To nie tak, że jestem niewdzięczna - powtarzam sobie, leżąc na miękkim dywanie, otoczona tekstami piosenek, które chcę powtórzyć. Lubię czuć pod sobą podłogę, gdy się uczę. To sprowadza moje myśli na ziemię.
Jeszcze pięć lat temu nie pomyślałabym, że będę zarabiać setki tysięcy na koncertach, podróżować na wakacje, dokądkolwiek zechcę, pozwalać sobie na każdy najdroższy ciuch. Każdego dnia cieszę się z tego, co udało mi się osiągnąć - nie tylko dzięki sobie, ale też mamie, Sławkowi, no i każdej osobie, która kocha moją muzykę. Wiem, że w innej sytuacji w życiu nie byłoby mnie stać na pobyt w tym wielkim szwajcarskim hotelu. Tak więc nie, nie jestem niewdzięczna.
A jednak to trochę słabo, że mama chce mnie wysłać na ten kurs tuż przed świętami, że nie spędzę z rodzicami Wigilii ani Nowego Roku, że będę sama. No, w pewnym sensie sama. Będą tam inni ludzie, w dodatku w moim wieku. Super, nie? Niestety od dzieciństwa chorobliwie onieśmielają mnie obcy. Zawsze plącze mi się przy nich język, zamykam się w sobie. Kiedyś nawet spisywałam sobie w pamiętniku potencjalne teksty, których mogłabym użyć podczas rozmów, byle tylko mieć coś do powiedzenia i nie wyjść na totalnego mruka.
A i tak zawsze wychodziłam na mruka. Pewnie dlatego niektórzy mieli mnie za zarozumiałą.
Wzdycham do siebie i skanuję wzrokiem tekst jednej z piosenek.
A teraz jestem inna, ach, ach.
Już nie muszę być silna, ach, ach,
Udawać, że mam dobry czas,
Gdy dzień po dniu świat rani nas.
Jest trochę banalny, ale przynajmniej to ja go napisałam. Na moje pierwsze dwie płyty muzykę do wszystkich utworów skomponował znajomy Sławka, a nad tekstami pracował on sam z kilkoma innymi ludźmi. Teraz dali mi wolną rękę, więc próbuję. Zawsze wydawało mi się, że swoje piosenki powinnam pisać samodzielnie. W przeciwnym wypadku to trochę tak, jakbym śpiewała czyimś głosem.
Jednocześnie tekst piosenki jakoś mi nie leży. Nie dlatego, że jest głupi czy coś w tym stylu. Po prostu nie czuję, by był o mnie, bo przecież nigdy nie przestałam udawać silnej ani wmawiać sobie, że mam dobry czas. Wcale nie jestem inna niż dawniej i to trochę mnie dobija.
Dość marudzenia. Sięgam po pamiętnik, który prowadzę od dwunastego roku życia. Zawsze go czytam, gdy chcę przypomnieć sobie, jaka jestem i co udało mi się osiągnąć. Przewracam strony do początku, do fragmentów, w których opisałam swoje marzenia.
Jestem Eli, mam 12 lat, starego psa i ciągle zapracowanych rodziców. Lubię lody śmietankowo-cytrynowe i słucham Taylor Swift. Chciałabym zostać kiedyś sławną piosenkarką.
Uśmiecham się do dziewczynki, która to napisała. Przypominam sobie mojego psa, Gućka. Już go z nami nie ma, ale do dziś wspominam jego miękkie futro. Był tak wielki, że w wieku czterech lat bawiłam się, że jestem Barbie, a on moim wierzchowcem.
"Chciałabym zostać kiedyś sławną piosenkarką". Marzyłam o tym, odkąd pamiętam. Chodziłam po domu, śpiewając do samej siebie, a gdy odwiedzali nas goście, pokonywałam wrodzoną nieśmiałość i śpiewałam przed nimi za każdym razem, kiedy o to prosili. Nie potrafiłam rozmawiać bez skrępowania, za to nuty zawsze wychodziły ze mnie ot tak. Mogłam być wielu rzeczy niepewna - i nadal jestem - lecz jedno od zawsze wiedziałam: potrafię śpiewać, mam do tego talent. Nigdy w niego nie zwątpiłam. I to przekonanie wiodło mnie na różne pokazy talentów, aż wreszcie, w wieku czternastu lat, udało mi się nagrać pierwszego singla.
Przewracam kartki do tego pamiętnego dnia - róg tej strony jest zagięty, żeby łatwo było mi wrócić do tej chwili. Papier lekko się przybrudził, jak ulubione stronice w dziecięcych książeczkach.
Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam studio nagraniowe, a potem brałam udział w miksowaniu piosenki. To było super. Muzyka to serio prawdziwa magia. Chciałabym być kiedyś jak Beyoncé albo Lady Gaga. Oczywiście wiem, że to niemożliwe być aż tak sławną. Ale w sumie nie chodzi o to, tylko o robienie muzyki. Kurczę, póki nie byłam w tym studiu, nie myślałam, że to mnie w tym wszystkim tak pociąga. Jak te dźwięki we mnie dosłownie wchodzą, normalnie to był jakiś taki... no nie wiem, zupełny odlot.
Gdy czytam te słowa, wraca entuzjazm sprzed lat. Dorosłam, dojrzałam, zaczęłam patrzeć na muzykę nie tylko jako wykonawca, ale także twórca. Dziecięca pasja nigdy się jednak nie ulotniła, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że muzyka to właśnie to: taka większa ja, której ta mała, Eli Star, jest tylko częścią.
Moja pierwsza piosenka, Mały świat, opowiadała o marzeniach młodej dziewczyny. Ten utwór przyniósł mi pewną popularność i tak natrafiłam na Sławka Roya. Facet, który został moim menadżerem, zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Pojawił się u nas w domu niczym przybysz z kosmosu, w błyszczących srebrnych spodniach i czarnej koszuli ozdobionej wzorem utworzonym z koreańskich znaków. Siwą czuprynę miał w totalnym nieładzie. Gdy chodził, potykał się o własne nogi, gdy mówił - o słowa. Chciał coś powiedzieć, a potem zaraz ucinał i rozpoczynał kolejną myśl. I tak w jednej wypowiedzi mieścił ich czasem z piętnaście, jedną w drugiej, jak w powieści szkatułkowej. A najdziwniejsze, że każdą z tych myśli kończył. Do finiszu doprowadził też wydanie mojej pierwszej płyty i konsekwentnie kierował moją karierą, dzięki czemu Eliza Starzewska stała się Eli Star zaledwie w trzy miesiące po wydaniu pierwszej napisanej przez Sławka i jego ludzi piosenki: Ulotne.
Czego pragnę?
What do I want? What I want?
To ulotne, ulotne.
Już nieważne, pójdźmy stąd!
Bezpowrotnie, powrotnie
Jeszcze wierzę w to,
Że znów wstanie słońce,
Zagra w uchu nowy dźwięk,
To kojące - that's what it is, I like it here!
Kiedy wracam do tego tekstu, w głowie słyszę swój dziecięcy głos. Choć w sumie to zawsze brzmiał on dojrzalej, niż można by się spodziewać po osobie w moim wieku, i starsza również się wydawałam. Tak mi wszyscy powtarzają. "Jesteś prawie dorosła". Czasem się czuję, jakbym już od skończenia tych czternastu lat była "prawie dorosła". Bywa, że mi się to podoba, chociaż też rodzi strach, że może przez tę dorosłość coś tracę. W każdym razie "prawie dorosłej" łatwiej znosić cienie sławy, a tych wcale nie ma mało, prawda?
"Muzyka jest super" - tak pisałam, lecz z czasem zaczęłam dodawać do tych słów: "ale to naprawdę ciężka praca". Przewracam kolejne kartki. Wpisy są coraz rzadsze, widać, że powoli stawałam się zmęczona, znudzona tą harówką. Stopniowo traciłam też kontakt z rówieśnikami, szkoła zeszła na dalszy plan.
Za to popularność nie malała. Pisano o mnie coraz częściej w prasie, pierwsza i druga płyta zdobyły status diamentowej. Wszystko dzięki Sławkowi. Pomimo swojej dziwaczności wiedział, co robi. Emanował aurą człowieka sukcesu - potrafiłby sprzedać ci dosłownie wszystko. Mnie też przecież sprzedał. Jestem produktem. Mama tłumaczyła mi, że o to chodzi: by być produktem. Że marketing to, marketing tamto. Kupując te gadki, kupowałam w sumie samą siebie. No i mam swoją karierę. Jestem szczęściarą, wiem, bo o tym marzyłam i to mam. Robię to, co kocham.
Ale...
"Ale" mnie męczy.
"Ale" to bolesne słowo.
Sławek mówi, że gdy jest "ale", to świat się zatrzymuje i nic dobrego się nie dzieje. Powtarza, że ludzie sukcesu nie mają "ale". A ja? Mam wiele "ale", które gdzieś chowam: pod poduszkę, na kartkach pamiętnika, do pudełeczka z biżuterią, pod koszulkę, gdy przekładam przez nią kabel od odsłuchu. Różne moje "ale" zostawiam na backstage'u przed koncertami.
- Co ci doskwiera, dziewczyno? - Tak zapytała mnie kiedyś ze znudzeniem mama.
- Nie wiem - odpowiedziałam i tak samo odpowiadam teraz, gdy echem wraca do mnie to pytanie.
Chyba chodzi o to, że nie mam przyjaciół w swoim wieku. Że w show-biznesie ich nie znalazłam, a naprawdę próbowałam. Weszłam tam jako naiwne, szczere dziecko, roześmiane i radosne. A potem ten świat mnie złamał. Chyba stało się to wtedy, gdy na jakimś wydarzeniu muzycznym inny artysta, młody chłopak, celowo wylał colę na moją białą sukienkę. Taka pierdoła zmarnowała mi kolejny miesiąc, bo ludzie śmiali się ze mnie w internecie. Było mi też przykro, gdy na samym początku powiedziano mi, że mam za małe zasięgi, żeby nagrywać z topowym wokalistą. Sławek się wkurzył.
- Dwadzieścia sekund w piosence, tylko tyle. Zapłacę - nalegał.
Artysta mnie nie chciał. Potem moja piosenka zdetronizowała jego utwory.
Stałam się niezwykłą dziewczyną i tak zatytułowano mój pierwszy album. Zatytułowano, bo to nie ja wymyśliłam tę nazwę. Niezwykła dziewczyna.
Wszyscy są trochę niezwykli, prawda? Ale z niezwykłością jest tak, że każdy z nas musi być niezwykły na swój sposób, inaczej to nie miałoby sensu. I chociaż kierowano moją karierą, moimi krokami na scenie, ruchami moich ust do słów nie moich piosenek, to nikt mi nigdy nie wytłumaczył, jak być niezwykłą na swój własny sposób. Jest to coś, czego wszyscy musimy uczyć się sami, przez co istnieje spore ryzyko, że części z nas nigdy się to nie uda.