Super przypał - Beth Garrod

Reflow text when sidebars are open.
Stało się. Moje życie jest oficjalnie do bani. Zawsze to podejrzewałam, ale ten cały wyjazd na kemping to potwierdził. Ja, Bella Fisher, nieodwołalnie zmierzam do Krainy Frajerów. I nie jest to podróż, w trakcie której można wpaść na stację benzynową i kupić sobie na poprawę humoru żelki.
Czy taka porcja żenady w stosunku do liczby przeżytych dni jest normalna? Chodzę po tym świecie zaledwie od piętnastu i pół roku, z czego czterech lat nawet nie pamiętam (oprócz tej godziny, kiedy miałam trzy i pół roku i język przykleił mi się do pudełka lodów w hipermarkecie, ale to się nie liczy), a już odhaczyłam zdecydowanie za dużo punktów na liście obciachu. Dzień w szkole z nogawką spodni upchniętą w skarpetce - jest. Przypadkowe zwrócenie się do szurniętego nauczyciela geografii "mamo" - zrobione. Dwukrotnie. Tak, jest mężczyzną. Oberwanie w twarz piłką bejsbolową, która posiniaczyła mnie tak, że wyglądałam, jakby mi rosła broda - załatwione, na dzień przed szkolnym pokazem mody.
Czemu przydarzają mi się takie rzeczy? Za. Każdym. Razem. Wiem, to zabawne dla wszystkich dookoła, ale wyobraźcie sobie, jak to jest być mną. Świat to przerażające miejsce. Nie zdziwiłabym się, gdybym któregoś dnia otworzyła szufladę pod zlewem kuchennym - tę, do której mama upycha stare kartki urodzinowe, nadpalone kadzidełka i zużyte baterie - i znalazła dziwaczną umowę na życie, którą dla mnie podpisała:
Szanowna Pani Fisher,
rozumiem, że narodziny to skomplikowana sprawa, ale w ciągu pierwszych trzydziestu sekund życia Pani córka zdołała trafić mnie, niezwykle cenionego lekarza, w oko wartkim strumieniem moczu. Wciąż jeszcze łzawię. Nie mam zatem innego wyboru, jak tylko przedstawić Pani poniższe reguły, do których córka musi się stosować.
Z wyrazami wdzięczności
Ważny Lekarz
Reguły życia Belli:
- Bella będzie wydzielała dziwny aromat, który wyczuje każdy choć troszkę przystojny chłopak, przez co potraktuje on ją z dużą podejrzliwością. Zapach ten będzie przypominał jakby stęchłą woń z dna paczki chipsów z solą i octem.
- Śmiechowi Belli będzie zawsze towarzyszyło chrumkanie. A w szczególnych wypadkach czkawko-beknięcie.
- Gdy tylko ktoś zorganizuje imprezę, na którą idą dosłownie wszyscy, Bella ma być zajęta nudziarskimi wakacjami z rodziną. W tym długimi pobytami na wilgotnawych kempingach, urozmaiconymi wykładami mamy na temat korzyści płynących z ćwiczenia mięśni Kegla.
- Bella będzie dziwakiem. Ale nie w typie hipstera, tylko w typie potajemnie-przejmuje-się-oblaną-matmą-i-fizyką.
- Bella będzie zawsze oblewać matmę i fizykę.
- Na koniec cokolwiek Bella zrobi czy powie, żeby komuś zaimponować, zawsze, ZAWSZE przyniesie to odwrotny skutek.
Uch, to mi wygląda na bardzo prawdopodobne. Muszę pilnie zajrzeć do tej szuflady. Jeśli chodzi o plusy, oznaczałoby to, że żadna z moich życiowych katastrof nie wyniknęła, technicznie rzecz biorąc, z mojej winy. Tylko z przeznaczenia, a mama twierdzi, że z nim nie można walczyć (chociaż sama zmienia czerwonym długopisem te fragmenty horoskopów, które jej nie odpowiadają).
Gdyby mama była choć odrobinę mniej stuknięta, oszczędziłoby to nam całego tego koszmaru. Mama + internet = mieszanka bardziej wybuchowa niż lody o smaku tuńczyka.
W zeszłym roku wylicytowała model Benny'ego z Abby do swojej kolekcji pamiątek związanych z zespołem. Nie zastanowiło jej, czemu koszt wysyłki kartonowego modelu o wysokości 18 centymetrów jest tak duży. Nie przyszło jej do głowy, że model będzie miał 1,8 METRA. Kiedy teraz moja siostra Jo albo ja korzystamy z toalety na dole, lądujemy oko w oko (lub oko w krok, zależnie od stadium siusiania, w którym się akurat znajdujemy) z naturalnych rozmiarów makietą brodatego Szweda. Mama przestawia go tylko po to, żeby otwierać drzwi i wprawiać w panikę domokrążców albo odstraszać potencjalnych włamywaczy.
Jej ulubiony wykład dotyczy nierozmawiania z nieznajomymi przez internet. Gdyby tylko sama się do niego zastosowała, nie tłukłybyśmy się właśnie wiele kilometrów do zapadłej dziury, z polecenia przypadkowej osoby o nicku MistycznaBabeczka, którą mama poznała na forum o nazwie Wolni-i-Swawolni. Czy komuś włącza się czerwone światło? Mama powiedziała, że Babeczka to "głęboko uduchowiona guru". Ja podejrzewam, że to dwunastolatek, który ma niezły ubaw. Przekonała (lub przekonał, zależnie od tego, po której się jest stronie) mamę, że sposobem na osiągnięcie szczęścia nie jest sobotni wieczór spędzony na ślinieniu się do Dermota O'Leary'ego, odzianego w obcisłe spodnie magnesu na matki, ale wyrównanie czakr (lub Shakir, jak nazywa je mama). Po pobieżnych poszukiwaniach w sieci Jo i ja zostałyśmy wpakowane do samochodu i zawleczone na kemping Black Bay, by resztkę wakacyjnej wolności poświęcić na Medytac-YEAH.
Nadal nie mogę się pogodzić z wyjazdem. Nawet teraz, kiedy nasz brązowy, starszy od Jo mini (mama twierdzi, że jest "retro", my, że "zagraża zdrowiu") rusza spod domu (dostrzegłam już, jak jeden z sąsiadów wyjrzał, czy nie startuje tu jakiś samolot). Muszę spróbować jeszcze raz.
- Mamo, wiem, że stan twoich czakr pozostawia wiele do życzenia, ale nie mogłabyś pojechać bez nas? Błaaagaaam...
Włączyła Dark Pipe of The Moon - album z granymi na fletni pana coverami Pink Floydów - żeby zademonstrować ostateczną decyzję.
- I co byś takiego robiła, Bello? Powiedz, jaki to masz fantastyczny powód, dla którego powinnam złamać prawo i pozostawić cię bez opieki?
Poprawiła w lusterku jaskraworóżową szminkę. Okazuje się, że "ekstremalne ryzyko śmierci z nudów (ŚN)" nie stanowi jej zdaniem fantastycznego powodu.
- Pomachajcie Benny'emu, dziewczynki!
Wsuwam ręce pod pośladki na znak antymachaniowego protestu.
- Jo się mną zajmie... PRAWDA, JO?! Musi się przecież przygotować na wyjazd sportowy z uniwerkiem. Założę się, że musi spakować mnóstwo rzeczy. I, no, wyprasować szorty i, hmm... zasznurować tenisówki? - Świat dobrowolnie uprawianego sportu nie był mi bliżej znany. - PRAWDA, JO?
Kok zachwiał się jej na czubku głowy, kiedy wbiłam kolano w oparcie jej fotela, usiłując wytrząsnąć z niej właściwą odpowiedź. Zawsze siadała z przodu. Żeby jeszcze bardziej zawstydzić moje krótkie nóżki. Jak zwykle Jo stanęła w mojej nieobronie.
- Masz tam wystarczająco dużo miejsca? Ciągle mnie przypadkowo kopiesz. - Za nic ma siostrzaną lojalność. - O, ciekawe, przestałaś. Tak czy inaczej jestem już spakowana, dzięki, że pytasz. Już od wielu dni: lubię być przygotowana. Dzięki temu o niczym nie zapomnę. A skoro już o tym mowa, pamiętałaś o zabraniu zadań domowych, przy których miałam ci pomagać?
Oczy. Do. Nieba. Jo była kiedyś w moim wieku, ale słowo daję, że pieczony przez mamę alternatywny tort urodzinowy z chleba świętojańskiego przemienił jej trzynastkę w trzydziestkę i na tym wieku już utknęła. Jasne, te wakacje miały być koszmarne, ale NIE MA MOWY, żeby były jeszcze w dodatku produktywne. Nie jestem kompletną idiotką.
- Już je właściwie zrobiłam, dzięki, że pytasz. Co twoim zdaniem robiłam wczoraj cały dzień w swoim pokoju? -Jeden zero dla mnie.
- Ustawiałaś lakiery do paznokci w porządku kolorystycznym, godzinami robiłaś sobie selfie, które miało wyglądać na spontaniczne, i wycinałaś cytaty z filmów z Anną Kendrick?
Szach mat dla Jo. Dokładnie tym się zajmowałam.
- Podglądaczka - wysyczałam w zagłówek.
- Frajerka - odparła i trzepnęła mnie w twarz swoimi długimi brązowymi włosami.
- Dajcie spokój, dziewczynki. - Mama miała dość. - Przed nami cztery godziny drogi. Black Bay to walijskie Saint Tropez, więc nie chcę dłużej tego słuchać, ZROZUMIANO? Mnóstwo ludzi marzyłoby o takich wakacjach.
Miałam na ten temat odmienne zdanie.
- Wymień choć jedną osobę, mamo, jedną.
Zastanowiła się.
- No... Benedict Cumberbatch uwielbia to miejsce.
- CHWILA. Chcesz powiedzieć, że Sherlock jest stałym bywalcem Black Bay?!
- Raczej pracownik pralni, z której korzysta, ale mają bardzo podobny gust co do spodni. Więc pewnie też i wakacji.
Nie było sensu dyskutować.
Siedem godzin i trzy przystanki na siusiu później, w środku nocy, dotarłyśmy na miejsce. Jedyne, co się jeszcze świeciło, to ich wielki szyld powitalny: "CAMPING BLACK BAY, GDZIE BAWIMY SIĘ JAK W LATACH 90.". Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć podobieństwo do Saint Tropez - gdyby Saint Tropez nie było wspaniałym francuskim rajem dla jachtów, a raczej błotnistym brytyjskim polem. Nasza mała przyczepa miała więcej odcieni pomarańczowego i brązu niż wyszukana suknia wieczorowa na imprezę z motywem przewodnim "wydry jedzące paluszki rybne". Wszystko, czego się obawiałam - plus kwieciste wzory.
Jakim cudem miałam przetrwać następne pięć dni? Czy nie istnieje jakaś komisja rządowa do spraw totalnego marnowania szkolnych wakacji, która mogłaby mnie uratować? Nie zdołam złapać wystarczającego zasięgu, żeby to sprawdzić czy wysłać usilną prośbę o pomoc, więc uległam żądaniom mamy, żebyśmy się rozpakowały.
Okazuje się, że moja definicja rozpakowywania się - czyli usprawnienie dostępu do ubrań przez wyrzucenie zawartości walizki na jedną kupkę, przy jednoczesnych poszukiwaniach pierścionka, którego w ogóle nie spakowałam - nie jest tak mile widziana przez mamę jak tradycyjna metoda "wieszakowa" Jo. Więc bardzo niespodziewanie lizuska dostała w nagrodę kanapę, a mnie pozostało posłanie, które w godzinach dziennych stoi złożone jako stolik kawowy.
Kiedy wreszcie udało mi się rozłożyć, mama już twardo chrapała.
Wślizgnęłam się w pościel, usiłując zignorować, że moja poduszka pachnie szynką (szafka na pościel służy też za szafkę na jedzenie), i wetknęłam sobie słuchawki, które ukryłam w spodniach. Ale nawet 5 Seconds of Summer i The 1975 nie byli mnie w stanie pocieszyć. Bo samo utknięcie w puszce wypełnionej pochrapywaniem mamy i zapachem Eau de Prosiak nie było jeszcze najgorsze. Na horyzoncie majaczyło coś znacznie gorszego. Najokropniejsza rzecz od czasu, kiedy mama przez przypadek zamieściła wszystkie zdjęcia ze swojego aparatu na moim Instagramie.
Utknięcie w Black Bay na resztę tygodnia oznaczało przegapienie soboty. Wydarzenia roku. Szesnastki mojej najlepszej przyjaciółki. Mama nie rozumiała, na czym polega problem, skoro w przeddzień wyjazdu, w same urodziny Rach, nasza trójka spędziła wspólnie czadowy dzień, uzupełniając urodzinową listę życzeń z poprzedniego roku o zjedzenie pizzy na śniadanie, lunch i kolację. Ale to sobota była Tym Dniem. Niezapomnianym wieczorem w pozbawionym rodziców domu, z playlistą tworzoną od pół roku, największą porcją lodów widzianą kiedykolwiek naraz w jednej zamrażarce - i całkowicie, kompletnie beze mnie.
Naciągnęłam kołdrę jeszcze bardziej na głowę, żeby ukryć poświatę z telefonu, na którym po raz kolejny próbowałam załadować mapy Google'a. Nawet gdybym w tej chwili ruszyła na piechotę do domu, zdążyłabym wrócić dopiero dwa dni po imprezie. A i to bez marnowania czasu na sen, jedzenie czy zamieszczanie fotek z mojej odjazdowej podróży (na których pozowałabym pewnie jako Frodo Baggins). Mój los został przypieczętowany. Wakacje oficjalnie przekształciły się w rzygacje. Zamiast więc szukać przygód po górach i dolinach, pokonałam ostrożnie dywanik i niewielki stos majtek, żeby dorwać skarpetkę pełną karmelowych ciasteczek, które przemyciłam z domu. Najciszej, jak to możliwe, schrupałam jej zawartość, zastanawiając się, jak bardzo będę cierpiała na imprezowe FOMO.
Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że w tej właśnie chwili ktoś innł też myślał o imprezie. I swoim planie, by zrobić z niej największą katastrofę mojego życia.