2. Rycerz bez zbroi
On
Wcześniej
Od tygodni nie potrafił przespać całej nocy. Za każdym razem do jego snów zakradało się wspomnienie jej subtelnego uśmiechu. Chociaż próbował zepchnąć to na dno umysłu, potrzeba chronienia i poznania jej przeważała nad całą resztą.
- Wszystko w porządku? - Gdzieś obok rozległ się zaspany głos.
- Tak, kochanie, śpij dalej. Nic się nie dzieje - odpowiedział mechanicznie, przecierając opuszkami powieki.
- Znów miałeś koszmar?
- To nic takiego S., nie martw się - zapewnił.
Po chwili poczuł kobiecą dłoń na karku i ciepłe usta lądujące na jego wargach.
Całował ją tyle razy wcześniej, czuł się przy niej tak, jakby dodawała mu skrzydeł, dlaczego więc teraz pozostawał obojętny?
- Pozwól mi - szepnęła tuż przy jego uchu. Skinął głową; nadal rozumiała go bez słów. Wplótł palce w jej jasne włosy, przyciągając ją bliżej, gdy muskała językiem wnętrze jego ust. - Kocham cię - wymruczała, odrywając się od niego na moment. Spojrzał w jej błyszczące oczy i odpowiedział bez zająknięcia:
- Ja też.
Nie wiedział, czy nadal było to prawdą... Czy kiedykolwiek było prawdą. Może tylko sobie to wyobraził albo wytworzył w głowie fantazję, która miała zastąpić rzeczywistość, i teraz kiedy spotkał ją, wszystko inne przestało mieć znaczenie. Tłumione pod powierzchnią demony znalazły wreszcie drogę ku wolności.
Przymknął powieki, przywołując scenę ze snu. Znów byli razem, tak jak było im pisane. Jego przeszłość i przyszłość. Jego potępienie i wybawienie. Szczęście i największy smutek.
Jeśli czegoś bardzo mocno pragniesz, będzie twoje.
Słowa rozbrzmiały w jego głowie tak wyraźnie, jakby rozmówca znajdował się tuż obok. Niemniej zdawał sobie sprawę, że były wyłącznie wspomnieniem z innego życia.
Do rzeczywistości przywróciły go pocałunki znajdującej się obok dziewczyny. Wyznaczała ustami trasę od jego szyi, przez tors, schodząc coraz niżej. Zaczerpnął głębiej powietrza, gdy dotarła do najwrażliwszego miejsca. Nie był pewien, czy ponownie nie pogrążył się w marzeniach, jednak nie przerwał. Jej czekoladowe tęczówki zmieniły barwę na szarawy błękit, a jasne dotąd włosy stały się brązowe. Znów miał przed sobą swojego wyśnionego anioła. Widział ją tak dokładnie jak kilka tygodni wcześniej, gdy przypadkiem na siebie wpadli. Dostrzegał w jej spojrzeniu tę samą tęsknotę i pragnienie, które trawiły jego samego. Nie zdołał się dłużej powstrzymywać.
Obrócił ją tak, że znalazła się na materacu pod nim. Ciemne włosy rozsypały się na poduszce wokół jej głowy, a jej śmiech wypełnił pomieszczenie.
- Nie przestawaj - wymruczała.
- Nic nie mów.
Zmrużył powieki, ponieważ obraz znów zaczął się rozmywać. Posłuchała, a kiedy poczuł, że już nie zdoła się dłużej hamować, znalazł się w niej.
Z każdym ruchem przybliżał się do krawędzi. Patrzył na mlecznobiałą skórę, rozszerzone w ekstazie źrenice, niewinne usta. Opadając z krzykiem na posłanie obok niej, podjął decyzję. Jedyną, jaka kiedykolwiek była mu pisana.
Musiał ją poznać. Ona musiała poznać jego.
***
Evangeline
Na lunchu zajęłyśmy, jak zwykle, miejsca przy ustawionym w rogu stołówki stoliku, z którego rozciągał się doskonały widok na wszystko wokół. Towarzyszyli nam najbliżsi znajomi: Jared, Michael, Sophie i Beth. Michael był ciemnowłosym, popularnym i pewnym siebie kapitanem szkolnej drużyny koszykówki, do której należał również Jared.
Beth miała rude włosy i zielone oczy, była zgrabną, pełną życia szefową samorządu szkolnego. Dzień, w którym niczego nie organizowała, uważała za stracony. Towarzyszyła nam też Sophie, siostra bliźniaczka Beth. Teoretycznie powinny być do siebie podobne. Rzeczywiście, fizycznie były prawie identyczne, lecz Sophie nie posiadała przebojowości Beth, była raczej cicha, skromna i uwielbiała się uczyć.
My z Cass już dawno dołączyłyśmy do ich paczki. Nie dlatego że byłyśmy wtedy jakoś szczególnie popularne, po prostu nasi rodzice bardzo dobrze się znali, więc przeniesienie takiej zażyłości na dzieci przyszło w sposób niemal naturalny.
- Hej wszystkim! - przywitałam się z przyjaciółmi. Zajęłam miejsce obok Jareda, naprzeciwko Beth, a Cassidy usiadła przy mnie. Chłopak objął ramieniem moją talię i przytulił się do mnie, przez co mimowolnie się uśmiechnęłam.
- O, przyszły redaktorki szkolnej gazetki - rzuciła Beth. - Mam nadzieję, że piszecie już jakiś ciekawy artykuł o mnie - zażartowała, upijając łyk wody mineralnej.
- Właśnie, kiedy napiszecie coś o naszej drużynie? Po raz pierwszy od wielu lat przeszliśmy do półfinału rozgrywek stanowych - stwierdził Mike, szczerząc się od ucha do ucha. - Cholera, to takie ekscytujące!
- Czekamy, aż zdobędziecie mistrzostwo - z ironią odpowiedziała Cass. - Jeszcze wpadniecie w samozachwyt i z tytułu nici.
- Jasne, a już myślałem, że nie chcecie dostarczać nam nowych napalonych fanek. Przecież wiem, że jesteś o mnie zazdrosna, Cass. Widzę w twoich oczach, jak pragniesz moich rąk, języka i paru innych rzeczy na swoim ciele - droczył się z moją przyjaciółką, nieskutecznie próbując dotknąć dłonią jej twarzy.
- Fuuuj! Masz chyba problemy ze wzrokiem. Wyobraź sobie, że nie wszystkie dziewczyny w tej szkole lubią tępych mięśniaków - odpowiedziała Cass, jednocześnie strasznie się czerwieniąc. Czasem myślałam, że faktycznie czuła coś do Michaela, chociaż ona szybko odganiała ode mnie te przypuszczenia.
- Dobra, dobra, wystarczy. Nie zatruwajcie atmosfery - zarządziłam. - Mike, jeśli chcesz czegoś od Cassidy, zaproś ją po prostu na randkę.
- Jasne, jasne - burknęła Cass, szturchając mnie łokciem.
- Ev jak zawsze ma rację, więc jej lepiej posłuchajcie - wtrącił się Jared, jednocześnie przeżuwając hamburgera.
- Przecież ja nic złego nie robię - bronił się Michael. - Nie moja wina, że Cass na mnie leci, ale boi się do tego przyznać. - Teatralnym gestem rozłożył ręce i puścił oczko do mojej przyjaciółki, na co tamta tylko z rezygnacją pokręciła głową, pokazała mu stosowny gest palcem, po czym zaczęła jeść sałatkę.
Reszta lunchu minęła w ciszy, nikt nie miał zbytniej ochoty na rozmowy. Siedziałam wtulona w Jareda i kilka razy przyłapałam Sophie na rzucaniu mi ukradkowych spojrzeń znad książki. Zastanawiałam się, o co może jej chodzić, ale przyzwyczaiłam się już do jej dziwnych akcji. Pewnie chciała mi coś wyznać, jednak wstydziła się przy innych.
Po półgodzinnej przerwie rozeszliśmy się do sal. Cały czas mimowolnie rozmyślałam o rodzicach. Chociaż nie powiedziałam tego Meredith, czułam przygnębienie. Coraz częściej zdarzało się, że zapominali zadzwonić albo szybko przerywali rozmowę. Rozumiałam, że przez ich pracę nie mogłam widywać ich tak często, jakbym tego chciała. Nie byłam też dzieckiem, które nie poradziłoby sobie bez opieki, mimo wszystko tęskniłam za wspólnym spędzaniem wieczorów czy nawet za zwyczajnymi rozmowami przy śniadaniu.
Na trygonometrii szczęśliwie obeszło się bez testu, minęła wręcz bezboleśnie. Gdy zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec zajęć, zebrałam wszystkie swoje rzeczy i wyszłam na korytarz, gdzie wpadłam na Jareda.
- Wracasz ze mną? - zapytał.
- Nie, dzięki. Muszę jeszcze iść do biblioteki - odpowiedziałam, jednocześnie składając szybkiego całusa na jego policzku.
- Nuda, ze mną bawiłabyś się lepiej - rzucił, szczerząc się pod nosem.
Przyciągnął mnie do siebie i wpił się w moje wargi. To nie tak, że zapomniałam o otaczających nas ludziach, lecz nie protestowałam, kiedy popchnął mnie na ścianę i położył dłonie po obu stronach mojej głowy. Gdy po chwili jedną z rąk przeniósł na mój pośladek, z zaskoczeniem westchnęłam w jego usta, mając zamiar go odepchnąć.
- Hm, hm - rozległo się czyjeś chrząknięcie, zanim zdążyłam cokolwiek zrobić. - Szkoła to nie miejsce na takie zachowania, panno Bell - odezwała się nauczycielka historii.
Jared odsunął się ode mnie, mrugając i oblizując wargi. Podczas kiedy moje policzki dosłownie paliły, on nie wyglądał na choćby lekko zawstydzonego.
- Przepraszamy, to już się nie powtórzy - wymruczałam, uciekając spojrzeniem w bok, i dosłownie odbiegłam, nim profesor znów mogła mi dogryźć.
Nie znosiłam urządzać takich przedstawień. Zresztą wcześniej nic takiego nie miało miejsca, a jednak Morwinger z jakiegoś niejasnego powodu wykorzystywała każdą okazję, by mi dopiec. To nie było fair.
Po kilkunastu minutach, gdy moje wzburzenie niemal opadło, stałam już przed wejściem do pokaźnych rozmiarów biblioteki, próbując przywrócić rozwichrzone włosy do porządku. Ceglany budynek mógł zaprzeć dech w piersiach. Jednak okazała fasada to nic w porównaniu z bogatym wnętrzem. W środku znajdowały się tysiące woluminów. W dzieciństwie byłam tak zafascynowana książkami przez mojego tatę, że chciałam je wszystkie przeczytać, ale później doszłam do wniosku, że nie starczyłoby mi na to życia.
W kilku susach pokonałam wysokie schody i znalazłam się w przestronnym holu przy biurku bibliotekarki. Wpisałam się na listę osób korzystających z czytelni, a następnie poszłam do działu historii naszego miasta. Od dłuższego czasu próbowałam znaleźć jakieś interesujące epizody z dziejów Applewood do artykułu, co wychodziło z marnym skutkiem. Miałam wrażenie, że nasze miasto jest najnudniejszym miejscem na świecie. Nie wierzyłam, że wśród dwudziestu tysięcy mieszkańców przez tyle lat nie wydarzyło się nic ciekawszego niż kradzież w sklepie monopolowym.
Stosy starych kronik zarchiwizowanych na bibliotecznym komputerze tak mnie pochłonęły, że zupełnie straciłam poczucie upływającego czasu. Gdy spojrzałam na zegarek, było już po siódmej wieczorem, a zaraz po zajęciach miałam przecież wrócić do domu. Szybko zebrałam wszystkie rzeczy i wybiegłam na zewnątrz, wprost na deszcz.
- Cholera - przeklęłam pod nosem, niemal tupiąc nogą z irytacji.
Byłam kompletnie nieprzygotowana na ulewę. Nie pozostawało mi nic innego jak przez niemal pół godziny moknąć, gdyż nie zanosiło się na poprawę pogody.
Wybiegłam przed siebie, zakrywając rękami głowę. Nie musiałam zwracać uwagi na to, dokąd zmierzam, bo drogę znałam doskonale. Chciałam tylko jak najszybciej znaleźć się w domu i w ciepłym, suchym otoczeniu czekać na telefon. Opady stawały się coraz intensywniejsze, wszystko wokół niknęło za lodowatą zasłoną wody. Na jezdni utworzyły się już kałuże, większość sklepów została zamknięta, a ulice kompletnie opustoszały.
Nagle wydało mi się, że usłyszałam swoje imię. Zatrzymałam się i rozejrzałam dookoła.
Nawoływanie rozbrzmiało powtórnie. Teraz miałam już pewność, że ktoś wyraźnie krzyczał "Evangeline". Nie był to przyjazny krzyk, nie zachęcał, by się zatrzymać.
Coś podpowiadało mi, aby biec dalej, ale moja ciekawska natura jak zwykle zwyciężyła nad rozsądkiem.
- Kto tu jest? - odkrzyknęłam w ciemność. Odpowiedziała mi tylko cisza.
Po chwili ptaki siedzące na gałęzi pobliskiego drzewa wzbiły się z łoskotem w przestworza, tym samym prawie przyprawiając mnie o zawał serca. Mimowolnie cofnęłam się o kilka kroków i wpadłam na coś. Odwracając się, zauważyłam, że za mną stała ubrana od stóp do głów na czarno postać. Spod kominiarki wystawały tylko ciemne, wręcz czarne oczy.
- Wreszcie się spotykamy, Evangeline. Długo czekałem na tę chwilę - oznajmił ochrypłym głosem, wyciągając jednocześnie w moim kierunku rękę. Po moich plecach przeszły ciarki. Automatycznie odskoczyłam do tyłu, niemal potykając się o własne nogi.
Nieznajomy złapał mnie za nadgarstek, przyciągając do siebie tak blisko, że mogłam poczuć każdą twardą wypukłość jego ciała. Próbowałam się wyrwać, ale żelazny uścisk był zbyt mocny.
- Kim jesteś? - zapytałam, z trudem wymawiając poszczególne słowa. Choć nie chciałam płakać, łzy cisnęły się do oczu.
- Już wkrótce dowiesz się, kim dla siebie jesteśmy. Gwarantuję, że będziesz podekscytowana tak samo jak ja, moja słodka - szeptał zapamiętale wprost do mojego ucha.
Rozejrzałam się: w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ruszyć mi na ratunek. Poczułam się jak w potrzasku.
- A teraz jak grzeczna dziewczynka pójdziesz ze mną, zrozumiano? Nie chciałbym uszkodzić tak niewinnej buzi. Byłoby to zupełnie niepotrzebnym marnotrawstwem - powiedział przesłodzonym głosem, przejeżdżając dłonią wzdłuż mojego policzka i zaraz zaczął prowadzić mnie w stronę stojącego nieopodal czarnego SUV-a. Nie widziałam, czy ktoś był w środku, nie dostrzegałam tablic rejestracyjnych, niemniej z jakiegoś powodu byłam przekonana, że jeśli znajdę się w środku, już tu nie wrócę.
Ze wszystkich sił starałam się wyrwać, lecz napastnik był zbyt silny. Krzyczałam tak głośno, jak tylko potrafiłam, choć wydawało się, że ulewa mnie zagłusza.
Woda wlewała się do moich ust, zaklejała oczy, ale nie pozwalała poddać się osłupieniu i przerażeniu.
- Zamknij się, bo porozmawiamy inaczej! - nawrzeszczał na mnie facet i ciągnął dalej. Wykorzystując chwilę jego nieuwagi oraz nagły przypływ adrenaliny, kopnęłam go mocno w krocze. Gdy zaczął się skręcać z bólu, pobiegłam w przeciwną stronę. Łzy strumieniem spływały po mojej twarzy, mieszając się z kroplami deszczu. - Pożałujesz tego! - Jego wściekły ryk prawie zatrzymał bicie mojego serca.
Byłam pewna, że już się pozbierał i mnie gonił, ale zbyt mocno się bałam, by to sprawdzać. Przyspieszyłam tak bardzo, jak było to tylko możliwe. W normalnych okolicznościach pewnie prawie od razu opadłabym z sił, lecz wiedziałam, że nie mogłam się poddać, póki nie dotrę w bezpieczne miejsce. Dom Jareda znajdował się jedynie kilka przecznic dalej.
- Wracaj! I tak mi nie uciekniesz! - wrzeszczał.
Byłam tak przerażona i roztrzęsiona, że biegłam prawie na oślep, kierując się wyłącznie wieloletnią znajomością tej trasy.
Nagła cisza przeraziła mnie jeszcze bardziej niż głośne groźby. Postanowiłam odwrócić się tylko na chwilę, żeby mieć pewność, że nadal zachowywałam odpowiedni dystans. To wystarczyło. Coś mignęło mi na skraju pola widzenia, a powietrze przeciął donośny dźwięk klaksonu. Jak sparaliżowana patrzyłam na zbliżające się w zastraszającym tempie dwa światła, zlewające się w końcu w jedną plamę. Wewnętrzny głos krzyczał, żebym się ruszyła, ale ciało było obojętne na jego nawoływania. Wszystko wokół przestało istnieć: zostałam tylko ja i oślepiające reflektory.
Nagle poczułam ostre szarpnięcie i już w kolejnej sekundzie leżałam na ziemi, pod ubraną na ciemno postacią. Odruchowo zaczęłam piszczeć, ze wszystkich sił okładając napastnika pięściami. Użył rąk jak tarczy, próbując odchylić się na bezpieczną odległość.
- Do cholery! - Do moich uszu dotarł obcy głos. - Uspokój się, dziewczyno! Połamiesz mi wszystkie kości! - Przestałam wierzgać i dokładniej przyjrzałam się nieznajomemu. Przy mnie leżał chłopak, wyglądający mniej więcej na mojego rówieśnika lub kogoś o kilka lat starszego. Kompletnie nie przypominał gościa, który mnie gonił.
- Oszalałaś? Chciałaś rzucić się pod ciężarówkę? To jakiś nowy modny sposób na samobójstwo? - krzyknął, wstając z ziemi.
Był sporo wyższy ode mnie. Widziałam go pierwszy raz, ale nie wydawał się zagrożeniem.
- Nie! - zaprzeczyłam automatycznie.
- W takim razie, co robiłaś na środku jezdni przed pędzącą ciężarówką? Zasnęłaś na stojąco? Podziwiałaś artystyczne zdobienia zderzaków? Gdybym cię nie odepchnął, to... - urwał. - Miałaś sporo szczęścia.
- Gonił mnie ten facet i... i... nie miałam dokąd uciec, nie zauważyłam tego samochodu, a później nie byłam w stanie się ruszyć - wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu.
- Jaki facet? Nikogo tam nie widziałem. - Spojrzał we wskazanym przeze mnie kierunku, jakby uznał, że ściemniam.
- Przepraszam. - Rozpłakałam się na nowo.
- Spoko, nie musisz. Tylko wytarzałem się w błocie. Świetna rozrywka. A myślałem, że zanudzę się tutaj na śmierć - prychnął.
Wyciągnął w moim kierunku rękę, którą bez namysłu chwyciłam. Wyłącznie dzięki jego pomocy zdołałam utrzymać równowagę: moje kolana drżały, aż odnosiłam wrażenie, że całe nogi mam jak z waty.
- Dziękuję - mruknęłam, próbując się otrząsnąć.
- Nie ma za co. Odprowadzę cię do domu na wypadek, gdyby tamten niewidzialny facet przyczaił się gdzieś w krzakach - zażartował, ale mi wcale nie było do śmiechu.
- Hej, ja go nie wymyśliłam, on naprawdę mnie gonił! - zapewniłam.
- Czy ja mówię, że było inaczej? Zadzwoniłbym nawet na policję, ale nie zabrałem ze sobą komórki - zaśmiał się cicho. - Mieszkasz daleko stąd? Bo deszcz nie przestaje padać, a moknięcie tak jakby nie jest moją ulubioną rozrywką.
- Jeśli tak ci to przeszkadza, możesz mnie zostawić samą - burknęłam, krzyżując ręce na piersiach.
- A później przeczytać w necie, że jednak nie dałaś rady wrócić do domu? Nie ma opcji. Chodź i nie marudź - zarządził.
Krople wody spływały po jego ciele, do którego przylepiła się mokra bluza od dresu, przez co można było pod nią dostrzec zarys mięśni. To, że w takiej chwili pomyślałam o czymś takim, było kompletnie pozbawione sensu.
- To niedaleko stąd. Serio, nie musisz mnie odprowadzać - stwierdziłam, zmierzając już w kierunku domu. Jasne, bałam się samotnego powrotu, lecz nie zamierzałam się do tego przyznawać. Na szczęście po chwili chłopak mnie dogonił i dotrzymywał mi kroku. Potarłam rękoma zziębniętą skórę, ukradkiem rozglądając się wokół. Nigdzie nie widziałam napastnika. Wyglądało na to, że obecność nieznajomego musiała go wystraszyć. Niemal odetchnęłam z ulgą.
- Nie muszę, ale wolę się upewnić, że przeżyjesz dzisiejszą noc. Skoro już cię ratuję, powinienem to chociaż robić skutecznie. - Uśmiechnął się, pokazując rząd białych zębów. Przez kilka minut przemieszczaliśmy się w ciszy, ale nie mogłam już tego znieść.
- Jak się nazywasz? - zapytałam, mrużąc oczy, do których wpadały krople deszczu.
- Christian - odpowiedział krótko. - A ty?
- Evangeline. Co w taką pogodę robiłeś na zewnątrz? - dopytywałam.
- Zapragnąłem uratować komuś życie, więc zajrzałem w magiczną kulę, poszukując odpowiedniej osoby, i wtedy ujrzałem, jak pakujesz się pod rozpędzonego tira. A ty postanowiłaś może napisać o mnie książkę? Wiem, że jestem czarujący, ale naprawdę nie musisz. - Spojrzałam na niego z wyrzutem, więc dopowiedział: - Jak widać po stroju, wyszedłem pobiegać. - Zauważyłam, że nie chciał mówić więcej, więc nie drążyłam tematu.
- Super poczucie humoru - odpowiedziałam tylko.
- Lata praktyki - mruknął.
Po kilkunastu minutach niezbyt komfortowego marszu w ciszy znaleźliśmy się przed moim domem.
- To tutaj. Dziękuję.
Zanim skończyłam mówić, on biegł już w kierunku, z którego przyszliśmy.
- Co za koleś - mruknęłam pod nosem.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową, rozglądając się uważnie. Miałam nadzieję, że Christian zdołał odstraszyć nieznajomego napastnika na dobre. Chociaż może wcale nie był mi tak kompletnie obcy: skądś znał moje imię.
Wpatrywałam się w otaczającą podwórze ciemność, ignorując spadające z nieba krople, by mieć pewność, że już nic mi nie groziło. Gdy nie dostrzegłam niczego podejrzanego, postanowiłam wejść do środka. Naciśnięciem klamki otworzyłam drzwi i znalazłam się w ciepłym holu, od razu po wejściu rejestrując zapach pieczonego ciasta.
- Meredith, wróciłam. Dzwonili rodzice? - krzyknęłam, starając się brzmieć naturalnie. Nie chciałam martwić Mer swoimi problemami, przez słabe serce nie mogła doświadczać zbyt wielkich stresów. Zdjęłam z siebie przemoczoną kurtkę i buty, po czym rzuciłam je na podłogę.
- Jeszcze nie. - Moja opiekunka wyszła z kuchni. - Dziecko, ależ ty zmokłaś. Zdejmij z siebie te mokre ubrania, bo się przeziębisz, a później zejdź na kolację. Zrobiłam twoją ulubioną pieczeń.
- Dobrze. Zaraz przyjdę.
Ruszyłam do sypialni, sprawdzając po drodze, czy wszystkie okna były zamknięte.
Mimo wszystko obawiałam się, że tamten psychol w każdej chwili mógł wrócić. Choć obecność sąsiadów, Meredith i sprawnego alarmu powinny przegonić wszystkie lęki, coś nie dawało mi spokoju.
Po przekroczeniu progu sypialni zauważyłam coś, co zmroziło mi krew w żyłach.
Na biurku dostrzegłam pojedynczą, czarną jak smoła różę, której nie było tam wcześniej. Sztywnym krokiem podeszłam do znaleziska, z trudem przełykając ślinę. W skroniach czułam pulsowanie, a dźwięk mocno bijącego serca zagłuszał wszystko inne. Z ociąganiem wzięłam do ręki kwiat, dopiero teraz odsłaniając niewielką białą karteczkę z wykaligrafowanymi napisami:
Evangeline, wiem o Tobie więcej, niż możesz sobie wyobrazić. Zbyt długo Cię szukałem, by pozwolić, abyś zniknęła po raz kolejny. Już nie potrafię się doczekać naszego spotkania. Mam nadzieję na sprzyjające okoliczności.
Śpij dobrze i śnij o mnie, moja słodka. Zapewniam Cię, że Ty gościsz w moich myślach nieustannie.
Twój na zawsze.
Gdy czytałam wiadomość, nogi się pode mną uginały. Świat zaczął wirować, czułam wykwitające na policzkach rumieńce. Jak on się dostał do mojego pokoju? Przecież wszystkie okna były zamknięte, zresztą Meredith na pewno by coś zauważyła. W końcu nie był niewidzialny. Czego chciał akurat ode mnie?
Osunęłam się na podłogę, schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam cicho płakać. Byłam zła na siebie za to, że nie wiedziałam, co robić. Czym zawiniłam? Przecież nikogo nie skrzywdziłam, nikomu się nie naraziłam, nic nie ukradłam. Musiało chodzić o rodziców... Tak, pewnie znaleźli coś niewygodnego dla jakichś osób, które teraz chciały ich nastraszyć. Byłam ich najsłabszym punktem, jedynym dzieckiem.
Pomyślałam, że warto byłoby zadzwonić na policję, ale z drugiej strony nadal nie docierało do mnie, że to dzieje się naprawdę. Jeszcze wczoraj sama bym w coś takiego nie uwierzyła. Applewood - ostoja spokoju, najbezpieczniejsze miejsce w stanie i porywacz. Nie, to przerastało możliwości nawet mojej wyobraźni, która swoją drogą nie była ograniczona.
W naszym mieście życie niezmiennie od ponad stu lat toczyło się własnym rytmem, narzucanym przez pory roku i kilka corocznie obchodzonych uroczystości. Tutaj nic nie działo się bez przyczyny. Ba, tu się kompletnie nic nie działo. Każdy znał swoje miejsce w szeregu. Jeśli ktoś był sprytniejszy od innych, uciekał stąd, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Jak moi rodzice i wielu im podobnych.
I oto nagle w spokojnym, zapomnianym przez zło miasteczku ktoś zaczyna prześladować niewinną dziewczynę... nikt w to nie uwierzy. Sama nie potrafiłam w to uwierzyć, chociaż dotyczyło mnie.
Może najlepszym rozwiązaniem byłby wyjazd do rodziców? Schronienie się pod ich skrzydłami, tam, gdzie nikt by mnie nie znalazł. Ale najpierw musiałam porozmawiać z Meredith.
Podniosłam się z podłogi, wytarłam z twarzy ślady łez i przeszłam do kuchni, gdzie nakładała właśnie na talerze kolację.
- O, już jesteś. Usiądź, zaraz zjemy.
- Meredith, musimy porozmawiać - zaczęłam poważnym tonem. Spojrzała na mnie z niepokojem wymalowanym w oczach. - Czy ktoś tutaj był dzisiaj i mnie szukał? - zapytałam.
- Nie, chyba nie. Chociaż ta twoja koleżanka, Sophie Bennet, chciała z tobą rozmawiać, ale kiedy powiedziałam, że cię nie ma, szybko wyszła - Meredith stwierdziła po chwili zastanowienia.
- I tylko ona?
- Tak. Coś się stało? - dopytywała. W jej głos słyszałam wyraźnie zmartwienie.
- Nie. Tak. Nie wiem, czy mogę ci powiedzieć - wahałam się.
- Możesz mi wyznać wszystko. Co cię trapi? Jesteś w ciąży z tym chłopakiem albo z kimś innym? Przecież to nie tragedia. - Meredith przysiadła na krześle obok mnie i ujęła moją dłoń.
- Nie! - zaprzeczyłam szybko. - Ktoś podrzucił dzisiaj do mojej szkolnej szafki moje zdjęcie wykonane z ukrycia, a później jakiś mężczyzna mnie napadł. - Spojrzałam jej w oczy. - Na początku sądziłam, że to jakiś żart, a później naprawdę się przestraszyłam. Myślałam, że to już koniec, że już nigdy nie zobaczę rodziców ani ciebie, ani przyjaciół, ale jakoś dałam radę uciec. - Pod koniec emocje wzięły górę i ostatnie słowa wypowiedziałam z niemałym trudem.
- O Boże! Dlaczego nic od razu nie powiedziałaś? Trzeba zadzwonić na policję, powiadomić o wszystkim rodziców. - Meredith zerwała się na równe nogi, złapała telefon i zaczęła wystukiwać odpowiedni numer.
- Zaczekaj, to jeszcze nie wszystko. On tu był.
Podałam jej kartkę znalezioną w pokoju.
Wzięła ją do ręki i zaczęła czytać. Z każdą sekundą jej oczy coraz bardziej się rozszerzały, odłożyła słuchawkę na miejsce i przez kilkanaście sekund stała w bezruchu.
- Nie mówiłam ci, żeby cię nie martwić, ale już od jakiegoś czasu dostajemy głuche telefony. To może mieć związek, chociaż nie musi. Myślałam, że to po prostu pomyłka. - Meredith westchnęła, opadając bezradnie na krzesło.
- Nie wiem, co powinnyśmy zrobić - powiedziałam ze zrezygnowaniem.
Miałam kompletną pustkę w głowie.