(Obóz w okolicach Werony.
Grudzień 1796 roku, - po bitwie pod Arcole, przed bitwą pod Rivoli.
Noc. Pośrodku sceny płonie duże ognisko. W pewnej od niego
odległości połyskują lufy i bagnety karabinów, ustawionych w kozły.
Gałęzie wielkich wiązów i kasztanów szarzeją, oświetlone z dołu
przez płomień. Przy samem ognisku grzeje się siedmiu żołnierzy z
Forestierowego batalionu, który stanowi zawiązek legii polskiej pod
generałem Dąbrowskim. Nazwiska żołnierzy: Zalesiak, Żmuda, Trzmiel,
Ogniewski, Boś, Kołomański, Zawilec. Jedni z nich leżą na ziemi,
otuleni w płaszcze, inni siedzą z podwiniętemi nogami, kurząc
fajki. Głąb sceny ginie w pustce nocnej. Kiedyniekiedy wynurza się
z pustki nocnej i przemierza w milczeniu, miarowym krokiem, środek
sceny szyldwach, nazwiskiem - Chwała.
Żołnierze odziani są w stare, połatane, bezbarwne od pyłu i
dżdżu kurtki, przeważnie ongi-granatowego koloru, a
najrozmaitszego, przeważnie austryackiego pochodzenia. Wszyscy
jednak mają te mundury przez doszycie wysokich, polskim krojem
wywróconych kołnierzy, przez doczepienie napierśnych wyłogów,
zarękawków i lampasów u spodni (wystrzyżonych z austryackich kurt z
poległego na placu boju żołnierza ściągniętych) - przekształcone na
podobizny regimentu królowej Jadwigi, dowództwa Grochowskiego, z
kościuszkowskiej sprawy. Czarne kaszkiety, z brzegami z polska
wywiniętemi i doczepioną starą blachą, pióra z tyłu ku przodowi
kaszkietów, na piersiach w krzyż pasy rzemienne od szabli i torby,
na ramieniu sukienne naszywki z napisem:
Gli uomini liberi sono fratelli. Stary wiarus Zawilec
pracowicie zeszywa zapomocą szydła i dratwy grubo wywoskowanej swój
trzewik z tęgiego rzemienia. Mruczy - pośpiewuje samemu sobie).
ZAWILEC
- Szyje się piękny chodak, ściba się nocną porą. Fajny
trzewiczek stanie sporo...
ŻMUDA
(wytrząsając fajkę)
- Nie daleko, braciszku, na tych dratwach zajdziesz...
ZAWILEC
(nuci)
- Fajny trzewiczek stanie sporo... Zajdzie się kady
trza.
TRZMIEL
- Myślisz, te ciągała litewska, że ino w cesarskich butach,
coś je z trupa na peśkierskiem polu obłupił, obejdzie świat. Nie
bój się. Swoja dratwa tosamo strzyma niejedno.
ŻMUDA
- No, już akuratnie nie strzyma, zwłaszcza przez bagna
idący.
OGNIEWSKI
- Co się w niego patrzycie, jak te wrony w żołnierski gnat!
Co się jeden z drugim o jego chodak zamartwiasz! Zdejm swoje
cesarskie kamasze i daj kamratowi, jako kamrat.
KOŁOMAŃSKI
(leżący za ogniskiem)
- Ba, - kiedy nie pasuje żołmierzowi całkiem przez
butów!
ZAWILEC
(szyje, nie słysząc, co mówią)
- Fajny trzewiczek... Dratwa się ciągnie w poprzek, - w
krzyż. W poprzek, - w krzyż.
BOŚ
(w zadumie)
- Takie potrza, panowie kamraty, buty mieć, żeby ta ino -
ino wystarczyły.
OGNIEWSKI
- Juści: - siedmiomilowe.
BOŚ
- Po polskim piasku, a choćby też i boso. Polski piach
ciepły.
ZAWILEC
(szyjąc uparcie)
- He - hej! Rzemienia coraz mniej! Podeszwy niema. Obcas się
dziury trzyma.
KOŁOMAŃSKI
- W tamtej stronie, na swojem polu to ta i na bosaka ciepło,
a tu we włoskiej stronie, to jak w kościele. Nie pasuje na bosaka.
Trza w butach.
ZALESIAK
(jąka się)
- Juści prawda. Po sprawiedliwości rzec, że tu we włoskiej
stronie, to jak na sumie w kościele.
