Podobno, że z zadań czynności człowieka najniewinniejszem i
najpiękniejszem, a pewno, że najciekawszem w znaczeniu swojem, jest
zadanie to: żeby pójść zobaczyć się z kim lub od-zobaczyć się -
zrobić wizytę.
Kapłaństwo w tem jest człowieczeństwu przyrodzone i jest
potoczny obrządek ceremonjału, w naturze życia leżący. Idzie się bez żadnego innego interesu, mówi się to, co i
tak jest samo przez się powiedziane pomiędzy osobami w chwili
danej, odbiera się i zamienia potwierdzenie lub zaprzeczenie
mniemań o lada czemś, pierwszem lepszem bez umyślnego wyboru i
interesu podniesionem, i poszukuje się sposobem tym,
bezwłasnowolnie i bezwłasnowiednie, wzajemności współuznania,
poczucia i harmonji... Te skoro spotkało się, odwiedziny czyli
wizyta właściwa jest już przez to samo dopełnioną i przyjemną. Mistyczniejszych, zaiste, spraw od tej sprawy, lubo
najpotoczniejszej, naliczyć jest trudno w życiu człowieka! Stąd-to zapewne pochodzi, że bywają lub bywały salony
bynajmniej sute, ani jaką szczególniejszą wykwintnością jaśniejące,
które nietylko w społeczeństwie, ale nawet w historji do żywotnych
się działalników policzają. Owszem, niemały ten przymiot częściej
właściwym bywał salonikom zwyczajnym, niźli świetnym i obmyślonym
ku temu. Generałowej wdowy *** salonik bardzo się do określonego
wyżej przybliżał. Rządził w nim pewien rodzaj złotej anarchji,
zupełnie zaufanej w swoje trwanie i we wystarczalność swych
rękojmi. Kto się tam anonsować chciał, anonsował się; kto zaś jak
do pokrewnej a poważnej osoby wchodził, ten wchodził sposobem
swoim; kto znajdował się nagle na wieczorze, bo obiadował był
tamże, i potem jakoś tak magicznie, tak prędko godziny ubiegały, że
on się znalazł nagle przy świetle lamp, - ten znajdował się... Że godzi się mieć także i wyłączny dzień wieczornej
recepcji w tygodniu, więc ten dzień był, lecz nominalnie. Omyliłby się bardzo jednakże, ktoby taką samoistną
harmonję za brak staranności jakiejkolwiekbądż poczytywał; była to
owszem negligentia diligens - zadanie, kto wie, czyli nie
najznamienitsze tak w sztuce życia jako i w życiu sztuki! Słowem, że, gdybym takowego-to, a prawie codziennego
wieczora skreślić miał istny całowzór, porównałbym go do
niewielkiej, lecz odegranej wytwornie symfonji. Ta rozpoczynać się zwykła była tonem bezwybitnym,
swobodnym i potoczny zaledwo mającym wydźwięk - niedostrzegalnie on
się jednak to niecierpliwił, to podnosił, gdy od czasu do czasu
wlatującemi nagle i nisko, bystro i okrężnie, nowinami, do krążenia
jaskółek podobnemi, bywał zlekka trącany... Kiedy niekiedy, tam i
ówdzie, uśmiechów warjant i sam nareszcie wyraźny śmiech nadłamywać
się zdawał całość toku, alić natychmiast głębokie i szerokie serjo
powstawało i pogodną płynęło rzeką akordów... Rozmowa, tak się sama prowadząc, bo nie przewodził nikt
jej, czyniła, że pod godzinę pełni wieczoru i wszystkich i wszystko
jeden zdawał się ożywiać temperament. Myśliłbym nawet, że wiek jeden, i że, jak niektóra dawna
legenda chrześcijańska podaje, wszyscy tam mężczyźni miewali nagle
około lat 33, a o lat dziesięć mniej wszystkie damy, bo podobno, iż
w zmartwychwstaniu tak być ma!... O jednej z chwil takowych późnego już wieczora wydawało mi
się, że prąd ten dziwny istotnie wszystko wkoło objął. Patrząc zaś na kwiaty, które do połowy okien wielkich
gęsto wznosiły się, podejrzewałem służącego o niezgrabność,
podejrzewałem go, że wygibnął był tacę, że aromu herbaty i rumu
udzieliło się nagle zasypiającym już roślinom - słowem, że nie bez
przyczyny jaskrawszemi one patrzą oczyma!... Róży jednej nie
podejrzewałem o zapomnienie się tak gminne, lecz płomienisty granat
mógł nie być trzeźwym, a ponsowe i wielkie usta geranjum lśniły się
wyraźnie, jak podpiłe. W taki-to jednak wieczór, w taką chwilę (o, natrętne
spomnienie!), generałowa zawezwała mię palcem zdala do fotelu
swojego i prosiła, ażebym do salonu jej zbliżył i prezentował jej
skrzypka wielce słynąc zaczynającego, a który u wód koncerta dawa. To zaś, że u wód miejsce miało, przepomniałem był na
wstępie wypowiedzieć. Matrona salonu, jak bywa ich wieku obyczajem, miewała przy
sobie dostojne młode osoby: to córki krewnych swoich, to rodów jej
blisko zażyłych. Taką znalazła się na teraz Róża P. (Pomian), bujna
ukraińska piękność - dla umiejętnie patrzących - lub "panna
przystojna", "panna niczego" - dla zapatrujących się na rzeczy
sposobem zwykłym. Generałowa jednakże, lubo sama miała tak krótki wzrok, jak
wielkie oczy, co nadawało jej dziwne spojrzenie, jakoby obejmujące
naraz wszystko i przyzierające się z trudnością, znała wybornie
piękność Róży; zarzucała jej tylko, zdaje mi się, iż mówiła głosem
zbyt donośnym, lubo żadnego w sobie deklamatorstwa nie mającym, i
czego ja nigdy nie postrzegłbym był, gdyby nie mówienia ludzi i
gdyby nie ta skłonność do robienia zarzutów, bez której nie może
istnieć realizm! Owszem, bardziej do upomnienia zdawała mi się
bywać poprawa i przemiana głosu na mniej wybitny, niźli upominanie,
które ją niezawsze najzręczniej powodowało... Róży P. piękność potrzebowała trafnie obranego dystansu, z
powodu, iż posągowo całą była. Kibici wgiętość i cała jej linja, o
które] kobiety południa i większej części wschodu wyobrażenia nie
mają, łączyła się w całość z podawaną udatnie pełnią szyi, przez
wielkie ciążenie ciemnych i bujnych włosów naginanej... Oczy,
spokojne i głębokie, do zaczarowanych jezior podobne, gest ramienia
arcyszlachetny i coś z zamyślonego łabędzia we wszystkości
poruszeń. To też większość obywateli krajowych zwykła była mówić o
niej: "Panna!... niema co mówić"; Polacy albowiem używają
powiedzenia "niema co mówić" wtedy, gdy jest bardzo wiele do
mówienia, podobno nawet, iż gdzie niegdzie używa się zarówno i
wyrażenia "niema co robić!..." Jako bardzo niepoprawny romansista, nie nadmieniłem już po
dwakroć, że to działo się u wód; lecz, że nic jeszcze nie działo
się, więc nie jestem nazbyt opóźnionym. "U wód" nie oznacza ściśle jakich jednych, lecz u całej
ich geologicznej grupy, przerozmaicanej to ciekawemi ruinami
godnemi wycieczek, to miejscami, skąd się urocze widoki
rozesłaniają. Zaś ktoby nie wierzył we feeryczne okolice i sprawy,
zaś komuby wydawało się, że niema twórczego nic oprócz sensu
realnego inżynierji i administracji, ten niech uważnie spojrzy na
wesołe i dostatnie miasteczko, między odludnemi skały wokoło jednej
szklanki wody i dla niej zbudowane i rozwijające się. Ta niteczka zdrojowej wody - cienka i przebłyskująca od
szczytu skały przez cały stromy bok jej, niknący w przepaści -
która się gdzieś potem w podziemiach przerabia w zbawienny napój i
opodal starej kaplicy wytryskuje, oto miasta i okolicy geneza i
municipium! Wynalazł ją był temu lat kilkaset myśliwy sokół hrabiny
średniowiecznej, zabłąkanej na łowach, uświęcili ją potem mnichy,
których pierwotnego mieszkania resztki widzisz w dolnych murach
kaplicy - i oto dziś u zenitów skał liże ją sarna, rozpryskując
krople stopą ochoczą; niżej, daleko niżej, rozbija ją w mgłę
srebrną jakiś tuman, który całe smugi fjołków przez to ożywia; aż
nareszcie u dołu wyciągają ku niej ręce ze szklankami świetnemi
dostojni z krajów różnych goście. I monarchowie niekiedy tu przybywają nie utajonym
ukradkiem, a zawiązywały się, bywało, i zawiązują kongresy
przedgłośne, miewające na wagach swoich losy ludów! Lecz na samej krajobrazowej piękności tylko takiego tła
uroczego gdy zatrzymujesz oko, skoro ci nic już nie brak... brak ci
serca!... Sama przez się myśl nalatuje, szepcąc, iż tu jeszcze
należą się postacie istot dwóch, głęboko się wzajemnie pojmujących
- tak przecież mogło było być... tak zapewne gdzieś jest w
szmaragdowej ocieni tych małych ustronnych domków, albo tak
koniecznie być musi dziś wieczór jeszcze, lub jutro rano... Bowiem harmonji pełność domaga się, żeby tak było!
Cóż za dyplomatycznie psychologiczną miałem ja w tych
czasach trudność, ażeby generałowej życzeń i polecenia dopełnić co
do oczekiwanej prezentacji wirtuoza. Powodowało trudność głównie to, iż nie z jedną, ale z
osobistościami dwoma, jedną składającemi, trzeba było mieć do
czynienia. Oskar *** nie, gdy na scenę wchodził, ani gdy grać
poczynał, ale dopiero, gdy już pełno grał, był istotnym sobą, i
podobno, że wtedy tylko to był on. On, do którego sam dochodził, nie zaś ów, którego zdawał
się raczej unikać, lub którego przez samo tylko tożsamości uczucie
znosił. Ten wtóry był to młody wdowiec w kapeluszu białym, na oczy
nieco nasuniętym i do pół żałobą otoczonym, z pod którego bujny
czarny włos, wydobywając się z wiatrem, sam się trefił. Spotykałeś
go tam i ówdzie, nie wiedząc, kiedy wszedł, lub jak uszedł, miał
albowiem iście i obyczaj człowieka, nie powiem, bardzo ostrożnego,
lecz i bardzo i uprzedzająco delikatnego. Częstotliwie zdawało się,
iż nie na słowa doń mówione, lecz naprzód na ich najostateczniejsze
konsekwencje odpowiadał. Rzekłbym, że nie rozmawiał, ale że
zapobiegał zdaniom i uczuciom, a co niekiedy w nadmiarze swoim
przybierało naturę podejrzliwości. Dopiero uważnie przeczytana raz biografja tego artysty
rzuciła mi światło na tę dwójcę istoty w jednym człowieku, co
jeżeli policzamy do wyjątków, to bardzo się do tego przyczyniają:
tępość naszych narzędzi obserwacyjnych i lenistwo do obejrzenia się
staranniejszego. Gdy zaś wirtuoz po pewnej chwili grania stawał już w sobie
samym, zupełnie innym był. Coś olimpijskiego prostowało nagle linję
całej jego postaci, głowa się podnosiła hardo, włosów wicher
nawiewał się na czoło i ustępował tylko silnemu w takt stąpieniu.
Ręka wyprzedzała wszystko i palcami zdała się garnąć pierwej tony,
nim chwycić je można było smykiem, w powietrze rzucając
zadyszane...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.