Styczne - Agatha Rae

Kup ebooka

44.00 zł
34.29 zł (34,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Swędzenie na policzku stawało się coraz bardziej irytujące. Jednocześnie męczył go potężny, pulsujący ból głowy. Z początku Rick był zbyt śpiący, żeby zareagować. Westchnął ciężko i z zamkniętymi oczami przyłożył dłoń do policzka, by się podrapać. Czując pod palcami ruszające się, włochate stworzenie, natychmiast się wybudził.

- Co jest, do cholery? - Strząsnął to coś nerwowo z twarzy. Przez zmrużone oczy zobaczył zaskakująco dużą osę, leniwie unoszącą się na wysokości jego czoła. Była wielkości pięści. Na chwilę zawisła przy nosie, jakby przyczepiona do niewidzialnego sznurka. Owad wzbudził w nim wstręt swoim gigantycznym rozmiarem, ale najdziwniejsze było to, że Rick miał wrażenie, iż mu się... przygląda? Po kilku sekundach osa ociężale odfrunęła.

Zdał sobie sprawę, że oddycha świeżym, chłodnym powietrzem i leży na ziemi. Usiadł i rozejrzał się oszołomiony. Przed nim rozpościerała się polana otoczona nienaturalnie wysokimi drzewami. Masywne, pobrużdżone pnie gdzieniegdzie zarastał błękitnoszary mech. Stożki drzew zdawały się przebijać chmury. Ziemia była miękka, pokryta pachnącą i nieco wilgotną trawą.

- Co się dzieje? - wymamrotał, wstając. Wszystko wokół wyglądało jak we śnie, a jednocześnie było tak prawdziwie i namacalne! Wyraźnie słyszał szelest poruszanych delikatnym wiatrem liści i czuł na twarzy ciepło promieni słonecznych przedzierających się przez gęstwinę drzew.

Musi zadzwonić do Moniki. Sięgnął do kieszeni chinosów po telefon. Była pusta, więc nie znalazł w niej też portfela. Coraz bardziej zdenerwowany poklepał się po kieszonkach flanelowej koszuli. Nic. Okradziono go? Kiedy? I co to, do cholery, za otoczenie? Ktoś go porwał? Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, była drewniana ławka, na której leżał, i tafla wody pobłyskująca w świetle księżyca.

- Kurwa mać - syknął zdenerwowany. Czuł imperatyw jakiegoś działania, ale trwał w bezruchu, nieufnie obserwując otoczenie.

W oddali usłyszał kobiecy głos. Na kilka sekund wstrzymał oddech i nasłuchiwał.

Po przebudzeniu Anna potrzebowała chwili, by się zorientować, że leży na mchu w środku lasu. Powoli wstała i poczuła koszmarny ból głowy. Potarła czoło ręką. Obserwowała okolicę, starając się zrozumieć, co się stało - przecież dopiero co była w kawiarni.

- Halo? Jest tu ktoś?!

Poczuła duszności - po części ze zdenerwowania, a po części dlatego, że miała na sobie gruby, robiony na drutach sweter, jeansy i skórzane kozaki - przecież tak naprawdę jest teraz w centrum Bostonu, czyta książkę, pije gorące cappuccino i spogląda na padający za oknem śnieg! Zdjęła sweter i zawiązała go sobie wokół bioder. Spojrzała na zegarek. "Przedziwny sen" - pomyślała i zaczęła iść przed siebie, uważnie spoglądając pod nogi, żeby nie potknąć się o wystające korzenie. Las był bardzo gęsty i ciemny, mienił się wszelkimi odcieniami zieleni.

Tuż za jej głową coś nieprzyjemnie zabrzęczało. Odwróciła się i wrzasnęła, widząc zaskakująco dużego, zawieszonego w powietrzu owada. Ważka? Ale przecież one nie osiągają takich rozmiarów! To prawie pół metra! Odniosła wrażenie, że owad jej się przygląda. Z przerażeniem zamachała ręką, ale ważka ani myślała odfruwać. Uchyliła się i zaraz znów zawisła na wysokości jej czoła.

- Och, no idź stąd! - Anna cofała się w popłochu, jednocześnie usiłując odgonić ważkę. Owad na moment stracił równowagę, ale po chwili błyskawicznie zbliżył się do jej twarzy, jakby grożąc, że jeszcze się z nią policzy, po czym odleciał, a złowrogie bzyczenie ucichło.

Słońce bezlitośnie przeświecało spomiędzy drzew. Co więcej, mimo, że przeszła długi dystans, w ogóle nie zmieniło pozycji. Jak długo trwa tu dzień? I czego chciał ode mnie ten potwór? Nie, analizowanie snów nie ma większego sensu. W nich wszystko może się zdarzyć, nie ma dopuszczalnego limitu abstrakcji.

Obolała i zmęczona, spojrzała na zegarek i z zaskoczeniem stwierdziła, że od momentu, w którym się obudziła, minęło prawie sześć godzin.

- Jak to możliwe? - wyszeptała oszołomiona. Ból głowy minął, ale teraz czuła rosnący atak paniki.

Dlaczego nadal się nie obudziła? Sny przecież kończą się w najbardziej męczących momentach - zapala się wtedy światło, oddycha z ulgą i pije kilka łyków wody. Tymczasem jej serce bije jak szalone, oddech staje się coraz szybszy, łzy nachalnie napływają do oczu, a koszmar wcale się nie kończy!

Oparła się o drzewo, wzięła głęboki oddech i jeszcze raz rozejrzała dokoła, tym razem uważniej. Kilkaset metrów dalej las wydawał się przerzedzać. Czując wstępującą w nią nadzieję, pobiegła w tym kierunku. Ten przeklęty busz musi się gdzieś kończyć! Za nim na pewno pojawi się coś normalnego. Z daleka dostrzegła polanę. Pośrodku stał mężczyzna. Przyspieszyła kroku. Nie była już sama!

- Halo! Hej! - usłyszał Rick.

Ktoś jest między drzewami! Przyłożył dłonie do ust i krzyknął nieco na oślep:

- Gdzie jesteś?! Idź w stronę polany! Widzisz ją?!

- Tak! Zaraz będę! Stój tam, gdzie jesteś!

Chwilę później spomiędzy drzew wybiegła około trzydziestoletnia drobna kobieta o kasztanowych włosach. Wyglądała na przestraszoną, ale jednocześnie szczęśliwą, że go widzi.

- Co za ulga! - Podeszła bliżej. - Chodzę po tym lesie od sześciu godzin; bałam się, że zwariuję - wydyszała.

- Spokojnie. Rick - przedstawił się.

- Anna. Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że już nie jestem sama. Co za wariactwo!

- Skąd jesteś? - zapytał.

- Z Bostonu - odpowiedziała, biorąc głęboki oddech.

- No tak, ale skąd się tutaj wzięłaś? Zabłądziłaś?

- Nie... nie wiem. - Przełknęła ślinę. W gardle czuła coraz większą suchość.

- Ale jesteś tu na campingu? Pod namiotem?

- Campingu? Jakim campingu? Skąd! Pamiętam tylko, że byłam w kawiarni na rogu mojej ulicy, czytałam coś i było tak ciepło, tak błogo, że zasnęłam w fotelu. Obudziłam się w lesie i nie mam pojęcia, co się stało. Na szczęście przynajmniej cały czas świeci słońce; oszalałabym, gdyby się ściemniło. O matko, nie czuję nóg. Szłam bez przerwy, by wydostać się z tego gąszczu. - Położyła się na trawie, zdjęła buty i podciągnęła nogawki spodni do kolan. - A ty jak długo tu jesteś?

- Nie wiem. Może pół godziny, raczej nie dłużej.

- Czyli nie zauważyłeś jeszcze niczego dziwnego, co?

- Poza tym, że obudziłem się w lesie? Zupełnie nic.

- Chodzi mi o słońce. - Anna wskazała na nie ruchem głowy. - O, proszę, jestem tu sześć godzin i dwadzieścia trzy minuty. - Podsunęła Rickowi rękę z zegarkiem. - A ono w ogóle nie zmieniło położenia.

- Co takiego? - Rick uniósł brwi i spojrzał na słońce, osłaniając oczy otwartą dłonią.

- Z początku nawet się z tego cieszyłam, bo bałam się, że mnie w tym cholernym lesie zastanie noc, ale jednak... dziwne, prawda?

- Mogę jeszcze raz spojrzeć na zegarek? - Usiadł obok, złapał ją za lewą rękę i przez chwilę, wyraźnie skonsternowany, studiował tarczę.

- Chyba jest popsuty.

- Jak to? - Anna potrząsnęła zegarkiem.

- Pokazuje datę piętnastego lutego 2013.

- No i?

- Dziś jest trzynasty sierpnia 2001.

- Co ty opowiadasz? Jest 2013, mylisz się o dwanaście lat - odparła rozbawiona.

Patrzył na nią, nie rozumiejąc, co do niego mówi. Przetarł dłonią spocone czoło.

- O rany - wyszeptała - wygląda na to, że pytanie "gdzie jesteśmy" nie jest jedynym, na które musimy odpowiedzieć. "Kiedy jesteśmy" jest równie istotne. - Wstała i strzepała z łydek drażniące skórę źdźbła trawy.

Rick pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Żartujesz sobie ze mnie.

- Zobacz. - Sięgnęła do kieszeni spodni, z której wyjęła niewielki portfel. - To jest moje prawo jazdy. Spójrz na datę wydania.

- Jezu... Dwunasty czerwca 2009 - wyszeptał. Przyjrzał się dokumentowi uważnie, ale nie wydał mu się podejrzany.

- Myślisz, że mam prawo jazdy z przyszłości? Żeby móc jeździć dopiero za kilka lat? - Anna nie kryła sarkazmu.

- Ale to niemożliwe. - Oddał jej dokument.

- Też tak w pierwszej chwili pomyślałam, a... teraz już sama nie wiem. Wszystko tu jest tak realne! Tak namacalne! Czy tak mogą wyglądać sny? - Schowała portfel do kieszeni.

Rick spojrzał na niebo. Słońce w ogóle się nie ruszyło, odkąd się obudził.

- Masz może wodę? Bardzo chce mi się pić - spytała Anna.

- Nie, przykro mi. Mam tylko to, co na sobie.

- Fatalnie. - Westchnęła i oblizała spierzchnięte usta. - Obudziłam się w swetrze i grubych jeansach, a tu jest jakiś cholerny środek lata.

- To w końcu sierpień - powiedział i zamilkł, bo zdał sobie sprawę, że dla niej jest luty. - Może znajdziemy jakieś źródło wody? Gdzieś musi być jakaś ulica, może nawet miasto.

- Czyli co, mamy się stąd ruszyć? - Anna nie była przekonana do pomysłu.

- Chyba nie ma innego wyjścia.

Wiedziała, że ma rację, ale zupełnie nie miała ochoty na powrót do lasu.

- Idziemy. - Zrobił kilka kroków naprzód.

- Ale dokąd dokładnie? - spytała zaczepnie, wkładając kozaki.

- Może tam? - Rick wskazał coś, co wyglądało jak ścieżka w gęstwinie.

- Dobrze. - Wzruszyła ramionami. - Cieszę się, że przynajmniej głowa mnie nie boli.

- Ciebie też bolała? - Spojrzał na nią zdumiony.

- Strasznie! Zaraz po przebudzeniu! Myślałam, że wybuchnie!

- Miałem tak samo, ale już przechodzi.

- A ty skąd jesteś? - spytała po chwili.

- Z Nowego Jorku. - Rick zdjął koszulę i niósł ją w dłoni.

Weszli do lasu, mając nadzieję, że odnajdą w końcu ślady cywilizacji.

Dan Salinger pętał się po polu zboża nie wiadomo jak długo. Kłosy kołysały się leniwie, poruszane delikatnym wiatrem, który pomagał znosić palące słońce. Niebo było zupełnie bezchmurne. Dopiero po wyjściu z lasu na tę patelnię docenił zbawienny cień drzew. Łaskoczące kłosy pszenicy zaczęły go irytować i w końcu schował ręce do kieszeni.

Ostatnie, co pamiętał, to jego salon i że najpierw wszedł do sypialni, żeby przywitać się z żoną po całym dniu nieobecności. Było późno, Kate leżała w łóżku, ale gdy go zobaczyła, wyłączyła nocną lampkę. Objął ją, a ona zesztywniała, dając mu do zrozumienia, że nie chce żadnych czułości. Zszedł na dół do salonu, przygotował sobie drinka, włączył telewizor i rozciągnął się na kanapie, żeby poczytać gazety, do których nie miał czasu wcześniej zajrzeć. Zasnął, przeglądając sekcję ekonomiczną.

Obudził się w lesie. Z początku myślał, że to sen, ale teraz, po trwającej pewnie kilka godzin wędrówce, nie był już tego pewien. Oczywiście, tłumaczył sobie, poczucie czasu jest zupełnie inne we śnie, ale mimo wszystko powinien był już się obudzić.

Od pierwszych chwil starał się znaleźć innych ludzi, albo chociaż budkę telefoniczną. Nie miał przy sobie portfela, ale kalkulował, że uda mu się zadzwonić na darmowy numer ratunkowy. Postanowił, że najpierw zatelefonuje na policję, może podwiozą go do domu. Dobry plan, ale jak wyjaśni im, gdzie jest? Skąd by go mieli zabrać?

Las był wyjątkowo gęsty, nigdy jeszcze w takim nie był. Na próżno wypatrywał jakiejkolwiek ścieżki. Uważał, żeby nie potknąć się o wystające korzenie. Miał na sobie te same rzeczy, w których wrócił wieczorem do domu: elegancką sportową marynarkę, koszulę, beżowe sztruksowe spodnie i skórzane buty - strój, który nie był zbyt fortunną opcją do podróżowania po lesie. Jego głowę rozsadzał nieznośny ból. Bardzo, ale to bardzo chciał się już obudzić.

Czy w tym lesie są jakieś zwierzęta? Wilki, dziki, łosie? Być może już go obserwowały, szykowały się do ataku, czekały tylko, aż straci równowagę i przewróci się o jakiś konar. Myśl o tym motywowała go, by iść dalej.

Nie miał ze sobą zegarka, więc wpadł na pomysł, by obserwować ruch słońca. Przystanął, zadarł głowę w kierunku wierzchołków splątanych drzew. Chciał obliczyć, kiedy zacznie robić się ciemno, lecz po pewnym czasie uznał, że słońce pozostaje wciąż dokładnie w tym samym miejscu. "Chyba tracę zmysły" - pomyślał.

Drzewa zaczęły się przerzedzać. Pobiegł szybko w kierunku skraju lasu, mając nadzieję, że znajdzie kogoś, kto pomoże mu wrócić do domu albo przynajmniej się obudzić, co - był pewien - znaczyło jedno i to samo. Przed sobą ujrzał sięgające horyzontu pole pszenicy. Pomyślał, że zboże to dobry znak, pole na pewno ktoś uprawiał. Może niedaleko jest jakaś wioska? Pszenica zadziwiała niespotykaną gęstością i wysokością kłosów, które sięgały mu powyżej ramion. Z trudem torował sobie drogę przez zbite łany. Był zmęczony, głodny, spragniony i coraz bardziej zdenerwowany.

Wyłuskał kilka ziaren ze źdźbeł, każde wielkości dużego groszka, ale okazały się niedojrzałe. Zrezygnowany usiadł, żeby odpocząć. Szorstkie kłosy nieprzyjemnie drapały go przez koszulę w plecy. Chyba rozsądniej byłoby wrócić do lasu i tam poszukać jagód czy orzechów laskowych, czegokolwiek, co nadawałoby się do jedzenia. Z przemyśleń wyrwały go niesione wiatrem głosy. Poderwał się, gdy zauważył kobietę i mężczyznę niezdarnie przedzierających się przez łany pszenicy.

- Hej, hej, wy tam! - zawołał, machając rękami. Zaczął iść w ich stronę. Gdy do nich dotarł, nawet nie myślał o podawaniu im ręki, tylko od razu serdecznie ich uściskał.

- Co za koszmar, Boże drogi! - powiedział uradowany. - Mam na imię Dan. - Dopiero teraz podał im dłoń na przywitanie i wszyscy się sobie przedstawili. - Macie może komórkę? Muszę zadzwonić do żony, pewnie się martwi, bo jestem tu od kilku godzin.

- Chcielibyśmy ci pomóc, ale gdybyśmy je mieli, sami byśmy z nich skorzystali - odparła Anna.

- Dobra, to może macie telefon w domu?

- O czym ty mówisz? - Rick spojrzał na niego z powagą. - My tu nie mieszkamy, nie mamy nawet pojęcia, gdzie jesteśmy. Zaraz, czyli ty też tu nie mieszkasz? - Chwycił się za głowę w geście rozpaczy.

Przez kilka sekund Dan patrzył na nich w osłupieniu. Liczył na to, że wybuchną śmiechem, ale nic takiego się nie stało.

Nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Para twierdziła, że znaleźli się w lesie dokładnie w takich samych okolicznościach jak on. Poczucie ulgi, które dopiero co ogarnęło go na ich widok, doszczętnie wyparowało.

- Czyli nie wiemy ani gdzie jesteśmy, ani jak się tu dostaliśmy, ani jak wrócimy do domu, tak? - zapytał.

- Tak - odpowiedziała Anna.

Dan zaśmiał się nerwowo, po czym dodał:

- Wynośmy się z tego pola, chodzę po tych pieprzonych zbożach już zdecydowanie za długo, szlag mnie zaraz trafi.

- Wydaje mi się, że widzę piaszczystą dróżkę, tam na wprost. - Rick wskazał palcem kierunek. - Jeżeli będziemy szli wzdłuż niej, to może w końcu spotkamy kogoś, kto, przy odrobinie szczęścia, nas podwiezie?

- Tylko dokąd? - odezwał się Dan.

- Nie mam pojęcia, później będziemy się o to martwić.

- Stoimy tu już jakiś czas i nie przejechał tą drogą żaden samochód - powiedziała cicho Anna, nie wiedząc, czy mówi do siebie, czy do nich.

Szli dłuższą chwilę w milczeniu. Rick spojrzał na niebo.

- Która godzina?

- Dochodzi dziewiąta wieczorem, patrzyłam na zegarek kilka minut temu - odparła Anna. - Myślisz o słońcu, prawda?

Rick kiwnął potakująco głową. Świeciło nad nimi w idealnym pionie, ale jeżeli zegarek Anny działał dobrze, to czas faktycznie płynął. Czas tak, ale słońce nie? Jak to w ogóle możliwe?

- "Myślisz o słońcu"? - potwórzył pytająco Dan.

- Jak długo tu jesteś? - odezwała się Anna.

- Pewnie kilka godzin, nie wiem dokładnie, a co?

- Anna jest tu od ośmiu godzin. Ja obudziłem się na łące ze dwie godziny temu. Być może nie zauważyłeś, ale... - zaczął tłumaczyć Rick.

- Ale co? - przerwał mu Dan, czując, że znów zaczyna go dusić strach.

- Słońce w ogóle nie zmieniło położenia. Rozumiesz, osiem godzin i nic, ani drgnęło. Ono nie zachodzi.

- Jaja sobie robicie.

- Jestem tu od trzynastej - odezwała się Anna. - Według mojego zegarka jest już dwudziesta pierwsza, a wszystko wygląda tak, jak wyglądało w południe. Z kiedy jesteś? - zapytała.

- Z Londynu.

- Nie "skąd", a "z kiedy"?

- Jak to "z kiedy?"

- Jaki jest dziś dzień, Dan? - spytała Anna.

- Siedemnasty maja 2005.

Zakryła usta i nerwowo parsknęła śmiechem. Rick, który szedł kilka kroków przed nimi, zatrzymał się i odwrócił.

- 2005?

- Tak. Tony Blair został wybrany na kolejną kadencję, Jan Paweł II nie żyje, ludzie czekają na premierę filmu Batman: Początek.

- O rany. - Rick westchnął.

- No o co chodzi, do jasnej cholery?! - zapytał niecierpliwie Dan.

- Ja jestem z Nowego Jorku, a koleżanka z Bostonu.

- No i?

- Ja jestem z 2013 roku, a Rick z 2001 - dodała Anna.

- Co to za bzdury?

- Anno, pokaż Danowi swój zegarek.

Podeszła i wyciągnęła rękę. Dan przyglądał się przez chwilę tarczy i wyświetlanej na niej dacie.

- Pewnie jest popsuty.

- Jest jeszcze jeden dowód. - Pokazała Danowi swoje prawo jazdy.

Brytyjczyk nie wiedział, co powiedzieć. Spojrzał jeszcze raz to na zegarek, to na dokument, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje.

- Co robiłeś, zanim się tu znalazłeś? - zapytał Rick, gdy znów ruszyli.

- Leżałem w salonie na kanapie, czytałem gazetę... Co tu się dzieje, gdzie my jesteśmy?! - wrzasnął w końcu Dan.

- Wiemy tyle co ty! - Anna się zatrzymała. - Oboje dziś się tu obudziliśmy.

- Razem?

- Nie, spotkałam Ricka, gdy wychodziłam z lasu.

Anna odwiązała sweter z bioder i niosła go w ręku.

- Czemu się tak ciepło ubrałaś? Jest wiosna, a ty wyglądasz, jakbyś szykowała się na łyżwy. No chyba że jesteś jedną z tych osób, którym jest wiecznie zimno, jak moja żona.

- Zjawiliśmy się tu z różnych miesięcy. Ja jestem z lutego, i u mnie akurat padał śnieg.

Gdy skończyło się pole pszenicy, przeszli przez pas traw i znaleźli się na szerokiej, piaszczystej drodze. Po jej drugiej stronie znów rozpościerał się las.

- Gdzie my jesteśmy? - Dan westchnął, nie wiedząc, który raz zadaje to pytanie.

- Albo kiedy? - dodał Rick.

Anna i Dan spojrzeli na niego uważnie.

- Jak to? - zapytała.

- No, wszystko jest możliwe. Jesteśmy z różnych miejsc, lat, miesięcy - wyliczał na palcach. - Kto wie jaka data jest tu dzisiaj? Czy to jakiś kompromis pomiędzy wszystkimi datami, czy coś zupełnie innego, na przykład, nie wiem, 2050? A może 1870? Chodzi mi o to, że nie wiadomo ani gdzie, ani kiedy jesteśmy - mówił coraz bardziej nerwowo, splatając dłonie na potylicy. - Możemy być gdziekolwiek i kiedykolwiek.

Milczeli, patrząc przed siebie.

- Przez to kretyńskie słońce nie sposób nawet zdecydować, czy idziemy na wschód, czy na zachód... Mamy wybór: w lewo albo w prawo - odpowiedział Rick, wzruszając ramionami. - Możemy iść tam. - Wskazał na prawo.

- Dlaczego akurat tam? - spytała Anna.

- A dlaczego nie?

Ruszyli ze zrezygnowaniem we wskazanym kierunku.

- Jezu, ono naprawdę się nie rusza. - Dan spojrzał w niebo.

- Ale wiecie co? Ja się znacznie bardziej zmartwię, gdy ono w końcu się ruszy - powiedział Rick.

- Jak to? - Brytyjczyk przeniósł wzrok z bezchmurnego nieba na niego.

- Jeżeli dzień trwa tak długo, cholera wie, jak długa może być noc. Nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy. Naokoło nas są lasy, a kto wie co po nich chodzi, gdy jest ciemno? - kontynuował Rick.

- Ale co, wampiry? Wilkołaki?

- Niedźwiedzie w zupełności mi wystarczą - odpowiedział Rick, a Dan natychmiast spoważniał. - Jeżeli słońce zacznie zachodzić, to będziemy zmuszeni znaleźć sobie kryjówkę na noc. Nie wyobrażam sobie szwendania się po tej okolicy w ciemnościach.

RICK

Dziewiętnastego kwietnia 2001 roku telefon Ricka wydzwaniał jak szalony. Z początku go ignorował, ale dźwięk zrobił się w końcu zbyt irytujący, żeby puszczać go mimo uszu. Uniósł wzrok znad ekranu komputera i spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Wpół do pierwszej w nocy. Już tak późno? A gdzie jest Monica? Wyszła przed dwudziestą pierwszą... I kto wydzwania o takiej porze?

Zapisał dokument, rozdział swojej najnowszej powieści, nad którym pracował od kilku godzin, i zaczął szukać telefonu. Dźwięk dochodził spod sterty papierów ułożonych niedbale po drugiej stronie biurka. Od razu usłyszał w głowie karcący głos Moniki mówiący, że jak zwykle ma wszędzie bałagan. Rick podniósł kilka teczek i książek i w końcu odnalazł komórkę. Odebrał w ostatniej chwili, zanim włączyła się poczta głosowa.

- Halo? - Wstał, czując, że musi rozprostować nogi. Dotarło do niego, że siedział przed komputerem prawie pięć godzin bez przerwy.

- Dobry wieczór, czy rozmawiam z Richardem Lawrence'em?

- Tak. - Zmarszczył brwi i jeszcze raz spojrzał na zegar. Przeszedł do kuchni, docisnął telefon ramieniem do ucha i sprawdził zawartość lodówki. Coś by zjadł.

- Z tej strony Dylan Anderson, dzwonię ze szpitala św. Łukasza.

- Przepraszam, jeszcze raz, kto mówi? - Rick wyprostował się i zamknął drzwi lodówki.

- Dylan Anderson, lekarz ze szpitala św. Łukasza. Pańska żona została dziś przyjęta do naszej placówki, mniej więcej godzinę temu.

- Moja żona? - Zmarszczył brwi.

- Proszę przyjechać, panie Lawrence. Pańską żonę zaatakowano.

- Jak to "zaatakowano"? Co... Co jej się stało?

- Zajęliśmy się nią, ale proszę przyjechać. Pytała o pana, prosiła, żeby pana powiadomić.

- Już jadę. - Rozłączył się. Stał na środku kuchni, starając się zebrać pędzące po głowie myśli. W końcu włożył buty, chwycił kurtkę i wyszedł z mieszkania. Przed budynkiem zamachał ręką, wzywając taksówkę.

Był sylwester 1991 roku. Wiatr dął niemiłosiernie, a śnieg sypał tak, że prawie nic nie było widać. Rick szedł w tej zamieci na imprezę do kolegi, zastanawiając się, czy jego wysiłek aby na pewno jest wart zachodu.

Do ostatniej chwili nie był pewien, czy w ogóle ruszy się z domu. Od Bożego Narodzenia walczył z paskudnym przeziębieniem, o co obwiniał wiecznie psujące się ogrzewanie w wynajmowanym mieszkaniu oraz pomysł wyjścia z siłowni z mokrą głową i w rozpiętej kurtce. Nie dalej niż trzy dni temu miał gorączkę, lekarz w przychodni studenckiej kazał mu pić dużo płynów, zostać w domu i się wygrzewać. Problem w tym, że w mieszkaniu kaloryfer regularnie się zapowietrzał, więc w jego przypadku siedzenie w domu i wygrzewanie się niezupełnie szło ze sobą w parze.

Gdy Marty zadzwonił dzień wcześniej z zaproszeniem na imprezę sylwestrową, Rick, niemiłosiernie kaszląc, powiedział, że nigdzie się nie wybiera. A potem znów wysiadło ogrzewanie, więc oddzwonił i zapytał, na którą ma przyjść. Poczłapanie tam, nawet z bolącą głową i katarem, oznaczało spędzenie paru godzin w lepszych warunkach niż jego zimna, nieprzyjemna nora. W dodatku Marty przyznał, że udało mu się odnowić znajomość z częścią ich paczki z liceum i większość potwierdziła przyjście, a Rick od dawna już nie widział osób, z którymi spędził durne nastoletnie lata.

Szedł po zaspach, stąpając niczym brodzący po mokradłach bocian. Na klatce schodowej zdjął czapkę i szalik, otrzepał śnieg z ramion i tułowia. Przeczesał włosy palcami, wydmuchał nos i kilka razy zakasłał. Zapukał do drzwi. Gdy się otworzyły, wylały się zza nich dźwięki Good Vibrations Marky Marka.

- Yo! It's about that time, to bring forth the rhythm and the rhyme! - zarapował gospodarz.

- O proszę, Marty Mark and the Funky Bunch? - Rick się uśmiechnął, wchodząc do środka.

- Kurtkę śmiało rzuć na łóżko w sypialni.

- Jak dobrze cię widzieć! - zawołała Alice, dziewczyna Marty'ego, i serdecznie go uścisnęła. Widząc zgiełk w mieszkaniu i słysząc głośno grającą muzykę, pomyślał, że podjął dobrą decyzję.

- Czego się napijesz? Mamy wszystko: piwo, wino, szkocką... - Alice zaprosiła go do kuchni.

- Niestety, obawiam się, że będę musiał poprosić o herbatę.

- Oj, biedactwo, nadal jesteś przeziębiony?

- No tak... Będę dziś jedyną trzeźwą osobą w mieście. Koszmar.

- Nie wiesz, kolego, co tracisz! - rzucił Marty i poszedł do salonu.

- Czarna herbata z cytryną może być? - zapytała Alice.

- Jak najbardziej, dziękuję - odpowiedział i poczuł potężne klepnięcie w plecy. Syknął z bólu. Za nim stał Nick, jeden z jego znajomych z czasów liceum. Sylwester 1991/1992 faktycznie przypominał minizjazd absolwentów.

- Co tam, Rich? Dawno cię nie widziałem! - Nick podał mu dłoń. - Jak leci?

- W porządku, wszystko dobrze - odpowiedział Rick, rozmasowując piekącą łopatkę. Alice przyniosła mu herbatę. - Jestem trochę przeziębiony, złapałem coś kilka dni temu. - Rick upił łyk, postawił kubek na stole i wsypał dwie łyżeczki cukru.

- Gadaj, jak tam życie?

- Kończę studia w tym semestrze. Pisanie - odparł, mieszając. - A co u ciebie?

- Pracuję dla jednej z agencji reklamowych.

- O, to świetnie.

- Chcesz? - Wyjął paczkę papierosów z kieszeni i podał ją Rickowi.

- Nie, rzuciłem ze dwa lata temu. Czuję się teraz dużo lepiej. - Rick donośnie zakaszlał.

- Widzę, widzę, okaz zdrowia. - Kolega poklepał go z sympatią po ramieniu.

- To jak ta praca w agencji?

- Dobrze. Lubię to, naprawdę. Jest dynamicznie, kreatywnie... - Nick strzepnął papierosa nad zlewem. - A, no i nie zgadniesz, z kim tam pracuję?!

- Rick, Nick, chodźcie! - Przyszedł do nich Marty. - Co wy robicie tyle czasu w kuchni? Prawdziwa impreza jest przecież tam!

- Sorry, Rich, spadam, bo wiesz, jest tam jakaś impreza czy co?!!! - Nick wpadł do pokoju, wydzierając się na całe gardło. Wszyscy tańczyli teraz do C+C Music Factory.

- Dlaczego nazywasz go Rich? On tego nie znosi. - Rick usłyszał kobiecy głos dochodzący z przedpokoju. Zaintrygowany, wyjrzał z kuchni i zobaczył Monicę Parkson.

- Cześć. - Uśmiechnęła się.

- O rany, cześć! Nie widziałem cię tyle lat! - Odstawił kubek. Monica podeszła do niego i serdecznie się uścisnęli. Nie wierzył własnym oczom.

- Ile to lat minęło? Siedem?

- Dokładnie. Jak się masz?

Monica Parkson była jednym z najjaśniejszych punktów na mapie jego nastoletniego życia. Śliczna, wesoła, inteligentna, łatwo nawiązywała kontakt z ludźmi. Spędzali kiedyś ze sobą mnóstwo czasu. Nigdy oficjalnie nie byli parą, chociaż kilka razy na próbę się całowali, ale było to dla nich w jakimś sensie oczywiste, że w końcu będą razem. Po ukończeniu szkoły Monica wyjechała jednak do Chicago na studia i stracili ze sobą kontakt.

- W porządku, a ty?

- Dobrze. - Dopiero teraz powiedział to zupełnie szczerze.

- Miałam nadzieję, że cię tu spotkam - przyznała Monica.

- Tak? - Uśmiechnął się szeroko i objął ją ramieniem. - Może pogadamy, co u kogo słychać?

- Jasne, ale trochę się poruszajmy, dobrze? To w końcu sylwester.

Poszli do pokoju, gdzie ludzie tańczyli do piosenki Simply Red Something Got Me Started. Rick dostrzegł wśród imprezowiczów kolejnych znajomych z liceum. Opowiadali o tym, jak wyglądało ich życie, i śmiali się wniebogłosy, przypominając sobie szkolne anegdoty.

Atmosfera była doskonała, jedzenie pyszne, muzyka głośna, ludzie bawili się w rytmie przebojów New Kids On The Block, Madonny, Billy'ego Idola czy Roxette. Zielone paski equalizerów wieży stereo rytmicznie podskakiwały, zwijały się i rozwijały.

Z głośników popłynęło Cream Prince'a, kilka par tańczyło, tuląc się do siebie, parę osób wyszło z pokoju, żeby porozmawiać, jeszcze inni zdecydowali się na papierosa na balkonie.

- Mam cię! - Monica złapała go za łokieć.

Uśmiechnął się i odwrócił do niej.

- Zdaje się, że herbata ci wystygła, może zrobimy nową?

- Bardzo dobry pomysł.

Kiedy usiadł za kuchennym stołem, obserwował Monicę krzątającą się po kuchni i szukającą torebek z herbatą. Obłęd, że znów ją widzi! Wstawiła wodę, wyjęła butelkę coli z lodówki i usiadła przy nim.

- Opowiedz mi wszystko, jestem ciekawa dosłownie każdego szczegółu - powiedziała z błyskiem w oku.

- Cóż... W tym semestrze kończę studia. Pisanie kreatywne. Pracuję teraz nad opowiadaniem na zaliczenie i szukam agenta.

- Świetnie! Zawsze chciałeś pisać, bardzo się cieszę, że podążasz za tym marzeniem.

- Póki co mam pracę w wydawnictwie na pół etatu, jestem redaktorem. Poza tym czasami piszę coś dla różnych magazynów, ale to nic stałego.

Monica zalała herbatę, postawiła kubek na stole i wróciła na swoje miejsce.

- A co u ciebie? - spytał.

- Mam licencjat z marketingu i reklamy. Pracowałam w kilku firmach w Chicago, a cztery miesiące temu wróciłam do Nowego Jorku i dostałam pracę w jednej z tutejszych agencji.

- Pracujesz z Nickiem?

- Tak. To zupełny zbieg okoliczności, ale to dzięki niemu dziś tu przyszłam. Marty go zaprosił, a on powiedział mi o imprezie. Straciłam kontakt z niemal wszystkimi znajomymi w Nowym Jorku, więc pomyślałam, że to będzie świetna okazja do odnowienia znajomości. Naprawdę cieszę się, że przyszłam - powiedziała.

Wypiła łyk coli, a Rick ostrożnie siorbał swoją gorącą herbatę.

- Miałam plan, żeby cię odnaleźć.

Spojrzał na nią i delikatnie się uśmiechnął.

- Tak?

Do kuchni wpadł podekscytowany Marty.

- Ludzie, chodźcie, już prawie północ! - Chwycił ich za ręce i wyciągnął z kuchni.

W telewizji transmitowano opuszczanie Time Square Ball. Ludzie pospiesznie otwierali butelki z szampanem, a gdy wybiła północ, zaczęli wiwatować i życzyć sobie wszelkiej pomyślności. Monica nieśmiało dotknęła ręki Ricka, a on łagodnie, ale pewnie złapał jej dłoń.

Około trzeciej impreza u Marty'ego dobiegała końca. Gdy Rick i Monica wyszli na ulicę, kłębiło się na niej jeszcze sporo ludzi. Jedni bardziej pijani, inni mniej, chodzili, śpiewali, życzyli napotkanym osobom wszystkiego dobrego w nowym roku. Monica i Rick stali przez kilka sekund, rozglądając się dookoła. Śnieg przestał padać i zrobiło się nieco cieplej.

- Gdzie mieszkasz? - zapytała, gdy niespiesznie ruszyli przed siebie.

- Jeżeli chodzi ci o część miasta, to w Queens, a jeżeli o miejsce, to w totalnej norze - odpowiedział, śmiejąc się.

- To znaczy?

- Ogrzewanie regularnie wysiada, skrzynki na listy są ciągle dewastowane, sąsiedzi bez przerwy się awanturują. Od czasu do czasu nie ma ciepłej wody - wyliczał.

- To dlaczego tam mieszkasz?

- Czynsz jest całkiem sympatyczny, zresztą w tych warunkach nie mógłby być inny. - Zaśmiał się i zakasłał. - A ty gdzie mieszkasz?

- Mam mały loft na Upper West Side i w przeciwieństwie do tego, co pewnie teraz myślisz, nie napadłam na bank, tylko go dostałam.

- Dostałaś? - Uniósł brwi.

- Tak, od babci.

- Od babci? - Przystanął. - No, to powiem ci, że masz klawą babcię. - Zaśmiał się serdecznie.

- Miałam. Zmarła i w testamencie zapisała mi ten loft. Okazało się, że dwa lata przed śmiercią wygrała na loterii, o czym nikt nie wiedział. Kupiła za te pieniądze między innymi to lokum dla mnie. Gdy dostałam wiadomość od prawnika, myślałam, że jestem w ukrytej kamerze. Mieszkałam wtedy w Chicago, więc najpierw wynajmowałam loft turystom, ale teraz, gdy wróciłam, mam gdzie mieszkać.

- Nieźle!

- Jesteś zmęczony?

- Nie, o dziwo nie.

- To może miałbyś ochotę wpaść do mnie? Skoro mówisz, że u ciebie jest tak zimno...

Złapali taksówkę i kilka minut później, gdy siedzieli na tylnym siedzeniu, trzymając się za ręce, Rick starał się zrozumieć, co się właściwie dzieje. Tej nocy, po siedmiu latach spotkał Monicę, jedną z najbliższych mu osób. Zniknęła z jego życia lata temu... Oczywiście, sporo ludzi wyjechało po zakończeniu szkoły, ale ona wsiąkła jak kamień w wodę. Rozpoczęła studia w Chicago i kilka miesięcy później zupełnie stracili ze sobą kontakt. Bardzo mu jej brakowało, pisał, dzwonił, ale po pewnym czasie uznał, że najwidoczniej nie chce go już znać. Zdawkowy kontakt kazał mu myśleć, że poznała innych, ciekawszych ludzi, którzy bardziej jej odpowiadali.

Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy w lofcie, był wysoki sufit. Na prawo od wejścia mieściła się spora łazienka, a obok mały pokoik służący za pralnię i schowek. Naprzeciwko znajdowały się drzwi do sypialni urządzonej w biało-fioletowej kolorystyce.

Monica zapytała, czy ma ochotę się czegoś napić. Poprosił o kawę, zdjął kurtkę i poszedł za nią. Salon dzielił się na część wypoczynkową, w której stały telewizor, brązowa sofa, dwa fotele i masywny drewniany stolik kawowy, oraz aneks kuchenny, gdzie Monica właśnie robiła im kawę.

- Pomóc ci?

- Nie, nie trzeba. I jak? - zapytała.

- Świetnie tu! Mnóstwo miejsca! Sama wszystko urządziłaś czy tak to wyglądało, kiedy się wprowadziłaś?

- Ekipa remontowa odmalowała ściany według mojego pomysłu, dodałam też kilka szczegółów, na przykład zasłony czy niektóre meble.

Usiadł na kanapie, rozprostował nogi i oparł je na niższej półce stolika. Monica postawiła na blacie tacę z kubkami, mlekiem i słoikiem z ciastkami. Dochodziła czwarta, znów padał śnieg.

- Słuchaj, Mon...

- Jesteś jedyną osobą, która tak do mnie mówi. - Uśmiechnęła się.

- Bardzo się cieszę, że cię widzę, ale nie mogę przestać się zastanawiać, gdzie byłaś przez te wszystkie lata. Pisałem, dzwoniłem do akademika, a ty przysłałaś mi trzy krótkie, zdawkowe listy, jakąś pocztówkę, spotkaliśmy się raptem dwa razy i tyle. Na drugim roku zupełnie zniknęłaś.

- Wiem i bardzo mi przykro, że tak wyszło. Wyjechałam, bo chciałam się odciąć, zostawić wszystko za sobą. Składałam papiery do różnych szkół i przyjęli mnie akurat w Chicago, więc przeniosłam się tam.

- Ale dlaczego? Byłaś moją najbliższą przyjaciółką, a zostawiłaś mnie ot tak! - Pstryknął palcami. W jego głosie pobrzmiewał żal. Nie był z tego zadowolony, nie tak chciał z nią rozmawiać. Sięgnął po cukier i mleko, zamieszał kawę i upił kilka łyków. Być może za szybko dążył do rozmowy o przeszłości, mądrzej byłoby jej teraz nie przywoływać, ale z drugiej strony - dlaczego nie? Zafundowała mu wiele lat przygnębienia i złości, więc dlaczego teraz, gdy w końcu znów rozmawiają, nie miałby się domagać odpowiedzi na dręczące go pytania?

- Cały czas się zastanawiałem, co zrobiłem nie tak? Czy w jakiś sposób cię zraniłem albo zawiodłem...

- To nie ma nic wspólnego z tobą czy z naszą przyjaźnią - odpowiedziała miękko i położyła mu rękę na ramieniu.

- Więc co się stało?

- Wszystko ci powiem, obiecuję, ale wiedz, że jesteś głównym powodem, dla którego wróciłam do Nowego Jorku. Tęskniłam za tobą.

- Nie no, daj spokój - przerwał jej. Wstał i zrobił kilka kroków w tę i z powrotem. - Tak za mną tęskniłaś, że przez prawie siedem lat nie chciałaś mieć ze mną nic wspólnego, a teraz wracasz i... To niedorzeczne.

- Potrzebowałam tego czasu.

- To co takiego się stało, zanim wyjechałaś? Przed czym uciekłaś? Bo uciekłaś, prawda? To jedyne logiczne wytłumaczenie. Przede mną?

- Ależ skąd - westchnęła. - Powiem ci, ale jeszcze nie teraz.

- Mam prawo wiedzieć.

- Tak, ale ja mam prawo powiedzieć ci wszystko wtedy, gdy będę na to gotowa.

Usiadł z powrotem i spojrzał na nią. Jeżeli potrzebowała czasu, to da jej go tyle, ile będzie chciała.

- Co masz na myśli, mówiąc, że za mną tęskniłaś? - zapytał w końcu, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu.

Zamiast mu odpowiadać, Monica przysunęła się do niego i usiadła na nim w rozkroku. Spojrzała mu głęboko w oczy i go pocałowała. Delikatnie, nieśmiało, chcąc się upewnić, że on też tego chce. Rick, z początku zaskoczony, odsunął głowę. Odgarnął jej włosy z czoła, spojrzał w oczy i położył dłonie na policzkach. Dopiero teraz do niego dotarło, że naprawdę wróciła. I że przez te wszystkie lata był dla niej ważny.

Pocałował ją, a ona zaczęła rozpinać mu koszulę.

- Co my robimy? - wyszeptał jej do ucha.

- Kończymy z naszą przyjaźnią - odpowiedziała.

- Czemu nigdy nie odwiedzamy twojej matki? - zapytał Rick, rozpakowując ostatni karton. Był pierwszy weekend maja. Słuchali Czarnego albumu Metalliki, układali rzeczy na półkach i wieszali na wieszakach. Kilka dni wcześniej Monica zaproponowała mu, żeby się do niej wprowadził. Właściwie była to formalność, bo i tak spędzał u niej prawie każdą noc, a liczba jego rzeczy w mieszkaniu rosła z dnia na dzień. Przearanżowali nieco loft, poprzestawiali meble, kupili większe biurko, dodatkowy regał i nową, bardziej pakowną szafę do przedpokoju. Rick pożyczył od matki samochód i przewiózł wszystkie swoje rzeczy. - Nigdy też o niej nie mówisz.

- Nie ma takiej potrzeby. - Jej twarz stężała.

Rick odwrócił się i spojrzał na nią uważnie.

- Wszystko u niej w porządku? - zapytał.

- Z tego, co wiem, nic jej nie jest, po prostu nie chcę mieć z Janice nic wspólnego. - Siedziała na podłodze i przerzucała rzeczy w pudle.

"Janice?"

- Ale dlaczego? Pamiętam, że była miłą osobą. - Nie chciał odpuszczać tematu.

- Nie jest miłą osobą. Wierz mi, nie zobaczymy się z nią w najbliższej przyszłości - syknęła.

- O co chodzi, Mon? Dlaczego się denerwujesz?

- Zaraz mi przejdzie, po prostu nie rozmawiajmy o Janice, dobrze? Najlepiej nigdy. - Spojrzała na niego chłodno.

- Dobrze, nie ma problemu.

Jej reakcja go zaskoczyła. Pamiętał jej matkę i nie potrafił przypomnieć sobie niczego podejrzanego. Czasami spędzał u nich całe dni i zawsze wydawało mu się, że go lubiła. Częstowała go lemoniadą, pytała, jak mu idzie w szkole i o kolejne zawody pływackie, w których brał udział.

Gdy Monica wyjechała do Chicago, zdarzało mu się przychodzić do jej matki, prosząc, by dała córce znać, że czeka na list od niej lub chociaż na telefon. Z czasem rzadziej ją odwiedzał, aż w końcu przestał, bo odniósł wrażenie, że nie jest już tam mile widziany.

Parę tygodni później leżeli w łóżku, wtuleni w siebie, zgrzani, z miłosnymi wypiekami na policzkach. Monica podniosła się na łokciach, usiadła i okryła kołdrą. Podłożyła sobie poduszkę za plecy, żeby nie opierać się bezpośrednio o chłodny drewniany zagłówek.

- Gdy rozpoczął się ostatni semestr w szkole - zaczęła mówić stłumionym głosem - Janice zaczęła spotykać się z Robertem. Był tragiczny, ale z jakichś niezrozumiałych powodów była nim zachwycona. Poznała go w barze, gdy poszła z koleżankami na drinka, i wkrótce zaczął regularnie przychodzić do naszego domu. Kawał darmozjada. Wyżerał nasze jedzenie, Janice prała mu ciuchy, a on od czasu do czasu wykonał jakąś drobną naprawę. Wiecznie był z czegoś niezadowolony i w kółko czymś się irytował, najcześciej mną.

- Nie przypominam go sobie, chyba go nie poznałem. - Usiadł obok niej.

- W tym czasie prawie przestaliśmy u mnie przesiadywać, pamiętasz?

Faktycznie, w ostatnich miesiącach przed wyjazdem do Chicago Monica nie chciała, żeby bywali u niej w domu tak często, jak dotychczas. Spędzali czas w parku albo u niego. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, nigdy też nie zapytał, skąd ta zmiana.

- Podaj mi chusteczki, co? Nie mam żadnych na stoliku.

- Jasne. - Sięgnął do szuflady po swojej stronie łóżka. Monica wyczyściła nos i wzięła głęboki oddech.

- Robert był obrzydliwy. Zawsze unosił się wokół niego gryzący zapach papierosów i potu, co mnie odstręczało, miał też ohydne zęby. Czasami zostawał na noc, innym razem wpadał tylko na piwo lub dwa i wychodził. Bywało, że przez jakiś czas w ogóle się nie pojawiał, co zwykle dawało mi nadzieję, że może ze sobą zerwali, ale potem wracał. Janice zawsze miała do niego pretensje o to znikanie, ale on ciągle powtarzał, że mężczyzna potrzebuje wolności i przestrzeni. Kłócili się, potem ją przepraszał, a następnie ostro się pieprzyli, czego musiałam słuchać, bo mój pokój sąsiadował z jej sypialnią. Następnego dnia nie miała już żadnych dąsów. I tak cyklicznie.

Znów wyczyściła nos.

- Nienawidziłam go. Bałam się go. Zawsze się na mnie obleśnie gapił. Za każdym razem, gdy przebywałam z nim w jednym pokoju, chciałam zapaść się pod ziemię. To był koszmar. Wielokrotnie pytałam Janice o to, dlaczego w ogóle z nim jest. Mówiłam jej, że to pasożyt, niczego od siebie nie daje, tylko ją wykorzystuje. Z początku usiłowała mi tłumaczyć, że jej to nie przeszkadza, że ona i Robert to nic poważnego, po prostu chciała się trochę zabawić, bo nie była w stanie nikogo sobie znaleźć, odkąd mój ojciec nas zostawił, a miała dosyć samotności i w jej wieku nie można być zbyt wybredną. Gdy kolejny raz chciałam z nią o tym porozmawiać, uderzyła mnie w twarz. Moja własna matka!

Kilka łez spłynęło jej po policzkach, Rick wytarł je czule dłonią. Monica osuszyła oczy chusteczką, którą cały czas kurczowo ściskała.

- Fizycznie nawet nie bolało jakoś bardzo, ale to było takie upokarzające... doskonale to pamiętam. Powiedziała mi, że jeżeli nadal będę wygadywała takie rzeczy, to ona mu w końcu wszystko powie, a wtedy pożałuję, więc mam trzymać język za zębami i pomyśleć dwa razy, zanim znowu zacznę zrzędzić. - Westchnęła ciężko.

Objął ją i pocałował w skroń. Położyła głowę na jego ramieniu.

- Janice nagadała Robertowi o moich, powiedzmy, wątpliwościach, i to pomimo tego, że przestałam ją o niego pytać. A on tylko na to czekał... Czekał na okazję, żeby mnie dorwać. Pamiętasz ten wieczór, gdy wróciliśmy z naszej wycieczki rowerowej?

- Tak. Pojechaliśmy wtedy powłóczyć się nad oceanem.

- Gdy wróciłam, Janice nie było, wyszła gdzieś z koleżanką, ale w domu urzędował Robert. Zostawiłam rower na ganku, weszłam do środka. Poszłam do kuchni, włączyłam światło, a on siedział przy stole, pijany w trzy dupy i ziejący do mnie czystą nienawiścią.

Wzięła głęboki oddech i mówiła dalej.

- Powiedział mi, że Janice narzekała na moje zachowanie, na to, że go nie akceptowałam. Zapytał mnie, jaki mam z nim problem. Byłam jak sparaliżowana, wiedziałam, że tylko czeka na pretekst, żeby dać upust swojej agresji. W końcu podszedł do mnie, uderzył mnie w twarz, po czym złapał za policzki i je ścisnął - wiesz, tak, jak zmusza się psa do wzięcia tabletki - i powiedział, że nigdy więcej nie chce słyszeć, że skarżę się na niego do matki. Że nie mam do niej szacunku, jestem do niczego jako córka, ale on mnie jeszcze naprostuje.

Kiedy uderzył mnie kolejny raz, wybiegłam z domu. Wiedziałam już wtedy, że dostałam się do Chicago na studia. Musiałam chyba mieć jakieś przeczucie, bo nigdy nie powiedziałam Janice, że mnie przyjęli, więc w tamtym momencie poczułam, że mam szansę uciec, zostawić ją z tym bęcwałem. Wróciłam późno w nocy, Janice czekała na mnie w salonie, Roberta już nie było. Kiedy weszłam, włączyła światło i zobaczyła siniaki na mojej twarzy. Przyjrzała mi się uważnie i powiedziała: "Mam nadzieję, że teraz już przestaniesz marudzić. Przyłóż na to trochę lodu, nic ci nie będzie". I tyle. Poszła spać. - Monica wzruszyła ramionami.

- Dlaczego nie przyszłaś wtedy do mnie?

- Z początku chciałam przyjść, ale wiedziałam, że na drugi dzień jechałeś pod namiot z chłopakami i jak wracaliśmy z rowerów, powiedziałeś, że chcesz się wyspać, bo wyruszacie wcześnie rano.

- I myślałaś, że wolałbym się wyspać, zamiast ci pomóc? Naprawdę?

- Nie, nie, po prostu... nie chciałam nikomu przysparzać kłopotów. - Zaszlochała.

- Boże, Mon - wyszeptał i pocałował jej powieki. - Jak to w ogóle możliwe, że niczego nie zauważyłem? Tak bardzo cię przepraszam...

- Gdy wróciłeś po dwóch tygodniach, siniaków już prawie nie było, a ja za bardzo się tego wstydziłam, żeby coś powiedzieć. W nocy przed moim wyjazdem Robert znów był w naszym domu. Nie mogłam spać, wiedząc, że jest blisko. W środku nocy, o drugiej, pamiętam dokładnie, bo spojrzałam na zegarek na biurku, przyszedł do mnie do pokoju.

Rick zamarł.

- Ukląkł przy moim łóżku i przez chwilę patrzył mi prosto w oczy. Okropnie śmierdział gorzałą. Wyciągnął rękę, pogłaskał mnie po twarzy, dotknął moich ust kciukiem. Tak się bałam, myślałam, że zwymiotuję. Nie byłam w stanie się ruszyć, modliłam się tylko, żeby sobie poszedł i już nic więcej nie zrobił. Zaczął głaskać moją szyję i odrzucił kołdrę, odkrywając mnie od pasa w górę. Zapytał: "Ty i ten gnojek, co się wiecznie z tobą trzyma... robiliście to? Pokazał ci jak? Wsadził ci kiedyś?".

Rick czuł narastający niepokój.

- Byłam jak sparaliżowana, bałam się cokolwiek powiedzieć czy zrobić! "Na pewno tak, w kółko gdzieś razem łazicie. To jak, znasz się co nieco na dorosłych sprawach czy nie? Jesteś dziewicą?" - pytał, a ja nadal nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa. W końcu zabrał rękę, wzrok mu się zmienił i obiecał, że jeżeli komukolwiek pisnę o tym, że do mnie przyszedł, znajdzie mnie i tak mnie zerżnie, że się posikam. Wyszedł z mojego pokoju, a ja prawie zemdlałam. Nie byłam w stanie złapać oddechu, cała się trzęsłam.

Rick był zdruzgotany. Odczuwał pulsujący pod skórą gniew i jednocześnie zupełną bezradność.

- Bardzo cię przepraszam, że zniknęłam na tyle lat, że cię odcięłam - mówiła dalej. - Jesteś najlepszym, co mi się w życiu przytrafiło, przysięgam, ale tak bardzo się bałam, że skupiłam się tylko na tym, żeby uciec. Nie odpowiadałam na twoje listy, bo bałam się, że Janice dowie się, gdzie jestem, będzie chciała do mnie przyjechać, może nawet z nim. Paranoja, zdaję sobie z tego sprawę, ale ona nie wiedziała, gdzie mieszkam, i chciałam, żeby tak zostało. Dostałam stypendium sportowe, pracę w sklepie z ubraniami i miejsce w akademiku, więc byłam na tyle niezależna, że nie musiałam brać od niej żadnych pieniędzy. A jeżeli już faktycznie na coś mi brakowało, to babcia mi wysyłała. Ty i ona byliście jedynymi osobami, które wiedziały o Chicago.

- Czyli Janice okłamywała mnie, mówiąc, że przekaże ci, jak bardzo czekam na jakieś wieści od ciebie.

- Tak, pewnie nie chciała przyznać, że nie miała pojęcia, gdzie jestem. Może bała się twoich pytań, wolała, żebyś nie był zbyt ciekawski. Przepraszam, że cię zraniłam.

- Nie, nie, absolutnie mnie nie przepraszaj... - Głaskał ją po głowie. - To ja cię przepraszam, że nie zwróciłem uwagi na różne sygnały i nie zapewniłem cię o tym, że byłaś najważniejszą osobą w moim życiu, przez co nie przyszłaś do mnie po pomoc. - Pociągnął nosem.

- Kiedy przyjechałam na Święto Dziękczynienia i na Boże Narodzenie podczas pierwszego roku, poprosiłam cię o spotkanie na mieście, bo nie zatrzymałam się u Janice, mieszkałam u babci.

- Janice nie odwiedzała twojej babci podczas świąt?

- Nie, to była babcia ze strony ojca. Janice ucięła z nią wszelki kontakt, gdy od nas odszedł. To właśnie ta babcia kupiła mi loft. Przez długi czas myślałam, że już tu nie wrócę, ale tęskniłam za tobą, a poza tym w końcu poczułam się dość silna. Janice nie wie, że znów mieszkam w Nowym Jorku, ale jeżeli gdzieś przypadkiem na nią wpadnę, poradzę sobie z tą sytuacją. Miałam nadzieję, że cię odnajdę, że będę mogła być z tobą, bo jakimś cudem nadal będziesz mnie chciał. Kocham cię, Rick - szepnęła.

- Ja ciebie też - odpowiedział miękko i pocałował ją.

Wyłączył lampkę nocną, położyli się na boku i wtulili w siebie. Czule odgarnął jej włosy i całował ciepły od płaczu policzek.

- Jesteś bezpieczna, Mon. Nikt cię już nigdy nie skrzywdzi, nie pozwolę na to, obiecuję - szeptał jej do ucha. Ochroni ją przed całym światem, jeżeli będzie trzeba. Wiedział, że nie dopuści do tego, aby znów stało jej się coś złego.

Na izbie przyjęć panował chaos. Był środek nocy, a ludzi przy recepcji kłębiło się całe mnóstwo; kasłali, krwawili, wymiotowali, krzyczeli, ktoś się przewrócił, ktoś zasłabł, ktoś zanosił się płaczem.

- Dobry wieczór, nazywam się Richard Lawrence. Powiadomiono mnie, że moja żona, Monica Lawrence, tu jest - powiedział do siedzącej za biurkiem pielęgniarki.

- Już sprawdzam. - Ekran komputera odbijał się w progresywnych szkłach jej okularów - Tak, widzę. Została przyjęta dwie godziny temu, jej lekarzem jest Dylan Anderson, proszę z nim porozmawiać. Musi się pan udać na neurologię, na siódme piętro.

Rozbrzmiał dzwonek, drzwi od windy się otworzyły. Zobaczył po prawej stronie oddział neurologiczny, po lewej ciąg drzwi z przyczepionymi do nich tabliczkami. Rick zapukał do tych z napisem "Pokój lekarski".

- Dobry wieczór. Nazywam się Richard Lawrence, dzwonił pan do mnie. Gdzie jest moja żona? Co jej się stało?

- Dobry wieczór, proszę wejść. - Anderson podał Rickowi dłoń i zamknął za nim drzwi.

- Co się stało?

- Nie wiem, co dokładnie się wydarzyło, ale przyjęliśmy ją na ostry dyżur około trzech godzin temu. Karetka została wezwana do Central Parku, na Transverse Road 4, w pobliżu 96 Wschodniej. Osoba, która zadzwoniła, powiadomiła nas, że znalazła nieprzytomną kobietę w alejce. Natychmiast przywieziono ją do nas.

Rick starał się słuchać uważnie, emocje sprawiały jednak, że trudno mu się było skupić.

- Gdy ją przyjęliśmy, była już w pełni przytomna, mogła ruszać kończynami, źrenice reagowały prawidłowo. Tomografia nie wykazała żadnych wewnętrznych krwotoków ani urazów, ale pańska żona ma liczne siniaki, straciła też dwa prawe trzonowce.

- Czy mogę ją zobaczyć? - Rick czuł rosnącą w gardle gulę.

- Naturalnie. Daliśmy jej środki nasenne, żeby się wyciszyła, więc porozmawiacie dopiero rano, teraz śpi.

Wyszli z pokoju lekarskiego i poszli na koniec korytarza.

- Kiedy będę mógł ją zabrać do domu?

- Niebawem. Doznała lekkiego wstrząśnienia mózgu, więc chcemy ją jeszcze na moment zatrzymać, żeby mieć pewność, że wszystko jest w porządku. Myślę, że za dwa, maksymalnie trzy dni damy jej wypis.

Anderson otworzył drzwi do ostatniego pokoju i pozwolił Rickowi wejść do środka.

- Może pan tu być tak długo, jak zechce. Gdybym był potrzebny, będę u siebie.

Rick podał lekarzowi rękę i wszedł do pokoju. Monica spała. Nocna lampka delikatnie oświetlała jej twarz. Podszedł do łóżka i serce mu zamarło. Miała spuchniętą prawą część twarzy, oko było prawie niewidoczne. Górną wargę oszpecała podłużna rana, a lewy policzek pokrywał duży siniak. Miała opatrunek na skroni i plaster na czole. Jej ręce leżały na kołdrze i Rick zobaczył zadrapania na prawym przedramieniu oraz połamane paznokcie.

Zakrył usta ręką i usiadł na fotelu przy łóżku.

- Mogę cię o coś zapytać? - odezwał się, gdy kończyli śniadanie.

- Pewnie - odparła, pakując lunch do pojemnika.

Wstał nieco niezdarnie z krzesła, podszedł do niej, położył brodę na jej ramieniu i wyjął z kieszeni małe pudełko.

- Wyjdź za mnie, co ty na to? - wyszeptał jej do ucha i otworzył pudełko kciukiem.

- Wiedziałam! - Wybuchnęła śmiechem. - Czułam, że o to chodzi!

Byli ze sobą od czterech lat. Do decyzji o oświadczynach popchnął go ślub Alice i Marty'ego. Tydzień po ich weselu zaczął rozglądać się za pierścionkiem zaręczynowym. Myślał nad zorganizowaniem pikniku na plaży, w miejscu, które oboje lubili i dokąd często jeździli na rowerach. Miał wszystko zaplanowane - da jej znać, że wróci później z pracy, poprosi ją, żeby spotkali się w ich miejscu, ale, niespodzianka: on będzie pierwszy! Będzie na nią czekał z butelką szampana i pierścionkiem na dnie kieliszka. Tylko że tego ranka spojrzał na Mon chodzącą po domu w potarganych włosach, zaspaną, ziewającą, w swojej wyciągniętej i mocno spranej piżamie z Kaczorem Donaldem, i dotarło do niego, że zna ją na wylot i przecież nie obchodziłyby jej żadne szampany czy pikniki.

- To są najoryginalniejsze oświadczyny, o jakich słyszałam, przeprowadzone przy zlewie, w towarzystwie pudełka na lunch i piżamy w roli bohaterów drugoplanowych. Ale bez klękania to się niestety nie liczy. - Spojrzała na niego, udając, że jest rozczarowana.

Rick uśmiechnął się, uklęknął na jedno kolano i wyciągnął rękę z pudełkiem.

- Monico Parkson, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? - zapytał tak pretensjonalnie i sztucznie, jak tylko potrafił, i oboje parsknęli śmiechem.

- A, niech będzie - odpowiedziała i pozwoliła mu włożyć pierścionek na palec. Wstał i pocałował ją. Monica spojrzała uważnie na pierścionek. - Jest przepiękny, bardzo mi się podoba - przyznała szczerze.

Stali w kuchni, przytulając się. W końcu Monica spojrzała na niego przepraszająco.

- No, ale teraz muszę już szykować się do pracy.

- Ależ oczywiście.

Żadne z nich nie miało dużej rodziny. Monica straciła kontakt z ojcem wkrótce po tym, jak ich zostawił. Wiedziała tylko, że przeprowadził się do Irlandii i że ma tam nową rodzinę. Śmierć babci symbolicznie przecięła wszelkie łączące ją z nim więzy. Z kolei Rick miał tylko matkę i starszego brata Steve'a, który mieszkał w Kalifornii ze swoim chłopakiem.

Na dzień ślubu wybrali sylwestra 1996/1997, żeby kontynuować celebrowanie rocznic w ten sam dzień. Do urzędu miasta zaprosili matkę Ricka, jego brata i jednocześnie świadka wraz z partnerem Garym, Marty'ego z Alice oraz Trishę, koleżankę Moniki z pracy, która była jej świadkową. Po krótkiej ceremonii wszyscy udali się na pikantne skrzydełka i piwo.

Finansowo radzili sobie na tyle dobrze, że Rick zrezygnował z pracy i postanowił całkowicie poświęcić się pisaniu. Premiera międzynarodowa jego trzeciej książki przypadała na marzec, więc Rick zaproponował żonie, żeby w ramach nieco spóźnionego miesiąca miodowego pojechali razem w trasę promocyjną po Europie.

Monica pisała scenariusze reklam, udzielała się też jako copywriterka. Firma, w której pracowała, przeprowadziła się właśnie do biura wynajętego na 87 piętrze północnej wieży World Trade Center. Monica była odpowiedzialna za wiele lokalnych kampanii reklamowych, a wymyślony przez nią spot dla producentów produktów mlecznych zdobył kilka branżowych nagród. Szybko awansowała i odpowiadała teraz za większe projekty. W pewnym momencie Rick i Mon (Alice wymyśliła im ksywkę "Moricka", bo byli niemal nierozłączni) zastanawiali się nad przeprowadzką do nowego, być może większego mieszkania, ale finalnie zostali w swoim lofcie. Poprawili jednak warunki mieszkaniowe, kupując odtwarzacz DVD i instalując Internet. Wszystko układało się wspaniale.

- Rick? - wyszeptała.

Słońce nieśmiało zaglądało do pokoju. Spał w fotelu przy łóżku, przykryty kurtką. Nogi położył na krześle, które w nocy przytargał z korytarza.

- Rick - powtórzyła głośniej. - Obudź się.

Powoli odwrócił głowę w jej kierunku i niespiesznie otworzył oczy. Gdy zorientował się, że na niego patrzy, natychmiast oprzytomniał i usiadł.

- Hej - szepnął i pochylił się nad łóżkiem.

Przyszło mu na myśl, że w świetle dnia nie wyglądała tak źle, ale może po prostu minął pierwszy szok i łatwiej mu było na nią patrzeć.

- Mógłbyś dać mi trochę wody? - Oblizała wargi.

- Oczywiście.

Napełnił plastikowy kubek wodą z dystrybutora stojącego w kącie pokoju i wrócił do niej.

- Pomóż mi - poprosiła, wyciągając do niego ręce. Postawił kubek na stoliku i objął ją, pomagając jej usiąść. Gdy tylko ją złapał, syknęła z bólu.

- Och, przepraszam...

- To nic, w porządku.

Podłożył jej poduszkę pod plecy, podał wodę i usiadł obok. Skończyła pić i spojrzała na swoje ręce. Rick uświadomił sobie, że widzi je po raz pierwszy od napaści. Dokładnie, w skupieniu, obejrzała swoje dłonie i ramiona, delikatnie dotknęła twarzy. Z każdą sekundą wzrastał w niej niepokój.

- Jest tu gdzieś lustro?

- Nie... nie widzę żadnego - odpowiedział, rozglądając się po pokoju.

- A mógłbyś jakieś mi przynieść?

Rick wstał z łóżka. Był już w drzwiach, gdy zatrzymał się i zapytał bez słów, czy na pewno tego chce.

- Proszę - szepnęła.

Znalazł recepcję neurologii i zaczepił siedzącą za biurkiem pielęgniarkę.

- Przepraszam najmocniej, ale moja żona prosi o lustro.

- Lustro? - zapytała zaskoczona. Obróciła się na krześle i spojrzała na koleżankę siedzącą obok.

- Niech skorzysta z tego w łazience w pokoju. Przykro mi, ale niczego innego nie wymyślimy.

Gdy wrócił do pokoju, Moniki nie było w łóżku, a z łazienki dochodził stłumiony szloch. Drzwi były uchylone, otworzył je szerzej. Monica patrzyła na swoje odbicie w lustrze wiszącym nad umywalką. Oglądała prawy policzek, opuchnięte oko, ranę na ustach, siniaki, dwie jamy w dziąsłach.

- Nie wierzę - płakała.

Rick stanął za nią i położył jej rękę na ramieniu.

- Zobacz, spójrz - szlochała. - Co za koszmar!

- To minie, zagoi się...

Przytulił ją i również się rozpłakał.

Pielęgniarka przyszła zmienić jej opatrunek i zapytała, czy ma ochotę na śniadanie. Monica patrzyła tępo w okno, milcząc. Rick przyznał, że śniadanie to dobry pomysł, i chwilę później przyniesiono tacę z dwiema kanapkami z masłem orzechowym, jabłkiem i szklanką mleka. Spojrzała na niego lewym, zdrowym okiem, wskazała na tacę i zachęciła go gestem, żeby zjadł za nią.

- Nie, to dla ciebie, dobrze ci to zrobi.

Westchnęła ciężko, położyła się na boku i zakryła kołdrą po czubek głowy.

Kilka godzin później pielęgniarka uchyliła drzwi pokoju i przywołała Ricka gestem. Wyszedł na korytarz.

- Co się dzieje? - Spojrzał na dwóch mężczyzn siedzących na korytarzu.

- Policja przyszła.

- Rozumiem. - Podszedł do nich, a oni wstali z krzeseł.

- Panie Lawrence, nazywam się Nicholas Evon, a to Martin Byrone, policja nowojorska. - Wyjęli odznaki. Rick przywitał się z nimi podaniem ręki.

- Chcielibyśmy zadać pańskiej żonie kilka pytań związanych z tym, co się wczoraj stało. Rozmawialiśmy z jej lekarzem i wiemy, że nie ma medycznych przeciwwskazań, które by na to nie pozwalały.

- Zapytam ją, dobrze? Nie jestem pewien, czy będzie chciała teraz rozmawiać.

- Oczywiście.

Rick wrócił do pokoju, Monica siedziała na łóżku.

- Na zewnątrz czekają dwaj detektywi. Chcą zadać ci kilka pytań w związku z...

- Nie dzisiaj, proszę - odpowiedziała smutnym głosem.

Kiwnął głową i wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił.

- Przyjdą jutro.

- Dziękuję.

Rick usiadł na łóżku.

- Nie powinno mnie tam być, to klasyczne bycie w złym miejscu o złym czasie. Wyglądam potwornie. - Westchnęła.

- To tymczasowe, Mon. Myślę, że to wszystko mogło skończyć się dużo gorzej.

- No tak, mógł mnie zabić, ale tylko mnie pobił - odpowiedziała gorzko. - Też sobie wmawiam, że mogło być gorzej, dużo gorzej, ale kiedy na siebie spojrzę... - Urwała i zamilkła.

- Z każdym dniem będzie lepiej, nie minęła jeszcze nawet doba, spokojnie. - Pocałował ją w policzek.

Późnym popołudniem doktor Anderson poinformował ich, że Monica zostanie wypisana ze szpitala w ciągu najbliższych czterdziestu ośmiu godzin, a ona poprosiła męża, by wrócił do domu. Nie chciała, by spędzał kolejną noc w szpitalu, drzemiąc w fotelu. Niechętnie wyszedł.

Dotarł do domu wczesnym wieczorem, zdjął buty, kurtkę i poszedł do kuchni. Przez kilka chwil przyglądał się bez przekonania zawartości lodówki, ale stwierdził, że nie jest głodny. Wyjął piwo, wziął telefon i usiadł na kanapie.

- Rick, dobry wieczór! Jak miło, że dzwonisz - odezwała się radośnie Martha.

- Cześć, mamo - odpowiedział i wypił duży łyk piwa. Poczuł, jak chłód rozlewa się po jego ciele i po raz pierwszy od wielu lat pomyślał, że z chęcią zapaliłby papierosa.

- Gary i Steve przylatują na weekend!

- Tak? To świetnie.

- Bardzo się cieszę, nie widzieliśmy się wszyscy od miesięcy. Pomyślałam, że może przygotowałabym kolację, jak uważasz? Przyszlibyście z Monicą na małe przyjęcie.

Rick wypił kolejny łyk i spojrzał na kalendarz wiszący na ścianie w kuchni. Był wtorek. Nie było szans na to, żeby Monica za pięć dni pojawiła się na rodzinnym obiedzie.

- Nie sądzę, żebyśmy przyszli. - Odchrząknął.

- Dlaczego nie? - Martha była wyraźnie rozczarowana.

- Monica poszła wieczorem pobiegać po parku i została napadnięta. Dopiero co wróciłem od niej ze szpitala. - Odstawił butelkę na stolik.

- Boże drogi... Jak ona się czuje? - spytała matka z troską.

- Nie wygląda najlepiej. Ma opuchliznę na oku, siniaki, straciła dwa zęby.

- Matko kochana - westchnęła Martha.

- Wróci do domu w czwartek.

- Czy mogę wam jakoś pomóc? Może ją odwiedzę?

- Nie, to raczej niedobry pomysł. Jest w kiepskim stanie, potrzebuje spokoju i czasu.

- Oczywiście, oczywiście.

- Powiesz Steve'owi? Nie chcę kolejny raz tego wszystkiego opowiadać.

- Oczywiście, zaraz do niego zadzwonię.

- W porządku. Kończę, jestem bardzo zmęczony.

- Proszę, uściskaj ją ode mnie, dobrze?

Rzucił telefon na fotel i schował twarz w dłoniach.

Pomimo ogromnego zmęczenia nie mógł zasnąć. Nigdy jeszcze nie był sam w ich mieszkaniu. Panująca w nim cisza okropnie go przygnębiała. Nie grało radio w kuchni ani telewizor w salonie. Nie gotowała się woda w czajniku, nie słyszał kroków w łazience. Monica nie przyszła opowiadać mu biurowych plotek ani dzielić się z nim pomysłami na kolejną reklamę. A do tego jeszcze puste łóżko. Nie był w stanie znaleźć sobie żadnej wygodnej pozycji, żeby zasnąć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji