Suknia utkana z tajemnic - Agata Sawicka

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Wokół unosił się odurzający, słodki zapach kwiatów. Florentyna przemierzała uliczkę, po której obydwu stronach rosły krzewy kwitnącego bzu. Jej rower w kolorze lawendy, z przymocowanym na kierownicy białym, wiklinowym koszykiem, podskakiwał na wybojach. Ludzie zwykle klęli na te nierówności. Pisali liczne petycje do władz miasteczka, w których domagali się remontu drogi, ale Florka nawet nie zauważała problemu. Z natury nie przejmowała się drobnymi niedogodnościami, lubiła czuć, że żyje, a wiatr we włosach i utrzymanie równowagi na nierównej nawierzchni pozwalały jej się skupić na tym, co tu i teraz. Przywoływały ją do porządku, gdy zagmatwane myśli odpływały w inną stronę. Wdychała zapach bzu, przymykała oczy, gdy uderzał w jej twarz silniejszy podmuch wiatru, i cieszyła się chwilą. Tak po prostu.

Zwolniła na zakręcie i minąwszy księgarnię, zatrzymała się przed mieszczącym się w jej sąsiedztwie salonem sukien ślubnych. Z dumą zerknęła na lawendowy szyld z wyróżniającym się napisem "Suknia Marzeń", a potem przeniosła wzrok na prezentujące się na manekinach za witryną sklepową ślubne kreacje. Nowa kolekcja była jej oczkiem w głowie. Sukienki w stylu lat dwudziestych zachwycały krojem i przywoływały ducha dawnych czasów.

Florka była zakochana w stylu retro. Niezmiernie interesowała się wszystkim, co działo się w Polsce w latach dwudziestych. Babka Klementyna często powtarzała, że dziewczyna powinna była urodzić się w ubiegłym stuleciu, zresztą sama Florentyna również to dostrzegała. Nieraz śmiała się, że Pan Bóg pomylił się i wstawił ją nie w te czasy, co trzeba. Skoro jednak przyszło jej urodzić się u schyłku lat dziewięćdziesiątych, musiała funkcjonować we współczesnym świecie i jedynie zachwycać się dawnymi strojami, sposobem życia ówczesnych ludzi, przedwojennym szykiem i wychowaniem - kindersztubą, jak mawiała ciotka Laurentyna.

Dziewczyna odgarnęła z czoła burzę rudych loków i westchnęła, przywołując się do porządku. Znowu odpłynęła myślami gdzieś daleko, a przecież czekało ją dzisiaj sporo pracy. Martyna już od samego rana działała w salonie, przygotowując wystawę z najnowszą kolekcją. Florka pchnęła drzwi i weszła do środka. Natychmiast odurzył ją zapach lawendy, którą obie z Martyną uwielbiały. Na drewnianej ladzie, za którą mieściło się zaplecze, stały w rzędzie fioletowe zapachowe świeczki, a ich płomienie radośnie igrały z wpadającymi przez witrynę promieniami słońca.

Z zaplecza wyłoniła się Martyna. Jej rozwichrzone włosy i nieobecne spojrzenie świadczyły o tym, że była całkowicie pochłonięta pracą.

- No, jesteś wreszcie! Ogarnęłam już tę wystawę, ale na litość boską, muszę wracać do pracowni. Za godzinę przyjedzie klientka na przymiarkę, a ja muszę przerobić gorset!

- Przepraszam, przepraszam... - Florentyna podeszła do przyjaciółki i przytuliła ją na powitanie. - Wizyta lekarska nieco się przeciągnęła. Pędziłam jak strzała.

- Dobrze, no przecież się nie gniewam. - Martyna odwzajemniła uścisk. - Opowiedz lepiej, co stwierdził doktor Poznański. Ale czekaj, czekaj! - Powstrzymała Florkę gestem dłoni. - Muszę natychmiast wracać do pracowni, więc bądź tak miła i wpadnij tam do mnie, żeby wszystko mi zrelacjonować, dobrze? - Szybkim krokiem pomaszerowała na zaplecze, gdzie znajdowała się jej pracownia krawiecka.

Florka uśmiechnęła się pod nosem. Przyjaźniły się z Martyną od ponad dwudziestu lat, odkąd poznały się w przedszkolu. Florentyna nie bardzo pamiętała początki ich znajomości, Martyna była jednak obecna w jej życiu, odkąd sięgała pamięcią. Razem w przedszkolu, na podwórku, razem w podstawówce, gimnazjum i liceum. Dopiero później ich drogi się rozeszły. Martyna wybrała szkołę policealną, gdzie uczyła się krawiectwa, a Florentyna zdobyła tytuł magistra filologii polskiej. Mimo że przez kilka lat pomieszkiwała w akademiku, a Martyna została w miasteczku, przyjaźń dziewcząt na tym nie ucierpiała. Widywały się często w weekendy, regularnie do siebie dzwoniły i esemesowały. Znały się na tyle długo, że były dla siebie jak siostry.

Florentyna miała zamiar zostać po studiach w stolicy i znaleźć dobrą pracę, najlepiej w jakiejś redakcji, ale stan babci Klementyny się pogorszył. Dziewczyna podjęła wówczas decyzję o porzuceniu własnych planów i powrocie do rodzinnego Turczyna. Niełatwo było jej zrezygnować z obranego życiowego kierunku, ale z perspektywy czasu niczego nie żałowała. Babcia była dla niej najbliższą rodziną, ukochaną osobą, dla której była gotowa na wiele poświęceń. Cieszyła się, że wciąż są sobie tak bliskie. Okazało się, że sprawy zawodowe Florentyny ułożyły się pomyślnie. Niedługo po jej powrocie do miasteczka wynajęły wraz z Martyną lokal na parterze zabytkowej kamienicy w sąsiedztwie rynku i otworzyły sklep z modą ślubną. Mimo początkowych obaw, że w małym miasteczku taki interes nie przetrwa długo, zainwestowały w niego wszystkie swoje oszczędności, a także siły i pomysły. Kreatywność, trud i ciężka praca przyjaciółek zaowocowały znakomitą renomą sklepu, do którego wkrótce zaczęły przyjeżdżać panny młode z coraz odleglejszych miejscowości. Interes rozkwitał, przynosząc zyski i satysfakcję obu właścicielkom.

Florentyna zaparzyła dwie kawy z ekspresu, który zakupiły nie tylko dla własnego użytku, lecz również po to, aby umilać klientkom czas spędzony w ich salonie, i wyciągnęła z torby dwie drożdżówki. Następnie podeszła do Martyny, która w skupieniu pracowała przy maszynie do szycia.

- Z makiem. Twoja ulubiona. - Postawiła na parapecie talerzyk ze smakołykiem i filiżankę kawy.

- Dziękuję, jesteś kochana. - Przyjaciółka uśmiechnęła się przelotnie. - Ale nie przełknę ani kęsa, dopóki tego nie skończę. Ten nieoczekiwany wyjazd do Warszawy na kurs sprawił, że mam potworną obsuwę. Muszę wrzucić trzeci bieg. Zaraz przyjdzie klientka.

- Może mogłabym ci jakoś pomóc? - zaproponowała z troską Florentyna, na co Martyna obrzuciła ją pobłażliwym spojrzeniem.

- Wybacz, ale z twoimi umiejętnościami...

- Tak, tak, nie musisz kończyć. - Dziewczyna się zaśmiała i upiła łyk kawy. - Zdecydowanie lepiej idzie mi praca z klientkami.

- A ja jestem od czarnej roboty. - Martyśka się uśmiechnęła. - Ale idealnie mi to pasuje. Nie chcę cię poganiać, ale opowiedz mi wreszcie, co powiedział lekarz. - Zerknęła na przyjaciółkę znad wielkich oprawek okularów.

Florentyna musiała przyznać, że jeżeli istniał jakiś stereotyp dotyczący krawcowej, Martyśka idealnie się w niego wpisywała. Szczupła aż nadto, z kościstymi dłońmi, czarnymi włosami i równiutko przystrzyżoną grzywką nieustannie pochylała się nad maszyną do szycia. Dziewczyna nie potrafiła sobie wyobrazić, aby przyjaciółka mogła robić w życiu cokolwiek innego.

Florentyna uśmiechnęła się ciepło do własnych myśli i odetchnęła głęboko.

- Lekarz powiedział, że wyniki babci nie są złe, ale niestety ma początek demencji. Nastąpiły nieodwracalne zmiany.

- Biedna babcia Klementyna... - Martyna westchnęła, kręcąc smutno głową. - I dla ciebie to musi być bardzo trudne. - Posłała przyjaciółce pełne współczucia spojrzenie.

- Babcia mnie wychowała. Mam tylko ją, no i ciotkę Laurentynę oczywiście. Obie są dla mnie bardzo ważne, ale chociaż życzyłabym sobie, aby żyły jak najdłużej w najlepszym zdrowiu, wiem, jaka jest rzeczywistość - odparła Florka ze smutkiem i upiła łyk kawy. - Pozostaje mi jedynie się z nią pogodzić i starać się, żeby obie były otoczone opieką i szczęśliwe.

Martyna podniosła wzrok znad maszyny do szycia.

- Jesteś najlepszą wnuczką na świecie. W ogóle masz bardzo dobre serce, Florka. Wszyscy do ciebie lgną. A ja tak bardzo się cieszę, że już za kilka tygodni będziemy nie tylko przyjaciółkami, ale również prawdziwą rodziną.

Uśmiechnęły się do siebie.

***

Po dniu pełnym przymiarek, rozmów z klientkami i wyborów wymarzonych sukien Florentyna porządkowała ślubne kreacje, a Martyna myła podłogi. Zawsze dbały o porządek i dobry klimat swojego salonu. Te cechy oraz uśmiech na twarzy Florki i jej pogodny charakter sprawiały, że nieustannie przybywało klientek.

Tuż przed dziewiętnastą do zamkniętych już drzwi salonu zapukał mężczyzna. Florentyna przekręciła klucz w zamku i przytuliła się do narzeczonego. Mateusz pogładził jej plecy i pocałował ją w czoło.

- Gotowa? - zapytał, zaglądając dziewczynie w oczy.

- Już prawie, potrzebuję chwili - odrzekła z uśmiechem.

- Daj spokój, Florka - odezwała się tymczasem Martyna, zanurzając mopa w wiaderku. - Ja dokończę. Idźcie już. Są rzeczy ważne i ważniejsze. - Mrugnęła do przyjaciółki wymownie i uśmiechnęła się do brata.

Mateusz i Martyna byli bliźniakami. Od zawsze łączyła ich szczególna więź. Oczywiście zdarzały im się kłótnie i nieporozumienia, ale szybko je wyjaśniali. Jedno skoczyłoby za drugim w ogień.

- Nie chciałabym zostawiać ciebie samej z tym wszystkim. Ta suknia musi być wyczyszczona, u dołu jest plamka... - Florka wskazała ręką wiszącą w przymierzalni rozkloszowaną kreację z obszytym koronką gorsetem.

- Poradzę sobie, Florka - zapewniła ją przyjaciółka. - Idźcie już, tort weselny nie może czekać.

- Martyśka ma rację. - Mateusz chwycił narzeczoną za rękę i uśmiechnął się do siostry. - Dziękuję.

***

Kilka minut później wchodzili już do mieszczącej się na jednej z przyrynkowych uliczek cukierni Słodkie Serce. To tutaj byli umówieni na degustację tortów. Pani Janowska, właścicielka cukierni, doskonale znała się na swojej pracy. Pieczenie było dla niej przede wszystkim wielką pasją, w każde swoje przedsięwzięcie angażowała się bez reszty, a bogata wyobraźnia i zmysł estetyczny pozwalały jej tworzyć znane na całą okolicę cukiernicze arcydzieła.

- Witajcie, kochani. - Uśmiechnęła się serdecznie. - Usiądźcie, proszę. - Wskazała ręką okrągły, biały stolik, na którym stały papierowe kubeczki z kremami o różnych smakach. - Napijecie się kawy albo herbaty?

Mateusz i Florka spojrzeli na siebie porozumiewawczo.

- Nie chcemy sprawiać kłopotu, zresztą też mamy coś jeszcze do załatwienia - powiedział Mateusz, odsuwając dla Florki krzesło.

Gdy już rozsiedli się wygodnie, pani Janowska podsunęła im talerz z trzema kawałkami różnych tortowych spodów.

- Pierwszy to tradycyjny biszkopt - oznajmiła. - Kolejny to biszkopt z dodatkiem mąki orzechowej, a do składników ostatniego dołożyłam marcepan. Spróbujcie, który najbardziej wam odpowiada.

Florka musiała przyznać, że każdy z degustowanych wypieków był znakomity, ale najbardziej smakował jej ten z wyrazistą nutą marcepanu.

- Moim zdaniem ten orzechowy jest najlepszy - odpowiedział Mateusz, zerkając na narzeczoną. - Nie przepadam za marcepanem.

- Dobrze, niech będzie orzechowy - zgodziła się Florka. W gruncie rzeczy wszystkie rodzaje biszkoptu bardzo jej smakowały.

- Świetnie, to już mamy załatwione. - Pani Janowska zapisała coś w swoim kajecie. - Teraz kremy. Możecie wybrać dwa. Te są na bazie śmietany. - Wskazała kubeczki z prawej strony stołu. - A pozostałe na budyniu.

Mateusz i Florka z przyjemnością kosztowali słodkie masy. Szybko uzgodnili, że wolą śmietanowe. Były lżejsze i ich zdaniem smaczniejsze. Problem stanowił jednak wybór smaków, bo o ile Mateusz gustował w owocowych, o tyle Florka zdecydowanie wolała czekoladowe. Po krótkiej wymianie zdań ustąpiła. W końcu tort malinowo-waniliowy był wyjątkowo smaczny.

Podpisawszy umowę, narzeczeni wyszli z cukierni i trzymając się za ręce, ruszyli brukowaną, otoczoną zabytkowymi kamienicami uliczką.

- Nie mogę uwierzyć, że już za dwa miesiące nasz ślub - powiedziała Florka, zerkając na Mateusza. Miał czarne włosy jak jego siostra i zielone oczy o intensywnym odcieniu.

- Mi też trudno w to uwierzyć, choć wcale mnie to nie dziwi. - Zaśmiał się. - Planowaliśmy ślub już od dwóch lat, a to, że będziemy razem, wiedziałem chyba, odkąd zatańczyliśmy na klasowej dyskotece w podstawówce.

Znali się od dzieciństwa. Wszyscy troje - Mateusz, Martyna i Florentyna chodzili do tego samego przedszkola, szkoły podstawowej i gimnazjum. Następnie Mateusz wybrał dalszą naukę w technikum informatycznym, a teraz pracował w prężnie rozwijającej się firmie w niedalekim Krakowie, gdzie wynajmował mieszkanie. Ustalili jednak, że po ślubie mężczyzna przeprowadzi się do domu babci Klementyny, ponieważ Florka nie wyobrażała sobie, by zostawić dwie starsze panie, babkę i ciotkę, bez opieki.

- Chociaż pamiętam, że gdy byliśmy mali, nieustannie ci dokuczałem, przezywałem i ciągnąłem za włosy. Zdaje się, że byłem zazdrosny, że Martyśka ciągle się z tobą zadaje zamiast ze mną. Zawsze byłem trochę nieśmiały i niełatwo nawiązywałem znajomości. Tak naprawdę polubiłem cię chyba dopiero na tamtej wycieczce klasowej, gdy wybrałaś mnie do swojej drużyny podczas gry w podchody. No, a potem zatańczyliśmy i przepadłem...

Oboje się roześmiali. Rzeczywiście na początku ich znajomość miała dość burzliwy charakter, ale z biegiem lat początkowa niechęć przerodziła się w szczerą przyjaźń, a później w związek. Florka doskonale pamiętała, gdy Mateusz wziął ją za rękę po raz pierwszy. To było na początku szkoły średniej. Umówili się całą trójką do pizzerii, ale Martyśka źle się poczuła i została w domu. Mateusz i Florka poszli więc sami na pizzę, a potem wybrali się na spacer. Przyjaźnili się od lat, dlatego nie było między nimi żadnego skrępowania. Wesoło dyskutowali na różne tematy, śmiali się, a gdy siedzieli na ławce w parku, chłopak nieoczekiwanie chwycił jej dłoń. W pierwszej chwili prawie ją cofnęła, zaskoczył ją. Utkwiła w oczach Mateusza zdziwione spojrzenie i ujrzała zapytanie i czułość, której nigdy wcześniej u niego nie dostrzegła.

- Florka, ja... Od dawna chciałem to zrobić - wyznał jej wówczas, oblewając się rumieńcem.

Nie wiedziała, jak zareagować. Mateusz był jej przyjacielem, traktowała go jak brata! A ten jeden gest komplikował ich dotychczasową relację. Nigdy wcześniej nie spojrzała na Mateusza w ten sposób, zresztą nie w głowie jej były jeszcze związki. Ale tamtego wieczoru, gdy patrzył jej w oczy z tak wielką nadzieją i nieomal kurczowo trzymał jej dłoń, nie potrafiła go odrzucić. Zresztą nie chciała tego robić. Zależało jej na nim, na ich przyjaźni...

- Nie wiem, czy potrafię... - wyszeptała wówczas.

- Ale możemy spróbować - odparł, nie spuszczając z niej spojrzenia. - Dasz mi szansę?

Pomimo początkowych obaw okazało się, że są świetnie dobrani. Może i nie czuła motyli w brzuchu i ekscytacji związanych z kolejnymi randkami, bo znali się od lat, ale ceniła emocjonalny spokój, stałość i bezpieczeństwo, jakie dawał jej związek z Mateuszem. Wielokrotnie śmiali się, że są jak stare, dobre małżeństwo, choć nie byli jeszcze nawet zaręczeni. Doskonale się rozumieli, znali się jak łyse konie i oboje patrzyli w tym samym kierunku. Czy mogła sobie wymarzyć lepszego kandydata na męża?