Rozdział 1
Rześkie powietrze wpadło do mieszkania przez otwarte na oścież okna małego folwarku. Ów podmuch wnet obudził śpiącą jeszcze dziewczynę, wtuloną w kołdrę i poduszki, jakby chciała objąć ukochanego. Przebudzenie było naturalne. "Mmm... pora wstać, co, słonko?", pomyślała z lekką nutą ironii, gdyż słowa te były kierowane zarówno do słońca, jak i do osoby, która jeszcze wieczorem kładła się spać obok blondwłosej piękności.
Dziewczyna, nieco rozbudzona, przesunęła ręką po kołdrze. Zdziwiła się. Oczekiwała, że jednak poczuje ciepło kogoś obok, ale była sama. Uczucie strachu samo otworzyło jej usilnie chcące wrócić do snu powieki, pozwalając pierwszym promieniom słonecznym na zobaczenie jej błękitnych oczu.
- Skarbie? - zapytała, rozglądając się po pokoju. Nie dostrzegła niczego nietypowego. Żadnych kosmitów czy makabrycznych obrazów... tylko pomieszczenie z kilkoma przyzwoitymi meblami... ten sam pokój, do którego chadzała co noc, by zasnąć i w magicznej chwili pełnej marzeń powitać potem nowy dzień.
Dziewczyna uznała, że najlepiej będzie, jeśli po prostu się przebierze i pójdzie poszukać zguby. W tamtej chwili była tak pochłonięta zniknięciem, że nie spojrzała nawet na zegarek, który wskazywał, że pora na śniadanie już dawno minęła i zaraz miało nastać popołudnie. Nie zaprzątała sobie głowy niczym innym jak znalezienie ubrań. Musiała przecież jakoś wyglądać! Prosta i cienka piżama nie była dobrym strojem na przywitanie nikogo.
Zajrzała więc do swojej szafy i ku jej zdziwieniu wysypały się na nią niemal wszystkie ubrania. Wiekowa półka, której dzień w końcu nadszedł, uwolniła falę ciuchów, które poleciały na podłogę. Dziewczyna lekko się wzdrygnęła, ale szybko jej przeszło i przystąpiła do ponownego układania tych wszystkich ubrań, żeby zaprowadzić w pokoju porządek. Wszystko póki co układała na krzesłach przy oknie. Przy okazji przeglądała, w co mogłaby się ubrać, ale tamtego dnia nie miała na nic ochoty. Wszystko już było, takie nudne i niepraktyczne. Ten szary T-shirt do chodzenia po domu? Przydałoby się uprać. Szorty? Upaćkane na tyłku, też jakieś wypłowiałe. Ciemny sweterek i jasna bluzka? nijakie. Po prostu denne.
Nastała jednak przełomowa chwila, w której umysł dziewczyny nie był w stanie podjąć decyzji tak szybko jak z poprzednimi ubraniami. W jej rękach znalazła się nieskazitelnie biała sukienka mini ze złotymi haftowaniami. Bohaterka niezwykle dobrze pamiętała tę szmatę. Tak dobrze, że gdy tylko jej świadomość odzyskała kontrolę nad ciałem, odrzuciła sukienkę na łóżko i odsunęła się w kąt. Masa, dosłownie potęga wspomnień przeszyła jaźń i stała się powodem do uwolnienia emocji.
- Co ty tu robisz? Ja nie chcę... - Zaczęła płakać, ba, trząść się ze strachu. - Przecież cię wyrzuciłam... ale ty mnie prześladujesz.
Sukienka była nieodłączną częścią życia i stylu dziewczyny. Była jak bufor na wszystko, co dręczy człowieka, a mimo to nie traciła blasku. Wydarzenia, jakie towarzyszyły tej tarczy, stanowiły jednak traumę dla chcącej spokoju dziewczyny. Nie mogła się uwolnić od wiru, w jaki wciągnął ją los. Wspomnienia o nauce, która straciła znaczenie, znajomych - dawno pochowanych przez niebezpieczeństwa swoich profesji. Została tylko ona. Sama w pustce świadomości bez punktów odniesienia. Tych faktów nie dało się przeinaczyć, by ich "nie było". Dlatego też szczęście i zaradność poszły z nią na mały układ. Pozwoliły jej opuścić zgliszcza i iść dalej. Boso, po ostrych kamieniach, ale iść. Dziewczyna zrozumiała jednak, że wcale nie musi iść drogą, którą naszykowało jej życie, i zrobiła dwa kroki w bok, aby z kamiennej ścieżki przejść na miękką trawę, pozornie oczyszczającą jej stopy z pyłu. A czym ta trawa była? Otóż nie "czym", a kim - jej mężem; lubym, którego tego dnia nie zastała w łóżku.
- Krzysiek...? - zapytała, wychodząc w pełnym już rynsztunku z pokoju na ciasny korytarzyk prowadzący na hol oraz do kuchni.
Nie usłyszała odzewu, chociaż bardzo tego chciała. "Pewnie wyszedł przed dom i się zasiedział...", pomyślała i udała się w stronę drzwi, uprzednio zahaczając o kuchnię, by wstawić wodę na herbatę. Uwielbiała ten napój. Odrobina cytryny - a niekiedy i połówka owocu się zdała - była jak recepta na dobry dzień. Chyba że akurat dzień nie był dobry, wtedy nie dawała żadnych korzyści, oprócz mniejszej szansy na szkorbut.
Przygotowawszy kubek na wrzątek, poszła do drzwi. Założyła buty i wyszła na zewnątrz, odczuwając kolejny powiew świeżego powietrza. Owe powiewy nigdy nie mogłyby się jej znudzić, bo mocno przypominały niewinność i delikatność. Stanowiły dla niej symbol spokoju, który może zostać zaburzony, przerwany przez istną apokalipsę, przynoszącą niewyobrażalne straty. Dlatego też starała się doceniać łagodność natury.
- Och, tutaj jesteś. Dlaczego już nie śpisz, Krzysiu? - zapytała, obejmując męża siedzącego na bujanym fotelu. Wtuliła się w jego gęstą, karmelową czuprynę i sunęła jedną dłonią po "nieśmiertelnej czarnej kurtce".
- "Krzysiu"? - zapytał z lekkim zakłopotaniem, a następnie wskazał na położenie słońca. Definitywnie nie był to już ranek. - Kiedy słyszałem to imię... Nie pasuje do mnie. Nie jestem Ziemianinem.
Dziewczyna wtuliła się jeszcze mocniej.
- Dla mnie będziesz - powiedziała i zamruczała taktownie, na co mąż się uśmiechnął i wstał z fotela, aby ją przytulić.
Jego chłodne od zewnętrznej temperatury ręce objęły kobietę w talii. Zakochani zbliżyli swe usta, by zwieńczyć krótką chwilę pocałunkiem. Mimo tylu lat ich miłość się nie zestarzała. Kluczem do jej przetrwania były przeszłe warunki, w jakich musiała się fortyfikować, oraz zagorzała walka pary. Gdyby nie ich świadomość, że bez siebie nie stanowiliby całego organizmu, a raptem zagubione szczątki - niczym dzieci błądzące po świecie - to nigdy nie mogliby zakorzenić tak potężnego uczucia. Mimo wzlotów i upadków każda wspólna chwila była dla nich jak godzina, pełna namiętności i oddania drugiej osobie. Tę bogatą chwilę przerwał jednak znajomy głos...
- A cóż to! To nie po bożemu tak się miziać na zewnątrz! - rzucił w ich stronę znajomy ksiądz, wracający właśnie z pobliskiego lasu. Wesoły ton głosu był dla niego typowy.
- Ooo, witaj, Tom, co cię tu sprowadza? - odezwał się domniemany Krzysiek, subtelnie odsuwając się od żony, by powitać przyjaciela.
- A zdrówko pozwala, to chadzam szukać harmonii bożej po lasach. Powinniście się kiedyś wybrać ze mną! Znam wszystkie szlaki, a więcej rąk do zbierania i oczu do szukania to większy bigos na święta! - odpowiedział jasnowłosy duchowny, pokazując, co udało mu się uzbierać do wiklinowego koszyka. - A u was jak się wiedzie? Korina jak zwykle piękna, a mój kolega Krafer wiecznie w tych samych ubraniach, to ci numer.
A więc... Krafer? Czyżby to imię nie było już kanonicznie znajome? Korina...? Ależ naturalnie.
Mężczyzna zajrzał do koszyka i mimo że nie był entuzjastą grzybobrania, to wnet dostrzegł, jak Tom by się uraczył, gdyby faktycznie sporządził jakąś potrawę z tych grzybów.
- Czyś ty na głowę upadł, Tom? Przecież to szatany...
Ksiądz jedynie lekko się uśmiechnął i powiedział to, co zostało już nadmienione:
- W trakcie, gdy wy braliście udział w tych skomplikowanych przygodach, ja oddałem się sztuce szwendania po lesie. Wiele mnie to nauczyło, a w rezultacie udało mi się zapamiętać tę jedną drogę. - Mówił z pełnym przekonaniem, po czym wyjął dorodnego grzyba z koszyka i ugryzł kawałek, aby przekonać się, czy faktycznie piecze, czy jest gorzki.
Krafer już chciał się rzucić, aby reanimować Toma, który żuł i żuł, i nie mógł dociec smaku, ale finalnie wypluł truciznę.
- Z tym jednym może i macie rację, ale reszta! Zobaczcie, jakie piękne koguciki, rodowiki i margaryniaki!
- Trzeba przyznać - powiedziała Korina. - Nie ma co się dziwić, jak w tym roku wilgotno i ciepło. A to dopiero początek jesieni. Będzie jeszcze wiele okazji, żeby iść i wspólnie ich szukać.
Rozmowa trwała dalej w najlepsze. Tom opowiadał, jak to u niego na plebanii nikt za grosz nie ma zmysłu do zbieractwa. Mówił to z taką dumą, jakby od tego zależało czyjeś życie. Życie zaś w ówczesnym dostatku i przepełnione dobrodziejstwami prężnego rozwoju i osiadłego na stałe pokoju w ludzkiej części Akatonu było relatywnie łatwe. Trzeba by całkowicie porzucić moralność i obrać sobie skrajnie wyboistą drogę, by nie być uczestnikiem w "biesiadzie". A ludziom należało przyznać, że mieli genialny powód do świętowania. W końcu niemal dwieście lat ciągłych potyczek dla wielu stanowiłoby zatarcie wszelkich granic i w wyniku popadnięcie w szaleństwo. Przyjaciele bohaterów niestety dali się pochłonąć wirowi rzezi, jaką stanowiła wojna, ba, Krafer też stał się ofiarą, lecz walczył. Walczył ze swoim "złym ja" i finalnie udało mu się przezwyciężyć trudności mimo czynnego udziału w wielu - wspomnianych przez Toma - przygodach. Bohaterowie dysponowali ogromną pulą wspomnień, lecz starali się przywoływać tylko te najlepsze, a było to niezwykle trudne, gdyż wiele miało tylko kilka pozytywnych wątków, a jako całokształt stanowiły tragedie. Obiadowa atmosfera wahała się miedzy niezręczną ciszą, śmiechem i luźną pogawędką.
Mimo urywanych zdań kubki pełne kawy i herbaty z przyzwoitością się opróżniały. Po trzeciej dolewce Tom ziewnął i przetarł oczy.
- Wybaczcie mi takie zachowanie, ale chyba musieliście mi dosypać moich lekarstw do tej herbaty, bo wyjątkowo chce mi się spać - mówił, zaglądając ponownie do kubka. - Gdzie kupujecie cytry... och.
Ksiądz zaniemówił, gdy spojrzał na blade od spodu kubka lustro wody. Zdawało mu się, że dostrzegł tam twarz. Odłożył przedmiot na stół i się otrząsnął.
- Czy wszystko z tobą w porządku? - zapytał Krafer, marszcząc swoje krzaczaste brwi. Mimo podobnego wieku, co jego ukochana, wyglądał zdecydowanie starzej. - Wyglądasz na bardzo... przestraszonego?
- Och, ja i moje sny. Czasem ciężko mi odróżnić fikcję od rzeczywistości i dałbym sobie głowę uciąć, że przed chwilą widziałem w tym kubku twarz!
Krafer spojrzał na Toma z ewidentnie niepochlebnym wyrazem twarzy.
- Musisz teraz żartować, racja? - zapytał, po czym nagle wybuchł śmiechem, samemu obracając całą sytuację w kawał.
Tom jednak był pewien swoich słów. Spojrzał wymownie na Korinę, a ta osłupiała. Sama chciała powiedzieć Kraferowi, co się stało, gdy przeglądała ubrania. Dziewczyna odkaszlnęła i również zwróciła uwagę, że coś musi być w powietrzu, bo też czuje się niewyraźnie. Jej mąż aż się podrapał po brodzie, a trzeba było przyznać, że miał na czym pleść warkoczyki.
- No dobrze, odprowadzimy w takim razie Toma na plebanię, a potem wracamy i idziemy spać. I tak dzisiejszy dzień jest nieco mdły - powiedział, zabierając z krzesła kurtkę, którą zostawił tam, wchodząc do pomieszczenia.
- Oj, to prawda. Ranek jeszcze był przyjemny, ale im wyżej słońce, tym ta atmosfera staje się cięższa. Oby nie było burzy. Boję się jak diabeł święconej wody! - oznajmił Tom, stając na równe nogi.
Gdy tylko bohaterowie opuścili domostwo, na niebie zaczęły się pojawiać pierwsze chmury, nie pozostawiając wątpliwości, że burza wieczorem jest pewna. Widząc te znaki, Krafer wrócił jeszcze do domu po parasolkę, na wypadek gdyby deszcz przyłapał ich, zanim wrócą.
Bohater wszedł do sypialni, bo tam, w dużej szafie znajdowała się stabilna parasolka. Schował ją tam, gdyż wszelkie inne akcesoria przeciw złej pogodzie, które małżeństwo zostawiało przy wejściu, zwykle traciły na stopniu używalności przez banalne okoliczności, jak przypadkowe zerwanie się z wieszaka i pęknięcie. Dlatego też Krafer zabierał rzeczy, które są przeznaczone do wielokrotnego użytku, w bezpieczne miejsca.
Tym razem, gdy znalazł się w pokoju, od razu zauważył, że coś było nie tak. Najpierw dostrzegł pustą szafkę na ubrania, które leżały na krzesłach zamiast na swoim miejscu. Był jeszcze jeden ciuch nie na swoim miejscu, ale ten kawałek był inny. Biała spódnica wciąż leżała zmięta, niczym wyjęta psu z gardła, na łóżku. Krafer podszedł bliżej, by zobaczyć, czym sobie zasłużyła na takie traktowanie. Wziął ją do ręki i bez wyraźniejszej przyczyny coś go tknęło, by powąchać tkaninę. Nie zastanawiał się, czy było to w tamtej chwili potrzebne, a po prostu to zrobił i doszedł do intrygujących wniosków.
- Hm... Śnieżnobiała, ale capi, jakby leżała na trupie przez pokolenie czy dwa. Błe! Ale stęchlizna - mówił, próbując odgonić od siebie smród. - Ale chwila. Czy ona jej przypadkiem nie wyrzuciła... O cholera!
Bohater zabrał to, po co przyszedł, i pędem wyszedł z domu, zamykając budynek na klucz, który potem schował do kieszeni.
- Już jestem - powiedział i otrzepał się jeszcze raz z nieprzyjemnej woni. Korina lekko zachichotała na widok strasznie ospałego, nieogarniętego męża.
- Czy coś się stało? - zapytała. - Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.
- To może nie być takie odległe. Dlaczego nie wyrzuciłaś tej sukienki, tak jak mówiłaś? Albo dlaczego jej nie uprałaś, skoro tak bardzo chciałaś ją zatrzymać? - odpowiedział kontrpytaniem Krafer, oczekując rzeczowej odpowiedzi. Sytuacja w domu mocno go zdziwiła, ale nie byłoby nic dziwnego w byle ubraniu, gdyby nie to, że z suknią wiązała się pewna historia...
Mroczny władca kukiełek i kreator lalek; zdeformowanego życia gotowego posłusznie wykonywać tylko jego rozkazy, by zapewnić sobie przetrwanie... To te istoty były powodem, dla którego Krafer niemal osiwiał. Ów lalkarz stoczył za życia wiele bojów i jedną z takich walk było starcie z Koriną.
Pragnął zamknąć dziewczynę w jednej z form lalki, z której by nie uciekła. Żądał, by poddała się jego władzy, lecz była ona jedyną osobą, która była w stanie przeciwstawić się sile form, jakie narzucał pełnym obaw ludziom. Pełnia wigoru, nieskalana czasem młodość i charakter pozwoliły Korinie wygrać tę bitwę, lecz był to zarazem moment, gdy obleśne macki absurdu chwyciły ją i przeszły zakamarki jej jestestwa. Znalazła się w iście agonalnym stanie. Podłe szachrajstwa, jakimi posłużył się lalkarz, zadały potężny cios, który niczym pnącze owinął się wokół jaźni bohaterki i sięgnął do najskrytszych i najbardziej osobistych wspomnień.
Sztuczki Koriny w żadnym stopniu nie były gorsze od umiejętności przeciwnika, a można by rzec, że zdołała go przewyższyć i wyprzedzić jego pychę. Nie da się ukryć, że Akaton jest magicznym światem z przyszłości i pewne aspekty manipulacji naturą zostały ujarzmione, dlatego też Korina wykorzystała znaną jej wiedzę i wraz z pośrednikiem zdołała przekląć ubranie, by skumulowało w sobie całą negatywną aurę, tym samym uwalniając i ratując czarodziejkę od postępującego wypaczenia.
Czy było to coś trudnego...? Można by wszcząć dyskusję, aczkolwiek z punktu widzenia dziewczyny było to delikatne poświęcenie. Świadomie mówiła, że spotkało ją już tyle, że i ta potyczka zostanie stłamszona w odmętach umysłu, lecz była w błędzie. Jadowite macki lalkarza zasiały w niej ziarno. Gdyby nie odrzuciła od siebie wspomnianej "szmaty", to zostałaby kolejną lalką. Mimo wykazywania odporności, odpowiednio duża dawka trucizny byłaby w stanie zniszczyć tę dziewczynę.
Dlaczego jednak byle ubranie, tak prosta sukienka miałaby być powodem, przez który Korina się zawahała? Tracąc ją, bohaterka straciłaby swoje zdolności. Niemal cała moc wyparowałaby z niej; materiał, z którego powstała owa "tarcza", miał właściwości równie magiczne, jak najgłębsze zakątki Akatonu. Korina otrzymała ją, gdy jeszcze chodziła do szkoły. Wykładowca widział potencjał i kompatybilność między dziewczyną a tkaniną; jakby były sobie pisane. Nauka jej magicznych aspektów, która najlepszym zajęłaby wiele godzin, dla Koriny była jak drobnostka. Synergia stała się nieodzownym elementem życia bohaterki. Dlatego też z trudem przyszło jej porzucić dawną, niewinną biel i pozwolić, by wszelka magia wyparowała. Zostały jej tylko podstawowe umiejętności, które przesyciły jej charakter.
Odrzucenie znanych norm było na początku bardzo trudne. Choćby idąc przykładem Krafera, który z magią obcował tylko i wyłącznie za czasów drugiej wojny, kiedy stanęły przed nim największe wyzwania, kładące niezniszczalne wówczas ciężary na jego niedoświadczonych barkach. Bohater nie znał takich umiejętności, jak wzniecanie ognia własną dłonią. Wiedział, jak trzymać ogień, co każdy amator może - słowa klucze - zrobić, ale by nim władać? Absurd.
Wielokrotnie przyłapał Korinę na staniu i "modleniu się do czajnika". Przyzwyczajona do wygód: ilekroć chciała zagotować wodę, to brała czajnik czy garnek do jednej ręki, a drugą przystawiała do dna i w mgnieniu oka woda była ciepła. Jej irytacja, gdy sztuczka nie wychodziła (z wiadomych względów), była co najmniej urocza. Jednakże niech pozór nie zwiedzie. Krafer wielokrotnie oberwał lub został zmierzony przerażającym, trupim spojrzeniem za podśmiewanie z zaspanej żony, która pukała o dno naczynia, chcąc zrobić herbatę.
Z biegiem kolejnych opowieści bohaterowie dotarli na plebanię. Był to budynek niczego sobie, ale okropnie niekształtny, gdyż stanowił przybudówkę do kościoła. A ten? Zupełnie inna materia! Musiał starczać dla całej wioski, a ludzi było co niemiara. Podzielony był nawet na kilka sekcji, zjednoczony pod jedną flagą harmonii. Jednocześnie mogły odbywać się trzy obrządki dla różnych wyznań. Kościół stanowił bardzo atrakcyjny obiekt i ludzie z okolicznych wiosek czy nawet miast fatygowali się, by tu przyjść. Wiara w przyszłości delikatnie się zmieniła. Główne obrządki odprawiano tylko w jeden dzień tygodnia oraz święta ustalone na nowo zgodnie z obowiązującym kalendarzem. Religia jako lekcja odbywała się w jednej z wymienionych sekcji, a dwie pozostałe stanowiły miejsce stricte sakralne. Można by rzec, że wiara przestała odgrywać ważną rolę u wielu ludzi, ale to już nie była Ziemia. Proporcje wyznaniowe wśród ocalałych i dalsze czynniki warunkujące kulturę były mocno wykrzywione i nie mogły stanowić o kontynuacji życia w sposób sprzed katastrofy.
Rdzenni Akatończycy nie przyjęli ciepło obrządków ludzkich, gdyż dla nich to Szame był najważniejszym bóstwem. Powstawało o nim wiele legend i każdy naród inaczej interpretował święte księgi. Najważniejsze jednak było to, by nie pozwolić obcym znieważyć w żaden sposób bóstwa. Logiczne. Jeden z narodów akatońskich - Katusjanie trzymali się kurczowo tej zasady i byli skłonni mordować ludzi tylko za to, że byli ludźmi. Jednakże Akaton rządził się takim prawem - kto jest największy, najsilniejszy i najmądrzejszy, ten robi, co chce. Budziło to wiele nieporozumień, lecz pozostałe narody uznawały ludzi jako ubogacenie; nowy gatunek, który może się przydać, dlatego też stopowały ludobójcze zapędy swoich pobratymców. Lecz aby stosunki między ludźmi a Akatończykami się ociepliły, musiało dojść do cudu. Cywilizacyjnie istniała zbyt duża przepaść, przerażająca zdecydowaną część społeczeństw.
Ludzie byli dla rdzennych jak nieświadome istoty. Traktowani jak ktoś zdecydowanie słabszy i gorszy, musieli walczyć o swoją pozycję. Chcąc przypodobać się potężnym tworom, zaczęto propagować pochwałę dla gatunku ludzkiego. Skomplikowana sytuacja martwiła wielu, w tym Krafera, który jednakże wierzył w głębi duszy, że żadne nowe konflikty nie nastaną "za jego kadencji". Na czym mu zależało - by spokojnie dożyć starości i umrzeć w sposób najsprawiedliwszy; nie poddać się spaczeniu na umyśle, mediom czy innym czarom, a odejść, gdy "nadejdzie pora".
Korina stanowiła delikatną kontrę dla zachowań męża. Nie zamartwiała się tym, co może nadejść, a starała się żyć chwilą. Dobrze wiedziała, że jeśli zadba o to, by nie popełniać dewiacji, tańcząc ryzykowne tango ze stresem i problemami, które po lepszym namyśle okazują się drobnostkami, to przeżyje jeszcze długi czas. Liczyła szczerze na wspaniałomyślność obecnych administratorów. Jej pozytywne myślenie kończyło się, gdy myślami sięgała do męża. Obserwowała, co się z nim dzieje. Momentami był zbyt szorstki i zbyt raptowny. Zawsze jednak po takim napadzie rozumiał, co źle robił. Najgorszy był fakt, że postępowała w nim choroba. Przeżycia na wojnach i nieekonomiczne obcowanie z czarną magią, a także strata wielu członków rodziny, która go przygarnęła i posklejała w całość... te wydarzenia odbijały coraz większe piętno.
- Jeśli chcesz, gdy wrócimy, to zadzwonisz do Alii - powiedziała Korina, widząc niewyraźną minę Krafera. Takie drobne szczegóły zwykle oznaczały, że o coś może chodzić. Ona wiedziała jednak, jak zapobiegać problemom.
- Och, pewnie. Ciekawe, jak się ta nasza piratka ma w dalekim świecie - odpowiedział, zerkając na parasol, na którego powierzchni zaczął formować się błyszczący nalot. - Czy mi się zdaje, czy pada?
Żadne formy tradycyjnego leczenia nie były w stanie załagodzić sytuacji i Korina każdego dnia starała się przyjąć do wiadomości, że jej małżonek najpewniej niebawem oszaleje lub popadnie w stan świadczący o niezdolności do życia w rodzinie czy społeczeństwie. Gdy tylko mogła, starała się odciągnąć jego uwagę od myślenia. Zwykle zachęca się ludzi do przemyśleń i wysnuwania wniosków, co może być drogą do dojrzewania i rozwoju świadomości, lecz w przypadku Krafera myślenie prowadziło tylko do wspomnień. Łatwo dało się go na tym przyłapać. Ilekroć temat owej materii wpadł mu do głowy, smutniał i jego postawa marniała. Ciężko było go wybudzić z transu, gdy tylko wdał się w taką wewnętrzną dyskusję z samym sobą, ale nie stanowiło to problemu dla Koriny. Przyrzekli sobie wierność i tego musieli dotrzymać; w każdych okolicznościach.
- A co zrobimy z tą sukienką? Wyrzucisz ją czy zostawisz? - zapytał, widząc dom na horyzoncie.
- Och. Wiem, co z nią zrobię, i nie musisz się tym przejmować. Jeszcze dziś zniknie. Podrę ją i wrzucę do pieca. I wszystko będzie tak jak wcześniej. Nie wiem nawet, jak się znalazła w naszej szafce - odpowiedziała, opierając głowę na ramieniu Krafera.
- Żadnych uczuć? Ciężko byłoby mi się rozstać z tą kurtką. Rośnie ze mną od małego. Pozbywanie się tylu wspomnień... Coś nie do pomyślenia.
Korina uśmiechnęła się krzywo. Miała nadzieję, że sformułowała wszystko na tyle dobrze, że temat nie będzie drążony dalej. Szybko jednak znalazła motyw do zmiany tematu.
- Przyśpieszmy kroku, zapomniałam, że pranie jest w pralce. Przez cały dzień pewnie już zdążyło zgnić. Najwyżej je porozwieszamy po drzwiach, co myślisz o tym? Czy chce ci się schodzić do piwnicy po ruszt do suszenia?
Krafer przytaknął, że może iść. I tak chciał wyjąć jakieś przetwory na kolację, bo tego ranka cały czas siedział w swoim bujanym fotelu ze źdźbłem trawy w ustach i udawał starego kowboja, mimo że wyglądem absolutnie by się nie wpasował w...
- Ej, kim jesteś!? - zakrzyknął, wytrącając się z transu na widok nieznajomej osoby, która ewidentnie chciała okraść ich dom.
Oddawszy żonie parasolkę, bohater z niesamowitym rozpędem podbiegł do zakapturzonego nieznajomego próbującego wytrychem dostać się do mieszkania. Korina starała się dotrzymać kroku mężowi, ale on był zbyt szybki. Widziała na pierwszy rzut oka, że kipiała w nim furia. Zastanawiało ją jednak, co mogło skumulować taką agresję. To nie było typowe dla reakcji na złodzieja. Ruchy, gestykulacja... strasznie nienaturalne. Dziewczynie zdawało się nawet przez chwilę, że widzi, jak mąż wyjmuje miecz, który zwykł nosić przy sobie za czasów przynależności do zakonu.
- Nie podoba mi się to... Krafer! - krzyknęła przestraszona. - Krafer!