Strzygonia (#1). Strzygonia. Dziedzictwo krwi - Sławomir Mrugowski


Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? BY Sławomir MrugowskiCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2012
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-889-5
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
ILUSTRACJA NA OKŁADCE Mateusz Oźmiński
REDAKCJA Małgorzata Koczańska
KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk, Agnieszka Pawlikowska
SKŁAD Dariusz Haponiuk
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
ROZDZIAŁ 1
Ona, która przychodzi...
I
Ślągwa taka - westchnął ponuro zwalisty Hetka owinięty w przemoczony płaszcz - że nawet bydło w komorze stoi. - Próbował ustać w łodzi na szeroko rozstawionych nogach. Przetarł dłonią krzaczaste brwi i lśniące od wody wysokie, cofnięte czoło. - Żona na barłogu czeka. Dupczenia wygląda. A my... Ech! Skóra się na zadku marszczy od tej wilgoci, ziąb za kołnierz włazi. Dopiero co rujeniowe plony, do dziadów jeszcze ho, ho, a tu... - Chwycił tobół z desek pomostu. - Człek zaś nie ryba, nie żaba czy traszka. W wodzie nie żyje i wodą się nie napije. Od wody jeno sraczka, pełny pęcherz i durne myśli. - Jęknął, unosząc ciężar. Postawił go na dnie bajdaka. Zagarnął włosy przyklejone do nieproporcjonalnie małej głowy i łypnął na pasażera siedzącego na dziobie.
- Od wody, zdaje się, nasiąka człek, pęcznieje, rozmięka i kapcanieje. I nawet święta woda chęci nie doda, ani do roboty, ani do zabawy, ani... - Nie dokończył, choć po wyrazie twarzy można było wywnioskować łatwo, co miał na myśli. Pociągnął nosem, a że nos jego, przeciwnie do głowy, wielkość miał słusznej miary, więc i odgłos towarzyszył temu właściwy. - Bez lepszego od wody napitku w taką niepogodę ni rusz. Jeno dychaczka i kichawka. - Tym razem zwalisty drab-przewoźnik z wyraźniejszą sugestią spojrzał na pakunek u stóp chudego, kościstego mężczyzny o siwych prostych włosach wymykających się spod kaptura. Wstrząsnął się raz jeszcze, demonstracyjnie. Odczekał. Ale nie doczekał się żadnej reakcji. - Żal tego tam miodziku na gardła obdartusów... - wycedził w końcu z rezygnacją. Pasażer wyraźnie nie docenił głębi tkwiącej w rozumowaniu. Sugestię zlekceważył, a Hetce nie wypadało otwarcie się upominać. Zwłaszcza że przecie kapłana miał w łodzi. I to nie byle kogo, lecz Barwina.
Hetka westchnął raz jeszcze. Siadł ciężko na desce przerzuconej w poprzek dłubanki. Umieścił wiosła w dulkach, celowo z trzaskiem, i zanurzywszy pióra, płytko pociągnął z cichym jękiem. Łódź odbiła od wyspy. Dziobem zwróciła się ku niedalekiemu, ale pośród deszczu i we mgle niewyraźnie zarysowanemu brzegowi.
Siąpiło, mżyło i popadywało od świtu. Dawno zaś przeszło już południe. Chmury, niby runo po strzyży, jaśniejsze, ciemniejsze, kłębiły się, zbijały i mieszały. Przedzierało się przez nie mdłe światło. Przestrzeń pozbawiona kolorów i kształtów wzmagała melancholię i skłaniała bardziej do gąsiorka niż do podróży, czego nijak, mimo aluzji przewoźnika, nie chciał zrozumieć pasażer dłubanki. Wiatr bujał falami, które z chlupotem uderzały o burty. Na domiar złego rozpaczliwie krzyczały mewy, niemal jak: "strzeż się, strzeż!". Może i miały rację.
Wioślarz nie mącił wody nad potrzebę. Uważnie się przy tym rozglądał. W jeziorze zaś, wiadomo było, żyły wielkie, stare sumy. Wciągały w toń, jak mówili starzy, brodzące po płyciźnie dzieciaki, baby oglądające własne odbicia, ale też rybaków wychylających się za burty. Tych, co bez potrzeby zakłócali ich spokój. Byli też tacy, co pono widzieli tu inne stworzenia, mniej zwyczajne, bardziej od sumów niebezpieczne. Opowieści brzmiały na tyle wiarygodnie, że wstrzymywały mieszkających przy brzegach oraz podróżnych przed przeprawą, spławianiem tu nieczystości, nie wspominając o szczaniu do wody, przeto toń była niezwykle czysta, a wyspa wolna od niechcianych gości.
Łódź kierowała się w stronę szerokiej łąki, na której między krytymi trzciną chatami dla pielgrzymów aż roiło się od wozów. Porykiwały smutno wielkie, rogate woły, muczały krowy, beczały kozy, meczały owce, pogdakiwały zamknięte w łozinowych klatkach kury. Tabuny brudnych i głodnych, a teraz też przemoczonych i zmarzniętych mężczyzn, kobiet i dzieciaków, uciekinierów przed wojną, koczowały tutaj od parunastu już dni. Przewoźnik pokręcił głową, obrzucając w myślach wyzwiskami Popieli i sprowadzonych przez nich Frankończyków. Ci, jak mówili zbiegowie, palili wsie od Kruszwicy po Gniezno, wieszali ludzi jak kukły już od święta Jaryły, wyrzynali mężczyzn i gwałcili baby. Kto zdążył, brał, co pod ręką, i uciekał w spokojniejsze miejsca.
Tłumy uchodźców obsrywały więc bory wokół lednickiego jeziora i wycinały drzewa. Dziesiątki ich i setki przetrzebiały lasy ze zwierzyny i żarły ze świątynnych zapasów.
Gdy dłubanka była już blisko lądu, siwowłosy kapłan wysiadł, zanurzając stopy w przezroczystej wodzie.
- Nyjan! - krzyknął, gdy stanął na żółtej łasze piasku. - Nyjan! - powtórzył z rozczarowaniem i rezygnacją, chociaż nie z zaskoczeniem.
- Jeden kłopot z tym chłopakiem - wymruczał przewoźnik. Otarł twarz. Spojrzał badawczo na starego, ale nie znalazł, jak oczekiwał, złości na nieposłusznego szczeniaka. Z westchnieniem drab wyskoczył po przeciwnej stronie i pociągnął bajdak. Smarknął w palce. Stanął przy dziobie dłubanki i z rękoma opartymi na zbyt szerokich biodrach rozejrzał się pomiędzy chatami, pośród wozów, między grupami koczujących uchodźców, rannymi i zwykłymi w tym miejscu włóczęgami i pielgrzymami. Z przesadzoną dezaprobatą rozłożył ramiona.
- Z przeproszeniem, Barwinie - w jego głosie prócz ironii zabrzmiała nutka prostackiej satysfakcji - ale syn to ci się nie udał.
Nie odmówił sobie małej pauzy, w trakcie której przyglądał się, jak twarz kapłana, zwykle opanowana i bez wyrazu, tężeje.
- Weź pakunki, Hetka. - Z wymuszonym opanowaniem Barwin ruszył, nawet się nie obejrzawszy.
Czekano na nich. Leżący w trawach, na wozach, pod wozami zaraz zaczęli nawoływać. A to do rany ciętej, do skręceń, złamań. Do podbitego oka, bolącego zęba, obitych nerek. Do swędzenia, czyraków i liszajów. Do dyrchu, przeziębień i kaszlu. Znaleźli się też tacy, co potrzebowali zwyczajnie leku na sraczkę albo i przeciwnie. Inni na dolegliwości męskie i kobiece. Niezależnie więc od tego, że pośród nich krążyli z lednickiego chramu Nijoły uzdrowiciele, znachorki, wywoływacze, uczniowie, zwykłe dziewki nakładające lub zdejmujące uroki i opatrunki, to każdy chciał choćby spojrzenia Barwina. Bo Barwin wzbudzał zaufanie. Był pierwszym i najstarszym kapłanem. Mówiono o nim różne rzeczy. W niektóre ciężko było uwierzyć, gdy się było całym i zdrowym, ale w obliczu choroby, wojny lub innej trwogi dziwnie się ludzka wiara pogłębiała.
Barwin zaś przystawał tu i ówdzie. Rozdawał podpłomyki i maści z wora taszczonego przez przewoźnika Hetkę, nieszczęśliwego z tego nowego powodu i z powodów wcześniejszych.
Choć pomocnik czynił to niechętnie i oszczędnie, kapłan kazał poić chorych miodem. Mówił babom, co należało zrobić. Pouczał adeptów. Dawał nadzieję przygotowanym na najgorsze. Polecał różnym bogom umierających. Za nim sadził długimi krokami Hetka. Jego wyraz twarzy mało komu dodawał otuchy. Raz po raz chłop podchodził bliżej i nad uchem kapłana narzekał na czasy, na dramatyczny stan zapasów. Odradzał karmienie tych, co i tak umrą, pojenie innych. A w przerwach sączył pochwały na swojego chłopaka, który wprawdzie przebywał na wyspie, ale nie został dopuszczony do nauk. Jeszcze.
Nagle Barwin stanął. Zmarszczył brwi. Rozejrzał się, jakby wyczuł coś niepokojącego.
- Tam. - Wskazał Hetce i ruszył szybciej pomiędzy kalekami i jęczącymi ludźmi w stronę chaty, pod którą, jak dostrzegł przewoźnik, leżał młodzieniec. Okrywał go biały płaszcz poplamiony krwią. Przy młodzieńcu klęczał chłopak, długie kasztanowe włosy świadczyły, że był jeszcze przed postrzyżynami.
- Nyjan, włóczęgo! - ryknął Hetka, gdy poznał dzieciaka. - To ja tu za ciebie...
Kapłan uciszył go uniesieniem ręki. Kucnąwszy przy ciele, w którym zdawało się nie być już życia, Barwin przyłożył dłoń do mokrej, zimnej skroni młodego mężczyzny. Ten ocknął się. Z Hetki powietrze uszło niby z dziurawego miecha. Gapił się tylko szeroko otwartymi ustami. Wiedział, kim był ranny. Widział już takich.
- Jakie masz imię? - zapytał leżącego Barwin.
Odpowiedź zabrzmiała jak syk. Zapewne przez dziwnie rozszczepioną i źle zrośniętą górną wargę młodzieńca. Warga, ale i chudość pozbawionej zarostu twarzy o małym nosie nadawały rannemu gadzi wygląd. Barwin pokiwał tylko głową.
- Nie dam ci umrzeć, synku - wyszeptał. - Jeszcze nie teraz.
Położył dłonie na głowie młodzika i chwilę recytował coś szeptem.
- Czemuś mnie nie wołał? - Po modlitwie kapłan nie podniósł wzroku, ale wiadomo było, do kogo skierowane było obojętne pytanie. Ten ton nie wróżył nic dobrego. Chłopak klęczący przy rannym nie odpowiedział. Zacisnął tylko wąskie wargi. Błysnęły ciemne oczy.
- I jeszcze to.
Starzec podniósł z ud leżącego wieniec.
- Z powoju. Każda durna znachorka wie, że węzeł życia zaplata się z korzeni. - I z lekceważeniem odrzucił nawięz w chaszcze. - Weźcie go na wyspę. No. Prędko! - Wstał i pogonił mało zdecydowanych towarzyszy.
Słońce tymczasem doszło już do horyzontu, bo chociaż niewidoczne, zabarwiło chmury krwistą czerwienią.
W podłużnym, wysokim na dwóch ludzi budynku, stojącym pod południowym stokiem skarpy i otoczonym nasypem, trwały gorączkowe zabiegi. Młode dziewczyny i stare baby wbiegały do środka z cebrami wody, szmatami, pękami ziół i naręczami chrustu i wybiegały z tymi samymi cebrami brudnej od juchy wody i uwalanymi posoką gałganami. Wszystkie przejęte ponad zwykłą miarę. Zdyszane i z zaciętymi minami. Widać było, że ktoś mało wyrozumiały i niecierpliwy gonił je do roboty.
Nyjan kulił się na nasypie i obserwował. Rozpoznawał dziewuchy, kiedy blask zza uchylonych drzwi kontyny oświetlał postacie schylające się pod belką ościeża. Niektóre niosły kaganki, więc chłopak mógł śledzić, dokąd biegły i skąd wracały.
Deszcz ustał wprawdzie, ale Nyjan i tak był już przemoczony do suchej nitki. Drżał i zaciskał zęby, żeby nie szczękały. Po tym, gdy z Hetką przynieśli ciało poharatanego młodzieńca do bożnicy, chłopak nie był już potrzebny. Po prawdzie obu ich pognano jak psy za wał. Nie zmartwił się tym przewoźnik. Nawet z ulgą przyjął wyproszenie. Poszedł do swoich zajęć. Dłubanie w nochu zaczął już przy bramie. Nyjan jednak poczuł nieprzyjemne ukłucie. Mógłby już być w Kręgu, jak oczekiwał ojciec. Ale nie był. Takiej szansy nie dostał żaden z chłopaków. Ci, którzy nie odnajdywali w sobie Darów za trzecią próbą, odchodzili. Nyjan nie miał dokąd.
Więcej, nie mógł nawet. Całe życie chłopaka miało być poświęcone Nyi, o czym świadczyło jego imię - tak postanowił Barwin. Jego ojciec. Prawdopodobnie jego ojciec.
To on nadał chłopakowi to imię.
- Więcej żywokostu i dębowej kory! - zagrzmiała Obra, korpulentna starucha, wychylając się za umykającymi młódkami. - A chyżo, chude pokraki! I szałwii jeszcze!
Nyjan odruchowo opuścił głowę. Zwykle znachorka ganiała jego właśnie; przynieś, wynieś, wytrzyj, uprzątnij. Nie żałowała przy tym wyzwisk. Stara miała przy tym dar znajdowania go, gdziekolwiek się ukrył. Teraz też Nyjan miał wrażenie, że starucha, kolebiąc się na grubych nogach, ściągnie go za giezło z nasypu. A siłę miała niedźwiedzia. W futrze zarzuconym na plecy nietrudno było ją z tym zwierzem pomylić - leśnikom się zdarzało, choć Obra strzał uniknęła. Ale pono i niedźwiedzie też się nieraz pomyliły i stąd miała piątkę kudłatych bachorząt.
Podniósł głowę dopiero, gdy znachorka skryła się na powrót w budynku. Nyjan odetchnął, a z ust uniósł mu się kłębek pary.
Chłopcy, którym się udało, gdy widzieli Nyjana przy babskich pracach, śmiali się, obrzucali wyzwiskami i czym popadło. Posługacze, którym kapłani w ogóle nie zezwolili na sprawdziany, traktowali go jeszcze gorzej.
Ból fizyczny mijał jednak. Rany leczył rumianek, opuchlizny i skręcenia żywokost. Nie przemijała tylko świadomość - że Nyjan jest, kim jest, i nie stanie się nikim więcej. Westchnął, myśląc o Naraj. Naraj o oczach przejmująco błękitnych, prawie przezroczystych. Czarnowłosa dziewczyna była Uzdrowicielką i Widzącą. Ale nigdy nie widziała Nyjana. Nigdy na niego nawet nie spojrzała, choćby przelotnie. I nigdy - czego był pewien - nie spojrzy. Ani też nie uleczy!
To w nadziei ujrzenia jej Nyjan marzł teraz i ryzykował baty. Wiedział, że dziewczyna się pojawi.
I rzeczywiście się pojawiła. Zrazu chłopak nie uwierzył, kiedy zobaczył, jak prowadzą ją do kontyny dwie przygarbione staruchy. Naraj była jak trzcina na wietrze - smukła i giętka. Nyjan odtwarzał z pamięci rysy jej twarzy i za sprawą wyobraźni mimo odległości i mroku widział ją, jakby stała przed nim.
Zapomniał o świecie. Obserwował, jak jasność oblała ją, gdy uchyliły się wrota, kiedy w asyście wchodziła do świątyni. Napawał oczy widokiem. I próbował zatrzymać tę chwilę w pamięci, choć Naraj zniknęła już za progiem.
Chłopak zsunął się ze skarpy. Przebiegł pod nasypem i oparł się plecami o chłodne belki budynku. Krew uderzyła mu do głowy. Nie potrafił opanować drżenia rąk. Przysunął się pod otwór, jeden z wielu, którymi wpadało do wnętrza światło poranka i zachodu, jak pamiętał z prób. Łamiąc paznokcie i zdzierając palce, wpił się w szczeliny między kłodami. Wspiął się. Przywarł do mokrej ściany. Wstrzymał oddech.
Zobaczył ją.
Naraj stała w świetle pochodni. Zdawało się, że płomień dotyka jej i pieści. Poświata rozjaśniała smukłą linię nóg, zarys bioder, krągłość brzucha i ramion, czoło. Cień wlewał się w zagłębienia poniżej bioder, pod łuk żeber, między piersi. Skrywał zagłębienia powyżej obojczyka, szyję, oczy.
W rozjaśnionym kręgu pod posągiem leżał żmij. Nieprzytomny. Nagi.
Baby podeszły do dziewczyny. Zawodziły smętnie. Wolno zdjęły z niej giezło i rozwiązały warkocz. Rozsypały się ciemne włosy Naraj. Zalśniły, jakby rozbłysły w nich uwięzione gwiazdy.
Nyjan czuł, że płonie. Może z gorączki albo z podniecenia. Zajedno. Obserwował, jak znachorki obmywały ciało Uzdrowicielki. Chwyciły wreszcie dziewczynę za przedramiona. Poprowadziły. Zaczęły śpiewać głośniej. Naraj stanęła nad wojownikiem. Ten drgnął. Siadła na jego nogach i pochyliwszy się, zaczęła masować tors, długimi palcami delikatnie dotykała ran. Żmij się obudził. Wtedy Naraj podciągnęła wyżej biodra i zespoliła się z nim. W zapamiętaniu, w modlitewnym skupieniu zaczęła unosić się i opadać. Wolno, ruchami oszczędnymi, ale zdecydowanymi. Jej oddech stawał się coraz głębszy. Skóra pokryła się potem. Lśniła w drgającym świetle. Westchnienia przeszły w jęki. Biodra i brzuch falowały, piersi unosiły się w tańcu życia. Wtedy żmij się wyprężył, przecięta blizną górna warga odsłoniła ostre zęby. Nyjanowi wydało się, że twarz mężczyzny się zmieniła. Straciła ludzki wyraz. Przeistoczyła się w gadzi pysk, wstrętny i okrutny. Naraj krzyknęła, zastygła w bezruchu. Zanim omdlała i opadła na wojownika, baby chwyciły ją i ściągnęły z mężczyzny. Nieprzytomną ułożyły obok niego.
Nyjan chciał krzyczeć. Myśli rozrywały mu głowę. Czuł, jak skurcze szarpią naprężonymi mięśniami, a pokaleczone palce odmawiają posłuszeństwa. Nie umiał jednak oderwać wzroku. Marzył, aby znaleźć się na miejscu śmiertelnie rannego wojownika. Na jedną krótką chwilę. Chwilę z Naraj.
- A więc tutaj jesteś! - dobiegł z dołu triumfalny okrzyk. Zjadliwy i z nieskrywaną groźbą.
Chłopak poznał głos Ślebody, syna Hetki. Śleboda postawę miał po ojcu, z wąskimi barkami i małą głową, po ojcu też pewnie wziął zazdrosną i złośliwą naturę. Czerpał szczególną, niezwykłą radość z okładania Nyjana pięściami, chłostania rózgami na rozkaz kapłanów oraz często rzemieniami na życzenie samego Barwina.
- Złaź! - warknął.
- Zawrzyj gębę - wyszeptał Nyjan. Jednak tępy osiłek nie posłuchał. Chwycił chłopaka za nogi. Nyjan kopnął, ale bez rezultatu. Zgrabiałe palce puściły szczeliny, zwalił się na Ślebodę... A Śleboda był silniejszy. Przygniótł chuderlawego Nyjana i próbował uderzyć kułakiem w głowę. Nyjan szamotał się, wił jak piskorz. Miał wprawę. Wprawę jednak miał też Śleboda. Uderzył w brzuch. Raz i drugi, dopóki przeciwnik się nie poddał.
- Wszystko powiem Barwinowi - wydyszał osiłek. Z gęby śmierdziało mu wędzoną rybą i kwaśnym mlekiem. - Wszystko.
- Co powiesz?! - wyjęczał płaczliwie Nyjan. - Ciebie też nie powinno tu być!
- Ale... ale... - Śleboda zamarł. - Jutro sam zaprowadzę cię na próbę - wycharczał wreszcie z groźbą.
II
Długonoga sarna wyciągnęła smukłą szyję i zanurzyła pysk w nurcie. Niemal niewidoczna w mglistym oparze, piła przez dobrą chwilę, strzygąc przy tym uszami.
Podmokłą łąkę, wyścieloną przekwitłym zielem i kępami pożółkłych łozin, przecinał potok.
Nad brzeg wiodła ledwo widoczna ścieżka, błotnista i grząska, wydeptana przez ludzi, smolarzy, bartników, zbieraczy czerwi i runa. Znaczyły ją niższe trawy.
Sarna nagle podniosła łeb, postawiła uszy, poruszyła czarnymi, wilgotnymi nozdrzami. Przeszyła onyksowymi oczyma plątaninę konarów nad krawędzią zbocza. Zapach zagrożenia. Trzaśnięcia gałązek. Sarna się zerwała. W kilku wysokich susach zniknęła pośród leszczyn.
Nagle zrobiło się cicho. Nieprzyjemnie. Przez długi czas nie działo się jednak zgoła nic, co usprawiedliwiłoby przedwczesną rejteradę płochliwego zwierzęcia. Aż ciszę rozdarło plaskanie kopyt po miękkim podłożu, trzaski i metaliczne pobrzękiwanie. Z krzaków wynurzył się koń, a za nim następny i jeszcze jeden...
Na grzbiecie pierwszego horza siedział zgarbiony mężczyzna. Gałązką odganiał od twarzy muszki. Za nim na skraj łęgu wyjechało jeszcze pięciu. Wszyscy ubrani w szare płaszcze, lnianki i szarawary. Przy ich bokach bujały się szaszki, a plecy osłaniały tarcze. Na skraju łąki rozejrzeli się, przy potoku zsiedli. Pozwolili wierzchom się napić. Nie rozmawiali.
Nagle z głogów porastających niedalekie zbocze poderwały się wróble. Konie podniosły łby. Zaniepokojeni jeźdźcy skierowali wzrok na wzniesienie.
- Haro! Haro! - krzyknął jeden z nich, mężczyzna o mocnej budowie, dużej głowie, dolnej szczęce wysuniętej nieco za mocno.
Zza rozwidlonego pnia przysadzistej topoli rosnącej ponad żurawinami wyszedł mężczyna w płaszczu.
- Tyś to, Teska? - spytał.
- Ja - głowacz potwierdził z rezerwą i odwróciwszy się nieznacznie, położył dłoń na głowicy szaszki. - A ty kto?
- Poznajesz? - Przybysz wyciągnął medalion zawieszony na sznurze z plecionych srebrnych nitek. Od znaku odbił się słoneczny blask. Głowacz nazwany Teską wytężył wzrok, zmarszczył czoło. Zastanawiał się w milczeniu. Wreszcie rozpiął kurtę i spod koszuli wyjął podobny wisior. Przełożył przez głowę rzemień i podobnie jak mężczyzna w płaszczu uniósł rękę wysoko. Pokazał wpisany w okrąg krzyż z ramionami przeciętymi w połowie poprzecznymi belkami. Głowacz chciał coś powiedzieć, ale zanim ułożył myśli w słowa, strzała z birkutowym piórem przeszyła mu gardło. Zakrztusił się. Zacharczał. Z ust pociekła krew. Chwycił bełt. Ułamana głownia wypadła mu z ręki. Wsparł się o siodło, jakby chciał wsiąść. Koń poderwał się. Odskoczył. Pozostali jeźdźcy znieruchomieli w osłupieniu. Ważyli, czy pomóc słaniającemu się przywódcy, czy może zadbać o własne życie.
W końcu zdecydowali. Szarpnęli wodze.
Dwóch zdążyło podnieść się w strzemionach. Ruszyli w tył. Gdy byli w pół drogi od kępy zarośli, zafurkotały lotki. Jeźdźcy pochylili się w kulbakach. Kilka strzał chybiło. Inne trafiły w konie. Zanim jednak łucznicy naciągnęli cięciwy powtórnie, konni wpadli między nich w galopie. Zakotłowało się, kilku strzelców padło. Zza ich pleców, z głębi lasu, poszybowały oszczepy. Zraniły ramię jeźdźca na czele, przebiły udo i pierś drugiego. Kilka obiło się o tarcze. Zaraz też piechurzy ściągnęli konnych z siodeł w błoto. I zakłuli jak jaźwce.
Trzej pozostali jeźdźcy skryli się przed pociskami za końmi. Ranione zwierzęta, kwicząc, wyrwały się i wiedzione instynktem pognały dzikim galopem między leszczyny, gdzie wcześniej zniknęła sarna. Pozbawieni żywej osłony wojacy rzucili się przez bród. W jar. Ostatni utykał. Osunął się wreszcie na kolana. Z jego pleców sterczało drzewce. Zarzęził niezrozumiale i padł twarzą w trawy. Pozostali dotarli do kemy. Próbowali wspiąć się po łodygach. Rozmiękła ziemia osuwała się pod ich ciężarem.
Mężczyzna w płaszczu czekał tam na nich w milczeniu. Gdy dotarli już na szczyt wzniesienia, zrzucił z głowy kaptur i ukazał twarz zeszpeconą oparzeliną i bliznami po ospie, podziurawioną i żółtą jak ser. Rzadkie włosy powiewały na wietrze. Ospowaty ujął oparty o pień topoli drąg, węzłowaty, z guzami i licznymi zgrubieniami, zakończony głowicą wielkości dwu pięści. W głowicy lśniły krzemienie. Mężczyzna odpiął od pasa bykowiec. Rzemienny warkocz rozwinął się jak wąż.
Wysiodłani jeźdźcy dyszeli, ale wyczuli swoją szansę. Okrążyli ospowatego. Ten bujał na przemian nasieką i biczem.
- Odpoczęliście? - rzucił gardłowo, ochryple, po czym znieruchomiał. Opuścił głowę. Jego bezruch sprowokował tamtych. Ruszyli obaj z uniesionymi klingami.
Prędki jak ukąszenie żmii nahaj oplótł się wokół nadgarstka jednego. Ospowaty szarpnął. Pociągnął. Atakujący padł. Drugi napastnik ciął z góry. Człowiek w płaszczu odchylił się lekko. Szaszka wizgnęła o palec od głowy. Ospowaty uderzył wekierą z dołu. Pałka z mlaśnięciem wyrżnęła w szczękę. Uderzony zajęczał. Wypluł zęby. Napastnik, przewrócony uderzeniem bykowca, spróbował wyrwać dłoń z pętli. Po dwóch próbach się udało. Mężczyzna podniósł się, ale tylko po to, by wygiąć się malowniczo po uderzeniu głowicą kija w nerki. Zanim złapał dech, nahaj oplótł mu się wokół szyi. W beznadziejnie nierozumnym odruchu mężczyzna chwycił pętlę. Drugi atakujący, mimo bólu złamanej szczęki i zdeformowanej lewej części twarzy, pchnął. Ostrze weszło pod płaszcz ospowatego na wysokości piersi. Ugodzony nie padł jednak. Wyrwał szaszkę i trzasnął rozbrojonego napastnika drągiem. Mężczyzna padł na kolana. Ze zmiażdżonego nosa pociekła krew. Kolejne uderzenie pałki dobiło nieszczęśnika.
Ospowaty zwinął bykowiec. Splunął na zwłoki. Podpierając się maczugą, zszedł w jar. Jego ludzie otaczali głowacza nazwanego Teską. Leżał na boku. Żył jeszcze. W grubym karku, choć ułamana, wciąż tkwiła strzała. Charczał. Oczy zaszły mu krwią, a twarz zbielała.
- Gdzie Haro? - wychrypiał.
- Haro gryzie trawę już od poranka. - Ospowaty nastąpił na leżącego. - Chciałeś się z nim spotkać, Teska - przewrócił potężne cielsko - to dołączysz do niego. Tyle że w Wyraju.
Głowacz zarzęził. Wiedział, że życie z niego uchodzi. Rozluźnił palce, na trawę wypadł wisior. Ospowaty pochylił się i sięgnął po ciepły i lepki od krwi znak. Teska zacisnął dłoń na płaszczu zwycięzcy.
- Quicumque hoc omen Dei secum tulerit... - wyszeptał ostatnim wysiłkiem.
Ospowaty drgnął zaskoczony, uniósł brwi.
- ...nullum periculum ei omnino nocebit - dopowiedział z sarkazmem. - Ale ciebie, bracie, nie ocalił.
Wydął usta.
- Ni Bóg, ni znak. - Spojrzał w gasnące oczy. - Bo widzisz, Boga nie ma. Ani tego jednego, ani tym bardziej całej ich zgrai. A wisiorki to tylko wisiorki.
Poczekał, aż Teska opadł i z głębokim westchnieniem skonał.
Ospowaty przebiegł wzrokiem po drabach z chąsy, których wykrzywione twarze zdradzały podejrzliwość wywołaną zapewne jego znajomością łaciny albo nagłą i dziwną komitywą z zabitym.
- Dobrzeście się spisali! - krzyknął ospowaty gromko i pewnie. Wyszczerzył się przy tym jowialnie. - Po denarze na głowę.
To wyparło z głów zwerbowanych zbójów myśli, które mogłyby okazać się dla nich zbyt trudne. A że większość z tych włóczęgów i zabijaków myślała mało, a robiła prędko, ospowaty dodał zaraz:
- To, co przy trupach, wasze. Kto pierwszy, ten lepszy. - I roześmiał się, patrząc, jak rzucają się na ścierwa. - Omen Dei... - powtórzył do siebie. Przepowiednie, proroctwa, znaki, amulety... Tak wiele słyszał o nich od kleryka-czarownika, jakiego wzięli nad Łabą. Ale łysy kanonik z Fuldy potrafił stawiać tylko pytania. Kluczył i zwodził. Wygłaszał sentencje i nie potrafił dowieść niczego. Nie pokazał nic ze swoich czarów, a ponoć jego Bóg miał być najmocniejszy ze wszystkich. Nie był. Nie pomógł mu ni on, ni krzyż, jaki zakonnik nosił dla ochrony przed złem. Może jednak nie było nic złego w tym, że pognali go przez skute lodem jezioro, gołego, po tym, jak na barłogu nawracał jedną z dziewek ze wsi - na swe nieszczęście poświęconą do kontyny. Lód pękł, a nie musiał. Kleryk wpadł pod krę, a mógł uskoczyć. Rzucał się i wrzeszczał, zamiast oszczędzać siły i próbować się wydostać. Wreszcie utonął, a z nim i jego krzyż, i Bóg. I gdzie tu omen Dei?
Zostało po benedyktynie mdłe wspomnienie, dziewka z brzuchem i słowa po łacinie, które wbił do głowy synom tego, który go pojmał. Ospowaty westchnął. Na wspomnienie dziewki też.
Ogołocone ciała legły w krzakach. Zbiry z chąsy skończyły szarpać się o łupy. Spluwając krwią i siąkając rozbitymi nosami, zapakowali, co było do wzięcia. Objuczeni i weseli, pociągnęli zdobyczne wierzchowce.
Przyczajone pośród gałęzi stworzenie poderwało się, kiedy ostatni z ludzi ospowatego zniknął za wzniesieniem pośród leszczyn, jeżyn i gęstwy trudnych do rozróżnienia krzewów, a w powietrzu ponad wonie lebiody, powoju i wilczomlecza przebił się zapach martwych ciał. Zapach niemożliwy do pomylenia dla żadnego drapieżnika.
Poderwaniu temu nie towarzyszył żaden dźwięk. Jedynie cień przesunął się pośród liści.
Obóz położony był ponad stromą, piaszczystą skarpą opadającą do zakola rzeki. Z nasypu wystawały okryte siwozielonkawym mchem korzenie podmytego wiązu. Węzły przywodziły na myśl splątane mięśnie i ścięgna, a zgrubienia - przeguby szponiastych nóg uwięzionego w drzewnej postaci olbrzyma. Pień pochylony był nad urwiskiem, jakby czar rzucony został w chwili, gdy potwór chciał wejść w szuwary, pomiędzy turzyce i trzciny, w rzęsy i gnijące liście, przekroczyć nurt i zemknąć w bagna po drugiej stronie. Korona tworzyła ponad osuwiskiem szumiący baldachim.
Po drugiej stronie, na wzniesieniu, las na dużej połaci był wykarczowany do gołej ziemi. Została po nim tylko polana postrzępionych kikutów. Pomiędzy namiotami migotały przygaszone ogniska, siwawy dym unosił się ku niebu. Strażnicy dwójkami snuli się przy granicy drzew, pomiędzy wozami taboru i tam, gdzie spętane stały konie. Obwoływali się mrukliwie. Chuchali w dłonie. Byli niespokojni.
Jak każdej nocy.
Dla drapieżnika przyczajonego w koronie wiązu strach ludzi miał zapach, a ciała ciepłą barwę krwi. Stworzenie widziało ludzi doskonale. Śledziło każdy ruch. Uderzenie serca. Szczególnie zainteresowała je para, która przystanęła pod drzewem.
Jeden z mężczyzn odrzucił okrycie, uniósł skraj tuniki i sięgnął do portek. Drugi, pomimo bliskości namiotów, rozglądał się niepewnie. Uniósł głowę. Być może wyczuł obecność, ale nie potrafił nawet nazwać tego, co spowodowało nagły skurcz mięśni, ukłucie w skroniach, paraliż odbierający mowę. Nie zobaczył też tego, co nagle oderwało się od konaru.
W okamgnieniu znalazło się to w jego myślach. Pomimo sprzeciwu, oporu, jaki mężczyzna usiłował stawiać, istota obezwładniła go i zniewoliła. Wydzierała dzień za dniem, noc po nocy; ojcowskie cięgi, smród uliczek Magdeburga, jęki niewolników, tej zgwałconej dziewki, którą wzięli we trzech, beznadzieję lochu w erfurckim więzieniu, przerażenie po bitwie pod Suntelebirge, gdy pobici, głodni uciekali przed dzikimi Sasami, wreszcie chwila, kiedy wyczuł tę obecność. Wspomnienia wylały się jak nieczystości do kloacznego dołu. Mężczyzna wyprężył się. Szarpnął. Wygiął się w łuk. Na jego usta wystąpiła piana. Upadł i zaczął się dusić.
Drugi strażnik, wciąż z kutasem w dłoni, patrzył zaskoczony i sparaliżowany. Gdy się otrząsnął, na ucieczkę było już za późno.
W miarę jak chłodny świt wydobywał z ciemności kształty, coraz więcej sylwetek podnosiło się spod skór, wychodziło z płóciennych, prostych pałatek, z sześciobocznych, strzelistych tand, z bryk i krytych wozów. Obudzeni naturalną potrzebą ludzie szukali głównie miejsc ustronnych. Skuleni z zimna biegli prędko ku skrajowi obozu. W krzakach słychać było trudny do pomylenia szum, jęki, błagalne prośby zanoszone do różnych świętych albo przekleństwa, zwykle, choć nie zawsze zakończone westchnieniem ulgi. Niektóre klątwy i petycje brzmiały znajomo, inne po alamańsku i frankijsku mniej zrozumiale. Były też takie, które brzmiały zupełnie obco, w językach bliższych łacinie.
Naraz ponad szarość świtu, poranną celebrę, w łacinie właśnie wzniósł się charakterystycznie modulowany w authentus protus głos brata Francesca. Otyły benedyktyn wypiął brzuch, nadął policzki i wzniósł krzyż do jasnego już nieba. Natchnione w zamiarze Te Deum wypłoszyło ptaki z koron, resztę ludzi ze snu, a tych, co wstali już wcześniej, z chaszczy. Zachęciło woły do ryczenia, konie do parskania.
Mężczyźni - ci możniejsi - w pikowanicach, tunikach, koszulach oraz chłopcy - giermkowie i paziowie - w kolorowych gipponach, a także słudzy od koni, bydła i aprowizacji w szarych cotte pojawiali się coraz gęściej. Ziewali, przeciągali się i jak jeden klękali na mokrej ziemi. Niektórzy podciągali luźne braies, gacie w naturalnych barwach, ale wszyscy z rzeczywistym lub zdawkowym zaangażowaniem oddawali Bogu Jedynemu cześć.
W tych barbarzyńskich, dzikich krainach nawet mało dbający o zbawienie przekonywali się do porannej modlitwy. Jedni z rzeczywistej potrzeby, inni na pokaz. A modlić się było o co. Najpierw, by wreszcie przestało padać, bo w ostatnich dniach w nadnoteckich grzęzawiskach zostało już dosyć koni dumnej frankijskiej jazdy. Po drugie o to, by wyprawa skończyła się prędko, a łupy wynagrodziły straty. Trzecim zaś powodem modłów było błaganie o opiekę przed cieniami i demonami zasiedlającymi te dzikie lasy.
Pierwsza prośba spełniła się już wczorajszego wieczora, tak że wreszcie dało się rozpalić ogniska, ogrzać się i wysuszyć ubrania. Na realizację drugiej była niemała szansa, bo ponoć w Gnieźnie nie brakowało pogańskiego srebra i złota, które ukradli Popielom Piastunowie Myszkowice, ale trzecia najwięcej kłopotu sprawiała chyba Bogu Najwyższemu.
Klęczał więc z wyszytym na zapadłej piersi w polu srebrnym czerwonym lwem stojącym na zadnich łapach komes Otto von Brunswiek, któremu zginęło już czterech giermków i tuzin łuczników. Ręce składał łysawy, tłusty missus dominicus Meinhard z Frankenfurtu pod sztandarem ze srebrnym jeleniem w polu zielonym - temu wprawdzie nie ubyło nic prócz kilku funtów wagi, ale też przy okazji tyleż odwagi. Modlił się uicari Marcus z Munsteru, człowiek mizernego wzrostu, za to wielkiej potencji, którego zasług dla zwiększania liczebności Franków nad Renem nie dałoby się przecenić. Rad byłby wracać prędko do żony w połogu i syna - szóstego z ową żoną. Jego dzieciaków spłodzonych z konkubinami i nałożnicami mało kto dałby radę zliczyć. Byli tam też potężny jak niedźwiedź fidelis Jan z Baireutte i wiecznie spocony Henryk z Landsbergu, centenarii Heinrich z Halberstadt o twarzy prawie całkowicie zarośniętej kędzierzawym gąszczem, dumny Welf d'Este zwany Bawarskim, choć mówił prawie wyłącznie po włosku, Saksończyk Gunter von den Burg Groeben, młodziutki Gero i niewiele starszy Udalryk z Agilolfingów, synowie Geralda z Vizgau, prefekta Bawarii, przełożonego marchii wschodniej; obaj udani, piękni i rozmodleni. Przy nich klęczał na jednym kolanie, w malowniczej pozie, Kirkor, chłopak dziewczęcej urody. Dłonie złożył na okuciu pochwy miecza, głowę o jasnych, prostych włosach skłonił przed krzyżem jelca i czekał, aż biała gołębica zstąpi na niego z nieba.
Wszystkim zaś przewodził ducatus Gotfryd de Milonne, zwany Pokutnikiem.
Chudy, wysoki, suchy nobil o szerokich barkach wyszedł właśnie z namiotu. Wyglądał jak z krzyża zdjęty. Przygarbiony, w splecionych dłoniach trzymał wielki srebrny krucyfiks. Noszenie go na piersi, na łańcuchu, na którym można by woły prowadzać, musiało wymagać iście klasztornej determinacji. Benedyktyńskiej.
Senior, jak mówiono, modlił się częściej, niż sikał. Pościł zaś ustawicznie. Wiara bardziej niż udziec barani stanowiła dla niego źródło siły. Wszyscy wiedzieli jednak, że nie zawsze tak było.
- Bod-froekinn - wyszeptał, bulgocząc po sasku, pochylony modlitewnie Henryk z Landsbergu. Otarł krople z czoła. - Ponoć z Eggihardem, Anshelmem i Rolandem był pod Roncesvalles. Aż dziw bierze, że jego bratanek tak rozsądkiem mu ustępuje. - Przeniósł wzrok z natchnionego Gotfryda na klęczącego Kirkora. - Ze zgoła innego strumienia niż Pokutnik musiał młodzik czerpać fantazję, gdy postanowił wziąć za żonę tę Balladynę, córkę chłopki. - Prychnął wzgardliwie. Opluł sobie przy tym gęstą, czarną brodę. - Ciekawość, jak ją nawróci? Prośbą, groźbą czy bogactwem? Bo mówią, że swojego kropidła na niej nie użył.
- Chłopak patrzy w niebo i we mgłę, wie tyle, ile mu wyśpiewają, a oni tylko o dziewicach z piany, mieczach wyszarpniętych z kamienia, królestwie Jana, złocie Renu i o Graalu... - odpowiedział z drwiną Gunter von den Burg Groeben.
- Wskazał mu ją za sprawą proroctwa pustelnik, co podawał się za Popielowego krewniaka. Jak w pieśni. Pokusa za silna. - Saksończycy zerknęli na Kirkora z politowaniem. Trzymali się blisko. Może dlatego, że ich charaktery tak niewiele się różniły, jakby - jak mówiono - z jednego cyca mleko pili. Może z innego powodu. Jako nowi chrześcijanie, Sasi i świeżo upieczeni nobiles viri traktowani byli z rezerwą i wyniosłym lekceważeniem przez lepiej urodzonych, a z jawną podejrzliwością przez tych, z którymi jeszcze kilka lat wcześniej, za Widukinda, przychodziło im wojować.
Henryk otarł kędziory zarostu.
- Durny Kirkor. A najgłupszy Pompilius. Miast starego od razu powiesić...
- Chciał, a jakże - przerwał brodaczowi Gunter. I miał rację, bo nadgoplański dux renegat, za przyczyną którego - i, rzecz jasna, z powodu szeroko pojętego Gesta Dei per Francos - tu byli, gdy dowiedział się o całej sprawie, dostał napadu szału.
- Kirkor głupi, bo wieszcza-pustelnika obronił. Mało by się nożami podźgali. Kto wie jak by się to skończyło. A Popiel jeszcze głupszy, bo mógł sprawę załatwić po cichu, zanim... - żachnął się nerwowo.
- Chciał Pompilius czy nie chciał, mógł czy nie - skrzywił się Henryk - kto mógł wiedzieć, że chłopstwo rzuci mu się w sukurs?! Ale kiedy już puściliśmy z ogniem wioski, trzeba było to zrobić. Dziadygę, znaczy, zakłuć.
- Tak. Ale pięknieśmy się sprawili - westchnął Gunter, nie wiedzieć, z przyczyny mało wygodnej pozycji czy z nostalgii. Oblizał wargi. Na jego czerwonej twarzy odmalowało się drapieżne zadowolenie. - Drzewa, zanim zdążyły okryć się kwieciem, uginały się od łbów prostaków. - Przypomniał mu się poetycki opis rzezi, ułożony przez jednego z trubadurów. Filon mu było czy jakoś tak. Chłopak śpiewał pięknie o tym, jak panowie spalili i ograbili, co było do spalenia i ograbienia. Nie zapomniał też o gwałtach, ale ułożył rymy tak zgrabnie, że wyszło, jakoby była to słuszna za trudy boju nagroda. - Pouciekali psie syny w lasy - z żalem zakończył wywód Gunter.
- Ale czasu straciliśmy przez to wiele - napomniał go Henryk. - Wiosna i lato za nami. Jesień już, a zaraz i zima. Inni na Limes łupią i skarby zgarniają, w Magdeburgu niewolnikami handlują, a my prostaków bijemy. - Bunt chłopski zatrzymał ich rzeczywiście na dłużej, niż przewidywali. - A co gorsza, ci, co uszli, przystali do Piastuna.
Von den Burg Groeben pokiwał głową. Nerwowo potarł odstające jak u stągwi uszy.
- Piastun zaś rozsądnie uciekł do Gniezna - wyszeptał. Stracił dobry nastrój. - W Gnieźnie zaś osiadł, jak mówią, mocno. Niemało trzeba będzie się napracować, żeby gród zdobyć.
- Nam zostawił ogołoconą z wszelkiego dobra Kruszę. - Homines z Landsbergu skrzywił się żałośnie. - A tu już jesień.
- Miało być prosto, łatwo i przyjemnie. - Gunter zatarł ręce. - A wyszło jak zwykle...
Wybryk Kirkora rzeczywiście skomplikował pozornie prostą sprawę rajzy, noszącej znamiona szczytnej walki o boski prymat, a przeciw barbarzyńskim Sclavinom i ich obmierzłym bożkom, co przy okazji miało w łatwy i szybki sposób podreperować stan skarbca każdego z uczestników. A nie z przypadku udział w wypadzie wzięło nad podziw wielu szlachetnych gołodupców ze wschodnich marchii. Wielu z nich zastawiło się u Żydów, aby wystawić jaki taki poczet. Jak jeden, wszyscy liczyli na łupy. Kiedy więc nie było już co palić, grabić ani kogo gwałcić w okolicy Kruszy, ruszyli wreszcie na Gniezno.
Wszyscy oni, hrabiowie, diukowie, hercogowie, rycerze niższych rodów i fortun, otoczenie, pomagierzy i pomniejsza swołocz, tułali się więc od kilkunastu już dni pośród mokradeł.
- A droga do grodu zda się jak zaczarowana... - Gunter z trzaskiem w kościach podniósł się, kiedy przebrzmiało kończące modlitwę: In te, Dómine, sperávi: non confúndar in ?térnum. Chyba nie miał jednak tej wiary i nadziei, o której mówiły słowa. - Pomocy od okolicznych komesów, wiernych ponoć Popielom, nie widać. Co rusz trafiamy na nieprzebyte mokradła i spowite we mgłach uroczyska. Nad podziw często, nie sądzisz, przecinają nam drogę rzeki i strumienie. Posuwamy się w tempie ślimaczym, zawracamy. Po kilka razy zdarza się też trafić w miejsce, które, zdawało się, zostawiliśmy za sobą dnia poprzedniego... Ech...
- Salvum fac pópulum tuum, Dómine, et bénedic hereditáti tu? - Henryk przerwał monolog grafa, cytując wers z pieśni, ale sam nie bardzo wierzył, że w tym kraju Bóg ma tyle mocy.
- Zaczynam zazdrościć Ulrykowi - westchnął Gunter. - Von Kostryn pije w Kruszy przy kominie i dziewki maca. Może i łupów z Gniezna nie weźmie, ale swoje zagrabi. A my po bagnach i bezdrożach... Ech... - Machnął ręką. Wiatr uderzył w tym momencie w wierzchołki gonnych sosen, przygiął je i rozkołysał.
Raul Guinemerre nie modlił się rano z innymi. Akwilejczyk Guinemerre nie modlił się w ogóle. Nigdy. Może właśnie dlatego nie był szczególnie rozczarowany głuchotą Stwórcy i świętych na prośby i modły. Nie oczekiwał po prostu wsparcia sił nadprzyrodzonych.
Nie zdziwił się też wezwaniu Gotfryda de Milonne. Znał powód, zanim w wysokim sześciobocznym namiocie seniora ujrzał dwa nienaturalnie wykręcone ciała. Jedno z opuszczonymi portkami, drugie z twarzą zastygłą w przerażeniu. Trupy miały wciąż szeroko rozwarte oczy. Śmierdziały. Raul skrzywił się, nie przepadał za widokiem męskich genitaliów, a strachliwymi żołnierzami, choćby martwymi, zwyczajnie się brzydził. Siadł na wskazanym, wyświeconym od innych tyłków karle i popatrzył obojętnie na zebranych.
- Kolejne - Otto von Brunswiek stwierdził oczywistość.
- Widywałem takie, to znaczy podobne - podrapał się po łysinie Meinhard. - Po łamaniu kołem. Znałem swojego czasu kilku mistrzów od takiej roboty. To dla nich żadne wyzwanie. Jeden był z Memmingen. Opowiadał się Bawarem, ale...
- Ale tych tutaj nikt nie połamał! - spienił się Marcus z Munsteru. W końcu szło o ludzi, których karmił, odziewał i opłacał z powierzonych pieniędzy swojego seniora. I ze śmierci tych ludzi będzie się musiał przed diukem Saksonii, przed Abbem, rozliczyć. Meinhard spojrzał bez sympatii na wikariusza. Marcus zmitygował się nieco. Nie cierpiał urzędników, wścibskich, łasych na łapówki missus dominicus, wszechwładnych dzięki opiece dworu. Z nadmiernej wnikliwości podczas kontroli też się będzie musiał przed Abbem wytłumaczyć. Skłonił się, ukrywając niechęć. Meinhard skinął z wyższością. Przyjął przeprosiny.
- Ktoś ich zadusił? - wtrącił Jan z Baireutte, chrząkając po każdym słowie. Ten potężny mężczyzna nie czuł się zbyt pewnie pośród obecnych w namiocie nobilów, choć większość była biedniejsza od niego. Mierzył ich małymi czarnymi oczkami ukrytymi pod baldachimem krzaczastych brwi.
Marcus z Munsteru niecierpliwie szurnął karłem. Wstał podrażniony. Rad byłby zakończyć rajzę. Zdawał sobie jednak sprawę, że przy takich stratach bez łupów nie będzie dobrze przyjęty w Munsterze. A żona, kochanki, dzieciaki i wierzyciele pożrą go żywcem.
- Trzeba zwołać sąd, wybrać spośród najwierniejszych scrabini świadków oskarżenia - cedząc słowa, ze znawstwem oświadczył Meinhard. - Ot i wszystko. Śledztwo pokaże, kto ich udusił. Trza jeno przepytać, kto się kręcił po obozie, ja mogę...
- Udusił?! Obu?! - wtrącił się w nadęty słowotok Otto von Brunswiek. - I nikt nic nie słyszał?!
Prócz ignorującego wszystkich i wszystko Welfa d'Este i słuchającego w pokorze Gotfryda de Milonne'a tylko on miał pozycję, z którą Meinhard musiał się liczyć.
- My będziemy deliberować, przesłuchiwać, sądzić, a ludzie dalej będą ginęli. - Von Brunswieka najwyraźniej poirytował zarówno ton wypowiedzi wikarego, jak i sama idea.
- Littera docet... - przeciągając głoski, niezrażony odpowiedział Meinhard. Uniósł palec.
- Littera nocet! - przerwał mu komes Otto. - Trzeba działać, nie gadać!
Zerwał się i powiódł wściekłym wzrokiem po pozostałych. Zatrzymał oczy na Gunterze von den Burg Groebenie, potem przeniósł uwagę na Henryka z Landsbergu. Nie powiedział ani słowa, ale wszyscy zrozumieli niewypowiedziane pytanie. Gunter poczerwieniał bardziej niż zwykle. Henrykowi krople potu ściekły do oczu i zaskrzyły się w zaroście. Przetarł mokrą twarz nie mniej wilgotną dłonią.
Brunswiek wreszcie się odwrócił. Chwycił dzban i nalał do pucharka. Popił, ale wstrząsnął się i wypluł.
- Woda! - Skrzywił się z obrzydzeniem.
- Nie zginęli od uduszenia - bez cienia emocji oznajmił pochylony nad zwłokami balwierz. Benedyktyn pokiwał głową, potwierdzając słowa, na wypadek gdyby ktoś zechciał polemizować. Nikt nie chciał. - Brak śladów na szyjach - dodał medyk. Zgromadzeni pochylili się i pokiwali głowami. Jak jeden mąż znali się na duszeniu. - W ogóle brak zewnętrznych oznak.
- Quindi qual ? la causa della morte? - znudzonym głosem zwrócił się do zakonnika Welf d'Este.
Balwierz odpowiedział uniesieniem ramion i brwi. Zgiął się z powrotem nad ciałami.
- Może to zaraza... - podsunął bardziej śmiało Jan z Baireutte. Poprawił zydel, który wyraźnie nie wytrzymywał ciężaru jego wielkiego ciała. - Od zwierząt może? - Sam nie bał się niczego, co chodziło, oddychało i czemu można było skręcić kark. Na myśl o chorobach stawał się jednak nerwowy. - Albo od nieczystości. Słyszałem... - Uniósł brwi, ale nie skończył.
- Brak obrzmień i owrzodzeń - wymruczał balwierz. Teoria Jana z Baireutte nie znalazła poparcia. Nie w całości.
- To ci Sclavini. Psie bękarty! - wtrącił Heinrich z Halberstadt, opluwając się z zaciekłości. Setnik znad Elby o twarzy zarośniętej niemal jak zwierzę miał szczególny stosunek do Słowian. Większa część jego dochodów brała się z handlu niewolnikami zza wschodniego limes, a to, co robił z wybranymi, zniesmaczało rzeźników i sprawiaczy bydła. - Trują jedzenie i czekają, aż wyzdychamy.
Potarł łysawą głowę. Jan spojrzał na niego z przerażeniem.
- To prawdopodobne. Toczyli pianę i zamarli ze skurczem kończyn. - Udalryk, starszy z dwóch biorących udział w wyprawie synów Geralda z Vizgau, wskazał na trupy. Widać mimo młodego wieku arkana medycyny nie były mu obce.
Fidelis Jan o niedźwiedziej posturze z coraz większym niepokojem przysłuchiwał się odgłosom dochodzącym z własnych trzewi. Przetarł pot z czoła. Pod pachami jego koszula była ciemna od wilgoci. Inni nie czuli się lepiej. Wbili wzrok w medyka.
- Nie ma wzdęć. - Zakonnik z zacięciem badacza i mnisią pokorą naciskał brzuchy martwych. Zajrzał im w oczy i usta. - Źrenice nie są powiększone. Nie wymiotowali...
- Ale co do Sclavinów... - Otto von Brunswiek wprawdzie bez szczególnego wrażenia przyjął zgon pary czujek, nie byli wszak jego sługami, ale bolał wciąż nad wcześniejszymi własnymi stratami. - Co do Sclavinów to być może.
Podobnie jak wcześniej spoglądał na Guntera i Henryka, obu nobiles viri, Sasów ochrzczonych ledwie rok temu, teraz wbił wzrok w osobę, która bardzo chciała uniknąć zainteresowania - w Pompiliusa. Korpulentny mężczyzna o pulchnej, pokrytej jasnym zarostem twarzy przygarbił się nieco.
- Tyle że nie o truciznę tu idzie, a o czarostwo. - Komes Otto wyprężył zapadłą pierś tak, że czerwony lew na tunice przestał na chwilę trzymać łeb przy zadzie. - Caso il diavolo! - dodał dla Welfa d'Este, który nie bardzo go chyba zrozumiał.
- Czarostwo?! - Heinrich z Halberstadt szarpnął kędziory zarostu.
- Ha! - Otto nie odpuszczał. - Zginęło już szesnastu moich. Bez walki. Jak to możliwe? Niedługo nie będzie komu nałożyć mi kolczugi, a w polu do walki stanę sam. Sam se nagotuję, wina naleję i dupę obetrę. Was też to dosięgnie. Czarostwo, mówię!
Kilku zebranych pokiwało ze zrozumieniem głowami. Postanowili, że póki ich mają, będą im giermkowie dupy podcierać.
- Si Deus pro nobis, quis contra nos? - zareagował Gotfryd. Zapadła cisza. W tej ciszy wielu z nich ważyło, czy rzeczywiście Bóg jest z nimi.
- Insultus cerebri - odezwał się wreszcie balwierz.
- Co, kurwa?! - Otto nerwowo trzasnął knykciami.
- Apopleksja - wytłumaczył rzeczowo medyk. - Wylew krwi do mózgu.
- Obaj?
- W rzeczy samej - pokiwał głową zakonnik, wstając. - Umarli ze strachu. Mają rozszerzone źrenice i jeszcze śmierdzą potem, co już mówiłem. - Mimo wszystko dla potwierdzenia pochylił się i pociągnął nosem. - To typowe objawy, choć nietypowego zgonu. Przypuszczalnie pod koniec czuli przerażający ból. Stąd przykurcze kończyn. - Spojrzał na Udalryka.
- Czego zaś się przestraszyli? - Meinhard z Frankenfurtu skrzywił twarz, tłustą, dziobatą i mało urodziwą, o nosie niby gruda zmarzłej ziemi, z włochatą kurzajką nad lewym nozdrzem.
- O to, panie - balwierz skłonił się przed nim usłużnie - trza by spytać tych dwóch. - Wskazał na trupy. - Zajmują się tym zaś nekromanci. Rzadziej medycy.
- Czarostwo, mówię wam. - Otto von Brunswiek pokiwał głową, nie spuszczając oczu z Popiela.
- Bóg doświadcza nas i wystawia na próbę naszą wiarę. - Gotfryd de Milonne miał głos matowy, umęczony lub zgoła natchniony, ale uciszył inne. - Możesz iść. - Skinął na medyka, który skłonił się z wdzięcznością i wyszedł pośpiesznie.
- To co powiemy ludziom? - z sarkazmem wtrącił się Meinhard. - Przecież nie o demonach!
- No! - Otto von Brunswiek stanął w rozkroku, podparł się pod boki. - Co im powiemy, imć Pompiliusie?!
Pompilius wyciągnięty do odpowiedzi chrząknął, kaszlnął, pociągnął nosem i złożył dłonie.
- Ee... - zaczął - demony... Tak, demony są groźne. Bywają. Ee... - Zamrugał nerwowo. Rozejrzał się. Zakaszlał znowu. Mlasnął. Oblizał mięsistą dolną wargę. - Ale mieszkają w Nawii, w krainie mgieł...
Zdawał sobie sprawę, że to, co mówi, nie przystoi neoficie, za jakiego pragnął uchodzić. Wiedział też, że za takie gadanie można umrzeć w mękach.
- Gdy jako nawie jeszcze wychodzą z martwych ciał, są słabe i szukają tylko drogi. Kiedy jako nawie jeszcze przychodzą w snach, nie mogą zrobić żywym nic. Ale niektóre... Wywołane... - Chrząknął. Zasapał. Poruszył się niespokojnie. Wreszcie wstał. - Wywołane mają wolę i siłę. Karmią się strachem. Wywołane... zwykle komuś służą. Ee... I to zwykle człowiekowi... Tak - dodał pewniej. - A Piastun! Piastun to wołchwiarz! Oo...! Pierwszej wody guślarz! - Z triumfem przenosił wzrok wolno z twarzy na twarz. Zatrzymał się na drwiąco wykrzywionym śniadym obliczu awanturnika Raula Guinemerrego. - Piastun Czarnobohowi służy! Diabłu znaczy. Trzeba go zabić! A ciało rozczłonkować, spalić i prochy rozrzucić!
Wiedział, że w to akurat nobile są gotowi uwierzyć gładko. Więcej, natchnieni taką ideą, z tym większą zaciętością rzucą się na gnieźnieński ostrokół. Nie pomylił się.
- W imię boże! - zakończył z naciskiem. W imię boże Alamani i Frankończycy pójdą za nim choćby na Jaroga, na Morę lub Nyję. Nie czekał jednak na entuzjazm. Odwrócił się na pięcie i skierował do wyjścia.
Na słońcu odetchnął z ulgą. Zaraz jednak nowy cień przemknął przez jego czoło. Szybkim krokiem poszedł w stronę własnego namiotu.
- Chrześcijanie. - Siadł na bogato rzeźbionej skrzyni ustawionej przy podłużnej ławie i westchnął z irytacją. - Karolińczycy. Wymalowani jak baby! I jak baby wystrojeni...
Spojrzał na własne buty o wysokich cholewkach, na modłę zachodniej jazdy naciągnięte na nogawice. Wzruszył ramionami. Odrzucił połę ciemnej chlamidy ozdobionej u dołu złotym pasem i spiętej fibulą wyobrażającą koguta - rodowy znak Popielidów.
- Każdy z nich pan na własnej kupce gnoju. W domu chlew, ale na wojnie jeden w drugiego dux, książę, jebani!
- "Lud Franków przesławny, przez Boga powołany do życia, mocny w boju, stały w pokoju, szlachetnej postawy, olśniewająco białej cery, niezwykłej urody, odważny, szybki i twardy, nawrócony na wiarę katolicką i wolny od wszelkiej herezji" - znany werset zacytował mężczyzna w burej narzucie. W ciemnym kącie nie był wcale widoczny. Twarz skrywał pod kapturem. - "Niech żyje Chrystus, który kocha Franków". O jebaniu w pieśni ni słowa. - Odrzucił kaptur.
Popiel zerwał się, sięgając po nóż. Nie wyjął go jednak z jaszczura.
- Czestra. - Na widok oszpeconej oparzeliną, ospowatej gęby Pompilius ucieszył się wyraźnie. Rozwarł ramiona, ale gdy ospowaty przygarbił się tylko, Popielida podał mu do ucałowania dłoń z pierścieniem. Przez twarz nobila przemknął jednak nerwowy grymas. - Nie w smak mi już lizanie im rzyci.
Z niechęcią spojrzał na obóz.
- Siadaj, przyjacielu. - Wskazał ospowatemu zydel. - Głodnyś? Spragniony?
Sam podał przybyszowi krużę i dzban z piwem. Postawił przed nim paterę z na wpół oskubanym z kości kapłonem. Ospowaty wypił chciwie. Rzucił się na mięso. Popiel nalał też sobie.
- Że Piastuna pobijemy, to pewne - oznajmił. - Ale tu o skarb chodzi. Każdy z tych nobiles pauperis chce zagarnąć tyle, żeby dożywotnio herlbannum opłacić i tylko dupczeniem się zajmować, a za grzechy te i przyszłe postawić przy swoim chlewie katedrę. Tfu! Piastunowi bym przebaczył, byle mnie uznał i skarb oddał. Łaska byłaby dożywotnio. Choć krótko. - Uśmiechnął się krzywo. - Bez denarów, złota, srebra i kamieni nie będę tu kniaziem nawet do dziadów. Ale nie mogę już tych moich nowych braci w Chrystusie zwodzić, bo gotowi mnie w niewolę sprzedać. Taka ich psia wiara. I taka przyjaźń.
- Może już i nie trzeba - wymamrotał ospowaty z pełnymi ustami, po czym popił piwem nieprzegryzione mięso. - Znaczy zwodzić...
Pompilius zmarszczył brwi.
- Mów więc.
- Lestkovice idą pod Gniezno. Vizimir ruszył spod Giecza z trzema setkami, w tym kopa konnych.
- Dobrze... Choć jeden z kuzynów myśli bardziej łbem niż kutasem, a w głowie ma rozum miast trocin. - Zatarł ręce. - Ludzi Pałuki znalazłeś?
- Tak, panie - wychrypiał ospowaty.
- I? - uniósł pytająco brwi Pompilius. Pokiwał głową ze zrozumieniem, kiedy ujrzał uśmiech Czestry. - Kto zdradził?
- Haro. - Ospowaty pociągnął nosem. - Haro służył...
- Czekaj! Niech zgadnę. - Popiel zamknął oczy. - Klingel...
Spojrzał na ospowatego. Pokiwał głową, kiedy wyczytał z wyrazu twarzy tamtego potwierdzenie.
- Nasz dzwonek. Dzwonkowy królewicz układał się ze starym Pałuką. Tak. Mogłem się spodziewać - wycedził bardziej do siebie. Podrapał się po podbródku. Tym trzecim. Wreszcie zdecydowanie oznajmił: - A więc odwiedzisz go. Pojedziesz do Mietlic. Oczywiście kocham królewicza jak brata. Wiadomo. Dobrze jednak, że w Kruszy został Ulryk von Kostryn. Jemu najwięcej z tych Frankończyków ufam. Wierzy w zysk, a nie w ideały. Paszkowi grodu nie odda, a i Balladyny przypilnuje. Wprawdzie ona nasza i Kirkora zręcznie urobiła. Wiadomo to jednak, co babie do łba strzeli?!
Pompilius sięgał ospowatemu do ramienia. Nie czuł się dobrze, patrząc na posłańca z dołu. Przeszedł więc kilka kroków i postawił stopę na ławie, oparł się łokciem o kolano, przyjmując pozycję, która miała nadać mu władczy wygląd, choć do wygodnych nie należała.
- I jeszcze sprawa tego dziada. Pustelnika... Znajdziesz go i... - W odpowiedzi znów zobaczył uśmiech pełen zrozumienia. "Sprytny" - pomyślał, zaraz jednak zmarszczył czoło. Czy nie za sprytny jednak?! - No. Możesz już iść. - Popiel władczo skinął dłonią.
Czestra zasłonił twarz kapturem i ruszył do wyjścia.
- Jeszcze jedno - zatrzymał go Pompilius na odchodnym. - Powiedz mi jeszcze, czy ci martwi Frankończycy to twoja robota?
III
Rudowłosa dziewczyna poruszyła się niespokojnie. Podniosła głowę z ubitego pachnącego siana. Siano było ciepłe, wyściełało jamę skrytą pod korzeniami świerku na brzegu wykrotu. Z głębi nory niosła się też woń zwierzęca, duszna, ale dająca poczucie bezpieczeństwa. Dziewka z grubego warkocza wyciągnęła źdźbła, łodyżki i świerkowe igły. Dotknęła gładkiej, delikatnej sierści stworzenia leżącego opodal. Wilczyca uniosła łeb, ale zaraz go opuściła. Zza niej wyczołgały się dwa małe. Przekoziołkowały, próbując dostać się do piersi matki. Dziewczyna patrzyła na to z fascynacją. Westchnęła.
Na jawie wspomnienie sennych widziadeł bladło. Rudowłosa nasłuchiwała odgłosów poranka. Świegoty, czwikwile, wizdrygi i tiurle ptactwa łączyły się z szumem wody. Znała dobrze tę pieśń. Czerwonawy blask dnia przesączał się przez powyginane kłącza i zwisające mchy.
Nagle wadera poderwała się zaniepokojona. Uniosła pysk i zaczęła węszyć. Cichy na początku warkot dobywający się z jej gardła z wolna stawał się coraz głośniejszy. Wilczyca popchnęła młode za siebie i uniosła się. Podeszła do brzegu nory. Rudowłosa spojrzała za nią trwożnie, nim podciągnęła spódnicę i na kolanach podeszła do światła. Warkocz opadł jej na ziemię. Pierś falowała w oddechu. Siadła za wilczycą. Ta zaś wyszczerzyła kły. Wpatrywała się w zakole strumyka, gdzie kilka głazów tworzyło niewielki kurhan. Gdy i ryża skierowała tam wzrok, zrozumiała. Nie miała zwierzęcych zmysłów i nie dostrzegła nic niepokojącego, ale wiedziała, że coś się tam czai. Miejsce wydało się jej nienaturalnie zacienione, choć słońce wschodziło już ponad drzewa. Dziewczyna zamrugała, przetarła zielone oczy.
- Żywia... - usłyszała głos matowy, pozbawiony emocji. - Ty jesteś Żywia. - Teraz dziewka była już pewna. Głos rozbrzmiewał w jej głowie. W myślach. Na granicy tego, co mogła nazwać sobą, a tym, co już nią nie było. Wbrew rozsądkowi jednak ta obecność dziewczyny nie przeraziła.
- Nazywam się Płonka - szepnęła, koncentrując uwagę na miejscu, które wzbudziło niepokój wilczycy.
- Ona czeka.
- Kto?
- Ma wiele imion - tym razem w głosie zadźwięczało napięcie. - I dostanie, czego pragnie.
Płonka zmarszczyła brwi. Nie do końca rozumiała, o co chodzi. Nie wiedziała, z kim lub z czym rozmawia, a choć się nie bała, po grzbiecie przeszły jej ciarki.
- Na swoją zgubę.