Sułtan z Palermo - Tariq Ali

Reflow text when sidebars are open.
Starym zwyczajem służący czekali na niego przed domem z uniesionymi wysoko w górę pochodniami. Al-Idrisi zsiadł z konia i uścisnął dłoń każdemu z nich, lecz zanim zdążył przemówić, poczuł zapach pieczonej jagnięciny i świeżych ziół. Wbiegł do domu, nie mogąc dłużej tłumić nadziei na spotkanie z Walidem, zamiast niego ujrzał jednak obydwie córki. Przywitały go wylewnie, całując po rękach. Al-Idrisi przytulił każdą z nich i ucałował delikatnie w czoła.
- Witaj w domu, Abu Walidzie - powiedziała młodsza z kobiet, której rude włosy błyszczały w świetle lamp oliwnych.
- Co cię tu sprowadza, Samar? I ciebie, Sakino? - dopytywał Al-Idrisi. - Myślałem, że matka zabroniła wam...
- Nie widziałeś swoich wnuków od trzech lat, Abu Walidzie, i nasza matka zgodziła się, byśmy tu przyjechały - zaczęła wyjaśniać Samar, ale przerwała, gdy jej ojciec zaśmiał się głośno.
- Widocznie zmiękła na starość - rzucił. - Czy dzieci śpią?
Kobiety przytaknęły.
- Jak się domyślam, przyrządziłyście jagnięcinę, zgodnie z przepisem waszej matki. Czy mam rację?
Samar roześmiała się.
- Nie byłyśmy pewne, czy wrócisz dzisiaj, ale jakąś godzinę temu posłaniec z pałacu przyniósł wiadomość, że widziano twój statek. Czosnek i zioła przywiozłyśmy z Noto - zaznaczyła.
- Mam nadzieję, że zachowały świeżość. - Al-Idrisi uśmiechnął się z uznaniem, po czym klasnął w dłonie i wezwał zarządcę.
- Ibn Fitjanie, czy moja kąpiel jest gotowa? - spytał, gdy ten się zjawił.
Eunuch skłonił się nisko i odparł:
- Sawdor czeka, by nasmarować cię olejkami, panie, kąpielowi również oczekują twojego przyjścia. Czy wasza miłość zje wieczerzę w domu czy na tarasie?
- Niech zdecydują moje córki. - Al-Idrisi skinął w stronę Samar i Sakiny, po czym udał się do łaźni.
Zazwyczaj leżał w milczeniu na chłodnym marmurowym stole i pozwalał greckiemu służącemu robić, co do niego należało. Ale nie tym razem.
- Czy masz dzieci, Sawdorze? - spytał nagle.
Masażysta nie mógł opanować zdziwienia. Przez te sześć lat, które spędził w domu Al-Idrisiego, przyzwyczaił się, że jego pan niemal w ogóle się nie odzywał.
- Tak - odparł wreszcie cicho. - Mam trzech synów i córkę.
- Pewnie dwaj chłopcy służą Kościołowi?
- Jestem wyznawcą Allaha i jego proroka, ale moja żona jest nazarejką i zależało jej, abyśmy ochrzcili synów - wyjaśniał Sawdor.
Al-Idrisi był zaskoczony.
- Przecież masz greckie imię - powiedział. - Myślałem, że...
- Nazywam się Sawdor Ibn Ghafur, panie. Moja matka była Greczynką i choć przyjęła naszą wiarę, wybrała dla mnie takie właśnie imię. Ojciec nie potrafił jej się w niczym sprzeciwić i przystał również na to.
Ciekawość Al-Idrisiego jeszcze wzrosła. Postanowił, że poprosi sułtana o przeprowadzenie spisu wszystkich mieszanych małżeństw na wyspie.
- A twoi chłopcy? Opowiedz mi o nich - poprosił służącego.
- To już młodzieńcy. Najmłodszy służył na statku, którym pływałeś, panie. Matka ucieszy się na jego widok.
Muhammad, już zupełnie rześki, wstał, okrył się ręcznikiem i klasnął w dłonie, by przywołać kąpielowych. Dwóch młodych mężczyzn weszło do pokoju i ukłoniło się dostojnie.
- Sawdorze, opisz mi proszę tego chłopca - powiedział głośno.
Gdy usłyszał imię, nie miał już żadnych wątpliwości.
- Rozmawiałem z nim na statku. Dlaczego nie powiedział, że jesteś jego ojcem?
- Pewnie nie przyszło mu to do głowy. Jestem zdumiony, że miał czelność odezwać się do ciebie, panie.
- To ja go zagadnąłem. Twój syn jest inteligentny i wrażliwy. Czego nie potrafi przekazać w słowach, wyraża dźwiękami fletu. To utalentowany chłopak i powinien doskonalić swoje umiejętności. Porozmawiam ze starym Junisem i zobaczę, czy uda mu się znaleźć nauczyciela muzyki dla twojego Simeona.
W oczach Sawdora zalśniły łzy.
- Twoja dobroć jest powszechnie znana, panie. Matka chłopca może nawet pomodlić się do Allaha, by nagrodził twoją hojność.
Al-Idrisi skinął głową i kąpielowi zaprowadzili go do łaźni. Namydlili go, wyszorowali delikatnymi gąbkami, a potem już sam się wysuszył i ubrał. Kiedy zjawił się na tarasie, po zmęczeniu nie było śladu. Jagnięcina już na niego czekała. Czuł się dziwnie, spożywając posiłek w towarzystwie córek. I wciąż się zastanawiał, dlaczego w ogóle go odwiedziły. Był pewien, że nie przebyły tak dalekiej drogi tylko po to, by mógł zobaczyć się z wnukami. Znał je na tyle dobrze, żeby to wiedzieć. Nie chodziło też o to, by sprawić mu przyjemność, choć jagnięcina smakowała wybornie. Ich matka Zajnab musiała im naopowiadać nie wiadomo czego o tym daniu, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Przeżuwając kolejne kęsy, wyobrażał sobie, jak mówiła: "Obłaskawcie starego dziwaka, niech poczuje, że go kochacie. Przyrządźcie mu jagnięcinę tak jak lubi i dopiero kiedy zacznie jeść, przedstawcie swoją prośbę". Wspomnienie żony, zawsze skorej do insynuacji i fałszywych pochlebstw, nie było dla Al-Idrisiego przyjemne i zdenerwował się na siebie za to, że w ogóle o niej pomyślał. "Dostanę od tego niestrawności" - strofował się.
I nagle dostrzegł coś, co mu wcześniej umknęło. Jego córki przybyły same, bez mężów. To nie mógł być przypadek. Coś musiało się wydarzyć. W Noto i na terenach wokół Syrakuz zawsze było niespokojnie. W pałacu określano to mianem bandytyzmu, ale on wiedział, że chodzi o coś więcej. Był ciekaw, cóż takiego się stało, ale postanowił zaczekać, aż kobiety same zaczną mówić.
Póki co delektował się smakiem posiłku. Jagnięcina była soczysta, a warzywa świeże. Butelka wina przysłana z pałacu i sprawdzona przez Ibn Fitjana, czy nie zawiera trucizny, ożywiła go jeszcze bardziej niż kąpiel.
Gdy Muhammad spostrzegł, jak jego córki wymieniają między sobą znaczące spojrzenia, nie mógł nie pomyśleć o ich podobieństwie do matki. Ani fizycznie, ani pod względem umysłowym nie przypominały jego samego. Al-Idrisi znów miał przed oczami Zajnab, do której poślubienia nakłonił go ojciec. Zobaczył ją po raz pierwszy w dniu zaślubin. Zadrżał na wspomnienie ich pierwszej wspólnej nocy. I następnych. Ani jemu, ani jej nie sprawiały one przyjemności i Al-Idrisi nie mógł się nadziwić, że udało im się powołać na świat czwórkę dzieci. Jego matka twierdziła, że stało się to tylko dzięki niej. Rozpowiadała całej rodzinie, że zmusza Muhammada do picia niesmacznego wywaru z liści kawy, słodzonego sokiem z daktyli, którego właściwości wzmagające popęd płciowy dostrzegli medycy z Ifriqijji. W pierwszych latach małżeństwa w te rzadkie wieczory, gdy szedł do sypialni żony, zawsze czuł gorzki zapach kawowych liści.
Gdyby Zajnab była inna, nie nakłaniałby jej do wyjazdu z Palermo. Ale zupełnie nic go w niej nie pociągało. Jej donośny głos doprowadzał go do szału. Irytowała go równie mocno, gdy prawiła mu komplementy, jak gdy obrzucała służących obelgami. Al-Idrisiemu nie przyszło nigdy do głowy, że być może jest taka ze względu na to, co przeszła w dzieciństwie. Miała sporą nadwagę i wszyscy patrzyli na nią krzywo; nawet ojciec, zamożny arystokrata, nie mógł się przemóc. Zdarzało mu się wskazywać ją jako przykład, gdy zwracał Marwanowi czy Ibn Hamidowi uwagę na to, że Arabowie bardziej troszczą się o konie czystej krwi niż o własne dzieci, ale nie wyciągał żadnych wniosków z tych obserwacji. Zresztą najgorsze było to, że Allah poskąpił Zajnab choćby odrobiny rozumu. Choć i to nie było jej winą.
Z ich córkami było zupełnie tak samo. Dla kogoś, kto piastował wysokie stanowisko w pałacu, było to prawdziwym utrapieniem. Obydwie wyszły za mąż za arabskich arystokratów z Syrakuz, których przodkowie przybyli z Ifriqijji kilkaset lat po śmierci Proroka i zdobyli to miasto. Otrzymały hojne posagi, trafiły na zacnych mężczyzn, którzy byli dla nich dobrzy, a co najważniejsze, potrafili wywiązać się z małżeńskich powinności; Al-Idrisi nie wiedział, czy potrzebne były kawowe liście. Na świat przyszły dzieci: Samar urodziła syna, a Sakina bliźniaki, chłopca i dziewczynkę. Dzieci miały zapewnioną przyszłość - część ziemi została już zapisana na chłopców, aby w przyszłości uniknąć sporów, a jednocześnie zagwarantować ich rodzicom, że bez względu na to, co się wydarzy, ich spuścizna nie będzie zagrożona. Wnukowie Al-Idrisiego byli prawowitymi spadkobiercami rodowych fortun. Zabezpieczywszy byt swoich dzieci, mężowie córek uczonego postanowili wynagrodzić sobie zadany trud i zgodnie z prawem swojej religii przenieść się na inne pastwiska. Samar i Sakina wnet sobie uświadomiły, że spadkobierców będzie więcej. I że straciły wyłączność na rozkosze łoża.
Gdy podano miętową herbatę po posiłku, Al-Idrisi postanowił dłużej nie czekać.
- Moje dzieci, znacie mnie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że wyczuwam, gdy próbuje się coś przede mną ukryć - zaczął ostrożnie. - Wiem, że nie przybyłyście tu z potrzeby serca. W imię Allaha, proszę was, byście wyjawiły powód swojej wizyty.
Kobiety były wyraźnie skonfundowane. Nie miały przekonania, że to dobry moment, by poruszyć drażliwy temat. Planowały poczekać do rana, licząc na to, że obecność wnuków zmiękczy ich ojca i uczyni go podatnym na ich prośby.
- Abi 26, nie powiedziałeś nam, czy smakowała ci jagnięcina. Zrobiłyśmy ją specjalnie dla ciebie i... - Sakina próbowała skierować rozmowę na inne tory, ale gniew, który zobaczyła na twarzy ojca, kazał jej przerwać.
W tej sytuacji Samar uznała, że dalsze ukrywanie prawdziwego celu ich wizyty jest daremne. Postanowiła opowiedzieć o wszystkim.
- Abi, nie prosiłyśmy cię dotąd o nic, ale teraz jesteśmy bardzo nieszczęśliwe i potrzebujemy twojej pomocy. Nasi mężowie porzucili nas i muszą ponieść karę. Pomyślałyśmy, że...
Al-Idrisi podniósł dłoń i ją uciszył.
- Ustalmy najpierw jedną rzecz - powiedział stanowczo. - Czy wasi mężowie opuścili domy, czy też kazali wam odejść?
- Nie chodzi o to - odpowiedziały jednocześnie córki.
Pierwsze zdanie było kluczowe. Podpowiadała mu to intuicja, a także doświadczenie zdobyte podczas badania starych manuskryptów. Starożytni doskonale o tym wiedzieli, niezwykle starannie rozpoczynali swoje dzieła i - jak mniemał - z łatwością doprowadzali je do końca. Od czego zacząć? W jaki sposób? Zazdrościł im możliwości, jakie dawał ówczesny świat, łatwości zdobywania wiedzy.
To matka przekonała go, że ci przedstawiciele Ahl al-Kitab2, którzy upierali się, że cała wiedza pochodząca sprzed czasów ich proroków była bezwartościowa, zdradzali jedynie swoją ignorancję. Opowiedziała mu, jak po zdobyciu miasta przez specjalny oddział Proroka, złożony z mężczyzn, którzy bardziej obawiali się wiedzy niż śmierci, jej dziadek, otaczany czcią matematyk z Qurtuby3, został publicznie ośmieszony i ścięty, razem z osiemdziesięcioma innymi uczonymi. Fanatycy religijni zabijający w imię religii nazywali dawne wieki czasami ignorancji. Dla nich był to świat, w którym jedyną ulgę przynosiła ludziom tęsknota do jednego Boga, jeszcze im nieznanego. Nadgorliwcy byli gotowi przyjąć każde przekłamanie dla pokrzepienia serca, dlatego wymyślili sobie rzeczywistość bez apostatów.
Na twarzy mężczyzny zagościł uśmiech, ale wnet wrócił na nią ponury cień. "Inaczej niż my" - pomyślał. "My skazaliśmy się na wieczną powtarzalność, ciągłe tworzenie świata od początku. W imię Allaha Miłościwego i Muhammada, jego Proroka, najprawdziwszego posłańca". Jedynym pocieszeniem był fakt, że ci bluźnierczy nazarejczycy byli jeszcze gorsi. Jak Allah mógł być ojcem wyłącznie 'Isy4? Jak Wszechmogący mógł mieć tylko jednego syna? I dlaczego w ogóle nazarejczycy wymyślili to kłamstwo? Chyba tylko dlatego, że nastali tuż po Rzymianach, czczących cały panteon bóstw. By przyciągnąć wiernych, potrzebowali czegoś innego i koniecznie niezwykłego. Żałował, że nie zachowali dawnych bogów, przynajmniej kilku najlepszych. Zeus mógłby być ojcem 'Isy. Albo Apollo, Ares czy Posejdon... Nie, Posejdon nie. On był bardzo głupi, a poza tym Marjam5 mieszkała z dala od morza, Jusuf6 nie był wszak rybakiem. Za to ten chromy, pożądliwy Hefajstos mógł odwiedzić...
Al-Idrisi wyszedł na pokład i wziął kilka głębokich wdechów. Królewski statek dwukrotnie okrążył Siqillijję i uczony zdołał już porównać mapę z obecnym kształtem linii brzegowej. Od czasu do czasu przybijali do brzegu, żeby uzupełnić zapasy wody pitnej i żywności, a także świeżych ziół, których potrzebował do swoich mikstur. Był jednocześnie geografem i medykiem.
Podróż trwała niecały miesiąc, ale i tak go zmęczyła. Choć sypiał więcej niż zwykle. W snach najczęściej powracał do czasów swojego dzieciństwa - do matki wciąż spoglądającej w gwiazdy, do brukowanych ulic Noto, do pni drzew okaleczonych przez błyskawice, do kobiet dojących krowy i kozy, do pokrytej piegami twarzy ojca. Podczas popołudniowych drzemek niezmiennie jednak śnił o Majji. Scena zmieniała się nieznacznie. Zawsze leżeli nadzy, wtuleni w siebie, tuż po tym, jak się kochali. Działo się to w jej alkowie w pałacowym haremie i doskonale wiedział, że na zewnątrz pełnią wartę eunuchowie. Sen powtarzał się tak regularnie, że rozważał nawet wizytę u tłumacza snów, zawsze jednak coś go powstrzymywało.
Poprzedniej nocy po raz pierwszy przyśniło mu się coś innego. Trwała bitwa, a on był jednym z żołnierzy. Kiedy się obudził, nie pamiętał jednak, z kim walczyli. Myślał o tym teraz, stojąc na pokładzie i patrząc, jak morze zmienia kolor. Zastanawiał się, czy sprawdziłby się w walce. Był średniego wzrostu, miał delikatne rysy i miękką, jasną skórę, jak gdyby jego płeć wykształciła się w ostatniej chwili. Promienie słońca spaliły jego twarz, podkreślając biel brody. Miał ją starannie przystrzyżoną, wzorem uczonych z Qurtuby. Skończył pięćdziesiąt osiem lat. Był to wiek, w którym większość mężczyzn myśli raczej o przeszłości niż o przyszłości, z nim było jednak inaczej, bo rozgorzał w nim potworny gniew. Wiedziało o nim tylko dwóch jego najlepszych przyjaciół, ale nawet oni nie znali jego przyczyn.
Sułtan i członkowie jego dworu uważali Al-Idrisiego za ważnego uczonego, ale dał się im też poznać jako mężczyzna łagodnego usposobienia. Nie mieli pojęcia, że to maska, pod którą geograf częstokroć kipi złością. Kiedyś jego najbliższy przyjaciel Ibn Hamid - mężczyzna uginający się pod ciężarem trosk - spojrzał w niebo i wymamrotał: "O, poezjo gwiazd", na co Al-Idrisi gniewnym tonem polecił mu lekturę dzieł z zakresu astronomii oraz ruchów Ziemi. "Czy zauważyłeś, że każdej nocy ten ruch się powtarza?" - spytał z ironią. Podobnie jak starożytni mistrzowie, których cenił, próbował odkryć sekrety niebios. Jeżeli jednak doszedł do słusznych wniosków, Koran musiał się mylić, a jeśli Koran się mylił, to ktoś popełnił błąd. Mógł to być albo sam Allah, albo Prorok. Ibn Hamid przestraszył się słów przyjaciela i poradził mu, by zaprzestał zadawania takich pytań, jeśli nie chce zostać oskarżony o bluźnierstwo. Odpowiedzią Al-Idrisiego było miażdżące spojrzenie. Po tej rozmowie mężczyźni nie rozmawiali ze sobą następnych kilka dni.
A teraz Ibn Hamid, podobnie jak wielu innych, opuścił wyspę, zostawiając swojego przyjaciela bardziej samotnym niż kiedykolwiek wcześniej. Tuż przed wyjazdem Ibn Hamida znów doszło między nimi do gwałtownej sprzeczki. Al-Idrisi oskarżył go o sprzyjanie cudzoziemcom, którzy okupowali wyspę, choć tak naprawdę zastanawiał się, czy sam również nie powinien wyjechać i rozpocząć stabilne życie w Ifriqijji albo w Baghdadzie, gdzie o uczonych i poetów troszczył się sam kalif. Nie wiedział, czyby się zdecydował, ale teraz, po owym przypadkowym spotkaniu, które zapewniło mu taką swobodę działania, o jakiej wcześniej nie śmiał nawet marzyć, nie miało to już znaczenia.
Al-Idrisi wrócił myślami do tego późnego popołudnia, które spędzał w bibliotece sułtana Rudżira w Palermo. Otrzymał specjalną zgodę na zgłębianie mądrości królewskich ksiąg. Cieszył się jak dziecko z każdego nowego odkrycia. Przypomniał sobie podekscytowanie na widok manuskryptu w języku starogreckim, który zawierał dzieło Humirusa7, choć od tamtego czasu minęło już dwadzieścia siedem lat. Myślał wtedy przede wszystkim o tym, czy to możliwe, że ma przed sobą dzieło, o którym jego pradziadek ze strony ojca opowiadał dawno temu w Malace. Opowieść przekazywana była z ojca na syna - Al-Idrisi usłyszał ją od swojego starego ojca, który często przerywał opowiadanie, by wyrwać właśnie zauważony siwy włos z ciemnobrązowej brody. Wciąż miał w uszach jego donośny, ożywiony głos.
Dekret wydany przez kadich, opowiadał, pozwalał zachować jedynie trzy egzemplarze arabskiego tłumaczenia każdego ze starożytnych dzieł, tak by uczeni mogli badać pogańskie religie, które doprowadziły do dżahilijji8. Arabia tkwiła w jej sidłach w czasie, kiedy przyszedł na świat Prorok. Zadanie zniszczenia pozostałych rękopisów powierzono dwunastu mężczyznom, a tymczasem najbardziej utalentowani tłumacze starożytnej greki zabrali się do przekładania prac Galena, Pitagorasa, Hipokratesa, Arystotelesa, Sokratesa i Platona, a nawet sztuk Arystofanesa. Dzieła znajdowały się w całości w zbiorach biblioteki w Baghdadzie, a tłumacze byli ludźmi zaufanymi. Mimo to nie pozwolono im przeczytać ksiąg w całości, a kaligrafowie zostali zobowiązani do milczenia. Czekała ich surowa kara za ujawnienie komukolwiek - nawet żonom i kochankom - tego, czym się zajmowali. Katowski miecz, który z szybkością błyskawicy zdejmował głowę z ramion, był w pogotowiu.
Al-Idrisi pamiętał uśmiech ojca, kiedy dochodził do tego momentu opowieści.
- Groźby nigdy nie działały w naszym świecie. Być może gdyby nimi nie szafowano, kaligrafowie wykonaliby swoją pracę w ciszy i przeszli do kolejnego zadania. Ryzyko jednak wzmogło ich ciekawość. Jedenastu z nich zastosowało się do nakazu kadich, ale dwunasty połowę pierwszej pieśni oraz większość drugiej skopiował potajemnie raz jeszcze i wysłał do rodziny w Dimaszqu. Jego syn, także tłumacz, wyjechał potem do pracy w szkole w Talajtuli. Tam ożenił się z kobietą z Qurtuby, której wnuk znalazł niedokończony rękopis w starej skrzyni, ukryty pod Al-Quranem9, i pozwolił go przeczytać mojemu pradziadkowi. Tak nasz przodek dowiedział się, że grecka księga została złożona w tajnej komnacie biblioteki w Palermo. Trzeba było jednak zgody kalifa, żeby którykolwiek uczony mógł choćby przekroczyć jej próg.
Już podczas pierwszego roku pracy w bibliotece w starym pałacu, tak owocnej i satysfakcjonującej, Al-Idrisi odkrył, gdzie znajduje się tajna komnata, i poinformował o jej istnieniu hadżiba10. Ten od razu poszedł z tym do sułtana, który przerwał posiłek i niezwłocznie pospieszył do biblioteki. Al-Idrisi spotkał wówczas nazareńskiego władcę po raz pierwszy. Wyjaśnił mu dokładnie, czym się tak ekscytuje, i sułtan, choć nigdy nie słyszał o Humirusie, od razu chciał przeczytać manuskrypt. Słabo mówił po arabsku, ale z czytaniem radził sobie całkiem nieźle. Hadżib zabrał rękopis i już miał opuścić bibliotekę, gdy sułtan, dostrzegłszy rozczarowanie na twarzy młodego uczonego, nakazał znaleźć w Palermo odpowiednich skrybów i zabrać im się niezwłocznie do pracy. Zażyczył sobie, aby nowa kopia czekała na niego, gdy wróci z Noto. Potem zwrócił się do młodzieńca w turbanie, który przyjąwszy skromną pozę, czekał na dalsze decyzje władcy.
- Jak masz na imię? - spytał.
- Abu 'Abd Allah Ibn Muhammad al-Idrisi al-Qurtubi, panie.
- Chciałbym podyskutować o tym dziele, kiedy już obaj je przeczytamy. Podzielimy się spostrzeżeniami. Jeśli arabski okaże się dla mnie zbyt skomplikowany, poślę po Ahmeda z Dżridżintu.
Sześć tygodni później młody uczony został wezwany przed oblicze Rudżira. Przytoczył z pamięci kilka wybranych strof z eposu Humirusa, a potem dodał:
- Nie rozumiem, dlaczego to dzieło tak niepokoi waszych teologów, panie.
- Myślę, że nie potrafią zaakceptować przenikania się światów bogów i ludzi. Nie mogą się też zapewne pogodzić z tym, że Humirus kreuje bogów na podobieństwo mężczyzn i kobiet. Nic innego nie może wzbudzać ich wątpliwości. Ale przecież - dodał prędko sułtan - te kwestie są właśnie najciekawsze. Bogowie byli częścią wszystkiego, co się działo: wojen, powodzi, niefortunnych wypadków, przygód na niebie i na morzu, kłótni rodzinnych, narodzin, ślubów, śmierci i powtórnych przyjść na świat. Myślisz, że żona żeglarza Odyseusza, która oparła się tylu mężczyznom, byłaby równie nieugięta, gdyby wdzięczył się do niej któryś z bogów? Nie pojmuję, dlaczego żaden z nich nawet nie spróbował. Muszę czym prędzej kazać przetłumaczyć tę księgę na łacinę. Choć wcześniej powinienem poszukać takiego przekładu, wydaje się niemożliwe, by dotąd nie powstał. Dowiesz się tego dla mnie? Jeżeli ktoś przełożył Humirusa, ale jedyny rękopis znajduje się w Watykanie, to też będziemy potrzebowali własnego tłumaczenia. Mnichom nie spodoba się to równie mocno jak kadim. A ty, powiedz, który z tematów podjętych przez starożytnego mistrza podobał ci się najbardziej? Może opis kobiecych sztuczek albo strach przed nieznanym? A może pokazanie życia jako niekończącej się podróży, przerywanej kolejnymi próbami charakteru?
- Wszystko to bardzo mi się podobało, panie, ale szczególnie moją uwagę zwróciło coś jeszcze innego. Zdumiała mnie znajomość geografii Humirusa. W drugiej części dzieła opisuje on nasze morze, ziemię, kraje, a nawet rosnące tu drzewa. W starożytności ludzie nie podróżowali tyle co my teraz. Większość z nich dokonywała żywota i składała swe ciało w ziemi w wiosce, w której przyszli na świat, i Humirus pokazywał im zupełnie inny świat. W usta Menelaosa wkłada takie oto słowa: "Wróciłem dopiero po siedmiu latach, zwiedziłem Cypr i Fenicję, Egipt, byłem i u Etiopów, i u Sydonów, i u Erembów, i w Libii" 11.
- A jednookie olbrzymy i kusicielki, które rozbijają statki na skałach przybrzeżnych?
- Toż to psota, niewinne szelmostwo, wielki sułtanie. Pokazuje siłę wyobraźni poety, ale nic ponad to. Dla mnie istotniejsze są opisy świata, niemal nieskażone wyobraźnią. Poeta mówi też przecież o naszej wyspie, nazwał ją Scyllą. Jestem przekonany, że Humirus był morskim podróżnikiem. Z tego, co pisze, wynika niezbicie, że brał udział w wojnie, ale to właśnie opisy podróży najlepiej dowodzą jego ponadprzeciętnej pamięci.
- Hadżib poinformował mnie, że ty także jesteś twórcą map.
Al-Idrisi skłonił się nisko, ale nie rzekł ani słowa.
- Kiedy już skończysz pracę w bibliotece i wrócisz do ich tworzenia, chcę być informowany na bieżąco o twoich odkryciach.
Na następne trzynaście miesięcy uczony zapomniał o całym świecie, porzucił kochanki, przyjaciół i uczniów i oddał się poszukiwaniu prawdy. Sułtan pozwolił mu korzystać z biblioteki wedle potrzeb i nie licząc przerw na posiłki i absolutnie niezbędne czynności, uczony całe dnie spędzał nad manuskryptem. To wtedy eunuchowie zaczęli go między sobą nazywać Amir al-kutub 12. Później, kiedy stał się już zaufanym człowiekiem sułtana, tytuł okazał się niezwykle przydatny.
Miesiące spędzane w bibliotece były dla niego źródłem prawdziwego szczęścia. Humirus okazał się ledwie początkiem. Dzięki niemu Al-Idrisi odwiedził Isakę i inne wyspy, szukając śladów antycznego żeglarza. Często zastanawiał się, czy Humirus sam stworzył te wszystkie wspaniałe opowieści, czy też przejął je i przyswoił, wykorzystując boski talent. Jakże niezwykła była dla niego informacja, na którą natknął się w tym czasie, że zaledwie kilka pokoleń po śmierci Humirusa Ksenofanes oskarżył go słowami, które pobrzmiewały i u współczesnych teologów. "Homer - twierdził - przypisał bogom wszystkie cechy ludzkie, które są godne najwyższej pogardy i potępienia jako bluźnierstwo - złodziejstwo, cudzołóstwo i oszustwo". Równie frapujące były próby docieczenia, czy bajarze z Baghdadu, którzy tworzyli opowieści tysiąca i jednej nocy, pamiętali o Odyseuszu, wymyślając przygody Sindbada Żeglarza. Ale w miarę jak znajdywał inne skarby, bliższe jego zainteresowaniom, te kwestie, podobnie jak i sam Humirus, powoli odchodziły w zapomnienie.
Czytanie arabskich przekładów Herodota, Arystotelesa, Galena, Strabona i Ptolemeusza było jak odkrywanie dalekich lądów znanych dotąd wyłącznie z opowieści żeglarzy. W młodości nauczyciele zapoznali Al-Idrisiego z pracami starożytnych Greków, ale wtedy nie umiał ich docenić. Jego wiedza pozostawała niekompletna, dopóki nie zaczął zgłębiać tekstów samodzielnie, dla własnych celów. Odtąd idee Ptolemeusza wciąż odbijały się echem w jego głowie niczym płynąca z oddali muzyka fletu.
Któregoś dnia Al-Idrisi natknął się na manuskrypt, którym od razu się zachwycił. To była opowieść o bogach, którzy zasiedlili świat, i chociaż nie była tak inspirująca, jak dzieła Ptolemeusza czy nawet Strabona, to Muhammadowi wydała się dużo ciekawsza od nich. Tam przeczytał o krótkiej wizycie Heraklesa na Siqillijji. Nie mógł uwolnić się od pierwszego zdania: "Niebo było pierwszym władcą i panowało nad całym światem". Miał wrażenie, że ciągle je słyszy. Przez nie pojął, że nie ma żadnego powodu, aby zaczynał swoje dzieło od słów: "W imię Allaha Miłościwego", jak wszyscy uczeni w jego świecie.
W czasie pierwszego roku spędzonego w bibliotece Al-Idrisi był często wzywany przez sułtana i musiał opowiadać o swoich lekturach. Sułtan Rudżir nie był wysokim mężczyzną, poruszał się w dziwnie sprężysty sposób, a kiedy się ekscytował, jego ręce kołysały się jak żagle podczas sztormu. Jego serdeczność ujęła uczonego.
- Cóż poczniesz z wiedzą, którą tu zgromadziłeś, Al-Idrisi? Możesz uczyć swoje i moje dzieci, ale czy to ci wystarczy? - spytał go pewnego razu.
Al-Idrisi przypomniał sobie, z jakimi obawami mówił władcy o swoich ambicjach.
- Za twoim pozwoleniem chciałbym stworzyć uniwersalną geografię. Naniosę znajomy nam świat na mapę i poszukam ziem, które wciąż są jeszcze nieodkryte. To może być wielce pożyteczne dla kupców i żeglarzy. Nasze miasto to centrum świata i tu zacznę zbierać informacje. Handlarze i podróżnicy zatrzymujący się u nas w drodze na Zachód lub Wschód mogą mi dostarczyć wielu cennych wskazówek.
Nie umknęło wtedy jego uwagi zadowolenie malujące się na twarzy sułtana. Władca od razu posłał po hadżiba i poinstruował go, by Diwan13 wypłacał uczonemu Muhammadowi al-Idrisiemu co miesiąc sumę dziesięciu tarisów, a także zapewnił mu zakwaterowanie blisko pałacu. Hadżib skłonił się z zamiarem opuszczenia komnaty, gdy Rudżir dodał jeszcze:
- Al-Idrisi będzie także potrzebować statku z kapitanem gotowym na każdą przygodę. Znajdźcie kogoś takiego.
Wtedy uczony upadł na kolana i ucałował dłonie sułtana. Hojność Rudżira nie mieściła mu się wprost w głowie, jednocześnie jednak niepokoił się, jak to zostanie odebrane poza murami pałacu. Mógł skupić się na realizowaniu swoich wielkich planów, ale bał się, że większość jego przyjaciół zacznie odnosić się do niego z rezerwą, a nawet podejrzliwością. Każdej piątkowej nocy, po tym jak miasto zapadło już w sen, niewielka grupka poetów, filozofów i teologów - w sumie trzydziestu mężczyzn - spotykała się w małej salce, w samym sercu meczetu 'Ajn asz-Szifa. Do świtu, kiedy mahfil 14 przerywała im pierwsza modlitwa muezzina, dyskutowali nad sprawami muzułmanów na wyspie. Al-Idrisi nie był pewien, czy łaskawość Rudżira nie wykluczy go z tego grona.
Władca co prawda nie ukrywał swoich sympatii wobec muzułmanów. Podobnie jak jego ojciec, wolał ignorować w tej kwestii papieża. Wyznawcy Allaha wiedzieli, że ze strony Rudżira nic im nie grozi, jeśli tylko sułtan nie będzie słuchał podszeptów nieprzychylnych im szlachciców oraz biskupów. Ci byli zdecydowani ochrzcić wszystkich niewiernych albo wypędzić ich z wyspy. Z dyskusji toczonych na bazarach Palermo, Syrakuz i Katanii wynikało, że angielscy mnisi, za namową papieża, nakłaniali Rudżira, żeby oczyścił lasy i doliny z niechrześcijan oraz dołączył do krucjaty przeciwko zwolennikom fałszywego proroka. Mówiono nawet, że dopuszczano spalenie Noto do gołej ziemi i upieczenie żywcem wszystkich ocalałych z rzezi. Większość tych pogłosek miała swoje źródło w samym pałacu. W Palermo każde dziecko wiedziało, że nie ma takich sekretów, które uchowałyby się przed eunuchami.
Niemniej podnosiły się także inne głosy. Nie brakowało takich, którzy stanowczo twierdzili, że Rudżir ma skłonność do faworyzowania swoich muzułmańskich doradców. Junis asz-Szami, stary nauczyciel, uczony i mędrzec z Noto, któremu władca zawdzięczał znajomość arabskiego, astronomii i algebry, był traktowany z niemal nabożną czcią. Wciąż mieszkał w pałacu i nadzorował nauczycieli książąt. Trzech młodych mężczyzn Asz-Szami wybrał sam, długo się przy tym zastanawiając, lecz nigdy nie był z nich w pełni zadowolony i często przejmował ich obowiązki. Książęta zawsze opowiadali o tym swojemu ojcu, ku jego wielkiej uciesze. W pałacu szeptano, że Rudżir nie podejmował żadnej istotnej decyzji bez konsultacji ze starcem, chociaż nie wiadomo, czy akurat w tej plotce było choć ziarno prawdy. Każdy eunuch przyzna, że pogłoska jest wiarygodna tylko wtedy, gdy zna się jej źródło, a w tym wypadku nie dało się go ustalić.
Słońce prażyło niemiłosiernie, a Al-Idrisi nie znosił upału, zszedł więc pod pokład i wrócił do swojej kajuty. Z ciężkim westchnieniem usiadł na poduszkach, które miały oszczędzać mu plecy, gdyż do spania służyła tu drewniana ława przybita gwoździami do podłogi. Po raz kolejny przyjrzał się opasłemu tomowi leżącemu na stole. Tak, dzieło było już kompletne, brakowało jedynie pierwszego zdania. Przez kilkanaście tygodni podróży, prawdopodobnie jego ostatniej, zmagał się z nim straszliwie. To z jego powodu nie mógł trzeźwo myśleć. Był święcie przekonany, że to ów początek nie daje mu spokoju, i nie brał nawet pod uwagę, że dręczyć go może fakt, iż przyszedł czas pożegnać się z własnym dziełem. Wszak pracował nad nim przez prawie jedenaście lat i zrezygnował dla niego ze swojego życia. Zapomniał nawet o swoim przyjacielu Ibn Hamidzie, choć jego zarzuty wciąż go bolały, o swojej żonie Zajnab, która zostawiła go samego w Palermo i wróciła do jego rodzinnego domu w Noto razem z ich dwiema córkami, a nawet o ukochanym synu Walidzie, który zaokrętował się na statek handlowy płynący do Chin i zniknął bez słowa pożegnania. Nawet celnicy nie umieli powiedzieć, którym statkiem wypłynął. Od piętnastu lat nie było od niego żadnych wieści, nikt nie wiedział, gdzie się obecnie znajduje. Al-Idrisi nie umiał sobie z tym poradzić, tym bardziej że Zajnab oskarżyła go o zaniedbywanie syna.
- Spędzasz więcej czasu w pałacu niż z własną rodziną - nie szczędziła mu złośliwości. - Może sułtan da ci komnatę w haremie.
Poświęcił się księdze całkowicie, a teraz i ona miała go opuścić. To była prawdziwa przyczyna jego melancholii, a nie wciąż nienapisane pierwsze zdanie. Dzięki niemu mógł przeciągać moment rozstania.
Al-Idrisi zebrał się w sobie i postanowił uporać z problemem jak najszybciej. Nie mógł dłużej zwlekać, lada moment na horyzoncie miały się pokazać zarysy minaretów. Wziął do ręki doskonale naostrzone pióro i zanurzył je w kałamarzu.
Wciąż jednak się wahał. Chcąc pozostać wiernym samemu sobie, musiał zerwać z obowiązującymi zasadami i narazić się na obelgi i drwiny, co nie było mu obojętne. Był pewien, że wielu jego znajomych, w tym ci, których sobie cenił, uzna taki wybór za potwierdzenie podejrzeń o zdradę; będzie dla nich apostatą, który w sekrecie porzucił wiarę i zaprzedał się chrześcijańskiemu sułtanowi. Mógłby im przypomnieć, że jego ojciec uważał się za potomka Proroka, ale to na nic by się nie zdało, bo tak samo twierdziło tysiące ludzi. A przecież Prorok nie miał licznej rodziny.
Z tego powodu nęciła myśl, by zadośćuczynić tradycji i wychwalić pod niebiosa przychylność Allaha, poświęcenie Proroka, szczodrość i sprawiedliwość sułtana. To przypadłoby do gustu wszystkim i pozwoliłoby mu swobodnie pracować nad kolejną książką. Ale - zastanawiał się, coraz bardziej rozdrażniony - dlaczego właściwie on i jemu podobni mieli być skazani na wieczne potępienie? To pytanie nie dawało mu spokoju. Al-Idrisi przemierzał długimi krokami kabinę i starał się znaleźć okazję do użycia pióra. Skłaniał się nawet ku temu, by zadrwić sobie ze wszystkich i zacząć od przywołania imienia Szatana, który przeciwstawił się Bogu i został za to ukarany. Na myśl o takim szaleńczym rozwiązaniu uśmiechnął się szeroko. Fale rozbijające się o deski statku wydawały się zachęcać do tego. Szeptały: "Zrób to, zrób to, zrób to". Ale kiedy Al-Idrisi przyłożył ucho do ściany kajuty, by usłyszeć je lepiej, umilkły, a on znów został sam na sam ze swoimi wątpliwościami. Był zły i na siebie, i na świat, w którym przyszło mu żyć.
Kiedyś prosta czynność, polegająca na obserwacji linii brzegowej, odwzorowywaniu jej kształtu oraz upewnianiu się, że mapa dobrze leży na stole, przygwożdżona do blatu, potrafiła zająć go bez reszty. To było to, czego pragnął najbardziej. Miał jednak za sobą trzecią kompletną podróż dookoła wyspy i teraz marzył, aby nanieść na mapę cały świat, oglądając go na własne oczy, a nie tylko polegając na relacjach kupców i żeglarzy, którzy często gubili się w szczegółach albo mieli odmienne wyobrażenia na temat kształtów poszczególnych krajów. Wciąż nie mógł ustalić, jak wyglądają Chiny czy dolna połowa Indii. To zadziwiające, z jak różnymi owocami porównywali ją ci, którzy tam bywali. Malutka wyspa w pobliżu wybrzeża Chin miała kształt a to liczi, a to znów jabłka, z kolei dół Indii przypominał czasem mango, a innym razem gruszkę.
Bywały i takie dni, kiedy Al-Idrisi nade wszystko pragnął latać - wznieść się ponad morzem niczym jastrząb. Zastanawiał się wtedy, dlaczego Allah nie stworzył gigantycznych ptaków, które byłyby zdolne ponieść rydwan w przestworza. Wtedy mógłby spojrzeć na wyspy i morza z zupełnie innej perspektywy i doprecyzować układ kresek. To byłoby przecież najprostsze rozwiązanie. Wsiadłby na grzbiet wielkiego jastrzębia, obleciał wszystkie kontynenty i zyskał pewność, że jego mapa odzwierciedla faktyczny kształt świata.
Tymczasem jedynie Siqillijję znał jak własne ciało. Czasami jego wyobraźnia obdarzała ludzkimi kształtami fragmenty lądu widziane z morza. Zdarzało mu się widzieć postać rozgniewanego boga, ale najczęściej była to kobieta. Obserwowała go, wsparta na łokciach, a on uśmiechał się do jej greckich oczu, podziwiał jej jasne damasceńskie włosy, migoczące od gwiazd i mieniące się kolorami w promieniach słońca. Statek jednak przesuwał się i Al-Idrisi uświadamiał sobie, że kobieta nie patrzy na niego. Jej wzrok skierowany był w stronę Ifriqijji. Odwracał oczy i zaczynał liczyć, ile czasu upłynie, zanim napotka kolejne ze swych ulubionych miejsc. Jeśli jego obliczenia były prawidłowe, północny kraniec wyspy powinni osiągnąć za półtora dnia. Przypominał sobie, że podczas poprzedniego rejsu morze było wzburzone, co opóźniło podróż i dłużej musiał czekać, by ją zobaczyć - piękną wojowniczkę, wyprostowaną, rozgniewaną i stanowiącą realne zagrożenie, w odróżnieniu od syren z wiersza Humirusa.
- Nie jestem twoim wrogiem - wyszeptał, kiedy statek mijał waleczną kobietę. - Ja tylko tworzę mapy. Pragnę zachowywać, nie niszczyć.
Ona jednak nim wzgardziła i rozczarowany i zawiedziony, odwrócił się w stronę fal.
Podczas tej podróży uczony nie okazał najmniejszego zainteresowania temu, co mijali. Nie zadał sobie nawet trudu, by spojrzeć w stronę owej kobiety, gdy wiatr pchał statek obok nich. Nie umiał się nawet skupić na tyle, by ją dojrzeć.
Starsi członkowie załogi, w tym także kucharz o przyprószonych siwizną włosach, podróżowali z nim wielokrotnie. Znali jego nastroje, rozumieli pasje i szanowali obsesję, jaką stało się szkicowanie mapy świata. Przyzwyczaili się też do jego smutnych oczu i nieobecnego wzroku, który zdawał się błądzić gdzieś poza czasem. Gdy rozmawiali o nim, zawsze zastanawiali się, co go trapi. Czy chodziło o nieodwzajemnione uczucie? O młodego mężczyznę z Noto, jednego z tych chłopców o ciemnych oczach? Byli pewni, że przyczyną jego tęsknoty nie jest żadna hurijja15 w Palermo. Ale był ktoś jeszcze. Majja. Tak, zawsze dochodzili do wniosku, że za rozpaczą uczonego stoi ta nałożnica sułtana. Kartograf kochał ją ponad wszystko i pragnął poślubić, ale ona go zdradziła, kiedy był w podróży. Dała się uwieść sułtanowi i z własnej woli poszła najpierw do jego komnaty, a potem zamieszkała w pałacowym haremie. Przez jakiś czas w kawiarniach i na bazarach rozprawiano tylko o tym, jak nieudolnie Al-Idrisi ukrywa swą rozpacz, ale wnet znalazł się nowy temat do plotek i złamane serce kartografa przestało kogokolwiek obchodzić.
A potem Muhammad al-Idrisi napisał dla sułtana książkę. Miała się nazywać Nuzhat al-musztaq16, ale stary nauczyciel Junis zwrócił uczonemu uwagę, że skoro książka nigdy nie powstałaby bez wsparcia władcy, bardziej odpowiednim tytułem byłoby Kitab Rudżir, czyli Księga Rogera. A skoro doradzał to ktoś z pałacu, Al-Idrisi mógł tylko zgodzić się na tę propozycję. Udało mu się nawet powstrzymać gniew, również wtedy, gdy za sprawą eunuchów każdy sklepikarz na bazarze w Palermo dowiedział się o tej znaczącej zmianie. Miasto uwierzyło, że to wszystko dlatego, iż Al-Idrisi zaoferował sułtanowi swoje wdzięki. Plotka, wzbogacana o kolejne pikantne wątki, zataczała coraz szersze kręgi, próżność władcy rosła do rozmiarów legendy, a wyznawcy Proroka po raz kolejny zostali dotkliwie poniżeni.
Al-Idrisi często zadawał sobie pytanie, czy problem, jaki miał z pierwszym zdaniem książki, nie pojawił się wraz z nowym tytułem. Mógłby o tym świadczyć prześladujący go od ponad roku sen. Na początku pojawiał się w nim sułtan Rudżir - leżał pod drzewem cytrynowym, z którego zwieszały się dojrzałe owoce, półnagi, okryty jedynie zwiewną różnobarwną szatą. Potem władca wstawał, zrzucał szatę i z jednoznacznym zamiarem zbliżał się do przywiązanej do drzewa łani. Ale kiedy miało już dojść do zespolenia w intymnym akcie świata ludzi i zwierząt, Muhammad budził się z uczuciem wielkiego zmęczenia. Od razu wstawał z łóżka i chodził tam i z powrotem po chłodnej, marmurowej posadzce, mrucząc pod nosem: "Nie powinieneś tak często nawiedzać mnie w snach". Sięgał po wodę, próbując ukoić zszargane nerwy, ale nic nie pomagało i trudno mu było znów zasnąć. Często łamał sobie głowę nad tym, dlaczego ów sen pojawiał się tylko wtedy, gdy był w Palermo. Nie musiał się go obawiać ani na morzu, ani podczas wizyt u rodziny w Noto, ani w domu jego bliskiego przyjaciela, medyka Ibrahima Ibn Hijji z Dżridżintu.
Z Ibrahimem, z racji jego profesji, próbował kiedyś na ten temat porozmawiać, ale przyjaciel wyśmiał go, dając do zrozumienia, że senne rozterki go nie zajmują. Uczony rozważał nawet odwiedzenie Ibn Hammuda, najbogatszego handlarza jedwabiem w mieście, który zajmował się też tłumaczeniem snów i rozwiewaniem obaw zatroskanych mężczyzn. Jego umiejętności cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Pewnego dnia poszedł pod jego sklep, ale nie zdecydował się wejść do środka. Zwyciężył zdrowy rozsądek. Doskonale wiedział, że Ibn Hammud nie zachowałby jego snu w tajemnicy i w końcu podkolorowana wersja trafiłaby również do qasru17. Eunuchowie chichotaliby między sobą, każdy z nich dodawałby do tej historii coś od siebie, wzmacniając atmosferę skandalu. Gdy haremowi strażnicy podzieliliby się nią z konkubinami, któraś z nich na pewno przekonałaby jakiegoś eunucha, aby wyszeptał ją do ucha sułtana. Władca wpadłby w gniew i nie byłoby nie tylko księgi, ale także jej autora.
Przez ostatnie dziesięć lat życia Al-Idrisi pochłonięty był pisaniem księgi, ale kiedy okręt zawinął do portu w Palermo, wiedział, że nadszedł czas rozstania. Rozzłościłby sułtana, gdyby wciąż ociągał się z jej ukończeniem. Rudżir podupadł na zdrowiu, choroba postępowała coraz szybciej, a chciał przeczytać księgę przed śmiercią. Al-Idrisi miał powody, by niepokoić się stanem zdrowia władcy. Jeden Allah wiedział, co spotka biednego kartografa po śmierci jego mecenasa. Po raz kolejny zadźwięczało mu w uszach szydercze zdanie, jakie wygłosił jego najlepszy przyjaciel Ibn Hamid, wsiadając na pokład statku płynącego do Al-Andalus. Opuszczał wyspę na zawsze.
- Płyń ze mną, Muhammadzie - powiedział poeta. - Tutaj zawsze będziesz tylko melancholijnym żebrakiem. To nie jest twoje miasto.
Czy zatem musiał wciąż udawać i zachowywać pozory? Dlaczego nie miałby pisać tego, na co przyjdzie mu ochota? Zdeterminowany wrócił do swojej kabiny, usiadł przy stole i napisał na pierwszej stronie swojej uniwersalnej geografii:
"Ziemia jest okrągła niczym kula, a oblewające ją wody utrzymują się i pozostają na swych miejscach dzięki przyrodzonej im równowadze, która nie podlega wahaniom".
Przeczytał zdanie z zadowoleniem. Postanowił, że tak będzie się zaczynać jego osobisty egzemplarz księgi. Wszystkie pozostałe będą wychwalały Allaha, Proroka, sułtana i każdego, kto tylko chciałby zostać wychwalony. Taki kompromis go satysfakcjonował.
Wrócił na pokład i zaciągnął się głęboko morskim powietrzem. Palermo musiało być już bardzo blisko. Bryza niosła od lądu liczne zapachy: perfum, ziół, kwiatów i cytryn. Al-Idrisi znał je wszystkie doskonale, pieczołowicie opisywał rośliny i drzewa, które tak pachniały. Chyba jako jedyny spośród mieszkańców Siqillijji zdawał sobie sprawę z tego, że tutejsze aromaty różniły się od tych z innych wysp i drażniła go zapachowa ignorancja, z jaką spotykał się za każdym razem, gdy próbował o tym rozmawiać. Sporządził szczegółowe notatki na temat ziół i kwiatów występujących na wyspach Morza Śródziemnego i potrafił rozpoznać każdą z nich w ciemności po samym zapachu. Uśmiechnął się, przypominając sobie pewną letnią noc, kiedy leżał na pokładzie i wpatrywał się w gwiazdy. Jedynymi towarzyszącymi mu dźwiękami były odgłosy fal rozbijających się o brązowe drewno kadłuba. Nagle delikatny aromat pobudził jego zmysły. Rozpoznał specjalną odmianę tymianku, charakterystyczną dla Sardynii.
Zapach Palermo był jednak intensywniejszy, niczym smagnięcie batem. Słodko-gorzkie wspomnienia z dzieciństwa i młodości wciąż potrafiły go pobudzić. Wrócił do przeszłości, ale z zamyślenia wnet wyrwał go Simeon. Chłopak nie miał więcej niż osiemnaście lat, jego skóra była brązowa, ale długie włosy miał zupełnie jasne. Przyniósł Al-Idrisiemu szklankę szarabu 18. Podał ją z uśmiechem, odsłaniając śnieżnobiałe zęby, które wprawiły uczonego w zdziwienie. Nie sądził, że na statku można tak o nie dbać. Cieszył się, że Simeon znów jest szczęśliwy, lecz to nie wystarczyło, żeby pozbyć się wyrzutów sumienia. Słyszał jego krzyki tej feralnej nocy, ale nie zrobił nic, chociaż wiedział, że wystarczyłoby, gdyby się pokazał, by przerwać jego męki. Kapitan, nieczuły na żale i jęki wątłego młodzieńca, wykorzystał go bezlitośnie. Al-Idrisi płakał wtedy rzewnie, bo zdał sobie sprawę, że myśli nie o Simeonie, a o Walidzie. Być może i jego zgwałcił jakiś brutalny kapitan.
Obawy o syna sprawiły, że zajął się troskliwie cierpiącym z bólu i upokorzenia młodym flecistą. Przez cały tydzień chłopak nie jadł ani nie grał. Nie ośmielił się też spojrzeć żadnemu marynarzowi w twarz, mimo że wielu z nich doznało takich samych cierpień i z pewnością okazaliby mu współczucie. Nie brakło jednak i takich, którzy drwili z niego głośno i rubasznie. Ale w końcu chłopak doszedł do siebie. Pierwszymi tego oznakami były przepełnione boleścią dźwięki fletu, które wybrzmiewały o zachodzie słońca niczym pożegnanie konającego dnia. Mało kto pozostawał niewzruszony, słysząc tę melodię. Al-Idrisi słuchał jej z rosnącym poczuciem winy i w końcu poprzysiągł sobie, że znajdzie chłopakowi lepsze miejsce na Ziemi.
Uczony wypił szarab, oddał chłopcu szklankę i pogłaskał go po kędzierzawej czuprynie.
- Panie, czy byłeś kiedyś w Baghdadzie? Czy widziałeś Bajt al-Hikma19, który ma wielkie komnaty służące jedynie do obserwowania gwiazd? Czy to prawda, że tamtejszy księgozbiór jest większy niż ten, który ma nasz sułtan w pałacu? - wyrzucił jednym tchem chłopak. - Jak wygląda to miasto? Niektórzy mówią, że Palermo jest większe od Baghdadu, ale czy to możliwe? A Qurtuba? Dobrze znasz Qurtubę, panie, czyż nie? Wrócisz tam kiedyś?
Kartograf skinął głową, ale zanim zebrał się, by odpowiedzieć na te wszystkie pytania, na horyzoncie ukazały się minarety Palermo. Pokład w jednej chwili zaroił się od ludzi wznoszących okrzyki: "Allahu akbar!" 20 i "Siqillijja sana hallaha!" 21 i szykujących się do zejścia na ląd. Grupa zmęczonych młodych mężczyzn o spalonej od słońca skórze i twarzach, w których jak w zwierciadle odbijały się trudy morskiej wędrówki, zaczęła zwijać rdzawe żagle i składać je na pokładzie. Gdy o zmierzchu statek został wprowadzony do portu, załoga zaintonowała cicho żałosną pieśń. Kapitan podszedł do Al-Idrisiego i skłonił się przed nim, oczekując podziękowań, ale uczony zignorował go zupełnie. Choć w ten sposób mógł go ukarać za zgwałcenie młodego flecisty. Dużo bardziej niż kapitan interesowało uczonego zresztą niebo, wciąż nieskazitelnie niebieskie, oraz księżyc, który właśnie się pojawił, gotów stanąć w szranki z zachodzącym słońcem. Al-Idrisi pomyślał, że musi to być już siódmy miesiąc roku. Nie było go w mieście przez prawie cztery miesiące. Zbyt długo.
"Al-Madina hamaha Allah !" 22 - krzyczeli marynarze, nie mogąc oderwać wzroku od minaretów. Statek powoli przybijał do brzegu i na obliczu Al-Idrisiego wreszcie pojawił się uśmiech, tak lekki jednak, że niemal niezauważalny, znaczący niewiele więcej niż błysk w oku. Uczony cieszył się, że wrócił do domu. Słaby wiatr pieścił jego policzki równie delikatnie jak palce Majji. Zbliżył dłoń do twarzy, rozkoszując się tym wspomnieniem.
Łódź, która miała zabrać go na stały ląd, już czekała. Zmierzając do niej, mijał członków załogi i dziękował każdemu po kolei. W końcu przywiązano go delikatnie jedwabnymi pasami do krzesła, które następnie opuszczono do łodzi. Powstrzymał westchnienie rozdrażnienia. Z radością zszedłby po drabince sznurowej, ale kapitan się na to nie zgodził. Kiedy krzesło dotarło na miejsce, marynarze powitali go okrzykiem: "Wa as-salam!" 23.
Im bliżej byli wybrzeża, tym więcej znajomych twarzy zauważał. Większość czekających na statek stanowili dworzanie, wysłani, by go powitać. Wiedział, że pod wymuszonymi uśmiechami kryła się nienawiść za względy, jakimi darzył go sułtan. Al-Idrisi dostrzegł też siwą brodę jednego z hadżibów, 'Abd al-Karima, który krzyczał tak głośno, jak tylko pozwalał mu jego sędziwy wiek:
- Przygotujcie się na przyjęcie szlachetnego Ibn Muhammada al-Idrisiego, który wrócił do domu z długiej podróży w poszukiwaniu wiedzy.
Odpowiadały mu zwyczajowe okrzyki dziękczynne.
- La ilaha illa' Allah wa Muhammad rasul Allah! 24
Al-Idrisiego nieodmiennie irytowały te powitalne ceremonie i jedynym, co mogło mu w takich chwilach przywrócić równowagę, była uśmiechnięta twarz jego przyjaciela Marwana, którego dotąd zawsze mógł dostrzec na brzegu. Ale Marwan opuścił wyspę. Porzucił posiadłość i swoich chłopów w Katanii i uciekł do Al-Andalus, do miasta Iszbilijji, gdzie kalif Al-Mu'tammid zapewnił mu schronienie i dał zajęcie. Marwan od czasu do czasu przysyłał list, w każdym powtarzając: "Muhammadzie, ty też powinieneś opuścić Palermo i wrócić do Dar al-Islam25 ". Al-Idrisi nigdy mu nie odpisał i w końcu przyjaciel umilkł zupełnie.
- Panie, życzysz sobie być niesiony, czy też pojedziesz wierzchem? - spytał 'Abd al-Karim.
- Czy to mój koń? - Al-Idrisi odwrócił się w stronę rumaka.
- W rzeczy samej.
- W takim razie pojadę.
- Sułtan oczekuje cię wieczorem, panie. Szykuje ucztę z okazji twego powrotu.
- Ach tak? A co zrobiłby, gdyby zatrzymał nas sztorm? - spytał ironicznie Al-Idrisi.
- Nigdy jeszcze się tak nie zdarzyło - odpowiedział ktoś inny. - Zawsze wracasz w wyznaczony dzień, Muhammadzie.
Uczony uśmiechnął się. Znał i lubił ten głos. Należał do Berbera Dżahuara, który wziął sobie za żonę siostrę Marwana.
- Jakieś wieści od Marwana? - spytał zaraz.
Mężczyzna potrząsnął głową.
- A co u ciebie? Jak się miewa twoja rodzina? Potrzebujecie czegoś? Przywiozłem trochę jedwabiu dla siostry Marwana. Wymieniliśmy się ze statkiem kupieckim z Genui za jedzenie.
Mężczyzna uśmiechnął się, ale nic nie odpowiedział.
- A teraz poproszę cię o przysługę - ciągnął Al-Idrisi. - Idź do pałacu i przeproś sułtana w moim imieniu. Powiedz mu, że podróż mnie wyczerpała i zasnąłbym podczas uczty. Jutro stawię się przed nim i opowiem o nowych odkryciach. Wiem, że czeka na wieści. Ale dziś wieczorem pragnę być sam. Mam coś do powiedzenia gwiazdom.
- To nieroztropna decyzja - wyszeptał zatroskany Dżahuar. - Sułtan jest chory i choroba mąci mu umysł. Może źle odebrać twoją odmowę. Otaczający go mnisi, Frankowie i Grecy, te sępy, które stale szepczą mu do coś ucha, oskarżają nas o przygotowywanie rebelii.
Al-Idrisi rozumiał Dżahuara, ale nie zamierzał zmienić swojej decyzji.
- Najjaśniejszy pan wie doskonale, że jestem najlojalniejszym z jego sług, ale spędziłem wiele dni w podróży, bez kąpieli, i nie pokażę mu się w takim stanie. Byłoby to wielce niestosowne. Zjawię się u sułtana zaraz po porannych modłach. Przekaż to hadżibowi.
Dworzanie przysłuchiwali się tej rozmowie i coraz szerzej się uśmiechali. Tym razem uczony posunął się za daleko. Już cieszyli się na karę, która musiała go spotkać. Zamierzali jak najszybciej wrócić do pałacu, koniecznie przed Dżahuarem, i opowiedzieć władcy o wszystkim.
Al-Idrisi zostawił towarzyszy podróży i w towarzystwie jednego stajennego wrócił konno do swojego domu, który znajdował się z dala od qasr, blisko morza. Mógł mieszkać na terenie pałacu, sułtan proponował mu to wielokrotnie, ale odmawiał, tłumacząc się potrzebą samotności sprzyjającej trzeźwemu myśleniu. Pracował nad swoim rękopisem w komnatach przylegających do biblioteki i często spożywał posiłki z sułtanem, ale mieszkać wolał w Kalisie, w skromnym domu, z którego okien mógł wpatrywać się w morze. Nigdy nie żałował tej decyzji. Widok na morze przynosił mu ukojenie. Spokojne i niezmącone lub wzburzone, pokryte białymi bałwanami, lub gładkie jak koc - mógł podziwiać morze godzinami, mimo odbycia długich podróży, podczas których sztormy nieraz chciały pozbawić go życia.
Konna przejażdżka nie trwała długo, ale była przyjemna. Podmuchy tego samego wiatru, który wepchnął statek do zatoki, teraz niosły ze sobą zapachy ziół, dzikich kwiatów i cytryn. A także bolesne wspomnienia. Al-Idrisi starał się nie zaprzątać sobie nimi głowy.
Gdy zbliżył się do ścieżki prowadzącej na wzgórze, wreszcie ujrzał dom. Miękkie światło świec i lamp oliwnych odznaczało każde okno na tle nocnego pejzażu. Gdy przyjrzał się dokładniej, dostrzegł, że świeciło się nawet w oknach nad dziedzińcem, które od czasu wyjazdu Walida były pogrążone w ciemności. Serce zaczęło mu bić szybciej i bezwiednie spiął konia ostrogami.