Strzyga. Seria z Krystianem Feusette'em. Tom 1 - Adrian Ksycki

Kup ebooka

39.99 zł
26.79 zł (26,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

PO­ZNAŃ, 1 LU­TEGO 2023 ROKU

Olek Ta­pik z ręką na sercu przy­siągłby, że zaj­rzał wtedy w ot­chłań pie­kieł.

Pra­co­wał na cmen­ta­rzu Je­życ­kim - za­byt­ko­wej ne­kro­po­lii przy zbiegu ulic No­winy i Szpi­tal­nej. Był gra­ba­rzem od dzie­się­ciu lat. Wio­sną i la­tem lu­bił spa­ce­ro­wać alej­kami po­ro­śnię­tymi szpa­le­rami klo­nów i je­sio­nów, czuł się wtedy jak w ogro­dzie. Pew­nie dla­tego w la­tach sześć­dzie­sią­tych za­mie­rzano zmie­nić to miej­sce w park, ale cmen­tarz ob­jęto ochroną kon­ser­wa­tor­ską i plany nie wy­pa­liły.

Ta­pik przy­cho­dził do ro­boty na ósmą, ale dzi­siaj się spóź­nił. To przez śnieg, który pa­dał ob­fi­cie od kilku dni. Chod­niki mniej wię­cej od­śnie­żono, ale uli­cami jeź­dziło się jak w tu­ne­lach. Na cmen­ta­rzu śnieg uło­żył się w oka­załe wy­dmy. Od czasu do czasu po­dmuch wia­tru pod­ry­wał war­stwę bia­łej szaty, roz­rzu­ca­jąc jej krysz­tałki mię­dzy groby. Zimą cmen­tarz też miał swój urok.

Biuro cmen­tarne znaj­do­wało się za­raz po le­wej stro­nie głów­nej bramy. Do kan­ciapy gra­ba­rzy pro­wa­dziło osobne wej­ście na ty­łach bu­dynku. Ta­pik otrze­pał buty na progu i wszedł do środka. Od razu ude­rzyły go cie­pło z pieca ka­flo­wego i aro­mat świeżo pa­lo­nej kawy, która stała na stole.

Zza rogu wy­ło­nił się ko­lega, nieco star­szy i bar­dziej przy­sa­dzi­sty. Wy­pili ra­zem kawę i za­mie­nili kilka słów o tym, jak ohydna zima spa­ra­li­żo­wała mia­sto. A po­tem, tak jak wy­ma­gała tego ru­tyna, za­pa­lili pa­pie­rosa.

O je­de­na­stej za­pla­no­wano po­grzeb. Nie uśmie­chało mu się od­mra­żać so­bie dzi­siaj tyłka, ale nie miał wyj­ścia. "Ro­bota cze­kała". Koło po­łu­dnia za­po­wia­dali ko­lejne opady śniegu.

- Pójdę już. - Ta­pik wziął szpa­del z rogu kan­ciapy. - Od­garnę śnieg, a ty do­jedź do mnie ze sprzę­tem.

Ko­lega w od­po­wie­dzi uniósł kciuk.

Ta­pik wziął szpa­del i wy­szedł. Świa­do­mie wcze­śniej za­piął kurtkę, wie­dząc, że nie uda mu się unik­nąć prze­szy­wa­ją­cego chłodu. Niebo nad drze­wami za­snuły chmury o bar­wie ciem­nej por­ce­lany, jakby ktoś po­ma­lo­wał je pędz­lem brud­nym od bia­łej farby. Mi­nął gro­bo­wiec, z któ­rego wy­sta­wały rzeźby anio­łów po­zba­wio­nych rąk. Spo­czy­wał w nim Jan Kul­czyk. Jako je­den z naj­bo­gat­szych Po­la­ków za­wsze wy­da­wał mu się eks­tra­wa­gancki - na­wet po śmierci. Za gro­bow­cem cią­gnęła się alejka. Śnieg chru­po­tał w rytm jego kro­ków, aż do ka­pliczki. Dziś od­by­wały się tu po­grzeby, ale Ta­pik pa­mię­tał czasy, kiedy ka­pliczka słu­żyła za miej­sce chrztu.

Dziwne, jak ży­cie i śmierć lu­bią so­bie pła­tać fi­gle - po­my­ślał.

Przy ko­lej­nym kroku jego stopa ze­śli­zgnęła się po lo­dzie i stra­cił rów­no­wagę. Upa­dek był tak na­gły, że nie miał szans, aby za­re­ago­wać. Ru­nął na plecy, wy­pusz­cza­jąc szpa­del, który po­le­ciał w za­spę.

- Kurwa mać...

To był je­den z tych zi­mo­wych upad­ków, z któ­rych się śmiał, oglą­da­jąc nie­gdyś Śmie­chu warte z Drozdą. A te­raz, pro­szę, "nie śmiej się dziadku z czy­je­goś wy­padku". Oprócz ko­pa­nia grobu trzeba bę­dzie po­sy­pać wszyst­kie alejki zie­mią, a naj­le­piej mie­szanką ziemi z solą, żeby nikt nie upadł i nie po­są­dził ich o za­nie­dba­nie.

Pod­niósł się na łok­cie, pod­parł ko­la­nami i wstał na pro­ste nogi. Się­gnął po szpa­del i gdy uniósł wzrok, mi­mo­wol­nie spoj­rzał przed sie­bie na rząd na­grob­ków od­cho­dzą­cych na prawo od ka­pliczki.

- Co jest? - mruk­nął pod no­sem.

Na tle bieli od­zna­czał się pla­cek bru­nat­nej ziemi. Zdzi­wił się, bo nie było to miej­sce prze­zna­czone na wy­ko­pa­nie dziury. Poza tym tam już stał czyjś grób. Co wię­cej, był otwarty, a ka­mienna płyta, która po­winna go przy­kry­wać, le­żała na środku alejki.

- O mój Boże... - jęk­nął, kiedy spoj­rzał do jego wnę­trza.

Wy­cią­gnął ko­mórkę i wy­brał nu­mer alar­mowy.

* * *

Col­le­gium Ana­to­mi­cum znaj­duje się przy ulicy He­lio­dora Świę­cic­kiego i jest sie­dzibą Uni­wer­sy­tetu Me­dycz­nego. Po­cząt­kowo gmach miał słu­żyć za Pa­łac Sztuki, pod­czas II wojny świa­to­wej na­zi­ści zro­bili so­bie tu kwa­terę i skre­mo­wali po­nad osiem ty­sięcy lu­dzi. Do­piero po woj­nie bu­dy­nek tra­fił w ręce me­dy­ków. To oni stwo­rzyli tu Za­kład Me­dy­cyny Są­do­wej, znaj­du­jący się w trze­wiach uni­wer­sy­tetu.

Wła­śnie tam, w sali wy­kła­do­wej, dok­tor Kry­stian Feu­sette pro­wa­dził pre­lek­cję o przy­dat­no­ści an­tro­po­lo­gii są­do­wej w dzi­siej­szych cza­sach. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że cie­szył się sym­pa­tią stu­den­tów. Przy­stojny bru­net z wi­docz­nymi si­wymi wło­sami, czter­dzie­sto­pię­cio­la­tek, sa­motny. Ale nie cho­dziło tylko o apa­ry­cję. Jego wy­kłady przy­po­mi­nały dys­ku­sję rów­nych so­bie part­ne­rów. Nie za­glą­dał do no­ta­tek, cho­dził po sali, a z jego do­brze zbu­do­wa­nej syl­wetki ema­no­wał en­tu­zjazm.

Za­wsze z uwagą słu­chał py­tań i ni­gdy nie za­wsty­dzał stu­den­tów, na­wet w przy­padku braku pod­sta­wo­wej wie­dzy. Koń­cówkę wy­kładu po­świę­cał na py­ta­nia. Zro­bił tak i tym ra­zem.

Bru­netka, sie­dząca w dru­gim rzę­dzie, pod­nio­sła rękę.

- Po­wie­dział pan, dok­to­rze, że nie zga­dza się z okre­śle­niem "prze­stępca do­sko­nały". Dla­czego?

- Po­nie­waż jest to nie­trafna na­zwa - od­parł Feu­sette. - Tak zwani "prze­stępcy do­sko­nali" mają szczę­ście, bo na­uki są­dowe wciąż się roz­wi­jają. Wiele spraw, które były nie­moż­liwe do roz­wią­za­nia kie­dyś, dzi­siaj szybko uj­rza­łyby fi­nał. Do­wody w po­staci ba­dań DNA do­pusz­czono do­piero w po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku. Re­kon­struk­cja czaszki, ba­da­nia nad roz­wo­jem larw much w zwło­kach czy roz­kładu ciała po śmierci to pierw­sze kroki na nie­zna­nym lą­dzie. Dla­tego po­wie­dział­bym, że ist­nieje ra­czej "prze­stępca nie­wy­kryty".

Drzwi do sali uchy­liły się z de­li­kat­nym skrzyp­nię­ciem. Feu­sette zer­k­nął w tamtą stronę i za­uwa­żył po­li­cjantkę w mun­du­rze. Ko­bieta unio­sła dłoń w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście. Nie chciała prze­szko­dzić, ale naj­wy­raź­niej nie miała wyj­ścia. Sta­nęła w ką­cie sali.

Feu­sette ski­nął głową.

Ko­lejne py­ta­nie za­dał chło­pak z bu­rzą ja­snych wło­sów na gło­wie.

- Czy zna­lazł pan ko­goś, kogo nie dało się zi­den­ty­fi­ko­wać?

Feu­sette za­śmiał się pod no­sem.

- Rzadko znaj­duję kom­pletne szczątki. Czę­sto to je­dy­nie frag­menty. Wtedy fak­tycz­nie trudno jest zi­den­ty­fi­ko­wać wła­ści­ciela, ale ko­ści zdra­dzą wię­cej, niż mógłby to zro­bić żywy czło­wiek. Na­sze ży­cie, wzloty i upadki, zwłasz­cza upadki, po­zo­sta­wiają ślady, które można od­czy­tać długo po śmierci. Wy­star­czy przy­ło­żyć ucho i słu­chać szep­tów zmar­łych.

- Nie boi się pan, że prze­stępcy będą chcieli się ze­mścić?

To py­ta­nie za­dała ru­do­włosa stu­dentka sie­dząca w głębi sali. Z po­wodu bla­dej skóry i tego, jak się gar­biła, Feu­sette śmiało wi­działby ją w roli an­tro­po­loga są­do­wego. Prze­cież an­tro­po­lo­dzy naj­czę­ściej pra­co­wali w po­zy­cji zgar­bio­nej - je­śli nie nad zwło­kami, to nad opi­niami dla są­dów.

- A czemu mie­liby to ro­bić?

Stu­dentka zmarsz­czyła brwi.

- Po­maga pan ich zła­pać - od­parła, jakby to było oczy­wi­ste.

- Je­stem na­ukow­cem. Moje eks­per­tyzy po­pie­rają lub prze­czą do­wo­dom ze­bra­nym przez po­li­cję. Nie ode mnie za­leży wy­nik pro­cesu, więc nie mam się o co mar­twić.

- A co ze Zło­dzie­jem Cza­szek? - cią­gnęła ru­do­włosa. - Po­dobno na sali są­do­wej po­wie­dział, że gdyby nie pan, po­li­cja ni­gdy by go nie zła­pała.

Miała na my­śli zło­dzieja ludz­kich szcząt­ków dzia­ła­ją­cego na Po­mo­rzu, przez nie­któ­rych zwa­nego se­ryj­nym, który był nie­uchwytny dla po­li­cji od po­nad trzech lat. Po­nie­waż jego cha­rak­te­ry­stycz­nym spo­so­bem dzia­ła­nia były kra­dzieże cza­szek, me­dia okrzyk­nęły go Zło­dzie­jem Cza­szek. Otrzy­mał też przy­do­mek "Duch", bo nikt go nie wi­dział, nie znał i nie mógł od­gad­nąć jego mo­ty­wów.

- Je­śli my­śli­cie pań­stwo, że an­tro­po­lo­dzy są­dowi zja­wiają się na miej­scu prze­stęp­stwa i roz­wią­zują za­gadki ni­czym Sher­lock Hol­mes, to je­ste­ście w błę­dzie.

- Nie brał pan czyn­nego udziału w śledz­twie? - Ru­do­włosa nie da­wała za wy­graną.

- Po­li­cja po­pro­siła mnie o po­moc, to prawda, ale w spra­wie Zło­dzieja Cza­szek w ogóle nie ru­szy­łem się z na­szego za­kładu. Wszystko, czego po­trze­bo­wa­łem, wy­słano mi na pocztę elek­tro­niczną - uciął na chwilę. Na sali za­pa­no­wała ci­sza jak w ko­ściele. Po­tem do­dał: - Czy w ten spo­sób roz­wia­łem nieco mit an­tro­po­loga-de­tek­tywa?

Fala śmie­chu ro­ze­szła się po sali.

- A te­raz się oba­wiam, że mu­szę koń­czyć i wy­pu­ścić pań­stwa na kawę. Mi­łego dnia.

Stu­denci na­gro­dzili go bra­wami, a on wró­cił do ka­te­dry, żeby spa­ko­wać rze­czy do torby.

- Prze­pra­szam, dok­to­rze - rze­kła po­li­cjantka. - Pod­ko­mi­sarz Na­ta­lia Tur­kot. Ko­menda Miej­ska Po­li­cji. - Wy­jęła od­znakę. - Po­trze­buję pana po­mocy.

- Czy to pilne?

- Nie zaj­mo­wa­ła­bym panu czasu, gdyby sprawa nie była po­ważna - za­pew­niła.

Feu­sette spa­ko­wał lap­topa do torby.

- Za­tem czym mogę słu­żyć?

- Zna­leź­li­śmy szczątki.

- To przy­wieź­cie je tu do ba­da­nia.

- To nie ta­kie pro­ste.

- Dla­czego?

- Nie mo­żemy ich ru­szyć.

- Czyżby za­lano je be­to­nem? - za­żar­to­wał Feu­sette, ale Tur­kot nie było do śmie­chu.

Więk­szość sek­cji zwłok prze­pro­wa­dzał tu­taj, w gma­chu uni­wer­sy­tec­kim w Za­kła­dzie Me­dy­cyny Są­do­wej. Na miej­sce zda­rze­nia wzy­wano pa­to­mor­fo­loga oraz le­ka­rza, który for­mal­nie stwier­dzał zgon.

Feu­sette nie zaj­mo­wał się przy­czyną i spo­so­bem śmierci, za­czy­nał tam, gdzie pa­to­mor­fo­log koń­czył. Jego za­da­niem było od­two­rze­nie prze­biegu ży­cia zmar­łego - po­łą­cze­nie jego toż­sa­mo­ści z tym, co po nim zo­stało. Dla­tego zwy­kle wkra­czał jako ostatni. Czyżby coś miało się zmie­nić?

- To wła­śnie zna­leź­li­śmy.

Pod­ko­mi­sarz po­ka­zała mu fo­to­gra­fię z miej­sca zda­rze­nia.

- To nie jest na­tu­ralna po­zy­cja ludz­kiego szkie­letu - stwier­dził pew­nie.

- Ni­gdy przed­tem nie spo­tka­łam się z czymś ta­kim - przy­znała po­li­cjantka. - Nie chcia­ła­bym po­wtórki z Po­mo­rza.

* * *

Gdy w po­godny li­sto­pa­dowy po­ra­nek we­zwano po­li­cjan­tów na cmen­tarz do gdyń­skiej dziel­nicy Lesz­czynki, nie spo­dzie­wali się oni, że bę­dzie to po­czą­tek dłu­giego śledz­twa, które zszo­kuje nie tylko opi­nię pu­bliczną, lecz także ich sa­mych.

Znisz­czono grób i wy­ko­pano dziurę. W trum­nie le­żały ludz­kie szczątki, ale nie wszyst­kie. Bra­ko­wało czaszki. Po­li­cja wsz­częła do­cho­dze­nie na pod­sta­wie ko­deksu kar­nego. I to wszystko. Nie zna­le­ziono żad­nych świad­ków ani po­dej­rza­nych.

Dwa mie­siące póź­niej na tym sa­mym cmen­ta­rzu do­szło do ko­lej­nej pro­fa­na­cji. Mo­dus ope­randi był po­dobny: grób znisz­czono nocą, zbez­czesz­czono szczątki i skra­dziono czaszkę. To zu­chwal­stwo było ni­czym ukłu­cie w ego po­li­cji, dla­tego Ko­menda Miej­ska Po­li­cji w Gdyni nadała spra­wie prio­ry­tet. Do ze­społu kry­mi­nal­nych do­łą­czyło dwóch ko­lej­nych funk­cjo­na­riu­szy, a sprawcę na­zwali Zło­dzie­jem Cza­szek.

Ude­rzył po­now­nie w Re­dzie, nie­wiel­kim ku­ror­cie za Gdy­nią. Noc była desz­czowa, wiał wiatr. Nikt wtedy na­wet nie prze­cho­dził obok cmen­ta­rza. Mimo nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­ków roz­bił ka­mienną płytę - do­dat­kowo za­bez­pie­czoną zbro­jo­nym be­to­nem, któ­rego używa się do bu­dowy fun­da­men­tów - znie­wa­żył szczątki i ukradł czaszkę. Do czwar­tej pro­fa­na­cji do­szło na cmen­ta­rzu w Wej­he­ro­wie. Taki sam spo­sób dzia­ła­nia, desz­czowa noc, grób bli­sko ogro­dze­nia. Tym ra­zem jed­nak znisz­czył jed­nej nocy dwa groby i za­brał tro­fea ze sobą.

Po­łą­czono siły ko­mendy i ko­mi­sa­ria­tów, a re­zul­ta­tem współ­pracy było stwo­rze­nie kilku hi­po­tez. Pierw­sza za­kła­dała, że do­pu­ścił się tego sa­ta­ni­sta. Sam fakt nisz­cze­nia ka­to­lic­kich gro­bów i znie­wa­ża­nia zwłok prze­ma­wiał za tym, że wy­ko­rzy­stuje je po­tem do od­pra­wia­nia czar­nej mszy. Ta hi­po­teza upa­dła już na sa­mym po­czątku. Śled­czy za­częli po­dej­rze­wać, że sprawca krad­nie czaszki, aby je sprze­da­wać stu­den­tom me­dy­cyny. Mało znana tra­dy­cja mó­wiła, że każdy stu­dent po­wi­nien po­sia­dać ludzką czaszkę, aby do­brze przy­go­to­wać się do eg­za­minu z ana­to­mii. War­tość czar­no­ryn­kowa wy­no­siła na­wet ty­siąc zło­tych. Era dru­ka­rek 3D miała do­piero na­dejść - a na­wet przy ta­kiej tech­no­lo­gii do­stęp­nej w dzi­siej­szych cza­sach więk­szość stu­den­tów pre­fe­ruje te praw­dziwe, ludz­kie czaszki.

Teo­ria o ne­kro­filu utrzy­mała się naj­dłu­żej, gdyż oka­zała się naj­bar­dziej wia­ry­godna. Psy­cho­log z In­sty­tutu Eks­per­tyz Są­do­wych w Kra­ko­wie stwo­rzył pro­fil, w któ­rym opi­sał Zło­dzieja Cza­szek jako ofiarę za­bu­rzeń sek­su­al­nych i fe­ty­szy­stę. Bodź­cem sty­mu­lu­ją­cym pod­nie­ce­nie miały być ludz­kie szczątki, a kon­kret­nie czaszki. Był sa­mot­ni­kiem. Pełną ano­ni­mo­wość od­naj­do­wał w noce, zwłasz­cza te desz­czowe i wietrzne. Przez "dzia­ła­nia o cha­rak­te­rze se­ryj­nym", jak okre­ślił je pro­fi­ler, pra­gnął do­mi­na­cji. Miało być to kom­pen­sa­cją de­fi­cy­tów, które od­czu­wał od wielu lat. W ostat­nim zda­niu do spec­grupy psy­cho­log z Kra­kowa po­wie­dział, że "nie prze­sta­nie, do­póki go nie zła­pie­cie".

Zło­dziej Cza­szek po­ja­wił się na cmen­ta­rzu w Lę­borku na po­czątku kwiet­nia - do­kład­nie w noc z nie­dzieli wiel­ka­noc­nej na po­nie­dzia­łek, kiedy po­li­cjanci z grupy śled­czej za­ja­dali świą­teczne po­trawy i nie wy­cho­dzili z domu. Jak zwy­kle roz­bił płytę na­grobną, do­stał się do trumny i za­brał czaszkę. A po tym - ni stąd, ni zo­wąd - za­prze­stał swo­jej dzia­łal­no­ści na pół roku.

W ciągu trzech lat po­szu­ki­wań sprawcy kie­row­nic­two ko­mendy zmie­niło się trzy razy i wy­dało na dzia­ła­nia dzie­siątki ty­sięcy zło­tych. "Duch" wciąż po­zo­sta­wał nie­uchwytny. Gdyby w tam­tym cza­sie pa­no­wała taka sama moda na mo­ni­to­ring jak dziś, nie uda­łoby mu się ukry­wać tak długo. Ale było ina­czej. Nie zmie­niło się to, że Ko­menda Wo­je­wódzka chciała suk­ce­sów, któ­rymi mo­głaby po­dzie­lić się ze spo­łe­czeń­stwem. Prze­ło­żeni nie za­mie­rzali wy­da­wać pie­nię­dzy na dłu­go­trwałe śledz­two. Zło­dziej Cza­szek prze­padł jak ka­mień w wodę, może zmarł albo skoń­czył w wię­zie­niu za inne prze­stęp­stwo. Nie po­ma­gały co­dzienne ra­porty i za­pew­nie­nia, że prę­dzej czy póź­niej po­wróci. I kiedy miała paść de­cy­zja o roz­wią­za­niu spec­grupy, ude­rzył.

Tym ra­zem po­ja­wił się w Rumi i skradł czaszkę eme­rytki. Lo­kalni dzien­ni­ka­rze roz­dmu­chali te­mat, wy­grze­bu­jąc po­dobne wy­da­rze­nia z Gdyni, Redy i Wej­he­rowa. Wtedy wszy­scy o nim usły­szeli. Przez me­dia prze­to­czyła się fala pro­gra­mów po­świę­co­nych pro­fa­na­cjom. Dla lu­dzi był to szok. Samo zbez­czesz­cza­nie jest czymś w ro­dzaju tabu, a co do­piero se­ria.

To prze­lało czarę go­ry­czy. Do śledz­twa włą­czyła się Ko­menda Główna z War­szawy, otwo­rzyła czek in blanco, an­ga­żu­jąc naj­lep­szych eks­per­tów kry­mi­na­li­styki i me­dy­cyny są­do­wej. Każ­dego, kto mógł się przy­dać.

I wła­śnie tym spo­so­bem tra­fili do Feu­sette'a.

* * *

Szedł wzdłuż drogi wo­je­wódz­kiej nu­mer trzy­sta sie­dem. Nie prze­szka­dzały mu ni­ska tem­pe­ra­tura i mroźny wiatr wie­jący pro­sto w twarz. Nie zna­czyło to, że nie czuł zimna; prze­ciw­nie - lata w woj­sku na­uczyły go ra­dzić so­bie w trud­nych sy­tu­acjach, za­adap­to­wać się do wa­run­ków i wy­ko­rzy­stać je na wła­sną ko­rzyść.

Mi­nął go ra­dio­wóz, ale po­li­cjant na­wet na niego nie spoj­rzał. I do­brze. Le­piej po­zo­stać nie­wi­dzial­nym, wtedy nie po­peł­nia się błę­dów. Nie mógł dać się zła­pać, za­nim nie wy­kona tego, co miał do zro­bie­nia. Nie cho­dziło tylko o dzi­siej­szą noc na cmen­ta­rzu, lecz o coś, co wy­da­rzyło się po­nad czter­dzie­ści lat temu.

Wy­szedł z pola przy ron­dzie, gdzie par­ko­wały tiry, i szedł przed sie­bie w stronę Nie­pru­szewa. Do­cho­dziła dwu­na­sta. Auta prze­jeż­dżały co ja­kiś czas za ba­rier­kami, ale go nie in­te­re­so­wało, do­kąd zmie­rzają.

Je­den z po­jaz­dów, biały kam­per ad­ria twin, zwol­nił nieco, kiedy go mi­jał, po chwili przy­spie­szył i znik­nął za ho­ry­zon­tem. "Ładne au­tko" - przy­znał w my­ślach. Za­wsze ma­rzył o ta­kim kam­pe­rze. Jeź­dziłby nim na łono na­tury i spę­dzał czas w sa­mot­no­ści, którą so­bie ce­nił, albo za­miesz­kałby w nim na ja­kiś czas, żeby móc bu­dzić się wraz ze wscho­dem słońca.

Do celu po­zo­stało mu jesz­cze pięć ki­lo­me­trów. W obo­zie od­pocz­nie, przede wszyst­kim ode­śpi pra­co­witą nockę na cmen­ta­rzu, a po­tem przy­go­tuje się do ko­lej­nego wy­padu. Tak, jak chciała to zro­bić ona. Tak, jak to za­pla­no­wali.

* * *

Za­wie­sił apa­rat na szyi. Za­wsze brał go ze sobą. Ro­bił zdję­cia z miej­sca prze­stęp­stwa, po­dob­nie jak robi to tech­nik kry­mi­na­li­styki. Ni­gdy nie wia­domo, co może się przy­dać, kiedy nie bę­dzie można po­wró­cić na miej­sce zda­rze­nia. Miał też ze sobą srebrny ne­se­ser wzmoc­niony alu­mi­nio­wymi łą­czami. Trzy­mał tam pę­dzel, kiel­nie, stru­nowe wo­reczki, a na­wet sitko do prze­sie­wa­nia nie­wiel­kich ko­stek.

Prze­szły go dresz­cze, gdy mroźny wiatr do­stał się za koł­nierz płasz­cza.

- Idzie pan, dok­to­rze? - spy­tała pod­ko­mi­sarz Tur­kot.

Feu­sette się zo­rien­to­wał, że wciąż stoi przed bramą.

- Już idę.

Wziął głę­boki od­dech i wszedł.

Cmen­tarz wy­glą­dał na uśpiony. Zie­mię, drzewa i na­grobki po­kry­wały otu­liny śniegu. Pa­no­wała tu względna ci­sza prze­ry­wana kra­ka­niem wron, które ob­sia­dły na­gie, szpo­nia­ste ga­łę­zie.

Za­wsze bał się ta­kich miejsc. Po śmierci ojca lęk na­si­lił się wręcz do roz­mia­rów fo­bii. Nikt o tym nie wie­dział oprócz matki i sio­stry, które to­wa­rzy­szyły mu w wi­zy­tach u psy­chia­try i przy­po­mi­nały o bra­niu le­ków. Dla an­tro­po­loga spę­dza­ją­cego więk­szość czasu ze zmar­łymi to wsty­dliwa skaza, dla­tego też stała się jego ta­jem­nicą. Na szczę­ście miał przy so­bie leki. Łyk­nął dwie ta­bletki xa­naxu jesz­cze przed wyj­ściem z uczelni. Ben­zo­dia­ze­piny nie­długo miały za­cząć dzia­łać.

Po­dą­żał za po­li­cjantką. Śnieg wsy­py­wał mu się do wnę­trza la­kier­ków. Na szczę­ście alejkę od­śnie­żono i po­sy­pano zie­mią.

- Gdzie ten grób? - spy­tał.

- Wi­dzi pan ka­pliczkę? - Tur­kot wska­zała na ce­glaną bu­dowlę przed nimi.

- Tak.

- Za­raz za nią.

Mi­nąw­szy ka­pliczkę, Feu­sette uj­rzał ta­śmę od­gra­dza­jącą grób, dwa ha­lo­geny, tech­nika kry­mi­na­li­styki w kom­bi­ne­zo­nie i kilku po­li­cjan­tów.

Na chwilę jego od­dech zro­bił się płyt­szy. Serce za­częło wa­lić w pier­siach. Na mo­ment zro­biło mu się ciemno przed oczami. Oparł się dło­nią o drzewo. Ta­bletki jesz­cze nie za­dzia­łały pełną mocą. Mu­siał sam się z tym zmie­rzyć. Za­mknął oczy, uspo­koił od­dech i wy­obra­ził so­bie ba­lo­niki. Naj­pierw zie­lony. Wziął kilka płyt­kich wde­chów. Te­raz wy­obra­ził so­bie żółty ba­lo­nik, do któ­rego mu­siał na­dmu­chać wię­cej po­wie­trza. Od­dy­chał spo­koj­nie, lecz pełną pier­sią. Wy­obra­ził so­bie nie­bie­ski ba­lo­nik w oko­li­cach prze­pony. Czuł, że od­dech do­ciera do naj­głęb­szych czę­ści płuc.

- Wszystko w po­rządku? - spy­tała pod­ko­mi­sarz.

- Po­trze­buję chwili - od­parł z wciąż za­mknię­tymi oczami.

- Źle pan się czuje, dok­to­rze?

- Po pro­stu za­parło mi dech w pier­siach - za­żar­to­wał.

Tur­kot cof­nęła się w jego stronę.

- Prze­cież jest pan an­tro­po­lo­giem - po­wie­działa ści­szo­nym gło­sem. - Na co dzień ma pan do czy­nie­nia ze zmar­łymi.

Otwo­rzył oczy. Nie mógł i nie miał za­miaru po­wie­dzieć jej prawdy. Strach przed cmen­ta­rzami. Do­bre so­bie. Jedna z rzad­kich fo­bii, jaką ludzki umysł po­tra­fił stwo­rzyć. Cza­sem ża­ło­wał, że nie cier­piał na arach­no­fo­bię albo na lęk przed wy­so­ko­ścią. Coś nor­mal­nego, ty­po­wego i mniej ob­cia­cho­wego.

- Okej. - Wy­pro­sto­wał plecy, go­towy sta­wić czoła temu, co ma na­dejść. - Pro­szę pro­wa­dzić.

Pod­ko­mi­sarz po­de­szła do swo­ich ko­le­gów i go przed­sta­wiła.

- Coś no­wego? - spy­tała, ale po­li­cjanci tylko wzru­szyli ra­mio­nami.

Feu­sette po­sta­wił wa­lizkę na śniegu, wy­jął i za­ło­żył kom­bi­ne­zon ochronny. Jego uwagę przy­kuła ka­mienna płyta le­żąca w ca­ło­ści obok grobu, wy­ko­pana dziura i ba­zgroły na ta­blicy przed­sta­wia­ją­cej in­for­ma­cje o zmar­łej oso­bie. Kiedy przyj­rzał się temu dłu­żej, ba­zgroły uło­żyły się w sym­bol krzyża, na któ­rego ra­mio­nach wid­niały li­tery: F, P, M i S.

- Pie­przeni sa­ta­ni­ści - skwi­to­wała pod­ko­mi­sarz.

- Ich po­dej­rze­wa­cie?

- A kto inny zro­biłby to wszystko?

- Sa­ta­ni­ści na­ma­lo­wa­liby tu ja­kiś pen­ta­gram, ale nie krzyż - za­uwa­żył Feu­sette.

Tur­kot wzru­szyła ra­mio­nami.

- To za­leży od in­ter­pre­ta­cji. Są krzyże egip­skie i cel­tyc­kie, które uznaje się za po­gań­skie. Swa­styka też jest krzy­żem...

- A co zna­czą te li­tery: F, P, M, S?

- Nie mam zie­lo­nego po­ję­cia.

- Płyta na­grobna jest cała - cią­gnął. - Dla­czego po pro­stu sa­ta­ni­ści jej nie znisz­czyli, jak to zwy­kle bywa przy pro­fa­na­cjach?

- Zro­biono to bar­dzo spryt­nie - sko­men­to­wała. - Grób ma co naj­mniej dzie­sięć lat. Kle­je­nia po bo­kach były słabe. Sprawca mu­siał ją pod­wa­żyć, a po­tem zsu­nąć.

- "Mu­siał?" - wtrą­cił Feu­sette.

- Na ra­zie zna­leź­li­śmy jed­na­kowe od­ci­ski po­de­szwy. Nu­mer czter­dzie­ści sześć - wy­ja­śniła. - Więc za­kła­damy, że to je­den czło­wiek, naj­praw­do­po­dob­niej wy­soki i krzepki męż­czy­zna. Zie­mia jest zmar­z­nięta jak sko­rupa lo­dowca i żeby do­stać się do trumny, oprócz ło­paty mu­siał użyć ki­lofa. Zresztą ślady w ziemi mó­wią same za sie­bie.

- Kto o tym za­wia­do­mił?

- Tu­tej­szy gra­barz. Ga­da­łam już z nim. Nic nie wie. Ni­kogo nie wi­dział. Sam na­tra­fił na to przy­pad­kiem.

Feu­sette spoj­rzał na fo­to­ce­ra­mikę umiesz­czoną na ta­blicy w kształ­cie kwa­dratu z przy­le­ga­ją­cym do niej krzy­żem. Przed­sta­wiała ja­sno­włosą ko­bietę o nie­bie­skich oczach. Lekko unie­siona warga od­sła­niała sze­reg bia­łych zę­bów. Na­zy­wała się Anna Kru­ger i w jego oce­nie była ładną ko­bietą.

- Miała za­le­d­wie dwa­dzie­ścia lat, gdy zmarła - stwier­dził.

- Bar­dziej mnie in­te­re­suje, co ta­kiego się stało, kiedy już nie żyła - po­wie­działa Tur­kot. - Zwłasz­cza, co stało się tej nocy.

* * *

Ha­lo­geny na sta­ty­wach rzu­cały plamę ja­skra­wego świa­tła na dziurę w ziemi. W jej kręgu le­żały ludz­kie szczątki. Wieko trumny znik­nęło; roz­ło­żył je czas. Mię­dzy ko­śćmi wa­lały się je­dy­nie jego frag­menty.

- My­śla­łam, że znaj­dziemy zwłoki na­puch­nięte i pełne ro­bali. - W głębi du­szy pod­ko­mi­sarz Tur­kot cie­szyła się, że stało się ina­czej.

Feu­sette wie­dział, że roz­kład ciała w gro­bie wciąż sta­no­wił te­mat tabu. Nie można było wpa­ko­wać mar­twego czło­wieka do trumny, za­ko­pać i ob­ser­wo­wać roz­kładu, jak ro­biono to na przy­kład na tru­pich far­mach w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W Pol­sce taką prak­tykę na­zy­wano zbez­czesz­cze­niem. Na szczę­ście przy każ­dym no­wym przy­padku an­tro­po­lo­dzy są­dowi za­glą­dali co­raz głę­biej za kur­tynę śmierci.

- Za­kła­damy, że po dzie­się­ciu la­tach po­winno dojść do ze­szkie­le­to­wa­nia - wy­ja­śnił. - Trumna to nie kap­suła. Z cza­sem drewno też się roz­kłada i wpusz­cza do wnę­trza zie­mię, a z nią całą masę ro­ba­ków.

- I tyle w te­ma­cie wiecz­nego od­po­czynku. - Tur­kot wsa­dziła ręce w kie­szeń.

Feu­sette się za­śmiał, cho­ciaż wie­dział, że nie była to od­po­wied­nia sy­tu­acja.

- Ale za­nim do­padną nas ne­kro­fagi, pierw­szym wro­giem jest na­sze wła­sne ciało - cią­gnął. Czer­pał dziwną przy­jem­ność z tego, jak na jego wy­ja­śnie­nia re­ago­wali lu­dzie. - Kiedy sys­tem od­por­no­ściowy prze­staje dzia­łać, mi­liardy bak­te­rii, które po­ma­gały tra­wić po­ży­wie­nie, za­czy­nają zja­dać nas od środka. Ucztę roz­po­czy­nają od je­lit, przez brzuch, aż zajmą się wszyst­kimi or­ga­nami we­wnętrz­nymi. Na­stęp­nie ko­mórki po­zba­wione tlenu pę­kają, a z ciała wy­le­wają się płyny ustro­jowe, czyli cuch­nąca, tłu­sta, my­dlana sub­stan­cja. Na­zy­wamy ją tru­pim wo­skiem.

Pod­ko­mi­sarz skrzy­wiła twarz, jakby spró­bo­wała cy­tryny.

- Śmierć jest prze­je­bana.

- I jest je­dyną pewną rze­czą na tym świe­cie - skwi­to­wał Feu­sette.

- No do­brze, ale nikt mi nie po­wie, że tak ukła­dają się ludz­kie szczątki. - Wska­zała pal­cem na dziurę. Czaszka, która po­winna znaj­do­wać się u wez­gło­wia trumny, le­żała mię­dzy ko­śćmi koń­czyn dol­nych. - Może mi to pan wy­ja­śnić, dok­to­rze?

- Zda­rza się, że kiedy zwłoki są roz­dzie­lone, za­kłady po­grze­bowe przy­szy­wają do tu­ło­wia głowy, które pod­czas trans­portu mogą po­tur­lać się wzdłuż trumny.

- Nie są­dzę, żeby zro­bili coś ta­kiego.

Cho­dziło jej o coś, co przy­kuło uwagę Feu­sette'a, gdy po­ka­zała mu zdję­cie na sali wy­kła­do­wej. Mię­dzy że­bra de­natki wbito pio­nowo dwie ko­ści. Jedna znaj­do­wała się po pra­wej stro­nie, mię­dzy trze­cim a czwar­tym że­brem, druga zaś tam, gdzie nie­gdyś biło serce Anny Kru­ger.

- Czemu te ko­ści wy­stają jak kołki?

- Szcze­rze mó­wiąc - od­parł - pierw­szy raz wi­dzę coś ta­kiego.

Feu­sette uklęk­nął na kra­wę­dzi grobu, po czym schy­lił się do jego wnę­trza, aby wy­cią­gnąć jedną z wy­sta­ją­cych ko­ści. Po­tem na po­wrót sta­nął na pro­ste nogi.

- Ta kość zo­stała wbita nie­dawno, więc my­ślę, że mógł być to sprawca - od­parł, po czym za­wie­sił wzrok na czymś o wiele bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cym. - Wi­dzi to pani pod­ko­mi­sarz?

- Kość jest za­ostrzona na końcu. - Tur­kot po­pra­wiła oku­lary i scho­wała ręce w kie­sze­nie spodni. - Przy­po­mina ko­łek na wam­piry.

- Wła­śnie.

- Ale prze­cież to ludzka kość - sko­men­to­wała za­sko­czona.

Feu­sette za­du­mał się na chwilę. Po­my­ślał o pra­daw­nych za­bie­gach, które wy­ko­rzy­sty­wano, aby zmarły nie mógł wró­cić po śmierci i mę­czyć ży­wych.

Tur­kot wy­da­wała się sko­ło­wana.

- Po co ktoś wbija kołki w przy­pad­kowe szczątki?

Feu­sette spoj­rzał na nią po­sęp­nym wzro­kiem.

- To nie przy­pa­dek, pani pod­ko­mi­sarz. To, co wi­dzimy, zo­stało za­pla­no­wane.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki