[1980]
Była tam przez cały czas, czekała w ukryciu. Ukazała się dopiero wtedy,
kiedy go zabrakło. Nie mogłam jej rozpoznać, bo nigdy wcześniej jej nie
widziałam. Znałam tylko fragmenty, dlatego potrzebowałam czasu. Mijałam
ją wiele razy, nie podejrzewając, na co patrzę. Wszystko wokół wyglądało
inaczej. I nagle w tej obcej całości odnalazłam swoją część. Wysiadłam
na najbliższym przystanku i musiałam się cofnąć. Była brzydka i poraniona, a jej wielkość mnie przygniatała. Nie mogłam jednak oderwać
wzroku, jakaś niepokojąca siła kazała mi patrzeć. Tylko niektóre części
znałam bardzo dobrze, aż do najmniejszego szczegółu. Inne pozostawały w ukryciu, na granicy domysłu i fantazji. Istnienia pozostałych nawet się
nie domyślałam. Dopiero zniszczenie wydobyło je na jaw, zestawiając obok
siebie elementy, których wcześniej nie można było porównać. Ich
nieoczekiwane sąsiadowanie tworzyło zagadkową tkaninę, jakby ktoś
pozszywał rudym ściegiem znane kawałki znoszonej odzieży w jedną
narzutę. Powoli odkrywałam jej ciche piękno.
Musiałam stać w bezruchu dłuższą chwilę, gdyż podszedł do mnie młody
mężczyzna i jak student medycyny zapytał z troską, czy wszystko w porządku. Dziękuję, nic mi nie jest, odparłam, tylko się przyglądam,
dodałam. To go jednak nie uspokoiło, gdyż podał mi ramię i podprowadził
do sterty desek, leżących na skraju chodnika, pozostałość po remoncie, a ja poddałam się tej łagodnej perswazji kogoś, kto bardzo chce naprawiać
świat wokół i jeszcze nie wie, że to niemożliwe. To wprawdzie nie ławka,
ale lepiej, żeby pani tu usiadła, powiedział, nigdy nic nie wiadomo,
nigdy nic nie wiadomo, zgodziłam się z nim i usiadłam, a on postał
jeszcze chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć, aż odszedł, odwracając się
jeszcze, zanim zniknął za zakrętem.
Co sobie pomyślał? Stara, nieruchoma kobieta, patrząca z zachwytem i lękiem na odrapaną ruinę, musiała go zaniepokoić. Nieruchomi ludzie są
jak wyrwani z czasu i chwilowo martwi. Czy chciał zapytać, na co tak
patrzę. Czy powstrzymał się, bo obawiał się odpowiedzi? Może przeczuwał
sprawy, o które lepiej nie pytać, gdyż może się okazać, że rzeczywistość
pełna jest szczelin i przesmyków do innych, niedostępnych światów. A tego student medycyny nie potrzebuje. Niepotrzebnie się obawiał, nie
miałam dla niego żadnej opowieści.
Nie było mnie tu, kiedy ją wydobywano. Najpierw przyjechały spychacze i koparki, wielkie jak dinozaury. Tyle widziałam, potem teren ogrodzono,
ulicę zamknięto, porobiono objazdy, jakby komuś zależało, żeby nikt tego
nie oglądał. Życie wraz z tramwajami i autobusami popłynęło więc nowymi
arteriami, a ja wraz z nim. Dlatego mogę sobie tylko wyobrażać, jak to
wyglądało. Dom wtedy od dawna nie był już sobą. Latami niszczał, pusty i splądrowany, urzędniczą decyzją skazany na zagładę. Lokatorów
wysiedlono, zabito drzwi i okna deskami, dano ostrzeżenia, że grozi
zawaleniem. Przez zapadły dach sączyły się strugi deszczu, zalewając
kolejne piętra, a w gnijących, rozpulchnionych podłogach kiełkowały
młode drzewka. Drobni łupieżcy wyłamali zabezpieczenia i wynieśli to, co
jeszcze zostało do wyniesienia. Pewnie zerwali deski z podłóg i przygarnęli porzucone, nieprzydatne do niczego sprzęty. Może poczuli się
jak na wojnie, kiedy tyle rzeczy wokół przestało być cudzych i stało się
niczyimi; zwłaszcza tu. Co mogło zostać z ich rabunkowych wypraw? Nie
musieli nawet czekać na noc, wyruszali w biały dzień, dumnie prezentując
swoje zdezelowane trofea okolicznym mieszkańcom. To była dzielnica
starych kobiet, wysiadujących w oknach i rejestrujących każde poruszenie
świata w asyście małych, otyłych piesków, poszczekujących na każdego
przechodnia. Jakie skarby mogli napotkać spóźnieni zdobywcy? Kulawe
szafki i obite garnki, stare gazety i sukienki, których nie warto już
cerować, i płaszcze, których nie można już przenicować. W ruinie czekały
ich tylko rzeczy porzucone celowo, a nie zgubione przypadkiem, może
nawet porzucone przez dawniejszych odkrywców, cała ta zbędna materia,
która narasta w ludzkich mieszkaniach, przejmując swoją masą władzę nad
lokatorami. Może gdzieś w szczelinach zawieruszyła się moneta lub
koralik, może w kłębach kurzu w kącie po wyniesionej szafie zapodziała
się srebrna łyżeczka, która lata temu spadła ze stołu, ktoś ją przez
przypadek kopnął i utonęła w miękkiej otulinie, może poszukiwaczy
skarbów przyciągała nadzieja, że w tym rumowisku rzeczy zepsutych oraz
śmieci znajdzie się coś przeoczonego i wartościowego. A może nikt nie
łupił, tylko zakradali się tam nastolatkowie, wracający z pobliskiej
podstawówki, żeby pić w ukryciu tanie wino, całować się wśród gruzu i zielska lub wsunąć chłodną dłoń pod dziewczęcą bluzkę i dotknąć po raz
pierwszy nieznanego, miękkiego ciepła.
Wyobraziłam sobie, jak to się stało. Po prostu przyszli i odkroili go
jak piętkę z chleba, zostawiając resztę bochenka i okruszyny. Ale wiem,
że musiało być zupełnie inaczej. Kiedy rozpoczęto rozbiórkę, najpierw
weszli ludzie z kilofami i młotami. Tony materii spadały na podwórko, a ciężarówki od rana do wieczora wywoziły gruz i stare drewno, rozbite
szkło chrzęściło pod stopami. A potem wjechały ciężkie maszyny, by
wymazać budynek z przestrzeni. Czyż ludzie nie robią tak samo,
zacierając ślady swych przemian? Usuwają spychaczami ruiny porzuconych
domów. Zasypano rany i szczeliny, wyrównano teren i posiano trawę;
zarosło i zakryło.
I gdyby nie ona, nikt by się nie domyślił, że kiedyś stał tu dom. Ale ją
zostawili. Może komuś spodobało się, że wygląda jak mozaika, a może
otynkowanie budynku uznano za zbyt kosztowne. A może przedsiębiorstwo
remontowe było potrzebne na innym, ważniejszym odcinku budowania
socjalizmu i postępu, więc zabrano ryczący sprzęt i o niej zapomniano,
zostawiając na długie lata ślad porażki nowej rzeczywistości,
prowizorycznej i niegotowej zresztą, niezdolnej, by doprowadzić do końca
to, co kiedyś zaczęto. I tak została, wystawiona na widok. Ludzie w tramwajach patrzyli na nią obojętnie, barwne prostokąty nic im nie
mówiły, do niczego nie odsyłały. Może komuś przypomniały się
bombardowania i powojenne rumowiska. A może ktoś jadący tą trasą po raz
pierwszy do nowych osiedli, wznoszonych na krańcach świata, pomyślał, że
ona naprawdę pamięta czasy wojny, że jest niezabliźnioną raną albo
blizną miejskiej tkanki, pozostawioną jako świadectwo i cichy krzyk
tych, którzy nie mogą już krzyczeć. Nie można było jej nie zauważyć, nie
była szara i tym samym odcinała się od złogów szarości, które przesuwały
się za oknami tramwaju. Swoją spłukaną i wyblakłą kolorowością rozrywała
bezbarwne dekoracje świata. Odkąd przywrócono ruch i tramwaje popłynęły
nową trasą, musiałam ją mijać wiele razy. Czekała.
Najpierw rozpoznałam własny pokój. Prostokąt ciemnej zieleni i biały
pasek pod sufitem. Narysowany kurzem obrys trzydrzwiowej szafy, w tej
ramie intensywniejszy kolor. Tyle lat spędziłam w tej zieleni, nie
chciałam zmiany koloru, kiedy okazało się, że takiej farby nie ma już w sklepach. Tu zamykałam się i odpoczywałam, tu miałam swoje miejsce do
znikania. Zaraz obok kuchnia, niebieska farba i pas popękanych białych
flizów. Bez szafek powyżej i poniżej tracił sens, jakby ktoś zamierzał
pokryć płytkami całą ścianę, ale rozmyślił się i stracił zapał. Ślady po
wyrwanym zlewie i resztki kanalizacji. Pod sufitem smuga sadzy w miejscu
komina. Zaczęłam od mojego pokoju, ale się zgubiłam. Przecież nie było
przejścia do kuchni, należało wyjść do przedpokoju, który zakręcał,
minąć szafę i dopiero potem do kuchni. Potrzebowałam wielu kroków, żeby
tam dojść. A tu były tak blisko siebie, przedzielone tylko rdzawą
pionową kreską. Zaczęłam skakać oczami po kolorowych prostokątach jak po
szachownicy. Nic się nie zgadzało, jakby ktoś wszystko poprzestawiał.
Miałam wrażenie, że ktoś zrobił ściankę z drewnianych klocków o wielu
barwach, a później zburzył i chciał odbudować, ale w pośpiechu poukładał
je w innej kolejności, mieszając górę z dołem i lewą stronę z prawą.
Inaczej to zapamiętałam, ale przecież nie mogłam tego zapamiętać, bo
nigdy nie było tej ściany, były tylko pokoje, korytarze i drzwi, były
przejścia i schody, wszystko było inaczej, i dlatego układało w głowie
inną mapę. Teraz zobaczyłam, jak było naprawdę, choć ta prawda była
kłamstwem. Przestraszyłam się jej ogółu, jej bezwzględnej całości, która
trwała niezmiennie w ukryciu, jakby czekając na właściwą chwilę, by mnie
zaskoczyć. Co chwila odkrywałam coś nowego, nie wiedziałam, że sypialnia
sąsiadki znajdowała się tuż nad moim pokojem, sądziłam, że nieco z boku.
Przede mną była ściana, kłamała albo zmyślała, a ja powoli traciłam całą
swoją pewność. Czy moja prawda jest ważniejsza? Postanowiłam porzucić
całość i odkrywać znane szczegóły.
Tam wisiał obraz, tu stała biblioteczka, a pod trzepoczącą teraz na
wietrze, trzymającą się na ostatnich gwoździach matą z kolorowych słomek
było kiedyś łóżko. Dawne pomieszczenia nie były pomieszczeniami, niczego
nie mogły pomieścić, miały tylko jedną ścianę, oddzieloną od sąsiednich
grubymi liniami z pokruszonych cegieł. W miejscu stropów zostały tylko
wyrwy po belkach, czasem strzęp jakby wrośniętego w drewno linoleum.
Brudna biel, zieleń, żółć, morela, błękit, wszystko brudne, spłukane
wspomnienia kolorów, zdarta tapeta, zerwany tynk, pleśń.
Ściana wyglądała jak atlas chorób skóry. Liszaje i egzemy, łuszczyce i krosty, przebarwienia. W głowie wznosiłam na nowo dom, który do niej
przylegał. Łączyłam barwne prostokąty w lokale, oddzielałam od klatki
schodowej i przewodów kominowych. Przypominałam sobie nazwiska sąsiadów,
ich twarze, mowę, zacięte milczenie. W niektórych mieszkaniach bywałam
często, w innych może raz, dwa razy. U lutnika na ostatnim piętrze, pod
samym dachem, nigdy. Co chwila błądziłam i gubiłam się w tej
niewidzialnej przestrzeni. Miałam wszak przed oczami tylko jedną ścianę.
Nie wszystkie pokoje przylegały przecież do sąsiedniego budynku. A tylko
tyle zostało. Wyobraziłam sobie, że z opłakanego deszczami muru
wyrastają ku mnie podłogi i ściany, a w nich drzwi, łączące
pomieszczenia. Pośrodku zaczyna się kręcić klatka schodowa, szkielet
budynku i jego główny trakt. Wypełniłam tę widmową przestrzeń meblami.
Tu stała wersalka, a tam stół i krzesła, stare, wysiedziane, każde z innego kompletu. Tam, gdzie ten jaśniejszy prostokąt, wisiał obraz. Co
na nim było? Leśna droga, Jezus, wzburzone morze miotające kruchą
łódeczką? Wydawało mi się nawet, że potrafię dostrzec gwóźdź, wbity w ścianę dekady temu.
Nie od razu wstałam i podeszłam. Szachownica różnobarwnych prostokątów
napawała mnie niezrozumiałym lękiem. Może obawiałam się, że zniknie,
kiedy się zbliżę. A może bałam się, że pozostanie i przemówi do mnie
mocniej, opowiadając wszystkie historie, które rozegrały się na tle tych
ścian, zapisane jak na błonie fotograficznej? Wreszcie ruszyłam, przez
młody trawnik, rozglądając się, czy zatroskany student medycyny nie
obserwuje mnie z ukrycia. Ale byłam sama. Nieliczni przechodnie mijali
mnie, niezainteresowani ani moim bezruchem, ani ruchem w stronę ruiny.
Nagle coś mnie powstrzymało. Zawróciłam, ruszyłam na przystanek i następnym tramwajem wróciłam do domu, w miejsce, gdzie nigdy nie będę u siebie. Jak długo stałam naprzeciw ściany? Dziś nie potrafię powiedzieć.
Wtedy, pierwszego dnia, coś mnie powstrzymało, ale wracałam tam
codziennie. Siadałam na stercie desek, najpierw udając, że czytam
książkę. I tylko wówczas, kiedy nikogo w pobliżu nie było, podnosiłam
głowę i wpatrywałam się w szachownicę, skacząc wzrokiem po różnobarwnych
polach. Jakby jakikolwiek kontakt ze ścianą był czymś wstydliwym, co
można robić tylko w sekrecie, zagryzając wargi i wstrzymując
przyspieszony oddech, a czego zarazem nie daje się ukryć, bo obnażone
wyburzeniem ściany są wydane na pastwę wszystkich.
Zajęło mi trochę czasu, aż byłam gotowa odłożyć książkę i przestać
udawać, że jestem tu z jakiegoś innego powodu niż sama ściana.
Bezwstydnie wbijałam w nią wzrok, nie przejmując się, że dla kogoś
obserwującego mnie takie zachowanie może być dziwne. Stara kobieta,
która codziennie, czasem nawet dwa razy, siada na stercie desek i wpatruje się w odrapany mur. Ale nikt mnie nie podglądał, bo byłam
niewidzialna, nikt nie patrzy na stare kobiety, dopóki cicho siedzą na
swoim miejscu. A deski były moją ławką, moim miejscem, choć postawiono
ją tam już po wyburzeniu domu. Czasem przysiadło jakieś dziecko, ale
szybko podrywało się i biegło dalej, jakby przebywanie z nieruchomą
osobą dłużej niż kilka sekund mogło przynieść nieszczęście lub nieznaną
chorobę, która przenosi się na odległość w powietrzu i wnika w nierozważne ciało, zatruwając krew i myśli. Matki z wózkami też chciały
przysiąść, zaciskały zęby i mijały mnie, przyspieszając, miotając
złowrogie spojrzenia i dając znać, że zajęłam ich miejsce, że im się
bardziej należy, po nieprzespanej nocy, po mękach karmienia piersią.
Czasem stawały niedaleko, ruszając wózkiem w przód i w tył, wysyłając
tym jednoznaczne sygnały, że czekają, że ja już się nasiedziałam, że nie
można tak blokować, a ja tylko uśmiechałam się łagodnie i siedziałam
nadal, i blokowałam, grożąc swym bezruchem, że w każdej chwili mogę tu
umrzeć, że w gruncie rzeczy usiadłam tu, aby umrzeć, więc zawracały i przeklinając pod nosem, szukały innych miejsc do gniazdowania.
Wiele razy chciałam tam podejść i po kilku dniach zrozumiałam swój
strach, jeśli w ogóle strach można zrozumieć, a nie tylko przeżyć,
poddając mu się bez szans na wygraną. Oszałamiająca i przytłaczająca
całość tej ściany musiała nieuchronnie zniknąć, gdybym się zbliżyła. Jej
obrys rozmyłby mi się przed oczami i pozostałyby tylko szczegóły. Te,
które pamiętałam, i te, które powstały jako efekt wyburzenia. Zbliżając
się zatem, oddaliłabym się od niej i zanurzyła w to, co mówią resztki
tapet i gwoździe wbite w ścianę. Dlatego wolałam spoglądać z dystansu,
tylko wyobrażając sobie to, co niewidoczne.
Ściana przypominała domek dla lalek, który pozbawiony jest przedniej
ściany, żeby dziewczynki mogły w każdej chwili przestawić małe mebelki i lalki umieszczone pomiędzy nimi, popędzane potrzebą ciągłej zmiany i niegotowości, jakby ich zabawy polegały tylko na przygotowywaniu
scenografii do zabaw. Wyobrażałam sobie dom pełen żywych ludzi,
prowadzących swoje zwyczajne życie, ale pozbawiony jednej ściany w taki
sposób, by mieszkańcy o tym nie wiedzieli. Nadal siadaliby do stołu,
rozmawiali i kłócili się, rozbierali i ubierali, dotykali swoich ciał,
zupełnie nieświadomi obecności obserwatora. Siedząc naprzeciw kolorowej
ściany, właśnie to robiłam w wyobraźni, dorysowywałam do fragmentów
mieszkań wszystko to, co wyburzone, meblowałam je, jak małe dziecko, i zaludniałam osobami, których już nie ma.
Zazwyczaj przysiadałam na deskach. Ale wtedy nie mogłam z odległości
kilku metrów objąć wzrokiem całej ściany. Byłam zbyt blisko i zarazem
zbyt daleko, by dostrzec szczegóły. Dlatego krążyłam. Wysiadałam i szłam
pod ścianę, a potem nawracałam przejściem podziemnym na drugą stronę
ulicy, do ślepego końca Lwowskiej, skąd widziałam zarys budynku i przestrzeń Placu Zgody. Warczały samochody, terkotały tramwaje, a ja
patrzyłam. Potem znów do przejścia, by przysiąść i być bliżej. Pewnego
dnia, idąc z przystanku, nie przysiadłam, tylko minęłam deski i ruszyłam
przez trawnik prosto na nią, jakbym bała się, że jeśli się tylko
zatrzymam, to z pewnością zawrócę i znów znieruchomieję naprzeciw, a przecież zbyt długo przebywałam już naprzeciw, w odległości i bezpiecznym dystansie, który pozwalał mi udawać, że ściana wcale mnie
nie obchodzi, że tylko przysiadłam, bo deski, mimo drzazg, służą właśnie
do przysiadania. Obcasy zapadły się w miękką ziemię, jeszcze niezwiązaną
korzeniami młodej trawy, trawnik nie był trawnikiem, tylko projektem
trawnika, czworobokiem nawiezionej gleby, z której nieśmiało przebijały
się pojedyncze źdźbła. Tylko ja wiedziałam, że stoję na fundamentach,
których obrys skrzętnie ukryto, część musieli nakryć ulicą; że pod moimi
stopami jest zasypana piwnica, a może pozostawiona jak była, pełna
pustych komórek, w których zastygło uwięzione powietrze. Ludzie mijali
mnie, nie przeczuwając nawet, że pod nimi kiedyś leżały pryzmy węgla,
kiełkujące w ciemności ziemniaki, pokryte pajęczyną słoiki z przetworami, zardzewiałe rowery i wyleżane materace, które żal wyrzucić.
Wreszcie stanęłam przed ścianą, mając podłogę parteru na wysokości pasa.
W czyim mieszkaniu jestem? Pod dwójką, na prawo od schodów. Lokatorzy
ciągle się tu zmieniali, kolejne dozorczynie z płaczącymi dziećmi. Chyba
nigdy w nim nie byłam, sprawy załatwiałam na progu, gospodarze
zastawiali sobą wejście, a ja nie miałam ochoty, by wchodzić głębiej, w ten płacz i niepokój. To musiał być pokój dzieci. Na ścianie resztki
zdartej tapety i skrzepy kleju. A pod nimi mały, narysowany ołówkiem
świat. Domki i drzewa, ulice z tramwajami i samochodami, wóz ciągnięty
przez konia, pełen starych mebli. Co jakiś czas kościelna wieża.
Wszędzie pełno ludzi, a ponad dachami ptaki. Wyobrażam sobie, jak
dziecko, wieczorami, przy słabej żarówce, dorysowuje kolejne kwartały i dzielnice, jak pracuje nad każdym oknem, dachówką, doniczką na
parapecie. Szkic musiał powstawać przez wiele dni, może nawet tygodni.
Kiedy rodzice się zorientowali? Czy mały rysownik dostał lanie, czy może
pozwolono mu rozwijać tę wyśnioną panoramę? A może darowano mu, bo i tak
czekano na remont i w pierwszym dogodnym momencie malowidło zostało
zalepione tapetą? A może młody twórca stworzył tę rozległą panoramę w czasie długiej choroby, wyrwany ze szkoły i codziennych obowiązków,
przerywając pracę, gdy miał atak kaszlu lub nawrót uporczywej gorączki,
rozsnuwającej majaki. Próbowałam ustalić, która z tych umorusanych
twarzy, mijanych na schodach i na podwórku, należała do twórcy tego
szarego miasta, ale bez skutku. Zresztą skąd miałam to wiedzieć teraz,
skoro o malowanym mieście nic nie wiedziałam wtedy? Dzieci były tak
podobne do siebie i nic nie wyróżniało w tej hałaśliwej grupie
wrażliwego twórcy. Gdzie jest teraz to dziecko, które musiało zużyć
wiele ołówków, by pokryć całą ścianę swoim rysunkiem? Myślę, że to była
dziewczynka. Dziewczynka z bujną wyobraźnią, główka, w której mieściło
się wiele miast i światów. Mogła być jak Klara.
Miasto na ścianie jest niepełne, czas rozpoczął już swoją pracę. Z lewej
strony u dołu oderwał się wielki płat farby. Czy cały pokryty był
rysunkami? Budynki i ulice urywają się na granicy uskoku, ostatni wagon
pociągu znika jak w tunelu, ta historia nie zostanie już opowiedziana do
końca. Spod wyrwy wychodzą na jaw minione kolory ściany, błękit,
seledyn, znowu biel, tym razem we wzorek nanoszony wałkiem, wreszcie są
cegły. Spękana powierzchnia tworzy mozaikę, epoki nakładają się na
siebie, sąsiadują, jak siedem warstw dawnej Troi. Każda z tych ścian
miała własnych lokatorów, którzy wbijali w nią gwoździe, zastawiali
meblami, brudzili kroplami kawy, obijali podczas przemeblowań, każda
pokrywała się kurzem, szarzała, może pękała, wreszcie ukrywała się pod
kolejną warstwą. Za niedługo spłynie wszystko, wszystko spływa.
Mieszkałam w tym domu, mieszkaliśmy tu tyle lat. Ale ten dom wyburzono.
Może więc lepiej mówić o nim "tamten". Tamten dom, tamten czas. Tu nic
nie ma, tu stoję na trawniku, tu jest tylko ściana. Brudne prostokąty,
poznaczone ceglanymi bliznami. Tyle z niego zostało.
Mieszkaliśmy tu wiele lat, życie spokojne i ciche, manifest szarości.
Nie warto o nim nawet opowiadać, nikogo nie zainteresuje. Mnie samej nie
interesuje, choć było moje. Przez całe życie robiłam rzeczy zwyczajne i mało ciekawe, takie, których sama nie pamiętam po latach, a ich ciągłe
powtarzanie potrafiło zmienić czas w monotonny strumień. O takich
rzeczach nie opowiada się historii, nie przyciągają niczyjej uwagi, bo
przydarzają się każdemu, ale przecież z nich składa się życie. Szare
epizody, mozolnie nizane na nitkę, bezbarwne paciorki, podobne jeden do
drugiego. Budzenie się i ziewanie; wychodzenie spod kołdry i ubieranie
szlafroka; człapanie do łazienki; sikanie i mycie zębów; nastawianie
wody w czajniku i parzenie herbaty; budzenie dziecka do szkoły;
przygotowywanie śniadania; przygotowywanie drugiego śniadania; zakupy;
gotowanie i tak dalej, i dalej, aż do zmierzchu, do końca dnia, by
zasnąć i rano zacząć na nowo tę samą drogę, dreptanie w miejscu, w kółko, powrót po swoich śladach. Kolejne dni oddzielone nocami bez snów,
strumienie czasu zlewające się w jedną szarą rzekę.
Tak wygląda nasze życie, ale czy ktoś chce o tym słuchać. Wolimy się
oszukiwać, że jest inaczej, że bywa, że może być, że przynajmniej
niektórym się coś przydarza. Czytamy więc wspaniałe biografie wybitnych
ludzi, które zostały wyciśnięte, usunięto w z nich wszystkie szare
epizody, zostawiając same zakręty i spiętrzenia. Przewracamy kartki z zazdrością, ale przecież czujemy, że w tych sensacyjnych zwrotach akcji
pominięto wszystko to, co wypełnia każde życie, nie tylko nasze i powszednie. Inni mówią, to wydarzyło się po pożarze domu, to przed
wypadkiem, a tamto, zanim umarła. A co ja mam powiedzieć, to przydarzyło
mi się, gdy był krupnik, a tamto, kiedy była zalewajka, ileż krupników i zalewajek ugotowałam! W pożarach i śmierciach jest coś niecodziennego,
co rozdziela epoki. Codzienne obowiązki i nieznośne rytuały przytłaczają
swoją nierozróżnialnością. Może właśnie o to w nich chodzi, żeby
ukołysać nas monotonną i bezpieczną powtarzalnością. Ale zarazem nasze
wypełnione nimi życie jawi się jako nieistotne. A przecież nie chcemy,
żeby takie było, za wszelką cenę dostrzegamy w nim jakiś sens, jakąś,
choćby najmniejszą, wagę. Dlaczego? Dlaczego chcemy być istotni, choćby
tylko dla siebie lub najbliższych osób? Czy w nieistotności nie kryje
się zarazem obietnica bezpieczeństwa i szczęścia? Spokój, który
przynosi, to ulokowanie życia na marginesach ludzkich dramatów. Czy w tej powszechności i nieważności nie kryje się najgłębsza prawda o życiu?
A jeśli tak, to pełne przygód opowieści są kłamstwem, tym kłamstwem
oszukują najpierw swoich autorów, a potem słuchaczy. Czy to jednak
znaczy, że trzeba opowiadać o tej nudzie epizodów? Czy może raczej, że
trzeba zamilknąć i słuchać tych, którym przydarzyło się coś istotnego?
Może na tym polega melancholia wszystkich zwykłych żyć; nigdy nie
zostaną opowiedziane.
Mieszkaliśmy tu przez wiele szarych, dobrych lat. Chowałam się w tej
szarości i nie zazdrościłam. Nie zazdrościłam niczego. Ani namiętnych
romansów i zdrad, ani wojennych przygód. O wojennych przygodach mogą
mówić tylko ci, którzy ich nie przeżyli. Ci naprawdę doświadczeni nie
nazwą ich przygodami. Krew, śluz, ślina i pot w końcu wysychają, ropa
wycieka i nie zostaje nic. Nie zazdrościłam. Dlatego ze swej zwyczajnej
monotonii patrzyłam na innych ludzi i odgradzałam się od ich dramatów.
Nie wpuszczałam tych historii do naszego domu, a kiedy odwiedzali nas ci
inni ludzie, co zdarzało się rzadko, starannie po nich sprzątałam. Nie
chciałam ich barwnych żyć, które czasem przynosili, bo ludzie lubią
dzielić się barwnością, nawet zmyśloną. Nie chciałam ich, nie u siebie.
Mieliśmy za to schludne mieszkanie, ładne meble i kwiaty. Kolory mogłam
mieć tylko na ścianach. Dlatego tylko uchylałam drzwi, dzień dobry, do
widzenia. Na tym polega dobre sąsiadowanie.
Jechałam Starowiślną, potem przez Wisłę i w dół nową ulicą, za każdym
razem mnie to zaskakuje, liczę, że tramwaj skręci w Lwowską, jak zawsze,
a on prosto, i boję się, że wypadł z torów, ale tylko przez sekundę, bo
po chwili wszystko wraca, przecież nowa trasa, wszystko nowe, więc
jechałam Starowiślną i myślałam, dlaczego nigdy nie nazwałam jej
Bohaterów Stalingradu, poza tym, że Stalin i Sowieci, dlaczego zawsze
Starowiślna? Lubię tę nazwę, odsyła do czegoś, czego nie ma. Często
wyobrażam sobie tę starą Wisłę, która płynie w wąwozie ulicy, między
kamienicami, jak w Wenecji, a potem wpada do głównego nurtu, który jest
teraz niżej, więc wyobrażam sobie wodospad, który opada z hukiem, i nawet tęczę nad wodospadem, którą światło wydobywa z mgiełki tańczących
w powietrzu kropel. Nazwa ulicy jest pamięcią po rzece, której nie ma,
tak bardzo nie ma, że nie ma już nawet samej nazwy, i są Bohaterowie
Stalingradu, którzy zginęli, i też ich nie ma, więc jechałam
Starowiślną, potem przez rzekę i w dół, po Na Zjeździe, przez Plac
Zgody, też zmienili mu nazwę na Bohaterów, żeby przypominała, choć
bohaterowie, którzy ocaleli, pamiętają właśnie tę starą, a najstarsi
mieszkańcy i tak mówili jeszcze Mały Rynek albo Świński Targ. Czy
Niezgoda nie jest matką Zapomnienia? Jechałam i odwracałam głowę, jakbym
nie chciała zobaczyć wyrwy po domu, który odcięli, więc patrzyłam w drugą stronę albo czytałam, czytanie pomaga w wielu sprawach. Nie
chciałam wspomnień czy nie chciałam braku wspomnień? Nie wiem, ale nie
patrzyłam.
Nowa Na Zjeździe jest przedłużeniem Starowiślnej, nową starą Wisłą,
którą przeciekają tylko suche strugi tramwajów i samochodów. Nie obyło
się bez ofiar, Józefińska i Lwowska są jak odcięte starorzecza, już
niepotrzebne, skazane na zarastanie tatarakiem i sitowiem, na powolne
zamulanie.
Dobrze nam tu było we troje. Kochaliśmy się z Gienkiem miłością
spokojną, która nie potrzebuje wielu słów, bo rozgrywa się w gestach i spojrzeniach, w ciepłej bliskości. Kochaliśmy Klarę, jakby była jedynym
dzieckiem na świecie. Codziennie rano wstawałam i budziłam córkę, której
wystarczył tylko szept, tylko uchylenie drzwi, by powiedzieć: już
wstaję, mamo. Nigdy nie musiałam szarpać i dobudzać, poganiać i grozić,
Klara spała jak zwierzątko, zawsze czujne, dzień dobry, mamo, już
wstaję. Wstawiałam wodę w czajniku i słuchałam, jak Gienek gwiżdże przy
goleniu, zawsze gwizdał przedwojenne tanga, które zapamiętał źle i niedokładnie, ale które brzmiały nawet lepiej niż w oryginale.
Wyobrażałam sobie, jak naciera twarz wodą kolońską, słyszałam, jak
klepie się po policzkach, a później, dalej gwiżdżąc, zapina białą
koszulę i wiąże krawat, patrząc w lustro z tą ufnością, na którą stać
tylko mężczyzn. Wychodził z łazienki ubrany, roznosił zapach na całe
mieszkanie, a ja smarowałam mu rogaliki miodem i podawałam herbatę. W tym czasie przychodziła Klara, stawiała w przedpokoju tornister,
spakowany już od wieczora, i zjadała owsiankę, a ja czekałam, aż wyjdą,
i dopiero wtedy sama siadałam do śniadania albo udawałam, że siadam, bo
nigdy nie lubiłam śniadań, później zjem, mówiłam Gienkowi, śniadanie to
najważniejszy posiłek, pouczał mnie, całując w policzek, a potem
słyszałam, jak zbiegają po schodach, Klara ostrożnie, jakby każdy
drewniany stopień groził pęknięciem, a Gienek po dwa stopnie, i odtąd
miałam kilka szarych godzin tylko dla siebie.
Odsłonili ją i tak zostawili. Może dlatego tak głęboko doświadczyłam
niesamowitości ściany. Jej odkrycie, wstydliwe i wbrew naturze,
ujawniało bowiem bliskość tego, co zawsze jest dalekie. Pomieszczenia,
które od samego początku rozdzielone były cegłami, które nic o sobie nie
wiedziały, czasem należąc do osobnych mieszkań, nagle zostały zestawione
ze sobą, tworząc kolorową szachownicę dawnego sąsiadowania. Tę
szachownicę widzieli teraz wszyscy, przechodnie i pasażerowie licznych
tramwajów, jeżdżących nową trasą. Ale dla nich była to tylko niema ruina
lub ekstrawagancka mozaika, mimowolny pomnik nieznanych wydarzeń,
pozostawiony przez wymarłą cywilizację. Tylko dla mnie ta szachownica
była jak opowieść, jak drzwi do nieistniejącego już świata, gdzie
odgrodzone cegłami toczyły się oddzielne życia, przez dekady
wypełniające pokoje wyburzonego domu. Kolor farby, ślad po tapecie,
wszystko to było dla mnie znakiem, dlatego siadałam naprzeciw i czytałam
tę ścianę, wspominając przeszłość i narażając się na troskę studenta
medycyny, który mijał mnie czasami, skory do pomocy, ale dyskretnie
wycofany.
Gienek tak bardzo pracował, że ja nie musiałam. Współczułam kobietom,
które muszą, współczułam sąsiadkom. Codziennie rano iść między obcych
ludzi, słuchać poleceń, jeździć tramwajami, współczułam. Miałam
oczywiście swoje obowiązki, kobiety niepracujące pracują, kobiety zawsze
pracują. Wystawałam w kolejkach, tkwiłam przy kuchni, odprowadzałam i przyprowadzałam, segregowałam i oczyszczałam, dbałam; roztaczałam
troskę.
Pogodziłam się z tym, że nie pracuję. Wcześniej miałam plany i ambicje,
ale życie potoczyło się inaczej. Gienek spędzał wiele godzin w szpitalu,
brał dyżury, Klara rosła. Ktoś musiał nam stworzyć dom, miejsce, do
którego każdy będzie chciał wracać, padło na mnie. Świat był trudny, w domu można było zostawić go za progiem. Przed wojną studiowałam i wyobrażałam sobie zupełnie inną przyszłość. Wszyscy młodzi chcą zmieniać
świat, wydaje im się, że dopiero ich wejście na scenę wywoła rewolucję.
A potem przypominają sobie po latach, że mieli marzenia, i albo
uśmiechają się do tamtych szczerych i naiwnych wspomnień, albo płaczą,
że pogrzebali własne plany. Ja nie pogrzebałam, tylko odcięłam, wybrałam
tak i nie żałuję. Wybory nas określają, bo w nich jesteśmy najbardziej
sobą. Rzadko podejmujemy decyzję bez żadnych wątpliwości. Musimy stoczyć
wewnętrzną walkę z pytaniami, zagłuszyć inne głosy. Moment decyzji
ucisza je, jeśli wracają, są zawsze przegrane. A my, właśnie dzięki
wyborowi, stajemy się kimś innym, kto odrzucił dawnego siebie jak wąż
zrzucający wylinkę.
Czy żałowałam? Może kilka razy, kiedy przypadkiem wpadałam na dawne
koleżanki, którym się udało. Tak zawsze sądziłam, gdy zaczynałyśmy po
latach rozmowę, nie próbując nawet wracać do przerwanych wątków. Ale
kiedy siadałyśmy na ławce, by nie słuchając się nawzajem, wyrzucić z siebie całe nasze życia, słyszałam tylko rozczarowanie. Miały swoją
pracę, awanse, coś osiągnęły, ale po tym wszystkim wracały do domów,
odgrzewały mężom obiad, robiły pranie, cerowały skarpetki. Z dziwną
ekscytacją opowiadały o codziennym znoju, jakby składały podanie o medal
za zasługi i musiały mnie przekonać, jak bardzo cierpią. A potem
spoglądały na zegarek, już późno, muszę jeszcze to i tamto, i zrywały
się, i pędziły na przystanek. Zostawałam jeszcze chwilę i wyobrażałam
sobie, jak mogłoby wyglądać moje życie, gdyby wszystko potoczyło się
inaczej. A gdybym była sama, gdyby rozdzieliła nas z Gienkiem wojna? Czy
bałabym się tej samotności tak, jak się boję teraz? Wstawałam,
otrzepywałam się z tych myśli i ruszałam na przystanek po śladach
dawnych przyjaciółek. Nie pukałam do ich świata, raz na kilka lat
widywałyśmy się w tramwaju lub mijałyśmy w sklepie, przypadkiem,
niechcący, niezręcznie.
Robiłam zakupy, gotowałam obiad i miałam trochę czasu dla siebie.
Czytałam wtedy, jak na studiach, zanim Klara zdążyła wrócić ze szkoły,
bo wtedy zamykała się w pokoju i zaczynała ćwiczyć. Dźwięk skrzypiec
wypełniał całe mieszkanie i niósł się na inne piętra. Zapewne dlatego
mieszkańcy mijali nas na schodach z kwaśnymi uśmiechami, nie mogąc
jednak nic zrobić, bo nie łamaliśmy żadnych przepisów. Wieczorami wracał
Gienek, w czarnym rondelku czekały na niego ziemniaki, odsmażałam mu je
na smalcu, do tego kotlet lub sznycel, lubił sznycle, surówka, bo
zdrowa, gotujesz jak moja mama, mówił, całując mnie w dłoń, a ja
wyrywałam ją z uśmiechem, bo na wargach miał zastygły tłuszcz.
Wycierałam rękę w fartuch, pani doktorowa, dobre mieliśmy życie, nie
żałuję.
Mieszkały nad nami dwie kobiety, dla jednych zupełnie zwyczajne, dla
drugich nieco dziwne, czasem mnie to przytłaczało. Nie mieszkały razem,
między nimi stała ściana, ale przed wojną było to jedno mieszkanie, o układzie podobnym do naszego. Jednak podzielono je na dwa mniejsze, z osobnymi wejściami i niepołączone w żaden sposób. Być może w środku
zostały jeszcze ukryte drzwi, zastawione szafą lub zabite deskami, a może otwór zamurowano niedbale, tego nie wiem. W każdym razie w ten
sposób obydwie były nade mną, i dlatego mogłam nasłuchiwać odgłosów
dwóch oddzielnych żyć, które czasem mieszały się jak dźwięki wydobywane
z dwóch różnych instrumentów.
Jedna chodziła ciężko, szurając nogami, jakby cały czas miała na sobie
ciężkie, niewygodne buty, których nie dało się ściągnąć nawet w domu,
wyobrażałam sobie drewniane chodaki, jak na starych obrazach, choć nigdy
nie widziałam, by takie nosiła. Jej wędrówki były żmudne i długie, kroki
odzywały się w jednym pomieszczeniu i serią monotonnych powtórzeń
dźwięki przesuwały się nad moją głową do innego. Niemal zawsze
wiedziałam, czy jest w kuchni, czy w sypialni, zostawiała po sobie tak
wyraźny ślad, kiedy bowiem siadała w jednym miejscu, nie przestawała
tupać, wybijając podeszwą skomplikowany i nieoczywisty rytm, którego
pulsowanie wprawiało sufit w drżenie. Przysiadała jednak rzadko, raczej
krążyła, przemieszczając się niemal cały czas, jakby nie potrafiła
usiedzieć w jednym miejscu lub co chwila przypominała sobie, że
zapomniała czegoś zabrać z pokoju, w którym była przed chwilą, więc
wracała. Mimo to nie chodziła nerwowo, jak ktoś, kto właśnie czegoś
zapomniał i stara się to nadrobić, tylko powoli i uparcie, jakby czuła,
że cel jej nie ucieknie, że porzucona rzecz lub zajęcie poczekają, że je
dopadnie, nim zbiegną. Była w jej krokach jakaś fatalna nieuchronność,
toteż kiedy milkły, pojawiał się niepokój. Czasem zastygała w bezruchu
między pomieszczeniami i tylko szurała w miejscu, odwlekając powrót do
miejsca, w które wyruszyła.
Na schodach rzadko podnosiła wzrok, odpowiadała na pozdrowienia,
zapatrzona w stopnie, nie podejmując rozmowy lub odpowiadając
konwencjonalnie i zdawkowo. U mnie wszystko dobrze, ładną mamy wiosnę,
doprawdy, może w tym roku mrozy przyjdą później, zdrowie na szczęście
dopisuje, dziękuję. Jej uprzejmość była chłodna i niemiła. Czasem tylko
kobieta patrzyła prosto w oczy, unosząc głowę powoli. Jej twarz nie
wyrażała nic, była nieruchoma, zastygła w wiecznym smutku, którego
przyczyny nie sposób dociec. Było w tych spotkaniach naszych spojrzeń
coś niesamowitego, jakiś niepokój, od którego przebiega chłód po
plecach, chwila, której za wszelką cenę chcemy uniknąć, żałując, że sami
sprowokowaliśmy jej nadejście. Żałowałam wtedy nawiązanej rozmowy i chyba rozumiałam, dlaczego spuszcza wzrok, jakby chciała nam wszystkim
oszczędzić swego martwego spojrzenia, przeszywającego mimo woli. Z czasem przyjęłam jej zasady i ograniczyłam się tylko do rytualnych
pozdrowień, unikając innych form kontaktu, jakbym obawiała się, że jej
smutek, może żal do świata, przejdą na mnie jak zakaźna choroba.
Zaczęłam unikać tej pierwszej kobiety do tego stopnia, że kiedy
zbierając się do wyjścia z mieszkania, łowiłam uchem jej kroki,
zamykałam drzwi i czekałam, aż umilkną w klatce schodowej. Sąsiedztwo
powinno być bliskością na odległość, inaczej naruszona zostaje krucha
harmonia świata.
Druga kobieta stanowiła przeciwieństwo pierwszej. Zaraz po wejściu do
mieszkania zamykała starannie drzwi, następnie zrzucała buty. Nie
ściągała ich spokojnie, odstawiając, aby odciekły, lub chowając do
szafki, lecz właśnie zrzucała, jak chłopcy wracający ze szkoły.
Wyobrażałam sobie, jak w przedpokoju wymachuje nogami, chcąc uwolnić się
od czółenek lub półbutów, jak nadaje stopie rozpęd, by zrzucić jarzmo.
Buty z hukiem uderzały o szafki lub ścianę, po czym spadały na drewnianą
podłogę i tam zapewne zostawały aż do następnego dnia. Wyobrażałam
sobie, choć tego oczywiście nie mogłam usłyszeć, że kobieta nade mną
zrzuca z siebie nie tylko obuwie, ale także odzież, płaszcz, garsonkę,
sweter, bluzkę, pończochy, i spędza czas półnago, może w samej tylko
halce, nieskrępowana żadnym uciskiem. Po mieszkaniu spacerowała boso i tylko w nadzwyczajnej ciszy długich wieczorów można było usłyszeć jej
kroki po skrzypiącej podłodze. Nie obcasy, lecz stare deski opowiadały
mi historię jej wędrówek. Kroki brzmiały tanecznie, jakby płynęła z miejsca na miejsce, lekko przeskakując ponad przeszkodami. Rytm tego
tańca był spokojny, czasem tylko wzmocniony akcentem pięty uderzającej o parkiet. Była w jej krokach lekkość, tak różna od ponurego szurania
pierwszej kobiety. Dlatego też druga kobieta była bardziej nieuchwytna,
wystarczył płacz dziecka czy miauknięcie kota, by zgubić melodię jej
chodu, a przez to stracić orientację co do miejsca, w którym w danej
chwili przebywa. Kiedy znów wracała cisza, druga kobieta przyczajała
się. Mogła być na krześle w kuchni albo na fotelu w pokoju. Potrafiła
tak trwać godzinami, w bezruchu, nie dając żadnego znaku życia. Spędzała
tak bezdźwięcznie czas nie tylko nocami, kiedy cały dom usypiał, ale
także podczas długich dni i wieczorów. Czasem wydawało mi się, że
zastygła gdzieś nade mną, oparta o kuchenną szafkę naprzeciw okna,
wpatrzona w szarą powierzchnię placu, lub na łóżku, z podkulonymi
nogami, zatopiona w lekturze. Miałam wtedy nieprzyjemne wrażenie, że
czatuje, że nieruchomieje jak drapieżnik tylko po to, bym się pogubiła.
Łapałam się na tym, że staram się ją wtedy przechytrzyć, również
zatrzymując się, czasem w pół kroku, z filiżanką herbaty, innym razem
przysiadając na wersalce. Miałam przewagę, gdyż jej podłoga była nad
moją głową, podczas gdy skrzypienie mojej musiało być na górze zupełnie
niesłyszalne. Jednak pilnowałam się i dobrze ukrywałam swoje ruchy,
jakbym ciągle czuła się podglądana lub podsłuchiwana. To uczucie nie
opuszczało mnie nawet wtedy, kiedy druga kobieta wychodziła z domu,
jakby zostawiała nad moją głową bezgłośnego stróża, który ciągle
nasłuchuje. Poddawałam się temu uczuciu i aby się poruszyć, czekałam na
przejazd tramwaju Lwowską, wrzask dzieci przed domem lub nawoływania
chłopów, którzy zachęcali do zakupu ziemniaków. Wtedy zrywałam się i najlżej jak tylko potrafiłam, przebiegałam w inne miejsce mieszkania,
gdzie czekała na mnie wystygła kawa lub niedoczytana książka. Wreszcie,
znużona tą grą, robiłam coś umyślnie hałaśliwego, upuszczałam blaszaną
pokrywkę lub dzwoniłam sztućcami, udając, że jej zainteresowanie w ogóle
mnie nie obchodzi. Czasem jednak trwałyśmy tak godzinami, polując na
własne dźwięki.
Może wszystko to rozgrywało się tylko w mojej głowie, a druga kobieta
ani razu nie pomyślała, by nasłuchiwać moich kroków. To wydaje mi się
teraz nawet bardziej prawdopodobne. Żyła w kamienicy jakby tymczasowo,
nie integrując się z sąsiadami, wymieniając na schodach tylko niezbędne
uprzejmości. Dawała nam odczuć, że jej życie toczy się gdzieś indziej, w mieście, za rzeką, że przyjeżdża do nas tylko po to, aby wypocząć,
przespać się i zregenerować siły. Nie była stąd i nigdy nie wrosła w to
miejsce. Czasem przepadała na kilka dni, nikomu nie mówiąc, dokąd i na
ile wyjeżdża. Roztaczała wokół siebie aurę pewnej tajemniczości,
zostawiając na schodach smugę perfum, których nie używała żadna inna
kobieta w tym domu. Pachniały egzotycznie i obco, przywoływały przed
oczy obrazy z minionej epoki, przedwojenne kawiarnie i hotelowe
westybule, brzęk kieliszków, akompaniament orkiestry i głośne śmiechy
ludzi z towarzystwa. Zastanawiałam się, gdzie bywa, bo w tamtych latach
miasto, do którego uciekała za rzekę, w niczym już nie przypominało
tamtego utraconego świata.
Każda z tych dwóch sąsiadek z góry, choć z odmiennych powodów, nie
dążyła do zacieśniania relacji z innymi mieszkańcami. Jakby znalazły się
tu przypadkiem, na chwilę, i nie widziały sensu, by pielęgnować więzi z sąsiadami. A może na tym polega sąsiadowanie? Na byciu zarazem blisko i daleko? Ściany i drzwi, które rozdzielają nas jakby na wyciągnięcie
ręki, dają tylko iluzję bliskości. W rzeczywistości drzwi na klatkach
schodowych są tunelami do nieznanych światów, które tylko pozornie
znajdują się obok siebie. I jeśli nie wiedziałam tego wcześniej, żyjąc w iluzji eterycznej wspólnoty, którą tworzymy z racji zamieszkiwania pod
tym samym dachem, to obydwie kobiety swoją nieobecnością dogłębnie mi to
uświadomiły.
Ponieważ zbiegiem okoliczności kobiety nosiły takie samo imię, pierwszą
nazwałam Niedorzeczną, a drugą Redaktorką, choć pasowało do nich wiele
innych słów, bo każda kobieta ma kilka ukrytych imion. Sobie też
wymyśliłam imię podobne do tych, które nadałam sąsiadkom. Myślę o sobie
Nieistotna, choć mam na imię Helena.
Ile minęło od remontu, który ciągnął się latami, jak wszystko w tym
kraju, przesuwane i odwlekane, szumnie zapowiadane, a kończone w pośpiechu, więc niekończone, tylko porzucane, podparte prowizorką,
wieczystą prowizorką nowej ery, jakby prowizorka nie była stanem, lecz
jakąś rzeczą, koślawym rusztowaniem, ustawionym tymczasowo, ile lat
minęło? Może tylko miesiące, a może tygodnie, emeryci czasu nie liczą,
emeryci nigdzie się nie spieszą, choć przecież zostało im już niewiele
lat. Emeryt wolniej chodzi i częściej przysiada, emeryt się czasem
zamyśla, a czasem zastyga, jakby minął na ulicy wspomnienie i próbował
sobie przypomnieć twarz, zdarzenie lub słowo. Emeryt wolniej kupuje i rozmawia ze sprzedawczynią, emeryt wybiera nie dlatego, że chce lepsze,
ale że chce dłużej, jakby każda najzwyklejsza czynność, odpowiednio
celebrowana, pozwoliła nadać jego życiu nowy sens, jakby usiłował nadać
codziennym czynnościom rangę doniosłych zdarzeń, małych świąt schyłku
życia. Emeryt zagaduje sprzedawców, bo pamięta czasy sprzed wojny, kiedy
do sklepów chodziło się nie tylko po zakupy, czego nie rozumieją ludzie
nowych czasów, wychowani w kolejkach i pośpiechu. Napierają i popychają,
byle szybciej, bo wszyscy czekają, a emeryt udaje, że cały ten świat za
plecami znika, że znowu są dawne czasy i trzeba ze sprzedawczynią
pogawędzić o tym i owym, bo tak należy.
Kupiłam właśnie na Kleparzu świeży twarożek i koperek, i rzodkiewkę,
jakby kupowanie twarożku, koperku i rzodkiewki było racją stanu, bo jest
racją mojego stanu, mój stan wymaga takiego wsparcia, kupowanie na
Kleparzu przepisałby mi lekarz, gdybym miała swojego lekarza i gdybym
zaufała mu na tyle, by mu o wszystkim opowiedzieć. Dlatego mając pod
nosem warzywniak z rzodkiewką i koperkiem, i nabiałowy z twarożkiem
równie dobrym, tu u siebie, na końcu świata, wsiadałam kilka razy w tygodniu w tramwaj i jechałam kilkanaście przystanków na Kleparz, by
kupić niezbędne do życia produkty.
A może nie chodziło o ser i koperek, może nie chodziło nawet o rzodkiewkę, tylko o mijanie wyrwy po domu, w którym spędziłam tyle lat,
o mijanie jej i niepatrzenie, o siadanie po drugiej stronie wagonu,
czyli po prawej, jadąc do miasta, i po lewej, z miasta wracając, by nie
musieć odwracać wzroku i w ogóle nie patrzeć, ale za każdym razem, kiedy
wagony z piskiem skręcały z Limanowskiego w Na Zjeździe, i za każdym
razem, kiedy w drodze powrotnej nie skręcały w Lwowską, tylko jechały
prosto, czułam niepokój, że się mija coś, na co się nie patrzy, a co
mimo niepatrzenia nadal jest, stoi, a właściwie nie stoi, więc czego
nadal mimo niepatrzenia nie ma, bo to mijane coś to wyburzony dom, czyli
brak domu, czyli nic. I dopiero po latach, a może po miesiącach lub
tygodniach, naprawdę nie liczyłam, ale po czasie zbyt długo odwlekanym,
zobaczyłam i zamiast widoku, który znałam, zamiast domu, jego okien,
gzymsów i skosu dachu, zobaczyłam ścianę.
A u nas dobrze, u nas spokój. Gienek wychodził wcześnie rano do pracy,
najpierw szpital, potem jeszcze gabinet, czasem spółdzielnia, wracał
późno albo nie wracał, bo dyżur, a po dyżurze znowu szpital i gabinet, i spółdzielnia, więc Gienek bywał tylko po zmroku, nocami, albo w dni
szare i długie, kiedy zamykał się w pokoju i czytał czasopisma
lekarskie, bo nowe metody i nowe odkrycia, bo ciągły postęp, bo ledwo
można nadążyć, więc u nas spokój na pewno. A ja całe dnie sama, to
znaczy sama bez Gienka, bo całe dnie z Klarą, moją kochaną Klarą, która
taka grzeczna i taka zdrowa, i taka zdolna, bo to moja Klara. Jak na
drożdżach, mówili wszyscy, jak na drożdżach. Wszystko wtedy rosło,
czasem bez drożdży, ale rosło, to Klara ze wszystkim. We dwie sobie
byłyśmy, czasem tylko pytała, a kiedy tatuś, a tatuś później. Ale były
piękne dni i niedziele pełne spacerów, łąki ukwiecone albo wycieczki za
Kraków, z termosem i kanapkami, i z kocem, żeby tylko poza zgiełk i mury, choć murów dawno nie ma, poza mury w zieleń, do Ojcowa na przykład
albo choćby do Lasku Wolskiego, Lasek Wolski dobry, i do tego zoo, Klara
lubiła zoo. Autobus wspinał się po serpentynach i miasto zostawało w dole, w sinej mgle miejskich dymów, a my na dachu świata, buki, bażanty
i słoń. I małpy, czasem lody na patyku. Klara uważna, zatrzymuje się
przy każdej klatce, czyta opisy, dużo wie, zna mapy i gatunki, może
podróżniczka z niej będzie, śmieje się Gienek i przytula się do mnie, a może biolog, dodaje, będę lekarzem jak tata, odpowiada Klara i śmiejemy
się razem z naszego szczęścia.
Spacery po lesie w stronę Kamedułów, między srebrnymi bukami, albo na
kopce, bo z kopców lepiej widać. Mieliśmy też własny kopiec na Podgórzu,
najstarszy, praojca wszystkich kopców, prakopiec, z niego też było widać
jak na dłoni, cieszył się Gienek. Albo Krzemionki, bo blisko, a pospacerować można, chodziłam tam często sama w ciepłe dni, zanim Klara
ze szkoły albo kiedy była już starsza i zostawała sama w domu. Przejdę
się, zanim tata wróci, mówiłam, przejdź się, odpowiadała, chwytając za
skrzypce, a fugi i preludia odprowadzały mnie daleko. Czasem zdawało mi
się, że słyszę jej granie nawet pod Fortem Benedykta, wysoko ponad
dachami, że którędyś znajduje do mnie drogę, jakbym nie mogła ani chwili
pobyć sama, nie mogła się uwolnić, zawsze połączona z córką tą muzyczną
pępowiną.
Gienek wcześnie pogrążył się we wspomnieniach, podczas naszych spacerów
zaczynał zdanie od słów: a pamiętasz, przywołując zdarzenia i sceny
sprzed lat, z czasów, kiedy jeszcze nic nie wiedzieliśmy, kiedy dopiero
poznawaliśmy się słowami i opuszkami, ostrożnie i przez ubranie, kiedy
pamięć gromadzi wiele zwyczajnych drobiazgów, które z czasem mają szansę
rozkwitnąć w legendy, a pamiętasz, jak się poznaliśmy, jak pierwszy raz
to, a jak pierwszy raz tamto? Wydawało mi się, że mógłby oprowadzać
turystów po naszym Krakowie, pełnym naszych różnych pierwszych razów,
ale tylko szeptał mi to do ucha, gdyż na murach kamienic nie było tablic
upamiętniających nasze wyznania i przekroczenia. Klara szła przodem,
spokojna i zamyślona, albo zostawała nieco w tyle, więc zerkaliśmy co
chwila, czy nie zgubiła się za zakrętem, a Gienek szeptał swoją kronikę
naszych wypadków, z każdym powtórzeniem słabł dreszcz ekscytacji, który
towarzyszył mi na początku. Wtedy przywołane obrazy ożywały w moim
ciele, więc ściskałam mocniej jego dłoń albo dotykałam udem jego uda,
ale później wszystkie dreszcze ustąpiły. Przywołania stały się
oczekiwane, wiedziałam, co usłyszę pod tym drzewem, a co pod tamtą
bramą, a skoro już wiedziałam, to nic nie czułam, czasem tylko ze
zdziwieniem dostrzegałam, że zmienił słowa, którymi opowiada, choć
zazwyczaj trzymał się zapamiętanych refrenów. Gienek mówi, a Helena
słucha; zawsze tylko słucha.
Nie to jednak mi przeszkadzało, był w tym poczciwy i zupełnie bezradny,
w tej chęci ożywienia przeszłości słowami, nie to jednak, ale raczej
cała jego postawa, to zwrócenie na przeszłość, na prehistorię nas, jakby
nie było całego teraz i przyszłości, jakbyśmy nie mieli planów, marzeń,
potrzeby jakiejś zmiany. Wcześniej jeszcze snuł projekty, co zrobimy za
pięć, góra dziesięć lat, gdzie będziemy, gdzie zamieszkamy, ale z czasem
głosy te ucichły, pochłonięte przez codzienność; niespodziewana cena
szarości.
Dawniej nie były ślepe, dopiero odkąd je rozcięli. Wykroili i zostawili,
jak tę ścianę. Wyobrażam sobie, jak to się dokonało. Ktoś usiadł nad
mapą tej części miasta i wytyczył nową drogę. Ulica Na Zjeździe miała
wpadać w Limanowskiego, a z nią w nowe torowisko. Ale to nie była pusta
przestrzeń, w poprzek planów biegły stare ulice, które widziały zbyt
wiele. Może dlatego trzeba było je zaślepić? Wyobrażam sobie zdecydowane
ruchy ołówka, który zaznacza na planach domy do wyburzenia, nie
pojedyncze, tylko całe ciągi kamienic, stąd dotąd, musieli mówić
inżynierowie, jakby wykrawali spory kawałek z pęta kiełbasy albo jelita,
jakby tkanka była chora i należało ją usunąć. Zaślepili Lwowską,
wyburzając rząd kamienic od krawędzi Placu Zgody i rozcięli na pół
Józefińską, czyli zaślepili ją podwójnie, ma teraz dwa ślepe końce. A potem wycięli całą skazaną na zagładę tkankę, rzędy kamienic, które
przechowywały w sobie tyle dawnych istnień i dramatów. Żałuję, że nie
przyjechałam tu w połowie remontu, kiedy w stronę mostu ziała wielka
dziura w ziemi, rumowisko po zbędnych domach wysiedlonych ludzi.
Mogłabym odwiedzić jakiegoś sąsiada z ocalałych kamienic, nieważne
którego, byleby mieszkał wystarczająco wysoko, by z jego okna zobaczyć
rozmiary zniszczenia. Teraz, kiedy wszystko tu się zmieniło, z trudem
ustawiam w nowej przestrzeni stare budynki, usiłując sobie przypomnieć,
jak to miejsce dawniej wyglądało. Czy widok wielkiej dziury w ziemi by
mi pomógł? A może zostałby pod powiekami jako obraz zniszczenia i budził
mnie w długie noce, które teraz spędzam na końcu świata, zgniatana przez
betonową płytę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki