Tajemnice Studium w szkarłacie
Tajemnice
Studium w szkarłacie
Aż trudno uwierzyć, że kilku wydawców odrzuciło tę powieść. James
William Arrowsmith odesłał maszynopis w nierozpakowanym tekturowym
pudełku. A James Payn, redaktor "The Cornhill Magazine", uznał, że
historia jest nawet dobra, ale nadaje się co najwyżej do druku jako
shilling shockers - publikowane masowo tanie kryminały, sprzedawane za
jednego szylinga. Sam Conan Doyle obawiał się nawet, że A Tangled
Skein (Splątany motek - bo taki tytuł nosiła pierwotnie powieść),
zostanie wydany w "The Boys Own Paper", piśmie dla chłopców, które można
było kupić zaledwie za... pensa. Zamieścił zresztą kilka tekstów w tej
gazecie, choć nie był z tego dumny.
Ostatecznie A Study in Scarlet wydrukowano w czasopiśmie "Beeton's
Christmas Annual" w grudniu 1887 roku. Magazyn w miękkiej oprawie poza
ilustrowaną powieścią zawierał reklamy, świąteczne przepisy i dwie
sztuki teatralne do wystawienia w warunkach domowych. I zgodnie z przewidywaniem Payna kosztował tylko jednego szylinga.
Dla Conana Doyle'a był to mimo wszystko sukces. Studium w szkarłacie
było jego trzecią powieścią, a zarazem pierwszą, którą udało mu się
opublikować. Wcześniej napisał kilka opowiadań, a jedno z nich,
Oświadczenie J. Habakuka Jephsona, przyniosło mu nawet spory rozgłos.
Pierwsze wydanie w "The Cornhill Magazine" nie zostało podpisane, ale
odbiło się tak dużym echem, że przedruki opatrzone już nazwiskiem autora
ukazały się w kilku innych wydawnictwach.
Za niezwykłym zainteresowaniem stała prawdziwa zagadka Mary Celeste,
brygantyny handlowej, która w listopadzie 1872 roku wyruszyła z Nowego
Jorku w rejs do Genui. Na początku grudnia opuszczony statek został
odnaleziony na Atlantyku, czterysta mil morskich od Azorów. Doyle
wykorzystał tajemniczą historię, zmieniając nieznacznie kilka
szczegółów, w tym nazwisko kapitana i, jak sądzą historycy, przypadkowo
zmieniając nazwę statku na Marie Celeste. Opowiadanie było relacją
lekarza okrętowego Jephsona, który jako jedyny ocalały po latach opisał,
co wydarzyło się na pokładzie. Z dużym zaskoczeniem Doyle odkrył, że
dziennik "Boston Hearald" opublikował tekst jako wyjaśnienie zagadki
zniknięcia załogi.
Arthur Conan Doyle, z wykształcenia lekarz, pisał już od czasu studiów.
Szczególnie interesowały go trucizny i anatomia. Podczas studiów na
Uniwersytecie w Edynburgu poznał Josepha Bella, chirurga, wykładowcę i biegłego sądowego współpracującego ze Scotland Yardem, który jest do
dzisiaj uznawany za pierwowzór Holmesa, choć on sam twierdził, że w Holmesie dostrzega bardziej wnikliwość i zainteresowania swojego byłego
studenta... Podobieństwo do Bella zauważył Robert Louis Stevenson, autor
Wyspy skarbów i noweli Doktor Jekyll i pan Hyde, w liście dopytując
Doyle'a o to, czy dobrze odgadł inspirację. Historycy sugerują jednak,
że postać Holmesa jest bardziej złożona i można w niej dostrzec analogię
do wymienionego w powieści detektywa Dupina stworzonego przez Edgara
Allana Poe oraz detektywa Lecoq, bohatera Émile'a Gaboriau.
Po ukończeniu nauki dwudziestojednoletni Doyle zatrudnił się jako lekarz
na statkach wielorybniczych, a później założył własną praktykę. Jednak
to nie medycyna, a literatura była jego powołaniem. Szczególnie upodobał
sobie siedemnastowieczne romanse historyczne. Jednak zdaniem wydawców
nie miał umiejętności operowania archaicznym językiem i dialektami.
Dopiero Studium w szkarłacie przyniosło przełom. Lecz nie to, które
ukazało się w świątecznym magazynie, a wydane rok później w twardej
oprawie. I to właśnie język, wtedy żywy, prosty i przystępny uwiódł
czytelników nie tylko w Wielkiej Brytanii.
Czytelnicy z całego świata pokochali Sherlocka Holmesa, który dla
Doyle'a miał być tylko jednorazową przygodą. Po części z powodu
rozczarowania umową, którą zawarł z wydawcą. Nie mając doświadczenia,
zgodził się oddać wszystkie prawa za 24 funty szterlingi. Nie było to
wcale mało, jak za powieść napisaną w trzy tygodnie. W tamtym czasie
roczny dochód rodziny Doyle'a wynosił około 150 funtów. Obecnie jest to
równowartość 3371 funtów. I choć jego następna powieść historyczna
Micah Clarke została przychylnie przyjęta przez krytyków, a Oscar
Wilde był nią zachwycony, to kolejne zamówienie, tym razem od
amerykańskiego "Lippincott's Monthly Magazine", dotyczyło kontynuacji
przygód Holmesa. To jednak historia na inną okazję.
Zostawmy na chwilę samego Sherlocka. Czytając drugą część opowieści
Studium w szkarłacie, warto zwrócić uwagę na wątek akcji, który
przenosi się do Stanów Zjednoczonych. Widać w nim fascynację autora
romansami połączoną z westernem opowiadającym o zwiadowcy amerykańskiej
armii Buffalo Billu. Tłem tragicznej miłosnej historii, która staje się
motywem zemsty, są Mormoni i autentyczna postać Brighama Younga. I choć
historyczne źródła pokrywają się w części z opisem Doyle'a, to on sam
przyznał, że obraz Mormonów przedstawił dość jaskrawo i nie może się już
z tego wycofać. Po wielu latach córka Doyle'a stwierdziła, że pierwsza
część przygód Sherlocka Holmesa pełna jest błędów dotyczących Mormonów,
czego jej ojciec był świadomy. Natomiast Levi Edgar Young, potomek
zwierzchnika Mormonów utrzymywał, że Doyle miał przeprosić jego ojca,
mówiąc, że został wprowadzony w błąd, skutkiem czego napisał ohydną
książkę. W sierpniu 2011 roku, po skargach uczniów i rodziców, rada
szkolna hrabstwa Albemarle w stanie Wirginia usunęła Studium w szkarłacie z listy lektur dla klas szóstych. Powieść pozostaje wciąż
lekturą w klasie dziesiątej.
Pierwsze wydanie A Study in Scarlet, ukazało się w sporym nakładzie,
którego część trafiła do Stanów Zjednoczonych. Mimo to zachowały się
zaledwie trzydzieści cztery egzemplarze. Tylko cztery z nich są
kompletne. Dwa opatrzone autografem autora posiadają okładki wzbogacone
płatkami marokańskiego złota. Dom aukcyjny Sotheby's uznał, że wydanie
"Beeton's Christmas Annual" z 1887 roku jest rzadsze niż pierwsze
wydania dzieł Szekspira. Jeden ze złoconych kompletnych egzemplarzy, w którym Arthur Conan Doyle napisał odręcznie, że jest to jego pierwsza
wydana książka, sprzedano za niemal trzysta tysięcy funtów.
Z tym większą ciekawością po raz kolejny sięgam po powieść, która po
ponad stu trzydziestu latach od pierwszego wydania, jest już powieścią
historyczną, z czego autor z pewnością by się ucieszył.
Przemysław Semczuk
I. Pan Sherlock Holmes
I
Pan Sherlock Holmes
W roku 1878 uzyskałem dyplom lekarza medycyny Uniwersytetu Londyńskiego,
a następnie udałem się do Netley, aby przejść kurs przewidziany dla
chirurgów wojskowych. Po skończeniu tych studiów zostałem wcielony do
Piątego Pułku Strzelców jako pomocnik chirurga. Regiment stacjonował w tym czasie w Indiach, lecz zanim zdołałem do niego dotrzeć, rozpoczęła
się druga wojna afgańska. Po przyjeździe do Bombaju dowiedziałem się, że
moja armia przekroczyła już granicę i znajdowała się głęboko w kraju
wroga. Udałem się w ślad za nią, wraz z wieloma innymi oficerami, którzy
znaleźli się w podobnej sytuacji. Zdołałem dotrzeć w sposób bezpieczny
do Kandaharu, gdzie odnalazłem mój regiment i natychmiast przejąłem nowe
obowiązki.
Kampania zakończyła się odznaczeniami i promocją wielu oficerów, ale dla
mnie niestety oznaczała jedynie pasmo nieszczęść. Oddelegowano mnie z mojej brygady do strzelców z Berkshires, z którymi służyłem podczas
fatalnej bitwy pod Maiwand. Tam kula z muszkietu afgańskiego raniła mnie
w ramię i roztrzaskała kość oraz drasnęła arterię podobojczykową.
Wpadłbym niechybnie w ręce bezlitosnych wrogów, gdyby nie poświęcenie i odwaga, jaką wykazał się Murray - mój ordynans, który wrzucił mnie na
grzbiet konia i zdołał przewieźć bezpiecznie za linię wojska
brytyjskiego.
Byłem wyniszczony bólem i słaby od długotrwałych wyrzeczeń. Przewieziono
mnie długim pociągiem, wraz z innymi rannymi, do szpitala w Peszawarze.
Tutaj odzyskałem siły i stan mój uległ na tyle poprawie, że byłem w stanie spacerować między oddziałami szpitala, a nawet nieco odpoczywać
na werandzie. W szpitalu zaraziłem się żółtą febrą, tym przekleństwem
Indii imperialnych. Przez wiele miesięcy moje życie wisiało na włosku, a kiedy wreszcie wróciłem do formy i zacząłem okres rekonwalescencji,
byłem tak słaby i wychudzony, że komisja lekarska zdecydowała, że muszę
zostać bezzwłocznie odesłany z powrotem do Anglii. Zostałem więc
przewieziony na statek Orontes i miesiąc później wysiadłem na nabrzeżu
Portsmouth: ze zrujnowanym zdrowiem, ale pozwoleniem od angielskiego
rządu na spędzenie następnych dziewięciu miesięcy rekonwalescencji na
ojczystej ziemi.
Nie miałem żadnych przyjaciół ani krewnych w Anglii i dlatego byłem
wolny jak ptak - lub raczej na tyle wolny, na ile pozwolić na to może
dochód w kwocie jedenastu szylingów i sześciu pensów dziennie. W tych
okolicznościach w sposób naturalny grawitowałem w kierunku Londynu, tego
wielkiego ośrodka, do którego nieodmiennie przybywają wszelkie nieroby i pasożyty z całego Imperium. Przebywałem przez pewien czas w prywatnym
hotelu na Strandzie, prowadząc życie mało wygodne i pozbawione większego
sensu i wydając takie kwoty pieniędzy, na które zdecydowanie nie mogłem
sobie pozwolić. Moja sytuacja finansowa stała się na tyle alarmująca, że
wkrótce zrozumiałem, że muszę albo opuścić metropolię i zaszyć się
gdzieś na wsi, albo też całkowicie zmienić swój styl życia. Wybrałem tę
drugą możliwość i bliski byłem podjęcia decyzji o opuszczeniu hotelu i zamieszkaniu w jakimś skromniejszym i tańszym miejscu.
Właśnie w dniu, w którym doszedłem do takiego wniosku, stałem przy barze
Criterion, kiedy ktoś poklepał mnie po ramieniu. Odwróciłem się i rozpoznałem młodego Stamforda, który odbywał ze mną staż z chirurgii w Akademii Medycznej w Barts. Widok znajomej twarzy w wielkim Londynie to
rzecz przyjemna dla samotnego człowieka. Co prawda, w dawniejszych
czasach Stamford nie był nigdy moim bliskim kolegą, ale teraz powitałem
go z entuzjazmem, a on także zdawał się być zadowolony z mojego widoku.
Z wielkiej radości zaprosiłem go na lunch w Holborn, dokąd udaliśmy się
razem dorożką.
- Co porabiałeś przez te wszystkie lata, Watsonie? - zapytał z nieukrywanym zdziwieniem, kiedy turkotaliśmy przez zatłoczone ulice
Londynu. - Jesteś chudy jak patyk i dziwnie poczerniałeś.
Opisałem mu pokrótce me przygody i ledwo udało mi się zakończyć ich
opis, kiedy dotarliśmy do miejsca naszego przeznaczenia.
- Biedaku! - powiedział współczująco po wysłuchaniu opisu moich
pechowych przygód. - A co teraz porabiasz?
- Szukam zakwaterowania - odpowiedziałem. - Staram się znaleźć wygodne
mieszkanie za rozsądną cenę.
- To dziwne - zauważył mój towarzysz - jesteś dzisiaj drugą osobą, która
w rozmowie ze mną użyła tego samego wyrażenia.
- A kto był pierwszą? - spytałem.
- Osobnik, który pracuje w laboratorium chemicznym w szpitalu. Martwił
się dziś rano, ponieważ nie udało mu się znaleźć nikogo, kto zechciałby
zamieszkać wspólnie z nim w znalezionym przez niego mieszkaniu, nieco za
drogim na jego kieszeń.
- Na Jowisza! - wykrzyknąłem. - Jeżeli naprawdę chce znaleźć kogoś, z kim
wspólnie pokryje koszty czynszu, nie ma nikogo lepszego ode mnie. A ja
wolę dzielić z nim mieszkanie, niż być sam.
Młody Stamford popatrzył na mnie dosyć dziwnie znad kieliszka wina.
- Nie znasz jeszcze Sherlocka Holmesa - powiedział. - Być może wcale nie
przypadłby ci do gustu jako towarzysz na co dzień.
- Dlaczego? Co masz przeciwko niemu?
- Hm, nie powiedziałem, że mam coś przeciwko niemu. Oryginał z niego, ma
nietuzinkowe poglądy, jest entuzjastą niektórych dziedzin nauki; o ile
jednak wiem, przyzwoity z niego człowiek.
- Zapewne jest studentem medycyny - powiedziałem.
- O nie - chociaż nie mam pojęcia, jaką zajmuje się dziedziną. Mam
wrażenie, że jest całkiem niezły z anatomii i jest chemikiem pierwszej
klasy, ale, o ile wiem, nigdy nie ukończył żadnych systematycznych
studiów medycznych. Jego studia były bardzo pobieżne i chaotyczne, ale
udało mu się zgromadzić olbrzymią wiedzę, która zadziwiłaby niejednego
profesora.
- Nigdy go nie pytałeś, w czym się specjalizuje? - spytałem.
- Nie, niełatwo z niego wyciągnąć jakiekolwiek informacje, chociaż
potrafi być bardzo komunikatywny, kiedy ma na to ochotę.
- Chciałbym go poznać - powiedziałem. - Jeżeli mam z kimś zamieszkać,
wybrałbym człowieka o poważnych i spokojnych skłonnościach naukowych.
Nie mam dość sił, żeby znosić hałaśliwych ludzi, żyjących w nieuporządkowany sposób. Mam za sobą zbyt wiele przeżyć w Afganistanie,
których wspomnienie wystarczy mi do końca życia. Czy mógłbyś zaaranżować
mi spotkanie ze swoim przyjacielem?
- Z pewnością jest w tej chwili w laboratorium - odparł mój towarzysz. -
Najpierw tygodniami unika tego miejsca, a znów potem pracuje w nim od
rana do nocy. Jeżeli masz ochotę, możemy tam zajechać zaraz po lunchu.
- Oczywiście - odpowiedziałem i rozmowa przeszła na inne tory.
Po wyjściu z Holborn udaliśmy się do szpitala, a w czasie podróży
Stamford przekazywał mi dalsze informacje na temat dżentelmena, z którym
zamierzałem zamieszkać.
- Tylko nie obwiniaj mnie, jeżeli nie zdołasz z nim wytrzymać -
powiedział. - Więcej niczego o nim nie wiem, nasza znajomość ogranicza
się do przypadkowych spotkań w laboratorium. To ty zaproponowałeś ten
układ, więc sam będziesz ponosił konsekwencje.
- Jeżeli nie będę mógł z nim wytrzymać, z łatwością się wyprowadzę -
odpowiedziałem. - Mam wrażenie, Stamford - dodałem, patrząc surowo na
mojego towarzysza - że masz jakieś powody, żeby umyć ręce w tej sprawie.
Czy humory tego faceta są aż tak nieznośne? Proszę, nie ukrywaj niczego
przede mną.
- Trudno wyrazić coś, czego nie można ująć w słowa - odpowiedział ze
śmiechem. - To zacięcie naukowe Holmesa jest nieco przesadne jak na mój
gust. Przejawia przy tym lodowatą bezuczuciowość. Mógłbym wyobrazić go
sobie podającego przyjacielowi szczyptę najnowszej trucizny roślinnej,
nie ze złej woli, o ile go rozumiem, ale po prostu po to, żeby
przetestować na nim efekty i ustalić dokładnie jej działanie. Muszę mu
jednak oddać sprawiedliwość: myślę, że z równą gorliwością wziąłby sam
tę truciznę. Przejawia niesamowitą pasję poznawczą.
- Bardzo mi to odpowiada.
- Tak, ale wszystko ma swoje granice. Na przykład, kiedy tłucze kijem
zwłoki poddawane autopsji, przybiera to naprawdę potworną formę.
- Tłucze zwłoki poddawane autopsji?!
- Tak, aby sprawdzić, jak wyglądają obrażenia doznane po zgonie.
Widziałem go w takiej akcji na własne oczy.
- I mimo to twierdzisz, że nie jest studentem medycyny?
- Nie. Bóg jedyny wie, co jest przedmiotem jego studiów. Oto jesteśmy.
Teraz będziesz mógł sam wyrobić sobie zdanie na jego temat. - Kiedy to
powiedział, skręcaliśmy właśnie w wąską dróżkę, przejeżdżając małą
boczną bramką, która zawiodła nas przed boczne skrzydło wielkiego
szpitala. Dla mnie był to znajomy grunt i nie potrzebowałem już żadnego
przewodnika, gdy schodziliśmy po wyblakłych kamiennych schodach,
kierując się w dół długim korytarzem z widocznymi wybielonymi ścianami i drzwiami ciemnobrązowego koloru. Na końcu boczne przejście wykończone
stosunkowo niskim łukiem oddalało się od korytarza, prowadząc do
laboratorium chemicznego.
Był to wysoki pokój, obstawiony - czy może raczej zaśmiecony -
niezliczoną liczbą szklanych naczyń. Szerokie, niskie stoły były
poustawiane bez ładu i składu, a na nich połyskiwały retorty, szklane
probówki i małe palniki błyskające niebieskimi płomieniami. W pokoju był
tylko jeden student, pochylony nad odległym stołem i całkowicie
pochłonięty swoją pracą. Na dźwięk naszych kroków rozejrzał się i skoczył na równe nogi z okrzykiem radości.
- Znalazłem! Znalazłem! - wykrzyknął do mego towarzysza, biegnąc ku nam
ze szklaną probówką w ręce. - Znalazłem odczynnik, który wytrącany jest
wyłącznie przez hemoglobinę, nic innego nie daje takiego efektu! -
Myślę, że gdyby odkrył żyłę złota, jego twarz nie mogłaby ukazać
większej radości.
- Doktor Watson, pan Sherlock Holmes - powiedział Stamford,
przedstawiając nas sobie.
- Witam - powiedział serdecznie, ściskając moją rękę z siłą, o którą
nigdy bym go nie podejrzewał. - Był pan w Afganistanie, jak widzę.
- Skąd, na nieba, pan się tego domyśla? - spytałem ze zdziwieniem.
- Aa, nieważne - powiedział, mrucząc do siebie. - Teraz najważniejszą
sprawą jest hemoglobina. Nie wątpię, że dostrzegacie wagę mego odkrycia?
- Jest to interesujące z chemicznego punktu widzenia, bez wątpienia -
odparłem - lecz praktycznie...
- Ależ, człowieku, to jest najbardziej praktyczne odkrycie z dziedziny
medycyny sądowej na przestrzeni wielu lat. Niechże pan zauważy, że daje
ono niezawodny sprawdzian, czy plamy pochodzą z krwi. Chodźcie tutaj! -
Chwycił mnie za rękaw kurtki z wielką gorliwością i przyciągnął do
stołu, przy którym właśnie pracował. - Zróbmy próbę na świeżej krwi -
powiedział, wkłuwając długą igłę w palec i wciągając jej kroplę
laboratoryjną pipetą. - Teraz dodam tę małą ilość krwi do litra wody.
Jak widzicie, powstała stąd mieszanka sprawia wrażenie czystej wody.
Proporcja krwi nie może być większa niż jedna cząsteczka na milion. Nie
mam jednakże wątpliwości, że uzyskamy charakterystyczną reakcję. -
Mówiąc to, wrzucił do naczynia kilka białych kryształków, a następnie
dodał kilka kropli przezroczystego płynu. W ciągu jednej sekundy
zawartość nabrała opalizującego mahoniowego koloru, a na dnie szklanego
dzbanka wytrąciły się brązowe cząsteczki.
- Ha! Ha! - wykrzyknął, klaszcząc w dłonie, a wyglądał przy tym jak
dziecko zachwycone nową zabawką. - No i co powiecie?
- Wydaje mi się, że to bardzo subtelny test - zauważyłem.
- Pięknie! Pięknie! Stary test gwajakolowy był bardzo nieporęczny i nie
dawał żadnej pewności. Podobnie z mikroskopowym badaniem krwinek. To
ostatnie jest bez wartości, jeżeli plamy pochodzą sprzed kilku godzin.
Teraz można przypuścić, że ten test będzie działał niezależnie od tego,
czy próbka krwi jest świeża, czy stara. Gdyby ten test wymyślono
wcześniej, to setki drani cieszących się niezasłużoną wolnością już
dawno temu siedziałyby w więzieniu za popełnione zbrodnie.
- Oczywiście! - zamruczałem.
- Przypadki kryminalne zazwyczaj opierają się na tym jednym punkcie.
Najczęściej zatrzymujemy podejrzanego o morderstwo dopiero wiele
miesięcy po jego popełnieniu. Jego bielizna lub odzież zostają poddane
badaniu i odkrywamy na nich brązowe plamy. Czy to plamy z krwi, błota,
rdzy czy owoców? Co to jest? To pytanie, które zadręcza wielu ekspertów,
a dlaczego? Ponieważ nie było do tej pory żadnego wiarygodnego testu.
Teraz będziemy mieli test Sherlocka Holmesa i wszelkie trudności
przestaną istnieć!
Oczy mu błyszczały, kiedy mówił, trzymał rękę na sercu i kłaniał się,
jak gdyby do oklaskującego go tłumu, który otaczał go w wyobraźni.
- Należą się panu gratulacje - zauważyłem bardzo zdziwiony jego wybuchem
entuzjazmu.
- W zeszłym roku był taki przypadek von Bischoffa we Frankfurcie. Z pewnością zostałby powieszony, gdyby ten test wówczas istniał. Potem był
Mason z Bradford i recydywista Muller, a także Lefevre z Montpellier i Samson z Nowego Orleanu. Mógłbym wymienić kilka tuzinów przypadków, w których ten test byłby decydujący.
- Wydaje się pan być chodzącym kalendarzem zbrodni - powiedział
Stamford, śmiejąc się. - Mógłby pan zacząć wydawać gazetę na ten temat i nazwać ją "Wiadomości policyjne z przeszłości".
- Byłaby to bardzo interesująca lektura - zauważył Sherlock Holmes,
naklejając mały kawałek plastra na przekłuty palec. - Muszę być ostrożny
- kontynuował, zwracając się do mnie z uśmiechem - ponieważ ustawicznie
zajmuję się truciznami.
Mówiąc te słowa, wyciągnął do nas rękę. Zauważyłem, że była usiana
podobnymi kawałkami plastra i odbarwiona pod wpływem działania mocnych
kwasów.
- Przybyliśmy tutaj z interesem - powiedział Stamford, siadając na
wysokim trójnożnym stołku i popychając nogą taki sam stołek w moim
kierunku. - Mój przyjaciel, z którym pana odwiedzam, potrzebuje
zakwaterowania, a ponieważ narzekał pan na brak towarzystwa do wspólnego
pokrywania kosztów czynszu, pomyślałem, że najlepiej będzie, gdy
doprowadzę do waszego spotkania.
Sherlock Holmes zdawał się zachwycony na myśl, że zostanę jego
współlokatorem.
- Wypatrzyłem mieszkanie na Baker Street - powiedział. - Byłoby dla nas
doskonałe. Mam nadzieję, że nie przeszkadza panu dym z fajki?
- Ja też palę - odpowiedziałem.
- Świetnie. Ponadto zazwyczaj mam wokół siebie mnóstwo chemikaliów, a od
czasu do czasu robię eksperymenty. Czy to nie będzie panu przeszkadzać?
- W żadnym przypadku.
- Pomyślmy - jakie mam inne wady? Od czasu do czasu popadam w chandrę i potrafię całymi dniami nie odzywać się, ale niechże pan wtedy nie myśli,
że na pana się gniewam. Po prostu niech mnie pan zostawi samego, a wkrótce mi to minie. A pan, jakie ma przywary do wyznania? Najlepiej jak
dwaj faceci poznają swoje najgorsze wady, zanim razem zamieszkają.
Zaśmiałem się z tego przesłuchania.
- Hoduję szczeniaka rasy buldog - powiedziałem - i absolutnie nie
zgadzam się na sprzeczki, ponieważ mam zszargane nerwy. A poza tym
wstaję o nieprawdopodobnych porach dnia i jestem przeraźliwie leniwy.
Mam jeszcze inne wady, które ujawniają się zwłaszcza wtedy, kiedy cieszę
się dobrym samopoczuciem, ale jak na razie podałem panu najważniejsze.
- Czy gra na skrzypcach może dla pana stanowić powód do sprzeczki? -
zapytał z niepokojem w głosie.
- To zależy od artysty - odpowiedziałem. - Dobrze grający artysta to
rozkosz bogów, natomiast knocący to...
- No, dobrze, dobrze! - wykrzyknął z radosnym śmiechem. - Myślę, że
możemy uznać tę sprawę za uzgodnioną - to znaczy, jeżeli pokoje okażą
się dla pana odpowiednie.
- Kiedy je zobaczymy?
- Niech pan odwiedzi mnie tutaj jutro w południe, a wtedy udamy się
razem na miejsce w celu załatwienia tej sprawy - odpowiedział.
- W porządku, a więc jutro w południe - powiedziałem, ściskając jego
dłoń na pożegnanie.
Zostawiliśmy go przy pracy wśród chemikaliów i poszliśmy do hotelu.
- Przy okazji - spytałem nagle, zatrzymując się i odwracając do
Stamforda - skąd u licha wiedział, że wracam z Afganistanu?
Mój towarzysz uśmiechnął się tajemniczo.
- To właśnie to jego dziwactwo - powiedział. - Wiele osób chciałoby
wiedzieć, w jaki sposób Holmes ustala te wszystkie okoliczności.
- Och! To jakaś tajemnica?! - wykrzyknąłem, zacierając dłonie. - To
niesamowite. Bardzo jestem ci zobowiązany za umożliwienie mi poznania
go. Historię ludzkości można poznać jedynie na podstawie studiów nad
człowiekiem, o czym zapewne wiesz.
- A więc studiuj go - powiedział Stamford, żegnając się ze mną. - Ale to
może okazać się dla ciebie bardzo skomplikowanym problemem. I założę
się, że on pozna ciebie dużo lepiej niż ty jego. Do widzenia.
- Do widzenia - odpowiedziałem i ruszyłem w dalszą drogę do hotelu,
bardzo zafrapowany moją nową znajomością.