Stuletnia Gospoda - Katarzyna Majgier

Reflow text when sidebars are open.
SKŁADNIKI:
1 szklanka kaszy gryczanej,
? kg grzybów leśnych lub pieczarek,
2 średnie cebule,
tłuszcz do smażenia,
przyprawy: sól, pieprz i majeranek.
Kaszę ugotować na sypko.
Cebulę pokroić, odparować na rozgrzanej patelni, dodać odrobinę tłuszczu i podsmażyć, następnie odłożyć na talerz.
Umyte i odsączone grzyby pokroić w paski, odparować na rozgrzanej patelni, dodać niewielką ilość tłuszczu i podsmażyć. Pod koniec dodać smażoną cebulę oraz przyprawy.
Na talerze nałożyć kaszę, a na wierzch grzyby.
Wiele książek kończy się weselem, bo takie zakończenia podobają się czytelnikom.
Z tą książką jest odwrotnie. Wesele pojawi się na samym początku. W dodatku podwójne.
Dwie pary urządziły je sobie wspólnie dla oszczędności, bo było to zaraz po wojnie i ludzie nie mieli pieniędzy na fanaberie. Podano wódkę i kaszę z grzybami. Wszystkim smakowało.
Gośćmi byli stary ksiądz i kilkoro sąsiadów. Zdjęć pamiątkowych nie zrobiono, bo na to też brakowało pieniędzy, ale pozostały wspomnienia, które powracały za każdym razem, gdy na stole pojawiała się kasza z grzybami.
Obie młode pary stanęły na deskach przed ołtarzem (kobierzec przepadł w czasie wojny) w parominutowych odstępach. Sąsiedzi, świadkowie tej ceremonii, trochę się dziwili, bo pamiętali Łukasza i Zosię, którzy służyli w Stuletniej Gospodzie od dzieciństwa, i podejrzewali, że kiedy podrosną, będzie z nich para.
Łukasz i Zosia też przypuszczali, że tak właśnie potoczyłyby się ich losy, gdyby nie wojna. Tymczasem oboje trafili na roboty do Reichu, gdzie zostali rozdzieleni i nie mieli od siebie wieści tak długo, że uznali, że na pewno już nigdy się nie zobaczą, więc każde z nich znalazło sobie nowego partnera. Zosia rzeczowego i konkretnego górala o imieniu Karol, a Łukasz pogodną, rozmarzoną Hanię z Kresów.
Spotkali się w Stuletniej Gospodzie, do której Łukasz i Zosia wrócili, nie mając innego miejsca, do którego mogliby wrócić. Hania usłyszała, że jej dawna wioska spłonęła, więc poszła z Łukaszem do miejsca, o którym opowiadał jej cuda, jak tylko on potrafił. Karol, wcześnie osierocony, zarabiał na chleb w wielu domach, poszedł więc z Zosią.
Na miejscu okazało się, że Stuletnia Gospoda była okupowana intensywniej niż cokolwiek innego w okolicy przez zmagające się armie. Wszystko, co się w niej znajdowało, zostało przewrócone do góry nogami, ze szczególnym uwzględnieniem piwnic.
Właściciele spoczywali na pobliskim cmentarzu.
Zosia, Łukasz i ich wybrańcy przystąpili do roboty, żeby jeszcze przed zimą doprowadzić Stuletnią Gospodę do stanu pozwalającego na przetrwanie mrozów. Zgadzali się ze sobą i żyli w przyjaźni, a że każde z nich było przyzwyczajone do ciężkiej pracy, byli tak bardzo zajęci, że zapomnieli o formalnościach.
Komisarz z Korsakowa musiał osobiście się do nich pofatygować, żeby oficjalnie przejęli pod opiekę mienie, które stanowiła Stuletnia Gospoda, oraz zalegalizowali związki, by nie urągać socjalistycznej moralności, a ksiądz musiał dodatkowo przypomnieć im z ambony, by zgłosili się do niego celem zawarcia oficjalnych małżeństw, by nie urągać również moralności katolickiej. Zaraz po mszy dali więc na zapowiedzi i już wkrótce odbył się ich podwójny ślub. Za to zwlekali nieco z podpisaniem dokumentów, bo nie ufali tym nowym urzędnikom.
Hania i Łukasz doczekali się dwojga dzieci: Marzeny i Ryszarda. Marzena od małego zachowywała się jak pańskie dziecko - kręciła nosem i domagała się wszystkiego, co najlepsze. Obie ręce miała lewe.
Rodzice początkowo się tym martwili, ale potem doszli do wniosku, że być może Marzena nie została stworzona do ciężkiej pracy, do jakiej sami przywykli, ale do czegoś lepszego. Może zostanie na przykład lekarką albo nauczycielką?
Żyli tą nadzieją, dopóki nie poszła do szkoły. Wtedy okazało się, że nauka też jej nie interesuje, choć do szkoły chodziła chętnie - miała tam opinię najładniejszej dziewczynki. Hania początkowo tym też się martwiła, bo znała wiele przypowiastek i piosenek, z których wynikało, że ładne dziewczyny nie mają w życiu szczęścia. Jednak Łukasz ją pocieszył:
- Jak jest głupia i leniwa, to dobrze, że chociaż ładna jest. Do żadnej roboty się nie nadaje, to niech chociaż znajdzie bogatego męża, który o nią zadba.
Hania przyznała mężowi rację, zwłaszcza kiedy odkryła, że na świecie wszystko się uzupełnia, i po pierwszym dziecku, które tak ich martwiło, dostali drugie, które nigdy nie przysporzyło im trosk. Rysiek był bystrym chłopcem, rwał się do roboty, radził sobie w szkole i nigdy nie przestawał wesoło pogwizdywać.
Zosia i Karol mieli troje dzieci. Najstarszy, Lucek, od urodzenia był trochę inny niż większość dzieci. Zosia powiedziała kiedyś komuś, że w dzieciństwie koń kopnął go w głowę, i po pewnym czasie wszyscy powtarzali to z przekonaniem.
Nikt nie dementował pogłoski, bo sama Zosia ją powtarzała. Wersja o koniu wydawała się jej ciekawsza i wyjaśniała to, czego nikt nie potrafił wyjaśnić, więc w końcu sama w nią uwierzyła.
Drugim dzieckiem Zosi i Karola był Czesiek, który też się różnił od innych dzieci, ale Zosia pomimo swojej fantazji nie pojmowała, skąd jemu się to wzięło.
Mały Czesio do trzeciego roku życia wydawał się całkiem normalnym dzieckiem, jednak później okazał się istotą przekorną, złośliwą i przewrotną. W szkole nie zdobył żadnych przyjaciół i choć był prymusem, nie lubili go nawet nauczyciele. Wyglądało na to, że przychodzi do szkoły tylko po to, żeby zdobywać dobre stopnie.
Zjawiał się tam tylko na lekcje, a zaraz po nich wracał do domu. Wszystkim wydawało się to podejrzane, a rodzice coraz bardziej niepokoili się zachowaniem syna, który w niczym nie przypominał urwisa, jakim kiedyś był jego ojciec.
- Żeby chociaż okno wybił, żeby dwóję przyniósł ze szkoły, przetrzepałbym mu skórę i byłby spokój, a tak - nic mu nie mogę zarzucić, ale tak jakoś mnie drażni... - narzekał Karol, a Łukasz kiwał głową, bo rozumiał te problemy i widział, że z tym dzieckiem coś jest nie tak. Znalazła się jednak osoba, której zachowanie Cześka bardzo się spodobało.
Człowiekiem tym był niejaki Mścisław Rżewski, porucznik w stanie spoczynku o mrocznej przeszłości. W czasie kiedy porucznik Rżewski poznał młodego Czesława, przewodniczył komitetowi miejskiemu i niecierpliwie czekał na przeniesienie do innego miasta. Większego, rzecz jasna. Najlepiej wojewódzkiego, ewentualnie powiatowego, na początek.
Ponieważ był człowiekiem czynu, co lubił podkreślać w swoich przemowach, nie czekał bezczynnie, tylko robił, co mógł, żeby przyspieszyć swój awans. Między innymi postanowił powołać w Korsakowie lokalne koło Związku Młodzieży Wiejskiej. Przez wiele lat próbował bezskutecznie zorganizować młodzież, kusząc miejscowych nastolatków perspektywami, które wydawały im się interesujące, dopóki nie porozmawiali z rodzicami.
- Co? Chcesz się zapisać do ZMW?! - Zgorszeni rodzice przecierali oczy ze zdumienia, nie poznając własnych dzieci. - A co ty tam zamierzasz robić?
- No... organizować tańce. Malować kolorowe plakaty. Sklejać samoloty z kartonu - odpowiadali ich potomkowie, w zależności od tego, co obiecywał im porucznik Rżewski.
Rodzice szybko wybijali im te durne pomysły z głów. Na ogół wystarczały zwykłe, logiczne argumenty, ale bywało, że bardziej skuteczny okazywał się skórzany pas. Dlatego pomimo usilnych starań towarzysza porucznika ciągle nie udawało mu się zorganizować lokalnego koła ZMW. Pewnego dnia postanowił sprowadzić zasłużonego działacza młodzieżowego, którego nazwiska nikt nie zapamiętał, i zorganizował mu spotkanie z młodzieżą szkolną.
- Towarzysze i towarzyszki! - wołał działacz młodzieżowy, rozpoczynając płomienną mowę w sali gimnastycznej, do której spędzono rozchichotanych uczniów. - Młodzieży! - sprostował, przyglądając się publice i uznając, że nie życzy sobie tak sztubackich towarzyszy.
Po czym wygłosił kwiecistą mowę, tak nudną, że ją sobie darujemy. Dość, że wspomnimy o wpływie, jaki owo wystąpienie wywarło na wrażliwą i młodzieńczą psychikę Czesława. Był on jednostką wyrachowaną, egoistyczną i, jak nazywają to specjaliści od nauk społecznych, socjopatyczną, ale to, co usłyszał, naprawdę go poruszyło.
W czasie dusznego spędu w sali gimnastycznej Czesław zrozumiał, że to, do czego dąży: dostatek, święty spokój i brak obowiązków związanych z przyziemnymi pracami fizycznymi, naprawdę jest w zasięgu jego ręki i to bliżej, niż podejrzewał. Wcześniej wydawało mu się, że aby zostać jakimś dyrektorem, przewodniczącym albo przynajmniej lekarzem, będzie musiał uczyć się i ciężko pracować przez całe lata. Teraz zrozumiał, że system, w którym przyszło mu żyć, otwiera przed nim nowe, wspaniałe możliwości, wyznaczając ścieżki na skróty.
Następnego dnia, ubrany w odświętną koszulę, którą na wyraźne życzenie odprasowała mu zaskoczona matka, ze świeżo umytymi włosami i w wypastowanych na wysoki połysk butach, zameldował się w gabinecie porucznika Rżewskiego. Porucznik poprzedniego dnia oblewał płomienną mowę działacza wraz z nim samym i obydwoma kolegami, którzy przyznawali się do niego w miasteczku.
Nazajutrz dręczył go potworny kac i kazał swojemu sekretarzowi nikogo nie wpuszczać. Sekretarz wykonywał polecenie, bo nie miał innego wyjścia, ale kiedy zobaczył piętnastoletniego chłopaka, wystrojonego niczym woźny na 1 Maja, uznał, że sprawa jest poważna, i wślizgnął się do gabinetu szefa.
Ten w pierwszym odruchu rzucił w niego dziurkaczem, który w owych czasach był naprawdę ciężkim urządzeniem. Na szczęście nie trafił.
Kiedy jednak usłyszał, że czeka na niego dzieciak ze szkoły, który chce zapisać się do ZMW, kompletnie zapomniał o kacu. Ba, osobiście podniósł dziurkacz!
- Co cię sprowadza? - spytał dla formalności.
- Chciałbym się zapisać do ZMW - odparł Czesiek. - To moje największe marzenie - dodał, bo przeczytał już wiele pouczających opowiadań i obejrzał kilka filmów dla młodzieży i wiedział, że im bardziej irracjonalne argumenty podają młodzi ludzie, tym większe budzą zaufanie.
Porucznik Rżewski nie był pewien, czy dzieje się to naprawdę, czy też na kacu przyśnił mu się cudowny sen.
Przez dwa tygodnie Czesiek był jedynym członkiem ZMW w okolicy. W Stuletniej Gospodzie nikt o tym nie wiedział, bo Czesiek nikomu się nie opowiadał ze swoich poczynań, a nikt nie wpadłby na to sam z siebie. Jego rodzice długo nie mieli pojęcia o ideologicznej orientacji syna, bo coś takiego w ogóle nie mieściło im się w głowach.
Rysiek, który był o kilka lat młodszy od Cześka, dowiedział się po miesiącu, kiedy już mówiła o tym cała szkoła, jednak nie doniósł na współmieszkańca. Młodsza siostra Cześka, Bożenka, była jeszcze mała i żyła w bezpiecznym balonie nauczania początkowego, który wiadomości polityczne omijały.
Marzena była tylko o rok młodsza od Cześka, ale takie głupoty jak ZMW kompletnie jej nie interesowały, więc ignorowała wszystko, co mówiono w szkole na jego temat. Zaintrygowało ją jednak to, że nagle o kimś, kogo uważała za nudziarza, mówią wszyscy: chłopaki, dziewczyny, a nawet nauczyciele. Co więcej, wszyscy przyglądali mu się z dziwnym lękiem. Bali się go.
Marzenie to zaimponowało.
W tamtych czasach Marzena była lokalną nastoletnią miss. Wszyscy chłopcy o niej fantazjowali. Jednak w wieku czternastu lat jeszcze nie miała chłopaka. Nie dlatego, że chciała czekać na prawdziwą miłość, jak utrzymywała, ale dlatego, że obawiała się, iż wybór jednego spośród licznych wielbicieli spowoduje utratę innych. A trochę szkoda stracić kilkudziesięciu młodocianych adoratorów, skoro byli oni tacy zabawni...
Poza tym odkąd w okolicy otwarto kino, swoje oczekiwania wobec mężczyzn opierała na wzorach obserwowanych w filmach, nie na zachowaniach okolicznej młodzieży męskiej, które w porównaniu z tymi z ekranu wydawały się żenujące. Na ekranie widywała naprawdę przystojnych mężczyzn, przy których jej wielbiciele byli tylko niedomytymi, pryszczatymi dzieciakami.
Jej pierwszą miłością został Gérard Philipe. Zakochała się w nim po obejrzeniu Fanfana Tulipana i poszła na ten film do kina jeszcze pięć razy. Potem byli Janek Kos i Mieczysław Kalenik, szerzej znany jako Zbyszko z Bogdańca. Na odpuście Marzena kupiła sobie lusterko z jego zdjęciem, które teraz zawsze nosiła ze sobą, co uważała za bardzo romantyczne zachowanie.
Mieszkańcy Korsakowa w tamtych czasach chodzili pić do Stuletniej Gospody. Co prawda w miasteczku był Bar Myśliwski, ale tam i wódkę, i piwo regularnie chrzczono. Poza tym w barze piły "te świnie: Rżewski i jego przydupasy". W takim towarzystwie porządni ludzie woleli się nie pokazywać.
Przychodzili więc do Stuletniej Gospody, w której wszystko pozostało swojskie i uczciwe. Piwo składało się wyłącznie z piwa, wódka z wódki, a samogon, pędzony ukradkiem przez Karola, który wywodził się z rodziny o wielowiekowej tradycji bimbrowniczej, nie miał sobie równych.
Za pędzenie bimbru groziły wówczas surowe kary i gdyby ktoś doniósł na Karola, on i jego rodzina straciliby nie tylko Stuletnią Gospodę... Jednak choć o tym procederze wiedziało wielu bywalców, nikt nie był tak głupi, żeby położyć mu kres. Taka osoba prawdopodobnie zostałaby zlinczowana przez swoich ziomków za pozbawienie ich ulubionego trunku.
Tamtego pamiętnego wieczora przy barze siedziało wielu mężczyzn, którzy przyszli się napić, i Karol postanowił wyciągnąć nowy bimber, który udał mu się jak rzadko kiedy. Obwieścił to wszystkim koneserom, ale oni zareagowali jakoś niemrawo.
Karol się zaniepokoił. Rozejrzał się wokół, ale zobaczył tylko samych swoich. Nie dostrzegł nawet sierżanta Kiszki, który teoretycznie już dawno powinien był aresztować Karola, ale jego bimber cenił sobie znacznie wyżej niż obowiązki zawodowe.
- O co wam chodzi? - spytał Karol.
Nie wiedzieli, jak mu to powiedzieć. Nikt nie chciał tego robić, ale w końcu któryś się odważył.
Karol nie wierzył własnym uszom. W pierwszej chwili był gotów rzucić się na śmiałka, który bezczelnie opowiadał mu takie straszne rzeczy o jego własnym synu. Potem zamierzał zawołać Lucka, który w wieku szesnastu lat przekroczył dwa metry wzrostu i sto kilogramów wagi i rósł nadal, budząc coraz większy respekt wśród okolicznej młodzi i zwierzyny leśnej. Kiedy jednak zauważył, że wszyscy milczą i patrzą na własne buty, zrozumiał, że nie kpią sobie.
Przez całe swoje dotychczasowe życie Karol chodził z podniesioną głową i był dumny, że może to robić. Miał nadzieję, że tak będzie zawsze.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, dowiedział się, że jego własny syn sprowadził na niego straszną hańbę. I to jeszcze zanim skończył piętnaście lat!
Bez słowa opuścił klientów i ruszył na górę, do swojego mieszkania. Wszedł do pokoju, w którym Czesiek spędzał całe popołudnia, ucząc się i czytając.
Zastał syna przed lustrem, wystrojonego w nową, śnieżnobiałą koszulę i czerwony krawat - prezenty od swojego mentora, porucznika Rżewskiego. Karol zauważył to, podobnie jak fakt, że szczeniak ulizał sobie włosy i teraz wygląda jak jeden z tych bubków, co czasem przejeżdżają tędy i kiedy przychodzą coś zjeść, trzeba chować bimber i większość mięsa i uważać, co się mówi.
- Skąd masz tę koszulę? - zapytał.
- Kolega mi pożyczył - skłamał Czesiek.
Łgał jak z nut. Nawet mu powieka nie drgnęła.
- Krawat też ci pożyczył kolega? - Karol nie dał się wyprowadzić z równowagi, choć przyszło mu to z trudem. - Gdybyś powiedział, że potrzebujesz krawata, pożyczyłbym ci któryś z moich. Przynajmniej mają przyzwoite kolory.
- Są stare i zniszczone. - Czesiek popatrzył na ojca z pogardą. - Wstyd w takich chodzić.
Wszystko to oczywiście było nieprawdą, bo choć obydwa krawaty Karola miały swoje lata, były porządne, przedwojenne.
- Wstyd to wychować czerwoną gnidę i dowiedzieć się o tym jako ostatni - odparł Karol, dostrzegając na etażerce ostateczne potwierdzenie tego, w co ciągle jeszcze nie mógł uwierzyć: nowiutką legitymację ZMW.
- Nie moja wina, że ojciec nie wie, co się dzieje na świecie - odszczeknął się Czesiek, pogardliwie wydymając usta i obserwując, jak jego ojciec odpina pas.
Przez całe lanie nawet nie mruknął, a było to największe lanie w jego życiu.
Było to także ostatnie lanie, jakie Karol spuścił Cześkowi.
Dwa tygodnie później, po zakończeniu roku szkolnego, Czesiek wyjechał na obóz, który załatwił mu porucznik Rżewski, dumny ze swojego nowego ucznia, który w ciągu kilku tygodni zwerbował do ZMW kilkanaście osób ze szkoły. Nie miał pojęcia, jak chłopak to robi, ale jego skuteczność okazała się imponująca.
W tamtych czasach Czesiek jeszcze nie przeczytał Księcia Machiavellego, ale gdyby potrafił się wysławiać z taką łatwością, jak jego przyszła siostrzenica, bez problemu mógłby go napisać. Hasło "cel uświęca środki" było jego mottem, jeszcze zanim usłyszał to zdanie.
Na każdego z nowych członków lokalnego ZMW wynajdował jakiś haczyk, którym udało mu się przekonać delikwenta, że ojcowski pas to nic w porównaniu z tym, co go spotka, jeśli odmówi jego żądaniu. Zapisywali się, przeklinając pod nosem, ale się zapisywali.
Może dlatego ostracyzm, jaki mógł spotkać Karola, nie był aż taki straszny. W podobnej sytuacji znalazło się kilkunastu innych rodziców.
Po powrocie z obozu Czesiek nie rozmawiał z ojcem. Potem wyjechał do technikum w Krakowie. Nikt go nie odprowadził, bo dzień wcześniej sierżant Kiszka ostrzegł, że do Stuletniej Gospody wybiera się NIEZAPOWIEDZIANA INSPEKCJA i należało pochować to i owo.
Zosia i Hania pomachały Cześkowi na pożegnanie, wychylając się z kuchni, a Lucek, Rysiek i Bożenka odprowadzili go do głównej drogi. I tylko jedna osoba ze Stuletniej Gospody widziała, jak wsiada do pekaesu i odjeżdża. Była to Marzena, którą o piątej rano wysłano do kolejki w geesie. Kierownik geesu, który poprzedniego dnia przyszedł do Stuletniej Gospody na parę głębszych, zdradził, że następnego ranka rzucą emaliowane wiadra w niewielkiej liczbie.
Marzena wracała właśnie do domu z wiadrem, zadowolona z dobrze wykonanej misji, kiedy zobaczyła go na przystanku.
Zatrzymała się, bo wiedziała, że dokonuje się coś niezwykłego. Wygnany syn marnotrawny opuszcza rodzinne strony i rusza na podbój świata. Świata, który Marzenę pociągał.
W głębi duszy sama też marzyła o czymś takim, ale wiedziała, że to ryzykowna sprawa. Czesiek tymczasem wyglądał, jakby w ogóle się nie bał. Przybrał swój codzienny, obojętnie pogardliwy wyraz twarzy. Roztaczał wokół siebie aurę młodego buntownika bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, choć Marzenę otaczająca go sława outsidera fascynowała już od wielu tygodni.
Teraz, stojąc samotnie na przystanku, w dumnej pozie, z wysuniętą na ulicę lewą stopą i podkasanymi rękawami koszuli, wyglądał jak dzielny robotnik na pudełku od zapałek.
Marzenie zrobiło się wstyd, że przez tyle czasu uważała Cześka za nudnego kujona, niewartego uwagi. Pierwszy raz pożałowała, że pogardzała kimś, kto wydawał jej się mniej fajny od niej. Postanowiła, że jeśli Czesiek kiedyś jednak wróci, będzie dla niego miła.
SKŁADNIKI:
? kg twarogu,
? kg ugotowanych ziemniaków,
1 szklanka mąki pszennej,
1 jajko.
Ziemniaki i twaróg rozgnieść lub zemleć w maszynce, dodać mąkę i jajko i wyrobić ciasto.
Uformować wałki i pokroić w romby.
Wrzucać do osolonego wrzątku i gotować 1-3 minuty.
Uwaga: ciasto ziemniaczano-serowe należy gotować natychmiast po zrobieniu, bo z czasem staje się bardzo wolne!
Czesiek wrócił w grudniu tego samego roku na święta Bożego Narodzenia. Wszyscy w jego internacie wyjeżdżali do domów, nawet ci, których nie było stać na częstsze wyjazdy. Władze internatu zdecydowały się więc wyłączyć ogrzewanie w czasie ferii świątecznych.
Trochę się obawiał powrotu, ale przyjęto go z otwartymi ramionami. Matka się stęskniła, ojciec też, choć nie przyznawał się do tego. Ciągle miał mu za złe zdradę, choć coraz więcej jego kompanów borykało się z podobnym problemem. W ciągu tego pół roku, kiedy dzieciaki zaczęły wstępować do ZMW i organizować ideologicznie zorientowany hufiec harcerski, wiele rodzin żyło w poczuciu zagrożenia i to z tej strony, z której najbardziej nie chcieli być zagrożeni. Każdy słyszał historię Pawlika Morozowa oraz krążące tu i tam podobne legendy o dzieciakach, które gdzieś coś chlapnęły...
Karol nieraz zastanawiał się, czy na wszelki wypadek nie zlikwidować bimbrowni. Co prawda żadne z pozostałych dzieci nie doniosłoby na niego, zwłaszcza że jedynym poinformowanym w tej sprawie dzieckiem był Rysiek, dzieciak lepszy, niż można sobie było wymarzyć. Niemniej na wszelki wypadek przestano nazywać rzecz po imieniu i specjalność Karola stała się po prostu "trunkiem". W czasie wizyty Cześka postanowiono jednak zaprzestać handlu samogonem oraz jego produkcji, po tym jak Łukasz nakrył go w piwnicy, gdzie do niedawna mieściła się bimbrownia.
Czesiek lubił mieć poczucie władzy, a miewał je za każdym razem, kiedy znalazł na kogoś haka. Chętnie znajdował takie haki i w razie potrzeby nie zawahałby się ich wykorzystać. Najbardziej denerwował go ojciec, choć reszta współmieszkańców też go drażniła. Byli tacy kapuściano-ziemniaczani...
Wstydził się, że pochodził z takiej rodziny. W dodatku wydawało mu się, że chcieliby zrobić z niego jeszcze jednego chłoporobotnika z prowincji.
Dlatego pilnie potrzebował na nich haków. Oczywiście wiedział, że w jego rodzinnym domu pokątnie handluje się bimbrem i mięsem z nielegalnego uboju i w chwilach złości kusiło go, by to zgłosić. Nie posterunkowemu Kiszce, który nie miał żony i codziennie przychodził tu na schabowego i kielicha, ale bezpośrednio porucznikowi Rżewskiemu.
Sądził, że w ten sposób mógłby stać się bohaterem, takim lokalnym Pawką Morozowem, choć przeczuwał, że musiałby wtedy uciekać z rodzinnych stron, aby uniknąć losu tego nieszczęśnika. Wiedział też, że miejscowa społeczność w sytuacji zagrożenia zrobi wszystko, żeby dowieść, że Stuletnia Gospoda jest prawdziwą świątynią moralności i obywatelskiej postawy. Potrzebował więc niezbitych dowodów.
Żywił nadzieję, że nikt nie wie o jego śledztwie, ale grubo się mylił. Ludzie, wśród których wyrósł, znali go lepiej niż on sam siebie i przejrzeli jego zamiary. Bimbrownia została przeniesiona do leśnej ziemianki, pozostałej po partyzantach, którzy ukrywali się tam w czasie wojny. Teoretycznie zlikwidowano ją po wojnie, ale nadzorujący likwidację posterunkowy Kiszka słusznie przypuszczał, że ziemianka może się jeszcze do czegoś przydać, i likwidację przeprowadził wyłącznie na papierze. Teraz zrozumiał, dlaczego zostawił ziemiankę, i pokazał ją Karolowi, a pewnego dnia, w samo południe, wraz z nim, Łukaszem i Luckiem, posterunkowym Kiszką i jego młodym pomocnikiem przenieśli tam całą bimbrownię.
- W razie co, nikt wam teraz nie udowodni, że to wasza - zapewnił posterunkowy Kiszka.
- Chyba że się znajdą świadkowie - dodał jego młody pomocnik, który czuł się bardzo dziwnie.
Jeszcze kilka godzin wcześniej chciał służyć ludowej ojczyźnie, łapiąc bimbrowników, spekulantów i cinkciarzy. W razie potrzeby także złodziei i morderców. Teraz sam pomagał jednemu z nich, i to z tych najgorszych! Dało mu to dziwne poczucie zrobienia czegoś ciekawego...
- Nie znajdą się - uciął posterunkowy Kiszka. - Spróbowaliby tylko... - mruknął pod wąsem, spoglądając spod oka na młodego pomocnika, który w mig zrozumiał.
Czesiek węszył bezskutecznie, nieświadom tego, że wszyscy go obserwują. Najbardziej zaangażowała się w to Marzena, z trudem kończąca zasadniczą szkołę rolniczą, za to świetnie obeznana z wieloma sprawami, jakich w szkole nie uczono.
Czytywała modne czasopisma i kiedy tylko nadarzyła się okazja, chodziła do kina, bo tylko tam mogła zobaczyć świat, do którego pasowała. Od zawsze wiedziała, że życie na wsi i praca fizyczna nie są dla niej. To był świat kobiet o pospolitych twarzach i stwardniałych dłoniach. Ona miała twarz, za którą niejedna aktorka oddałaby duszę, i drobne ręce o długich palcach, do których już w dzieciństwie nie pasowały odpustowe pierścionki ze szkiełkiem, bo na takich palcach nosi się złoto i brylanty.
Podczas przyjazdów Cześka znajdowała zabawę w śledzeniu go, a kiedy przebywał sam w odosobnionym, najlepiej ciemnym pomieszczeniu, wchodziła tam, udając, że nie ma pojęcia, że ktoś tam jest, i robiła coś w stylu francuskich aktorek, takich jak Brigitte Bardot albo Catherine Deneuve. Na przykład podwijała spódnicę i zaczynała poprawiać sobie pończochy. Albo rozpinała bluzkę i poprawiała stanik.
Potem, już w obecności innych osób, rozbawiona obserwowała dziwne zachowanie chłopaka na jej widok: maślane oczy, spuszczanie wzroku, drżące ręce, rumieniec, raz po raz oblewający jego pozbawione wyrazu oblicze. Wiedziała, że doprowadza tego nadętego nudziarza do szaleństwa, i bardzo jej się to podobało. Zwłaszcza że wszyscy dookoła coraz bardziej się go bali.
Miała poczucie władzy nad kimś, kto miał poczucie władzy nad wszystkimi dookoła. Odkryła, że to uwielbia.
Udało jej się skończyć zawodówkę głównie dzięki temu, że nauczyciele przepychali ją z klasy do klasy, nie widząc sensu uczenia osoby równie niezainteresowanej. Poza tym uważali, że wszystkie te odporne na wiedzę uczennice i tak przez resztę życia będą zajmować się wyłącznie domem, dziećmi i gospodarstwem, a z tym od wieków radzili sobie nawet niepiśmienni prostacy. Jakie więc znaczenie miało to, czy opanowały ortografię albo twierdzenie Pitagorasa?
Kiedy tylko Marzena przyniosła do domu świadectwo ukończenia szkoły, oznajmiła, że wyjąwszy Cześka, to ona jest teraz najbardziej wykształconą osobą w Stuletniej Gospodzie. A osoba, która ma szkoły, nie może się zniżać do zamiatania czy obierania ziemniaków, do którego ją zaganiano. Ewentualnie zajmie się rachunkami albo prowadzeniem korespondencji.
- Tyś się chyba szaleju najadła! - jęknęła Hania. - Przecież z rachunkami nigdy sobie nie radziłaś, a żeby prowadzić korespondencję, trzeba nie robić błędów i pisać tak, żeby się dało przeczytać. Twoich gryzmołów nikt nie rozszyfruje.
Marzena się obraziła i postanowiła opuścić zapyziałą prowincję przy najbliższej okazji. I wyruszyć na podbój świata, najlepiej do Paryża albo do Nowego Jorku. Gdzie jakoś sobie poradzi. Jak Audrey Hepburn w Śniadaniu u Tiffany'ego.
Okazja nadarzyła się pewnej letniej soboty. Czesiek zdał maturę i przyjechał do domu jako świeżo upieczony student politechniki. W normalnych warunkach rodziców rozpierałaby duma. Teraz jednak tylko udawali, że ich rozpiera.
Coraz bardziej niepokoiła ich przyszłość syna. Wiedzieli, że dużo dostaje od swoich mentorów, ale w przeciwieństwie do syna byli świadomi, że nikt niczego nie daje za darmo. Że pewnego dnia upomną się u niego o wszystko, co dostał.
Czesiek tymczasem chodził z dumnie podniesioną głową, nie bacząc na to, że wielu dawnych kolegów, którym swego czasu popsuł stosunki z rodzicami, ma ochotę go udusić. Oglądał się za dziewczynami, które kiedyś, w czasach szkolnych, mu się podobały. Część z nich była już mężatkami albo nawet matkami. Reszta zmieniła się w prowincjonalne panny na wydaniu, do których Czesiek odnosił się z właściwą sobie pogardą, co nie zmieniało faktu, że z kimś takim właśnie planował się kiedyś w przyszłości ożenić.
W czasie nauki w Krakowie odkrył, że miejskie dziewczyny nie nadają się na żony. A zwłaszcza dziewczyny wykształcone.
Uważał, że kobieta powinna być przede wszystkim posłuszna mężowi. Zapewniać porządek w mieszkaniu, wyprasowane koszule, smaczne posiłki i od czasu do czasu trochę rozrywki. Powinna wychowywać mu dzieci i miło wyglądać przy gościach.
Tymczasem wykształconym dziewczynom zaczynało przewracać się w głowach i żądały nie wiadomo czego. Całe szczęście, że na wsiach spotykało się jeszcze takie, które rozumiały, gdzie jest miejsce kobiety. Czesiek zamierzał kiedyś to wykorzystać. Nie miał jednak pojęcia, że ktoś już teraz zamierza wykorzystać jego.
Pewnego lipcowego wieczora, w czasie zorganizowanego w Stuletniej Gospodzie wesela, skorzystał z zamieszania i udał się na zwiady do piwnicy. Nie tracił nadziei na znalezienie tam bimbrowni. Przecież widział, jakimi strumieniami leje się "wódka", próbował jej, a jako potomek bimbrowniczego rodu, wychowany w barze, bezbłędnie rozpoznawał smak sławetnego samogonu.
Po ciemku zakradł się do piwnicy i ruszył w kierunku stolika, na którym wcześniej zostawił latarkę. Po drodze przewrócił kilka sprzętów, które wzięły się tam nie wiadomo skąd, i zaklął szpetnie, po czym usłyszał czyjś urwany krzyk.
- Wyjdź stąd! - nakazał mu kobiecy szept.
Czesiek nie pozwoliłby, żeby jakaś kobieta wydawała mu polecenia. Nawet własnej matki starał się nie słuchać, a co dopiero Marzeny, bo to była ona.
Znalazł latarkę i zaświecił w stronę, z której dochodził głos. Zobaczył Marzenę. Była naga. Niby trzymała w rękach jakąś kieckę, ale nie zasłaniała się nią zbyt dokładnie.
Cześkowi zakręciło się w głowie.
- Wyjdź stąd! - nakazała. - Przebieram się - dodała gwoli wyjaśnienia.
- Tu? - spytał zdumiony i spłoszony.
- A gdzie? W moim pokoju leżą ciasta i siedzi Rysiek, który ich pilnuje przed dzieciakami! - odparła, a Czesiek nadal stał w miejscu na bezwładnych nogach.
Z zapaloną latarką, którą nie przestawał oświetlać nagiego ciała Marzeny, a ta nagle z rozbawioną miną odłożyła kieckę i podeszła do niego.
Czesiek stał jak wryty, nie wierząc, że to się dzieje naprawdę.
Od dziecka wszystko miał poukładane, uporządkowane i zaplanowane. Teraz, owszem, zamierzał w końcu zająć się kobietami, jak wielu kolegów z technikum, ale nie bardzo wiedział, jak się do tego zabrać, więc ciągle odkładał to na później.
Nie przewidział, że jakaś kobieta może zająć się nim i wyjmując mu z ręki latarkę, wyjmie mu z niej starannie przygotowany projekt dalszego życia, a pociągając go na stare sienniki, pociągnie go tam, gdzie Czesiek nie planował wylądować.
Tego romantycznego (jak na tę historię) wieczora został poczęty Rafał. Jedyny wspólny wnuk Hani, Zosi, Łukasza i Karola. Kuzyn zarówno Jagody, jak i Michała.
Rafał od dziecka wykazywał cechy człowieka chłodnego i wyrachowanego jak jego ojciec, a przy tym próżnego, leniwego i cynicznie przebiegłego jak matka. Nie tylko miał w sobie geny tych niesympatycznych ludzi, ale także został przez nich wychowany. Od dziecka wpajano mu, że jest kimś znacznie lepszym niż reszta społeczeństwa, a już na pewno niż zapyziała rodzina ze wsi.
Pojawienie się na świecie Rafała nie mieściło się w ambitnych planach jego ojca, ale było zgodne z ambitnymi planami matki, która ujarzmiła Cześka jego własną bronią. Kiedy oświadczył, że nie zamierza się z nią ożenić, zrobiła coś, czego nauczyła się z krążących po okolicach licznych opowieści o świństwach Cześka.
- Nie, to nie - powiedziała spokojnie - ale porucznik Rżewski i wszyscy twoi towarzysze dowiedzą się, jak wygląda twoja socjalistyczna moralność. Cała okolica będzie o tym mówić, a takie rzeczy łatwo się roznoszą, jak zapewne wiesz.
Zawahał się, więc dorzuciła jeszcze:
- No i zawsze ktoś może powiedzieć prawdę o tym, co popisałeś w papierach, wybierając się na politechnikę... że niby pochodzisz z wielodzietnej rodziny robotników PGR-u - przypomniała mu.
Czesiek zrozumiał, dlaczego powiadają, że od broni, którą się walczy, najłatwiej można zginąć.
Potem jednak zaświtała mu myśl, że ktoś taki jak Marzena mógłby się okazać przydatny w jego działaniach. Nie podejrzewał dotąd, że poza urodą dysponuje ona starannie ukrywaną inteligencją i wyczuciem chwili, których - gdy trzeba - nie zawaha się wykorzystać.
Po ślubie odcięli się od świata rodziców, których każde się wstydziło. Nie mieli jednak świadomości, że choć chętnie zmieniliby ich gospodę w gees, przysłużyli jej się bardziej niż ktokolwiek inny.
Od kiedy w komitecie miejskim usłyszano o zawrotnej karierze partyjnej towarzysza Czesława, zdecydowano się zostawić jego rodziców w spokoju. Podejrzewano, że ambitny towarzysz wyląduje w końcu w Warszawie, co zresztą rzeczywiście nastąpiło. A z ambitnym towarzyszem z Warszawy nikt w Korsakowie nie śmiał zadzierać.
Tymczasem Czesiek, dzięki swojemu sprytowi i oddaniu partii, piął się po szczeblach drabiny społecznej ze zdumiewającą prędkością (koledzy o dłuższym stażu zgrzytali zębami z zazdrości). Jego żona zdała eksternistycznie maturę (nauczyciele z komisji egzaminacyjnej niemal walili głowami o blat z rozpaczy, słuchając jej odpowiedzi).
Oboje odkrywali, ile można zyskać, jeśli pozna się kilka prostych zasad i odrzuci kilka innych, wpojonych w dzieciństwie...
Zdaniem Hani przepis na grochówkę nie ma sensu, bo grochówki nie gotuje się według jednego przepisu, tylko za każdym razem wymyśla się ją od nowa i na tym polega jej urok. Bożenka jednak zawsze gotowała grochówkę według przepisu zaczerpniętego z książki[1], którą dostała jako nagrodę za wyniki w nauce w zasadniczej szkole rolniczej. Oto on:
SKŁADNIKI:
30-40 dag grochu,
25 dag włoszczyzny,
15 dag boczku wędzonego lub kości wieprzowych,
1? litra wody,
5 dag cebuli,
2 dag tłuszczu,
2 dag mąki,
1-2 ząbki czosnku,
majeranek, sól.
Groch przebrać, opłukać, namoczyć na kilkanaście godzin w zimnej, przegotowanej wodzie. Ugotować w tej samej wodzie, osolić, gdy jest miękki. Ugotować wywar z boczku i warzyw. Groch przetrzeć przez sito, przelewając odcedzonym wywarem. Cebulę obrać, pokrajać, usmażyć na jasnozłoty kolor, dodać zrumienioną mąkę. Zasmażkę rozprowadzić zimnym wywarem na jednolitą rzadką masę. Połączyć z zupą, zagotować. Przyprawić do smaku czosnkiem roztartym z solą i majerankiem. Włożyć boczek pokrajany w kostkę. Podawać z kluseczkami, grzankami z bułki, chleba, pęczakiem ugotowanym na sypko, boczkiem wędzonym lub kiełbasą.
Karol i Zosia, po dwóch synach, którzy różnili się od normalnych dzieci, doczekali się dziecka, które drastycznie różniło się od tych dwóch synów. Nie tylko dlatego, że było córką, ale przede wszystkim dlatego, że nigdy niczym się nie wyróżniało.
Nie było oderwane od rzeczywistości, jak ich starszy syn, ani nie miało ambicji młodszego. Wyglądało na to, że każdy z braci zabrał całą pulę tych cech, jaka została przeznaczona na ich rodzinę. Bożenka od najmłodszych lat nadzwyczaj twardo stąpała po ziemi i wydawała się wolna od wszelkich ambicji.
We wczesnym dzieciństwie poznała obejście i już wtedy wyrobiła sobie opinię na temat tego, jak powinno ono wyglądać. Całą resztę swojego życia poświęciła dbaniu o zgodność rzeczywistości ze swoją wizją gospodarstwa: czystego, schludnego i takiego, w którym każda rzecz ma własne miejsce. Bożenka strzegła granic każdej z tych rzeczy z nie mniejszym poświęceniem niż najwięksi bohaterowie granic ojczyzny, choć w przeciwieństwie do nich wiedziała, że nikt jej za to nie wystawi pomnika ani nawet nie napisze epopei czy choćby elegii.
Bożence to nie przeszkadzało. Nie miała głowy do takich głupot, jak elegie, epopeje i pomniki. Jej poświęcenie było całkowicie bezinteresowne, jeśli nie liczyć jedynego jej interesu: idealnej schludności obejścia i wszystkiego, co w nim wytwarzano.
Wymyśloną przez "artystowskie" towarzystwo zasadę "Sztuka dla sztuki" Bożenka stosowała w praktyce każdego dnia, po uprzednim dostosowaniu jej do swoich filisterskich upodobań: porządek dla porządku.
Kiedy tylko wywiązała się z obowiązków w kuchni, sprzątała, czyściła i glancowała, nie licząc na to, że ktoś to doceni, tak jak miliony kobiet, które poświęcają całe życie dbaniu o to, żeby ich gospodarstwo było absolutnie wolne od bodaj jednego pyłku kurzu.
Na ołtarzu Porządku Bożena złożyła wszystko. Co więcej, dosyć wcześnie nabrała przekonania, że rola kapłanki Porządku jest największym marzeniem każdej normalnej kobiety i z wiekiem coraz bardziej bolało ją, że wszystkie poza nią kobiety, z którymi przyszło jej mieszkać, są nienormalne. Włączając w to jej własną matkę, a potem córkę - Jagodę. O przybranej ciotce Hani i jej nadętej córce Marzenie nie wspominając.
Bożenka wielokrotnie przekonała się, jak ciężki jest los jedynej normalnej kobiety w domu. Odpowiedzialność za utrzymanie Porządku spoczywała wyłącznie na jej barkach. Stanowiło to potworne obciążenie, co bezustannie malowało się na zmęczonej od rana twarzy Bożenki.
Jej zgaszone oczy stale lustrowały gospodarstwo w poszukiwaniu miejsc, w których jeszcze czaili się jacyś partyzanci kurzu, a zacięte usta od dziecka nadawały jej wyraz statecznej gospodyni, która poradzi sobie z każdym rodzajem brudu, a poza tym nie ma czasu na gadanie. Robota czeka!
W szkole Bożenka radziła sobie dobrze, bo choć nie była szczególnie bystra, do nauki podchodziła tak sumiennie, jak do innych obowiązków. Od pierwszej klasy wygrywała wszystkie, organizowane wówczas często konkursy na najschludniejszy zeszyt. Jej nieskazitelne kajeciki nauczycielki podsuwały pod nos niestarannym uczniom jako ideał, do którego powinni dążyć.
Szkolna higienistka po cotygodniowym przeglądzie dzieci pod kątem czystości włosów, paznokci i szyj prowadzała Bożenkę wzdłuż ławek w całej szkole, pokazując dzieciakom, jak powinny wyglądać czysta szyja, paznokcie i włosy. Bożenka nigdy nie miała brudu za paznokciami ani wszy, a jej kołnierzyk porażał bielą.
Od najmłodszych lat starała się być dzieckiem doskonałym. Perfekcyjną córką. I była nią, ale według własnych standardów, które nieco różniły się od standardów Karola i Zosi.
Oboje liczyli na to, że po dwóch niezbyt normalnych synach przynajmniej córkę będą mieli udaną. Ale Bożenka wydawała się tak normalna, że aż za normalna i przez to nienormalna. Przesada jest przecież takim samym odchyleniem jak niedostatek.
Zawsze schludny wygląd Bożenki, wykonywanie bez szemrania wszystkich poleceń i ostentacyjna nadgorliwość były wręcz denerwujące i coraz bardziej drażniły rodziców. Bożenka to wyczuwała i starała się jeszcze bardziej, nakręcając błędne koło zawiedzionych oczekiwań i bezowocnych, desperackich starań.
Zawsze robiła wszystko, czego od niej oczekiwano, bez względu na to, czego sama chciała od życia. Żyła w przekonaniu, że tak właśnie powinno być. Za jedyny przejaw jej buntu wobec rzeczywistości można uznać ustawiczne sprzątanie oraz próby zastosowania w Stuletniej Gospodzie wiedzy, którą nabyła w zasadniczej szkole rolniczej.
Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Bożenka uczyła się tam, jak być nowoczesną gospodynią, a w tamtych czasach wierzono w wagi kuchenne. Wystarczy sięgnąć po dowolną książkę kucharską z epoki, aby przekonać się, jak potężny był w owych czasach kult kuchennej wagi. Zamiast książki kucharskiej można zajrzeć także do książki o pielęgnacji niemowląt lub o urządzaniu mieszkania. W takich publikacjach również krzewiono ów kult z dużym zapałem. Uważano, że waga kuchenna musi stać w każdej poprawnie wyposażonej kuchni, która z kolei powinna się znaleźć w każdym domu.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Kuchnia polska, praca zbiorowa pod redakcją Stanisława Bergera. Wydanie VII poprawione i rozszerzone, Wydawnictwo PWE, Warszawa 1962.
SKŁADNIKI:
Ciasto:
1 szklanka mleka, 2 jajka, 3 szklanki mąki.
Nadzienie:
8 średnich ziemniaków, ? kg twarogu, 2 cebule, tłuszcz do smażenia cebuli, sól, pieprz, kminek.
Ziemniaki ugotować i odstawić, by przestygły. Przygotować ciasto: usypać kopczyk z mąki, a potem dolewać mleko rozbełtane z jajkiem i rozrabiać to wszystko razem, aż powstanie ciasto, które da się ugniatać. Zagnieść ciasto.
Podsmażyć cebulę na oleju lub maśle. Ziemniaki zemleć w maszynce lub rozgnieść widelcem i zmieszać ze zmielonym lub rozgniecionym twarogiem, dodać podsmażoną cebulę i przyprawy.
Ciasto pociąć na kwadraty lub wyciąć koła za pomocą szklanki. Nakładać na środek nadzienie i sklejać brzegi, formując pierogi.
Wrzucać do wrzątku z dodatkiem niewielkiej ilości tłuszczu (ok. pół łyżki masła na litr wody) i gotować 3-5 minut od wypłynięcia, delikatnie mieszając, by się nie posklejały.
Ciasto na pierogi trzeba wyrabiać długo i solidnie. Mąka, jajka i mleko muszą się ze sobą zmieszać do tego stopnia, by żadna ich cząsteczka nie pamiętała, z którego ze składników pochodzi.
Niektórzy uważają, że lepienie pierogów jest nudne, ale to świadczy tylko o ich braku wyobraźni.
Łukasz zwykł powtarzać, że inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi. Nawet jeśli zostanie związany, zakneblowany i umieszczony w ciemnej i ciasnej beczce, znajdzie sobie jakieś zajęcie. Jeśli tego nie potrafi, to znaczy, że nie jest inteligentny.
Wyrabianie ciasta na pierogi absorbuje niewielką część umysłu, zatem reszta może swobodnie zająć się rozmową, marzeniami czy rozmyślaniem. Lepiąc dziesiątki pierogów dziennie, człowiek ma czas na przemyślenie wielu rzeczy.
Pierogi podawane w Stuletniej Gospodzie nie miały sobie równych. Potwierdzą to setki osób, które miały okazję ich spróbować, choć nie była to modna restauracja w centrum miasta. Stała na uboczu, schowana w lesie, trzy kilometry od najbliższego miasteczka, ale krytycy kulinarni z Polski i świata sławili kunszt jej kucharek. Skromnych kobiet, które jeśli w ciągu dnia wychodziły z kuchni, to tylko po to, żeby gdzieś posprzątać. Nigdy nie uczyły się w żadnej szkole kucharskiej i wszystkiego, co wiedziały o gotowaniu, i większości tego, co wiedziały o życiu, nauczyły się w tejże kuchni.
Peany na temat pierogów, nierzadko budzące uśmiech politowania na twarzach czytelników nierozumiejących, jak można się tak podniecać swojskim daniem, pojawiały się w magazynach i przewodnikach, których istnienia czasami w Stuletniej Gospodzie nikt nie był świadom. Smak potraw, podawanych tu na nakryciach należących niegdyś do wielu różnych kompletów, tak bardzo pochłaniał uwagę smakoszy, że nikt nie zaprzątał sobie głowy takimi szczegółami jak pęknięcia na brzegach zdekompletowanej zastawy, podniszczona boazeria na ścianach i kiczowaty barek.
Nikt też nie zwracał uwagi na to, że nazwa przybytku Stuletnia Gospoda nie miała wiele wspólnego z rzeczywistością. Bo "gospoda" to przecież przodek motelu - miejsce, gdzie można było zatrzymać się na noc, a przy okazji coś przekąsić.
Tymczasem w Stuletniej Gospodzie wszystkie pokoje na górze zajmowali jej właściciele i ich rodziny. Przed wojną również służba. Dla gości po prostu zabrakło już miejsca. Dlatego zmieniła się w przydrożną restaurację.
Co więcej, Stuletnia Gospoda wcale nie miała stu lat. Liczyła ich około trzystu, a w każdym razie tak twierdził Łukasz.
- Stuletnią Gospodą nazwano ją jakieś dwieście lat temu i tak już zostało - opowiadał pośród kłębów tytoniowego dymu. - Później nikt nie śmiał tego zmieniać, bo jeśli coś istnieje od pięćdziesięciu lat, staje się antykiem i trzeba o to dbać, a jeśli istnieje od ponad stu, jest już tradycją, którą trzeba uszanować.
Jagoda po latach wspominała te słowa i wypowiadającego je dziadka w obłoku dymu.
Michał też to pamiętał, choć jemu bardziej utkwiło w głowie, że to była pierwsza poważna rozmowa w jego życiu i że po raz pierwszy poczuł się wtedy do czegoś zobowiązany. W dodatku od razu do czegoś tak dużego, że z trudem przyszło mu to ogarnąć umysłem, bo był jeszcze małym chłopcem.
Każde zapamiętało tę rozmowę inaczej, ale do obojga powróciły te wspomnienia, kiedy tamtego popołudnia patrzyli na wizerunek dziadka Łukasza na księżycu.
To dzięki dziadkowi Jagoda dowiedziała się, że słowa wcale nie muszą oznaczać tego, co mogłoby się wydawać, skoro Stuletnia Gospoda nie jest gospodą ani nie ma stu lat.
Michał wiedział, że wtedy coś dziadkowi obiecał.
I że wydarzyło się to tego dnia, kiedy jego wujek Lucek na oczach osłupiałych gapiów wyciągnął z błota samochód. Wtedy Michał postanowił, że gdy dorośnie, będzie taki jak on. Zostanie największym i najsilniejszym człowiekiem w okolicy. Będzie podnosić ogromne beczki i worki, a jak trzeba - nawet samochody. Za to przestanie mówić. To stanowiło wyzwanie, ale miał nadzieję, że sobie z tym poradzi.
Wieczorem podzielił się swoim postanowieniem z dziadkiem Łukaszem.
Dziadek zastanawiał się przez chwilę, zanim odpowiedział. Był mądrym człowiekiem i wiedział, że tłumacząc Michałowi, że wujek Lucek nie jest dla niego odpowiednim wzorem do naśladowania, może zrazić chłopca do wujka. Albo sprawić, że Michał zacznie postrzegać go jako kogoś gorszego czy upośledzonego, jak nazywali Lucka niektórzy, choć przecież miał swój rozum. Tylko nie przystawał do tego, czego w jego czasach wymagano od ludzi.
Należał do lasu, porozumiewał się ze zwierzętami, wiedział, kiedy się ochłodzi i kiedy wieje halny w górach, wszystko potrafił poznać po zapachu z bardzo daleka. Tymczasem świat się zmieniał, ludzie latali w kosmos i ważniejsze od pogawędek z wiewiórkami było teraz solidne wykształcenie.
- Wujek Lucek to porządny człowiek - powiedział w końcu dziadek. - Nigdy nie kłamie i nie opowiada głupot, ale ty jesteś inny i masz co innego do zrobienia w życiu. Musisz zadbać o Stuletnią Gospodę. Ona stoi już ze trzysta lat i nie można pozwolić, żeby przestała.
- Może się zawalić? - spytał chłopiec.
- Może - przytaknął dziadek. - Albo może przestać być Stuletnią Gospodą.
Na samą myśl o tym dziadek sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej papierosy. Taki miał zwyczaj, że kiedy coś opowiadał, musiał palić. Uważał, że jeśli zaniedba ten zwyczaj - opowieść mu się pomyli i nie będzie taka, jak trzeba. Właśnie dlatego Łukasz palił tym więcej, im bardziej skomplikowana była historia. Albo im bardziej zależało mu na tym, żeby dokładnie ją powtórzyć.
Tak było, kiedy opowiadał wnukom bajki, które swego czasu usłyszał od własnego dziadka. W dzieciństwie znał je na pamięć, ale potem z niej wyparowały, robiąc miejsce dla innych spraw. Jednak ciągle przypominał sobie stare przypowiastki, przekazywane w jego niepiśmiennej rodzinie drogą ustną od pokoleń, i nadal bardzo je lubił. Szczególnie tę o panu Twardowskim, którego postać do dziś można zobaczyć na księżycu (to ta najmniejsza ciemna plamka).
Pan Twardowski, który samego diabła pokonał sprytem, stał się ulubionym bohaterem Łukasza. Znał wiele jego przygód, bo wiele wersji historii o nim opowiadano. O samym przechytrzeniu diabła powstało ich tyle, i tak różnych, że Łukasz sam już nie wiedział, która jest prawdziwa.
Kupił sobie nawet książkę o panu Twardowskim, ale go rozczarowała, bo była krótka i napisana wierszem. Pointa zasadniczo różniła się od tego, co wcześniej słyszał, ale spodobał mu się pomysł ze spotkaniem w Rzymie i odnalezieniem diabelskiego dłużnika w karczmie, która tak właśnie się nazywała.
Włączył go do swojego repertuaru bajek, bo lubił powtarzać z emfazą: "ta karczma Rzym się nazywa". Dzieciaki to uwielbiały. Chichotały wtedy i oczy tak im błyszczały, że Łukasz czuł, że ciągle warto, i zawsze będzie warto, opowiadać dzieciom bajki.
Kiedy wspominał swoje prawdziwe przygody, lubił je ubarwiać. Dzięki temu jego życie stawało się ciekawsze. Opowiadanie bajek za to traktował nadzwyczaj poważnie. Wierzył, że zaszyfrowano w nich mądrości wielu pokoleń, a w przypadku przekazywania każdego szyfru najważniejsza jest zgodność z oryginałem. To wymagało skupienia, a Łukaszowi w koncentracji najbardziej pomagały papierosy. Dlatego najwięcej palił, kiedy opowiadał dzieciom bajki.
Jagoda, która poczuła zapach tytoniu, od razu powędrowała za nim, ciekawa nowych historii dziadka. Usiadła obok Michała.
- Stuletnia Gospoda zawsze była gospodą - kontynuował. - Dbali o to wasi praprapradziadkowie i prapraprababcie. Po wojnie zostaliśmy tylko ja i babcia Zosia. Wróciliśmy z robót w Reichu i spotkaliśmy się w naszej gospodzie. Gdyby nie wojna, pewnie byśmy się pobrali i razem gospodarzyli, ale na tych robotach ja znalazłem żonę, babcię Hanię, a babcia Zosia męża - dziadka Karola. Stuletnia Gospoda ciągle stała i czekała na nas. Zaniedbana i zniszczona, bo stacjonowali tu Niemcy, a potem Ruscy, ale my ją odnowiliśmy i znowu zaczęliśmy gotować. Było dobrze, aż przyszli jacyś tacy i chcieli nam gospodę zabrać, i zmienić ją w spichlerz, szkołę, dom wczasowy i licho wie, co jeszcze. Ale my się nie poddajemy! - zakończył z dumą.
Uznał, że ta wersja brzmi dobrze.
Jednak przodkowie Łukasza i Zosi nigdy nie byli właścicielami Stuletniej Gospody, a oni sami przed wojną tylko w niej służyli, ale zostali oddani na służbę jako małe dzieci i przywiązali się do tego miejsca bardziej niż do rodzinnych domów, z których zachowali mgliste i ponure wspomnienia.
Kiedy wrócili z robót w Reichu, nawet nie próbowali szukać domów swoich rodziców, które ledwie pamiętali, bo miejscem, za którym tęsknili, była Stuletnia Gospoda. Zastali ją zniszczoną i opustoszałą, ale odremontowali ją i osiedlili się w niej. Nie wyobrażali sobie, że mogliby postąpić inaczej.
- Musicie się uczyć, żeby kiedyś prowadzić Stuletnią Gospodę i nikomu nie dać jej ruszyć - zapowiedział Łukasz, patrząc na dzieci z taką powagą, że oboje zapamiętali tę chwilę.
I choć później wielokrotnie chcieliby pozbyć się tego wspomnienia, poważne spojrzenie dziadka Łukasza utkwiło w nich tak głęboko, że nie sposób było go zapomnieć.
Powracało do nich po latach, jak tego dnia, kiedy oboje patrzyli na szyld, z którego uśmiechał się do nich dziadek w oparach dymu.
Michał przypomniał sobie, że właśnie wtedy podjął się kontynuować dzieło pokoleń, bez względu na to, ile ich było. Jagoda tymczasem próbowała sobie wyobrazić, jak wyglądało kiedyś, sto, trzysta lat temu, miejsce, w którym się wychowywała. Nie było to łatwe, bo mało wówczas wiedziała o minionych czasach.
Zgłębiła ten temat kilkanaście lat później, pisząc pracę magisterską o rodzinnych stronach. Ustaliła wiek gospody na podstawie miejscowych ksiąg parafialnych i okazało się, że owszem, Stuletnia Gospoda ma więcej niż sto lat, ale na pewno nie może liczyć trzystu ani nawet dwustu.
Niestety Jagoda nie mogła tego powiedzieć dziadkowi Łukaszowi, który w owym czasie siedział sobie na księżycu z panem Twardowskim i popalał swoje ulubione sporty, których na Ziemi od dawna nie produkowano.
Zmarł kilka lat wcześniej na raka płuc, podobnie zresztą jak jego przyjaciółka z lat dziecinnych, a potem wspólniczka, Zosia, która osobiście nigdy nie tknęła papierosa, ale przez lata wdychała dym z cudzych papierosów.
Po śmierci Zosi jej mąż Karol z dnia na dzień rzucił palenie i stał się jego zagorzałym przeciwnikiem.
Zabronił palenia w Stuletniej Gospodzie, przez co na jakiś czas stracił część klientów - miejscowych, którzy nie stołowali się tu, ale przychodzili wieczorami na jednego. Nie było z tego wielkiego zarobku, ale brakowało ich przez te kilka tygodni, których potrzebowali, aby zrozumieć, że im tęskno do Stuletniej Gospody. Na tyle, że mogą wychodzić zapalić na podwórko, tak samo jak mogą do niej jechać czy iść przez trzy kilometry od miasteczka.
Stuletnia Gospoda z jakichś powodów była tego warta.