Superkoderki - Andrea Gonzales, Sophie Houser

-
Proszę czekać

1

Kilka słów o Sophie

SOPHIE

Wpatrywałam się w leżące przede mną kartki. Plan prezentacji, którą za dwadzieścia godzin miałam zrobić na lekcji angielskiego. Byłam w jedenastej klasie. Wiedziałam, że muszę poćwiczyć, ale nie mogłam się przemóc. Otwierałam usta, żeby coś powiedzieć. I nic. Nie byłam w stanie nic z siebie wydusić. Nawet w pustej sypialni. Już sama myśl o wystąpieniu publicznym i podzieleniu się pomysłami - moimi pomysłami - paraliżowała mnie.

Wstałam od biurka i chwiejnym krokiem poszłam do jadalni, gdzie przy komputerze pracowała mama. Od razu dostrzegła moje łzy.

- Nie dam rady - powiedziałam. - Nie potrafię.

Byłam na siebie wściekła i bardzo sfrustrowana. A przecież miałam tylko przez siedem minut opowiadać kolegom z klasy o Królu Edypie... Sztuka niezmiernie mi się podobała i miałam na jej temat sporo do powiedzenia. Uwielbiałam też moich kolegów. Co więc mnie tak stresowało? W każdym razie nie było to dla mnie nic nowego. W szkole zawsze miałam trudności z wypowiadaniem się. Na lekcjach prawie nie zabierałam głosu. Raporty o moich postępach w nauce mówią same za siebie:

Zajęcia: Anglia za Tudorów (historia)

Wiosna 2011, klasa ósma

Wspaniały raport, choć niepewnie zaprezentowany (Dlaczego zawsze to robisz?)

Kurs: Literatura amerykańska, kurs II

Zima 2012, klasa dziewiąta

Znakomita praca w tym roku. Znacznie powyżej oczekiwań związanych z programem kursu (Zabrzmię jak zdarta płyta, ale powtórzę raz jeszcze: powinnaś częściej udzielać się na zajęciach).

Kurs: Ekonomiczna historia globalizacji

Jesień 2013, klasa dziesiąta

Świetne prace pisemne wyróżniające się rzetelnym podejściem do tematów. Szkoda, że nie odzywasz się na lekcjach.

Kurs: Wstęp do biologii

Jesień 2013, klasa jedenasta

Bardzo dobry początek semestru. Ale postaraj się brać udział w zajęciach.

To nie tak, że nie chciałam brać udziału w lekcjach. Po prostu byłam przekonana, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Wydawało mi się, że moje przemyślenia są głupie i że jak tylko ktoś je usłyszy, mnie samą także uzna za głupią. W czasie porannej podróży metrem do szkoły całą drogę analizowałam rozmowy, podczas których powiedziałam coś bez sensu, i sytuacje, kiedy zachowałam się dziwacznie. A potem, późno w nocy, gdy moi rodzice już spali, siedziałam w ciemnościach w naszym wielkim mieszkaniu i czułam się jak idiotka, która do niczego się nie nadaje. Zastanawiałam się wtedy, czy kiedyś z tego wyrosnę, czy może brak pewności siebie będzie mi towarzyszył do końca życia... Jak niby miałabym funkcjonować w dorosłym życiu i jak znaleźć sobie pracę, nieustająco kwestionując samą siebie?

Teraz, gdy patrzę na tę uczennicę jedenastej klasy, sparaliżowaną perspektywą zwykłej prezentacji, chce mi się śmiać. Najchętniej poczęstowałabym dawną Sophie czekoladą oraz uściskałabym ją serdecznie. Nikt nie chce wierzyć, że kiedyś byłam bardzo nieśmiała i że przerażało mnie nawet zwykłe odezwanie się na lekcji. Niestety, tamta Sophie nigdy się tego nie dowie. Moje obecne życie to nieustanne zabieranie głosu i wystąpienia publiczne. A to za sprawą sukcesu 8-bitowej gry wideo o menstruacji, której jestem współautorką.

Przed powstaniem Tampon Run byłam nieśmiałą dziewczyną z Upper West Side na Manhattanie: od urodzenia w tym samym mieszkaniu, z rodzicami i dwoma starszymi braćmi. Chodziłam do Bard High School Early College. Uwielbiałam grać w tenisa, jeździć po mieście metrem lub rowerem i robić zdjęcia starą minoltą mojej mamy. Byłam zwyczajnym dzieciakiem. Dzieciakiem, który przez pierwsze siedemnaście lat życia odczuwał paniczny strach. Strach na samą myśl o podzieleniu się swymi poglądami z kimś innym niż najbliższa rodzina. Strach przed wystąpieniami publicznymi. Strach przed obezwładniającą presją związaną z natychmiastowym doborem słów. Bez drugiej szansy. Otwierasz usta i wszyscy cię od razu oceniają. Pisanie prac i esejów też nie przychodziło mi z łatwością. Wszystko, co podlegało ocenie, stawało się dla mnie wyznacznikiem własnej wartości. Oceny albo utwierdzały mnie w przekonaniu, że jestem głupia, albo zaprzeczały temu przekonaniu. Ale zero presji...

Uwielbiałam natomiast pisać dziennik. Już od wczesnych lat szkolnych działało to na mnie oczyszczająco. W ten sposób mogłam analizować własne myśli i wyrażać siebie. W przeciwieństwie do zadań na ocenę czy prezentacji nikt tego nie czytał, nikt nie osądzał. Była to jedyna przestrzeń, gdzie mogłam być tym, kim chciałam. Jedyna przestrzeń, która pozwalała mi na swobodne rozmyślania. Bez cenzury i przymusu. Jedyna przestrzeń, która dawała mi wiarę, że w przyszłości będę człowiekiem mającym coś ważnego do powiedzenia.

W jedenastej klasie znalazłam w końcu sposób, poza pisaniem dziennika, by trochę wyluzować i przestać obsesyjnie dzielić swoje pomysły na "mądre" i "głupie". Zaprzyjaźniłam się z grupą dziewczyn ze szkoły, które pokazały mi, że dobrze jest być sobą i że trzeba to okazywać. Swoim zachowaniem w kółko zapewniały mnie, że to, co mam do zaproponowania, jest zabawne i ciekawe. I że warto się tym dzielić. Aż w końcu odkryłam, jak wspaniale jest być usłyszanym. Pomyślałam o Sophie z przyszłości, dziewięćdziesięcioparoletniej staruszce na łożu śmierci - jakże smutno byłoby jej, gdybym zachowała wszystkie te pomysły dla siebie. Wyrażanie własnych myśli to jedyny sposób, w jaki można oddziaływać na ludzi. A ile warte byłoby moje życie, gdybym na nikogo nie wpłynęła?

Moje przyjaźnie rozrastały się. Zdałam sobie sprawę, że chcę zostawić po sobie lepszy świat. Zaczęłam po cichu marzyć, żeby naprawdę zrobić coś istotnego dla świata i ludzi. "Tak jak Voldemort, tylko coś dobrego", mawiałam. Nie miałam na myśli niczego wielkiego. Bo choć w towarzystwie przyjaciółek czułam nieustającą chęć wyrażania siebie, to wciąż nie byłam w stanie odezwać się na lekcjach angielskiego... Marzenie jednak pozostało. Choć ja wciąż nie cierpiałam tego, że nie umiem pokonać mojego braku pewności siebie. Miałam dobre pomysły, które mnie nakręcały, dlaczego więc nie umiałam o nich mówić? Pragnęłam, by usłyszał mnie cały świat, a nie tylko kartki z dziennika i moje przyjaciółki w czasie wieczornych pogaduszek. Wierzyłam, że mogę wiele osiągnąć, gdy dorosnę. Ale żeby tak się stało, musiałam zacząć mówić.

