Tom I.
ROZDZIAŁ I.
Trzy wieki już upłynęły od chwili w której wieszczki z Torres przepowiedziały Banqa'owi, że, chociaż on sam nigdy nie będzie królem, następcy syna jego Fleanc'a wstąpią na tron Szkocki. Już i Dawid II umarł bezdzietnie, i linja męzka wielkiego Roberta Bruc'a wygasła. Lecz Szkoci tyle poważali i byli przywiązanymi do potomków tego Monarchy, że postanowili wybrać sobie Króla z pomiędzy jego wnuków, pochodzących z linji żeńskiéj. Sir Walter lord High Stewart albo Stuart, to jest lord wielko-rządca zaślubił Marjori'e, córkę Króla Roberta Bruc'a. Był to wódz pełen odwagi, który zaszczytnie okazał się w bitwie pod Bannoch-Burn, lecz umarł bardzo młodo, zostawiając syna.
Syn ten miał spełnić przepowiednie wieszczek, wezwany bowiem na tron po śmierci Dawida II, dał początek dynastji Sztuartów, z któréj ostatni Monarcha w roku 1688 podwójną utracił koronę.
Był to Monarcha łagodny i przystępny, równie jak jego ojciec w młodości znakomitym był wojownikiem; kiedy na tron wstąpił miał lat pięćdziesiąt pięć, nadto cierpiał zapalenie oczu, które miał zawsze jakby krwią zaszłe. Dla tego całe prawie swoje życie w samotności przepędził i umarł na ustroniu 19 Kwietnia 1390. Był to Monarcha z tej dynastji równie szczęśliwy jak Jakób VI.
Syn, który po nim nastąpił nazywał się John, to jest Jan. Lecz że Monarchowie noszący to imię aż do téj chwili wszyscy byli nieszczęśliwi, przybrał nazwę swojego ojca i dziada, i pod tytułem Roberta III został ogłoszonym. Zmiana imienia nie przyczyniła się do szczęścia.
Miał dwóch synów. Starszy zwany księciem Rothsaj był pięknym młodzieńcem, niestałego umysłu, gwałtowny i chciwy roskoszy. Albany jego wuj, korzystając ze słabości starego króla, panował w jego imieniu i poradził swojemu bratu, aby księcia Rothsaj ożenić, sądząc że tym sposobem zmieni się jego postępowanie. Idąc za tą radą ożeniona księcia Rothsay z córką Douglas'a, który poprzednio zaślubił córkę królewską, a teraz podwójnie zbliżył się do tronu Szkockiego, do którego ciągle jego następcy dążyli, nigdy nie mogąc go osiąść.
Rotbsay żył jak dawniéj. Douglas żalił się na swego zięcia przed wujem Albany.
Albany myślący o przywłaszczeniu sobie tronu, pragnął pozbyć się swoich siostrzeńców, i dla tego, przed królem najohydniéj wystawił postępowanie syna i uwiadomiwszy go o spisku, który nigdy nie istniał, otrzymał wyrok ujęcia Eothsaya, do czego użył pewnego nędznika, nazwiskiem Ramorny.
Książe pełen ufności podróżował po hrabstwie Fife. Na zakręcie drożyny, Ramorny i Sir Williams Lindsay napadli niespodzianie na niego, zrzucili go z konia, związali ręce, nie pozwoliwszy nawet pałasza wydobyć z pochwy. Następnie wsadzili go na konia od wozu elicie uprowadzić do zamku Falkland należącego do Albany. W drodze napotkała ich burza, lecz mimo ulewnego deszczu nic dozwolili schronić się Rothsay'owi i za jedyną, łaskę pozwolono mu okryć się burką wieśniaczą.
Przybywszy do zamku, osadzono go w więzieniu oświetlonem małem okratowanem okienkiem, które na siedm stóp od dołu, otwierało się równo z ziemią, na pusty dziedziniec zarosły zielskiem. W końcu tygodnia przestano mu jeść nosić.
Rothsay sądził z początku że zapomniano o nim i cały dzień czekał cierpliwie. Drugiego dnia wołał i cały dzień na bezużytecznem ubiegł wołaniu; trzeciego dnia, sił mu nie stało i tylko skarżył się, i jęczał. Kiedy noc nadeszła, zdawało mu się że ktoś zbliżył się do okienka; zebrał wszystkie siły i przybliżył się pod otwór. Nie omylił się wcale: pewna kobieta słysząc wczorajsze wołanie i dzisiejsze jęczenie, myślała że może to jest jaka ofiara któréj jeżeli nie ocali, to przynajmniej pomódz zdoła, korzystała więc z nocy i przyszła go zapytać, kto był, i co mu było.
Rothsay odpowiedział że był synem królewskim i że umiera z głodu.
Kobieta pobiegła do domu i powróciwszy za chwilę, wsunęła mu przez kratę mały jęczmienny placuszek, przyrzekając co noc podobny. Tyle tylko mogła mu dadź, bo sama była uboga. Kobieta dotrzymywała słowa i Rothsay żył.
Oo pięciu dniach, więzień usłyszał jak zbliżano się do jego drzwi. Myślał że chcą się przekonać czy umarł. Wydał kilka westchnień, kroki oddaliły się.
Nazajutrz, znowu było słychać stąpanie. Rothsay ciszéj jęczał. Stąpanie znowu ucichło.
Tak działo się przez cały tydzień.
Ósmego dnia w wieczór nie dostał jęczmiennego placka. Pilnujący domyślili się że Książę nie mógł by tak długo żyć, gdyby mu jeść niepodawano; postawiono straż na dziedzińcu, która dostrzegła, że jakaś kobieta przybliżała się do okienka, rzucała coś przez kratę i odchodziła. Będący na straży doniósł o tém i zatrzymano kobietę.
Dwa dni minęło w okropnych męczarniach głodu. Trzeciego dnia w wieczór, Rothsay usłyszał szelest u okienka. Kobieta zdołała uwiadomić jednę ze swoich przyjaciółek biedniejszą jeszcze od siebie. Ta nie miała nawet placka jęczmiennego dla więźnia. Lecz że karmiła dziecię przynosiła mu połowę swojego pokarmu. Tym sposobem Rothsay żył dziewięć dni.
Dziesiątego dnia kobieta nic przyszła. Spostrzeżono ją i zatrzymano jak pierwszą. Szóstego dnia w wieczór nie było słychać ani jęku ani westchnień, weszli więc do więzienia, Rothsay umarł, poszarpawszy zębami część własnéj ręki.
Stary król dowiedziawszy się o tém, przypomniał sobie że jeden mu tylko syn pozostał, imieniem Jakób, którego Albany równie jak pierwszego mógł się pozbyć; postanowił więc wysłać go do Francji, pod pozorem, że tam lepsze niż w Szkocji odbierze wychowanie. Okręt, na którym płynął pochwycili Anglicy i młodego książęcia wprowadzono do Londynu. Robert napisał zaraz do króla Angielskiego zadając powrócenia syna; lecz Henryk IV, który zachował swoje pretensje do Szkocji, kontent był mając w swych rękach następcę tronu; odpowiedział więc Robertowi że jego syn również dobrze będzie w Londynie wychowany jak we Francji; w skutek tego, wtrącił go do więzienia, gdzie stosownie do danego słowa, wyborne dał mu wychowanie.
Stary kroi będąc na łasce Anglików ze smutku i wstydu umarł w sześć miesięcy, zostawiając rządy państwa swojemu bratu Albany.
Ten, jak się można domyśleć, nie pamiętał o uwolnieniu swego siostrzeńca Jakóba; pozostał więc Jakób w Anglji dla wykształcenia się w szkole wygnania i niewoli. W roku 1419 Albany umarł.
Syn jego Murdac nastąpił po nim. O ile Albany był podstępnym, czynnym i podejrzliwym, o tyle Murdac był łatwowiernym, niedbałym i niedołężnym. Przeciwnie zaś, dwaj jego synowie, byli uparci i zuchwali, nie szanowali ani ojca, ani Boga. Zdarzyło się pewnego dnia, że starszy syn, nazwiskiem Walter Stewart polując z ojcem, zażądał od niego sokoła, którego udał na ręku. Był to wyborny ptak, doskonale wyuczony, którego Murdac wiele cenił. Dla tego, chociaż Walter nie raz prosiło niego, zawsze mu odmówił. Tym razem tęż samą odebrał odpowiedź. Lecz Walter będąc w tym dniu zapamiętalszym, wydarł ojcu sokoła, i skręcił mu głowę.
Ojciec spojrzał na niego ze zwykłą niedołężnością: późniéj potrząsnął głową mówiąc:
- Kiedy tak, kiedy nie chcesz znać dla mnie ani uszanowania ani posłuszeństwa, sprowadzę kogoś, którego wszyscy będziemy musieli słuchać. Od tego dnia, zaczął traktować z Anglją o uwolnienie więźnia, zapłacił znaczny okup, i Jakób powrócił do Szkocji, i objął tron w dwudziestym dziewiątym roku życia, po ośmnastu latach niewoli.
Jakób I był człowiekiem jakiego było potrzeba po samowładnym Albany i słabym Murdac, posiadał wszystkie przymioty które serca jednają. Jego postawa była przyjemną, ciało silnie zbudowane, umysł wykształcony i serce mocne. Po wstąpieniu na tron naprzód chciał się przekonać, jak rejent w czasie jego niewoli używał swej władzy. Po wyprowadzonem śledztwie oddał Murdac'a i jego dwóch synów w ręce sprawiedliwości, która wszystkich trzech skazała na ucięcie głowy. Byli oni straceni na małem wzgórzu wprost zamku Doune, mieszkania królewskiego, które oni za pieniądze ludu wystawili. Tak więc spełniła się przepowiednia Murdac'a uczyniona synom, że sprowadzi tego, który wszystkich uskromi.
Wkrótce król dał nowy dowód swojéj surowości. Naczelnik Higlandów z hrabstwa Ross, nazwiskiem Mac-Donald, zrabował biedną wdowę, ta odgrażała mu że zażąda sprawiedliwości.
- Od kogo jéj zażądasz? zapytał najgrawając się Mac-Donald.
- Od Króla, odpowiedziała wdowa, chociaż bym pieszo do Edymburga udać się miała.
- Kiedy tak, ponieważ to jest daleka podróż moja matko, rzekł Mac-Donald, trzeba cię podkuć, żebyś łatwiéj przyrzeczenie spełniła.
Kazał więc przywołać kowala i polecił mu przybić trzewiki do nóg wdowy, i tak puścił ją w zamierzoną drogę.
Wdowa słowa dotrzymała. Zaledwie wyleczono ją z ran, poszła pieszo do Edymburga rzuciła się do nóg królowi, opowiadając co ucierpiała. Jakób oburzony kazał schwytać Mac-Donalda i dwónastu najśmielszych jego towarzyszy, których kazawszy okuć podobnież, wystawił przez trzy dni na placu publicznym, a czwartego głowy pościnać kazał.
Szlachta poklaskiwała tym dwom wyrokom, które wyżéj i niżéj od nich uderzyły. Lecz koléj przyszła i na nią. W Szkocji wówczas tyle było władców ile wielkich panów, a każdy na swojéj ziemi według swojego zdania wymierzał sprawiedliwość.
Jakób ogłosił, że tylko jeden jest król i jedna sprawiedliwość, i że potrzeba aby każdy im się poddał. Niektórzy oburzyli się przeciwko temu, Jakób oddał ich pod sąd i majątki ich na skarb obrócił. Pomiędzy temi znajdował się Sir Robert Graham.
Był to pan możny, zuchwały, dumny i śmiertelnie nienawidzący króla za długie swoje uwięzienie. Dla tego postanowił zemścić się, i wciągnął do swego stronnictwa hrabiego Athol i jego syna, Roberta Stevart, któremu przyrzekł tron Szkocki; następnie kiedy zapewnił sobie stronników nawet przy boku króla, udał się pomiędzy Higlandów i wypowiedział posłuszeństwo. Król naznaczył nagrodę za głowę Grahama, późniéj nie myślał o tym buntowniku, którego warjatem nazywał.
Dzień Bożego Narodzenia zbliża! się i Jakób wybrał ten dzień na świetne zabawy w Perth. Udał się więc do tego miasta z mnóstwem minstrelów i kuglarzy oddanych pod zarząd Sir Alexandra, biegłego w sztuce bawienia, którego nazywał królem miłości. Przybywszy do rzeki Earn, w chwili kiedy miał wstąpić w łódkę, stara kobieta stojąca na drugim brzegu rzeki zawołała: Królu Milordzie, jeżeli przebędziesz rzekę nie powrócisz żyjący.
Jakób wstrzymał się na te słowa, późniéj zwracając się do swojego ulubieńca, króla miłości, rzekł:
- Sir Alexander, czy słyszałeś co nam ta kobieta przepowiada?
- Tak, Najjaśniejszy Panie, odrzekł Alexander, gdybym był na Twojém miejscu zwróciłbym się, bo jest przepowiednia, że pewien król będzie zabity w Szkocji roku 1437.
- Ba! odrzekł Jakób, przepowiednia może się i do ciebie stosować, bo przecież oba jesteśmy królami. Że zaś nie mam wcale ochoty powracać dla twojéj miłości, sądzę że i ty dla mojéj nie cofniesz się.
To mówiąc, wskoczył w łódkę dał znak przewoźnikowi, aby przepłynął na drugą stronę i tego samego wieczora przybywszy do Pert, stanął w opactwie czarnych mnichów; że zaś w klasztorze nie było miejsca dla jego przybocznej straży, umieszczono ją u mieszkańców.
Święta Bożego Narodzenia minęły bez wypadku, a ponieważ król lubił to miasto postanowił przedłużyć swój pobyt.
Czas schodził na łowach, wyścigach i grach; król nadewszystko odznaczał się grą w piłkę, i obszerny plac usypany piaskiem zdawał mu się bardzo wygodnym do téj zabawy. Na jednym końcu placu było okienko od piwnicy, w które jakby na nieszczęście piłka wpadała i musiano ją ztamtąd dobywać; król zniecierpliwiony tym wypadkiem, kazał przywołać mularzy i zamurować otwór.
Następnego dnia, to jest 20 Lutego.1487 r. król po południu po zwykłéj zabawie w piłkę, wieczór spędził pomiędzy damami i panami na śpiewach, muzyce i grze w szachy. Zwolna mężczyźni mięszkający po za opactwem oddalili się; hrabia Athol i jego syn Robert Stewart, któremu Graham przyrzekł tron Szkocki wyszli ostatni. Jakób pozostawszy z kobietami, stał przed kominkiem, rozmawiając, wesoło, kiedy wszedł służący donosząc, że kobieta z nad rzeki Earn chciała z nim mówić. Jakób kazał powiedzieć jej, że dzisiaj już za późno i żeby przyszła jutro rano.
Służący miał odnieść tę odpowiedź, kiedy nagle dała się słyszeć wrzawa i szczęk mieczów w klasztorze; w tym samym czasie silne światło odbiło się w oknach. Król przybiegł tam i ujrzał tłum ludzi zbrojnych niosących pochodnie; pomyślał zaraz że blizko musi bydź Highlandów i wykrzyknął: jestem zgubiony, to Graham!... Nie można było wyjść drzwiami, bo trzeba było spotkać się morderców. Król chciał wyskoczyć oknem, lecz były okracone. Przypomniał sobie wtedy, że chodząc po pokoju, słyszał próżnie pod stopami, i kiedy kobiety zamykały drzwi, podniósł taflę posadzki i wśliznął się do piwnicy, poznał, że była tą samą do któréj ustawicznie piłki wpadały i któréj okno przed dwoma dniami kazał zamurować. Gdyby okienko było otwarte, Jakób byłby ocalonym.
Zaledwie królowa zdołała przykryć taflę, spiskowi uderzyli we drzwi. Ponieważ zamki i zasuwy były odjęte, jedyny zaporą była ręka Katarzyny Douglas; lecz że siła szlachetnéj dziewicy niezdołała stawić oporu, spiskowi wpadli do komnaty, wywracając i raniąc wszystko cokolwiek napotkali. Jeden z morderców chciał uderzyć na królowe, lecz syn sir Grahama zatrzymał go, mówiąc; Nie króloweéj, lecz króla szukamy!
Zaczęli przeglądać wszystkie zakąty komnaty, i nie znalazłszy nikogo już mieli wychodzić, aby całe zabudowanie przeszukać, kiedy jeden ze spiskowych, nazwiskiem Hall, potknął się na źle położonej tafli; schylił się więc i podniósłszy ją, odkrył otwór do piwnicy. Natychmiast podano pochodnie i przy jéj świetle ujrzano króla stojącego przy murze.
- Panowie, wykrzyknął, znalazłem narzeczoną! To mówiąc wskoczył do piwnicy wraz ze swoim bratem. Oba rzucili się na króla ze sztyletami; lecz Jakób był silny i chociaż bez broni powalił ich na ziemię, poraniwszy sobie ręce, usiłując wydrzeć im sztylety. Już rozbroił jednego z nich i bezwątpienia toż samo i z drugim byłby uczynił, gdyby Hall nie przywołał Roberta Graham, który wskoczył do piwnicy z pałaszem w ręku. Jakób ujrzawszy przed sobą śmiertelnego nieprzyjaciela i widząc że wszelki opór byłby daremnym, żądał chwili czasu aby się wyspowiadać.
Nie, odpowie Graham, twoim spowiednikiem ta szpada.
To mówiąc przebił go, że zaś mimo téj rany podniósł się na kolana, dwaj bracia Hall zadali mu szesnaście ran sztyletem.
Mordercy schronili się w góry; lecz królowa kazała ich ścigać i wielu pojmanych znalazło śmierć w najsroższych męczarniach. Ciało Grahama oddzierano kleszczami, i wstrzymaną te karę aby widział ścięcie swojego syna, po czem znowu odrywano je kawałami, aż nagie zaświeciły kości i ducha wyzionął.
Robert Stewart, któremu tron przyrzeczono, podobneż poniósł męczarnie, i umarł po całym dniu konania.
Hrabiego Athol, ze względu na jego starość, ścięto.
ROZDZIAŁ II.
Jakób II, syn Jakóba Igo, doszedł pełnoletności w pośród wojen domowych. Był to przystojny młodzieniec; lecz miał na lewym policzku plamę czerwoną, dla tego nazywano go Płomieńczykiem. Na początku swojéj pełnoletności, mianował Archibalda Douglasa namiestnikiem królestwa; lecz sądząc, że ta władza w rekach jego mogłaby się stać niebezpieczną odjął mu ją: było to ubliżenie, którego Douglas nie mógł przebaczyć.
Archibald udał się do zamku i tam zwołał swoich krewnych i przyjaciół aby poszli naprzeciw królowi. Wielu połączyło się z nim, lecz niektórzy mimo groźby oświadczyli się wiernymi Jakubowi; z tych liczby był Mac Lellan Galloway.
Douglas rozgniewany tem odmówieniem, rozpoczął bunt przeciwko królowi, napadem na zamek tego, który mu pozostał wiernym; że zaś naszedł go niespodzianie, bez trudności zdobył zamek, Mac Lellana wziął do niewoli i uprowadził do twierdzy de Tri?vc nad rzeką Dece. Dowiedziawszy się o tém, Patrick Gray dowódzca gwardji Szkockiej, który był wujem Mac-Lellana i znał srogość Archibalda, rzucił się do stóp króla prosząc, aby użył swojej powagi i uchronił jego siostrzeńca od losu Colvilla i Herriesa, których Douglas ściąć już kazał. Ponieważ całem przewinieniem Mac-Lellana była jego wierność dla króla, przeto Jakób szczerze się zajął jego uwolnieniem, i dał Patrick'owi Gray list do hrabiego Douglasa aby Mac-Lellana wydał w ręce Patrick'a.
Ostatni nie tracąc ani chwili, udał się do zamku Thri?ve i przybył do Douglas'a w chwili kiedy on wstawał od stołu. Posłany, mimo dobrego przyjęcia, jakiego od Archibalda doznał, chciał mu zaraz przedłożyć cel swego posłannictwa; lecz Douglas niechciał nic słuchać, dopóki gość jego nie posili się, utrzymując, że trudno głodnemu z sytym rozmawiać. Ze zaś podobne przyjęcie nic złego nie zapowiadało, Patrick Cray, wybornym uraczył się obiadem.
Po skończonym obiedzie, przedstawił list króla Douglasowi, przyjął go z uszanowaniem, dziękował za przywiezienie mu uprzejmych wyrazów swojego monarchy, w chwili kiedy sądził że zyskał zupełną jego niełaskę. Po tem biorąc Patrycka za rękę, rzekł:
- Życzeniom waszym i króla stanie się zadość, i Mac-Lellan w tej chwili będzie wydany.
To mówiąc, Douglas zaprowadził Sir Patricka na dziedziniec, i zatrzymawszy się przed czemś nakryteni zakrwawionem suknem, podniósł je, a ukazując świeżo ściętego trupa:
- Sir Patricku, rzekł, nieszczęście, że przybyłeś za późno. Oto twój siostrzeniec, brak mu głowy, to prawda, lecz całe ciało jest na twoje usługi.
- Milordzie, odrzekł Gray, blady i znaajeżonemi włosami, wziąłeś głowę, rozrządzaj i resztą ciała.
Późniéj wskoczywszy na konia, który na dziedzińca stał osiodłany:
- Milordzie, rzekł daléj, z wyrazem silmy groźby, jeżeli mi Bóg życia pozwoli, przysięgam ciężko tej zbrodni przypłacisz.
To mówiąc, ruszył galopem przez otwartą bramę i za chwilę znikł.
- Na koń, chwytać go! zawołał Douglas, byłoby grzechem oddzielać tak dobrego wuja od swego siostrzeńca.
Słudzy Douglasa ścigali Sir Patrick'a przeszło sześćdziesiąt mil; lecz że ten wybornego miał konia, uszedł.
Odtąd Douglas połączył się z hrabiami Crawford i Ross, posiadającemi władzę prawie królewską, i postanowił bronić się przeciwko wszelkiemu nieprzyjacielowi, chociażby nim był nawet Jakób II.
Kiedy król dowiedział się o tym związku zyskał to smutne przekonanie, że jeżeli ci trzéj hrabiowie połączą kiedyś swoje klany, wojsko ich może bydź silniejszem niż jego. Postanowi! więc oderwać Douglas'a od związku, i w tym celu kazał mu oświadczyć, że pragnie z nim zgodnie pomówić w swoim zamku Stirling. Douglas dowiedziawszy się o niełasce Kanclerza Crichton, swojego osobistego nieprzyjaciela, sądził że to dla tego król widzieć się z nim życzy, przyjął więc zaproszenie, pod warunkiem: że Jakób przyszłe mu list bezpieczeństwa, podpisany własną jego ręką i opatrzony wielką pieczęcią.
Douglas otrzymał zaręczenie za powrotem posłańca.
Douglas ubezpieczony, jak sądził, przeciwko niebezpieczeństwu, na końcu Lutego 1452 przybył do Stirling z orszakiem pięciu set ludzi, których tamże umieścił. Co do niego, ponieważ w zamku miał się widzieć z królem, udał się przeto tylko w towarzystwie Hamiltona do Kadyow, głowy wielkiego domu Hamiltonów, który był jego towarzyszem broni i przyjacielem. Przybywszy do drzwi, Douglas przeszedł pierwszy, a kiedy Hamilton chciał iść za nim Livingston, będący na straży, odepchnął go silnie, uderzywszy w twarz żelazną rękawicą. Ten sposób przyjęcia, tak zdumiał Hamiltona, że, cofnął się dla wydobycia oręża: lecz Liyingston korzystał z tej chwili i zamknął drzwi. Na ten odgłos, Douglas odwrócił się i ujrzał drzwi zamknięte, ale ufny w list bezpieczeństwa, szedł daléj i skoro tylko doniesiono o jego przybyłem, natychmiast został wpuszczony do króla.
Jakób przyjął hrabiego tak uprzejmie i serdecznie, że to przyjęcie, zniszczyłoby wszelkie podejrzenia, gdyby był miał jakie; a że rozmowa długo się przeciągnęła, i godzina wieczerzy się zbliżała, zaprosił hrabiego aby ją z nim podzielił. O siódmej godzinie zastawiono stół: przez cały czas król i Douglas rozmawiali o różnych przedmiotach. król chciał rozerwać ligę, hrabia odpowiedział że musi ją utrzymać. Po wieczerzy, król przyprowadził Douglasa do okna, podwajając nalegania, którym hrabia odmawiał. Nakoniec Jakób przybierając powagę królewską, rzekł do hrabiego, że związek ten przeciwny był wierności, należneéj mu od każdego poddanego, i spokojności państwa; rozkazał mu przeto zerwać go. Douglas odpowiedział dumnie: że dał słowo, a żaden Douglas nie uchybił danemu słowu. Król upominał go tonem jeszcze więcéj nakazującym. Hrabia odpowiadał zawsze równie upornie. Wtedy król, którego nazywano Jakóbem Płomieńczykiem i który dla swojéj gwałtowności mógł by się nazywać, Jakóbem Ognistego serca topiąc sztylet w piersiach Douglasa. Milordzie, rzekł, jeżeli nie rozrywasz związku, sztylet go rozwiąże za ciebie. Douglas upadł obalony, więcej siłą uderzenia niż raną, po chwili jednak powstał na kolana, wołając: Zdrada! i kiedy usiłował wydobyć miecz, w téj samej chwili Sir Patrick Gray, który, jeżeli pamiętamy, poprzysiągł zemstę nad hrabią, rozpłatał mu głowę toporem aż do ramion. Ciało Douglasa, w tymże samym ubiorze jak było, wrzucono w dół będący w ogrodzie, pod tém samem oknem, gdzie został zabity, i jak niektórzy utrzymują że dół ten pierwéj był wykopany; inni zaś mniemają że to zabójstwo było skutkiem tylko chwilowego gniewu a nie przygotowanem morderstwem; zdania do dzisiaj dnia są niepewne. Co do nas, uderzenie Livingstona, wspiera pierwsze podejrzenie.
Douglas miał czterech braci w mieście, którzy dowiedziawszy się o śmierci najstarszego, ogłosili drugiego, imieniem Jakób głową rodziny. Następnie, ponieważ tylko czterysta ludzi mieli z sobą, udali się do swoich posiadłości, dla zgromadzenia wojska i wezwania sprzymierzeńców. Lecz nie czekając na zebranie się wszystkich sił, wyruszyli z tysiąc pięćset ludźmi, ciągnąc na znak pogardy u końskiego ogona, na którym jeden ze służących jechał, zapewnienie udzielone Archibaldowi przez króla; przed tym koniem na którym siedział najlichszy ze służby, szło przeszło pięćset trębaczy z niezmiernym hałasem, w chwilach przerwy, herold w barwie Douglasa ogłaszał że Jakub II był przeniewiercą; to ogłosiwszy, złupili miasto Stirling i chcieli go spalić. Lecz garnizon zanikowy połączony z mieszkańcami, odparł ich, zmusił cofnąć się na nowo w góry; oddalili się, przyrzekając wszakże powrócić.
Tyle możnych baronów połączyło się z Douglasem i hrabiami Crawford i Ross, że była chwila iż Jakób zamyślał opuścić tron Szkocki i uciec do Francji. Lecz blizki jego krewny Kennedy, arcybiskup z Saint-Audré, człowiek najroztropniejszy w owéy epoce, wstrzymał go przypowieścią o pęku strzał. Król postanowił ostatecznie zniszczyć ligę, barona po baronie, jak arcybiskup łamał strzałę po strzale.
Jakób mniéj biegły w polityce aniżeli w sztuce wojennéj, polecił arcybiskupowi zająć się układami; czci godny ten prałat tak zręcznie postąpił, że przeciągnął do królewskiego stronnictwa nie tylko wielką rodzinę Gordonów, któréj Hountly był głową, lecz jeszcze hrabiego Angus, pochodzącego z młodszej linji Douglasów, którego dla koloru włosów rudym, nazywano gdy tymczasem Jakób dla tejże przyczyny czarnym był przezwany. Prócz tego, od dawna była przepowiednia, że wtedy linja starsza Douglasów pokonaną będzie, kleiły młodsza przeciw niéj powstanie: i że tylko Douglas rudy, może zwyciężyć Douglasa czarnego.
Przepowiednia była jasną, i od tej chwili sprawę Douglasów uważano już jako straconą.
Za przykładem tych panów, i hrabia Crawford oświadczył swoje podległość. Mimo nie jakiéj radości Jakóba z odzyskania Crawforda, przecież przysięga wykonana w chwili gniewu, że dopóty nie spocznie aż najwyższy kamień zamku Finhaven, będącego mieszkaniem Hrabiów Crawford nie stanie się najniższym, w trudném stawiała go położeniu, ponieważ chciałby i jéj dopełnić i obawiał się podać hrabiemu warunku, że tylko zburzeniem najlepszéj swojéj fortecy, łaskę pozyskać może. Arcybiskup z St-André wywiódł go z tego kłopotu udzieleniem rozsądnej rady.
Król kazał oznajmić Hrabiemu Crawford że przybędzie do iego zamku, i w dowód zaufania przybył w towarzystwie tylko dwunastu ludzi zbrojnych. Crawford, niepojmując celu odwiedzin, przyjął go jako monarchę, z nadzwyczajną gościnnością. Lecz Jakób skoro tylko przybył do zamku, udał się na szczyt najwyższéj wieży i z tamtąd strącił mały kamień oderwany od muru, w rów opasujący twierdzę. Tak więc wypełnił swoją przysięgę, następnie zszedł na dół z lordem Crawford, który towarzyszył mu zdziwiony, nie rozumiejąc wcale tego postępku i zasiadł do wspaniałej uczty, którą mu przygotowano.
Mimo doznanych klęsk Jakób Douglas gotował się do walki, bo jeszcze miał silnych sprzymierzeńców, a pomiędzy temi James Hamiltona, tego samego, który od Livingstona w Stirlingu odebrał policzek, który mu życie ocalił Zgromadził czterdzieści tysięcy wojska i postąpił na odsiecz zaniku Abercorn, obleganego w imieniu króla przez Hrabiów Orknéj i Angus. Król, ze swojéj strony, poszedł na jego spotkani z wojskiem wyrównywającem liczbą tamtemu, i postrzegłszy wojsko Douglasa obozujące na brzegu rzeki Carron, zatrzymał się nad drugim brzegiem; tak że nieprzyjaciół tylko rzeka dzieliła. Każdy bitwę uważał jako nieuchronną, a bitwa ta miała rozstrzygnąć czy Sztuartowie czy Douglasy posiędą Szkocji koronę.
Lecz dobry poradzca nie odstąpił króla i w téj okoliczności. Zaledwie dwa wojska stanęły przed sobą, wysłał tajemnych posłów do naczelników wojska Douglasa, mianowicie zaś do Hamiltona, najpotężniejszego z nich, przyrzekając im zupełne przebaczenie, byle odstąpili sprawy powstańców. Lecz naczelnicy, lubo pragnęli uczynić zadosyć żądaniu królewskiemu, tak przecież względem Douglasa zobowiązali się honorem, że nie śmieli go odstąpić i owszem zachęcili go do bezzwłocznego wydania bitwy.
Nazajutrz rano, kiedy Douglas gotował się pójść za radą swoich sprzymierzeńców, król wysłał herolda do obozu Douglasa, nakazując mu rozproszyć swoje wojsko, bo w przeciwnym razie on i jego towarzysze ogłoszeni będą zdrajcami. Hrabia przy trąb odgłosie wydał rozkazy wojsku i wyruszył przeciwko królowi. Lecz że w pochodzie, spostrzegł na twarzach niektórych sprzymierzeńców oznaki wahania się, sam niepewny, kazał stanąć wojsku i wrócić do obozu. Odwrót ten uczyniony w zamiarze przywrócenia ducha żołnierstwu, zupełnie przeciwny zrządził skutek; bo zaledwie Douglas wszedł do namiotu, kiedy James Hamilton zapytał go: czy myśli stoczyć bitwę lub nie? i oświadczył, że każdy dzień zwłoki jest zgubnym dla niego. Douglas zamiast mu bydź wdzięcznym za ten postępek, odrzekł, że jeżeli się lęka, może się oddalić. Podobna odpowiedź, musiała obrazić takiego człowieka jak Hamilton; a więc, natychmiast kazał zatrąbić i opuszczając jego obóz na czele swoich żołnierzy udał się do króla. Za danym przykładem, następnéj nocy poszli i inni wodzowie, tak że na drugi dzień Douglas z własnemi tylko pozostał wazalami. Schronił się więc wraz ze swojemi braćmi do Annandal, gdzie przez Sir Dawid'a Scota Buccleuch zupełnie był pobiły. Jeden z jego braci zginął na polu bitwy, drugiego wzięto w niewolę, a następnie stracono; trzeci uciekł do Anglji, gdzie wkrótce przybył i Hrabia, po nadaremnych usiłowaniach odzyskania w Szkocji jakiejkolwiek władzy. Tak więc, Jakób Douglas bliższy już tronu, niż którykolwiek z jego przodków, w ośmiu dniach prawie, niemal na zawsze od niego oddalonym został.
Król Jakób przez porażkę pod Arkinholm uwolniwszy się od Douglasa, a przez wojny domów Jork i Lancaster od Anglji, rządził dosyć spokojnie Szkocją do r. 1450.
W teéj epoce, kiedy Anglicy wewnętrzną szarpali się wojną, Jakób postanowił korzystać z ich zamieszek, aby odzyskać zamek obronny Roburgh, który od bitwy pod Durlham zostawał w rękach Anglików; zgromadził więc całe siły Szkocji do wykonania tego wielkiego zamiaru. Wszyscy panowie, do których się udał, odpowiedzieli z uniesieniem; a nawet Donald ofiarował się ze swojemi na pół dzikiemi wazalami bydź przednią strażą wojska. Jakób wyruszył z ogromnem wojskiem i przybywszy do połączenia się rzek Tweed i Teviot, nad którem właśnie zamek leżał, gotował się zdobyć go oblężeniem, bo zanadto był obronny, aby go nagłym napadem wziąć było można.
W skutek tego, na zachodnim brzegu Tweedy, kazał król wystawić baterję wielkich dział, aby w murach zrobić wyłom i szturm przypuścić. Ufając tylko swojej artyllerji, sam nią dowodził, sądząc, że na niéj polega cała pomyślność przedsięwzięcia. Stał pomiędzy działami, jedno z nich pękło a roztrzaskane kawały zabijają Jakóba II, i niebezpiecznie ranią hrabiego Angus.
Jakób miał w wówczas lat dwadzieścia dziewięć, i wczasie dwudziesto-letniego panowania, wyrzucał sobie tylko śmierć Archibalda, co w wówczas było rządkiem zdarzeniem.
Panowie pozbawieni odwagi śmiercią króla i raną Angusa, który miał z kolei objąć po nim dowództwo, chcieli odstąpić od oblężenia, kiedy nagle królowa Małgorzata okazała się pomiędzy nimi, wiodąc ośmio-letniego syna za rękę:
- Wstydźcie się, szlachetni lordowie, rzekła, opuszczać dzieło, które już opłaciliście drożéj niż możecie już opłacić. Wiedzcie bowiem, że jeżeli wy odstąpicie, ja z synem oblegać będę twierdzę, z tą choćby najmniejszą garstką żołnierzy, którzy mi wiernymi pozostaną.
Szlachta nie chcąc się dadź zawstydzić kobiecie i dziecięciu, wydała okrzyk radości i z uniesieniem ogłosiła Jakóba III, królem Szkocji.
We trzy miesiące potem, załoga twierdzy przyciśniona głodem, pozbawiona pomocy, musiała się poddać. Szkoci obawiając się, aby z czasem nie odebrano im téj fortecy, zburzyli ją, nie zostawiwszy kamienia na kamieniu, i powrócili do domów.
ROZDZIAŁ III.
Wszystko szło dosyć dobrze w czasie małoletności młodego króla, i pod opiekę dobrego arcybiskupa z Saint-André, a następnie Gilberta Kennedy jego brata. Lecz zaledwie młody monarcha wstąpił na tron, i sam rządzić począł, dostrzeżono wykakazujące się wszystkie błędy jego charakteru; był bojaźliwy, a to było wielką wadą, wczasie kiedy wojna wszystko rozstrzygała, był skąpy, a to było wielką zbrodnią w epoce, kiedy było potrzeba kupować sobie przyjaciół, a nawet nieprzyjaciół; zresztą namiętnie lubił sztuki piękne, i to mogłoby rzucić blask niejaki na jego panowanie, gdyby był umiał swoim artystom nadać przyzwoite miejsce, pomiędzy szlachtą a ludem. Lecz wbrew postępowaniu swoich poprzedników, którzy wybierali ulubieńców pomiędzy szlachtą i duchowieństwem, on otoczył się ludźmi, których dumni baronowie, nazywali mularzami, muzykantami; i Cochran budowniczy, Royer muzyk, Leonard kowal, Hommel krawiec, Torpichen fechmistrz, byli jego przyjaciółmi i poradcami.
Jakób III, miał dwóch braci z sercem prawdziwie królewskiem, których powierzchowność widocznym czyniła ród z którego pochodzili, jeden z nich nazywał się książę Albany, a drugi hrabia de Mar; książę Albany, jak mówi pewien dawny kronikarz, był wysoki, miał postać ujmującą, wielkie oczy, policzki szerokie, nos czerwony i długie uszy; nadto umiał przybierać wyraz twarzy groźny i ponury, ilekroć podobało mu się mówić z osobami, które mu się niepodobały. Hrabia de Mar, mówi Walter-Scott był charakteru mniej surowego i zyskiwał przychylność wszystkich, którzy się do niego zbliżali, słodyczą i łagodnością obejścia.
Z resztą oba byli bardzo zręczni w jeżdżeniu konno, w łowach i strzelaniu, czego król przez bojaźń, lub niesmak zaniedbywał, z wielkim podziwieniem szlachty, która to wszystko uważała za niezbędne do dobrego wychowania. Z resztą zobaczymy, że Jakób III, zginął dla tego, że konno dobrze jeździć nie umiał.
Oba młodzi książęta, jak to łatwo zrozumieć, nienawidzili ulubieńców króla, i aby zupełną posięść nad nim władzę, oddalali ich zawsze od niego. Ulubieńcy ze swojej strony nie zasypiali odwetu i korzystali z każdej sposobności aby ich oczerniać przed królem. Widząc zaś, że on wszystkiego słuchał i wszystkiemu gotów był wierzyć, opowiedzieli mu: że hrabia de Mar radził się wieszczek, kiedy i jakim sposobem król umrze! na co wieszczki miały odpowiedzieć: że umrze przy końcu tego roku i z ręki blizkiego swojego krewnego.
Król strwożony tą przepowiednią, kazał przywołać sławnego pomiędzy Highlandami astrologa. Człowiek ten, przekupiony przez Cohran'a, powiedział tylko królowi to, że widział z obrotu gwiazd, jak lew Szkocki pożarty będzie przez lwięta. Odpowiedź ta, połączona z potwarzami Cochran'a, żadnej niezostawiła wątpliwości w umyśle króla, tak, że w téj chwili kazał aresztować swoich braci. Księcia Albany zamknięto w zamku Edymburgskim, Hrabiego zaś de Mar, który podług przepowiedni wieszczek był winniejszym, kazał włożyć w wannę i z rąk i nóg krew mu upuścić.
Szczęściem dla księcia Albany, że chociaż król postanowił skazać go na śmierć, odłożył wykonanie wyroku, pewny że brata, w więzieniu, nie ma się czego obawiać. Przyjaciele młodego księcia korzystali z tej zwłoki, aby mu przyjść na pomoc. Pewnego dnia, mały statek zawinął w zatokę Leith z ładunkiem wina Gaskońskiego, którego dwie beczułki przeznaczone były w podarunku dla księcia Albany. Kapitan gwardji przekonawszy się, że w beczułkach było wino, kazał je zanieść do pokoju księcia, książę zaraz wpadł na myśl, że te beczki coś więcej prócz wina, muszą w sobie zawierać, i pilnie szukając, znalazł w płynie długi powróz, sztylet i kulę woskową, w niej list w którym doniesiono mu, że był na śmierć skazany, i że jeżeli nie zdoła w nocy uciec, nazajutrz będzie stracony. Sztylet i powróz przeznaczone były do ułatwienia ucieczki. Znaleziony list pokazał szambelanowi, wiernemu swojemu słudze, który z nim podzielał więzienie i oba postanowili jak można najlepiéj z czasu korzystać.
