3
3
Elend upuścił z westchnieniem pióro na biurko, odchylił się do tyłu i rozmasował skronie. Sądził, że ze wszystkich żyjących wie najwięcej na
temat teorii polityki. Z pewnością czytał więcej na temat ekonomii,
uczył się więcej o rządach i przeprowadził więcej debat politycznych niż
ktokolwiek z jego znajomych. Zrozumiał wszystkie teorie, jak uczynić
kraj stabilnym i sprawiedliwym, i spróbował wprowadzić je w życie w swoim nowym królestwie.
Po prostu nie uświadamiał sobie, jak niesamowicie frustrująca może się
okazać współpraca z parlamentem.
Podniósł się, żeby nalać sobie trochę schłodzonego wina. Zatrzymał się
jednak, wyglądając przez balkon. Mgły w oddali wypełniała poświata.
Ogniska armii jego ojca.
Odstawił wino. I tak był wyczerpany, a alkohol raczej nie mógł mu pomóc.
Nie mogę usnąć, dopóki tego nie skończę, pomyślał i zmusił się do
powrotu za biurko. Zgromadzenie wkrótce się zbierze, a on musiał jeszcze
tej nocy przygotować propozycję.
Elend podniósł arkusz i przyjrzał się jego treści. Sam widział, jak
bardzo ścisłe jest jego pismo, a do tego na stronie było mnóstwo
skreśleń i uwag - wyraźna oznaka jego frustracji. Od wielu tygodni
wiedzieli o nadchodzącej armii, a Zgromadzenie wciąż dyskutowało, co
należy zrobić.
Niektórzy jego członkowie pragnęli zaproponować traktat pokojowy, inni
sądzili, że należy po prostu poddać miasto. Jeszcze inni uważali, że
najlepszym rozwiązaniem będzie natychmiastowy atak. On sam obawiał się,
że frakcja popierająca poddanie się zyskuje siły, stąd jego propozycja.
Jeśli zostanie uchwalona, Elend kupi sobie trochę czasu. Jako król i tak
miał prawo do pertraktacji z przedstawicielami obcych mocarstw.
Propozycja nie pozwoli Zgromadzeniu na zrobienie niczego pochopnego,
przynajmniej do chwili, gdy porozmawia z ojcem.
Elend znów westchnął i upuścił kartkę. Zgromadzenie liczyło zaledwie
dwudziestu czterech mężczyzn, ale zmuszenie ich do wyrażenia zgody było
trudniejsze od wszystkich problemów, jakimi się zajmowali. Odwrócił się,
uniósł wzrok i spojrzał ponad samotną lampą na biurku w stronę ognisk.
Nad głową słyszał tupot - to Vin przeprowadzała nocny obchód na dachu.
Uśmiechnął się, lecz nawet wspomnienie kobiety nie mogło poprawić mu
humoru. Ta grupa skrytobójców, z którą walczyła w nocy. Czy mogę to
jakoś wykorzystać? Może gdyby publicznie poinformował o ataku,
przypomniałby członkom Zgromadzenia o pogardzie Straffa dla ludzkiego
życia i zmniejszył ich chęć do poddania miasta. Ale... równie dobrze
mogliby się przestraszyć, że naśle skrytobójców także na nich, i tym
bardziej dążyć do poddania.
Czasem Elend zastanawiał się, czy Ostatni Imperator nie miał racji.
Oczywiście, nie w kwestii uciskania ludu, ale zachowania samemu pełni
władzy. Ostatnie Imperium było stabilne. Przetrwało tysiąc lat, znosząc
bunty i utrzymując władzę nad światem.
Ale Ostatni Imperator był nieśmiertelny, pomyślał Elend. Tej przewagi
nigdy nie będę miał.
Ludzie mieli króla - symbol jedności zapewniający ciągłość. Człowieka,
który nie musiał walczyć o ponowny wybór. Mieli jednak również
Zgromadzenie - radę obdarzoną prawdziwą władzą ustawodawczą, złożoną z ich rodaków, którzy byli ich głosem. W taki sposób Elend zamierzał
stworzyć stabilny rząd. To było lepsze rozwiązanie.
W teorii wszystko wydawało się cudowne. Zakładając, że przeżyją
najbliższe miesiące.
Elend przetarł oczy, zanurzył pióro i zaczął dopisywać nowe zdania na
dole dokumentu.
***
Ostatni Imperator nie żył.
Nawet po upływie roku Vin trudno to było pojąć. Ostatni Imperator był...
wszystkim. Królem i bogiem, prawodawcą i najwyższym autorytetem. Wydawał
się wieczny i absolutny, a teraz nie żył.
Vin go zabiła.
Oczywiście, prawda nie robiła aż tak wielkiego wrażenia, jak wszystkie
historie. To nie heroiczna siła ani mistyczne moce umożliwiły jej
pokonanie władcy. Po prostu poznała sposób, w jaki uczynił się
nieśmiertelnym i fortunnie - niemal przypadkowo - udało się jej
wykorzystać jego słabość. Nie była dzielna ani bystra. Po prostu miała
szczęście.
Vin westchnęła. Sińce wciąż pulsowały, ale bywało, że czuła się już
gorzej. Siedziała na dachu pałacu - niegdyś Twierdzy Venture - tuż nad
balkonem Elenda. Jej reputacja być może była niezasłużona, ale pomogła
utrzymać go przy życiu. Choć na terenach dawnego Ostatniego Imperium
walczyły między sobą dziesiątki watażków, żaden z nich nie maszerował na
Luthadel.
Aż do tej chwili.
Pod murami miasta płonęły ogniska. Straff wkrótce się dowie, że jego
skrytobójcy zawiedli. Co wtedy? Zaatakuje miasto? Ham i Clubs
ostrzegali, że Luthadel nie wytrzyma zdecydowanego ataku. Straff musiał
to wiedzieć.
Na razie jednak Elend był bezpieczny. Vin nabrała wprawy w odnajdowaniu
i zabijaniu skrytobójców - niemal co miesiąc łapała kogoś, kto próbował
wkraść się do pałacu. Wielu było zwykłymi szpiegami, bardzo niewielu
Allomantami. Jednakże zwyczajny stalowy nóż mógł zabić Elenda tak samo,
jak szklany sztylet Allomanty.
Nie pozwoli na to. Cokolwiek się działo - i to niezależnie od ofiar -
Elend musiał pozostać przy życiu.
Na wszelki wypadek podkradła się do świetlika i sprawdziła co u niego.
Siedział bezpiecznie za biurkiem, pisząc jakąś nową propozycję czy
edykt. Królewska władza zbytnio go nie zmieniła. Miał dwadzieścia trzy
lata - około czterech więcej od niej - i zawsze kładł wielki nacisk na
naukę, a mały na wygląd. Czesał się jedynie wtedy, gdy czekało go ważne
spotkanie, i jakimś sposobem nawet w dobrze uszytych strojach wyglądał
nieco niechlujnie.
Był prawdopodobnie najlepszym człowiekiem, jakiego poznała. Szczerym,
zdeterminowanym, bystrym i troskliwym. I z jakiegoś powodu ją kochał.
Czasem wydawało się jej to bardziej niesamowite niż udział w zabiciu
Ostatniego Imperatora.
Vin uniosła wzrok, spoglądając na ogniska armii. Później rozejrzała się
na boki. Obserwator nie powrócił. Czasem w takie noce ją podpuszczał,
zbliżał się niebezpiecznie do komnaty Elenda, po czym znikał.
Oczywiście, gdyby chciał go zabić, mógł to zrobić, kiedy walczyłam z innymi...
To była niepokojąca myśl. Vin nie mogła bez przerwy strzec Elenda.
Przerażająco często był odsłonięty.
Owszem, miał innych strażników, niektórzy byli nawet Allomantami. Było
ich jednak za mało. Skrytobójcy, którzy zaatakowali ją tej nocy, byli
najlepiej wyszkolonymi i najniebezpieczniejszymi, jakich spotkała.
Zadrżała na myśl o Zrodzonym z Mgły, który się wśród nich ukrywał. Nie
był bardzo dobry, ale nie potrzebował wiele zdolności, by spalić atium i zranić Vin.
Mgły nadal się kłębiły. Obecność armii świadczyła o niepokojącej
prawdzie - sąsiedni watażkowie zdobyli władzę nad swoimi terytoriami i zaczynali myśleć o ekspansji. Nawet jeśli Luthadel powstrzyma Straffa,
nadejdą kolejni.
Vin zamknęła oczy i spaliła brąz, bojąc się, że Obserwator - lub jakiś
inny Allomanta - może być w pobliżu i planować atak na Elenda, gdy
wszyscy rozluźnią się po powstrzymaniu ataku. Większość Zrodzonych z Mgły uważała brąz za mało użyteczny, gdyż łatwo go było zneutralizować.
Za pomocą miedzi Zrodzony z Mgły mógł ukryć swoją Allomancję. Mógł
również chronić się przed manipulowaniem emocjami, używając cynku lub
mosiądzu. Większość Zrodzonych z Mgły uważała, że miedź należy palić bez
przerwy.
A jednak... Vin umiała przebijać chmury miedzi.
Chmury miedzi nie dało się zobaczyć. Ta bańka martwego powietrza
umożliwiała Allomantom spalanie metali bez obawy, że wykryją ich
spalający brąz. Ale Vin wyczuwała Allomantów, którzy korzystali z metali
wewnątrz chmury miedzi. Nie wiedziała jak. Nawet Kelsier,
najpotężniejszy Allomanta, jakiego znała, nie umiał przebić chmury
miedzi.
Tej nocy jednak nic nie czuła.
Z westchnieniem otworzyła oczy. Jej dziwna moc była dezorientująca, lecz
nie wyjątkowa. Marsh twierdził, że Stalowi Inkwizytorzy potrafili
przebijać chmurę miedzi, na pewno umiał to też Ostatni Imperator. Ale...
dlaczego ona? Dlaczego Vin - dziewczyna, która przeszła zaledwie dwa
lata szkolenia Zrodzonego z Mgły - umiała to zrobić?
I jeszcze coś. Doskonale pamiętała tamten ranek, kiedy walczyła z imperatorem. O jednym nikomu nie powiedziała - częściowo dlatego, że
bała się, że potwierdza to legendy i plotki na jej temat. Jakimś
sposobem sięgnęła do mgieł, wykorzystując je zamiast metali jako paliwo
Allomancji.
Dopiero z tą mocą, mocą mgieł, pokonała Ostatniego Imperatora. Lubiła
sobie powtarzać, że po prostu miała szczęście i przejrzała jego
sztuczki. Ale... tamtej nocy wydarzyło się coś dziwnego, coś, co
zrobiła. Coś, czego nie powinna była zrobić i czego nie udało się jej
powtórzyć.
Vin pokręciła głową. Tak wielu rzeczy nie wiedzieli, i to nie tylko
związanych z Allomancją. Wraz z innymi przywódcami rodzącego się
królestwa Elenda dawali z siebie wszystko, ale bez przewodnictwa
Kelsiera Vin czuła się ślepa. Plany, sukcesy, nawet cele były niczym
niewyraźne sylwetki we mgle, bezkształtne i niejasne.
Nie powinieneś był nas zostawiać, Kell, pomyślała. Uratowałeś świat, ale
mogłeś to zrobić, nie umierając. Kelsier, Ocalały z Hathsin, który
wymyślił, jak doprowadzić do upadku Ostatniego Imperium i wprowadził
swój plan w życie. Vin go znała, pracowała z nim, szkoliła się u niego.
Był legendą i bohaterem. Ale był też człowiekiem. Omylnym.
Niedoskonałym. Zwykłym skaa w mieście łatwo było oddawać mu cześć, a jednocześnie obwiniać Elenda i innych o trudną sytuację, do której
doprowadził Kelsier.
Poczuła gorycz. Tak się często kończyło myślenie o Kelsierze. Może czuła
się przez niego porzucona, a może chodziło o przykrą świadomość, że ten
mężczyzna - podobnie jak sama Vin - nie do końca dorastał do swojej
reputacji.
Vin westchnęła i przymknęła oczy, nadal paląc brąz. Walka wymagała od
niej dużego wysiłku i dziewczyna zaczynała już się bać długich godzin,
jakie zamierzała spędzić na straży. Trudno było zachować czujność,
kiedy...
Nagle coś wyczuła.
Gwałtownie otworzyła oczy, spalając cynę. Obróciła się na pięcie i skuliła na krawędzi dachu. Ktoś tam był i spalał metal. Brązowe impulsy
rozbrzmiewały słabo, niemal niezauważalnie - jakby ktoś bardzo cicho
uderzał w bęben. Tłumiła je chmura miedzi. Ten człowiek sądził, że
ukryje go miedź.
Jak na razie Vin nie pozostawiła przy życiu nikogo - poza Elendem i Marshem - kto wiedział o jej dziwnej mocy.
Przekradła się do przodu, jej palce marzły od miedzianej blachy dachu.
Próbowała określić kierunek, z którego dochodziły impulsy. Było w nich
coś... dziwnego. Nie umiała rozpoznać metali, które spalał jej wróg. Czy
to był szybki, rytmiczny łomot cyny z ołowiem? Czy może żelaza? Impulsy
wydawały się niewyraźne, niczym fale w gęstym błocie.
Dochodziły z bardzo bliska... Na dachu...
Tuż przed nią.
Vin zamarła, przykucnięta, nocny wiatr rzucał jej mgłę w twarz. Gdzie on
był? Jej zmysły pozostawały w konflikcie - brąz mówił, że tuż przed nią
coś jest, ale jej oczy nie chciały się z tym zgodzić.
Wpatrzyła się w ciemne mgły, podniosła wzrok na tyle, by się upewnić, po
czym wstała. Po raz pierwszy mój brąz się pomylił, pomyślała, marszcząc
czoło.
I wtedy to ujrzała.
Nie coś we mgle, ale coś z mgły. Postać znajdowała się kilka stóp od
niej, trudna do zauważenia, gdyż jej kontury ledwie się odróżniały od
oparów. Vin sapnęła i cofnęła się o krok.
Postać nadal tam stała. Niewiele mogła o niej powiedzieć - jej rysy były
zamglone i niewyraźne, sugerowane przez chaotyczne poruszenia mgły.
Gdyby nie trwałość postaci, mogłaby ją zignorować - niczym zwierzę
widziane przez chwilę w chmurach.
Ale to coś się nie ruszało. Każde nowe pasmo mgły dodawało szczegóły do
chudego ciała i podłużnej głowy. Przypadkowe, ale jednak trwałe.
Sylwetka wydawała się ludzka, ale brakowało jej materialności
Obserwatora. Wydawała się... wyglądała... niewłaściwie.
Postać zrobiła krok do przodu.
Vin zareagowała instynktownie, rzuciła garść monet i Odepchnęła je w powietrzu. Kawałki metalu przebiły się przez mgłę, ciągnąc za sobą jej
pasma, i przeszły przez mroczną sylwetkę.
Stała tam przez chwilę, po czym po prostu zniknęła, rozpraszając się w oparach.
***
Elend zamaszystym gestem napisał ostatnią linijkę, choć wiedział, że i tak będzie musiał dać tekst do przepisania skrybie. Mimo to był z siebie
dumny. Wydawało mu się, że wymyślił argument, który ostatecznie przekona
Zgromadzenie, by nie poddało się Straffowi.
Nieświadomie spojrzał na stertę papierów na biurku. Na jej szczycie
leżał niewinnie wyglądający żółty list, wciąż złożony. Przypominająca
plamę krwi pieczęć została złamana. List był krótki. Elend znał go na
pamięć.
Synu,
mam nadzieję, że podobało Ci się pilnowanie interesów rodu Venture w Luthadel. Zabezpieczyłem Północne Dominium i wkrótce wrócę do naszej
twierdzy w Luthadel. Wtedy będziesz mógł mi przekazać kontrolę nad
miastem.
Król Straff Venture
Ze wszystkich watażków i despotów, którzy trapili Ostatnie Imperium po
śmierci ostatniego Imperatora, Straff był najbardziej niebezpieczny.
Elend wiedział to z własnego doświadczenia. Jego ojciec był prawdziwym
imperialnym arystokratą - postrzegał życie jako rywalizację między
lordami o to, który zdobędzie największą sławę. Dobrze sobie radził w tej grze i dzięki niemu ród Venture stał się jedną z najpotężniejszych
rodzin szlacheckich przed Upadkiem.
Ojciec Elenda nie postrzegał śmierci Ostatniego Imperatora jako tragedii
czy zwycięstwa, lecz jako okazję. Fakt, że syn, którego uważał za
słabego i głupiego, obwołał się królem Środkowego Dominium, musiał
Straffa doprowadzać do łez ze śmiechu.
Elend pokręcił głową i wrócił do propozycji.
Przeczytam jeszcze parę razy, wprowadzę kilka drobnych poprawek,
pomyślał, i w końcu będę mógł się przespać. Tylko...
Zakapturzona postać wskoczyła przez świetlik w dachu i z cichym
łupnięciem wylądowała na podłodze za jego plecami.
Elend uniósł brew i odwrócił się w stronę przykucniętej postaci.
- Wiesz, nie bez powodu zostawiam otwarte drzwi balkonowe, Vin. Mogłabyś
wejść tamtędy, gdybyś chciała.
- Wiem - odparła, po czym rzuciła się przez komnatę, poruszając się z nienaturalną zwinnością Allomanty.
Zajrzała pod łóżko, podeszła do szafy i gwałtownie otworzyła drzwi.
Odskoczyła napięta niczym czujne zwierzę, lecz najwyraźniej nie znalazła
w środku nic niebezpiecznego, gdyż odeszła i uchyliła drzwi prowadzące
do dalszych komnat Elenda.
Mężczyzna przyglądał się jej z sympatią. Trochę czasu zajęło mu, zanim
przyzwyczaił się do pewnych... nawyków Vin. Żartował z jej paranoi, ona
jednak twierdziła, że jest tylko ostrożna. Mimo to, w połowie
przypadków, kiedy odwiedzała jego komnaty, zaglądała pod łóżko i do
szafy. Czasem się powstrzymywała, ale Elend łapał ją wtedy na nieufnych
spojrzeniach w stronę potencjalnych kryjówek.
O wiele mniej się denerwowała, kiedy nie miała szczególnych powodów, by
się o niego martwić. Jednakże Elend dopiero zaczynał rozumieć, że w głowie dziewczyny, którą znał kiedyś jako Valette Renoux, kryje się
bardzo skomplikowana osoba. Zakochał się w jej dwornej postaci, nie
znając nerwowej i skrytej Zrodzonej z Mgły. Czasem trudno mu było
postrzegać te dwie strony osobowości jako jedną i tę samą osobę.
Vin zamknęła drzwi, przystanęła na chwilę i przyjrzała mu się ciemnymi,
okrągłymi oczami. Elend uśmiechnął się wbrew sobie. Mimo jej dziwactw -
a może właśnie ze względu na nie - kochał tę szczupłą dziewczynę o zdecydowanym spojrzeniu i bezpośrednim charakterze. Była piękna, bystra
i nie przypominała innych kobiet, które znał.
Czasem go jednak martwiła.
- Vin? - spytał, wstając.
- Czy zauważyłeś dzisiaj coś dziwnego?
- Oprócz ciebie?
Skrzywiła się, przemierzając pokój. Elend wpatrywał się w jej drobną
sylwetkę, odzianą w czarne spodnie, męską koszulę oraz mgielny płaszcz.
Jak zwykle opuściła kaptur i poruszała się z dziwnym wdziękiem -
nieświadomą elegancją kogoś spalającego cynę z ołowiem.
Skoncentruj się, nakazał sobie w duchu. Naprawdę jesteś zmęczony.
- Vin? Co się dzieje?
Spojrzała w stronę balkonu.
- Ten Zrodzony z Mgły, Obserwator, znów jest w mieście.
- Jesteś pewna?
Pokiwała głową.
- Widział, jak walczę z tymi skrytobójcami. Ale nie sądzę, by dziś po
ciebie przyszedł.
Elend zmarszczył czoło. Drzwi balkonowe wciąż były otwarte i wpadały
przez nie pasma mgły, skradając się po podłodze, aż w końcu
wyparowywały. Za drzwiami kryła się ciemność. Chaos.
To tylko mgła, powiedział sobie. Opary wody. Nie ma się czego bać.
- A dlaczego sądzisz, że Zrodzony z Mgły po mnie nie przyjdzie?
Wzruszyła ramionami.
- Po prostu to wiem.
Często tak odpowiadała. Vin dorastała na ulicy i ufała swoim instynktom.
Podobnie Elend, choć czasem go to dziwiło. Przyjrzał jej się uważnie i wyczuł w niej niepewność. Coś jeszcze ją zaniepokoiło. Popatrzył jej w oczy, aż odwróciła wzrok.
- Co? - spytał.
- Widziałam... widziałam coś jeszcze - powiedziała. - Albo tak mi się
wydawało. Coś we mgle, wyglądało jak człowiek z dymu. I wyczuwałam go,
Allomancją. Ale zniknął.
Jeszcze bardziej zmarszczył czoło. Podszedł bliżej i ją przytulił.
- Vin, zamęczasz się. Nie możesz nocami wędrować po mieście i nie kłaść
się w ciągu dnia. Nawet Allomanci potrzebują odpoczynku.
Pokiwała głową. W jego ramionach nie przypominała potężnej wojowniczki,
która zabiła Ostatniego Imperatora. Wydawała się potwornie zmęczoną
kobietą, przytłoczoną przez wydarzenia - i pewnie czuła się podobnie do
Elenda.
Pozwoliła się przytulać. Z początku była nieco usztywniona. Zupełnie,
jakby część jej osoby nadal spodziewała się bólu - pierwotna cząstka,
która nie mogła zrozumieć, że dotykać można z miłością, a nie tylko ze
złością. Po chwili się rozluźniła. Elend był jednym z niewielu, którzy
mogli tego dokonać. Kiedy go tuliła - naprawdę tuliła - trzymała się go
z desperacją graniczącą z przerażeniem. Jakimś sposobem, mimo ogromnych
umiejętności Allomanty i wielkiej determinacji, Vin była ogromnie
wrażliwa. I wydawało się, że potrzebuje Elenda. Cieszyło go to.
Choć czasem też frustrowało. Nie rozmawiali o jego propozycji małżeństwa
i jej odmowie, ale Elend często myślał o tym spotkaniu.
Kobiety trudno zrozumieć, pomyślał, a ja sobie wybrałem najdziwniejszą z nich wszystkich. Nie mógł jednak narzekać. Kochała go. Mógł znieść jej
nawyki.
Westchnęła, spojrzała na niego i w końcu się rozluźniła, gdy pochylił
się, by ją pocałować. Trwali tak przez dłuższą chwilę, aż westchnęła.
Później położyła głowę na jego ramieniu.
- Mamy jeszcze jeden problem - powiedziała cicho. - Wykorzystałam dziś
resztkę atium w walce ze skrytobójcami.
- Wiedzieliśmy, że w końcu do tego dojdzie. Nasz zapas nie leżał sobie w worku bez dna.
- Zapas? - powtórzyła Vin. - Kelsier zostawił nam tylko sześć kawałków.
Elend westchnął i znów ją przytulił. Jego nowy rząd miał odziedziczyć
rezerwy atium Ostatniego Imperatora - rzekomy skład metalu, prawdziwy
skarb. Kelsier liczył, że jego nowe królestwo będzie posiadać to
bogactwo, umierał z taką nadzieją. Istniał tylko jeden problem - nikomu
nie udało się znaleźć tego składu. Odnaleźli tylko trochę - atium, z którego wykonano bransolety wykorzystywane przez Ostatniego Imperatora
jako feruchemiczna bateria do przechowywania wieku. Wykorzystali je
jednak dla miasta, poza tym w rzeczywistości nie było w nich dużo atium.
Nie tyle, ile powinno znajdować się w składzie. Ten powinien znajdować
się gdzieś w mieście - zapas atium tysiące razy większy niż te
bransolety.
- Będziemy musieli sobie z tym poradzić - stwierdził Elend.
- Jeśli zaatakuje cię Zrodzony z Mgły, nie będę mogła go zabić.
- Tylko jeśli będzie miał atium - odparł. - A ono staje się coraz
rzadsze. Wątpię, by inni królowie mieli go w nadmiarze.
Kelsier zniszczył Czeluście Hathsin, jedyne miejsce, w którym wydobywano
atium. Mimo to, gdyby Vin musiała walczyć z kimś, kto miał ten metal...
Nie myśl o tym, powiedział sobie w duchu. Szukaj dalej. Może uda się nam
trochę kupić. A może znajdziemy skład Ostatniego Imperatora. O ile w ogóle istnieje...
Spojrzała na Elenda i dostrzegła troskę w jego oczach. Zrozumiał, że
doszła do takich samych wniosków. W tej chwili niewiele mogli zrobić -
Vin bardzo mądrze zachowała ich atium aż do tej chwili. Mimo to, gdy się
cofnęła, a Elend wrócił do stołu, nie przestawał się zastanawiać, jak
mogli zużyć ten metal. Jego lud będzie potrzebował jedzenia na zimę.
Tyle że, sprzedając metal, pomyślał siadając, dalibyśmy swoim wrogom do
ręki najpotężniejszą allomantyczną broń. Lepiej, że Vin je zużyła.
Gdy wrócił do pracy, spojrzała mu przez ramię, zasłaniając światło
lampy.
- Co to? - spytała.
- Propozycja blokująca Zgromadzenie do chwili, gdy wykorzystam swoje
prawo do pertraktacji.
- Znowu? - spytała, przechylając głowę i mrużąc oczy, by odcyfrować jego
pismo.
- Zgromadzenie odrzuciło poprzednią wersję.
Vin się skrzywiła.
- Czemu nie powiesz im, że mają ją przyjąć? Jesteś królem.
- Widzisz - odparł Elend - to właśnie próbuję udowodnić. Jestem tylko
człowiekiem, Vin, być może ich zdanie jest lepsze od mojego. Jeśli
wszyscy popracujemy nad propozycją, wyjdzie lepsza, niż gdyby pracował
nad nią jeden człowiek.
Pokręciła głową.
- Będzie za słaba. Bez zębów. Powinieneś bardziej sobie ufać.
- To nie kwestia zaufania, tylko tego co właściwe. Przez tysiąc lat
walczyliśmy z Ostatnim Imperatorem... jeśli będę postępować tak, jak on,
to jaka będzie różnica?
Odwróciła się i spojrzała mu w oczy.
- Ostatni Imperator był złym człowiekiem. Ty jesteś dobry. Taka jest
różnica.
Uśmiechnął się.
- Według ciebie to takie proste, co?
Vin skinęła głową.
Elend przechylił się i znów ją pocałował.
- Cóż, niektórzy z nas nieco komplikują sprawy, więc musisz nas znieść.
A teraz mogłabyś łaskawie odsłonić lampę, żebym mógł wrócić do pracy?
Prychnęła, ale wstała i okrążyła biurko, roztaczając nikły zapach. Elend
zmarszczył czoło. Kiedy go nałożyła? Wiele z jej ruchów było tak
szybkich, że ich nie zauważał.
Perfumy - kolejna ze sprzeczności tworzących kobietę imieniem Vin. We
mgle ich nie używała, nakładała je tylko dla niego. Lubiła pozostawać
niezauważona, ale kochała też zapachy - i złościła się, kiedy nie
zauważał, że wypróbowuje nowy. Wydawała się podejrzliwa i paranoiczna,
ale swoich przyjaciół darzyła niezachwianą lojalnością. Wychodziła w nocy ubrana w czerń i szarość, aby się ukryć, lecz Elend pamiętał ją z balów przed rokiem i wiedział, że wtedy w sukniach wyglądała naturalnie.
Z jakiegoś powodu przestała je nosić. Nie wyjaśniła dlaczego.
Potrząsnął głową, wracając do propozycji. W porównaniu z Vin polityka
wydawała się prosta. Kobieta oparła ramiona na biurku, przyglądając się
jego pracy i ziewając.
- Powinnaś odpocząć - powiedział, zanurzając pióro.
Zawahała się, po czym skinęła głową. Zdjęła płaszcz, otuliła się nim i ułożyła na dywanie przy jego biurku.
- Nie tutaj, Vin - powiedział z rozbawieniem.
- Gdzieś tam jest Zrodzony z Mgły - odpowiedziała stłumionym, zmęczonym
głosem. - Nie zostawię cię.
Zwinęła się w płaszczu, a Elend zauważył krótki grymas bólu na jej
twarzy. Oszczędzała lewą stronę.
Zwykle nie opisywała ze szczegółami swoich walk. Nie chciała go martwić.
To nie pomagało.
Elend stłumił niepokój i znów zabrał się do czytania. Prawie skończył...
jeszcze tylko trochę i...
Rozległo się pukanie do drzwi.
Odwrócił się, zastanawiając się, kto tym razem mu przeszkadza. Chwilę
później w wejściu pojawiła się głowa Hama.
- Ham? - spytał Elend. - Nadal nie śpisz?
- Niestety - odparł mężczyzna, wchodząc do środka.
- Mardra cię zabije za kolejny tak późny powrót - stwierdził Elend,
odkładając pióro. Choć mógł narzekać na pewne przyzwyczajenia Vin, to
przynajmniej tak samo jak on prowadziła nocny tryb życia.
Ham tylko przewrócił oczami. Wciąż nosił swoją kamizelkę i spodnie.
Zgodził się zostać kapitanem królewskiej straży pod jednym warunkiem -
że nie będzie musiał wkładać munduru. Vin otworzyła oczy, gdy wszedł do
środka, i znów się rozluźniła.
- Tak czy inaczej - powiedział Elend - czemu zawdzięczam tę wizytę?
- Pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć, że zidentyfikowaliśmy tych
skrytobójców, którzy próbowali zabić Vin.
Elend pokiwał głową.
- Pewnie nawet ich znam. - Większość Allomantów pochodziła ze
szlachetnych rodów, a on znał wszystkich na dworze Straffa.
- Wątpię - odparł Ham. - To byli ludzie z zachodu.
Elend zmarszczył czoło, a Vin uniosła głowę.
- Jesteś pewien?
Ham przytaknął.
- Wydaje się mało prawdopodobne, że twój ojciec ich wynajął... chyba
żeby przeprowadził spory nabór w Fadrex. Pochodzili głównie z rodów
Gardre i Conrad.
Młody król rozsiadł się wygodniej. Siedzibą jego ojca było Urteau, od
wielu pokoleń dom rodu Venture. Fadrex znajdowało się na drugim końcu
imperium, oddalone o wiele miesięcy drogi. Mało prawdopodobne, by jego
ojciec miał kontakty z grupą zachodnich Allomantów.
- Słyszałeś kiedyś o Ashweatherze Cetcie? - spytał Ham.
Elend pokiwał głową.
- Ogłosił się królem Zachodniego Dominium. Dużo o nim nie wiem.
Vin usiadła ze zmarszczonym czołem.
- Myślisz, że to on ich posłał?
- Musieli czekać na okazję, żeby dostać się do miasta, a ruch wokół bram
przez ostatnie dni dał im szansę. To oznacza, że przybycie armii Straffa
i atak na życie Vin są w pewnym sensie zbiegiem okoliczności.
Elend spojrzał na swoją towarzyszkę. W jej oczach widział, że nie jest
do końca przekonana, że to nie Straff posłał skrytobójców. On sam nie
był jednak tak sceptyczny. Każdy tyran w okolicy przy takiej czy innej
okazji próbował się go pozbyć. Czemu nie Cett?
To przez to atium, pomyślał z frustracją. Nie odnalazł zasobów
Ostatniego Imperatora, ale to nie powstrzymywało okolicznych despotów od
zakładania, że gdzieś je ukrywa.
- Cóż, przynajmniej twój ojciec nie posłał skrytobójców - stwierdził
Ham, jak zawsze optymista.
Elend pokręcił głową.
- Wierz mi, nasze pokrewieństwo go nie powstrzyma, Ham.
- To twój ojciec - zauważył kapitan. Wyglądał na zmartwionego.
- Dla Straffa takie rzeczy nie mają znaczenia. Pewnie nie wysłał
skrytobójców, bo uznał, że nie jestem tego wart. Jeśli przetrwamy
odpowiednio długo, zrobi to.
- Słyszałem o synach zabijających ojców, żeby zająć ich miejsce -
powiedział Ham, kręcąc głową - ale nie o ojcach zabijających synów...
Zastanawiam się, jak o umyśle starego Straffa świadczy to, że gotów jest
cię zabić. Czy uważasz, że...
- Ham... - przerwał mu Elend.
- Co?
- Wiesz, że zazwyczaj lubię prowadzić dyskusje, ale teraz nie mam czasu
na filozofię.
- Ach, racja. - Mężczyzna uśmiechnął się słabo i podniósł. - I tak
powinienem już wracać do Mardry.
Elend pokiwał głową, potarł skronie i znów podniósł pióro.
- Zorganizuj spotkanie ekipy. Musimy zebrać sojuszników. Jeśli nie
wpadniemy na jakiś wyjątkowo błyskotliwy pomysł, to królestwo może być
zgubione.
Ham odwrócił się, nie przestając się uśmiechać.
- W twoich ustach brzmi to tak rozpaczliwie, El.
Król spojrzał na niego.
- Zgromadzenie to jeden wielki bałagan, czuję na karku oddech pół tuzina
watażków z lepszymi armiami, mniej więcej raz w miesiącu ktoś próbuje
mnie zabić, a ukochana kobieta powoli doprowadza mnie do szaleństwa.
Słysząc to ostatnie, Vin prychnęła.
- I to wszystko? - spytał kapitan. - Widzisz? Wcale nie jest tak źle. W końcu moglibyśmy stawiać czoło nieśmiertelnemu bogu i jego
wszechpotężnym kapłanom.
Wbrew sobie Elend się roześmiał.
- Dobranoc, Ham - powiedział, wracając do propozycji.
- Dobranoc, Wasza Wysokość.
4
4
Na ciele nie było żadnych widocznych ran. Leżało tam, gdzie je
odnaleziono - inni wieśniacy bali się ruszyć trupa. Jego nogi i ramiona
były niezgrabnie powyginane, a ziemia wokół poruszona od przedśmiertnych
drgawek.
Sazed wyciągnął rękę i przeciągnął palcami wzdłuż jednego ze śladów.
Choć ziemia we Wschodnim Dominium była o wiele bardziej gliniasta niż na
północy, nadal wydawała się raczej czarna niż brązowa. Deszcze popiołu
spadały nawet tak daleko na południu. Gleba bez popiołu, przesiana i nawieziona, była luksusem przeznaczonym dla ozdobnych roślin w ogrodach
arystokracji. Reszta świata musiała sobie radzić z nieulepszoną ziemią.
- Mówicie, że był sam, kiedy umarł? - spytał Sazed, zwracając się do
stojącej za nim niewielkiej grupki wieśniaków.
Stojący na przedzie ogorzały mężczyzna imieniem Teur pokiwał głową.
- Jak mówiłem, mistrzu Terrisaninie. Stał sobie tam, nikogo nie było w okolicy. Zesztywniał, potem upadł i trochę rzucał się na ziemi. A później... po prostu przestał się ruszać.
Sazed odwrócił się z powrotem do trupa, przyglądając się jego napiętym
mięśniom, twarzy zastygłej w grymasie bólu. Terrisanin zabrał ze sobą
swoją medyczną miedziomyśl - bransoletę owiniętą wokół prawego
przedramienia - i teraz sięgnął do niej umysłem, wyciągając niektóre z zapamiętanych ksiąg, które w niej przechowywał. Tak, niektóre choroby
zabijały z towarzyszeniem spazmów i drgawek. Rzadko zabierały człowieka
tak szybko, ale zdarzało się. W innych okolicznościach Sazed nie
zwróciłby większej uwagi na tę śmierć.
- Proszę, powtórz, co widziałeś - poprosił.
Ogorzały mężczyzna z przodu grupy, Teur, nieco zbladł. Był w dziwnej
sytuacji - naturalne pragnienie zyskania sławy skłaniało go, żeby
opowiadał o swoim doświadczeniu. Jednakże, robiąc to, mógł wywołać
nieufność zabobonnych ziomków.
- Właśnie przechodziłem, mistrzu Terrisaninie - powiedział chłop. -
Tamtą ścieżką, jakieś dwadzieścia jardów stąd. Widziałem, jak stary Jed
pracuje w polu... on był zawsze pracowity. Niektórzy z nas zrezygnowali,
kiedy panowie odeszli, ale stary Jed nie przestawał. Wiedział, że
będziemy potrzebować jedzenia na zimę, z panami czy bez nich.
Teur przerwał, spojrzał w bok.
- Wiem, co mówią ludzie, mistrzu Terrisaninie, ale widziałem, co
widziałem. Był dzień, kiedy przechodziłem, ale w dolinie była mgła.
Zatrzymała mnie, bo w życiu nie wyszedłem we mgłę, żona może zaręczyć.
Miałem zamiar zawrócić i wtedy zobaczyłem starego Jeda. Pracował, jakby
nie widział mgły. Miałem go zawołać, ale zanim zdążyłem, on... jak wam
powiedziałem. Widziałem, jak tam stoi, potem znieruchomiał. Mgła trochę
się wokół niego kłębiła, wtedy zaczął się rzucać, jakby coś bardzo
dużego go trzymało i szarpało. Upadł. Potem już nie wstał.
Wciąż klęcząc, Terrisanin spojrzał na ciało. Teur najwyraźniej był znany
jako bajarz. A jednak trup był ponurym potwierdzeniem - nie wspominając
już o doświadczeniach Sazeda sprzed kilku tygodni.
Mgła w ciągu dnia.
Sazed wstał i odwrócił się do wieśniaków.
- Przynieście mi łopatę, proszę.
***
Nikt nie pomógł mu w kopaniu grobu. To była powolna, brudna robota w południowym upale, mimo że nadchodziła już jesień. Gliniastą ziemię
trudno było ruszyć, ale na szczęście Sazed miał niewielki zapas siły w cynoołowiomyśli, i teraz do niej sięgnął.
Potrzebował jej, gdyż nikt nie nazwałby go atletycznym. Wysoki, o długich kończynach, miał sylwetkę uczonego i wciąż nosił barwne szaty
terrisańskiego lokaja. Nadal też golił głowę, jak to robił przez
pierwsze czterdzieści kilka lat życia. Nie nosił zbyt wiele biżuterii -
nie chciał kusić zbójców - ale małżowiny jego uszu były rozciągnięte i wielokrotnie przebite.
Siła zaczerpnięta z cynoołowiomyśli nieco wzmocniła jego mięśnie, dając
mu sylwetkę potężniejszego mężczyzny. Mimo to, nim skończył, jego szaty
były przepocone i brudne. Wtoczył ciało do grobu i przez chwilę stał w milczeniu. Ten mężczyzna był oddanym rolnikiem.
Sazed przeszukał swoją religijną miedziomyśl w poszukiwaniu właściwej
teologii. Zaczął od indeksu - jednego z wielu, które stworzył. Kiedy
znalazł właściwą religię, uwolnił odpowiednie wspomnienia na temat jej
praktyk. Pisma pojawiły się w jego umyśle tak wyraźnie jak wtedy, gdy
skończył je zapamiętywać. W swoim czasie zblakłyby, jak wszystkie
wspomnienia, wcześniej jednak zamierzał umieścić je z powrotem w miedziomyśli. Tak działali Opiekunowie, tak przechowywali ogromne
bogactwo informacji.
Tego dnia wybrał wspomnienia HaDah, południowej religii czczącej
rolnicze bóstwo. Jak większość wyznań tłumionych w czasach Ostatniego
Imperatora, tak i wiara HaDah nie istniała od tysiąca lat.
Kierując się zasadami ceremonii pogrzebowej HaDah, Sazed podszedł do
najbliższego drzewa - a raczej krzewu, który w tych okolicach uchodził
za drzewo. Odłamał długą gałąź, obserwowany przez wieśniaków, i zaniósł
ją do grobu. Pochylił się i wbił ją w ziemię tuż obok głowy trupa.
Później wstał i zaczął zasypywać grób.
Chłopi przyglądali mu się tępo. Są tacy przygnębieni, pomyślał.
Wschodnie Dominium było najbardziej chaotycznym i niespokojnym z Dominiów Wewnętrznych. Jedyni mężczyźni w grupce byli już starzy.
Werbownicy działali skutecznie - mężowie i ojcowie z tej wioski pewnie
zginęli na jakimś polu bitwy, które nie miało już znaczenia.
Trudno uwierzyć, że mogło istnieć coś gorszego od ucisku Ostatniego
Imperatora. Sazed powiedział sobie, że cierpienie tych ludzi przeminie i któregoś dnia zaznają dobrobytu dzięki temu, czego dokonał wraz z innymi. Jednakże widział chłopów zmuszonych do zabijania siebie
nawzajem, widział dzieci umierające z głodu, dlatego że jakiś despota
"zarekwirował" cały zapas żywności wioski. Widział złodziei zabijających
swobodnie, gdyż wojska Ostatniego Imperatora już nie patrolowały
kanałów. Widział chaos, śmierć, nienawiść i nieład. I musiał przyznać,
że to częściowo była jego wina.
Nadal zasypywał grób. Został wyszkolony jako uczony i służący - był
terrisańskim lokajem, najbardziej użytecznym, najdroższym i najbardziej
prestiżowym ze sług Ostatniego Imperium. To nie miało teraz zbyt
wielkiego znaczenia. Nigdy nikogo nie pochował, ale bardzo się starał,
by z szacunkiem zasypać ciało. Ku jego zaskoczeniu wieśniacy zaczęli mu
w pewnej chwili pomagać, spychając ziemię ze sterty.
Może dla nich jest jeszcze nadzieja, pomyślał Sazed, z wdzięcznością
wręczając jednemu z nich łopatę. Kiedy skończyli, u szczytu grobu
wystawał czubek gałęzi HaDah.
- Dlaczego to zrobiłeś? - spytał Teur, wskazując na gałąź.
Sazed się uśmiechnął.
- To ceremonia religijna, gospodarzu Teurze. Jeśli chcesz, może jej
towarzyszyć modlitwa.
- Modlitwa? Coś ze Stalowego Zakonu?
Sazed pokręcił głową.
- Nie, przyjacielu. To modlitwa z wcześniejszych czasów, z czasów sprzed
Ostatniego Imperatora.
Chłopi patrzyli po sobie, krzywiąc się. Teur drapał się po brodzie.
Wszyscy jednak zachowali milczenie, gdy Sazed wypowiedział krótką
modlitwę HaDah. Kiedy skończył, odwrócił się do nich.
- Zwano to religią HaDah. Niektórzy z waszych przodków pewnie ją
wyznawali. Jeśli zechcecie, mogę was nauczyć jej zasad.
Zebrani stali w milczeniu. Nie było ich wielu - jakieś dwa tuziny, w większości kobiety w średnim wieku i kilku starych mężczyzn. Był też
jeden młodzieniec z drewnianą nogą. Sazed zdziwił się, że tak długo
przeżył na plantacji. Większość panów zabijała inwalidów pośród skaa,
żeby nie wykorzystywali ich zasobów.
- Kiedy wraca Ostatni Imperator? - spytała jedna z kobiet.
- Raczej nie wróci - odparł Sazed.
- Dlaczego nas porzucił?
- To czas zmian - stwierdził Sazed. - Może również czas, by poznać inne
prawdy, inne drogi.
Ludzie zaczęli się kręcić. Sazed westchnął cicho. Ci ludzie kojarzyli
wiarę ze Stalowym Zakonem i jego obligatorami. Religia nie była czymś,
co obchodziło skaa - co najwyżej starali się jej unikać.
Opiekunowie spędzili tysiąc lat, gromadząc i zapamiętując informacje o umierających religiach świata, pomyślał. Kto by się spodziewał, że
teraz, po odejściu Ostatniego Imperatora, ludzie nie będą chcieli
wiedzieć, co stracili?
Nie potrafił jednak źle myśleć o tych ludziach. Walczyli o przetrwanie,
ich surowy świat stał się do tego wszystkiego nieprzewidywalny. Byli
zmęczeni. Nic dziwnego, że nie interesowała ich rozmowa o dawno
zapomnianych wierzeniach.
- Chodźcie - powiedział Sazed, kierując się do wioski. - Są inne rzeczy,
bardziej praktyczne, których mogę was nauczyć.
5
5
Vin widziała w mieście oznaki niepokoju. Robotnicy kręcili się
niepewnie, a na targowiskach wyczuwało się obawę - lęk niczym u zapędzonego w kąt gryzonia. Przestraszonego, ale niepewnego co robić.
Skazanego na zagładę bez możliwości ucieczki.
W ciągu ostatniego roku wielu opuściło miasto - szlachetnie urodzeni
uciekli, kupcy poszukali innych miejsc do prowadzenia interesów.
Jednocześnie zjawiło się wielu skaa. Usłyszeli o obiecanej przez Elenda
wolności i przybyli z optymizmem, a przynajmniej taką dozą optymizmu,
jaką potrafi z siebie wykrzesać przepracowana, niedożywiona i regularnie
bita ludność.
I dlatego, mimo przewidywań, że Luthadel wkrótce upadnie, mimo plotek,
że jego armia jest mała i słaba, ci ludzie zostali. Pracowali. Żyli. Jak
zawsze. W życiu skaa nigdy nie było pewności.
Vin dziwiła się, widząc tak wielki ruch na targowisku. Szła ulicą
Kenton, ubrana w swoje zwyczajowe spodnie i zapinaną na guziki koszulę.
Przypomniała sobie, jak odwiedziła tę ulicę przed Upadkiem. Wtedy była
to spokojna siedziba kilku luksusowych krawców.
Kiedy Elend zniósł ograniczenia dla handlarzy skaa, Kenton się zmieniła.
Na ulicy wyrosły liczne sklepy, wózki i namioty. Aby zaspokajać potrzeby
niedawno wyzwolonych - i opłacanych - robotników skaa, sklepikarze
zmienili sposób prowadzenia handlu. Niegdyś wabili bogaczy pięknymi
witrynami, teraz zaś wołali i namawiali, wykorzystując naganiaczy,
sprzedawców, a nawet żonglerów, by ściągnąć klientów.
Na ulicy panował taki ruch, że Vin zwykle jej unikała, a tego dnia było
jeszcze gorzej niż zwykle. Przybycie armii sprawiło, że ludzie
gorączkowo kupowali i sprzedawali, próbując się zabezpieczyć. Panowała
raczej ponura atmosfera. Mniej ulicznych grajków, więcej wrzasków. Elend
nakazał zamknąć bramy, uniemożliwiając ucieczkę. Vin zastanawiała się,
jak wielu ludzi żałowało swojej decyzji o pozostaniu.
Szła ulicą zdecydowanym krokiem, z rękami założonymi na piersiach, by
ukryć nerwowość. Nawet jako dziecko - łobuziak na ulicach dziesiątek
miast - nie lubiła tłumów. Trudno było obserwować tak wielu ludzi,
skupić się, gdy tyle wokół się działo. Jako dziecko trzymała się na
krawędzi tłumów, ukrywając się i wypadając na chwilę, by chwycić
zgubioną monetę czy kawałek jedzenia.
Teraz była inna. Zmuszała się, by iść z wyprostowanymi plecami, unikała
też wbijania wzroku w ziemię lub szukania kryjówek. Stawała się w tym
coraz lepsza, lecz tłumy zawsze przypominały jej, czym była kiedyś. Czym
zawsze będzie, choćby w części.
Jakby w odpowiedzi na jej myśli, przez tłum przebiła się para
uliczników. Za nimi gonił z wrzaskiem potężny mężczyzna w fartuchu
piekarza. W nowym świecie Elenda nadal żyli ulicznicy. Właściwie,
pomyślała, opłacanie skaa sprawiło, że świat stał się dla nich jeszcze
lepszy. Mieli więcej sakiewek do obrobienia, więcej ludzi
rozpraszających sklepikarzy, więcej odpadków i więcej rąk karmiących
żebraków.
Trudno jej było pogodzić swoje dzieciństwo z takim życiem. W jej
wspomnieniach dzieci na ulicy uczyły się być cicho i ukrywać, wychodzić
w nocy i grzebać w odpadkach. Jedynie najodważniejsi z uliczników
okradali sakiewki - dla większości szlachetnie urodzonych życie skaa
było bezwartościowe. W dzieciństwie Vin słyszała o wielu ulicznikach
zabitych lub okaleczonych przez arystokratów.
Prawa Elenda nie wyeliminowały ubóstwa - mimo że tak bardzo tego pragnął
- ale poprawiły życie nawet uliczników. Między innymi za to go kochała.
W tłumie było też kilku szlachetnie urodzonych, którzy zostali
przekonani przez Elenda lub okoliczności, że ich majątek jest
bezpieczniejszy w mieście niż poza nim. Byli zdesperowani, słabi albo
szukali przygód. Vin spojrzała na przechodzącego mężczyznę, otoczonego
przez strażników. Nie poświęcił jej drugiego spojrzenia - prosty strój
wystarczał, by ją zignorować. Vin odwróciła się, a wtedy jej uwagę wbrew
jej woli przyciągnął sklep z boku ulicy.
Sprzedawano w nim suknie balowe.
W środku manekiny prezentowały majestatyczne stroje. Vin przyjrzała się
sukniom o wąskich taliach i rozszerzanych, dzwoniastych spódnicach.
Niemal wyobrażała sobie, że jest na balu, w tle rozbrzmiewa cicha
muzyka, stoły przykrywają idealnie białe obrusy, a Elend stoi na
balkonie i kartkuje książkę...
Czy tym właśnie jestem? Czy jestem szlachetnie urodzona? Można by się
spierać, że była arystokratką przez spowinowacenie. Sam król ją kochał -
poprosił ją o rękę - a szkolił ją Ocalały z Hathsin. W rzeczy samej, jej
ojciec pochodził ze szlacheckiego rodu, nawet jeśli matka była skaa.
Przeglądając się w sklepowej witrynie, Vin pomacała prosty brązowy
kolczyk, jedyną pamiątkę po matce.
Nie było tego wiele. Ale też nie była wcale pewna, czy ma ochotę myśleć
o matce. Ta kobieta próbowała przecież zabić Vin i zabiła jej rodzoną
siostrę. To Reen, jej przyrodni brat, uratował jej życie. Wyrwał
zakrwawioną Vin z ramion kobiety, która chwilę wcześniej wepchnęła
kolczyk w jej ucho.
A Vin go zatrzymała. Jako swego rodzaju pamiątkę. Tak naprawdę nie czuła
się arystokratką. Czasem myślała, że ma więcej wspólnego ze swoją
szaloną matką niż ze szlachtą ze świata Elenda. Bale i przyjęcia, na
jakich bywała przed Upadkiem, były farsą. Sennym wspomnieniem. Zabrakło
dla nich miejsca w tym świecie upadających rządów i nocnych
skrytobójstw. Poza tym udział Vin w balach - jako Valette Renoux - był
oszustwem.
Wciąż udawała. Udawała, że nie jest ulicznicą, która dorastała na
ulicach w głodzie, którą częściej bito niż głaskano.
Mimo to wciąż stała przed wystawą sklepu, niemal jakby była metalem
Przyciąganym przez te piękne suknie. Wewnątrz nie było klientów - mało
kto myślał o strojach w przededniu inwazji - i ona też nie powinna. Poza
tym nie mogła sobie pozwolić na taki luksus. Wszystko wyglądało inaczej,
kiedy wydawała pieniądze Kelsiera. Ale teraz wydawała majątek Elenda -
czyli królestwa.
Westchnęła, odwróciła się od strojów i ponownie weszła między ludzi.. To
już nie jestem ja. Valette jest bezużyteczna dla Elenda, on potrzebuje
Zrodzonej z Mgły, a nie niezgrabnej dziewczyny w nie do końca
dopasowanej sukni. Rany z poprzedniej nocy, potężne sińce, przypominały
o jej miejscu. Dobrze się goiły - przez cały dzień spalała mnóstwo cyny
z ołowiem - ale przez jakiś czas będzie jeszcze sztywna.
Vin przyśpieszyła kroku, kierując się w stronę zagród dla bydła.
Zauważyła jednak, że ktoś ją śledzi.
Cóż, "śledzenie" było może zbyt wielkim słowem - mężczyzna z pewnością
nie umiał się ukrywać. Łysiał na czubku głowy, ale nosił długie włosy.
Miał na sobie prostą tunikę skaa - jednoczęściowy brązowy ubiór
poplamiony popiołem.
Cudownie, pomyślała Vin. Także z tego powodu unikała targowiska, jak
również innych miejsc, w których zbierali się skaa.
Przyśpieszyła kroku, a wtedy mężczyzna również przyśpieszył. Jego
niezgrabne ruchy wkrótce wywołały zainteresowanie, lecz, zamiast go
przeklinać, większość ludzi zatrzymywała się z szacunkiem. Wkrótce
dołączyli inni i za Vin szedł spory tłumek.
Miała ochotę rzucić monetę i po prostu odlecieć. Jasne, pomyślała,
użycie Allomancji za dnia. Dopiero nie będziesz rzucać się w oczy.
Westchnęła i odwróciła się do grupki. Nikt w niej nie wyglądał
szczególnie groźnie. Mężczyźni mieli na sobie spodnie i proste koszule,
kobiety jednoczęściowe, wygodne sukienki. Kilku mężczyzn było ubranych w pokryte popiołem tuniki.
Kapłani Ocalałego.
- Pani Dziedziczko - powiedział jeden z nich, podchodząc i padając na
kolana.
- Nie nazywaj mnie tak - poprosiła cicho Vin.
Kapłan spojrzał na nią.
- Proszę. Potrzebujemy wskazówek. Obaliliśmy Ostatniego Imperatora. Co
teraz?
Vin cofnęła się o krok. Kelsier rozumiał, co robi, kiedy skłonił skaa,
by w niego uwierzyli, później zginął jak męczennik, by zwrócić ich furię
przeciwko Ostatniemu Imperium. Ale czego spodziewał się potem? Czy mógł
przewidzieć powstanie Kościoła Ocalałego - czy wiedział, że zastąpi
Ostatniego Imperatora i sam stanie się bogiem?
Problem polegał na tym, że Kelsier nie pozostawił swoim wyznawcom
doktryny.
Jego jedynym celem było pokonanie Ostatniego Imperatora - częściowo dla
zemsty, częściowo traktował to jako swoje dziedzictwo, a częściowo - jak
miała nadzieję Vin - by wyzwolić skaa.
Tylko co teraz? Ci ludzie musieli się czuć tak jak ona. Dryfowali i nie
mieli światła, które by ich poprowadziło.
Vin nie mogła być tym światłem.
- Nie jestem Kelsierem - powiedziała, cofając się jeszcze bardziej.
- Wiemy - odparł jeden z mężczyzn. - Jesteś jego dziedziczką i tym razem
to ty Ocalałaś.
- Proszę - powiedziała jedna z kobiet, trzymająca w ramionach dziecko, i zrobiła krok do przodu. - Pani Dziedziczko. Jeśli ręka, która powaliła
Ostatniego Imperatora, mogłaby dotknąć mojego dziecka...
Vin próbowała cofnąć się jeszcze bardziej, ale odkryła, że dotarła do
kolejnej gromadki ludzi. Kobieta podeszła bliżej i Vin w końcu niepewnie
uniosła dłoń do czoła dziecka.
- Dziękuję - powiedziała kobieta.
- Ochronicie nas, prawda, Pani Dziedziczko? - spytał młody mężczyzna,
nie starszy od Elenda, o brudnej twarzy i szczerych oczach. - Kapłani
mówią, że powstrzymacie armię, że żołnierze nie wejdą do miasta, gdy wy
w nim będziecie.
Tego było dla niej za wiele. Vin wymruczała coś w odpowiedzi, odwróciła
się i przebiła przez tłum. Na szczęście, grupa wyznawców nie podążyła za
nią.
Gdy w końcu zwolniła, oddychała ciężko, choć nie z wysiłku. Weszła w uliczkę między dwoma sklepami, stanęła w cieniu i zaplotła ręce na
piersi. Spędziła życie, starając się pozostać niezauważoną. A teraz to
wszystko minęło.
Czego oczekiwali od niej ludzie? Naprawdę myśleli, że sama zatrzyma
armię? Tego nauczyła się na samym początku szkolenia - Zrodzeni z Mgły
nie byli niepokonani. Jednego człowieka mogła zabić. Dziesięciu
sprawiłoby jej problemy. Armia...
Vin cofnęła się i odetchnęła głęboko. W końcu ponownie wyszła na
ruchliwą ulicę. Zbliżała się do swojego celu - niewielkiego, otwartego
namiotu otoczonego przez cztery kojce. Obok siedział handlarz,
obszarpany mężczyzna z włosami tylko na połowie czaszki - prawej
połowie. Vin stała przez chwilę, zastanawiając się, czy to dziwne
uczesanie wynikało z choroby, rany czy też osobistych preferencji.
Mężczyzna poderwał się, gdy ujrzał ją przy kojcu. Otrzepał ubranie i podszedł do niej, w uśmiechu pokazując resztki zębów. Zachowywał się
tak, jakby nie słyszał o armii za murami - albo w ogóle go nie
obchodziła.
- Dzień dobry, panienko - powiedział. - Szukacie szczeniaczka? Mam tu
takie małe nicponie, które pokocha każda dziewczynka. Proszę, oto jeden.
To z pewnością najsłodsze stworzonko, jakie widzieliście.
Vin zaplotła ręce na piersi, gdy mężczyzna sięgnął po szczeniaka w jednym z kojców.
- Właściwie to szukam wilczarza - powiedziała.
Handlarz podniósł wzrok.
- Wilczarza, panienko? To nie jest pies dla takiej dziewczyny. Paskudne
bestie. Znajdę wam słodkiego terierka. Są milutkie i bardzo mądre...
- Nie - przerwała mu Vin. - Przyprowadzisz mi wilczarza.
Mężczyzna popatrzył na nią, drapiąc się po różnych mało eleganckich
miejscach.
- W sumie mogę sprawdzić...
Ruszył w stronę kojca najbardziej oddalonego od ulicy. Vin czekała,
marszcząc nos z powodu smrodu, gdy handlarz ryczał na swoje zwierzaki,
wybierając odpowiedniego. W końcu przyprowadził do niej psa na smyczy.
Był to wilczarz, choć niewielki, ale miał słodkie, łagodne spojrzenie i najwyraźniej przyjazne usposobienie.
- Ostatni z miotu - powiedział handlarz. - Dobre zwierzę dla młodej
dziewczyny. Powinien być też doskonałym towarzyszem polowań. Te
wilczarze mają lepszy węch niż inne stworzenia.
Vin sięgnęła po sakiewkę, lecz zatrzymała się, spoglądając na sapiącego
psa. Wydawało jej się, że się do niej uśmiecha.
- Na Ostatniego Imperatora - warknęła, przepychając się obok psa i jego
właściciela w stronę ostatniego kojca.
- Panienko? - spytał mężczyzna, niepewnie ruszając za nią.
Vin przyjrzała się wilczarzom. Z tyłu zauważyła potężne, szaro-czarne
stworzenie. Było przykute łańcuchem do słupa i spoglądało na nią
wyzywająco, a w jego gardle rodziło się warczenie.
Pokazała go palcem.
- Ile za tamtego z tyłu?
- Tamtego? - powtórzył kupiec. - Panienko, to pies stróżujący. Powinien
zostać wypuszczony w posiadłości pana, by zaatakować każdego, kto
wejdzie! To jedno z najpaskudniejszych stworzeń, jakie widziałem!
- Doskonale - stwierdziła Vin, sięgając do sakiewki.
- Panienko, nie mogę wam sprzedać tej bestii. Wcale a wcale. Waży chyba
półtora raza więcej od panienki.
Vin kiwnęła głową, po czym weszła do kojca. Handlarz krzyknął, lecz ona
podeszła do wilczarza. Obszczekał ją, a na jego pysku pojawiła się
piana.
Bardzo mi przykro, pomyślała Vin. Spaliła cynę z ołowiem, pochyliła się
i uderzyła pięścią w łeb zwierzęcia.
Pies zamarł, zakołysał się i padł na ziemię. Mężczyzna zatrzymał się tuż
przy niej. Patrzył na to z otwartymi ustami.
- Smycz - rozkazała Vin.
Dał jej. Związała nią łapy zwierzęcia, po czym zarzuciła je sobie na
plecy. Zadrżała lekko z powodu bólu w boku.
Lepiej, żeby nie obślinił mi koszuli, pomyślała, podając handlarzowi
monety, i ruszyła w stronę pałacu.
***
Vin rzuciła nieprzytomnego wilczarza na ziemię. Strażnicy patrzyli na
nią dziwnie, kiedy weszła do pałacu, ale do tego się już przyzwyczaiła.
Otrzepała ręce.
- Co to? - spytał OreSeur.
Dotarł do komnat Vin w pałacu, ale jego obecne ciało było bezużyteczne.
Musiał stworzyć mięśnie w miejscach, w których ludzie ich nie mieli, by
utrzymać szkielet w jednym kawałku, a choć uleczył rany, jego ciało
wyglądało nienaturalnie. Wciąż miał na sobie zakrwawione ubranie z poprzedniego wieczoru.
- To - odpowiedziała, wskazując na wilczarza - jest twoje nowe ciało.
OreSeur się zawahał.
- To? Panienko, to jest pies.
- Owszem - potwierdziła Vin.
- Jestem człowiekiem.
- Jesteś kandrą - sprzeciwiła się. - Możesz udawać ciało i mięśnie. Co z futrem?
Kandra nie wyglądał na zachwyconego.
- Nie mogę go udawać - przyznał - ale mogę wykorzystać jego futro,
podobnie jak kości. Ale z pewnością jest...
- Nie zabiję dla ciebie, kandro - powiedziała Vin. - A nawet gdybym
kogoś zabiła, nie pozwoliłabym ci go zjeść. Poza tym to będzie o wiele
mniej podejrzane. Ludzie zaczną gadać, jeśli wciąż będę zastępować
lokajów nieznajomymi. Od wielu miesięcy powtarzałam, że mam zamiar
pozbyć się ciebie. Cóż, powiem im, że w końcu to zrobiłam... i nikt
nawet nie pomyśli, że mój nowy pies to w rzeczywistości mój kandra.
Odwróciła się, wskazując na nieprzytomne zwierzę.
- To będzie bardzo przydatne. Ludzie zwracają mniej uwagi na psy niż na
innych ludzi, więc będziesz mógł podsłuchiwać rozmowy.
OreSeur się nachmurzył.
- To nie będzie łatwe. Musisz mnie do tego zmusić, przez Kontrakt.
- Dobrze - stwierdziła Vin. - To rozkaz. Jak długo ci to zajmie?
- Zwykłe ciało zajmuje kilka godzin - odparł OreSeur. - To może potrwać
dłużej. Sprawienie, by tak wiele futra wyglądało naturalnie, będzie
sporym wyzwaniem.
- To zabieraj się do roboty - powiedziała i odwróciła się w stronę
drzwi.
Po drodze zauważyła jednak niewielkie pudełko na biurku. Zmarszczyła
czoło, podeszła i zdjęła pokrywę. W środku znajdował się list.
Pani Vin,
oto kolejny stop, o który prosiłaś. Aluminium trudno zdobyć, ale kiedy
pewna szlachetna rodzina opuszczała niedawno miasto, kupiłem część z ich
sztućców.
Nie wiem, czy to zadziała, ale myślę, że warto spróbować. Zmieszałem
aluminium z czterema procentami miedzi, a wynik uważam za obiecujący.
Czytałem o tym stopie - nazywają go duraluminium.
Twój sługa Terion
Vin uśmiechnęła się, odłożyła list i wyjęła resztę zawartości pudełka -
małą sakiewkę z metalowym pyłem i cienką srebrzystą sztabkę,
prawdopodobnie właśnie owo "duraluminium". Terion był doskonałym
allomantycznym metalurgiem. Choć sam nie był Allomantą, przez większość
życia przygotowywał stopy i pyły dla Zrodzonych z Mgły i Mglistych.
Schowała sakiewkę i sztabkę, po czym odwróciła się do OreSeura. Kandra
spoglądał na nią beznamiętnie.
- To przyszło dzisiaj? - spytała Vin, wskazując na pudełko.
- Tak, panienko - odparł. - Kilka godzin temu.
- I nie powiedziałeś mi?
- Przepraszam, panienko - odpowiedział kandra swoim pozbawionym emocji
głosem - ale nie rozkazałaś mi mówić, że przyszła do ciebie jakaś
przesyłka.
Vin zacisnęła zęby. Wiedział, jak niecierpliwie czeka na nowy stop od
Teriona. Wszystkie poprzednie stopy aluminium były nieudane. Niepokoiło
ją, że istnieje jeszcze jeden allomantyczny metal, który tylko czeka na
odkrycie. Nie zazna satysfakcji, dopóki go nie znajdzie.
OreSeur siedział na swoim miejscu, a przed nim leżał nieprzytomny
wilczarz.
- Zabieraj się do roboty - powiedziała, obróciła się na pięcie i ruszyła
w poszukiwaniu Elenda.
***
Vin w końcu odnalazła go w gabinecie, gdzie przeglądał rejestry. Obok
niego stała znajoma postać.
- Dox! - wykrzyknęła.
Przybył poprzedniego dnia, jednak szybko wrócił do swoich komnat i nie
miała okazji się z nim zobaczyć.
Dockson podniósł wzrok i się uśmiechnął. Był przysadzisty, ale nie
gruby, miał krótkie ciemne włosy i wciąż nosił bródkę.
- Witaj, Vin.
- Jak było w Terris? - spytała.
- Zimno - odparł. - Cieszę się, że wróciłem. Choć wolałbym nie widzieć
tej armii.
- Tak czy inaczej, cieszymy się, że jesteś, Dockson - powiedział Elend.
- Bez ciebie królestwo się rozpada.
- Nie sądzę - odrzekł Dockson, odkładając rejestr na stertę. - Biorąc
wszystko pod uwagę, wygląda na to, że królewska biurokracja trzymała się
pod moją nieobecność całkiem nieźle. Właściwie mnie nie potrzebujecie!
- Bzdura! - sprzeciwił się Elend.
Vin oparła się o drzwi, spoglądając na mężczyzn dalej prowadzących
rozmowę. Otaczała ich atmosfera fałszywej jowialności. Obaj byli
zdecydowani zadbać o rozwój nowego królestwa, nawet jeśli oznaczało to
udawanie, że się lubią. Dockson wskazywał na różne miejsca w rejestrach,
mówiąc o finansach i o tym, czego dowiedział się w najdalszych wioskach
pod władzą Elenda.
Kobieta westchnęła i spojrzała na drugą stronę komnaty. Promienie słońca
wpadały przez witrażową rozetę, plamiąc rejestry i stół. Nawet po takim
czasie Vin nie potrafiła się przyzwyczaić do swobodnego bogactwa
szlacheckiej twierdzy. Okno, czerwone i lawendowe, było niezwykle piękne
i skomplikowane. Jednak arystokraci najwyraźniej uważali je za tak
pospolite, że umieścili je w jednym z pokoików na tyłach, obecnie
służącym jako gabinet Elenda.
Jak można się było spodziewać, pomieszczenie wypełniały sterty książek.
Regały sięgały od ziemi do sufitu, lecz nie były zdolne pomieścić coraz
większej kolekcji Elenda. Vin nie podzielała jego gustu, jeśli chodzi o książki. Większość zbiorów stanowiły dzieła polityczne i historyczne,
dotyczące tematów równie zatęchłych, jak ich stare kartki. Wiele było
niegdyś zakazanych przez Stalowy Zakon, jednak starożytni filozofowie
nudzili nawet wtedy, gdy poruszali najbardziej nieobyczajne tematy.
- Tak czy inaczej - powiedział Dockson, w końcu zamykając rejestr - mam
jeszcze coś do zrobienia przed twoim jutrzejszym przemówieniem, Wasza
Wysokość. Czy Ham wspomniał o spotkaniu obrony miasta jutrzejszego
wieczoru?
Elend pokiwał głową.
- Zakładając, że przekonam Zgromadzenie, by nie oddawało miasta mojemu
ojcu, będziemy musieli wymyślić strategię walki z tą armią. Jutro
wieczorem kogoś po ciebie przyślę.
- Dobrze - odpowiedział Dockson.
Po tych słowach ukłonił się Elendowi, mrugnął do Vin i wyszedł.
Gdy zamknął za sobą drzwi, król westchnął i usadowił się wygodniej w obitym pluszem fotelu.
Vin podeszła do niego.
- To naprawdę dobry człowiek, Elendzie.
- Wiem o tym. Ale dobry nie zawsze oznacza miły.
- Miły też jest - sprzeciwiła się. - Niezachwiany, spokojny,
zrównoważony. Ekipa na nim polegała. - Choć Dockson nie był Allomantą,
był prawą ręką Kelsiera.
- On mnie nie lubi, Vin - stwierdził Elend. - Trudno dogadać się z kimś,
kto tak na mnie patrzy.
- Nie dałeś mu szansy - odparła, zatrzymując się przy jego siedzisku.
Spojrzał na nią ze słabym uśmiechem. Kamizelkę miał rozpiętą, włosy
rozczochrane.
- Hm... - mruknął, biorąc ją za rękę. - Podoba mi się ta koszula. Dobrze
wyglądasz w czerwieni.
Vin przewróciła oczami. Pozwoliła się przyciągnąć bliżej i pocałować. W pocałunku kryła się namiętność - może potrzeba czegoś stałego.
Odpowiedziała, rozluźniając się w jego objęciach. Kilka chwil później
westchnęła i usadowiła się na fotelu obok niego. Przyciągnął ją bliżej i odwrócił siedzisko w stronę słońca, po czym uśmiechnął się i spojrzał na
Vin.
- Czuję... nowe perfumy.
Vin prychnęła i oparła głowę o jego pierś.
- To nie perfumy, tylko pies.
- A, dobrze - powiedział. - Martwiłem się, że tracisz rozum. A jest
jakiś powód, dla którego pachniesz psem?
- Poszłam na targ i kupiłam jednego, a potem przyniosłam go tutaj i dałam OreSeurowi, jako jego nowe ciało.
Elend otworzył szerzej oczy.
- Ależ Vin, to doskonały pomysł! Nikt nie podejrzewa, że pies może być
szpiegiem. Zastanawiam się, czy ktoś już kiedyś o tym pomyślał...
- Na pewno - odparła. - To znaczy, to przecież ma sens. Sądzę jednak, że
ten, kto o tym pomyślał, niekoniecznie chciał się tym dzielić.
- Racja - stwierdził i usadowił się wygodniej.
Vin wyczuwała w nim napięcie. Jutrzejsze przemówienie, pomyślała. To nim
się martwi.
- Muszę jednak zauważyć - powiedział leniwie Elend - że trochę
rozczarowuje mnie fakt, iż nie używasz perfum o zapachu psa. Przy twojej
pozycji wyobrażam sobie, że niektóre miejscowe szlachcianki chciałyby
cię naśladować. To mogłoby się okazać zabawne.
Podniosła wzrok i spojrzała mu w twarz.
- Wiesz co, Elendzie... czasem cholernie trudno powiedzieć, czy
żartujesz, czy jesteś głupi.
- I przez to jestem bardziej tajemniczy, co?
- Coś w tym rodzaju - odparła, znów się w niego wtulając.
- Widzisz, nie rozumiesz, jakie to sprytne z mojej strony - powiedział.
- Jeśli ludzie nie wiedzą, kiedy jestem idiotą, a kiedy geniuszem, może
założą, że moje błędy to błyskotliwe posunięcia polityczne.
- O ile jednocześnie nie uznają twoich błyskotliwych posunięć za błędy.
- To nie powinno być trudne - powiedział Elend. - Obawiam się, że nie ma
ich znowu tak wiele.
Vin zmartwiło napięcie w jego głosie. Mężczyzna jednak zaraz uśmiechnął
się i zmienił temat.
- Wróćmy do OreSeura w postaci psa. Czy będzie mógł wychodzić z tobą
nocami?
Wzruszyła ramionami.
- Pewnie tak. Właściwie na razie tego nie planowałam.
- Wolałbym, żebyś go zabierała - powiedział Elend. - Martwię się, kiedy
wychodzisz tam nocami i tak bardzo się męczysz.
- Poradzę sobie - odparła. - Ktoś musi cię strzec.
- Owszem - zgodził się - ale kto strzeże ciebie?
Kelsier. Nawet teraz taka była jej natychmiastowa reakcja. Znała go
niecały rok, ale ten rok był pierwszym w jej życiu, w którym czuła się
chroniona.
Kelsier nie żył. A ona, jak cała reszta świata, musiała sobie radzić bez
niego.
- Wiem, że zostałaś ranna, kiedy wczoraj w nocy walczyłaś z tymi
Allomantami - powiedział Elend. - Dobrze by mi to zrobiło, gdybym
wiedział, że ktoś z tobą jest.
- Kandra nie jest strażnikiem - sprzeciwiła się.
- Wiem - odpowiedział. - Ale oni są niewiarygodnie lojalni... nie
słyszałem, by któryś złamał Kontrakt. Będzie cię strzegł. Martwię się o ciebie, Vin. Jak myślisz, dlaczego siedzę tak po nocach, wypisując te
propozycje? Nie mogę spać ze świadomością, że ty gdzieś tam może
walczysz... albo, co gorsza, umierasz na ulicy, bo nikt ci nie pomógł.
- Czasem zabieram ze sobą OreSeura.
- Owszem - odparł - ale wiem, że znajdujesz wymówki, żeby go zostawić.
Kelsier kupił ci usługi niezwykle cennego służącego. Nie rozumiem,
dlaczego starasz się go tak bardzo unikać.
Vin przymknęła oczy.
- Elendzie, on zjadł Kelsiera.
- I co z tego? - spytał Elend. - Kelsier już nie żył. Poza tym to on sam
wydał ten rozkaz.
Vin westchnęła i otworzyła oczy.
- Ja... po prostu nie ufam temu stworowi. Jest nienaturalny.
- Wiem - powiedział Elend. - Mój ojciec zawsze trzymał kandrę. Ale
OreSeur to zawsze coś. Proszę. Obiecaj, że będziesz go zabierać ze sobą.
- Dobrze. Nie sądzę jednak, by mu się to spodobało. Nie dogadywaliśmy
się nawet wtedy, kiedy on odgrywał Renoux, a ja jego siostrzenicę.
Elend wzruszył ramionami.
- Będzie przestrzegał Kontraktu. To się liczy.
- Przestrzega Kontraktu - odparła - ale bardzo niechętnie. Przysięgam,
lubi mnie denerwować.
Mężczyzna spojrzał na nią z góry.
- Vin, kandra to doskonali służący. Nie robią takich rzeczy.
- Nie, Elendzie - sprzeciwiła się. - Sazed był doskonałym służącym.
Lubił być z ludźmi i im pomagać. Nigdy nie czułam, że mnie nie znosi.
OreSeur robi wszystko, co mu powiem, ale mnie nie lubi. I nigdy nie
lubił. Widzę to.
Elend westchnął, pogłaskał ją po ręce.
- Nie sądzisz, że zachowujesz się trochę nieracjonalnie? Nie ma powodu,
żeby go tak nienawidzić.
- Ach, tak? Podobnie jak nie ma powodu, żebyś nie dogadywał się z Docksonem?
Elend zamilkł. Westchnął.
- Chyba masz rację - przyznał. Dalej głaskał Vin po ramieniu, wpatrując
się z namysłem w sufit.
- Co? - spytała.
- Chyba nie jestem zbyt dobry w tej robocie, co?
- Nie bądź głupi - odpowiedziała. - Jesteś wspaniałym królem.
- Mogę być znośnym królem, Vin, ale nie jestem nim.
- Kim?
- Kelsierem - odpowiedział cicho.
- Elendzie, nikt nie oczekuje od ciebie, że będziesz Kelsierem.
- Naprawdę? - spytał. - To dlatego Dockson mnie nie lubi. Nienawidzi
szlachetnie urodzonych, to można wyczuć w jego słowach, zachowaniu. Nie
mam do niego pretensji, biorąc pod uwagę jego życie. Tak czy inaczej,
nie uważa, że powinienem być królem. Sądzi, że na moim miejscu powinien
być skaa... albo jeszcze lepiej, Kelsier. Wszyscy tak myślą.
- Nonsens.
- Naprawdę? A gdyby Kelsier żył, czy byłbym królem?
Vin się zawahała.
- Widzisz? Akceptują mnie... lud, kupcy, nawet szlachta. Ale w głębi
duszy żałują, że na moim miejscu nie ma Kelsiera.
- Ja nie.
- Naprawdę?
Vin zmarszczyła czoło. Usiadła i odwróciła się tak, że klęczała na
fotelu nad Elendem. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka cali.
- Nigdy w to nie wątp, Elendzie. Kelsier był moim nauczycielem, ale nie
kochałam go. Nie tak, jak kocham ciebie.
Elend spojrzał jej w oczy i pokiwał głową. Vin pocałowała go namiętnie i znów usadowiła się obok niego.
- A dlaczego nie? - spytał w końcu.
- Wiesz, przede wszystkim był stary.
Elend się zaśmiał.
- Pamiętam, jak żartowałaś sobie z mojego wieku.
- To inna sprawa - odpowiedziała. - Ty jesteś tylko kilka lat starszy
ode mnie... Kelsier był bardzo stary.
- Vin, trzydzieści osiem lat to nie jest "bardzo stary".
- Ale prawie.
Elend znów się roześmiał, widziała jednak, że nie jest zadowolony. A dlaczego właściwie wybrała Elenda, nie Kelsiera? Kelsier był wizjonerem,
bohaterem, Zrodzonym z Mgły.
- Kelsier był wielkim człowiekiem - powiedziała cicho Vin, gdy Elend
zaczął się bawić jej włosami. - Ale... miał w sobie coś takiego,
Elendzie. Przerażającego. Był zasadniczy, zuchwały, nawet trochę
okrutny. Nie wybaczał. Zabijał ludzi bez poczucia winy, bez jednej
myśli, tylko dlatego, że wspierali Ostatnie Imperium lub służyli
Ostatniemu Imperatorowi. Kochałam go jak nauczyciela i przyjaciela. Ale
nie sądzę, żebym mogła pokochać, naprawdę pokochać, kogoś takiego. Nie
winię go o to, tak samo jak ja dorastał na ulicach. Kiedy człowiek musi
w życiu walczyć, staje się silny... ale też twardnieje. Może nie ze
swojej winy, ale przypominał mi mężczyzn, których... znałam, kiedy byłam
młodsza. Kell był lepszy od nich... umiał być dobry i oddał życie za
skaa. Ale był twardy. - Przymknęła oczy i wtuliła się w Elenda. - Ty,
Elendzie Venture, jesteś dobrym człowiekiem. Prawdziwie dobrym
człowiekiem.
- Dobrzy ludzie nie przechodzą do legendy - powiedział cicho.
- Dobrzy ludzie nie muszą przechodzić do legendy. - Otworzyła oczy i spojrzała na niego. - I tak robią to, co jest właściwe.
Elend się uśmiechnął. Pocałował ją w czubek głowy i odchylił się do
tyłu. Leżeli tak przez jakiś czas w komnacie rozgrzanej słońcem,
odpoczywali.
- Raz uratował mi życie - powiedział w końcu Elend.
- Kto? - spytała zaskoczona Vin. - Kelsier?
Pokiwał głową.
- W dniu, kiedy Spook i OreSeur zostali pojmani, gdy Kelsier zginął. Na
placu trwała bitwa, kiedy Ham i żołnierze usiłowali uwolnić więźniów.
- Byłam tam - powiedziała Vin. - Kryłam się z Breeze'em i Doksem w jednej z uliczek.
- Naprawdę? - spytał Elend. W jego głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia.
- Bo wiesz, przyszedłem tam dla ciebie. Myślałem, że cię aresztowali
razem z twoim "wujem" OreSeurem. Próbowałem dostać się do klatek, żeby
cię uratować.
- Że co? Przecież tam trwała regularna bitwa! Na Ostatniego Imperatora,
był tam Inkwizytor!
- Wiem - odparł ze słabym uśmiechem. - Widzisz, to właśnie Inkwizytor
próbował mnie zabić. Uniósł swój topór i w ogóle. A wtedy... pojawił się
Kelsier. Wpadł na Inkwizytora i go przewrócił.
- Pewnie czysty przypadek - stwierdziła Vin.
- Nie - powiedział cicho Elend. - To właśnie chciał zrobić. Patrzył na
mnie, kiedy walczyłem z Inkwizytorem, i widziałem to w jego oczach.
Długo myślałem nad tą chwilą. Wszystko mówi mi, że Kelsier nienawidził
szlachetnie urodzonych bardziej niż Dox.
Vin się zawahała.
- Pod koniec... chyba się zmienił.
- Zmienił się na tyle, że zaryzykował życie, by ochronić przypadkowego
arystokratę.
- Wiedział, że cię kocham. - Vin uśmiechnęła się lekko. - Wygląda na to,
że w ostatecznym rozrachunku okazało się to silniejsze od nienawiści.
- Nie wiedziałem... - przerwał, gdy Vin odwróciła się, nasłuchując.
Zbliżające się kroki. Usiadła, a chwilę później do środka zajrzał Ham.
Zatrzymał się, gdy ujrzał Vin na kolanach Elenda.
- O, przepraszam - powiedział, cofając się.
- Nie, zaczekaj! - zawołała Vin.
Mężczyzna znów zajrzał do środka, a dziewczyna odwróciła się do Elenda.
- Prawie zapomniałam, z czym tu przyszłam. Dostałam dziś nową paczkę od
Teriona.
- Kolejną? - spytał Elend. - Vin, kiedy ty zrezygnujesz?
- Nie mogę sobie na to pozwolić - stwierdziła.
- To przecież nie może być takie ważne, prawda? - spytał. - To znaczy,
skoro wszyscy zapomnieli, co robi ten ostatni metal, nie może być bardzo
potężny.
- Być może - powiedziała - a może był tak niesamowicie potężny, że Zakon
bardzo się postarał, by utrzymać go w tajemnicy.
Wstała i wyjęła z kieszeni sakiewkę i sztabkę. Tę ostatnią podała
Elendowi, który wyprostował się na siedzeniu.
Metal był srebrny i błyszczący, i jak aluminium, z którego go stworzono,
wydawał się zbyt lekki. Allomanta, który przypadkowo spalił aluminium,
natychmiast tracił wszystkie zapasy innych metali, a przez to moc.
Stalowy Zakon utrzymywał jego istnienie w tajemnicy, a Vin dowiedziała
się o nim tej nocy, gdy została pojmana przez Inkwizytorów, a później
zabiła Ostatniego Imperatora.
Nie wiedzieli, jaki jest właściwy allomantyczny stop aluminium. Metale
allomantyczne zawsze występowały w parach - żelazo i stal, cyna i cyna z ołowiem, miedź i brąz, cynk i mosiądz. Aluminium i... coś. Liczyła na
to, że coś potężnego. Nie miała już atium. Potrzebowała przewagi.
Elend westchnął i oddał jej sztabkę.
- Ostatnim razem, kiedy spróbowałaś spalić jeden z nich, przez dwa dni
byłaś chora, Vin. Przeraziło mnie to.
- Nie zabije mnie - odparła. - Kelsier obiecywał, że spalenie złego
stopu wywołuje jedynie chorobę.
Elend pokręcił głową.
- Nawet Kelsier czasem się mylił, Vin. Czy nie mówiłaś, że źle zrozumiał
zasadę działania brązu?
Vin się zawahała. Troska Elenda była tak szczera, że prawie skłoniła ją
do zmiany zdania. Ale...
Kiedy ta armia zaatakuje, Elend umrze. Skaa być może przetrwają - żaden
władca nie byłby na tyle głupi, żeby zarżnąć tak wydajne miasto. Król
jednak zostanie zabity. Nie mogła walczyć z całą armią, nie umiała też
pomóc w przygotowaniach.
Ale znała się na Allomancji. Im lepsza w tym była, tym lepiej mogła
chronić ukochanego.
- Muszę spróbować, Elendzie - powiedziała cicho. - Clubs mówił, że
Straff nie zaatakuje przez kilka najbliższych dni. Jego ludzie muszą
odpocząć po długim marszu i przeprowadzić zwiad. To oznacza, że nie mogę
czekać. Jeśli po tym metalu się pochoruję, lepiej, żebym wyzdrowiała
przed walką... ale tylko jeśli spróbuję teraz.
Elend spochmurniał, ale nie zabronił jej. Wiedział, że to nie ma sensu.
Wstał.
- Ham, sądzisz, że to dobry pomysł?
Mężczyzna pokiwał głową. Był wojownikiem, dla niego jej ryzyko miało
sens. Poprosiła, żeby został, bo ktoś musiał zanieść ją do łóżka, gdyby
coś poszło nie tak.
- Dobrze - stwierdził Elend i z rezygnacją spojrzał na Vin.
Kobieta usadowiła się wygodnie w fotelu i połknęła szczyptę
sproszkowanego duraluminium. Zamknęła oczy i zbadała swoje rezerwy
allomantyczne. Jeśli chodzi o pospolitą ósemkę, zgromadziła spory zapas.
Nie miała atium, złota ani ich stopów. Nawet gdyby mieli jeszcze atium,
było zbyt cenne, by wykorzystywać je inaczej niż w niebezpieczeństwie.
Pozostała dwójka nie miała szerszego zastosowania.
Pojawił się nowy metal. Podobnie jak cztery razy wcześniej. Za każdym
razem, kiedy spalała stop aluminium, natychmiast czuła morderczy ból
głowy. Myślałby kto, że to będzie nauczka, pomyślała. Zaciskając zęby,
sięgnęła i zapaliła nowy stop.
Nic się nie stało.
- I jak, spróbowałaś? - zapytał z niepokojem Elend.
Vin kiwnęła głową.
- Nie boli mnie głowa. Ale... nie jestem pewna, czy stop coś robi.
- Ale pali się? - spytał Ham.
Vin pokiwała głową. Czuła znajome ciepło we wnętrzu, niewielki ogień,
który świadczył, że spala metal. Próbowała się poruszać, ale nie czuła
żadnych zmian w swoim ciele. W końcu podniosła wzrok i wzruszyła
ramionami.
- Jeśli się nie pochorowałaś, to znalazłaś właściwy stop. Każdy metal ma
tylko jeden - stwierdził Ham, marszcząc czoło.
- Tak w każdym razie nam mówiono - odpowiedziała.
- Co to za stop?
- Aluminium i miedź - odparła.
- Interesujące. W ogóle nic nie czułaś?
Pokręciła głową.
- Powinnaś więcej ćwiczyć.
- Wygląda na to, że mam szczęście - zauważyła Vin, gasząc duraluminium.
- Terion wymyślił czterdzieści różnych stopów, które powinniśmy
wypróbować, kiedy już będziemy mieli zapas aluminium. To był dopiero
piąty.
- Czterdzieści? - spytał z niedowierzaniem Elend. - Nie wiedziałem, że
jest tyle metali, z których można robić stopy!
- Do stopu nie potrzebujesz dwóch metali - powiedziała zamyślona Vin. -
Tylko metal i coś jeszcze. Pomyśl o stali... to żelazo i węgiel.
- Czterdzieści... - powtórzył Elend. - I wypróbowałabyś je wszystkie?
Wzruszyła ramionami.
- Wydawało mi się, że to dobry początek.
Elend robił wrażenie przestraszonego taką perspektywą, ale nic już nie
powiedział. Odwrócił się do Hama.
- A tak właściwie, chciałeś się z nami zobaczyć z jakiegoś powodu?
- Nic ważnego - odparł mężczyzna. - Chciałem tylko spytać Vin, czy ma
ochotę na wspólne ćwiczenia. Ta armia sprawia, że nie mogę sobie znaleźć
miejsca, a myślę, że Vin przyda się trochę ćwiczeń z kijem.
Wzruszyła ramionami.
- Czemu nie?
- Chcesz pójść z nami, El? - spytał Ham. - Poćwiczyć trochę?
Elend się zaśmiał.
- Przeciwko waszej dwójce? Muszę zadbać o swoją królewską godność!
Vin spojrzała na niego, marszcząc czoło.
- Naprawdę powinieneś więcej ćwiczyć. Ledwo umiesz utrzymać w ręku
miecz, a z pojedynkową laską radzisz sobie niewiele lepiej.
- A po co mam się tym martwić, skoro ty mnie chronisz?
Słysząc te słowa, Vin zatroskała się jeszcze bardziej.
- Nie zawsze będziemy przy tobie, Elendzie. Mniej bym się o ciebie
martwiła, gdybyś umiał się lepiej bronić.
Uśmiechnął się i pomógł jej wstać.
- W końcu się za to zabiorę, obiecuję. Ale nie dziś... mam zbyt wiele na
głowie. Może po prostu popatrzę na waszą dwójkę... to zresztą moja
ulubiona metoda ćwiczeń, bo przynajmniej nie zostanę pobity przez
dziewczynę.
Vin westchnęła, ale nie naciskała go.
6
6
Elend oparł się o balustradę, spoglądając na plac ćwiczeń. Z jednej
strony miał ochotę wejść i poćwiczyć z Vin i Hamem. Z drugiej jednak nie
widział w tym sensu.
Skrytobójca, który po mnie przyjdzie, najpewniej będzie Allomantą,
pomyślał. Mógłbym ćwiczyć nawet dziesięć lat, a im i tak nie dorównam.
Na placu Ham kilka razy zamachnął się kijem i pokiwał głową. Vin
podeszła bliżej, unosząc swój kij, większy od niej o dobrą stopę.
Obserwując tę dwójkę, Elend nie mógł nie zauważyć dysproporcji między
nimi. Mężczyzna miał twarde mięśnie i masywną budowę wojownika. Vin,
ubrana tylko w obcisłą koszulę i spodnie, wyglądała na drobniejszą niż
zazwyczaj, gdyż nie osłaniał jej mgielny płaszcz.
Tę nierówność podkreśliły słowa Hama.
- Ćwiczymy walkę kijem, nie Przyciąganie i Odpychanie. Nie używaj
niczego poza cyną z ołowiem, dobrze?
Przytaknęła.
Często tak walczyli. Ham twierdził, że nic nie zastąpi ćwiczeń i szkolenia, niezależnie od allomantycznych mocy. Mimo to pozwalał Vin
używać cyny z ołowiem, gdyż, jak twierdził, zwiększona siła i zręczność
mogły być dezorientujące dla kogoś, kto nie był do nich przyzwyczajony.
Plac ćwiczeń przypominał dziedziniec. Znajdował się w pałacowych
koszarach, otaczały go krużganki. Tam właśnie stał Elend; dach nad głową
osłaniał go przed oślepiającymi promieniami czerwonego słońca. Cieszył
się z tego, zaczęły się bowiem opady popiołu i z nieba spadały
pojedyncze płatki. Mężczyzna oparł się o balustradę. Za jego plecami od
czasu do czasu przechodzili żołnierze. Niektórzy zatrzymywali się nawet,
żeby popatrzeć - ćwiczenia Vin i Hama były przyjemną rozrywką dla
pałacowych strażników.
Powinienem zająć się propozycją dla Zgromadzenia, pomyślał Elend. A nie
stać tutaj i patrzeć, jak Vin walczy.
Ale... napięcie ostatnich dni było tak wielkie, że nie potrafił znaleźć
w sobie motywacji, by po raz kolejny przeczytać mowę. Potrzebował tylko
kilku chwil na rozmyślania.
I dlatego patrzył. Vin ostrożnie podeszła do Hama, pewnie trzymając kij
obiema rękami. Niegdyś Elend sądził, że dama w koszuli i spodniach
wygląda niestosownie, ale zbyt wiele czasu spędził z Vin, by teraz się
tym przejmować. Suknie balowe wyglądały pięknie, lecz prosty strój Vin
wydawał się właściwy. Nosiła go ze swobodą.
Poza tym podobała mu się w obcisłych strojach.
Vin zazwyczaj pozwalała innym na pierwszy cios i ten dzień nie był
wyjątkiem. Kije uderzyły o siebie, gdy Ham ją zaatakował, a ona mimo
drobniejszej sylwetki powstrzymała cios. Po szybkiej wymianie cofnęli
się i zaczęli krążyć wokół siebie.
- Stawiam na dziewczynę.
Elend odwrócił się, widząc kogoś kuśtykającego w jego stronę. Clubs
podszedł do niego i położył monetę dziesięcioskrzyńcową na balustradzie.
Elend uśmiechnął się do generała, ten zaś skrzywił się - co powszechnie
uważano za jego wersję uśmiechu. Pomijając Docksona, młody król szybko
polubił innych członków ekipy Vin. Do Clubsa jednak musiał się najpierw
przyzwyczaić. Przysadzisty mężczyzna miał twarz niczym pofałdowany
muchomor i stale wyglądał tak, jakby się krzywił - do czego pasował
zresztą ton jego głosu.
Był przy tym uzdolnionym rzemieślnikiem i Allomantą - Dymiarzem, choć
ostatnio nieczęsto korzystał ze swojej mocy. Przez większość ostatniego
roku pełnił funkcję generała armii Elenda. Młody król nie wiedział,
gdzie mężczyzna nauczył się dowodzić, ale miał do tego spory talent.
Pewnie w tym samym miejscu, w którym dorobił się blizny na nodze. To
przez nią właśnie utykał.
- Oni tylko ćwiczą, Clubs - stwierdził Elend. - Nie będzie "zwycięzcy".
- Skończą poważną wymianą ciosów - odparł starszy mężczyzna. - Zawsze
tak jest.
Elend zastanowił się nad jego słowami.
- Skłaniasz mnie, żebym postawił przeciwko Vin - zauważył. - To się może
dla mnie źle skończyć.
- I co z tego?
Elend uśmiechnął się i wyciągnął monetę. Clubs wciąż go w pewien sposób
przerażał i wolał nie spierać się z nim.
- Gdzież jest ten mój bezwartościowy siostrzeniec? - zapytał Clubs,
przyglądając się walce.
- Spook? Wrócił? Jak dostał się do miasta?
Generał wzruszył ramionami.
- Dziś rano zostawił mi coś na progu.
- Prezent?
Clubs prychnął.
- Rzeźbiony kawałek drewna, dzieło mistrza cieśli z miasta Yelva. Do
tego kartkę "Chciałem ci tylko pokazać, staruszku, co potrafią zrobić
prawdziwi cieśle".
Elend zaśmiał się, lecz ucichł, gdy Clubs spojrzał na niego.
- Szczeniak nigdy nie był tak bezczelny - mruknął starszy mężczyzna. -
Przysięgam, zepsuliście chłopaka.
Czyżby Elend dostrzegł u Clubsa cień uśmiechu, czy stary mówił poważnie?
Elend nie wiedział, czy mężczyzna jest rzeczywiście tak zrzędliwy, czy
sobie z niego żartuje.
- A jak armia? - spytał w końcu.
- Tragicznie - odparł Clubs. - Chcesz mieć armię? Daj mi więcej niż rok
na jej wyszkolenie. W tej chwili nie wiem, czy odważyłbym się wystawić
chłopaków przeciwko tłumowi staruszek z laskami.
Cudownie, pomyślał Elend.
- Teraz nic na to nie poradzę - mruknął Clubs. - Straff przygotowuje
jakieś prowizoryczne umocnienia, ale przede wszystkim daje swoim ludziom
odpocząć. Zaatakują przed końcem tygodnia.
Na dziedzińcu Vin i Ham nadal walczyli. Na razie wszystko rozgrywało się
powoli - Ham od czasu do czasu przerywał, tłumaczył różne zasady i pozycje. Elend i Clubs przyglądali się im, gdy walka stawała się coraz
intensywniejsza, a wymiany ciosów coraz dłuższe. Walczący zaczynali się
pocić, a ich stopy wyrzucały w powietrze chmury popiołu.
Vin cały czas odpierała Hama, mimo ogromnych różnic w sile, zasięgu i wyszkoleniu. Elend uśmiechnął się wbrew sobie. Była wyjątkowa -
uświadomił to sobie już wtedy, gdy ujrzał ją po raz pierwszy w sali
balowej Venture, półtora roku wcześniej. Dopiero teraz zaczynał
pojmować, jak dużym niedopowiedzeniem było słowo "wyjątkowa".
O balustradę uderzyła kolejna moneta.
- Ja też stawiam na Vin.
Elend odwrócił się zaskoczony. Mężczyzna, który się odezwał, był jednym
z żołnierzy, którzy przyglądali się walce. Elend zmarszczył czoło.
- Kim...
Przerwał. Broda nie pasowała, wyprostowana postawa też się nie zgadzała,
lecz stojący za nim mężczyzna wydawał się dziwnie znajomy.
- Spook? - spytał z niedowierzaniem Elend.
- Byłżem w zasięgu wołania tego.
Elenda natychmiast zaczęła boleć głowa.
- Na Ostatniego Imperatora, nie mów, że wróciłeś do dialektu?
- Tylko od czasu do czasu, kiedy łapie mnie nostalgia - odparł ze
śmiechem Spook.
Mówił z lekkim wschodnim akcentem. Przez kilka pierwszych miesięcy
Spooka w ogóle nie można było zrozumieć. Całe szczęście wyrósł już z używania ulicznego dialektu, podobnie jak z większości ubrań.
Szesnastolatek miał teraz ponad sześć stóp wzrostu i niemal w niczym nie
przypominał niezgrabnego dzieciaka, którego Elend poznał przed rokiem.
Spook oparł się o balustradę niczym znudzony nastolatek - i w ten sposób
zupełnie przestał przypominać żołnierza.
- Po co to przebranie, Spook? - spytał młody król, marszcząc czoło.
- Nie jestem Zrodzonym z Mgły. - Wzruszył ramionami. - My, zwyczajni
szpiedzy, musimy znaleźć jakieś inne sposoby zdobywania informacji,
skoro nie możemy podlecieć do okna i podsłuchiwać.
- Od kiedy tak stoisz? - spytał Clubs, miażdżąc wzrokiem siostrzeńca.
- Przyszedłem tu przed tobą, wujku Zrzędo - odparł Spook. - A w odpowiedzi na twoje pytanie, wróciłem kilka dni temu. Jeszcze przed
Docksonem. Pomyślałem, że trochę odpocznę, zanim znów wrócę do roboty.
- Nie wiem, czy to zauważyłeś, Spook - stwierdził Elend - ale trwa
wojna. Nie mamy zbyt wiele czasu na odpoczynek.
- Nie chciałem, żebyś mnie znów gdzieś posłał. Jeśli tu będzie wojna,
chcę być w okolicy. Wiecie, to takie ekscytujące.
Clubs prychnął.
- A skąd masz ten mundur?
- No... wiesz... - Spook spojrzał w bok i znów zaczął przypominać
niepewnego siebie chłopca, którego poznał Elend.
Clubs mruknął coś na temat bezczelnych bachorów, ale Elend tylko się
roześmiał i poklepał chłopaka po ramieniu. Spook podniósł wzrok i uśmiechnął się. Choć z początku łatwo go było ignorować, okazał się
równie wartościowy, jak reszta członków starej ekipy Vin. Jako Cynooki -
Mglisty palący cynę, by wzmocnić zmysły - chłopak mógł z daleka
podsłuchiwać rozmowy i zauważać odległe szczegóły.
- Tak czy inaczej, witaj z powrotem - powiedział Elend. - Jak tam wieści
z zachodu?
Spook pokręcił głową.
- Nie chciałbym brzmieć jak wujek Zrzęda, ale wieści nie są dobre. Znasz
plotki o tym, że w Luthadel znajdują się zapasy atium Ostatniego
Imperatora? Wróciły, i to silniejsze.
- Myślałem, że to już mamy z głowy! - odpowiedział Elend.
Breeze i jego ludzie spędzili ostatnie sześć miesięcy, rozpuszczając
plotki i manipulując władcami, by przekonać ich, że skoro Elend nie
odnalazł atium w Luthadel, to musiało zostać ukryte w innym mieście.
- Chyba nie - odparł Spook. - I... wydaje mi się, że ktoś celowo
rozpuszcza te pogłoski. Długo żyłem na ulicach i umiem rozpoznać
podsuniętą historyjkę, a ta plotka coś śmierdzi. Ktoś naprawdę chce,
żeby watażkowie skupili się na tobie.
Cudownie, pomyślał Elend.
- Nie wiesz może, gdzie jest Breeze?
Spook wzruszył ramionami i jakby przestał zwracać uwagę na Elenda.
Obserwował walkę. Młody król znów spojrzał na Vin i Hama.
Jak przewidział Clubs, dwójka zaczęła walczyć na serio. Już nie było
nauki ani szybkich, powtarzalnych wymian ciosów. Siłowali się na
poważnie, a ich kije wznosiły w powietrze chmury kurzu. Otaczał ich
popiół, a kolejni żołnierze zatrzymywali się w krużgankach, by ich
obserwować.
Elend się pochylił. W walce dwójki Allomantów było coś dziwnie
intensywnego. Vin próbowała zaatakować, Ham jednak zamachnął się w tej
samej chwili, jego kij niemal rozmywał się w powietrzu. Kobieta na czas
uniosła broń, lecz siła ciosu mężczyzny odepchnęła ją do tyłu. Ramieniem
uderzyła o ziemię. Nawet nie jęknęła i jakimś sposobem udało jej się
odepchnąć ręką i poderwać na równe nogi. Kołysała się przez chwilę,
odzyskując równowagę, i przez cały czas trzymała przed sobą kij.
Cyna z ołowiem, pomyślał Elend. Dzięki niej nawet niezgrabiasz stawał
się zręczny. A ktoś, kto zazwyczaj poruszał się z wdziękiem, jak Vin...
Kobieta zmrużyła oczy, z uporem zacisnęła zęby, a na jej twarzy malowało
się niezadowolenie. Nie lubiła przegrywać - nawet jeśli jej przeciwnik
był od niej znacznie silniejszy.
Elend wyprostował się, chcąc zaproponować koniec ćwiczeń. W tej właśnie
chwili Vin rzuciła się do przodu.
Ham uniósł kij i zamachnął się, gdy znalazła się w zasięgu ciosu. Vin
uskoczyła w bok, kij minął ją o kilka cali. Wtedy uniosła swoją broń i uderzyła nią w kij Hama, pozbawiając go równowagi. Przykucnęła i rzuciła
się do ataku.
Przeciwnik jednak szybko się opanował. Pozwolił, by siła jej uderzenia
obróciła go i wykorzystał szybkość tego ruchu, by zadać potężny cios
wycelowany w pierś Vin.
Elend krzyknął.
Vin podskoczyła.
Nie miała metalu, od którego mogła się Odepchnąć, ale to nie miało
znaczenia. Wyskoczyła na dobre siedem stóp w powietrze, bez trudu
przeskakując nad kijem Hama. Zrobiła salto w powietrzu, jedną ręką
obracając swoją broń.
Wylądowała na ziemi, jej kij już obracał się nisko, jego koniec podrywał
kurz z ziemi. Cios trafił Hama w łydki. Mężczyzna stracił równowagę i z krzykiem upadł na plecy.
Vin znów podskoczyła.
Ham uderzył w ziemię, a Vin wylądowała mu na piersiach. Spokojnie
postukała go w czoło końcem swojego kija.
- Wygrałam.
Leżący mężczyzna wyglądał na oszołomionego, kobieta siedziała mu na
piersi. Na dziedzińcu powoli opadał kurz i popiół.
- A niech to... - wyszeptał Spook, wypowiadając opinię wszystkich
przyglądających się żołnierzy.
W końcu Ham się roześmiał.
- Dobra, pokonałaś mnie. A teraz, mogłabyś być tak miła i przynieść mi
coś do picia, kiedy będę próbował przywrócić czucie w nogach?
Vin uśmiechnęła się, zeskoczyła z niego i pośpieszyła spełnić jego
prośbę. Ham potrząsnął głową i podniósł się. Nie kulał zbyt mocno -
pewnie będzie miał sińce, ale nie przeszkadzało mu to. Cyna z ołowiem
nie tylko zwiększała siłę, prędkość i poczucie równowagi, ale też
wzmacniała ciało. Mężczyzna mógł bez trudu otrząsnąć się po ciosie,
który połamałby Elendowi nogi.
Ham dołączył do nich, skinął głową Clubsowi i poklepał Spooka po
ramieniu. Później oparł się o balustradę i zaczął masować lewą łydkę,
krzywiąc się lekko.
- Przysięgam, Elendzie, czasem walka z tą dziewczyną jest jak pojedynek
z podmuchem wiatru. Nigdy nie ma jej tam, gdzie się jej spodziewam.
- Jak ona to zrobiła, Ham? - spytał Elend. - To znaczy ten skok. Wydawał
się nieludzki, nawet dla Allomanty.
- Wykorzystała Stal, prawda? - powiedział Spook.
- Wątpię. - Ham pokręcił głową.
- No to jak? - spytał młody król.
- Allomanta nie musi być silny fizycznie, by mieć ogromną moc. - Ham
westchnął i opuścił nogę. - Gdyby Vin była Feruchemiczką, sprawa
wyglądałaby zupełnie inaczej... Jeśli kiedyś zobaczycie Sazeda, gdy
zwiększa swoją siłę, przekonacie się, że rosną mu mięśnie. Ale w Allomancji cała siła pochodzi z metalu, nie z ciała. Większość Zbirów, w tym i ja, uważa, że jeśli wzmocnią swoje ciało, zwiększy to ich moc. W końcu muskularny mężczyzna spalający cynę z ołowiem będzie silniejszy od
zwykłego mężczyzny z taką samą allomantyczną mocą.
Ham podrapał się po brodzie, spoglądając w stronę, w którą udała się
Vin.
- Ale... cóż, zaczynam sądzić, że może też istnieć inny sposób. Vin jest
drobniutka i malutka, ale kiedy spala cynę z ołowiem, staje się
kilkanaście razy silniejsza od zwykłego wojownika. Mieści całą tę siłę w malutkim ciele i nie musi się przejmować ciężarem potężnych mięśni. Jest
jak... owad. O wiele silniejsza, niż wskazywałby jej ciężar i ciało. I dlatego, kiedy skacze, to naprawdę skacze.
- Ale ty i tak jesteś od niej silniejszy - zauważył Spook.
Ham pokiwał głową.
- I mogę to wykorzystać. Zakładając, że uda mi się ją trafić. A ostatnio
robi się to coraz trudniejsze.
Vin wróciła, niosąc dzban ze schłodzonym sokiem. Najwyraźniej
postanowiła pójść do twierdzy, zamiast przynieść trochę ciepłego piwa,
które trzymali pod ręką na dziedzińcu. Podała dzban Hamowi, przyniosła
też kubki dla Elenda i Clubsa.
- Hej! - odezwał się Spook, gdy zaczęła nalewać. - A co ze mną?
- Głupio wyglądasz z tą brodą - zauważyła, nie przerywając nalewania.
- I nie dostanę nic do picia?
- Nie.
- Vin, dziwna z ciebie dziewczyna - stwierdził Spook po chwili
milczenia.
Vin przewróciła oczami, po czym spojrzała w stronę beczki z wodą w rogu
dziedzińca. Jeden z cynowych kubków, które leżały obok, uniósł się w powietrze i przeleciał przez plac. Kobieta wyciągnęła rękę, złapała go i postawiła na balustradzie przed Spookiem.
- Zadowolony?
- Będę, kiedy nalejesz mi coś do picia - odparł.
Clubs chrząknął i pociągnął łyk z kubka. Wyciągnął rękę, zdjął z balustrady dwie monety i je schował.
- Hej, właśnie! - powiedział Spook. - Jesteś mi winien, El. Płać.
Elend opuścił kubek.
- Nie zgodziłem się na zakład.
- Zapłaciłeś wujkowi Nerwowemu. Czemu nie mnie?
Młody król zawahał się, westchnął, wyciągnął dziesięcioskrzyńcową monetę
i położył ją obok Spooka. Chłopak uśmiechnął się i zdjął obie płynnym
ruchem ulicznego złodziejaszka.
- Dzięki za zwycięstwo, Vin - powiedział i mrugnął do niej.
Kobieta zmarszczyła czoło.
- Postawiłeś przeciwko mnie?
Elend roześmiał się i wychylił przez balustradę, by ją pocałować.
- Nie miałem zamiaru. Clubs mnie zmusił.
Generał prychnął, wychylił resztę soku i wyciągnął w stronę Vin rękę z kubkiem. Kiedy nie zareagowała, odwrócił się do Spooka i spojrzał na
niego znacząco. Chłopak w końcu westchnął i podniósł dzban.
Vin nadal patrzyła na Elenda z niezadowoloną miną.
- Na twoim miejscu bym uważał, Elendzie - powiedział ze śmiechem Ham. -
Ona umie solidnie przywalić.
Elend pokiwał głową.
- Nie powinienem jej denerwować, kiedy w okolicy jest broń, co?
- Mnie to mówisz? - odparł Ham.
Vin prychnęła i przeszła na drugą stronę, żeby stanąć obok Elenda.
Mężczyzna objął ją ramieniem i w tej właśnie chwili zauważył błysk
zazdrości w oczach Spooka. Podejrzewał, że chłopak kocha się w Vin, i wcale go to nie dziwiło.
Spook potrząsnął głową.
- Muszę sobie znaleźć kobietę.
- Ta broda ci w tym nie pomoże - zauważyła Vin.
- To jest przebranie - odpowiedział. - El, nie mógłbyś mi nadać jakiegoś
tytułu albo czegoś w tym rodzaju?
Król się uśmiechnął.
- Wątpię, żeby to coś dało, Spook.
- Tobie pomogło.
- Nie sądzę - odpowiedział Elend. - Myślę, że Vin pokochała mnie raczej
mimo tytułu niż dzięki niemu.
- Ale miałeś inne przed nią - sprzeciwił się Spook. - Szlachetnie
urodzone.
- Parę - przyznał Elend.
- Choć Vin ma w zwyczaju wykańczać konkurencję - mruknął Ham.
Elend się roześmiał.
- Wiecie, zrobiła to tylko raz. I myślę, że Shan sobie zasłużyła... w końcu próbowała mnie wtedy zabić. - Popatrzył z miłością na Vin. - Choć
muszę przyznać, że Vin źle działa na inne kobiety. W jej obecności
wszystkie wydają się takie bezbarwne.
Spook przewrócił oczami.
- Ale ciekawiej jest, kiedy je zabija.
Ham zaśmiał się i pozwolił, by chłopak dolał mu soku.
- Ostatni Imperator jeden wie, co by zrobiła, gdybyś kiedykolwiek
próbował ją zostawić, Elendzie.
Vin natychmiast zesztywniała, przyciągając go mocniej. Zbyt wiele razy
została opuszczona. Nawet po tym wszystkim, co razem przeżyli, nawet po
propozycji małżeństwa, Elend i tak musiał cały czas ją zapewniać, że
nigdy jej nie zostawi.
Czas zmienić temat, uznał Elend, czując zmianę nastroju rozmowy.
- Cóż - powiedział - ja idę do kuchni coś zjeść. Pójdziesz ze mną, Vin?
Kobieta spojrzała w niebo - pewnie sprawdzała, ile czasu zostało do
zmroku. W końcu pokiwała głową.
- Ja też pójdę - wtrącił Spook.
- Ależ nie - sprzeciwił się Clubs, chwytając chłopaka za kark. -
Zostaniesz tutaj do chwili, kiedy wyjaśnisz mi ze szczegółami, jak
zdobyłeś mundur jednego z moich żołnierzy.
Elend się roześmiał. Mimo nieco przykrego końca rozmowy, czuł się teraz
o wiele lepiej. Zawsze go zadziwiało, jak członkowie ekipy Kelsiera
śmiali się i żartowali, nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Sprawiali,
że zapominał o swoich problemach. Może to dziedzictwo Ocalałego. Kelsier
najwyraźniej nalegał na śmiech, niezależnie od trudności. Dla niego to
był rodzaj buntu.
Ich problemy w ten sposób wcale nie znikały. Wciąż musieli stawić czoło
kilkakrotnie większej armii, w mieście, którego nie mieli jak obronić.
Jednakże, jeśli ktoś mógł przetrwać taką sytuację, to właśnie ekipa
Kelsiera.
***
Później tego wieczoru, po posiłku, na który namówił ją Elend, Vin
ruszyła razem z nim do swoich komnat.
Tam siedziała idealna replika wilczarza, którego wcześniej przyniosła.
Zwierzę spojrzało na nią i się ukłoniło.
- Witaj z powrotem, panienko - powiedział kandra stłumionym głosem.
Elend zagwizdał z podziwem, a Vin obeszła stwora. Każdy włosek przylegał
idealnie do ciała. Gdyby się nie odezwał, nie odróżniłaby go od
prawdziwego psa.
- Jak sobie radzisz z mówieniem? - spytał Elend.
- Struny głosowe powstają z ciała, nie z kości, Wasza Wysokość - odparł
OreSeur. - Starsi kandra uczą się manipulować swoimi ciałami, nie tylko
je odtwarzać. Wciąż muszę zjeść trupa, żeby zapamiętać i oddać jego
rysy, ale umiem też improwizować.
Vin skinęła głową.
- Czy to dlatego tworzenie tego ciała zajęło ci dużo więcej czasu niż
zwykle?
- Nie, panienko - odpowiedział kandra. - Sierść. Bardzo mi przykro, że
cię nie ostrzegłem... dokładne rozmieszczenie futra wymaga wielkiej
precyzji i wysiłków.
- Właściwie nawet o tym wspominałeś - powiedziała i machnęła ręką.
- Co sądzisz o swoim nowym ciele, OreSeur? - spytał Elend.
- Szczerze, Wasza Wysokość?
- Oczywiście.
- Jest obraźliwe i poniżające - odpowiedział kandra.
Vin uniosła brew. To bardzo bezpośrednie jak na ciebie, Renoux,
pomyślała. Czujesz się dziś nieco wojowniczy?
Spojrzał na nią, a ona spróbowała - bezskutecznie - odczytać wyraz jego
psiego pyska.
- Ale - powiedział Elend - i tak będziesz je nosił, prawda?
- Oczywiście, Wasza Wysokość - stwierdził OreSeur. - Prędzej bym umarł,
niż złamał Kontrakt.
Elend spojrzał na Vin z taką miną, jakby właśnie coś jej udowodnił.
Każdy może twierdzić, że jest lojalny, pomyślała. Jeśli ktoś ma
"Kontrakt", który gwarantuje jego honor, tym lepiej. To sprawia, że
zaskoczenie jest jeszcze bardziej dojmujące, kiedy zwraca się przeciwko
tobie.
Elend najwyraźniej na coś czekał. Vin westchnęła.
- OreSeurze, będziemy w najbliższym czasie spędzać razem więcej czasu.
- Jeśli tego sobie życzysz, panienko.
- Nie jestem pewna - odparła. - Ale tak będzie. Jak dobrze poruszasz się
w tym ciele?
- Wystarczająco dobrze, panienko.
- Chodź - powiedziała. - Zobaczymy, czy możesz dotrzymać mi kroku.
7
7
Sazed nigdy nie sądził, że będzie miał powód, by polubić klepiska.
Okazały się jednak wyjątkowo użyteczne przy nauce pisania. Wypisał kilka
słów za pomocą długiego kija, na wzór dla pół tuzina uczniów. Oni
zaczęli je przepisywać, każde słowo kilka razy.
Nawet po spędzeniu roku wśród różnych grup wiejskich skaa, Terrisanina
wciąż zadziwiało ich ubóstwo. W całej wiosce nie było nawet kawałka
kredy, nie wspominając o papierze i atramencie. Połowa dzieciaków
biegała nago, a ich jedynym schronieniem były chałupy - długie
jednoizbowe budynki z połatanymi dachami. Skaa na szczęście mieli
narzędzia rolnicze, ale żadnych łuków czy proc do polowania.
Sazed zaprowadził grupę wieśniaków do opuszczonego dworu, lecz i tam
niewiele udało się znaleźć. Zaproponował starszyźnie wioski, by na zimę
wszyscy przenieśli się do dworu, ale wątpił, by to zrobili. Wchodzili do
niego ze strachem i wielu wolało się nie oddalać od swojego przewodnika.
Dwór kojarzył im się z panami, a panowie z bólem.
Jego uczniowie wciąż pisali. Poświęcił sporo czasu, by przekonać
starszych, dlaczego pisanie jest ważne. W końcu wybrali mu kilku uczniów
- z pewnością częściowo dlatego, by dał im spokój. Kręcił głową,
patrząc, jak piszą. W ich nauce nie było pasji. Przyszli, bo im kazano i dlatego, że chciał tego "mistrz Terrisanin", a nie dlatego, że pragnęli
się czegoś nauczyć.
Przed Upadkiem Sazed często wyobrażał sobie, jak będzie wyglądał świat,
gdy Ostatni Imperator zostanie obalony. Wyobrażał sobie, jak Opiekunowie
wychodzą z ukrycia, przynosząc zapomnianą wiedzę i prawdy
podekscytowanym, wdzięcznym ludziom. Wyobrażał sobie, jak wieczorami
naucza przy ciepłym palenisku, opowiada historie chętnym słuchaczom.
Nigdy nie spodziewał się wioski, pozbawionej dorosłych mężczyzn, której
mieszkańcy byli wieczorem zbyt wyczerpani, by zwracać uwagę na opowieści
z przeszłości. Nigdy nie wyobrażał sobie ludzi, którzy wydawali się
raczej zirytowani jego obecnością niż wdzięczni.
Musisz zachować cierpliwość, powiedział sobie surowo. Jego marzenia
wydawały się teraz pychą. Opiekunowie, którzy żyli przed nim, ci, którzy
zginęli, zachowując w tajemnicy swoją wiedzę, nie spodziewali się
pochwał i wdzięczności. W powadze i ciszy wykonywali swoje wielkie
zadanie.
Sazed wstał i obejrzał dzieła uczniów. Stawali się coraz lepsi -
rozpoznawali już wszystkie litery. Nie było to wiele, ale przynajmniej
robili postępy. Skinął na nich, pozwalając im się rozejść, by pomogli w przygotowywaniu wieczornego posiłku.
Ukłonili się i odeszli. Sazed podążył za nimi i ujrzał ciemniejące niebo
- prawdopodobnie zbyt długo zatrzymał tu uczniów. Pokręcił głową,
przechodząc między chałupami. Znów nosił szaty lokaja w kolorowe wzory i założył część z kolczyków. Trzymał się starych zwyczajów, ponieważ były
znajome, choć jednocześnie były symbolem ucisku. Jak będą się ubierać
następne pokolenia Terrisan? Czy styl życia narzucony przez Ostatniego
Imperatora stanie się nieodłączną częścią ich kultury?
Zatrzymał się na skraju wioski, patrząc w głąb południowej doliny.
Wypełniała ją pociemniała ziemia, czasem porośnięta brązowymi pnączami
lub krzewami. Żadnej mgły - ta nadchodziła jedynie nocą. Opowieści
musiały być zmyślone. To, co widział, to z pewnością czysty przypadek.
A nawet jeśli nie, jakie to miało znaczenie? Badanie takich spraw nie
było jego zadaniem. Teraz, po Upadku, musiał szerzyć wiedzę, nie
marnować czas, goniąc głupie plotki. Opiekunowie nie byli już badaczami,
lecz nauczycielami. Nosił przy sobie tysiące ksiąg - informacje na temat
uprawy roli, dbania o higienę, rządów i medycyny. Musiał przekazać je
skaa. Taką decyzję podjął Synod.
A jednak w duchu Sazed nie mógł się z tym zgodzić. To sprawiało, że czuł
się winny - wieśniacy potrzebowali jego nauki, a on tak bardzo pragnął
im pomóc. Jednak... miał wrażenie, że czegoś brakuje. Ostatni Imperator
zginął, mimo to Sazedowi zdawało się, że historia jeszcze się nie
skończyła. Czy o czymś zapomniał?
O czymś większym nawet od Ostatniego Imperatora? Czymś tak wielkim, tak
potężnym, że praktycznie niewidocznym?
A może po prostu chcę, żeby było coś jeszcze, zastanawiał się. Spędziłem
większą część życia, stawiając opór i walcząc, podejmując ryzyko, które
inni Opiekunowie uważali za szaleństwo. Nie byłem zadowolony z udawanego
podporządkowania - musiałem wziąć udział w rebelii.
Mimo jej sukcesów bracia Sazeda wciąż nie wybaczyli mu jego udziału.
Wiedział, że Vin i pozostali uważali go za potulnego, jednak w porównaniu z innymi Opiekunami był szalony. Lekkomyślny, niegodny
zaufania głupiec, który przez swój brak cierpliwości zagroził całemu
zakonowi. Wierzyli, że ich obowiązkiem było czekanie na dzień, kiedy
Ostatni Imperator odejdzie. Feruchemików było zbyt mało, by ryzykować
otwarty bunt.
Sazed okazał nieposłuszeństwo. Teraz z trudem przyzwyczajał się do
spokojnego życia nauczyciela. Czy podświadomie wyczuwał, że ludzie są
wciąż w niebezpieczeństwie, czy też po prostu nie mógł zaakceptować
znalezienia się na marginesie?
- Mistrzu Terrisaninie!
Sazed obrócił się na pięcie. Głos był przerażony. Kolejna śmierć we
mgle, pomyślał od razu. Zadziwiające, lecz inni skaa zostali w chałupach, nawet słysząc przerażony głos. Uchyliło się kilkoro drzwi,
lecz nikt nie wybiegł na zewnątrz w przerażeniu - choćby z ciekawości -
gdy wołający zbliżył się do Sazeda. To była jedna z chłopek pracujących
w polu, krępa kobieta w średnim wieku. Terrisanin sprawdził swoje
rezerwy - miał przy sobie swoją cynoołowiomyśl, dodającą mu sił, oraz
żelazny pierścień, zwiększający szybkość. Nagle zaczął żałować, że nie
założył innych bransolet.
- Mistrzu Terrisaninie! - zawołała zdyszana kobieta. - On wrócił! Wrócił
po nas!
- Kto? - spytał Sazed. - Ten, który zginął w mgłach?
- Nie, mistrzu Terrisaninie. Ostatni Imperator.
***
Sazed znalazł go tuż poza granicami wioski. Zaczynało się już robić
ciemno i kobieta, która go sprowadziła, przerażona wróciła do swojej
chaty. Sazed mógł sobie tylko wyobrazić, jak czują się biedacy -
uwięzieni przez nadejście nocy i mgły, a jednocześnie przerażeni
niebezpieczeństwem kryjącym się na zewnątrz.
A było to ogromne niebezpieczeństwo. Nieznajomy czekał w milczeniu na
ubitej drodze, odziany w czarną szatę, niemal dorównujący Sazedowi
wzrostem. Był łysy i nie nosił biżuterii - pomijając oczywiście wielkie
żelazne kolce wbite w jego oczy.
Nie Ostatni Imperator. Stalowy Inkwizytor.
Sazed nie rozumiał, jakim sposobem te istoty nadal żyły. Kolce były tak
szerokie, że wypełniały cały oczodół. Zniszczyły gałki oczne, a ich
końcówki wystawały z tyłu czaszki. Z ran nie płynęła krew, przez co
wydawały się jeszcze dziwniejsze.
Całe szczęście, że Sazed znał tego Inkwizytora.
- Marsh - powiedział cicho, a wokół nich pojawiły się mgły.
- Trudno cię wyśledzić, Terrisaninie - powiedział Marsh, a jego głos
zaskoczył Sazeda.
Zmienił się, stał się bardziej chrapliwy, szorstki. Wydawał się teraz
zgrzytliwy, jak u kogoś cierpiącego na ciągły kaszel. Zupełnie jak u innych Inkwizytorów, których Sazed słyszał.
- Wyśledzić? - powtórzył Sazed. - Nie spodziewałem się, że inni będą
chcieli mnie odnaleźć.
- A jednak - stwierdził Marsh, kierując się na południe. - Udało mi się.
Musisz iść ze mną.
Sazed zmarszczył czoło.
- Co? Marsh, mam tu swoje zadania.
- Nieważne - odpowiedział tamten i znów się odwrócił, skupiając bezokie
spojrzenie na Sazedzie.
Czy tylko mi się wydaje, czy od ostatniego naszego spotkania stał się
dziwniejszy? Sazed zadrżał.
- O co chodzi, Marsh?
- Dom Modlitwy Seran jest pusty.
Sazed zastanowił się nad tym. Dom Modlitwy był twierdzą Zakonu na
południu - miejscem, gdzie Inkwizytorzy i wysocy obligatorzy wycofali
się po Upadku.
- Pusty? - spytał. - Mało prawdopodobne.
- A jednak tak jest - odparł Inkwizytor. Mówiąc, nie używał mowy ciała.
Żadnych gestów, żadnej mimiki.
- Ja... - Sazed nie dokończył. Jakie informacje, jakie cuda, tajemnice
muszą się znajdować w bibliotekach Domu Modlitwy.
- Musisz iść ze mną - powtórzył Marsh. - Mogę potrzebować pomocy, jeśli
odkryją mnie moi bracia.
Moi bracia. Od kiedy Inkwizytorzy są "braćmi" Marsha? W ramach planu
Kelsiera Marsh wkradł się w ich szeregi. Był pomiędzy nimi zdrajcą, nie
ich bratem.
Sazed się zawahał. Profil Inkwizytora wyglądał nienaturalnie, nawet
niepokojąco w słabym świetle. Niebezpiecznie.
Nie bądź głupi, złajał się w duchu Sazed. Marsh był bratem Kelsiera -
jedynym pozostałym przy życiu krewnym Ocalałego. Jako Inkwizytor, miał
pewną władzę nad Stalowym Zakonem i wielu obligatorów słuchało go mimo
jego roli w rebelii. Dla rządów Elenda Venture był bezcennym skarbem.
- Idź po swoje rzeczy - powiedział Marsh.
Moje miejsce jest tutaj, pomyślał Sazed. Powinienem uczyć ludzi, a nie
włóczyć się po kraju w pogoni za własnym ego.
A jednak...
- Mgły przychodzą w ciągu dnia - stwierdził cicho Inkwizytor.
Sazed uniósł wzrok. Marsh wpatrywał się w niego, w ostatnich promieniach
słońca końce kolców błyszczały niczym dyski. Przesądni skaa sądzili, że
Inkwizytorzy umieją czytać w myślach, choć Sazed wiedział, że to bzdura.
Inkwizytorzy posiadali moce Zrodzonych z Mgły, mogli więc wpływać na
uczucia innych, ale nie potrafili czytać w myślach.
- Dlaczego to powiedziałeś? - spytał.
- Bo to prawda - odparł Marsh. - Nic się jeszcze nie skończyło,
Sazedzie. Nawet się nie zaczęło. Ostatni Imperator... był tylko
opóźnieniem. Trybikiem. Teraz, gdy zginął, pozostało nam mało czasu.
Pójdź ze mną do Domu Modlitwy... musimy go przeszukać, skoro mamy taką
możliwość.
Sazed zawahał się, po czym pokiwał głową.
- Pozwól, że wyjaśnię to wieśniakom. Myślę, że możemy wyruszyć jeszcze
dziś wieczorem.
Marsh skinął głową, ale pozostał bez ruchu, gdy Sazed powrócił do
wioski. Po prostu stał w ciemnościach, pozwalając, by otoczyły go mgły.
Podziękowania
Podziękowania
Przede wszystkim na moją ogromną wdzięczność zasługują mój wspaniały
agent Joshua Bilmes i redaktor, Moshe Feder. Ten tom wymagał szczególnie
wnikliwego przygotowania, a oni stanęli na wysokości zadania. Niech
przyjmą moje podziękowania, podobnie ich asystenci, Steve Mancino
(również doskonały agent) i Denis Wong.
W wydawnictwie Tor jest wielu innych ludzi, którzy zasługują na moje
podziękowania. Larry Yoder (najlepszy przedstawiciel handlowy w kraju),
dzięki któremu ta powieść świetnie się sprzedaje. Seth Lerner, kierownik
artystyczny, który doskonale dopasowuje książki do ilustratorów. A skoro
już mowa o ilustratorach, sądzę, że Christian McGrath wspaniale sobie
poradził z okładką. Więcej przykładów można znaleźć na stronie
christianmcgrath.com. Isaac Stewart, mój przyjaciel, również pisarz,
przygotował wszystkie mapy i symbole na początkach rozdziałów. Możecie
go znaleźć na nethermore.com. Shawn Boyles jest oficjalnym ilustratorem
Zrodzonych z Mgły Lam i do tego świetnym gościem. Więcej informacji na
jego temat znajduje się na mojej stronie. Wreszcie chciałbym podziękować
działowi reklamy Tor, a szczególnie Dot Lin, która wspaniale promowała
moje książki i się mną zajmowała. Dziękuję wam wszystkim!
Kolejne podziękowania należą się moim pierwszym czytelnikom. Ci
niezmordowani ludzie czytają wczesne wersje moich powieści, rozwiązują
problemy, znajdują literówki i nieścisłości. Są to, w kolejności
losowej:
Ben Olsen, Krista Olsen, Nathan Goodrich, Ethan Skarstedt, Eric J.
Ehlers, Jillena O'Brien, C. Lee Player, Kimball Larsen, Bryce Cundick,
Janci Patterson, Heather Kirby, Sally Taylor, The Almighty Pronoun,
Bradley Reneer, Holly Venable, Jimmy, Alan Layton, Janette Layton,
Kaylynn ZoBell, Rick Stranger, Nate Hatfield, Daniel A. Wells, Stacy
Whitman, Sarah Bylund i Benjamin R. Olsen.
Specjalne podziękowania należą się ludziom z Provo Waldenbooks za ich
wsparcie. Sterling, Robin, Ashley oraz przerażający duet Steve
"Księgarz" Diamond i Ryan McBride (byli również pierwszymi
czytelnikami). Muszę również podziękować bratu Jordanowi za pracę nad
moją stroną internetową (razem z Jeffem Creerem). Jordo pełni również
oficjalną funkcję "gościa, który pilnuje, żeby Brandonowi nie odbiła
palma", a jego obowiązkiem jest wyśmiewanie się ze mnie i moich książek.
Także moi rodzice i siostry zawsze są pomocni. Jeśli zapomniałem o którymś z pierwszych czytelników, przepraszam! Następnym razem umieszczę
was podwójnie. Peterze Ahlstromie, nie zapomniałem o tobie - po prostu
umieściłem cię na końcu, żebyś się trochę denerwował.
I wreszcie dziękuję swojej cudownej żonie, którą poślubiłem w trakcie
redagowania tej książki. Emily, kocham cię!
8
8
Vin rzuciła się w mgłę. Szybowała w nocnym powietrzu, przelatując nad
spowitymi w ciemność domami i ulicami. Czasami widziała gdzieś niewielką
kulę światła - patrol straży, a może jakiś pechowy nocny wędrowiec.
Zaczęła opadać i natychmiast rzuciła przed siebie monetę. Odepchnęła ją,
a jej ciężar popchnął kawałek metalu w dół. Gdy metal uderzył w bruk,
jej Pchnięcie poderwało ją do góry i uniosło w powietrze. Łagodne
Odepchnięcia były bardzo trudne - każda moneta, od której się Odpychała,
każdy skok, który wykonywała, wyrzucały ją w powietrze z ogromną
prędkością. Skoki Zrodzonego z Mgły nie przypominały lotu ptaka,
bardziej drogę rykoszetującej strzały.
A jednak był w nich wdzięk. Vin odetchnęła głęboko, wznosząc się nad
miastem, smakując chłodne wilgotne powietrze. Za dnia Luthadel pachniało
paleniskami, rozgrzanymi odpadkami i popiołem. W nocy mgły nadawały mu
cudowną chłodną rześkość, niemal czystość.
Vin dotarła na szczyt i przez chwilę tak wisiała, gdy jej pęd zaczął się
zmieniać, po czym znów zaczęła opadać ku miastu. Pasma płaszcza unosiły
się wokół niej, plącząc się z włosami. Spadała z zamkniętymi oczami,
pamiętając pierwsze kilka tygodni szkolenia pod spokojnym - choć uważnym
- spojrzeniem Kelsiera. On jej to dał. Wolność. Mimo dwóch lat bycia
Zrodzoną z Mgły nigdy nie przestawała czuć się cudownie i upajająco,
kiedy szybowała wśród mgieł.
Spalała stal z zamkniętym oczami - linie i tak się pojawiały, widoczne
niczym plątanina niebieskich nici na tle czerni powiek. Wybrała dwie,
kierujące się w dół za jej plecami, i Odepchnęła, znów wznosząc się
łukiem.
Jak ja sobie bez tego radziłam? - pomyślała Vin, otwierając oczy i owijając się płaszczem.
W końcu zaczęła znów spadać i tym razem nie rzuciła monety. Spaliła cynę
z ołowiem, by wzmocnić kończyny, i wylądowała z hukiem na murze
otaczającym Twierdzę Venture. Brąz nie wskazywał na aktywność
allomantyczną w pobliżu, a stal nie ukazała żadnych nietypowych wzorów
metalu zbliżających się do twierdzy.
Przykucnęła na chwilę na ciemnym murze, na samej jego krawędzi,
obejmując ją palcami stóp. Kamień był chłodny, a cyna sprawiała, że
skóra Vin była bardziej wrażliwa niż normalnie. Wyczuwała, że mur
powinien zostać oczyszczony - zaczynały go pokrywać porosty, zachęcane
przez nocną wilgoć i chronione przed słońcem przez pobliską wieżę.
Vin przyglądała się, jak delikatny wietrzyk porusza mgły. Nim jeszcze
zobaczyła ruch na ulicy poniżej, usłyszała go. Napięła się, sprawdzając
swoje rezerwy, lecz wtedy ujrzała sylwetkę wilczarza.
Rzuciła w dół monetę i zeskoczyła. OreSeur zaczekał, aż wyląduje obok
niego. Vin wykorzystała Odpychanie monety, by spowolnić upadek.
- Szybko się poruszasz - zauważyła z zadowoleniem.
- Musiałem tylko okrążyć pałac, panienko.
- Ale i tak trzymasz się bliżej mnie niż kiedykolwiek wcześniej. To
ciało wilczarza jest szybsze niż ludzkie.
OreSeur się zastanowił.
- Prawdopodobnie - przyznał po chwili.
- Możesz podążać za mną przez miasto?
- Pewnie tak - odparł kandra. - Jeśli się zgubimy, wrócę do tego
miejsca.
Vin odwróciła się i pobiegła boczną uliczką. OreSeur cicho ruszył za
nią.
Zobaczmy, jak poradzi sobie z bardziej wymagającą pogonią, pomyślała,
spalając cynę z ołowiem i zwiększając prędkość. Biegła po chłodnym
bruku, jak zawsze na bosaka. Zwykły człowiek by jej nie dogonił. Nawet
wyszkolony biegacz nie dotrzymałby jej kroku.
Z pomocą cyny z ołowiem Vin mogła biec godzinami z szaleńczą prędkością.
Metal dawał jej siłę i nieprawdopodobne wyczucie równowagi, gdy pędziła
przez mgłę ciemną ulicą, a za nią powiewał płaszcz.
OreSeur dotrzymywał jej kroku. Biegł obok niej, dysząc ciężko.
To robi wrażenie, pomyślała Vin, po czym skręciła w boczną uliczkę. Bez
trudu przeskoczyła przez sześciostopowy płot na jej końcu i znalazła się
w ogrodzie jakiegoś arystokraty. Obróciła się na pięcie, ślizgając się
na mokrej trawie, i zaczekała.
Kandra przeskoczył przez płot, jego psia postać wyłoniła się z mgły i wylądowała na glinie u stóp Vin. Zatrzymał się, usiadł na tylnych łapach
i dyszał. Jego spojrzenie wydało się jej wyzywające.
Dobra, pomyślała Vin, wyciągając garść monet. Dogoń mnie teraz.
Upuściła monetę i znów wzniosła się w powietrze. Obróciła się we mgle i Odepchnęła w bok od kranu przy studni. Wylądowała na dachu i zeskoczyła,
wykorzystując kolejną monetę do Odepchnięcia się nad ulicą.
Nie zatrzymywała się, skacząc z dachu na dach, w razie konieczności
wykorzystując monety. Od czasu do czasu spoglądała za siebie i widziała
ciemną postać, która próbowała ją gonić. Rzadko podążał za nią w ludzkiej postaci - przeważnie spotykała się z nim w określonych
punktach. Nocne wędrówki, skoki wśród mgły - to była prawdziwa domena
Zrodzonych z Mgły. Czy Elend rozumiał, o co ją prosi, kiedy powiedział
jej, żeby zabrała ze sobą OreSeura? Gdyby pozostawała na dole, na
ulicach, byłaby odsłonięta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przedmowa
Przedmowa
Studnia Wstąpienia była jedną z najtrudniejszych książek w mojej
karierze. Tak naprawdę jedyną, którą pisało mi się trudniej, był ostatni
tom Koła czasu. (A w tym przypadku duża część trudności wynikała z ciężaru oczekiwań.)
Gdybym miał cofnąć się w czasie do roku 2005, kiedy pisałem Studnię
Wstąpienia, znaleźlibyście w dużej mierze niesprawdzonego pisarza
obdarzonego (być może) zbyt wielką pewnością siebie. Jak wspominałem
przy wielu okazjach, napisałem kilkanaście powieści zanim wydałem
pierwszą - a ta droga do publikacji sprawiła, że charakteryzowała mnie
dziwna mieszanka naiwności i doświadczenia.
Wiele lat eksperymentowałem ze swoim stylem i byłem z niego całkiem
zadowolony. Znosiłem odmowy i przez lata uczyłem się pisać, choć nie
wiedziałem, czy kiedykolwiek będzie to coś więcej niż hobby. Pogodziłem
się z faktem, że do końca życia mogę pozostać niewydany, ale nie
powstrzymywało mnie to. Paradoksalnie ta świadomość dodawała mi pewności
siebie. Wiedziałem, że kocham pisać. Żadne kiepskie recenzje i niepowodzenie na rynku nie mogły doprowadzić mnie do kryzysu gorszego
niż te, przez które już przeszedłem.
Z drugiej strony były też rzeczy, których po prostu nigdy nie zrobiłem
albo przynajmniej robiłem rzadko - a na szczycie listy były sequele.
(Napisałem czternaście powieści, a wśród nich tylko jeden ciąg dalszy.)
Niemal wszystkie moje książki opisywały nowe światy, nowe systemy magii
i nowych bohaterów. Do tego byłem przyzwyczajony, jednak chciałem też
opowiedzieć historię, która wymagała serii.
Rozpocząłem Studnię Wstąpienia ze swoim charakterystycznym optymizmem,
a później poznałem na własnej skórze, jak trudno jest wziąć bohaterów i sięgnąć w nich głębiej. Pierwszy tom prawie nie sprawiał mi problemów, a ten rozpadł się na końcu, zaś po drodze miał wielkie problemy z tempem
narracji. Ale też, jak to bywa z wieloma rzeczami w życiu, im większe
wyzwanie, tym więcej dalej. Naprawianie tej książki między kolejnymi
wersjami sprawiło, że stałem się o wiele lepszym pisarzem.
Za ironię losu można uznać fakt, że Studnia Wstąpienia była historią,
którą zamierzałem napisać od początku. Kusiło mnie, żeby pominąć
opowieść o upadku Ostatniego Imperatora, bo martwiłem się, że będę się
poruszał po zbyt znajomym gruncie. Wszyscy piszą o tym, jak obalić
imperium - ale rzadko zdarzało mi się widzieć historię o rewolucjonistach zmuszonych, bo zostać politykami. Co się dzieje po
obaleniu rządu? Zbudowanie czegoś jest zawsze trudniejsze od
zniszczenia.
W tej książce wreszcie znalazłem czas, by eksplorować motywacje
bohaterów i zmusić ich do postawienia sobie trudnych pytań. Gdzie leży
granica między bezpieczeństwem a wolnością? Co zrobisz, gdy ideały
zawiodą? Co zrobisz, jeśli przejdziesz od bycia wyrzutkiem do
egzekwowania prawa?
Jestem ogromnie dumny z tej książki. Udowodniła mi, że potrafię naprawić
coś popsutego, a cierpienie związane z poprawianiem kolejnych wersji
może przynieść naprawdę wyjątkowe efekty. Zrealizowałem marzenia i udowodniłem sam sobie, że potrafię pisać o bohaterach i tematach - nie
tylko tworzyć szalone systemy magiczne i scenerię.
W pewnym sensie w Z Mgły Zrodzonym Kelsierowi łatwo było mówić o nadziei. Ta książka przypomina nam, że taka nadzieja i zaszczytne ideały
czasem mają swoją cenę.
1
1
Armia była niczym ciemna plama na horyzoncie.
Król Elend Venture stał nieruchomo na murach Luthadel, spoglądając na
wrogie wojska. Wokół niego na ziemię opadały wielkie płaty popiołu. Nie
wypalony, biały popiół, jak w palenisku, lecz czarny i żrący. Popielne
Góry były ostatnio wyjątkowo aktywne.
Czuł, jak sadza opada na jego twarz i ubranie, ale ignorował to. Krwawe
słońce niemal zachodziło na horyzoncie. Jego promienie padały na armię,
która przyszła odebrać Elendowi królestwo.
- Jak wielu? - spytał cicho.
- Jakieś pięćdziesiąt tysięcy - odparł Ham, opierając się o przedpiersie. Masywne ręce wsparł na kamieniu. Jak wszystko w mieście,
tak i mur znaczyły ślady niezliczonych opadów popiołu.
- Pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy... - powtórzył Elend.
Mimo licznych zaciągów, miał pod swoim dowództwem zaledwie dwadzieścia
tysięcy ludzi - i byli to chłopi po rocznym przeszkoleniu. Utrzymanie
nawet tak małej armii dużo go kosztowało. Gdyby udało im się odnaleźć
atium Ostatniego Imperatora, sprawy miałyby się zupełnie inaczej. Na
razie Elendowi groziła katastrofa gospodarcza.
- Co o tym myślisz? - spytał Elend.
- Nie wiem, El - odpowiedział cicho Ham. - To Kelsier miał wizję.
- Ale ty pomagałeś mu w planowaniu. Ty i pozostali, byliście jego ekipą.
To wy wymyśliliście strategię doprowadzenia do upadku imperium, a później wcieliliście ją w życie.
Ham umilkł, a młody król miał wrażenie, że słyszy jego myśli. To Kelsier
był najważniejszy. To on to zorganizował, to on zebrał nasze szalone
pomysły i stworzył z nich realny plan. On był przywódcą.
Geniuszem.
I zginął przed rokiem, dokładnie w dniu, w którym lud - zgodnie z jego
tajemnym planem - powstał, by obalić boskiego władcę. W chaosie, który
później nastąpił, Elend przejął władzę. Teraz wydawało się, że straci
wszystko, o co walczył Kelsier i jego ludzie. Podda się tyranowi, który
może się okazać gorszy od Ostatniego Imperatora. Małostkowemu,
przebiegłemu łotrowi w masce "arystokraty". Człowiekowi, który właśnie
prowadził swoją armię na Luthadel.
Własnemu ojcu, Straffowi Venture.
- Może udałoby ci się nakłonić go do zmiany zdania? - zapytał Ham.
- Może - odparł z wahaniem Elend. - Zakładając, że Zgromadzenie nie
podda miasta.
- A mają zamiar?
- Szczerze mówiąc, nie wiem. Martwię się, że tak. Armia ich przeraziła,
Ham. - I nie bez powodu. - Tak czy inaczej, mam propozycję spotkania za
dwa dni. Spróbuję ich przekonać, żeby nie robili niczego pochopnie.
Dockson dziś wrócił, prawda?
Ham pokiwał głową.
- Tuż przed dotarciem armii.
- Chyba powinniśmy zwołać spotkanie ekipy - stwierdził Elend. - Może
ktoś wpadnie na jakiś pomysł.
- I tak nie będzie wszystkich - zauważył Ham, drapiąc się po brodzie. -
Spook ma wrócić dopiero za tydzień, a Ostatni Imperator jeden wie, gdzie
się podziewa Breeze. Od miesięcy nie mieliśmy od niego wiadomości.
Elend westchnął i potrząsnął głową.
- Nie mam innych pomysłów, Ham. - Odwrócił się i znów spojrzał na
spopielałą ziemię. Po zachodzie słońca armia zaczęła rozpalać ogniska.
Wkrótce pojawią się mgły.
Muszę wrócić do pałacu i zastanowić się nad tą propozycją, pomyślał
Elend.
- Gdzie się podziała Vin? - spytał Ham.
Król się zastanowił.
- A wiesz, że nie mam pojęcia?
***
Vin wylądowała miękko na bruku i patrzyła, jak zaczynają ją otaczać
mgły. Pojawiały się wraz z zapadnięciem ciemności, wzrastały niczym
przezroczyste pnącza, oplatając się i zwijając.
W wielkim mieście Luthadel panowała cisza. Nawet teraz, rok po śmierci
Ostatniego Imperatora i przejęciu władzy przez Elenda, większość ludzi w nocy pozostawała w domach. Bali się mgieł, a wiara ta sięgała głębiej
niż rozkazy Ostatniego Imperatora.
Skradała się cicho. Wewnątrz jak zwykle spalała cynę i cynę z ołowiem.
Cyna wyostrzała zmysły, pozwalając jej widzieć w ciemnościach. Cyna z ołowiem dodawała sił i wydłużała krok. Tych dwóch metali, wraz z miedzią, która ukrywała ją przed Allomancją spalających brąz, używała
niemal przez cały czas.
Niektórzy twierdzili, że jest paranoiczką. Ona uważała się za
przygotowaną. Tak czy inaczej, ten nawyk wielokrotnie uratował jej
życie.
Zbliżyła się do rogu ulicy i wyjrzała. Nigdy tak naprawdę nie rozumiała,
jak spala metale - robiła to przez całe życie, instynktownie
wykorzystując Allomancję, nawet zanim Kelsier ją wyszkolił. Nie miało to
dla niej większego znaczenia. Nie była jak Elend - nie potrzebowała
logicznych wyjaśnień dla wszystkiego. Vin wystarczało, że, połykając
kawałki metalu, mogła korzystać z ich mocy.
Moc doceniała, gdyż dobrze wiedziała, jak wyglądało życie bez niej.
Nawet teraz nikt nie uznałby jej za wojowniczkę. Wiedziała, że ze swoimi
pięcioma stopami wzrostu, szczupłą sylwetką, ciemnymi włosami i bladą
skórą robiła wrażenie delikatnej. Co prawda nie była już niedożywiona,
jak w dzieciństwie na ulicach, ale z pewnością nie robiła wrażenia
groźnej.
I wcale jej to nie przeszkadzało. Dawało to jej przewagę - a tego
potrzebowała.
Lubiła także noc. W ciągu dnia Luthadel było zatłoczone i ograniczające,
nawet przy swoich rozmiarach. W nocy jednak mgły opadały niczym gęsta
chmura. Tłumiły, łagodziły, zasłaniały. Potężne fortece stawały się
zacienionymi górami, a zatłoczone domy stapiały się razem niczym
wypalone świece.
Vin skuliła się przy budynku, nadal wpatrując się w skrzyżowanie.
Ostrożnie sięgnęła w głąb siebie i rozpaliła stal - jeden z metali,
który połknęła wcześniej. Natychmiast pojawiły się wokół niej
przezroczyste niebieskie linie. Widoczne tylko dla niej, wskazywały na
pobliskie źródła metalu - każdego metalu. Grubość linii zależała od
wielkości kawałka metalu, z którym się łączyła. Niektóre wskazywały na
brązowe zawiasy drzwi, inne na żelazne gwoździe w ścianach.
Czekała w ciszy. Żadna z linii się nie poruszała. Palenie stali było
łatwym sposobem, by się zorientować, czy w okolicy ktoś się porusza.
Jeśli miał na sobie choć trochę metalu, ciągnęły się za nim błękitne
linie. Oczywiście, to nie było główne zastosowanie stali. Vin ostrożnie
sięgnęła do sakiewki i spomiędzy tkaniny wyjęła jedną z wielu monet.
Również od niej do piersi kobiety prowadziła błękitna linia.
Podrzuciła monetę, po czym chwyciła jej linię i spalając stal, Pchnęła
monetę. Kawałek metalu uniósł się w powietrze i zatoczył łuk pośród
mgieł. Upadł z brzękiem na środku ulicy.
Mgły wciąż się kłębiły. Były gęste i tajemnicze, nawet dla Vin. Bardziej
gęste niż zwykłe opary i bardziej stałe niż normalne zjawisko
atmosferyczne, burzyły się i wirowały, opływając ją strumieniami. Jej
wyostrzony cyną wzrok mógł je przebić - Dzięki niej noc wydawała się
jaśniejsza, mgły nieco mniej gęste. Ale wciąż tam były.
Na placu poruszył się cień, w reakcji na monetę, którą Odepchnęła jako
sygnał. Vin przekradła się bliżej i rozpoznała kandrę OreSeura. Nosił
inne ciało niż rok wcześniej, kiedy odgrywał rolę lorda Renoux. Jednak
ta łysiejąca, niczym się niewyróżniająca postać była teraz dla Vin
równie znajoma.
OreSeur podszedł do niej.
- Czy znalazłaś to, czego szukałaś, panienko? - zapytał głosem pełnym
szacunku, a jednocześnie jakby trochę wrogim. Jak zawsze.
Vin potrząsnęła głową, spoglądając w mrok.
- Może się myliłam? - odpowiedziała. - Może nikt mnie nie śledzi.
Te słowa sprawiły, że posmutniała. Miała ochotę na kolejne spotkanie z Obserwatorem. Wciąż nie wiedziała, kim jest. Za pierwszym razem uznała
go za skrytobójcę. I może tak rzeczywiście było. Jednak on w ogóle nie
wydawał się zainteresowany Elendem - za to bardzo Vin.
- Powinniśmy wrócić na mur - stwierdziła, podnosząc się. - Elend będzie
się zastanawiał, gdzie się podziałam.
OreSeur pokiwał głową. W tej właśnie chwili deszcz monet przebił mgły,
kierując się w stronę dziewczyny.
2
2
Vin zareagowała natychmiast i odskoczyła. Poruszała się z niewiarygodną
prędkością, jej mgielny płaszcz wirował, gdy ślizgała się po wilgotnym
bruku. Monety uderzyły w ziemię za jej plecami i odbiły się od kamienia,
pozostawiając ślady we mgle.
- OreSeur, idź! - rzuciła, choć on już uciekał w boczną uliczkę.
Vin przykucnęła, dotykając dłońmi i stopami zimnego kamienia. W jej
żołądku płonęły allomantyczne metale. Rozpaliła stal, obserwując
pojawiające się wokół przezroczyste niebieskie linie. Czekała w napięciu...
Kolejna grupa monet wystrzeliła z ciemnej mgły, a każda ciągnęła za sobą
niebieską linię. Vin natychmiast rozjarzyła stal i Odepchnęła monety,
kierując je w mrok.
Znów zapadła cisza.
Ulica była szeroka - jak na Luthadel - lecz domy po obu stronach
wznosiły się wysoko. Mgły wirowały leniwie, ukrywając krańce ulicy.
Spośród oparów wyłoniła się i zbliżyła grupa ośmiu mężczyzn. Vin się
uśmiechnęła. Miała rację - ktoś ją śledził. Ci ludzie nie byli jednak
Obserwatorem. Nie mieli jego dziwnego wdzięku, jego poczucia mocy. Byli
o wiele bardziej toporni. Skrytobójcy.
To miało sens. Gdyby ona miała zamiar podbić Luthadel, przede wszystkim
wysłałaby grupę Allomantów, by zabili Elenda.
Poczuła nagły nacisk z boku i zaklęła, gdy straciła równowagę, szarpana
przez sakiewkę. Rozwiązała rzemień, pozwalając, by wrogi Allomanta
Odepchnął monety z dala od niej. Skrytobójcy mieli co najmniej jednego
Monetostrzelnego - Mglistego, który spalał stal i Odpychał metale. W rzeczy samej, widziała błękitne linie prowadzące do sakiewek dwóch
skrytobójców. Vin zastanowiła się, czy nie odpowiedzieć tym samym i Odepchnąć ich sakiewki, ale się zawahała. Nie warto wykładać wszystkich
kart na stół. Mogła potrzebować tych monet.
Bez własnych monet nie mogła zaatakować na dystans. A jeśli to była
dobra drużyna, nie miałoby to większego sensu - ich Monetostrzelni i Szarpacze zajęliby się jej pociskami. Ucieczka też nie była
rozwiązaniem. Ci ludzie nie przyszli tylko po nią - gdyby uciekła,
ruszyliby dalej, w stronę swojego prawdziwego celu.
Nikt nie posyłał skrytobójców do zabicia ochroniarzy. Skrytobójcy
zabijali ważnych ludzi. Ludzi takich jak Elend Venture, król Środkowego
Dominium. Mężczyzna, którego kochała.
Vin rozjarzyła cynę z ołowiem - jej ciało stało się napięte, ożywione,
niebezpieczne. Czterech Zbirów na przodzie, pomyślała, spoglądając na
zbliżających się mężczyzn. Spalający cynę z ołowiem będą nieludzko
silni, zdolni do przeżycia wielu obrażeń. Z bliska niebezpieczni. A ten,
który niesie drewnianą tarczę, to Szarpacz.
Rzuciła się do przodu, zmuszając najbliższych Zbirów do cofnięcia się.
Ośmiu Mglistych przeciwko jednej Zrodzonej z Mgły to dla nich niezły
układ sił - ale tylko jeśli zachowają ostrożność. Dwaj Monetostrzelni
ustawili się po obu stronach ulicy, by móc ją Odpychać z obu kierunków.
Ostatni mężczyzna, stojący w milczeniu obok Szarpacza, musiał być
Dymiarzem - mało ważnym w walce, jego zadaniem było ukrywanie drużyny
przed wrogimi Allomantami.
Ośmiu Mglistych. Kelsier by sobie poradził, w końcu zabił Inkwizytora.
Ale ona nie była Kelsierem. Nie wiedziała jeszcze, czy to dobrze, czy
źle.
Vin odetchnęła głęboko, żałując, że nie ma trochę atium do poświęcenia,
i spaliła żelazo. To pozwoliło jej Przyciągnąć pobliską monetę - jedną z tych, które zostały wystrzelone w jej stronę - tak jak stal pozwoliłaby
ją Odepchnąć. Chwyciła ją, upuściła na ziemię i podskoczyła, udając, że
chce Odepchnąć monetę i wznieść się w powietrze.
Wówczas jeden z Monetostrzelnych Pchnął monetę, odrzucając ją na bok.
Ponieważ Allomancja pozwalała na Odpychanie ciała bezpośrednio od
przedmiotu - lub Przyciąganie do niego, Vin pozostała bez kotwicy.
Odepchnięcie się od monety rzuciłoby ją na bok.
Opadła na ziemię.
Niech myślą, że mają mnie w pułapce, pomyślała, kucając pośrodku ulicy.
Grupka Zbirów ruszyła do przodu z większą pewnością siebie. Tak,
pomyślała Vin, wiem, co sobie myślicie. To jest ta Zrodzona z Mgły,
która zabiła Ostatniego Imperatora? To chude coś? Czy to możliwe?
Sama się nad tym zastanawiała.
Pierwszy Zbir zaatakował i Vin natychmiast ruszyła. Obsydianowe sztylety
zamigotały, gdy uwolniła je z pochew, i popłynęła krew, kiedy uskoczyła
pod kijem napastnika i cięła go przez uda.
Mężczyzna krzyknął. Noc już nie była cicha.
Mgliści przeklinali, gdy Vin poruszała się między nimi. Partner Zbira
zaatakował ją - nieprawdopodobnie szybko, dzięki mocy cyny z ołowiem.
Jego kij zerwał pasmo tkaniny z płaszcza Vin, gdy rzuciła się na ziemię,
po czym natychmiast się poderwała, by znaleźć się poza zasięgiem
trzeciego Zbira.
W jej stronę poleciał deszcz monet. Vin Odepchnęła je. Monetostrzelny
nie przestawał jednak Odpychać - i Odpychanie Vin uderzyło w niego.
Przyciąganie i Odpychanie metali wiązało się z masą. A to - z monetami
pomiędzy nimi - oznaczało, że Vin została rzucona przeciwko skrytobójcy.
Oboje polecieli do tyłu. Vin znalazła się poza zasięgiem Zbira, a Monetostrzelny upadł na ziemię.
Kolejne monety spadły z drugiej strony. Nadal wirując w powietrzu, Vin
rozjarzyła stal, dodając sobie mocy. Niebieskie linie były splątane, ale
nie musiała izolować poszczególnych monet, by Odepchnąć je wszystkie.
Ten Monetostrzelny wypuścił pociski, gdy tylko poczuł dotyk Vin. Kawałki
metalu zniknęły wśród mgieł.
Vin uderzyła ramieniem o bruk. Przetoczyła się - rozjarzając cynę z ołowiem, by zachować równowagę - i poderwała na równe nogi. Jednocześnie
spaliła żelazo i Przyciągnęła znikające monety.
Popędziły w jej stronę. Gdy tylko się zbliżyły, Vin odskoczyła w bok i Odepchnęła je w stronę zbliżających się Zbirów.
Monety jednak natychmiast zmieniły kierunek ruchu i skręciły w stronę
Szarpacza. Nie mógł Odepchnąć monet - jego mocą jako Mglistego było
Przyciąganie żelazem. Zrobił to skutecznie, chroniąc Zbirów. Uniósł
tarczę i sapnął z wysiłku, gdy uderzyły w nią monety.
Vin znów się ruszyła. Pobiegła w stronę odsłoniętego Monetostrzelnego po
lewej, tego, który upadł na ziemię. Mężczyzna jęknął zaskoczony, a drugi
Monetostrzelny próbował rozproszyć Vin, lecz było już za późno.
Zginął ze sztyletem w piersi. Nie był Zbirem - nie mógł spalać cyny z ołowiem, by wzmocnić swoje ciało. Vin uwolniła sztylet, po czym
szarpnięciem zerwała jego sakiewkę. Mężczyzna zabulgotał cicho i upadł
na kamienie.
Jeden, pomyślała Vin, obracając się. Jej czoło skroplił pot. Musiała
teraz stawić czoło siedmiu mężczyznom w wąskiej, przypominającej
korytarz ulicy. Spodziewali się, że będzie uciekać. Ona jednak
zaatakowała.
Zbliżywszy się do Zbirów, skoczyła - i rzuciła na ziemię sakiewkę
zabraną umierającemu. Drugi Monetostrzelny krzyknął i natychmiast ją
Odepchnął. Vin jednak udało się już wznieść i przeskoczyła nad głowami
Zbirów.
Jeden z nich - ten ranny - był jednak na tyle bystry, by chronić
Monetostrzelnego. Gdy Vin wylądowała, uniósł pałkę. Uskoczyła przed jego
pierwszym atakiem, uniosła sztylet i...
W jej polu widzenia nagle pojawiła się niebieska linia. Vin natychmiast
zareagowała, skręcając i Odpychając się od zawiasów drzwi, by znaleźć
się poza jego zasięgiem. Uderzyła bokiem o ziemię, podparła się na dłoni
i stanęła na wilgotnych od mgły stopach.
Za jej plecami w ziemię uderzyła moneta, odbijając się od bruku. Nie
zbliżyła się do niej. Właściwie wydawała się wycelowana w pozostałego
przy życiu Monetostrzelnego. Prawdopodobnie był zmuszony, by ją
Odepchnąć.
Ale kto ją wystrzelił?
OreSeur? - zastanawiała się Vin.
Ale to by było głupie. Kandra nie był Allomantą - a poza tym nie
przejąłby inicjatywy. Robił wyłącznie to, co mu kazano.
Monetostrzelny wydawał się równie zaskoczony. Vin podniosła wzrok,
rozjarzając cynę, i ujrzała mężczyznę stojącego na szczycie pobliskiego
budynku. Ciemna sylwetka. Nie próbował się nawet ukryć.
To on, pomyślała. Obserwator.
Obserwator pozostał na swoim miejscu, nie wtrącając się, gdy grupa
Zbirów ruszyła na Vin. Zaklęła, widząc trzy kije opadające jednocześnie.
Uchyliła się przed jednym, ominęła drugi, a później wbiła sztylet w pierś mężczyzny trzymającego trzeci. Zatoczył się do tyłu, ale nie
upadł. Cyna z ołowiem dodawała mu sił.
Dlaczego Obserwator się wtrącił? - zastanawiała się Vin, odskakując.
Czemu rzucił tę monetę w stronę Monetostrzelnego, który przecież mógł ją
Odepchnąć?
Te myśli niemal kosztowały ją życie, gdy niezauważony Zbir zaatakował ją
z boku. To był mężczyzna, którego raniła w nogi. Vin zareagowała
wystarczająco szybko, by uchylić się przed jego ciosem. Przez to jednak
znalazła się w zasięgu pozostałych trzech.
Wszyscy zaatakowali jednocześnie.
Udało jej się uniknąć dwóch ciosów. Trzeci jednak trafił ją w bok.
Potężny cios rzucił ją na drugą stronę ulicy, uderzyła w drewniane drzwi
sklepu. Usłyszała trzask - całe szczęście drzwi, nie kości - i upadła na
ziemię, bez sztyletów. Zwykły człowiek już by nie żył, jednak jej
wzmocnione cyną z ołowiem ciało było twardsze.
Sapnęła ciężko, z trudem podniosła się na nogi i rozjarzyła cynę. Metal
wzmocnił jej zmysły - w tym poczucie bólu - i ten nagły wstrząs sprawił,
że oprzytomniała. Bolał ją bok w miejscu, w które została uderzona. Nie
mogła się jednak zatrzymać. Nie w chwili, gdy biegł ku niej Zbir,
unosząc kij do ciosu znad głowy.
Kucnąwszy w wejściu, Vin rozjarzyła cynę z ołowiem i chwyciła kij obiema
rękami. Warknęła, cofnęła lewą rękę i uderzyła pięścią w broń, jednym
ciosem miażdżąc twarde drewno. Zbir się zatoczył, a Vin uderzyła swoją
połową kija w jego oczy.
Choć oszołomiony, trzymał się na nogach. Nie mogę walczyć ze Zbirami,
pomyślała. Muszę się ruszać.
Rzuciła się w bok, ignorując ból. Tamci próbowali za nią podążyć, ale
ona była lżejsza, szczuplejsza i, co najważniejsze, szybsza. Okrążyła
ich, kierując się w stronę Monetostrzelnego, Dymiarza i Szarpacza. Ranny
Zbir cofnął się, by ich osłaniać.
Gdy Vin się zbliżyła, Monetostrzelny rzucił w jej stronę dwie garście
monet. Vin Odepchnęła je, po czym sięgnęła i Przyciągnęła te, które
mężczyzna wciąż miał w swojej sakiewce.
Monetostrzelny sapnął, gdy jego sakiewka szarpnęła się w stronę Vin.
Zarzuciło nim. Zbir chwycił go, by pomóc mężczyźnie utrzymać równowagę.
A skoro jej kotwica nie mogła się poruszyć, to Vin została Przyciągnięta
w jej stronę. Rozjarzyła żelazo i przeleciała w powietrzu, unosząc
pięść. Monetostrzelny krzyknął i pociągnął za rzemień, by uwolnić
sakiewkę.
Za późno. Pęd Vin popchnął ją do przodu, wbiła pięść w twarz mężczyzny.
Jego głowa się obróciła, kark trzasnął. Już na ziemi kobieta wbiła
łokieć w brodę zaskoczonego Zbira, odrzucając go do tyłu. Później
kopnęła go w gardło.
Żaden z mężczyzn się nie podniósł. Trzech załatwionych. Porzucona
sakiewka upadła na ziemię i pękła, rozsypując na bruku setki
błyszczących miedziaków. Zignorowała pulsowanie łokcia i odwróciła się
do Szarpacza. Stał z tarczą i wyglądał na dziwnie mało zmartwionego.
Nagle za jej plecami rozległ się głośny trzask. Vin krzyknęła, jej
wzmocnione przez cynę uszy zbyt mocno zareagowały na nagły dźwięk. Jej
głowę przeszył ból, uniosła dłonie do uszu. Zapomniała o Dymiarzu, który
stał, trzymając w rękach dwa kawałki drewna, wyrzeźbione tak, by wydawać
głośne dźwięki.
Ruchy i reakcje, działania i ich konsekwencje - to była kwintesencja
Allomancji. Cyna pozwalała jej przebijać wzrokiem mgły, dając przewagę
nad skrytobójcami. Jednocześnie sprawiała, że jej słuch był wyjątkowo
wrażliwy. Dymiarz znów uniósł kijki. Vin jęknęła i podniosła garść monet
z bruku, rzucając je w stronę Dymiarza. Szarpacz oczywiście Przyciągnął
je w swoją stronę. Odbiły się od jego tarczy. I wtedy Vin ostrożnie
Odepchnęła jedną, by upadła za plecami mężczyzny.
Ten opuścił swoją tarczę, nieświadom poczynań Vin. Ona zaś Przyciągnęła
samotną monetę w swoją stronę - i prosto w plecy Szarpacza. Upadł bez
słowa.
Czterech.
Wszyscy znieruchomieli. Grupa Zbirów biegnących w jej stronę zatrzymała
się, a Dymiarz opuścił kijki. Nie mieli Monetostrzelnych ani Szarpaczy -
nikogo, kto mógłby Przyciągać lub Odpychać metal - a Vin stała pośród
monet. Gdyby je wykorzystała, nawet Zbiry by tego nie wytrzymały.
Musiała tylko...
Kolejna moneta pojawiła się w powietrzu, wyrzucona z dachu Obserwatora.
Vin zaklęła i się uchyliła. Moneta jednak nie była wycelowana w nią.
Trafiła Dymiarza prosto w czoło. Mężczyzna przewrócił się na plecy.
Co? - pomyślała Vin, wpatrując się w trupa.
Zbiry zaatakowały, lecz ona się cofnęła, marszcząc czoło. Czemu zabijać
Dymiarza? Już nie był zagrożeniem.
Chyba że...
Vin zgasiła miedź i zapaliła brąz, metal, dzięki któremu mogła wyczuwać
innych Allomantów korzystających ze swoich mocy. Nie czuła Zbirów
palących cynę z ołowiem. Wciąż ktoś ich osłaniał, ukrywał Allomancję.
Ktoś inny palił miedź.
Nagle wszystko zaczęło mieć sens. Miało sens to, że grupa Mglistych
ryzykuje atak na Zrodzoną z Mgły. Miało sens to, że Obserwator strzelił
w stronę Monetostrzelnego. Miało sens, że zabił Dymiarza.
Vin znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Została jej chwila na podjęcie decyzji. Zrobiła tak pod wpływem
przeczucia, ale dorastała na ulicach, jako złodziejka i oszustka.
Przeczucia były dla niej bardziej naturalne niż logika.
- OreSeur! - wrzasnęła. - Do pałacu!
Oczywiście, był to szyfr. Vin skoczyła do tyłu, ignorując Zbirów, gdy
jej sługa wyłonił się z uliczki. Wyjął coś zza pasa i rzucił w stronę
kobiety - niewielką szklaną fiolkę, w jakich Allomanci przechowywali
opiłki metali. Vin szybko Przyciągnęła fiolkę do siebie. Niedaleko od
niej drugi Monetostrzelny - który udawał martwego - zaklął i wstał.
Vin obróciła się na pięcie i szybko połknęła zawartość fiolki. Atium.
Nie nosiła go przy sobie - nie mogła ryzykować, że ktoś Przyciągnie je
podczas walki. Rozkazała OreSeurowi, by tej nocy pozostawał blisko i w razie czego podał jej fiolkę.
Monetostrzelny wyciągnął zza pasa ukryty szklany sztylet i rzucił się w stronę Vin przed Zbirami, którzy również się zbliżali. Zrodzony z Mgły,
który czekał na właściwą chwilę, by zaatakować ją, kiedy nie będzie na
to przygotowana.
Na pewno miał atium, a istniał tylko jeden sposób walki z kimś, kto je
miał. Ten allomantyczny metal, używany jedynie przez Zrodzonych z Mgły,
bez trudu mógł zmienić przebieg bitwy. Każdy kawałek był wart fortunę -
lecz na co przyda jej się fortuna, jeśli umrze?
Vin spaliła atium.
Świat wokół niej jakby się zmienił. Wszystkie poruszające się przedmioty
- kołyszące się okiennice, unoszący się dym, napastnicy, nawet kłęby
mgły - wypuszczały swą przezroczystą replikę. Repliki te poruszały się
tuż przed swoimi rzeczywistymi odpowiednikami i pokazywały Vin, co się
stanie za chwilę.
Tylko Zrodzony z Mgły pozostał odporny. Rzucał nie jeden, a wiele cieni
atium - znak, że sam spalał ten metal. Zatrzymał się na chwilę. Ciało
Vin w tej właśnie chwili musiały otoczyć dziesiątki skłębionych śladów.
Teraz, kiedy widziała przyszłość, widziała jego zamiary, a to z kolei
zmieniało jej zamiary. To zaś zmieniało jego zamiary. I tak oto pojawiło
się nieskończenie wiele możliwości, niczym odbić w ustawionych naprzeciw
siebie lustrach. Żadne z nich nie miało przewagi.
Choć Zrodzony z Mgły się zatrzymał, trzech nieszczęsnych Zbirów nie
przerywało ataku, nie mieli bowiem pojęcia, że Vin paliła atium.
Odwróciła się, stając obok powalonego Dymiarza. Stopą podrzuciła
dźwięczące kijki w powietrze.
Jeden ze Zbirów zbliżył się i uniósł broń do ciosu. Przezroczysty cień
kija przeszedł przez ciało Vin. Uskoczyła w bok i poczuła, jak
rzeczywisty kij przelatuje ze świstem nad jej uchem. W aurze atium ten
manewr wydawał się łatwy.
Złapała jeden z kijków i uderzyła nim w szyję Zbira. Obróciła się,
pochwyciła drugi i trafiła nim w czaszkę mężczyzny. Zatoczył się,
jęcząc, a Vin znów obróciła się na pięcie, bez trudu unikając dwóch
kolejnych ciosów. Uderzyła swoimi kijkami z obu stron w głowę rannego
napastnika. Pękły - wydając pusty dźwięk - podobnie jak czaszka
mężczyzny.
Upadł i już się nie podniósł. Vin kopnięciem wyrzuciła jego broń w powietrze, wypuściła z rąk połamane kijki, i ją złapała. Obróciła się,
zakręciła kijem i podcięła obu pozostałych Zbirów. Płynnym ruchem zadała
dwa szybkie, mocne ciosy w ich twarze.
Przykucnęła, trzymając kij w jednej ręce, drugą opierając o wilgotne
kamienie. Zrodzony z Mgły nie zbliżał się, widziała niepewność w jego
oczach. Moc nie zawsze równała się umiejętnościom, a do tego właśnie
utracił dwie największe przewagi - zaskoczenie i atium.
Odwrócił się. Przyciągnął z ziemi garść monet i rzucił je. Nie w jej
stronę, lecz OreSeura, który wciąż stał w bocznej uliczce. Zrodzony z Mgły najwyraźniej miał nadzieję, że troska Vin o sługę ją rozproszy, i może uda mu się uciec.
Mylił się.
Vin zignorowała monety i rzuciła się do przodu. W chwili, gdy OreSeur
krzyknął z bólu, kiedy kilkanaście monet przebiło jego skórę, rzuciła
kijem w głowę Zrodzonego z Mgły. W chwili, gdy kawał drewna opuścił jej
dłoń, jego cień znieruchomiał.
Zrodzony z Mgły uchylił się bez trudu. Ruch ten rozproszył go jednak na
tyle, że Vin przebyła dzielącą ich odległość. Musiała atakować szybko -
kawałek atium, który połknęła, był mały. Szybko się wypali. A wtedy
będzie odsłonięta. Jej przeciwnik zyska nad nią całkowitą władzę.
Jej przerażony przeciwnik uniósł sztylet. W tej właśnie chwili skończyło
się jego atium.
Vin natychmiast to wykorzystała i uderzyła pięścią. Uniósł rękę, by
zablokować jej cios, lecz ona to dostrzegła i zmieniła kierunek ataku.
Uderzenie trafiło go w twarz. Wtedy pochwyciła jego szklany sztylet, nim
roztrzaskał się o bruk. Stanęła i podcięła nim gardło mężczyzny.
Upadł bezgłośnie na ziemię.
Vin stała, dysząc ciężko, a wokół niej leżeli martwi skrytobójcy. Przez
chwilę czuła przepełniającą ją moc. Z atium była niepokonana. Mogła
uniknąć każdego ciosu, zabić wroga.
Jej atium się skończyło.
Nagle wszystko zaczęło blaknąć. Znów poczuła ból, zakaszlała. Na całym
ciele miała sińce, i to spore. Może nawet popękały jej żebra.
Ale znów zwyciężyła. Z trudem. Co by się stało, gdyby zawiodła? Gdyby
nie obserwowała wystarczająco uważnie albo nie walczyła wystarczająco
zręcznie?
Elend by zginął.
Vin westchnęła. On wciąż tam był, obserwując ją z dachu. Mimo kilku
pościgów w ciągu kilkunastu miesięcy nigdy go nie dogoniła. Pewnej nocy
zapędzi go w kąt.
Ale nie tej. Nie miała energii. Właściwie, nawet trochę się bała, że
teraz ją zabije.
Ale... - pomyślała. Uratował mnie. Zginęłabym, gdybym za bardzo się
zbliżyła do tamtego Zrodzonego z Mgły. Zapaliłby atium, ja bym o tym nie
wiedziała i skończyłabym z jego sztyletami w piersi.
Obserwator stał na dachu jeszcze przez kilka chwil - jak zawsze otoczony
kłębiącą się mgłą. Później skoczył w mrok. Nie goniła go, musiała się
zająć OreSeurem.
Podeszła do niego i się zatrzymała. Jego nijakie ciało - w spodniach i koszuli sługi - zostało obrzucone monetami, krew sączyła się z kilkunastu ran.
Podniósł na nią wzrok.
- Co? - spytał.
- Nie spodziewałam się krwi.
OreSeur parsknął.
- Pewnie nie spodziewałaś się też, że będę czuł ból.
Vin otworzyła usta, lecz nic nie powiedziała. Właściwie, o tym nawet nie
pomyślała. Ta istota nie ma prawa mnie ganić, pomyślała ze złością.
Mimo to OreSeur okazał się użyteczny.
- Dziękuję za rzucenie mi fiolki - powiedziała.
- Taki był mój obowiązek, panienko - odparł OreSeur i chrząknął, z trudem opierając się o ścianę domu. - Pan Kelsier powierzył mi obowiązek
opieki nad panienką. Jak zawsze służę zgodnie z Kontraktem.
Ach tak. Wszechmocny Kontrakt.
- Możesz iść?
- Z wielkim trudem. Monety złamały kilka kości. Będę potrzebował nowego
ciała. Może jeden ze skrytobójców?
Vin się skrzywiła. Spojrzała znów w stronę ciał i na widok rzezi poczuła
lekkie mdłości. Zabiła ich, ośmiu mężczyzn, z okrutną skutecznością,
której nauczył ją Kelsier.
Tym właśnie jestem, pomyślała. Zabójcą, jak oni. Tak musiało być. Ktoś
musiał chronić Elenda.
Jednak na myśl o OreSeurze zjadającym jednego z nich - trawiącym trupa,
pozwalającym, by dziwaczne zmysły kandra zapamiętały położenie jego
mięśni, skóry i organów wewnętrznych, aby je później odtworzyć - robiło
jej się niedobrze.
Spojrzała w bok i ujrzała w oczach OreSeura skrywaną pogardę. Oboje
wiedzieli, co ona sądzi o zjadaniu przez niego ciał. Oboje wiedzieli, co
on sądzi o jej uprzedzeniu.
- Nie - stwierdziła Vin. - Nie użyjemy tych ciał.
- W takim razie musisz mi znaleźć inne ciało - odparł OreSeur. - Zgodnie
z Kontraktem nie mogę zostać zmuszony do zabijania ludzi.
Znów poczuła mdłości. Coś wymyślę, powiedziała sobie w duchu. Jego
obecne ciało należało do mordercy i zostało zabrane po egzekucji. Vin
trochę się martwiła, że ktoś w mieście go rozpozna.
- Czy uda ci się wrócić do pałacu? - spytała.
- Powoli - odparł OreSeur.
Vin pokiwała głową i zwolniła go, po czym znów spojrzała na trupy.
Podejrzewała, że ta noc może się okazać punktem zwrotnym w historii
Środkowego Dominium. Ten kawałek atium był jej ostatnim. Kiedy następnym
razem zaatakuje ją Zrodzony z Mgły, będzie odsłonięta.
I pewnie zginie równie łatwo, jak Zrodzony z Mgły, którego zabiła tej
nocy.