Strzeż sie damy. Trylogia Tudorów. Tom 3 - Elizabeth Fremantle

Kup ebooka

42.00 zł
33.60 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Październik 1589

Leicester House, Strand

Ściekający wosk skwierczy, wydzielając gryzącą woń. Penelope przyciska pieczęć, lekko ją przekręcając, aby odcisk był nieczytelny. Zastanawia się, czy to - ten list - jest szaleństwem, czy może być uznany za zdradę, jeśli wpadnie w niepowołane ręce.

- Czy myślisz... - zwraca się do Constable'a, który stoi przy jej ramieniu.

- Myślę, że podejmujesz zbyt duże ryzyko.

- Muszę zadbać o przyszłość mojej rodziny. Wiesz równie dobrze jak ja, że królowa nie jest już młódką. Gdyby... - Penelope milknie i rozgląda się po komnacie, choć oboje wiedzą, że są sami, bo przecież sprawdzali nawet za zasłonami, czy nie czai się tam jakiś przekupiony sługa, gotów sprzedawać skrawki informacji. - Dokonywano na nią zamachów, a jeszcze nie wyznaczyła następcy. Gdyby któryś nie został udaremniony... - Jej głos jest zniżony do najcichszego szeptu. Nie musi mówić, że na koronie Elżbiety skupiają się oczy całej Europy. - Devereux potrzebują zdeklarowanego sojusznika.

- A Jakub ze Szkocji jest najsilniejszym pretendentem do angielskiego tronu.

- Niektórzy tak twierdzą. - Penelope stanowczo ucina dyskusję. Constable nie zdaje sobie sprawy, że omawiała tę kwestię w nieskończoność z bratem i matką, która zna się na dyplomacji lepiej niż oni wszyscy razem wzięci. - Robię to dla Essexa, nie dla siebie. To mój brat potrzebuje potężnych sojuszników. - Podaje mu list, przez chwilę patrząc mu w oczy.

Constable wodzi palcami po papierze, jakby to była skóra kochanki.

- Lecz jeśli wpadnie w niepowołane ręce... - zaczyna.

Z pewnością myśli o Robercie Cecilu, synu Lorda Skarbnika Burghleya, o człowieku trzymającym ster Anglii. Cecil wtrąca się do wszystkiego.

Penelope z półuśmiechem podchwytuje spojrzenie Constable'a.

- Przecież to tylko przyjacielski list, wyciągnięta dłoń. I pochodzi od zwykłej kobiety. - Delikatnie przykłada rękę do piersi i szeroko otwiera oczy, jakby chciała powiedzieć, że przecież słowa kobiety nie mają żadnego znaczenia. - Tajna korespondencja z zagranicznym monarchą może narazić Essexa na kłopoty, ale list od kogoś takiego jak ja... - Skłania głowę w udawanej pokorze. - Och, myślę, że ujdzie mi to na sucho.

Constable się śmieje.

- Od zwykłej kobiety? Nikt nawet nie zwróci uwagi.

Penelope pokłada w Bogu nadzieję, że to prawda.

- Jesteś pewien, że chcesz się podjąć tej misji?

- Nic nie sprawi mi większej przyjemności niż służenie tobie, pani.

Penelope w to nie wątpi. Constable napisał dla niej prawie sto poematów, zresztą nie on jedyny. Essex niczym magnes przyciąga poetów i myślicieli: skupiają się wokół niego jak opiłki żelaza, licząc na jego patronat, i są gotowi zrobić wszystko, by zyskać jego przychylność. Wierzą, że schlebiając jego siostrze, pomogą swojej sprawie. Zdumiewa ją ironia, że mimo wszystkich tych wierszy sławiących jej piękno, bezustannie powtarzających te same figury retoryczne - czarne rozgwieżdżone oczy, włosy jak złota przędza, słowiczy głos, alabastrowa skóra - mężczyzna, który jest jej mężem, nie czuje do niej nic prócz wstrętu. Piękno może inspiruje do pisania ładnych sonetów, ale jest cienkie jak skorupka jajka i równie kruche; nie mówi o tym, co jest w środku.

- Przekażesz go królowi Jakubowi do rąk własnych.

Jest świadoma niebezpieczeństwa, jakie może ściągnąć na Constable'a tą tajną misją, ale on także. Penelope niemal słyszy, jak mężczyzna posapuje z gorliwości. Poza tym nieobce mu szpiegostwo.

- Ale... - zaczyna Constable i milknie z wahaniem. - Jaką mam pewność, że król mnie przyjmie?

- Jesteś poetą, posłuż się swoim aksamitnym językiem. Moja pieczęć otworzy ci drogę do królewskich prywatnych komnat. - Penelope ujmuje jego rękę i składa sygnet na otwartej dłoni. - Jestem przecież siostrą najbardziej lubianego hrabiego Anglii i daleką kuzynką królowej, a to chyba coś znaczy, prawda? - mówi, mimo woli ostrym tonem.

Constable ma zakłopotaną minę, jakby poczuł się skarcony, więc Penelope uśmiecha się do niego.

- Trzymaj sygnet i list osobno. I daj mu to jako kolejny dowód. - Otwiera stojącą na biurku pozłacaną szkatułkę i wyjmuje z niej miniaturowy portret.

Mężczyzna przygląda mu się przez chwilę nieco szklistym wzrokiem.

- Hilliard nie oddał ci sprawiedliwości - odzywa się po chwili. - Jesteś znacznie piękniejsza.

- Ha! - parska Penelope z zamaszystym gestem. - Piękny jest ten, kto piękno czyni. Dla mnie wygląda dostatecznie dobrze, by spełnić swoją funkcję. - Patrzy, jak Constable ostrożnie wsuwa miniaturkę w zanadrze dubletu, wraz z listem.

Jej spaniel, Spero, zaczyna szczekać i drapie w drzwi. Słyszą brzęk bramy dziedzińca, a zaraz potem tętent kopyt na bruku i gorączkowe krzyki. Szybko podchodzą do okna i w tej samej chwili drzwi się otwierają. Do komnaty wpada towarzyszka Penelope, Jeanne, zarumieniona i bez tchu.

- Chodź, twój brat został ranny.

Francuski akcent z miękkim seplenieniem sprawia, że sens tych słów dociera do Penelope dopiero po jakimś czasie.

- Co się stało?! - Panika wzbiera w jej piersi jak mleko w postawionym na ogniu rondelku. Penelope oddycha głęboko, by nad nią zapanować.

- Meyrick powiedział, że to był pojedynek. - Twarz Jeanne jest popielata.

- Jest bardzo źle?

Dziewczyna w milczeniu kręci głową. Penelope chwyta ją za łokieć, a drugą ręką zbiera spódnicę, wołając do Constable'a, który jest już w połowie schodów:

- Poślij po doktora Lopeza!

- Jeśli jest ranny, z pewnością potrzebny będzie chirurg - zauważa Constable.

- Ufam Lopezowi. On będzie wiedział, co robić.

Docierają do holu, gdy wchodzi Essex, podtrzymywany przez dwóch swoich ludzi. Zwalisty lojalny Meyrick występuje naprzód, z troską wypisaną na piegowatej twarzy, z oczami rozbieganymi pod niewidzialnymi rzęsami. Odgarnia dłonią włosy; ma na niej smugę zaschniętej krwi.

- Miska gorącej wody - rzuca Penelope do służących, które stoją w gromadce i tylko się gapią. Widzi, że Jeanne drży, nie mogąc znieść widoku krwi, więc wysyła ją do pralni, aby darła tam płótno na szarpie.

Essex zgrzyta zębami, gdy podciągają go na stół; siada na nim odchylony i wsparty na łokciach, nie chcąc się położyć.

- To tylko draśnięcie - syczy, ściągając pelerynę z nogi.

Penelope widzi na udzie brata ranę i krew, która poplamiła białe jedwabne pończochy aż do buta.

- Meyrick, daj nóż - mówi do jego człowieka.

Meyrick spogląda na nią z ukosa.

- Żeby rozciąć pończochy - wyjaśnia Penelope. - Co ci chodziło po głowie? - Powściąga ostry ton, który wziął się nie wiadomo skąd. - Pomóż mi z butami.

Oburącz chwyta obcas i ostrożnie ściąga but ze stopy brata, podczas gdy Meyrick zajmuje się drugim. Penelope bierze nóż i delikatnie odciąga zakrwawiony jedwab od rany. Pończocha przywiera tam, gdzie krew zdążyła zakrzepnąć. Essex krzywi się i odwraca głowę. Jego siostra wsuwa czubek noża w rozdarcie i tnie pończochę od uda do kolana, w pełni odsłaniając obrażenia.

- Nie jest tak źle, jak się obawiałam. Rana nie jest głęboka. Przeżyjesz. - Całuje go lekko w policzek, dopiero teraz rozumiejąc, jak wielki kamień spadł jej z serca.

Służąca stawia obok niej miskę z parującą wodą i podaje czystą muślinową ściereczkę.

- Ten hultaj Blount - syczy Essex.

- Kto kogo wyzwał? - pyta Penelope, wiedząc, że to wybuchowy temperament brata sprowokował zatarg.

Delikatnie ociera ranę. Krew jest zaskakująco jasna i nie przestaje płynąć, ale Penelope widzi, że nie doszło do poważnych uszkodzeń. Cal dalej w kierunku pachwiny, gdzie naczynia gromadzą się blisko powierzchni, a byłoby zupełnie inaczej.

- To wina Blounta. - Ton jej brata brzmi opryskliwie.

Parę razy widziała na dworze Charlesa Blounta z daleka. Sprawiał wrażenie ostrożnego i roztropnego. Jest też urodziwy, przynajmniej na tyle, by konkurować z Essexem w oczach dwórek królowej - i co najważniejsze, samej Elżbiety. Słyszała, że zyskał jej pewną przychylność, a doskonale zna brata i wie, że chce być jedyną gwiazdą na firmamencie królowej.

- On zaczął! - woła Essex.

- Masz dwadzieścia trzy lata, nie trzynaście, Robinie. - Jej głos jest teraz czuły. - Twój temperament wpędzi cię w poważne kłopoty. - Jest od niego starsza tylko o niespełna trzy lata, ale zawsze czuła się o wiele dojrzalsza. Zdaje sobie sprawę, że oburza go przegrana w tym nierozważnym pojedynku, bo uważa się za najlepszego szermierza w kraju. Chce mu powiedzieć, że ma szczęście, iż wyszedł z tego bez większego szwanku, ale się powstrzymuje. - Królowa się o tym dowie. Nie będzie zadowolona.

- Kto jej doniesie?

Penelope nie odpowiada. Oboje wiedzą, że nigdzie w Europie nie sposób kichnąć, żeby Robert Cecil się o tym nie dowiedział i nie powiadomił królowej, zanim kichający zdąży wyjąć chusteczkę.

- Czeka cię parę dni odpoczynku - mówi Penelope, płucząc szmatkę w misce. Krew różowi przejrzystą wodę. - I co najmniej na tydzień musisz wyrzec się swoich miłosnych intryg.

Ich spojrzenia spotykają się w niemym rozbawieniu, gdy Essex wyjmuje z kieszeni fajkę i zaczyna nabijać ją tytoniem.

Przybywa doktor Lopez i po krótkiej wymianie uprzejmości zabiera się do pracy. Wsypuje do rany miarkę białego proszku - "dla zatamowania krwotoku", wyjaśnia - i podaje Essexowi drewienko do zagryzienia.

Ranny odmawia, prosi Meyricka o zapalenie fajki i mówi, że woli, by rozproszył go śpiew siostry. Penelope zaczyna nucić, gdy Lopez nawleka igłę kawałkiem katgutu. Essex wydmuchuje smużki dymu przez nozdrza i wydaje się nieporuszony, kiedy igła wsuwa się i wysuwa, ściągając brzegi rany.

- Twój talent dorównuje umiejętnościom hafciarek królowej - mówi Penelope, podziwiając schludne szwy.

- Rozwinąłem go na polu bitwy, pani. - Lopez po ojcowsku kładzie dłoń na jej plecach i odchodzi z nią kilka kroków na bok. Jest coś szczerego w jego krótko przystrzyżonych włosach i brodzie, którym wiek nadał barwę stali, i uśmiechu sięgającym aż do zmarszczek pod oczami. - Dopilnuj, pani, by odpoczywał, i noga niech leży wyżej.

- Zrobię, co w mojej mocy. Wiesz, jaki on jest. - Penelope milknie, a po chwili dodaje: - I...

- Możesz liczyć na moją dyskrecję, pani - mówi Lopez, jakby czytał w jej myślach.

- Jestem wdzięczna, doktorze.

Nie po raz pierwszy Penelope czuje wdzięczność dla Lopeza. Gdyby nie on, mogłaby stracić pierwsze dziecko.

Później gromadzą się przy kominku i słuchają, jak Constable deklamuje nowy poemat.

Przy mojej pani wnet róża się płoni

Stropiona ust jej czerwienią widoku.

Śnieżna cna lilia z zazdrością w oku

Spogląda na biel jej powabnych dłoni.

Penelope myśli o liście do króla Jakuba, schowanym w zanadrzu jego dubletu, i wyobraża sobie, jak Constable jedzie Wielkim Północnym Traktem, aby go dostarczyć. Przebiega ją dreszcz zabarwionego strachem podniecenia na myśl o tym śmiałym ruchu.

- Pomyliło ci się, Constable - odzywa się Essex, siedząc z nogą opartą na stołku. - Powinno być ust jej czerwieni widokiem.

- Nie dokuczaj mu - rzuca Penelope. - Robi to dla rymu. Wiersz jest uroczy. - Mruga do poety.

- Czarujący - dodaje Jeanne i na chwilę odrywa spojrzenie od robótki, zastygając z igłą w palcach.

Ma delikatne dłonie, małe jak u dziecka, i pasującą do nich figurę. Obie kobiety wyszywają rząd malw na rąbku koszuli; zaczęły z przeciwnych stron i planowały spotkać się pośrodku, ale Penelope nie może się skupić; jej igła zwisa bezczynnie na nitce. Słowa Essexa uciszyły biednego poetę, tak że teraz stoi niezgrabnie, nie wiedząc, czy recytować dalej. Dziwne, że jest taki wrażliwy, myśli Penelope, pamiętając, że przez dłuższy czas służył jako emisariusz Walsinghama. A przecież przynależność do siatki szpiegowskiej wymaga siły charakteru.

- Z przyjemnością posłuchamy do końca - zachęca go, rozproszona przez Meyricka, który wszedł do komnaty i podał Essexowi list opatrzony czymś, co wygląda na pieczęć królewską.

Constable odchrząkuje i zerka na hrabiego, gdy ten łamie pieczęć.

Nagietek kornie jasną główkę kłoni,

Oślepły słońcem jej piękna o zmroku.

Penelope przestała słuchać i patrzy, jak krew przyciemnia policzki brata. Essex mnie papier i wrzuca go do ognia.

- Mam zakaz wstępu na dwór - mruczy pod nosem. - Nieposłuszeństwo. Ha! Uznała, że nadszedł czas, by ktoś nauczył mnie manier.

- Kilka tygodni z dala od dworu wyjdzie ci na dobre - mówi Meyrick. - Nie powinieneś obnosić się z tą raną. Ludzie mogliby się z ciebie naśmiewać.

Jak dobrze Meyrick radzi sobie z moim bratem, myśli Penelope. Ale przecież byli sobie bliscy już w dzieciństwie.

Essex wzdycha z rezygnacją.

Fiołek purpurę czerpie świeżą z soku

Krwi, którą rana w sercu moim roni.

Paź wsunął głowę do komnaty i przywołuje Meyricka. Ten podchodzi, wysłuchuje chłopca, po czym wraca do hrabiego i szeptem przekazuje mu wiadomość.

- Blount! - wykrzykuje Essex. - Za kogo ten czort się uważa, że przychodzi tutaj?

Penelope unosi rękę, prosząc Constable'a, by przerwał recytację, i zwraca się do brata:

- Spodziewam się, że przyszedł złożyć ci wyrazy uznania i sprawdzić, czy doszedłeś do siebie. Jestem pewna, że robi to z szacunku.

- Z szacunku? Ten człowiek nie zna czegoś takiego.

Meyrick stanowczo kładzie dużą dłoń na ramieniu Essexa.

- Ja się nim zajmę.

Penelope widzi, jak napinają się grube mięśnie jego karku, i dostrzega błysk brutalności w tych oczach z niewidzialnymi rzęsami.

- Powinieneś się z nim zobaczyć, Robinie - mówi z naciskiem. Essex strąca rękę Meyricka i zaczyna dźwigać się z krzesła. - Co robisz? Musisz trzymać tę nogę w górze.

- Jeżeli mam przyjąć szubrawca, nie dam mu satysfakcji, pokazując się na leżąco jak tchórzliwy baran. - Kuśtyka, żeby stanąć obok wielkiego portretu hrabiego Leicestera, jakby chciał zaczerpnąć sił od swojego znamienitego ojczyma. Ustawia się, z jedną ręką w górze, palcami dotykając złoconej ramy. Jego oczy płoną, co budzi niepokój w sercu Penelope; wiele razy widziała już to spojrzenie i często oznaczało początek napadu głębokiej melancholii. Oto Essex: dziki ogień lub serce ciężkie jak z ołowiu, ale nic pomiędzy. - Przyślij tu łajdaka.

Gdy Meyrick wychodzi z komnaty, by sprowadzić Blounta, Penelope widzi, że nie zmył jeszcze plamy krwi z ręki.

Blount zaraz po wejściu pada na kolano i zdejmuje kapelusz.

- Wybacz, hrabio, jeśli zakłócam twój spokój, ale przychodzę cię pozdrowić i zwrócić twój miecz.

- Mój miecz?

- Zostawiono go na miejscu zdarzenia, hrabio.

- Więc gdzie jest?

- Mój człowiek na zewnątrz go ma. Uznałem, że przychodzenie z bronią do twojej komnaty byłoby niestosowne.

- Obawiałeś się, że może doprowadzić do kolejnej sprzeczki? - pyta Essex, po czym niechętnie dodaje: - Postąpiłeś właściwie, Blount.

- A co do pojedynku, to moje ostrze cięło cię czystym trafem - oznajmia Blount. - Miałeś, hrabio, przewagę. To ja powinienem odnieść rany.

Penelope łapie się na tym, że wciąż na niego patrzy. Szybko odwraca wzrok, bierze igłę i zajmuje się robótką.

- Wstawaj, człowieku - mówi Essex. - Nie musisz klękać przede mną.

Penelope dostrzega cień uśmiechu w kąciku ust brata. Dobrze wie, jak bardzo Essex lubi, gdy okazuje mu się pokorę.

- Poczęstuj winem naszego gościa. Ja też się napiję.

Meyrick bierze dzban i napełnia winem dwa kubki, jeden podaje swojemu panu, a drugi Blountowi.

- Pax? - pyta Blount, podnosząc kubek.

- Pax - odpowiada Essex mniej chętnie niż tamten, ale według zasad etykiety odtrącenie rycerskiego gestu Blounta oznaczałoby kolejny pojedynek.

Penelope skierowała spojrzenie z powrotem na Blounta i przygląda się aureoli ciemnych jak u Araba włosów, doskonałym proporcjom twarzy i ciepłym ciemnym oczom. Jest bardziej urodziwy, niż sądziła. Ma płaski koronkowy kołnierzyk, a nie kryzę, i skromny atłasowy dublet z rozcięciami. Najwidoczniej starannie wybrał strój, by nie przyćmić Essexa. Jest zatem także dyplomatą. Zwisający z lewego ucha kolczyk dodaje mu odrobiny ekstrawagancji. Penelope sądzi, że ten człowiek może być dobrym sprzymierzeńcem dla jej brata, i notuje sobie w pamięci, by później porozmawiać o tym z Essexem, przekonać go, że nie tacy ludzie są jego wrogami. Brat musi wystrzegać się tych pokroju Cecila i Ralegha, którzy mają potężnych sojuszników i posłuch u królowej i marzą o wysadzeniu go z siodła. Poza tym chciałaby częściej widywać Blounta w Essex House. Właśnie na nią spogląda i Penelope oblewa się rumieńcem, jakby mógł odgadnąć jej myśli.

- Znasz moją siostrę? - pyta Essex.

- Jestem ogromnie zaszczycony, mogąc poznać osobę, która inspiruje poetów. - Blount znów klęka i sięga po jej rękę.

Penelope zastanawia się, czy ten mężczyzna nie roztacza trochę zbyt gęsto uroku, którego wyraźnie ma pod dostatkiem. Rozumie, dlaczego królowa go faworyzuje. Kiedy jednak podnosi na nią wzrok, nie może doszukać się w jego oczach niczego prócz szczerości.

- Sonety Sidneya nie mają sobie równych, pani. Niejeden raz wprawiły mnie w uniesienie.

- A dlaczego sądzisz, że jestem tematem wierszy sir Philipa?

Często rozmyślała nad sławą, która otacza muzę wielkiego poety, i o tym, jak mała jest w tym zasługa samej muzy, a jak wielka poety. Czym zresztą jest muza? - zadawała sobie wiele razy pytanie. Nie więcej niż fantazją.

Jej brat się śmieje.

- Wszyscy wiedzą, że to ty jesteś Stellą.

- Stworzywszy główne dzieło, piękne oczy Stelli, Natura im przydała jasności promienie - recytuje cicho Blount. - Rozpoznaję ciebie w jego strofach, pani.

- To jest prawdziwa poezja - wtrąca Essex.

Jego słowa sprawiają, że biedny Constable nerwowo przestępuje z nogi na nogę.

- Nikt nie dorównuje Sidneyowi - mamrocze zakłopotany.

- Wystarczy - ucina Essex. - Meyrick, przynieś mój miecz. Dostałem go zresztą od Sidneya.

- I sir Philip z pewnością nie chciał, żebyś używał go do pojedynków - wtrąca Penelope, próbując zachować wesołość, ale rozmowa o Sidneyu przywołała bolesne wspomnienia.

Na przekór sobie wraca myślą do dziewczyny, którą była osiem lat temu. Wspomina, jak przybyła na dwór, wyobrażając sobie, że będą tam tylko radosne przygody i romanse. Kobieta, którą jest teraz, powściągliwa, skryta, obeznana w polityce, różni się od tamtej dziewczyny jak jajko od ostrygi.

Listopad 1589

Theobalds, hrabstwo Hertford

Mężczyzna ściąga czapkę i garbi się w ukłonie, śmigając wzrokiem na boki, co upodabnia go do gryzonia. Najwyraźniej przyszedł prosto z drogi, bo jest zbryzgany błotem do pasa, a ramiona ma ciemne od wilgoci.

Cecil przygląda mu się zza biurka, na którym porządkuje swoje rzeczy: kałamarze dokładnie cal jeden od drugiego, księgi ułożone od największej do najmniejszej. Na koniec obraca pióra w słoiku w taki sposób, żeby wszystkie były skierowane w tę samą stronę. Siedzi plecami do okna, więc trudno dostrzec jego rysy. Specjalnie kazał w ten sposób ustawić biurko, aby mieć przewagę nad gośćmi. Doskonale zdaje sobie sprawę, że jego postać nie jest wystarczająco imponująca do pracy, do której został powołany, ale przez lata nauczył się różnych sztuczek, by zrekompensować ten brak.

- Zamknij drzwi - rzuca.

Przybysz spełnia polecenie.

- Mam nadzieję, że nikt cię nie widział. - Cecil wskazuje mu miejsce naprzeciwko.

Deszcz musiał ustać, bo snop jasnego południowego słońca pada na twarz mężczyzny, tak że ten unosi rękę i osłania oczy.

- Nie, panie, dołożyłem wszelkich starań, by się upewnić, że nikt mnie nie śledzi. Zmieniłem konie w Ware, stamtąd pojechałem Londyńskim Traktem i zawróciłem...

- Nie potrzebuję szczegółów - przerywa mu Cecil, zauważając, że mężczyzna ściska w garści czapkę z taką siłą, jakby od niej zależało jego życie. - Mam nadzieję, że Walsingham nie wie o naszym spotkaniu.

- Sądziłem, że Walsingham jest z nami.

- Posłuchaj: nie ma żadnych "z nami" ani "przeciwko nam". Po prostu chcę mieć pewność, że wiem, co się dzieje. Obaj z ojcem służymy interesom królowej, a to wymaga... - Cecil zawiesza głos, obracając pierścień, aby duży szmaragd znalazł się na zewnątrz - najwyższej dyskrecji.

- Oczywiście, panie.

- Otóż dałeś w liście do zrozumienia, że na szkockim dworze coś się dzieje. Czy małżeństwo króla z duńską księżniczką zostało należycie przypieczętowane? Nie było problemów ze... - odchrząkuje - skonsumowaniem?

Skłonności Jakuba ze Szkocji do młodych mężczyzn nie są tajemnicą i Cecil czasem myślał, że właśnie one mogą dogodnie pozbawić go prawa do tronu angielskiego. Są inni kandydaci do korony, których wraz z ojcem ma na oku - tacy, którzy mogą być bardziej ulegli.

Zauważa, że mężczyzna pilnie wpatruje się w jego dłonie, więc chowa je przed nim, krzyżując ręce na piersi. Dłonie Cecila są małe, z brzydkimi żabimi palcami; zawsze uważał, że robią złe wrażenie. Jako młodzieniec tęsknił za dłońmi zdatnymi do władania mieczem, jak te hrabiego Essexa.

- Nie, panie. Wszystko wskazuje, że odbyło się to tak, jak powinno. Księżniczka, a właściwie teraz, jak sądzę, już królowa, wydaje się zadurzona. Na własne oczy widziałem zakrwawione prześcieradło.

- Więc wybrałeś się do Oslo na ślub? - Cecil jest pod wrażeniem tej wieści i ciekawi go, jak temu szczurkowi, który nie grzeszy wdziękiem, udało się wkręcić na królewską ucztę weselną.

- Tak, dołączyłem do...

- Wiem - ucina Cecil. Nie wie, ale zdaje sobie sprawę, że jeśli wpoi temu człowiekowi przekonanie, że jest obserwowany, tym bardziej będzie się starać.

- Jest jeszcze inna sprawa. - Mężczyzna pochylił się i mówi teraz bardzo cicho.

- Inna sprawa... - Cecil analizuje możliwości. - Dotycząca?

- Dotycząca siostry Essexa.

Cecil nie jest w stanie ukryć zaskoczenia. Nie lubi być zaskakiwany informacjami o sprawach, co do których nie miał nawet przeczucia.

- Co ona ma wspólnego z Jakubem ze Szkocji?

- Podjęła kroki. Napisała do króla listy z deklaracją przyjaźni.

- Przyjaźni?

- Może być to bardziej skomplikowane. Używała zaszyfrowanych nazwisk.

To jeszcze podsyca ciekawość Cecila.

- Kontynuuj.

- Ma kwiecisty styl, ale ogólne wrażenie, jakie odniosłem... a musisz, panie, wiedzieć, że przez chwilę miałem te listy w ręce... w każdym razie odniosłem wrażenie, że sugerowała, iż gdyby doszło co do czego... takich właśnie słów użyła, gdyby doszło co do czego, Jakub może liczyć na jej poparcie, a co za tym idzie, także poparcie jej brata.

- Wygląda to na głupiutkie gierki. - Cecil udaje nonszalancję i stara się zachować spokój, ale czuje ciarki na skórze. Wyobraża sobie siebie jako ogara, który właśnie zwietrzył jelenia. - Przypuszczam, że dalej też wyrażała się niejasno?

- Jeśli chodzi ci, panie, o to, że obciążyła siebie, wspominając o śmierci naszej monarchini, to nie.

Ale używanie pseudonimów wskazuje na coś potajemnego, myśli Cecil.

- A kto był jej posłańcem?

- Poeta Henry Constable, panie.

- Ach, Constable... Kiedyś pracował dla mnie. Poeci zlatują się do tej damy jak muchy do brudu. To dla mnie zagadka. Zrobił to z miłości, jak sądzę. - Cecil nawet nie próbuje ukryć pogardy.

Sam nie jest człowiekiem skłonnym do miłości. Ale też jest nieszczery, bo poza oczywistym pięknem ta lady Penelope Devereux ma coś, co robi na nim wrażenie. Obserwował ją przez lata; są w tym samym wieku i razem wzrastali na dworze. To kobieta obdarzona niebywałą intuicją, dzięki której zawsze znajduje się we właściwym miejscu we właściwym czasie, i cechuje ją pragmatyzm, częściej spotykany u mężczyzn. Byłaby ideałem, gdyby nie ten jej brat, Essex.

Cecila irytuje sama myśl o nim. Po śmierci pierwszego hrabiego chłopiec wychowywał się w domu Cecilów. Pamięta przybycie młodego Devereux, jak ten zeskoczył z siodła, zanim koń się zatrzymał. Essex ledwie spojrzał na Cecila, który - choć starszy o ponad dwa lata - był o połowę od niego mniejszy i garbaty jak mostek nad strumieniem.

Ojciec przykazał Cecilowi, aby nie zadzierał z tą kukułką w ich gnieździe, i wyjaśnił, że w żyłach Essexa płynie królewska krew. Nie tylko w czterech prostych liniach od Edwarda III, ale także krew Tudorów - powiadano, że prababka Essexa, ta dziwka Mary Boleyn, urodziła Henrykowi VIII dziecko: lady Knollys, babkę Essexa. Ojciec Cecila dowiedział się o tym od swojego ojca, który był Wielkim Szatnym i cieszył się zaufaniem króla. "Gdy królewska krew z dwóch źródeł płynie do jednego syna, może to oznaczać niebezpieczeństwo - powiedział. - Staraj się więc pozyskać jego względy, ale miej go na oku".

Cecil obserwował Essexa i widział, jak ten owija się wokół królowej niczym winorośl; widział, jak przy nim Elżbieta łagodnieje i faworyzuje go jak nikogo od śmierci Leicestera. Plotkarze twierdzą, że Essex jest jej kochankiem, Cecil jednak wie lepiej: Essex nie jest jej partnerem do łóżka, lecz synem, którego Elżbieta nigdy nie będzie miała, a matka pobłaża synowi w tym, czego nie wybaczyłaby kochankowi.

Ale nie może wymazać myśli o jego siostrze. Wspomina, jak po raz pierwszy zobaczył Penelope Devereux, w dniu, kiedy została przedstawiona na dworze. Jak jej uroda zaparła mu dech w piersi. Całymi miesiącami nie mógł myśleć o niczym innym, a nocami zabawiał się ze sobą, gdy jej obraz przelatywał mu przez głowę. Uśmiechnęła się do niego tamtego dnia. Pamiętał, jakby to było wczoraj, swój żenujący, pulsujący rumieniec wywołany przez ten uśmiech - uśmiech, który rozjaśniłby mroki piekła. Uśmiechała się, podczas gdy wszystkie inne znane mu panny patrzyły na niego z ledwie skrywanym obrzydzeniem. Od tamtej pory podziwiał coś więcej niż ten wielkoduszny uśmiech, ponieważ za słynnym wdziękiem lady Penelope Devereux kryła się ogromna przenikliwość. Niektórzy mogliby uznać to za cechę niebezpieczną u kobiety.

Styczeń 1581

Whitehall

Podczas przymiarki suknia, którą miała włożyć na powitanie królowej, wydawała się nieskończenie piękna, ale tam, na długiej galerii w Whitehall, przekształciła się w coś niewłaściwego - zbyt prostego, zbyt purytańskiego.

Kiedy szły, hrabina udzielała instrukcji.

- Klęcz, póki nie wskaże, że możesz wstać. Nie gap się. Nie odzywaj się, dopóki cię nie poprosi.

Penelope chciała się zatrzymać i posłuchać śpiewu dobiegającego z kaplicy, w której ćwiczył chór. Modliły się tam wczoraj po podróży i czuła, jak muzyka wnika w nią głęboko, rozprzestrzenia się, aż nie mogła już poznać, gdzie ona sama się zaczyna, a gdzie kończy. Nigdy nie słyszała takiego chóru. Czterdzieści głosów - policzyła - każdy śpiewający inną partię, ale stopione w jedność. To musi być dźwięk niebios, bo nic na ziemi nie może tak szczelnie otulić ci serca, aż wzdychasz z czystej radości. Hrabiostwo Huntingdonowie nie pozwalali na muzykę w swojej kaplicy; mówili, że odwraca uwagę od kontemplacji i obcowania z Panem.

- Nie guzdraj się, Penelope. - Hrabina zacisnęła rękę na jej nadgarstku tak mocno, że dziewczyna bała się, że zostaną siniaki.