Pewnej nocy poprosiłam mamę, żeby umówiła mnie z terapeutą. Od razu zaczęła szukać dla mnie kogoś godnego zaufania i już kilka tygodni później siedziałam w gabinecie doktora Grahama. Był to niski starszy pan w okularach, z rzadkimi białymi włosami, a jego uśmiech przypominał mi tego ludzika, Doughboya, z reklamy Pillsbury. I tak w każdy wtorek, przez czterdzieści pięć minut, siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a ja opowiadałam o tym, co wydarzyło się w danym tygodniu, o moich przyjaciółkach i o okropnych dziewczynach z podstawówki, które mi dokuczały. Doktor Graham zalecił mi terapię grupową prowadzoną przez jego żonę. Podczas dwugodzinnej sesji każdy uczestnik miał wygłosić krótką "przemowę" przed małą grupką obcych osób, za każdym kolejnym razem wydłużając czas swojej wypowiedzi. Brzmiało jak obóz teatralny... albo spełnienie moich największych koszmarów.

Tydzień później, punktualnie o wyznaczonej godzinie, pojawiłam się na spotkaniu grupy. Ręce miałam lepkie od potu. W ogóle cała byłam spocona. Pozostałe pięć osób już czekało. Wszyscy dużo starsi, ze środowiska biznesowego. Zauważyłam kamerę wideo na stojaku. Wyglądało to tak, jakbyśmy mieli wziąć udział w filmie amatorskim, a nie dokonywać przełomów emocjonalnych.

Powiedziano nam, że każdy ma wstać i opowiedzieć jakąś historyjkę, a wszystko to będzie filmowane. Potem wyślą nam nagranie, żebyśmy mogli obejrzeć, jak nam poszło. Łatwizna, pomyślałam, dam radę. W końcu to obcy ludzie. Nie mam nic do stracenia. Nie ma powodu do zdenerwowania. Najmniejszego.

Ale gdy przyszła moja kolej, chciałam tylko po cichutku, niepostrzeżenie wymknąć się i powiedzieć: "Nie, dziękuję". Byłam bardzo zdenerwowana. Kręciło mi się w głowie, twarz mnie paliła, w ustach mi zaschło. Jednak musiałam to zrobić. Wszyscy czekali.

Zaczęłam od przedstawienia się. Powiedziałam swoje imię i że mam dwóch starszych braci, i gdzie chodzę do szkoły, i że jestem w jedenastej klasie. W połowie zdania straciłam głos, próbowałam przełknąć ślinę, ale kompletnie zaschło mi w gardle. Zgubiłam wątek.

- Przepraszam, jestem bardzo zdenerwowana - przyznałam się tym wszystkim obcym ludziom. - Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Mam świadomość, że to irracjonalne i że nikt mnie tu nie ocenia... - Dotknęłam twarzy spoconymi dłońmi. - O rety! Twarz mnie piecze, pewnie jest cała czerwona.

A potem zamilkłam i czekałam, aż się roześmieją lub każą mi usiąść i powiedzą, że już wystarczy. Ale wszyscy siedzieli w milczeniu. Jakby w ogóle nie zwrócili uwagi na to, że jestem zdenerwowana albo że się do tego przyznałam. Dla nich to była część ćwiczenia. Przerwałam i zmusiłam się, żeby zaakceptować tę ciszę. Po chwili zaczęłam mówić dalej o tym, że zawsze chciałam mieć psa, ale tata nigdy się na to nie godził. Że nie lubię słuchać muzyki w metrze, bo przeszkadza mi to w moich ulubionych czynnościach: podsłuchiwaniu i obserwowaniu ludzi. Że zazwyczaj wolę lody czekoladowe od waniliowych. Plotłam tak, aż w końcu mój czas minął. Poczułam radość i wyzwolenie. Opowiadałam obcym ludziom o moich emocjach, pozwoliłam sobie na bezbronność, i nikt nawet nie drgnął. Potem przyszła kolej na jedną z kobiet, ta jednak nie odezwała się słowem. Po prostu stała w milczeniu. Następny był mężczyzna w garniturze, tak samo zdenerwowany jak ja. Jąkał się i z trudnością brnął do końca każdego zdania.

Terapia grupowa trwała tylko dwie godziny, lecz całkowicie zmieniła mój punkt widzenia. Pierwszy raz publiczne wystąpienie sprawiło mi radość! Wyobrażałam sobie, że już się nie boję i że mówię wszystko, co przychodzi mi do głowy. Jeszcze tylko musiałam rozpracować, jak to wcielić w życie.

Kolejną ważną rzeczą, która się w tamtym czasie wydarzyła, było to, że mój starszy brat zaczął pracę w start-upie Teespring - na stronie lub poprzez aplikację Teespring każdy może sam zaprojektować koszulki, a potem je sprzedawać. Jeśli wystarczająco wielu klientów kupi konkretny wzór, Teespring drukuje i rozsyła takie T-shirty. Firma odniosła wielki sukces i bardzo szybko się rozrosła. Podstawą był genialny model biznesowy, który, według mojego brata, możliwy był tylko dzięki programowi komputerowemu. Za pomocą Teespring osoby mające wielu followersów na portalach społecznościowych mogły również promować własne T-shirty. I to także za sprawą programu, a więc odpowiedniego kodu, podobnie zresztą jak wszystko, co dzieje się w mediach społecznościowych. Nie miałam pojęcia, na czym dokładnie to polega, ale w ustach mojego brata brzmiało jak bardzo potężne narzędzie. Zastanawiałam się, czy takie kodowanie mogłoby, tak jak pisanie, stać się dla mnie formą ekspresji... Być może mogłabym spełnić marzenie o sukcesie, rozpowszechniając swoje pomysły bez zabierania głosu.

Brat twierdził, że programiści są bardzo cenieni na rynku pracy. Dobrze zarabiają, pracują w świetnych miejscach z darmowym jedzeniem i stołami do ping-ponga. Ale przede wszystkim robią to, co mnie najbardziej pociągało - mają ogromny wpływ na przepływ informacji między ludźmi. Na przykład za pomocą Google'a, mojego ukochanego Snapchata czy Facebooka. Wszystkie te firmy działają dzięki jedynemu w swoim rodzaju kodowi. Chciałam się tego nauczyć. Tak, programowanie to zdecydowanie forma ekspresji i niezwykła moc. Moc tworzenia niezwykłych rzeczy. Moc, dzięki której mogłabym stworzyć kolejnego Google'a, Snapchata i wszystko, o czym tylko zamarzę.

Nie bardzo wiedząc, od czego zacząć, postanowiłam rozeznać się w sytuacji. I tak trafiłam na Girls Who Code, organizację, która prowadzi letnie intensywne kursy programowania dla dziewcząt. Zgłosiłam się i kilka miesięcy później okazało się, że zostałam przyjęta. Byłam bardzo podekscytowana, choć nadal nie miałam pojęcia, czym tak naprawdę jest kodowanie i czy w ogóle sobie z tym poradzę. Czy opiera się na literach, czy liczbach, a może na jednym i drugim? Czy będę korzystać z Dokumentów Google'a, czy ze specjalnego programu? Czy będę musiała robić fiszki, żeby zapamiętać jakieś rzeczowniki, czasowniki i reguły gramatyczne? Miałam nadzieję, że nie, bo nauka łaciny i hiszpańskiego nie szła mi zbyt dobrze - po dwóch latach nie potrafiłam sklecić nawet jednego zdania. No a ludzie nazywają przecież programowanie językiem, więc czym innym mogło być? Wkrótce miałam się o tym przekonać.

2

Kilka słów o Andy

Andy

Nie pamiętam już, kiedy zakochałam się w grach wideo. Zapewne było to w czasie, kiedy uważałam, że gotowe dania Lunchables są super. Gdy mój tata (programista komputerowy) wracał z pracy, zasiadał przed komputerem i grał w piracką wersję strategicznej gry wojennej StarCraft, zawsze mu towarzyszyłam. I tak długo go męczyłam, aż w końcu, ku mojej wielkiej radości, pozwolił mi zagrać. Od razu przegrałam. Miałam wtedy pięć lat i zero pojęcia o strategii. Ale byłam optymistką i mimo ciągłych sromotnych porażek granie z tatą w StarCrafta stało się moim ulubionym zajęciem. Zapominaliśmy wtedy o całym świecie.

Dla mnie było to coś wyjątkowego. Jak każda pięciolatka obsesyjnie się we wszystko wczuwałam. Udawałam, że mam supermoce albo że jestem w liceum, albo że rozwiązuję zagadki jak Nancy Drew czy Harriet szpieg. W swoich fantazjach zawsze byłam starsza i mogłam robić wszystko, nie pytając nikogo o pozwolenie. Uwielbiałam wymyślać własne światy. I te rzeczywiste (fortyfikacje z poduszek i prześcieradeł), i te w mojej wyobraźni.

Najfajniejsze było to, że w tych zabawach towarzyszyły mi moje dwie siostry: bliźniaczka Kate i o dwa lata starsza Gia. Kate, Gia i ja zawsze się wspierałyśmy i wzajemnie podsycałyśmy naszą wyobraźnię. Razem wymyślałyśmy zawiłe historie, tworzyłyśmy budowle z poduszek i materacy, wcielałyśmy się w wyimaginowanych bohaterów. Bawiłyśmy się i zabawkami dla chłopców, i tymi dla dziewczynek, a gdy ktoś z rodziny powiedział w końcu, że powinnyśmy zachowywać się jak na dziewczynki przystało, w ogóle nas to nie obeszło. Nasze zabawy kręciły się wokół Gwiezdnych wojen, serialu anime Yu-Gi-Oh!, piłki nożnej, ale też lalek i koni. Uwielbiałyśmy oglądać filmy. Moim ukochanym była Atlantyda. Zaginiony ląd. Miałam obsesję na punkcie jednej z bohaterek, Audrey Ramirez. Była siedemnastoletnią Latynoską i najmłodszą członkinią załogi. Ale najwspanialsza pozostawała jej funkcja: inżynier-mechanik. Była bardzo utalentowana, inteligentna i profesjonalna, a jej płeć, wiek czy pochodzenie nie miały tu najmniejszego znaczenia. Oglądałam ten film na okrągło i chciałam być taka jak ona. Fascynowały mnie opowieści o mądrych i odważnych dziewczynach, jak Alanna z serii Tamory Pierce, Maddy z Łapcie tę dziewczynę, Nudge z Maximum Ride, Mulan czy bohaterka serii Abhorsen Gartha Nixa. Lista książek i filmów o dzieciakach-hakerach i silnych postaciach kobiecych ciągle się wydłużała. Po czasie spędzonym z Kate i Gią zapragnęłam jednak zacząć się wyróżniać. Chciałam znaleźć własną tożsamość.

Oprócz sióstr dorastałam obok dwóch innych silnych kobiet. Jedną z nich była lola (moja babcia), Teresita, która uwielbiała śpiewać i ciągle narzekała, że za mało jemy, więc nieustannie coś piekła i gotowała. Drugą była moja mama, Lorna, pielęgniarka w szpitalu New York Eye and Ear Infirmary, który mieścił się na tej samej ulicy co nasze mieszkanie. Mieszkaliśmy w East Village w Nowym Jorku wśród barwnej filipińskiej społeczności. Jedzenie, przyjęcia, ludzie - wszystko to tworzyło silne więzi i zaszczepiło we mnie miłość do filipińskiej kultury. I choć w pewnym momencie tuż obok nas rozpanoszyli się studenci Uniwersytetu Nowojorskiego, z czego niewielu sąsiadów się ucieszyło, to wzrastałam w poczuciu przynależności do grupy, która wyznawała te same wartości.

Moja mama wychowała się na Filipinach, w małym miasteczku pod Manilą. Jej rodzina nigdy nie była zamożna i wszyscy ciągle się zamartwiali, jak związać koniec z końcem. Mama postanowiła więc, że zostanie pielęgniarką. W latach osiemdziesiątych Stany Zjednoczone chętnie przyznawały wizy pielęgniarkom z Filipin, ponieważ w amerykańskiej służbie zdrowia brakowało personelu. A z dyplomem pielęgniarki mogła wyjechać do Stanów, nieźle zarabiać i wysyłać pieniądze do domu. Nie zastanawiała się, jak rozwijać swoje pasje, tylko jak zapewnić byt rodzinie. Niewiele zresztą o tym mówiła, a gdy już wspominała, zawsze poruszało mnie, ile była w stanie poświęcić, by najbliższym żyło się lepiej. I to jej poświęcenie stało się dla mnie niejako pewnym rodzajem presji - nie mogłam myśleć wyłącznie o sobie, ale przede wszystkim o tych, którzy tyle mi dali.

Rodzice zawsze chcieli dla nas jak najlepiej, czyli: "żeby nigdy nie brakowało wam pieniędzy". Ponieważ sami w dzieciństwie byli ubodzy, uważali, że priorytetem w życiu jest stabilizacja finansowa. Dla nich była ona synonimem szczęścia i to właśnie wpajali nam od wczesnego dzieciństwa. Do wyboru miałyśmy trzy zawody: lekarza, prawnika lub inżyniera. Musiałyśmy więc być pilnymi uczennicami i w tej kwestii rodzice wiele od nas wymagali - wszystko było nastawione na naukę: oglądanie telewizji, czytanie książek, słuchanie muzyki. Nie mogłam ot tak oglądać SpongeBoba czy programów na Disney Channel. W sumie nie miałam nic przeciwko temu, ale czasem trochę żałowałam, że nie mogę się tak zwyczajnie pogapić na disnejowski serial animowany Kim Kolwiek. Wiedziałam jednak, mimo wszystko, że robię to dla mojego dobra. I oczywiście dla rodziców.

Zostałam zapisana do Special Music School, państwowej szkoły muzycznej. Naboru wśród czteroletnich dzieci dokonywano na podstawie przesłuchania. Uczyłam się tam gry na fortepianie, ale też realizowałam program szkoły podstawowej. Chodziła tam już moja starsza siostra, rodzina była więc przekonana, że oprócz prestiżu szkoła ta zapewnia solidne wykształcenie. Czyli lepsze perspektywy na przyszłość.

Okazało się, że trafiłam do jednej z najlepszych nauczycielek. O ile tylko dało się z nią wytrzymać... Bo w czasie naszych lekcji Genya Paley wrzeszczała i waliła rękoma w fortepian. Nieraz musiałam przerywać grę, ponieważ klawiatura mokra była od moich łez. Brzmi jak tortury... ale był to raczej chrzest bojowy, taka trudna miłość.

Szkoła szybko stała się moim drugim domem, a muzyka - całym życiem. W Special Music School, podobnie jak w samej muzyce, panuje całkowita równość. Oczekiwania wobec dziewcząt i chłopców są dokładnie takie same - ważna jest jakość pracy. Szczęśliwie okazało się, że jestem cholernie muzykalna i gra na fortepianie idzie mi wyśmienicie. Nie odbiegałam umiejętnościami od moich szkolnych kolegów i koleżanek, a może nawet byłam od nich lepsza. Oceniano wyłącznie moje osiągnięcia muzyczne, nie rasę, nie płeć czy co tam jeszcze. Szkoła muzyczna ukształtowała moje poglądy na temat równości płci i zdefiniowała mnie jako człowieka. Nie było łatwo. Nie miałam czasu na przyjaciół, na inne zainteresowania, ale wiele się tam nauczyłam.

Przeskoczę teraz szybko do lata po ukończeniu ósmej klasy. Wciąż uczyłam się gry na fortepianie u Genyi, lecz dwa lata wcześniej postanowiłam przedłożyć edukację nad muzykę. Złożyłam więc podanie do Hunter College High School - i przyjęli mnie! Życie było cudowne, ale miałam już czternaście lat, a Audrey Ramirez z Atlantydy w tym wieku nadzorowała już projekty w pracowni swojego ojca... Byłam więc mocno w tyle i nie miałam czasu do stracenia. Problem w tym, że nie miałam też pojęcia, jak zostać takim inżynierem jak Audrey. Wiedziałam tylko, że bardzo tego pragnę. W zasadzie każdy inżynier ma jakieś doświadczenie w programowaniu, więc najpierw wzięłam się do tego. Programowanie było też dla mnie wtedy najbardziej osiągalne - mogłam już korzystać z komputera i miałam komputer - i zdecydowanie bezpieczniejsze niż bieganie z kluczami czy śrubokrętem.

Oświadczyłam rodzicom, że chcę się zapisać na kurs programowania.

- Jeśli jest tani i gdzieś blisko, to nie ma problemu - stwierdzili. - Więc gdzie?

Na to pytanie nie potrafiłam jeszcze odpowiedzieć. Ale pierwszy raz w życiu poczułam, że naprawdę mam kontrolę nad swoją przyszłością i dalszą karierą. Poszukałam trochę w internecie, porównałam ceny. Wszystko było albo drogie, albo za daleko. Jedyny darmowy kurs nazywał się Girls Who Code... tyle że minął już termin zapisów. Na dodatek skierowany był do licealistek, a ja byłam dopiero w ósmej klasie. Musiałabym trochę poczekać. Zdesperowana napisałam mejla do organizacji SummerTech Computer Camps w Westchester z zapytaniem, czy nie udzieliliby mi wsparcia finansowego. Byłam bardzo nieśmiała i nigdy wcześniej nie prosiłam nikogo o tak wiele. A tu nagle pokazałam, na co mnie stać. I to przed kimś nieznajomym! Tyle że byłam w ósmej klasie... a kto by chciał słuchać ósmoklasistki? Spodziewałam się, że będę musiała pogodzić się z odmową i szukać dalej. Jednak dyrektor kursu odezwał się do mnie i zaoferował niższe czesne (wciąż wysokie, ale do zaakceptowania przez moich rodziców). Byłam bardzo podekscytowana. Przesłałam mu swoje dane oraz dane moich rodziców. Tydzień później sprawdziłam na stronie, czy wszystko jest OK z moją aplikacją. Okazało się, że tak... ale moje dane figurowały w zakładce "Rodzice", natomiast "Uczestnikiem kursu" był... mój tata. Niesamowite, pomyślałam, najwyraźniej wzięto mnie za rodzica...

Na początku lipca tata zawiózł mnie do Westchester. Wmaszerowałam do budynku, podpisałam listę obecności i weszłam do sali, gdzie siedziała już reszta kursantów. I nagle serce przestało mi bić. Na sali siedzieli sami chłopcy. Gromadzili się nad komputerami i o czymś dyskutowali lub grali na swoich konsolach Nintendo. To była inna galaktyka. Zaczęłam się nerwowo rozglądać w poszukiwaniu osób bez chromosomu Y. Znalazłam dwie... ale należały do obsługi. Wiedziałam, że w świecie nauk ścisłych, inżynieryjnych i technicznych (STEM - Science, Technology, Engineering, Mathematics) nie ma zbyt wielu dziewcząt, choć nie spodziewałam się, że jest aż tak źle. To dlatego wpisali imię taty zamiast mojego - bo jest facetem. Usiadłam, trochę żałując, że w ogóle tam przyjechałam. Czułam się niezręcznie.

W końcu zapisaliśmy się na różne zajęcia i podzieliliśmy na grupy. Ogarnęła mnie fala lęków. A jeśli inni potrafią już programować? A jeśli to nie jest grupa początkująca? A jeśli nie będę nadążać? Zaczęłam wątpić w swoje możliwości, zanim w ogóle spróbowałam. Otaczający mnie ludzie wyglądali inaczej niż ja. Nie, oni byli zupełnie inni niż ja. Czułam, że nie dam rady. Nie pasowałam do nich. Usiedliśmy na krzesłach, a Roger, nasz instruktor, ustawił stoły w koło i przygotował dla nas miejsca pracy.

- W Javie i wielu innych językach pierwszą rzeczą, jakiej się musicie nauczyć, jest polecenie wyświetlania tekstu - zaczął.

Polecenie to sprawia, że tekst wyświetla się na ekranie komputera, ale wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, o co chodzi. Myślałam, że może w języku programistów słowa te oznaczają coś innego... Już na początku poczułam się zagubiona.

- A teraz słuchajcie tego, co mówię, i piszcie na klawiaturze.

- System

System

- kropka

System.

- out, kropka

System.out.

- print

System.out.print

- l, n

System.out.println

- Otwórzcie nawias okrągły, zamknijcie nawias okrągły, średnik.

System.out.println ();

- A teraz w nawias wpiszcie Hello World w cudzysłowie.

System.out.println("Hello World");

Coś jest nie tak, pomyślałam. Dlaczego w ogóle wpisujemy słowa? Sądziłam, że będziemy posługiwać się kodem zero-jedynkowym, jak w filmach. Ekran nie był czarno-zielony... a czy nie tak właśnie powinien wyglądać?

- Teraz naciśnijcie zielony przycisk Play, żeby uruchomić komendę!

Wzięłam głęboki wdech i zrobiłam, o co poprosił. Na dole ekranu wyświetlił się mały napis "Hello World".

- Udało się! Hura! - zawołał radośnie Roger i przeszedł się po sali, żeby sprawdzić, czy każdy wykonał dobrze zadanie.

- Świetnie! Teraz trochę się tym pobawcie i zobaczcie, co można zdziałać, a czego nie za pomocą komendy System-kropka-out-kropka-print-l-n.

Tak wyglądał pierwszy dzień. Wraz z upływem tygodnia uwierzyłam w swoje możliwości. Zaprzyjaźniłam się z resztą uczestników kursu i spędzałam z nimi czas po zajęciach. Poprosiłam nawet rodziców, żeby odbierali mnie trochę później. Zapisałam się na kolejne cztery tygodnie, z których dwa uczyłam się znów u Rogera, a następne dwa w bardziej zaawansowanej klasie, u Sama. Dyrektor, Steve, zaoferował mi tak korzystne czesne, że mogłam chodzić na kurs przez całe lato. W zamian za to promowałam idee stworzenia oferty takich kursów dla dziewcząt. Steve chciał zaproponować młodym kobietom sprzyjające środowisko do nauki programowania, a więc klasy składające się wyłącznie z dziewcząt i prowadzone tylko przez kobiety. Oczywiście poza zajęciami panowałaby koedukacja. Steve sprowadził nawet ekipę filmową, która nagrała wypowiedzi kursantów i nauczycieli opowiadających o atmosferze panującej na zajęciach SummerTech - a nawet mnie śpiewającą i grającą na ukulele. Potem lokalna gazeta przeprowadziła z nami wywiad, który dotyczył programu dla dziewcząt. Ten temat był dla mnie szczególnie ważny.

Po wakacjach postanowiłam zacząć działać w najbliższym otoczeniu i zachęcać dziewczyny takie jak ja, które myślą o nauce programowania, ale nie wiedzą, czy sobie poradzą. No i znalazłam dziedzinę nauki, która mnie pasjonowała. A ponadto wpisywała się w mantrę rodziców o lekarzu, prawniku i inżynierze...

Tak więc w wieku dwunastu lat wybrałam ścieżkę kariery. Zdecydowałam, że będę programistką i że zrobię co w mojej mocy, by się temu poświęcić. Tak!

A jednak w szkole średniej rzuciłam się w wir innych zajęć. Pochłonęła mnie gra na fortepianie, zapisałam się do drużyny siatkówki i zaczęłam śpiewać w chórze. Zaangażowałam się w kółko teatralne, gdzie dbałam o rekwizyty i byłam inspicjentką. Na zajęciach z robotyki budowałam roboty. Choć nie pisałam kodów, to przynajmniej pracowałam ze sprzętem komputerowym. Wciąż kochałam programowanie, ale rozwijałam też inne pasje, zainteresowania i talenty.

Nagle poczułam, że mój misterny plan zaczyna się sypać. Zastanawiałam się, czy nie za wcześnie się tym zajęłam i czy miłość do informatyki nie była podyktowana sugestiami moich rodziców. Uwielbiałam zajęcia dodatkowe i szkolne, ale nienawidziłam rosnącej presji, by odnieść sukces. Presji, którą wywierali moi rodzice i którą sama na siebie wywierałam. Presji, która zmuszała mnie do myślenia o dochodowej pracy, a oddalała od satysfakcji i zadowolenia. Zastanawiałam się, na ile presja ta wpływa na moje wybory.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki