Styria - Mariusz Maszczyk

Kup ebooka

23.99 zł
19.19 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Portasz

Zapadał zmrok. O tej porze roku, kiedy grudzień chylił się ku końcowi, mogła być już trzecia po południu. Poprzedniej nocy wiatr w niektórych miejscach, tych nieosłoniętych przez wysokie świerki, nawiał sporo puszystego śniegu. Droga wiodła przez dość wąską i długą dolinę, zamkniętą po bokach mało już widocznymi górami. Wzdłuż tej otoczonej zboczami niecki wił się prawie w całości zamarznięty potok nazywany przez miejscowych Radeczką. Po obu stronach traktu pojawiały się nieliczne błyski. Mieszkańcy gospodarstw zaczynali zapalać w izbach świece.

Człowiek obserwujący zza kępy drzew otoczenie pomyślał, że to dobry znak. Za godzinę ruszy dalej i przy odrobinie szczęścia pozostanie niezauważony. Nie myślał już o śladach, które za sobą zostawi, i ujadających w oddali psach. Zmęczony i głodny, coraz bardziej odczuwał ból w lewej nodze. Okopał się w śniegu, zerwał kilka iglastych, zielonych gałęzi i usiadł na nich. Od czasu do czasu wkładał w usta garście zimnego puchu. Czekał na odpowiedni moment.

Wstał, kiedy ostatnie promienie słońca zniknęły za szczytem po jego prawej stronie, mrok zagęszczał się z każdą chwilą, a śnieg stawał się ciemnoszary. Postanowił, że pójdzie drogą wzdłuż wiejskich domów. Leśne zaspy mogły go pokonać.

"Na brodzenie w śniegu przyjdzie jeszcze czas" - pomyślał.

Do wspinaczki zostało mu jakieś dziesięć kilometrów.

Dwie godziny później do połamanych świerkowych gałęzi dotarło trzech mężczyzn. Z uwagą przyjrzeli się legowisku, na które nawiało śniegu. Wtedy jeden zaczął gwizdać i machać rękoma. Najwyraźniej był to sygnał, bo wszyscy popatrzyli w północną stronę, skąd po chwili wyłoniły się zaprzężone w konia sanie. Siedziało na nich dziesięciu ubranych w owcze kożuchy chłopów. Nie minęła minuta, jak do kępy drzew dotarły drugie. Ludzie zeskoczyli i połączyli się w grupę. Najstarszy z nich o coś zapytał. Jedno słowo, które padło, przeszyło wszystkich dreszczem.

- Dzigosik?

- Zobaczcie sami - odpowiedział najwyższy z pierwszej trójki. - Tu się schował, jebaniec.

W tej samej chwili utykający mężczyzna dochodził do miejsca, gdzie dolina była już bardzo wąska. Potok płynący po jego prawej stronie miał szerokość około trzech metrów.

"Już blisko" - pomyślał. "To Raztoki".

Po kilku minutach droga rozgałęziła się na dwie węższe ścieżki. Przed sobą zobaczył ścianę lasu. Skręcił na zachód. Przeszedł jeszcze jakieś pół kilometra i zaczął, metr po metrze, brnąć przez zaspy, kierując się w górę stromym zboczem.

Pomiędzy jego natarczywe myśli o bracie Pawle, z którym rozłączył się przed samą doliną, o Reginie, którą stracił przez własną głupotę i nieostrożność, coraz mocniej wdzierało się zwątpienie. Poczuł, że wędrówka w takich warunkach będzie trwała wieki. Ból w nodze promieniował już na całe wycieńczone ciało.

Mężczyzna pragnął snu, przez głowę przelatywały mu obrazy Dolnego Kubina - to piękna zielona wiosna. Widział młodego, krępego chłopaka, kroczącego pewnie przez łąki upstrzone piegami żółtych kwiatów. To przecież on. Szedł wtedy pewnie i radośnie. Ciepły wiatr niósł go w stronę Węgier pachnących dostatkiem i przygodą.

Powoli uczucie zimna zaczęło ustępować, tak jakby krew stawała się coraz cieplejsza. Ostatni raz zebrał się w sobie. On, walczący od wielu lat ze wszystkimi dokoła, z sobą, z własnym sumieniem, Bogiem i diabłem, pójdzie dalej.

Zwały śniegu stawały się mniejsze, wchodził teraz w gęstszy las, który dając odpór wiatrowi, czynił szlak bardziej znośnym.

Wędrowiec przystanął na chwilę i starał się wyłowić każdy niepokojący dźwięk. Nic, cisza. Gdy ruszył dalej, po jakimś kwadransie zauważył, że ciemne kontury drzew stają się coraz mniejsze. Był już bardzo blisko górnej grani.

Ostatkiem sił dotarł do znanej mu polany. Przez Halę Śrubita przechodził wiele razy. Biegł tędy szlak dla kupców, którzy, często mając coś do ukrycia, wybierali tę drogę, kierując się w stronę Nowej Bystrzycy, a później Żyliny. Wreszcie, pierwszy raz od kilkudziesięciu godzin, poczuł się bezpieczny. Kolejny raz wytężył zmysły. Nie słysząc niczego alarmującego, postanowił chwilę odpocząć. Do szczytu zostało tylko trzysta metrów.

Ocknął się zaskoczony. Nie miał pojęcia, jak długo spał. Otworzył oczy. Nadal była noc, ale rozgwieżdżone niebo przysłaniały mu czarne plamy przesuwające się powoli jak czarcie obłoki. Gdy wzrok się wyostrzył i przyzwyczaił się do ciemności, mężczyznę przeszył dreszcz, jakiego nigdy w życiu jeszcze nie poczuł. Czarne plamy zaczęły nabierać kształtów ludzkich postaci.

Czterech mężczyzn uzbrojonych w siekiery i łańcuchy stało nad nim w zupełnej ciszy. Reszta chłopów czekała oddalona o kilka metrów. Jeden z pochylających się złapał go za szyję i szarpnął za wiszący na niej rzemień. Oczy zebranych dostrzegły krótki, metaliczny błysk.

Martyn Portasz, wyjęty spod prawa banita i hetman zbójecki, spojrzał na Śrubitę ostatni raz w życiu.

Był 28 grudnia 1688 roku.

List

Rano zbudził mnie telefon. Spojrzałem na zegarek - była dziewiąta. Przez moment zastanawiałem się, czy w ogóle go odebrać. Zanim mój umysł podjął decyzję, zapadła cisza.

"No i dobrze" - pomyślałem.

Nie byłem na tyle przytomny, by prowadzić błyskotliwe konwersacje. Mózg nie zdecydował jeszcze w pierwszej sprawie, a już czekało go drugie wyzwanie. Tym razem poszło sprawniej, wiek i wczorajsze piwo były bezlitosne.

Wstałem i poszedłem do łazienki.

Gdy wychodziłem, dzwonek odezwał się po raz drugi. Zaspany, podniosłem telefon, nie patrząc, kto dzwoni.

- Nowacki, słucham.

- Cześć, Piotr, chciałbym, żebyś wpadł dzisiaj do redakcji.

- Michał, na miłość boską, nad ranem wróciłem z Kielc. Nie mam zamiaru dzisiaj nawet się do niej zbliżyć.

- Piotr, musisz być. Mamy dzisiaj zebranie przed majowym wydaniem. Muszę wiedzieć, w którym miejscu jestem.

- Jeżeli o mnie chodzi, to w czarnej dupie. Rozumiem, że skoro już wiesz, to zostaję w domu - odparłem.

- Piotr, widzimy się o jedenastej. Mam dla ciebie nowy temat.

Rozłączył się.

Z mieszkania na Kazimierzu do biura redakcji na Józefińskiej miałem dziewięć minut samochodem lub dziesięć na piechotę.

"Spacer dobrze mi zrobi" - pomyślałem.

Poszedłem do lodówki i otworzyłem piwo.

Piętnaście minut przed czasem minąłem księgarnię, za nią mieściła się krakowska redakcja "Przełomów". Celowo wyszedłem wcześniej, żeby wypić spokojnie drugą kawę. Z kubkiem w ręce otworzyłem drzwi z tabliczką "Redaktor naczelny Michał Żalek".

W gabinecie oprócz niego znajdowały się dwie osoby: Waldemar Lonz - którego dziedziną były wszystkie tematy związane działem "art", czyli w naszym przypadku przedmiotami antykwarycznymi, malarstwem i wszystkim, co wyszło spod ludzkiej ręki, a na rynku miało jakąś wartość. Waldek uzupełniał w tym obszarze Żalka. Obaj panowie skończyli historię sztuki.

Drugą osobą była Dorota Pojawska, nazywana przeze mnie Francą. Franca zajmowała się książkami. Miała trzydzieści pięć lat, wiecznego focha, imponującą wiedzę i fajne cycki. Dorota, zawsze gdy mnie widziała, zaczynała sapać i fukać. Uważała, że nie jestem dla niej partnerem do rozmowy. Ja miałem to w dupie i tak na swój sposób się lubiliśmy.

Spotkanie przebiegało bardzo sprawnie. Wszyscy zdali relację z postępów swoich prac, ich artykuły zapowiadały się obiecująco. Ja opowiedziałem o wypadzie w świętokrzyskie.

- Piotr, naprawdę nic z tego nie wydoisz? - odezwał się Żalek.

- Michał, bez szans. Tyłek mnie tylko boli od jazdy.

- Informacje wyglądały na wiarygodne, masz kontakty. Serio nic?

- Ten temat to kupa i do tego śmierdzi. Proszę, nie wsadzaj mnie już na takie gówno, szkoda czasu. Policja umorzyła sprawę kradzieży, a gość ma zarzut wyłudzenia odszkodowania.

- OK. Proszę, żebyś został u mnie na chwilę po spotkaniu. Temat nie jest ambitny, ale prosty, spokojnie się wyrobisz. Przyniosę jeszcze kawę. - Wyszedł.

Zostałem. Franca z Waldkiem czmychnęli, odstawiwszy krzesła na swoje miejsca.

Ziewając, żeby nie zasnąć, omiatałem wzrokiem pokój. Biurko naczelnego było masywnym meblem w stylu art déco. Oprócz laptopa leżała na nim popielniczka z zielonego szkła, kilka grubych książek oraz zdjęcie żony i dwójki uśmiechniętych dzieci w wieku szkolnym. Do prywatnych okopów Żalka przysunięty był stół, za którym znajdowały się nasze krzesła.

Siedząc, patrzyłem na ścianę z wysokimi drzwiami, przez które przed chwilą wyszli Lonz i Pojawska. To była moja ulubiona ściana. Na jej centralnym miejscu wisiała replika "Pięknej Rafaeli" Łempickiej i socrealistyczny Fangor patrzący na mnie oczami trzech "Postaci". Panował na niej porządek. Reszta gabinetu, poza oknem, była wielkim bałaganem, dziś wywołującym u mnie zawroty głowy.

Michał wrócił z dwiema filiżankami i usiadł za biurkiem. Zauważyłem, że obok książek leży koperta. Podniósł ją, jakby czytał w moich myślach, i mi ją podał.

- Dostaliśmy to trzy dni temu. Sam się zdziwiłem, że ktoś pisze jeszcze normalne listy, ale autorem jest nauczyciel starej daty...

- Do brzegu, Michał. - Wiedziałem, że muszę skończyć rozważania Żalka o współczesnej epistolografii, zanim zapadnę się w krześle na kolejną godzinę. - Co jest w środku?

- Ten nauczyciel od lat interesuje się historią Beskidów. Napisał artykuł o historii jednej wsi. Chcę go opublikować.

- Nie rozumiem dalej, jaka ma być w tym moja rola. Wiesz, że nie zajmuję się etnografią.

- List jest dosyć obszerny i są w nim wzmianki o represjach na tych terenach po zakończeniu wojny. Jedna relacja jest bardzo zagadkowa i może być z tego dobry materiał.

- Mam zebrać informacje o tym, jak działała władza ludowa? Wszyscy to wiedzą.

- Czuję, że w tym przypadku jest drugie dno. Proszę, żebyś to sprawdził. Skoro nie masz na tę chwilę nic lepszego, to pooddychasz świeżym powietrzem. Zresztą dobrze ci to zrobi - dodał z ironicznym uśmiechem.

- Kradzież świętego obrazu z wiejskiej chaty. - W złośliwościach był remis.

Żalek uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Po prostu to przeczytaj. - Wzrok naczelnego właśnie zakończył spotkanie.

Odnosząc kubek po kawie, spotkałem rozbawione spojrzenia Francy i Lonza.

- Z czego tak rżycie?

- Miałam to dostać ja - powiedziała Pojawska. - Trafiło na ciebie z powodu Kielc.

- Życzymy powodzenia - wtrącił drugi z ucieszonych.

- Słodycz aż cieknie wam po pośladkach, nie wrócę tu prędko.

- Będziemy bardzo tęsknić, uważaj na siebie - dodał Lonz, szczerząc zęby.

- Też was lubię. - Wziąłem kurtkę i wyszedłem z biura.

Po dwunastej byłem już po drugiej stronie Wisły i zdecydowałem, że zanim wrócę do pustego mieszkania, zrobię małe zakupy. Zdałem sobie sprawę, że od dawna robię tylko takie, byleby starczyło do kolejnego rana; kilka produktów w reklamówce wystarcza, żeby przeżyć do następnego dnia. Po co kusić los albo beznadziejnie planować działania w czasie, w konfrontacji z którym nie mamy szans? Parówki, woda mineralna, dwie kajzerki, dwa piwa, białe wytrawne wino, paczka papierosów. Wódki starałem się unikać, przestaliśmy się przyjaźnić kilka lat temu.

Wynajmowane przeze mnie mieszkanie na ulicy Józefa nieopodal synagogi miało tę zaletę, że w każdej chwili i o każdej porze mogłem wejść do pobliskiej knajpy i zamówić coś do zjedzenia. Kiedyś bardzo lubiłem gotować, teraz wolałem w milczeniu obserwować i podsłuchiwać ludzi siedzących przy stolikach lub barze.

Taki też był plan na dzisiejszy obiad. Wszedłem do jednego z shot barów. Nie zarabiałem w "Przełomach" najgorzej, ale stałe bywanie w restauracjach nie było na moją kieszeń. Zamówiłem podwójną porcję śledzi w pseudośmietanie i lane piwo.

Chciało mi się jechać w okolice Żywca tak bardzo, jak kopać rowy w zimie. Żalek wiedział, że nie jestem ekspertem od felietonów historycznych. Nie byłem również asem dziennikarstwa.

Kiedy namawiał mnie do współpracy z pismem, miałem zagłębiać się w sprawy związane z kradzieżami i poszukiwaniami dzieł sztuki. Zdobywałem na ten temat informacje, do których poprzez informatorów miałem dostęp i tak opracowaną surówkę dostarczałem zawodowym dziennikarzom. Tak było przez pierwsze dwa lata pracy w "Przełomach". Później właściciel uznał, że każdy powinien regularnie publikować. Znaleźliśmy zatem całkiem racjonalny kompromis - dalej robiłem to samo, ale od czasu do czasu musiałem coś napisać. Lubiłem to jak wrzód na dupie, ale wrzód był mój i musiałem z nim żyć. Kończąc użalać się nad sobą, zamówiłem drugie piwo.

***

Otworzyłem oczy, kiedy za oknem robiło się szaro. Poranna irytacja już ustąpiła. Wyjąłem z lodówki wino i nastawiłem płytę Davisa. Wieczór był dla mnie zdecydowanie najlepszą porą do pracy. Wyciągnąłem się wygodnie na mocno zużytej kanapie i wziąłem do ręki sporą kopertę.

Kartki zapisane były notatkami o historii parafii w Milówce. Jeremi Kalina, autor listu, wspominał także mieszkańców zasłużonych dla rozwoju miejscowości lub takich, co odznaczyli się w lokalnych dziejach z innych, mniej zacnych powodów. Dalej nakreślił rozwój osadnictwa na tych terenach, przeplatając to z legendami i opisami turystycznych atrakcji. Dynamiczne w swej nudzie studia powoli zbliżały się do okresu ostatniej wojny i następującego po nim procesu formowania władzy ludowej...

Żeby nie zasnąć, otworzyłem okno. Przypomniałem sobie dzisiejszy humor Pojawskiej i Lonza, kiedy wychodziłem z redakcji. Muszą być w zmowie z Żalkiem i mnie wkręcają. Chcą, żebym pił krowie mleko, moczył jaja w strumyku i opalał gębę z daleka od nich.

Przeczytałem ponad połowę i nie znalazłem niczego, co skłoniłoby mnie do opuszczenia Kazimierza.

Pod koniec notatek głównym wątkiem stały się represje na miejscowej ludności przez żołnierzy radzieckich w 1945 roku oraz kolejne dziesięciolecie, kiedy ciemiężycielem był Urząd Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Narodowego. Jeden fragment listu został podkreślony, zapewne przez Michała.

"Podobna sytuacja miała miejsce w Rycerce, gdzie wpływ na realną władzę miał pułkownik Iwan Pałuczkin, który zaraz po wyzwoleniu przebywał z oddziałem czerwonoarmistów w bacówce. Później pojawił się raz jeszcze w 1954 roku. Jak wykazuje relacja jednego z mieszkańców, działy się rzeczy dziwne. Jeden świadek opowiadał, jak pewnej nocy zniknął bez śladu miejscowy nauczyciel, Jan Roster, z całą rodziną. Przepadli jak kamień w wodę, a ludzie bali się pytać".

Stałem przy oknie i nie potrafiłem się ruszyć. Obudził się śpiący od wielu lat demon...

Rycerka

Do Rycerki dotarłem następnego dnia po południu. Od roku używałem leciwego forestera. Auto, pomimo kilku rudych plam, nadal brykało po dziurawych drogach jak byk po pastwisku. Wybór wolnych miejsc noclegowych był ograniczony, ale udało się znaleźć coś w moim budżecie. Zatrzymałem się w pensjonacie Olimp, przypominającym alpejską willę albo, jak kto woli, górską daczę prominenta z KC. Wynająłem pokój od razu na tydzień. Na miejscu okazało się, że jestem jedynym gościem, co dla mnie było dodatkową atrakcją.

- Gdzie jest najbliższy bar, restauracja? - zapytałem gospodarza.

- W Rajczy, jedenaście kilometrów stąd -zaśmiał się. - Przejeżdżał pan obok sklepu, jest za przystankiem, po lewej stronie.

- Nie można niczego w pobliżu zjeść?

- No niestety, jedynie w weekend. Może sobie pan odgrzać coś w pokoju albo skorzystać z naszej kuchni.

- Jakieś inne niespodzianki? Chciałbym się przygotować.

- Nie, przybory kuchenne są w szafce obok kuchenki, na tarasie jest grill, a z zakupami proszę się pośpieszyć, bo o tej porze może braknąć pieczywa.

Wyszedłem na drogę i skierowałem się w stronę sklepu. Po obu jej stronach mijałem drewniane domy różniące się od typowych wiejskich gospodarstw. Były bardzo zadbane, wszystkie miały małe ogródki. Uwagę przyciągał ich ciepły brązowy kolor. Sama osada, a właściwie jej przysiółek, znajdowała się w wąskiej dolinie zamkniętej z każdej strony świerkowym lasem. O obecności sklepu informowała grupa mężczyzn w roboczych ubraniach. Stali przy ławce i każdy miał w ręce piwo. Miałem tu trochę zabawić, więc grzecznie powiedziałem smagłym, czerwononosym tubylcom "dzień dobry". Po chóralnej reakcji otworzyłem drzwi. Gdy ponownie złapałem za klamkę, miałem ze sobą flaki po Zamojsku, cztery piwa Brackie i małą wiśniówkę.

Rzeczywiście aneks kuchenny był wyposażony tak, jak zapewniał gospodarz. Zawartość słoika przelałem do garnka i przyprawiłem pieprzem. Dobrze, że ludzie wymyślili takie cuda, jak dania gotowe. Zawsze kiedy sam chciałem coś ugotować, z przyzwyczajenia kupowałem dwa razy więcej produktów, niż potrzebowałem. Później połowa i tak lądowała w koszu, co powodowało u mnie stan przygnębienia.

Wybrałem Rycerkę z dwóch powodów. Po pierwsze, tutaj nastąpiło nagłe zaginięcie Rostera. Choć nie sądziłem, że mogę spotkać żyjących jeszcze świadków z tamtych lat, to przecież mogli o tych wydarzeniach opowiadać swoim dzieciom lub wnukom. Po drugie, faktycznie chciałem trochę odpocząć od miasta i ciągłego pośpiechu. Po ostatniej sprawie kieleckiej byłem sfatygowany i potrzebowałem odrobiny spokoju.

Po kolacji wlałem do szklanki piwo i zacząłem układać w głowie plan na kolejne dni. Zgadzałem się z Żalkiem, że zaginięcie nauczyciela było dość zagadkowe. O ile w dużych miastach takie sytuacje, kiedy ludzie znikali bez śladu, miały miejsce bardzo często, o tyle na peryferiach, gdzie każdy każdego znał, a władza ludowa dopiero raczkowała, przepadnięcie całej rodziny jak kamień w wodę wyglądało nieprawdopodobnie. Pomyślałem, że Roster mógł być wcześniej związany z działającym tu jeszcze po wojnie ruchem oporu.

Moje myśli powędrowały w kierunku Rosjanina opisanego w liście. Był oficerem radzieckim, przebywającym tu wraz z pierwszą falą "wyzwolicieli". Moja hipoteza zakładała, że panowie mieli wtedy okazję się spotkać. Po prawie dziesięciu latach ponowne pojawienie się pułkownika mogło zaowocować rozpoznaniem wroga jedynie słusznej koncepcji świata. I teraz mój mózg narysował duży jak stadion piłkarski znak zapytania - co robił w Rycerce Iwan Pałuczkin w roku pięćdziesiątym czwartym? Na ryby albo zbierać jagody mógł wybrać się do tajgi...

Zamknąłem notes, wątpliwości i stawianie kolejnych pytań odłożyłem na później. Jutro rozejrzę się po okolicy, zadzwonię do Jeremiego Kaliny, umówię z nim spotkanie oraz odezwę się do Michała.

Wyszedłem z pokoju na taras i natychmiast zostałem przygnieciony do barierki panującą wokół ciszą. Nade mną było to samo niebo, w które patrzył sześćdziesiąt cztery lata temu Jan Roster. Pierwszy raz od godziny zapaliłem papierosa.

***

Nazajutrz przed sklepem stała ta sama grupa powitalna, co ostatnim razem. Czerwone nosy chórem odpowiedziały na moje pozdrowienie, mierząc mnie wzrokiem jak krawiec do wesela. Tym razem udało mi się kupić pieczywo. Pomimo kwietniowej aury zdecydowałem się na śniadanie na świeżym powietrzu.

Po zjedzeniu kilku kanapek przeniosłem się do swojego dość obszernego pokoju, aby wypić kawę i zebrać podstawowe informacje jeszcze przed rozmową z emerytowanym nauczycielem.

Rycerka Górna to wieś założona w XVII wieku. Jej pierwsi mieszkańcy zajmowali się pasterstwem i osiedlili się tu, przemierzając wcześniej Karpaty. Teren ten był często nękany przez zbójników - przez Rycerkę wiódł bowiem szlak handlowy przez Słowację do Austrii.

"Same pierdolety" - pomyślałem i czytałem dalej, mocno posiłkując się Wikipedią.

W 1808 roku właścicielem Rycerki został hrabia Ludwik Delaveaux. Od razu skojarzyłem go z malarzem studiującym na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium u Otto Seitza. Jego narzeczoną opisał Wyspiański w Weselu jako Marysię. Byłoby to ciekawe, gdyby nie to, że różniło ich jedno pokolenie oraz pisownia nazwiska. Drugi był Ludwikiem de Laveaux. Tak czy inaczej, pierwszemu na tyle spodobała się Rycerka, że mieszkał tu prawie trzydzieści lat. Następnie terenami tymi zarządzali nowi właściciele - Habsburgowie. W połowie XIX wieku powstała tu huta szkła.

Pukanie do drzwi oderwało mnie od ekranu laptopa.

- Proszę wejść, drzwi są otwarte - powiedziałem.

Lekko skrzypnęło i wyłoniła się siwa głowa gospodarza.

- Panie Piotrze, a może chciałby pan zjeść z nami dzisiejszą kolację? Możemy nawet rozpalić grilla. Żona zaprasza.

- Panie Joachimie, obowiązki niestety nie pozwalają. - Była to wymówka na tyle uniwersalna, że pasowała do każdej sytuacji. Wieczorem wolałem posiedzieć i trochę pomyśleć.

- Szkoda, może innym razem.

- Innym razem na pewno dam się skusić.

- A tak to wszystko w porządku? Nie potrzebuje pan czegoś?

"Świętego spokoju" - pomyślałem.

- Dziękuję, wszystko jest OK.

I siwa głowa zniknęła.

Właściciel przerwał mi w chwili, kiedy czytałem o genezie nazwy osady Kolonia. Zrozumiałem teraz, dlaczego gospodarstwa, które wczoraj oglądałem, cały czas wydawały mi się jakieś inne. Miejsce to zostało zasiedlone przez Austriaków sprowadzonych przez Habsburga w 1873 roku do pracy w lesie. Pochodzili oni ze Steiermarku - krainy nazywanej po polsku Księstwem Styrii.

"Nieźle" - pomyślałem. - "Wioska alpejskich drwali na końcu polskiego pierdziszewa".

Teraz nawet sklepowy chór wydał się bardziej światowy. Ciekawe, czy potrafią jodłować.

Przeszedłem szybko przez mniej istotne historyczne zdarzenia, aż do roku czterdziestego piątego. Nigdzie nie znalazłem śladu obecności żołnierzy radzieckich w Rycerce poza wzmiankami o jednej grupie desantowej, która działając na tyłach wroga, miała ułatwić ofensywę frontową. O czasach po wyzwoleniu oraz o tworzeniu struktur lokalnej władzy komunistycznej też nie było zbyt wiele nawet w opublikowanych w Internecie pracach doktorskich. Cóż, i tak coś znalazłem, trzydzieści lat temu zajęłoby mi to tydzień.

Wstałem i zrobiłem trzy serie pompek. Pomimo że byłem kilkukrotnie starszy od swojego subaru, ciągle utrzymywałem dobrą formę. Z jednej strony to, co kiedyś było koniecznością przez lata stało się rutyną, z drugiej pozwalało ograniczać wizyty u lekarzy do incydentalnych przypadków leczenia grypy. Wziąłem mapę i korzystając z okazji przymusowego zesłania przez Żalka w góry, zdecydowałem się na rekonesans okolicy.

Pensjonat leżał u podnóża Bendoszki, przy jedynej drodze we wsi. Od południa rozciągał się widok na stoki Worka Raczańskiego. Postanowiłem, że pójdę w tamtym kierunku. Po kilku minutach mijałem zatokę z przystankiem PKS-u. Tutaj dość wąska droga rozgałęziała się, tworząc literę Y. Tablica informacyjna wskazywała po lewej stronie szlak na Przegibek, po prawej trasę na Wielką Raczę. Wybrałem drugą opcję. Po niespełna kilometrze szlak skręcał w las. Skierowałem się dalej prosto i dotarłem do drewnianego budynku przypominającego starą leśniczówkę. Z mapy odczytałem, że ścieżka obijająca w lewo prowadzi na Halę Śrubita. Maszerowałem teraz bardzo wąską doliną pomiędzy dwoma zboczami przedzielonymi wzdłuż strumykiem. Ponieważ miejscami trasa była całkowicie zacieniona, z lasu wystawały łaty mokrego śniegu. Po godzinie wędrówki wyszedłem ze starego bukowego lasu na polanę porośniętą grupami iglastego młodnika. Przede mną roztaczał się widok na białą halę. Zawróciłem, nie chcąc brodzić w błocie i topniejącej mazi.

Po powrocie wsiadłem w samochód i korzystając z rady Joachima, udałem się na obiad do Rajczy. Po drodze sięgnąłem po telefon i wstukałem numer do Kaliny.

W słuchawce usłyszałem głos starego:

- Halo, słucham.

- Czy rozmawiam z Jeremim Kaliną?

- Tak, kto mówi?

- Moje nazwisko Piotr Nowacki, jestem dziennikarzem z pisma "Przełomy".

- A dzień dobry, panie redaktorze, miła niespodzianka. - Głos teraz wydawał się dużo bardziej życzliwy.

- Panie Jeremi, chciałbym się z panem spotkać na krótką rozmowę. Mam kilka pytań odnośnie do listu, który od pana otrzymaliśmy.

- A kiedy pan może przyjechać do Milówki?

- W każdej chwili, jestem prawie na miejscu.

- To fantastycznie - ucieszył się stary. - Jestem zatem do pana dyspozycji. Może pan być nawet jutro. Dzisiaj mam niestety wizytę w przychodni.

- W takim razie jesteśmy prawie umówieni.

Po kolejnej minucie uprzejmej konwersacji miałem zapisany adres i umówioną godzinę spotkania.

W drodze powrotnej zadzwoniłem do naczelnego i tak, jak mieliśmy w zwyczaju, musiałem zdać krótką relację z postępu prac. Czułem się w tych sytuacjach jak uczniak, a on wchodził w rolę mentora. Po piętnastu minutach ględzenia o niczym dałem mu jasny komunikat, że termin majowy jest zagrożony, ale sprawa pozostaje rozwojowa. Poruszyłem kwestię drugiego dna i powiedziałem, że oprócz zebrania przez Kalinę w sensowną całość materiału z listu zrobię drugi odrębny o zaginięciu rodziny Rosterów. Nawet przez chwilę nie dałem mu do zrozumienia, że jestem tym szczególnie zainteresowany.

Żalek słuchał mnie uważnie. Na koniec wyraził zgodę na przedłużenie pobytu i kazał się informować o dalszych krokach.

Tej nocy nie potrafiłem zasnąć. Cały czas wracały myśli sprzed lat, o których z tak dużym wysiłkiem udało mi się zapomnieć. Czyżby przez zupełny przypadek miałem raz na zawsze z tym skończyć? Nie wiedziałem jeszcze, jakie mam szanse i czy w ogóle uda mi się znaleźć odpowiedź na najważniejsze dla mnie pytanie.