Szły szybko wzdłuż szeregu portretów, zbyt szybko, by Penelope mogła zobaczyć, czy są wśród nich wizerunki jej bliskich. Hrabina powarkiwała na guzdrałów, aby się rozstąpili. Penelope nigdy nie widziała takich sukni, ze szpiczastymi bawetami haftowanymi w kwiaty i ptaki, ze spódnicami rozdętymi tak szeroko, że zagradzały przejście. Niektóre kobiety miały na ramionach delikatne jak pajęczyna, zakrzywiające się za głową siatki, podobne do skrzydeł ważek. Chciała przyjrzeć im się z bliska, ciekawa, czy podtrzymuje je drut, czy magia. Hrabina preferowała skromny przyodziewek i ciemnozielona aksamitna suknia Penelope była tego dowodem. Choć doskonale skrojona, nijak się miała do wspaniałości innych strojów i nawet szkarłatne atłasowe rękawy - zachwycające kilka godzin temu - nie czyniły jej mniej burą. "Pan nie pochwala przesadnych zbytków", mawiała opiekunka Penelope.

W tej chwili dziewczyna z chęcią zamieniłaby wiszący u jej paska modlitewnik na kwiecisty bawet, skrzydła ważki i wysadzany klejnotami wachlarz z piór.

- Nie witaj nikogo, chyba że zostaniesz do tego zachęcona. Będą tam twoi wujowie, twój ojczym - to słowo hrabina wycedziła z grymasem dezaprobaty; Penelope już dawno zauważyła, że jej opiekunka rzadko nazywa Leicestera "bratem", i zastanawiała się dlaczego - twoja babka Knollys, różni twoi kuzyni, ale masz na nich nie patrzeć. Musisz zachowywać się tak, jakby królowa była jedyną osobą w komnacie. - Hrabina zatrzymała się i zlustrowała Penelope od stóp do głów, po czym wyskubnęła nitkę z rękawa i poprawiła źle dopasowany czepek. - I cokolwiek będzie się działo, nie wspominaj o swojej matce.

Penelope tęskniła za matką. Ona nie kazałaby jej wystąpić w takiej skromnej sukni i przystanęłaby na chwilę, żeby posłuchać muzyki. Dziewczyna wyobraziła sobie swoją piękną matkę, Lettice Knollys, hrabinę Leicester, idącą obok niej zamiast hrabiny Huntingdon. Matka pożyczyłaby jej klejnoty i szpilki z perłami do przybrania włosów. Ale o Lettice nie wolno było wspominać na dworze - jakby nie istniała.

Penelope czuła, jak ogarnia ją złość w imieniu matki - w imieniu całej rodziny - i słyszała jej słowa, jakby to było wczoraj, a nie pięć lat temu, kiedy nadeszła wiadomość o śmierci ojca: "Ta kobieta zabiła waszego ojca". Pamiętała swoje zdumienie, bo przecież ojciec zmarł na dyzenterię w Irlandii, gdzie dowodził angielską armią. Złożyła wszystkie elementy w całość i w końcu zrozumiała, że mówiąc "ta kobieta", matka miała na myśli królową.

Penelope zwykle szczyciła się swoją odwagą, ale zbliżając się do drzwi prywatnej komnaty królowej, czuła, jak ta odwaga rozpuszcza się niczym perła w occie.

- Posłuchaj mnie, Penelope. Możesz sobie być chrześnicą królowej, ale wiedz, że ona nie będzie chciała mieć w swoim domu płochliwej dziewki, jakkolwiek wysoko urodzonej. Musisz zrobić korzystne wrażenie. Zatrzymamy się tuż za progiem. Nie zbliżaj się, dopóki nie skinie. Zwracaj się do niej "Wasza Królewska Mość", nawet jeśli inni tego nie będą robić, bo takie tytułowanie jest wyrazem szacunku. Jeśli zapyta o twoje rozrywki, odpowiedz, że lubisz czytać ewangelie, i nie wspominaj o grach karcianych. - Hrabinie z pewnością chodziło o talię kart, którą skonfiskowała Penelope i jej młodszej siostrze Dorothy, po czym wrzuciła do ognia. Penelope pragnęła, by Dorothy towarzyszyła jej na dworze, ale hrabina uznała, że ma zostać w domu. - I czy przykazałam, abyś nie wspominała o matce?

- Tak.

Penelope zdusiła narastający gniew i skierowała myśli ku ostatniemu życzeniu ojca, który zaręczył ją z Philipem Sidneyem. Miała nadzieję, że Sidney będzie za tymi drzwiami. Próbowała wyczarować w głowie jego wizerunek, lecz widziała go tylko raz, i to sześć lat temu. Ledwie ją wtedy zauważał, ale dlaczego dumny, już pełnoletni młodzieniec, siostrzeniec hrabiego Leicestera, miałby zwracać uwagę na niespełna trzynastoletniego podlotka, nawet jeśli to krewniaczka królowej? Pamięta, że jego twarz była pięknie wyrzeźbiona, z prostym nosem pod szerokim czołem i z ledwie widocznymi dziobami po ospie, które w pewien sposób czyniły go bardziej interesującym, jakby miał za sobą niewyobrażalne dla niej doświadczenia.

Drugim życzeniem jej ojca było przekazanie opieki nad córkami krewnemu, hrabiemu Huntingdonowi; najwyraźniej zatwierdzone przez królową, stało się ono nieodwołalne. Kiedy Penelope błagała matkę o wyjaśnienie, Lettice rozłożyła ręce i pokręciła głową. "Taka była wola waszego ojca - wyjaśniła. - Nie miałam nic do powiedzenia w tej sprawie. Poza tym to dla was dobra okazja, dziewczęta; Huntingdonowie mają duży posłuch u królowej". Głos jej się załamał. Penelope musiała pogodzić się z tym, że pewnych rzeczy nigdy nie zdoła w pełni zrozumieć. Teraz spojrzała na swoją skromną suknię i nagle poczuła się całkowicie zagubiona.

- Penelope, te sny na jawie doprowadzą cię do upadku. - Hrabina uszczypnęła ją mocno w wierzch dłoni, akurat gdy wielkie drzwi się otworzyły.

Obie przestąpiły próg i od razu się zatrzymały. Królowa była od stóp do głów przyobleczona w złoto, a Leicester stał obok niej jak dumny posiadacz, z ręką na oparciu jej krzesła. Penelope spuściła wzrok, ale nie mogła się powstrzymać i zerknęła na panny królowej, wszystkie ubrane na biało, niczym zastęp aniołów. Jakże w tamtym momencie nienawidziła tego zielonego aksamitu, wyobrażając sobie satysfakcję z rozdzierania go od góry do samego dołu. Wbiła wzrok w sęk na desce podłogi, podobny do wpatrującego się w nią oka.

Po chwili, która wydawała się wiekiem, usłyszała głos królowej.

- Ach, lady Huntingdon. Przyjrzyjmy się bliżej twojej podopiecznej.

Hrabina pchnęła Penelope do przodu. Ta utkwiła wzrok w dłoniach królowej, myśląc, że to bezpieczne miejsce. Zaskoczyło ją ich piękno; nie wyglądały jak ręce kobiety zbliżającej się do pięćdziesiątki - wieku, który jej wydawał się niepojęcie odległy. Zatrzymała się kilka stóp od spódnic królowej, gdzie według wskazówek hrabiny było właściwe miejsce, i opadła na kolana, wciąż patrząc na te dłonie. Z bliska dobrze widziała pierścienie zdobiące palce: ogromny rubin, z pewnością ten, który będzie musiała pocałować - jeśli nadarzy się okazja - diament o szlifie kwadratowym, w emaliowanej oprawie, a także, o dziwo, duży kopulasty ropuszy kamień, brzydki w porównaniu z bardziej majestatycznymi sąsiadami. Pomyślała, że ropusze kamienie chronią przed trucizną, chociaż nie była pewna, czy dobrze pamięta.

- Bliżej - rzuciła królowa.

Penelope niezdarnie przesunęła się na kolanach, patrząc, jak długie palce Elżbiety zbliżają się, by unieść jej podbródek.

Na piersi królowej spoczywały sznury pereł. Jej twarz była grubo posmarowana białą ołowianą pastą, która podkreślała zmarszczki wokół oczu i ust. Monarchini uśmiechnęła się, ukazując na chwilę rząd zębów koloru baraniego mięsa.

- Lady Penelope Devereux - powiedziała, lustrując ją spojrzeniem brązowych oczu, lekko przymrużonych, jakby wzrok jej nie dopisywał. - Ile masz lat?

- Osiemnaście, Wasza Królewska Mość - odrzekła Penelope niewiele głośniej od szeptu.

- Zatem wcale niemało. - Królowa miała skupiony wyraz twarzy, jakby próbowała porachować coś w pamięci. - Słyszeliśmy, że umiesz śpiewać. To prawda?

- Powiedziano mi, że mam wprawny głos, Wasza Królewska Mość. - Penelope czuła, że wszyscy obecni nadstawiają ucha, jakby jej słowa miały wielką wagę.

- Jesteś tak piękna, że twój głos, mniej czy bardziej wprawny, nie będzie miał żadnego znaczenia - oznajmiła królowa. Pochyliła się i Penelope poczuła zapach piżma; wróciło do niej wspomnienie matki, która wcierała piżmo w szyję i wewnętrzną stronę nadgarstków, gdy goście przychodzili na kolację. - Tą twarzą będziesz wzbudzać zazdrość wśród naszych panien, a jeśli twój głos jest choćby w połowie tak piękny, rozpęta się istne piekło. - Elżbieta, mówiąc, przykładała dłoń do jej ucha, były to jednak tylko pozory dyskrecji, bo ciekawska grupa anielskich panien dobrze słyszała jej słowa.

Królowa wydawała się rozbawiona.

Penelope roześmiała się w duchu; komplement sprawił jej większą przyjemność, niż powinien, i spodobała się jej ta mała gra królowej, stawiająca ją w centrum czegoś, co nie do końca rozumiała. Z pewnością hrabina nie pochwaliłaby jej zadowolenia.

Elżbieta ujęła ręce dziewczyny.

- Sądzę, że powinnam wziąć cię pod moje skrzydła, Penelope Devereux. Zdaje się, że masz poczucie humoru, a spójrz tylko na te ponure dziewczęta wokół mnie. - Gestem wskazała anielskie panny i taka była prawda; gdy Penelope znów na nie spojrzała, wydały jej się, mimo ich wspaniałych strojów, nudne jak łacińskie czasowniki. - Poza tym nie wątpię, że potrzebujesz należytego matkowania.

Penelope zauważyła, że ręka królowej jakby sama unosi się ku spoczywającej na oparciu krzesła dłoni Leicestera. Ich palce splotły się w naturalny i bardzo intymny sposób, który dziewczyna uznała za manifestację własności, posiadania męża jej matki. Znów zapłonął w niej gniew.

- Myślę, że rozkwitniesz z dala od patronatu hrabiny. Jest dumna z tego, że wychowuje posłuszne panny, ale ty, jak widzę, masz w sobie ducha. Szkoda byłoby przygaszać taką jasność.

Dziewczyna usłyszała świst, gdy hrabina gwałtownie wciągnęła powietrze - ten duch był tym, co przez ostatnie lata ta kobieta starała się w niej złamać.

Penelope zastanawiała się, czy mówiąc o matkowaniu, królowa miała na myśli niechęć hrabiny do pełnienia tej funkcji, czy też nieobecność jej niewymienionej z imienia matki.

- Usiądź. - Królowa poklepała stołek obok siebie. - Grasz w karty?

- Uwielbiam. Obstawianie przyprawia mnie o dreszczyk emocji.

Królowa wybuchła głośnym śmiechem.

Penelope zauważyła, jak jej krewni (z wyjątkiem hrabiny, która patrzyła kamiennym wzrokiem) wymieniają spojrzenia wyrażające aprobatę, najwyraźniej zadowoleni z jej odpowiedzi.

- Masz tylko jedną okazję, by zrobić pierwsze wrażenie - powiedziała poprzedniego dnia jej matka. - Bądź sobą, skarbie. Może królowa mnie nienawidzi, ale cieszyłam się jej względami wystarczająco długo, by wiedzieć, co lubi u dziewcząt, i nie jest to nudna pobożność, jaką usiłowała narzucić ci hrabina. Kiedy zostaniesz przyjęta, skarbie, przyniesie to korzyść nam wszystkim. Bóg wie, że potrzebuję oczu i uszu wśród kobiet królowej, i ty - ujęła i ucałowała dłoń córki - będziesz tymi oczami i uszami. Obecnie nie mam żadnego wpływu na losy moich dzieci, nie mam nawet prawa głosu w tej sprawie.

Akurat wtedy wszedł Leicester.

- Jaki wiedźmowy napar warzycie, moje piękności?

- Penelope ma zostać jutro przyjęta przez królową, ale zakładam, że już o tym wiesz.

Penelope pomyślała, że w ostatnich słowach matki pobrzmiewała gorycz, lecz było to do niej tak bardzo niepodobne, że nie miała pewności.

- Pouczałam ją, jak należy się zachowywać - dodała matka, po czym zwróciła się do córki: - Pokochasz dwór, moja słodka. Tam skupia się całe życie. Masz odpowiedni temperament, aby zapłonąć jasno na dworskim firmamencie, i urodę. Pozwól jednak, że udzielę ci przestrogi: nigdy nie okazuj słabości ani strachu, bo królowa nie cierpi bojaźliwych. Mam rację, najdroższy?

- W istocie. - Leicester schylił się, by pogładzić pękaty brzuch Lettice i złożyć długi pocałunek na jej ustach. - Czy ten mały człowieczek kopniakami uprzykrza ci życie?

- Owszem - potwierdziła z uśmiechem Lettice. - Jest pełen wigoru jak jego ojciec.

Leicester ujął dłoń matki Penelope, splatając palce z jej palcami, zupełnie tak samo jak teraz trzymał rękę królowej.

Jego pasierbica dobrze wiedziała, że królowa wpadła w szał, gdy dowiedziała się o potajemnym ślubie swojego faworyta z Lettice - słudzy hrabiny przez wiele miesięcy nie szeptali o niczym innym. Widząc teraz powtórkę tamtego drobnego, ale intymnego gestu, czuła, że sytuacja wykracza daleko poza jej zdolności pojmowania. Zastanawiała się, czy powinna informować matkę o sprawach dotyczących jej ojczyma i królowej, czy właśnie to mama miała na myśli, mówiąc o oczach i uszach.

Królowa poprosiła, by przyniesiono karty, i wesoło gawędziła, wskazując ludzi i rzucając uwagi: "To mój szambelan, zatroszczy się o twoje potrzeby" i "Ta zrzęda jest matką panien". Penelope zaczęła tasować i jednocześnie rozglądała się po komnacie, szukając Sidneya, ale wśród licznych kawalerów, wszystkich w olśniewających strojach, nie mogła wypatrzyć tego, któremu obiecał ją ojciec.

Królowa sięgnęła do swoich kędzierzawych miedzianych włosów, wypięła dużą perłową łezkę okoloną kolorowymi kamieniami i położyła ją na stole.

- A co ty postawisz, Penelope Devereux?

Serce zamarło dziewczynie, bo nie miała do zaoferowania niczego poza schowaną w rękawie koronkową chusteczką matki; nie byłaby to uczciwa stawka przeciwko takiemu klejnotowi. Królowa na pewno wiedziała, że szkatuły rodziny Devereux są puste. Penelope powoli wyjęła chusteczkę i pozwoliła jej opaść na stół obok perły.

- Ładna, z piękną koronką. - Elżbieta podniosła chusteczkę i dokładnie obejrzała ją przez lupę. - Na pewno wiesz, że ręka hafciarki jest tak samo charakterystyczna jak ręka skryby.

Penelope nie miała o tym pojęcia. Po chwili zrozumiała, że królowa powiadomiła ją w ten sposób, że rozpoznaje chusteczkę jako robótkę jej zhańbionej matki.

- Tak, Wasza Królewska Mość - odrzekła cicho.

Królowa uniosła jedną pomalowaną brew.

- To uczciwa stawka. Gramy do dwóch wygranych.

Penelope odetchnęła cicho i poczekała, aż królowa wybierze kartę spośród tych leżących na stole, a odrzuci inną. Zrobiła to samo i na zmianę wymieniały karty, aż monarchini stuknęła w stół i wykrzyknęła: "Vada!", pokazując cztery piątki. Penelope miała wrażenie, że pokój na nią napiera, gdy wszyscy obserwowali, jak przechodzi próbę. Słyszała, że królowa nie lubi przegrywać, i cieszyła się, że jej nie dorównała, bo była pewna, że tylko z dużym trudem zdołałaby poskromić ducha współzawodnictwa w imię taktu. Poniosła więc autentyczną porażkę, kiedy królowa odsłoniła drugą zwycięską rękę i ze śmiechem zgarnęła stawkę.

- Będziemy musiały wyostrzyć twoje umiejętności, dziewczyno.

- Obawiam się, że talent Waszej Królewskiej Mości zawsze będzie dość ostry, aby mnie poranić.

Królowa wybuchła śmiechem.

- Przydałaby ci się jakaś ozdoba. - Wzięła perłę i wpięła w jej włosy. - Poślę mojego krawca do komnat hrabiny, by wziął z ciebie miarę na suknię.

- Nie wiem, jak dziękować, Wasza Królewska Mość. - Penelope już wyobrażała sobie tkaniny, jakie wybierze, i myślała o delikatnych cieniuteńkich skrzydłach, gdy zbliżył się starszy mężczyzna o pociągłej twarzy i srebrnej brodzie.

- Burghley - odezwała się królowa - znasz lady Penelope Devereux?

A więc to jest Burghley, pomyślała dziewczyna, patrząc na człowieka, o którym wiedziała, że jest Wielkim Skarbnikiem królowej, najpotężniejszym obok Leicestera człowiekiem w kraju. Burghley był także opiekunem jej brata.

- Jeszcze nie miałem przyjemności poznać - powiedział i na chwilę ujął jej dłoń. - Za to dość dobrze znam brata lady Penelope. Szczęśliwie zadomowił się w Cambridge. Jesteście sobie bliscy, jak mniemam?

- Owszem, lordzie. Tęsknię za nim i nie mogę się doczekać ponownego spotkania. - Myślała o tym, ile miesięcy minęło, odkąd widziała ukochanego brata.

- Zaprosimy go na dwór na turniej - oświadczyła królowa. - A gdzie jest twój syn, Burghley?

- Tutaj, madame. - Chłopak wystąpił z tłumu.

Był mniej więcej w wieku Penelope, ale nie dorównywał jej wzrostem, jedno ramię miał wyżej niż drugie, a bulwiasty tułów osadzony na nogach tak chudych, że chyba tylko cudem były go w stanie utrzymać. Ta dziwna ptasia sylwetka chłopca przywiodła jej na myśl wizerunek diabła, który widziała kiedyś w zakazanej książce, i wrócił do niej lęk, jaki wówczas poczuła.

Ojciec miał pociągłą twarz, a syn wręcz długą, do granic brzydoty, z wielkim wypukłym czołem i włosami sterczącymi jak w szczotce do kominka. Obaj byli ubrani od stóp do głów na czarno, każdy ze sztywną śnieżną krezą, ale mimo prostoty ich stroje krzyczały o bogactwie, co nie umknęło jej uwagi.

Dziwny chłopak wlepiał w nią oczy, a ona, zdjęta współczuciem dla kogoś przeklętego taką szpetotą, uśmiechnęła się do niego. Nie odwzajemnił uśmiechu i nie przestał się na nią gapić, oblany pąsowym rumieńcem. Ojciec trzepnął go w ramię, co wyrwało go z transu. Młodzieniec opadł gwałtownie na kolana przed królową i wbił wzrok w jej buty.

- Radzisz sobie w Whitehall, Cecilu? - spytała królowa. - Ojciec wprowadza cię w tajniki? - Następnie zwróciła się do Penelope: - Cecil przybył na dwór zaledwie kilka dni temu, prawda, chłopcze?

Młody człowiek wymamrotał coś w odpowiedzi, ale Penelope nie słuchała, bo właśnie ze ściśniętym sercem dostrzegła za nim twarz, którą nosiła wyrytą w pamięci.

Luty 1581

Pałac Greenwich

- Zbierz swoje rzeczy, Penelope. Zajmiesz miejsce Anne Vavasour w komnacie panien. - Hrabina wymówiła szeptem to imię i nazwisko, jakby wypowiadanie ich na głos mogło być grzechem.

- Mam być dwórką? - Penelope zakręciło się w głowie na myśl o ucieczce spod surowych rządów hrabiny, o nowych strojach i kwiatowym ogrodzie haftów, o przebywaniu w centrum wydarzeń, a nie na obrzeżach, jak przez te ostatnie trzy tygodnie na dworze.

- Już jesteś. - Hrabina zacisnęła usta w wąską linię. - Ale niech ci to nie uderzy do głowy. I pilnuj się, Penelope. Komnata panien nie jest tym, czym była za moich czasów. Teraz jest siedliskiem rozpusty. Tylko spójrz, co spotkało tę dziewczynę. - Kręci głową. - Takie są skutki dawania pannom zbyt dużej swobody.

Penelope usłyszała krzyk Anne Vavasour nawet w komnatach hrabiny, straszliwy krzyk tłukący się po korytarzach pałacu. Hrabina spała, pochrapując, z otwartymi ustami, więc Penelope wyśliznęła się z łóżka i wyszła z pokoju, by odkryć źródło tych przerażających dźwięków. Jej umysł wyczarowywał wszelkiego rodzaju okropne obrazy: bicie pałką, dźganie nożem, łamanie kości. Ale gdy niepostrzeżenie wsunęła się do komnaty panien, ujrzała zdumiewającą scenę. Uznała, że Anne, ledwie widoczna w środku kręgu kobiet, dostała jakiegoś ataku. Któraś wepchnęła dziewczynie do ust zwiniętą szmatkę, by stłumić te głuche krzyki, lecz ona zaraz wyrwała ją i odrzuciła. Szmatka wylądowała u stóp Penelope.

- Widać główkę - oznajmiła jedna z kobiet. Penelope nie mogła zrozumieć, dlaczego jej głos brzmi tak spokojnie, skoro życie Anne wyraźnie było zagrożone. - Przyj!

Potem coś się stało, krzyki ucichły i po podłodze rozlała się krew. Zdjęta grozą Penelope stała bez ruchu przy drzwiach.

- Chłopiec - powiedziała któraś.

Penelope usłyszała charakterystyczny płacz noworodka i wreszcie pojęła. Później dowiedziała się, że Anne w komnacie panien urodziła dziecko spłodzone przez żonatego hrabiego Oxforda.

- Bezecna dziewka trafiła z dzieckiem do Tower, gdzie jej miejsce, i to samo spotkało ojca - wyjaśniła hrabina, krzywiąc się z dezaprobatą.

- Do Tower? - powtórzyła z drżeniem Penelope. Sama nazwa wywoływała strach, bo przecież wszyscy wiedzieli, że ci, którzy weszli do Tower, często już stamtąd nie wychodzili.

- Niech jej hańba będzie dla ciebie lekcją. Ta dziewka zgrzeszyła w oczach Boga. Czeka ją wieczne potępienie w życiu przyszłym, a w tym musi ponieść konsekwencje gniewu królowej.

Penelope zastanawiała się, co jest gorsze, ponieważ szybko się dowiedziała, że królowa potrafi być naprawdę okrutna.

- Ta dziewczyna nie jest pierwsza. Wszyscy znamy losy Katarzyny Grey. Trafiła do Tower, kiedy wyszło na jaw, że jest brzemienna, i nigdy więcej jej nie widziano, zagłodziła się na śmierć ze wstydu... - Jakby nie mogąc powstrzymać się od wymieniania strasznych losów dziewcząt, które utraciły cnotę, hrabina odliczała na palcach. - Pamiętam, jak królowa złamała szczotką palec Mary Shelton, gdy ta wzięła ślub bez jej pozwolenia, a co do twojej matki...

Penelope chciała zapytać o matkę i o wszystkie inne kobiety, których imion nie wolno wymieniać w zasięgu słuchu królowej, chciała zrozumieć głębię rozpaczy, która doprowadziła Katarzynę Grey do zagłodzenia się na śmierć.

- Moja matka...

- Była głupia - weszła jej w słowo hrabina. - Wyobraź sobie, jakim idiotyzmem było branie ślubu z faworytem królowej. Straciła wszystko. Była ulubienicą królowej i straciła wszystko... żyje w wiecznym czyśćcu... bez żadnych wpływów...

Penelope miała ochotę wepchnąć jej w usta zwiniętą szmatkę, taką samą jak ta, którą wypluła Anne Vavasour.

- ...więc zachowuj się, młoda damo. Będziesz musiała dowieść królowej, że z charakteru nie jesteś córką swojej matki. Coś ci powiem: jeśli wywołasz gniew Jej Wysokości, ściągniesz nieszczęście na siebie i swoją rodzinę.

Penelope z zaciśniętymi zębami słuchała tej tyrady, gdy szły do pokoi dwórek. Chciała myśleć tylko o wyzwoleniu się spod surowej pieczy hrabiny, ale ta rozmowa ją niepokoiła, jakby jedno drobne potknięcie mogło zakończyć się katastrofą. Hrabina dość często przypominała jej o tym, że musi poskromić swoją krnąbrność. To było szalenie skomplikowane, ponieważ Penelope czuła, że królowa lubi ją między innymi za tę właśnie cechę. Ale przecież gra w karty nie może się równać ze ślubem bez królewskiej zgody ani, nie daj Boże, z małym bękartem w drodze.

Hrabina zatrzymała ją przed drzwiami.

- Pamiętaj: romantyczna intryga to jedno, a intryga polityczna to coś zupełnie innego. Ludzie będą się do ciebie zbliżać, by w ten sposób zyskać przystęp do królowej. Uważaj, żeby nie robić sobie wrogów, lecz nie zapominaj, że nikt nie jest prawdziwym przyjacielem, gdy jesteś blisko królowej. Możesz być pewna tylko rodziny.

Penelope z drżącym sercem weszła do pokoju panien. Ujrzała przed sobą rząd ciekawskich twarzy i żałowała, że nie ma u boku siostry, która użyczyłaby jej odwagi. Tęskniła za Dorothy; był między nimi tylko rok różnicy, więc ludzie często brali je za bliźniaczki, i rzadko się rozdzielały do czasu jej wyjazdu na dwór. Penelope rozpoznała Peg Carey, kuzynkę, którą ledwie znała. Ta szacowała ją przenikliwym wzrokiem, jakby Penelope była klaczą na aukcji.

- Jestem Martha Howard - przedstawiła się drobna dziewczyna o słodkiej twarzy. - Zrobię miejsce na twoje rzeczy. Chcesz spać na wysuwanym łóżku? Na tym dużym, w ścisku, jest strasznie gorąco. - Wskazała łoże zajmujące większą część komnaty.

- Tak, weź wysuwane - odezwała się Moll Hastings, młoda kobieta, będąca, jak Penelope już wiedziała, bliską krewną hrabiny. - Będzie ci tam wygodnie.

Peg Carey wciąż patrzyła na nią bez słowa. Gdy służąca przyniosła kufer, hrabina wyszła. Żeby się czymś zająć, Penelope uniosła wieko i wyjęła kilka drobiazgów. Położyła wyświechtanego filcowego królika na poduszce wysuwanego łóżka.

- Nie jesteś trochę za stara na zabawki? - zapytała Peg.

- Nie wszystkie jesteśmy z kamienia jak ty, Peg - rzuciła Moll ze śmiechem. - Penelope, pomożesz mi rozpiąć suknię?

Kiedy wszystkie już były w koszulach nocnych, a służba odeszła, skuliły się na łożu pod baldachimem ze szczelnie zaciągniętymi zasłonami i przekazywały jedna drugiej butelkę czegoś, co Moll nazwała "wodą życia", zdobytą "w taki czy inny sposób". Penelope nigdy nie piła czegoś takiego, choć oczywiście przemilczała to. Gdy pociągnęła łyczek, miała wrażenie, że "woda życia" zdziera jej skórę z gardła. Zaniosła się kaszlem i dziewczyny się roześmiały, ale nie miało to dla niej znaczenia, bo przyjemny zawrót głowy spychał wszelkie jej troski na margines.

- Tak się cieszę, że jestem z dala od hrabiny - wyznała.

- Domyślam się - powiedziała Martha z błyskiem w oku. - Niezła z niej megiera. U nas będzie zupełnie inaczej.

- Tylko uważaj, żeby nie nadepnąć królowej na odcisk - poradziła Moll.

- Małe szanse. Królowa jest nią zauroczona - skomentowała Peg drwiąco, jakby Penelope tam nie było.

- Peg! - upomniała ją Martha. - Penelope nie zabiega o przychylność Jej Wysokości. Poza tym Leicester jest jej ojczymem, więc nic dziwnego, że królowa okazuje jej pewne względy.

Penelope uznała, że najlepiej zachować milczenie w tej sprawie, zakładała bowiem, że wszystkie znają sytuację jej skompromitowanej matki. W tym momencie przyszło jej do głowy, że łaskawość królowej może być czymś w rodzaju zemsty na Lettice, sposobem, aby skraść jej córkę. Cóż, nie jestem aż taka zielona, żeby nie umieć grać w tę grę, pomyślała. Pociągnęła kolejny łyk z butelki i poczuła rozchodzące się ciepło.

- A czy wiemy, jaki jest ten Andegaweńczyk? - zapytała, by zmienić temat, nawiązując do zalotnika, który wkrótce miał zawitać do Anglii, aby zdobyć rękę królowej.

- Jest o połowę młodszy od niej i tak strasznie oszpecony przez ospę, że żadna inna w całej Europie go nie chce - odparła Moll.

Penelope wątpiła, by nikt go nie chciał, bo przecież Andegaweńczyk był bratem króla Francji. Ale wszystkie się śmiały. Zaczynało jej się podobać poczucie humoru Moll. Dziewczyna miała w sobie coś pociągająco dzikiego i jako najstarsza z panien była najlepiej obeznana z dworem. Martha z natury była serdeczna. Penelope chciała pozyskać sobie skwaszoną Peg, będącą przecież jej kuzynką. Fantazjowała, że jest motylem, który wyłania się z poczwarki i frunie na lśniących jak klejnoty skrzydłach w świat dworu z jego niezliczonymi możliwościami. Zepchnęła niepokojące nauki hrabiny na skraj umysłu, pozwalając, by porwał ją cudowny wir plotek i intryg.

- Opowiedzcie mi o Anne Vavasour i hrabim Oxfordzie - poprosiła.

- Biedna Anne, to najgorsze, co może spotkać dwórkę. Jest w Tower, wiesz. - W ustach Marthy słowo "Tower" zabrzmiało jak "czyściec".

- Ze swoim bękartem - uzupełniła z naciskiem Peg. - Anne Vavasour jest zbyt uparta, żeby wyszło jej to na dobre. Niezbyt jej współczuję. Kto oddaje się żonatemu?

- Czekaj, czekaj, przyjdzie twoja kolej. - Moll parsknęła śmiechem.

- Wykluczone. Nie okażę się taka głupia.

- Nigdy nie wiadomo. Kiedy miłość cię dopadnie, będziesz zdana na jej łaskę i niełaskę. - Moll rzuciła się na Peg i łaskotała ją, aż ta zaczęła chichotać. - Pomyślcie tylko. Ja mogłam poślubić Oxforda. Miał do wyboru mnie i moją siostrę. Ale poczyniono inne ustalenia.

- Na twoje szczęście - skomentowała Martha. - Chociaż Oxford pochodzi ze starego rodu, a jego włości przynoszą prawie cztery tysiące rocznie.

- Od kiedy to zaczynasz zliczać takie rzeczy? - zapytała Moll.

- Ten człowiek jest niebezpieczny - wyszeptała Peg ze zgrozą. - Kiedyś zabił chłopca. No i spójrzcie, co spotkało Anne.

Do głowy Penelope zakradły się słowa hrabiny: "Zgrzeszyła w oczach Boga. Czeka ją wieczne potępienie w życiu przyszłym, a w tym musi ponieść konsekwencje gniewu królowej".

- Penelope, masz brata, prawda? - spytała Martha.

- Dwóch braci i siostrę Dorothy. Ale ten młodszy, Wat, jest jeszcze dzieckiem, a Robert nie ma nawet szesnastu lat.

- Jest zatem tylko o rok młodszy ode mnie. Kiedy zjawi się na dworze?

- Przypuszczam, że po ukończeniu studiów w Cambridge. - W tym momencie Penelope poczuła się zagubiona, tak daleko od rodzeństwa.

- Jak wygląda? Jest podobny do ciebie? - Martha jakby ożywiła się na myśl o młodym hrabim Essexie.

- Trochę. Ma ciemne włosy, jest zgrabny i bardzo wysoki. -Mógł to być opis kogokolwiek. Penelope widziała go tak dawno, że zastanawiała się, czy może nie zrobił się pryszczaty albo gruby.

- Essex jest najbiedniejszym hrabią w kraju - powiedziała Peg.

- Cóż, skoro zależy ci na bogactwie, to on nie jest dla ciebie. - Penelope wytrzymała zimne spojrzenie Peg Carey, świadoma tego, jak ważne jest stawienie jej czoła. - Ale wydaje mi się, że będzie chciał mieć żonę trochę bardziej... - Rozmyślnie nie dokończyła, zostawiając przeciwniczkę w stanie niepewności.

- Trochę bardziej jaką?

- Och, nie wiem. - Wzruszyła ramionami.

- Thomas Howard świeżo owdowiał - wtrąciła Moll. - Pewnie szuka żony.

- Ale odebrano mu tytuły, a jego ojca stracono za zdradę - przypomniała Peg. - Z tego względu uchodzi za zbyt ryzykowną partię.

- Tytuły można odzyskać - zaznaczyła Martha.

- Peg, może wolałabyś Cecila? - spytała Moll. - Jest synem najbardziej wpływowego człowieka w Anglii i nigdy niczego by ci nie brakowało. Ich bogactwo jest niewyobrażalne. - Przeciągnęła ostatnie słowo, akcentując każdą sylabę.

- Tego pokrakę? Jest niski, garbaty i nawet nie ma tytułu. - Peg szyderczo wygięła usta, co odarło jej twarz z urody. - Podobno mamka go upuściła i dlatego jest taki pokrzywiony.

Penelope patrzyła, jak Peg kreśli rękami kształty Cecila, i zrobiło się jej trochę żal biedaka. Przypominała sobie, jak się zarumienił podczas ich pierwszego spotkania, jakby nigdy wcześniej nie widział młodej kobiety, a cóż dopiero takiej, która się do niego uśmiechnęła.

- Będzie potrzebował sprytu, jeśli chce przetrwać na dworze - zauważyła.

- W rzeczy samej - przyznała Martha.

- Sprytu ma pod dostatkiem. Słyszałam, że ojciec szykuje go na swojego następcę - powiedziała Moll.

Rozmawiały, przekazując sobie butelkę. Porównywały zalety wszystkich kawalerów na dworze, oceniając ich jako potencjalnych kandydatów na męża. Było nieuniknione, że w końcu zaczną mówić o Sidneyu.

- Jest taki rycerski - odezwała się Martha, wyraźnie łagodniejąc.

- I nieprzenikniony - dodała Moll. - Nigdy nie można poznać, co myśli.

- Może jest okropnie szorstki, ale ma w sobie coś - powiedziała Peg.

- I jest poetą. Tylko pomyśl, pisałby dla ciebie sonety - szepnęła Martha.

- Pamiętajcie, że królowa nie jest z niego zbyt zadowolona, odkąd napisał list ze sprzeciwem wobec jej francuskiego małżeństwa - zaznaczyła Moll.

- Nazwała go "przemądrzalcem" - wtrąciła Peg.

- Nie sądzę, by długo się na niego gniewała - rzekła rozmarzona Martha. - Znasz go, Penelope?

- Ja... - Miała zamiar powiedzieć, że została z nim zaręczona. Zastanawiała się, dlaczego o tym nie wiedzą, skoro plotki rozchodzą się wśród nich jak zaraza. Rozmyśliła się jednak z obawy, że może wzbudzić zazdrość nowych towarzyszek. - Nie. - Może Leicester czeka z ogłoszeniem zaręczyn na królewskie pozwolenie, pomyślała. Ale dlaczego z nią o tym nie pomówił? - Cóż, nie za bardzo. Spotkałam się z nim raz, na krótko, kiedy miałam dwanaście lat. Ledwo go pamiętam. - Nie wspomniała, że to spotkanie trwale wryło się w jej pamięć i że na jego podstawie stworzyła tysiące historii z Sidneyem jako głównym bohaterem. - Ale wiem, że nie ma koneksji po mieczu i nie jest zbyt zamożny.

Jeśli liczyła, że tym zniechęci dziewczęta, to się pomyliła. Jej słowa zapoczątkowały długą rozmowę o wielkich oczekiwaniach Sidneya.

- Ale obejmie majątek po swoim wuju Leicesterze, bo ten nie ma potomstwa - powiedziała Peg jednym tchem.

Penelope nie wspomniała, że jej matka wróciła do Wanstead, by urodzić Leicesterowi dziecko, które, jeśli to będzie chłopiec, zbije wielkie oczekiwania Sidneya jak kula kręgiel. Wiedziała, kiedy nie należy wyjawiać takich informacji; nauczyła się tego przy piersi matki.

- Przypuszczam, że dla kogoś będzie świetną partią - ciągnęła Peg, wyraźnie z nadzieją, że wybór padnie na nią.

- Nigdy nie zwraca na nas uwagi - zauważyła Martha.

- Jest bardzo powściągliwy, to prawda - przyznała Moll. - Ale to część jego powabu. Miejmy nadzieję, że plany małżeńskie królowej dojdą do skutku, inaczej żadna z nas nie dostanie pozwolenia na ślub. - Zwróciła się do Penelope z wyjaśnieniem: - Nie może znieść myśli, że jej dwórki wychodzą za mąż, a ona jest sama jak palec.

Wesołość zniknęła z głosu Moll i Penelope założyła, że za jej słowami skrywa się coś więcej. Może to, że Moll ma ponad dwadzieścia lat i wciąż sieje rutkę jako panna królowej, chociaż powinna być panią własnego domu i rodzić dzieci. Dumała nad jej trudną sytuacją, gdy zaskoczyła ją nagła myśl: czy naprawdę chce wyjść za mąż akurat wtedy, gdy zaczyna się jej przygoda na dworze?

- I nie podoba jej się, gdy ktoś z choćby kroplą królewskiej krwi w żyłach zawiera małżeństwo z osobą, która może poszczycić się tym samym - dodała Martha. - Boi się, że owocem związku będzie chłopiec, który zagrozi jej tronowi.

Atmosfera zgęstniała i Penelope stwierdziła, że przyjemny szum przeradza się w ból głowy.

- Pamiętajcie, co się stało z Katarzyną Grey - powiedziała Moll.

Zapadła cisza ciężka jak ołów; Penelope wróciła myślą do ostrzeżenia hrabiny i znów poczuła niepokój.

- Pozostaje nam mieć nadzieję, że plany królowej poślubienia żabojada do czegoś doprowadzą - mruknęła Peg głosem przepojonym rozpaczą. - Idę spać. - Odwróciła się i naciągnęła na siebie kołdrę.

Penelope prześliznęła się z łoża na wysuwane łóżko, rada z chłodu gładkich prześcieradeł po gorącym zaduchu za zasłonami, ale nie mogła całkowicie wyzbyć się niepokoju.

Luty 1581

Port Deptford

Penelope siedziała obok Marthy na barce z orszakiem królowej. Schowała ręce w fałdach sukni, by chronić je przed zimnym lutowym wiatrem, który smagał jej policzki zamarzniętymi kroplami wody z wioseł. Do burty podpłynęła barka z delegacją francuską.

- Masz wielbiciela - szepnęła Martha ze śmiechem, gdy jeden z Francuzów posłał im całusa.

- Myślę, że to było dla ciebie. - Penelope roześmiała się i przez chwilę patrzyła mężczyźnie w oczy. - Ci Francuzi są bardzo niedyskretni. Ciekawe, czy Andegaweńczyk jest taki brzydki, jak powiadają.

- Zjawi się tu niebawem, jeśli można wierzyć plotkom.

- Myślisz, że królowa naprawdę zamierza go poślubić?

- Nie rozumiem, dlaczego miałaby to robić. Ma czterdzieści siedem lat - Martha wymówiła tę liczbę bezgłośnie, samymi wargami - więc z pewnością jest za stara, żeby urodzić dziecko. Och... - Zakryła usta dłonią. - Zrobił nieprzyzwoity gest.

Penelope zerknęła na Francuza, który powoli oblizywał wargi koniuszkiem języka. Odwróciła się nonszalancko.

- Nie zwracaj na niego uwagi, Martho - powiedziała i parsknęła śmiechem. - Może królowa chce mieć Francuza w łóżku.

- Co za myśl. - Martha aż się wzdrygnęła.

- Przypuszczam, że tak naprawdę zależy jej na umocnieniu przymierza Anglii z Francuzami.

- Jesteśmy! - Martha w podnieceniu szarpnęła ją za rękaw.

Penelope uniosła głowę i zobaczyła górujący nad nią wielki okręt, Złotą Łanię, na którym Drake wyprawiał się do najdalszych zakątków świata, skąd przywoził królowej nieprzebrane bogactwa. Hrabina opisała go drwiąco: "To człowiek zawdzięczający wszystko własnej pracy. Nie jest jednym z nas. Nie pojmuję, dlaczego królowa tak go lubi". Dwórki, które nie miały takich zastrzeżeń, obszernie dyskutowały o Drake'u i wszystkie zgadzały się, że szkoda, iż nie jest bardziej urodziwy.

Królowa wstała, wsparta na ręce Leicestera. Panny zakrzątnęły się, ułożyły jej spódnice i wygładziły welon - delikatne warstwy woalu, które wiatr unosił lekko wraz z jej peruką. Barka kołysała się i podskakiwała, więc Penelope chwyciła za ramię wioślarza, żeby nie stracić równowagi. Wysiadła ostatnia, ujmując wyciągniętą pomocną dłoń. Nie śmiała oderwać wzroku od własnych stóp z obawy, że wpadnie do błotnistej wody. Gdy tylko stanęła na molo, puściła rękę i uniosła głowę, by zobaczyć, kto jej pomógł. Stwierdziła, że mężczyzna wpatruje się w nią z krępującą intensywnością. Jego twarz, rzeźbione płaszczyzny z nikłą konstelacją blizn, znajdowała się tak blisko, że serce jej załomotało.

- Uważaj, pani. Stój spokojnie, dałaś się złapać.

Odwróciła się, niezupełnie rozumiejąc, o co mu chodzi, i ujrzała, że jej peleryna zahaczyła o gwóźdź na słupku cumowniczym. Przyglądała się, jak nieznajomy uwalnia tkaninę; miał smukłe palce, jeden powalany atramentem.

- Wybacz, pani, jest rozdarcie. - Podniósł tkaninę, żeby mogła zobaczyć.

- Och.

Przez chwilę patrzył na nią, jakby mógł zajrzeć pod powierzchnię, przeniknąć wzrokiem jej tajemne głębie. Oddech uwiązł jej w gardle i chwila przeminęła.

- Da się naprawić - rzuciła.

Stali twarzą w twarz, w niezręcznym milczeniu. Penelope była nieznośnie świadoma jego męskości, muskularnej budowy ciała pod obcisłym dubletem, sposobu, w jaki trzymał rękojeść wiszącego u pasa miecza, jakby gotów go użyć, gdy tylko nadarzy się okazja. Miała mętlik w głowie i rozpaczliwie szukała czegoś, czegokolwiek, co mogłaby powiedzieć, zdumiona, jak to jest, że nie dała się zastraszyć budzącej powszechny lęk królowej, a zabrakło jej słów w obliczu tego intrygującego mężczyzny.

Kiedy uniosła wzrok, spostrzegła, że królowa wraz z pozostałymi dwórkami jest już na pokładzie statku, a za nią na trapie zbiera się wielki tłum.

- Jestem niezmiernie wdzięczna - rzekła Penelope, nie będąc w stanie spojrzeć Sidneyowi w oczy ani nawet zatrzymać wzroku na jego twarzy.

Nie uśmiechnął się, nie próbował jej uspokoić. Co więcej, miała wrażenie, że w pewien sposób rozkoszuje się jej skrępowaniem.

Jego odpowiedź, gdy wreszcie padła, była tak cicha, że porwał ją wiatr, a Penelope zabrakło śmiałości, by prosić o powtórzenie. Bez słowa skinęła głową i pierzchła. Przepychając się przez tłum, fantazjowała o tym, co mogła powiedzieć: coś dowcipnego, coś, co by sprawiło, że musiałby ją zapamiętać. Bliskość mężczyzny, który od lat bezpiecznie egzystował w studni jej wyobraźni, odebrała jej mowę.

Wiatr hulał po pokładzie i wszystkie kobiety przytrzymywały peruki w obawie, że zwieje je do wody. Królowa wygłaszała mowę o wielkich wyczynach Drake'a i o tym, że dzięki niemu skarbiec Anglii jest pełny. Gdy oklaski ucichły, w powietrzu nagle zabrzmiał potężny trzask.

Penelope uniosła głowę, myśląc, że złamał się strzelisty grotmaszt, przestraszona, że zaraz na nich spadnie. Ale maszt był tam, gdzie powinien, wysoko w górze. Kiedy rozległy się krzyki i piski, odwróciła się i ujrzała, że trap zniknął - zarwał się pod ciężarem tłumu. Kilkanaście osób wpadło w błoto i miotały się, wołając o pomoc. Parę innych uczepiło się relingów i wisiało na pobielałych rękach, czekając, aż strażnicy, którzy pojawili się jakby znikąd, pomogą im wrócić na molo. Ci, co uniknęli upadku, śmiali się z pechowców - poza Sidneyem, który rzucił tym w dole linę z zawiązanymi supłami i kolejno ich wciągał, nie zważając na to, że czarne błoto brudzi jego jasny dublet.

Drake, pozornie zawstydzony, zaczął wykrzykiwać rozkazy do swojej załogi i szybko spuszczono drugi trap, by francuska delegacja mogła wejść na pokład. Królowa przyglądała się temu wszystkiemu z lekko rozbawioną miną, aż w końcu przywołała Drake'a, by spytać o rozmiar szkód. Penelope spostrzegła, że przez chwilę jej twarz wyrażała troskę. Na szczęście nikt nie został ranny, pomijając zadrapania i siniaki oraz urażoną dumę.

Kiedy usiedli, ściśnięci jak ryby w beczce, wybuchło wielkie poruszenie, bo królowej zsunęła się koronkowa podwiązka. Francuski ambasador, Marchaumont, nalegał, by sam ją poprawił, co wywołało lawinę chichotów wśród dwórek i sporo cichych pomruków starszych dam, które szeptały między sobą o rozwiązłości Francuzów. Królowa sprawiała wrażenie zachwyconej tym epizodem: śmiała się i żartowała z Marchaumontem i Leicesterem. Penelope obserwowała ją, nie mogąc powiązać tej beztroskiej kobiety z tamtą, która z najwyższą surowością potraktowała te wszystkie dziewczęta za ich romantyczne występki. Pomyślała o biednej Anne Vavasour z noworodkiem w Tower i wyobraziła sobie swój strach, gdyby została skazana na pobyt w tym strasznym miejscu. Patrząc, jak Leicester szepcze do ucha królowej, jak wymieniają znaczące uśmieszki, nie mogła uwolnić się od myśli o matce, samej w domu; złość i nienawiść narastały w niej niczym mdłości.

Próbowała skoncentrować się na uczcie. Nigdy nie widziała takiego poczęstunku; Drake nakazał kucharzom podać na stół wszystko, co tylko można sobie wyobrazić. Zarumienieni służący paradowali po pokładzie z kolejnymi daniami, uginając się pod ich ciężarem i każde prezentując przed królową. Był tam między innymi pasztet w cieście wypełniony żywymi gołębiami, które wzleciały w popłochu i przysiadły na rei, a jeden namaścił ramię człowieka ambasadora Francji. Mężczyzna parsknął śmiechem i starł ptasie odchody serwetką, jeszcze bardziej brudząc sobie aksamitną pelerynę.

- Mais c'est de la bonne chance, ça - rzucił lekkim tonem, ale jego uśmiech przygasł.

Penelope przypuszczała, że myśli o rachunku za pranie i że bez wątpienia była to nowa peleryna, uszyta specjalnie na spotkanie z angielską królową.

Podano gęś z pozłacanym łebkiem i Drake, któremu przypadł zaszczyt ją pokroić, z udawanym zaskoczeniem wyciągnął z tuszy złotego dukata. Wręczył go królowej, a ta podrzuciła monetę i zawołała do gospodarza:

- Orzeł czy reszka?!

- Orzeł - odrzekł Drake.

- Orzeł - potwierdziła. - Czy tytuł szlachecki wystarczy ci jako nagroda?

- Więcej niż wystarczy, Wasza Królewska Mość.

Nawet Penelope wiedziała, że to żart, bo cała uroczystość została zaaranżowana z myślą o nadaniu tytułu Drake'owi, chociaż hrabina nie powstrzymała się od skomentowania pod nosem: "Strach pomyśleć, co będzie dalej. Może pastuchy zostaną hrabiami?".

Później pojawiły się inne wspaniałe dania i wreszcie, kiedy uczta dobiegała końca i z fanfarami wniesiono cukrową replikę Złotej Łani, Drake stanął przed królową, aby otrzymać tytuł szlachecki. Elżbieta, wciąż w wyśmienitym humorze, żartując o ścięciu mu głowy, wręczyła miecz Marchaumontowi, by ten dopełnił ceremonii. To skłoniło hrabinę do kolejnej cierpkiej uwagi - że Francuzi mają więcej przywilejów, niż na to zasługują - a kobieta obok niej zauważyła, że najpewniej zrobiono tak, żeby zirytować Hiszpanów. Penelope zastanawiała się, jak ma być oczami i uszami matki, skoro ledwie rozumie, co się dzieje.

- O czym ona mówi? - szepnęła do Marthy. - Dlaczego Hiszpanie mieliby się irytować?

- Nie mam pojęcia. Ale ważniejsze jest to... - Martha szturchnęła ją, przysuwając się i osłaniając usta dłonią - że on na ciebie patrzy.

- Kto?

- A jak myślisz? Sidney!

Penelope tylko wzruszyła ramionami, z udawaną obojętnością. Zastanawiała się, czy Martha dostrzegła jej zmieszanie, ale przecież ten mężczyzna w niewytłumaczalny sposób rzucał urok na wszystkie panny, więc dlaczego ona miałaby być inna? Zakręciło jej się w głowie na myśl, że Sidney wodzi po niej wzrokiem, i potrzebowała całej siły woli, by na niego nie spojrzeć.

Maj 1581

Whitehall

Był pierwszy naprawdę ciepły dzień w roku, gdy powoli oddalali się od trybun na dziedzińcu turniejowym, a tłum parł za nimi. Królowa szła ramię w ramię z Andegaweńczykiem - wyglądali jak matka i syn - otoczona francuską świtą. Penelope niosła naręcze rzeczy królowej: wachlarz, balsamkę, kubek, a do tego fretkę na złotym łańcuszku, prezent od Andegaweńczyka. Zwierzątko wierciło się i próbowało się ukryć w jej rękawie. Starała się iść wyprostowana w panującym ścisku i odwróciła się, by spiorunować wzrokiem Peg, która znowu skrobnęła ją butem po pięcie. Martha szła obok niej, paplając bez tchu o widowisku, którego właśnie były świadkami.

- Arundel w szkarłacie i złotogłowiu prezentował się całkiem nieźle - powiedziała. - Zgodzisz się ze mną, Penelope? A Sidney... - dodała marzycielsko, ściszając głos, jakby nie było słów na opisanie jego wdzięku.

- Wszyscy wyglądali wspaniale - zauważyła Penelope, ale tak naprawdę ona też myślała tylko o Philipie Sidneyu, chociaż nigdy nie przyznałaby się do tego na głos.

Uroda i elegancja pozostałych rycerzy zbladły, gdy Sidney wjechał kłusem na rtęciowosiwym wałachu, w zbroi odbijającej słońce, z podskakującymi strusimi piórami, ze świtą ciągnącą za nim jak armia. Nagle spłoszony czymś siwek stanął dęba, tuląc uszy i rżąc ze strachu, a nad tłumem wzbił się zduszony okrzyk. Sidney, pewnie siedzący w siodle, zupełnie niewzruszony, z łatwością zapanował nad wierzchowcem.

Penelope patrzyła z podziwem, nie mogąc uwierzyć, że ojciec wybrał dla niej tego mężczyznę. Ale od uczty na Złotej Łani Sidney ledwie ją zauważał i chociaż porwał ją wir dworskich rozrywek - oglądała przedstawienia, brała udział w ucztach, polowaniach i we wszystkim, co obmyślono specjalnie dla francuskich gości - jej rozczarowanie rosło jak warstwa kurzu w kącie. Wystarczyłby jej jego uśmiech, ale czuła, że jest dla niego niewidzialna, jakby nigdy nie była mu obiecana, jakby nie przystanął na molo, by ostrożnie odczepić jej pelerynę; jakby nie spojrzał na nią tak, jak to zrobił.

- Zdaje się, że ktoś próbuje przyciągnąć twoją uwagę - powiedziała Martha, wskazując pazia, który przedzierał się przez tłum, by do nich dotrzeć. - To chyba jeden z chłopców twojego ojczyma.

- Chyba tak, sądząc po barwach.

- Lord Leicester pragnie widzieć cię w swoich pokojach, pani - oznajmił paź, gdy przystanęli we troje, tak że tłum musiał ich omijać.

- Muszę coś zrobić z tym stworzeniem. - Penelope wskazała fretkę, która teraz wtulała się w jej szyję. - Mógłbyś zabrać je do stajni i poprosić, by je gdzieś zamknęli? - Spojrzała na niego z uśmiechem, który zwykle sprawiał, że młodzi mężczyźni spełniali jej prośby.

- Niczego bardziej nie pragnę, niż ci służyć, pani. - Odwzajemnił uśmiech. - Ale muszę zanieść list do królowej.

- Możesz zatem mi pomóc, zabierając dla niej te rzeczy. - Wcisnęła mu je, zadowolona z okazji.

Paź wyciągnął wolną rękę, by pogłaskać grzbiet fretki, a ta obróciła się z szybkością węża i zatopiła parę żółtych kłów w jego kciuku. Chłopak z krzykiem cofnął dłoń.

- Złośliwe małe stworzenie! Niezbyt odpowiedni prezent dla Jej Królewskiej Mości.

Penelope zerknęła na Marthę, która mocno zaciskała usta, żeby nie parsknąć śmiechem, i odetchnęła głęboko, by stłumić własną wesołość.

- A czego chce ode mnie lord Leicester? - spytała.

- Nie mnie wiedzieć takie rzeczy. - Chłopak wpatrywał się w nią, jakby była Wenus wyłaniającą się z fal morza.

- Myślisz, że ci wierzę? Wy, paziowie, zawsze przykładacie ucho do ściany. Na pewno coś zasłyszałeś. - Wcisnęła wijącą się fretkę w zgięcie ramienia, wyjęła z rękawa chusteczkę, wzięła chłopca za rękę i delikatnie zaczęła opatrywać mu ranę.

- Sądzę, że sprawa ma związek z aranżowaniem twojego małżeństwa, pani - powiedział szeptem paź. - Ale nie jestem do końca pewien. I muszę...

Serce jej zatrzepotało.

- Tak, idź, musisz zanieść list do królowej.

- A to? - Uniósł opatrzony palec.

- Moja chusteczka należy do ciebie. Idź już, idź.

Zrobił zdumioną minę, jakby dała mu faworek - kokardę, jaką wręczają damy rycerzom jako dowód przychylności.

Jego słowa o aranżowaniu małżeństwa wzbudziły w niej dreszczyk emocji - nagle stłumiony przez myśl, że ślub, nawet z kimś tak wspaniałym jak Sidney, oznacza dla niej odejście z wiru dworskiego życia, aby prowadzić gospodarstwo domowe i rodzić dzieci, dusić się w domu, jeszcze zanim zaczęło się jej prawdziwe życie. Dumała o skwaszonej hrabinie: każdy dzień sprowadzony do ściśle przestrzeganej modlitwy, nadzorowania kucht, szycia koszul dla biednych, cichych dyskusji o teologii i błaganiu o przebaczenie za każdą drobną przewinę, z mężem przychodzącym i wychodzącym wedle własnej woli. Takie życie wydawało się pozbawione powietrza, jak pogrzebanie żywcem. Nie chciała wybiegać myślą dalej niż o dzień naprzód. Pragnęła chwilę dłużej rozkoszować się dworskimi uciechami, patrzeć, jak młodzi mężczyźni konkurują o jej rękę do tańca, śpiewać i występować w przedstawieniach, grać w karty, fantazjować, cieszyć się brakiem powagi tego wszystkiego; chciała, aby o nią zabiegano, a nie się z nią żeniono - jeszcze nie teraz. Hrabina raz po raz wbijała jej do głowy, że te rozrywki to marność, że droga do piekła jest wybrukowana takimi fałszywymi przyjemnościami, ale przecież było dość czasu, by później to wszystko odpokutować. Penelope miała poczucie, że jej młodość i piękno będą trwać tylko chwilę, jak jętka urodzona o poranku obraca się w proch o zmierzchu, i nie mogła znieść myśli, że mogłaby zmarnować choćby ułamek tej ulotnej chwili.

- Tak szybko - odezwała się Martha, wyrażając na głos jej myśli. - Dopiero co do nas dołączyłaś, a teraz odejdziesz, żeby wyjść za mąż.

- Te sprawy mogą zająć trochę czasu. - Penelope wcale nie była pewna, czy to prawda.

- Jak myślisz, kogo dla ciebie upatrzyli?

- Nie mam pojęcia. - Nie chciała powiedzieć, że Sidneya, nawet Marcie, która nie miała w sobie krzty zazdrości. Wkrótce wszyscy się dowiedzą.

Fretka znów zaczęła się szamotać, więc mocno chwyciła ją za obróżkę, uważając, by jej palce nie znalazły się w zasięgu ostrych ząbków. Nagle ogarnęło ją współczucie dla tego stworzonka, które też nie miało nic do powiedzenia w sprawie swojego losu.

Po wyjściu z placu turniejowego tłum się rozproszył, a Penelope skierowała się do stajni. Zobaczyła Cecila i przystanęła na chwilę, by popatrzeć, jak niczym chrząszcz gramoli się po schodach prowadzących do wielkiej komnaty. Gdy mijał grupkę młodych mężczyzn, jeden z nich zaczął kuśtykać, szydząc z jego niezgrabnego chodu, a inni się śmiali. Cecil szedł dalej, ze wzrokiem wbitym w stopnie, ale otoczywszy go kręgiem, drwili z niego i żartowali. Jeden wyrwał mu książkę z ręki i rzucił drugiemu. Książka śmigała w powietrzu, Cecil jednak nie reagował, więc w końcu znudzili się swoją okrutną zabawą i pozwolili, by ich zwierzyna dalej dreptała po schodach. Penelope sądziła, że Cecil musi być przyzwyczajony do takiego traktowania, skoro nie okazał złości, i przez chwilę zastanawiała się, czy jej brat odnosił się do niego w podobny sposób, kiedy mieszkali razem jako chłopcy.

Cecil dotarł do drzwi i schylił się po leżącą przed nimi książkę, po czym odwrócił się i przeszył Penelope spojrzeniem, które wydawało się przepełnione pogardą. Żałowała, że nie zdobyła się na odwagę, by przemówić tym aroganckim młodzianom do słuchu, i chciała się wytłumaczyć, okazać współczucie, lecz jego spojrzenie ją zaniepokoiło, a zaraz potem zniknął w ciemnym wnętrzu.

W stajniach panował gwar, wszyscy stajenni zajmowali się końmi z turnieju. Z daleka dostrzegła wierzchowca Sidneya - koń wydawał się teraz bardziej naturalny po sztuczności widowiska i mniej imponujący bez kropierza i paradnej uzdy. Obok przechodziło dwóch paziów z elementami zbroi Sidneya. Jeden błaznował: nałożył hełm i bawił się zasłoną, unosząc ją i opuszczając. Penelope skręciła w najbliższe przejście pomiędzy boksami, gdzie w powietrzu unosił się ostry zapach. Ostrożnie omijała kopce parującego łajna i wilgotnej słomy, czując się niezręcznie w swoich haftowanych irchowych pantofelkach.

Zawołała podrostka dźwigającego na nosidle wiadra i pokazując mu fretkę, spytała, komu ją można przekazać. Wyraźnie zaskoczony jej obecnością w stajni, odstawił wiadra i drżącą ręką szybko ściągnął czapkę z głowy. Był ledwie chłopcem, sądząc po jego mlecznej cerze, nie więcej niż dwunastoletnim. Uśmiechnęła się, żeby wyglądać mniej onieśmielająco, ale tylko wprawiła go tym w większe zakłopotanie.

- Może zaprowadzisz mnie do swojego pana? - rzuciła.

Skinął głową, jakby zapomniał języka w gębie.

- Sprowadzę go, pani - wykrztusił w końcu, po czym zniknął za wewnętrznymi drzwiami.

Słyszała zza nich długą i gorącą dyskusję na temat fretki i tego, kto ma się nią zająć. Zastanawiała się, czy nie przypiąć smyczki do haczyka i nie zostawić stworzonka, gdy nagle jak spod ziemi wyrósł przed nią Sidney, z włosami w nieładzie, ubrany w niewiele więcej niż koszulę, nogawice i buty.

- Dobry Boże, lady - powiedział z lekkim ukłonem. - Na litość, co porabiasz w stajni z fretką w ramionach?

Znów zabrakło jej słów.

Nagle jakby przypomniał sobie, że nie jest odpowiednio ubrany.

- Musisz mi wybaczyć... brak należytego stroju. - Lekko się zająknął, ujawniając zaskakujące skrępowanie, co podniosło ją na duchu. - Przed chwilą zdjąłem zbroję.

- Często zastanawiałam się, co mężczyźni noszą pod zbroją - odparła Penelope i natychmiast pożałowała swoich słów.

Nie miała zamiaru być lubieżna. Naprawdę ciekawiło ją, co mężczyźni noszą pod tymi sztywnymi płytami, aby zapobiec tarciu ostrych metalowych krawędzi o ciało.

Wielu innych znanych jej młodych mężczyzn mogłoby udzielić jakiejś dwuznacznej odpowiedzi.

- Pozwól mi zabrać to zwierzę - powiedział tylko Sidney.

Podała mu fretkę, a on, trzymając ją w wyciągniętej ręce, podszedł do wewnętrznych drzwi i otworzył je na oścież.

- Co to ma znaczyć?! - ryknął. - Jak śmiecie zostawiać dwórkę królowej samą w stajni i spierać się o los tego zwierzęcia?

Penelope zobaczyła, że chłopiec się wzdryga, jakby spodziewał się bicia, i nie mogła znieść myśli, że zostanie ukarany za to, że natknął się na nią w stajni. Bez namysłu zrobiła krok do przodu i chwyciła Sidneya za ramię. Odwrócił się gwałtownie, z miną tak wściekłą, jakby zaskoczył go wróg.

Powoli cofnęła rękę.

- Zostaw chłopaka w spokoju. On tylko próbował mi służyć. Nie było w tym żadnej zniewagi.

Wściekłość zniknęła z jego twarzy równie nagle, jak się pojawiła.

- A więc w takim opakowaniu jest życzliwe serce - powiedział cicho, aby tylko ona mogła go usłyszeć.

- Co przez to rozumiesz?

- Zazwyczaj stwierdzam, że im więcej piękna jest na zewnątrz, tym mniej go w środku.

Penelope nie przywykła, by nazywano ją życzliwą, nawet w tak okrężny sposób. Często słyszała, że jest piękna, ale piękno to jedynie kwestia splotu okoliczności; wolałaby, żeby ludzie interesowali się tym, co kryje się pod jego powierzchnią. Spojrzała na Sidneya i wydał się jej całkowicie obcy, zupełnie inny niż mężczyzna, którego wyczarowała w myślach na podstawie ich poprzednich krótkich spotkań. Ten wyglądał podobnie, lecz wymyślony przez nią Sidney mówił tylko głupie romantyczne frazesy jak rycerz w balladzie, a on... cóż, nie bardzo wiedziała, co sądzić o tym sarkastycznym komplemencie, ale po chwili znalazła w sobie dość odwagi, by sformułować godną ripostę.

- Wiesz to z własnego doświadczenia? A jaki jest stan twojego serca?

- Cóż, ja nie jestem piękny. - Przeciągnął dłonią po ogorzałym policzku.

Plamka po wewnętrznej stronie palca wskazującego przypominała, że jest poetą. Odwrócił się gwałtownie, jakby nie lubił mówić o sobie, twarzą do drzwi, za którymi ludzie stali na baczność, czekając na jego rozkazy.

Chciała zaprzeczyć, ale tego nie zrobiła. Przyszło jej na myśl, że większość mężczyzn o zeszpeconej skórze zapuszcza brodę, a on, gładko ogolony, składa w ten sposób jakieś oświadczenie.

- Zwierzę jest prezentem dla królowej. Proszę odpowiednio się nim zająć, jeśli łaska - powiedziała, starając się przejąć kontrolę nad sytuacją.

- Tak, zróbcie, co pani każe - nakazał Sidney, przekazując zwierzę. Zamknął drzwi i oparł się o nie. - Wydaje mi się, że dość regularnie ratuję cię z opałów, pani. Czy to nie ty zahaczyłaś peleryną o gwóźdź w Deptford?

- Nie nazwałabym tego ani "ratowaniem", ani "regularnym". - Z przypływem oburzenia uświadomiła sobie, że ten mężczyzna, który zajmował jej myśli, odkąd pamiętała, nawet nie wie, kim ona jest. - Ale skoro nasza znajomość jest tak zażyła, to jak mam na imię?

Zaskoczony, wpatrywał się w nią długo, zdawało się przez wieki. Jego usta leciutko drgały, jakby próbował wymyślić odpowiedź.

- Poecie zabrakło słów. - Chciała, żeby jej głos zabrzmiał lekko i żartobliwie, lecz całkiem wyraźnie dźwięczała w nim uraza.

Odwracając się od Sidneya, zachodziła w głowę, jak to możliwe, że rodzina dyskutuje o jej zamążpójściu, a nikt mu nawet jej nie pokazał. Czy nie rozmawiał z innymi mężczyznami o dwórkach, tak jak one paplały o kawalerach? Czy nie zwrócił na nią uwagi choćby na tyle, żeby zaciekawić się, kim jest?

Gdy szła do wyjścia, chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie.

- Przyznaję, że masz rację, pani, ale proszę... powiedz mi.

Czuła jego zapach - nigdy nie zastanawiała się nad tym, jak Sidney może pachnieć - przyjemny, zaskakująco czysty, suchy i letni, jak siano.

- Jak masz na imię? - zapytał tak rozpaczliwie, że pozwoliła, aby powstrzymał ją przed odejściem, bo chciała przedłużyć tę chwilę, gubiąc się w plątaninie sprzecznych uczuć.

Pomyślała o przerażeniu, jakie odmalowałoby się na twarzy hrabiny, gdyby ich tu zobaczyła: stoją blisko siebie, tak blisko, że czuje jego oddech przy uchu; on niestosownie ubrany i wciąż ściskający jej ramię, jakby miał nigdy go nie puścić.

- Dobrze znałeś mojego ojca. - Jej głos był dziwny i ochrypły, głos obcej osoby. - I spotkaliśmy się raz, lata temu.

- Gdzie? - Ogarnął ją spojrzeniem. - Pamiętałbym.

- Ledwo mnie zauważyłeś, zbyt zajęty puszeniem się u boku swojego wuja Leicestera. To było w Chartley.

Wróciła pamięcią do rodzinnego domu, kiedy była zaledwie dwunastolatką, a on miał dwadzieścia jeden lat, był już mężczyzną. I wówczas, i teraz czuła się niedojrzała, chociaż jako osiemnastolatka mogłaby już być mężatką z dwójką dzieci. Była zielona w obliczu tego człowieka, który kierował misjami dyplomatycznymi w obcych państwach i walczył w potyczkach za granicą; spędził dziesięć lat na dworze, znał życie. To nie był chłopak z jej marzeń, z frazesami na ustach.

- Lady Penelope? Ty jesteś Penelope Devereux? - Uśmiech rozjaśnił jego twarz. - Dwie dziewczynki w czerwonym aksamicie w Chartley... Widzisz, pamiętam.

- Nie, nie pamiętasz, bo tamtego dnia byłam ubrana na niebiesko. To moja siostra miała czerwoną sukienkę.

- Kiedyś byliśmy zaręczeni. - Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka, lekko muskając go palcem, po czym gwałtownie odsunął dłoń, puścił jej ramię i cofnął się o krok, jakby raptem zrozumiał, że naruszył jakiś kodeks zachowania.

Penelope zastanawiała się, co miał na myśli, mówiąc "kiedyś", i przypomniała sobie, że najczęściej to para młodych jako ostatnia dowiaduje się o zawarciu umowy małżeńskiej. Może jeszcze go o tym nie poinformowano; przecież sama dowiedziała się przypadkiem, od pazia ojczyma.

- Darzyłem twojego ojca najwyższym szacunkiem - dodał Sidney.

- Muszę iść. - Poczuła się opuszczona, o krok od niego, i nagle uświadomiła sobie, że oczekują jej w komnatach ojczyma.

- Chcę cię znowu zobaczyć.

- Można mnie znaleźć wśród panien królowej.

- Sam na sam.

Uśmiechnęła się i bez słowa ruszyła przez podwórze stajenne w kierunku zachodniego wejścia, wiedząc, że Sidney wkrótce dowie się, iż czeka ich całe życie sam na sam.

Wbiegła po dwa stopnie naraz i przez labirynt korytarzy dotarła do komnat ojczyma. Jeden z jego ludzi stał na podeście na zewnątrz, niedbale oparty o boazerię. Wyprostował się, gdy tylko ją zobaczył. Zatrzymała się, żeby poprawić czepek i wygładzić spódnice, po czym skinęła głową, aby otworzył drzwi.

- Ach, Penelope! - powitał ją Leicester.

Stał pośrodku pokoju, jaśniejący w złotym brokatowym dublecie jak słońce. Inni przypominali tylko nikłe planety na jego orbicie.

Dygnęła i rozejrzała się po pokoju. Skryba przy stole ślęczał nad jakimiś papierami, a paź, z którym rozmawiała wcześniej, bawił się przy oknie w lisa i gęsi z drugim chłopcem. Hrabina stała przy kominku z mężem, Huntingdonem, oboje w surowej czerni, wyglądający jak król i królowa na szachownicy. Obok nich stał małomówny młodzieniec o dużych brązowych oczach rozstawionych tak szeroko, że wydawało się, iż jedno widzi co innego niż drugie. Usta miał pełne, obwisłe i lekko rozchylone, jakby zatkany nos utrudniał mu oddychanie, mimo to był dość urodziwy, jak chłopiec z włoskiego obrazu, który kiedyś widziała. Też był ubrany na czarno; zauważywszy plik papierów, które trzymał pod pachą, uznała, że jest prawnikiem.

- Co cię zatrzymało? - zapytała hrabina. - Czekaliśmy.

Penelope zaczęła się tłumaczyć, czując na sobie zaciekawiony wzrok młodego prawnika. Nawykła już do tego, że mężczyźni jej się przypatrują, i obrzuciła go wrogim spojrzeniem.

- To nie przed nami powinnaś się usprawiedliwiać - powiedział Huntingdon. - Tylko przed naszym gościem, lordem Richem.

Była zdezorientowana. Młodzieniec zrobił krok do przodu. Ujął jej dłoń w lepkie palce i złożył na niej wilgotny pocałunek. Zrobiła wszystko, co mogła, żeby nie wyrwać dłoni i nie wytrzeć jej o spódnicę. Czuła jego drżenie i zdała sobie sprawę, że pokój, w którym przebywa dwóch najpotężniejszych hrabiów Anglii, może być przerażającym miejscem dla kogoś, kto nie przywykł do takiego towarzystwa. Uśmiechnęła się, żeby uspokoić młodzieńca, i jego usta lekko drgnęły w odpowiedzi. Oczy mu rozbłysły i ich ciemne kontury na chwilę się ozłociły. Ale lord Rich miał w sobie coś galaretowatego, coś, co przywodziło jej na myśl żabi skrzek albo surowe jajko. Gdy Rich wrócił na swoje miejsce, zauważyła, że spojrzał na Leicestera i skinął głową.

- Zatem postanowione - oznajmił jej ojczym. - Myśleliśmy o początku listopada, przed obchodami rocznicy wstąpienia na tron.

- A królowa, lordzie? - zapytał Rich.

Penelope ze zdumieniem przenosiła spojrzenie z jednego na drugiego, zastanawiając się, kiedy ten Rich wreszcie odejdzie i będą mogli omówić jej ślub z Sidneyem.

- Masz zgodę Jej Królewskiej Mości, Rich. Jest zawiedziona, że tak szybko traci ulubioną dwórkę, ale... - Leicester pozwolił, by jego słowa wybrzmiały.

Rich rozciągnął usta w wilgotnym uśmiechu.

Penelope przełknęła ślinę, nie przejmując się tym, że jej twarz wyraża obrzydzenie, gdy rzeczywistość opadła na jej ramiona niczym ołowiana peleryna.

- On... Chcesz, żebym za niego wyszła? - Wskazała Richa. - Przecież jestem zaręczona z Sidneyem.

- Pamiętaj o dobrych manierach, dziewczyno - warknął Huntingdon, a jego prawa ręka naprężyła się tak, jakby miał zamiar ją spoliczkować.

- Z Sidneyem? O czym ty mówisz? - odezwała się hrabina. - Tamto porozumienie już dawno wygasło. Poza tym Sidney stracił na wartości, prawda, bracie? - Spojrzała na Leicestera. - Jest niewiele wart, odkąd spłodziłeś prawowitego dziedzica i pozbawiłeś go widoków na spadek.

Penelope ze ściśniętym z gniewu gardłem pomyślała o synku, którego jej matka urodziła zaledwie kilka tygodni temu; zrozumiała, że właśnie to dziecko, jej młodszy przyrodni brat, czule zwany Szlachetnym Chochlikiem, stanęło między Sidneyem a jego wielkimi nadziejami. Przesłanie było całkowicie jasne: Sidney nie jest dość majętny, aby poślubić zubożałą córkę hrabiego z linią rodu wywodzącą się prosto od Edwarda III.

- Rich*, jakże trafne nazwisko. - Machnęła ręką w stronę młodzieńca, nie zastanawiając się nad swoją nieuprzejmością.

Hrabina prychnęła.

- Przeproś, Penelope!

- Musisz zrozumieć, moja droga - zaczął Leicester - że nam, twojej rodzinie, leży na sercu twoje dobro.

Penelope już miała zripostować, że "rodzina" to naciągane określenie, bo przecież nie jest z nim spokrewniona, ale się rozmyśliła.

Rich skulił się za Huntingdonem, zagryzając zęby.

- Widziałem wiele panien pomstujących na wybór męża, lecz wszystkie ostatecznie wyrażały zgodę - dodał Leicester.

Penelope nie słuchała; myślała tylko o Sidneyu i o tym, że znalazła się w nie lepszym położeniu niż ta przeklęta fretka.

- Odmawiam - oświadczyła stanowczo. - Mam prawo.

- Moja droga... - Głos Leicestera brzmiał spokojnie, ale jego zaciśnięte pięści świadczyły o tym, że tylko przez grzeczność nie daje upustu wielkiemu gniewowi. - Sądzę, że dasz się przekonać. Rich - skinął głową młodemu człowiekowi - może opiszesz lady Penelope którąś ze swoich posiadłości?

Rich wysunął się zza Huntingdona. Penelope, wbrew sobie, trochę mu współczuła. Był takim samym jak ona pionkiem w tej grze.

- Pokaż jej ten szkic Leighs. Uroczy dom w pobliżu Wanstead. W Essex, droga Penelope. - Ton Leicestera ociekał nieszczerością. - Będziesz mogła odwiedzać matkę i mnie podczas podróży do Londynu i z powrotem. Masz także rezydencję w Smithfield w mieście, prawda, Rich?

- Tak, lordzie. - Rich przejrzał swoje papiery, wyjął rysunek domu i podsunął go jej pod nos.

Penelope stwierdziła, że dom wygląda jak każda inna okazała siedziba na wsi.

- To piękna posiadłość - dodał Leicester.

- I jest tam dość miejsca, aby ugościć Jej Królewską Mość, gdyby raczyła zaszczycić nas wizytą - powiedział Rich, patrząc na niego tak, jakby to było pytanie.

- Z pewnością zechce to uczynić. - Leicester po przyjacielsku poklepał go po plecach, ale Penelope nawet przez mgłę gniewu dostrzegła jego niechęć do młodszego mężczyzny.

Było dla niej oczywiste, na czym polega ta umowa. Rich potrzebował dobrej krwi, wpływów i przychylności królowej, czego ona miała pod dostatkiem, a dzięki temu małżeństwu jego fundusze zasilą jej zubożałą rodzinę. W jej uszach zabrzmiało echo głosu Sidneya: "Muszę cię znowu zobaczyć... Sam na sam", i żelazna obręcz ścisnęła jej skronie. Spojrzała na hrabinę, która stała z zaciśniętymi ustami, a potem na Huntingdona. Żadne nie patrzyło na nią.

- Muszę się pożegnać - oznajmił Rich, wyraźnie pragnąc opuścić tę komnatę. - Przekażę matce radosną nowinę.

Sięgnął po dłoń Penelope, ale nie podała mu ręki, z dreszczem obrzydzenia przypominając sobie poprzedni wilgotny pocałunek; jedynie lekko skinęła głową.

Gdy tylko Rich wyszedł, hrabina zwróciła się do niej:

- Jak mogłaś okazać taką bezczelność? Wstydziłam się, że jesteś moją wychowanicą... Małżeństwo jest sakramentem boskim... nie ty decydujesz, więc bez grymasów. Myślałam, że wpoiłam ci posłuszeństwo, ale jesteś nieodrodną córką swojej matki, to jasne jak słońce...

- Dość! - burknął jej mąż, unosząc drżącą rękę.

Skarcona hrabina umilkła.

- Racz powściągnąć język, siostro - warknął Leicester z groźbą w głosie. - Mówisz o mojej żonie.

Zastraszona hrabina wymamrotała przeprosiny. Widząc, że gniew ojczyma skupia się na jej opiekunce, Penelope poczuła pewną satysfakcję, ale zaraz upomniała się w duchu, bo przecież rozkoszowanie się karą, nawet zasłużoną i wymierzoną osobie, która traktowała ją z wielką surowością, z pewnością jest grzechem.

Leicester położył rękę na jej ramieniu i zacisnął palce.

- Królowa poparła to małżeństwo i nie radzę ci robić w związku z tym afery, bo tylko narazisz się na jej niezadowolenie. Musisz już wiedzieć, co spotyka tych, którzy stracą jej przychylność.

Widząc jego wrogie spojrzenie, zobaczyła w wyobraźni Anne Vavasour, bladą ze strachu, w Tower.

Odchrząknęła.

- Muszę pomóc królowej ubierać się do kolacji - powiedziała i opadła w przesadnie niskim dygu. - Mogę odejść?

- Możesz - rzucił Leicester.

Wyglądało na to, że uznali jej brak sprzeciwu za zgodę, ale w drodze do komnat królowej jej opór narastał. Zmuszanie dwojga ludzi do wspólnego życia, gdy nic ich nie łączy, nie jest czymś naturalnym. Nie poślubi Richa, i tyle.

* Rich (ang.) - bogaty.

Listopad 1581

Leicester House/Smithfield

Różne elementy sukni ślubnej leżały rozrzucone po całej komnacie. Dorothy i Jeanne próbowały podnieść Penelope na duchu irytującym świergotem, gdy ciasno sznurowały haftowany stanik i pomagały jej wkładać kolejne warstwy odzieży: fortugał, suknię spodnią, suknię wierzchnią, rękawy.

- Jestem taka szczęśliwa, że jadę z tobą - powiedziała Jeanne.

Penelope zmusiła się do uśmiechu. Ona też się cieszyła, że Jeanne, towarzyszka z dzieciństwa, zamieszka w jej domu; jak dotąd była to jej jedyna radość wynikająca z małżeństwa.

- Kto będzie jechać obok twojej lektyki? - zapytała Dorothy.

- Nie wiem. Wszyscy nasi wujowie Knollysowie, jak sądzę... i Leicester. Jest z siebie bardzo zadowolony, bo mój ślub napełnił szkatuły rodziny Devereux. - Nie do końca udało jej się skryć urazę w głosie.

- Tutaj. - Dorothy wskazała, gdzie siostra ma przytrzymać palcem tasiemki, żeby mogła je zawiązać. - A Sidney? Będzie tam? Mam nadzieję.

- Ja również. Nigdy go nie widziałam - powiedziała Jeanne, rozkładając drobne ręce tak, jakby to była niewytłumaczalna strata.

- Nie wiem - odparła Penelope.

Chciała, żeby przestały o nim mówić, ale skąd miały wiedzieć o jej uczuciach do Sidneya? To była ich tajemnica, wyrażona w kradzionych chwilach: tamto pierwsze spotkanie w stajniach w Whitehall; pośpieszne rozmowy pod wierzbą płaczącą nad rzeką w Richmond; ręce złączone w tańcu na bankiecie; palce muskające się na długiej galerii w Hampton Court. Wyobraźnia przeniosła ją z powrotem do mleczarni w Greenwich: zamykające się drzwi, jego ręce na jej talii, zimna wilgotna ściana za jej plecami. Pierwszy pocałunek wśród jedynych świadków: krążków sera i wiszących worków z twarogiem, z których od czasu do czasu skapywała serwatka - jedyny dźwięk poza ich przyśpieszonym oddechem. To wspomnienie przyprawiło ją o zawrót głowy.

Pewnego razu na polowaniu w Nonsuch, gdy jej koń okulał, Leicester wysłał Sidneya na pomoc. Miała nadzieję, że będzie to oznaczać pół godziny sam na sam, ale dołączyła do nich Peg Carey, prawdopodobnie oddelegowana jako przyzwoitka. Peg zrobiła kwaśną minę, ujrzawszy ją siedzącą za Sidneyem, przytuloną do jego pleców.

- Nie mogę znieść widoku śmierci tych biednych zwierząt - powiedziała Penelope o polowaniu.

- Jesteś zbyt miękka - orzekła Peg. - Nie sądzisz, że jest zbyt miękka, Sidney?

- Kiedy byłem w Paryżu, widziałem niewyobrażalnie straszne rzeczy - oznajmił. - Ludzi mordowanych setkami. Gdybyś zobaczyła zapał w oczach zabójców, też miałabyś wstręt do aktów okrucieństwa.

Ich oczy spotkały się na krótką chwilę i Penelope ogarnęło przemożne uczucie, że została zrozumiana.

- Noc świętego Bartłomieja? - zapytała, a on skinął głową. - W naszym domu wychowała się hugenotka. - Mówiła o Jeanne. - Tamtej nocy straciła oboje rodziców. Widziała rzeź na własne oczy. Była jeszcze dzieckiem. Do tej pory na widok krwi mdleje. Opowiadała mi...

- Jest wiele takich historii. - Głos Sidneya brzmiał poważnie, jakby jego przeżycia naznaczyły go niezatartym piętnem przygnębienia.

- Ale zwierzęta to co innego. Zabijamy je, żeby przeżyć, są dla nas darem od Boga - powiedziała Peg. - Lubisz dziczyznę, prawda, Penelope?

- Może tak, mimo to żal mi tych stworzeń, gdy umierają.

- Miękka, sam widzisz.

- Kiedy ustrzeliłam mojego pierwszego jelenia, płakałam z żalu, widząc rozpacz w jego oczach.

- Jakim trzeba być głuptasem, żeby płakać nad martwym zwierzęciem! - prychnęła Peg.

- Może litość nad stworzeniami niższego rzędu świadczy o charakterze. Przecież czują strach i ból, prawda? - wtrącił Sidney.

Bronił jej stanowiska, ale Penelope wyczuwała, że chodzi o coś więcej. To było rzadkie pokrewieństwo dusz.

- Wiesz, co bawi francuskiego króla? - zapytała, patrząc wprost na Peg. - Czerpie przyjemność z oglądania kotów wrzuconych do worka z lisem i zawieszonych nad ogniskiem. Małych puszystych kociątek, takich jak te, z którymi bawisz się w prywatnej komnacie. Cieszy go ich przerażenie, delektuje się chwilą, kiedy worek spada w ogień, a one płoną z piskiem.

- Jak możesz opisywać taką scenę?! - krzyknęła Peg. - To odrażające.

- To jest odrażające - powiedział z naciskiem Sidney. - Hańbiące, odrażające i nieludzkie. I trochę tego wszystkiego ma w sobie ekscytacja polowaniem. Jeśli tego nie dostrzegasz, to jesteś...

- Jaka jestem? - przerwała mu Peg, nie posiadając się z oburzenia.

- To jesteś bezduszna - dokończyła Penelope myśl Sidneya, a on niepostrzeżenie ścisnął jej dłoń.

- Chciałabym znać twoje myśli - wymamrotała teraz Jeanne z ustami pełnymi szpilek.

- Boję się tego ślubu - wyznała Penelope.

- Dlaczego nie odmówiłaś? - spytała Dorothy.

Nałożyła siostrze naszyjnik i cofnęła się, żeby ocenić swoje dzieło.

- Wiesz, jak jest.

- Ale mama... czy ona nie mogła... - Dorothy urwała, zapewne przypomniawszy sobie, że ich matka ma w tych sprawach mniej do powiedzenia niż ktokolwiek inny.

Penelope błagała ją, żeby coś zrobiła, spróbowała wpłynąć na Leicestera, spróbowała odwieść Richa od zamiaru poślubienia jej.

- Kocham innego - wyznała.

Lettice uśmiechnęła się.

- Oczywiście. Właśnie taki jest świat... Ale to minie. Poza tym miłość i małżeństwo nie zawsze tworzą szczęśliwą parę. Nie sądziłam, że zacznie mi zależeć na twoim ojcu, kiedy za niego wychodziłam. Też myślałam, że kocham innego, z czasem jednak rozkwitło między nami uczucie. Dzieci tworzą więź. Jestem pewna, że polubisz Richa, skarbie.

- Ale ty kochasz Leicestera.

- I spójrz, jak nisko upadłam przez tę miłość. Zostałam wykluczona z towarzystwa, a ta kobieta trzyma mojego męża na uwięzi. Oferuje mu urzędy, spłaca jego długi, obsypuje go zaszczytami, byleby trwał u jej boku, a nie przy mnie.

- Nienawidzę jej. Nienawidzę królowej.

Matka ze świstem wciągnęła powietrze, a Penelope zakryła usta dłonią, lecz nie mogła już cofnąć swoich słów.

- To nie królowa każe ci poślubić Richa.

- Nie, ale to ona próbowała zniszczyć ciebie i zniszczyła ojca. Sama mówiłaś: "Żyłby, gdyby odpowiednio sfinansowała jego kampanię na tej przeklętej wyspie". Tak mówiłaś. - Penelope nigdy w pełni nie zrozumiała, jak doszło do śmierci ojca. Krążyło wiele historii, a służący tłumili szepty, gdy wchodziła do pokoju. Wiedziała tylko, że został, aby dowodzić armią w Irlandii, co zwano zaszczytną służbą, która przyniesie mu chwałę, i nigdy stamtąd nie wrócił. - Królowa jest niegodziwą kobietą i gdyby nie ona, nie musiałabym poślubiać kogoś takiego jak Rich.

Gdy Lettice otworzyła ramiona, córka wpadła w nie i poczuła jej zapach. Mocno zacisnęła powieki, usiłując przypomnieć sobie siebie z czasów bezpiecznego dzieciństwa, daleko od tej kobiety, którą się stała - osiemnastoletniej, o krok od zamążpójścia.

- Jakiekolwiek myśli żywisz w sercu - szepnęła matka - nie wolno ci mówić takich rzeczy o królowej, nawet na osobności. Nigdy nie wiadomo, kto może podsłuchiwać. Zapamiętaj moje słowa. Myśl o rodzinie. Jeśli zachowasz przychylność Elżbiety, wyjdzie to na dobre nam wszystkim. Postaraj się, a może pewnego dnia osiągniesz pozycję, która pozwoli ci zagwarantować bezpieczną przyszłość rodzinie Devereux. Nie trać zdrowego rozsądku, Penelope, bo królowa nie jest nieśmiertelna i musimy pokładać nadzieje w jej następcy, inaczej nie przetrwamy.

- Ale kto ją zastąpi?

- Ach, oto jest pytanie. Trzymaj rękę na pulsie i pielęgnuj swoje wpływy. Wszystko kiedyś się wyjaśni.

Penelope czuła się jak niemowlę rzucone w świat dorosłych. Nie była na to przygotowana. Od niej ma zależeć przetrwanie jej rodu? Jak mogłaby udźwignąć taki ciężar?

- Twój brat i siostra wkrótce dołączą do ciebie na dworze, ale ty jesteś najstarsza - dodała Lettice. - Twoim zadaniem jest utorować im drogę. Nie wątpię, że staniesz się potężną siłą. - Urwała i w jej oczach zapłonęła iskra czegoś na kształt gniewu. - I może pewnego dnia znajdziesz sposób, żeby osiągnąć...

Nie dokończyła, bo weszła piastunka z dzieckiem.

- Spójrz, twój mały brat! - Lettice wzięła od niej syna, Szlachetnego Chochlika, przysunęła jego okrągłą buzię do twarzy i zaczęła gruchać w odpowiedzi na jego gaworzenie.

Penelope zastanawiała się, co matka miała zamiar powiedzieć. "Może pewnego dnia znajdziesz sposób, żeby osiągnąć..." Co? Pokój? Władzę? Zemstę?

Lettice włożyła chłopca w ramiona córki. Ta chciała nienawidzić tego dziecka, które ukradło Sidneyowi spuściznę po Leicesterze, ale patrzyło na nią z nieodpartym bezzębnym uśmiechem. Wbrew sobie pogłaskała gładki pyzaty policzek i uniosła bawełnianą czapeczkę, żeby pocałować pachnącą mlekiem główkę.

- Wkrótce sama dochowasz się potomka - powiedziała jej matka. - Będą razem dorastać.

Ta myśl boleśnie przeszyła serce Penelope, ponieważ jej dzieci będą dziećmi Richa.

- Jesteś daleko stąd - zauważyła teraz Dorothy, wyrywając ją z zadumy.

- Myślałam o dzieciach. Niedawno widziałam naszego przyrodniego brata. Jeszcze kilka dni, a zacznie sam jeść. - Penelope uśmiechnęła się, próbując odsunąć od siebie tamtą niepokojącą rozmowę z matką.

- Odwróć się, żebym mogła cię uczesać - poprosiła Jeanne i przeciągnęła ręką po jej włosach. - Jak złota przędza.

Serce Penelope zamarło; tych samych słów użył kiedyś Sidney w ogrodach Richmond. Zostali w tyle za grupą spacerowiczów i skręcili nad rzekę, gdzie wysokie szuwary zapewniły im prywatność w tej skradzionej chwili sam na sam. Doszli do sadzawki, nad którą rósł samotny narcyz, wyprostowany i dumny, z kwiatem koloru żółtka. Przypomniał jej o tej historii z Owidiusza i rozmawiali o mitach, o Echo, Kallisto, Ikarze, o okrucieństwie pogańskich bogów. Potem Sidney wyjął szpilki z włosów Penelope, a gdy opadły jej na ramiona, wtulił w nie twarz.

- Nawet Wenus nie mogła mieć loków ze złotej przędzy.

- Mam poślubić lorda Richa - powiedziała, natychmiast żałując, że nie może cofnąć tych słów, bo zepsuła nimi idealną chwilę.

Pragnęła, aby Sidney ją zapewnił, że na to nie pozwoli, że będzie błagał królową, że chce ją mieć dla siebie. Wyobraziła sobie, jak mu mówi, że utrata spadku po Leicesterze nie ma znaczenia, no bo czy zależy jej na bogactwie?

- Wiem. Nie mówmy o tym - odparł tylko.

Poczuła się, jakby ją spoliczkował, a z czasem zrozumiała, że tylko się nią bawił, jak robią to dorośli mężczyźni z łatwowiernymi dziewczętami.

Dzięki Bogu, że mu się nie oddałam, pomyślała, gdy Dorothy przyczepiła jej do kołnierza kryzę, wielką i sztywną, drapiącą w szyję, a potem trochę mocniej zaciągnęła tasiemki stanika. Ale w głębi duszy Penelope żałowała, że tego nie zrobiła - pal diabli konsekwencje - ponieważ nie mogła ścierpieć myśli, że to Rich pozbawi ją dziewictwa.

W ciągu następnych tygodni towarzyszył jej smutek. Sidney coraz bardziej odsuwał się, jakby jej unikał; spędzał więcej czasu poza dworem. Odwracał wzrok, gdy inni przepychali się, by partnerować jej w tańcu, i już nie jego ręka pomagała jej wysiąść z królewskiej barki, a kiedy Penelope trzymała się z tyłu podczas konnej przejażdżki czy polowania z jastrzębiami, zawsze ktoś inny podjeżdżał, aby wciągnąć ją w pogawędkę - Sidney umknął na najdalsze krańce jej świata. Jej serce otworzyło się zbyt szybko i stało się miękkie jak mięsień nieprzywykły do działania. Nie traciła jednak nadziei i wymyślała coraz bardziej zawiłe wyjaśnienia, dlaczego tak się zachowywał, aż pewnego dnia ją odszukał. Była pełnia lata i w sadzie w Nonsuch gałęzie opadały pod ciężarem owoców, muskając czubki wysokiej trawy. Wziął ją za rękę i poprowadził tam bez słowa.

Zerwał dla niej brzoskwinię. Ze zmysłami pobudzonymi słodyczą owocu, zlizała strużkę lepkiego soku, który spłynął jej po nadgarstku. Sidney ukląkł i ujął jej rękę, niczym rycerz z bajki, zamierzający się oświadczyć.

- Zwiodłem cię. Nie powinienem się do ciebie zalecać. To było złe, bo wiedziałem, że nigdy nie będziemy mogli się pobrać. I za to szczerze cię przepraszam. - Nie mógł spojrzeć jej w oczy. - Mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Uśmiechnęła się, jakby od tego zależało jej życie.

- Nieważne - ćwierknęła i odwróciła się, aby nie spostrzegł bólu na jej twarzy.

Cała poezja świata nie jest w stanie przygotować cię na pierwszy zawód miłosny, nieustającą tęsknotę, wewnętrzny wstrząs, całkowity brak radości i nadziei. Listopad nieuchronnie się zbliżał i Penelope zamknęła serce w błonie, jak dziecko urodzone w czepku, więc nawet dla niej stało się niedostępne.

- Czy to prawda - zaczęła Jeanne, przypinając długi sznur pereł do jej bawetu - że jesteście... - Zawahała się.

- Co? - spytała Penelope.

- Że jesteście...

- Wykrztuś to - ponagliła ją Dorothy.

- Słyszałam rozmowę... - Jeanne osłoniła usta ręką i mówiła przez palce - że matka waszej matki jest przyrodnią siostrą królowej, a nie tylko kuzynką. Czy to znaczy, że Henryk Ósmy jest waszym pradziadkiem?

Penelope wymieniła spojrzenia z siostrą. Zastanawiała się, czy dlatego królowa tak chętnie ją przygarnęła - wcześniej nie przyszło jej to do głowy.

- Podobno płynie w nas krew Tudorów, lecz nie wolno nam o tym mówić.

- Ale wielu mówi - powiedziała Jeanne. - I wasza matka jest bardzo podobna do królowej.

- Jestem pewna, że Rich też to słyszał - rzuciła z irytacją Dorothy. - Spodobają mu się korzyści, jakie z tego odniesie.

- Nasza matka odniosła ich niewiele - zauważyła Penelope.

Nagle uświadomiła sobie, że ślub Lettice z faworytem królowej był podwójną zdradą, zważywszy na bliskie pokrewieństwo, i zaraz potem zrozumiała, że taka bliskość może być bardziej klątwą niż błogosławieństwem. Ale nie chciała o tym myśleć, ponieważ to sprawiało, że czuła się uwięziona w sieci utkanej z linii swojego znamienitego rodu.

- Jaki jest Rich? - zapytała Dorothy.

- Nie wiem. Spotkałam go tylko parę razy i prawie się nie odzywał. Gdybyś ty stanęła obok niego przy ołtarzu, przysięgam, że nie zauważyłby różnicy. - Penelope poklepała siostrę po plecach i parsknęła gorzkim śmiechem.

- Naprawdę jesteście tak bardzo podobne, że nawet ja czasami nie potrafię was odróżnić z tyłu - wtrąciła Jeanne.

Penelope przez chwilę czuła dojmujący ból na myśl o zbliżającej się rozłące z siostrą, która wróci do Huntingdonów, i już nic nie będzie takie, jak było.

- Wiem tylko, że ma więcej pieniędzy, niż może wydać - powiedziała i zaczęła się śmiać, a dziewczęta do niej dołączyły. - Będę bogatą lady Rich.

Dorothy prychnęła i znów wszystkie roześmiały się na całe gardło.

- Z posiadłościami w całym hrabstwie Essex. - Penelope stanęła na łóżku, jakby wygłaszała monolog w przedstawieniu. - I rezydencją w Smithfield, z doskonałym widokiem na płonące stosy, jeśli dopisze nam szczęście i ktoś zostanie skazany. Moje ogrody będą pełne egzotycznych owoców, tak rzadkich, że batalion ludzi będzie ich strzec przed złodziejami, z ust marmurowych amorków będą tryskać fontanny wina, a w moich stawach będą pływać złote rybki zrobione ze szczerego złota.

- Nie potopią się? - Jeanne krztusiła się ze śmiechu. - I będziecie wyprawiać przyjęcia i bankiety z tańcami i muzyką.

Padły na łóżko, całkiem bez sił.

- Obawiam się, że nic z tego. - Śmiech Penelope ucichł. - Rich nie pochwala "grzesznych przyjemności". Jest purytaninem.

- Przecież kochasz muzykę i poezję! Śpiewasz jak anioł. Jak to zniesiesz?

- Nie wiem.

Dorothy miała zbolałą minę, jakby ktoś umarł.

- Będziesz musiała zamieszkać w jego domu w Essex?

- Nie od razu. Królowa poprosiła, żebym została jakiś czas na dworze. I będzie tam ze mną Jeanne. - Penelope musnęła palcami rękaw przyjaciółki.

Przerwało im pukanie i głos jej brata.

- Siostrzyczko, jesteś ubrana? Mogę wejść?

- Robin! - wykrzyknęła i pośpiesznie otworzyła drzwi. Brat, którego nie widziała od prawie roku, uśmiechał się do niej spod plątaniny atramentowych loków, z dołeczkiem w prawym policzku. Otworzył ramiona i przytulili się mocno. - Cieszę się, że tu jesteś, tak bardzo się cieszę. I popatrz. - Odsunęła się, by mu się przyjrzeć. - Piękne ubranie. - Dotknęła śliwkowego aksamitu jego dubletu z rozcięciami, z których wyglądała złocista tkanina.

- Prezent od twojego przyszłego męża. Cały strój, łącznie z jedwabnymi pończochami.

- Od Richa? Poznałeś go?

- Przyjechał po mnie do Cambridge. Zabrał mnie do swojego krawca, popłynęliśmy łodzią na rzekę, zjedliśmy kolację w gospodzie.

- I co o nim sądzisz? - spytała, zaintrygowana, dlaczego Rich zabiega o przychylność jej brata, po czym przypomniała sobie, że przecież Essex jest teraz głową rodziny, a dla Richa ważne były kontakty z rodem Devereux i ich koneksje.

- Hojny.

- Już mu zależy na twojej aprobacie. - Uszczypnęła brata w policzek. - Masz ledwie szesnaście lat, a już jesteś wpływowy.

Elegancki strój nie skrywał młodzieńczej niezdarności Robina, a jego twarz wciąż była gładka i miękka, choć nad górną wargą rysował się cień zarostu.

- Jest dość dobrym człowiekiem. Trochę poważnym, ale dobrym.

- Znasz go lepiej niż ja. - Nie potrafiła ukryć goryczy.

- Ale pamiętaj, siostrzyczko: ty jesteś dla mnie najważniejsza. - Stojąc wyprostowany, na rozsuniętych nogach, niczym strażnik, ściągnął wargi w groźnym grymasie. - Jeśli cię skrzywdzi, osobiście cię pomszczę. - Jego chłopięcość jakby się ulotniła. - Oświadczyłem mu to wprost, powiedziałem, że moja lojalność zależy od jego dobrej opieki nad tobą.

W Penelope wezbrała miłość do brata i poczuła, że jest częścią czegoś silnego i znaczącego, czegoś, czego nie można złamać. Podeszła do niego, delikatnie pocałowała go w policzek i wyciągnęła rękę do Dorothy.

- Devereux są sobie bliżsi niż płatki nowego pąka i nigdy nie zostaną rozdzieleni.

- Moje piękne siostry - powiedział Essex. - Jakim jestem szczęściarzem.

- Szkoda, że nie ma tu Wata. Nasza czwórka nie była razem od śmierci ojca - odezwała się Dorothy, zwracając myśli Penelope ku młodszemu bratu.

- Przyjeżdża z matką - powiadomił je Essex.

- A więc będziemy wszyscy razem! - wykrzyknęła radośnie Dorothy.

- Ale ja zostanę zabrana na noc poślubną - poskarżyła się Penelope. - Jak ja to zniosę?

- Pij dużo wina, a tak cię odurzy, że prawie nie będziesz wiedziała, co się dzieje - poradziła jej Dorothy, co wszystkich rozśmieszyło, lecz serce Penelope pozostało ciężkie.

Postąpiła zgodnie z radą siostry i gdy znalazła się sam na sam z mężem, była pijana i zmęczona do tego stopnia, że ledwo trzymała się na nogach. Podczas uczty weselnej wznoszono toasty za Anglię, za królową, za nowożeńców, za chłopców, których spłodzą. Toasty nie miały końca, a ona spełniała każdy pełnym kubkiem sprowadzonego przez Richa francuskiego wina. Później zamiast tańców były modlitwy dziękczynne.

- Widzę, że będziesz potrzebować silnej ręki - powiedział Rich, otwierając drzwi sypialni.

Trzymał ją za palce tak mocno, że obrączka boleśnie wbijała się jej w skórę.

- Ranisz mnie - rzuciła.

- Zranię cię, jak należy, jeśli nie będziesz ostrożna.

- Co masz na myśli? - Kręciło jej się w głowie, lecz próbowała pojąć jego nastrój.

- Upokorzyłaś mnie publicznie, i to na naszym ślubie, przed obiema naszymi rodzinami. Jesteś teraz moją żoną i nigdy więcej mnie nie upokorzysz. Czy to zrozumiałe? - Ścisnął mocniej jej palce.

Przestraszyła się, że je połamie, ale nie dała mu satysfakcji, nawet się nie skrzywiła.

- Rozumiem - odrzekła, przez mgłę wina na nowo odtwarzając w głowie całą ceremonię.

Kiedy przybyła, potknęła się o rąbek spódnicy i uderzyła łokciem w chrzcielnicę tak mocno, że łzy napłynęły jej do oczu. Wszyscy tam byli, z uroczystymi minami, jakie ludzie zawsze mają na ślubach, i patrzyli, jak idzie powoli, w sukni sztywnej niczym trumna, prawie nie poruszając głową z obawy, że odetnie ją kryza. Oddech uwiązł jej w gardle na widok rodziny Sidneyów z Philipem. Nagle zrobiło jej się słabo i bała się, że znów straci równowagę, że będzie musiała mocno wesprzeć się na Jeanne. Potem zobaczyła, że nie, to nie Philip, tylko jego młodszy brat, Robert. Wmawiała sobie, że cieszy się z nieobecności Philipa, że nie mogłaby znieść jego widoku, ale tak naprawdę czuła się porzucona. Zmusiła się, by przypomnieć sobie, jak ją traktował, jak ją zwodził, jak ją zawiódł, nie umiała jednak znaleźć w sobie nienawiści.

Rich obserwował ją beznamiętnie, z lekko drwiącym uśmieszkiem na ustach, jakby doszukał się w niej czegoś, co uznał za niesmaczne; ale może czuł się umniejszony przez tę uroczystą okazję, w obliczu przyszłej żony i szeregów jej znamienitych krewnych, w których żyłach pulsowała błękitna krew. Czy myślał, że wszyscy uważają go za gorszego od nich (co zresztą było prawdą w przypadku większości)? Podeszła do niego, siląc się na uśmiech, ale miała zbyt suche usta, by wypadło to przekonująco. Rich z trudem przełknął ślinę, pełen obaw, jak pomyślała, i ogarnęło ją współczucie, choć nie na tyle, by sama poczuła się lepiej.

Kapelan rozpoczął nabożeństwo. Stała, klękała, wstawała jak marionetka, nie słuchając. Odniosła wrażenie, że jest na własnym pogrzebie, i miała wizję wieczności spędzonej z tym surowym młodym mężczyzną u boku. Wstrząsnął nią dreszcz paniki, jakby zbudziła się i odkryła, że jest uwięziona żywcem w grobowcu.

- Chcesz pojąć tego mężczyznę...

Słowa wyrwały się jej z ust, nie zdążyła ich powstrzymać.

- Nie mogę.

Przesunęła się w stronę matki, ale wtedy zobaczyła jej kamienny wzrok i pociemniałą z wściekłości twarz Leicestera, a obok niego Huntingdonów: hrabia z ustami rozchylonymi w niemym przerażeniu, hrabina trzymająca się za głowę. Jej rodzeństwo, cała trójka, miało szeroko otwarte oczy ze zdumienia. Goście siedzący z tyłu zaczęli szurać nogami i szeptać, gdy zrozumieli, co się dzieje. Penelope padła na kolana przed Leicesterem i matką.

- Błagam, nie zmuszajcie mnie... - Czując, jak rośnie w niej odwaga, wstała i oznajmiła: - Korzystam z prawa do odmowy. Mam takie prawo, jak sądzę? - Spojrzała na szeregi krewnych; ich twarze wyrażały dezaprobatę, szok, gniew, nie potrafiła określić, co konkretnie.

- Czy mam rozumieć, że odmawiasz ręki temu mężczyźnie? - spytał kapelan. Nie zdołał ukryć zniecierpliwienia w tonie, jakby była nieznośnym dzieckiem, które zmarnowało mu popołudnie.

- Odmawiam.

Leicester wstał, chwycił ją za ramię i zaprowadził z powrotem do Richa.

- Na litość boską, dziewczyno, zachowuj się - syknął jej do ucha. - Nie wiem, dlaczego myślisz, że masz jakikolwiek wybór.

Nie śmiała spojrzeć na stojącego obok niej Richa. Przypomniały jej się młode woły pędzone do rzeźni, nieświadome, co je czeka, dopóki nie poczuły w powietrzu woni strachu, która sprawiała, że przewracały oczami, ale choć wierzgały i potrząsały łbami, ich los był przesądzony, podobnie jak jej, bo dokąd mogłaby pójść? Rodzina jej nie przyjmie, zostanie wypędzona z dworu.

- Jestem gotowa - powiedziała do kapelana. - Potrzebowałam chwili refleksji. Małżeństwa nie należy bagatelizować.

Spojrzał na nią z lekkim skinieniem głowy. Czuła, jak za jej plecami krewni się odprężają. Kapelan odchrząknął i powtórzył słowa przysięgi.

Otworzyła usta, by przemówić, lecz nie udało jej się wyrzec ani słowa. Gdy wreszcie odzyskała mowę, mogła tylko szeptać, ale kapelan był zadowolony. Zamarła jak zimowy staw, w którym kołacze się życie, lecz nie można do niego dotrzeć. Poczuła, że obrączka ociera jej się o kostkę palca. Wydawała się ciężka, tak ciężka, iż bała się, że już nigdy nie zdoła unieść ręki. Dopiero wtedy spojrzała na Richa, swojego męża. Nie zobaczyła twarzy uszczęśliwionego pana młodego. Nie, wyglądał jak człowiek dotkliwie skrzywdzony, z policzkami czerwonymi od tłumionej wściekłości.

- Nie "rozumiem"! - warknął teraz i popchnął ją za próg sypialni. - Nie tak rozmawia się z mężem. Trzeba będzie poskromić tego twojego hardego ducha. - Trzymając rękę na szyi Penelope, przysunął twarz do jej twarzy. - "Jest mi niezmiernie przykro, mój panie". Powiedz to!

Korciło ją, żeby splunąć mu w twarz, ale bała się, że jeśli to zrobi, może ją uderzyć.

- Mów! - warknął.

Rozciągnęła usta w przesadnym uśmiechu.

- Jest mi niezmiernie przykro, mój panie - powiedziała tonem aktora, który podkreśla ironię sceny, aby rozbawić publiczność.

Pchnął ją na łóżko, wciąż trzymając za szyję.

- Masz się za lepszą ode mnie, myślisz, że twoja rodzina, cała ta arystokratyczna krew, jest szlachetniejsza, ale teraz jesteś moja, twoja arystokratyczna krew jest moja i będziesz mi posłuszna. Ledwie mogę na ciebie patrzeć. Myślisz, że jesteś klejnotem wśród dwórek królowej? Pięknością fraucymeru? Cóż, brzydzisz mnie.

- Jeśli jestem obrzydliwa, to ty mnie taką uczyniłeś - odparła, patrząc mu prosto w oczy, bez strachu, ośmielona wypitym trunkiem. - Możesz mieć moje ciało, ale nigdy nie będziesz miał mnie.

- Twoje ciało... - Wypluł te słowa z odrazą. - Jesteś córką Ewy! - Jedną ręką rozwiązał sobie troczki, drugą ściskając mocno, zbyt mocno, jej nadgarstki.

Miała wrażenie, że zaraz skruszy jej kości, ale nie będzie płakała z bólu, nie da mu satysfakcji błaganiem, żeby przestał. Z zaciśniętymi powiekami mamrotał pod nosem psalm:

- Alleluja. Szczęśliwy mąż, który się boi Pana i wielkie upodobanie ma w Jego przykazaniach. Potomstwo jego będzie potężne na ziemi: pokolenie prawych dozna błogosławieństwa...* - Nie otwierając oczu, zadarł sztywne spódnice jej sukni ślubnej.

Wpatrywała się w zasłony łóżka, altanę z haftowanymi kwiatami i ptakami, próbując wyobrazić sobie, że jest w tym wyszytym ogrodzie, pośród jedwabistej roślinności, i pławi się w cieple słońca. Ale bez względu na to, jak usilnie starała się uciec do świata wyobraźni, wciąż była w tej sypialni, w swoim nowym domu w Smithfield, ze świeżo poślubionym mężem, i jedna myśl rozbrzmiewała bez końca w jej głowie niczym fuga - na całą wieczność - gdy czekała na ból.

"To może trochę zaboleć - uprzedziła ją matka. - I nie przejmuj się wielkością jego członka, bo tak właśnie ma być. Po prostu pozwól mu zrobić to, co musi". Penelope od dawna zastanawiała się, co miała na myśli, mówiąc "co musi", i gdy leżała teraz z mężem, macającym intymne części jej ciała i chrząkającym jak wieprz, nie była pewna, czego od niej oczekuje. Była rada, że kręci jej się w głowie od wina i że Rich w końcu rozluźnił uścisk na jej posiniaczonych nadgarstkach.

Wziął jej dłoń i przycisnął do swojego przyrodzenia. Nie było takie, jak sobie wyobrażała: w dotyku okazało się woskowate, jak kawałek nieugotowanego mięsa. Chwycił je i pocierał nim jej intymne części, w górę i w dół. W myślach zastąpiła Richa Sidneyem; mocno zaciskała powieki i używała całej siły wyobraźni, by wyczarować tego drugiego mężczyznę o zapachu skoszonej trawy i oczach jasnych jak woda. Szeptał jej do ucha. Zaczęło narastać w niej gorące drżenie, ale w głębi duszy zastanawiała się, czy myślenie o kimś innym w noc poślubną nie jest grzechem ciężkim. Matka nie doradzała jej w takich sprawach. To uczucie przeminęło. Rich znowu szeptał psalm, powtarzał go na okrągło, a ona próbowała skupić myśli na Bogu, lecz Sidney nie chciał opuścić jej głowy. Rich z nagłym jękiem zsunął się z niej, usiadł, zasznurował ubranie i wyszedł bez słowa.

* Ps 112, 1-2.

Listopad 1581

Smithfield/Whitehall

Nazajutrz nie widziała Richa, dopóki nie uszykowano koni do wyjazdu. Czekała na progu domu w Smithfield, z głową ciężką po wczorajszym braku umiaru, zastanawiając się, czy powinna wysłać Jeanne, by go znalazła. Ale sam się pojawił.

- Wyglądasz na zmęczoną - powiedział jakby z wyrzutem.

- Spałam jak dziecko, dziękuję - skłamała.

- Idź i przypodobaj się królowej w moim imieniu. - Wyciągnął rękę, by pomóc jej wsiąść do powozu.

Gdy usiadła, poza zasięgiem wzroku stangreta, chwycił jej nadgarstek i wykręcał go z całej siły, aż zaczęła palić ją skóra. A potem, ku jej zaskoczeniu, pocałował ją w usta. Musiała użyć całej siły woli, żeby nie zetrzeć tego pocałunku.

- Jedziesz do Leighs? - Chciała, aby znalazł się gdzieś daleko, i gdy skinął głową, nie mogła się powstrzymać od fantazjowania, że spotyka go jakiś wypadek.

Kiedy powóz ruszył, przełożyła ciężką od szmaragdów bransoletkę, prezent ślubny od Leicestera, na drugi nadgarstek, żeby ukryć pręgę. Zapadła się w miękką tapicerkę siedzenia i rozważała, czy taki zbytkowny przedmiot może w jakiś sposób wynagrodzić krzywdę. Mocno w to wątpiła.

- Chcę wiedzieć wszystko - oznajmiła Martha, która przyszła ją powitać na dziedzińcu w Whitehall.

Wokół roiło się od strażników i Penelope zastanawiała się dlaczego.

- Nie ma wiele do opowiadania - odparła, gdy szły razem w stronę prywatnych komnat królowej.

- A ślub?

- Wolę o tym zapomnieć.

Martha nie skrywała rozczarowania.

- Wybacz, to tylko... - zaczęła Penelope i umilkła.

Nie była do końca pewna, jak wyrazić swoje uczucia w związku z tym wszystkim i czy Martha mogłaby zrozumieć mętlik w jej głowie, skoro nie zna Richa ani nie wie o jej uczuciach do Sidneya. Uznała, że może zwierzyć się tylko Jeanne, słodkiej, lojalnej Jeanne, której zawsze zdradzała swoje sekrety.

Martha uśmiechnęła się współczująco.

- Nie wyobrażasz sobie, co się tu działo po twoim wyjeździe. Zanosi się na katolicki spisek, popierany przez papieża. Chcą zamordować królową i wszystkich jej doradców. - Jej oczy błyszczały bardziej z podniecenia niż z lęku, gdy szeptała bez tchu. - Pięćdziesięciu uzbrojonych mężczyzn jest gotowych ją porwać.

Wspomnienie rzezi w Paryżu zmroziło Penelope. Jeanne niewiele mówiła o tamtej nocy, kiedy tysiące ludzi poniosło śmierć z rąk katolików, ale to, co powiedziała, głęboko zapadło jej w pamięć: wrzaski przerażenia, odór krwi, rzeka pełna trupów, obraz piekła.

- Tutaj w Anglii? - zapytała bez namysłu.

- Tak, tutaj. Chcą w jej miejsce osadzić na tronie Marię Szkocką. Wszystkim nam zapowiedziano, że nie powinnyśmy chodzić po ogrodach, bo to zbyt niebezpieczne.

- Marię Szkocką?

Penelope myślała czasami o szkockiej królowej, od trzynastu lat przebywającej w areszcie domowym u Shrewsburych, podczas gdy jej młody syn, Jakub, zasiadał na tronie. Była kolejną osobą, której imię zabroniono wymieniać w zasięgu słuchu królowej, ale dwórki często o niej mówiły, chociaż w taki sposób, jakby była postacią z mitu, a nie prawdziwą kobietą.

- Podwojono straże - rzuciła Martha. - Nie zauważyłaś?

- Zastanawiałam się, dlaczego przy bramach jest tak wielu strażników.

- Poczekaj, aż zajrzysz do środka. Stoją na całej długości galerii.

Nie było w tych słowach żadnej przesady. Gdy dotarły do prywatnych komnat królowej, ujrzały przed drzwiami kilkunastu halabardników.

Martha osłoniła usta dłonią i pochyliła się w stronę Penelope.

- Katolicki ksiądz, Campion, został aresztowany za zdradę. Znaleziony w kryjówce... przesłuchują go w Tower.

- Biedaczysko... - Penelope westchnęła.

- Przecież to zdrajca!

- Mimo to nadal jest stworzeniem Bożym. - Poczuła skurcz w żołądku na myśl o losie tego księdza, zdrajcy czy nie.

Gdy zbliżyły się do drzwi, strażnicy poprosili, by rozchyliły peleryny.

- Dla pewności, że nie stanowimy zagrożenia - wyjaśniła szeptem Martha.

Wewnątrz, choć wszystko wyglądało jak zwykle, Penelope wyczuła w powietrzu napięcie. Królowa i Burghley kłócili się zaciekle. Syn Burghleya, Cecil, stał za ojcem, przestępując z nogi na nogę, jakby nie wiedział, gdzie się podziać. Penelope przyłapała go na zerkaniu w jej stronę i uśmiechnęła się; zamiast odwzajemnić uśmiech, odwrócił wzrok, udając, że jest zafascynowany pobliskim gobelinem.

- Nie zostanę więźniem we własnym domu - oświadczyła stanowczo królowa, zirytowana ostrożnością Burghleya. - Ci Hiszpanie chcą mojej śmierci od lat. Nie dam się zastraszyć kilkoma plotkami.

- Błagam cię, Wasza Wysokość, bądź ostrożna i unikaj ogrodów, dopóki nie będziemy w stanie zapewnić ci bezpieczeństwa. - Burghley kulił się obok niej, załamując ręce.

Dopiero teraz Penelope zaczęła pojmować realia życia królowej. Dotąd postrzegała dwór jako miejsce przepychu i romansów, jako ul, w którym wokół królowej krzątają się pszczoły, robiąc miód i zabiegając o jej względy. Ale zaczynała rozumieć, że każda z tych pszczół walczy o przetrwanie, nawet sama królowa, że splendor i romans nie są niczym więcej niż tylko otoczką. Atmosfera zagrożenia, panująca tego ranka w prywatnych komnatach Elżbiety, musiała tam być od zawsze. Wróciła myślą do swojego wybuchu: "Nienawidzę jej. Nienawidzę królowej". Jak bardzo była wówczas zszokowana, słysząc z własnych ust te niegodziwe słowa, jakby bluźniła przeciwko Bogu. Ale jak mogła nie żywić nienawiści w obliczu upokorzenia matki, przedwczesnej śmierci ojca i własnego nieszczęśliwego małżeństwa, przypieczętowanego przez królową? Teraz jednak pojęła, że sprawy są o wiele bardziej skomplikowane, niż kiedykolwiek sobie wyobrażała, i jej uczucia stały się plątaniną sprzeczności. Prostą dziecinną nienawiść przeniknęło coś w rodzaju podziwu, a także strachu - tak, strachu - chociaż nie chciała go okazywać.

To była otrzeźwiająca myśl, że królowa każdego dnia żyje ze świadomością, iż całe Święte Cesarstwo Rzymskie i Hiszpania, największe mocarstwa na świecie, a także wielu katolickich poddanych życzy jej śmierci. Stała się bezwzględna, bo tak nakazywała konieczność. Ale Penelope nie mogła zapomnieć o torturowanym katoliku i słyszała w wyobraźni jego krzyk, gdy rozciągano go na łożu sprawiedliwości.

Czekając przy wejściu na znak, że może podejść, patrzyła w okno i zastanawiała się, czy przez szybę mógłby paść celny strzał - oczami duszy widziała chaos, jaki by wówczas wybuchł. Jej myśli zbłądziły do męża - słowo "mąż", oznaczające więzienie, przemieniło jej serce w kamień. Oceniła, że Rich jest w połowie drogi do Leighs.

Odpędziła myśli o nim. Za oknem niebo było ciężkie od ciemnych chmur i zaczynał padać deszcz; najpierw pojedyncze krople, potem ulewa, gniewnie bębniąca o szyby. Słyszała biegających po dziedzińcu ludzi, którzy szukali schronienia i krzyczeli jeden do drugiego, by przenieść rzeczy pod arkady, żeby wilgoć ich nie zniszczyła.

- Ach, Burghley, wygląda na to, że Bóg jest po twojej stronie - powiedziała królowa ze śmiechem. - Nie wychodzę w taką pogodę. Podejrzewam, że moi zabójcy też nie.

Burghley spróbował roześmiać się beztrosko, ale twarz wykrzywiła mu się z wysiłku. Jego syn zdobył się na uprzejmy chichot. Nikt im nie zawtórował. Wszyscy w komnacie udawali skupienie na swoich zajęciach, szyciu, czytaniu, pisaniu listów.

Królowa rozejrzała się dokoła i zatrzymała wzrok na Penelope.

- Wrócił mój śpiewający ptak. Rada jestem cię widzieć. Żadna z dziewcząt nie dorównuje ci w śpiewie i przez wiele dni musiałam słuchać, jak rujnują moje ulubione melodie. Jak ci się podoba życie małżeńskie?

Penelope nie bardzo wiedziała, jak zareagować, w obawie, że prawdziwe uczucia odbiją się na jej twarzy.

- Jest inaczej, Wasza Królewska Mość - odrzekła w końcu i od razu zdała sobie sprawę z tego, jak nieudolnie się wyraziła. Spostrzegła, że Peg Carey przewraca oczami.

- Inaczej? Nigdy nie słyszałam, żeby świeżo upieczona mężatka tak opisywała małżeństwo - skomentowała królowa.

- Miałam na myśli, Wasza Królewska Mość, to, że...

- Nie, nie - przerwała jej Elżbieta z krzywym uśmiechem. - Nie musisz nic dodawać.

Penelope zaimponowało opanowanie królowej; nic w jej wyrazie twarzy ani w postawie nie zdradzało strachu, chociaż wystawienie straży pod drzwiami oraz załamywanie rąk przez Burghleya świadczyło o tym, że monarchini grozi niebezpieczeństwo.

- Teraz chciałabym, żeby piosenka oderwała moją uwagę od tego wszystkiego. - Królowa skinęła ręką mniej więcej w kierunku Burghleya i Cecila, którzy prowadzili cichą rozmowę, wyglądając w czarnych strojach jak wrony skubiące padlinę.

Cecil spojrzał w jej stronę i Penelope przypomniało się coś, co przy ostatniej okazji powiedziała jej matka: "Miej oko na syna Burghleya; jeśli jest choć trochę podobny do ojca, nie będzie naszym przyjacielem". Penelope uśmiechnęła się do niego, a on po raz kolejny nie zareagował.

Odźwierny zaanonsował Leicestera i do komnaty wkroczył jej ojczym ze swoją świtą. Penelope dostrzegła dość jawny wyraz dezaprobaty na twarzy Burghleya i jego odzwierciedlenie na twarzy syna. Leicester miał na sobie srebrny strój, a z jego ramion zwisała mokra od deszczu peleryna, z której woda kapała na deski podłogi. Zbliżając się do pasierbicy, mrugnął znacząco, jakby chciał powiedzieć, że wie, co robiła poprzedniej nocy. Zemdliło ją na myśl, że wszyscy poszeptują o jej ślubie i spekulują o tym, co działo się w sypialni.

Leicester podszedł do królowej, a ona poklepała miejsce obok siebie i wzięła go za rękę, jakby byli mężem i żoną. Penelope patrzyła na to z niesmakiem. Czy królowa naprawdę doprowadziła do śmierci jej ojca? Tyle pytań, na które nie sposób było odpowiedzieć.

Zdegustowana zażyłością ojczyma i Elżbiety, Penelope rozejrzała się po komnacie i nagle - kto by pomyślał? - wśród ludzi Leicestera dostrzegła Sidneya, ubranego na czarno, jakby był w żałobie. Ich oczy spotkały się na krótką chwilę. Odwróciła głowę w stronę okna, za którym nie przestawało padać. Mogła myśleć tylko o tym, żeby uciec z tej komnaty, w deszcz, i biec bez końca, nie oglądając się za siebie.

- Lady Rich zaśpiewa dla nas - oznajmiła królowa. - Niech ktoś znajdzie dla niej stołek i lutnię.

Penelope aż się wzdrygnęła, słysząc swoje nazwisko po mężu wypowiedziane na głos w obecności Sidneya. Fala żaru ogarnęła jej ciało i zarumieniła twarz, gdy ktoś pchnął ją do przodu. Szła sztywno, z głową odwróconą od świty Leicestera, i nagle poczuła w ramionach lutnię, grubą i okrągłą jak dziecko. Usiadła i przez chwilę, oszołomiona, tuliła instrument do piersi, aż wreszcie udało jej się zebrać w całość cząstki siebie i zaczęła szarpać struny. Napinając je jedną po drugiej, dopasowywała tony do swojego głosu. Przez cały czas była pewna, że Sidney świdruje ją wzrokiem, chociaż nie odważyła się spojrzeć w jego stronę; skupiła umysł i wzrok na strojeniu instrumentu.

- Masz jakieś życzenia co do piosenki, Wasza Królewska Mość? - zapytała, w nadziei, że królowa powie, co ma zagrać, bo w jej głowie kołatała tylko jedna piosenka, a nie sądziła, by była najodpowiedniejsza na tę okazję.

- Nie, nie. Graj, co chcesz - odrzekła królowa.

Penelope usiłowała przywołać inne piosenki, znała ich setki, ale wszystkie uleciały jej z pamięci, więc zaczęła:

Kto lubi kochać, niechaj się go strzeże!

Gdy usłyszała westchnienie aprobaty królowej, z ulgą wbiła wzrok w swoje palce i starała się skupić tylko na napiętych strunach pod nimi. Wyczuwając wibracje i dźwięki, pozwalała, by jej głos wpadł w rytm.

A to czemu?

Melodia spowijała ją, unosiła ze sobą jak nurt rzeki łódkę, a zachwyt publiczności napełniał ją poczuciem siły.

Orzekli bogowie w złej wierze,

Ośmielona muzyką, uniosła oczy i gdy zobaczyła Sidneya pod ścianą komnaty, zaśpiewała, wpatrując się w niego:

Że bóg miłości umrze,

Spojrzenie, które odwzajemnił, było smutne niczym aktora w tragedii. Przeniknął ją dreszcz radości, jakby skruszyła kopię na jego zbroi i zdobyła punkt.

I każdy, kto opowie się po jego stronie,

Utraci serce pogrążone w żałobie.

Penelope dała się porwać melodii i słowom. Sidney mógł być wielkim mistrzem na placu turniejowym - mężczyźni starali się go naśladować, a kobiety omdlewały i wiwatowały, gdy stawał w szranki - ale tu była jej arena. Jej spojrzenie tańczyło po pokoju i figlarnie skupiała je na tej czy innej osobie, śpiewając kolejne zwrotki.

Złoto psuje boga miłości,

Skarżyli się bogom na wysokości.

Kiedy dokończyła piosenkę i umilkła, w sali wybuchł potężny aplauz. Tylko Sidney nie klaskał - ze zmarszczką między brwiami wpatrywał się gdzieś w dal. Penelope wstała, z lutnią w ręce, i dygnęła przed królową, podczas gdy słuchacze już wołali, by śpiewała dalej. Nagle ogarnęło ją zwątpienie w siebie, bo zobaczyła hrabinę, która siedziała z rękami na kolanach, z wymalowanym na twarzy sztucznym, wymuszonym uśmiechem, przypominając jej o purytańskim mężu i o tym, jak potępiłby tego rodzaju zabawy i nazwałby je bezbożną przyjemnością. Ale jeśli Rich nie chce, by jego żona wypadła z łask królowej, będzie musiał to znosić. W tym momencie Penelope zrozumiała kolejną rzecz: wszyscy na dworze muszą godzić się na pewien kompromis, czy to w kwestii zasad, miłości czy przekonań - nie ma od tego ucieczki - bo proszę, co spotyka tych, którzy odrzucili kompromis, jak ten biedny ksiądz. Nagle ujrzała żywy obraz mężczyzny na łożu sprawiedliwości, zlanego potem, z zaciśniętymi zębami i kośćmi wyrywanymi ze stawów z okropnym trzaskiem, jak przy rozbieraniu kurczaka.

Ktoś wykrzyknął prośbę o piosenkę:

- Słodkie oszustwo!

- Do tego będą mi potrzebne nuty - powiedziała.

Wystarano się o śpiewnik i kazano go trzymać paziowi, co ściągnęło na niego zazdrosne spojrzenia innych chłopców. Penelope usiadła na stołku, wsunęła lutnię pod pachę i zaczęła trącać struny, by znaleźć odpowiednią tonację głosu. Prośby napływały jedna po drugiej, a ona śpiewała, ciesząc się podziwem, aż niemal ochrypła. Zastąpiła ją grupa muzyków i kilka dwórek ustawiło się do tańca, a ona, wyczerpana, usiadła przy oknie.

Sidney pociągnął za nią jak cień i spytał, czy może do niej dołączyć. Skinęła głową. Czuła się teraz chroniona przez nowo odkrytą siłę; wyobrażała sobie, że jej serce jest wykute z żelaza i nabite ostrymi kolcami.

- Jesteś w żałobie? - zapytała, ściskając w palcach czarny aksamit jego rękawa. - Roztaczasz aurę ponurości.

- W pewnym sensie - odrzekł ze spuszczonym wzrokiem. - Słyszałaś o jezuicie Campionie, który ma zostać stracony?

Kiwnęła głową, zmieszana poważnym zwrotem rozmowy. Nie sądziła, że naprawdę jest pogrążony w żałobie, i nagle poczuła się płytka i naiwna: myślała tylko o swoim sercu, podczas gdy rozgrywały się wydarzenia znacznie większej wagi.

- To mój serdeczny przyjaciel - oznajmił Sidney.

- Ale jest katolikiem, prawda? Wrogiem stanu.

- Nic nigdy nie jest tak oczywiste, jak się wydaje. - Jego głos zdradzał zniecierpliwienie, nawet wściekłość, jakby Sidney próbował coś wytłumaczyć idiotce.

Chciała wyrazić współczucie dla torturowanego mężczyzny, ale powstrzymała ją świadomość, że jest ignorantką w takich sprawach.

- Uważam, że ludzie powinni modlić się w taki sposób, jaki sobie wybiorą - oświadczył Sidney. - Campion jest człowiekiem wiary, nie politykiem.

- Ale - spojrzała mu prosto w oczy - jak można oddzielać wiarę od polityki, skoro katolicy nieustannie spiskują przeciwko królowej?

- Niestety, nie można. Campion nie uniknie swojego losu. I przez skojarzenie z nim przestałem istnieć dla królowej. Mam wrażenie, że w jej oczach wszystko robię niewłaściwie. Ale nie chcesz słuchać moich narzekań. - Odwrócił głowę, żeby nie widziała wyrazu jego twarzy. - Poza tym opłakuję nie tylko Campiona.

- Kogo jeszcze?

Rzucił coś niezrozumiale.

- Nie słyszę - powiedziała, zauważając, że Peg Carey i Moll Hastings patrzą na nią znad robótki i szepczą do siebie. - Kogo jeszcze? - powtórzyła, ignorując dwórki po drugiej stronie pokoju.

- Ciebie - syknął w końcu.

- Mnie? - Emocje zaczęły dochodzić do głosu, ale je uciszyła. - Przecież żyję.

- Ale cię straciłem.

- Nigdy mnie nie miałeś. Nigdy mnie nie chciałeś. Nie pamiętasz ładnej przemowy o tym, jak mnie "zwodziłeś" i jak ci jest z tego powodu przykro?

- Myliłem się.

Poczuła zaciskający się węzeł wściekłości.

- Myliłeś się? Teraz na to za późno. - Odsunęła się od niego i chciała wstać, ale chwycił ją za rękę. Peg i Moll wciąż ją obserwowały. - Nie dotykaj mnie.

- Pozwól mi to wytłumaczyć.

- Nie ma czego tłumaczyć.

- Co to? - Przesunął w górę jej szmaragdową bransoletkę, odsłaniając czerwoną pręgę na nadgarstku.

- Nic. - Gwałtownie cofnęła rękę.

- Czy on to zrobił?

- Nie twoja sprawa. - Błysnęła fałszywym uśmiechem na użytek głów, które zaczęły obracać się w ich stronę. - A teraz, jeśli pozwolisz, muszę dołączyć do przyjaciół. - Z rozmyślną wyniosłością podała mu dłoń do ucałowania.

- Pozwól mi zobaczyć się z tobą na osobności.

Jego twarz wyrażała tak wielką udrękę, że Penelope prawie ustąpiła, ale przypomniała sobie o swoim nabitym kolcami żelaznym sercu.

- Błagam.

- Nie bądź niemądry - rzuciła, jakby upominała małe dziecko, po czym spokojnie podeszła do Peg i Moll, czując się jak łabędź, z pozoru nieporuszony, choć pod powierzchnią wiosłujący łapami.

- O co chodziło? - zapytała Peg, wskazując wzrokiem Sidneya.

- Narzekał, że nie dostał żadnego ważnego stanowiska. Nie wiem, co według niego mogłabym na to poradzić. Zrzędy są takie męczące.

Peg prychnęła z niedowierzaniem.

- A więc w małżeństwie jest "inaczej", tak?

- Owszem - potwierdziła Penelope.

Kiedy usiadła na poduszkach obok nich i zaoferowała pomoc w naszywaniu koralików na kotarę, wciąż czuła na sobie spojrzenia, którymi obrzucał ją z drugiego końca komnaty przygnębiony blady Sidney. Burghley i Cecil stali w pobliżu, rozmawiając ściszonymi głosami.

- ...jeśli dojdzie do zabójstwa - powiedział Burghley - rozpęta się piekło... Nie ufaj Leicesterowi, jest...

Na dźwięk nazwiska ojczyma przesunęła się trochę, by lepiej uchwycić ich słowa, i udając, że chce być bliżej ognia, zatarła ręce z drżeniem.

- Mówiłeś to już wiele razy, ojcze. Nie można jej zmusić do wyznaczenia następcy. - Cecil mocno ściskał księgę, jakby zawierała ważne tajne treści.

Penelope zauważyła, że ma krótkie, brzydkie palce, chociaż paznokcie były przycięte i równe. Nie były to ręce mężczyzny, który wymachuje mieczem; żadne odciski nie wskazywały na ćwiczenia strzeleckie, żadne blizny nie świadczyły o walkach wręcz. Były to ręce kogoś, kto bardzo się przejmuje wrażeniem, jakie wywiera. Intrygował ją ten dziwny pokrzywiony młodzieniec, o którym mówiono, że jest przygotowywany do zajęcia miejsca ojca obok królowej.

- Przyszłość Anglii musi być zabezpieczona - powiedział Burghley. - Nasza przyszłość również. Brak odpowiedniego przygotowania oznacza zbyt duże ryzyko... - Umilkł i po chwili podjął jeszcze cichszym szeptem: - Jeśli ta Szkotka położy swoje ręce na berle, to obawiam się, że będziemy skończeni.

Syn powoli skinął głową.

- Nie możemy do tego dopuścić - oświadczył.

W oczach tego chłopca, który zawsze był zbyt nieśmiały, żeby spojrzeć jej prosto w oczy czy choćby odwzajemnić uśmiech, Penelope po raz pierwszy dostrzegła wyraz zawziętej determinacji. Było to spojrzenie kogoś, kto zrobi wszystko, aby dopiąć celu.

- Od tego zależy nasza przyszłość - dodał.

Przypomniała jej się rozmowa z matką przed ślubem: "Myśl o rodzinie. Jeśli zachowasz przychylność królowej, wyjdzie to na dobre nam wszystkim. Postaraj się, a może pewnego dnia osiągniesz pozycję, która pozwoli ci zagwarantować bezpieczną przyszłość rodzinie Devereux". Wtedy ją to zmieszało, sprawiło, że poczuła się zagubiona. Teraz zaczynała rozumieć, że bezpieczeństwo wszystkich w tej komnacie zależy od dobrej woli jednej kobiety, że wszyscy walczą o pozycję i są zdeterminowani, by zadbać o przyszłość swoich krewnych.

Grudzień 1581

Leicester House, Strand

Zsiadły z koni na dziedzińcu.

- Wejdź i zajmij się bagażami - zwróciła się Penelope do Jeanne. - I powiedz mojej matce, że tu jestem.

Poprowadziła konie do koryta i młody stajenny rozsiodłał Słodką.

- Wciąż jej doskwierają te otarcia od siodła, Alfredzie - powiedziała. - Przydałaby się maść z żywokostu dla złagodzenia bólu. Wybieram się dziś wieczorem do domu męża w Smithfield i chciałabym na niej pojechać.

Przerażenie ścisnęło jej pierś, bolesne jak zgaga, na myśl o spotkaniu z Richem w posępnym mroku domu w Smithfield. Często bywał na dworze, rozkoszując się nowym statusem, ale ponieważ nie miał tam kwatery, musiał wracać na noc do Smithfield, co oznaczało, że mogła nadal służyć królowej. Odpowiadał jej ten układ.

- Zajmę się tym, pani - odrzekł Alfred.

- Chciałabym sama ją nasmarować. Lubię tę pannę. - Poklepała Słodką po szyi i przesunęła dłonią po jej zmierzwionej grzywie. - Ale może starłbyś dla mnie korzeń żywokostu.

Alfred uśmiechnął się i pokiwał głową.

- Zapytam matkę, czy może cię zwolnić, żebyś pojechał ze mną do Smithfield. Jakoś nie mam zaufania do tamtejszego stajennego, że zajmie się nią należycie. Spędzę tam tylko kilka dni, a ponieważ to niedaleko stąd, mógłbyś wrócić, w razie gdybyś okazał się tutaj potrzebny.

- Jak sobie życzysz, pani. - Wydawał się zadowolony.

Przypomniała sobie, jak Alfred przychodził do pracy w stajni w Chartley. Był wtedy jeszcze dzieckiem, ale już miał dobrą rękę do koni. Raz widziała, jak uspokaja dzikiego kuca, po prostu dmuchając mu w ucho.

- To zaledwie dziesięć minut jazdy stąd - dodała.

- Jakie są stajnie w Smithfield?

- Całkiem dobre.

- Z pewnością jesteś rada, pani, mając sposobność zobaczyć się z mężem.

Skinęła głową i uśmiechnęła się, ale ucisk w piersi stał się trochę silniejszy. Próbowała wyobrazić sobie siebie w dzieciństwie i udawać, że nie jest dorosłą kobietą, mężatką, codziennie stąpającą po ostrzu noża. Alfred zniknął w stajni i zaraz wrócił z garścią korzeni żywokostu, tłuczkiem i moździerzem oraz słoikiem gęsiego tłuszczu. Postawił moździerz na korycie i pogwizdując, zaczął ucierać korzenie. Penelope patrzyła, jak pracuje, chcąc jak najbardziej opóźnić wejście do domu.

Matka będzie ją wypytywać o wszystko, co się dzieje w prywatnych komnatach królowej, o stosunki między Leicesterem a Elżbietą. A co z Burghleyem, co knuje wraz ze swoim pokrzywionym synem? Postaraj się mieć ich na oku... są zbyt potężni. Która z dam jest w łaskach? Która ma nowe klejnoty? Bo to niezawodny wskaźnik przywilejów... A potem oczywiście padną pytania o miesięczne krwawienia Penelope.

Miesiączkowała jak zwykle i chociaż była tym rozczarowana, nie miała pewności, czy podoba jej się myśl o dziecku poczętym w noc poślubną. Czy dziecko spłodzone w takim pozbawionym miłości akcie mogłoby się dobrze rozwijać? Ale gdyby nosiła dziecko, Rich zostawiłby ją w spokoju. Czuła się tak, jakby trafiła na jeden z tych rysunków, które nie mają sensu, bez względu na to, pod jakim patrzy się kątem. I oczywiście był Sidney, do którego wracała w myślach nieustannie, obsesyjnie, jak pies liżący ranę. Chciała wierzyć, że odtrąciła go raz na zawsze, ale widok jego smutnej twarzy boleśnie ścisnął jej serce i musiała pogodzić się z tym, że próby wymazania go z pamięci są daremne.

- Widziałaś szczeniaka, pani? - zapytał Alfred, podając jej zmielony korzeń żywokostu i słoik smalcu, żeby mogła nabrać miarkę.

- Szczeniaka? - Wzięła trochę mikstury i zaczęła delikatnie nacierać nią otarcia Słodkiej. Czuła, jak klacz najpierw się wzdryga, a potem uspokaja pod dotykiem jej palców.

- Spanielka twojej matki, pani, oszczeniła się w stajni. Dwa szczeniaki, ale jeden urodził się martwy. Masztalerz kazał mi włożyć drugiego do worka z kamieniami i wrzucić do rzeki.

- Nie zrobiłeś tego, prawda? - Patrzyła na niego przerażona, podążając za nim, gdy prowadził konie do stajni.

- Oczywiście, że nie, pani. Miałem nadzieję, że ulitujesz się nad nim. - Posłał jej czarujący uśmiech.

- Znasz mnie zbyt dobrze, Alfredzie. Pokaż mi go.

Wskazał kąt odgrodzony deską. Penelope zobaczyła dwoje wpatrzonych w nią podejrzliwych oczu. Suka leżała w słomie na boku, a obok niej, brzuszkiem do góry, z rozłożonymi łapkami, leżał szczeniaczek. Ten widok chwycił ją za serce. Przez jakiś czas patrzyła jak zahipnotyzowana. Szczeniak popiskiwał i drgały mu łapki, jakby śnił o polowaniu na myszy.

- Wiedziałeś, że ze mną pójdzie ci łatwo. Mam rację, Alfredzie?

- Nawet przez myśl by mi to nie przeszło, pani. - Ale zdradził go uśmiech. - Jest już gotowy rozstać się z mamą. Odstawiałem go od cycka. Zabierzesz go, pani?

- Ty szelmo, wiedziałeś, że nie będę w stanie się oprzeć.

Szczeniak drgnął, otworzył ślepka i przekręcił się, żeby wstać. Zachwiał się, pijany snem, i powąchał jej dłoń. Wzięła go na ręce i pozwoliła mu przygryzać jej palce ostrymi ząbkami. Myślała o tym, jaka byłaby to pociecha mieć takie stworzenie do kochania.

- Mogę zabrać go teraz? - Podniosła się, a suka spojrzała na nią raz jeszcze, po czym zamknęła oczy i zasnęła.

- Oczywiście, pani. - Alfred ściągnął czapkę, jakby zakłopotany, że pyta go o pozwolenie osoba stojąca znacznie wyżej w hierarchii. - Spójrz, jaka zadowolona, że jej młode idzie z tobą.

Ruszyła w stronę domu, weszła tylnymi drzwiami, zdjęła z głowy kapelusz i nie bacząc na to, że spadł na podłogę, odrzuciła pelerynę na bok. Zatrzymała się na chwilę, by podnieść pieska do twarzy; wdychała jego kwaskowy szczenięcy zapach, a on mruczał i posapywał. Słysząc głosy, po cichu otworzyła drzwi komnaty, by zobaczyć, kto jest w środku. Matka, ojczym, Jeanne i Dorothy stali przy kominku, ale był tam ktoś jeszcze. Nagle poczuła, że się dławi, jakby kamień utkwił jej w przełyku, i choć instynkt naglił ją do ucieczki, nogi wrosły jej w ziemię. Od razu rozpoznała Sidneya, choć siedział plecami do niej - pewnie tysiące razy przyglądała się konturom tych pleców.

Szczeniak zdradził jej obecność. Jakby wyczuwając jej niepokój, zaczął poszczekiwać. Wszyscy odwrócili się jak jeden mąż, a Dorothy pisnęła z zachwytu i zapominając o manierach, podbiegła do siostry i pieska, który przestał ujadać i zaczął się wiercić z podniecenia.

- Jest twój? Skąd go masz? Jak się wabi?

Siostra zasypywała ją pytaniami, ale umysł Penelope zaprzątało coś innego. Jej złość z powodu tego wtargnięcia do jej rodziny skrywała głębsze, dotkliwsze uczucia. Jak to możliwe, iż mogę być jednocześnie zadowolona, że go widzę, i zła, że tu jest? Starała się na niego nie patrzeć, ale nie umiała się powstrzymać, bo zdawał się jaśnieć, jakby nosił aureolę, niczym Chrystus na obrazie, i mimo skromnego ubrania z czarnego aksamitu przyćmiewał wszystkich obecnych, nawet jej ojczyma w złotogłowiu, nawet jej matkę słynącą z zadziwiającej urody.

Wreszcie wyrwała się z odrętwienia, by odpowiedzieć siostrze.

- Jeszcze nie ma imienia.

- W takim razie musimy mu je nadać - orzekła Dorothy.

Penelope przygotowała się wewnętrznie, wchodząc do komnaty, i przekazała szczeniaka w skwapliwe ręce siostry. Ucałowała matkę i ojczyma, dygnęła i podała rękę Sidneyowi, jakby był zwykłym gościem. Zebrała całą siłę woli, żeby nie spojrzeć mu w oczy.

- Lady Penelope - powitał ją z grzecznym ukłonem i przytrzymał jej dłoń dłużej, niż było to konieczne.

Odwróciła się ku Jeanne i Dorothy, które gruchały nad pieskiem, obsypując pocałunkami jego pyszczek i łebek. Wiedziała, że matka uważnie jej się przygląda, przenosząc spojrzenie z niej na Sidneya, wyraźnie zaciekawiona, co może się skrywać pod oficjalnym chłodem powitania córki. Penelope zastanawiała się, czy cichy konflikt, który toczył się w jej sercu, jest w jakiś sposób widoczny na jej twarzy.

- Może Chevalier? Jak ci się podoba? - zaproponowała Jeanne, głaskając szczeniaka.

- Za długie - odparła Penelope.

- Może zaproponujesz jakieś imię, Sidney - Leicester poklepał siostrzeńca po plecach - skoro jesteś wśród nas mistrzem słowa?

Matka nadal uważnie jej się przyglądała.

- Dobrze się czujesz, Penelope? Jesteś bardzo blada.

- Całkiem dobrze, mamo. - Przypuszczała, że matka zastanawia się, czy nie jest przy nadziei. Na wpół obróciła się w stronę Sidneya i przytuliła szczeniaka do piersi. - Już go kocham.

- Jak byś go nazwał, Sidney? - zapytała Dorothy.

- Najpierw muszę go trochę poznać. Proszę! - Wyciągnął ręce po pieska, ale Penelope pokręciła głową.

- Zasypia. Nie należy go nadmiernie ekscytować. - Nie mogła znieść myśli o tych dłoniach dotykających szczeniaka.

- W istocie, wydaje się, że najlepiej mu tam, gdzie jest. - Sidney, ignorując jej odmowę, skorzystał z okazji, by powiedzieć dworny komplement. - Z pewnością każdy młody człowiek byłby zachwycony, gdyby znalazł się w takiej bliskości lady Rich.

Wzdrygnęła się wewnętrznie, słysząc nazwisko po mężu z ust, które pamiętała wyraźnie, zbyt wyraźnie, przyciśnięte do jej własnych.

- Co sądzisz o imieniu Spero? - zapytał.

- "Nadzieja", jakie to urocze - zachwyciła się Lettice. - Tak, Spero to doskonałe imię. I to łacińskie miano pokaże, że nie wszyscy jesteśmy nieukami. A może ignorantami?

- Sądzę, że to drugie określenie jest lepsze - skomentował Sidney.

- To chyba doskonały wybór, prawda, Penelope? - odezwał się Leicester.

- Pomyślę o tym. - Mimo że usilnie starała się ukryć swój stan wewnętrzny, zdradził ją głos, urywany i sztywny, i nie mogła przestać myśleć o dewizie Sidneya z ostatniego turnieju, SPERAVI: "mam nadzieję", przekreślone, aby uwypuklić stratę. Przygniotło ją poczucie utraconej nadziei. Odetchnęła głęboko, żeby zapanować nad głosem, i zmieniając temat, zwróciła się do siostry: - Kiedy musisz wrócić do Huntingdonów?

- Wyjeżdżam pojutrze - odparła Dorothy, nagle wyraźnie przybita.

Penelope pomyślała o nudnej rutynie w domu ich opiekunów i zdała sobie sprawę, że jeśli ona dotkliwie odczuła nieobecność siostry, to o ile gorsze musi być dla Dorothy przebywanie w tym ponurym miejscu.

- Nie przejmuj się. - Ścisnęła rękę siostry. - Niedługo będziesz ze mną na dworze, prawda, mamo? - Mówiła z fałszywą beztroską z uwagi na Sidneya, czując na sobie jego wzrok, jak swędzenie, które domaga się podrapania.

- Jeśli królowa sobie tego życzy - odrzekła z goryczą Lettice.

- Wybaczycie mi? - Owładnęło nią pragnienie ucieczki. - Muszę iść do kuchni i znaleźć temu maluchowi coś do jedzenia. - Idąc do drzwi, dodała: - Jeanne, idziesz ze mną?

Po wyjściu z komnaty złapała przyjaciółkę za ramię i śpiesznie pociągnęła ją przez korytarz. Gdy tylko znalazły się na tyle daleko, by nikt ich nie usłyszał, zapytała:

- Do licha, co on tu robi?

- Chciałam cię ostrzec, ale nie miałam okazji. - Jeanne przystanęła, odwróciła się i położyła dłonie na jej ramionach, nagle bardzo poważna.

- O co chodzi? - Penelope czuła narastający niepokój.

- Twój ojczym próbuje wynegocjować małżeństwo Sidneya z Dorothy.

- Z moją rodzoną siostrą? Nie! - Oszołomiona, oparła się ręką o ścianę, żeby nie upaść. - To nie może być prawda. Sidney nie ma bogactwa dla nas, zubożałych dziewcząt Devereux. - Opadła na ławkę pod oknem, ze szczeniakiem na kolanach.

Jeanne też usiadła, objęła przyjaciółkę i pogładziła jej napięte ramiona.

- Myślałam, że Leicester miał nadzieję, że Dorothy poślubi króla Szkocji - mruknęła Penelope. - Co się stało z tym pomysłem? Teraz, gdy wprowadziłam Richa do rodziny, moja siostra może wyjść, za kogo...

- Nie sądzę, żeby tak było. Nie sądzę, by twoja siostra była temu chętna. Myślę, że nawet nie wiedziała o tych planach, wnosząc po jej minie, gdy o tym wspomniano. - Jeanne zaczęła gładzić włosy przyjaciółki.

Obie dobrze wiedziały, że jeśli takie jest życzenie Leicestera, Dorothy poślubi Sidneya, czy ktoś będzie tego chciał, czy nie.

- Możesz być szczęśliwa, że nikt ci nie dyktuje, kogo masz poślubić... - Penelope umilkła nagle, zakrywając usta dłonią, bo przypomniała sobie, w jakich strasznych okolicznościach Jeanne utraciła rodziców. - Wybacz. Nie o to mi chodziło.

- Wiem, że nie, a poza tym wcale jeszcze nie chcę wychodzić za mąż.

- Masz dobre serce, nie takie mściwe i zepsute jak moje. - Penelope pomyślała, jakie to szczęście, że ma taką osobę jak Jeanne, której może powierzać sekrety.

Umilkły na dźwięk czyichś kroków, a gdy uniosły wzrok, zobaczyły zbliżającą się korytarzem czarną sylwetkę. Sidney zatrzymał się przed nimi, uśmiechając się nerwowo.

- Przepraszam, że przeszkadzam, drogie panie, ale czy mógłbym zamienić na osobności słówko z lady Rich? - Zdawało się, że próbuje zapanować nad emocjami.

Penelope nie potrafiła odgadnąć, czy targa nim gniew, czy rozpacz.

- Zabiorę szczeniaka do kuchni i znajdę mu coś do jedzenia - oznajmiła Jeanne ze sztuczną beztroską, po czym wzięła śpiącego psa i zostawiła ich samych.

Sidney usiadł obok Penelope, blisko, ale nawet ich ubrania się nie stykały. Odsunęła się nieco, bojąc się jego bliskości.

- Zastanawiam się, dlaczego jesteś taka wesoła. - Jego przepojony goryczą głos wzbudził w niej poczucie niedoli.

- Nie jestem zbyt wesoła - odparła, pozwalając sobie na chwilę szczerości. Spojrzała na niego, poruszającego rękami na kolanach w taki sposób, jakby miał zamiar rozdać karty. Serce niemal rozsadzało jej piersi, utrudniając oddychanie. - Nieszczególnie rozweseliła mnie wiadomość, że nosisz się z zamiarem poślubienia mojej siostry.

- Boże! - Wierzchem dłoni potarł czoło. - Nie mam zamiaru żenić się z Dorothy. Ustąpiłem wujowi dla świętego spokoju. Przecież wiesz.

- Jak mogłabym ci ufać? Na pewno nie dałeś mi powodu.

Wydawał się zastraszony i mały, daleko mu było do zwykłej elegancji i wspaniałości. Penelope robiła, co mogła, żeby nie wyciągnąć ręki i go nie dotknąć. Uświadomiła sobie, że te wszystkie lata tęsknoty za głupim romantycznym ideałem nie miały nic wspólnego z tym mężczyzną. Ale to ten mężczyzna, ten Sidney, zgarbiony obok niej, z oszpeconą skórą i nieco przerzedzonymi włosami, z ponurą miną i (zauważyła to po raz pierwszy) obgryzionymi paznokciami, pochwycił jej serce i zamknął je w klatce jak ptaka.

- Nie powinnam z tobą rozmawiać, tutaj, na osobności. Jestem mężatką - powiedziała, a on wzdrygnął się na te słowa. - I zostaniesz przyobiecany mojej siostrze. Nawet ty nie jesteś w stanie sprzeciwić się Leicesterowi.

Jego wyraz twarzy pasował do jej przygnębienia.

- Mam coś dla ciebie. - Wyciągnął z kieszeni dubletu złożoną kartkę i cała jego pewność siebie jakby uleciała.

Wzięła kartkę i ją rozłożyła.

- Sonet - stwierdziła rzecz oczywistą, aby zapełnić ciszę.

- Jeden z wielu. Przeczytasz? Jeśli kiedyś zależało ci na mnie choć trochę... - Urwał, jakby zabrakło mu słów, a po chwili, nie patrząc na nią, podjął: - Pozwól mi posłuchać, jak deklamujesz mój wiersz.

Jej głos był ledwie głośniejszy od szeptu, gdy zaczęła czytać:

- Stworzywszy główne dzieło, piękne oczy Stelli, Natura im przydała... - Przeczytała do końca i ręce opadły jej bezwładnie. Odetchnęła głęboko, zebrała się w sobie. - Jestem Stellą?

Skinął głową, a jego jasne oczy wyrażały smutek tak głęboki, że ledwie mogła w nie patrzeć, ale nie potrafiła też oderwać od nich wzroku.

- Odległa gwiazda... A kim ty jesteś?

- Jestem Astrophilem. - Wydawało się, że coś w nim uległo zmianie, teraz jakby rozkwitał.

- Miłośnik gwiazd - szepnęła. - Więc mnie kochasz?

Ponownie skinął głową, tym razem jakby z przebłyskiem uśmiechu.

- Co spowodowało taką odmianę twego serca?

- Nie wiem. Byłem pogubiony, zdruzgotany utratą dziedzictwa Leicestera i wykluczeniem przez królową. Myślałem, że nie mam ci nic do zaoferowania... w porównaniu z Richem. - Wypluł nazwisko jej męża jak jad wyssany z rany po ukąszeniu węża. - I nie znałem głębi moich uczuć, dopóki nie zrobiło się za późno. Miłość potrafi zaskoczyć swoją nagłością. Poza tym wiesz równie dobrze jak ja, jaką głupotą jest ślub z namiętności...

Potok słów płynął coraz szybciej, jakby czas się kończył. Zwykła fasada pewności siebie Sidneya zupełnie się skruszyła. Penelope nigdy przez myśl nie przeszło, że skrywa się za nią taka bezbronna istota.

- To głupota czy droga do szczęścia? - Jej głos ociekał cynizmem.

- Myślałem, że moje uczucia przeminą. Byłem głupcem.

- A gdy zrozumiałeś, że nie przeminą, nadal uważałeś, że nie warto o mnie walczyć.

- Nie!

Rozpaczliwie pragnęła chwycić jego dłoń z pobrudzonym atramentem palcem wskazującym, przytulić się do niego całym ciałem, dać mu się pochłonąć.

- Walczyłem o ciebie. Błagałem królową, żeby pozwoliła mi się do ciebie zalecać. Przypomniałem jej o życzeniu twojego ojca.

- Błagałeś królową? - Zaczęło jej świtać, że całkowicie źle zrozumiała sytuację.

- Roześmiała mi się w twarz i zapytała, dlaczego uznałem, że "takie chodzące rozczarowanie" jak ja... tak, tak mnie nazwała, "chodzące rozczarowanie"... może dostać pozwolenie na zabieganie o względy jej ulubionej dwórki. Potem kazała mi spakować manatki. "Nie jesteś człowiekiem, któremu w pełni ufam, Sidney", powiedziała. - Puścił jej dłoń i złożył ręce, chowając w nich twarz, jakby ogarnięty wstydem, i Penelope ledwie słyszała jego słowa. - Uważa, że jestem zbyt szczery, i nie lubi moich katolickich przyjaciół. Ale jestem kimś, kto mówi, co myśli, i lojalność jest dla mnie sprawą honoru, nawet wobec tych, którzy mają inne przekonania.

- A więc to jej wina. - Dławiła ją odraza do kobiety, która zesłała plagę nieszczęść na jej rodzinę. - A ja jestem na całą wieczność związana z innym mężczyzną. - Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela...

- Czyli małżeństwo zostało skonsumowane - mruknął, jakby myślał na głos, wciąż nie mogąc spojrzeć jej w oczy.

- Oczywiście - szepnęła.

- Miałem nadzieję, wykraczającą poza granice zdrowego rozsądku, że będzie jakiś sposób... - jąkał się, wyraźnie nie potrafiąc ująć myśli w słowa - aby... aby unieważnić ten związek, i to w czasie, kiedy moglibyśmy przekonać świat... - Umilkł. - Jakim głupcem byłem z moimi beznadziejnymi mrzonkami.

Uniósł wzrok i z bólem malującym się na twarzy otworzył ramiona, a ona pozwoliła, by zamknął ją w uścisku. Obejmowali się mocno, z zamkniętymi oczami, jakby chcieli odciąć się od całego świata, dopóki nie rozdzieliły ich czyjeś zbliżające się kroki. Wbili wzrok w swoje dłonie, gdy obok przeszedł jeden z urzędników Leicestera z plikiem papierów, i siedzieli w milczeniu, aż wreszcie zniknął za drzwiami w głębi korytarza.

- Pozwól mi przyjść dziś wieczorem do twojej komnaty.

- Nie, nie mogę.

- Błagam cię.

- Nie, nie! Zresztą nie będę sama. Jeanne i moja siostra będą ze mną.

- W takim razie gdzie indziej... Proszę.

- Nie! - Nie mogła dłużej patrzeć na niego z obawy, że ulegnie. - A co z Dorothy? Jesteś przyobiecany mojej siostrze.

- Nie jestem przyobiecany.

- Jeszcze nie - odparła. - Musisz odejść.

Zapadła cisza, która trwała wieczność.

- Musisz odejść - powtórzyła Penelope.

W końcu wstał i powoli ruszył przed siebie, a ona pomyślała, że zaraz serce pęknie jej z tęsknoty.

- Będę na ciebie czekać - powiedział, odwracając się ku niej - w pokoju muzycznym z widokiem na rzekę... przez całą noc, jeśli będę musiał.

Marzec 1582

Leighs, Essex

Penelope spędzała swoją pierwszą noc w Leighs, chociaż była mężatką już od czterech miesięcy. Do tej pory przebywała na dworze, zabiegała o przychylność królowej i próbowała zrozumieć skomplikowaną sieć lojalności uplecioną wokół Elżbiety. Pojawiły się nowe pogłoski o planowanym zamachu i wszyscy siedzieli jak na rozżarzonych węglach, z wyjątkiem samej królowej, która zawsze wydawała się chłodna niczym listopadowy staw. W gruncie rzeczy Penelope była zadowolona, że opuściła dwór. Była sama w sypialni, siedziała przy kominku, czekając na męża i bezskutecznie próbując pozbyć się z głowy słów Sidneya. Od ich spotkania minęły jakieś trzy miesiące - trzy miesiące udawanego szczęścia. Dorzuciła polano do ognia i ziewnęła, zastanawiając się, jak długo mąż każe jej czekać. Zostawiła go w kaplicy, pogrążonego w żarliwej modlitwie.

Wcześniej wraz z Jeanne wędrowała po domu, przemierzając labirynt korytarzy łączących stare części z nowymi. Niegdyś był to przybytek religijny, o czym świadczyły rzeźby świętych i krzyże w zapuszczonych kątach. Wewnątrz panowała taka sama atmosfera powagi jak w domu w Smithfield, gdzie od czasu do czasu, kiedy nie była potrzebna na dworze, spędzała noce. Było to ponure miejsce, w którym unosił się zapach stęchlizny mauzoleum i zalegała przytłaczająca cisza. Podczas każdej wizyty była zobowiązana do wypełniania powinności małżeńskich, za każdym razem równie nieprzyjemnych jak w noc poślubną. Rich, który w ciągu dnia zachowywał się dość uprzejmie, choć z dystansem, z zapadnięciem nocy kipiał z ledwie tłumionej złości. Nigdy więcej jej nie skrzywdził, ale groźba wisiała nad ich nocnymi kontaktami i Penelope zawsze była wdzięczna, że Jeanne jest po drugiej stronie ściany, chociaż martwiła się, że usłyszy płomienne biblijne recytacje Richa, przerywane sapaniem i jękami. Kiedy wychodził, Penelope pukała w boazerię i zaspana przyjaciółka przychodziła cicho i wślizgiwała się do łóżka obok niej.

- To wszystko jest twoje?! - wykrzyknęła Jeanne po przybyciu do Leighs.

Biegając po wielkim domu jak podekscytowane dzieci, wpadły do wielkiej sali, gdzie chwyciły się za ręce i wirowały dokoła w ogromnej przestrzeni, aż zabrakło im tchu ze śmiechu.

- Moje, ale jeszcze nie moje - odparła Penelope, gdy ich podniecenie opadło. - Dom wydaje się martwy, jakby od lat nikt tu nie mieszkał.

Wolałaby zostać z matką w Wanstead, gdzie po drodze zatrzymały się na noc i Lettice zachłannie słuchała wiadomości z prywatnych komnat królowej.

Penelope zawsze miała w pamięci Wanstead, skąpane w słońcu i przesycone muzyką, zakątek ziemskiego raju, pełen radosnych wspomnień dni spędzonych z rodziną, tym słodszych, gdy myślała o swoim życiu u Huntingdonów na północy, gdzie brzydka pogoda nieodmiennie współgrała z nastrojem.

Służący bez uśmiechu zaprowadził je do jej apartamentu, którego okna wychodziły na północ, a dodatkowo były zacienione przez trzy wysokie wiązy, stare i sękate, pochylone ku sobie jak grupka starszych ludzi dzielących się sekretem. Apartament tworzyły trzy duże komnaty w amfiladzie.

Jeanne pomogła jej się rozebrać, a przed udaniem się na spoczynek czesały sobie nawzajem włosy, śpiewając poznaną na dworze piosenkę, po cichutku, żeby nikt ich nie usłyszał, bo Rich jasno dał do zrozumienia, że w Leighs muzyka jest zabroniona. Gdy Jeanne wyszła, Penelope usiadła przed kominkiem - ogień trzaskał, rozbłyskując błękitem na suchej korze nowego polana - i jej myśli powędrowały do tamtego wieczoru w Leicester House.

Po spotkaniu z Sidneyem leżała bezsennie w łóżku, pełna złości i zakłopotania z powodu sytuacji, w której się znalazła. Tak jakby Bóg kpił z niej, pozwalając jej pokochać jednego mężczyznę - bo jeśli nie była to miłość, to nie wiedziała, czym może być to palące przekonanie, że życie ma sens tylko z nim - ale każąc poślubić drugiego, który o nią nie dbał. Dorothy smacznie spała tuż obok, a cichy rytm jej oddechu mącił ciszę, szyderczo przypominając o planach związanych z zaręczynami. Pomysł, by Sidney ożenił się z jej siostrą, był niewiarygodny; Penelope czuła się tak, jakby czekała na własną śmierć. Sidney czekał na nią w pokoju muzycznym; jego słowa brzmiały w jej głowie - "przez całą noc, jeśli będę musiał" - przyciągając ją, jak księżyc przyciąga wody oceanów, i w końcu, co wydawało się nieuchronne, wyśliznęła się z łóżka w nocny chłód.

Gdy po omacku szukała sukni, serce łomotało jej w piersi, jakby zyskało odrębne życie, jakby coś w nim rosło, coś zasadzone przez Sidneya, czego już nie da się wykorzenić. W komnacie panował chłód - tak dotkliwy, że gdy jej oczy przywykły do ciemności, mogła w nikłej poświacie księżyca dostrzec obłoczki własnego oddechu. Zawiązała suknię ciasno pod szyją i zarzuciła szal na ramiona, a potem przyszło jej na myśl, czy nie powinna się odpowiednio ubrać, bo nie wyobrażała sobie spotkania z Sidneyem odziana w nocny strój. Chociaż oczywiście byłoby to w sam raz na taką schadzkę. Zanim zdążyła się zdecydować, podniosła szczeniaka, wsunęła stopy w pantofle i wymknęła się z pokoju jak widmo.

Dopiero potem, gdy wodząc ręką po ścianie, przebyła ciemną galerię prowadzącą do sali muzycznej i zobaczyła smugę światła pod drzwiami, uświadomiła sobie, co zamierza zrobić. Zatrzymała się, jak przemieniona w kamień, i do głowy wpadło jej brzydkie słowo, niczym ropucha do stawu: cudzołożnica. Pamiętając swoją odartą z wszelkiej czułości noc poślubną, zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę chce przeżyć to samo z Sidneyem. Ale serce nieubłaganie ciągnęło ją ku takiemu doświadczeniu. Z pewnością miłość je odmieni, przekonywało i poczuła mrowienie między udami.

Kiedy jej myśli toczyły bitwę, mężczyzna czekający za drzwiami stawał się coraz bardziej obcy i daleki. Był albo źródłem grzechu, który pogrąży jej duszę w nieskończonym chaosie, albo czymś innym, może nawet bardziej niepokojącym: źródłem rozkoszy, której nigdy nie będzie w stanie się wyrzec.

Potknęła się o coś w mroku i krzesło z trzaskiem upadło na podłogę. Odwróciła się, by uciec tam, skąd przyszła. Przez szum krwi w uszach usłyszała, że drzwi za nią się otwierają, i wezbrał w niej strach, jakby miał wyskoczyć z nich potwór.

- Wracaj! - zawołał z konsternacją Sidney. - Stello, umiłowana, wróć!

Pobiegła długą galerią, po czym w górę po schodach i zatrzymała się dopiero w swojej sypialni, gdzie poczuła się bezpiecznie. Oparta plecami o zamknięte drzwi, próbowała złapać oddech. Jej serce protestowało tak głośno, że bała się, iż zaraz wyrwie się z jej piersi.

- Co się stało? - dobiegł z wysuwanego łóżka zaspany głos Jeanne.

- Przestraszyłam się, to wszystko. - Penelope przysiadła na brzegu małego łóżka, czując obejmujące ją ciepłe ramiona przyjaciółki.

- Gdzie byłaś?

- Szczeniak chciał wyjść - odparła, dziwiąc się, z jaką łatwością skłamała, i myśląc o wszystkich innych kłamstwach, które musiałaby wypowiedzieć, gdyby uległa pokusie, a każde wydłużyłoby listę jej grzechów.

- Przeziębisz się na śmierć, jak będziesz się tak błąkała w zimną grudniową noc. - Jeanne wciągnęła ją w ciepło koców, wciąż ją obejmując.

Szczeniak wtulił się w Penelope i musiała zasnąć, bo zbudziła się rano na wąskim łóżku, przez chwilę zdezorientowana, nie mając pojęcia, jak się tam znalazła.

Sidney zniknął z dworu, ale nie z jej myśli, gdzie krążył niczym pieśń żałobna, ani nie z pełnych spekulacji plotek na temat jego miejsca pobytu. "Jest u siostry w Wilton", "Pojechał do Irlandii walczyć u boku ojca", "Pożeglował do Niderlandów". Nie odważyła się włączyć do dyskusji w obawie, że jakieś przejęzyczenie ujawni jej mroczną tajemnicę, i wciąż dumała nad tym, że miłość może zmienić człowieka nie do poznania.

Teraz, czekając przy trzaskającym ogniu, aż Rich skończy się modlić, zastanawiała się, o co modli się tak żarliwie, jakie jego grzechy wymagają przebaczenia. Pomyślała o wierszu Sidneya, starannie złożonym i schowanym w szkatułce z sentymentalnymi skarbami, i zadała sobie pytanie, jakiego grzechu jest winna w związku z tym. Można zgrzeszyć zarówno myślą, jak i uczynkiem; hrabina powtarzała to w nieskończoność. Penelope nigdy tego nie analizowała, bo jeśli zamierzasz podkraść kilka śliwek z kuchni albo powiedzieć jakieś błahe kłamstwo, to grzech nie jest wart zawracania sobie głowy. Ale to było inne. Nie mogła przestać się zastanawiać, czy myślenie o cudzołóstwie jest równie niegodziwe jak sam akt, ponieważ myślała o tym - i to wiele razy. Przerażał ją stan jej duszy; wyobrażała sobie, że jest ona pomarszczona i wyschnięta, a życie bez grzechu wydawało jej się niemożliwe.

Usłyszała kroki Richa na schodach. Były precyzyjne, jakby starannie odmierzone. Trwoga ścisnęła ją za gardło. Wszedł, upiornie oświetlony świeczką, którą trzymał w ręce. Odwróciła się, by na niego spojrzeć, a on lekko dotknął jej ramienia.

- Nie śpisz jeszcze. - Nieoczekiwanie uprzejmy ton jego głosu wprawił ją w zakłopotanie. Pozwoliła sobie na odrobinę nadziei. - Potrzebuję twojej pomocy, Penelope.

- Mojej pomocy? - Za nic w świecie nie potrafiła sobie wyobrazić, w jaki sposób mogłaby mu pomóc.

- Musimy to zrobić. - W jego głosie pobrzmiewało coś zbliżonego do strachu, jakby grożono mu śrubami do miażdżenia kciuków.

Skinęła głową, wciąż nie rozumiejąc, o co mu chodzi.

- Należy to zrobić. Może zechcesz... - Umilkł i rozejrzał się po komnacie, najwyraźniej unikając jej wzroku. - Czy mógłbym cię prosić, żebyś to włożyła?

Nie zauważyła do tej pory, że przyniósł stosik starannie poskładanych ubrań. Złożył go jej na kolanach.

- Czy to prezent?

- W pewnym sensie... To raczej prezent, który chciałbym, abyś mi podarowała.

Wzięła to, co leżało na wierzchu. Była to czarna aksamitna czapka, prosty kaptur, jakie lubili nosić studenci, żeby przydać sobie powagi, a podbicie z czarnego króliczego futra nadawało jej znamiona dyskretnego luksusu. Pod nią leżał dublet z czarnego adamaszku, miękki w dotyku jak brzoskwinia, pięknie skrojony, podszyty cienkim atramentowym pikowanym jedwabiem. Brała i rozkładała kolejne sztuki odzieży: nogawice pasujące do dubletu; jedwabne pończochy, delikatne jak te noszone przez królową; koszulę z białego cienkiego płótna; kryzę, której niewielka średnica przeczyła akrom wykrochmalonej tkaniny. Wyglądało na to, że żadna z tych części garderoby nigdy nie była noszona.

- To chłopięce ubranie - zauważyła, przypuszczając, że zaszła jakaś pomyłka. - Za małe dla ciebie.

Bez słowa uniósł ręce w geście, jaki robią piastunki przy rozbieraniu małego dziecka. Penelope, bez pytania, zrobiła to samo, a on zdjął jej przez głowę koszulę nocną i szybko zastąpił ją płócienną koszulą. Następnie podał jej jedwabne pończochy i wsunęła je na nogi.

- Maskarada - powiedziała, myśląc o karnawale, kiedy wszystko jest wywrócone do góry nogami i zdarza się, choć sama nigdy czegoś takiego nie widziała, że rozwiązłe kobiety przez cały dzień chodzą przebrane za mężczyzn, z wełnianymi wąsami i wypchanymi saczkami.

Chciała zapytać męża, do czego zmierza, ale nie miała pojęcia, jak sformułować pytanie; uświadomiła sobie, jak słabo go zna. Nagle poczuła się zagubiona w tym nieznanym domu z tym obcym mężczyzną i żałowała, że nie może wezwać Jeanne z sąsiedniego pokoju. Pomyślała wtedy o tym, co przysięgła - być posłuszna, cnotliwa, szanować męża. Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Pozwoliła, aby pomógł jej włożyć nogawice, a potem dublet. Zasznurował go do samego końca, po czym przypiął małą sztywną kryzę do kołnierzyka. Zdjął jej czepek z głowy, przygładził włosy i nałożył na nie aksamitną czapkę, której jedwabne futro pieściło jej uszy.

- Wstań i pozwól mi na siebie spojrzeć - powiedział łagodnie.

Zrobiła, o co prosił, a on wręczył jej Nowy Testament. Otworzyła go w zaznaczonym miejscu, gdzie był list świętego Pawła do Koryntian.

- Proszę, czy mogłabyś przeczytać fragment, który wskazałem? - zapytał z cieniem uśmiechu i umieścił świeczkę w kinkiecie obok niej, żeby mogła widzieć i czytać.

Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Wyciągnął rękę, dotknął rąbka dubletu i potarł go w palcach, wydając się całkowicie pochłonięty tkaniną, jakby zawierała tajemnice niebios. Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. Stał z lekko rozchylonymi ustami i na wpół przymkniętymi oczami, niczym w transie. A takimi byli niektórzy z was. Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez Ducha Boga naszego*.

Bez słowa wziął od niej książkę, zamknął i odłożył na bok. Poprowadził ją do łóżka i chwycił za ramiona, po czym odwrócił ją od siebie i popchnął do przodu, aż przycisnął jej twarz do piernata. Penelope pogrążyła się w zakurzonym zapachu dartego pierza.

Później, kiedy wyszedł, zdjęła ubranie i wepchnęła je pod łóżko z poczuciem winy, jakby mogło opowiedzieć o jej wstydzie. Dostrzegła krew na płóciennej koszuli, ciemne kółko na tle bieli, i zachodziła w głowę, jak to możliwe, że była tak ślepa, iż nie zauważyła, że jej małżeństwo od miesięcy pozostawało nieskonsumowane. W duchu przeklinała hrabinę za trzymanie jej w niewiedzy. Gdyby przebywała na dworze od najmłodszych lat, wśród dwórek zaprawionych w romansach, mogłaby być mniej naiwna. Była przekonana, że zmyślają, gdy rozmawiały o bólu, o członku, który powiększa się kilka razy i robi twardy jak kij, i o nasieniu, ale mówiły prawdę.

Wspomnienie gwałtownych pchnięć Richa sprawiło, że żółć podeszła jej do gardła. Zwierzęce stęknięcie, głośne, nagłe i ekstatyczne, uświadomiło jej, że jego jęki przy poprzednich okazjach były odgłosami frustracji. I na dodatek gorąca wilgotna strużka między nogami dobitnie jej uzmysłowiła, że małżeństwo zostało przypieczętowane. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że gdyby wiedziała, że nadal jest dziewicą, to nawet po złożeniu ślubów mogłaby znaleźć sposób na ucieczkę z tych więzów. Mogłaby ogłosić, że Rich jest niezdolny do spełniania obowiązków małżeńskich, i ślub można by unieważnić. Zadręczała się tym, co mogłoby być, dopóki jej myśli nie przerwało pukanie do drzwi.

- To ja, Jeanne. Mogę wejść?

- Oczywiście.

Przyjaciółka wśliznęła się pod kołdrę obok niej.

- Słyszałam, jak Rich idzie do swojej komnaty, i pomyślałam, że może potrzebne ci moje towarzystwo.

- Dzięki niebiosom za ciebie, Jeanne.

Penelope stwierdziła w duchu, że nie potrafi wyjaśnić rytuału przebierania się za chłopca; nie umiałaby opisać tego haniebnego epizodu, ale zwierzyła się przyjaciółce ze spóźnionego skonsumowania małżeństwa, zadowolona, że ma z kim podzielić się swoimi nieszczęściami.

- Cóż, stało się - powiedziała Jeanne. - Na dobre i na złe.

Na całą wieczność, pomyślała Penelope.

- Miejmy nadzieję, że posiał we mnie dziecko.

- Gdybym tylko wiedziała - mruknęła Jeanne.

- Skąd mogłabyś wiedzieć?

- Mimo wszystko...

- Rich poprosił, żebym mu czytała... - Penelope urwała, niepewna, czy ma o tym mówić, i dokończyła szybko, zanim zdążyłaby zmienić zdanie - z listu świętego Pawła do Koryntian.

- Co, w trakcie?

Skinęła głową.

- Myślisz, że to purytański zwyczaj?

Penelope zaczęła dumać nad dziwnością tego wszystkiego i głębią swojej ignorancji. Zastanawiała się, czy ewangelicka hrabina rozmyślnie trzymała ją w niewiedzy, aby uczynić ją uleglejszą w małżeńskim łożu.

Obudziła się wcześnie i zobaczyła, że Jeanne już wstała i wzywa kogoś, aby przyszedł rozpalić ogień. Przez mgłę snu przypomniała sobie chłopięce ubranie, pośpiesznie wepchnięte pod łóżko, pełna obaw, że ktoś mógł już je znaleźć. Miała gonitwę myśli. Co powie? Że to przyodziewek Richa? Ale te rzeczy są zdecydowanie za małe. Nikt jej nie uwierzy. A jak wyjaśni plamę krwi? Gdy Jeanne stała odwrócona plecami, Penelope po cichu zebrała te kłopotliwe części garderoby, zwinęła je w kłębek i zakryła go ściągniętym z łóżka prześcieradłem.

- Co robisz? - spytała Jeanne.

- Chyba powinnam doprowadzić to do porządku. - Penelope uniosła róg prześcieradła. - Krew.

Jej przyjaciółka skrzywiła się.

- Zajmę się tym - rzuciła.

- Nie, pozwól mi.

Penelope bała się, że jej naleganie wzbudzi podejrzenia, jednak Jeanne dała za wygraną.

- Do mnie należy robienie takich rzeczy, ale skoro nalegasz.

Penelope włożyła tobołek pod pachę i ruszyła do pokoi męża w drugim skrzydle domu. Niepewna drogi, musiała zatrzymać pazia, żeby ją pokierował. Drzwi były ogromne, wyciosane z jednego kawałka dębu. Nie przyszło jej do głowy, by zapukać; był ranek, w domu trwała krzątanina, chociaż gdyby się nad tym zastanowiła, zauważyłaby, że przed pokojami Richa nadal panuje cisza jak w kostnicy.

Nacisnęła klamkę i drzwi otworzyły się cicho. Zasłony łóżka były szczelnie zaciągnięte. Chciała zostawić zawiniątko obok męża, aby było pierwszą rzeczą, jaką zobaczy po przebudzeniu. Przeszła na palcach przez komnatę, słysząc głośne, rytmiczne chrapanie. Zerknęła za zasłonę. Pod baldachimem było ciemno, stała więc przez chwilę, żeby jej oczy przywykły do mroku, i nagle zaczęła zdawać sobie sprawę, że to, co wzięła za chrapanie, bardziej przypomina odgłosy dyszenia. Pomyślała, że to jeden z psów przegrzał się w tej dusznej przestrzeni. Odsunęła zasłonę i prostokąt światła padł na twarz - nie na twarz jej męża, ale na twarz, której nigdy wcześniej nie widziała. Był to chłopiec, zaskoczony nagi chłopiec, leżący obok nagiego Richa, który mocno zaciskał oczy, wtulając twarz w poduszkę.

Penelope stała nieruchomo, wpatrując się w nieznajomego.

- Nie przestawaj - jęczał Rich. - Na litość boską, nie przestawaj. - Przesunął rękę, znalazł usta chłopca i włożył w nie dwa palce. Ale chłopiec odwrócił się i Rich chyba dopiero wtedy zrozumiał, że coś jest nie tak. Podniósł się i zobaczył Penelope, która stała nieruchomo, jak biblijna żona obrócona w słup soli. - Precz! - wrzasnął. - Wynoś się stąd ty... ty... suko!

Jego słowa wyrwały ją z osłupienia. Odwróciła się, wypadła z pokoju i biegła krętymi korytarzami, aż zgubiła się w tym labiryncie. W końcu trafiła na wąskie schody, które spiralnie prowadziły w dół. Szła, przytrzymując się linowej poręczy ze strachu, że z nich spadnie. Na dole, w zupełnej ciemności, wymacała kształt zamkniętych drzwi i rozpaczliwie zaczęła łomotać w drewno, aż rozbolały ją ręce.

- Do licha, kto tak hałasuje? - zapytał ktoś, po czym drzwi się otworzyły, ukazując kuchnię. Stał przed nią mężczyzna; uznała, że kucharz albo rzeźnik, bo miał na sobie zakrwawiony fartuch i potrząsał nożem. - Pani, proszę mi wybaczyć. - Zdjął czapkę z głowy, a pozostali w kuchni odwrócili się w ich stronę i widząc, kto stoi na progu, zrobili to samo.

Naprzód wystąpiła kobieta z dużym biustem.

- Nie wyglądasz dobrze, pani, jesteś chora?

Penelope, która nie mogła wykrztusić słowa, tylko pokręciła głową.

- W takim razie musiałaś, pani, zobaczyć ducha. Jest jeden, który snuje się po górnym korytarzu. Dlatego trzymamy te drzwi zamknięte, co nie znaczy, że są przeszkodą dla ducha. Widziałaś ducha, pani?

Penelope odkaszlnęła i w końcu udało jej się odzyskać głos.

- Chyba tak. To był duch, tak.

- Chodź, pani. - Kobieta wyciągnęła rękę, a ona ją ujęła. - Wielkie nieba, jesteś zimna jak śmierć. Chodź, pani, i usiądź przy kominku, przygotuję ci posset i poślę po twoją towarzyszkę. Ty. - Pstryknęła palcami na jednego z chłopaków, który gapił się tępo na panią domu w nocnej bieliźnie, siedzącą na stołku przy kuchennym kominku jak zagubione dziecko. - Idź i sprowadź tę Francuzkę. - Ponownie zwróciła się do Penelope: - Pozwól, pani, wezmę te rzeczy. Nie mogę zrozumieć, czemu błąkasz się po korytarzu z naręczem prania, skoro w tym domu jest więcej służby niż szczurów w Londynie.

Dopiero wtedy Penelope przypomniała sobie, że wciąż trzyma w rękach ten nieszczęsny tobołek.

- Nie - powiedziała, przyciskając go do siebie.

Kobieta chyba pojęła, że lepiej nie nalegać.

- Chodź ze mną do pralni, pani. Jest tam ciepło i czysto i będziesz z dala od tych paskudnych zapachów kuchni.

Kobieta poprowadziła ją przez małe brukowane podwórko do przybudówki. Wewnątrz powietrze było gęste od gorąca i gryzącego zapachu ługu. Nad ogniem wisiała ogromna bulgocząca kadź, a nad nią, na wieszaku podciągniętym pod sam sufit, w unoszącym się gorącu powiewały i falowały rzędy płócien. Penelope osunęła się na ławkę i upuściła tobołek na podłogę. Chłopięce ubrania wysypały się na kamienne płyty.

Kobieta podniosła je, złożyła, wcale niezaskoczona; sprawdziła tylko, czy nie są pobrudzone. Wrzuciła zakrwawioną koszulę do kosza, razem z pogniecionym prześcieradłem, i położyła na półce zmiętą kryzę. Resztę zgarnęła na bok, usiadła obok Penelope i westchnęła ciężko.

- Znam lorda Richa od niemowlęctwa. Nawet karmiłam go piersią, kiedy byłam jeszcze dziewczyną. Więc pewnie znam go lepiej niż rodzona matka. Wiem wszystko o jego słabostkach.

- O jego słabostkach... - powtórzyła Penelope.

- Chłopcy! Niektórzy mężczyźni już tacy są. Mają takie upodobanie.

- Ale... - Łzy popłynęły jej z oczu i teraz rozszlochała się na dobre.

Kobieta objęła ją, przytuliła jej głowę do miękkiej poduszki swoich piersi. Penelope słyszała o czymś takim, oczywiście, ale nie pozwoliłaby sobie choćby na wypowiedzenie tego słowa, nawet w duchu, bo sama myśl o tym wydawała się bluźniercza.

- To częstsze, niż myślisz, pani. A potrzeby ciała nie zawsze da się wyjaśnić.

- Ale on jest bogobojnym człowiekiem, purytaninem. - Tylko tyle przyszło jej do głowy.

- Może właśnie dlatego. - W rozumowaniu kobiety kryła się dziwna logika. - Chciałabym, żebyś wiedziała, pani, że możesz na mnie liczyć. Jeśli kiedyś znowu poczujesz się zagubiona, wystarczy krzyknąć: "Pani Shilling!". I pamiętaj, pani, twój mąż jest w sercu dość dobrym człowiekiem, tylko nękają go jego własne demony. Jestem pewna, że niedługo będziesz przy nadziei i wszystko się ułoży. Gdy weźmiesz w ramiona swoje dziecko, już nic innego nie będzie miało znaczenia.

Łzy obeschły. Pani Shilling podała jej kawałek płótna, żeby otarła twarz i wydmuchała nos, po czym znalazła wykrochmalony czepek i nałożyła go jej na głowę.

- Proszę. Zupełnie jak nowa.

Rich wezwał ją dopiero po południu, gdy wróciła z przejażdżki konnej. Znajomy galop Słodkiej niósł jej ukojenie, kiedy pędziła przez wrzosowiska, nie słuchając Alfreda, który pokrzykiwał, żeby była ostrożna, jak spina konia ostrogami. Wyobrażała sobie, że świszczący wokół niej wiatr rozwiewa wszelkie ślady porannych wydarzeń. Podmuch poderwał jej pelerynę, aż wzleciała za nią jak skrzydła, i grzmot kopyt wypełnił jej uszy. Penelope skierowała klacz na skraj lasu, gdzie spłoszyły stadko jeleni. Słodka opuściła łeb, by skubnąć zębami kępkę trawy, a młody jeleń zrobił krok do przodu i stanął dumnie i nieruchomo, nie licząc lekko wznoszących się i opadających boków. Przyglądał im się wilgotnymi oczami, w których Penelope nie dostrzegła strachu. Natychmiast przypomniał jej się jeleń, którego kiedyś ustrzeliła, i wezbrał w niej żal, że uśmierciła istotę tak pełną życia, po czym, jak mogła się spodziewać, jej myśli powędrowały do Sidneya.

Nie mogła przestać myśleć o tym, co by było, gdyby miała odwagę pójść do niego tamtej nocy, gdyby oddała mu swoje dziewictwo. Co stałoby się wtedy? Kiedy jednak szła przez dom do pokoi Richa, zaświtała jej pewna myśl: może sytuację z mężem zdoła obrócić na swoją korzyść.

Coś zawładnęło nią z niewytłumaczalną siłą: protest przeciwko staniu się ofiarą okoliczności. Skoro ma uczestniczyć w grze o władzę na dworze w interesie rodziny Devereux, to czy będzie lepszy moment, aby zacząć się uczyć, jak przekuwać wady w zalety? Pojęła nagle, że władzę można zdobyć nie tylko brutalną siłą czy politycznym wyrafinowaniem, ale również dzięki dochowywaniu cudzych sekretów. Myśląc o tym młodym jelonku i jego nieustraszonym spojrzeniu, wyczuwała, że coś zaczyna się w niej zmieniać, jakby w jej żyłach krążyła stal.

Zapukała do gabinetu Richa.

Otworzył drzwi, blady, wyraźnie przybity. Zacierał ręce, jakby chciał je rozgrzać, chociaż w komnacie było duszno. Usiedli i w końcu przemówił.

- Zdołasz mi wybaczyć?

Sięgnęła po jego dłoń, odrywając ją od drugiej.

- Wybaczenie jest sprawą między tobą a Bogiem, ale jeśli masz na myśli: "czy rozumiem?", to tak, rozumiem... - Umilkła i spojrzała na niego, on jednak nie uniósł wzroku. - Chociaż wielu by nie zrozumiało.

- Mój wstyd stałby się twoim wstydem, gdyby ludzie odkryli moje... moje...

- Występki?

Wreszcie spojrzał na nią i pokiwał głową.

- Nie znamy się jeszcze zbyt dobrze - kontynuowała. - I z czasem dowiesz się, że nie dbam o opinie innych. - Dopiero wtedy, mówiąc to, uświadomiła sobie, że taka jest prawda. Widziała matkę wypędzoną z dworu, potępioną, upokorzoną przez wstyd. Ona, Penelope, nie padnie ofiarą cudzych osądów. - Nam, Devereux, nie tak łatwo jest podciąć korzenie.

- Błagam, milcz w tej sprawie - poprosił, chwytając ze wstydem brzeg jej rękawa.

Nic nie zostało z tamtego nikczemnego tyrana, jakiego pamiętała z nocy poślubnej. Ogarnęło ją nowe poczucie siły, jakby w ciągu kilku godzin wyrosła z wieku dziewczęcego.

- Nie ma potrzeby błagać - rzuciła. - Zawrzemy umowę.

Wstała i zaczęła krążyć po pokoju, jak Leicester przy wielu okazjach, zaskoczona swoim zachowaniem. Stwierdziła, że zdobywanie przewagi sprawia jej przyjemność, i czuła, że może się do tego przyzwyczaić.

- Umowę? Nie wiem, co przez to rozumiesz. - Rich powoli przeciągnął ręką po ustach. - Czy chcesz powiedzieć, że postawisz warunki swojego milczenia?

- Otóż to - odrzekła, dopiero teraz zaczynając w myślach wymieniać, jakie będą jej warunki.

- Nie możesz mnie prosić, bym wyrzekł się purytańskiej wiary, bo tylko ona daje mi nadzieję, cień szansy na odkupienie.

- Twoja wiara jest twoją sprawą, ale ja będę praktykować moją, tak jak zechcę. W tym domu uszanuję twoje rygory dotyczące pewnych rozrywek, ale w moich komnatach będę robić, co mi się podoba.

- Dobrze, jak sobie życzysz.

- Pozwolisz mi mieszkać pod dachem mojej matki, jeśli tego zapragnę, i masz moje słowo, że pod twoim będę spędzać wystarczająco dużo czasu, by wypełnić obowiązki wynikające z naszego małżeństwa. Pozostanę ci wierna, dopóki nie obdarzę cię dwoma synami. Potem zacznę żyć wedle mojej woli, oczywiście z zachowaniem dyskrecji. - Czuła za sobą ruch powietrza, gdy tak krążyła, i wiedziała, że Rich śledzi ją wzrokiem. - Nasze dzieci będą wychowywane tutaj, ale pod opieką wybranych przeze mnie piastunek, i żadna nie będzie purytanką.

- Ale...

- Nie sądzę, żebyś mógł się targować. Prawda?

Ramiona mu opadły.

- A co do ubiegłej nocy... to strój...

Ukrył twarz w dłoniach.

- Proszę, nie - jęknął.

- Jeśli to jest konieczne, abym zaszła w ciążę, niech tak będzie. - Myślała o pragmatyzmie pani Shilling. Udawanie po ciemku nie będzie zbyt trudne, a jeśli ktoś zgrzeszy, to nie ona.

Opuścił ręce. Jego twarz promieniała z ulgi. Zapomniała, jaki jest przystojny, kiedy nie krzywi się ze złości.

- Zrobisz to dla mnie? - spytał.

- Nie dla ciebie, nie. Zrobię to dla siebie, aby urodzić dzieci. Ja też złożyłam śluby przed Bogiem. A o reszcie, o twoich skłonnościach, nie chcę nic wiedzieć. Czy to jasne?

- Jasne. Nie chcesz nic o tym wiedzieć - powtórzył. - Taka jest cena za twoje milczenie?

- Tak. Sądzę, że niewielka za dochowanie tajemnicy o twojej sodomii.

Wzdrygnął się.

Zyskała jeszcze większą wiarę we własne siły, wypowiadając słowo, o którym zaledwie kilka godzin wcześniej nawet nie śmiała pomyśleć, i w tym momencie pojęła, że słowa mają własną moc. I zrobiło jej się trochę żal Richa owładniętego żądzami, trawionego przez nie. Postanowiła, że nigdy nie pozwoli, aby zwierzęce instynkty wzięły nad nią górę. Teraz rozumiała już, jak królowa rządzi tak sprawnie dzięki temu, że przynajmniej stwarza wrażenie, iż trzyma żądze na wodzy.

- Nie powiesz nawet najbliższym? - chciał się upewnić Rich.

- Masz na myśli moją matkę, siostrę, mojego brata? Hm... - Udawała, że się zastanawia, i patrzyła, jak mąż wije się ze strachu. - Sądzę, że najlepiej będzie ich też utrzymać w nieświadomości.

- Dziękuję Panu, że zesłał mi tak wyrozumiałą żonę.

Wyglądał na tak zastraszonego, zdesperowanego i wdzięcznego, że nawet wzbudził w niej odrobinę litości, ale przeważającym uczuciem była obojętność i nie zamierzała pozwolić, by jej nowo odkrytą władzę skaziły sentymenty.

* 1 Kor 6, 9-11.

Lipiec 1582

Chartley, hrabstwo Stafford

Sylwetka Essexa ukazała się na szczycie wzgórza w niskim popołudniowym słońcu, które świeciło za jego plecami. Penelope zatrzepotało serce na myśl o spotkaniu z bratem, którego nie widziała od ślubu, prawie rok. Jechała powozem z matką i Jeanne, ponieważ w tym miesiącu nie dostała miesiączki i Lettice odradziła jej jazdę konno na tak wczesnym etapie. "Szczególnie w przypadku pierwszej ciąży - powiedziała. - Mój pierwszy wnuk". Żadna nie brała pod uwagę możliwości, że dziecko nie jest płci męskiej. Penelope często rozmyślała o teatralnej otoczce poczęcia, o tym, do jakiego stopnia pogrążyło ją to w grzechu, i tej nocy obudziła się z koszmaru, w którym powiła potwora.

Mimo niezliczonych poduszek i zagłówków kołysała się i podskakiwała przez całą podróż; ruch i duszny letni skwar przyprawiały ją o mdłości i myślała, że znacznie lepiej czułaby się na grzbiecie Słodkiej, niezawodnej jak dni tygodnia. Nie powiedziała dotąd Richowi o niewidzialnych zmianach następujących w jej ciele; nie chciała dzielić się z nim tajemną radością, chciała zachować ją dla siebie jeszcze przez jakiś czas. Rozwijała w sobie talent do utrzymywania sekretów. Wyobraziła sobie rosnący w niej pączek chłopca - pierwszy krok ku wolności.

- Czy to Robin? - odezwała się matka, chwytając ją za rękę.

Ona też była podekscytowana spotkaniem z synem.

- Oczywiście. Wszędzie rozpoznałabym jego sylwetkę. Dosiada Tancerza?

- Chyba tak.

Patrzyły, jak Wat, który jechał obok powozu, spina konia do galopu, by dołączyć do Essexa. Bracia wychylili się z siodeł, wyciągnęli ręce i zwarli się w uścisku.

- Czyż nie jest to rozczulający widok? - powiedziała Lettice. - Moi synkowie... czas i odległość nie zerwały ich więzi... i mam trzeciego w kołysce.

- Jak ma się Szlachetny Chochlik? - spytała Penelope.

- Krzepki jak zawsze. Ale chciałabym dać Leicesterowi jeszcze jednego. Jeden to zawsze za mało.

- I nie możesz?

- Mam prawie czterdzieści lat, każdy dzień zmniejsza moje szanse. - Lettice umilkła, zaciskając usta. - A jeśli królowa nie pozwoli mojemu mężowi odejść od swojego boku na dłużej niż pięć minut, to nigdy nie nastąpi.

Słysząc gorycz w tonie matki, Penelope nie znalazła stosownej odpowiedzi. Ponownie spojrzała na braci. Zawrócili i zmierzali teraz w stronę powozu, który powoli wyjeżdżał z doliny. Nie była w Chartley od kilku lat, ale każdy wybój i zakręt tej trasy miała wyryty w pamięci z czasów dziecięcych przejażdżek. Byli już dość blisko, by wdychać powietrze Chartley. Wkrótce znajdą się za wzgórzem i obok wielkiego dębu, skąd roztoczy się widok na otoczony fosą dom, którego złoty kamień będzie jaśnieć w słońcu na tle soczystej zieleni okolicznych wzgórz niczym moneta upuszczona w trawę. Już to widziała oczami duszy, a także pobliskie ruiny zamku ze starożytnymi murami obronnymi, gdzie bawili się jako dzieci. Ona i Dorothy wbiegały po rozklekotanych schodach na wieżę, udając, że są damami w opałach - ścigane przez smoka albo zmiennokształtnego demona - a Essex, wówczas taki mały, wspinał się na mury z kijem służącym mu za miecz i ratował je przed tą wyimaginowaną złowrogą siłą.

Powóz zatrzymał się, gdy bracia przygalopowali i zsiedli w biegu, wśród stukotu kopyt, pobrzękiwania uzd i posapywania koni. Penelope wyskoczyła, żeby powitać Essexa, który rzucił się jej w ramiona jak kochanek. Nabrał masy - czuła w ramionach mężczyznę, nie chłopca - i urósł, musiała więc stanąć na palcach, by dosięgnąć jego szyi, ale skórę wciąż miał gładką jak brzoskwinia, chociaż dostrzegła kępki zarostu na podbródku. Odniosła wrażenie, że czas płynie zbyt szybko - Essex ma prawie siedemnaście lat, ona dziewiętnaście i jest brzemienna; nawet mały Wat jest już dwunastolatkiem. Żałowała, że nie może cofnąć kart ich życia, przeskoczyć przez lata rozłąki i wrócić do rozdziału, kiedy bawili się razem w ruinach zamku.

- Jedź z nami wierzchem - zaproponował Essex.

- Nie powinnam... - zaczęła. Widząc sprzeciw na jego twarzy, dodała szeptem: - Jestem przy nadziei.

Zamiast radosnego uśmiechu, którego się spodziewała, zrobił niewytłumaczalnie przybitą minę i nie chciał spojrzeć jej w oczy - może on też dumał o upływie czasu.

- Ciesz się razem ze mną - poprosiła.

- Cieszę się. - Ale jego zmarszczone czoło mówiło co innego.

Penelope zaczęła się zastanawiać, czy nie powróciła ta niezgłębiona ponurość, która go czasami nękała.

W końcu powitał matkę, z błyskiem uśmiechu, który tworzył uroczy dołeczek w jego prawym policzku, po czym dosiadł Tancerza i galopując, zawołał Wata, by go dogonił.

- Wygląda na zaniepokojonego - zauważyła Lettice, gdy córka usiadła obok niej w powozie. - Ostatnio był melancholijny. Liczę na ciebie, że go z tego wyciągniesz.

Ale Penelope wiedziała, że niewiele może zrobić, by rozproszyć ponury nastrój brata.

Powóz znów toczył się dalej, podskakując na kamieniach i wybojach. Nie mogła otrząsnąć się z żalu za utraconą przeszłością. Intensywna świadomość upływającego czasu budziła w niej panikę, jakby mknęła w kierunku własnego końca szybciej, niż była w stanie to znieść. Nawet myśl o dziecku, o tym maleńkim nasionku kiełkującym w ciemności, nie niosła jej pociechy; służyła jedynie za przypomnienie, że to, co w niej najlepsze, dostało się mężczyźnie, który nie mógł się zdobyć na odrobinę miłości do niej.

Kiedy wreszcie minęli bramę starego zamku i zatrzymali się przed drzwiami, czuła, że wszystko ją boli. Słudzy, zapewne powiadomieni przez jej braci, ustawili się w rzędzie, aby je powitać. Gdy pomagano jej wysiąść z powozu, zdała sobie sprawę, że niewielu wśród nich rozpoznaje, co było kolejnym brutalnym przypomnieniem o upływie czasu. Nawet dom się zmienił; był jakby mniejszy. Imponujące podwoje do wielkiej sali stały się skromniejsze i sama sala się skurczyła, a gdy Penelope przyjrzała się dokładniej, zobaczyła, że wszystko jest tu mocno podniszczone. Chociaż może tylko tak jej się wydawało, bo przywykła do ogromnych królewskich pałaców i Leighs, gdzie wszystko było wspaniałe i starannie utrzymane.

Podeszła do starego portretu ojca i odniosła wrażenie, że widzi go po raz pierwszy. Ojciec, ubrany w atramentową zbroję z misternie złoconymi płytami i szkarłatnym aksamitnym obszyciem, patrzył z obrazu wprost na nią, jakby przeszłość wróciła do życia. Skryty pod wąsami uśmiech przypominał jej o tym, jaki ojciec był, jak niespożyta radość zawsze zadawała kłam jego surowemu wizerunkowi. Nagle drgnęła z zaskoczenia, gdy przeszłość uderzyła znikąd: ożyło w niej wspomnienie, jak ojciec, w tej samej zbroi, nałożył jej na głowę hełm i bawił się z nią w "a kuku!", podnosząc i opuszczając zasłonę.

Ten portret nieuchronnie skierował jej myśli ku temu, czego ojciec dla niej pragnął. Zaczęła się zastanawiać, jak oceniłby mężczyznę, za którego wyszła, i czy w ogóle pozwoliłby na to małżeństwo. Jej umysł wyczarował obraz Sidneya błagającego o jej rękę, klęczącego przed królową, i poczuła, jak wzbiera w niej znajoma nienawiść do tej kobiety. Ojciec zawsze uważał, że rycerskość jest ważniejsza niż bogactwo, a Sidney był uosobieniem rycerskości.

Wrócił na dwór wiosną, łamiąc jej serce swoją obecnością. Robiła wszystko, co mogła, aby go unikać, czerpiąc siłę ze zwycięstwa nad mężem; skupiała się na tym, by nadążać za zawiłymi sojuszami w prywatnych komnatach Elżbiety; obserwować Burghleya i Cecila; orientować się we wszelkich spiskach; zbierać informacje, żeby potem przekazywać je matce. Ale obecność Sidneya była prawie nie do zniesienia.

Pewnego wieczoru udawała, że przysnęła w kącie komnaty, a w rzeczywistości śledziła spotkanie Cecila z młodym mężczyzną, którego nie rozpoznała. Pamiętała swoje myśli o tym, jak to jest urodzić się ze zdeformowanym ciałem; współczuła Cecilowi, ale ten człowiek miał w sobie coś, co ją niepokoiło. Patrzyła spod półprzymkniętych powiek, jak dyskretnie przekazuje swemu rozmówcy sakiewkę, zaintrygowana jego ukradkowymi ruchami i podejrzliwym rozglądaniem się po pokoju. W pewnej chwili musiała naprawdę zasnąć, bo obudziła się zdezorientowana i zobaczyła, że Sidney wpatruje się w nią, jakby była konstelacją gwiazd, a on astronomem. Kiedy na dobre otrząsnęła się ze snu, spostrzegła, że pokój opustoszał. Była sam na sam z Sidneyem. Zapłonęło w niej długo tłumione pożądanie, ale wraz z nim napłynęło uczucie, że skrycie jej się przyglądając, naruszył jej prywatność. Tak jakby ktoś bez pozwolenia przeszukał jej kieszenie.

Musiała wyglądać na zszokowaną, bo powiedział:

- Wybacz mi, Stello. Nie mogłem się powstrzymać. - I poczerwieniał ze wstydu, jakby zrobił coś naprawdę niegodziwego.

Chciała zapytać, za co prosi ją o wybaczenie, bojąc się, że może skradł jej pocałunek, gdy była bezbronna we śnie. Skarciła go jednak tylko, że ją kompromituje.

- Gdyby ktoś zastał nas tu samych... - Urwała i odwróciła się w stronę boazerii, na której dawni kochankowie wyryli swoje inicjały.

Odszedł bez słowa, pozostawiając ją z wrażeniem, że odwiedziła ją zjawa.

Znów skupiła się na portrecie ojca. Dopiero teraz spostrzegła pokrywającą go warstewkę kurzu i zwróciła uwagę na niezdarnie namalowaną dłoń, niepodobną do ludzkiej, a także staromodną kryzę, rozpiętą z przodu i sięgającą po uszy.

- Dlaczego musiałeś umrzeć? - szepnęła. - Czy to sprawka królowej, czy wola Boga?

Zdawało jej się, że widzi, jak jego oczy się zmieniają, ale powściągnęła fantazję i przeczytała wyblakły złoty napis z boku portretu, dewizę Devereux: Virtutis comes invidia. Nigdy dotąd nie kwestionowała jej znaczenia: "Zazdrość jest towarzyszką cnoty". Bycie cnotliwym oznacza więc zazdrość, po co zatem dążyć do cnoty, skoro czyni innych grzesznikami? Mimo ciepłej pogody przeszedł ją dreszcz. Cnota według czyjej miary? Nagle zobaczyła, że Spero zadziera łapę przy boazerii; głośno klasnęła w dłonie i z krzykiem wypędziła go za drzwi, zadowolona, że to rozproszyło jej myśli.

Na zewnątrz gasnące światło przydawało wszystkiemu magicznej aury. Spero pomknął do Essexa i skakał na niego, obsikując jego białe pończochy. Zirytowany Essex odepchnął psa, a Penelope zaproponowała spacer przed zmrokiem.

- Chętnie rozprostuję nogi po podróży - oznajmiła.

Szli obok siebie w milczeniu, z psem biegającym przed nimi, aż znaleźli się u stóp starej wieży. Penelope pierwsza weszła po wąskich spiralnych schodach z kamiennymi stopniami, wypolerowanymi do połysku przez stopy przodków, do małego pomieszczenia, otwartego na żywioły i obrośniętego bluszczem. Usiedli na półce, która kiedyś musiała być parapetem, chociaż okno już dawno zniknęło, i spojrzeli na zachód, gdzie na tle pomarańczowego nieba i zarumienionych wzgórz, toczących się ku górom Walii, widniał ciemny kontur domu.

- Nie jesteś sobą - powiedziała Penelope, próbując przebić się przez mur milczenia brata. Szarpnął kosmyk włosów, jakby chciał wyrwać go z głowy. Delikatnie przytrzymała jego rękę. - Zrobisz sobie krzywdę.

Popatrzył na nią; jego oczy były płaskie i matowe.

- Wszystko to... - odezwał się w końcu, ogarniając gestem krajobraz - i cała reszta... To wszystko stanie się moje w dniu, gdy osiągnę pełnoletniość... - Urwał, a ona mocniej chwyciła jego dłoń, jakby chciała wycisnąć z niego dalsze słowa. - A jednak zostałem z długami, których nigdy nie zdołam spłacić. To wielkie brzemię, siostro. Obawiam się, że go nie udźwignę. Leicester radzi mi zabiegać o przychylność królowej. Mówi, że jeśli zyskam jej łaskę, Elżbieta spłaci moje długi. - Z westchnieniem wsparł podbródek na dłoni. - Matka ciągle mi przypomina, że honor rodziny spoczywa w moich rękach. Nie daje mi spokoju. Wiesz, jaka jest.

- Ma bardzo wysokie oczekiwania. Wiem. - Penelope wysunęła kosmyk włosów z jego zaciśniętych palców i wygładziła go.

- Obawiam się, że nie sprostam temu wszystkiemu. Matka mówi, że muszę zabezpieczyć naszą przyszłość. Muszę uczynić nas potężnymi... przynieść chwałę rodowi Devereux. O Boże, siostrzyczko, jak ja sobie z tym poradzę?

- Jest ambitna dla naszego dobra. Mnie prosiła o to samo. Jesteś jeszcze młody, Robinie.

- Chłopców w moim wieku pasowano na rycerzy na polu bitwy. - Jego głos był przepełniony rozpaczą.

- Znajdziesz w sobie siłę... daj sobie parę lat. Nadal jesteś drzewkiem, a staniesz się...

- Sidneyem.

Serce jej zamarło, gdy usłyszała to imię.

- Czy to na nim chciałbyś się wzorować? Nie jest faworytem królowej.

- Możliwe, ale ma... ma coś, czego nie mają inni... Trudno mi określić, co to takiego. - Umilkł, najwyraźniej zastanawiając się, jak to ująć. Penelope często słyszała, jak ludzie usiłują nazwać to, co wyróżnia Sidneya. - On jest naprawdę dobry.

Wbrew sobie pomyślała, że ten "naprawdę dobry" mężczyzna, o którym rozmawiają, nie szczędził starań, by nakłonić ją do cudzołóstwa, ale też jest człowiekiem nienawidzącym okrucieństwa, nawet wobec zwierząt, i ma jeszcze inną rzadką cechę: potrafi przyznawać się do błędów.

- Jest człowiekiem honoru - zauważyła, świadoma niedoskonałości tego określenia.

- Wiele mi brakuje, żeby być taki jak on. Jestem pełen urazy i drobnych niechęci. Jestem porywczy, próżny, mam słabą wolę i szybko wydaję sądy. Chcę być podziwiany przez wszystkich. - Ramiona mu opadły, gdy westchnął głęboko i wypuścił powietrze.

- Nie myśl, że Sidney albo którykolwiek z wielkich rycerzy nie jest też zwykłym człowiekiem. Opisujesz po prostu, co to znaczy być mężczyzną. Znajomość własnych wad to cecha, którą posiada niewielu. - Po namyśle dodała: - Sidney ma swoje przywary, jak my wszyscy.

- Może jestem dobry w szrankach i w walce mieczem, ale nie wiem, czy mam siłę tutaj. - Dwa razy trzepnął się ręką w bok głowy.

- Zawsze będę przy tobie. Nigdy o tym nie zapominaj.

- Obiecujesz?

Był przygnębiony, ale różowa łuna padała na jego twarz i kruczoczarne loki, czyniąc go nieznośnie pięknym, nawet teraz, z oczami płaskimi jak łupek. Zastanawiała się, czy ta uroda przyniesie mu triumf, czy upadek. To prawda, że królowa lubiła otaczać się pięknem. A piękno ma swoją wartość, podobnie jak pochodzenie, o czym Penelope sama się przekonała - tyle że nie jest to niczyją zasługą.

- Masz moje słowo. - Pocałowała brata w policzek. - Na zawsze.

Pomyślała o tym, jak przeciwstawiła się mężowi, jak dobiła z nim targu. Osiągnęła to, czego chciała, podstępem, a nie trzepotaniem rzęs, i podobało jej się poczucie niewzruszonej siły, gdy zrozumiała, że Rich został osłabiony przez swoje sekrety. Nigdy nie pozwoli, aby upokorzył ją strach przed osądami innych. Nigdy.

- Jestem silniejsza, niż się wydaje - dodała.

- Ani razu w to nie wątpiłem. - I uśmiech z dołeczkiem znów pojawił się na jego twarzy. Ale zaraz potem, z niewiadomej przyczyny, Essex zalał się łzami i wstrząsał nim jękliwy szloch, jakby doznawał jakiegoś wewnętrznego cierpienia. - Och, siostrzyczko, jestem nikim, mniej niż nikim... - I zaczął tłuc głową w szorstki kamień muru.

Penelope wstała, chwyciła go za ramiona i odciągnęła od muru, przypominając sobie, jak robił to samo w dzieciństwie, jak walił głową w ściany pokoju dziecięcego, a piastunka wołała ją, bo tylko ona mogła go pohamować. Zakładała, że brat z tego wyrośnie, wszyscy tak mówili, i była poruszona do głębi, gdy zobaczyła, że nadal cierpi. Wzięła go w ramiona, pocałowała w głowę, tam gdzie miał guza, i zaczęła nucić melodię z dzieciństwa, żeby go uspokoić.

- Mały Robinie, ze mną jesteś bezpieczny, będę cię chronić, przyrzekam. - Gdy tylko te słowa opuściły jej usta, poczuła, jak ciężar złożonej obietnicy przygniata jej ramiona.

Przydzielono jej komnatę, którą w dzieciństwie zajmowała z Dorothy, ale nie przyniosło jej to pociechy. Dręczył ją niepokój z powodu wybuchu brata i leżała bezsennie przez wiele godzin. Letnia noc była spokojna, ciemna, bez szeptu wiatru, i gdy Penelope wsłuchiwała się w cichy rytm miarowego oddechu Jeanne, zaczęła słyszeć inne dźwięki: trzask belki, gdy drewno kurczyło się z gorąca, chrobot myszy za listwami, piski jaskółek w gniazdach pod okapem, ciche pohukiwanie sowy daleko w lesie, a później charakterystyczny suchy chrzęst kroków pod oknem. Z początku myślała, że to rządca po raz ostatni obchodzi posiadłość, lecz zaraz zdała sobie sprawę, że przecież na to za późno; dom został zamknięty wiele godzin temu. Może któryś ze stajennych szedł doglądnąć okulałego konia, ale nie, stajnie znajdowały się po drugiej stronie domu.

Wstała z łóżka, podeszła do okna i przycisnęła czoło do chłodnej szyby. Blada poświata pyzatego księżyca muskała wszystkie krawędzie, a tam, gdzie nie docierała, zalegały atramentowe cienie. Kroki nie cichły, ktoś chodził tam i z powrotem, nikogo jednak nie widziała. Szyba zaparowała od jej oddechu. Nagle z mroku wyłoniła się postać, przejrzysta i niematerialna sylwetka człowieka unosząca się nad dziedzińcem i znikająca w łuku bramy. Jej serce biło jak szalone, z szybkością psiej łapy wydrapującej pchłę. Pobiegła do łóżka, potrząsnęła przyjaciółkę za ramię.

- O co chodzi? - wymamrotała sennie Jeanne.

- Duch!

- Jaki znowu duch?

- Na dziedzińcu. - Krew pulsowała w jej skroni.

- Pewnie ci się przyśniło. Kładź się spać. - Jeanne poklepała miejsce obok siebie.

- Nie, naprawdę tam był. Usłyszałam kroki. Przepłynął nad dziedzińcem.

- Ciii... to tylko wyobraźnia. Łatwo jest coś pomylić w świetle księżyca. Gdyby to był duch, nie słyszałabyś kroków.

- No tak, oczywiście.

- Pewnie któryś służący wymknął się na schadzkę.

- Tak, tak - powiedziała Penelope, czując się głupio w obliczu pragmatyzmu przyjaciółki.

- Jesteś podenerwowana. Nic dziwnego w twoim stanie. - Jeanne przyłożyła drobną dłoń do jej brzucha. - Pomyśl tylko, tam rośnie nowe życie. Na pewno byle co będzie wytrącać cię z równowagi, dopóki się nie przyzwyczaisz. Myśl o radosnych rzeczach. Jutro przyjeżdża Dorothy, ona cię rozweseli.

Nazajutrz było duszno i tak upalnie, że Penelope i Jeanne chodziły w luźno zasznurowanych sukniach spodnich, bez przypinanych rękawów i fortugałów. Essex i Wat mieli dublety rozpięte do pasa i nawet Lettice, która lubiła być stosownie ubrana bez względu na to, czy spodziewała się gości, czy nie - z uwagi na służbę, jak zawsze powtarzała - porzuciła kryzę. Rozsiedli się wygodnie w dużej komnacie. Choć okna i drzwi były otwarte na oścież, lepkie powietrze pozostawało bez ruchu. Ogarnęło ich znużenie. Penelope pomyślała o podróżującej w takim skwarze Dorothy i miała nadzieję, że siostra zatrzymała się w gospodzie. Jeanne rozdała kubki z piwem, które okazało się letnie i nieapetyczne. Nawet potasowanie talii kart wydawało się zadaniem herkulesowym, więc rozmawiali o niczym i zadawali sobie zagadki.

- Jestem wysoka, kiedy jestem młoda. Jestem niska, kiedy jestem stara - powiedział Wat. Zaczerwienił się i odchrząknął, bo jego głos załamywał się i brzmiał piskliwie.

Penelope pomyślała, że nawet dziecko w tej rodzinie staje się mężczyzną. Przypomniała sobie z nagłym przypływem miłości, jak go kołysała, kiedy był niemowlęciem.

- Żyję długo, kiedy jestem gruba - ciągnął brat - a krótko, kiedy jestem chuda. Czym jestem?

- Świeczką - odpowiedzieli chórem.

- To stare - skomentował Essex.

Popatrzyła na niego. Wydawał się odprężony i zadowolony, tylko siniaki pod lokami świadczyły o udręce wczorajszego dnia. Kiedy jednak przyjrzała mu się uważniej, spostrzegła, że jego oczy nadal są płaskie i nieruchome.

- Twoja kolej, mamo - rzucił Essex.

Lettice pomachała wachlarzem.

- Jeśli ją mam, nie dzielę się nią. Jeśli się nią podzielę, to jej nie mam. Co to jest?

- Miłość? - powiedziała Jeanne.

- Odpowiadasz "miłość" na wszystko - docięła jej żartobliwie Penelope. - Myślę, że to tajemnica.

- W istocie - odpowiedziała Lettice. - Twoja kolej.

- Niech pomyślę. - Penelope zamknęła oczy, oparła głowę na poduszce i znalazła krążące w umyśle znajome słowa: Stworzywszy główne dzieło, piękne oczy Stelli. Uznała, że przyrównanie jej do jasnej gwiazdy, ciała niebieskiego, jest wielkim komplementem, lecz nagle w przystępie smutku zrozumiała, że gwiazda jest ledwie efemeryczną iskierką na nocnym niebie. Słońce daje ciepło, światło i życie, nawet księżyc rozświetla ciemność, ale gwiazda jest zimna i bezsilna: to tylko ładna plamka. - Mogę spaść, ale się nie potłukę. Płonę, ale nikogo nie sparzę. Można mnie zobaczyć, ale nie dotknąć. Czym jestem?

- To na pewno miłość - odezwała się Jeanne, na co wszyscy wybuchli śmiechem, a Penelope pokręciła głową i przewróciła oczami.

- Czy to woda? - zapytał Wat.

- Woda może poparzyć - zaznaczyła Lettice. - Czy to duma? Nie, to nie może być to. - Pociągnęła łyk z kubka, marszcząc brwi. - Czy w tym domu nie ma choćby odrobiny lodu?

- Nie wiem. Czym jesteś? - spytał Essex.

Penelope poczuła napływające mdłości i nagle ogarnęła ją rozpaczliwa potrzeba ruchu. Wstała z miejsca i kilka razy głęboko odetchnęła.

- Jestem gwiazdą.

- Och, oczywiście! - zawołała Jeanne. - Spadającą gwiazdą.

Penelope spojrzała w okno, przypominając sobie strumień płynący w dole sadu, i raptem zrodziło się w niej pragnienie, by siąść na jego brzegu, pod drzewami, i zanurzyć stopy w chłodnej wodzie.

- Kto wybierze się ze mną na spacer? - Nikt się nie odezwał. - W takim razie pójdę sama.

Po wyjściu z domu, w sadzie, gdzie trawa była miękka, zrzuciła buty, zdjęła czepek i rozplotła włosy, po czym przyśpieszyła kroku, by wreszcie poczuć ruch powietrza na odsłoniętej skórze. Wokół rosły polne kwiaty, dzwonki i maki, jaskrawe plamy kolorów, otoczone chmurami gipsówki i trybuli. Szła ścieżką, ostrożnie przestępując nad zarośniętymi gałązkami jeżyn i od czasu do czasu zatrzymując się, by odczepić spódnicę, gdy się zahaczyła. Krzewy uginały się pod ciężarem soczyście zielonych jagód, obiecując obfite zbiory pod koniec lata. Napłynęło mgliste wspomnienie, jak kiedyś, lata temu, zbierała jeżyny właśnie w tym miejscu i wpychała je do ust, jakby umierała z głodu. Tamtego dnia kogoś użądliła pszczoła, ale Penelope nie pamiętała kogo, widziała tylko palce dorosłej osoby próbujące wyciągnąć żądło, i przypomniała sobie, jak wówczas dowiedziała się, że pszczoła umiera po użądleniu. Próbowała to zrozumieć, zastanawiała się, dlaczego Bóg powołał do życia stworzenie, którego jedyna obrona niesie ze sobą tak poważne konsekwencje. Szła dalej, wabiona myślą o chłodnej wodzie. Ale gdy stanęła na brzegu, zobaczyła, że potok wysechł, została tylko wąska strużka. Ruszyła wzdłuż niej, pamiętając, że gdzieś niedaleko woda gromadziła się w naturalnym zbiorniku.

Trzasnęła gałązka. Penelope zatrzymała się z nagłym poczuciem, że jest obserwowana; przeniknął ją lekki chłód, a wraz z nim wrócił strach z ostatniej nocy. Nasłuchiwała, słysząc tylko śpiew ptaków i ćwierkanie świerszczy, ale wtem rozległ się szelest - coś pędziło przez sad. Zrozumiała, co to takiego, dopiero gdy Spero szczeknął i zaczął ją obskakiwać w szale radości. Pochyliła się, żeby go pogłaskać; śmiała się w duchu ze swojego bezpodstawnego lęku, przypuszczając, że wynika z tłoczącej się wokół niej przeszłości. Spero rzucił się naprzód w pogoni za jakimś zapachem, a ona pobiegła za nim, czując, jak wzbiera w niej proste szczęście, jakby znów była dziewczyną wolną od trosk.

Nagle zahaczyła stopą o korzeń i ziemia rzuciła się jej na spotkanie. Wyciągnęła rękę, żeby złagodzić upadek, lecz uderzenie o ziemię wyparło jej powietrze z płuc. Leżała na boku, obejmując bolący nadgarstek, przepełniona obawą, że straciła dziecko, i żałując swojej lekkomyślności.

- Zraniłaś się?

Spojrzała w górę i zobaczyła stojącego nad nią mężczyznę. Słońce płonęło za nim, więc nie mogła rozróżnić jego rysów. Otworzyła usta do krzyku, ale jak w koszmarze, nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Pomyślała, że ze strachu musiała odejść od zmysłów, że uderzyła się w głowę i straciła przytomność, bo widziała nad sobą Sidneya.

- Stello, coś ci się stało?

Przykucnął obok niej; wydawał się bardzo realny z tą czarną smugą atramentu i męskim zapachem potu. Wyciągnęła dłoń do jego rękawa i cofnęła ją z obawy, że dotknięcie rozwieje iluzję.

- Sidney? - szepnęła.

Widziała niewyraźny haft blizn na jego twarzy, jakby ktoś wyszył tam słowo, którego nie potrafiła odczytać.

- Zraniłaś się. - Ujął jej rękę. Czuła go; był solidny, ciepły, zupełnie jak prawdziwy. - Patrz. - Miała skaleczenie na kciuku i krew sączyła się na biały mankiet sukni.

Nie czuła bólu, więc przez chwilę zastanawiała się, czy nie umarła. Porwał ją wir paniki na myśl, że może padła ofiarą jakichś czarów.

- Przestraszyłem cię.

- Czym jesteś?

- Stello! Nie chciałem cię strwożyć.

Podniosła się na łokciu i dopiero wtedy poczuła ostry ból skaleczenia i pulsowanie w nadgarstku. Zaczęło jej świtać, że to nie jest zjawa, nie zły duch, nie wytwór jej wyobraźni.

- Ależ ze mnie głupiec. Chciałem zrobić ci niespodziankę i śmiertelnie cię wystraszyłem. Nie powinienem był tu przychodzić. - Wyjął chusteczkę i okręcił ją wokół jej dłoni, by zatamować upływ krwi.

Bez słowa pozwoliła, żeby pomógł jej wstać i poprowadził ją w cień pobliskiego drzewa. Oboje usiedli, oparci o pień. Spero wyskoczył z zarośli i zatrzymał się kilka stóp od nich, ściągając pysk w cichym warczeniu.

- Chodź tu! - zawołała, poklepując się po udzie, by przywołać psa, ale usiadł w pewnej odległości na ścieżce, sztywny jak wartownik. Spojrzała na Sidneya; był rozczochrany, miał wymięte, poszarpane ubranie i podkrążone oczy. - Sądzę, że powinieneś się wytłumaczyć. Co tutaj robisz?

- Byłem z ojcem w Ludlow. To tylko dzień drogi stąd. Przyjechałem późno w nocy. Zbyt późno, więc spałem w lesie.

- To byłeś ty. - Zalała ją fala czułości. - Słyszałam twoje kroki. Wzięłam cię za ducha.

- Przestraszyłem cię więc dwukrotnie! Jakim jestem głupcem, skoro nachodzę cię w ten sposób. Myślałem, że zobaczę cię bez wszystkich innych...

- Nie. - Chwyciła go za rękę. - Nie jesteś głupcem. - Uniosła ją do ust i ujrzała brud uwięziony pod obgryzionymi paznokciami. Odgięła jego palce, zamknęła oczy i złożyła pocałunek na środku dłoni Sidneya. - Chociaż może gospoda byłaby rozsądniejszym miejscem na odpoczynek.

- Chciałem być blisko ciebie.

- Teraz to jest trochę głupie. - Chciała rozluźnić atmosferę humorem, bojąc się, że zostanie całkowicie pokonana.

- Próbowałem o tobie zapomnieć, ale przyciągasz mnie niczym gwiazda przewodnia.

- Myślisz o mnie jako o gwieździe - zaczęła cicho. - Jakbym nie miała uczuć. A przecież jestem kobietą z krwi i kości. - Uszczypnęła cienką skórę po wewnętrznej stronie swego ramienia, jakby chciała to udowodnić. - Przebywanie z dala od ciebie też jest dla mnie bolesne.

Odetchnął przeciągle, jakby wypuszczał wstrzymywane przez całe stulecie powietrze. Wytrzymała jego spojrzenie, gdy przysunął się bliżej. Kiedy ich usta w końcu się spotkały i zatańczyły języki, zakołysała się na skraju przepaści pożądania, na krawędzi nieodwracalnego zatracenia się. Ale z nagłą jasnością przypomniała sobie o rosnącym w niej życiu i gwałtownie się odsunęła.

- Nie mogę.

Jęknął jak konające zwierzę, gdy wyzwoliła się z jego objęć.

- Jeśli naprawdę mnie kochasz, musisz pozwolić mi odejść - powiedziała.

- W imię twojego honoru? Bo należysz do tego człowieka... Richa? - Zadygotał ze złości, jakby cała miłość w nim przerodziła się w gniew. - Nie chcesz przyprawić rogów Richowi? Co jesteś mu winna?

- Och, ukochany - szepnęła, kładąc dłoń na jego ręce, lecz wyrwał ją jak nadąsane dziecko. - Nie kocham go. - Chwyciła go za rękę, tym razem mocno, nie przyjmując odmowy. - To ciebie kocham, każdą cząstką siebie, i nikogo innego. Ale...

- Ale co? - Spojrzał na nią oczami pełnymi bólu.

- Jestem brzemienna.

Chwycił się za głowę i zacisnął powieki.

- Jego dziecko, nosisz jego dziecko.

- Tak, dziecko mojego męża. - Tylko myśl o kiełkującym w niej nasionku, które, jak miała nadzieję, nie przemieściło się wskutek upadku, nie pozwalała jej stracić panowania nad sobą. - Zawarłam umowę z Richem. To nie jego muszę honorować, ale ten pakt.

- Pakt?

- Dam mu dwóch synów i wtedy będę wolna.

- Ale...

- Nie - przerwała mu. - Nie pytaj mnie dlaczego, bo nie powiem ani tobie, ani nikomu innemu.

- Stello - wymruczał, biorąc ją w objęcia. - Bez ciebie jestem zagubiony. Nigdy niczego nie pragnąłem tak, jak pragnę ciebie.

- A ja ciebie. - Te słowa wydawały się żałośnie nieodpowiednie, ale gdy je wyrzekła, wreszcie w pełni zrozumiała prawdziwe znaczenie pożądania, tej niewidzialnej ręki pchającej dorosłego mężczyznę, który powinien być mądrzejszy, do całodziennej forsownej jazdy w nadziei, że na końcu ujrzy ukochaną; udręk opisywanych w poezji; siły, która sprawia, że człowiek złamie wszystkie zasady, aby ugasić pragnienie. Zebrała w sobie cały swój opór i znalazła gdzieś siłę, by nie ulec Sidneyowi, by postawić głowę przed sercem. - Ale nie mogę. Przyrzekłam pozostać wierna, dopóki nie urodzę dwóch synów.

- Boże... - Jego twarz była obrazem rozpaczy.

- Jeśli ja dotrzymam swojej części umowy, on dotrzyma swojej, i kiedy wypełnię te obowiązki, będę wolna. - Umilkła, zerwała długie źdźbło trawy i zaczęła wyskubywać nasiona z kłosa. - Wtedy będę twoja.

- Ale przecież on nigdy się nie dowie.

- Ja będę wiedzieć. Jeśli nie zdołam przestrzegać zasad mojego kodeksu moralnego, to nie będę warta ciała i krwi, z których jestem uczyniona. Nie obchodzi mnie, co myślą o mnie inni. Nie dbam nawet o to, czy zrobię z męża rogacza, czy z siebie dziwkę. Ale zależy mi na dotrzymaniu danego słowa, inaczej przestanę być sobą.

- Ty... - Ujął jej ręce i zawahał się, jakby szukał słów. - Jesteś niezwykła. