Sułtan - Demet Altnyelekliolu

-
Proszę czekać

Od Autorki

W serii książek o sułtankach skupiłam się przede wszystkim na kobietach mieszkających w Pałacu oraz na życiu, jakie prowadzą w haremie. Jednak cały czas zastanawiałam się nad tymi, którym kobiety te dawały życie, których nie odstępowały na krok i w których, chroniąc ich za wszelką cenę, próbowały obudzić aspiracje sięgające sułtańskiego tronu - nad szehzade[1].

Które elementy najbardziej wpływały na edukację i sposób postrzegania świata przez szehzade, synów kobiet z haremu? Mieli tego samego ojca, jednak ich matki pochodziły z różnych stron świata. Gdy dorastali, ojciec zaczynał postrzegać ich jako konkurentów, jako zagrożenie - jaki los ich wtedy czekał? Czy za często kończącymi się dramatem kłótniami braci o tron stały tylko męskie ambicje sięgnięcia po władzę? Czy wstępowali na tę drogę jedynie z powodu odziedziczonych po ojcu aspiracji?

Jaki wpływ na taki stan rzeczy miały ich matki, żony i faworyty, które nieustannie rywalizowały ze swoimi konkurentkami? Do czego mógł prowadzić instynkt matki, pragnącej chronić swojego niemającego prawa do tronu syna, któremu zagraża śmierć?

Prześladowany przez los szehzade Dżem, który nie stał się, a raczej nie mógł stać się sułtanem, ale jednocześnie został uznany przez społeczeństwo i potomnych za godnego tronu, był pierwszy na mojej liście. Sprzeciwił się władzy swojego brata, ale przegrał i przez trzynaście lat tułał się po świecie, wiecznie uciekając. Co doprowadziło do tego, że Dżem stał się obiektem międzynarodowych intryg?

Czy było to spowodowane ambicją, chęcią dorównania wielkością swojemu ojcu, sułtanowi Mehmedowi Zdobywcy, który zapoczątkował nową epokę? A może przyczyną był stworzony przez jego ojca kodeks prawny, dopuszczający mordowanie swoich dzieci i rodzeństwa w imię zapewnienia jedności władzy i państwa, który już w dzieciństwie wywołał w Dżemie głęboką traumę i sprawił, że cały czas żył w strachu przed śmiercią?

A może były to kobiety? Ambicje matki i kobiet obecnych w jego życiu? Co było powodem, który przypieczętował los Dżema, do dziś uznawanego za zdrajcę przez żyjących członków dynastii osmańskiej?

Było wiele znaków zapytania, które pojawiały się w mojej głowie.

Czy gdyby Dżem się nie zbuntował, Bajazyd naprawdę kazałby udusić swojego młodszego brata, tak jak nakazywał to dekret wydany przez jego ojca?

Czy mężczyzna, który nie zrezygnował nigdy ze swojego prawdziwego "ja" i z tego, w co wierzył, mimo że los poniewierał nim, rzucając go na pastwę przeznaczenia, i że nie było skarbu, stanowiska ani tronu, którego nie zaproponowali mu królowie i papieże, aby użyć go do własnych celów, naprawdę był zdrajcą?

Czy historia potoczyłaby się inaczej, gdyby zamiast Bajazyda na tronie zasiadł Dżem?

Powieść Sułtan narodziła się z poszukiwania odpowiedzi na te wszystkie pytania. W trakcie lektury tej książki wyruszycie w podróż po życiu opisanym obiektywnie oraz zgodnie z wydarzeniami historycznymi i odpowiecie na te pytania według własnego sumienia.

Tak jak robię to za każdym razem, chcę podkreślić, że nie jest to powieść historyczna. Jestem autorką książek beletrystycznych, których temat został zaczerpnięty z historii. Wierzę, że tak jak w innych moich powieściach, tak samo w tej w żaden sposób nie przeinaczyłam wydarzeń historycznych. Jednak naturalnym prawem autora jest wkładanie słów w usta bohatera, kreowanie jego myśli, emocji i ambicji. Taka jest właśnie definicja beletrystyki.

Znajdziecie w tej powieści wiele postaci oczernionych przez historię, będziecie świadkami, jak się kształtują i zmieniają ich losy, jednak bez zniekształcania rzeczywistości.

Natomiast uwielbiana przeze mnie Ferimah jest postacią w całości stworzoną przeze mnie.

Zakończenie powieści zostało wymyślone, a jego źródłem były historyczne niejasności.

[1] Szehzade (tur. Şehzade) - tytuł nadawany synom sułtana (jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczek).

1

Kastamonu, Góry Isfendiyar

1471

Podsunął palcem do góry kavuk[2], który całkiem się przechylił. Ale nic to nie pomogło. Kilka sekund później znów spadł mu z czoła i tym razem zsunął się aż na brwi.

Nie cierpiał go nosić. Przede wszystkim strasznie mu ciążył. Poza tym, kiedy szedł, nakrycie głowy co chwilę zsuwało się to na lewo, to na prawo; musiał bardzo uważać, żeby nie spadło mu z głowy - strach przed takim wstydem na oczach mieszkańców posiadłości cały czas trzymał go w napięciu.

Zupełnie inną torturą była jazda konna. Mogli przynajmniej pozwolić mu wsiadać na konia bez kavuku. Ale nie, wszyscy, a zwłaszcza jego matka, grożąc mu palcem, stawiali sprawę jasno, mówiąc: "To przecież nie przystoi!".

- Oczywiście, to nieodpowiednie! - Opiekunki zrywały się na równe nogi. - Szehzade miałby chodzić z gołą głową... I to szehzade sułtana Mehmeda... Niech Bóg strzeże! To rzecz nie do przyjęcia.

- Dlaczego miałaby to być rzecz nie do przyjęcia?

Wymieniali oczywiście tysiące powodów, które go jednak nie przekonywały.

Postanowił porozmawiać o tym z subaszy[3]. On był w końcu żołnierzem i chyba jedyną osobą, która mogłaby zrozumieć to, jak niewygodne jest chodzenie w kavuku.

- Subaszy, jest mi niewygodnie, kiedy jadę na koniu. Przy każdym kroku zwierzęcia kavuk przechyla się raz na jedną, raz na drugą stronę. A kiedy go trzymam, to ani nie mogę sięgnąć do kołczanu, ani naciągnąć strzały. Gdyby to było tylko takie małe takke[4], które noszą stajenni...

Mężczyzna ze zdziwienia prawie upuścił miecz, który właśnie chował do pochwy.

- Nigdy! - podniósł głos subaszy. Później przyszło mu na myśl, że osoba, z którą rozmawia, nie jest żołnierzem wykonującym jego rozkazy, tylko synem sułtana.

- Efendi[5] - rzekł. - Chciałem powiedzieć, że to nie przystoi.

- Dlaczego?

- Szehzade nie będzie chodził ubrany jak pasterze... - Subaszy musiał wyobrazić sobie taką scenę, ponieważ ze strachem przymknął nieco oczy.

A on zrobił to, co od dziecka robił za każdym razem, gdy się złościł - z całej siły tupnął nogą.

- Nie obchodzi mnie to. Kiedy będziemy wyjeżdżać na polowanie, nie będę wkładał kavuka; to mój rozkaz. Niech wszyscy postępują według niego.

- Ależ mój szehzade, mój drogi szehzade - zaczął błagać subaszy. - Niech Allah strzeże, jakby to doszło do sułtana! Powiedziałby, że każę jego synowi chodzić z odkrytą głową jak jakiemuś pasterzowi! Jeśli się rozzłości, jeśli każe ściąć mi głowę...

- Ja cię ochronię.

Ale wiedział, że zdałoby się to na nic.

Miał dopiero dwanaście lat. Był oczywiście synem sułtana Mehmeda, zdobywcy Konstantynopola, ale do niczego się nie mieszał. Od dwóch lat zarządzał sandżakiem[6]. W Kastamonu miał tytuł pana, sandżakbeja[7], ale ani opiekunki, ani subaszy, ani nawet stajenni nie liczyli się z jego zdaniem, a posłuchać miałby go ojciec?

Niech się dzieje, co chce. Nienawidził nosić kavuka. To już postanowione. Któregoś dnia miał się od niego uwolnić.

Ale czy chodziło tylko o nakrycie głowy? Musiał nosić też płaszcz z futra, który był tak długi, że aż ciągnął się po ziemi. Jego też nienawidził. Kiedy szedł, ciągle plątał mu się między nogami.

Co gorsze, kiedy wsiadał na konia, zanim zdążył przerzucić nogę przez grzbiet zwierzęcia, musiał kilka razy poprawiać płaszcz. A stajenni i ziomkowie, którzy nie musieli dźwigać na plecach ciężkich płaszczy, w chwili gdy włożyli stopę w strzemię, jednym skokiem znajdowali się na koniu. Tyle że oni nosili najczęściej luźne szarawary, nic więcej.

Dla niego wyskok ze strzemienia był niemożliwy. Nie był jeszcze wystarczająco wysoki. Chociaż valide[8] ciągle zwracała się do niego "mój szehzade wysoki i smukły jak cyprys", jego nogi jeszcze nie sięgały strzemion. Specjalnie dla niego opuszczano je jak najniżej.

Ale to nie wystarczało. Potrzeba było całej celebracji, żeby mógł wsiąść na konia. Najpierw zwierzę podprowadzane było do miejsca z małymi schodkami i trzymane przez stajennych za wodze, by stało nieruchomo. Dopiero wtedy mógł usiąść na jego grzbiecie, a specjalnie do tego wyszkoleni pomagierzy przytrzymywali długi płaszcz, gdy sadowił się w siodle, by później z niezwykłą starannością rozkładać go na zadzie konia, co miało sprawiać, że szehzade będzie wyglądać dostojnie.

Ale on ani w Nowym Pałacu, ani tutaj, nie widział, żeby jakieś dziecko w jego wieku nosiło na ramionach taki płaszcz.

- Valide, nie życzę sobie, żeby mi to wkładano, kiedy wyjeżdżamy na polowanie.

Na każdą tego typu skargę jego matka miała gotową odpowiedź:

- To nie przystoi, mój Stepowy Kwiatuszku. Ty nie jesteś zwyk­łym dzieckiem, jesteś szehzade.

Stepowy Kwiatuszku!

Ale skoro był szehzade, to czy innym przystoi zwracanie się w ten sposób do syna sułtana? Było to jednak ulubione określenie jego matki. Odkąd tylko pamiętał, mówiła do niego właśnie w ten sposób.

- Ja jestem polnym kwiatem, a ty stepowym.

Ale kiedy upierał się, że pojedzie na polowanie na niedźwiedzia, wszyscy, w tym opiekunki, służący i stajenni, zaczynali nagle krzyczeć:

- Polowanie na niedźwiedzia? Ależ szehzade, jesteś jeszcze dzieckiem, panie!

"To kim ja w końcu jestem?" - rozmyślał nocami Dżem. - "Jestem szehzade, czy jestem jeszcze dzieckiem?" Właściwie wcale nie obchodziło go to, że jest synem sułtana. Przecież jeśli już nim był, to wszyscy powinni go słuchać. A jeśli jest tylko dzieckiem, to powinien ubierać się tak jak one, biegać, bawić się, śmiać się do rozpuku, powinien być dzielny i sprytny, a nie ciągnąć za sobą cały oddział służących zważających na każdy jego krok i co chwilę powtarzających: "Ach, szehzade", "Niech szehzade uważa", "Zaraz się, panie, przewrócisz". Powinien być wolny. Przynajmniej, kiedy wyrusza w góry, które tak kocha. Powinien być wolny, kiedy goni jelenie, kiedy wyciąga strzałę z kołczanu i kiedy naciąga ją na cięciwie.

Ale tak nie było. Pewnej nocy szepnął do matki:

- Czuję się jak ktoś wzięty w niewolę.

Ale ta natychmiast go uciszyła.

- Ciii, mój szehzade.

Jednak tej nocy szehzade nie miał zamiaru być cicho.

- Gdybym nie był synem sułtana, czy mógłbym zachowywać się tak, jak tylko moja dusza zapragnie? - Wyczekując odpowiedzi, wbił wzrok w błękitne oczy matki. - To znaczy, valide, czy mógłbym ubierać się tak, jak bym chciał, spacerować tam, gdzie bym chciał, czy mógłbym wskoczyć na grzbiet Pioruna i popędzić w góry?

Tym razem matka starała się go uciszyć, kładąc mu palec na ustach.

- A gdybyś ty nie była matką szehzade, mogłabyś pojechać w góry i robić, co ci się żywnie podoba?

Valide, która zawsze miała na wszystko odpowiedź, tym razem milczała i spuściła smutno głowę. "To chyba jest odpowiedź" - pomyślał Dżem. Wpatrywał się w matkę ciemnymi oczami i dalej drążył temat:

- Powiedz mi, czy miałbym więcej swobody? Czy byłbym wolny?

Valide rozejrzała się dookoła, sprawdzając, czy nikt nie przysłuchuje się ich rozmowie.

- Nie wiem - wyszeptała. - Chyba byłbyś wolny.

- W takim razie nie chcę być już szehzade. Przy pierwszej okazji powiem ojcu...

Matka spojrzała na niego przerażona i powiedziała:

- Szehzade nie wolno ani myśleć, ani mówić o takich rzeczach.

Chociaż on nie wspomniał jeszcze nikomu o głosie, który słyszy już od miesięcy. Słyszał go w środku głowy. Był tak blisko, wydawał mu się taki żywy i donośny - jakby ktoś mówił wprost do jego ucha:

- Chodź - brzmiał głos. - Chodź i uratuj mnie. Tutaj jestem, synu sułtana, chodź. Pośpiesz się.

Słyszał go prawie każdej nocy. Czasami podskakiwał, wyrwany ze snu, i krzyczał: "Kto tam? Czy to opiekunka?".

Ale nikogo nie było.

Nie odważył się nikomu powiedzieć o tym głosie.

Jednak tamtej nocy miał zamiar porozmawiać o tym z matką. Zrezygnował, kiedy dostrzegł w jej oczach rosnący z każdą sekundą strach. Co takiego mogłoby się stać, jeśli jej powie? Pewnie od razu odparłaby, że "szehzade nie wolno ani myśleć, ani mówić o takich rzeczach" albo że "szehzade nie może słyszeć jakichś tam głosów, dobrze, mój kochany?".

To była pierwsza noc, kiedy Dżem pomyślał: "Mam rację". To było życie, w którym decydowano za niego, o czym będzie myślał, a o czym nie, o czym będzie mógł mówić, a o czym nie, jak będzie się ubierać, a jak nie. Tak jak w życiu niewolnika.

Zawsze nadchodzi dzień, w którym niewolnicy wywieszają powstańczy sztandar.

Zupełnie nie miał już ochoty polować na gazele, jelenie czy sarny. Nie był w stanie patrzeć w oczy zwierzętom, które zaraz miała przeszyć wystrzelona przez niego strzała. Myślał o wilkach. Nocami wychodził na dziedziniec i słuchał ich wycia, które dochodziło z lasu.

Jakby wiedziały, że tu jest, i go wzywały.

- Nie unoś się dumą, mój szehzade.

Ale nie dbał o to. Czy nie powtarzali mu ciągle: "Jesteś jeszcze dzieckiem"? Niech więc tak uważają. On myślał inaczej.

Jeśli był na tyle dojrzały, na ile mu się wydawało, powinien sam stawić czoła wilkom. Wilki były silne. Nie znały strachu. Były cwane. Nie były bezbronne jak jelenie. Były zabójcami. Stając nieustraszony twarzą w twarz ze śmiercią, mógł udowodnić, że nie jest już dzieckiem.

Odkąd pamiętał, pobierał nauki jazdy konnej i łucznictwa. Minął rok od czasu, kiedy nauczyciel oznajmił mu: "Szehzade, nie jesteś już nowicjuszem". Oczywiście, że nim nie był. Nie zdarzyło się, żeby wystrzelona przez niego strzała nie dosięgnęła i nie powaliła celu. Nie było w posiadłości mężczyzny, który potrafiłby strzelić dalej od niego. Nie miał więc powodu bać się wilków. Bez mrugnięcia okiem powinien wyjąć strzałę z kołczanu, naciągnąć ją na cięciwie i wystrzelić.

- Dżem - powiedział sam do siebie w nocy, gdy podniecony powziętym postanowieniem nie mógł spać, przewracając się z boku na bok. - Jeśli syn sułtana Mehmeda Zdobywcy ma udowodnić swoją odwagę, zrobi to właśnie w ten sposób. A nie tak, jak to było do tej pory - robiąc wszystko, by na oczach ludzi nie spadł mu z głowy kavuk, czy grzecznie powtarzając wyuczone na pamięć zdania.

Wilki czekały na niego. I był jeszcze ten głos. Ten, który go wołał i prosił o pomoc. Ten, który krzyczał: "Pośpiesz się!".

- Nadchodzę - wyszeptał Dżem w stronę lasu. - Poczekajcie, już nadchodzę.

*

Był to dzień, w którym Stepowy Kwiat miał wywiesić powstańczy sztandar. Jeśli jego plan się powiedzie, zasmakuje wolności.

Wcześnie rano, jeszcze zanim nastał świt, cały orszak wyruszył na polowanie. Na jego czele jechał mężczyzna, którego nazywano "tropicielem". Zaraz za nim, na grzbiecie Pioruna, jechał Dżem. Wprawdzie sam trzymał wodze, ale mimo to nic nie było proste. Za każdym razem, gdy dosiadał konia, po obu jego stronach jechali stajenni, trzymając przymocowane do wędzidła Pioruna liny.

Dżem wiedział, że koń tęsknił za wolnością tak samo jak on. Wiele razy szeptał mu do ucha: "Musisz być cierpliwy. Wytrzymaj. Bliski jest czas, kiedy będziemy wolni i popędzimy przed siebie".

W końcu nastał ten dzień. Albo zwiedzie dziś cały orszak na manowce, ucieknie do lasu i wyzwie wilki na pojedynek, albo przez resztę życia ktoś będzie mu mówił, co ma robić i jak się zachowywać - tak jak robili to teraz stajenni ściskający liny.

Przytrzymując ręką kavuk, odwrócił się i spojrzał na orszak. Z tyłu, po prawej stronie, jechał subaszy, a obok niego drugi dowódca. Natomiast po lewej kołysał się w siodle, młodszy nawet od opiekunek Dżema, Sulejman Czelebi[9]. Widząc jego znudzony wyraz twarzy, Dżem nie miał wątpliwości, że przez myśl przechodzi mu pytanie: "Co ja robię o tej porze w środku lasu?". Dalej jechało także około trzydziestu mężczyzn z całego sandżaku Kastamonu, którego Dżem był panem, oraz tyle samo stajennych i służących.

"Jak sobie z nimi wszystkimi dam radę?" - pomyślał zmartwiony chłopiec.

Graniczyło to z cudem, ale musiał spróbować. Skoro był jeszcze dzieckiem, mógł sobie pozwolić na taką niesforność.

Kiedy wyjechali z doliny i skręcili w stronę gór, jego serce z podniecenia niemal zamarło. Gdy zaczęli zbliżać się do Czerwonej Skały, ścieżka urwała się. Nie było nawet wydeptanego śladu. Od tej chwili, przedzierając się przez drzewa lekko przyprószone śniegiem, musieli jechać jeden za drugim. To był właśnie moment, na który czekał.

W pewnej chwili zaczął lawirować między drzewami i ruszył w stronę zaśnieżonego zbocza, na północ od Czerwonej Skały. Serce biło mu coraz szybciej.

Całymi dniami planował każde posunięcie. Orszak nie będzie mógł za nim nadążyć, więc kiedy dotrą do buków, krzyknie do konia: "Hajda!". Dwaj stajenni po jego bokach oczywiście nie będą spodziewać się ucieczki. Piorun gwałtownie ruszy z miejsca, by wyrwać im z rąk przytrzymujące go liny, i razem ruszą ku wol­ności.

Wiedział, że po chwili osłupienia wszyscy rzucą się w pogoń za nimi. Najbardziej potrzebował właśnie tych kilku sekund zaskoczenia. Kiedy wszyscy będą przekonani, że Piorun się spłoszył i pędzi w głąb lasu, on schowa się w pobliżu Czerwonej Skały, w małej chatce, o której istnieniu, miał nadzieję, nie wiedział nikt poza nim.

Członkowie orszaku będą godzinami nawoływać: "Szehzade, gdzie jesteś?", ale czy, gdy wrócą do posiadłości po długich, bezowocnych poszukiwaniach, znajdą odwagę, by przyznać, że stracili z oczu syna sułtana Mehmeda, tego nie wiedział. Ani o to nie dbał.

Szehzade zrzuci z głowy kavuk, samotnie zdobędzie las i zmierzy się z wilkami. Gdy wróci do posiadłości, rzuci ciało zabitego zwierzęcia na środek dziedzińca i z dumą zsiądzie z grzbietu konia.

*

Wszystko poszło zgodnie z planem. Gdy dotarli do miejsca, gdzie gałęzie gęsto rosnących buków zaczynały się splatać, Dżem uniósł się w strzemionach i krzyknął:

- Hajda!

Piorun stanął dęba tak, jakby czekając na ten właśnie moment. Wszyscy wpadli w przerażenie, widząc zwierzę wierzgające w powietrzu przednimi nogami. Gdy Dżem zsunął się na tył siodła, kavuk przechylił się i spadł mu z głowy. Jego serce z radości mocniej zabiło.

- Hajda! - wykrzyknął znowu chłopak. Piorun ruszył tak gwałtownie, że jeden ze stajennych wypuścił z rąk linę. Koń wyciągnął się jak strzała i wśród krzyków, przekleństw i gróźb próbujących go zatrzymać mężczyzn pomknął w stronę wolności.

- Trzymajcie go! - Głos subaszy z każdą chwilą był coraz słabiej słyszalny. - Łapcie go! Jeśli nie znajdziemy szehzade, wszystkich was każę powiesić, nim sam schylę głowę przed katem!

Drugi ze stajennych nie dawał za wygraną. Poganiał swojego konia i próbował zbliżyć się do pędzącego Pioruna. Dżem opuścił nieco wodze i jeszcze mocniej ścisnął łydkami boki wierzchowca. Stajenny chwycił mocniej linę, jednak nie dał rady zatrzymać cwałującego Pioruna.

Nareszcie byli wolni. Grzywa konia oraz gęste, czarne, wyswobodzone spod nakrycia głowy włosy Dżema powiewały na wietrze.

Znalezienie chatki zajęło im dosłownie kilka minut. Z ukrycia nasłuchiwali, jak cały orszak przejeżdża obok, wzbijając w powietrze tumany śniegu i krzycząc:

- Szehzade! Panie, zatrzymaj się! Przeklęte zwierzę!

Kiedy zorientują się, że Dżem został daleko za nimi, będzie już za późno.

Dotrze do miejsca, gdzie nikt go nie znajdzie.

Miejsca, do którego wzywały go wilki.

[2] Kavuk - męskie nakrycie głowy wykonane z filcu lub grubego sukna, noszone aż do wprowadzenia fezu przez sułtana Mahmuda w 1828 r.; istniało wiele typów kavuku o różnych kształtach, owinięte były one na różne sposoby długim pasem tkaniny lub cienkim szalem.

[3] Subaszy (tur. subaş?) - dowódca sipahiów (kawalerzystów) z jednej jednostki administracyjnej, pełniący także obowiązki dowódcy policji.

[4] Takke - małe, półkoliste nakrycie głowy.

[5] Efendi - tytuł nadawany osobom wykształconym, dostojnikom, duchownym oraz oficerom wojskowym.

[6] Sandżak (tur. sancak) - chorągiew, jednostka wojskowo-administracyjna zarządzana przez sandżakbeja w randze paszy; sandżak stanowił część ejaletu, czyli prowincji.

[7] Sandżakbej (tur. sancakbeyi) - dowódca wojskowy i administracyjny sandżaku.

[8] Valide - tytuł matki sułtana bądź następcy tronu.

[9] Czelebi (tur. çelebi) - tytuł używany prawie we wszystkich okresach Imperium Osmańskiego; źródła nie podają jednoznacznie jego pochodzenia, w imperium nadawano je osobom wykształconym, uczonym, skrybom i osobom nobilitowanym, a w pierwszych latach istnienia państwa także synom sułtana.

Góra stanęła w płomieniach. Wydobywała z siebie przeraźliwe krzyki, wrzeszczała. Góra zaczęła iść. Dziesiątki tysięcy ludzi płynęło w dół, jakby wezbrana rzeka wystąpiła z brzegów. Konie z przeszytymi ciałami jeźdźców na grzbietach gnały przed siebie w szaleńczym pędzie. Ranione, przewracały się i spadały ze zbocza, porywając za sobą kolejne setki ciał, które czekało takie samo przeznaczenie - śmierć. Płonęły błękitne chorągwie. Ciała zabitych żołnierzy piętrzyły się na wojskowych wozach, które, przewracając się, zrywały z koni uprzęże. Przerażone zwierzęta pędziły co sił w nogach i próbując się uwolnić, rozbijały drewniane wozy o skały. Wylatujące w powietrze koła spadały na ziemię i roztrzaskiwały głowy tych, którzy myśleli, że udało im się uratować.

Były tam tysiące ludzi, tysiące koni, a wszyscy pożerani przez płomienie wydostające się z góry przypominającej gorejącą pochodnię.

Nie ma w tym żadnego kłamstwa. Góra płonęła.

Góra płakała.

Góra krzyczała.

Góra szła...

Zgniatała wszystko, co stanęło na jej drodze.

Była tam też mała dziewczynka. Stała przed górą. A ta ruszyła wprost na nią. Zbliżała się coraz bardziej... Była tuż, tuż.

Krzyki mocniej rozdzierały serce dziewczynki niż jej uszy.

- Tato - zawołała nagle. Ale nikt nie usłyszał jej głosu.

Mężczyzna, który był jej ojcem, zgubił hełm. Jego peleryna była podarta. Dzida złamana. Tarcza leżała na ziemi. Dziewczynka znów krzyknęła:

- Tato!

Ale on jej nie słyszał. Góra zagłuszała głos dziewczynki. Wszędzie panował przeraźliwy hałas, który powstał z krzyków żołnierzy, rżenia koni i trzasków rozlatujących się wozów.

Nagle pojawiła się jakaś kobieta. Sprawiała wrażenie szalonej. Biegnąc to w prawo, to w lewo, szukała kogoś.

- Uciekaj! - rozległ się krzyk mężczyzny.

Kobieta miała rozwiane, poplątane włosy. W jej oczach dostrzec można było coś więcej niż tylko strach. Coś, czego jeszcze nigdy nie widział. Oznaki nieszczęścia i rozpaczy.

- Uciekaj! - krzyczał, próbując przedostać się wozem pełnym ludzkich ciał. - Uciekaj! Ratuj się!

Kobieta wyciągnęła ręce w jego kierunku.

- Nie ma! Nie ma naszej córki!

Ale ona tam była. Ukryła się pod jednym z przewróconych wozów, żeby nie zostać zmiażdżona. "Jestem tutaj" - powiedziała w myślach dziewczynka, jednak wiedziała, że nie będą w stanie jej usłyszeć. Gdyby wyszła z kryjówki i starała się pobiec w ich kierunku, zostałaby zadeptana przez pędzące konie.

- Jedź! - krzyczał mężczyzna do woźnicy. - Jedź! Jedź!

Ten uderzył lejcami, a konie gwałtownie ruszyły z miejsca.

- Uciekaj! - krzyczał mężczyzna do kobiety, której sylwetka powoli ginęła w chmurze pyłu, unoszącej się za odjeżdżającym wozem. - Uciekaj i ratuj się. Gdy góra zacznie iść, nie wolno stać przed nią. Uciekaj!

Z gardła kobiety wydobył się ostatni krzyk:

- Periszehr! Periszehr!

Zaczepiła o coś nogą i upadła na ziemię. Jej ciało zniknęło pod kołami wozów i nogami uciekających w popłochu ludzi.

4

Śmierć!

Nie wiedział, czy to oddech Burhanettina, który poczuł na sobie, czy powiew nadchodzącej śmierci, ale Sulejman wzdrygnął się nagle i poczuł przejmujący chłód.

- Powiedziałeś "śmierć", Burhanettin?

- Nie udawaj, Sulejmanie. - Aż się zasapał. - Ty też na pewno często wracasz myślami do dekretu. Trudno przesypiać noce, gdy uświadomisz sobie jego konsekwencje.

Chciał zaprotestować, ale Burhanettin szeptem kontynuował:

- Boję się. Szehzade jest poza układem. Kiedy sułtan umrze, jego bracia go zabiją. Tak mówi prawo ustanowione przez Mehmeda. Dżem może zajmować się pisaniem wierszy i graniem na harfie, ale prawo to prawo. Rozlew braterskiej krwi dla dobra państwa jest dopuszczalny i już. Myślisz, że ktoś, kto jest w stanie zamordować własnego brata, będzie się litował nad nami? Nas też... - Głos mu się załamał. - Ja... - jąkał się Burhanettin. Ręką dotknął szyi. W jego oczach widać było przerażenie. - Tego właśnie się boję. - Jednym ruchem pociągnął ręką jak nożem. - Boję się, że stracę głowę.

"To tak jak ja..." - pomyślał Sulejman. Pokiwał głową.

Nocami, gdy do wschodu słońca było jeszcze dużo czasu, leżał i nie spuszczając wzroku z wejścia do komnaty, wyobrażał sobie, jak drzwi do pokoju szehzade Dżema powoli się otwierają i wchodzą kaci trzymający w rękach topory z zaostrzonymi obiema krawędziami. Widział, jak Dżem się z nimi mocuje, słyszał jego krzyki. A później... Później... Przed oczami stawał mu obraz zakrwawionej głowy leżącej na posadzce.

Mój Boże!

Ile razy Sulejman podskakiwał na łóżku przerażony tymi wyobrażeniami.

Był zlany potem. Wydawało mu się, że słyszy odgłosy kroków zbliżających się do jego drzwi, skradających się katów. Serce niemal wyrywało mu się z piersi. "Uspokój się" - próbował przekonać sam siebie. - "To tylko sen".

- A co tobie do tego? - wymamrotał. - Jeśli zabiją szehzade, co tobie do tego? Nie ty zdecydowałeś, że będziesz jego opiekunem. Dlaczego nie mieliby się ulitować nad tobą? Niech wygnają cię z pałacu, to wystarczy.

Jednak wiedział, że tak się nie stanie. Zdobywca tronu musiał pozbyć się wszystkich - i braci, i opiekunów, i nauczycieli. Miał wydać wyrok nawet na malutkie dzieci, żeby nikt w przyszłości mu nie zagroził.

Jak mógł więc mieć nadzieję, że jego głowa pozostanie na właściwym miejscu?

Obaj podskoczyli przestraszeni hałasem za ich plecami.

- A niech to! - bąknął Burhanettin Czelebi.

Drewno w kominku się przewróciło. Kawałki zwaliły się jeden na drugi, a czerwone iskry zatańczyły wokół.

- Nadchodzi czas na śnieg - westchnął znów Sulejman Czelebi. Przypomniał sobie jednak, że przed chwilą wypowiedział te same słowa, na które Burhanettin odparł: "A potem na śmierć", więc od razu dodał: - Robi się zimno. Wrzućmy do pieca jeszcze trochę drewna.

Burhanettina w ogóle to nie obchodziło. Zamyślony, patrzył na strzelające w górę iskry, podczas gdy Sulejman dokładał do pieca.

- Wiesz co? - zapytał. - Nasz szehzade nie ma w tej grze żadnych szans.

Podzielał jego zdanie, jednak wolał nie wypowiadać takich myśli na głos.

- Kiedy sułtan Mehmed odejdzie na wieczny spoczynek, na tronie zasiądzie jego najstarszy syn, Mustafa. Ma poparcie wśród ulemów[14].

- W wojsku też ma wielu sprzymierzeńców.

- To prawda. Nie wiem, czy słyszałeś, ale podobno wielki wezyr[15], Veli Mahmud Pasza, mówi, że go zna, wie, jaki jest, i że to jego właśnie poprze. Nasz sułtan miał dwie misje. Jedną z nich było oczywiście zdobycie Konstantynopola. Druga jest równie ważna - pozostawienie państwa w rękach syna, który będzie kontynuował jego dzieło. Niech Allah da długie życie i naszemu szehzade, i naszemu panu Mustafie.

I co? Mówił to przy wszystkich. Kto to słyszał, żeby na szehzade mówić "nasz pan"?

- To na pewno dotrze do sułtana.

- I właśnie w tym rzecz. Na pewno mu o tym donoszą. Każdy, kto mówi coś takiego, musi pożegnać się z życiem. Ale sułtana to nie obchodzi.

Burhanettin Czelebi rozejrzał się dookoła, sprawdzał, czy przypadkiem nie kręcił się w pobliżu ktoś niepożądany.

- Poza tym... - kontynuował - dali mi do zrozumienia, że to sam sułtan Mehmed kazał wielkiemu wezyrowi rozgłaszać te plotki. I czelebi, i Bajazyd, i nasz szehzade zostali już skreśleni.

Sulejman tylko pokiwał głową.

- Widziałeś Mustafę, kiedy pojechaliście na ceremonię obrzezania?

Oczywiście, że widział. Wyglądał zupełnie jak jego ojciec. Taka sama postawa, zmarszczone brwi i duże, ciemne oczy, których spojrzenie paliło i niszczyło. Było pewne, że w dniu, w którym wstąpi na tron, co do słowa zrealizuje wolę ojca, każdą literę zapisaną w nowym prawie. Co możemy zrobić? Pokajać się? Dla dobra państwa nawet rozlew braterskiej krwi jest dozwolony.

- Słyszałem, że Mehmed Pasza z Rumelii i Gedik Ahmed Pasza mają dobre relacje z szehzade Bajazydem. Mówi się, że Gedik Pasza bardzo ceni także Dżema.

Burhanettin zaśmiał się.

- Owszem, tak mówią. Ale gdzie Rumelia, a gdzie stolica imperium? Myślisz, że to jedno i to samo? Dziś jest tak, a jutro wszystko może się obrócić o sto osiemdziesiąt stopni.

Na chwilę zapadła cisza.

- Wiesz, że nasz szehzade o to nie dba - westchnął Burhanettin. - Nie potrafi w to uwierzyć, Sulejman. Może nie rozumie tego? Nie wydaje mi się. Jest bystry. Ale nie dociera do niego, że gdy tylko coś stanie się jego ojcu, bracia nie będą się zastanawiać i każą go zamordować z zimną krwią. Czyżby nie wiedział, że uchwalono dekret o bratobójstwie?

- Na pewno go zna - powiedział Sulejman. - Tyle razy czytaliśmy dekret wspólnie. Paragraf po paragrafie. Tylko słuchał.

- A tobie oczywiście nie przeszło przez gardło i nie byłeś w stanie powiedzieć mu wprost, jaki czeka go los i że bracia nie pozostawią go przy życiu.

- Jak mógłbym z nim o tym rozmawiać? Ale przyrzekam, wie na pewno. Po prostu nic go to nie obchodzi. Nauczył się od kogoś takiego powiedzenia...

- Wiem, wiem - przerwał mu, śmiejąc się, Burhanettin. - "Nie dopuszczę do swojego serca dumy i rządzy i nie ulegnę ambicjom, nie pozwolę, by mącili mi w głowie, żeby stłumili we mnie zapał i żeby zbrukali moją duszę".

- Jest jeszcze ciąg dalszy, czelebi - powiedział Sulejman. - Zaraz, jak to szło... Aha. "Prawo należy do Allaha oraz do tego, komu On je podaruje". Czy to są słowa, które zazwyczaj przychodzą do głowy trzynasto-, czternastoletniemu chłopcu, Burhanettin? Czasami coś podejrzewam. Czy jest ktoś, kto bez naszej wiedzy daje szehzade jakieś rady i go poucza?

- Przecież nie rozmawia z nikim oprócz swojej matki, ciebie i mnie.

- Są jeszcze wiersze. Wiesz, co myślę? Może on zdaje sobie sprawę z nadchodzącego niebezpieczeństwa i żeby odsunąć te myśli od siebie, poświęca się poezji i polowaniom?

Burhanettin pokiwał głową.

- Wie, że nie zdoła uniknąć swojego przeznaczenia.

- Wiadomo, że nie może uciec, ale trzeba przecież przedsięwziąć jakieś środki zapobiegawcze. Właściwie to nie jest już dzieckiem. W pałacu aga[16] haremu Mestan podszedł do mnie i powiedział: "Co tam słychać, opiekunie, czy nasz szehzade ma już za sobą pierwszą noc z kobietą?". A co ja mogę wiedzieć? Popatrzyłem tylko na niego, a on mówił dalej: "Odczekaj ze dwa miesiące po obrzezaniu. Potem wyślij mu kilka dziewcząt. Nasz pan słyszał podobno, że młodsza córka beja ?sfendiyar jest całkiem ładna". Potem odwrócił się i poszedł.

Burhanettin znów pokiwał głową.

- Posłaliśmy mu dziewczynę, tak jak kazał nasz pan. I co się stało? Nic. Chłopak to jeszcze dziecko, tak samo jak ona.

- Co będzie teraz? Trzeba mu jakoś uświadomić niebezpieczeństwo. I sprawić, by posiadł kobietę. Jeśli ktoś rozpuści plotkę, że szehzade nie zadaje się z kobietami...

- Czyżby valide nie rozmawiała z nim na takie tematy?

Gdy tylko Sulejman usłyszał imię Çiçek Hatun, oblał się rumieńcem.

- Raz poruszyłem z nią tę sprawę.

Burhanettin zorientował się, że Sulejman nie ma ochoty drążyć tego tematu, mimo to naciskał:

- No i co? Zdenerwowała się?

- Powiedziała: "Zajmij się swoimi sprawami!".

- Na takie jak ona nie ma mocnych. Szczególnie, jeśli bywały w pałacu, a nie daj Boże, wkupiły się w łaski sułtana. A jak jeszcze mają z nim syna... - Burhanettin zamilkł na chwilę. - Trzeba było chociaż porozmawiać z nią o dekrecie. Mogłeś jej przekazać, że wszyscy boją się o los naszego szehzade po śmierci sułtana i że bracia nie darują mu życia.

- Nie mogłem przecież powiedzieć tego wszystkiego tak wprost. Ale Çiçek Hatun zrozumiała, do czego zmierzam. Zamarła na kilka sekund.

- Chociaż tyle. Przynajmniej wie, że życie jej i szehzade jest zagrożone.

Sulejman nie mógł się powstrzymać i zaczął się śmiać.

- No i czego rechoczesz? Powiedziałem coś nie tak?

- Nie, nie. Mnie też się wydawało, że zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa...

- Ale?

- Moje słowa tylko ją rozwścieczyły. Tupnęła nogą i wstała.

- Na Allaha!

- Dokładnie. Wykrzyczała mi prosto w twarz: "Życie ci niemiłe, czelebi? Czy słyszysz sam siebie? Wątpisz w sprawiedliwość naszego pana, w jego bezgraniczną miłość do synów? Myślisz, że sułtan odszedłby bez pozostawienia testamentu gwarantującego bezpieczeństwo każdego szehzade?".

- Jakiego testamentu? Prawo, które ustanowił, jest jego największą spuścizną. Dlaczego miałby teraz zmieniać swoją wolę?

Sulejman spojrzał na niego przenikliwie.

- Co takiego? - spytał Burhanettin, nie mogąc odgadnąć znaczenia tego dziwnego wzroku. - Powiedz.

- Czasami myślę... Skoro valide jest taka spokojna... Tak mi się wtedy wydaje... Może niepotrzebnie się obawiamy? Może ona wie coś, czego my nie wiemy? Mówi z taką pewnością siebie...

- Nie pleć bzdur - rzucił Burhanettin Czelebi. - To niemożliwe. Przecież na własne oczy widziałeś, co dzieje się w stolicy, sam wszystko słyszałeś. Historia nie może się powtórzyć. Dla przyszłości i jedności Imperium Osmańskiego nie jest ważne, ile i czyich istnień trzeba będzie poświęcić. Czy władca, który nie lituje się nad własnymi dziećmi, zlituje się nad takimi jak ja i ty?

- Mam jeszcze pewną nadzieję... - westchnął Sulejman.

Burhanettin odwrócił się w jego stronę wyraźnie zdenerwowany:

- Dla nas jest tylko jedna nadzieja na ratunek. Zdobyć poparcie dla szehzade i w tajemnicy porozumieć się z sąsiadującymi okręgami. Z Ak Kojunlu[17], Kara Kojunlu[18], z Mamelukami[19], a nawet z rumelijskim niewiernym władcą Trabzonu; musimy zdobyć ich zaufanie i poparcie. W stolicy trzeba wystarać się o protekcję wezyrów. Jest nam potrzebnych tysiące żołnierzy gotowych pójść za Dżemem.

Sulejman poczuł coś jeszcze gorszego niż strach, który opanował go przed chwilą. Kiedy patrzył przez okno, wzdrygnął się na myśl o nadchodzącym niebezpieczeństwie, do którego dołączyła obawa przed śmiercią. Zdumienie nie pozwalało mu sprzeciwić się rozmówcy.

Burhanettin wcale nie mówił o nadziei, ale o śmierci. To, co nazywał szansą, było w istocie buntem przeciwko imperium. A buntowników czekała właśnie śmierć.

[14] Ulema - muzułmański teolog i uczony.

[15] Wielki wezyr - dostojnik państwowy, najważniejszy z ministrów sułtana; posiadał pełnomocnictwo sułtana i mógł być odwołany tylko przez niego.

[16] Aga (tur. a?a) - tytuł urzędników i dowódców wojskowych; później właściciel ziemski, bogacz.

[17] Ak Kojunlu (tur. Akkoyunlular) - federacja mongolskich i tureckich plemion, zamieszkująca Mezopotamię, Azerbejdżan, Kaukaz i część Persji w latach 1378-1508. Wygrała walkę o dominację z plemionami Kara Kojunlu w 1469 roku.

[18] Kara Kojunlu (tur. Karakoyunlular) - turkmeńska federacja plemienna, od połowy XIV wieku do roku 1469 tworząca państwo, u szczytu potęgi obejmujące część wschodniej Anatolii, Dżezirę, Irak i większość Iranu.

[19] Mamelucy - dynastia panująca w Egipcie w latach 1250-1517.

3

Kastamonu, posiadłość szehzade Dżema

Zima 1472

Flaga sułtana Mehmeda powiewała na wietrze razem ze sztandarami szehzade Dżema, które obwieszczały jego panowanie w prowincji.

Wieża przeciwległego zamku spowita była mgłą. Nie był to dobry znak. Zbliżała się zawierucha. Niedługo wiatr przywieje ciemne chmury i rozpęta się piekło. Zawsze tak było.

Najpierw mgła unosiła się aż do wieży zamku. Później przychodziła burza. Godzinami wyła i niszczyła wszystko, co stanęło na jej drodze, by nagle ustać w jednej chwili. Niebo się przejaśniało.

Całe Kastamonu spowite było wtedy niepokojącą ciszą, której Dżem nie cierpiał. Coś się w niej kryło. Niebezpieczeństwo. Zdrada. Śmierć.

Niemal od razu rozpętała się wichura. Śnieg brał w niewolę góry, doliny, zbocza, pokrywając je grubą warstwą, której nie pokonaliby ani ludzie, ani zwierzęta. Wszystko pozostawione było na pastwę wilków.

Co robił tutaj, u stóp tej góry? Kiedy sułtan Mehmed Zdobywca wysłał syna jako zarządcę prowincji, on, jako jego opiekun, nie miał wyboru.

Osmański porządek był dla niego nie do pojęcia.

- Jak dziesięcioletnie dziecko może sprawować władzę nad całą prowincją? - wymamrotał do siebie. - Dlaczego wysyłają dzieci, które bez opiekuna nie potrafią nawet przejść przez dziedziniec, z daleka od pałacu i jeszcze się chwalą, że są wielkimi panami?

Przeraził się. Już za samą taką myśl można stracić głowę.

- Siedź cicho - skarcił sam siebie. - Uważasz, że jesteś mądrzejszy od samego sułtana? W Imperium Osmańskim jest taki porządek i już. Wszyscy synowie sułtańscy muszą opuścić stolicę i tyle. Czy coś byś zrobił, gdybyś wiedział, dlaczego odsyłają ich z pałacu?

Właściwie to znał odpowiedź na to pytanie. Ze strachu. Sułtanat bał się własnych dzieci. Wszyscy pamiętali, co stało się po śmierci sułtana Bajazyda, którego pokonał Timur[11]. Musieli coś zrobić, żeby państwo po raz kolejny nie zostało bez władcy, żeby bracia, wujowie, stryjowie i kuzyni nie walczyli między sobą o prawo do tronu.

Oficjalnie szehzade byli delegowani z pałacu do prowincji po to, by pod okiem opiekunów i nauczycieli przyswoili sobie sposoby sprawowania władzy. Ale oczywiście wcale nie o to chodziło. Nauka polegała jedynie na obserwacji. Młodych szehzade odsyłano, żeby nie nadstawiali uszu i nie słuchali złych podszeptów. A do takich należało zainteresowanie ich tronem.

Kto znajduje się blisko władzy, zaczyna mieć na nią ochotę.

Dobrze, ale czemu on był winny? Tylko dlatego, że jest opiekunem szehzade Dżema, już od czterech lat siedzi tutaj, u podnóży przeklętej góry, w zapyziałej posiadłości.

"Ach, gdyby szehzade był chociaż warty tego tytułu i tej pozycji!" - pomyślał w duchu. Właściwie to kiedyś zgubił się na chwilę w lesie i ku zdziwieniu wszystkich sam jedną strzałą powalił rdzawego wilka; do tej pory nie wiadomo, jak udało mu się tego dokonać. Jaka władza, jaki tron? Nie w głowie mu takie sprawy. Jedynym jego zajęciem jest chodzenie z kartką w ręku i układanie rymów! Albo polowanie - łuk i strzały, to mu wystarcza. Nie dba o jutro.

Na szczęście myślał o tym jego opiekun. Ileż to razy biegł za nim, wołając: "Uważaj, szehzade!".

Dżem tylko się śmiał. Nie interesował go sułtanat.

Ale on wiedział, że zbliża się niebezpieczeństwo. Każdego dnia stawało się coraz realniejsze, wypełzało gdzieś z ciemności.

Poczuł ucisk w klatce piersiowej. Wszyscy mieszkańcy po­siad­łoś­ci szehzade w prowincji Kastamonu zdawali sobie sprawę z zagrożenia.

Wszyscy oprócz Dżema.

*

Przypomniał sobie dzień, w którym wszyscy zbledli, usłyszawszy słowa posłańca ze Stambułu:

- Sułtan Mehmed pragnie cię ujrzeć, panie, w stolicy. Trzeba natychmiast ruszyć w drogę.

Jemu też zrobiło się wtedy słabo. Jednak szehzade z uśmiechem na ustach odpowiedział:

- Oczywiście.

Dlaczego sułtan wezwał syna? I to tak pilnie? Może chciał go spytać: "Dlaczego zebrałeś w prowincji tysiąc żołnierzy, zamiast utrzymywać tylko pięciuset obrońców?". Ale przecież dzieciak nie miał o tym zielonego pojęcia. To był pomysł jego i Burhanettina Czelebiego. Wiedzieli, że któregoś dnia szehzade przydadzą się żołnierze.

Kiedy Dżem czytał rozkaz wydany przez ojca, nagle pobladł i niemal krzyknął. Nawet teraz wspomnienie tej chwili wystarczało, żeby jego wnętrze zapłonęło.

Zastanowił się, dlaczego chłopak zaczął się trząść już na dźwięk pierwszego słowa:

- Mój ojciec...

"Ach tak! Ma przed sobą własny wyrok śmierci!" - pomyślał.

Dżem był zmartwiony, zamyślony i zaniepokojony.

- ...wzywa mnie na ceremonię.

Co? Przez jego piskliwy głos wszyscy sądzili, że tylko się przesłyszeli.

- Na ceremonię, szehzade?

- Ojciec podjął decyzję o moim obrzezaniu.

Tamtego dnia nie spełniły się jego obawy. Ale wiedział, że kiedyś ta chwila musi nadejść. Może przybyłby nie posłaniec, lecz od razu kat.

Gdyby powiedział mu o tym, gdyby wtedy wzbudził w nim jakieś podejrzenia, na nic by się to nie zdało. Mógł przewidzieć jego odpowiedź:

- Ależ ty jesteś nieufny. Przecież nie zrobiłem nic złego. Nie dopuszczam do swojego serca dumy i rządzy. Nie ulegam swoim ambicjom. Nie pozwalam, by mącili mi w głowie, żeby stłumili we mnie mój zapał i żeby zbrukali moją duszę. Dlaczego w takim razie ojciec miałby mnie ukarać?

Co to za słowa? Kto uczył ich trzynastoletniego chłopaka? "Historia, mój szehzade, jest po to, by wyciągać z niej lekcje na przyszłość" - mimo przykładów, które mu przytaczali, on cały czas myślał, że aby schylić głowę przed katem, musiałby zgrzeszyć lub źle postąpić.

"To przecież jeszcze dziecko..." - wzdychał najczęściej. - "Nie zdaje sobie sprawy, że nawet jedno niewłaściwe zdanie może być powodem do stracenia tego, kto je wypowiedział".

W drodze siedział jak na szpilkach, spokojnie i głęboko odetchnął dopiero wtedy, gdy upewnił się, że syn sułtana naprawdę jedzie na ceremonię obrzezania.

Stolica wyglądała zupełnie inaczej niż w dniu jego wyjazdu. Sułtan Mehmed przeprowadził się do Nowego Pałacu na szczycie wzgórza. Wszystko było świeże i przepełnione blaskiem. Nie panowały tam ciemności, jak w starym pałacu, pozostałości po niewiernym bizantyjskim władcy. Coś jednak budziło zastanowienie. Dźwięk! W pałacu nie słychać było żadnych dźwięków. Na każdym kroku czaiła się paraliżująca cisza. Gdyby nie uwijający się wszędzie niezliczeni służący, można by uwierzyć, że nikt tu nie mieszka. By nie zakłócić spokoju sułtana, prawie ze sobą nie rozmawiali, nawet nie szeptali, mogli porozumiewać się tylko wzrokiem.

Nawet uroczystość obrzezania szehzade Dżema odbyła się na placu At Pazar?, żeby przypadkiem spokój pałacu nie został zmącony.

Jednak najbardziej przerażały go plotki krążące w tej ciszy. Praktycznie za każdą z kolumn stało po kilka osób szepczących coś między sobą. Za fasadą spokojnych uśmiechów dostrzec można było ślady niepokoju, pretensji, złośliwości, zawiści i strachu.

Jego także ktoś wciągnął w cień jednej ze ścian.

- Przeznaczenie - westchnął mężczyzna z udawanym smutkiem w głosie. - Kto by pomyślał, że nasz sułtan okaże się być taki sam jak jego ojciec, czyż nie, czelebi?

Nie zrozumiał podtekstu kryjącego się w tych słowach, więc odpowiedział:

- Oczywiście. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Nasz pan jest tak samo wielkim zdobywcą jak jego ojciec. Jeden zwyciężył pod Mohaczem, drugi zdobył Konstantynopol.

Nie potrafił wyrzucić z pamięci widoku przebiegłego uśmieszku, który pojawił się w tamtej chwili na twarzy mężczyzny.

- Nawet chorują na te same choroby.

Ze zdziwieniem spojrzał na niego.

- Choroby?

- O niczym nie wiesz? Nasz pan, tak jak jego ojciec, choruje na podagrę.

A niech to! Czy to może być prawda? Sułtan miał dopiero czterdzieści jeden lat.

Gdy plotka jak trucizna rozprzestrzeniała się w jego myślach, spojrzał z daleka na sułtana i wtedy zrozumiał, że mężczyzna ma rację. Sułtan Mehmed poruszał się z trudem. Widać było, że cierpi.

Plotkarz, nie odrywając od niego wzroku, kontynuował:

- Ze wszystkich stron świata przybywają najlepsi lekarze. Sporządzają mnóstwo różnych mikstur, by uleczyć naszego pana, ale to wszystko na próżno... Ah, czelebi, niech Allah da mu jak najdłuższe życie, ale...

To, co miało nastąpić po "ale", zwiastowało tragedię. Strach zaczął w nim wzbierać, kiedy zrozumiał, że w stolicy zaczęto kalkulować, kto wstąpi na tron po Mehmedzie. Skryta rywalizacja między paszami[12] okazała się być faktem. Część z nich stawiała na najstarszego szehzade Mustafę, a część na Bajazyda. Nikt nawet nie wymienił imienia najmłodszego, jego szehzade.

- Dżem? Postradałeś zmysły, czelebi? To jeszcze dziecko.

- Czy można powierzyć państwo komuś, kto nawet nie stał się mężczyzną, kto nie obcował z kobietą?

Oczywiście, że nie można. Ale co będzie, gdy sułtan umrze?

Ależ jak to, wielki sułtan Mehmed Zdobywca miałby umrzeć? Oczywiście. Czy jest ktoś, kto uchroni się przed Azrailem[13]?

- Niech Allah da mu długie życie. Panie, pobłogosław go długim życiem w zdrowiu.

Trudno mu było się przyznać nawet przed sobą, wiedział jednak, że to życzenie bardziej niż życia sułtana dotyczyło jego włas­nego. Ponieważ po śmierci Mehmeda po raz pierwszy miał zostać zastosowany dekret o bratobójstwie.

*

- A co to, Sulejmanie Czelebi, znowu masz jakieś lisy w głowie, ha?

Siedział przed płonącym na kominku ogniem i dopiero pytanie przyjaciela wyrwało go z zamyślenia.

- Lisy? Jakie lisy, Burhanettin Czelebi?

Burhanettin Czelebi także był opiekunem i nauczycielem szehzade Dżema. Jego okrągłą jak księżyc twarz okalała czarna broda, a ciemne oczy były dość małe w porównaniu ze szlachetnym nosem. Wszystko to jednak nadrabiał intelektem. Burhanettin, tak jak on, utknął u podnóży gór.

- No już, mów... Od godziny siedzisz wpatrzony w okno. Przecież nie liczysz chyba cegieł w ścianach. Myślisz o naszym szehzade, prawda?

Sulejmanowi prawie się wymsknęło: "O jakim szehzade? Martwię się o własne życie".

Burhanettin wstał i przysiadł się do niego. Przez chwilę bez słowa patrzyli na zewnątrz. Ciszę przerwał Sulejman.

- Nadchodzi czas na śnieg.

Burhanettin odwrócił się i spojrzał na niego ze smutkiem. Jego małe, czarne oczy zdradzały zaniepokojenie. Przysunął się bliżej i powiedział:

- A potem na śmierć.

[11] Bajazyd I Błyskawica panował w latach 1389-1402; po porażce zadanej Osmanom przez wojska tatarskie pod wodzą Timura, Anatolia została splądrowana, a imperium rozpadło się na kilka państewek rządzonych przez rywalizujących ze sobą członków dynastii osmańskiej.

[12] Pasza (tur. paşa) - tytuł najwyższych dostojników w administracji i wojsku.

[13] Azrail - anioł śmierci w islamie.

5

Stambuł, Nowy Pałac - Kryty Bazar

1472

Miał szczęście. Ilu niewolników, ilu jeńców mogło to o sobie powiedzieć? On mógł. W dodatku czuł się wybrańcem.

Miał szczęście, ponieważ Osmanowie zaatakowali statek Geneviz, na którym pracował jako służący. Miał szczęście, ponieważ go porwali i sprzedali. Miał szczęście, ponieważ kupiła go osoba o kobiecym głosie, który dosłyszał po dłuższej chwili, jadąc zamknięty w wozie. Miał szczęście, ponieważ kobieta, na którą mówili Kethüda Kalfa[20], zawiozła go do pałacu, a w dodatku pracowała w haremie.

Kiedy zobaczył otaczające go dziewczęta, jedną piękniejszą od drugiej, pomyślał: "Maryjo, matko naszego Zbawcy, czyżbym trafił do raju? Czy te piękności to hurysy?".

Zawsze dziękował Bogu za to, że stworzył go tak przystojnym. Tamtego dnia jeszcze wyraźniej zrozumiał, jak wielkim błogosławieństwem była jego uroda. Piękne niewolnice przywożone ze wszystkich stron świata śmiały się i szeptały między sobą, widząc go choćby z daleka.

Kto wie, co by zrobiły, gdyby mogły się do niego zbliżyć.

Zawsze, gdy dochodził do tego momentu wspomnień, odczuwał palące od wewnątrz uczucie bólu, wstydu i upokorzenia.

Od tamtych wydarzeń upłynęły już cztery lata. Mimo to wciąż widywał w snach straszną scenę. Kiedy, leżąc w jednym z tonących w ciemnościach pokoi na tyłach haremu, marzył o przyjemnościach, które go czekają, drzwi nagle się otworzyły i zaatakowali go czterej mężczyźni o posturze olbrzymów. Na próżno próbował się bronić. Położyli go na dużym kamieniu, a jeden z nich wcisnął mu w usta kawałek szmaty, żeby krzyki nie niosły się po całym pałacu. Związali mu ręce i nogi. Cały czas słyszał ich śmiechy, kiedy opuszczali mu spodnie. Gdy zrozumiał ich zamiary, chciał wrzeszczeć, błagać o litość, jednak nikt go nie słyszał. Z przerażonych oczu płynęły mu łzy.

Widać, że mieli wprawę w wykonywaniu tego typu zadań. Przywiązali mu do przyrodzenia jedwabną nić i w jednej chwili zacisnęli.

Przepełnił go ból nie do opisania.

Boże! Do tamtego dnia nie znał tak poniżającego, uwłaczającego bólu.

Nie był już mężczyzną.

Uroda, którą uważał za dar od Boga, była odtąd bez znaczenia, tak samo jak fakt, że znajdował się w haremie i otaczały go piękne dziewczęta. Co miałyby z nim teraz robić? Gdy wyjęli mu z ust szmatę, z jego gardła wydobył się przeraźliwy krzyk, wyrażający coś więcej niż tylko ból po utracie męskości: nienawiść, żal, chęć zemsty! Ktoś musi zapłacić za ten ból.

Nie wiedział, jak długo leżał na kamieniu. Jedyne, czego był pewny, to że nie została mu już ani jedna łza. Gdy ból zaczął powoli ustępować, spróbował się podnieść. Jedwabna nić znajdowała się w jego dłoni.

Pamiętał, jak dotarł do siedziby eunuchów. Położył się na wyznaczonym miejscu do spania. Miał ochotę wbić paznokcie w ciało i otworzył zaciskaną z całej siły dłoń.

Jedwabna nić odcisnęła znamię we wnętrzu jego dłoni.

Jak gdyby wyryte zostało jego nowe przeznaczenie.

- Wielki Jezu... - pomyślał. - Wybacz mi, ale muszę złamać twoje przykazania. Nie oczekuj ode mnie, że nadstawię drugi policzek. Przyrzekam, że za to zapłacą.

Tylko jak? Jego jedyną bronią były paznokcie, o których bezużyteczności przekonał się na zakrwawionym dziedzińcu. Był samotny i bezbronny w olbrzymim pałacu. W jaki sposób mógłby zemścić się na tych, którzy odebrali mu męskość? Tego nie wiedział, ale był pewny, że musi to zrobić.

Kilka tygodni później, mimo tragedii, która go spotkała, znów poczuł, że ma jednak szczęście. Było to niepokojące uczucie. Okazało się, że człowiek jest w stanie przezwyciężyć wszystko.

- Nie! - syknął do siebie. - Nie jesteś już nawet mężczyzną. Zapomnisz o przysiędze zemsty, którą złożyłeś?

Nie może zapomnieć. Codziennie czuł, że czegoś mu brakuje. Przysięga nie dawała o sobie zapomnieć. Słyszał jej głos: "Jestem w twojej głowie, w twoim sercu. Pamiętaj o mnie".

Wywiesił flagę zemsty i był pewien, że będzie powiewać na wietrze, dopóki on nie wyda ostatniego tchnienia.

Zdecydował, że wykorzysta w tym celu swoją szczęśliwą gwiazdę. Wszyscy go lubili, a gdy zaczął się uczyć tureckiego, mieszkający w pałacu zawsze witali go uśmiechem.

"Przecież żyjesz w świecie, którego dawniej nie byłbyś nawet w stanie sobie wyobrazić" - próbował tłumić emocje. - "Po kryjomu próbujesz rzadkich win. Jedwabie, atłasy, złoto, srebro, kamienie szlachetne - to wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy znaleźć okazję. Czego więcej byś chciał?"

Służył najpiękniejszym na świecie kobietom, które mimo że nie mógł im się już do niczego przydać, wciąż wzdychały na widok jego pięknych oczu. Wiedziały, że nie jest dla nich zagrożeniem, dlatego bezwstydnie się przed nim wylegiwały, psociły i nie protestowały nawet wtedy, gdy wchodził do damskiej części hamamu[21].

Czym to wszystko nazwać, jeśli nie szansą?

W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że gdyby resztę życia spędził na tym przeklętym statku, jego los nie byłby wcale lepszy.

Zemsta nie mogła czekać.

Pod poduszką jednego z czterech olbrzymów znaleziono grzebień wysadzany rubinami. Nikt nie podejrzewał, że to on go tam zostawił. Nawet nie przyszło im to do głowy. Mężczyźnie odcięto ramiona i wrzucono go do morza z przywiązanym do szyi kamieniem.

Sześć miesięcy później kolejny z nich wpadł w pułapkę. Wystarczyło szepnąć tu i ówdzie, że groźbami wyłudzał od dziewcząt pieniądze. Plotka od razu rozniosła się po haremie, a wszystko ułatwiły dziewczyny, które z przerażeniem zauważyły zniknięcie biżuterii i drobnych monet. "Groził nam. Bardzo się bałyśmy. Przychodził do nas po pieniądze i cenne kamienie" - zeznania nie pozostawiały cienia wątpliwości, a gdy przysięgły na Boga, że mówią prawdę, mężczyzna został stracony.

Po kryjomu śledził sługę, który niósł w worku głowę straceńca. Wyszedł przez drzwi, o których istnieniu aż do tamtego dnia nie miał pojęcia. Mężczyzna szedł chwilę wzdłuż muru. Potem rozchylił worek i wyrzucił jego zawartość. Do momentu, kiedy się oddalił, on stał schowany za drzewem i obserwował, jak zakrwawiona głowa toczy się po ziemi. Usta zamarły otwarte, jakby miał się wydobyć z nich ostatni krzyk. Jedno oko wypadło z oczodołu i pozostawiło krwawą dziurę. Poczekał, aż nikogo nie będzie w pobliżu, i wyszedł z ukrycia. Kiedy zbliżał się do leżącej na ziemi głowy, z emocji cały się trząsł.

- No dalej - syknął, kopiąc głowę. - Przeklnij sobie, tak jak wtedy!

Kolejne kopnięcie.

- Śmiej się, że "już na nic ci się nie przyda"!

Kolejne kopnięcie.

- Gdzie masz ręce, którymi mnie policzkowałeś? A nogi, którymi katowałeś mnie do nieprzytomności?

Kolejne kopnięcie.

W pamięci utkwił mu widok zakrwawionej głowy, która sturlała się po zboczu i zatrzymała w błotnistej kałuży; uczucie zaspokojenia, które wtedy czuł, było nie do opisania.

Jakże łatwe było zabijanie!

Zrozumiał, że nie był bezbronny. Spryt i intelekt wystarczały, by pozbyć się wrogów.

Wracając do pałacu, zauważył, że chęć zemsty zapłonęła w nim jeszcze mocniej. Skoro wszystko było takie proste, powinien wykorzystać rozum do osiągnięcia większych celów i zysków.

Zemsta też powinna być surowsza. Powinien policzyć się z systemem, przez który ci czterej mogli wykonać swoje zadanie.

Kiedy przekraczał bramę dziedzińca, zrozumiał, że jego celem jest już nie tylko znalezienie sposobu na pozbycie się pozostałych dwóch mężczyzn. Wtedy po raz pierwszy usłyszał ten głos.

- Zostałeś wybrany!

Głos był na tyle silny, że rozejrzał się dookoła.

- Kto mówi?

Na dziedzińcu nikogo nie było.

Gdy dotarł do haremu, miał gęsią skórkę. Bóg do niego przemówił.

Nie usłyszał nawet szeptów dziewcząt patrzących na niego z zainteresowaniem.

- Hej! - zawołała jedna z nich. - Co ci się stało? Z kim rozmawiasz? Do kogo powiedziałeś: "Czekam na rozkazy"?

Oddalił się. Cały czas słyszał głos.

- Zostałeś wybrany!

Dlaczego Bóg wybrał właśnie jego?

*

Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Któregoś dnia został wysłany po tkaniny dla dziewcząt z haremu; na bazarze przyczepił się do niego brzuchaty kupiec o okrągłej brodzie. Przez chwilę stał koło niego i zachwalał tkaniny, wołając do przechodniów. Nagle odwrócił się do niego i zagadał płynnie po włosku:

- Skąd pochodzisz?

Był tak zaskoczony słowami w ojczystym języku, że bez chwili zastanowienia odparł:

- Z Wenecji.

Tym razem spojrzał na kupca.

- Rozmawiaj ze mną bez nawiązywania kontaktu wzrokowego. Jak masz na imię?

- Angiello. Ale w haremie nazywają mnie Ahver.

Pierwszego dnia w haremie usłyszał krzyk dobiegający z piętra:

- Aaa! Chodźcie tu, dziewczyny! Tylko spójrzcie na te oczy!

Wszystkie znajdujące się w pobliżu dziewczęta przewieszone przez barierkę patrzyły na niego, śmiały się i mówiły coś w niezrozumiałym języku. Jedna z nich pokazała na niego palcem i krzyknęła:

- To Ahver!

Aga haremu zaczął się złościć:

- Co tu się dzieje? Co to za hałas? - Klaszcząc w dłonie, kazał dziewczętom się rozejść. Wracając do swoich zajęć, powtarzały jednak:

- Ahver! Ahver! Ahver!

Wszyscy zaczęli go tak nazywać. Kilka dni później dowiedział się, że jeden ze służących też jest Włochem, i zapytał go:

- Co oznacza "Ahver"?

- Ach, twoje nowe imię. Oznacza kogoś o pięknych oczach.

Kupiec, jakby nie dosłyszał, wyszeptał:

- Angiello... Czy cały czas wierzysz w Boga?

Co miał mu odpowiedzieć? Czy miało sens tłumaczenie, że tak samo jak męskości, pozbawili go również wiary? Jednak w głębi duszy nie stał się muzułmaninem. Nocami ciągle modlił się do Maryi i Jezusa.

Wyciągnął z kieszeni medalik i odpowiedział:

- Tak, oczywiście.

Mężczyzna zajął się obsłużeniem trzech kobiet przechodzących przed stoiskiem, które zainteresowały się tkaniną przewieszoną przez jego ramię. Pod niebiosa wychwalał jakość swoich materiałów.

- Popatrzcie! - powiedział. - Tylko spójrzcie. Jedwab z Damaszku. Nikt takiego nie ma. Dotknijcie go!

Gdy kobiety odeszły, kupiec wyszeptał:

- Wenecjaninie, czy jesteś gotowy, by służyć Bogu?

Serce zaczęło mu mocniej bić. Ta potajemna szeptanina stawała się niebezpieczna. Kim był ten mężczyzna? Kto w takim tłumie i hałasie zainteresowałby się ich rozmową? Dlaczego tak bardzo uważał, żeby nikt nie zobaczył ani nie usłyszał ich rozmowy? Wyglądał, jakby nawet nie poruszał ustami. I skąd go znał? A może był to tajny sprawdzian? Czyżby wystawiali na próbę jego wierność?

- A w jaki sposób mógłby służyć Bogu zwykły pałacowy służący?

Przeszedł kilka kroków, upewniając się jednak, że cały czas stoi za mężczyzną. Prezentujący przechodniom tkaniny kupiec powiedział:

- W bardzo prosty i zyskowny sposób. - Jego usta znów się nie poruszyły. Schylił się do stojącego przed nim worka z przyprawami. Nabrał na łyżeczkę odrobinę proszku i powąchał go. Zapytał właściciela stoiska o cenę.

- Poproszę dziesięć dirhemów[22] - powiedział i sięgnął ręką do sakiewki. Angiello dojrzał osmańską monetę pomiędzy dwoma pulchnymi palcami mężczyzny. Gdy sprzedawca odważał przyprawę, kupiec wyszeptał:

- Wiadomości. Święty Kościół potrzebuje wiadomości. Z pałacu.

Przez chwilę myślał, że się dusi.

Szpiegostwo!

Święty Pan chciał, by został szpiegiem.

Gdy próbował dobrać odpowiednie słowa, pulchny kupiec rzekł:

- Rzym jest hojny, Angiello. Żadnego ze swoich służących nie pozostawia bez wynagrodzenia.

Na twarzy mężczyzny pojawił się szeroki, ale zarazem wymuszony uśmiech.

- Potrafisz bez problemu wydostać się z pałacu?

- Nie zawsze. Czasami.

- Świetnie.

Kupiec zbliżył twarz do jego ucha.

- W każdy czwartek, Angiello - wyszeptał - przy fontannie na początku tej drogi będzie czekać ktoś w zielonym nakryciu głowy i żółtym pasie. Przekaż mu wiadomość i odejdź. Mów zwięźle. Nic nie zapisuj. Tylko słowa.

Później objął go i z jeszcze większym uśmiechem podał mu do ręki jeden z jedwabiów.

- Już, nie krępuj się. Spójrz tylko na ten chiński jedwab, godny wyłącznie dam mieszkających w pałacu. Dla ciebie mogę trochę zejść z ceny, piękny chłopcze.

Angiello wziął do ręki tkaninę i poczuł, jak mężczyzna wciska mu coś w dłoń.

- Mówiłem. - Puścił do niego oko. - Bóg jest hojny.

Nie miał szansy zareagować - mężczyzna wmieszał się w tłum i w jednej chwili zniknął mu z oczu.

Angiello stał tak przez chwilę, zupełnie oszołomiony. To właśnie była odpowiedź. Już wiedział, dlaczego został wybrany przez Boga.

Jego los nie był dziełem przypadku. Taka była wola Pana. Wszystko działo się według Jego planu.

Atak na statek Geneviz. Targ niewolników. Sprzedaż do pałacu. Praca w haremie i wreszcie odebranie męskości.

Był kimś wyjątkowym. Został wybrany. Miał zadanie do wykonania: służyć Bogu! Na dłoni naznaczonej piętnem zakrwawionej jedwabnej nici leżała moneta, którą dał mu kupiec. Musi teraz uważać, żeby nie przegapić żadnego czwartku.

Wszystko, co dojdzie do jego uszu i co zobaczy, ma wyszeptać mężczyźnie czekającemu przy fontannie.

Ciekawe, czy za każdym razem będzie miał coś do przekazania.

- Może się udać - powiedział do siebie. - Trzeba uważnie słuchać, przyglądać się i używać rozumu.

*

Znalezienie mężczyzny w zielonym nakryciu głowy okazało się prostym zadaniem. Uścisnął go, jakby byli starymi znajomymi i latami się nie widzieli.

- Mówią, że czas wielkiego wezyra dobiegł końca.

Mężczyzna już na wstępie wcisnął mu w dłoń "hojność Boga".

- Mehmed Pasza z Rumelii? Podobno sułtan bardzo go ceni.

Wzruszył ramionami.

- A teraz mówią co innego. Podobno nowy wielki wezyr ?shak Pasza codziennie na niego donosi. Okazało się, że Mehmed Pasza sam na sam, bez wiedzy sułtana, spotkał się z posłańcem Ak Kojunlu, który przybył do Stambułu.

Po tych słowach odszedł.

W kolejny czwartek nie udało mu się wyjść z pałacu. Mężczyzna na próżno czekał, trzymając w dłoni sakiewkę z monetami.

Gdy spotkali się w kolejnym tygodniu, przekazał wiadomość:

- Mehmed Pasza został stracony.

Z boskiej sakiewki wypadły tym razem trzy monety. Panu Rzymu musiała spodobać się taka nowina.

"Zobaczymy, jak mnie wynagrodzi, kiedy usłyszy dzisiejsze wieści" - zaśmiał się pod nosem, idąc w stronę bramy pałacu. Gdy jeden ze strażników zobaczył go zmierzającego chwiejnym krokiem w stronę posterunku, zawołał:

- Ooo, a gdzież to się nasz Ahver wybiera? - Patrzył na niego z przyklejonym do twarzy szelmowskim uśmiechem. - Odbierać życie czy je dawać?

"Głupek" - pomyślał. - "Gdybyś tylko wiedział, jak ważną jestem osobą..." Ale nie dał niczego po sobie poznać.

- Ależ przystojniaku, ja brzydzę się krwawymi utarczkami. - Uśmiechnął się, mijając go. - Kiedy zobaczyłem, że stoisz na straży, pomyślałem, że przyjdę i pokiwam się trochę przed moim agą.

Nawet wełniane nakrycie głowy w kształcie stożka, które janczar[23] miał na głowie, trzęsło się, gdy ten śmiał się ukontentowany.

- Dokąd miałbym się wybierać? Te dziewczyny wpędzą mnie do grobu. Wieczorem jedna zażyczyła sobie jedwab, kolejna wenecki aksamit... Kethüda Kalfa z samego rana poderwała wszystkich na nogi, krzycząc: "Niech ktoś pójdzie i to wszystko kupi!". No i kto to niby ma zrobić? Oczywiście, że Ahver.

Janczar zarechotał.

- Wiesz co? - powiedział nagle. - Cały czas dziwię się, jak to robicie, że wasze wąsy są takie spiczaste.

Dwóch innych strażników wybuchło śmiechem i odparło z przekąsem:

- Przyjdź kiedyś, to cię nauczymy!

Gdy dotarł do fontanny, mężczyzna już na niego czekał. Uścis­nęli się, a kilka monet niepostrzeżenie zmieniło właściciela. Kiedy usłyszał wieści, wzdrygnął się.

- Jesteś pewien? To bardzo ważne.

- Jest w haremie dziewczyna o imieniu Firdevs. Podobno sułtan w nocy powiedział do niej: "Czeka nas rozłąka, Firdevs. I to bardzo długa. Będę za tobą tęsknił". Dziewczyna z samego rana, zalewając się łzami, opowiedziała to koleżankom. Sam słyszałem.

- Powiedział, że czeka ich rozłąka, ha?

- Tak. I to bardzo długa...

Angiello, nie dając mężczyźnie szansy na zadanie kolejnych pytań, odwrócił się i odszedł. Niech już tam w Rzymie zastanawiają się, co to może oznaczać.

*

Rozwiązanie zagadki "długiego rozstania" nie zajęło Rzymowi zbyt wiele czasu. Mężczyzna w zielonym nakryciu głowy po odejściu Angiella niemal biegiem rzucił się w dół wzniesienia, dotarł do Haliça[24] i wskoczył na łódź. Nad Stambułem zapadał już zmrok.

- Zabieraj się do wioseł - zawołał do sternika. Z pośpiechu nawet nie usiadł, tylko stał całą drogę. Gdy zbliżyli się do brzegu, od razu wyskoczył. Zaczął wbiegać na strome wzgórze, na którym znajdowała się ogromna wieża. Zatrzymał się w ostatniej chwili, widząc zapadlisko. Przechodnie myśleli, że zmęczony musi złapać trochę tchu; on jednak rozglądał się, sprawdzając, czy ktoś go obserwuje. Nikogo nie było, zniknął więc w zapadlinie.

Po nastaniu zmierzchu znów się ukazał. Tym razem, zamiast zielonego nakrycia głowy, miał na sobie długą, czarną pelerynę, której kaptur zasłaniał całą jego twarz.

Zbiegł ze wzgórza, a gdy dotarł do wybrzeża, skręcił w lewo. Zwolnił nieco, zbliżając się do wielkiego kamiennego budynku, którego okna wychodziły na ciemniejące o tej porze dnia morze. Przez ogromne okna nie wydostawał się na zewnątrz nawet jeden promień światła. Wyciągnął rękę w stronę kołatki z brązu. Drzwi otworzyły się, zanim zdążył zapukać. Wślizgnął się do środka i usłyszał tylko trzask zamykanych za nim żelaznych drzwi.

Chwilę później stał już przed mężczyzną, który zlecił mu spotkania z Angiello. Był to Massimo Galliari, wenecki ambasador w stroju kupca, z którym Ahver rozmawiał na targu.

Gdy Galliari go słuchał, był tak skupiony, że ani razu się nie poruszył.

Przerwał mu tylko raz.

- Powiedział, że w najbliższym czasie czeka ich rozłąka, tak? Chłopak dokładnie tak ci powiedział?

- Dokładnie tak. Ma to być bardzo długa rozłąka.

Galliari zamilkł. Po wysłuchaniu wiadomości przez chwilę przyglądał się zdobieniom na suficie. Wstał z fotela i podszedł do gobelinu, który w całości pokrywał jedną ze ścian. Spojrzał na wspaniałość Canal Grande, najdłuższej weneckiej cieśniny wytkanej na gobelinie.

"A więc rozłąka... Rozłąka jest zła" - pomyślał. Za każdym razem, gdy przyglądał się temu gobelinowi, budziła się w nim paląca tęsknota.

- Pogoda się zmienia, Duce - wyszeptał, nie spuszczając wzroku z gobelinu. Jak gdyby zwracał się do weneckiej Duce, którą widział teraz siedzącą w pałacu. - Pogoda się zmienia. Obawiam się, że nadchodzi sztorm. Rzym powinien dowiedzieć się o tym od ciebie, Wenecjo.

[20] Kalfa - nadzorczyni nad białymi niewolnicami w haremie.

[21] Hamam - łaźnia muzułmańska.

[22] Dirhem - jednostka wagi pierwotnie ustalona w Arabii jako 2/3 drachmy attyckiej; wynosiła 3,25 grama.

[23] Janczarzy (tur. yeniçeri, "nowe wojsko") - oddziały piechoty stanowiące trzon armii osmańskiej od XV do XIX wieku.

[24] Haliç - jedna z dzielnic Stambułu.

2

Cichutko zaśmiał się pod nosem. Wyciągnął rękę i pogłaskał konia po szyi. Schylił się i wyszeptał mu do ucha:

- Posłuchaj. Posłuchaj wiatru.

Piorun, jakby rozumiejąc jego słowa, zastrzygł uszami. Obaj słuchali świszczących między górskimi grzbietami porywów wichru.

- Nie ma tu żadnego innego dźwięku. Ani krzyków subaszy, ani nawoływań stajennych, ani stukotu kopyt... Zauważyłeś? W końcu jesteśmy sami. Ty, ja i wiatr.

Piorun parsknął radośnie.

- Chodź, idziemy - powiedział Dżem.

Poruszył lekko wodzami, a koń ruszył, ostrożnie stawiając każdy krok. Upojeni wolnością powoli przemieszczali się między drzewami. Chłopiec stracił poczucie czasu. Chcąc oszacować, która jest mniej więcej godzina, podniósł głowę i spojrzał w niebo. Niewiele zobaczył poza gęstwiną drzew, miał jednak wrażenie, że zaczyna się ściemniać.

Czy był już wieczór?

"Ależ skąd!" - pomyślał. - "Żaden wieczór, po prostu w lesie jest ciemno. Tylko spójrz, przez splecione gałęzie drzew nie dociera tu słońce".

Czy naprawdę tak było?

Od ucieczki minęła godzina, a może dwie? Czas tak szybko pędził.

- Mniejsza o to - powiedział Dżem do siebie. - Ale gdzie jest w takim razie Czerwona Skała?

Stanął w strzemionach i rozejrzał się na wszystkie strony.

Las. W gęstwinie drzew nie mógł nic dostrzec.

Dobrze, ale jak miał teraz znaleźć drogę powrotną?

Nagle usłyszał głos:

- Powrót?

Dżem zdziwił się. Głos rozbrzmiewający w jego głowie był tak realny, że chłopiec rozejrzał się wokół, sprawdzając, czy ktoś koło niego nie stoi.

Nikogo oczywiście nie było. Tylko on i Piorun.

- Powrót? - powtórzył głos. Dżem znał go. Był też pewien, że nie jest to jego własny głos. Nie rozmawiał sam ze sobą. Ale słyszał go całkiem wyraźnie:

- Z pustymi rękami? Wrócisz do domu z pustymi rękami?

Miał rację. Na co ta cała ucieczka, jeśli nie wróci, niosąc pierwszego zabitego przez siebie wilka? Kto uwierzy, że nie jest już dzieckiem? Kto powie, że "szehzade wdał się w ojca"? Kto szepnie ludziom, że tak jak ojciec ma duszę zdobywcy? Kto z szacunkiem pokiwa głową i przyzna: "Macie rację, szehzade sam zdobył góry ?sfendiyar, zabił rdzawego wilka i rzucił nam jego ciało pod nogi".

Powrót z pustymi rękami byłby zupełną porażką.

Jakby odpowiadając głosowi, rzekł nagle:

- Dobrze, ale co mam zrobić? Tyle czasu już tu jestem, a nie widziałem nawet jednego wilka.

Dżem poczuł nagle, że budzi się w nim jakieś dziwne uczucie. Na początku nie wiedział, czym ono było. A może to strach? Wzruszył ramionami. Nie miał się czego bać. Był synem samego sułtana Mehmeda Zdobywcy. Nie wiedział, co to strach. Nie powinien wiedzieć. Czym więc były te kłębiące się w nim emocje?

Podenerwowaniem?

Gdzie był orszak? Powinni go już znaleźć. Ale nie było słychać nawet najcichszego głosu nawoływania.

Nie wiedział ani ile minęło czasu, ani gdzie się znajdował.

Jechał w stronę nawołującego głosu i nagle znalazł się w zupełnie nieznanej części lasu. Pnie drzew jeden po drugim wystrzeliwały z białych oparów. Co gorsza, z każdym krokiem mgła stawała się coraz gęstsza i spowijała nawet wysokie szczyty gór. Ich też zaraz pochłonie. Nikt ich wtedy nie odnajdzie.

Dżem pociągnął nagle za wodze.

- Stój! - wyrzucił z siebie niezadowolony.

Piorun od razu wykonał polecenie i natychmiast się zatrzymał. Chłopak dopiero teraz zauważył, że od jakiegoś czasu koń z każdym krokiem coraz niechętniej podążał w głąb lasu. A do tego co chwilę strzygł uszami, nasłuchując, co dzieje się dookoła, i parskał niespokojnie.

- Co się stało? - wyszeptał Dżem. - Zmęczyłeś się? Czujesz jakiś zapach?

- Nie zatrzymuj się.

Znowu ten głos. Tym razem dochodził z przodu. Ale przecież nikogo tam nie było. A nawet jeśli był, to spowijała go gęsta mgła. Dżem nie mógł się zdecydować, co robić.

- Musisz iść dalej, mój synu. - Tym razem głos brzmiał głośno jak dzwon. - Nie rezygnuj. Nie powinieneś teraz rezygnować. Chodź!

Kto go wołał?

- Chodź, Dżem, chodź! Chodź, synu. Nawet nie próbuj rezygnować. Idź przed siebie. Nie zatrzymuj się!

Poczuł, że bezwiednie coraz mocniej ściska kolanami siodło. Koń niechętnie zrobił kilka kroków. I nagle się zatrzymał. Podniósł głowę, zaczął uważnie nasłuchiwać. Nie słuchał chłopca, który kazał mu iść dalej. Kopytami zaparł się w śniegu. Zdenerwowany zaczął szybciej oddychać i parskać przez rozszerzone nozdrza.

Piorun coś usłyszał. A raczej czegoś się przestraszył.

Kiedy Dżem, próbując go uspokoić, głaskał konia po szyi, również usłyszał przerażający dźwięk.

- Uuuuuuu! Uuuuuuu!

Przeraźliwe, rozdzierające leśną ciszę wycie sprawiło, że z gard­ła Dżema wydobył się krzyk:

- Wilk! To musi być wilk!

"Nareszcie cię znalazłem" - pomyślał usatysfakcjonowany.

Uczucie strachu, które kilka chwil temu zaczęło ogarniać chłopca, zniknęło w jednej sekundzie. "To chyba teraz powinienem się bać. Mam przed sobą wilka. Albo nawet całe stado wilków" - mnóstwo myśli kłębiło się w jego głowie.

Gdyby chodziło o coś innego, zawróciłby, tak jak chciał to zrobić przestraszony Piorun.

Ale on nie mógł uciec. Nie powinien. Nie mógł stać się bohaterem plotek o synu wielkiego sułtana Mehmeda Zdobywcy, który przestraszył się wilka i stchórzył. Tak jak ojciec na grzbiecie konia zdobył mury niewiernego Bizancjum, tak on powinien z pomocą Pioruna odebrać życie wilkowi. Miesiącami o tym marzył. Dla tej jednej chwili rzucał się w ramiona niebezpieczeństwa.

We mgle i w coraz większych ciemnościach nie mógł nic dostrzec, ale wilk musiał być gdzieś przed nimi. To stamtąd dochodziło wycie... Spośród drzew.

Zmusił konia, by ruszył naprzód.

Ale ten coraz bardziej się opierał. Stanął dęba. Zarżał.

Wilk na rżenie konia odpowiedział jeszcze bardziej przeraźliwym wyciem:

- Uuuuuu!

Włosy zjeżyły się Dżemowi na głowie. Kiedy przerażony Piorun znów stanął dęba, nerwowo rzucając się to w prawo, to w lewo, chłopak poczuł, że zsuwa się z grzbietu zwierzęcia. Wysłuchał w swoim życiu wystarczająco dużo historii o wilkach, żeby zdawać sobie sprawę, że jeśli spadnie, a koń ucieknie, nie będzie miał szans na ratunek. W tamtej chwili pomocne okazały się zapaśnicze zdolności, które posiadł podczas licznych nauk. Gdy poczuł, że ciężko będzie się utrzymać, z całej siły uwiesił się na wodzach. Okropny ból ramion nie miał w tym momencie żadnego znaczenia. Tak samo jak jęki konia, który nie mógł wytrzymać z bólu.

I właśnie wtedy stało się coś najmniej spodziewanego.

W jednej chwili mgła zniknęła. Las się rozjaśnił, a drzewa rozstąpiły. Zobaczył ich przed sobą.

Starca oraz stojącego za nim rdzawego wilka, w którego oczach błyskały płomienie.

*

Miał wrażenie, że starzec nie zdaje sobie sprawy z obecności zwierzęcia. Bił od niego blask, a z sięgającej do piersi białej brody wychodziły promienie światła. Podniósł ramiona i patrzył na nich, jakby od dawna na nich czekał i wiedział, że przybędą, że zdążą na czas.

Dżem znów usłyszał ten głos.

- Przyszedłeś, mój synu... Zdążyłeś... Przyszedłeś do mnie.

To było coś niewyobrażalnego. Nie widział, żeby usta starca się poruszały, ale mógłby przysiąc, że słyszał jego głos. Czy to właśnie ten starzec wzywał go każdej nocy przez tyle miesięcy?

Piorun w jednej chwili się uspokoił. Spuścił głowę i zaczął kopytem grzebać w ziemi.

Dżemowi zaparło dech w piersi, nie wiedział, co powiedzieć.

"Wilk!" - pomyślał. - "Za tobą stoi wilk". Nie był pewien, czy wypowiedział te słowa na głos.

Starzec wciąż stał z rozpostartymi ramionami. Spomiędzy gałęzi spływało na niego światło, jednak Dżem nie mógł zlokalizować źródła, z którego dochodziło. Czy to światło dzienne? Gdzie podziały się ciemności, które utwierdzały go w przekonaniu, że zapadła już noc?

Nawet brwi i rzęsy starca były bielusieńkie. Z jego twarzy bił spokój, a usta układały się w lekki uśmiech dający poczucie bezpieczeństwa oraz szczęścia.

Mimo czającego się zagrożenia Dżem był spokojny, a nawet czuł się pewnie.

- Witaj, sułtański synu - odezwał się głos w głowie chłopaka. - Mam ci coś do powiedzenia.

- Starcze! - odparł w końcu. - Wilk...

Ale on nie zareagował. Albo nie usłyszał.

Wilk zaczął powoli się zbliżać. Nagle zatrzymał się i wbił wzrok w Dżema.

"Zupełnie jak w baśniach" - przeszło chłopcu przez myśl w tamtej chwili.

"Szatan przybywa na świat pod postacią wilka. To właśnie dlatego w oczach wilków można dostrzec piekielne płomienie" - przypomniał sobie ciągle powtarzane opowieści. Nie wierzył im. Ale teraz pierwszy raz stanął oko w oko z wilkiem, a źrenice zwierzęcia płonęły żywym ogniem.

Piekielne płomienie!

Jeśli tak, to za starcem stał i pokazywał ostre zęby sam szatan!

- Derwiszu[10]... - zawołał Dżem. A przynajmniej myślał, że krzyczy. - Za tobą jest wilk!

- A przede mną stoisz ty, sułtański synu.

- Mój Boże! - powiedział sam do siebie. - Rozmawia ze mną...

Jednak było już za późno na słowa.

Wilk zawył przeraźliwie i ruszył do ataku.

Dżem szybko jak błyskawica sięgnął do zawieszonego na plecach kołczanu. Wzdrygnął się przerażony. Miał tylko jedną strzałę. Pozostałe musiały wypaść, kiedy koń stawał dęba. Wilk szybko zbliżał się do starca i szykował do skoku, a on miał tylko jedną jedyną szansę. Jeśli chybi i strzała nie dosięgnie bestii, śmierć czeka i derwisza, i jego samego.

- Nie wahaj się, sułtański synu - odezwał się głos w jego głowie. - Nie wstrzymuj ręki. Rób to, czego tak bardzo pragnąłeś.

Tak właśnie postąpił. Wyciągnął strzałę z kołczanu i naciągnął na cięciwie. Wystrzelił. Strzała przeszyła gardło bestii.

Szatan wydał z siebie ostatni krzyk i padł u stóp derwisza.

*

- Udało ci się. - Z uśmiechem powiedział derwisz. Tym razem jego usta poruszały się, a głos nie był tylko dźwiękiem w głowie chłopca. - Przybyłeś, znalazłeś go i zabiłeś. Uratowałeś mnie. Teraz czas na nagrodę.

- Nagrodę?

- Tak, na nagrodę, sułtański synu. To, co mam ci do powiedzenia, jest cenniejsze niż złoto.

- Nazywasz mnie "sułtańskim synem", ale kim ty jesteś?

Starzec zaśmiał się.

- Nie ma znaczenia, kim ja jestem. Ważne, kim będziesz ty. Albo kim się nie staniesz!

- Nic nie rozumiem z tej zagadki. Jak to się stało, że słyszałem twój głos z tak daleka? Cóż to wszystko znaczy? Co to za nagroda cenniejsza niż złoto, skoro nie mogę rozszyfrować jej znaczenia?

- Mam mało czasu, mój synu, a jeszcze wiele rzeczy do powiedzenia. Nie dopuszczaj do swojego serca dumy i rządzy. Nie ulegaj swoim ambicjom. Nie pozwól, by mącili ci w głowie, żeby stłumili w tobie zapał i żeby zbrukali twą duszę.

Nagle oczy starca zamarły i przybrały niebieskawą barwę lodu. Dżem wzdrygnął się.

- Nie pozwól, by pragnienie wstąpienia na tron zawładnęło twoim sercem.

Tron? Dżem nie mógł się powstrzymać od śmiechu.

Oczy mężczyzny ożyły tak szybko, jak przed chwilą zamarły. Jego spojrzenie znów promieniało.

- Nie martw się. Jestem daleko od tronu, a tron daleko ode mnie. Pewnie wiesz, że przede mną jest jeszcze dwóch kandydatów. Nigdy nawet przez chwilę się nie zastanawiałem, czy kiedyś przyjdzie moja kolej.

- To dobrze - odetchnął starzec - bo szatan szepcze człowiekowi do ucha różne rzeczy. Musisz wiedzieć, że tak jak każdy sługa, masz w sobie i dobro, i zło. Z jednej strony możesz słyszeć głosy aniołów, lecz z drugiej zawsze dochodzić cię będą podszepty demonów. Będą zachodzić ci drogę, mącić ci w głowie, mówić, że masz do tego prawo. Ale to prawo należy do Allaha, synu. I do tego, komu On je podaruje. Mówię ci - nie możesz ulec szatanowi. To moja ostatnia rada.

Starzec odwrócił się i zaczął się oddalać, ale wyglądało to, jakby nie stawiał kroków, tylko unosił się nad ziemią. Był już daleko, kiedy Dżem nagle zapytał:

- A jeśli ulegnę? Tego mi nie powiedziałeś. Co się stanie, jeśli ulegnę?

Derwisz odwrócił się gwałtownie. Podniósł długą laskę, którą trzymał w ręku, i wskazał nią martwego wilka ze strzałą w gardle.

- Wilk wróci!

Wszystko zmieniło się tak nagle, jak się pojawiło. Mężczyzna zniknął pomiędzy drzewami. Cały las znów zatopił się w ciemnościach i gęstej mgle.

Gdyby nie leżący na ziemi wilk, Dżem nie uwierzyłby w to, co się wydarzyło. We wszystko to, co widział i słyszał.

Przez krótki czas stał bez ruchu.

Chwilę później usłyszał krzyki.

- Szehzade!

"Przyszli!" - przeszło mu przez myśl. Poczuł ukłucie szczęścia. Znaleźli go.

- Mój panie, gdzie jesteś?

Był to głos Sulejmana Czelebiego.

- Znajdźcie go. Albo wszystkich was powieszę za uszy! - gorączkował się subaszy.

- Tu jestem! Podążajcie za moim głosem!

Sen, koszmar, a może prawdziwe wydarzenia - pragnął, żeby wszystko, czego tutaj doświadczył, dobiegło końca.

Nagle zobaczył kilkunastu mężczyzn w panice rozglądających się między drzewami.

- Niech będą dzięki! - Sulejman Czelebi skierował konia w stronę Dżema. Podjechał do nich także subaszy.

- Szehzade, ależ nas wystraszyłeś. Przez chwilę myśleliśmy, że cię straciliśmy.

Dżem nie potrafił ukryć zdziwienia:

- Przez chwilę?

"Jaką chwilę!" - pomyślał. - "Ja tu godzinami podbijam las!"

- Od jak dawna mnie szukacie?

Sulejman Czelebi i subaszy spojrzeli po sobie.

- Niedługo - odparł subaszy. - Kilka, może kilkanaście minut.

Wtedy mężczyzna zauważył leżącego na ziemi wilka.

- Szehzade! - krzyknął. Zeskoczył z konia i podbiegł do zwierzęcia. Popatrzył na strzałę.

- Ależ to twoja strzała, panie! - powiedział i odwrócił się do stojących wokół mężczyzn. - To strzała szehzade Dżema. To on zabił rdzawego wilka jednym strzałem. To właśnie syn sułtana Mehmeda. Patrzcie i dobrze zapamiętajcie tę chwilę. Nawet jeśli jest dzieckiem, to właśnie szehzade naszego pana!

Inni dowódcy nie chcieli być gorsi w pochwałach:

- Dajcie zwłoki tej bestii, rzućcie je na tył siodła naszego szehzade, niech mieszkańcy na własne oczy zobaczą, jakim dzielnym chłopakiem jest nasz pan. Niech zrozumieją, jakim bohaterem jest syn naszego sułtana.

Podniosły się oklaski.

Piorun nie zrobił nawet pięciu kroków, gdy Dżem ujrzał Czerwoną Skałę.

[10] Derwisz - członek muzułmańskiego bractwa religijnego o charakterze mistycznym; także żebrzący, ascetyczny, wędrowny mnich muzułmański.

6

Kastamonu, posiadłość szehzade Dżema

1473

Dzień dopiero się budził. Światło wpadające przez okno do jej pokoju, zanim nocne ciemności zmieniły się w promienie słońca, mieniło się na granatowo, szaro, żółto, a nawet na różowo. Poczuła na sobie ciężar jedwabnej kołdry.

Przewróciła się z boku na bok. Nie wiedziała, który to już raz tej nocy. Miała nadzieję, że uda jej się zasnąć, kiedy odwróci się do ściany, a światło wpadające do pokoju oraz pełzające po nim cienie drzew nie będą jej rozpraszać. Nic to jednak nie dało. Wbiła wzrok w ścianę i leżała. Przed oczami migały jej kłębiące się w głowie obrazy z przeszłości. Dersaadet[25]... Nowy Pałac... Mehmed...

Myśl o Mehmedzie zawsze sprawiała, że łzy stawały jej w oczach.

Tak było i tym razem.

Ostatni raz widziała sułtana podczas ceremonii obrzezania ich syna i to tylko przelotnie.

Gdy przyszedł odwiedzić ją w specjalnie przygotowanym pokoju, znów przypomniała sobie, że boi się spojrzeć w ciemne oczy ojcu swojego dziecka. Nigdy nie potrafiła się na to zdobyć. Czuła, że są jak wzburzone oceany, które targane nawałnicami zlewają się w jedno z niebem. Jak dawniej, skłoniła się przed nim bez przelotnego nawet spojrzenia.

- Mój panie. Uszczęśliwiliście waszą słu... słu... - Ze zdenerwowania zaczęła się jąkać. - Waszą sługę.

Poczuła, że zbliża się do niej, gdy usłyszała lekki szelest kroków na perskim dywanie. Serce waliło jej jak szalone.

Wydało się, że znów widzi ich sylwetki ukształtowane przez promienie światła tańczące na ścianie. Dotknął jej podbródka. Boże, jego ręce były tak piękne i delikatne. Nie pojmowała, jak taka wytworna dłoń mogła dźwigać miecz. Znów zobaczyła, jak Mehmed długimi, lecz silnymi palcami podnosi jej podbródek.

- Çiçek...

Ach ten głos! Głos, którego nie mogła wymazać z pamięci; głos, który czarował ją, otulał ciepłem, brał ją w ramiona i który sprawiał, że zapominała o całym bożym świecie. Mówili, że krzyk Mehmeda wywoływał we wrogu paniczny strach, ona jednak nigdy w to nie wierzyła. Głos sułtana potrafił ugasić największy pożar w jej duszy.

- Nic się nie zmieniłaś. Jesteś tak samo piękna, jak w dniu, w którym cię ujrzałem, Çiçek.

Było to absolutne kłamstwo.

- Mój panie, wasza sługa...

A niech to, znów się zająknęła.

Mehmed wiedział, że działo się tak, gdy była zdenerwowana.

- Dzięki tobie mój ród został pobłogosławiony męskim potomkiem, a ty dalej będziesz mówiła o sobie "sługa", Çiçek Hatun[26]? Jesteś matką mojego syna.

- Mój sułtanie... ja... ja...

Słowa znów się urwały. "Ja... ja..." - to wszystko, na co było ją stać. Tamtego dnia, stojąc przed Mehmedem, poczuła się niewyobrażalnie głupio i żałośnie. Kiedyś to uczucie było jej obce. Ale teraz... Po tylu latach... Po wyjeździe ze Stambułu do Kastamonu, gdzie jej syn, Dżem, miał uczyć się, jak rządzić i administrować, dystans pomiędzy nimi był już zbyt duży. Przecież w pałacowym haremie mieszkały dziesiątki przywożonych ze wszystkich stron świata przepięknych dziewcząt, z którymi nie mogła konkurować.

Jej miejsce zostało określone. Çiçek zrozumiała to właśnie tamtego dnia, kiedy prawił jej komplementy. Była jego dawną kochanką, która wydała na świat jego syna. To wszystko. Nie mogła się zbliżyć do swojego mężczyzny bardziej niż w dniu tamtej wizyty, a jego zapach czuła jedynie z daleka. Nie pozostało nic więcej, jak życie ukrytymi w najgłębszym zakamarku serca wspomnieniami, powracającymi w bezsenne noce, takie jak ta.

Nie chciała się przed jego obliczem jąkać ani trząść ze strachu jak jakaś nowicjuszka. Nic jednak nie mogła na to poradzić. Taka już była.

Nie potrafiła tego zrozumieć, dlaczego tak bardzo się go bała.

On jest sułtanem, ale ona też przecież była kiedyś serbską księżniczką. Została wysłana do Stambułu jako znak pokoju między dwoma państwami. Była piękna. Mówiono, że nie ma na świecie mężczyzny, którego nie mogłyby zniewolić jej niebieskozielone oczy. Wiedziała, że to prawda. Wielki sułtan Mehmed Zdobywca, który pokonał Cesarstwo Wschodniorzymskie, w jednej chwili poddał się jej urokowi.

Promienie wędrujące po pokoju jakby odgrywały na ścianie scenę, kiedy po raz pierwszy została wysłana do komnaty sułtana.

Serce biło jej tak samo mocno, jak tamtego wieczoru. Nie wiedziała, co ma zrobić, jak się zachować i co powiedzieć. Oczywiście tysiące razy powtarzano jej, jak ma postępować w obecności sułtana, jednak wszystkie te wskazówki puszczała mimo uszu.

- Nie bój się - powtarzała przygotowująca ją kobieta.

Ale to nie było takie proste. Od chwili, gdy dowiedziała się, że zostanie wysłana do Stambułu, próbowała wyobrazić sobie osmańskiego sułtana, któremu miała być przedstawiona. Na pewno był strasznie brzydki. Niski, przysadzisty, gburowaty barbarzyńca z sumiastymi wąsami, który tylko wywija mieczem. Czym sułtan mógł różnić się od swoich żołnierzy? Chyba tylko wyszywaną kamieniami szlachetnymi odzieżą.

Oczami wyobraźni widziała otwierające się drzwi jego komnaty. Weszła. A gdzie sułtan? Mężczyzna stojący naprzeciwko niej musiał być jednym z dziesiątek jego służących. Był młody i przystojny. Miał na sobie zwyczajne ubranie, które nie mogło się równać z bogactwami zdobywcy Cesarstwa Bizantyjskiego.

Nie miał na głowie saryka[27], a jego włosy były krótko obcięte. Broda zupełnie nie przypominała tej, którą nosili sułtani - długiej, sięgającej niemal do piersi, brudnej i poskręcanej. Na jego ubraniu nie dostrzegła ani rubinów, ani brylantów... Miał na sobie zapinaną na guziki koszulę bez kołnierzyka i szarawary - tak, jak wszyscy Osmanowie. Wyróżniały go jedynie szarawary utkane z czystego jedwabiu. Musiał być wyższym w hierarchii służącym. Zaraz pewnie się oddali i przekaże sułtanowi wiadomość, że przybyła.

Uśmiechnął się do niej.

Mimo że była teraz tylko dziewczyną z haremu, księżniczka nie powinna uśmiechać się do pałacowej służby.

Nawet dokładnie mu się nie przyjrzała, ale czuła, że on uważnie bada każdy szczegół jej twarzy.

- Sułtan zażyczył sobie mojej obecności - wymamrotała po serbsku. W haremie próbowała nauczyć się kilku słów po turecku, ale wszystko wyparowało jej z głowy. - Czy to ty przekażesz mu wiadomość o moim przyjściu?

Ale mężczyzna nie spuszczał z niej wzroku.

- Dobrodošli. Dobro veče.

Çiçek Hatun zachichotała, cały czas leżąc jeszcze w łóżku.

Bardzo zdziwiła się, słysząc powitanie w jej ojczystym języku. W pałacu mogło się to jednak zdarzyć. Mieszkali tam ludzie mówiący wieloma językami, pochodzący z różnych stron świata. Spotkała mnóstwo osób mówiących językami, o których istnieniu nie mała do tej pory nawet pojęcia. Dla nikogo nie stanowiło to przeszkody i wszyscy umieli się porozumieć. Mimo to nie spodziewała się, że służący w komnacie sułtana zwróci się do niej po serbsku.

- Dobro veče.

Starała się, by jej głos nie zdradzał emocji. Przecież księżniczka nie powinna spoufalać się ze służącym sułtana tylko dlatego, że był przystojny i że ton jego głosu zrobił na niej wrażenie.

- Gdzie jest sułtan? Nie widzę go.

- Tutaj.

Nie widziała jego twarzy, stojąc z opuszczoną głową, ale jego głos zdradzał, że lekko się uśmiechnął.

- Tutaj?

- Tak... Stoi przed tobą.

Wielki Jezu! Oniemiała.

- Ty... ty... jesteś sułtanem?

Kątem oka próbowała zmierzyć wzrokiem mężczyznę, którego wzięła za służącego. Patrzył na nią. Jego twarz wyrażała cechy trudne do określenia. Przerażający, ale zarazem pieszczotliwy. Przyjazny, ale zdystansowany. Ostrożny, ale jednak śmiały. Wrażliwy, ale namiętny.

- Tak mówią.

Sułtan Mehmed już nie ukrywał rozbawienia jej zdziwieniem.

"Głupia, głupia, głupia księżniczka!" - złościła się na siebie w myślach. Skompromitowała się przed obliczem sułtana. A co gorsze, nawet nie ukłoniła się, ponieważ uważała go za kogoś niegodnego bycia władcą.

Natychmiast dygnęła, próbowała naprędce się skłonić. Nie potrafiła powstrzymać wstydu.

- Mój panie... Proszę mi... wyb... wybaczyć...

Gdy się wyprostowała, pierwszy raz spojrzeli sobie w oczy. Mój Boże, patrzył na nią jak orzeł; jego szlachetnie zakrzywiony nos przypominał jej właśnie to zwierzę. Istotnie, to z powodu nosa nie potrafiła bliżej określić jego twarzy.

Mehmed nie mógł oderwać od niej oczu. Stali bez ruchu naprzeciwko siebie, kiedy sułtan przerwał niezręczną ciszę:

- Jak masz na imię?

- Ad... Adrianna, mój panie.

Zmarkotniała, gdy zobaczyła, jak z niezadowoleniem kiwa głową.

- To niedobrze... - Wykonał szybki ruch ręką i kazał jej do siebie podejść.

Bała się, że kiedy się zbliży, Mehmed usłyszy, jak szybko bije jej serce.

- Przypominasz kwiaty, które wiosną rozkwitają na łąkach. Powinnaś nazywać się Çiçek[28].

"Święta Mario..." - pomyślała. Głos sułtana był jeszcze słodszy, jeszcze bardziej czarujący i robił ogromne wrażenie. Czy to ten wrażliwy mężczyzna był władcą wojującym mieczem? Tym, który zrównał z ziemią mury Konstantynopola i podbił całe cesarstwo?

- Ale kwiaty więdną - odpowiedziała po cichu.

Wciąż leżąc, dotknęła dłonią swojego policzka. Ach, ten ich pierwszy pocałunek.

- Skądże - wyszeptał Mehmed. - Ty przez całe życie pozostaniesz świeża, jak dopiero co zerwany kwiat. Na wiosnę, w lecie, jesienią i nawet zimą, Çiçek.

Tamtej nocy pierwszy raz byli ze sobą. O poranku, który nastał po tej wspaniałej nocy, była już Çiçek Hatun.

Być może podczas spotkania na ceremonii Mehmed przypomniał sobie ich pierwszą wspólnie spędzoną noc i chciał jej schlebić, mówiąc, że cały czas jest piękna.

Ona jednak zdawała sobie sprawę, że nie była to już prawda. Jeszcze dosadniej zrozumiała to, widząc dziewczęta w haremie.

Serce zabolało ją tak samo mocno, jak tamtego dnia. Gładziła swój policzek. Przesunęła palcami po powiekach i brzegach oczu. Nie, jej skóra nie była jeszcze pomarszczona. Nie była też jednak bez skazy i wiedziała, że jest to zapowiedź zmarszczek.

Chciała wstać i zrzucić z siebie kołdrę, pozbyć się w ten sposób myśli, koszmarów i strachu. Zrezygnowała jednak i znów przewróciła się na drugi bok. Tym razem zaczęła wpatrywać się w okno. Nocne ciemności zdążyły już przejść z granatu w szarość. Gdy spojrzała na tańczące po ścianach cienie drzew, zorientowała się, że na zewnątrz jest wichura. Musiało być też lodowato.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[25] Dersaadet - inna nazwa Stambułu.

[26] Hatun - kobieta, pani, dama; tytuł nadawany kobietom na wysokich stanowiskach.

[27] Saryk (tur. sar?k) - nakrycie głowy podobne do kavuka; powstaje przez zawinięcie na filcu długiego pasa materiału, najczęściej jedwabiu.

[28] Çiçek (tur.) - kwiat.