W skutek tego, Albany dowiedziawszy się, że kapitan gwardji kosztował wino i znalazł go wybornem, zaprosił go na wieczerzę do siebie; ten przyjął zaproszenie z warunkiem, aby trzech żołnierzy razem z nim było w pokoju. Ta przezorność zdawała mu się potrzebną i dostateczną, przeciw dwom ludziom bezbronnym.
W oznaczonéj godzinie, kapitan i trzech żołnierzy weszli do pokoju księcia. Zastawiono dwa stoły, jeden dla księcia Albany, kapitana i szambelana, drugi dla straży: na każdym stole stała beczułka wina; dzięki temu przygotowaniu wieczerza obficie była skropioną. Po wieczerzy książę ofiarował kapitanowi partjię szachów, ustawicznie częstując go winem; bo jak mówił wino matę wyższość nad rosbifem, że jeść niemożna ciągle, a pić można zawsze. Kapitan chwalił to zdanie, i podawał szaimbelanowi ciągle kubek, który tenże napełniał bez ustannie.
W trzeciéj partji, książę uważał po grze swojego partnera, że czas już działać. Dawszy więc znak szambelanowi, sam dobył sztylet i utopił go w piersiach kapitana. W tej saméj chwili, kiedy szambelan dusił serwetą jednego z żołnierzy, następnie Albany dwóch innych sztyletem przebił. Po dokonaniu tego czynu, książę wyjął klucze z kieszeni kapitana, i powróz schowany pod materacem, lecz obawiając się, aby który zabity nie powrócił do życia, złożyli ich na ogromnym kominie ogrzewającym pokój, przykrywszy drzewem. Następnie wdarłszy się na mury, wybrali miejsce najbardziéj oddalone od straży, aby przy pomocy sznura bezpiecznie spuścić się mogli.
Ponieważ noc była ciemna i nie można było widzieć czy sznur dostawał do ziemi, szambelan chciał pierwszy się spuścić, aby w przypadku sam stał się ofiarą a nie książę. W istocie, kiedy się spuścił po linie, nadaremnie szukał ziemi, a że był odważny, puścił się na traf i upadłszy o dwadzieścia pięć stóp, złamał nogę. Zawołał więc na swojego pana i mówił aby przedłużył linę. Albany niestrwożony bynajmniéj, powrócił do pokoju, wziął prześcieradła z łóżek, przywiązał je do końca liny i następnie spuszczać się zaczął. Przedłużona lina była dostateczna i książę bez najmniejszego szwanku ujrzał się u stóp murów. Natychmiast wziął swojego szambelana na barki, zaniósł w miejsce bezpieczne i mimo nalegań zranionego nie chciał opuścić dopóty, póki niewyzdrowieje. Następnie dał znak umówiony i statek przybił do brzegu, we dwie godziny książę i szambelan byli na morzu, a w ośm dni przybyli do Francji.
Śmierć hrabiego de Mar i ucieczka Albany, powiększyły tylko zuchwałość, ulubieńców króla. Robert Gochran, sprzedając się wszystkim, został tak bogatym, że mógł i króla kupić. Ponieważ, jak mówiliśmy, Jakób był bardzo skąpym, dawny Archibald nabył od niego hrabstwo Mar, oraz wielkie posiadłości i dochody należące do zamordowanego.
Śmiałość ulubieńca i słabość króla oburzyły przeciw obu całą Szkocję. Cochran zamiast łagodzić oburzenie, jeszcze podniecał je mieszając do srebra w pieniądz przerabianego, szóstą część ołowiu i szóstą część miedzi, i nadając mu wartość jaką miała czysto-srebrna moneta. Pomimo rozkazu króla wielu niechciało przyjmować tej monety, co wielkie sprowadziło zamieszania. Widząc to jeden z przyjaciół Cochran'a, radził mu, aby odwołał tę monetę; lecz Cochran odpowiedział; "Chyba w ten dzień kiedy mię powieszą, pierwéj nie." Cochran nie myśląc wcale o tem, wyciągnął dla siebie horoskop pewniejszy, niż wieszczek i astrologów.
W tym czasie Edward IV, gotował się na odebranie Berwicka. Idąc za przykładem swoich poprzedników, którzy przed rozpoczęciem wojny obcéj, obudzali zawsze w Szkocji wojny domowe, sprowadził z Francji księcia Albany, obiecał mu tron Szkocki, byle się z nim połączył. Młody książę zaślepiony świetnemi obietnicami, przyjął dowództwo w wojsku Edwarda, i gotował się na wojnę przeciw własnemu rodzinnemu krajowi.
W tém położeniu rzeczy Jakób musiał się uciec do swojéj szlachty, którą od tak dawna opuścił. Zgromadził ją jak można najprędzéj i trzeba jéj oddać sprawiedliwość, że odpowiedziała jego wezwaniu. Miejscem zebrania był Borough-Moor w Edymburgu.
Przybyli wazale znajdując się w liczbie pięćdziesięciu tysięcy, myśleli, że rów nie ważnem jest powściągnienie nadużyć administracji, jak wojna przeciw Anglikom, którzy byli jeszcze daleko; a ponieważ po pierwszym pochodzie zebrali się między rzeką Lauder, a miastem tegoż nazwiska, przeto postanowili zgromadzić się wieczorem na tajemną radę w kościele tego miasta.
Większa część szlachty Szkockiéj była obecną na tém zgromadzeniu. Wszyscy jednomyślnie rozjątrzeni przeciw ulubieńcom królewskim, wywierali gniew swój w złorzeczeniach i groźbach. Lord Gray znudzony bezużytecznym krzykiem, prosił, aby mu pozwolono powiedzieć przypowieść. Skoro otrzymał pozwolenie wszedł na mównicę, i kiedy wszyscy umilkli, przemówił w te słowa:
W pewnym folwarku było mnóstwo szczurów, które żyły bardzo szczęśliwe, kiedy dzierżawca spostrzegł u jednego wieśniaka ogromnego kota, wziął go i przyprowadził do siebie. Od téj chwili okropne było spustoszenie pomiędzy szczurami, bo kot codziennie je wytępiał; nareszcie, kiedy klęska stała się zbyt dotkliwą, szczury zgromadzili się na radę, i kazały najrozsądniejszemu i najstarszemu, zupełnie białemu szczurowi, wynurzyć swoje zdanie. Ten namyśliwszy się proponowałaby kotowi u szyi zawiesić grzechotkę, któraby ostrzegała o jego przybyciu. Myśl ta jednozgodnie przyjętą została. Wysłano po kupno grzechotki i tasiemki, a kiedy już miano te przedmioty, każdy się pytał, kto podejmie się uskutecznić to zlecenie. Na to pytanie milczeli wszyscy; bo żaden szczur nie miał odwagi zawiesić grzechotkę kotowi.
- Milordzie, zawoła przeciskając się przez tłum i stając przed mówcą, Archibald hrabia Angus, głowa młodszej linji Douglasów, twoja przypowieść nie ma zupełnego, sensu, bo szczury są szczurami, a my jesteśmy ludźmi. Ja zawieszę grzechotkę.
- Z oklaskami przyjęto tę odpowiedź, każdy bowiem wiedział, że hrabia Angus nie dla tego wystąpił, aby się cofnąć potem, znano go jako rycerza równie silnego jak walecznego. Otoczyli go wszyscy, życząc powodzenia; a Gray zstępując z mównicy, podał mu rękę, nazywając go Douglasem Grzechotką. Nazwa ta została mu do zgonu.
W téj chwili mocne kołatanie we drzwi kościelne, ostrzegło o przybyciu znakomitej osoby. Ponieważ ze szlachty nie brakowało nikogo, spojrzano w około siebie i przekonano się że tylko król miałby prawo pukać w ten sposób. Sir Robert Douglas de Lochleven strzegący drzwi, zapytał: kto tam? głos rozkazujący, odrzekł: Hrabia de Mar.
W istocie, był to Cochran z trzysta ludźmi; dowiedział się bowiem, że szlachta zgromadzoną była w kościele i chciał wiedzieć czem się tam zajmuje. Zgromadzeni spojrzeli na siebie wąchając się, wówczas hrabia Angus kazał otworzyć. Zaledwie rozkaz wypełniono, wszedł dumnie Cochran, przybrany w bogaty strój axamitny czarny, mając łańcuch złoty na szyi i trąbkę z kości słoniowéj u boku: przed nim postępował koniuszy niosący jego hełm.
- Milordowie, rzekł Cochran zdziwiony, znalazłszy o tej godzinie w kościele podobne zgromadzenie. Czy mogę zapytać was o przyczynę tego zebrania?
- Bez wątpienia! odpowiedział Donglas, który chciał zasłużyć na dany mu przydomek, zajmowaliśmy się tobą.
- Jakto milordzie? zapytał Cochran.
- Radziliśmy jaką śmiercią zginąć powinien człowiek tobie podobny, i wszyscy zgodziliśmy się na to, że sznur powinien zakończyć jego dni.
Na te słowa, Archibald Douglas zbliżył się doń, zerwał łańcuch złoty ze szyi, a Robert Douglas trąbkę. Tym sposobem został jeńcem, a trzysta jego żołnierzy najmniejszego nie stawiło oporu. Po tém ujęciu, jedna część szlachty udała się do królewskiego namiotu, druga pochwyciła Leonarda Hommel'a i Torpichen'a. Jeden się tylko wymknął, był nim Ramsay de Balman, jeden pomiędzy ulubieńcami pochodzący ze znakomitej familji, ten rzucił się z szybkością łani, przybiegł do króla i uczepił się tak silnie jego pasu, że szlachta nie mogła go oderwać bez ubliżenia monarsze, darowali mu więc życie, lecz jednocześnie uwiadomili króla, że wszyscy inni będą śmiercią ukarani. Król widząc, że władza jego znika, nie potwierdził wyroku, ale go spełnić dozwolił.
Skoro wieść rozbiegła się, że ulubieńcy króla będą straceni, taka radość malowała się w wojsku, że żołnierze ofiarowali swoje pasy do wykonania wyroku. Cochran do ostatniej chwili zachował swoję śmiałość i zuchwalstwo, i prosił, aby go uduszono sznurem jedwabnym od jego namiotu. Oprawcy nie chcieli mu nawet tej łaski wyświadczyć i zaprowadziwszy go na most Lauder, powiesili na włosianym postronku, który w większéj był ohydzie niż konopny.
Od téj chwili, jak Cochran sam przepowiedział, fałszywa moneta została wywołany i cała Szkocja jednocześnie uczuła dobrodziejstwo téj śmierci.
Tego samego wieczoru, szlachta, zamiast wyruszyć przeciwko Edwardowi IV, powróciła do Edymburga, i pozwoliwszy Anglikom opanować Berwick, o który się mało troszczyli, zamknęli króla w zamku Stirling, pod surową, lecz pełną uszanowania strażą: później dopiero załatwiwszy wewnętrzne sprawy Państwa, wyruszyli przeciwko Anglikom, których spotkali pod Haddington.
Już dwa wojska gotowały się do bitwy, kiedy nagle dwóch parlamentarzy przybyło do sprzymierzonej szlachty. Był to książę Albany i książę Glocester, który był później Ryszardem III; przybyli oni nietylko, jako pośrednicy pomiędzy Anglją a Szkocją, lecz nadto chcieli pogodzić szlachtę z królem. Kiedy Albany wyłożył powód swojego poselstwa, Glocester chciał głos zabrać z kolei, lecz zaledwie odezwał się, Douglas Grzechotka przerwał mu, mówiąc: Milordzie, jesteś Anglikiem i pilnuj spraw Anglji. Następnie zwracając mowę do Albany, czego żądasz? zapytał z największą uległością, mów, słuchamy cię.
- Naprzód, odpowiedział Albany, pragnę aby mój brat był wypuszczony na wolność.
- Milordzie, odparł Archibald, stanie się to, czego żądasz, a to dla tego, że ty tego żądasz: lecz co do osoby, która ci towarzyszy, nie znamy jéj wcale. Kiedy będziemy mieli sprawę z Anglją, chętnie go będziemy słuchali, byle to co nam przedstawi ni było przeciwne naszemu honorowi.
Układy poszły pomyślnie, Albany bowiem i Glocester żądali rzeczy zaszczytnych i zgodnych z interesem obu narodów. Glocester powrócił do Anglji, gdzie po otruciu Edwarda i zamordowaniu dwóch jego synów został królem. Jakób puszczony na wolność, pogodził się z księciem Albany do tego stopnia, że dwaj bracia podzielali z sobą mieszkanie, stół, a nawet i łóżko. Wszystko szło jak najpomyślniéj, bo kiedy Jakób zajmował się sztukami pięknemi i stawiał kościoły, Albany zarządzał wewnętrznemi sprawami państwa.
Nieszczęściem, spokojność ta nie długo trwała, wkrótce bowiem podejrzenia odezwały się w Jakóbie tak silnio, że brat po drugi raz uciekać musiał. Poprzednie jego związki z Ryszardem III, otwarły mu wejście do Anglji, i wkrótce kiedy po jego odjeździe na nowo między dwoma państwami rozpoczęły się kroki nieprzyjacielskie, Albany stanął na czele małego oddziała, w którym znajdował się także stary Douglas, przed dwudziestą latami wygnany przez Jakóba II, z powodu zemsty, jaką chciał wywrzeć za śmierć Archibalda; wkroczył w granice Annandal, gdzie w pierwszéj potyczce porażonym został.
Dzięki szybkości konia, Albany dostał się do granic Anglji; stary Douglas straciwszy konia, został pochwycony przez Kirk-Patricka, który niegdyś był jego wazalem, a teraz poznał go. Człowiek ten, wiedząc jaki los czeka dawnego jego pana, rozczulił się do łez, i z narażeniem własnego życia chciał go puścić na wolność. Lecz Douglas potrząsając głową, rzekł:
- Nie zadawaj sobie pracy; ponieważ król przyrzekł nagrodę temu, kto mię dostawi żywego lub umarłego, lepiéj że ty mój stary przyjacielu zarobisz te pieniądze. Oddaj mię w jego ręce, i niech się wszystko skończy.
Patrick nie chciał słuchać podobnéj rady, ukrywszy Douglas'a w pewnem miejscu, udał się do Edymburga, i tyle dokazał prośbą i łzami, że otrzymał ułaskawienie od króla dla swego dawnego pana; następnie przywiózłszy mu te pomyślną wiadomość, zachęcał go aby natychmiast udał się do Edymburga. Douglas odmówił, i rzekł: Dziękuję ci mój przyjacielu, teraz jestem za stary, i wolę raczéj iść za radą dawnego przysłowia: kto nie może nic lepszego uczynić, niech zostanie mnichem.
Douglas udał się do klasztoru Lindores, gdzie go raz jeszcze zobaczemy i gdzie we cztery lata umarł. Na nim zgasła starsza linja Douglasów.
Jakób III, uwolniwszy się od opieki brata, która była jedyną przyczyną jego podejrzeń, popadł zupełnie w wrodzone mu skłonności skąpstwa i niedowierzania. Z obawy spisku, rozkazał aby nikt zbrojne nie ważył się przed nim ukazywać, i utworzył dla swego bezpieczeństwa straż z dwustu ludzi, któremi dowodził Ramsay de Balman, jedyny z jego ulubieńców, który uszedł śmierci w czasie spisku pod Lauder. Następnie spokojniejszy o swoje życie, różnemi środkami, zaczął zgromadzać skarby, przechowując je w ogromnéj skrzyni którą lud nazywał Czarną Kassą. Nieukontentowanie było powszednie, spisek knuł się tajemnie i tylko oczekiwał sposobnéj chwili do wybuchnienia.
Sposobność tę wkrótce sam Jakób podał swoim nieprzyjaciołom.
Król kazał wybudować w zamku Stirling wspaniałą kaplicę, do któréj przyjął dwa towarzystwa muzyków i śpiewaków. Że zaś utrzymanie ich było nader kosztowne, a król nie chciał naruszyć swojéj kassy czarnéj, postanowił na ich utrzymanie fundusze opactwa Coldingham.
Opactwo to położone w majętnościach dwóch przemożnych familji Homes i Hepburns, które mianowały zwykle same opata. Zwyczaj ten uważały teraz jak prawo, i oburzały się widząc że król narusza ich przywileje: zaczęły więc porozumiewać się z malkontentami, których znaczna była liczba, mianowicie z lordami, którzy należeli do sprawy na moście Lauder, pomiędzy którymi był hrabia Angus.
Sposoby jakich używały rodziny Homes i Hopburns były tak zręcznie przedsiębrane, że wybuch z cicha wzmagał się do tego stopnia, że kiedy król dowiedział się o nim, wszyscy spiskowi już byli pod bronią.
Ponieważ król dwa tylko cenił przedmioty, syna i swoją czarną kassę, naprzód więc pomyślał o ich ubezpieczeniu. Młodego księcia zamknięto w zamku Stirling, który, tylko zdradą mógł bydź wziętym, kassę zaś czarną zagrzebał w piwnicach Edymburgskiego zamku. Ubezpieczywszy dwa drogie przedmioty, król udał się ku północy, gdzie zwołał szlachtę. Było jakieś współzawodnictwo, a nawet nienawiść pomiędzy północnymi i południowymi hrabiami; niebrakło więc królowi stronników i w krotce miał przy sobie lordów Lindsay de Bires, Grahama i Mentheitha, hrabiów Crawford, Huntly, d'Athol, Erskine z blizko trzydziestu tysiącami ludzi.
Jakób zaspokojony nieco widokiem pięknego wojska, idąc za radą lorda Lindsay de Bires, postanowił wyruszyć przeciwko nieprzyjacielowi. Przechodząc przez Fife, król zatrzymał się aby w klasztorze Lindores odwiedzić starego Douglasa. Przyrzekał przywrócić mu stopień i tytuły, nawet przyjaźń swoję, jeżeliby stanął na czele jego wojska i w swojem imieniu przywołał lenników swoich, którzy prawie wszyscy byli w szeregach powstańców. Lecz myśli starego hrabiego zupełnie zwróciły się od ziemi ku niebu; a według zwyczaju potrząsając głową, rzekł: Najjaśniejszy Panie, trzymałeś nas tak długo pod kluczem, mnie i twoją kassę czarną, że oboje na nic ci się nie przydamy. Król podwoił nalegania, lecz nadaremnie, i musiał w dalszą udać się drogę, bez najsilniejszego zastępu, na który liczył. Nakoniec o milę od pola bitwy Bannock-Burn, gdzie jego poprzednik Robert-Bruce, tak zaszczytne odniósł zwycięztwo nad Anglikami, spotkał się z nieprzyjacielem. Jakób za pierwszym rzutem oka przekonał się, że wojsko jego o trzecią część było liczniejsze, niż powstańców, to wzmogło jego nadzieję i pełen ufności wydał rozkaz do bitwy na dzień następny.
O świcie, już wszystkie stanowiska były zajęte, i cała siła na trzy części podzielona: dziesięć tysięcy górali pod dowództwem Huntly i Athol, postępowało w przedniej straży; dziesięć tysięcy żołnierzy z hrabstw zachodnich składało środek pod dowództwem Erskina. Grahama i Menteitha, nakoniec król dowodził tylną strażą, lord Dawid Lindsay dowodził prawem skrzydłem a Graham lewem.
Kiedy wojska stanęły do boju. lord Lindsay postąpił ku królowi wiodąc pysznego rumaka, i klęknąwszy przed swoim monarchą, rzekł: Najjaśniejszy Panie, przyjmij to szlachetne zwierzę, jako dar od najwierniejszego twojego sługi; bo czy będziesz ścigał nieprzyjaciela, czy będziesz musiał uchodzić w odwrocie, prześcignie wszystkich Szkockich i Angielskich rumaków. Król, żałując że nie jest najlepszym jezdzcem, podziękował Lindsayowi za jego dar i dosiadłszy pysznego bieguna, pośpieszył na wzgórze, z którego mógł widzieć nieprzyjacielskie obroty.
Gdy ujrzał pierwsze poruszenie Anglików, osłupiał z zadziwienia, albowiem nieprzyjaciel pod jego sztandarem postępował; odwrócił się i spoglądając w koło siebie sądził że to sen; lecz nagle okropna myśl przyszła mu do głowy, że jego syn szedł z buntownikami.
W istocie, Homes, Angus i Bothwell podszedłszy pod Stirling, zmusili gubernatora do wydania im następcy tronu. Gubernator sprzyjający im tajemnie, bez oporu wydał księcia; uzbroiło się więc lwię przeciwko lwowi, bo syn przeciwko ojcu.
Na ten widok biedny ojciec uczuł słabą swoją odwagę niknącą zupełnie, przypomniał sobie bowiem przepowiednię wieszczek hrabiego Mar, która głosiła, że król zginie z ręki najbliższego krewnego, i wróżbę samego astrologa, który powiedział że lwię zadusi lwa Szkockiego. Obecni widząc bladość króla, czując że obecność jego będzie dla nich przeszkodą nie pomocą, prosili go aby się oddalił do tylnéj straży i bitwa się rozpoczęła.
Homes i Hepburns pierwsi uderzyli. Natarli na straż przednią złożoną z samych górali, którzy napadających strzałami przyjęli. Nacierający musieli cofnąć się przed chmurą pocisków, które padały na nich gwałtowniéj niż grad nawałnicy; ale w tejże chwili, klany Liddesdalu i Annandale z długiemi włóczniami, z straszliwym krzykiem uderzyli na górali i okropny zrządzili popłoch.
Słysząc ten krzyk i widząc nieład, król stracił przytomność, i niewiedząc co począć, machinalnie odwrócił się od nieprzyjaciół, spiął konia ostrogami: szlachetne zwierzę puściło się jak jeleń; a pędząc szybciéj jak błyskawica, uniosło swojego pana w stronę Stirling i zatrzymało się w wiosce, gdzie był młyn nazwany Beaton's Mill. Kobieta wychodząca ze młyna po wodę ujrzawszy, że człowiek zupełnie uzbrojony, bieży jakby koń jego miał skrzydła, postawiła dzbanek na ziemię a sama uciekła do młyna. Dzbanek ten przestraszył konia, który w chwili kiedy przesadzić miał strugę, spostrzegł go i rzucił się w bok. Król niespodziewając się tego zwrotu, wypuścił nogi ze strzemion, spadł, a rumak bez jeźdźca, pobiegł daléj przez wieś i znikł jak widmo.
Kiedy ludzie przybiegli na ratunek upadłemu z konia rycerzowi, znaleźli go zemdlałym, przeniesiono go więc do młyna, i zdjęto z niego hełm i zbroję, i położono w łóżko.
W kilka minut, Jakób odzyskał przytomność i zażądał księdza. Młynarka chcąc się dowiedzieć kto on jest, zapytała ranionego o jego nazwisko. Niestety! odpowiedział, dzisiaj jeszcze byłem waszym królem, teraz nie wiem czem jestem. Na te słowa biedna kobieta z kolei straciła głowę, i wybiegła z domu wołając: księdza dla króla! księdza dla króla!..
- Ja jestem księdzem odpowiedział przechodzień nieznajomy - prowadź mię do niego. Kobieta uradowana że tak prędko znalazła czego szukała, wprowadziła z pośpiechem nieznajomego do izby, i wskazawszy leżącego króla, oddaliła się w kąt aby nie słyszeć spowiedzi. W ów czas nieznajomy, zbliżył się zwolna do Jakóba, ukląkł z pokorą przy jego łóżku, i w téj postawie zapytał go: czy ciężko jest raniony?
- Niestety! rzecze król, nie sądzę aby moje rany były śmiertelne, myślę nawet, że przy staraniu mógłbym bydź wyleczonym. Ale w téj chwili potrzebuję duchownego, któryby mi dał rozgrzeszenie.
- Masz je! odpowiedział nieznajomy, powstając i topiąc sztylet w piersiach króla, który zaledwie przemówić zdołał; Może mój! i skonał.
Zabójco natychmiast wziął trupa na ramiona, wyszedł zdomu, potém przeszedł przez wieś, nikt mu się niesprzeciwił, i zniknął tak, że nikt nigdy się niedowiedział kto on był, i co z ciałem zrobił.
To stało się dnia 18 Czerwca 14S8, w tejże saméj chwili kiedy wojsko królewskie przegrało bitwę.
Tak więc zginął Jakób III, w trzydziestym szóstym roku życia. Po nim nastąpił syn Jego pod imieniem Jakóba IV.
ROZDZIAŁ IV.
Jakkolwiek młodym był Jakób IV, w czasie skonu ojca, pojmował jednak, że czyn który z przymusu popełnił, występując przeciwko niemu był czynem ohydnym, dla tego też skoro tylko doszedł pełnoletności, zabronił prześladować szlachtę, która w obronie króla stanęła, przywołał ją nawet na swój dwór i przychylność zarówno pomiędzy tych którzy jemu i ojcu służyli, podzielił. Następnie chcąc sam odpokutować mimowolne przewinienie, kazał sobie zrobić pas żelazny i nosił go na ciele, corocznie przydawał do niego mały ciężar, aby dowieść, że nietylko niezapomina wydarzonego nieszczęścia, ale owszém że to wspomnienie wznawiało się codziennie w jego pamięci i umyśle.
Nowy król, był nie tylko waleczny, zręczny i silny, lecz nadto tyle wspaniały ile ojciec jego skąpy. Z tego ostatniego przymiotu wielka dla królestwa wypłynęła korzyść, bo znalazłszy w lochach Edymburgskiego zamku Czarną kassę, napełnioną naczyniami złotemi i srebrnemi, podzielił pomiędzy szlachtę otaczającą go wszystkie te bogactwa, nie czyniąc żadnéj różnicy czy kto za nim, czy walczył przeciw niemu, cenił tylko ich poświęcenia i zasługi, czyn ten zjednał mu wielką przychylność narodu.
Jakub IV szczególne miał upodobanie w marynarce, i dla tego nadzwyczaj lubił walecznego Andrzeja Wood, który poświęciwszy się wojnie morskiéj, nabył takiéj sławy, że najdumniejsza szlachta ze swoich nazwisk niemogła wyrównać jego sławie. Prócz tego, Andrzej Wood zawsze był wierny królowi i w dzień bitwy pod Sauchie, zarzucił kotwicę w Forth pomiędzy Barnock i Ninian, gdzie zabrał mnóstwo ranionych z wojsk królewskich i najstaranniéj ich opatrywał. Mniemano nawet przez czas niejaki, i aż do chwili, dopóki młynarka nieopowiedziała całego wypadku, że król dostał się na okręty Andrzeja Wood, i tym sposobem życie ocalił.
We dwa lata potem pięć statków angielskich zawinęło do Forth i złupiło Szkockie statki, Sir Andrzéj z dwoma okrętami udał się za niemi w pogoń, pochwycił je, i kiedy król znajdował się w Leith przywiódł mu pięciu kapitanów jako jeńców. Jakób odesłał ich Henrykowi VII z poleceniem, aby ogłosili, że Szkoci zarówno na lądzie jak na morzu walczyć umieją. Henryk rozgniewany tem szyderskiem posłannictwem kazał przywołać z Portsmouth swego najwaleczniejszego kapitana marynarki, nazwiskiem Stephen Bull, ażeby bezzwłocznie puścił się na morze i ukarał Andrzeja Wood. Posłuszny Stephen doścignął swojego współzawodnika w Forth. Natychmiast wszczęła się walka z taką zaciętością, że dowódcy niezważając na swoje okręty, pozwolili przypływem morza z Frith, unieść się do zatoki Tay. Po dwunastu godzinach napadu, Wood zabrał trzy okręty angielskie i kapitanów jako jeńców przyprowadził królowi. Wtedy Jakób odesłał admirała i jego towarzyszy do Londynu.polecając im powiedzieć królowi, że ponieważ nieotrzymał od niego żadnéj odpowiedzi, przeto pragnął dowiedzieć się, czy pierwsi wysłańcy wykonali polecenie. Od tej chwili, Henryk wyrzekł się zemsty nad groźnym Wood; Jakób zaś nakazał budowę kilku okrętów. Szkocja zaczęła nabywać jakąś władzę na morzu.
W tym czasie dziwny przytrafił się wypadek, który do téj chwili jest tajemnicą. W roku 1496 pewien młodzieniec postaci szlachetnéj, dwadzieścia dwa lat mający, ukazał się na czele oddziału tysiąca pięćset ludzi, i przedstawił się na dworze Jakoba IV, mnieniąc drugim synem Edwarda, który uszedł rąk morderców.
Tyle dawał dowodów swojéj ucieczki, i przyjęcia od księżnej Burgundzkiej, któréj listy nawet potwierdzały jego opowiadanie, że król szkocki dał się przekonać o prawdzie, a ponieważ przyrzekał mu znamienite ofiary, gdyby wrócił na tron, przeto Jakób nie wahał się stanąć w jego obronie. Przyjął go ze względami przynależnemi królewskiej godności, a ponieważ zakochał się w córce hrabiego Huntly, którą miano za najpiękniejszą kobietę w Szkocji, i zdawało się że posiadał jej wzajemność, przeto prosił hrabiego o córkę dla przyszłego króla, przyjmując na siebie wyposażenie jéj.
Po zawarciu małżeństwa, mniemany książę York przypomniał Jakóbowi przyrzeczenie odzyskania mu tronu, utrzymując, że skoro ukaże się w Anglji, wszyscy stronnicy jego ojca powstaną za nim. Jakób wtargnął z nim do Northumberland, rozrzucone proklamacje żądanego nie odniosły skutku. Jakób widząc że to najście jest bezużytecznem, a nawet niebezpiecznem stać się może, prosił pretendenta aby wrócił z nim i spokojnie żył w Szkocji, gdzie na swoim dworze stosowne naznaczył mu miejsce. Młodzieniec nazbyt pewny siebie, odrzucił radę, udał się do Cornwallis, spróbował powtórnéj wycieczki, schwytano go, zaprowadzano do Londynu i pod sąd oddano. Z wywiedzionego processu okazało się: że ów mniemany syn Edwarda był tylko awanturnikiem flamandzkim, nazwiskiem Perkin Warbeck, którego księżna Burgundzka wyuczyła roli pretendenta. Skazany na śmierć, stracony został w Tyburn. Jednakże mimo tego wyjaśnienia i kary, wielu nie przestawało mniemać, że ten nieszczęśliwy młodzieniec istotnie był księciem York.
Katarzyna Gordon, jego małżonka, którą dla piękności nazywano Białą Różą Szkocji, otrzymała uposażenie od Henryka VII, który nadto polecił ją szczególnym względom królowéj.
Henryk VII wstępując na zakrwawiony tron, i władnąc ludem jeszcze w zburzonym wojnami domowemi, potrzebował pokoju; zażądał więc od Jakóba IV rozejmu na lat pięć, i otrzymał go. Te pierwsze układy, nowe zawiązały stosunki ważniejsze jeszcze. Król szkocki był w porze ożenienia, Henryk VII miał piękną córkę, nazwiskiem księżniczkę Małgorzatę, dał więc do zrozumienia Jakóbowi, że pragnienie tylko chwilowego rozejmu, lecz trwałego pokoju, nie układów z sąsiadem, lecz familijnego związku. Ofiara była dla Jakóba bardzo korzystna, aby miał ją odrzucie. Ułożono wiec związek małżeński, i hrabiemu Sussex polecono odwieźć księżniczkę Małgorzatę przyszłemu mężowi.
Dzięki temu małżeństwu, w sto lat późniéj Jakób VI Szkocki został w Anglii Jakóbem I i połączył korony Marji Stuart i Elżbiety.
Król udał się naprzeciw swojej narzeczonéj aż do opactwa Newcastle, położonego o dwie mile od Edymburga; jechał na koniu, w bogatéj aksamitnéj sukni, haftowanéj złotem; że zaś był dobrym jezdzcem, nigdy nie używał strzemienia siadając na koń, nadto miał najpiękniejszą postać, bardzo podobał się księżniczce, która również wielkie uczyniła na nim wrażenie. Jakób przybywszy do bram Edymburga, chcąc dać ludowi wyobrażenie zgody, jaka miała panować pomiędzy nim a jego żoną, postanowił odbyć razem z nią wjazd do miasta, wjechać na jednym koniu; lecz że jego rumak nieprzyzwyczajony był do podwójnego ciężaru, nakazał wsiąść po za siebie jednemu dworzaninowi, żeby spróbować jak się to powiedzie. Próba ta dla dworzanina nic korzystnie się skończyła, ponieważ nie śmiał trzymać się króla, i nie miał strzemion, przeto spadł wznak i nadwerężył sobie ramię. Jakóh cieszył się bardzo że tym sposobem przekonał się o swoim rumaku, i widząc że niepodobna by było narażać kobietę na to, co się nie powiodło z mężczyzną, wsiada na łagodnego konia Małgorzaty, i jak pragnął dopełnił wjazdu do Edymburga; że zaś żaden nie zdarzył się wypadek, uważano to za szczęśliwą wróżbę. W istocie, dopóki żył Henryk VII wszystko szło jak najlepiéj, i Jakób korzystał z pokoju aby zagoić rany Szkocji długoletniemi zadane wojnami. Lecz kiedy Henryk VIII wstąpił na tron, i nie chciał Jakubowi wypłacić zapisu jaki ojciec Małgorzaty uczynił swéj córce; łatwo domyśleć się była można, że przyjazne stosunki nie długo trwać będą pomiędzy szwagrami.
Ludwik VII, którego polityka dążyła do zerwania przyjaźni Szkocji z Anglją, jak tylko dowiedział się o nieporozumieniach dwóch królestw, zaczął rozsiewać złoto między doradzców i ulubieńców Jakóba, dając mu do zrozumienia że w chwili kiedy Henryk VIII zagrozi Francji nowym napadem, on nabyłby bez targu, za cenę przez samego Jakóba naznaczoną, pokój ze Szkocją. Jakób nie zobowiązywał się do niczego; musiał jednak mimowolnie porównywać postępowanie swoich sąsiadów i porównanie nie było dla Szwagra korzystnem.
W śród tych nieporozumień nowe odkryło się źródło niezgody pomiędzy dwoma sąsiadami. Jakób, jak to wspomnieliśmy, rozszerzył swoją marynarkę, która składała się z szesnastu wojennych okrętów, oprócz okrętu Wielki Michał, najpiękniejszego jaki kiedy zbudowano. Mimo téj znakomitéj siły, król Portugalski nie chciał dać żadosyć uczynienia pewnemu walecznemu Szkockiemu żeglarzowi, którego statek w roku 1478 Portugalczykowie złupili; że zaś ów żeglarz miał trzech synów będących na dworze, obdarzonych sercem silnem, przeto oni udali się do króla prosząc, aby na wynagrodzenie szkód poniesionych pozwolił im ścigać statki portugalskie. Jakób zezwolił na to; oni uzbroiwszy dwa statki, nazwane Lew i Jenny-Pirren zaczęli krążyć po kanale la Manche pod dowództwem starszego brata, Andrzeja Barton, najdzielniejszego korsarza w owéj epoce.
Okręty portugalskie rzadko ukazywały się na kanale la Manche, i Andrzej Barton nie byłby powetował swoich kosztów, gdyby czasami nie zaczepiał okrętów króla wielkiej Brytanji; Jakób z dobrocią ojcowską zamykał oczy na to zgwałcenie praw. Lecz nic tak postąpił sobie Henryk VIII, i ponieważ sądził że wszelkie uskarżenie się przed Jakóbem byłoby bezskutecznym, postanowił sam sobie sprawiedliwość wymierzyć. Dla tego, kazał uzbroić dwa najmocniejsze wojenne okręty, oddał je pod dowództwo dwóch synów hrabiego Sussex, z których jeden nazywał się Edward Howard a drugi lord Tomasz, i polecił lin ścigać Bartona. Dwaj młodzi ludzie uradowani sposobnością odznaczenia się, wzięli za przewodnika kapitana kupieckiego statku, który dniem pierwéj Barton zrabował, ten powiódł ich w miejsce gdzie Barton krążył ze swojemi dwoma okrętami. Ażeby zwieść Bartona przyjaznem ukazaniem się, przyczepili do masztów gałązkę brzeziny, jakto zwykle czyniły statki kupieckie. Takie statki Barton najlepiéj lubił, chociaż dowiódł kilkakrotnie że się i innych nie lękał; skoro je tylko dostrzegł, popłynął ku nim całym pędem, wołając, aby spuścili flagę. Lecz wtedy okręty zrzuciły oznaki pokoju, i zamiast wierzbowéj gałęzi, ukazała się bandera wielkiej Brytanji z lampartem i liljami, a następnie wystrzały całej artyllerji dwóch okrętów, były odpowiedzią na zbyt śmiałe wyzwanie.
Poznał wtedy Barton że ma do czynienia z inną zwierzyną niż mniemał, że chcąc pochwycić jelenia, obudził lwa; jednakże ta omyłka nie zastraszyła dzielnego myśliwca, i stając śmiało przeciw nieprzyjacielowi, wydawał rozkazy, i zachęcał swoją załogę, jak zwykle, nie tylko słowem ale przykładem, narażając się tak z blizka jak z daleka na strzały nieprzyjaciół, którym łatwo było poznać go po jego pięknéj zbroi z Medjolanij i złotej piszczałce zawieszonéj na szyi. Walka była okropną. Anglicy i Szkoci wiedzieli że walczą na śmierć, że nie mogą się spodziewać przebaczenia; dla tego też obie strony z jednakową trzymały się odwagą, chociaż, dzięki machinie jego wynalazku, (była to ogromna belka która spadała ze szczytu masztu, w chwili ile tylko razy Anglicy chcieli wedrzeć się na pokład), Barton miał wyższość nad Anglikami. Machina ta, tak straszną rozpościerała zgubę na nieprzyjacielskim okręcie, że lord Tomasz Howard, przywołał do siebie wybornego łucznika nazwiskiem Hustler, z hrabstwa York, i rozkazał mu strzelać z łuku do człowieka stojącego na maszcie i nadającego ruch machinie, oraz do każdego ktoby tylko ośmielił się go zastąpić.
Hustler utrzymał swoją sławę; za pierwszym wystrzałem, człowiek stojący na szczycie masztu ugodzony w piersi, rozciągnął ręce, i obalając się na wznak, upadł głową na pokład. Dwóch innych którzy chcieli go zastąpić, tegoż samego doznało losu; następnie kiedy nikt nie chciał zająć tego niebezpiecznego stanowiska, Andrzej Barton sam rzucił się na maszt, aby w ruch wprowadzić machinę.
- Hustler, krzyknął Lord Tomasz na łucznika, teraz celuj jak należy, lub nigdy. Pełna czapka złota lub powróz, wybieraj.
- Milordzie, odpowiedział łucznik, człowiek by chciał jak najlepiéj, lecz na nieszczęście dwie tylko mam strzały, będę się starał wypełnić rozkaz waszej Wysokości i uczynię co będę mógł.
Zaledwie wymówił te słowa, aliści strzała szybka jak błyskawica, świszcząc stępiła się o pancerz Bartona, który nie zważając na to, postępował daléj ku zgubnej machinie, która silną i zręczną dłonią puszczona, jednym razem przygniotła sześciu ludzi na pokładzie okrętu lorda Tomasza.
- Nędzniku, wykrzyknął lord Tomasz, patrz co twoja niezręczność nas kosztuje.
- To nie niezręczność milordzie, odpowiedział Hustler, Wasza wysokość widziałeś jak strzała odbiła się od zbroi, gdyby to była siatka, byłby nią na wylot przeszyty. Lecz jak mówi przysłowie, dobry łucznik nie powinien rozpaczać póki jedna zostaje mu strzała; może ten strzał będzie szczęśliwszy.
Wtedy Hustler wiedząc co go czeka, z wszelką przezornością położył strzałę na łuku, zapewnił się czy jest w samym środku struny, następnie stanąwszy silnie, nieruchomie jak spiżowy posąg, naciągnął łuk i kiedy upatrzył chwilę że Barton wzniósł rękę w górę puścił stronę. Strzała niedojrzma wybiegła i aż do osady uwięzła w boku Bartona.
- Potykajcie się moje dzieci, wołał Barton, jestem raniony, lecz żyję jeszcze. Wypiję szklankę wina..................................