak pewnego wieczora (tego jednego wieczora w miesiącu, kiedy mogę wyjść z domu, no chyba że nie mogę, bo moja żona musi zostać w pracy po godzinach), kiedy siedziałem w barze z kumplami (nazywamy to kółkiem literackim, a moja żona jest na tyle uprzejma, by nie kwestionować tej szarady), ze stołu zsunęła się kartka papieru. Zareagowałem instynktownie, próbując złapać ją w powietrzu, tak jak prezydent Obama, który zrobił to samo z natarczywą muchą podczas słynnego wywiadu. Niestety, użyłem do tego mojej chorej ręki.
- Auaaa! - Krzyknąłem na głos, tak że usłyszał to cały bar.
Można by pomyśleć, że zostałem postrzelony - wrzasnąłem, zgiąłem się w pół i przez kilka minut nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa. Tylko brak śladów krwi powstrzymał towarzystwo przed wezwaniem policji. Wreszcie, wydając z siebie serię dźwięków przypominających mowę ludzką, uspokoiłem kolegów i zapewniłem ich, że nikt mnie nie postrzelił. Byłem tego pewny, gdyż postrzał z pewnością nie byłby tak bolesny. Nagle jeden z kumpli zapytał, czy byłem u lekarza.
Moja żona od miesięcy sugerowała, bym to zrobił, jednak puszczałem to mimo uszu, jedynie wzruszając moim zdrowym ramieniem. Gdy tego wieczora wróciłem do domu i opowiedziałem jej, co się stało, starała się z całych sił nie okazywać, że miała rację, co było bardzo życzliwe z jej strony. Mimo napiętego grafiku wspaniałomyślnie wygospodarowała trochę czasu, zostając w domu z dziećmi, abym mógł pójść do lekarza, co również uważam za bardzo miłe z jej strony. Jakby tego było mało, umówiła mnie ze znanym specjalistą i wielką szychą w medycynie sportowej. Nie w geriatrii, nie w reumatologii, tylko w medycynie sportowej. To tak, jakby chciała powiedzieć "nie jesteś starą, zwiędłą flądrą, lecz młodym, dziarskim ogierem". Tak właśnie sobie pomyślałem - młodym, dziarskim ogierem. Któremu dziewięciokilogramowe dziecko złoiło skórę.
"Sprawdźmy, gdzie dziś zaboli Jerry'ego."
Lekarz od sportowców szybko ocenił kontuzję i podał mi dwa możliwe rozwiązania. Mógł mnie rozciąć i albo usunąć problem chirurgicznie, po czym czekałby mnie około dwuletni okres rekonwalescencji, albo skierować na fizjoterapię, co z kolei wiązałoby się z - uwaga, uwaga! - około dwuletnim okresem rekonwalescencji1.
Ponieważ jestem dobry w rachunkach, szybko obliczyłem, że nie ma co kierować się czasem powrotu do zdrowia.
Jednak czas nigdy nie jest bez znaczenia. Spytałem więc o możliwe terminy operacji i fizjoterapii. Okazało się, że na terapię mógłbym chodzić we wczesnych godzinach rannych, zanim moja córka (wtedy mieliśmy tylko jedną) zdążyłaby się obudzić, a żona wyjść z domu. Z kolei zabieg trzeba by było wykonać w normalnych godzinach pracy.
Rozpoczęła się kolejna runda rozważań: lepiej wybrać ciągnące się miesiącami bolesne poranki... czy spróbować zorganizować coś w ciągu dnia? Nie mogłem się zdecydować - póki lekarz nie wspomniał o jednym drobnym szczególe. Po operacji również czekałoby mnie wiele miesięcy fizjoterapii. Dokładnie tyle samo, ile z pominięciem zabiegu chirurgicznego. To po co w ogóle sugerował mi operację? Czyżby myślał, że chcę mieć bliznę, aby zgrywać macho, czy po prostu marzyła mu się willa nad Morzem Śródziemnym i brakowało mu kilku tysiączków, by wpłacić zaliczkę? Trudno powiedzieć.
Ostatecznie odjazdowa blizna okazała się nie dość kusząca, by zawracać sobie głowę całym tym planowaniem. I tak oddałem się w ręce fizjoterapeuty.
Nigdy wcześniej nie przechodziłem rehabilitacji, więc nie miałem pojęcia, co mnie czeka. Jasne, wiedziałem, że dadzą mi jakieś ćwiczenia i może nawet wielką piłkę do skakania, ale nie znałem żadnych konkretów. Gdybym zajrzał do Wikipedii, pewnie dowiedziałbym się, że fizjoterapia to nic innego, jak produkt uboczny tortur stosowanych przez hiszpańską inkwizycję. Coś w stylu legalnego interesu będącego przykrywką dla przestępczej działalności mafii. Tak czy siak, pewnego razu jeden z inkwizytorów średniego szczebla zauważył, że postawa torturowanej ofiary, którą przed chwilą łamał kołem, nieco się poprawiła. Posłusznie przekazał tę informację wyższemu w hierarchii przeorowi, który dostrzegł w tym alternatywny pomysł na zbiórkę funduszów, na wypadek, gdyby nowa gra w "bingo" nie wypaliła.
Na szczęście współczesna fizjoterapia zmieniła się drastycznie od czasów inkwizycji. Przede wszystkim nie odbywa się już w wilgotnym, mrocznym lochu, lecz w skąpanej w świetle jarzeniówek galerii handlowej. Poza tym dziś każą ci płacić za tę "przyjemność".
Wszystko inne - narzędzia, techniki, dogmatyczny fanatyzm - pozostało bez zmian. Wiem, że teraz powinienem skwitować to jakąś dowcipną puentą w stylu "z wyjątkiem tego i tego", jednak a) nie ma się z czego śmiać, i b) naprawdę nic a nic się nie zmieniło!
Schorzenie, jakie zdiagnozował u mnie pan doktor od sportu, to zarostowe zapalenie torebki stawu ramiennego, nazywane potocznie "zamrożonym barkiem". Tak naprawdę bark nie jest zamrożony. Można nim ruszać, jeśli się chce. I jeśli jest się masochistą. Jednak zdrowy rozsądek z całych sił krzyczy, by tego nie robić. I wtedy zaczyna się błędne koło.
Chyba jednak nie nadaję się na komika, bo mój wcześniejszy żart o wizycie lekarskiej był zupełnie nietrafiony.
Ja: Panie doktorze, boli mnie, jak robię tak.
Prawdziwy lekarz: Proszę zrobić tak jeszcze raz. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Proszę nie krzyczeć. I jeszcze raz...
Pomysł z nieruszaniem ramieniem, który można by uznać za "dobry", bo oszczędziłby twojej rodzinie przeraźliwego, przeszywającego uszy krzyku, okazał się "złym" pomysłem. Złym, złym i jeszcze raz złym. Ramię nierozciągane stopniowo sztywnieje. Dlatego z każdym kolejnym ruchem ból daje o sobie znać wcześniej. W związku z tym starasz się jeszcze mniej poruszać ramieniem, które w efekcie jeszcze bardziej sztywnieje. A wtedy ból pojawia się... chyba nie muszę kończyć.
Gdy dotarłem do momentu, w którym samo oddychanie było dla mnie torturą rodem z repertuaru Torquemady, musiałem udać się do jednego z jego współcześnie żyjących uczniów, aby "odmroził" mi bark. Mój wewnętrzny głos majsterkowicza2 wciąż jednak nie dawał mi spokoju: produkują rozpuszczalniki, które radzą sobie nawet z tak silnymi substancjami klejącymi, jak super glue, a z tym nie? A może by tak wypróbować zastrzyki z WD-40?
Niestety, nic z tych rzeczy. Trzy razy w tygodniu o brzasku porannym wlokłem się do galerii handlowej, by poddać się katuszom wykręcania rąk, podczas gdy sprawni fizycznie, młodzi rehabilitanci zakładali się na boku o to, kiedy wyjdą mi na wierzch gały. Moim terapeutą był wesołek o okrągłej twarzy imieniem Bernie. Bernie występował wieczorami w musicalach i już nie mógł się doczekać premiery "Markiza de Sade" w reżyserii Andrew Lloyda Webbera.
Po godzinnych torturach, połączonych z przesłuchaniami Berniego do roli tytułowej, cały połamany wracałem do domu, ledwo trzymając się na nogach. Widząc moją minę, żona za każdym razem pytała mnie: "Jak bardzo dziś cię bolało, skarbie? Na skali od dziewięciu do dziesięciu?". Na pewno było jakieś lepsze wyjście.
Lepsze wyjście
Od jakiegoś czasu nękała mnie pewna myśl, nie mówiąc już o bólu. Jak to możliwe, że udało nam się wysłać człowieka na Księżyc, a nie potrafimy przyprawić mężczyznom bioder? Nagle doznałem olśnienia. Mógłbym przenieść się na Księżyc, gdzie przyciąganie grawitacyjne jest mniejsze! Wtedy byłbym w stanie całymi dniami nosić dziecko na ręku!
Przyznaję, akurat ten pomysł był nieco trudny do zrealizowania. Ale ogólnie koncepcja była trafna. Trzeba coś wynaleźć! Właśnie tak postępują mężczyźni, gdy stają przed ciężkimi, życiowymi problemami, czyż nie? Być może pozbawiając mężczyzn bioder, Bóg po prostu chciał mi dać możliwość wykazania męskiej przewagi w dokonywaniu odkryć.
W końcu mężczyźni to najwięksi na świecie wynalazcy. Co takiego? Ktoś śmie wątpić?
Proste pytanie: czy to kobieta wynalazła aktywowaną głosem toaletę? Nie! Czy kobieta wynalazłaby choćby jedno akcesorium dla golfisty? Mało prawdopodobne. Wynajdywanie rzeczy, nawet tych bezużytecznych, to działka mężczyzn. Która kobieta przy zdrowych zmysłach wpadłaby na pomysł wynalezienia czegoś takiego, jak... viagra? Nie mam nic więcej do dodania. Być może więc Bóg przewidział, że ewolucja gatunków wreszcie doprowadzi do tego, iż to mężczyźni będą siedzieć w domu i wychowywać dzieci. Dlatego wyposażył nas lepiej umysłowo, tym samym rekompensując nasze ubytki fizyczne.
Nieraz słyszeliśmy, jak kobiety narzekają, że nie potrafimy działać wielozadaniowo. Nie chciałbym psuć im zabawy, lecz tradycyjne męskie zajęcia nigdy nie szły w parze z wielozadaniowością. Wystarczy pomyśleć. Dawniej wielozadaniowego myśliwego polującego na tygrysa szablozębnego można było określić jednym słowem - mięso. Operator piły łańcuchowej, usiłujący wykonać kilka rzeczy naraz, również miał swoją nazwę - kaleka. Z historycznego punktu widzenia prace wykonywane przez mężczyzn wymagały niezwykłego skupienia i niemalże laserowej precyzji, jeszcze zanim wynaleziono laser, który zapewne miał nam zrekompensować biologiczną niezdolność do wysadzania rzeczy w powietrze przy użyciu wzroku. Niewątpliwie do mitu o tym, że kobiety są urodzonymi, wielozadaniowymi geniuszami, w dużej mierze przyczynił się fakt, iż panie potrafią wykonywać wiele czynności naraz z dzieckiem usadowionym na biodrze. Wielkie mi rzeczy! Też bym tak mógł, gdybym miał biodra. Ale nie mam. Mam za to męski dar: zdolność do odkrywania i wynalazków.
Patrzcie i podziwiajcie!
Oto on! Przedłużacz męskich bioder! Na tym ustrojstwie dorobię się milionów.
Od fortuny dzieli mnie tylko jedno: nazwa. Wystarczy wymyślić jakąś zgrabną nazwę - podzadek? - a worki z pieniędzmi same posypią się z nieba i będą leżeć na drodze, czekając, aż ktoś podejdzie i napcha sobie kieszenie. Tym kimś, rzecz jasna, będę ja. Biodronoś? Bobostelaż? Technologia produkcji nie będzie skomplikowana. Fundusze na prace badawczo-rozwojowe lepiej przeznaczyć na cele marketingowe. PaTATAj? Zamiennik chirurgicznej rekonstrukcji barku? Pomocy! Jakieś propozycje? No dalej! Najlepiej coś chwytliwego i unikatowego, co jednocześnie nada się na nazwę domeny internetowej.
Dopóki nie wymyślę dobrej nazwy wartej milion dolarów, BoboBalkonik nigdy się nie zmaterializuje, a to oznacza, że będę musiał wykombinować inny sposób noszenia dzieci. Na sobie, ma się rozumieć.
Gdy dziewczynki były tyciusieńkie, najlepiej się sprawdzały nosidełka BabyBjörn czy Snugli, pozwalające na wygodne przenoszenie dziecka bez konieczności angażowania rąk. Niestety, one też nie są bez wad. Przede wszystkim, brzdąc wisi na wysokości twojej klatki piersiowej i może dosięgnąć wszystkiego co i ty. Broń Boże, żebyś chciał coś zjeść. A jeśli Bóg ci nie zabroni, to na pewno zrobi to twoje dziecko. Maluchy wręcz uwielbiają chwytać wszystko, co znajdzie się w zasięgu ich rąk. Nie tylko jedzenie. Może to być cokolwiek: nóż do obierania, parujący czajnik, a nawet elektryczny grill.
Mimo wszystko, nie zważając na Zachłanne Śmiercionośne Rączki, to nowoczesne nosidełko jest całkiem przydatne. Do pewnego momentu. Do momentu, w którym nóżki brzdąca są już dostatecznie długie, by... jak to ująć?
Otóż w tego typu wisiadle nóżki zwisają prosto w dół. Prosto. W dół. Natomiast w pewnym wieku - a konkretnie w wieku, w którym nóżki dzieci nieco się wydłużają - maluchy... no cóż, po prostu lubią kopać. I...
Naprawdę muszę wyjaśniać?
Jeśli przychodzisz na świat ze standardowym męskim wyposażeniem zamiast babskiego i jeśli myślisz o powiększeniu rodziny - albo po prostu nie chcesz tłumaczyć swoim starszym dzieciom, dlaczego tatuś leży skulony na podłodze, kwiląc jak beksa-lala - może lepiej będzie pożegnać się z kangurzą torbą, nim niemowlę ukończy pierwszy roczek.
Tylko co potem? Oczywiście masz do wyboru nosidełka tylne, jednak nie da się z nimi nigdzie usiąść. Poza tym są dość masywne i trudno je upchać w samochodzie wraz z innymi akcesoriami niezbędnymi do przewozu niemowląt.
Dlatego ucieszyłem się, gdy na nowo odkryłem przedpotopową technologię, która zdaje się być dobrym rozwiązaniem, nawet dla mężczyzn. Mowa o chuście z materiału. Tak, z tego samego materiału, z którego szyje się ubrania, tylko zdobionego stylowymi, etnicznymi motywami rodem z Trzeciego Świata, manifestującymi wszystkim dookoła, jak bardzo cenisz pradawną mądrość starożytnych kultur (z wyjątkiem ich tradycyjnego podziału ról płciowych).
Dla współczesnego gadżeciarza z zachodniego świata takie antyczne, materiałowe coś może być lekkim rozczarowaniem, nie tylko dlatego, że nie może zostać opatentowane i eksploatowane za miliony dolarów (przeze mnie, ma się rozumieć). Rzecz w tym, że tę technologię najpewniej wynalazła kobieta. W końcu chodzi o chustę. Niestety, sposób jej wiązania jest zbyt prymitywny, by zasłużyć choćby na odznakę harcerską.
Zadziwiające jest jednak to, że gdy mocujesz chustę do ciała, nóżki dziecka samoistnie rozkładają się szeroko na boki, zupełnie jakby kobiety, które to wynalazły, miały na uwadze przyszłość ludzkiego gatunku. Małe stópki mogą sobie wierzgać do woli w powietrzu, a nawet ocierać się o tę twoją niewydarzoną, chłopięcą miednicę. Jednak twoje przyrodzenie pozostanie nienaruszone.
Jest jeszcze jeden wielki plus. Gdy dziecko nie siedzi w chuście, jej poły, wiązane z przodu na krzyż, sprawiają, że wyglądasz jak meksykański "bandolero". ?Es muy macho! Nie żebyś chciał podrywać opiekunki czy coś w tym stylu, lecz ta pierwotna, gadzia część męskiego mózgu, odpowiedzialna za instynktowne reakcje, zawsze docenia odrobinę brawury. Choćby nie wiem jak była mała. Albo urojona.
Podobnie jak przeświadczenie, że w takiej chuście wygląda się odlotowo.
No dobrze, na pewno nie odlotowo. Ani w dechę. W tym sęk. Brakuje mi bioder - naturalnej dziecięcej podpórki. Dlatego nie mam nic przeciwko noszeniu ogromnej, hipisowskiej chusty, wymyślonej przez kobiety z krajów Trzeciego Świata... dopóki pozwala mi uniknąć miażdżących krocze kopniaków oraz miażdżących bark fizjoterapeutów.
****
Zakładaj ochraniacz krocza. Przednie nosidełko nie jest jedyną rzeczą, jakiej należy się obawiać. Wyobraź sobie taką sytuację: rozmawiasz przez telefon z pracownikiem gazowni, któremu po raz enty powtarzasz numer swojego konta, i nie zdajesz sobie sprawy z tego, że w twoim kierunku zasuwa mały, sięgający ci do pasa brzdąc, pędzący jak torpeda. Albo pozwalasz sobie na chwilę wytchnienia, leżąc na plecach na podłodze w bawialni, gdy tu nagle, jak grom z jasnego nieba, spada na ciebie kilkunastokilogramowa, chichocząca kula armatnia. Albo kładziesz swojego słodkiego aniołka do snu, otulając go kołdrą, a ten zaczyna wywijać łokciami i kopać kolanami, ponieważ koniecznie musi się jeszcze przytulić.
Po chwili czujesz, jakby pewna część twojego ciała, osadzona w niższych rejonach, miała zaraz eksplodować.
Przód przeciętnego faceta to cel o powierzchni około metra kwadratowego. Najbardziej newralgiczny obszar ma zaledwie kilkanaście centymetrów kwadratowych. Jak myślisz? W co dzieciaki trafiają za każdym razem? Bingo! A raczej KURDE MOLE, JASNY GWINT!
Jeśli sądzisz, że przesadzam, obejrzyj sobie którykolwiek odcinek programu z serii "Śmiechu warte", w którym prezentowane są najśmieszniejsze domowe nagrania wideo. Doliczysz się co najmniej dwudziestu uderzeń w krocze - a to tylko te uwiecznione na filmie w danym tygodniu i uznane za dość zabawne lub dotkliwe, by warto je było pokazać na antenie telewizji publicznej. Na podstawie szacunków prawdopodobieństwa takich kolizji wyrosło prawdziwe imperium telewizyjne. Ciosy w krocze są wpisane w zawód ojca mającego małe dzieci. A ojciec na tacierzyńskim jest co najmniej pięć razy bardziej narażony na to ryzyko niż inni ojcowie. Być może właśnie dlatego kobiety jaskiniowców zorganizowały prymitywne społeczeństwo w taki, a nie inny sposób: "Skarbie, jeśli nasz gatunek ma przetrwać, może byłoby lepiej, gdybyś to ty zajął się polowaniem na wielkie, przerażające bestie, a ja zajmę się tymi małymi, przerażającymi zwierzakami".
Jedyną zaletą doznania obrażeń jąder w incydencie związanym z opieką nad dziećmi jest to, że nieuchronna utrata resztek testosteronu, jaki mi pozostał, może się przyczynić do spowolnienia procesu łysienia. Przyznaję, że to kusząca oferta.
Ale chyba jednak spasuję i wybiorę mniej bolesną opcję. Skoro już usidliłem kobietę, która dała mi potomstwo, na co mi włosy?
****
Dopiero co wróciłeś z dzieckiem ze szpitala. Zalewają cię emocje, i deszcz celnych spostrzeżeń typu: "Teraz twoje życie zmieni się nie do poznania". Czujesz się wycieńczony po ciężkiej nocy spędzonej na idiotycznej, rozkładanej kozetce w pokoju szpitalnym, w którym leżała twoja żona, daleko ci jednak jeszcze do zmęczenia, które zwali cię z nóg po najbliższych trzech nieprzespanych tygodniach. Nie zapominajmy i o rozpierającej cię radości z tego, że zamiast smółki pojawiła się wreszcie kupka, którą da się zetrzeć z pośladków malucha za pomocą czegoś mniej toksycznego niż nafta. Najważniejsze jest jednak to, że masz u boku żonę. Żonę, którą niegdyś kochałeś ponad wszystko, lecz teraz, gdy przystawia niemowlę do piersi, kochasz ją jeszcze bardziej. Nawet nie jesteś zazdrosny o to, że maluch zawłaszczył sobie jej oba cycuszki. To dopiero miłość!
Ale chwileczkę.
Co dalej? Co teraz się zdarzy?
Życie. Życie się zdarzy. Będzie nieprzyjemnie i nieprzewidywalnie, ale tego z pewnością nie chcesz teraz słuchać. Potrzebujesz konkretów, których możesz się trzymać. Oto kilka konkretnych porad dotyczących konkretnych rzeczy - zbędnych i niezbędnych.
Nowe rzeczy dla dziecka, bez których można się obejść
Milion poradników dla rodziców. Wybierz jeden, w którym znajdziesz odpowiedzi na najbardziej naglące pytania, i na nim poprzestań. Jeśli istnieje jakaś "najlepsza" odpowiedź, znajdziesz ją w każdym poradniku. Jeśli nie, każdy z nich podsunie ci inne rozwiązanie, tak bardzo mącąc ci w głowie, iż nie dostrzeżesz tego, co oczywiste - że nie ma jednej najlepszej odpowiedzi. A to tylko przysporzy ci dodatkowych zmartwień. Lepiej zatem żyć ułudą, że najlepszą z możliwych odpowiedzi zawiera twój nowy, ulubiony poradnik - o ile nie jest to ten poradnik. Takiej odpowiedzialności nie udźwignę. Wysyp przeklętych kocyków. Teoretycznie można by ich użyć do opatulenia noworodka. Tyle że w praktyce się to nie sprawdza. Takie kocyki nie są dość długie. Jedynym kocykiem, jaki zdaje egzamin, jest ten, w który owijają ci dziecko na drogę ze sklepu. Przepraszam - ze szpitala. No i jak długo można upychać takie kocyki w kołysce lub dziecięcym łóżeczku? Ostatecznie tylko zagracą mieszkanie, czekając, aż odnajdą nowe przeznaczenie jako wyimaginowane statki i forty lub inne zawalidrogi. Srebrne łyżeczki. Czy istnieje lepszy prezent na narodziny dziecka niż srebrna łyżeczka czy grzechotka od Tiffany'ego? Tak przynajmniej myślą ci, którzy nie mają pojęcia, że popularne w krajach anglosaskich powiedzenie "urodzony ze srebrną łyżeczką w ustach" nigdy nie miało pozytywnego wydźwięku. Coś, co nadaje się tylko do prania chemicznego. Zlitujcie się! Cóż to za "genialny" pomysł, by dziecko czy kogokolwiek mającego z nim styczność obdarzać rzeczami nadającymi się tylko do prania chemicznego? Co jeszcze wymyślicie? Jedwabne podkładki na ramię chroniące przed ulewaniem? Coś białego. Zob. powyżej. Skarpetki... chyba że naprawdę bawi cię nieustanne zbieranie różnych rzeczy z podłogi. Albo jeśli zamierzasz przymocować je do stópek dziecka taśmą klejącą, co z kolei oznaczałoby, że ta cała zabawa w bycie rodzicem jest nie dla ciebie.Nowe rzeczy dla dziecka, bez których nie sposób się obejść
Pieluchy. Bez żartów. Jeśli chcesz być wielkim zwycięzcą nieoficjalnego konkursu na najlepszy prezent na "bociankowe", kup jedną, a nawet dwie paczki pieluch. Przyszła mama zapewne będzie na ciebie patrzeć jak na dziwaka - dopóki w domu nie zjawi się dziecko. Wówczas będzie cię nosić na rękach i traktować jak bohatera. A tymczasem reszta mam i tatusiów obecnych na przyjęciu będzie pluć sobie w brodę, że nie był to ich pomysł. Pojemnik na zużyte pieluchy, który faktycznie nie przepuszcza brzydkiego zapachu. Wydaje się to oczywiste, lecz naprawdę należy wziąć na to poprawkę, chodząc po sklepach. Poza tym warto trzymać zapas foliowych torebek - woreczków śniadaniowych, reklamówek czy jednorazówek dostępnych na dziale spożywczym - w pobliżu ulubionych kącików zabaw, oddalonych od kosza na brudne pieluchy. Mogą one posłużyć do tymczasowego przechowywania cuchnących bomb, zaoszczędzając biegania wte i wewte. Podkładki chroniące przed ulewaniem. Pamiętasz jeszcze staroświeckie, tetrowe pieluchy? Obecnie używa się ich w formie podkładek zarzucanych na ramię, gdy bierzesz malucha na ręce. Niemowlętom się ulewa - i to sporo. Niech ci się przypomni moja rada, gdy znów zechcesz zignorować środki bezpieczeństwa i wybrać sweter, który można czyścić tylko chemicznie. Duża czerwona piłka. Równie dobrze może być niebieska, fioletowa albo zupełnie innego koloru. Nie musisz się nawet fatygować po nią do sklepu, bo już ją masz. To ta sama, która miała ci pomóc skorygować postawę ciała podczas siedzenia lub efektywniej ćwiczyć brzuszki, lecz skończyła upchnięta głęboko w szafie. Cóż, oto nadszedł czas, aby ją stamtąd wyciągnąć, ponieważ każdego dnia będzie cię czekać "godzina histerii" w wykonaniu twojego szkraba, a wówczas uspokoi go tylko delikatne podskakiwanie. Ta "godzina" może się przeciągnąć do kilku godzin. Nieważne, czy masz już uda jak ze stali i potrafisz wykonać milion przysiadów - brak snu i tak zrobi swoje, pozbawiając cię sprawności fizycznej. Zanim się spostrzeżesz, opadniesz z sił, chyba że siądziesz na wielkiej piłce i zaczniesz na niej podskakiwać z dzieckiem na ręku, dopóki maluch nie uśnie. A wtedy może i tobie uda się zmrużyć oko. Środki przeciwbólowe. Mata edukacyjna do leżenia na brzuszku. Gdy byliśmy mali, nasi rodzice ciągle kładli nas na brzuchu. Dlatego tak wiele niemowląt wówczas umierało. Jednak te, które przeżyły, miały doskonale wyćwiczone mięśnie szyi. Dziś niemowlęta mają wiotkie szyjki, ponieważ całymi dniami i nocami leżą bezpiecznie na pleckach, nie mając możliwości podźwignięcia główki. Z wyjątkiem pory zabawy, kiedy to kładziesz dziecko na brzuszku i zostawiasz je na dziesięć minut, by słuchać, jak z oburzeniem krzyczy: "Nie wiesz, że to może mnie zabić?". (No dobrze, krzyczy tak w swoim niemowlęcym języku, ale i tak dociera do ciebie, co chce powiedzieć, głośno i wyraźnie. Zwłaszcza głośno). Dlatego warto zainwestować w matę, która jest nie tylko wygodna, kolorowa i zajmująca, ale i ochroni twój dywan, gdy stanie się rzecz nieunikniona i dziecku się uleje. Ewentualnie można zastąpić ją jednym z miliona kocyków otrzymanych w prezencie. Fotelik samochodowy. To rzecz priorytetowa, bez której w ogóle nie wypuszczą cię z dzieckiem ze szpitala. Wkrótce jednak się przekonasz, że taki fotelik samochodowy jest bardzo poręczny i ma wszechstronne zastosowanie. Dziś foteliki samochodowe przypominają kołyski, które można montować na stelażu wózka. Wystarczy umieścić na nim fotelik, wpiąć go w przeznaczone do tego uchwyty i - voila! - otrzymujemy praktyczną spacerówkę bez konieczności wydobywania wiercącego się zawiniątka z jednej plątaniny pasów i zmagania się z drugą. Aparat fotograficzny. Nie chcę brzmieć staroświecko, ale naprawdę te pierwsze chwile warto uwiecznić czymś lepszym niż telefon komórkowy. Kaftaniki i pajacyki na zatrzaski. To coś, w czym twój maluch będzie żył przez kilka pierwszych miesięcy. Kaftaniki na zatrzaski łatwo się odpinają i zapinają, dzięki czemu nie trzeba ich wciągać na siłę przez wiotką, bezwładną główkę dziecka. Pajacyki zaś mają zatrzaski w kroku, wzdłuż nogawek, co ułatwia zmianę pieluchy. To niezwykle przydatne rozwiązanie. Śpiworek niemowlęcy. To taki śpiwór z ramiączkami. Najpierw niemowląt nie wolno przykrywać w łóżeczku kocykiem ze względu na ryzyko uduszenia. Później maluchy tak bardzo się wiercą i wierzgają nóżkami, że już po dwóch minutach go z siebie skopują. Szkoda, że takich śpiworków nie produkują także dla dzieci powyżej drugiego roku życia. Kula z łańcuchem. Yyy, to znaczy niania elektroniczna. Nóż kieszonkowy. Wystarczy mały, wielofunkcyjny scyzoryk. Na początku ostrze posłuży ci do otwierania pudełek i innego rodzaju opakowań, a miniaturowe nożyczki przydadzą się do odcinania metek i przecinania miliona pasków i wiązań, którymi zabawki są mocowane do opakowań, aby się w nich nie przemieściły podczas transportu lub co najmniej eksplozji jądrowej. Z czasem nożyk posłuży ci przy takich czynnościach, jak krojenie i obieranie jabłek (do czego nadaje się także krawędź karty kredytowej, lecz zostawia większy bałagan) oraz przycinanie słomek, aby nie dźgały szkraba w oko, gdy będzie się uczył pić. Takich przykładów użycia scyzoryka można by wiele znaleźć. Nie mogę pojąć, dlaczego wszystkie mamy go ze sobą nie noszą.Mając już cały niezbędny sprzęt, możesz się zająć wychowywaniem. Jeśli faktycznie zaczynasz od zera, to w pierwszej kolejności odłóż tę książkę i idź SPAĆ! Serio, korzystaj z każdej okazji na drzemkę. W tych kilku pierwszych miesiącach nie musisz się zbytnio wykazywać - i dobrze się składa, gdyż świeżo upieczeni rodzice na ogół nie mają jeszcze czym się wykazywać. Bądźmy szczerzy - gdyby potrzeba było do tego fachowca, nasz gatunek wymarłby wieki temu.
Na początku opieka nad dzieckiem sprowadza się głównie do karmienia, wycierania i próby rozgryzienia rytmu dnia niemowlęcia. A także do mozolnego przyuczania dziecka do zasypiania. Rodzice uciekają się w tym celu do najróżniejszych sposobów, takich jak wielogodzinne wożenie dziecka po okolicy, gdyż zasypia ono tylko w samochodzie. My usypialiśmy nasze w foteliku samochodowym, który umieściliśmy w kołysce będącej pamiątką rodową.
*
Superrada
Zapomnij o niszczarce! Wszystkie stare deklaracje podatkowe, wyciągi z kart kredytowych i inne osobiste dokumenty wyrzucaj do kosza na zużyte pieluchy. Wówczas każdy, kto zechce wykraść twoje dane osobowe, gorzko tego pożałuje!
*
Niektórzy ładują malucha do wózka i spacerują z nim całymi godzinami. Jedna z moich córek zasypiała wyłącznie w nosidełku, wtulając się we mnie i używając mojego palca jako smoczka. Każda kradzież uszłaby mi płazem, pod warunkiem, że dotykałbym rzeczy wyłącznie tym jednym palcem, pozbawionym linii papilarnych od ciągłego ssania. Gdy córcia nieco podrosła, usypiała już tylko w zasilanym bateriami leżaczku-bujaczku.
Dobre jest wszystko, co działa. Dowiedz się, co to jest, i trzymaj się tego. Zwłaszcza gdy urlop macierzyński twojej żony dobiegnie końca i rozpoczniesz swoją solową karierę.
Na tym etapie twoje dziecko ma tylko jedno zadanie - rosnąć. I wytworzyć więź uczuciową z rodzicami. No dobrze, to dwa zadania. Twoim zaś zadaniem jest zrobić wszystko, aby mu to umożliwić. Skup się na tym, a nie zginiesz. Jasne, jeśli masz więcej niż jedno dziecko, będzie trochę ciężej, ale zasada ta nie przestanie obowiązywać.
Naprawdę nie chcę, by te początki wydały się trudniejsze, niż są w rzeczywistości. Może warto by było pokusić się o krótką retrospektywę historyczną.
Krótka retrospektywa historyczna
Od pradawnych dziejów, wręcz prehistorycznych, najwyższym priorytetem każdego rodzica była rzecz na pozór prosta - utrzymanie dziecka przy życiu. To, w zależności od czasów, w jakich się żyło, oznaczało jego ochronę przed drapieżnymi zwierzętami, uzbrojonymi rabusiami lub niezdrowymi tłuszczami trans.
Ale czasami zdarzają się takie dni - gdy na przykład niemowlę obudziło cię o czwartej rano, bo nie mogło oddychać przez zapchany glutami nos, z kolei twoja starsza córka, która nie chciała pójść spać ("Już nigdy!" - jak oznajmiła), padła ze zmęczenia dopiero po 22.00, po czym zerwała się z łóżka przy pierwszej okazji, takiej jak rzeczony incydent z brzdącem wydzierającym się o czwartej nad ranem, a ty zostałeś sam w domu, bo twoja żona udała się w podróż służbową; jakimś cudem niemal dotrwałeś do pory lunchu, gdy tymczasem twoje wypompowane starsze dziecko słania się na nogach, z uporem utrzymując, że brak snu nie ma z tym nic wspólnego, zaś niemowlę wije się jak piskorz w twoich objęciach, kiedy próbujesz przenieść je nad bramką ochronną, jednak z przemęczenia brak ci sił, by unieść nogę na odpowiednią wysokość, i wcale nie pomaga, że masz na sobie wąskie dżinsy, bo i tak zjeżdżają ci z tyłka, gdyż nie miałeś czasu założyć paska, a wtedy nie dość, że się przewracasz, roztrzaskując bramkę, której ostre, plastikowe odłamki rozsypują się po całym pokoju, to jeszcze ranisz się w nogę; jednakże nie masz czasu zareagować, bo myślisz tylko o tym, żeby własnym ciałem zamortyzować upadek dziecka i nie dopuścić do rozcięcia jego głowy, co by tylko wszystko pogorszyło. I w efekcie masz teraz na głowie dwa wydzierające się brzdące, które musisz wpierw uspokoić, zanim spróbujesz naprawić bramkę i pozbierać wszystkie odłamki, aby twoje psotliwe maleństwo nie wciągnęło ich na śniadanie, gdy tak naprawdę chciałbyś teraz tylko przeczołgać się do łazienki i przemyć ranę, która piecze tak, jakbyś zdarł sobie skórę do żywego mięsa, niestety do oficjalnej pory drzemki zostały jeszcze dwie godziny i nie wiem, czy wspomniałem, że ostatniej nocy się nie wyspałeś, zaś twoja żona wróci z podróży służbowej, dopiero gdy uśpisz dzieci, lecz jak na złość twoja ucząca się chodzić pociecha podnosi bunt i nie zamierza się położyć ani też grzecznie zachowywać, dopóki nie zobaczy się z mamusią - czyli gdy utrzymanie dziecka przy życiu oznacza jego ochronę przed tobą samym.
Cokolwiek by się działo, musisz zachować spokój. Nie wolno ci stracić nad sobą panowania ani rzucić się w paszczę przyczajonego w jaskini - lub w twojej głowie - tygrysa szablozębnego, nawet jeśli jesteś strasznie niewyspany, a wszystko dookoła ciebie się wali.
Jeśli do czasu powrotu żony uda ci się utrzymać siebie i swoje potomstwo przy życiu, możesz śmiało uznać to za sukces. Powinieneś być z siebie dumny. Zasłużyłeś na swój tytuł. I na zimne piwo, a jakże!
Dobra robota, Supertato!
****
Żargon
Raz na rok lub na dwa lata jakiś idiota analizuje, jaką wartość rynkową miałaby praca rodzica jako pełnoetatowego opiekuna, zupełnie jakby wychowywanie dziecka było takim samym zawodem jak inne. Cóż, niestety tak nie jest, ponieważ za żadne skarby bym się go nie podjął, gdyby nie chodziło o moje dzieci. Jednak jeśli ktoś chce się uprzeć i traktować ten zawód na równi z innymi, powinien wiedzieć, że brakuje mu czegoś istotnego - własnego żargonu.
Każda profesja ma swój żargon. Każda inna profesja, ma się rozumieć. Zamierzam to zmienić. W tym celu poniżej zamieściłem wstępną listę terminów, których na ogół używamy z żoną w domu. Możesz ją wzbogacić o własne propozycje i podzielić się nimi z innymi rodzicami. Wówczas będziemy mogli się czuć i mówić jak prawdziwi zawodowcy.
"Hej, spójrz, co to potrafi!"
Podtapianie: stosowana w ostateczności technika mycia włosów opornemu dziecku, polegająca na przytrzymywaniu go pochylonego nad zlewem kuchennym i polewaniu mu głowy wodą z kranu.
Wylęgarnia pleśni: każda zabawka do kąpieli, np. gumowa kaczuszka, która posiada otwór do psikania wodą. Przez te otwory woda jest zasysana do środka i nie może swobodnie wypłynąć. W rezultacie na wewnętrznych ściankach tworzy się pleśń, a ty się zastanawiasz, dlaczego zabawki tak dziwnie pociemniały - dopóki nie zobaczysz pływających w wannie obrzydliwych, czarnych farfocli, przez które musisz przerwać kąpiel, aby spuścić wodę, umyć wannę, ponownie ją napełnić i wyrzucić zabawkę.
Kompostownik: kosz, w którym zalegają brudne pieluchy, dopóki nie zaczną się wysypywać albo cuchnąć tak strasznie, że nie da się tego dłużej wytrzymać.
Maź antykałowa: antybakteryjny żel do mycia rąk.
Fioletowy soczek: paracetamol w płynie o smaku winogronowym.
Dzieciopulta: sprężynujący leżaczek-bujaczek dla niemowlęcia.
Superkumple: maskotki do przytulania; pluszowe zwierzaki, bez których twoje dziecko nie może się obejść, pokryte brudem i śliną, a także noszące ślady małych ząbków i inne oznaki dziecięcej miłości.
Bongosy: czyjeś pośladki, na których grasz jak na bębnach.
Bank zarazków: pluszowy zwierzak, zwłaszcza superkumpel.
Maraton czytania: stos książek dla dzieci i wygodna kanapa, czyli błogi sposób na spędzenie jednej lub dwóch godzin we względnym spokoju.
Ogród rozmaitości: tak nazywam swój trawnik, którym teraz nie mam czasu się zająć.
Brzusiobieg: przezabawna strategia odwlekania momentu pójścia do łóżka, polegająca na tym, że szkraby - rozebrane do majtek lub pieluch - biegają jak najęte po korytarzu, krzycząc "brzusiobieeeeeeg!".
Wieczór przytulankowy: to, co się dzieje, gdy rodzice próbują okazać sobie trochę fizycznej czułości, a dzieci są o to zazdrosne i domagają się uwagi.
Glutowciągacz: inne, łatwiejsze do zapamiętania określenie aspiratora.
Prutki z pupki: dźwięczne wiatry wiejące z południa.
Szalka Petriego: każda grupa wspólnie bawiących się przedszkolaków obśliniających wszystkie zabawki. Nazywana również "giełdą zarazków".
****
Zostałem rodzicem w szczenięcym wieku czterdziestu pięciu lat. I do tego czasu wcale nie mieszkałem w suterenie u rodziców. Miałem dobrą pracę. A nawet kilka. Byłem inżynierem lotnictwa i kosmonautyki, autorem tekstów reklamowych, aktorem dubbingowym oraz ilustratorem. Poza tym dorabiałem sobie, działając w wielu innych branżach. Reżyserowałem reklamy radiowe, zajmowałem się produkcją programów telewizyjnych transmitowanych na żywo, maczałem palce w politycznych kampaniach o zasięgu krajowym. Własnymi rękoma wyremontowałem stary, zrujnowany dom, machając młotkiem do upadłego. I tak przez wiele miesięcy bez przerwy.
Podsumowując: nie bałem się harówki. Nie przerażała mnie praca dwanaście godzin na dobę przez sześć dni w tygodniu. Dobijające terminy, wroga i niezwykle zacięta rywalizacja, a także niespodziewane zmiany na ostatnią chwilę nie były dla mnie niczym nowym. Żyłem na krawędzi, trudno byłoby mnie skruszyć, przywykłem do stresu tak, że stał się moją drugą naturą.
A zatem cóż takiego mogło mnie czekać na tacierzyńskim? To zwykły spacerek po parku - nie tylko dosłownie! Opieka nad dzieckiem? Igraszka! Tak właśnie myślałem, póki się nie przekonałem, co to tak naprawdę oznacza.
Dziś, po ponad ośmiu latach bycia tatą na pełen etat, muszę zgodzić się z tym, o czym kobiety mówią od wieków.
Bycie pełnoetatowym rodzicem to najcięższa praca na świecie. Tak samo ciężka dla kobiet, jak i dla mężczyzn.
No dobra. Powiedziałem to. Ja, mężczyzna. A zatem musi to być prawda. Drogie panie, wyrwijcie tę stronę i oprawcie ją w ramkę. Skserujcie i sprezentujcie kolejne egzemplarze swoim mamom i babciom. Wreszcie przyznano wam rację. Mężczyźni niesłusznie bagatelizowali tę sprawę i potakiwali lekceważąco dla świętego spokoju. Przez cały ten czas byli w błędzie. Kompletnie się mylili.
Wreszcie jeden z nich przyznał się do tego. I to na piśmie. A co tam! W imieniu wszystkich przedstawicieli płci męskiej chętnie powtórzę głębokim barytonem te dwa proste słowa, wyczekiwane od dawna przez wszystkie żony i matki.
MIAŁYŚCIE RACJĘ.
Przykro mi, że tak długo musiałyście na to czekać. Problem w tym, że niewielu z nas mężczyzn potrafi zrozumieć, jak ciężka jest to praca.
Nie oznacza to jednak, że mężczyźni tego nie podejrzewają.
Badania naukowe dowodzą, że co drugi żonaty mężczyzna byłby gotów podjąć się tego zadania. I nie chcę przez to powiedzieć, że ankieterzy zapytali o to tylko dwóch facetów, z których jeden nieomal się zgodził. Chodzi o to, że blisko 50 procent spośród dosłownie garstki kolesiów, których przyparto do muru tym pytaniem, powiedziało "tak". Wydaje mi się, że ich odpowiedź brzmiała wręcz "Tak, kochanie".
A ilu facetów faktycznie się z tego wywiązuje? Według statystyk z 2010 roku tylko blisko 158 tysięcy mężczyzn w Ameryce zostaje w domu i opiekuje się dziećmi przynajmniej przez rok. To daje jednego na 163 tatusiów.
Co drugi deklaruje, że chętnie by to zrobił, lecz tylko jeden na 163 faktycznie dotrzymuje słowa. Co to oznacza?
To oznacza, że mężczyźni kłamią jak z nut w każdej sytuacji, w której stawką jest przyszłość związku.
Weźmy na przykład mnie. We wstępie oznajmiłem, że pracowałem w domu i sam organizowałem sobie czas. Naprawdę jednak miałem na myśli coś takiego: "Szukałem cię przez dwadzieścia pięć lat i wreszcie cię znalazłem. Teraz zrobię wszystko, aby przez kolejne dwadzieścia pięć lat nie żyć ze świadomością odrzucenia!".
Tyle że teraz przede mną dwadzieścia pięć lat ciężkiej pracy w pocie czoła, dwadzieścia pięć lat harówki, poświęcania uwagi, okazywania uczuć, cierpliwości i zaufania, dzielenia się wiedzą i pasją, pokładania nadziei oraz nieustannego zamartwiania się i niepokojenia. A wszystko to po to, by moje córki mogły dorosnąć, ukończyć szkołę i rozpocząć własne życie, zostawiając mnie samego.
Z pewnością najtrudniej będzie pozwolić im wyfrunąć z gniazda rodzinnego. Pocieszam się jednak, że to, co teraz robię - a jest to najcięższa praca na świecie - ma mnie do tego świetnie przygotować, wycieńczając tak, że nie będę już mógł wytrzymać z nimi ani minuty dłużej.
****
Supertata nie jest tylko megalomańskim tytułem; to cały megalomański ruch. My, ojcowie na tacierzyńskim, dążymy do tego, aby... no cóż... coś zrobić. Cokolwiek. Niestety, chwilowo nie wiemy jeszcze konkretnie co. Jesteśmy zbyt niewyspani, by trzeźwo myśleć. Mamy wychowujące dzieci na pełny etat prawdopodobnie jako jedyne to rozumieją, jednak nie mają głowy ani energii do tego, by się tym przejmować. Sam nie wiem, dlaczego w ogóle o tym wspomniałem. Chyba żeby wam powiedzieć...
Muszę zacząć pić kawę. Koniecznie. Mój problem polega na tym, że trochę za późno na taką zmianę. Tak, wiem. Co to za problem zacząć pić kawę? Otóż kawa to coś więcej niż napój; to rytuał. Wiąże się z nim cały proces, pewne wyrobienie, dzięki któremu potrafisz odróżnić "dobrą" kawę od "złej". O ile mi wiadomo, umiejętność rozpoznawania dobrze i źle zaparzonej kawy jest niezwykle ważnym elementem ceremoniału picia kawy. Nie sądzę, żebym był w stanie znaleźć czas na wykształcenie w sobie tej zdolności, a co dopiero na kultywowanie tego rytuału. Ledwie starcza mi czasu, żeby podlać kwiaty; a mówiąc "ledwie", mam na myśli, że ledwie znajduję czas, by podlać je raz na dwa, trzy tygodnie, choć powinienem to robić co tydzień. A ludzie się dziwią, dlaczego nie mamy zwierząt domowych. I tak trudno jest wytłumaczyć sytuację z kwiatami. Cóż by dopiero było, gdyby z werandy w obłoku kurzu stoczył się wysuszony na wiór strzęp kota. W mgnieniu oka zjawiliby się u mnie obrońcy praw zwierząt i musiałbym wygłaszać jakieś bzdury o darwinowskiej teorii przetrwania futrzaków, tłumacząc jednocześnie, że nie mogę teraz rozmawiać, bo dziecko mi płacze i chce... nie wiem, chyba wody. A to niechybnie ściągnęłoby mi na głowę pracowników opieki społecznej, o ile udałoby im się przedrzeć przez mur protestujących obrońców praw zwierząt, i... Chwila, o czym to ja mówiłem? Ach, tak.
Czy Starbucks ma w ofercie dostawę do domu?
Niedobór snu nie jest fikcją. Kobiety cały czas mówią o tym, jak to dziecko pozbawiło ich szarych komórek, i zarzekają się, że to wszystko wina braku snu. Oraz wielozadaniowości. I stresu, który nigdy nie spada poniżej poziomu żółtego alarmu, wzywającego do ciągłej gotowości. Badania kliniczne potwierdzają, że te trzy czynniki wpływają na obniżenie sprawności umysłowej, a wiadomo, że badania te są wiarygodne, bo przeprowadzają je wolni, świeżo upieczeni absolwenci studiów, którzy nie mają dzieci obniżających ich sprawność umysłową. Posiadanie dzieci czyni cię głupszym, nie tylko ze względu na poziom prowadzonych konwersacji.
Córka: Dlaczego to jest białe?
Ja: Co? Chmury na niebie?
Córka: Nie, ptasia kupka.
IQ rodzica spada o 10 procent. Tak w każdym razie dowodzą badania.
Ponieważ jednak jestem facetem, reprezentowałem typowo męskie podejście, twierdząc, że ze mną będzie inaczej. Mężczyzna jest zbyt twardy, dowodziłem, by się dać odmóżdżyć byle smarkaczowi. Toteż poddałem się badaniu, aby tego dowieść. I dowiodłem... że nie mam racji. Z dokładnością do przecinka. Tylko 90 procent moich szarych komórek pracuje na pełnych obrotach. No dobrze, szare komórki pewnie nie są napędzane silnikiem, ale co ja tam wiem? W końcu straciłem 10 procent mózgu! Jeśli ta tendencja utrzyma się do czasu, gdy moje dzieci zaczną chodzić do szkoły, nie będę się nadawał do pracy nawet jako osoba witająca klientów w supermarkecie.
Dlatego, przynajmniej na tę chwilę, ktoś inny będzie musiał dokonać rozbicia atomu. Ja mam na głowie bardziej doraźne problemy. Na przykład to, jak podzielić paczkę krakersów pomiędzy dwa brzdące, nie wywołując przy tym katastrofy jądrowej, przy której ta w Czarnobylu to błahostka.
Snu nie zaczyna ci brakować dopiero po urodzeniu dziecka, lecz już wtedy, gdy brzuch twojej żony staje się zbyt duży, by mogła się wygodnie ułożyć. Może minąć kilka nocy, nim się zorientujesz w sytuacji, a jeśli nadal będziesz się wysypiał, ignorując fakt, że ona co noc przewraca się z boku na bok, skończy się to tym, że wylądujesz na kanapie, a wtedy wszystko się zmieni. Zaciśnij więc zęby, czuwaj przy niej, masuj jej plecy albo rób cokolwiek. Po latach nie będziesz już o tym pamiętał. Jeśli jednak teraz się nie poświęcisz, żona będzie ci to wypominać do końca życia.
Dlaczego nie trafiło nam się takie z funkcją drzemki?
Gdy dziecko przyjdzie na świat, będzie znacznie ciężej... o ile dobrze pamiętam. Mózg niestety jest zbyt wycieńczony, by utrwalić te lata w pamięci długotrwałej. Tu z pomocą przychodzą albumy ze zdjęciami malucha i domowe nagrania wideo, na podstawie których możesz zrekonstruować swoje wspomnienia.
Pamiętam jednak dobrze swoje przechwałki: "Moje dziecko ma dopiero dwa tygodnie i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że w tym czasie udało mi się przespać aż osiem godzin. Liczę na kolejne osiem godzin snu w ciągu najbliższych dwóch tygodni". Gdy urodziło się drugie dziecko, było jeszcze gorzej. A jak! Zwłaszcza gdy moja żona wróciła do pracy i zostałem sam z dziewczynkami. Pod koniec dnia padałem nieprzytomny z wywieszką "Nie podejmować reanimacji" na klatce piersiowej.
Brak snu prowadzi do obłędu
Czy zastanawiasz się czasami, skąd w dzieciach tyle energii? Otóż mają ją od rodziców. Tak, tak. Wysysają ją z nas jak komary. Powiedziałbym wręcz, że jak wampiry, ale te obecnie stały się dość modne, przez co wysysanie życiodajnej energii mogłoby się wam wydać czymś atrakcyjnym. Zostańmy więc przy komarach. Nieustannie bzyczą ci nad uchem i domagają się jedzenia. Chcą, żeby je nakarmić albo przewinąć, albo udzielić im odpowiedzi, albo okazać uwagę w każdy możliwy bądź niemożliwy do wyobrażenia sposób. Pod koniec dnia marzysz tylko o tym, by odpłynąć do krainy Morfeusza. Ba! Tylko jak tu spać, gdy się ma w domu dwa dziesięciokilogramowe komary...?
Dzieci domagają się uwagi o każdej porze dnia i nocy. Nie ma takiego tygodnia, by się obyło bez wieczornego bólu brzucha, który po serii pytań sondujących okazuje się promieniować z okolic... łokcia. Albo bez śródnocnego "koszmaru", dziwnym trafem przypominającego fabułę książeczki, którą czytaliśmy do snu. A każdy opis ich zmyślonych bolączek kończy się słowami: "Musisz dziś spać w moim pokoju" albo "Przesuń się, dziś śpię z tobą". Sęk w tym, że to nie zawsze jest zwykły wybieg. I tak oto szanse na spokojny odpoczynek spadają do zera. Moje nieprzytomne ucho świadomie wyłapuje niepokojące dźwięki - dźwięki wydawane przez dziecko, które spadło z łóżeczka lub chorobliwie wymiotuje, albo płacze, bo przyśniło mu się coś faktycznie przeraźliwego. Wystarczy byle odgłos - choćby pierdnięcie prawdziwego komara dwa pokoje dalej - i zrywam się na równe nogi, cały naładowany adrenaliną. Tak samo zachowują się komandosi z Zielonych Beretów, wracający do domu po długich walkach na froncie. Zostali wyszkoleni tak, by przewidywać niebezpieczeństwo i wyskakiwać ze swoich śpiworów w pełnym rynsztunku bojowym, z przeładowanymi karabinami i nożami w zębach - a wszystko to w niecałą sekundę. Bez względu na stopień wojskowy każdy z nich sprawdziłby się w roli Supertaty. Jestem tego pewien. Posiadają bowiem niezbędny u rodziców instynkt, dzięki któremu wiadomo, że można na nich polegać.
Oczywiście zwykle po powrocie do domu meldują się w departamencie do spraw weteranów z zamiarem pozbycia się tego instynktu, zwanego powszechnie zespołem stresu pourazowego. Osobiście nie nazwałbym mojego stanu stresem pourazowym, ale tak między nami, wydaje mi się, że jestem równie jak oni stuknięty.
To prawda. Mam urojenia i takie tam. Słyszę dźwięki fikcyjnego muzycznego akwarium. Nawet gdy dzieci są u dziadków, dobiega mnie jego głuche dudnienie w przewodzie wentylacyjnym. Bum, bum-bum, bum-bum, bum-bum...
Muzyczne akwarium to mała pozytywka, którą wiesza się nad łóżeczkiem lub mocuje do jego zagłówka. Przedstawia uroczą podwodną scenerię i ma wmontowany duży przycisk, w który maluchy uderzają, gdy potrzebują melodyjki, która ulula ich do snu, lub gdy chcą posłuchać kojącego bulgotania bąbelków z towarzyszeniem delikatnego światełka. Jakimś cudem w środku nocy wyłapuję te dźwięki z jednostajnego szumu dobiegającego z szybu wentylacyjnego i myślę gorączkowo, co się mogło stać. Nie chcę jednak wstawać z łóżka i sprawdzać, żeby nie budzić śpiącego być może dziecka.
Zamiast tego leżę z szeroko otwartymi oczami, wytężając słuch, i próbuję się dowiedzieć, czy to prawdziwe odgłosy pozytywki, czy tylko moje urojenia. I tak upływają kolejne minuty, które mógłbym przeznaczyć na sen.
To stan podwyższonej gotowości, tak zwany żółty alarm. Rodzic nigdy nie przestaje czuwać, nawet kiedy śpi.
No dobrze, zdarzają się wyjątki. Ja miałem przynajmniej dwa takie przypadki, kiedy zapomniałem włączyć elektroniczną nianię i bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia poszedłem do łóżka, przesypiając smacznie całą noc, aż obudziło mnie - ku memu zaskoczeniu - światło dzienne. Nie mogłem się nadziwić, że się wyspałem i nic mi nie zakłóciło snu. Cóż za cudowne uczucie! Delektowałem się nim jeszcze jakiś czas po przebudzeniu. Przez dwie, trzy, a może nawet kilka minut. Po chwili jednak wyskoczyłem jak z procy po butelkę ze smoczkiem, aby ukrócić niemowlęcy płacz, po drodze potykając się o zostawione samopas skarpetki, które zastąpiły puchate kłębki kurzu, zmorę naszych domowych porządków.
Jednakże brak snu to nic śmiesznego. Czasami robi się naprawdę nieprzyjemnie. Jedna z naszych córek w pierwszym roku życia przechodziła przez ciężką fazę3. Podczas jej przewijania jednorazowo zużywaliśmy trzy, cztery, a nawet pięć czy sześć pieluch. Choć na ogół nie miała problemów z przesypianiem nocy, pamiętam jedną pobudkę o drugiej nad ranem, gdy doszło do pewnego incydentu pieluszkowego. Było to jakieś sześć miesięcy od czasu powstania ziejącej luki w moim śnie, znanej również jako pierwszy rok życia dziecka.
Studium przypadku
Człapię do pokoju córki. Rozchylam pieluchę. Kupa. W poprzednim życiu to dziecko musiało być chyba żukiem gnojakiem, wnioskując po tym, jak zacięcie broni się przed zmianą pieluchy. Zaczynam ją przewijać. Kupka nie jest bryłowata - to raczej kuleczki kału, które zaczynają się turlać. Jedna wytacza się z pieluchy. Udaje mi się ją złapać chusteczką do podcierania pupy. Tkwiący w mojej córce duch żuka zaczyna wierzgać i brykać niczym dziki mustang, manifestując swój zaciekły protest, gdy tymczasem ja próbuję przytrzymać stópki tego opętanego przez siły nieczyste, wijącego się pędraka. Kulki turlają się gdzie popadnie, zanieczyszczając czystą pieluchę, którą pod nią podłożyłem. Chwytam kolejną czystą pieluchę i trzymam ją w zębach, jednocześnie próbując usunąć dwie poprzednie, które zostały zbezczeszczone - to ryzykowny manewr, który oznacza, że przewijak będzie przez dwie lub trzy sekundy zupełnie niezabezpieczony. Na szczęście zdążam z podmianą i podkładam nową pieluchę w samą porę na drugą turę kupki.
Wszyscy mówią, że przeleci jak z bicza trzasł. Oby!
Tym razem nie są to kulki, lecz wrząca kipiel magmy. Potrzebuję kolejnej pieluchy. Sięgając po nią, uświadamiam sobie, że lawa wciąż się leje. Czysta, trzecia już pielucha, w najlepszym wypadku zatrzyma potok szlamu. O ile zdołam ją wsunąć w odpowiednim momencie pod pieluchę numer dwa. Mam fart. Udaje mi się, a w wycieku następuje przerwa. Niestety, to wcale nie musi oznaczać końca. Zawijam więc dwie ostatnie ofiary profanacji i przykrywam je czwartą czystą pieluchą. Stoję i przez chwilę wpatruję się tępo w ścianę, niecierpliwie stukając w myślach palcami. Wiadomo, co zaraz nastąpi. To tak oczywiste jak to, że po wdechu musi nastąpić wydech. I rzeczywiście, kolejna pielucha do wyrzucenia. W ciągu tych kilku miesięcy nabrałem już pewnej wprawy oraz wyczucia (coś, co mogę umieścić w CV pod hasłem "specjalne umiejętności"), i tym razem zdaje się, że to finał. Wreszcie. Ponieważ jest środek nocy, przygasiłem światło, tak że trudno mi stwierdzić dokładnie, ile ofiar poległo w tym starciu, wygląda jednak na to, że udało mi się ułożyć stosik zafajdanych pieluch, nie brudząc przy tym komody i zachowując nieskazitelność podkładki do przewijania - jak na razie. Dostrzegam więc promyk nadziei na to, że już wkrótce wrócę do łóżka. Grzebię w koszyku na półce pod przewijakiem, szukając czystej pieluchy numer pięć. Cholera! Skończyły się czyste pieluchy! Najbliższa znajduje się w odległości dwóch i pół metra, po drugiej stronie pokoju. I co teraz? Skąd do cholery mam to wiedzieć? Przecież brakuje mi części mózgu i jest środek nocy! Zawijam utytłaną kupą stronę ostatniej pieluchy, tak aby oprzeć pupę córki na czymś nie do końca obrzydliwym, i rzucam się po opakowanie zapasowych pieluch, licząc, że jeśli ten mały wierzgający żuczek stoczy się z przewijaka, zdążę wsunąć pod niego stopę i zamortyzować upadek. I, dzięki Bogu, plan się sprawdza! Dziecko leży na komodzie, całe i zdrowe, a w ręku trzymam trzy czyste pieluchy, zdobyte podczas brawurowego skoku na oślep. Co najważniejsze, tylko nieznaczna ilość kupki wydostała się z pieluchy, brudząc plecki malucha. Szacuję, że dałoby radę wytrzeć to dwoma lub trzema chusteczkami, co okazuje się słusznym założeniem. Teraz wystarczy pozbyć się góry brudnych pieluch i podmienić je na czystą pieluszkę, i wreszcie będę mógł zapakować córcię do śpiworka, nim sam wślizgnę się do łóżka.
I wtedy tryska fontanna siuśków. Poszewka podkładki do przewijania idzie na straty. To samo piżama. Jej i moja.
W końcu maleństwo zaczyna płakać.
Nagle zaczynam rozumieć, jak to możliwe, że ludzie, o których piszą w gazetach, zrobili te wszystkie potworne rzeczy swoim słodkim, niewinnym aniołkom. Moje nazwisko jakimś cudem nie trafiło na nagłówki, ponieważ coś - Bóg wie co - powstrzymuje mnie (ledwie) przed utratą człowieczeństwa w obliczu dzikiej frustracji. Niemniej, potrafię zrozumieć tych nieszczęsnych rodziców. Wcale ich nie osądzam. Po prostu jest mi ich żal. Dziękuję Bogu za to coś, czym mnie obdarzył, a co oni stracili.
Po usunięciu skalanych fekaliami szczątków z miejsca zbrodni, pospiesznej dezynfekcji dłoni za pomocą chusteczek oraz mazi antykałowej i wciśnięciu małego, zapłakanego ciałka w suche śpioszki, przytulam córkę tak długo, aż przestaje płakać. Wkładam ją do śpiworka i do łóżeczka, po czym wymykam się z pokoiku, by samemu się oporządzić. Wreszcie kładę się do łóżka, cicho szlochając w poduszkę, żeby nie obudzić żony i nie skazić jej snów moimi koszmarami na jawie.
Tylko nie narzekaj... bo inaczej!
Z pewnością ktoś skrytykuje mnie za samo dopuszczanie do siebie myśli, że tym okropnym rodzicom należy się współczucie. Ale założę się, że będzie to ktoś, kto pracuje poza domem.
Powiedzmy, że masz stałą pracę. Być może lubisz to, co robisz, ale czy nie miewasz takich dni, kiedy po prostu chciałbyś to wszystko rzucić w cholerę? Dni, w których wszystko cię irytuje i wprawia w podły nastrój? Możliwe, że wnerwia cię jakiś kolega z pracy. Albo twój bezmyślny, perfidny szef, albo podwładny, albo klient. Albo praca sama w sobie. Może cię to wyczerpywać fizycznie albo psychicznie, albo tak i tak. I gdy przychodzi piątkowy wieczór, wychodzisz spotkać się z przyjaciółmi, a wtedy nagle wyładowujesz swoją frustrację w sposób pozwalający przypuszczać, że masz negatywne nastawienie do pracy. Ale to nic, bo wszyscy tak mają, i każdy to rozumie.
To właśnie jest wspaniałe w pracy. Możesz ją jednocześnie kochać i nienawidzić - lub tylko nienawidzić - i zawsze możesz liczyć na kogoś, kto cię życzliwie wysłucha lub zaśpiewa coś pocieszającego w radiu. Co innego, gdy wychowujesz dzieci. Bez względu na to, jak bardzo cię wszystko irytuje, jak bardzo czujesz się wyczerpany fizycznie, psychicznie i intelektualnie - lub jakkolwiek inaczej - nie masz prawa okazać czegoś innego niż uwielbienia dla swojej pracy, bo inaczej zrobią z ciebie potwora. "Nawet Hitler kochał swojego psa!" - usłyszysz. Będzie aż tak źle. Uznają, że jesteś nie lepszy od Hitlera.
No więc, świadom ostracyzmu, uśmiechasz się od niechcenia, można by rzec neurotycznie, i rzucasz jakiś banał w stylu: "Tak, czuję się wyczerpany, ale to taki dobry rodzaj zmęczenia". Wszyscy z kolei z grzeczności udają, że nie widzą twojego obłędnego, rozhisteryzowanego spojrzenia. I są szczęśliwi, że w przeciwieństwie do ciebie mogą iść do pracy.
Nocni i weekendowi rodzice nie chcą wiedzieć, jaki to ciężar. Chętnie narzekają na długie godziny pracy lub służbowe wyjazdy, robiąc z siebie męczenników, podziwianych za hart ducha i zacięcie. Spróbuj jednak zaproponować, by zamienili się z tobą miejscami i zostali w domu z dziećmi pod przedłużającą się nieobecność swoich małżonków, a uśmiejesz się, patrząc, jak wiją się i skręcają, żeby tylko się wymigać. Mój sąsiad, na przykład, po powrocie z dziesięciodniowej podróży służbowej do domu, w którym czekała na niego żona z trojgiem dzieci poniżej czwartego roku życia, zdążył tylko chwycić kije golfowe i już go nie było.
Tak na marginesie, tacy rodzice zawsze służą nam, pełnoetatowcom, wspaniałą radą na temat tego, co zrobić w danej sytuacji. Bez wątpienia wyczytali to w jakimś czasopiśmie podczas lotu samolotem.
No dobrze, być może lepiej nie czytać tego fragmentu facetom, których pragnie się namówić do podjęcia tak ryzykownego kroku, jakim jest przyjęcie posady Supertaty. Ale jeśli jesteś pełnoetatową mamą, która marzy o innym stylu życia lub po prostu walczy o przetrwanie, wiedz, że gdzieś tam jest mężczyzna, który cię rozumie. To bardzo, ale to bardzo zmęczony mężczyzna, który zbiera wszystkie te czarne myśli i chowa je głęboko w tej jednej dziesiątej części mózgu, której niewykluczone, że już nigdy nie odzyska. Hmm... może ten brak snu wcale nie jest taki zły.
****
Dzieci są jak aniołki, kiedy śpią
Moja pierwsza córka urodziła się chwilę po ósmej wieczorem. Wraz z żoną rozpoczęliśmy ten dzień niemal o brzasku, licząc częstotliwość skurczów i pakując się do szpitala. Kiedy ten historyczny dzień dobiegł końca około jedenastej i mogliśmy się wreszcie zdrzemnąć (a przynajmniej spróbować zmrużyć oko) - moja żona na łóżku szpitalnym, ja na rozkładanej kozetce w jej pokoju, a nasz uroczy bobas w plastikowej kołysce na kółkach - nie byłem w stanie ustać na nogach.
Ale musiałem. Miałem coś jeszcze do zrobienia.
Ledwo stojąc, trzęsącymi się rękoma zacząłem szkicować portret naszego pierworodnego dziecka, zawiniętego w kocyk jak burrito, które przed niespełna trzema godzinami przyszło na świat. Póki zupełnie nie opadłem z sił. Nawet z noskiem spłaszczonym od przylegania do ścianki macicy (po dwóch tygodniach się wyprostował) nasza córeczka wyglądała prześlicznie. Jak aniołek.
Gdy w końcu ścięło mnie z nóg, ani ja, ani moja żona nie mogliśmy usnąć. Patrzyliśmy w zachwycie na to małe stworzenie, wsłuchując się w jego szybki oddech. Dopiero koło trzeciej nad ranem zmęczenie zadecydowało za nas, sprawiając, że oczy same nam się zamknęły.
Mogłoby się wydawać, że od tamtej pory nauczyliśmy się korzystać z każdej okazji do drzemki, by móc nadążyć za dzieciakami, zwłaszcza w te dni, gdy nadzwyczaj dokazują. Jednak pokusa zakradnięcia się do ich pokoików i patrzenia, jak śpią, jest silniejsza. Od czasu do czasu można mnie przyłapać nocą na próbach uwieczniania pozycji, jakie przybierają we śnie.
Bo nawet gdy leżą z nóżkami zwisającymi z krawędzi łóżka i z rączkami rozrzuconymi w różnych kierunkach, a ich małe ciałka toną pośród menażerii pluszaków oraz skotłowanych kocyków, widzę, jakie są naprawdę. To istne aniołki.
Przynajmniej, kiedy śpią.
****