Studnia wstąpienia (wydanie jubileuszowe) - Brandon Sanderson

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

3

Elend upu­ścił z wes­tchnie­niem pióro na biurko, odchy­lił się do tyłu i roz­ma­so­wał skro­nie. Sądził, że ze wszyst­kich żyją­cych wie naj­wię­cej na temat teo­rii poli­tyki. Z pew­no­ścią czy­tał wię­cej na temat eko­no­mii, uczył się wię­cej o rzą­dach i prze­pro­wa­dził wię­cej debat poli­tycz­nych niż kto­kol­wiek z jego zna­jo­mych. Zro­zu­miał wszyst­kie teo­rie, jak uczy­nić kraj sta­bil­nym i spra­wie­dli­wym, i spró­bo­wał wpro­wa­dzić je w życie w swoim nowym kró­le­stwie.

Po pro­stu nie uświa­da­miał sobie, jak nie­sa­mo­wi­cie fru­stru­jąca może się oka­zać współ­praca z par­la­men­tem.

Pod­niósł się, żeby nalać sobie tro­chę schło­dzo­nego wina. Zatrzy­mał się jed­nak, wyglą­da­jąc przez bal­kon. Mgły w oddali wypeł­niała poświata. Ogni­ska armii jego ojca.

Odsta­wił wino. I tak był wyczer­pany, a alko­hol raczej nie mógł mu pomóc. Nie mogę usnąć, dopóki tego nie skoń­czę, pomy­ślał i zmu­sił się do powrotu za biurko. Zgro­ma­dze­nie wkrótce się zbie­rze, a on musiał jesz­cze tej nocy przy­go­to­wać pro­po­zy­cję.

Elend pod­niósł arkusz i przyj­rzał się jego tre­ści. Sam widział, jak bar­dzo ści­słe jest jego pismo, a do tego na stro­nie było mnó­stwo skre­śleń i uwag - wyraźna oznaka jego fru­stra­cji. Od wielu tygo­dni wie­dzieli o nad­cho­dzą­cej armii, a Zgro­ma­dze­nie wciąż dys­ku­to­wało, co należy zro­bić.

Nie­któ­rzy jego człon­ko­wie pra­gnęli zapro­po­no­wać trak­tat poko­jowy, inni sądzili, że należy po pro­stu pod­dać mia­sto. Jesz­cze inni uwa­żali, że naj­lep­szym roz­wią­za­niem będzie natychmia­stowy atak. On sam oba­wiał się, że frak­cja popie­ra­jąca pod­da­nie się zyskuje siły, stąd jego pro­po­zy­cja. Jeśli zosta­nie uchwa­lona, Elend kupi sobie tro­chę czasu. Jako król i tak miał prawo do per­trak­ta­cji z przed­sta­wi­cie­lami obcych mocarstw. Pro­po­zy­cja nie pozwoli Zgro­ma­dze­niu na zro­bie­nie niczego pochop­nego, przy­naj­mniej do chwili, gdy poroz­ma­wia z ojcem.

Elend znów wes­tchnął i upu­ścił kartkę. Zgro­ma­dze­nie liczyło zale­d­wie dwu­dzie­stu czte­rech męż­czyzn, ale zmu­sze­nie ich do wyra­że­nia zgody było trud­niej­sze od wszyst­kich pro­ble­mów, jakimi się zaj­mo­wali. Odwró­cił się, uniósł wzrok i spoj­rzał ponad samotną lampą na biurku w stronę ognisk. Nad głową sły­szał tupot - to Vin prze­pro­wa­dzała nocny obchód na dachu.

Uśmiech­nął się, lecz nawet wspo­mnie­nie kobiety nie mogło popra­wić mu humoru. Ta grupa skry­to­bój­ców, z którą wal­czyła w nocy. Czy mogę to jakoś wyko­rzy­stać? Może gdyby publicz­nie poin­for­mo­wał o ataku, przy­po­mniałby człon­kom Zgro­ma­dze­nia o pogar­dzie Straffa dla ludz­kiego życia i zmniej­szył ich chęć do pod­da­nia mia­sta. Ale... rów­nie dobrze mogliby się prze­stra­szyć, że naśle skry­to­bój­ców także na nich, i tym bar­dziej dążyć do pod­da­nia.

Cza­sem Elend zasta­na­wiał się, czy Ostatni Impe­ra­tor nie miał racji. Oczy­wi­ście, nie w kwe­stii uci­ska­nia ludu, ale zacho­wa­nia samemu pełni wła­dzy. Ostat­nie Impe­rium było sta­bilne. Prze­trwało tysiąc lat, zno­sząc bunty i utrzy­mu­jąc wła­dzę nad świa­tem.

Ale Ostatni Impe­ra­tor był nie­śmier­telny, pomy­ślał Elend. Tej prze­wagi ni­gdy nie będę miał.

Ludzie mieli króla - sym­bol jed­no­ści zapew­nia­jący cią­głość. Czło­wieka, który nie musiał wal­czyć o ponowny wybór. Mieli jed­nak rów­nież Zgro­ma­dze­nie - radę obda­rzoną praw­dziwą wła­dzą usta­wo­daw­czą, zło­żoną z ich roda­ków, któ­rzy byli ich gło­sem. W taki spo­sób Elend zamie­rzał stwo­rzyć sta­bilny rząd. To było lep­sze roz­wią­za­nie.

W teo­rii wszystko wyda­wało się cudowne. Zakła­da­jąc, że prze­żyją naj­bliż­sze mie­siące.

Elend prze­tarł oczy, zanu­rzył pióro i zaczął dopi­sy­wać nowe zda­nia na dole doku­mentu.

***

Ostatni Impe­ra­tor nie żył.

Nawet po upły­wie roku Vin trudno to było pojąć. Ostatni Impe­ra­tor był... wszyst­kim. Kró­lem i bogiem, pra­wo­dawcą i naj­wyż­szym auto­ry­te­tem. Wyda­wał się wieczny i abso­lutny, a teraz nie żył.

Vin go zabiła.

Oczy­wi­ście, prawda nie robiła aż tak wiel­kiego wra­że­nia, jak wszyst­kie histo­rie. To nie hero­iczna siła ani mistyczne moce umoż­li­wiły jej poko­na­nie władcy. Po pro­stu poznała spo­sób, w jaki uczy­nił się nie­śmier­tel­nym i for­tun­nie - nie­mal przy­pad­kowo - udało się jej wyko­rzy­stać jego sła­bość. Nie była dzielna ani bystra. Po pro­stu miała szczę­ście.

Vin wes­tchnęła. Sińce wciąż pul­so­wały, ale bywało, że czuła się już gorzej. Sie­działa na dachu pałacu - nie­gdyś Twier­dzy Ven­ture - tuż nad bal­ko­nem Elenda. Jej repu­ta­cja być może była nie­za­słu­żona, ale pomo­gła utrzy­mać go przy życiu. Choć na tere­nach daw­nego Ostat­niego Impe­rium wal­czyły mię­dzy sobą dzie­siątki wataż­ków, żaden z nich nie masze­ro­wał na Lutha­del.

Aż do tej chwili.

Pod murami mia­sta pło­nęły ogni­ska. Straff wkrótce się dowie, że jego skry­to­bójcy zawie­dli. Co wtedy? Zaata­kuje mia­sto? Ham i Clubs ostrze­gali, że Lutha­del nie wytrzyma zde­cy­do­wa­nego ataku. Straff musiał to wie­dzieć.

Na razie jed­nak Elend był bez­pieczny. Vin nabrała wprawy w odnaj­do­wa­niu i zabi­ja­niu skry­to­bój­ców - nie­mal co mie­siąc łapała kogoś, kto pró­bo­wał wkraść się do pałacu. Wielu było zwy­kłymi szpie­gami, bar­dzo nie­wielu Allo­man­tami. Jed­nakże zwy­czajny sta­lowy nóż mógł zabić Elenda tak samo, jak szklany szty­let Allo­manty.

Nie pozwoli na to. Cokol­wiek się działo - i to nie­za­leż­nie od ofiar - Elend musiał pozo­stać przy życiu.

Na wszelki wypa­dek pod­kra­dła się do świe­tlika i spraw­dziła co u niego. Sie­dział bez­piecz­nie za biur­kiem, pisząc jakąś nową pro­po­zy­cję czy edykt. Kró­lew­ska wła­dza zbyt­nio go nie zmie­niła. Miał dwa­dzie­ścia trzy lata - około czte­rech wię­cej od niej - i zawsze kładł wielki nacisk na naukę, a mały na wygląd. Cze­sał się jedy­nie wtedy, gdy cze­kało go ważne spo­tka­nie, i jakimś spo­so­bem nawet w dobrze uszy­tych stro­jach wyglą­dał nieco nie­chluj­nie.

Był praw­do­po­dob­nie naj­lep­szym czło­wie­kiem, jakiego poznała. Szcze­rym, zde­ter­mi­no­wa­nym, bystrym i tro­skli­wym. I z jakie­goś powodu ją kochał. Cza­sem wyda­wało się jej to bar­dziej nie­sa­mo­wite niż udział w zabi­ciu Ostat­niego Impe­ra­tora.

Vin unio­sła wzrok, spo­glą­da­jąc na ogni­ska armii. Póź­niej rozej­rzała się na boki. Obser­wa­tor nie powró­cił. Cza­sem w takie noce ją pod­pusz­czał, zbli­żał się nie­bez­piecz­nie do kom­naty Elenda, po czym zni­kał.

Oczy­wi­ście, gdyby chciał go zabić, mógł to zro­bić, kiedy wal­czy­łam z innymi...

To była nie­po­ko­jąca myśl. Vin nie mogła bez prze­rwy strzec Elenda. Prze­ra­ża­jąco czę­sto był odsło­nięty.

Ow­szem, miał innych straż­ni­ków, nie­któ­rzy byli nawet Allo­man­tami. Było ich jed­nak za mało. Skry­to­bójcy, któ­rzy zaata­ko­wali ją tej nocy, byli naj­le­piej wyszko­lo­nymi i naj­nie­bez­piecz­niej­szymi, jakich spo­tkała. Zadrżała na myśl o Zro­dzo­nym z Mgły, który się wśród nich ukry­wał. Nie był bar­dzo dobry, ale nie potrze­bo­wał wiele zdol­no­ści, by spa­lić atium i zra­nić Vin.

Mgły na­dal się kłę­biły. Obec­ność armii świad­czyła o nie­po­ko­ją­cej praw­dzie - sąsiedni wataż­ko­wie zdo­byli wła­dzę nad swo­imi tery­to­riami i zaczy­nali myśleć o eks­pan­sji. Nawet jeśli Lutha­del powstrzyma Straffa, nadejdą kolejni.

Vin zamknęła oczy i spa­liła brąz, bojąc się, że Obser­wa­tor - lub jakiś inny Allo­manta - może być w pobliżu i pla­no­wać atak na Elenda, gdy wszy­scy roz­luź­nią się po powstrzy­ma­niu ataku. Więk­szość Zro­dzo­nych z Mgły uwa­żała brąz za mało uży­teczny, gdyż łatwo go było zneu­tra­li­zo­wać. Za pomocą mie­dzi Zro­dzony z Mgły mógł ukryć swoją Allo­man­cję. Mógł rów­nież chro­nić się przed mani­pu­lo­wa­niem emo­cjami, uży­wa­jąc cynku lub mosią­dzu. Więk­szość Zro­dzo­nych z Mgły uwa­żała, że miedź należy palić bez prze­rwy.

A jed­nak... Vin umiała prze­bi­jać chmury mie­dzi.

Chmury mie­dzi nie dało się zoba­czyć. Ta bańka mar­twego powie­trza umoż­li­wiała Allo­man­tom spa­la­nie metali bez obawy, że wykryją ich spa­la­jący brąz. Ale Vin wyczu­wała Allo­man­tów, któ­rzy korzy­stali z metali wewnątrz chmury mie­dzi. Nie wie­działa jak. Nawet Kel­sier, naj­po­tęż­niej­szy Allo­manta, jakiego znała, nie umiał prze­bić chmury mie­dzi.

Tej nocy jed­nak nic nie czuła.

Z wes­tchnie­niem otwo­rzyła oczy. Jej dziwna moc była dez­orien­tu­jąca, lecz nie wyjąt­kowa. Marsh twier­dził, że Sta­lowi Inkwi­zy­to­rzy potra­fili prze­bi­jać chmurę mie­dzi, na pewno umiał to też Ostatni Impe­ra­tor. Ale... dla­czego ona? Dla­czego Vin - dziew­czyna, która prze­szła zale­d­wie dwa lata szko­le­nia Zro­dzo­nego z Mgły - umiała to zro­bić?

I jesz­cze coś. Dosko­nale pamię­tała tam­ten ranek, kiedy wal­czyła z impe­ra­to­rem. O jed­nym nikomu nie powie­działa - czę­ściowo dla­tego, że bała się, że potwier­dza to legendy i plotki na jej temat. Jakimś spo­so­bem się­gnęła do mgieł, wyko­rzy­stu­jąc je zamiast metali jako paliwo Allo­man­cji.

Dopiero z tą mocą, mocą mgieł, poko­nała Ostat­niego Impe­ra­tora. Lubiła sobie powta­rzać, że po pro­stu miała szczę­ście i przej­rzała jego sztuczki. Ale... tam­tej nocy wyda­rzyło się coś dziw­nego, coś, co zro­biła. Coś, czego nie powinna była zro­bić i czego nie udało się jej powtó­rzyć.

Vin pokrę­ciła głową. Tak wielu rze­czy nie wie­dzieli, i to nie tylko zwią­za­nych z Allo­man­cją. Wraz z innymi przy­wód­cami rodzą­cego się kró­le­stwa Elenda dawali z sie­bie wszystko, ale bez prze­wod­nic­twa Kel­siera Vin czuła się ślepa. Plany, suk­cesy, nawet cele były niczym nie­wy­raźne syl­wetki we mgle, bez­kształtne i nie­ja­sne.

Nie powi­nie­neś był nas zosta­wiać, Kell, pomy­ślała. Ura­to­wa­łeś świat, ale mogłeś to zro­bić, nie umie­ra­jąc. Kel­sier, Oca­lały z Hath­sin, który wymy­ślił, jak dopro­wa­dzić do upadku Ostat­niego Impe­rium i wpro­wa­dził swój plan w życie. Vin go znała, pra­co­wała z nim, szko­liła się u niego. Był legendą i boha­te­rem. Ale był też czło­wie­kiem. Omyl­nym. Nie­do­sko­na­łym. Zwy­kłym skaa w mie­ście łatwo było odda­wać mu cześć, a jed­no­cze­śnie obwi­niać Elenda i innych o trudną sytu­ację, do któ­rej dopro­wa­dził Kel­sier.

Poczuła gorycz. Tak się czę­sto koń­czyło myśle­nie o Kel­sie­rze. Może czuła się przez niego porzu­cona, a może cho­dziło o przy­krą świa­do­mość, że ten męż­czy­zna - podob­nie jak sama Vin - nie do końca dora­stał do swo­jej repu­ta­cji.

Vin wes­tchnęła i przy­mknęła oczy, na­dal paląc brąz. Walka wyma­gała od niej dużego wysiłku i dziew­czyna zaczy­nała już się bać dłu­gich godzin, jakie zamie­rzała spę­dzić na straży. Trudno było zacho­wać czuj­ność, kiedy...

Nagle coś wyczuła.

Gwał­tow­nie otwo­rzyła oczy, spa­la­jąc cynę. Obró­ciła się na pię­cie i sku­liła na kra­wę­dzi dachu. Ktoś tam był i spa­lał metal. Brą­zowe impulsy roz­brzmie­wały słabo, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie - jakby ktoś bar­dzo cicho ude­rzał w bęben. Tłu­miła je chmura mie­dzi. Ten czło­wiek sądził, że ukryje go miedź.

Jak na razie Vin nie pozo­sta­wiła przy życiu nikogo - poza Elen­dem i Mar­shem - kto wie­dział o jej dziw­nej mocy.

Prze­kra­dła się do przodu, jej palce mar­zły od mie­dzia­nej bla­chy dachu. Pró­bo­wała okre­ślić kie­ru­nek, z któ­rego docho­dziły impulsy. Było w nich coś... dziw­nego. Nie umiała roz­po­znać metali, które spa­lał jej wróg. Czy to był szybki, ryt­miczny łomot cyny z oło­wiem? Czy może żelaza? Impulsy wyda­wały się nie­wy­raźne, niczym fale w gęstym bło­cie.

Docho­dziły z bar­dzo bli­ska... Na dachu...

Tuż przed nią.

Vin zamarła, przy­kuc­nięta, nocny wiatr rzu­cał jej mgłę w twarz. Gdzie on był? Jej zmy­sły pozo­sta­wały w kon­flik­cie - brąz mówił, że tuż przed nią coś jest, ale jej oczy nie chciały się z tym zgo­dzić.

Wpa­trzyła się w ciemne mgły, pod­nio­sła wzrok na tyle, by się upew­nić, po czym wstała. Po raz pierw­szy mój brąz się pomy­lił, pomy­ślała, marsz­cząc czoło.

I wtedy to ujrzała.

Nie coś we mgle, ale coś z mgły. Postać znaj­do­wała się kilka stóp od niej, trudna do zauwa­że­nia, gdyż jej kon­tury led­wie się odróż­niały od opa­rów. Vin sap­nęła i cof­nęła się o krok.

Postać na­dal tam stała. Nie­wiele mogła o niej powie­dzieć - jej rysy były zamglone i nie­wy­raźne, suge­ro­wane przez cha­otyczne poru­sze­nia mgły. Gdyby nie trwa­łość postaci, mogłaby ją zigno­ro­wać - niczym zwie­rzę widziane przez chwilę w chmu­rach.

Ale to coś się nie ruszało. Każde nowe pasmo mgły doda­wało szcze­góły do chu­dego ciała i podłuż­nej głowy. Przy­pad­kowe, ale jed­nak trwałe. Syl­wetka wyda­wała się ludzka, ale bra­ko­wało jej mate­rial­no­ści Obser­wa­tora. Wyda­wała się... wyglą­dała... nie­wła­ści­wie.

Postać zro­biła krok do przodu.

Vin zare­ago­wała instynk­tow­nie, rzu­ciła garść monet i Ode­pchnęła je w powie­trzu. Kawałki metalu prze­biły się przez mgłę, cią­gnąc za sobą jej pasma, i prze­szły przez mroczną syl­wetkę.

Stała tam przez chwilę, po czym po pro­stu znik­nęła, roz­pra­sza­jąc się w opa­rach.

***

Elend zama­szy­stym gestem napi­sał ostat­nią linijkę, choć wie­dział, że i tak będzie musiał dać tekst do prze­pi­sa­nia skry­bie. Mimo to był z sie­bie dumny. Wyda­wało mu się, że wymy­ślił argu­ment, który osta­tecz­nie prze­kona Zgro­ma­dze­nie, by nie pod­dało się Straf­fowi.

Nie­świa­do­mie spoj­rzał na stertę papie­rów na biurku. Na jej szczy­cie leżał nie­win­nie wyglą­da­jący żółty list, wciąż zło­żony. Przy­po­mi­na­jąca plamę krwi pie­częć została zła­mana. List był krótki. Elend znał go na pamięć.

Synu,

mam nadzieję, że podo­bało Ci się pil­no­wa­nie inte­re­sów rodu Ven­ture w Lutha­del. Zabez­pie­czy­łem Pół­nocne Domi­nium i wkrótce wrócę do naszej twier­dzy w Lutha­del. Wtedy będziesz mógł mi prze­ka­zać kon­trolę nad mia­stem.

Król Straff Ven­ture

Ze wszyst­kich wataż­ków i despo­tów, któ­rzy tra­pili Ostat­nie Impe­rium po śmierci ostat­niego Impe­ra­tora, Straff był naj­bar­dziej nie­bez­pieczny.

Elend wie­dział to z wła­snego doświad­cze­nia. Jego ojciec był praw­dzi­wym impe­rial­nym ary­sto­kratą - postrze­gał życie jako rywa­li­za­cję mię­dzy lor­dami o to, który zdo­bę­dzie naj­więk­szą sławę. Dobrze sobie radził w tej grze i dzięki niemu ród Ven­ture stał się jedną z naj­po­tęż­niej­szych rodzin szla­chec­kich przed Upad­kiem.

Ojciec Elenda nie postrze­gał śmierci Ostat­niego Impe­ra­tora jako tra­ge­dii czy zwy­cię­stwa, lecz jako oka­zję. Fakt, że syn, któ­rego uwa­żał za sła­bego i głu­piego, obwo­łał się kró­lem Środ­ko­wego Domi­nium, musiał Straffa dopro­wa­dzać do łez ze śmie­chu.

Elend pokrę­cił głową i wró­cił do pro­po­zy­cji.

Prze­czy­tam jesz­cze parę razy, wpro­wa­dzę kilka drob­nych popra­wek, pomy­ślał, i w końcu będę mógł się prze­spać. Tylko...

Zakap­tu­rzona postać wsko­czyła przez świe­tlik w dachu i z cichym łup­nię­ciem wylą­do­wała na pod­ło­dze za jego ple­cami.

Elend uniósł brew i odwró­cił się w stronę przy­kuc­nię­tej postaci.

- Wiesz, nie bez powodu zosta­wiam otwarte drzwi bal­ko­nowe, Vin. Mogła­byś wejść tam­tędy, gdy­byś chciała.

- Wiem - odparła, po czym rzu­ciła się przez kom­natę, poru­sza­jąc się z nie­na­tu­ralną zwin­no­ścią Allo­manty.

Zaj­rzała pod łóżko, pode­szła do szafy i gwał­tow­nie otwo­rzyła drzwi. Odsko­czyła napięta niczym czujne zwie­rzę, lecz naj­wy­raź­niej nie zna­la­zła w środku nic nie­bez­piecz­nego, gdyż ode­szła i uchy­liła drzwi pro­wa­dzące do dal­szych kom­nat Elenda.

Męż­czy­zna przy­glą­dał się jej z sym­pa­tią. Tro­chę czasu zajęło mu, zanim przy­zwy­czaił się do pew­nych... nawy­ków Vin. Żar­to­wał z jej para­noi, ona jed­nak twier­dziła, że jest tylko ostrożna. Mimo to, w poło­wie przy­pad­ków, kiedy odwie­dzała jego kom­naty, zaglą­dała pod łóżko i do szafy. Cza­sem się powstrzy­my­wała, ale Elend łapał ją wtedy na nie­uf­nych spoj­rze­niach w stronę poten­cjal­nych kry­jó­wek.

O wiele mniej się dener­wo­wała, kiedy nie miała szcze­gól­nych powo­dów, by się o niego mar­twić. Jed­nakże Elend dopiero zaczy­nał rozu­mieć, że w gło­wie dziew­czyny, którą znał kie­dyś jako Valette Renoux, kryje się bar­dzo skom­pli­ko­wana osoba. Zako­chał się w jej dwor­nej postaci, nie zna­jąc ner­wo­wej i skry­tej Zro­dzo­nej z Mgły. Cza­sem trudno mu było postrze­gać te dwie strony oso­bo­wo­ści jako jedną i tę samą osobę.

Vin zamknęła drzwi, przy­sta­nęła na chwilę i przyj­rzała mu się ciem­nymi, okrą­głymi oczami. Elend uśmiech­nął się wbrew sobie. Mimo jej dzi­wactw - a może wła­śnie ze względu na nie - kochał tę szczu­płą dziew­czynę o zde­cy­do­wa­nym spoj­rze­niu i bez­po­śred­nim cha­rak­te­rze. Była piękna, bystra i nie przy­po­mi­nała innych kobiet, które znał.

Cza­sem go jed­nak mar­twiła.

- Vin? - spy­tał, wsta­jąc.

- Czy zauwa­ży­łeś dzi­siaj coś dziw­nego?

- Oprócz cie­bie?

Skrzy­wiła się, prze­mie­rza­jąc pokój. Elend wpa­try­wał się w jej drobną syl­wetkę, odzianą w czarne spodnie, męską koszulę oraz mgielny płaszcz. Jak zwy­kle opu­ściła kap­tur i poru­szała się z dziw­nym wdzię­kiem - nie­świa­domą ele­gan­cją kogoś spa­la­ją­cego cynę z oło­wiem.

Skon­cen­truj się, naka­zał sobie w duchu. Naprawdę jesteś zmę­czony.

- Vin? Co się dzieje?

Spoj­rzała w stronę bal­konu.

- Ten Zro­dzony z Mgły, Obser­wa­tor, znów jest w mie­ście.

- Jesteś pewna?

Poki­wała głową.

- Widział, jak wal­czę z tymi skry­to­bój­cami. Ale nie sądzę, by dziś po cie­bie przy­szedł.

Elend zmarsz­czył czoło. Drzwi bal­ko­nowe wciąż były otwarte i wpa­dały przez nie pasma mgły, skra­da­jąc się po pod­ło­dze, aż w końcu wypa­ro­wy­wały. Za drzwiami kryła się ciem­ność. Chaos.

To tylko mgła, powie­dział sobie. Opary wody. Nie ma się czego bać.

- A dla­czego sądzisz, że Zro­dzony z Mgły po mnie nie przyj­dzie?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Po pro­stu to wiem.

Czę­sto tak odpo­wia­dała. Vin dora­stała na ulicy i ufała swoim instynk­tom. Podob­nie Elend, choć cza­sem go to dzi­wiło. Przyj­rzał jej się uważ­nie i wyczuł w niej nie­pew­ność. Coś jesz­cze ją zanie­po­ko­iło. Popa­trzył jej w oczy, aż odwró­ciła wzrok.

- Co? - spy­tał.

- Widzia­łam... widzia­łam coś jesz­cze - powie­działa. - Albo tak mi się wyda­wało. Coś we mgle, wyglą­dało jak czło­wiek z dymu. I wyczu­wa­łam go, Allo­man­cją. Ale znik­nął.

Jesz­cze bar­dziej zmarsz­czył czoło. Pod­szedł bli­żej i ją przy­tu­lił.

- Vin, zamę­czasz się. Nie możesz nocami wędro­wać po mie­ście i nie kłaść się w ciągu dnia. Nawet Allo­manci potrze­bują odpo­czynku.

Poki­wała głową. W jego ramio­nach nie przy­po­mi­nała potęż­nej wojow­niczki, która zabiła Ostat­niego Impe­ra­tora. Wyda­wała się potwor­nie zmę­czoną kobietą, przy­tło­czoną przez wyda­rze­nia - i pew­nie czuła się podob­nie do Elenda.

Pozwo­liła się przy­tu­lać. Z początku była nieco usztyw­niona. Zupeł­nie, jakby część jej osoby na­dal spo­dzie­wała się bólu - pier­wotna cząstka, która nie mogła zro­zu­mieć, że doty­kać można z miło­ścią, a nie tylko ze zło­ścią. Po chwili się roz­luź­niła. Elend był jed­nym z nie­wielu, któ­rzy mogli tego doko­nać. Kiedy go tuliła - naprawdę tuliła - trzy­mała się go z despe­ra­cją gra­ni­czącą z prze­ra­że­niem. Jakimś spo­so­bem, mimo ogrom­nych umie­jęt­no­ści Allo­manty i wiel­kiej deter­mi­na­cji, Vin była ogrom­nie wraż­liwa. I wyda­wało się, że potrze­buje Elenda. Cie­szyło go to.

Choć cza­sem też fru­stro­wało. Nie roz­ma­wiali o jego pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa i jej odmo­wie, ale Elend czę­sto myślał o tym spo­tka­niu.

Kobiety trudno zro­zu­mieć, pomy­ślał, a ja sobie wybra­łem naj­dziw­niej­szą z nich wszyst­kich. Nie mógł jed­nak narze­kać. Kochała go. Mógł znieść jej nawyki.

Wes­tchnęła, spoj­rzała na niego i w końcu się roz­luź­niła, gdy pochy­lił się, by ją poca­ło­wać. Trwali tak przez dłuż­szą chwilę, aż wes­tchnęła. Póź­niej poło­żyła głowę na jego ramie­niu.

- Mamy jesz­cze jeden pro­blem - powie­działa cicho. - Wyko­rzy­sta­łam dziś resztkę atium w walce ze skry­to­bój­cami.

- Wie­dzie­li­śmy, że w końcu do tego doj­dzie. Nasz zapas nie leżał sobie w worku bez dna.

- Zapas? - powtó­rzyła Vin. - Kel­sier zosta­wił nam tylko sześć kawał­ków.

Elend wes­tchnął i znów ją przy­tu­lił. Jego nowy rząd miał odzie­dzi­czyć rezerwy atium Ostat­niego Impe­ra­tora - rze­komy skład metalu, praw­dziwy skarb. Kel­sier liczył, że jego nowe kró­le­stwo będzie posia­dać to bogac­two, umie­rał z taką nadzieją. Ist­niał tylko jeden pro­blem - nikomu nie udało się zna­leźć tego składu. Odna­leźli tylko tro­chę - atium, z któ­rego wyko­nano bran­so­lety wyko­rzy­sty­wane przez Ostat­niego Impe­ra­tora jako feru­che­miczna bate­ria do prze­cho­wy­wa­nia wieku. Wyko­rzy­stali je jed­nak dla mia­sta, poza tym w rze­czy­wi­sto­ści nie było w nich dużo atium. Nie tyle, ile powinno znaj­do­wać się w skła­dzie. Ten powi­nien znaj­do­wać się gdzieś w mie­ście - zapas atium tysiące razy więk­szy niż te bran­so­lety.

- Będziemy musieli sobie z tym pora­dzić - stwier­dził Elend.

- Jeśli zaata­kuje cię Zro­dzony z Mgły, nie będę mogła go zabić.

- Tylko jeśli będzie miał atium - odparł. - A ono staje się coraz rzad­sze. Wąt­pię, by inni kró­lo­wie mieli go w nad­mia­rze.

Kel­sier znisz­czył Cze­lu­ście Hath­sin, jedyne miej­sce, w któ­rym wydo­by­wano atium. Mimo to, gdyby Vin musiała wal­czyć z kimś, kto miał ten metal...

Nie myśl o tym, powie­dział sobie w duchu. Szu­kaj dalej. Może uda się nam tro­chę kupić. A może znaj­dziemy skład Ostat­niego Impe­ra­tora. O ile w ogóle ist­nieje...

Spoj­rzała na Elenda i dostrze­gła tro­skę w jego oczach. Zro­zu­miał, że doszła do takich samych wnio­sków. W tej chwili nie­wiele mogli zro­bić - Vin bar­dzo mądrze zacho­wała ich atium aż do tej chwili. Mimo to, gdy się cof­nęła, a Elend wró­cił do stołu, nie prze­sta­wał się zasta­na­wiać, jak mogli zużyć ten metal. Jego lud będzie potrze­bo­wał jedze­nia na zimę.

Tyle że, sprze­da­jąc metal, pomy­ślał sia­da­jąc, dali­by­śmy swoim wro­gom do ręki naj­po­tęż­niej­szą allo­man­tyczną broń. Lepiej, że Vin je zużyła.

Gdy wró­cił do pracy, spoj­rzała mu przez ramię, zasła­nia­jąc świa­tło lampy.

- Co to? - spy­tała.

- Pro­po­zy­cja blo­ku­jąca Zgro­ma­dze­nie do chwili, gdy wyko­rzy­stam swoje prawo do per­trak­ta­cji.

- Znowu? - spy­tała, prze­chy­la­jąc głowę i mru­żąc oczy, by odcy­fro­wać jego pismo.

- Zgro­ma­dze­nie odrzu­ciło poprzed­nią wer­sję.

Vin się skrzy­wiła.

- Czemu nie powiesz im, że mają ją przy­jąć? Jesteś kró­lem.

- Widzisz - odparł Elend - to wła­śnie pró­buję udo­wod­nić. Jestem tylko czło­wie­kiem, Vin, być może ich zda­nie jest lep­sze od mojego. Jeśli wszy­scy popra­cu­jemy nad pro­po­zy­cją, wyj­dzie lep­sza, niż gdyby pra­co­wał nad nią jeden czło­wiek.

Pokrę­ciła głową.

- Będzie za słaba. Bez zębów. Powi­nie­neś bar­dziej sobie ufać.

- To nie kwe­stia zaufa­nia, tylko tego co wła­ściwe. Przez tysiąc lat wal­czy­li­śmy z Ostat­nim Impe­ra­to­rem... jeśli będę postę­po­wać tak, jak on, to jaka będzie róż­nica?

Odwró­ciła się i spoj­rzała mu w oczy.

- Ostatni Impe­ra­tor był złym czło­wie­kiem. Ty jesteś dobry. Taka jest róż­nica.

Uśmiech­nął się.

- Według cie­bie to takie pro­ste, co?

Vin ski­nęła głową.

Elend prze­chy­lił się i znów ją poca­ło­wał.

- Cóż, nie­któ­rzy z nas nieco kom­pli­kują sprawy, więc musisz nas znieść. A teraz mogła­byś łaska­wie odsło­nić lampę, żebym mógł wró­cić do pracy?

Prych­nęła, ale wstała i okrą­żyła biurko, roz­ta­cza­jąc nikły zapach. Elend zmarsz­czył czoło. Kiedy go nało­żyła? Wiele z jej ruchów było tak szyb­kich, że ich nie zauwa­żał.

Per­fumy - kolejna ze sprzecz­no­ści two­rzą­cych kobietę imie­niem Vin. We mgle ich nie uży­wała, nakła­dała je tylko dla niego. Lubiła pozo­sta­wać nie­zau­wa­żona, ale kochała też zapa­chy - i zło­ściła się, kiedy nie zauwa­żał, że wypró­bo­wuje nowy. Wyda­wała się podejrz­liwa i para­no­iczna, ale swo­ich przy­ja­ciół darzyła nie­za­chwianą lojal­no­ścią. Wycho­dziła w nocy ubrana w czerń i sza­rość, aby się ukryć, lecz Elend pamię­tał ją z balów przed rokiem i wie­dział, że wtedy w suk­niach wyglą­dała natu­ral­nie.

Z jakie­goś powodu prze­stała je nosić. Nie wyja­śniła dla­czego.

Potrzą­snął głową, wra­ca­jąc do pro­po­zy­cji. W porów­na­niu z Vin poli­tyka wyda­wała się pro­sta. Kobieta oparła ramiona na biurku, przy­glą­da­jąc się jego pracy i zie­wa­jąc.

- Powin­naś odpo­cząć - powie­dział, zanu­rza­jąc pióro.

Zawa­hała się, po czym ski­nęła głową. Zdjęła płaszcz, otu­liła się nim i uło­żyła na dywa­nie przy jego biurku.

- Nie tutaj, Vin - powie­dział z roz­ba­wie­niem.

- Gdzieś tam jest Zro­dzony z Mgły - odpo­wie­działa stłu­mio­nym, zmę­czo­nym gło­sem. - Nie zosta­wię cię.

Zwi­nęła się w płasz­czu, a Elend zauwa­żył krótki gry­mas bólu na jej twa­rzy. Oszczę­dzała lewą stronę.

Zwy­kle nie opi­sy­wała ze szcze­gó­łami swo­ich walk. Nie chciała go mar­twić. To nie poma­gało.

Elend stłu­mił nie­po­kój i znów zabrał się do czy­ta­nia. Pra­wie skoń­czył... jesz­cze tylko tro­chę i...

Roz­le­gło się puka­nie do drzwi.

Odwró­cił się, zasta­na­wia­jąc się, kto tym razem mu prze­szka­dza. Chwilę póź­niej w wej­ściu poja­wiła się głowa Hama.

- Ham? - spy­tał Elend. - Na­dal nie śpisz?

- Nie­stety - odparł męż­czy­zna, wcho­dząc do środka.

- Mar­dra cię zabije za kolejny tak późny powrót - stwier­dził Elend, odkła­da­jąc pióro. Choć mógł narze­kać na pewne przy­zwy­cza­je­nia Vin, to przy­naj­mniej tak samo jak on pro­wa­dziła nocny tryb życia.

Ham tylko prze­wró­cił oczami. Wciąż nosił swoją kami­zelkę i spodnie. Zgo­dził się zostać kapi­ta­nem kró­lew­skiej straży pod jed­nym warun­kiem - że nie będzie musiał wkła­dać mun­duru. Vin otwo­rzyła oczy, gdy wszedł do środka, i znów się roz­luź­niła.

- Tak czy ina­czej - powie­dział Elend - czemu zawdzię­czam tę wizytę?

- Pomy­śla­łem, że chciał­byś wie­dzieć, że ziden­ty­fi­ko­wa­li­śmy tych skry­to­bój­ców, któ­rzy pró­bo­wali zabić Vin.

Elend poki­wał głową.

- Pew­nie nawet ich znam. - Więk­szość Allo­man­tów pocho­dziła ze szla­chet­nych rodów, a on znał wszyst­kich na dwo­rze Straffa.

- Wąt­pię - odparł Ham. - To byli ludzie z zachodu.

Elend zmarsz­czył czoło, a Vin unio­sła głowę.

- Jesteś pewien?

Ham przy­tak­nął.

- Wydaje się mało praw­do­po­dobne, że twój ojciec ich wyna­jął... chyba żeby prze­pro­wa­dził spory nabór w Fadrex. Pocho­dzili głów­nie z rodów Gar­dre i Con­rad.

Młody król roz­siadł się wygod­niej. Sie­dzibą jego ojca było Urteau, od wielu poko­leń dom rodu Ven­ture. Fadrex znaj­do­wało się na dru­gim końcu impe­rium, odda­lone o wiele mie­sięcy drogi. Mało praw­do­po­dobne, by jego ojciec miał kon­takty z grupą zachod­nich Allo­man­tów.

- Sły­sza­łeś kie­dyś o Ash­we­athe­rze Cet­cie? - spy­tał Ham.

Elend poki­wał głową.

- Ogło­sił się kró­lem Zachod­niego Domi­nium. Dużo o nim nie wiem.

Vin usia­dła ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

- Myślisz, że to on ich posłał?

- Musieli cze­kać na oka­zję, żeby dostać się do mia­sta, a ruch wokół bram przez ostat­nie dni dał im szansę. To ozna­cza, że przy­by­cie armii Straffa i atak na życie Vin są w pew­nym sen­sie zbie­giem oko­licz­no­ści.

Elend spoj­rzał na swoją towa­rzyszkę. W jej oczach widział, że nie jest do końca prze­ko­nana, że to nie Straff posłał skry­to­bój­ców. On sam nie był jed­nak tak scep­tyczny. Każdy tyran w oko­licy przy takiej czy innej oka­zji pró­bo­wał się go pozbyć. Czemu nie Cett?

To przez to atium, pomy­ślał z fru­stra­cją. Nie odna­lazł zaso­bów Ostat­niego Impe­ra­tora, ale to nie powstrzy­my­wało oko­licz­nych despo­tów od zakła­da­nia, że gdzieś je ukrywa.

- Cóż, przy­naj­mniej twój ojciec nie posłał skry­to­bój­ców - stwier­dził Ham, jak zawsze opty­mi­sta.

Elend pokrę­cił głową.

- Wierz mi, nasze pokre­wień­stwo go nie powstrzyma, Ham.

- To twój ojciec - zauwa­żył kapi­tan. Wyglą­dał na zmar­twio­nego.

- Dla Straffa takie rze­czy nie mają zna­cze­nia. Pew­nie nie wysłał skry­to­bój­ców, bo uznał, że nie jestem tego wart. Jeśli prze­trwamy odpo­wied­nio długo, zrobi to.

- Sły­sza­łem o synach zabi­ja­ją­cych ojców, żeby zająć ich miej­sce - powie­dział Ham, krę­cąc głową - ale nie o ojcach zabi­ja­ją­cych synów... Zasta­na­wiam się, jak o umy­śle sta­rego Straffa świad­czy to, że gotów jest cię zabić. Czy uwa­żasz, że...

- Ham... - prze­rwał mu Elend.

- Co?

- Wiesz, że zazwy­czaj lubię pro­wa­dzić dys­ku­sje, ale teraz nie mam czasu na filo­zo­fię.

- Ach, racja. - Męż­czy­zna uśmiech­nął się słabo i pod­niósł. - I tak powi­nie­nem już wra­cać do Mar­dry.

Elend poki­wał głową, potarł skro­nie i znów pod­niósł pióro.

- Zor­ga­ni­zuj spo­tka­nie ekipy. Musimy zebrać sojusz­ni­ków. Jeśli nie wpad­niemy na jakiś wyjąt­kowo bły­sko­tliwy pomysł, to kró­le­stwo może być zgu­bione.

Ham odwró­cił się, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać.

- W two­ich ustach brzmi to tak roz­pacz­li­wie, El.

Król spoj­rzał na niego.

- Zgro­ma­dze­nie to jeden wielki bała­gan, czuję na karku oddech pół tuzina wataż­ków z lep­szymi armiami, mniej wię­cej raz w mie­siącu ktoś pró­buje mnie zabić, a uko­chana kobieta powoli dopro­wa­dza mnie do sza­leń­stwa.

Sły­sząc to ostat­nie, Vin prych­nęła.

- I to wszystko? - spy­tał kapi­tan. - Widzisz? Wcale nie jest tak źle. W końcu mogli­by­śmy sta­wiać czoło nie­śmier­tel­nemu bogu i jego wszech­po­tęż­nym kapła­nom.

Wbrew sobie Elend się roze­śmiał.

- Dobra­noc, Ham - powie­dział, wra­ca­jąc do pro­po­zy­cji.

- Dobra­noc, Wasza Wyso­kość.

4

4

Na ciele nie było żad­nych widocz­nych ran. Leżało tam, gdzie je odna­le­ziono - inni wie­śniacy bali się ruszyć trupa. Jego nogi i ramiona były nie­zgrab­nie powy­gi­nane, a zie­mia wokół poru­szona od przed­śmiert­nych drga­wek.

Sazed wycią­gnął rękę i prze­cią­gnął pal­cami wzdłuż jed­nego ze śla­dów. Choć zie­mia we Wschod­nim Domi­nium była o wiele bar­dziej gli­nia­sta niż na pół­nocy, na­dal wyda­wała się raczej czarna niż brą­zowa. Desz­cze popiołu spa­dały nawet tak daleko na połu­dniu. Gleba bez popiołu, prze­siana i nawie­ziona, była luk­su­sem prze­zna­czo­nym dla ozdob­nych roślin w ogro­dach ary­sto­kra­cji. Reszta świata musiała sobie radzić z nie­ulep­szoną zie­mią.

- Mówi­cie, że był sam, kiedy umarł? - spy­tał Sazed, zwra­ca­jąc się do sto­ją­cej za nim nie­wiel­kiej grupki wie­śnia­ków.

Sto­jący na prze­dzie ogo­rzały męż­czy­zna imie­niem Teur poki­wał głową.

- Jak mówi­łem, mistrzu Ter­ri­sa­ni­nie. Stał sobie tam, nikogo nie było w oko­licy. Zesztyw­niał, potem upadł i tro­chę rzu­cał się na ziemi. A póź­niej... po pro­stu prze­stał się ruszać.

Sazed odwró­cił się z powro­tem do trupa, przy­glą­da­jąc się jego napię­tym mię­śniom, twa­rzy zasty­głej w gry­ma­sie bólu. Ter­ri­sa­nin zabrał ze sobą swoją medyczną mie­dzio­myśl - bran­so­letę owi­niętą wokół pra­wego przed­ra­mie­nia - i teraz się­gnął do niej umy­słem, wycią­ga­jąc nie­które z zapa­mię­ta­nych ksiąg, które w niej prze­cho­wy­wał. Tak, nie­które cho­roby zabi­jały z towa­rzy­sze­niem spa­zmów i drga­wek. Rzadko zabie­rały czło­wieka tak szybko, ale zda­rzało się. W innych oko­licz­no­ściach Sazed nie zwró­ciłby więk­szej uwagi na tę śmierć.

- Pro­szę, powtórz, co widzia­łeś - popro­sił.

Ogo­rzały męż­czy­zna z przodu grupy, Teur, nieco zbladł. Był w dziw­nej sytu­acji - natu­ralne pra­gnie­nie zyska­nia sławy skła­niało go, żeby opo­wia­dał o swoim doświad­cze­niu. Jed­nakże, robiąc to, mógł wywo­łać nie­uf­ność zabo­bon­nych ziom­ków.

- Wła­śnie prze­cho­dzi­łem, mistrzu Ter­ri­sa­ni­nie - powie­dział chłop. - Tamtą ścieżką, jakieś dwa­dzie­ścia jar­dów stąd. Widzia­łem, jak stary Jed pra­cuje w polu... on był zawsze pra­co­wity. Nie­któ­rzy z nas zre­zy­gno­wali, kiedy pano­wie ode­szli, ale stary Jed nie prze­sta­wał. Wie­dział, że będziemy potrze­bo­wać jedze­nia na zimę, z panami czy bez nich.

Teur prze­rwał, spoj­rzał w bok.

- Wiem, co mówią ludzie, mistrzu Ter­ri­sa­ni­nie, ale widzia­łem, co widzia­łem. Był dzień, kiedy prze­cho­dzi­łem, ale w doli­nie była mgła. Zatrzy­mała mnie, bo w życiu nie wysze­dłem we mgłę, żona może zarę­czyć. Mia­łem zamiar zawró­cić i wtedy zoba­czy­łem sta­rego Jeda. Pra­co­wał, jakby nie widział mgły. Mia­łem go zawo­łać, ale zanim zdą­ży­łem, on... jak wam powie­dzia­łem. Widzia­łem, jak tam stoi, potem znie­ru­cho­miał. Mgła tro­chę się wokół niego kłę­biła, wtedy zaczął się rzu­cać, jakby coś bar­dzo dużego go trzy­mało i szar­pało. Upadł. Potem już nie wstał.

Wciąż klę­cząc, Ter­ri­sa­nin spoj­rzał na ciało. Teur naj­wy­raź­niej był znany jako bajarz. A jed­nak trup był ponu­rym potwier­dze­niem - nie wspo­mi­na­jąc już o doświad­cze­niach Sazeda sprzed kilku tygo­dni.

Mgła w ciągu dnia.

Sazed wstał i odwró­cił się do wie­śnia­ków.

- Przy­nie­ście mi łopatę, pro­szę.

***

Nikt nie pomógł mu w kopa­niu grobu. To była powolna, brudna robota w połu­dnio­wym upale, mimo że nad­cho­dziła już jesień. Gli­nia­stą zie­mię trudno było ruszyć, ale na szczę­ście Sazed miał nie­wielki zapas siły w cyno­oło­wio­my­śli, i teraz do niej się­gnął.

Potrze­bo­wał jej, gdyż nikt nie nazwałby go atle­tycz­nym. Wysoki, o dłu­gich koń­czy­nach, miał syl­wetkę uczo­nego i wciąż nosił barwne szaty ter­ri­sań­skiego lokaja. Na­dal też golił głowę, jak to robił przez pierw­sze czter­dzie­ści kilka lat życia. Nie nosił zbyt wiele biżu­te­rii - nie chciał kusić zbój­ców - ale mał­żo­winy jego uszu były roz­cią­gnięte i wie­lo­krot­nie prze­bite.

Siła zaczerp­nięta z cyno­oło­wio­my­śli nieco wzmoc­niła jego mię­śnie, dając mu syl­wetkę potęż­niej­szego męż­czy­zny. Mimo to, nim skoń­czył, jego szaty były prze­po­cone i brudne. Wto­czył ciało do grobu i przez chwilę stał w mil­cze­niu. Ten męż­czy­zna był odda­nym rol­ni­kiem.

Sazed prze­szu­kał swoją reli­gijną mie­dzio­myśl w poszu­ki­wa­niu wła­ści­wej teo­lo­gii. Zaczął od indeksu - jed­nego z wielu, które stwo­rzył. Kiedy zna­lazł wła­ściwą reli­gię, uwol­nił odpo­wied­nie wspo­mnie­nia na temat jej prak­tyk. Pisma poja­wiły się w jego umy­śle tak wyraź­nie jak wtedy, gdy skoń­czył je zapa­mię­ty­wać. W swoim cza­sie zbla­kłyby, jak wszyst­kie wspo­mnie­nia, wcze­śniej jed­nak zamie­rzał umie­ścić je z powro­tem w mie­dzio­myśli. Tak dzia­łali Opie­ku­no­wie, tak prze­cho­wy­wali ogromne bogac­two infor­ma­cji.

Tego dnia wybrał wspo­mnie­nia HaDah, połu­dnio­wej reli­gii czczą­cej rol­ni­cze bóstwo. Jak więk­szość wyznań tłu­mio­nych w cza­sach Ostat­niego Impe­ra­tora, tak i wiara HaDah nie ist­niała od tysiąca lat.

Kie­ru­jąc się zasa­dami cere­mo­nii pogrze­bo­wej HaDah, Sazed pod­szedł do naj­bliż­szego drzewa - a raczej krzewu, który w tych oko­li­cach ucho­dził za drzewo. Odła­mał długą gałąź, obser­wo­wany przez wie­śnia­ków, i zaniósł ją do grobu. Pochy­lił się i wbił ją w zie­mię tuż obok głowy trupa. Póź­niej wstał i zaczął zasy­py­wać grób.

Chłopi przy­glą­dali mu się tępo. Są tacy przy­gnę­bieni, pomy­ślał. Wschod­nie Domi­nium było naj­bar­dziej cha­otycz­nym i nie­spo­koj­nym z Domi­niów Wewnętrz­nych. Jedyni męż­czyźni w grupce byli już sta­rzy. Wer­bow­nicy dzia­łali sku­tecz­nie - mężo­wie i ojco­wie z tej wio­ski pew­nie zgi­nęli na jakimś polu bitwy, które nie miało już zna­cze­nia.

Trudno uwie­rzyć, że mogło ist­nieć coś gor­szego od uci­sku Ostat­niego Impe­ra­tora. Sazed powie­dział sobie, że cier­pie­nie tych ludzi prze­mi­nie i któ­re­goś dnia zaznają dobro­bytu dzięki temu, czego doko­nał wraz z innymi. Jed­nakże widział chło­pów zmu­szo­nych do zabi­ja­nia sie­bie nawza­jem, widział dzieci umie­ra­jące z głodu, dla­tego że jakiś despota "zare­kwi­ro­wał" cały zapas żyw­no­ści wio­ski. Widział zło­dziei zabi­ja­ją­cych swo­bod­nie, gdyż woj­ska Ostat­niego Impe­ra­tora już nie patro­lo­wały kana­łów. Widział chaos, śmierć, nie­na­wiść i nie­ład. I musiał przy­znać, że to czę­ściowo była jego wina.

Na­dal zasy­py­wał grób. Został wyszko­lony jako uczony i słu­żący - był ter­ri­sań­skim loka­jem, naj­bar­dziej uży­tecz­nym, naj­droż­szym i naj­bar­dziej pre­sti­żo­wym ze sług Ostat­niego Impe­rium. To nie miało teraz zbyt wiel­kiego zna­cze­nia. Ni­gdy nikogo nie pocho­wał, ale bar­dzo się sta­rał, by z sza­cun­kiem zasy­pać ciało. Ku jego zasko­cze­niu wie­śniacy zaczęli mu w pew­nej chwili poma­gać, spy­cha­jąc zie­mię ze sterty.

Może dla nich jest jesz­cze nadzieja, pomy­ślał Sazed, z wdzięcz­no­ścią wrę­cza­jąc jed­nemu z nich łopatę. Kiedy skoń­czyli, u szczytu grobu wysta­wał czu­bek gałęzi HaDah.

- Dla­czego to zro­bi­łeś? - spy­tał Teur, wska­zu­jąc na gałąź.

Sazed się uśmiech­nął.

- To cere­mo­nia reli­gijna, gospo­da­rzu Teu­rze. Jeśli chcesz, może jej towa­rzy­szyć modli­twa.

- Modli­twa? Coś ze Sta­lo­wego Zakonu?

Sazed pokrę­cił głową.

- Nie, przy­ja­cielu. To modli­twa z wcze­śniej­szych cza­sów, z cza­sów sprzed Ostat­niego Impe­ra­tora.

Chłopi patrzyli po sobie, krzy­wiąc się. Teur dra­pał się po bro­dzie. Wszy­scy jed­nak zacho­wali mil­cze­nie, gdy Sazed wypo­wie­dział krótką modli­twę HaDah. Kiedy skoń­czył, odwró­cił się do nich.

- Zwano to reli­gią HaDah. Nie­któ­rzy z waszych przod­ków pew­nie ją wyzna­wali. Jeśli zechce­cie, mogę was nauczyć jej zasad.

Zebrani stali w mil­cze­niu. Nie było ich wielu - jakieś dwa tuziny, w więk­szo­ści kobiety w śred­nim wieku i kilku sta­rych męż­czyzn. Był też jeden mło­dzie­niec z drew­nianą nogą. Sazed zdzi­wił się, że tak długo prze­żył na plan­ta­cji. Więk­szość panów zabi­jała inwa­li­dów pośród skaa, żeby nie wyko­rzy­sty­wali ich zaso­bów.

- Kiedy wraca Ostatni Impe­ra­tor? - spy­tała jedna z kobiet.

- Raczej nie wróci - odparł Sazed.

- Dla­czego nas porzu­cił?

- To czas zmian - stwier­dził Sazed. - Może rów­nież czas, by poznać inne prawdy, inne drogi.

Ludzie zaczęli się krę­cić. Sazed wes­tchnął cicho. Ci ludzie koja­rzyli wiarę ze Sta­lo­wym Zako­nem i jego obli­ga­to­rami. Reli­gia nie była czymś, co obcho­dziło skaa - co naj­wy­żej sta­rali się jej uni­kać.

Opie­ku­no­wie spę­dzili tysiąc lat, gro­ma­dząc i zapa­mię­tu­jąc infor­ma­cje o umie­ra­ją­cych reli­giach świata, pomy­ślał. Kto by się spo­dzie­wał, że teraz, po odej­ściu Ostat­niego Impe­ra­tora, ludzie nie będą chcieli wie­dzieć, co stra­cili?

Nie potra­fił jed­nak źle myśleć o tych ludziach. Wal­czyli o prze­trwa­nie, ich surowy świat stał się do tego wszyst­kiego nie­prze­wi­dy­walny. Byli zmę­czeni. Nic dziw­nego, że nie inte­re­so­wała ich roz­mowa o dawno zapo­mnia­nych wie­rze­niach.

- Chodź­cie - powie­dział Sazed, kie­ru­jąc się do wio­ski. - Są inne rze­czy, bar­dziej prak­tyczne, któ­rych mogę was nauczyć.

5

5

Vin widziała w mie­ście oznaki nie­po­koju. Robot­nicy krę­cili się nie­pew­nie, a na tar­go­wi­skach wyczu­wało się obawę - lęk niczym u zapę­dzo­nego w kąt gry­zo­nia. Prze­stra­szo­nego, ale nie­pew­nego co robić. Ska­za­nego na zagładę bez moż­li­wo­ści ucieczki.

W ciągu ostat­niego roku wielu opu­ściło mia­sto - szla­chet­nie uro­dzeni ucie­kli, kupcy poszu­kali innych miejsc do pro­wa­dze­nia inte­re­sów. Jed­no­cze­śnie zja­wiło się wielu skaa. Usły­szeli o obie­ca­nej przez Elenda wol­no­ści i przy­byli z opty­mi­zmem, a przy­naj­mniej taką dozą opty­mi­zmu, jaką potrafi z sie­bie wykrze­sać prze­pra­co­wana, nie­do­ży­wiona i regu­lar­nie bita lud­ność.

I dla­tego, mimo prze­wi­dy­wań, że Lutha­del wkrótce upad­nie, mimo plo­tek, że jego armia jest mała i słaba, ci ludzie zostali. Pra­co­wali. Żyli. Jak zawsze. W życiu skaa ni­gdy nie było pew­no­ści.

Vin dzi­wiła się, widząc tak wielki ruch na tar­go­wi­sku. Szła ulicą Ken­ton, ubrana w swoje zwy­cza­jowe spodnie i zapi­naną na guziki koszulę. Przy­po­mniała sobie, jak odwie­dziła tę ulicę przed Upad­kiem. Wtedy była to spo­kojna sie­dziba kilku luk­su­so­wych kraw­ców.

Kiedy Elend zniósł ogra­ni­cze­nia dla han­dla­rzy skaa, Ken­ton się zmie­niła. Na ulicy wyro­sły liczne sklepy, wózki i namioty. Aby zaspo­ka­jać potrzeby nie­dawno wyzwo­lo­nych - i opła­ca­nych - robot­ni­ków skaa, skle­pi­ka­rze zmie­nili spo­sób pro­wa­dze­nia han­dlu. Nie­gdyś wabili boga­czy pięk­nymi witry­nami, teraz zaś wołali i nama­wiali, wyko­rzy­stu­jąc naga­nia­czy, sprze­daw­ców, a nawet żon­gle­rów, by ścią­gnąć klien­tów.

Na ulicy pano­wał taki ruch, że Vin zwy­kle jej uni­kała, a tego dnia było jesz­cze gorzej niż zwy­kle. Przy­by­cie armii spra­wiło, że ludzie gorącz­kowo kupo­wali i sprze­da­wali, pró­bu­jąc się zabez­pie­czyć. Pano­wała raczej ponura atmos­fera. Mniej ulicz­nych graj­ków, wię­cej wrza­sków. Elend naka­zał zamknąć bramy, unie­moż­li­wia­jąc ucieczkę. Vin zasta­na­wiała się, jak wielu ludzi żało­wało swo­jej decy­zji o pozo­sta­niu.

Szła ulicą zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, z rękami zało­żo­nymi na pier­siach, by ukryć ner­wo­wość. Nawet jako dziecko - łobu­ziak na uli­cach dzie­sią­tek miast - nie lubiła tłu­mów. Trudno było obser­wo­wać tak wielu ludzi, sku­pić się, gdy tyle wokół się działo. Jako dziecko trzy­mała się na kra­wę­dzi tłu­mów, ukry­wa­jąc się i wypa­da­jąc na chwilę, by chwy­cić zgu­bioną monetę czy kawa­łek jedze­nia.

Teraz była inna. Zmu­szała się, by iść z wypro­sto­wa­nymi ple­cami, uni­kała też wbi­ja­nia wzroku w zie­mię lub szu­ka­nia kry­jó­wek. Sta­wała się w tym coraz lep­sza, lecz tłumy zawsze przy­po­mi­nały jej, czym była kie­dyś. Czym zawsze będzie, choćby w czę­ści.

Jakby w odpo­wie­dzi na jej myśli, przez tłum prze­biła się para ulicz­ni­ków. Za nimi gonił z wrza­skiem potężny męż­czy­zna w far­tu­chu pie­ka­rza. W nowym świe­cie Elenda na­dal żyli ulicz­nicy. Wła­ści­wie, pomy­ślała, opła­ca­nie skaa spra­wiło, że świat stał się dla nich jesz­cze lep­szy. Mieli wię­cej sakie­wek do obro­bie­nia, wię­cej ludzi roz­pra­sza­ją­cych skle­pi­ka­rzy, wię­cej odpad­ków i wię­cej rąk kar­mią­cych żebra­ków.

Trudno jej było pogo­dzić swoje dzie­ciń­stwo z takim życiem. W jej wspo­mnie­niach dzieci na ulicy uczyły się być cicho i ukry­wać, wycho­dzić w nocy i grze­bać w odpad­kach. Jedy­nie naj­od­waż­niejsi z ulicz­ni­ków okra­dali sakiewki - dla więk­szo­ści szla­chet­nie uro­dzo­nych życie skaa było bez­war­to­ściowe. W dzie­ciń­stwie Vin sły­szała o wielu ulicz­ni­kach zabi­tych lub oka­le­czo­nych przez ary­sto­kra­tów.

Prawa Elenda nie wyeli­mi­no­wały ubó­stwa - mimo że tak bar­dzo tego pra­gnął - ale popra­wiły życie nawet ulicz­ni­ków. Mię­dzy innymi za to go kochała.

W tłu­mie było też kilku szla­chet­nie uro­dzo­nych, któ­rzy zostali prze­ko­nani przez Elenda lub oko­licz­no­ści, że ich mają­tek jest bez­piecz­niej­szy w mie­ście niż poza nim. Byli zde­spe­ro­wani, słabi albo szu­kali przy­gód. Vin spoj­rzała na prze­cho­dzą­cego męż­czy­znę, oto­czo­nego przez straż­ni­ków. Nie poświę­cił jej dru­giego spoj­rze­nia - pro­sty strój wystar­czał, by ją zigno­ro­wać. Vin odwró­ciła się, a wtedy jej uwagę wbrew jej woli przy­cią­gnął sklep z boku ulicy.

Sprze­da­wano w nim suk­nie balowe.

W środku mane­kiny pre­zen­to­wały maje­sta­tyczne stroje. Vin przyj­rzała się suk­niom o wąskich taliach i roz­sze­rza­nych, dzwo­nia­stych spód­ni­cach. Nie­mal wyobra­żała sobie, że jest na balu, w tle roz­brzmiewa cicha muzyka, stoły przy­kry­wają ide­al­nie białe obrusy, a Elend stoi na bal­ko­nie i kart­kuje książkę...

Czy tym wła­śnie jestem? Czy jestem szla­chet­nie uro­dzona? Można by się spie­rać, że była ary­sto­kratką przez spo­wi­no­wa­ce­nie. Sam król ją kochał - popro­sił ją o rękę - a szko­lił ją Oca­lały z Hath­sin. W rze­czy samej, jej ojciec pocho­dził ze szla­chec­kiego rodu, nawet jeśli matka była skaa. Prze­glą­da­jąc się w skle­po­wej witry­nie, Vin poma­cała pro­sty brą­zowy kol­czyk, jedyną pamiątkę po matce.

Nie było tego wiele. Ale też nie była wcale pewna, czy ma ochotę myśleć o matce. Ta kobieta pró­bo­wała prze­cież zabić Vin i zabiła jej rodzoną sio­strę. To Reen, jej przy­rodni brat, ura­to­wał jej życie. Wyrwał zakrwa­wioną Vin z ramion kobiety, która chwilę wcze­śniej wepchnęła kol­czyk w jej ucho.

A Vin go zatrzy­mała. Jako swego rodzaju pamiątkę. Tak naprawdę nie czuła się ary­sto­kratką. Cza­sem myślała, że ma wię­cej wspól­nego ze swoją sza­loną matką niż ze szlachtą ze świata Elenda. Bale i przy­ję­cia, na jakich bywała przed Upad­kiem, były farsą. Sen­nym wspo­mnie­niem. Zabra­kło dla nich miej­sca w tym świe­cie upa­da­ją­cych rzą­dów i noc­nych skry­to­bójstw. Poza tym udział Vin w balach - jako Valette Renoux - był oszu­stwem.

Wciąż uda­wała. Uda­wała, że nie jest ulicz­nicą, która dora­stała na uli­cach w gło­dzie, którą czę­ściej bito niż gła­skano.

Mimo to wciąż stała przed wystawą sklepu, nie­mal jakby była meta­lem Przy­cią­ga­nym przez te piękne suk­nie. Wewnątrz nie było klien­tów - mało kto myślał o stro­jach w przeded­niu inwa­zji - i ona też nie powinna. Poza tym nie mogła sobie pozwo­lić na taki luk­sus. Wszystko wyglą­dało ina­czej, kiedy wyda­wała pie­nią­dze Kel­siera. Ale teraz wyda­wała mają­tek Elenda - czyli kró­le­stwa.

Wes­tchnęła, odwró­ciła się od stro­jów i ponow­nie weszła mię­dzy ludzi.. To już nie jestem ja. Valette jest bez­u­ży­teczna dla Elenda, on potrze­buje Zro­dzo­nej z Mgły, a nie nie­zgrab­nej dziew­czyny w nie do końca dopa­so­wa­nej sukni. Rany z poprzed­niej nocy, potężne sińce, przy­po­mi­nały o jej miej­scu. Dobrze się goiły - przez cały dzień spa­lała mnó­stwo cyny z oło­wiem - ale przez jakiś czas będzie jesz­cze sztywna.

Vin przy­śpie­szyła kroku, kie­ru­jąc się w stronę zagród dla bydła. Zauwa­żyła jed­nak, że ktoś ją śle­dzi.

Cóż, "śle­dze­nie" było może zbyt wiel­kim sło­wem - męż­czy­zna z pew­no­ścią nie umiał się ukry­wać. Łysiał na czubku głowy, ale nosił dłu­gie włosy. Miał na sobie pro­stą tunikę skaa - jed­no­czę­ściowy brą­zowy ubiór popla­miony popio­łem.

Cudow­nie, pomy­ślała Vin. Także z tego powodu uni­kała tar­go­wi­ska, jak rów­nież innych miejsc, w któ­rych zbie­rali się skaa.

Przy­śpie­szyła kroku, a wtedy męż­czy­zna rów­nież przy­śpie­szył. Jego nie­zgrabne ruchy wkrótce wywo­łały zain­te­re­so­wa­nie, lecz, zamiast go prze­kli­nać, więk­szość ludzi zatrzy­my­wała się z sza­cun­kiem. Wkrótce dołą­czyli inni i za Vin szedł spory tłu­mek.

Miała ochotę rzu­cić monetę i po pro­stu odle­cieć. Jasne, pomy­ślała, uży­cie Allo­man­cji za dnia. Dopiero nie będziesz rzu­cać się w oczy.

Wes­tchnęła i odwró­ciła się do grupki. Nikt w niej nie wyglą­dał szcze­gól­nie groź­nie. Męż­czyźni mieli na sobie spodnie i pro­ste koszule, kobiety jed­no­czę­ściowe, wygodne sukienki. Kilku męż­czyzn było ubra­nych w pokryte popio­łem tuniki.

Kapłani Oca­la­łego.

- Pani Dzie­dziczko - powie­dział jeden z nich, pod­cho­dząc i pada­jąc na kolana.

- Nie nazy­waj mnie tak - popro­siła cicho Vin.

Kapłan spoj­rzał na nią.

- Pro­szę. Potrze­bu­jemy wska­zó­wek. Oba­li­li­śmy Ostat­niego Impe­ra­tora. Co teraz?

Vin cof­nęła się o krok. Kel­sier rozu­miał, co robi, kiedy skło­nił skaa, by w niego uwie­rzyli, póź­niej zgi­nął jak męczen­nik, by zwró­cić ich furię prze­ciwko Ostat­niemu Impe­rium. Ale czego spo­dzie­wał się potem? Czy mógł prze­wi­dzieć powsta­nie Kościoła Oca­la­łego - czy wie­dział, że zastąpi Ostat­niego Impe­ra­tora i sam sta­nie się bogiem?

Pro­blem pole­gał na tym, że Kel­sier nie pozo­sta­wił swoim wyznaw­com dok­tryny.

Jego jedy­nym celem było poko­na­nie Ostat­niego Impe­ra­tora - czę­ściowo dla zemsty, czę­ściowo trak­to­wał to jako swoje dzie­dzic­two, a czę­ściowo - jak miała nadzieję Vin - by wyzwo­lić skaa.

Tylko co teraz? Ci ludzie musieli się czuć tak jak ona. Dry­fo­wali i nie mieli świa­tła, które by ich popro­wa­dziło.

Vin nie mogła być tym świa­tłem.

- Nie jestem Kel­sie­rem - powie­działa, cofa­jąc się jesz­cze bar­dziej.

- Wiemy - odparł jeden z męż­czyzn. - Jesteś jego dzie­dziczką i tym razem to ty Oca­la­łaś.

- Pro­szę - powie­działa jedna z kobiet, trzy­ma­jąca w ramio­nach dziecko, i zro­biła krok do przodu. - Pani Dzie­dziczko. Jeśli ręka, która powa­liła Ostat­niego Impe­ra­tora, mogłaby dotknąć mojego dziecka...

Vin pró­bo­wała cof­nąć się jesz­cze bar­dziej, ale odkryła, że dotarła do kolej­nej gro­madki ludzi. Kobieta pode­szła bli­żej i Vin w końcu nie­pew­nie unio­sła dłoń do czoła dziecka.

- Dzię­kuję - powie­działa kobieta.

- Ochro­ni­cie nas, prawda, Pani Dzie­dziczko? - spy­tał młody męż­czy­zna, nie star­szy od Elenda, o brud­nej twa­rzy i szcze­rych oczach. - Kapłani mówią, że powstrzy­ma­cie armię, że żoł­nie­rze nie wejdą do mia­sta, gdy wy w nim będzie­cie.

Tego było dla niej za wiele. Vin wymru­czała coś w odpo­wie­dzi, odwró­ciła się i prze­biła przez tłum. Na szczę­ście, grupa wyznaw­ców nie podą­żyła za nią.

Gdy w końcu zwol­niła, oddy­chała ciężko, choć nie z wysiłku. Weszła w uliczkę mię­dzy dwoma skle­pami, sta­nęła w cie­niu i zaplo­tła ręce na piersi. Spę­dziła życie, sta­ra­jąc się pozo­stać nie­zau­wa­żoną. A teraz to wszystko minęło.

Czego ocze­ki­wali od niej ludzie? Naprawdę myśleli, że sama zatrzyma armię? Tego nauczyła się na samym początku szko­le­nia - Zro­dzeni z Mgły nie byli nie­po­ko­nani. Jed­nego czło­wieka mogła zabić. Dzie­się­ciu spra­wi­łoby jej pro­blemy. Armia...

Vin cof­nęła się i ode­tchnęła głę­boko. W końcu ponow­nie wyszła na ruchliwą ulicę. Zbli­żała się do swo­jego celu - nie­wiel­kiego, otwar­tego namiotu oto­czo­nego przez cztery kojce. Obok sie­dział han­dlarz, obszar­pany męż­czy­zna z wło­sami tylko na poło­wie czaszki - pra­wej poło­wie. Vin stała przez chwilę, zasta­na­wia­jąc się, czy to dziwne ucze­sa­nie wyni­kało z cho­roby, rany czy też oso­bi­stych pre­fe­ren­cji.

Męż­czy­zna pode­rwał się, gdy ujrzał ją przy kojcu. Otrze­pał ubra­nie i pod­szedł do niej, w uśmie­chu poka­zu­jąc resztki zębów. Zacho­wy­wał się tak, jakby nie sły­szał o armii za murami - albo w ogóle go nie obcho­dziła.

- Dzień dobry, panienko - powie­dział. - Szu­ka­cie szcze­niaczka? Mam tu takie małe nic­po­nie, które poko­cha każda dziew­czynka. Pro­szę, oto jeden. To z pew­no­ścią naj­słod­sze stwo­rzonko, jakie widzie­li­ście.

Vin zaplo­tła ręce na piersi, gdy męż­czy­zna się­gnął po szcze­niaka w jed­nym z koj­ców.

- Wła­ści­wie to szu­kam wil­cza­rza - powie­działa.

Han­dlarz pod­niósł wzrok.

- Wil­cza­rza, panienko? To nie jest pies dla takiej dziew­czyny. Paskudne bestie. Znajdę wam słod­kiego terierka. Są milut­kie i bar­dzo mądre...

- Nie - prze­rwała mu Vin. - Przy­pro­wa­dzisz mi wil­cza­rza.

Męż­czy­zna popa­trzył na nią, dra­piąc się po róż­nych mało ele­ganc­kich miej­scach.

- W sumie mogę spraw­dzić...

Ruszył w stronę kojca naj­bar­dziej odda­lo­nego od ulicy. Vin cze­kała, marsz­cząc nos z powodu smrodu, gdy han­dlarz ryczał na swoje zwie­rzaki, wybie­ra­jąc odpo­wied­niego. W końcu przy­pro­wa­dził do niej psa na smy­czy. Był to wil­czarz, choć nie­wielki, ale miał słod­kie, łagodne spoj­rze­nie i naj­wy­raź­niej przy­ja­zne uspo­so­bie­nie.

- Ostatni z miotu - powie­dział han­dlarz. - Dobre zwie­rzę dla mło­dej dziew­czyny. Powi­nien być też dosko­na­łym towa­rzy­szem polo­wań. Te wil­cza­rze mają lep­szy węch niż inne stwo­rze­nia.

Vin się­gnęła po sakiewkę, lecz zatrzy­mała się, spo­glą­da­jąc na sapią­cego psa. Wyda­wało jej się, że się do niej uśmie­cha.

- Na Ostat­niego Impe­ra­tora - wark­nęła, prze­py­cha­jąc się obok psa i jego wła­ści­ciela w stronę ostat­niego kojca.

- Panienko? - spy­tał męż­czy­zna, nie­pew­nie rusza­jąc za nią.

Vin przyj­rzała się wil­cza­rzom. Z tyłu zauwa­żyła potężne, szaro-czarne stwo­rze­nie. Było przy­kute łań­cu­chem do słupa i spo­glą­dało na nią wyzy­wa­jąco, a w jego gar­dle rodziło się war­cze­nie.

Poka­zała go pal­cem.

- Ile za tam­tego z tyłu?

- Tam­tego? - powtó­rzył kupiec. - Panienko, to pies stró­żu­jący. Powi­nien zostać wypusz­czony w posia­dło­ści pana, by zaata­ko­wać każ­dego, kto wej­dzie! To jedno z naj­pa­skud­niej­szych stwo­rzeń, jakie widzia­łem!

- Dosko­nale - stwier­dziła Vin, się­ga­jąc do sakiewki.

- Panienko, nie mogę wam sprze­dać tej bestii. Wcale a wcale. Waży chyba pół­tora raza wię­cej od panienki.

Vin kiw­nęła głową, po czym weszła do kojca. Han­dlarz krzyk­nął, lecz ona pode­szła do wil­cza­rza. Obszcze­kał ją, a na jego pysku poja­wiła się piana.

Bar­dzo mi przy­kro, pomy­ślała Vin. Spa­liła cynę z oło­wiem, pochy­liła się i ude­rzyła pię­ścią w łeb zwie­rzę­cia.

Pies zamarł, zako­ły­sał się i padł na zie­mię. Męż­czy­zna zatrzy­mał się tuż przy niej. Patrzył na to z otwar­tymi ustami.

- Smycz - roz­ka­zała Vin.

Dał jej. Zwią­zała nią łapy zwie­rzę­cia, po czym zarzu­ciła je sobie na plecy. Zadrżała lekko z powodu bólu w boku.

Lepiej, żeby nie obśli­nił mi koszuli, pomy­ślała, poda­jąc han­dla­rzowi monety, i ruszyła w stronę pałacu.

***

Vin rzu­ciła nie­przy­tom­nego wil­cza­rza na zie­mię. Straż­nicy patrzyli na nią dziw­nie, kiedy weszła do pałacu, ale do tego się już przy­zwy­cza­iła. Otrze­pała ręce.

- Co to? - spy­tał Ore­Seur.

Dotarł do kom­nat Vin w pałacu, ale jego obecne ciało było bez­u­ży­teczne. Musiał stwo­rzyć mię­śnie w miej­scach, w któ­rych ludzie ich nie mieli, by utrzy­mać szkie­let w jed­nym kawałku, a choć ule­czył rany, jego ciało wyglą­dało nie­na­tu­ral­nie. Wciąż miał na sobie zakrwa­wione ubra­nie z poprzed­niego wie­czoru.

- To - odpo­wie­działa, wska­zu­jąc na wil­cza­rza - jest twoje nowe ciało.

Ore­Seur się zawa­hał.

- To? Panienko, to jest pies.

- Ow­szem - potwier­dziła Vin.

- Jestem czło­wie­kiem.

- Jesteś kan­drą - sprze­ci­wiła się. - Możesz uda­wać ciało i mię­śnie. Co z futrem?

Kan­dra nie wyglą­dał na zachwy­co­nego.

- Nie mogę go uda­wać - przy­znał - ale mogę wyko­rzy­stać jego futro, podob­nie jak kości. Ale z pew­no­ścią jest...

- Nie zabiję dla cie­bie, kan­dro - powie­działa Vin. - A nawet gdy­bym kogoś zabiła, nie pozwo­li­ła­bym ci go zjeść. Poza tym to będzie o wiele mniej podej­rzane. Ludzie zaczną gadać, jeśli wciąż będę zastę­po­wać loka­jów nie­zna­jo­mymi. Od wielu mie­sięcy powta­rza­łam, że mam zamiar pozbyć się cie­bie. Cóż, powiem im, że w końcu to zro­bi­łam... i nikt nawet nie pomy­śli, że mój nowy pies to w rze­czy­wi­sto­ści mój kan­dra.

Odwró­ciła się, wska­zu­jąc na nie­przy­tomne zwie­rzę.

- To będzie bar­dzo przy­datne. Ludzie zwra­cają mniej uwagi na psy niż na innych ludzi, więc będziesz mógł pod­słu­chi­wać roz­mowy.

Ore­Seur się nachmu­rzył.

- To nie będzie łatwe. Musisz mnie do tego zmu­sić, przez Kon­trakt.

- Dobrze - stwier­dziła Vin. - To roz­kaz. Jak długo ci to zaj­mie?

- Zwy­kłe ciało zaj­muje kilka godzin - odparł Ore­Seur. - To może potrwać dłu­żej. Spra­wie­nie, by tak wiele futra wyglą­dało natu­ral­nie, będzie spo­rym wyzwa­niem.

- To zabie­raj się do roboty - powie­działa i odwró­ciła się w stronę drzwi.

Po dro­dze zauwa­żyła jed­nak nie­wiel­kie pudełko na biurku. Zmarsz­czyła czoło, pode­szła i zdjęła pokrywę. W środku znaj­do­wał się list.

Pani Vin,

oto kolejny stop, o który pro­si­łaś. Alu­mi­nium trudno zdo­być, ale kiedy pewna szla­chetna rodzina opusz­czała nie­dawno mia­sto, kupi­łem część z ich sztuć­ców.

Nie wiem, czy to zadziała, ale myślę, że warto spró­bo­wać. Zmie­sza­łem alu­mi­nium z czte­rema pro­cen­tami mie­dzi, a wynik uwa­żam za obie­cu­jący. Czy­ta­łem o tym sto­pie - nazy­wają go duralu­mi­nium.

Twój sługa Terion

Vin uśmiech­nęła się, odło­żyła list i wyjęła resztę zawar­to­ści pudełka - małą sakiewkę z meta­lo­wym pyłem i cienką sre­brzy­stą sztabkę, praw­do­po­dob­nie wła­śnie owo "dura­lu­mi­nium". Terion był dosko­na­łym allo­man­tycz­nym meta­lur­giem. Choć sam nie był Allo­mantą, przez więk­szość życia przy­go­to­wy­wał stopy i pyły dla Zro­dzo­nych z Mgły i Mgli­stych.

Scho­wała sakiewkę i sztabkę, po czym odwró­ciła się do Ore­Seura. Kan­dra spo­glą­dał na nią bez­na­mięt­nie.

- To przy­szło dzi­siaj? - spy­tała Vin, wska­zu­jąc na pudełko.

- Tak, panienko - odparł. - Kilka godzin temu.

- I nie powie­dzia­łeś mi?

- Prze­pra­szam, panienko - odpo­wie­dział kan­dra swoim pozba­wio­nym emo­cji gło­sem - ale nie roz­ka­za­łaś mi mówić, że przy­szła do cie­bie jakaś prze­syłka.

Vin zaci­snęła zęby. Wie­dział, jak nie­cier­pli­wie czeka na nowy stop od Teriona. Wszyst­kie poprzed­nie stopy alu­mi­nium były nie­udane. Nie­po­ko­iło ją, że ist­nieje jesz­cze jeden allo­man­tyczny metal, który tylko czeka na odkry­cie. Nie zazna satys­fak­cji, dopóki go nie znaj­dzie.

Ore­Seur sie­dział na swoim miej­scu, a przed nim leżał nie­przy­tomny wil­czarz.

- Zabie­raj się do roboty - powie­działa, obró­ciła się na pię­cie i ruszyła w poszu­ki­wa­niu Elenda.

***

Vin w końcu odna­la­zła go w gabi­ne­cie, gdzie prze­glą­dał reje­stry. Obok niego stała zna­joma postać.

- Dox! - wykrzyk­nęła.

Przy­był poprzed­niego dnia, jed­nak szybko wró­cił do swo­ich kom­nat i nie miała oka­zji się z nim zoba­czyć.

Dock­son pod­niósł wzrok i się uśmiech­nął. Był przy­sa­dzi­sty, ale nie gruby, miał krót­kie ciemne włosy i wciąż nosił bródkę.

- Witaj, Vin.

- Jak było w Ter­ris? - spy­tała.

- Zimno - odparł. - Cie­szę się, że wró­ci­łem. Choć wolał­bym nie widzieć tej armii.

- Tak czy ina­czej, cie­szymy się, że jesteś, Dock­son - powie­dział Elend. - Bez cie­bie kró­le­stwo się roz­pada.

- Nie sądzę - odrzekł Dock­son, odkła­da­jąc rejestr na stertę. - Bio­rąc wszystko pod uwagę, wygląda na to, że kró­lew­ska biu­ro­kra­cja trzy­mała się pod moją nie­obec­ność cał­kiem nie­źle. Wła­ści­wie mnie nie potrze­bu­je­cie!

- Bzdura! - sprze­ci­wił się Elend.

Vin oparła się o drzwi, spo­glą­da­jąc na męż­czyzn dalej pro­wa­dzą­cych roz­mowę. Ota­czała ich atmos­fera fał­szy­wej jowial­no­ści. Obaj byli zde­cy­do­wani zadbać o roz­wój nowego kró­le­stwa, nawet jeśli ozna­czało to uda­wa­nie, że się lubią. Dock­son wska­zy­wał na różne miej­sca w reje­strach, mówiąc o finan­sach i o tym, czego dowie­dział się w naj­dal­szych wio­skach pod wła­dzą Elenda.

Kobieta wes­tchnęła i spoj­rzała na drugą stronę kom­naty. Pro­mie­nie słońca wpa­dały przez witra­żową rozetę, pla­miąc reje­stry i stół. Nawet po takim cza­sie Vin nie potra­fiła się przy­zwy­czaić do swo­bod­nego bogac­twa szla­chec­kiej twier­dzy. Okno, czer­wone i lawen­dowe, było nie­zwy­kle piękne i skom­pli­ko­wane. Jed­nak ary­sto­kraci naj­wy­raź­niej uwa­żali je za tak pospo­lite, że umie­ścili je w jed­nym z poko­ików na tyłach, obec­nie słu­żą­cym jako gabi­net Elenda.

Jak można się było spo­dzie­wać, pomiesz­cze­nie wypeł­niały sterty ksią­żek. Regały się­gały od ziemi do sufitu, lecz nie były zdolne pomie­ścić coraz więk­szej kolek­cji Elenda. Vin nie podzie­lała jego gustu, jeśli cho­dzi o książki. Więk­szość zbio­rów sta­no­wiły dzieła poli­tyczne i histo­ryczne, doty­czące tema­tów rów­nie zatę­chłych, jak ich stare kartki. Wiele było nie­gdyś zaka­za­nych przez Sta­lowy Zakon, jed­nak sta­ro­żytni filo­zo­fo­wie nudzili nawet wtedy, gdy poru­szali naj­bar­dziej nie­oby­czajne tematy.

- Tak czy ina­czej - powie­dział Dock­son, w końcu zamy­ka­jąc rejestr - mam jesz­cze coś do zro­bie­nia przed twoim jutrzej­szym prze­mó­wie­niem, Wasza Wyso­kość. Czy Ham wspo­mniał o spo­tka­niu obrony mia­sta jutrzej­szego wie­czoru?

Elend poki­wał głową.

- Zakła­da­jąc, że prze­ko­nam Zgro­ma­dze­nie, by nie odda­wało mia­sta mojemu ojcu, będziemy musieli wymy­ślić stra­te­gię walki z tą armią. Jutro wie­czo­rem kogoś po cie­bie przy­ślę.

- Dobrze - odpo­wie­dział Dock­son.

Po tych sło­wach ukło­nił się Elen­dowi, mru­gnął do Vin i wyszedł.

Gdy zamknął za sobą drzwi, król wes­tchnął i usa­do­wił się wygod­niej w obi­tym plu­szem fotelu.

Vin pode­szła do niego.

- To naprawdę dobry czło­wiek, Elen­dzie.

- Wiem o tym. Ale dobry nie zawsze ozna­cza miły.

- Miły też jest - sprze­ci­wiła się. - Nie­za­chwiany, spo­kojny, zrów­no­wa­żony. Ekipa na nim pole­gała. - Choć Dock­son nie był Allo­mantą, był prawą ręką Kel­siera.

- On mnie nie lubi, Vin - stwier­dził Elend. - Trudno doga­dać się z kimś, kto tak na mnie patrzy.

- Nie dałeś mu szansy - odparła, zatrzy­mu­jąc się przy jego sie­dzi­sku.

Spoj­rzał na nią ze sła­bym uśmie­chem. Kami­zelkę miał roz­piętą, włosy roz­czo­chrane.

- Hm... - mruk­nął, bio­rąc ją za rękę. - Podoba mi się ta koszula. Dobrze wyglą­dasz w czer­wieni.

Vin prze­wró­ciła oczami. Pozwo­liła się przy­cią­gnąć bli­żej i poca­ło­wać. W poca­łunku kryła się namięt­ność - może potrzeba cze­goś sta­łego. Odpo­wie­działa, roz­luź­nia­jąc się w jego obję­ciach. Kilka chwil póź­niej wes­tchnęła i usa­do­wiła się na fotelu obok niego. Przy­cią­gnął ją bli­żej i odwró­cił sie­dzi­sko w stronę słońca, po czym uśmiech­nął się i spoj­rzał na Vin.

- Czuję... nowe per­fumy.

Vin prych­nęła i oparła głowę o jego pierś.

- To nie per­fumy, tylko pies.

- A, dobrze - powie­dział. - Mar­twi­łem się, że tra­cisz rozum. A jest jakiś powód, dla któ­rego pach­niesz psem?

- Poszłam na targ i kupi­łam jed­nego, a potem przy­nio­słam go tutaj i dałam Ore­Seu­rowi, jako jego nowe ciało.

Elend otwo­rzył sze­rzej oczy.

- Ależ Vin, to dosko­nały pomysł! Nikt nie podej­rzewa, że pies może być szpie­giem. Zasta­na­wiam się, czy ktoś już kie­dyś o tym pomy­ślał...

- Na pewno - odparła. - To zna­czy, to prze­cież ma sens. Sądzę jed­nak, że ten, kto o tym pomy­ślał, nie­ko­niecz­nie chciał się tym dzie­lić.

- Racja - stwier­dził i usa­do­wił się wygod­niej.

Vin wyczu­wała w nim napię­cie. Jutrzej­sze prze­mó­wie­nie, pomy­ślała. To nim się mar­twi.

- Muszę jed­nak zauwa­żyć - powie­dział leni­wie Elend - że tro­chę roz­cza­ro­wuje mnie fakt, iż nie uży­wasz per­fum o zapa­chu psa. Przy two­jej pozy­cji wyobra­żam sobie, że nie­które miej­scowe szlach­cianki chcia­łyby cię naśla­do­wać. To mogłoby się oka­zać zabawne.

Pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała mu w twarz.

- Wiesz co, Elen­dzie... cza­sem cho­ler­nie trudno powie­dzieć, czy żar­tu­jesz, czy jesteś głupi.

- I przez to jestem bar­dziej tajem­ni­czy, co?

- Coś w tym rodzaju - odparła, znów się w niego wtu­la­jąc.

- Widzisz, nie rozu­miesz, jakie to sprytne z mojej strony - powie­dział. - Jeśli ludzie nie wie­dzą, kiedy jestem idiotą, a kiedy geniu­szem, może założą, że moje błędy to bły­sko­tliwe posu­nię­cia poli­tyczne.

- O ile jed­no­cze­śnie nie uznają two­ich bły­sko­tli­wych posu­nięć za błędy.

- To nie powinno być trudne - powie­dział Elend. - Oba­wiam się, że nie ma ich znowu tak wiele.

Vin zmar­twiło napię­cie w jego gło­sie. Męż­czy­zna jed­nak zaraz uśmiech­nął się i zmie­nił temat.

- Wróćmy do Ore­Seura w postaci psa. Czy będzie mógł wycho­dzić z tobą nocami?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Pew­nie tak. Wła­ści­wie na razie tego nie pla­no­wa­łam.

- Wolał­bym, żebyś go zabie­rała - powie­dział Elend. - Mar­twię się, kiedy wycho­dzisz tam nocami i tak bar­dzo się męczysz.

- Pora­dzę sobie - odparła. - Ktoś musi cię strzec.

- Ow­szem - zgo­dził się - ale kto strzeże cie­bie?

Kel­sier. Nawet teraz taka była jej natych­mia­stowa reak­cja. Znała go nie­cały rok, ale ten rok był pierw­szym w jej życiu, w któ­rym czuła się chro­niona.

Kel­sier nie żył. A ona, jak cała reszta świata, musiała sobie radzić bez niego.

- Wiem, że zosta­łaś ranna, kiedy wczo­raj w nocy wal­czy­łaś z tymi Allo­man­tami - powie­dział Elend. - Dobrze by mi to zro­biło, gdy­bym wie­dział, że ktoś z tobą jest.

- Kan­dra nie jest straż­ni­kiem - sprze­ci­wiła się.

- Wiem - odpo­wie­dział. - Ale oni są nie­wia­ry­god­nie lojalni... nie sły­sza­łem, by któ­ryś zła­mał Kon­trakt. Będzie cię strzegł. Mar­twię się o cie­bie, Vin. Jak myślisz, dla­czego sie­dzę tak po nocach, wypi­su­jąc te pro­po­zy­cje? Nie mogę spać ze świa­do­mo­ścią, że ty gdzieś tam może wal­czysz... albo, co gor­sza, umie­rasz na ulicy, bo nikt ci nie pomógł.

- Cza­sem zabie­ram ze sobą Ore­Seura.

- Ow­szem - odparł - ale wiem, że znaj­du­jesz wymówki, żeby go zosta­wić. Kel­sier kupił ci usługi nie­zwy­kle cen­nego słu­żą­cego. Nie rozu­miem, dla­czego sta­rasz się go tak bar­dzo uni­kać.

Vin przy­mknęła oczy.

- Elen­dzie, on zjadł Kel­siera.

- I co z tego? - spy­tał Elend. - Kel­sier już nie żył. Poza tym to on sam wydał ten roz­kaz.

Vin wes­tchnęła i otwo­rzyła oczy.

- Ja... po pro­stu nie ufam temu stwo­rowi. Jest nie­na­tu­ralny.

- Wiem - powie­dział Elend. - Mój ojciec zawsze trzy­mał kan­drę. Ale Ore­Seur to zawsze coś. Pro­szę. Obie­caj, że będziesz go zabie­rać ze sobą.

- Dobrze. Nie sądzę jed­nak, by mu się to spodo­bało. Nie doga­dy­wa­li­śmy się nawet wtedy, kiedy on odgry­wał Renoux, a ja jego sio­strze­nicę.

Elend wzru­szył ramio­nami.

- Będzie prze­strze­gał Kon­traktu. To się liczy.

- Prze­strzega Kon­traktu - odparła - ale bar­dzo nie­chęt­nie. Przy­się­gam, lubi mnie dener­wo­wać.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią z góry.

- Vin, kan­dra to dosko­nali słu­żący. Nie robią takich rze­czy.

- Nie, Elen­dzie - sprze­ci­wiła się. - Sazed był dosko­na­łym słu­żą­cym. Lubił być z ludźmi i im poma­gać. Ni­gdy nie czu­łam, że mnie nie znosi. Ore­Seur robi wszystko, co mu powiem, ale mnie nie lubi. I ni­gdy nie lubił. Widzę to.

Elend wes­tchnął, pogła­skał ją po ręce.

- Nie sądzisz, że zacho­wu­jesz się tro­chę nie­ra­cjo­nal­nie? Nie ma powodu, żeby go tak nie­na­wi­dzić.

- Ach, tak? Podob­nie jak nie ma powodu, żebyś nie doga­dy­wał się z Dock­so­nem?

Elend zamilkł. Wes­tchnął.

- Chyba masz rację - przy­znał. Dalej gła­skał Vin po ramie­niu, wpa­tru­jąc się z namy­słem w sufit.

- Co? - spy­tała.

- Chyba nie jestem zbyt dobry w tej robo­cie, co?

- Nie bądź głupi - odpo­wie­działa. - Jesteś wspa­nia­łym kró­lem.

- Mogę być zno­śnym kró­lem, Vin, ale nie jestem nim.

- Kim?

- Kel­sie­rem - odpo­wie­dział cicho.

- Elen­dzie, nikt nie ocze­kuje od cie­bie, że będziesz Kel­sie­rem.

- Naprawdę? - spy­tał. - To dla­tego Dock­son mnie nie lubi. Nie­na­wi­dzi szla­chet­nie uro­dzo­nych, to można wyczuć w jego sło­wach, zacho­wa­niu. Nie mam do niego pre­ten­sji, bio­rąc pod uwagę jego życie. Tak czy ina­czej, nie uważa, że powi­nie­nem być kró­lem. Sądzi, że na moim miej­scu powi­nien być skaa... albo jesz­cze lepiej, Kel­sier. Wszy­scy tak myślą.

- Non­sens.

- Naprawdę? A gdyby Kel­sier żył, czy był­bym kró­lem?

Vin się zawa­hała.

- Widzisz? Akcep­tują mnie... lud, kupcy, nawet szlachta. Ale w głębi duszy żałują, że na moim miej­scu nie ma Kel­siera.

- Ja nie.

- Naprawdę?

Vin zmarsz­czyła czoło. Usia­dła i odwró­ciła się tak, że klę­czała na fotelu nad Elen­dem. Ich twa­rze dzie­liło zale­d­wie kilka cali.

- Ni­gdy w to nie wątp, Elen­dzie. Kel­sier był moim nauczy­cie­lem, ale nie kocha­łam go. Nie tak, jak kocham cie­bie.

Elend spoj­rzał jej w oczy i poki­wał głową. Vin poca­ło­wała go namięt­nie i znów usa­do­wiła się obok niego.

- A dla­czego nie? - spy­tał w końcu.

- Wiesz, przede wszyst­kim był stary.

Elend się zaśmiał.

- Pamię­tam, jak żar­to­wa­łaś sobie z mojego wieku.

- To inna sprawa - odpo­wie­działa. - Ty jesteś tylko kilka lat star­szy ode mnie... Kel­sier był bar­dzo stary.

- Vin, trzy­dzie­ści osiem lat to nie jest "bar­dzo stary".

- Ale pra­wie.

Elend znów się roze­śmiał, widziała jed­nak, że nie jest zado­wo­lony. A dla­czego wła­ści­wie wybrała Elenda, nie Kel­siera? Kel­sier był wizjo­ne­rem, boha­te­rem, Zro­dzo­nym z Mgły.

- Kel­sier był wiel­kim czło­wie­kiem - powie­działa cicho Vin, gdy Elend zaczął się bawić jej wło­sami. - Ale... miał w sobie coś takiego, Elen­dzie. Prze­ra­ża­ją­cego. Był zasad­ni­czy, zuchwały, nawet tro­chę okrutny. Nie wyba­czał. Zabi­jał ludzi bez poczu­cia winy, bez jed­nej myśli, tylko dla­tego, że wspie­rali Ostat­nie Impe­rium lub słu­żyli Ostat­niemu Impe­ra­to­rowi. Kocha­łam go jak nauczy­ciela i przy­ja­ciela. Ale nie sądzę, żebym mogła poko­chać, naprawdę poko­chać, kogoś takiego. Nie winię go o to, tak samo jak ja dora­stał na uli­cach. Kiedy czło­wiek musi w życiu wal­czyć, staje się silny... ale też tward­nieje. Może nie ze swo­jej winy, ale przy­po­mi­nał mi męż­czyzn, któ­rych... zna­łam, kiedy byłam młod­sza. Kell był lep­szy od nich... umiał być dobry i oddał życie za skaa. Ale był twardy. - Przy­mknęła oczy i wtu­liła się w Elenda. - Ty, Elen­dzie Ven­ture, jesteś dobrym czło­wie­kiem. Praw­dzi­wie dobrym czło­wie­kiem.

- Dobrzy ludzie nie prze­cho­dzą do legendy - powie­dział cicho.

- Dobrzy ludzie nie muszą prze­cho­dzić do legendy. - Otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na niego. - I tak robią to, co jest wła­ściwe.

Elend się uśmiech­nął. Poca­ło­wał ją w czu­bek głowy i odchy­lił się do tyłu. Leżeli tak przez jakiś czas w kom­na­cie roz­grza­nej słoń­cem, odpo­czy­wali.

- Raz ura­to­wał mi życie - powie­dział w końcu Elend.

- Kto? - spy­tała zasko­czona Vin. - Kel­sier?

Poki­wał głową.

- W dniu, kiedy Spook i Ore­Seur zostali poj­mani, gdy Kel­sier zgi­nął. Na placu trwała bitwa, kiedy Ham i żoł­nie­rze usi­ło­wali uwol­nić więź­niów.

- Byłam tam - powie­działa Vin. - Kry­łam się z Bre­eze'em i Doksem w jed­nej z uli­czek.

- Naprawdę? - spy­tał Elend. W jego gło­sie pobrzmie­wała nuta roz­ba­wie­nia. - Bo wiesz, przy­sze­dłem tam dla cie­bie. Myśla­łem, że cię aresz­to­wali razem z twoim "wujem" Ore­Seu­rem. Pró­bo­wa­łem dostać się do kla­tek, żeby cię ura­to­wać.

- Że co? Prze­cież tam trwała regu­larna bitwa! Na Ostat­niego Impe­ra­tora, był tam Inkwi­zy­tor!

- Wiem - odparł ze sła­bym uśmie­chem. - Widzisz, to wła­śnie Inkwi­zy­tor pró­bo­wał mnie zabić. Uniósł swój topór i w ogóle. A wtedy... poja­wił się Kel­sier. Wpadł na Inkwi­zy­tora i go prze­wró­cił.

- Pew­nie czy­sty przy­pa­dek - stwier­dziła Vin.

- Nie - powie­dział cicho Elend. - To wła­śnie chciał zro­bić. Patrzył na mnie, kiedy wal­czy­łem z Inkwi­zy­to­rem, i widzia­łem to w jego oczach. Długo myśla­łem nad tą chwilą. Wszystko mówi mi, że Kel­sier nie­na­wi­dził szla­chet­nie uro­dzo­nych bar­dziej niż Dox.

Vin się zawa­hała.

- Pod koniec... chyba się zmie­nił.

- Zmie­nił się na tyle, że zary­zy­ko­wał życie, by ochro­nić przy­pad­ko­wego ary­sto­kratę.

- Wie­dział, że cię kocham. - Vin uśmiech­nęła się lekko. - Wygląda na to, że w osta­tecz­nym roz­ra­chunku oka­zało się to sil­niej­sze od nie­na­wi­ści.

- Nie wie­dzia­łem... - prze­rwał, gdy Vin odwró­ciła się, nasłu­chu­jąc.

Zbli­ża­jące się kroki. Usia­dła, a chwilę póź­niej do środka zaj­rzał Ham. Zatrzy­mał się, gdy ujrzał Vin na kola­nach Elenda.

- O, prze­pra­szam - powie­dział, cofa­jąc się.

- Nie, zacze­kaj! - zawo­łała Vin.

Męż­czy­zna znów zaj­rzał do środka, a dziew­czyna odwró­ciła się do Elenda.

- Pra­wie zapo­mnia­łam, z czym tu przy­szłam. Dosta­łam dziś nową paczkę od Teriona.

- Kolejną? - spy­tał Elend. - Vin, kiedy ty zre­zy­gnu­jesz?

- Nie mogę sobie na to pozwo­lić - stwier­dziła.

- To prze­cież nie może być takie ważne, prawda? - spy­tał. - To zna­czy, skoro wszy­scy zapo­mnieli, co robi ten ostatni metal, nie może być bar­dzo potężny.

- Być może - powie­działa - a może był tak nie­sa­mo­wi­cie potężny, że Zakon bar­dzo się posta­rał, by utrzy­mać go w tajem­nicy.

Wstała i wyjęła z kie­szeni sakiewkę i sztabkę. Tę ostat­nią podała Elen­dowi, który wypro­sto­wał się na sie­dze­niu.

Metal był srebrny i błysz­czący, i jak alu­mi­nium, z któ­rego go stwo­rzono, wyda­wał się zbyt lekki. Allo­manta, który przy­pad­kowo spa­lił alu­mi­nium, natych­miast tra­cił wszyst­kie zapasy innych metali, a przez to moc. Sta­lowy Zakon utrzy­my­wał jego ist­nie­nie w tajem­nicy, a Vin dowie­działa się o nim tej nocy, gdy została poj­mana przez Inkwi­zy­to­rów, a póź­niej zabiła Ostat­niego Impe­ra­tora.

Nie wie­dzieli, jaki jest wła­ściwy allo­man­tyczny stop alu­mi­nium. Metale allo­man­tyczne zawsze wystę­po­wały w parach - żelazo i stal, cyna i cyna z oło­wiem, miedź i brąz, cynk i mosiądz. Alu­mi­nium i... coś. Liczyła na to, że coś potęż­nego. Nie miała już atium. Potrze­bo­wała prze­wagi.

Elend wes­tchnął i oddał jej sztabkę.

- Ostat­nim razem, kiedy spró­bo­wa­łaś spa­lić jeden z nich, przez dwa dni byłaś chora, Vin. Prze­ra­ziło mnie to.

- Nie zabije mnie - odparła. - Kel­sier obie­cy­wał, że spa­le­nie złego stopu wywo­łuje jedy­nie cho­robę.

Elend pokrę­cił głową.

- Nawet Kel­sier cza­sem się mylił, Vin. Czy nie mówi­łaś, że źle zro­zu­miał zasadę dzia­ła­nia brązu?

Vin się zawa­hała. Tro­ska Elenda była tak szczera, że pra­wie skło­niła ją do zmiany zda­nia. Ale...

Kiedy ta armia zaata­kuje, Elend umrze. Skaa być może prze­trwają - żaden władca nie byłby na tyle głupi, żeby zarżnąć tak wydajne mia­sto. Król jed­nak zosta­nie zabity. Nie mogła wal­czyć z całą armią, nie umiała też pomóc w przy­go­to­wa­niach.

Ale znała się na Allo­man­cji. Im lep­sza w tym była, tym lepiej mogła chro­nić uko­cha­nego.

- Muszę spró­bo­wać, Elen­dzie - powie­działa cicho. - Clubs mówił, że Straff nie zaata­kuje przez kilka naj­bliż­szych dni. Jego ludzie muszą odpo­cząć po dłu­gim mar­szu i prze­pro­wa­dzić zwiad. To ozna­cza, że nie mogę cze­kać. Jeśli po tym metalu się pocho­ruję, lepiej, żebym wyzdro­wiała przed walką... ale tylko jeśli spró­buję teraz.

Elend spo­chmur­niał, ale nie zabro­nił jej. Wie­dział, że to nie ma sensu. Wstał.

- Ham, sądzisz, że to dobry pomysł?

Męż­czy­zna poki­wał głową. Był wojow­ni­kiem, dla niego jej ryzyko miało sens. Popro­siła, żeby został, bo ktoś musiał zanieść ją do łóżka, gdyby coś poszło nie tak.

- Dobrze - stwier­dził Elend i z rezy­gna­cją spoj­rzał na Vin.

Kobieta usa­do­wiła się wygod­nie w fotelu i połknęła szczyptę sprosz­ko­wa­nego dura­lu­mi­nium. Zamknęła oczy i zba­dała swoje rezerwy allo­man­tyczne. Jeśli cho­dzi o pospo­litą ósemkę, zgro­ma­dziła spory zapas. Nie miała atium, złota ani ich sto­pów. Nawet gdyby mieli jesz­cze atium, było zbyt cenne, by wyko­rzy­sty­wać je ina­czej niż w nie­bez­pie­czeń­stwie. Pozo­stała dwójka nie miała szer­szego zasto­so­wa­nia.

Poja­wił się nowy metal. Podob­nie jak cztery razy wcze­śniej. Za każ­dym razem, kiedy spa­lała stop alu­mi­nium, natych­miast czuła mor­der­czy ból głowy. Myślałby kto, że to będzie nauczka, pomy­ślała. Zaci­ska­jąc zęby, się­gnęła i zapa­liła nowy stop.

Nic się nie stało.

- I jak, spró­bo­wa­łaś? - zapy­tał z nie­po­ko­jem Elend.

Vin kiw­nęła głową.

- Nie boli mnie głowa. Ale... nie jestem pewna, czy stop coś robi.

- Ale pali się? - spy­tał Ham.

Vin poki­wała głową. Czuła zna­jome cie­pło we wnę­trzu, nie­wielki ogień, który świad­czył, że spala metal. Pró­bo­wała się poru­szać, ale nie czuła żad­nych zmian w swoim ciele. W końcu pod­nio­sła wzrok i wzru­szyła ramio­nami.

- Jeśli się nie pocho­ro­wa­łaś, to zna­la­złaś wła­ściwy stop. Każdy metal ma tylko jeden - stwier­dził Ham, marsz­cząc czoło.

- Tak w każ­dym razie nam mówiono - odpo­wie­działa.

- Co to za stop?

- Alu­mi­nium i miedź - odparła.

- Inte­re­su­jące. W ogóle nic nie czu­łaś?

Pokrę­ciła głową.

- Powin­naś wię­cej ćwi­czyć.

- Wygląda na to, że mam szczę­ście - zauwa­żyła Vin, gasząc dura­lu­mi­nium. - Terion wymy­ślił czter­dzie­ści róż­nych sto­pów, które powin­ni­śmy wypró­bo­wać, kiedy już będziemy mieli zapas alu­mi­nium. To był dopiero piąty.

- Czter­dzie­ści? - spy­tał z nie­do­wie­rza­niem Elend. - Nie wie­dzia­łem, że jest tyle metali, z któ­rych można robić stopy!

- Do stopu nie potrze­bu­jesz dwóch metali - powie­działa zamy­ślona Vin. - Tylko metal i coś jesz­cze. Pomyśl o stali... to żelazo i węgiel.

- Czter­dzie­ści... - powtó­rzył Elend. - I wypró­bo­wa­ła­byś je wszyst­kie?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Wyda­wało mi się, że to dobry począ­tek.

Elend robił wra­że­nie prze­stra­szo­nego taką per­spek­tywą, ale nic już nie powie­dział. Odwró­cił się do Hama.

- A tak wła­ści­wie, chcia­łeś się z nami zoba­czyć z jakie­goś powodu?

- Nic waż­nego - odparł męż­czy­zna. - Chcia­łem tylko spy­tać Vin, czy ma ochotę na wspólne ćwi­cze­nia. Ta armia spra­wia, że nie mogę sobie zna­leźć miej­sca, a myślę, że Vin przyda się tro­chę ćwi­czeń z kijem.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Czemu nie?

- Chcesz pójść z nami, El? - spy­tał Ham. - Poćwi­czyć tro­chę?

Elend się zaśmiał.

- Prze­ciwko waszej dwójce? Muszę zadbać o swoją kró­lew­ską god­ność!

Vin spoj­rzała na niego, marsz­cząc czoło.

- Naprawdę powi­nie­neś wię­cej ćwi­czyć. Ledwo umiesz utrzy­mać w ręku miecz, a z poje­dyn­kową laską radzisz sobie nie­wiele lepiej.

- A po co mam się tym mar­twić, skoro ty mnie chro­nisz?

Sły­sząc te słowa, Vin zatro­skała się jesz­cze bar­dziej.

- Nie zawsze będziemy przy tobie, Elen­dzie. Mniej bym się o cie­bie mar­twiła, gdy­byś umiał się lepiej bro­nić.

Uśmiech­nął się i pomógł jej wstać.

- W końcu się za to zabiorę, obie­cuję. Ale nie dziś... mam zbyt wiele na gło­wie. Może po pro­stu popa­trzę na waszą dwójkę... to zresztą moja ulu­biona metoda ćwi­czeń, bo przy­naj­mniej nie zostanę pobity przez dziew­czynę.

Vin wes­tchnęła, ale nie naci­skała go.

6

6

Elend oparł się o balu­stradę, spo­glą­da­jąc na plac ćwi­czeń. Z jed­nej strony miał ochotę wejść i poćwi­czyć z Vin i Hamem. Z dru­giej jed­nak nie widział w tym sensu.

Skry­to­bójca, który po mnie przyj­dzie, naj­pew­niej będzie Allo­mantą, pomy­ślał. Mógł­bym ćwi­czyć nawet dzie­sięć lat, a im i tak nie dorów­nam.

Na placu Ham kilka razy zamach­nął się kijem i poki­wał głową. Vin pode­szła bli­żej, uno­sząc swój kij, więk­szy od niej o dobrą stopę. Obser­wu­jąc tę dwójkę, Elend nie mógł nie zauwa­żyć dys­pro­por­cji mię­dzy nimi. Męż­czy­zna miał twarde mię­śnie i masywną budowę wojow­nika. Vin, ubrana tylko w obci­słą koszulę i spodnie, wyglą­dała na drob­niej­szą niż zazwy­czaj, gdyż nie osła­niał jej mgielny płaszcz.

Tę nie­rów­ność pod­kre­śliły słowa Hama.

- Ćwi­czymy walkę kijem, nie Przy­cią­ga­nie i Odpy­cha­nie. Nie uży­waj niczego poza cyną z oło­wiem, dobrze?

Przy­tak­nęła.

Czę­sto tak wal­czyli. Ham twier­dził, że nic nie zastąpi ćwi­czeń i szko­le­nia, nie­za­leż­nie od allo­man­tycz­nych mocy. Mimo to pozwa­lał Vin uży­wać cyny z oło­wiem, gdyż, jak twier­dził, zwięk­szona siła i zręcz­ność mogły być dez­orien­tu­jące dla kogoś, kto nie był do nich przy­zwy­cza­jony.

Plac ćwi­czeń przy­po­mi­nał dzie­dzi­niec. Znaj­do­wał się w pała­co­wych kosza­rach, ota­czały go kruż­ganki. Tam wła­śnie stał Elend; dach nad głową osła­niał go przed ośle­pia­ją­cymi pro­mie­niami czer­wo­nego słońca. Cie­szył się z tego, zaczęły się bowiem opady popiołu i z nieba spa­dały poje­dyn­cze płatki. Męż­czy­zna oparł się o balu­stradę. Za jego ple­cami od czasu do czasu prze­cho­dzili żoł­nie­rze. Nie­któ­rzy zatrzy­my­wali się nawet, żeby popa­trzeć - ćwi­cze­nia Vin i Hama były przy­jemną roz­rywką dla pała­co­wych straż­ni­ków.

Powi­nie­nem zająć się pro­po­zy­cją dla Zgro­ma­dze­nia, pomy­ślał Elend. A nie stać tutaj i patrzeć, jak Vin wal­czy.

Ale... napię­cie ostat­nich dni było tak wiel­kie, że nie potra­fił zna­leźć w sobie moty­wa­cji, by po raz kolejny prze­czy­tać mowę. Potrze­bo­wał tylko kilku chwil na roz­my­śla­nia.

I dla­tego patrzył. Vin ostroż­nie pode­szła do Hama, pew­nie trzy­ma­jąc kij obiema rękami. Nie­gdyś Elend sądził, że dama w koszuli i spodniach wygląda nie­sto­sow­nie, ale zbyt wiele czasu spę­dził z Vin, by teraz się tym przej­mo­wać. Suk­nie balowe wyglą­dały pięk­nie, lecz pro­sty strój Vin wyda­wał się wła­ściwy. Nosiła go ze swo­bodą.

Poza tym podo­bała mu się w obci­słych stro­jach.

Vin zazwy­czaj pozwa­lała innym na pierw­szy cios i ten dzień nie był wyjąt­kiem. Kije ude­rzyły o sie­bie, gdy Ham ją zaata­ko­wał, a ona mimo drob­niej­szej syl­wetki powstrzy­mała cios. Po szyb­kiej wymia­nie cof­nęli się i zaczęli krą­żyć wokół sie­bie.

- Sta­wiam na dziew­czynę.

Elend odwró­cił się, widząc kogoś kuś­ty­ka­ją­cego w jego stronę. Clubs pod­szedł do niego i poło­żył monetę dzie­się­cio­skrzyń­cową na balu­stra­dzie. Elend uśmiech­nął się do gene­rała, ten zaś skrzy­wił się - co powszech­nie uwa­żano za jego wer­sję uśmie­chu. Pomi­ja­jąc Dock­sona, młody król szybko polu­bił innych człon­ków ekipy Vin. Do Clubsa jed­nak musiał się naj­pierw przy­zwy­czaić. Przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna miał twarz niczym pofał­do­wany mucho­mor i stale wyglą­dał tak, jakby się krzy­wił - do czego paso­wał zresztą ton jego głosu.

Był przy tym uzdol­nio­nym rze­mieśl­ni­kiem i Allo­mantą - Dymia­rzem, choć ostat­nio nie­czę­sto korzy­stał ze swo­jej mocy. Przez więk­szość ostat­niego roku peł­nił funk­cję gene­rała armii Elenda. Młody król nie wie­dział, gdzie męż­czy­zna nauczył się dowo­dzić, ale miał do tego spory talent. Pew­nie w tym samym miej­scu, w któ­rym doro­bił się bli­zny na nodze. To przez nią wła­śnie uty­kał.

- Oni tylko ćwi­czą, Clubs - stwier­dził Elend. - Nie będzie "zwy­cięzcy".

- Skoń­czą poważną wymianą cio­sów - odparł star­szy męż­czy­zna. - Zawsze tak jest.

Elend zasta­no­wił się nad jego sło­wami.

- Skła­niasz mnie, żebym posta­wił prze­ciwko Vin - zauwa­żył. - To się może dla mnie źle skoń­czyć.

- I co z tego?

Elend uśmiech­nął się i wycią­gnął monetę. Clubs wciąż go w pewien spo­sób prze­ra­żał i wolał nie spie­rać się z nim.

- Gdzież jest ten mój bez­war­to­ściowy sio­strze­niec? - zapy­tał Clubs, przy­glą­da­jąc się walce.

- Spook? Wró­cił? Jak dostał się do mia­sta?

Gene­rał wzru­szył ramio­nami.

- Dziś rano zosta­wił mi coś na progu.

- Pre­zent?

Clubs prych­nął.

- Rzeź­biony kawa­łek drewna, dzieło mistrza cie­śli z mia­sta Yelva. Do tego kartkę "Chcia­łem ci tylko poka­zać, sta­ruszku, co potra­fią zro­bić praw­dziwi cie­śle".

Elend zaśmiał się, lecz ucichł, gdy Clubs spoj­rzał na niego.

- Szcze­niak ni­gdy nie był tak bez­czelny - mruk­nął star­szy męż­czy­zna. - Przy­się­gam, zepsu­li­ście chło­paka.

Czyżby Elend dostrzegł u Clubsa cień uśmie­chu, czy stary mówił poważ­nie? Elend nie wie­dział, czy męż­czy­zna jest rze­czy­wi­ście tak zrzę­dliwy, czy sobie z niego żar­tuje.

- A jak armia? - spy­tał w końcu.

- Tra­gicz­nie - odparł Clubs. - Chcesz mieć armię? Daj mi wię­cej niż rok na jej wyszko­le­nie. W tej chwili nie wiem, czy odwa­żył­bym się wysta­wić chło­pa­ków prze­ciwko tłu­mowi sta­ru­szek z laskami.

Cudow­nie, pomy­ślał Elend.

- Teraz nic na to nie pora­dzę - mruk­nął Clubs. - Straff przy­go­to­wuje jakieś pro­wi­zo­ryczne umoc­nie­nia, ale przede wszyst­kim daje swoim ludziom odpo­cząć. Zaata­kują przed koń­cem tygo­dnia.

Na dzie­dzińcu Vin i Ham na­dal wal­czyli. Na razie wszystko roz­gry­wało się powoli - Ham od czasu do czasu prze­ry­wał, tłu­ma­czył różne zasady i pozy­cje. Elend i Clubs przy­glą­dali się im, gdy walka sta­wała się coraz inten­syw­niej­sza, a wymiany cio­sów coraz dłuż­sze. Wal­czący zaczy­nali się pocić, a ich stopy wyrzu­cały w powie­trze chmury popiołu.

Vin cały czas odpie­rała Hama, mimo ogrom­nych róż­nic w sile, zasięgu i wyszko­le­niu. Elend uśmiech­nął się wbrew sobie. Była wyjąt­kowa - uświa­do­mił to sobie już wtedy, gdy ujrzał ją po raz pierw­szy w sali balo­wej Ven­ture, pół­tora roku wcze­śniej. Dopiero teraz zaczy­nał poj­mo­wać, jak dużym nie­do­po­wie­dze­niem było słowo "wyjąt­kowa".

O balu­stradę ude­rzyła kolejna moneta.

- Ja też sta­wiam na Vin.

Elend odwró­cił się zasko­czony. Męż­czy­zna, który się ode­zwał, był jed­nym z żoł­nie­rzy, któ­rzy przy­glą­dali się walce. Elend zmarsz­czył czoło.

- Kim...

Prze­rwał. Broda nie paso­wała, wypro­sto­wana postawa też się nie zga­dzała, lecz sto­jący za nim męż­czy­zna wyda­wał się dziw­nie zna­jomy.

- Spook? - spy­tał z nie­do­wie­rza­niem Elend.

- Był­żem w zasięgu woła­nia tego.

Elenda natych­miast zaczęła boleć głowa.

- Na Ostat­niego Impe­ra­tora, nie mów, że wró­ci­łeś do dia­lektu?

- Tylko od czasu do czasu, kiedy łapie mnie nostal­gia - odparł ze śmie­chem Spook.

Mówił z lek­kim wschod­nim akcen­tem. Przez kilka pierw­szych mie­sięcy Spo­oka w ogóle nie można było zro­zu­mieć. Całe szczę­ście wyrósł już z uży­wa­nia ulicz­nego dia­lektu, podob­nie jak z więk­szo­ści ubrań. Szes­na­sto­la­tek miał teraz ponad sześć stóp wzro­stu i nie­mal w niczym nie przy­po­mi­nał nie­zgrab­nego dzie­ciaka, któ­rego Elend poznał przed rokiem.

Spook oparł się o balu­stradę niczym znu­dzony nasto­la­tek - i w ten spo­sób zupeł­nie prze­stał przy­po­mi­nać żoł­nie­rza.

- Po co to prze­bra­nie, Spook? - spy­tał młody król, marsz­cząc czoło.

- Nie jestem Zro­dzo­nym z Mgły. - Wzru­szył ramio­nami. - My, zwy­czajni szpie­dzy, musimy zna­leźć jakieś inne spo­soby zdo­by­wa­nia infor­ma­cji, skoro nie możemy pod­le­cieć do okna i pod­słu­chi­wać.

- Od kiedy tak sto­isz? - spy­tał Clubs, miaż­dżąc wzro­kiem sio­strzeńca.

- Przy­sze­dłem tu przed tobą, wujku Zrzędo - odparł Spook. - A w odpo­wie­dzi na twoje pyta­nie, wró­ci­łem kilka dni temu. Jesz­cze przed Dock­so­nem. Pomy­śla­łem, że tro­chę odpocznę, zanim znów wrócę do roboty.

- Nie wiem, czy to zauwa­ży­łeś, Spook - stwier­dził Elend - ale trwa wojna. Nie mamy zbyt wiele czasu na odpo­czy­nek.

- Nie chcia­łem, żebyś mnie znów gdzieś posłał. Jeśli tu będzie wojna, chcę być w oko­licy. Wie­cie, to takie eks­cy­tu­jące.

Clubs prych­nął.

- A skąd masz ten mun­dur?

- No... wiesz... - Spook spoj­rzał w bok i znów zaczął przy­po­mi­nać nie­pew­nego sie­bie chłopca, któ­rego poznał Elend.

Clubs mruk­nął coś na temat bez­czel­nych bacho­rów, ale Elend tylko się roze­śmiał i pokle­pał chło­paka po ramie­niu. Spook pod­niósł wzrok i uśmiech­nął się. Choć z początku łatwo go było igno­ro­wać, oka­zał się rów­nie war­to­ściowy, jak reszta człon­ków sta­rej ekipy Vin. Jako Cyno­oki - Mgli­sty palący cynę, by wzmoc­nić zmy­sły - chło­pak mógł z daleka pod­słu­chi­wać roz­mowy i zauwa­żać odle­głe szcze­góły.

- Tak czy ina­czej, witaj z powro­tem - powie­dział Elend. - Jak tam wie­ści z zachodu?

Spook pokrę­cił głową.

- Nie chciał­bym brzmieć jak wujek Zrzęda, ale wie­ści nie są dobre. Znasz plotki o tym, że w Lutha­del znaj­dują się zapasy atium Ostat­niego Impe­ra­tora? Wró­ciły, i to sil­niej­sze.

- Myśla­łem, że to już mamy z głowy! - odpo­wie­dział Elend.

Bre­eze i jego ludzie spę­dzili ostat­nie sześć mie­sięcy, roz­pusz­cza­jąc plotki i mani­pu­lu­jąc wład­cami, by prze­ko­nać ich, że skoro Elend nie odna­lazł atium w Lutha­del, to musiało zostać ukryte w innym mie­ście.

- Chyba nie - odparł Spook. - I... wydaje mi się, że ktoś celowo roz­pusz­cza te pogło­ski. Długo żyłem na uli­cach i umiem roz­po­znać pod­su­niętą histo­ryjkę, a ta plotka coś śmier­dzi. Ktoś naprawdę chce, żeby wataż­ko­wie sku­pili się na tobie.

Cudow­nie, pomy­ślał Elend.

- Nie wiesz może, gdzie jest Bre­eze?

Spook wzru­szył ramio­nami i jakby prze­stał zwra­cać uwagę na Elenda. Obser­wo­wał walkę. Młody król znów spoj­rzał na Vin i Hama.

Jak prze­wi­dział Clubs, dwójka zaczęła wal­czyć na serio. Już nie było nauki ani szyb­kich, powta­rzal­nych wymian cio­sów. Siło­wali się na poważ­nie, a ich kije wzno­siły w powie­trze chmury kurzu. Ota­czał ich popiół, a kolejni żoł­nie­rze zatrzy­my­wali się w kruż­gan­kach, by ich obser­wo­wać.

Elend się pochy­lił. W walce dwójki Allo­man­tów było coś dziw­nie inten­syw­nego. Vin pró­bo­wała zaata­ko­wać, Ham jed­nak zamach­nął się w tej samej chwili, jego kij nie­mal roz­my­wał się w powie­trzu. Kobieta na czas unio­sła broń, lecz siła ciosu męż­czy­zny ode­pchnęła ją do tyłu. Ramie­niem ude­rzyła o zie­mię. Nawet nie jęk­nęła i jakimś spo­so­bem udało jej się ode­pchnąć ręką i pode­rwać na równe nogi. Koły­sała się przez chwilę, odzy­sku­jąc rów­no­wagę, i przez cały czas trzy­mała przed sobą kij.

Cyna z oło­wiem, pomy­ślał Elend. Dzięki niej nawet nie­zgra­biasz sta­wał się zręczny. A ktoś, kto zazwy­czaj poru­szał się z wdzię­kiem, jak Vin...

Kobieta zmru­żyła oczy, z upo­rem zaci­snęła zęby, a na jej twa­rzy malo­wało się nie­za­do­wo­le­nie. Nie lubiła prze­gry­wać - nawet jeśli jej prze­ciw­nik był od niej znacz­nie sil­niej­szy.

Elend wypro­sto­wał się, chcąc zapro­po­no­wać koniec ćwi­czeń. W tej wła­śnie chwili Vin rzu­ciła się do przodu.

Ham uniósł kij i zamach­nął się, gdy zna­la­zła się w zasięgu ciosu. Vin usko­czyła w bok, kij minął ją o kilka cali. Wtedy unio­sła swoją broń i ude­rzyła nią w kij Hama, pozba­wia­jąc go rów­no­wagi. Przy­kuc­nęła i rzu­ciła się do ataku.

Prze­ciw­nik jed­nak szybko się opa­no­wał. Pozwo­lił, by siła jej ude­rze­nia obró­ciła go i wyko­rzy­stał szyb­kość tego ruchu, by zadać potężny cios wyce­lo­wany w pierś Vin.

Elend krzyk­nął.

Vin pod­sko­czyła.

Nie miała metalu, od któ­rego mogła się Ode­pchnąć, ale to nie miało zna­cze­nia. Wysko­czyła na dobre sie­dem stóp w powie­trze, bez trudu prze­ska­ku­jąc nad kijem Hama. Zro­biła salto w powie­trzu, jedną ręką obra­ca­jąc swoją broń.

Wylą­do­wała na ziemi, jej kij już obra­cał się nisko, jego koniec pod­ry­wał kurz z ziemi. Cios tra­fił Hama w łydki. Męż­czy­zna stra­cił rów­no­wagę i z krzy­kiem upadł na plecy.

Vin znów pod­sko­czyła.

Ham ude­rzył w zie­mię, a Vin wylą­do­wała mu na pier­siach. Spo­koj­nie postu­kała go w czoło koń­cem swo­jego kija.

- Wygra­łam.

Leżący męż­czy­zna wyglą­dał na oszo­ło­mio­nego, kobieta sie­działa mu na piersi. Na dzie­dzińcu powoli opa­dał kurz i popiół.

- A niech to... - wyszep­tał Spook, wypo­wia­da­jąc opi­nię wszyst­kich przy­glą­da­ją­cych się żoł­nie­rzy.

W końcu Ham się roze­śmiał.

- Dobra, poko­na­łaś mnie. A teraz, mogła­byś być tak miła i przy­nieść mi coś do picia, kiedy będę pró­bo­wał przy­wró­cić czu­cie w nogach?

Vin uśmiech­nęła się, zesko­czyła z niego i pośpie­szyła speł­nić jego prośbę. Ham potrzą­snął głową i pod­niósł się. Nie kulał zbyt mocno - pew­nie będzie miał sińce, ale nie prze­szka­dzało mu to. Cyna z oło­wiem nie tylko zwięk­szała siłę, pręd­kość i poczu­cie rów­no­wagi, ale też wzmac­niała ciało. Męż­czy­zna mógł bez trudu otrzą­snąć się po cio­sie, który poła­małby Elen­dowi nogi.

Ham dołą­czył do nich, ski­nął głową Club­sowi i pokle­pał Spo­oka po ramie­niu. Póź­niej oparł się o balu­stradę i zaczął maso­wać lewą łydkę, krzy­wiąc się lekko.

- Przy­się­gam, Elen­dzie, cza­sem walka z tą dziew­czyną jest jak poje­dy­nek z podmu­chem wia­tru. Ni­gdy nie ma jej tam, gdzie się jej spo­dzie­wam.

- Jak ona to zro­biła, Ham? - spy­tał Elend. - To zna­czy ten skok. Wyda­wał się nie­ludzki, nawet dla Allo­manty.

- Wyko­rzy­stała Stal, prawda? - powie­dział Spook.

- Wąt­pię. - Ham pokrę­cił głową.

- No to jak? - spy­tał młody król.

- Allo­manta nie musi być silny fizycz­nie, by mieć ogromną moc. - Ham wes­tchnął i opu­ścił nogę. - Gdyby Vin była Feru­che­miczką, sprawa wyglą­da­łaby zupeł­nie ina­czej... Jeśli kie­dyś zoba­czy­cie Sazeda, gdy zwięk­sza swoją siłę, prze­ko­na­cie się, że rosną mu mię­śnie. Ale w Allo­man­cji cała siła pocho­dzi z metalu, nie z ciała. Więk­szość Zbi­rów, w tym i ja, uważa, że jeśli wzmoc­nią swoje ciało, zwięk­szy to ich moc. W końcu musku­larny męż­czy­zna spa­la­jący cynę z oło­wiem będzie sil­niej­szy od zwy­kłego męż­czy­zny z taką samą allo­man­tyczną mocą.

Ham podra­pał się po bro­dzie, spo­glą­da­jąc w stronę, w którą udała się Vin.

- Ale... cóż, zaczy­nam sądzić, że może też ist­nieć inny spo­sób. Vin jest drob­niutka i malutka, ale kiedy spala cynę z oło­wiem, staje się kil­ka­na­ście razy sil­niej­sza od zwy­kłego wojow­nika. Mie­ści całą tę siłę w malut­kim ciele i nie musi się przej­mo­wać cię­ża­rem potęż­nych mię­śni. Jest jak... owad. O wiele sil­niej­sza, niż wska­zy­wałby jej cię­żar i ciało. I dla­tego, kiedy ska­cze, to naprawdę ska­cze.

- Ale ty i tak jesteś od niej sil­niej­szy - zauwa­żył Spook.

Ham poki­wał głową.

- I mogę to wyko­rzy­stać. Zakła­da­jąc, że uda mi się ją tra­fić. A ostat­nio robi się to coraz trud­niej­sze.

Vin wró­ciła, nio­sąc dzban ze schło­dzo­nym sokiem. Naj­wy­raź­niej posta­no­wiła pójść do twier­dzy, zamiast przy­nieść tro­chę cie­płego piwa, które trzy­mali pod ręką na dzie­dzińcu. Podała dzban Hamowi, przy­nio­sła też kubki dla Elenda i Clubsa.

- Hej! - ode­zwał się Spook, gdy zaczęła nale­wać. - A co ze mną?

- Głu­pio wyglą­dasz z tą brodą - zauwa­żyła, nie prze­ry­wa­jąc nale­wa­nia.

- I nie dostanę nic do picia?

- Nie.

- Vin, dziwna z cie­bie dziew­czyna - stwier­dził Spook po chwili mil­cze­nia.

Vin prze­wró­ciła oczami, po czym spoj­rzała w stronę beczki z wodą w rogu dzie­dzińca. Jeden z cyno­wych kub­ków, które leżały obok, uniósł się w powie­trze i prze­le­ciał przez plac. Kobieta wycią­gnęła rękę, zła­pała go i posta­wiła na balu­stra­dzie przed Spo­okiem.

- Zado­wo­lony?

- Będę, kiedy nale­jesz mi coś do picia - odparł.

Clubs chrząk­nął i pocią­gnął łyk z kubka. Wycią­gnął rękę, zdjął z balu­strady dwie monety i je scho­wał.

- Hej, wła­śnie! - powie­dział Spook. - Jesteś mi winien, El. Płać.

Elend opu­ścił kubek.

- Nie zgo­dzi­łem się na zakład.

- Zapła­ci­łeś wuj­kowi Ner­wo­wemu. Czemu nie mnie?

Młody król zawa­hał się, wes­tchnął, wycią­gnął dzie­się­cio­skrzyń­cową monetę i poło­żył ją obok Spo­oka. Chło­pak uśmiech­nął się i zdjął obie płyn­nym ruchem ulicz­nego zło­dzie­jaszka.

- Dzięki za zwy­cię­stwo, Vin - powie­dział i mru­gnął do niej.

Kobieta zmarsz­czyła czoło.

- Posta­wi­łeś prze­ciwko mnie?

Elend roze­śmiał się i wychy­lił przez balu­stradę, by ją poca­ło­wać.

- Nie mia­łem zamiaru. Clubs mnie zmu­sił.

Gene­rał prych­nął, wychy­lił resztę soku i wycią­gnął w stronę Vin rękę z kub­kiem. Kiedy nie zare­ago­wała, odwró­cił się do Spo­oka i spoj­rzał na niego zna­cząco. Chło­pak w końcu wes­tchnął i pod­niósł dzban.

Vin na­dal patrzyła na Elenda z nie­za­do­wo­loną miną.

- Na twoim miej­scu bym uwa­żał, Elen­dzie - powie­dział ze śmie­chem Ham. - Ona umie solid­nie przy­wa­lić.

Elend poki­wał głową.

- Nie powi­nie­nem jej dener­wo­wać, kiedy w oko­licy jest broń, co?

- Mnie to mówisz? - odparł Ham.

Vin prych­nęła i prze­szła na drugą stronę, żeby sta­nąć obok Elenda. Męż­czy­zna objął ją ramie­niem i w tej wła­śnie chwili zauwa­żył błysk zazdro­ści w oczach Spo­oka. Podej­rze­wał, że chło­pak kocha się w Vin, i wcale go to nie dzi­wiło.

Spook potrzą­snął głową.

- Muszę sobie zna­leźć kobietę.

- Ta broda ci w tym nie pomoże - zauwa­żyła Vin.

- To jest prze­bra­nie - odpo­wie­dział. - El, nie mógł­byś mi nadać jakie­goś tytułu albo cze­goś w tym rodzaju?

Król się uśmiech­nął.

- Wąt­pię, żeby to coś dało, Spook.

- Tobie pomo­gło.

- Nie sądzę - odpo­wie­dział Elend. - Myślę, że Vin poko­chała mnie raczej mimo tytułu niż dzięki niemu.

- Ale mia­łeś inne przed nią - sprze­ci­wił się Spook. - Szla­chet­nie uro­dzone.

- Parę - przy­znał Elend.

- Choć Vin ma w zwy­czaju wykań­czać kon­ku­ren­cję - mruk­nął Ham.

Elend się roze­śmiał.

- Wie­cie, zro­biła to tylko raz. I myślę, że Shan sobie zasłu­żyła... w końcu pró­bo­wała mnie wtedy zabić. - Popa­trzył z miło­ścią na Vin. - Choć muszę przy­znać, że Vin źle działa na inne kobiety. W jej obec­no­ści wszyst­kie wydają się takie bez­barwne.

Spook prze­wró­cił oczami.

- Ale cie­ka­wiej jest, kiedy je zabija.

Ham zaśmiał się i pozwo­lił, by chło­pak dolał mu soku.

- Ostatni Impe­ra­tor jeden wie, co by zro­biła, gdy­byś kie­dy­kol­wiek pró­bo­wał ją zosta­wić, Elen­dzie.

Vin natych­miast zesztyw­niała, przy­cią­ga­jąc go moc­niej. Zbyt wiele razy została opusz­czona. Nawet po tym wszyst­kim, co razem prze­żyli, nawet po pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa, Elend i tak musiał cały czas ją zapew­niać, że ni­gdy jej nie zostawi.

Czas zmie­nić temat, uznał Elend, czu­jąc zmianę nastroju roz­mowy.

- Cóż - powie­dział - ja idę do kuchni coś zjeść. Pój­dziesz ze mną, Vin?

Kobieta spoj­rzała w niebo - pew­nie spraw­dzała, ile czasu zostało do zmroku. W końcu poki­wała głową.

- Ja też pójdę - wtrą­cił Spook.

- Ależ nie - sprze­ci­wił się Clubs, chwy­ta­jąc chło­paka za kark. - Zosta­niesz tutaj do chwili, kiedy wyja­śnisz mi ze szcze­gó­łami, jak zdo­by­łeś mun­dur jed­nego z moich żoł­nie­rzy.

Elend się roze­śmiał. Mimo nieco przy­krego końca roz­mowy, czuł się teraz o wiele lepiej. Zawsze go zadzi­wiało, jak człon­ko­wie ekipy Kel­siera śmiali się i żar­to­wali, nawet w naj­trud­niej­szych sytu­acjach. Spra­wiali, że zapo­mi­nał o swo­ich pro­ble­mach. Może to dzie­dzic­two Oca­la­łego. Kel­sier naj­wy­raź­niej nale­gał na śmiech, nie­za­leż­nie od trud­no­ści. Dla niego to był rodzaj buntu.

Ich pro­blemy w ten spo­sób wcale nie zni­kały. Wciąż musieli sta­wić czoło kil­ka­krot­nie więk­szej armii, w mie­ście, któ­rego nie mieli jak obro­nić. Jed­nakże, jeśli ktoś mógł prze­trwać taką sytu­ację, to wła­śnie ekipa Kel­siera.

***

Póź­niej tego wie­czoru, po posiłku, na który namó­wił ją Elend, Vin ruszyła razem z nim do swo­ich kom­nat.

Tam sie­działa ide­alna replika wil­cza­rza, któ­rego wcze­śniej przy­nio­sła. Zwie­rzę spoj­rzało na nią i się ukło­niło.

- Witaj z powro­tem, panienko - powie­dział kan­dra stłu­mio­nym gło­sem.

Elend zagwiz­dał z podzi­wem, a Vin obe­szła stwora. Każdy wło­sek przy­le­gał ide­al­nie do ciała. Gdyby się nie ode­zwał, nie odróż­ni­łaby go od praw­dzi­wego psa.

- Jak sobie radzisz z mówie­niem? - spy­tał Elend.

- Struny gło­sowe powstają z ciała, nie z kości, Wasza Wyso­kość - odparł Ore­Seur. - Starsi kan­dra uczą się mani­pu­lo­wać swo­imi cia­łami, nie tylko je odtwa­rzać. Wciąż muszę zjeść trupa, żeby zapa­mię­tać i oddać jego rysy, ale umiem też impro­wi­zo­wać.

Vin ski­nęła głową.

- Czy to dla­tego two­rze­nie tego ciała zajęło ci dużo wię­cej czasu niż zwy­kle?

- Nie, panienko - odpo­wie­dział kan­dra. - Sierść. Bar­dzo mi przy­kro, że cię nie ostrze­głem... dokładne roz­miesz­cze­nie futra wymaga wiel­kiej pre­cy­zji i wysił­ków.

- Wła­ści­wie nawet o tym wspo­mi­na­łeś - powie­działa i mach­nęła ręką.

- Co sądzisz o swoim nowym ciele, Ore­Seur? - spy­tał Elend.

- Szcze­rze, Wasza Wyso­kość?

- Oczy­wi­ście.

- Jest obraź­liwe i poni­ża­jące - odpo­wie­dział kan­dra.

Vin unio­sła brew. To bar­dzo bez­po­śred­nie jak na cie­bie, Renoux, pomy­ślała. Czu­jesz się dziś nieco wojow­ni­czy?

Spoj­rzał na nią, a ona spró­bo­wała - bez­sku­tecz­nie - odczy­tać wyraz jego psiego pyska.

- Ale - powie­dział Elend - i tak będziesz je nosił, prawda?

- Oczy­wi­ście, Wasza Wyso­kość - stwier­dził Ore­Seur. - Prę­dzej bym umarł, niż zła­mał Kon­trakt.

Elend spoj­rzał na Vin z taką miną, jakby wła­śnie coś jej udo­wod­nił.

Każdy może twier­dzić, że jest lojalny, pomy­ślała. Jeśli ktoś ma "Kon­trakt", który gwa­ran­tuje jego honor, tym lepiej. To spra­wia, że zasko­cze­nie jest jesz­cze bar­dziej doj­mu­jące, kiedy zwraca się prze­ciwko tobie.

Elend naj­wy­raź­niej na coś cze­kał. Vin wes­tchnęła.

- Ore­Seu­rze, będziemy w naj­bliż­szym cza­sie spę­dzać razem wię­cej czasu.

- Jeśli tego sobie życzysz, panienko.

- Nie jestem pewna - odparła. - Ale tak będzie. Jak dobrze poru­szasz się w tym ciele?

- Wystar­cza­jąco dobrze, panienko.

- Chodź - powie­działa. - Zoba­czymy, czy możesz dotrzy­mać mi kroku.

7

7

Sazed ni­gdy nie sądził, że będzie miał powód, by polu­bić kle­pi­ska. Oka­zały się jed­nak wyjąt­kowo uży­teczne przy nauce pisa­nia. Wypi­sał kilka słów za pomocą dłu­giego kija, na wzór dla pół tuzina uczniów. Oni zaczęli je prze­pi­sy­wać, każde słowo kilka razy.

Nawet po spę­dze­niu roku wśród róż­nych grup wiej­skich skaa, Ter­ri­sa­nina wciąż zadzi­wiało ich ubó­stwo. W całej wio­sce nie było nawet kawałka kredy, nie wspo­mi­na­jąc o papie­rze i atra­men­cie. Połowa dzie­cia­ków bie­gała nago, a ich jedy­nym schro­nie­niem były cha­łupy - dłu­gie jed­no­izbowe budynki z poła­ta­nymi dachami. Skaa na szczę­ście mieli narzę­dzia rol­ni­cze, ale żad­nych łuków czy proc do polo­wa­nia.

Sazed zapro­wa­dził grupę wie­śnia­ków do opusz­czo­nego dworu, lecz i tam nie­wiele udało się zna­leźć. Zapro­po­no­wał star­szyź­nie wio­ski, by na zimę wszy­scy prze­nie­śli się do dworu, ale wąt­pił, by to zro­bili. Wcho­dzili do niego ze stra­chem i wielu wolało się nie odda­lać od swo­jego prze­wod­nika. Dwór koja­rzył im się z panami, a pano­wie z bólem.

Jego ucznio­wie wciąż pisali. Poświę­cił sporo czasu, by prze­ko­nać star­szych, dla­czego pisa­nie jest ważne. W końcu wybrali mu kilku uczniów - z pew­no­ścią czę­ściowo dla­tego, by dał im spo­kój. Krę­cił głową, patrząc, jak piszą. W ich nauce nie było pasji. Przy­szli, bo im kazano i dla­tego, że chciał tego "mistrz Ter­ri­sa­nin", a nie dla­tego, że pra­gnęli się cze­goś nauczyć.

Przed Upad­kiem Sazed czę­sto wyobra­żał sobie, jak będzie wyglą­dał świat, gdy Ostatni Impe­ra­tor zosta­nie oba­lony. Wyobra­żał sobie, jak Opie­ku­no­wie wycho­dzą z ukry­cia, przy­no­sząc zapo­mnianą wie­dzę i prawdy pod­eks­cy­to­wa­nym, wdzięcz­nym ludziom. Wyobra­żał sobie, jak wie­czo­rami naucza przy cie­płym pale­ni­sku, opo­wiada histo­rie chęt­nym słu­cha­czom. Ni­gdy nie spo­dzie­wał się wio­ski, pozba­wio­nej doro­słych męż­czyzn, któ­rej miesz­kańcy byli wie­czo­rem zbyt wyczer­pani, by zwra­cać uwagę na opo­wie­ści z prze­szło­ści. Ni­gdy nie wyobra­żał sobie ludzi, któ­rzy wyda­wali się raczej ziry­to­wani jego obec­no­ścią niż wdzięczni.

Musisz zacho­wać cier­pli­wość, powie­dział sobie surowo. Jego marze­nia wyda­wały się teraz pychą. Opie­ku­no­wie, któ­rzy żyli przed nim, ci, któ­rzy zgi­nęli, zacho­wu­jąc w tajem­nicy swoją wie­dzę, nie spo­dzie­wali się pochwał i wdzięcz­no­ści. W powa­dze i ciszy wyko­ny­wali swoje wiel­kie zada­nie.

Sazed wstał i obej­rzał dzieła uczniów. Sta­wali się coraz lepsi - roz­po­zna­wali już wszyst­kie litery. Nie było to wiele, ale przy­naj­mniej robili postępy. Ski­nął na nich, pozwa­la­jąc im się rozejść, by pomo­gli w przy­go­to­wy­wa­niu wie­czor­nego posiłku.

Ukło­nili się i ode­szli. Sazed podą­żył za nimi i ujrzał ciem­nie­jące niebo - praw­do­po­dob­nie zbyt długo zatrzy­mał tu uczniów. Pokrę­cił głową, prze­cho­dząc mię­dzy cha­łu­pami. Znów nosił szaty lokaja w kolo­rowe wzory i zało­żył część z kol­czy­ków. Trzy­mał się sta­rych zwy­cza­jów, ponie­waż były zna­jome, choć jed­no­cze­śnie były sym­bo­lem uci­sku. Jak będą się ubie­rać następne poko­le­nia Ter­ri­san? Czy styl życia narzu­cony przez Ostat­niego Impe­ra­tora sta­nie się nie­od­łączną czę­ścią ich kul­tury?

Zatrzy­mał się na skraju wio­ski, patrząc w głąb połu­dnio­wej doliny. Wypeł­niała ją pociem­niała zie­mia, cza­sem poro­śnięta brą­zo­wymi pną­czami lub krze­wami. Żad­nej mgły - ta nad­cho­dziła jedy­nie nocą. Opo­wie­ści musiały być zmy­ślone. To, co widział, to z pew­no­ścią czy­sty przy­pa­dek.

A nawet jeśli nie, jakie to miało zna­cze­nie? Bada­nie takich spraw nie było jego zada­niem. Teraz, po Upadku, musiał sze­rzyć wie­dzę, nie mar­no­wać czas, goniąc głu­pie plotki. Opie­ku­no­wie nie byli już bada­czami, lecz nauczy­cie­lami. Nosił przy sobie tysiące ksiąg - infor­ma­cje na temat uprawy roli, dba­nia o higienę, rzą­dów i medy­cyny. Musiał prze­ka­zać je skaa. Taką decy­zję pod­jął Synod.

A jed­nak w duchu Sazed nie mógł się z tym zgo­dzić. To spra­wiało, że czuł się winny - wie­śniacy potrze­bo­wali jego nauki, a on tak bar­dzo pra­gnął im pomóc. Jed­nak... miał wra­że­nie, że cze­goś bra­kuje. Ostatni Impe­ra­tor zgi­nął, mimo to Saze­dowi zda­wało się, że histo­ria jesz­cze się nie skoń­czyła. Czy o czymś zapo­mniał?

O czymś więk­szym nawet od Ostat­niego Impe­ra­tora? Czymś tak wiel­kim, tak potęż­nym, że prak­tycz­nie nie­wi­docz­nym?

A może po pro­stu chcę, żeby było coś jesz­cze, zasta­na­wiał się. Spę­dzi­łem więk­szą część życia, sta­wia­jąc opór i wal­cząc, podej­mu­jąc ryzyko, które inni Opie­ku­no­wie uwa­żali za sza­leń­stwo. Nie byłem zado­wo­lony z uda­wa­nego pod­po­rząd­ko­wa­nia - musia­łem wziąć udział w rebe­lii.

Mimo jej suk­ce­sów bra­cia Sazeda wciąż nie wyba­czyli mu jego udziału. Wie­dział, że Vin i pozo­stali uwa­żali go za potul­nego, jed­nak w porów­na­niu z innymi Opie­ku­nami był sza­lony. Lek­ko­myślny, nie­godny zaufa­nia głu­piec, który przez swój brak cier­pli­wo­ści zagro­ził całemu zako­nowi. Wie­rzyli, że ich obo­wiąz­kiem było cze­ka­nie na dzień, kiedy Ostatni Impe­ra­tor odej­dzie. Feru­che­mi­ków było zbyt mało, by ryzy­ko­wać otwarty bunt.

Sazed oka­zał nie­po­słu­szeń­stwo. Teraz z tru­dem przy­zwy­cza­jał się do spo­koj­nego życia nauczy­ciela. Czy pod­świa­do­mie wyczu­wał, że ludzie są wciąż w nie­bez­pie­czeń­stwie, czy też po pro­stu nie mógł zaak­cep­to­wać zna­le­zie­nia się na mar­gi­ne­sie?

- Mistrzu Ter­ri­sa­ni­nie!

Sazed obró­cił się na pię­cie. Głos był prze­ra­żony. Kolejna śmierć we mgle, pomy­ślał od razu. Zadzi­wia­jące, lecz inni skaa zostali w cha­łu­pach, nawet sły­sząc prze­ra­żony głos. Uchy­liło się kil­koro drzwi, lecz nikt nie wybiegł na zewnątrz w prze­ra­że­niu - choćby z cie­ka­wo­ści - gdy woła­jący zbli­żył się do Sazeda. To była jedna z chło­pek pra­cu­ją­cych w polu, krępa kobieta w śred­nim wieku. Ter­ri­sa­nin spraw­dził swoje rezerwy - miał przy sobie swoją cyno­oło­wio­myśl, doda­jącą mu sił, oraz żela­zny pier­ścień, zwięk­sza­jący szyb­kość. Nagle zaczął żało­wać, że nie zało­żył innych bran­so­let.

- Mistrzu Ter­ri­sa­ni­nie! - zawo­łała zdy­szana kobieta. - On wró­cił! Wró­cił po nas!

- Kto? - spy­tał Sazed. - Ten, który zgi­nął w mgłach?

- Nie, mistrzu Ter­ri­sa­ni­nie. Ostatni Impe­ra­tor.

***

Sazed zna­lazł go tuż poza gra­ni­cami wio­ski. Zaczy­nało się już robić ciemno i kobieta, która go spro­wa­dziła, prze­ra­żona wró­ciła do swo­jej chaty. Sazed mógł sobie tylko wyobra­zić, jak czują się bie­dacy - uwię­zieni przez nadej­ście nocy i mgły, a jed­no­cze­śnie prze­ra­żeni nie­bez­pie­czeń­stwem kry­ją­cym się na zewnątrz.

A było to ogromne nie­bez­pie­czeń­stwo. Nie­zna­jomy cze­kał w mil­cze­niu na ubi­tej dro­dze, odziany w czarną szatę, nie­mal dorów­nu­jący Saze­dowi wzro­stem. Był łysy i nie nosił biżu­te­rii - pomi­ja­jąc oczy­wi­ście wiel­kie żela­zne kolce wbite w jego oczy.

Nie Ostatni Impe­ra­tor. Sta­lowy Inkwi­zy­tor.

Sazed nie rozu­miał, jakim spo­so­bem te istoty na­dal żyły. Kolce były tak sze­ro­kie, że wypeł­niały cały oczo­dół. Znisz­czyły gałki oczne, a ich koń­cówki wysta­wały z tyłu czaszki. Z ran nie pły­nęła krew, przez co wyda­wały się jesz­cze dziw­niej­sze.

Całe szczę­ście, że Sazed znał tego Inkwi­zy­tora.

- Marsh - powie­dział cicho, a wokół nich poja­wiły się mgły.

- Trudno cię wyśle­dzić, Ter­ri­sa­ni­nie - powie­dział Marsh, a jego głos zasko­czył Sazeda.

Zmie­nił się, stał się bar­dziej chra­pliwy, szorstki. Wyda­wał się teraz zgrzy­tliwy, jak u kogoś cier­pią­cego na cią­gły kaszel. Zupeł­nie jak u innych Inkwi­zy­to­rów, któ­rych Sazed sły­szał.

- Wyśle­dzić? - powtó­rzył Sazed. - Nie spo­dzie­wa­łem się, że inni będą chcieli mnie odna­leźć.

- A jed­nak - stwier­dził Marsh, kie­ru­jąc się na połu­dnie. - Udało mi się. Musisz iść ze mną.

Sazed zmarsz­czył czoło.

- Co? Marsh, mam tu swoje zada­nia.

- Nie­ważne - odpo­wie­dział tam­ten i znów się odwró­cił, sku­pia­jąc bez­okie spoj­rze­nie na Saze­dzie.

Czy tylko mi się wydaje, czy od ostat­niego naszego spo­tka­nia stał się dziw­niej­szy? Sazed zadrżał.

- O co cho­dzi, Marsh?

- Dom Modli­twy Seran jest pusty.

Sazed zasta­no­wił się nad tym. Dom Modli­twy był twier­dzą Zakonu na połu­dniu - miej­scem, gdzie Inkwi­zy­to­rzy i wysocy obli­ga­to­rzy wyco­fali się po Upadku.

- Pusty? - spy­tał. - Mało praw­do­po­dobne.

- A jed­nak tak jest - odparł Inkwi­zy­tor. Mówiąc, nie uży­wał mowy ciała. Żad­nych gestów, żad­nej mimiki.

- Ja... - Sazed nie dokoń­czył. Jakie infor­ma­cje, jakie cuda, tajem­nice muszą się znaj­do­wać w biblio­te­kach Domu Modli­twy.

- Musisz iść ze mną - powtó­rzył Marsh. - Mogę potrze­bo­wać pomocy, jeśli odkryją mnie moi bra­cia.

Moi bra­cia. Od kiedy Inkwi­zy­to­rzy są "braćmi" Mar­sha? W ramach planu Kel­siera Marsh wkradł się w ich sze­regi. Był pomię­dzy nimi zdrajcą, nie ich bra­tem.

Sazed się zawa­hał. Pro­fil Inkwi­zy­tora wyglą­dał nie­na­tu­ral­nie, nawet nie­po­ko­jąco w sła­bym świe­tle. Nie­bez­piecz­nie.

Nie bądź głupi, zła­jał się w duchu Sazed. Marsh był bra­tem Kel­siera - jedy­nym pozo­sta­łym przy życiu krew­nym Oca­la­łego. Jako Inkwi­zy­tor, miał pewną wła­dzę nad Sta­lo­wym Zako­nem i wielu obli­ga­to­rów słu­chało go mimo jego roli w rebe­lii. Dla rzą­dów Elenda Ven­ture był bez­cen­nym skar­bem.

- Idź po swoje rze­czy - powie­dział Marsh.

Moje miej­sce jest tutaj, pomy­ślał Sazed. Powi­nie­nem uczyć ludzi, a nie włó­czyć się po kraju w pogoni za wła­snym ego.

A jed­nak...

- Mgły przy­cho­dzą w ciągu dnia - stwier­dził cicho Inkwi­zy­tor.

Sazed uniósł wzrok. Marsh wpa­try­wał się w niego, w ostat­nich pro­mie­niach słońca końce kol­ców błysz­czały niczym dyski. Prze­sądni skaa sądzili, że Inkwi­zy­to­rzy umieją czy­tać w myślach, choć Sazed wie­dział, że to bzdura. Inkwi­zy­to­rzy posia­dali moce Zro­dzo­nych z Mgły, mogli więc wpły­wać na uczu­cia innych, ale nie potra­fili czy­tać w myślach.

- Dla­czego to powie­dzia­łeś? - spy­tał.

- Bo to prawda - odparł Marsh. - Nic się jesz­cze nie skoń­czyło, Saze­dzie. Nawet się nie zaczęło. Ostatni Impe­ra­tor... był tylko opóź­nie­niem. Try­bi­kiem. Teraz, gdy zgi­nął, pozo­stało nam mało czasu. Pójdź ze mną do Domu Modli­twy... musimy go prze­szu­kać, skoro mamy taką moż­li­wość.

Sazed zawa­hał się, po czym poki­wał głową.

- Pozwól, że wyja­śnię to wie­śnia­kom. Myślę, że możemy wyru­szyć jesz­cze dziś wie­czo­rem.

Marsh ski­nął głową, ale pozo­stał bez ruchu, gdy Sazed powró­cił do wio­ski. Po pro­stu stał w ciem­no­ściach, pozwa­la­jąc, by oto­czyły go mgły.

Podzię­ko­wa­nia

Podzię­ko­wa­nia

Przede wszyst­kim na moją ogromną wdzięcz­ność zasłu­gują mój wspa­niały agent Joshua Bil­mes i redak­tor, Moshe Feder. Ten tom wyma­gał szcze­gól­nie wni­kli­wego przy­go­to­wa­nia, a oni sta­nęli na wyso­ko­ści zada­nia. Niech przyjmą moje podzię­ko­wa­nia, podob­nie ich asy­stenci, Steve Man­cino (rów­nież dosko­nały agent) i Denis Wong.

W wydaw­nic­twie Tor jest wielu innych ludzi, któ­rzy zasłu­gują na moje podzię­ko­wa­nia. Larry Yoder (naj­lep­szy przed­sta­wi­ciel han­dlowy w kraju), dzięki któ­remu ta powieść świet­nie się sprze­daje. Seth Ler­ner, kie­row­nik arty­styczny, który dosko­nale dopa­so­wuje książki do ilu­stra­to­rów. A skoro już mowa o ilu­stra­to­rach, sądzę, że Chri­stian McGrath wspa­niale sobie pora­dził z okładką. Wię­cej przy­kła­dów można zna­leźć na stro­nie chri­stianmc­grath.com. Isaac Ste­wart, mój przy­ja­ciel, rów­nież pisarz, przy­go­to­wał wszyst­kie mapy i sym­bole na począt­kach roz­dzia­łów. Może­cie go zna­leźć na nether­more.com. Shawn Boy­les jest ofi­cjal­nym ilu­stra­to­rem Zro­dzo­nych z Mgły Lam i do tego świet­nym gościem. Wię­cej infor­ma­cji na jego temat znaj­duje się na mojej stro­nie. Wresz­cie chciał­bym podzię­ko­wać dzia­łowi reklamy Tor, a szcze­gól­nie Dot Lin, która wspa­niale pro­mo­wała moje książki i się mną zaj­mo­wała. Dzię­kuję wam wszyst­kim!

Kolejne podzię­ko­wa­nia należą się moim pierw­szym czy­tel­ni­kom. Ci nie­zmor­do­wani ludzie czy­tają wcze­sne wer­sje moich powie­ści, roz­wią­zują pro­blemy, znaj­dują lite­rówki i nie­ści­sło­ści. Są to, w kolej­no­ści loso­wej:

Ben Olsen, Kri­sta Olsen, Nathan Goodrich, Ethan Skar­stedt, Eric J. Ehlers, Jil­lena O'Brien, C. Lee Player, Kim­ball Lar­sen, Bryce Cun­dick, Janci Pat­ter­son, Heather Kirby, Sally Tay­lor, The Almi­ghty Pro­noun, Bra­dley Reneer, Holly Vena­ble, Jimmy, Alan Lay­ton, Janette Lay­ton, Kay­lynn ZoBell, Rick Stran­ger, Nate Hat­field, Daniel A. Wells, Stacy Whit­man, Sarah Bylund i Ben­ja­min R. Olsen.

Spe­cjalne podzię­ko­wa­nia należą się ludziom z Provo Wal­den­bo­oks za ich wspar­cie. Ster­ling, Robin, Ash­ley oraz prze­ra­ża­jący duet Steve "Księ­garz" Dia­mond i Ryan McBride (byli rów­nież pierw­szymi czy­tel­ni­kami). Muszę rów­nież podzię­ko­wać bratu Jor­da­nowi za pracę nad moją stroną inter­ne­tową (razem z Jef­fem Cre­erem). Jordo pełni rów­nież ofi­cjalną funk­cję "gościa, który pil­nuje, żeby Bran­do­nowi nie odbiła palma", a jego obo­wiąz­kiem jest wyśmie­wa­nie się ze mnie i moich ksią­żek.

Także moi rodzice i sio­stry zawsze są pomocni. Jeśli zapo­mnia­łem o któ­rymś z pierw­szych czy­tel­ni­ków, prze­pra­szam! Następ­nym razem umiesz­czę was podwój­nie. Pete­rze Ahl­stro­mie, nie zapo­mnia­łem o tobie - po pro­stu umie­ści­łem cię na końcu, żebyś się tro­chę dener­wo­wał.

I wresz­cie dzię­kuję swo­jej cudow­nej żonie, którą poślu­bi­łem w trak­cie reda­go­wa­nia tej książki. Emily, kocham cię!

8

8

Vin rzu­ciła się w mgłę. Szy­bo­wała w noc­nym powie­trzu, prze­la­tu­jąc nad spo­wi­tymi w ciem­ność domami i uli­cami. Cza­sami widziała gdzieś nie­wielką kulę świa­tła - patrol straży, a może jakiś pechowy nocny wędro­wiec.

Zaczęła opa­dać i natych­miast rzu­ciła przed sie­bie monetę. Ode­pchnęła ją, a jej cię­żar popchnął kawa­łek metalu w dół. Gdy metal ude­rzył w bruk, jej Pchnię­cie pode­rwało ją do góry i unio­sło w powie­trze. Łagodne Ode­pchnię­cia były bar­dzo trudne - każda moneta, od któ­rej się Odpy­chała, każdy skok, który wyko­ny­wała, wyrzu­cały ją w powie­trze z ogromną pręd­ko­ścią. Skoki Zro­dzo­nego z Mgły nie przy­po­mi­nały lotu ptaka, bar­dziej drogę ryko­sze­tu­ją­cej strzały.

A jed­nak był w nich wdzięk. Vin ode­tchnęła głę­boko, wzno­sząc się nad mia­stem, sma­ku­jąc chłodne wil­gotne powie­trze. Za dnia Lutha­del pach­niało pale­ni­skami, roz­grza­nymi odpad­kami i popio­łem. W nocy mgły nada­wały mu cudowną chłodną rześ­kość, nie­mal czy­stość.

Vin dotarła na szczyt i przez chwilę tak wisiała, gdy jej pęd zaczął się zmie­niać, po czym znów zaczęła opa­dać ku mia­stu. Pasma płasz­cza uno­siły się wokół niej, plą­cząc się z wło­sami. Spa­dała z zamknię­tymi oczami, pamię­ta­jąc pierw­sze kilka tygo­dni szko­le­nia pod spo­koj­nym - choć uważ­nym - spoj­rze­niem Kel­siera. On jej to dał. Wol­ność. Mimo dwóch lat bycia Zro­dzoną z Mgły ni­gdy nie prze­sta­wała czuć się cudow­nie i upa­ja­jąco, kiedy szy­bo­wała wśród mgieł.

Spa­lała stal z zamknię­tym oczami - linie i tak się poja­wiały, widoczne niczym plą­ta­nina nie­bie­skich nici na tle czerni powiek. Wybrała dwie, kie­ru­jące się w dół za jej ple­cami, i Ode­pchnęła, znów wzno­sząc się łukiem.

Jak ja sobie bez tego radzi­łam? - pomy­ślała Vin, otwie­ra­jąc oczy i owi­ja­jąc się płasz­czem.

W końcu zaczęła znów spa­dać i tym razem nie rzu­ciła monety. Spa­liła cynę z oło­wiem, by wzmoc­nić koń­czyny, i wylą­do­wała z hukiem na murze ota­cza­ją­cym Twier­dzę Ven­ture. Brąz nie wska­zy­wał na aktyw­ność allo­man­tyczną w pobliżu, a stal nie uka­zała żad­nych nie­ty­po­wych wzo­rów metalu zbli­ża­ją­cych się do twier­dzy.

Przy­kuc­nęła na chwilę na ciem­nym murze, na samej jego kra­wę­dzi, obej­mu­jąc ją pal­cami stóp. Kamień był chłodny, a cyna spra­wiała, że skóra Vin była bar­dziej wraż­liwa niż nor­mal­nie. Wyczu­wała, że mur powi­nien zostać oczysz­czony - zaczy­nały go pokry­wać poro­sty, zachę­cane przez nocną wil­goć i chro­nione przed słoń­cem przez pobli­ską wieżę.

Vin przy­glą­dała się, jak deli­katny wie­trzyk poru­sza mgły. Nim jesz­cze zoba­czyła ruch na ulicy poni­żej, usły­szała go. Napięła się, spraw­dza­jąc swoje rezerwy, lecz wtedy ujrzała syl­wetkę wil­cza­rza.

Rzu­ciła w dół monetę i zesko­czyła. Ore­Seur zacze­kał, aż wylą­duje obok niego. Vin wyko­rzy­stała Odpy­cha­nie monety, by spo­wol­nić upa­dek.

- Szybko się poru­szasz - zauwa­żyła z zado­wo­le­niem.

- Musia­łem tylko okrą­żyć pałac, panienko.

- Ale i tak trzy­masz się bli­żej mnie niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. To ciało wil­cza­rza jest szyb­sze niż ludz­kie.

Ore­Seur się zasta­no­wił.

- Praw­do­po­dob­nie - przy­znał po chwili.

- Możesz podą­żać za mną przez mia­sto?

- Pew­nie tak - odparł kan­dra. - Jeśli się zgu­bimy, wrócę do tego miej­sca.

Vin odwró­ciła się i pobie­gła boczną uliczką. Ore­Seur cicho ruszył za nią.

Zobaczmy, jak pora­dzi sobie z bar­dziej wyma­ga­jącą pogo­nią, pomy­ślała, spa­la­jąc cynę z oło­wiem i zwięk­sza­jąc pręd­kość. Bie­gła po chłod­nym bruku, jak zawsze na bosaka. Zwy­kły czło­wiek by jej nie dogo­nił. Nawet wyszko­lony bie­gacz nie dotrzy­małby jej kroku.

Z pomocą cyny z oło­wiem Vin mogła biec godzi­nami z sza­leń­czą pręd­ko­ścią. Metal dawał jej siłę i nie­praw­do­po­dobne wyczu­cie rów­no­wagi, gdy pędziła przez mgłę ciemną ulicą, a za nią powie­wał płaszcz.

Ore­Seur dotrzy­my­wał jej kroku. Biegł obok niej, dysząc ciężko.

To robi wra­że­nie, pomy­ślała Vin, po czym skrę­ciła w boczną uliczkę. Bez trudu prze­sko­czyła przez sze­ścio­sto­powy płot na jej końcu i zna­la­zła się w ogro­dzie jakie­goś ary­sto­kraty. Obró­ciła się na pię­cie, śli­zga­jąc się na mokrej tra­wie, i zacze­kała.

Kan­dra prze­sko­czył przez płot, jego psia postać wyło­niła się z mgły i wylą­do­wała na gli­nie u stóp Vin. Zatrzy­mał się, usiadł na tyl­nych łapach i dyszał. Jego spoj­rze­nie wydało się jej wyzy­wa­jące.

Dobra, pomy­ślała Vin, wycią­ga­jąc garść monet. Dogoń mnie teraz.

Upu­ściła monetę i znów wznio­sła się w powie­trze. Obró­ciła się we mgle i Ode­pchnęła w bok od kranu przy studni. Wylą­do­wała na dachu i zesko­czyła, wyko­rzy­stu­jąc kolejną monetę do Ode­pchnię­cia się nad ulicą.

Nie zatrzy­my­wała się, ska­cząc z dachu na dach, w razie koniecz­no­ści wyko­rzy­stu­jąc monety. Od czasu do czasu spo­glą­dała za sie­bie i widziała ciemną postać, która pró­bo­wała ją gonić. Rzadko podą­żał za nią w ludz­kiej postaci - prze­waż­nie spo­ty­kała się z nim w okre­ślo­nych punk­tach. Nocne wędrówki, skoki wśród mgły - to była praw­dziwa domena Zro­dzo­nych z Mgły. Czy Elend rozu­miał, o co ją prosi, kiedy powie­dział jej, żeby zabrała ze sobą Ore­Seura? Gdyby pozo­sta­wała na dole, na uli­cach, byłaby odsło­nięta.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przed­mowa

Przed­mowa

Stud­nia Wstą­pie­nia była jedną z naj­trud­niej­szych ksią­żek w mojej karie­rze. Tak naprawdę jedyną, którą pisało mi się trud­niej, był ostatni tom Koła czasu. (A w tym przy­padku duża część trud­no­ści wyni­kała z cię­żaru ocze­ki­wań.)

Gdy­bym miał cof­nąć się w cza­sie do roku 2005, kiedy pisa­łem Stud­nię Wstą­pie­nia, zna­leź­li­by­ście w dużej mie­rze nie­spraw­dzo­nego pisa­rza obda­rzo­nego (być może) zbyt wielką pew­no­ścią sie­bie. Jak wspo­mi­na­łem przy wielu oka­zjach, napi­sa­łem kil­ka­na­ście powie­ści zanim wyda­łem pierw­szą - a ta droga do publi­ka­cji spra­wiła, że cha­rak­te­ry­zo­wała mnie dziwna mie­szanka naiw­no­ści i doświad­cze­nia.

Wiele lat eks­pe­ry­men­to­wa­łem ze swoim sty­lem i byłem z niego cał­kiem zado­wo­lony. Zno­si­łem odmowy i przez lata uczy­łem się pisać, choć nie wie­dzia­łem, czy kie­dy­kol­wiek będzie to coś wię­cej niż hobby. Pogo­dzi­łem się z fak­tem, że do końca życia mogę pozo­stać nie­wy­dany, ale nie powstrzy­my­wało mnie to. Para­dok­sal­nie ta świa­do­mość doda­wała mi pew­no­ści sie­bie. Wie­dzia­łem, że kocham pisać. Żadne kiep­skie recen­zje i nie­po­wo­dze­nie na rynku nie mogły dopro­wa­dzić mnie do kry­zysu gor­szego niż te, przez które już prze­sze­dłem.

Z dru­giej strony były też rze­czy, któ­rych po pro­stu ni­gdy nie zro­bi­łem albo przy­naj­mniej robi­łem rzadko - a na szczy­cie listy były sequ­ele. (Napi­sa­łem czter­na­ście powie­ści, a wśród nich tylko jeden ciąg dal­szy.) Nie­mal wszyst­kie moje książki opi­sy­wały nowe światy, nowe sys­temy magii i nowych boha­te­rów. Do tego byłem przy­zwy­cza­jony, jed­nak chcia­łem też opo­wie­dzieć histo­rię, która wyma­gała serii.

Roz­po­czą­łem Stud­nię Wstą­pie­nia ze swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym opty­mi­zmem, a póź­niej pozna­łem na wła­snej skó­rze, jak trudno jest wziąć boha­te­rów i się­gnąć w nich głę­biej. Pierw­szy tom pra­wie nie spra­wiał mi pro­ble­mów, a ten roz­padł się na końcu, zaś po dro­dze miał wiel­kie pro­blemy z tem­pem nar­ra­cji. Ale też, jak to bywa z wie­loma rze­czami w życiu, im więk­sze wyzwa­nie, tym wię­cej dalej. Napra­wia­nie tej książki mię­dzy kolej­nymi wer­sjami spra­wiło, że sta­łem się o wiele lep­szym pisa­rzem.

Za iro­nię losu można uznać fakt, że Stud­nia Wstą­pie­nia była histo­rią, którą zamie­rza­łem napi­sać od początku. Kusiło mnie, żeby pomi­nąć opo­wieść o upadku Ostat­niego Impe­ra­tora, bo mar­twi­łem się, że będę się poru­szał po zbyt zna­jo­mym grun­cie. Wszy­scy piszą o tym, jak oba­lić impe­rium - ale rzadko zda­rzało mi się widzieć histo­rię o rewo­lu­cjo­ni­stach zmu­szo­nych, bo zostać poli­ty­kami. Co się dzieje po oba­le­niu rządu? Zbu­do­wa­nie cze­goś jest zawsze trud­niej­sze od znisz­cze­nia.

W tej książce wresz­cie zna­la­złem czas, by eks­plo­ro­wać moty­wa­cje boha­te­rów i zmu­sić ich do posta­wie­nia sobie trud­nych pytań. Gdzie leży gra­nica mię­dzy bez­pie­czeń­stwem a wol­no­ścią? Co zro­bisz, gdy ide­ały zawiodą? Co zro­bisz, jeśli przej­dziesz od bycia wyrzut­kiem do egze­kwo­wa­nia prawa?

Jestem ogrom­nie dumny z tej książki. Udo­wod­niła mi, że potra­fię napra­wić coś popsu­tego, a cier­pie­nie zwią­zane z popra­wia­niem kolej­nych wer­sji może przy­nieść naprawdę wyjąt­kowe efekty. Zre­ali­zo­wa­łem marze­nia i udo­wod­ni­łem sam sobie, że potra­fię pisać o boha­te­rach i tema­tach - nie tylko two­rzyć sza­lone sys­temy magiczne i sce­ne­rię.

W pew­nym sen­sie w Z Mgły Zro­dzo­nym Kel­sie­rowi łatwo było mówić o nadziei. Ta książka przy­po­mina nam, że taka nadzieja i zaszczytne ide­ały cza­sem mają swoją cenę.

1

1

Armia była niczym ciemna plama na hory­zon­cie.

Król Elend Ven­ture stał nie­ru­chomo na murach Lutha­del, spo­glą­da­jąc na wro­gie woj­ska. Wokół niego na zie­mię opa­dały wiel­kie płaty popiołu. Nie wypa­lony, biały popiół, jak w pale­ni­sku, lecz czarny i żrący. Popielne Góry były ostat­nio wyjąt­kowo aktywne.

Czuł, jak sadza opada na jego twarz i ubra­nie, ale igno­ro­wał to. Krwawe słońce nie­mal zacho­dziło na hory­zon­cie. Jego pro­mie­nie padały na armię, która przy­szła ode­brać Elen­dowi kró­le­stwo.

- Jak wielu? - spy­tał cicho.

- Jakieś pięć­dzie­siąt tysięcy - odparł Ham, opie­ra­jąc się o przed­pier­sie. Masywne ręce wsparł na kamie­niu. Jak wszystko w mie­ście, tak i mur zna­czyły ślady nie­zli­czo­nych opa­dów popiołu.

- Pięć­dzie­siąt tysięcy żoł­nie­rzy... - powtó­rzył Elend.

Mimo licz­nych zacią­gów, miał pod swoim dowódz­twem zale­d­wie dwa­dzie­ścia tysięcy ludzi - i byli to chłopi po rocz­nym prze­szko­le­niu. Utrzy­ma­nie nawet tak małej armii dużo go kosz­to­wało. Gdyby udało im się odna­leźć atium Ostat­niego Impe­ra­tora, sprawy mia­łyby się zupeł­nie ina­czej. Na razie Elen­dowi gro­ziła kata­strofa gospo­dar­cza.

- Co o tym myślisz? - spy­tał Elend.

- Nie wiem, El - odpo­wie­dział cicho Ham. - To Kel­sier miał wizję.

- Ale ty poma­ga­łeś mu w pla­no­wa­niu. Ty i pozo­stali, byli­ście jego ekipą. To wy wymy­śli­li­ście stra­te­gię dopro­wa­dze­nia do upadku impe­rium, a póź­niej wcie­li­li­ście ją w życie.

Ham umilkł, a młody król miał wra­że­nie, że sły­szy jego myśli. To Kel­sier był naj­waż­niej­szy. To on to zor­ga­ni­zo­wał, to on zebrał nasze sza­lone pomy­sły i stwo­rzył z nich realny plan. On był przy­wódcą.

Geniu­szem.

I zgi­nął przed rokiem, dokład­nie w dniu, w któ­rym lud - zgod­nie z jego tajem­nym pla­nem - powstał, by oba­lić boskiego władcę. W cha­osie, który póź­niej nastą­pił, Elend prze­jął wła­dzę. Teraz wyda­wało się, że straci wszystko, o co wal­czył Kel­sier i jego ludzie. Podda się tyra­nowi, który może się oka­zać gor­szy od Ostat­niego Impe­ra­tora. Małost­ko­wemu, prze­bie­głemu łotrowi w masce "ary­sto­kraty". Czło­wie­kowi, który wła­śnie pro­wa­dził swoją armię na Lutha­del.

Wła­snemu ojcu, Straf­fowi Ven­ture.

- Może uda­łoby ci się nakło­nić go do zmiany zda­nia? - zapy­tał Ham.

- Może - odparł z waha­niem Elend. - Zakła­da­jąc, że Zgro­ma­dze­nie nie podda mia­sta.

- A mają zamiar?

- Szcze­rze mówiąc, nie wiem. Mar­twię się, że tak. Armia ich prze­ra­ziła, Ham. - I nie bez powodu. - Tak czy ina­czej, mam pro­po­zy­cję spo­tka­nia za dwa dni. Spró­buję ich prze­ko­nać, żeby nie robili niczego pochop­nie. Dock­son dziś wró­cił, prawda?

Ham poki­wał głową.

- Tuż przed dotar­ciem armii.

- Chyba powin­ni­śmy zwo­łać spo­tka­nie ekipy - stwier­dził Elend. - Może ktoś wpad­nie na jakiś pomysł.

- I tak nie będzie wszyst­kich - zauwa­żył Ham, dra­piąc się po bro­dzie. - Spook ma wró­cić dopiero za tydzień, a Ostatni Impe­ra­tor jeden wie, gdzie się podziewa Bre­eze. Od mie­sięcy nie mie­li­śmy od niego wia­do­mo­ści.

Elend wes­tchnął i potrzą­snął głową.

- Nie mam innych pomy­słów, Ham. - Odwró­cił się i znów spoj­rzał na spo­pie­lałą zie­mię. Po zacho­dzie słońca armia zaczęła roz­pa­lać ogni­ska. Wkrótce poja­wią się mgły.

Muszę wró­cić do pałacu i zasta­no­wić się nad tą pro­po­zy­cją, pomy­ślał Elend.

- Gdzie się podziała Vin? - spy­tał Ham.

Król się zasta­no­wił.

- A wiesz, że nie mam poję­cia?

***

Vin wylą­do­wała miękko na bruku i patrzyła, jak zaczy­nają ją ota­czać mgły. Poja­wiały się wraz z zapad­nię­ciem ciem­no­ści, wzra­stały niczym prze­zro­czy­ste pną­cza, opla­ta­jąc się i zwi­ja­jąc.

W wiel­kim mie­ście Lutha­del pano­wała cisza. Nawet teraz, rok po śmierci Ostat­niego Impe­ra­tora i prze­ję­ciu wła­dzy przez Elenda, więk­szość ludzi w nocy pozo­sta­wała w domach. Bali się mgieł, a wiara ta się­gała głę­biej niż roz­kazy Ostat­niego Impe­ra­tora.

Skra­dała się cicho. Wewnątrz jak zwy­kle spa­lała cynę i cynę z oło­wiem. Cyna wyostrzała zmy­sły, pozwa­la­jąc jej widzieć w ciem­no­ściach. Cyna z oło­wiem doda­wała sił i wydłu­żała krok. Tych dwóch metali, wraz z mie­dzią, która ukry­wała ją przed Allo­man­cją spa­la­ją­cych brąz, uży­wała nie­mal przez cały czas.

Nie­któ­rzy twier­dzili, że jest para­no­iczką. Ona uwa­żała się za przy­go­to­waną. Tak czy ina­czej, ten nawyk wie­lo­krot­nie ura­to­wał jej życie.

Zbli­żyła się do rogu ulicy i wyj­rzała. Ni­gdy tak naprawdę nie rozu­miała, jak spala metale - robiła to przez całe życie, instynk­tow­nie wyko­rzy­stu­jąc Allo­man­cję, nawet zanim Kel­sier ją wyszko­lił. Nie miało to dla niej więk­szego zna­cze­nia. Nie była jak Elend - nie potrze­bo­wała logicz­nych wyja­śnień dla wszyst­kiego. Vin wystar­czało, że, poły­ka­jąc kawałki metalu, mogła korzy­stać z ich mocy.

Moc doce­niała, gdyż dobrze wie­działa, jak wyglą­dało życie bez niej. Nawet teraz nikt nie uznałby jej za wojow­niczkę. Wie­działa, że ze swo­imi pię­cioma sto­pami wzro­stu, szczu­płą syl­wetką, ciem­nymi wło­sami i bladą skórą robiła wra­że­nie deli­kat­nej. Co prawda nie była już nie­do­ży­wiona, jak w dzie­ciń­stwie na uli­cach, ale z pew­no­ścią nie robiła wra­że­nia groź­nej.

I wcale jej to nie prze­szka­dzało. Dawało to jej prze­wagę - a tego potrze­bo­wała.

Lubiła także noc. W ciągu dnia Lutha­del było zatło­czone i ogra­ni­cza­jące, nawet przy swo­ich roz­mia­rach. W nocy jed­nak mgły opa­dały niczym gęsta chmura. Tłu­miły, łago­dziły, zasła­niały. Potężne for­tece sta­wały się zacie­nio­nymi górami, a zatło­czone domy sta­piały się razem niczym wypa­lone świece.

Vin sku­liła się przy budynku, na­dal wpa­tru­jąc się w skrzy­żo­wa­nie. Ostroż­nie się­gnęła w głąb sie­bie i roz­pa­liła stal - jeden z metali, który połknęła wcze­śniej. Natych­miast poja­wiły się wokół niej prze­zro­czy­ste nie­bie­skie linie. Widoczne tylko dla niej, wska­zy­wały na pobli­skie źró­dła metalu - każ­dego metalu. Gru­bość linii zale­żała od wiel­ko­ści kawałka metalu, z któ­rym się łączyła. Nie­które wska­zy­wały na brą­zowe zawiasy drzwi, inne na żela­zne gwoź­dzie w ścia­nach.

Cze­kała w ciszy. Żadna z linii się nie poru­szała. Pale­nie stali było łatwym spo­so­bem, by się zorien­to­wać, czy w oko­licy ktoś się poru­sza. Jeśli miał na sobie choć tro­chę metalu, cią­gnęły się za nim błę­kitne linie. Oczy­wi­ście, to nie było główne zasto­so­wa­nie stali. Vin ostroż­nie się­gnęła do sakiewki i spo­mię­dzy tka­niny wyjęła jedną z wielu monet. Rów­nież od niej do piersi kobiety pro­wa­dziła błę­kitna linia.

Pod­rzu­ciła monetę, po czym chwy­ciła jej linię i spa­la­jąc stal, Pchnęła monetę. Kawa­łek metalu uniósł się w powie­trze i zato­czył łuk pośród mgieł. Upadł z brzę­kiem na środku ulicy.

Mgły wciąż się kłę­biły. Były gęste i tajem­ni­cze, nawet dla Vin. Bar­dziej gęste niż zwy­kłe opary i bar­dziej stałe niż nor­malne zja­wi­sko atmos­fe­ryczne, burzyły się i wiro­wały, opły­wa­jąc ją stru­mie­niami. Jej wyostrzony cyną wzrok mógł je prze­bić - Dzięki niej noc wyda­wała się jaśniej­sza, mgły nieco mniej gęste. Ale wciąż tam były.

Na placu poru­szył się cień, w reak­cji na monetę, którą Ode­pchnęła jako sygnał. Vin prze­kra­dła się bli­żej i roz­po­znała kan­drę Ore­Seura. Nosił inne ciało niż rok wcze­śniej, kiedy odgry­wał rolę lorda Renoux. Jed­nak ta łysie­jąca, niczym się nie­wy­róż­nia­jąca postać była teraz dla Vin rów­nie zna­joma.

Ore­Seur pod­szedł do niej.

- Czy zna­la­złaś to, czego szu­ka­łaś, panienko? - zapy­tał gło­sem peł­nym sza­cunku, a jed­no­cze­śnie jakby tro­chę wro­gim. Jak zawsze.

Vin potrzą­snęła głową, spo­glą­da­jąc w mrok.

- Może się myli­łam? - odpo­wie­działa. - Może nikt mnie nie śle­dzi.

Te słowa spra­wiły, że posmut­niała. Miała ochotę na kolejne spo­tka­nie z Obser­wa­to­rem. Wciąż nie wie­działa, kim jest. Za pierw­szym razem uznała go za skry­to­bójcę. I może tak rze­czy­wi­ście było. Jed­nak on w ogóle nie wyda­wał się zain­te­re­so­wany Elen­dem - za to bar­dzo Vin.

- Powin­ni­śmy wró­cić na mur - stwier­dziła, pod­no­sząc się. - Elend będzie się zasta­na­wiał, gdzie się podzia­łam.

Ore­Seur poki­wał głową. W tej wła­śnie chwili deszcz monet prze­bił mgły, kie­ru­jąc się w stronę dziew­czyny.

2

2

Vin zare­ago­wała natych­miast i odsko­czyła. Poru­szała się z nie­wia­ry­godną pręd­ko­ścią, jej mgielny płaszcz wiro­wał, gdy śli­zgała się po wil­got­nym bruku. Monety ude­rzyły w zie­mię za jej ple­cami i odbiły się od kamie­nia, pozo­sta­wia­jąc ślady we mgle.

- Ore­Seur, idź! - rzu­ciła, choć on już ucie­kał w boczną uliczkę.

Vin przy­kuc­nęła, doty­ka­jąc dłońmi i sto­pami zim­nego kamie­nia. W jej żołądku pło­nęły allo­man­tyczne metale. Roz­pa­liła stal, obser­wu­jąc poja­wia­jące się wokół prze­zro­czy­ste nie­bie­skie linie. Cze­kała w napię­ciu...

Kolejna grupa monet wystrze­liła z ciem­nej mgły, a każda cią­gnęła za sobą nie­bie­ską linię. Vin natych­miast roz­ja­rzyła stal i Ode­pchnęła monety, kie­ru­jąc je w mrok.

Znów zapa­dła cisza.

Ulica była sze­roka - jak na Lutha­del - lecz domy po obu stro­nach wzno­siły się wysoko. Mgły wiro­wały leni­wie, ukry­wa­jąc krańce ulicy.

Spo­śród opa­rów wyło­niła się i zbli­żyła grupa ośmiu męż­czyzn. Vin się uśmiech­nęła. Miała rację - ktoś ją śle­dził. Ci ludzie nie byli jed­nak Obser­wa­to­rem. Nie mieli jego dziw­nego wdzięku, jego poczu­cia mocy. Byli o wiele bar­dziej toporni. Skry­to­bójcy.

To miało sens. Gdyby ona miała zamiar pod­bić Lutha­del, przede wszyst­kim wysła­łaby grupę Allo­man­tów, by zabili Elenda.

Poczuła nagły nacisk z boku i zaklęła, gdy stra­ciła rów­no­wagę, szar­pana przez sakiewkę. Roz­wią­zała rze­mień, pozwa­la­jąc, by wrogi Allo­manta Ode­pchnął monety z dala od niej. Skry­to­bójcy mieli co naj­mniej jed­nego Mone­to­strzel­nego - Mgli­stego, który spa­lał stal i Odpy­chał metale. W rze­czy samej, widziała błę­kitne linie pro­wa­dzące do sakie­wek dwóch skry­to­bój­ców. Vin zasta­no­wiła się, czy nie odpo­wie­dzieć tym samym i Ode­pchnąć ich sakiewki, ale się zawa­hała. Nie warto wykła­dać wszyst­kich kart na stół. Mogła potrze­bo­wać tych monet.

Bez wła­snych monet nie mogła zaata­ko­wać na dystans. A jeśli to była dobra dru­żyna, nie mia­łoby to więk­szego sensu - ich Mone­to­strzelni i Szar­pa­cze zaję­liby się jej poci­skami. Ucieczka też nie była roz­wią­za­niem. Ci ludzie nie przy­szli tylko po nią - gdyby ucie­kła, ruszy­liby dalej, w stronę swo­jego praw­dzi­wego celu.

Nikt nie posy­łał skry­to­bój­ców do zabi­cia ochro­nia­rzy. Skry­to­bójcy zabi­jali waż­nych ludzi. Ludzi takich jak Elend Ven­ture, król Środ­ko­wego Domi­nium. Męż­czy­zna, któ­rego kochała.

Vin roz­ja­rzyła cynę z oło­wiem - jej ciało stało się napięte, oży­wione, nie­bez­pieczne. Czte­rech Zbi­rów na przo­dzie, pomy­ślała, spo­glą­da­jąc na zbli­ża­ją­cych się męż­czyzn. Spa­la­jący cynę z oło­wiem będą nie­ludzko silni, zdolni do prze­ży­cia wielu obra­żeń. Z bli­ska nie­bez­pieczni. A ten, który nie­sie drew­nianą tar­czę, to Szar­pacz.

Rzu­ciła się do przodu, zmu­sza­jąc naj­bliż­szych Zbi­rów do cof­nię­cia się. Ośmiu Mgli­stych prze­ciwko jed­nej Zro­dzo­nej z Mgły to dla nich nie­zły układ sił - ale tylko jeśli zacho­wają ostroż­ność. Dwaj Mone­to­strzelni usta­wili się po obu stro­nach ulicy, by móc ją Odpy­chać z obu kie­run­ków. Ostatni męż­czy­zna, sto­jący w mil­cze­niu obok Szar­pa­cza, musiał być Dymia­rzem - mało waż­nym w walce, jego zada­niem było ukry­wa­nie dru­żyny przed wro­gimi Allo­man­tami.

Ośmiu Mgli­stych. Kel­sier by sobie pora­dził, w końcu zabił Inkwi­zy­tora. Ale ona nie była Kel­sierem. Nie wie­działa jesz­cze, czy to dobrze, czy źle.

Vin ode­tchnęła głę­boko, żału­jąc, że nie ma tro­chę atium do poświę­ce­nia, i spa­liła żelazo. To pozwo­liło jej Przy­cią­gnąć pobli­ską monetę - jedną z tych, które zostały wystrze­lone w jej stronę - tak jak stal pozwo­li­łaby ją Ode­pchnąć. Chwy­ciła ją, upu­ściła na zie­mię i pod­sko­czyła, uda­jąc, że chce Ode­pchnąć monetę i wznieść się w powie­trze.

Wów­czas jeden z Mone­to­strzel­nych Pchnął monetę, odrzu­ca­jąc ją na bok. Ponie­waż Allo­man­cja pozwa­lała na Odpy­cha­nie ciała bez­po­śred­nio od przed­miotu - lub Przy­cią­ga­nie do niego, Vin pozo­stała bez kotwicy. Ode­pchnię­cie się od monety rzu­ci­łoby ją na bok.

Opa­dła na zie­mię.

Niech myślą, że mają mnie w pułapce, pomy­ślała, kuca­jąc pośrodku ulicy. Grupka Zbi­rów ruszyła do przodu z więk­szą pew­no­ścią sie­bie. Tak, pomy­ślała Vin, wiem, co sobie myśli­cie. To jest ta Zro­dzona z Mgły, która zabiła Ostat­niego Impe­ra­tora? To chude coś? Czy to moż­liwe?

Sama się nad tym zasta­na­wiała.

Pierw­szy Zbir zaata­ko­wał i Vin natych­miast ruszyła. Obsy­dia­nowe szty­lety zami­go­tały, gdy uwol­niła je z pochew, i popły­nęła krew, kiedy usko­czyła pod kijem napast­nika i cięła go przez uda.

Męż­czy­zna krzyk­nął. Noc już nie była cicha.

Mgli­ści prze­kli­nali, gdy Vin poru­szała się mię­dzy nimi. Part­ner Zbira zaata­ko­wał ją - nie­praw­do­po­dob­nie szybko, dzięki mocy cyny z oło­wiem. Jego kij zerwał pasmo tka­niny z płasz­cza Vin, gdy rzu­ciła się na zie­mię, po czym natych­miast się pode­rwała, by zna­leźć się poza zasię­giem trze­ciego Zbira.

W jej stronę pole­ciał deszcz monet. Vin Ode­pchnęła je. Mone­to­strzelny nie prze­sta­wał jed­nak Odpy­chać - i Odpy­cha­nie Vin ude­rzyło w niego.

Przy­cią­ga­nie i Odpy­cha­nie metali wią­zało się z masą. A to - z mone­tami pomię­dzy nimi - ozna­czało, że Vin została rzu­cona prze­ciwko skry­to­bójcy. Oboje pole­cieli do tyłu. Vin zna­la­zła się poza zasię­giem Zbira, a Mone­to­strzelny upadł na zie­mię.

Kolejne monety spa­dły z dru­giej strony. Na­dal wiru­jąc w powie­trzu, Vin roz­ja­rzyła stal, doda­jąc sobie mocy. Nie­bie­skie linie były splą­tane, ale nie musiała izo­lo­wać poszcze­gól­nych monet, by Ode­pchnąć je wszyst­kie.

Ten Mone­to­strzelny wypu­ścił poci­ski, gdy tylko poczuł dotyk Vin. Kawałki metalu znik­nęły wśród mgieł.

Vin ude­rzyła ramie­niem o bruk. Prze­to­czyła się - roz­ja­rza­jąc cynę z oło­wiem, by zacho­wać rów­no­wagę - i pode­rwała na równe nogi. Jed­no­cze­śnie spa­liła żelazo i Przy­cią­gnęła zni­ka­jące monety.

Popę­dziły w jej stronę. Gdy tylko się zbli­żyły, Vin odsko­czyła w bok i Ode­pchnęła je w stronę zbli­ża­ją­cych się Zbi­rów.

Monety jed­nak natych­miast zmie­niły kie­ru­nek ruchu i skrę­ciły w stronę Szar­pa­cza. Nie mógł Ode­pchnąć monet - jego mocą jako Mgli­stego było Przy­cią­ga­nie żela­zem. Zro­bił to sku­tecz­nie, chro­niąc Zbi­rów. Uniósł tar­czę i sap­nął z wysiłku, gdy ude­rzyły w nią monety.

Vin znów się ruszyła. Pobie­gła w stronę odsło­nię­tego Mone­to­strzel­nego po lewej, tego, który upadł na zie­mię. Męż­czy­zna jęk­nął zasko­czony, a drugi Mone­to­strzelny pró­bo­wał roz­pro­szyć Vin, lecz było już za późno.

Zgi­nął ze szty­le­tem w piersi. Nie był Zbi­rem - nie mógł spa­lać cyny z oło­wiem, by wzmoc­nić swoje ciało. Vin uwol­niła szty­let, po czym szarp­nię­ciem zerwała jego sakiewkę. Męż­czy­zna zabul­go­tał cicho i upadł na kamie­nie.

Jeden, pomy­ślała Vin, obra­ca­jąc się. Jej czoło skro­plił pot. Musiała teraz sta­wić czoło sied­miu męż­czy­znom w wąskiej, przy­po­mi­na­ją­cej kory­tarz ulicy. Spo­dzie­wali się, że będzie ucie­kać. Ona jed­nak zaata­ko­wała.

Zbli­żyw­szy się do Zbi­rów, sko­czyła - i rzu­ciła na zie­mię sakiewkę zabraną umie­ra­ją­cemu. Drugi Mone­to­strzelny krzyk­nął i natych­miast ją Ode­pchnął. Vin jed­nak udało się już wznieść i przesko­czyła nad gło­wami Zbi­rów.

Jeden z nich - ten ranny - był jed­nak na tyle bystry, by chro­nić Mone­to­strzel­nego. Gdy Vin wylą­do­wała, uniósł pałkę. Usko­czyła przed jego pierw­szym ata­kiem, unio­sła szty­let i...

W jej polu widze­nia nagle poja­wiła się nie­bie­ska linia. Vin natych­miast zare­ago­wała, skrę­ca­jąc i Odpy­cha­jąc się od zawia­sów drzwi, by zna­leźć się poza jego zasię­giem. Ude­rzyła bokiem o zie­mię, pod­parła się na dłoni i sta­nęła na wil­got­nych od mgły sto­pach.

Za jej ple­cami w zie­mię ude­rzyła moneta, odbi­ja­jąc się od bruku. Nie zbli­żyła się do niej. Wła­ści­wie wyda­wała się wyce­lo­wana w pozo­sta­łego przy życiu Mone­to­strzel­nego. Praw­do­po­dob­nie był zmu­szony, by ją Ode­pchnąć.

Ale kto ją wystrze­lił?

Ore­Seur? - zasta­na­wiała się Vin.

Ale to by było głu­pie. Kan­dra nie był Allo­mantą - a poza tym nie prze­jąłby ini­cja­tywy. Robił wyłącz­nie to, co mu kazano.

Mone­to­strzelny wyda­wał się rów­nie zasko­czony. Vin pod­nio­sła wzrok, roz­ja­rza­jąc cynę, i ujrzała męż­czy­znę sto­ją­cego na szczy­cie pobli­skiego budynku. Ciemna syl­wetka. Nie pró­bo­wał się nawet ukryć.

To on, pomy­ślała. Obser­wa­tor.

Obser­wa­tor pozo­stał na swoim miej­scu, nie wtrą­ca­jąc się, gdy grupa Zbi­rów ruszyła na Vin. Zaklęła, widząc trzy kije opa­da­jące jed­no­cze­śnie. Uchy­liła się przed jed­nym, omi­nęła drugi, a póź­niej wbiła szty­let w pierś męż­czy­zny trzy­ma­ją­cego trzeci. Zato­czył się do tyłu, ale nie upadł. Cyna z oło­wiem doda­wała mu sił.

Dla­czego Obser­wa­tor się wtrą­cił? - zasta­na­wiała się Vin, odska­ku­jąc. Czemu rzu­cił tę monetę w stronę Mone­to­strzel­nego, który prze­cież mógł ją Ode­pchnąć?

Te myśli nie­mal kosz­to­wały ją życie, gdy nie­zau­wa­żony Zbir zaata­ko­wał ją z boku. To był męż­czy­zna, któ­rego raniła w nogi. Vin zare­ago­wała wystar­cza­jąco szybko, by uchy­lić się przed jego cio­sem. Przez to jed­nak zna­la­zła się w zasięgu pozo­sta­łych trzech.

Wszy­scy zaata­ko­wali jed­no­cze­śnie.

Udało jej się unik­nąć dwóch cio­sów. Trzeci jed­nak tra­fił ją w bok. Potężny cios rzu­cił ją na drugą stronę ulicy, ude­rzyła w drew­niane drzwi sklepu. Usły­szała trzask - całe szczę­ście drzwi, nie kości - i upa­dła na zie­mię, bez szty­le­tów. Zwy­kły czło­wiek już by nie żył, jed­nak jej wzmoc­nione cyną z oło­wiem ciało było tward­sze.

Sap­nęła ciężko, z tru­dem pod­nio­sła się na nogi i roz­ja­rzyła cynę. Metal wzmoc­nił jej zmy­sły - w tym poczu­cie bólu - i ten nagły wstrząs spra­wił, że oprzy­tom­niała. Bolał ją bok w miej­scu, w które została ude­rzona. Nie mogła się jed­nak zatrzy­mać. Nie w chwili, gdy biegł ku niej Zbir, uno­sząc kij do ciosu znad głowy.

Kuc­nąw­szy w wej­ściu, Vin roz­ja­rzyła cynę z oło­wiem i chwy­ciła kij obiema rękami. Wark­nęła, cof­nęła lewą rękę i ude­rzyła pię­ścią w broń, jed­nym cio­sem miaż­dżąc twarde drewno. Zbir się zato­czył, a Vin ude­rzyła swoją połową kija w jego oczy.

Choć oszo­ło­miony, trzy­mał się na nogach. Nie mogę wal­czyć ze Zbi­rami, pomy­ślała. Muszę się ruszać.

Rzu­ciła się w bok, igno­ru­jąc ból. Tamci pró­bo­wali za nią podą­żyć, ale ona była lżej­sza, szczu­plej­sza i, co naj­waż­niej­sze, szyb­sza. Okrą­żyła ich, kie­ru­jąc się w stronę Mone­to­strzel­nego, Dymia­rza i Szar­pa­cza. Ranny Zbir cof­nął się, by ich osła­niać.

Gdy Vin się zbli­żyła, Mone­to­strzelny rzu­cił w jej stronę dwie gar­ście monet. Vin Ode­pchnęła je, po czym się­gnęła i Przy­cią­gnęła te, które męż­czy­zna wciąż miał w swo­jej sakiewce.

Mone­to­strzelny sap­nął, gdy jego sakiewka szarp­nęła się w stronę Vin. Zarzu­ciło nim. Zbir chwy­cił go, by pomóc męż­czyź­nie utrzy­mać rów­no­wagę. A skoro jej kotwica nie mogła się poru­szyć, to Vin została Przy­cią­gnięta w jej stronę. Roz­ja­rzyła żelazo i prze­le­ciała w powie­trzu, uno­sząc pięść. Mone­to­strzelny krzyk­nął i pocią­gnął za rze­mień, by uwol­nić sakiewkę.

Za późno. Pęd Vin popchnął ją do przodu, wbiła pięść w twarz męż­czy­zny. Jego głowa się obró­ciła, kark trza­snął. Już na ziemi kobieta wbiła łokieć w brodę zasko­czo­nego Zbira, odrzu­ca­jąc go do tyłu. Póź­niej kop­nęła go w gar­dło.

Żaden z męż­czyzn się nie pod­niósł. Trzech zała­twio­nych. Porzu­cona sakiewka upa­dła na zie­mię i pękła, roz­sy­pu­jąc na bruku setki błysz­czą­cych mie­dzia­ków. Zigno­ro­wała pul­so­wa­nie łok­cia i odwró­ciła się do Szar­pa­cza. Stał z tar­czą i wyglą­dał na dziw­nie mało zmar­twio­nego.

Nagle za jej ple­cami roz­legł się gło­śny trzask. Vin krzyk­nęła, jej wzmoc­nione przez cynę uszy zbyt mocno zare­ago­wały na nagły dźwięk. Jej głowę prze­szył ból, unio­sła dło­nie do uszu. Zapo­mniała o Dymia­rzu, który stał, trzy­ma­jąc w rękach dwa kawałki drewna, wyrzeź­bione tak, by wyda­wać gło­śne dźwięki.

Ruchy i reak­cje, dzia­ła­nia i ich kon­se­kwen­cje - to była kwin­te­sen­cja Allo­man­cji. Cyna pozwa­lała jej prze­bi­jać wzro­kiem mgły, dając prze­wagę nad skry­to­bój­cami. Jed­no­cze­śnie spra­wiała, że jej słuch był wyjąt­kowo wraż­liwy. Dymiarz znów uniósł kijki. Vin jęk­nęła i pod­nio­sła garść monet z bruku, rzu­ca­jąc je w stronę Dymia­rza. Szar­pacz oczy­wi­ście Przy­cią­gnął je w swoją stronę. Odbiły się od jego tar­czy. I wtedy Vin ostroż­nie Ode­pchnęła jedną, by upa­dła za ple­cami męż­czy­zny.

Ten opu­ścił swoją tar­czę, nie­świa­dom poczy­nań Vin. Ona zaś Przy­cią­gnęła samotną monetę w swoją stronę - i pro­sto w plecy Szar­pa­cza. Upadł bez słowa.

Czte­rech.

Wszy­scy znie­ru­cho­mieli. Grupa Zbi­rów bie­gną­cych w jej stronę zatrzy­mała się, a Dymiarz opu­ścił kijki. Nie mieli Mone­to­strzel­nych ani Szar­pa­czy - nikogo, kto mógłby Przy­cią­gać lub Odpy­chać metal - a Vin stała pośród monet. Gdyby je wyko­rzy­stała, nawet Zbiry by tego nie wytrzy­mały. Musiała tylko...

Kolejna moneta poja­wiła się w powie­trzu, wyrzu­cona z dachu Obser­wa­tora. Vin zaklęła i się uchy­liła. Moneta jed­nak nie była wyce­lo­wana w nią. Tra­fiła Dymia­rza pro­sto w czoło. Męż­czy­zna prze­wró­cił się na plecy.

Co? - pomy­ślała Vin, wpa­tru­jąc się w trupa.

Zbiry zaata­ko­wały, lecz ona się cof­nęła, marsz­cząc czoło. Czemu zabi­jać Dymia­rza? Już nie był zagro­że­niem.

Chyba że...

Vin zga­siła miedź i zapa­liła brąz, metal, dzięki któ­remu mogła wyczu­wać innych Allo­man­tów korzy­sta­ją­cych ze swo­ich mocy. Nie czuła Zbi­rów palą­cych cynę z oło­wiem. Wciąż ktoś ich osła­niał, ukry­wał Allo­man­cję.

Ktoś inny palił miedź.

Nagle wszystko zaczęło mieć sens. Miało sens to, że grupa Mgli­stych ryzy­kuje atak na Zro­dzoną z Mgły. Miało sens to, że Obser­wa­tor strze­lił w stronę Mone­to­strzel­nego. Miało sens, że zabił Dymia­rza.

Vin zna­la­zła się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie.

Została jej chwila na pod­ję­cie decy­zji. Zro­biła tak pod wpły­wem prze­czu­cia, ale dora­stała na uli­cach, jako zło­dziejka i oszustka. Prze­czu­cia były dla niej bar­dziej natu­ralne niż logika.

- Ore­Seur! - wrza­snęła. - Do pałacu!

Oczy­wi­ście, był to szyfr. Vin sko­czyła do tyłu, igno­ru­jąc Zbi­rów, gdy jej sługa wyło­nił się z uliczki. Wyjął coś zza pasa i rzu­cił w stronę kobiety - nie­wielką szklaną fiolkę, w jakich Allo­manci prze­cho­wy­wali opiłki metali. Vin szybko Przy­cią­gnęła fiolkę do sie­bie. Nie­da­leko od niej drugi Mone­to­strzelny - który uda­wał mar­twego - zaklął i wstał.

Vin obró­ciła się na pię­cie i szybko połknęła zawar­tość fiolki. Atium. Nie nosiła go przy sobie - nie mogła ryzy­ko­wać, że ktoś Przy­cią­gnie je pod­czas walki. Roz­ka­zała Ore­Seu­rowi, by tej nocy pozo­sta­wał bli­sko i w razie czego podał jej fiolkę.

Mone­to­strzelny wycią­gnął zza pasa ukryty szklany szty­let i rzu­cił się w stronę Vin przed Zbi­rami, któ­rzy rów­nież się zbli­żali. Zro­dzony z Mgły, który cze­kał na wła­ściwą chwilę, by zaata­ko­wać ją, kiedy nie będzie na to przy­go­to­wana.

Na pewno miał atium, a ist­niał tylko jeden spo­sób walki z kimś, kto je miał. Ten allo­man­tyczny metal, uży­wany jedy­nie przez Zro­dzo­nych z Mgły, bez trudu mógł zmie­nić prze­bieg bitwy. Każdy kawa­łek był wart for­tunę - lecz na co przyda jej się for­tuna, jeśli umrze?

Vin spa­liła atium.

Świat wokół niej jakby się zmie­nił. Wszyst­kie poru­sza­jące się przed­mioty - koły­szące się okien­nice, uno­szący się dym, napast­nicy, nawet kłęby mgły - wypusz­czały swą prze­zro­czy­stą replikę. Repliki te poru­szały się tuż przed swo­imi rze­czy­wi­stymi odpo­wied­ni­kami i poka­zy­wały Vin, co się sta­nie za chwilę.

Tylko Zro­dzony z Mgły pozo­stał odporny. Rzu­cał nie jeden, a wiele cieni atium - znak, że sam spa­lał ten metal. Zatrzy­mał się na chwilę. Ciało Vin w tej wła­śnie chwili musiały oto­czyć dzie­siątki skłę­bio­nych śla­dów. Teraz, kiedy widziała przy­szłość, widziała jego zamiary, a to z kolei zmie­niało jej zamiary. To zaś zmie­niało jego zamiary. I tak oto poja­wiło się nie­skoń­cze­nie wiele moż­li­wo­ści, niczym odbić w usta­wio­nych naprze­ciw sie­bie lustrach. Żadne z nich nie miało prze­wagi.

Choć Zro­dzony z Mgły się zatrzy­mał, trzech nie­szczę­snych Zbi­rów nie prze­ry­wało ataku, nie mieli bowiem poję­cia, że Vin paliła atium. Odwró­ciła się, sta­jąc obok powa­lo­nego Dymia­rza. Stopą pod­rzu­ciła dźwię­czące kijki w powie­trze.

Jeden ze Zbi­rów zbli­żył się i uniósł broń do ciosu. Prze­zro­czy­sty cień kija prze­szedł przez ciało Vin. Usko­czyła w bok i poczuła, jak rze­czy­wi­sty kij prze­la­tuje ze świ­stem nad jej uchem. W aurze atium ten manewr wyda­wał się łatwy.

Zła­pała jeden z kij­ków i ude­rzyła nim w szyję Zbira. Obró­ciła się, pochwy­ciła drugi i tra­fiła nim w czaszkę męż­czy­zny. Zato­czył się, jęcząc, a Vin znów obró­ciła się na pię­cie, bez trudu uni­ka­jąc dwóch kolej­nych cio­sów. Ude­rzyła swo­imi kij­kami z obu stron w głowę ran­nego napast­nika. Pękły - wyda­jąc pusty dźwięk - podob­nie jak czaszka męż­czy­zny.

Upadł i już się nie pod­niósł. Vin kop­nię­ciem wyrzu­ciła jego broń w powie­trze, wypu­ściła z rąk poła­mane kijki, i ją zła­pała. Obró­ciła się, zakrę­ciła kijem i pod­cięła obu pozo­sta­łych Zbi­rów. Płyn­nym ruchem zadała dwa szyb­kie, mocne ciosy w ich twa­rze.

Przy­kuc­nęła, trzy­ma­jąc kij w jed­nej ręce, drugą opie­ra­jąc o wil­gotne kamie­nie. Zro­dzony z Mgły nie zbli­żał się, widziała nie­pew­ność w jego oczach. Moc nie zawsze rów­nała się umie­jęt­no­ściom, a do tego wła­śnie utra­cił dwie naj­więk­sze prze­wagi - zasko­cze­nie i atium.

Odwró­cił się. Przy­cią­gnął z ziemi garść monet i rzu­cił je. Nie w jej stronę, lecz Ore­Seura, który wciąż stał w bocz­nej uliczce. Zro­dzony z Mgły naj­wy­raź­niej miał nadzieję, że tro­ska Vin o sługę ją roz­pro­szy, i może uda mu się uciec.

Mylił się.

Vin zigno­ro­wała monety i rzu­ciła się do przodu. W chwili, gdy Ore­Seur krzyk­nął z bólu, kiedy kil­ka­na­ście monet prze­biło jego skórę, rzu­ciła kijem w głowę Zro­dzo­nego z Mgły. W chwili, gdy kawał drewna opu­ścił jej dłoń, jego cień znie­ru­cho­miał.

Zro­dzony z Mgły uchy­lił się bez trudu. Ruch ten roz­pro­szył go jed­nak na tyle, że Vin prze­była dzie­lącą ich odle­głość. Musiała ata­ko­wać szybko - kawa­łek atium, który połknęła, był mały. Szybko się wypali. A wtedy będzie odsło­nięta. Jej prze­ciw­nik zyska nad nią cał­ko­witą wła­dzę.

Jej prze­ra­żony prze­ciw­nik uniósł szty­let. W tej wła­śnie chwili skoń­czyło się jego atium.

Vin natych­miast to wyko­rzy­stała i ude­rzyła pię­ścią. Uniósł rękę, by zablo­ko­wać jej cios, lecz ona to dostrze­gła i zmie­niła kie­ru­nek ataku. Ude­rze­nie tra­fiło go w twarz. Wtedy pochwy­ciła jego szklany szty­let, nim roz­trza­skał się o bruk. Sta­nęła i pod­cięła nim gar­dło męż­czy­zny.

Upadł bez­gło­śnie na zie­mię.

Vin stała, dysząc ciężko, a wokół niej leżeli mar­twi skry­to­bójcy. Przez chwilę czuła prze­peł­nia­jącą ją moc. Z atium była nie­po­ko­nana. Mogła unik­nąć każ­dego ciosu, zabić wroga.

Jej atium się skoń­czyło.

Nagle wszystko zaczęło blak­nąć. Znów poczuła ból, zakasz­lała. Na całym ciele miała sińce, i to spore. Może nawet popę­kały jej żebra.

Ale znów zwy­cię­żyła. Z tru­dem. Co by się stało, gdyby zawio­dła? Gdyby nie obser­wo­wała wystar­cza­jąco uważ­nie albo nie wal­czyła wystar­cza­jąco zręcz­nie?

Elend by zgi­nął.

Vin wes­tchnęła. On wciąż tam był, obser­wu­jąc ją z dachu. Mimo kilku pości­gów w ciągu kil­ku­na­stu mie­sięcy ni­gdy go nie dogo­niła. Pew­nej nocy zapę­dzi go w kąt.

Ale nie tej. Nie miała ener­gii. Wła­ści­wie, nawet tro­chę się bała, że teraz ją zabije.

Ale... - pomy­ślała. Ura­to­wał mnie. Zgi­nę­ła­bym, gdy­bym za bar­dzo się zbli­żyła do tam­tego Zro­dzo­nego z Mgły. Zapa­liłby atium, ja bym o tym nie wie­działa i skoń­czy­ła­bym z jego szty­le­tami w piersi.

Obser­wa­tor stał na dachu jesz­cze przez kilka chwil - jak zawsze oto­czony kłę­biącą się mgłą. Póź­niej sko­czył w mrok. Nie goniła go, musiała się zająć Ore­Seu­rem.

Pode­szła do niego i się zatrzy­mała. Jego nija­kie ciało - w spodniach i koszuli sługi - zostało obrzu­cone mone­tami, krew sączyła się z kil­ku­na­stu ran.

Pod­niósł na nią wzrok.

- Co? - spy­tał.

- Nie spo­dzie­wa­łam się krwi.

Ore­Seur par­sk­nął.

- Pew­nie nie spo­dzie­wa­łaś się też, że będę czuł ból.

Vin otwo­rzyła usta, lecz nic nie powie­działa. Wła­ści­wie, o tym nawet nie pomy­ślała. Ta istota nie ma prawa mnie ganić, pomy­ślała ze zło­ścią.

Mimo to Ore­Seur oka­zał się uży­teczny.

- Dzię­kuję za rzu­ce­nie mi fiolki - powie­działa.

- Taki był mój obo­wią­zek, panienko - odparł Ore­Seur i chrząk­nął, z tru­dem opie­ra­jąc się o ścianę domu. - Pan Kel­sier powie­rzył mi obo­wią­zek opieki nad panienką. Jak zawsze służę zgod­nie z Kon­trak­tem.

Ach tak. Wszech­mocny Kon­trakt.

- Możesz iść?

- Z wiel­kim tru­dem. Monety zła­mały kilka kości. Będę potrze­bo­wał nowego ciała. Może jeden ze skry­to­bój­ców?

Vin się skrzy­wiła. Spoj­rzała znów w stronę ciał i na widok rzezi poczuła lek­kie mdło­ści. Zabiła ich, ośmiu męż­czyzn, z okrutną sku­tecz­no­ścią, któ­rej nauczył ją Kel­sier.

Tym wła­śnie jestem, pomy­ślała. Zabójcą, jak oni. Tak musiało być. Ktoś musiał chro­nić Elenda.

Jed­nak na myśl o Ore­Seu­rze zja­da­ją­cym jed­nego z nich - tra­wią­cym trupa, pozwa­la­ją­cym, by dzi­waczne zmy­sły kan­dra zapa­mię­tały poło­że­nie jego mię­śni, skóry i orga­nów wewnętrz­nych, aby je póź­niej odtwo­rzyć - robiło jej się nie­do­brze.

Spoj­rzała w bok i ujrzała w oczach Ore­Seura skry­waną pogardę. Oboje wie­dzieli, co ona sądzi o zja­da­niu przez niego ciał. Oboje wie­dzieli, co on sądzi o jej uprze­dze­niu.

- Nie - stwier­dziła Vin. - Nie uży­jemy tych ciał.

- W takim razie musisz mi zna­leźć inne ciało - odparł Ore­Seur. - Zgod­nie z Kon­trak­tem nie mogę zostać zmu­szony do zabi­ja­nia ludzi.

Znów poczuła mdło­ści. Coś wymy­ślę, powie­działa sobie w duchu. Jego obecne ciało nale­żało do mor­dercy i zostało zabrane po egze­ku­cji. Vin tro­chę się mar­twiła, że ktoś w mie­ście go roz­po­zna.

- Czy uda ci się wró­cić do pałacu? - spy­tała.

- Powoli - odparł Ore­Seur.

Vin poki­wała głową i zwol­niła go, po czym znów spoj­rzała na trupy. Podej­rze­wała, że ta noc może się oka­zać punk­tem zwrot­nym w histo­rii Środ­ko­wego Domi­nium. Ten kawa­łek atium był jej ostat­nim. Kiedy następ­nym razem zaata­kuje ją Zro­dzony z Mgły, będzie odsło­nięta.

I pew­nie zgi­nie rów­nie łatwo, jak Zro­dzony z Mgły, któ­rego zabiła tej nocy.