ZAWILEC
(nuci)
- Galant po wierzchu, - boso go znać. Na przyszwy ino wiarę
stać.
OGNIEWSKI
(przedrzeźnia Zalesiaka)
- Juści prawda. Po sprawiedliwości rzec, nie zełgać, szlimy
boso, jako dziewki na sumę. Trzewiki na ramieniu, kiej bez swoje
pole, a dopiero pod kościołem - obuwaj się kto żyw!
KOŁOMAŃSKI
- Jako, że nie pasuje zołmierzowi całkiem przez butów.
ZAWILEC
(śpiewa głośniej)
- Od tego wiater srogi, od tego deszcz i grad, żeby
wojackiej bosej nogi nie ostał w obcem polu ślad.
TRZMIEL
- Kto ta miał buty na ramieniu, to miał, a tyś je, bracie,
ino we spaniu widział. Choćby i na polskiej ziemi...
KOŁOMAŃSKI
- Wrócisz się, zołmierz, znowuj buty wojackie zzuj...
BOŚ
- Boso po piachu! Polski, bracie, piach ciepły.
Sprawiedliwie!
ZAWILEC
(śpiewa)
- W ślepie mi patrz, w piersi mi godź! Od przodka patrz na
zołmierza. Pilnuj, gdzie bagnet uderza! Kto ta podeszwę obaczyć
chcesz, - w ślepie mi naprzód chodź!
ZALESIAK
- U naju ta beł, w naszej, mówię, wsi taki rozdołek. Droga
tamtędy akuratnie szła między żytami w dół, a popóźniej znowu
wzgórę. Biała droga, kolejasta, głęboka, na jeden wóz, jako się
patrzy. To jak akuratnie przedeżniwy żyto falami idzie, a tu bławat
nade drogą, macierzanka pachnie bardzo pieknie, - idziewa...
Przepiórki we zbożach pokrzykają raz wraz, bo to nad wieczorkiem, a
rosa padła. Dopiero widać na wzgóreczku het - het - we trzech
jedlach...
OGNIEWSKI
- Już się chłopu gęba rozdygotała, jak kasza w garnku. Wara
ci w kamraty żal cedzić, zołmierza smętkiem psuć!
ZALESIAK
- Słowa powiedzieć nie dadzą! Komuż powiem?
OGNIEWSKI
- Tamtym powiedz! (Wskazuje na bagnety karabinów.) Powiedz
im, niech biją w ścianę niemiecką. Ściana niemiecka między tobą i
twoją drogą. Wiesz teraz?
ZALESIAK
- Już ta on, choć i mój, nie jeden brzuch ozdarł, a ściana
stoi. Mnie uczyć! Jak my w doliny jakiesi, między wielkogóry szli,
rznęlimy się srogo z jakiemisi chłopami, co na nas wyszły z
przepaściów. Szlimy po trupach, jak po snopkach w zapolu. Z każdego
chłopa rzygało wtedy krwie dwa razy tyla co z drugiego człowieka.
Jakisi kwardy naród.
KOŁOMAŃSKI
- A co mówisz, - ścianę niemiecką przebić, - dobrze.
Przebijesz ścianę niemiecką, przyjdziesz w swoje dziedzictwo. I
znowuj pojmie cię karbowy na pańskie, szlufy ci każe odpruć, mundur
wojacki ściągnąć do ostatniego lejbika, rzemienie wojackie zawrze w
komorze, a będzie ci swoim starym rzemieniem plecy orał, jako
ojcom, dziadom, pradziadom.
BOŚ
- Kaj się gdzie smętarze między zbożami bielą, wszędy
przecie ojce leżą, - bity naród.
(Mówią gwałtownie, jeden przez drugiego).
TRZMIEL
- Jakie ta beły króle, jakie ta bez polską ziemię idą teraz
cesarze, - kto ich ta, mocny Boże! - wie i spamięta. A ino zawżdy
tensam beł podstarości i onego tosamo prawo: od zaranku na pańskie
naród gnać, a późnym zmierzchem popuszczać.
ZALESIAK
- Ostały w chałupie ojce. Orzą na pańskiem, sieją, żną.
Przyjdziesz z wojaczki, spytasz się, jak i co... Cóż ci
powiedzą?
KOŁOMAŃSKI
- Odszedł okuman stary, a przyszedł nowy, - sto razy gorszy
pies.
ZALESIAK
- Jak ze samego rania na pańskie wyszturchają, wygonią, och,
- pieknie, panowie kamraty! Skowronki śpiewają, co ino - ino, mgła
ponadrzeczu wstaje w cichości, żyta po niwkach od rosy mokre, kłos
ciężki. Stoją zboża światami...
OGNIEWSKI
(posępnie)
- Żeby się był jasny Naczelnik w błocie nie zarobił pod
Krępą...
ŻMUDA
- A dopieroż, mocny Boże! - śpisz twardo w domostwie, ciemna
noc... Raptem, co się nie dzieje: w okna walą pięściami, we drzwi
burzą! Gwałt na dworze: imieniem cesarskiem rozkazujemy - otwieraj!
Postronki na ręce i na nogi. W kamasze!
ZAWILEC
(szyjąc wciąż)
- Od tego wiater srogi, od tego deszcz i grad, żeby
wojackiej bosej nogi nie ostał w obcem polu ślad.
TRZMIEL
- Kto się na chłopa urodził, chłopem musi ostać, choćby ta
ziemie obszedł, gdzie ino jest jaka ziemia!
BOŚ
- Od pańszczyzny nie odejdziesz żadną, bracie, drogą. Każda
droga prowadzi do tejsamej roboty na pańskiem.
KOŁOMAŃSKI
- Ale ci, bracie, krew z przebitego boku ślacheckim
obyczajem pociecze na wojence dalekiej. Tamtemu, co w domach
siedzi, nie pociecze naszym obyczajem.
TRZMIEL
- Ino zza pazurów, abo spod rzemienia...
OGNIEWSKI
- He, panowie kamraty! - co ta wywspominasz... Widziało się
nie jedno... Jeszcze po tamtej, cesarskiej stronie nad jeziorem my
stali... Dragony szóstego pułku, te w białych płaszczach z czarnemi
piórami, na nas napadły. Zawrzała bitwa niezła. Zleciało ich tam ze
sześciu z kulbaki... Poszli za jezioro!... Zapadła noc. Rozbili
obozy, wojska posnęły wnet. Postawili byli kamrata z naszych stron,
z lubelszczyzny, daleko na pikiecie, samego w polu. Zima, ciemna
noc, wiater gwiżdże, a deszcz siecze, jak rózgą. Stoi mój kamrat, -
a Pakuła się zwał - w szczerem polu. Zeziąbł, skostniał. Cni mu
się, sen go morzy. Co się w płaszcz otuli, na karabinie wesprze, -
jużci, zgoniony w tylich marszach, drzemie stojący. Strach go
oblata, zmory koło niego łażą, czai się złe przed oczami... Naraz -
słyszy: idzie we zmroku nocnym wojsko... Słychać krok wojenny po
błotach, po szuwarach: - raz - raz, - raz - raz! Nastawił się mój
Pakuła, karabin wyachtował, czeka. Idą! Na niego wprost! Coraz
bliżej, coraz bliżej - raz - raz, raz - raz! Jużci wypalił w noc.
Natychmiast szyldwachy poczęły grzać jeden po drugim, jeden po
drugim. Raz za razem - bach, bach, bach... Kanonada. Porwała się
armia na nogi. Pakuła słyszy, że ten glit wojska wciąż na niego
idzie. Przeląkł się, karabin cisnął, wziął wrzeszczeć. Uciekł.
Dopiero przed frontem wojska spamiętał się, stanął. Cóż się nie
pokazuje? Szedł na niego nie nieprzyjaciel, jeno Sardyny,
sprzymierzone cesarskie, patrol nocny. Wzięli mojego Pakułę odrazu
w sąd. Na miejscu w polu gorącem prawem. Poszeptali między sobą w
pięciu, - wyrok: kula w łeb. Ten nic, - stoi. Ino go dygotka
trzęsie, na gębie spokojny. Dopiero wzięły się za nim wstawiać
wyższe Niemce. A to widać, że człowiek przeziąbł, a to, że go
morzysko strzęsło, rozum mu się zepsuł z niespania, ogłupiał po
ciemku. No, - zmiękli. Darowali życie. Ale prawo: bez żywą ulicę!
Wnetki zwlekli z niego mundur, lejbik, koszulę. Jak w portkach
ostał, do piersi mu przystawili kolbę, ręce przywiązali do lufy.
Dwa glity stanęły po nocy z laskowemi kijami. Zołmierz był zły, -
bo to wszystkich obudził, - no to się ta rozgrzał z dygotki wnet! I
sprawiedliwie, - bo jakże? karabin cisnął, - raz, - uciekł, - dwa.
No, niech-że ta jeszcze. Ale jakże można wrzeszczeć? Ze strachu
wrzeszczeć, po nocy wrzeszczeć?
(Szyldwach Chwała wstrzymuje się na miejscu, zwraca w noc i
prezentuje broń. Żołnierze zamilkli. Zwrócili w noc oczy. Czekają.
Wynurza się z mroku i zbliża do ogniska oficer zawinięty w płaszcz
po szyję. Na jego kapeluszu powiewają obfite, białe pióra
adiutanta. Zbliżył się do ogniska i mija je, idąc dalej w
zamyśleniu. Spostrzegł polskie znaki żołnierzy. Na chwilę
przystanął. Żołnierze zerwali się z miejsc, salutują. Gdy oficer
odpowiada, salutując, widać, ie ma na sobie stary mundur polski
majora strzelców z roku 1792, przykrojony do nowej rangi kapitana
piechoty w czwartej lekkiej półbrygadzie. Na jego lewem ramieniu
widać biało-czerwoną szarfę adjutanta naczelnego wodza. Jest to
Józef Sułkowski, dwudziestopięcioletni młodzieniec, prześlicznej
powierzchowności. Mały wąs osłania jego usta. Włosy długie. Dał
znak, żeby żołnierze spoczęli).
SUŁKOWSKI
- Polacy?
ZAWILEC
(stoi boso, wyprostowany)
- Batalion Forestier.
SUŁKOWSKI
- Czy który był w polskiej sprawie?
(Ogniewski, Zawilec, Kołomański, Boś - stoją
wyprostowani).
OGNIEWSKI
- Spod Warszawy, w maciejowickiej batalii.
KOŁOMAŃSKI
- Spod Zieleniec, w ruskie wojska zabrany. Pod Naczelnika,
skoro wieść padła.
BOŚ
- Spod Warszawy, w maciejowickiej batalii.
ZAWILEC
- Melduję pokornie: w reymencie szefostwa Działyńskich w
wojsku litewskiem, za pierwszej wojny.
SUŁKOWSKI
- Jakiej komendy?
ZAWILEC
- Spod majora Wedelstet.
SUŁKOWSKI
- Gdzie byłeś w sprawie ze mną?
ZAWILEC
- Grobla na Zelwie. Przy trzecim moście. A potem tosamo w
nowym batalionie strzelców, jak pan kapitan na szarżę pierwszego
majora...
(Sułkowski podniósł rękę do kapelusza, zawinął się w płaszcz
i odszedł. Żołnierze pytają Zawilca jeden przez drugiego).
TRZMIEL
- Któż to to?
ZALESIAK
- Co to za jeden?
ŻMUDA
- Jak się zwie?
BOŚ
- Jakże mu?
ZAWILEC
- Sułkowski się nazywa. Adjutant najgłówniejszego Bartka.
Wiem ja o nim nie jedno. Powiem wama.
OGNIEWSKI
- Wiem i ja o nim spod Mantui. Do samego Bartka, widać, tędy
poszedł.
(Patrzą za Sułkowskim w noc. Milczą).
KOŁOMAŃSKI
- Jużci prawda. Wzdłuż naszych ognisk poszedł na tamtę
stronę.
ZAWILEC
- Panowie kamraty! Zdrada była między panami polskimi w
naszym narodzie. Zdrada się kryła wszędy, a my nie wiedzieli
nic!
OGNIEWSKI
- Zdrada sprzedała Naczelnika!
ZAWlLEC
- Ten młody, co tu z nami gadał, nie zdradził. Nasza cała
armia litewska miała dziesięć armat lekkiego kalibru przeciw
sześćdziesięciu moskiewskim...
KOŁOMAŃSKI
- Bo zdrada narodem rządziła zawżdy.
TRZMIEL
- Powiadały stare kamraty, że się zdrada kryła wszędy. Krew
z ciebie w ziemię ciecze, a ktoś za twoją krew liczy ruble i trzos
w zanadrze chowa.
BOŚ
- Zdrada jeździła między bitnemi wojskami. Wojska szły
naprzód i wtył, marzły i schły na upale, rznęły się przez błota,
zdychały z głodu, konały z ran, a zdrada w biały dzień na karym
koniu, pod czarnym pióropuszem jeździła w obozie. A gdzie pokazała
buławą, tam wróg kulami siekł. Wiedła wojska tam i nazad, sama
jedna wiedziała gdzie, rzekomo do boju za polską ojczyznę.
OGNIEWSKI
- Polska ojczyzna ociekała od krwi. Paliły się miasta, ze
wsiów sterczały kominy i piecowiska, popiołami wiatr się cieszył w
nagiem polu. Ściskał żołnierz gorący, bojowy karabin, nabijał go
zaklętą kulą. A pańska zdrada kazała podać tył.
ZAWILEC
- Panowie kamraty! Słuchajcie! Dobre słowo wam powiem. Skoro
zdrada moskalom nieświeskie wydała armaty, szedł Fersen w nasze
kraje na Słonim.
A pod Wirtembergiem my uchodzim, uchodzim...
Dopiero nasz generał Zabiełło pchnie przednią straż pod
majorem Wedelstet pod Grodno.
Jęknął most pod naszemi stopami. Nasz most, co go Sokolnicki
zbudował.
Wiara przecie we wojsko wstąpiła.
Pociągnęliśmy w ślepie wrogowi.
Doszły wieści, że się okopuje w Słonimie, że, pono, na
posiłki ma czekać. A sześć mil przed Słonimem - nasza Zelwa! Zelwę
wziąć garścią!
Moskal wyszedł ze słonimskich okopów i pociągnął ku Zelwie.
Jużci słuch: w Jeziornicy, o mil cztery...
Posłał wódz nasz Wedelstet po posiłki. Nie przyszły.
Cztery mil do pierwszego polskiego podjazdu!
Rzeka Zelwa. Za nią miasto. Przez rzekę do miasta grobla
długa. Trzy w niej mosty.
Brody nasze: trzy mosty my wzięli.
Z tamtej strony, wśród miasta, na wzgórzu stanęły armaty.
Baterya, - mocny Boże! - dwie armat.
A wokoło, - panowie kamraty, - jak wzrok sięgnie, jako myśl
zaleci, majątki Potockiego Szczęsnego!
Gdy krok stąpim, stu szpiegów z jego włości do wroga znać
daje. Panowie kamraty, - stu szpiegów znać daje do wroga.
Za tą rzeką, za miastem błonia były dalekie, pastewniki
szerokie. Prosto z grobli wielkie drzewa aleją się ciągną daleką.
Z prawej ręki lasanek.
Tam to siadł nieprzyjaciel.
Musiał Fersen zdobyć brody zelwiańskie, musiał mosty nam
wydrzeć z gardzieli.
Posłał wprost z Dereczyna pięć tysięcy żołnierza.
Wziąć brody!
Z wrzaskiem na nas leciały stadami kozaki.
Kładł się trupem nasz strzelec na błoniu.
Wyszedł major Wedelstet przez mosty na błonia, uderzył w ich
kupy.
Przybiegł człowiek cnotliwy ze Szczęsnego majątków z wieścią
srogą:
Korpus idzie z za borów!
Stanęła nasza jazda w równinie. Garstka młodzi.
W pięciuset towarzysza dał nam major Wedelstet zlecenie:
Zająć mosty na grobli, z lewej strony się zaprzeć w
opłotkach.
Wodza nam dał młodego.
Gołowąs nasz wódz.
Jakbyś piękną dziewczynę w mundur odział wojacki.
Oczy głuche z odwagi. Szpadę wyjął. Kaszkiet na bok
przekrzywił.
Grzeje wiarę, jak rózgą, oczami.
Jużci błyszczy na błoniu nowe kwiecie:
Dziesięć armat postawił najeźdźca w bateryi.
Sześć tysięcy piechura lśni sztykami w pastwiskach.
Wielokrotnie w nas bili bagnetem, kolumnami, w rozsypkę.
Stokroć ścielem kulami onym głuche posłanie na błoniu.
Aż patrzymy: wszystka ich infanterya na ziemię pokotem.
Leżą piersią na trawie.
Kłęby dymu. Ponad nimi w nas kule armatnie.
W nas wszystkie armaty!
Spadły z lawet na ziemię dwa działeczka na wzgórzu.
Trzeszczą przęsła urwane. Skrzypią dyle mostowe.
Jęczą ludzie w konaniu. Krew ścieka po słupach.
W naszą Zelwę krew kapie szparami.
Nasza Zelwa!
Przez sześć godzin nie popuścił nas Sułkowski z pozycyi.
W tyle mostu szpadą zaparł nam drogę.
Krótki szlaban do Polski, młodziku!
Ej, ty wodzu, ty młody!...
Biała gęba dygoce. Czarne oczy goreją.
A przyleciał ze sztabu spieniony adjutant.
Zlazł z konia. Zdjął kapelusz przed onym młodzikiem.
Oddać Zelwę...
Ścisnął zęby Sułkowski. Śmiech straszny na ustach.
Przednie straże dawno w tył już odeszły...
Moskal cofnął się w bory, w potocczyźnie zatonął.
Nakapalimy w wodę krwi szczodrze.
Obronilimy Zelwę!
OGNIEWSKI
- Panowie kamraty! Dobrą on sztukę tosamo pod Mantuą
pokazał, - będzie ta z miesiąc temu.
ŻMUDA
- My z breściańskiego, z za tej okrutnej Peschiery idziemy.
O niczem my nie słyszeli.
OGNlEWSKI - Powiadali nama. Jest pod Mantuą miastem wielki fort,
tak nazwany San-Giorgio. Most go łączy kamienny z onem miastem,
przez bagniste jezioro rzucony. Zamknął się w tej Mantui generał
niemiecki po bitwie pod Bassano. Obległ forty Mantui mały kapral,
ze wszech stron je otoczył. Przez ten fort San-Giorgio i przez most
mantuański miał ci Niemiec połączenie ze światem. No, zaczął
Bonaparte oficerów wyzywać na śmiałka, który się poważy baterye
San-Giorgio odebrać bagnetem. Wystąpił Sułkowski. Dali dwieście
sześćdziesiąt żołnierza, grenadyerów nietrwożnych. Z nimi poszedł
na ów fort San-Giorgio. Poczną Niemcy grzać z fortu wszystkiemi
siłami. Kartaczem. Sułkowski rozdzielił na dwie części swój
oddział. Jedną część wysłał wprost do ataku, a drugą poprowadził
tyłami. Na tyłach fortalicyi jest tam cmentarz na górze. Aleja
cyprysowa wiedzie w mury cmentarza. Cieniem onej alei się wśliznął
w głuchą bramę cmentarną - i zza murów potężnych począł bić w
kanonierów. Kiedy z frontu tamten oddział uderzył, wzięli fort we
dwa ognie. Uciekły kanoniery w nieładzie. Nie zdążyły zagwoździć
ani jednej armaty. Sułkowski dopadł armat niemieckich. Skierował je
w ciągnące od pola posiłki Wurmsera. W popłochu cofnęły się wojska.
Myślały, że to armia francuska całą swoją artyleryą w nich
bije...
(Szyldwach Chwała prezentuje broń. Z mroku nocnego wynurza się
Józef Sułkowski. Żołnierze powstają z miejsc. Oficer zbliżył się do
ogniska. Wyciąga nad niem i grzeje ręce. Wszyscy milczą. Na dany
znak usiedli na swoich miejscach. Sułkowskiemu przysunięto bęben.
Na nim usiadł. Podparłszy głowę rękami, patrzy w ogień. - Długa
cisza).
SUŁKOWSKI
- Chłód...
ZAWILEC
(z uszanowaniem)
- Jako że to i zima.
SUŁKOWSKI
- Płaszcze macie?
ZAWILEC
- Rozmaicie. Trafi się i niezły płaszcz między wiarą.
OGNIEWSKI
- Osobliwie, jeżeli cesarski...
SUŁKOWSKI
- Głodem nie przymieracie?
ZAWILEC
- Rosół oto z kaszą warzymy.
SUŁKOWSKI
- Wszyscyście w plutonie dawne towarzysze broni?
ZAWILEC
- Nie koniecznie. Są i zbiegi cesarskie.
SUŁKOWSKI
- Jakże wam się patrzy w tych krajach?
(Żołnierze spoglądają po sobie, pokasłują, pochrząkują.
Milczą).
OGNIEWSKI
(po długiem wahaniu)
- Niema náma powrotu, który, jako ja, spod czarno-żółtej
chorągwi. Abo rozdeptać, kto ta na drodze, jeżeli chcieć powrotną
drogą, abo tu gębą cudzy piach gryźć. Inaczej niema!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.