*
Przyjmując godność ławnika w wydziale karnym Sądu Wojewódzkiego, zdawał sobie zapewne sprawę, podobnie jak i Zofia, ze wszystkich niebezpieczeństw, na jakie mogło go to narazić. Cenił sobie jednak korzyści, które jemu, jako dramaturgowi, mogło przynieść zetknięcie się z rzeczywistością sądową. Wydawało mu się, że tam napotka w najbardziej jaskrawej formie pewien typ współczesnych konfliktów międzyludzkich, tam właśnie zobaczy strzępy najprawdziwszego życia. Potem dopiero przekonał się, że sąd jest tylko krzywym zwierciadłem świata i może przynieść o nim fałszywe wyobrażenie; setki tysięcy ludzi przechodzi przez całe życie nie stykając się nigdy z machiną wymiaru sprawiedliwości.
Ławnik w polskim wymiarze sprawiedliwości pozostaje pełnoprawnym sędzią, a nie biernym obserwatorem owego spektaklu, który zwiemy rozprawą sądową. Znaczenie tego faktu zrozumiał dość rychło, ale i wtedy nie cofnął się, gotów brać na swoje sumienie losy oskarżonych. Przeciwnie, odkąd pojął swoją rolę w sądzie, losy oskarżonych zaczęły go naprawdę obchodzić. Po jakimś czasie nawet bardzo polubił te dni (rozprawy bywały zazwyczaj kilkudniowe), gdy opuszczał redakcję i zasiadał za stołem sędziowskim. Zdawało mu się, że w czarnej todze przemienia się w kogoś zupełnie innego, zostaje wywyższony, aby w imieniu społeczeństwa dokonać aktu sprawiedliwości. Zaś sam ten akt miał dla Piotra treść niemal magiczną, skoro niósł w sobie możliwość decydowania o losach ludzkich; oskarżonego o zbrodnie mógł uczynić niewinnym, a człowieka, który zapewniał o swej niewinności, mógł zmienić w zbrodniarza.
Machina sądowa od dawna nie była dla Piotra czymś obcym. Kiedyś pracował jako sprawozdawca sądowy, a przecież dopiero wówczas, gdy zaczął zasiadać w sądzie jako ławnik, pojął, że inaczej wygląda prawda lub kłamstwo w zależności od tego, czy zajmuje się miejsce w loży prasowej, czy też za stołem sędziowskim. W przerwie rozprawy niejednokrotnie zwracali się do niego koledzy dziennikarze, pytając: "Winien czy nie winien? Ty przecież już wiesz, czy on naprawdę zabił?". Piotr uśmiechał się bezradnie; "Czytaliście akta sprawy tak samo jak i ja. Wysłuchaliście wszystkich wyjaśnień oskarżonego i świadków. Dlaczego przypuszczacie, że wiem więcej od was?"
Była to odpowiedź kokieteryjna. Czuł bowiem, że jednak wie więcej od nich, choć podobnie jak oni czytał tylko akta sprawy i nie słyszał na sali sądowej więcej niż to, co mogli usłyszeć wszyscy. Ale to on był sędzią, to on - a nie oni - musiał w końcu odpowiedzieć: winien lub nie winien. Dlatego Piotr inaczej czytał akta, inaczej słuchał wyjaśnień oskarżonego, inaczej przyjmował wypowiedzi świadków. Wiedział o sprawie więcej niż inni, tak samo jak kierowca pojazdu widzi zawsze więcej i prędzej od tych, co jadą z nim razem. Decyduje o tym poczucie odpowiedzialności, jaką się na siebie wzięło. I jeśli nawet dziesiątki ludzi na sali sądowej nieustannie zadawało sobie pytanie: winien czy nie winien, to tylko odpowiedź sędziów okazywała się ważna i decydująca w skutkach. A to znaczyło dla Piotra zmuszenie umysłu do ciągłego napięcia.
Z obojętną twarzą, jak nakazywała procedura, ze wzrokiem zawieszonym na tylnej ścianie sali, zdawał się spać z otwartymi oczami, a jednak czuwał bardziej niż inni. Wcielał się to w zbrodniarza, to w jego ofiarę, próbował przeistaczać się w każdego ze świadków, aby pojąć nie tylko to, co mu mówili, ale także - dlaczego tak mówili. Był więc ciągle sobą i jednocześnie kimś innym. Był kimś innym i jednocześnie musiał być sobą, bo nie kto inny, ale właśnie on, poprzez swoje indywidualne doświadczenie życiowe i swoją wiedzę o świecie, miał w końcu dać wiążącą odpowiedź: winien lub nie winien, i zdecydować o karze.
To nieustanne przeistaczanie się podczas rozprawy bardzo Piotra męczyło. Lecz prowadziło w jakiś sposób do zrozumienia tego, co w sądzie nazywano "materialną prawdą", oraz do ugruntowania w sobie przekonania, że się tę prawdę poznało. Piotr wierzył, że jest sprawiedliwy, i robił wszystko, aby poznać prawdę. To mu wystarczało do spokojnego snu. I nawet sprawa Labudy, zakończona przecież wyrokiem śmierci, nie zdołała zachwiać jego spokoju. Gdy przeczytał wzmiankę w gazecie, że Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i wyrok na Labudzie został wykonany we wczesnych godzinach rannych, o jednym tylko pomyślał: "Wczoraj? Co robiłem wczoraj o piątej rano, bo, zdaje się, o tej właśnie porze dokonują egzekucji? Ach, spałem. No tak, spałem".
Ale myśl, że właśnie spał, gdy o kilka ulic dalej wprowadzano Labudę do celi skazań, i że noc, która dla Piotra była jedną z wielu, dla Labudy pozostawała ostatnią - ta myśl okazała się przykra. Miał wyobraźnię pisarza, a to znaczyło, że natychmiast zobaczył puste krzesło w celi, skąd wyprowadzono Labudę, i musiał przypomnieć sobie chwilę, gdy tamten podniósł się ciężko z ławy oskarżonych i patrząc w oczy Piotra (tak, wydawało się Piotrowi, że patrzył właśnie na niego) powiedział: "Proszę o łagodny wymiar kary".
Wyszedł spiesznie z garażu, zatrzasnął drzwi i zamknął je na kłódkę. Nagle doszedł do wniosku, że garaż wcale nie jest dobrym miejscem do rozmyślań.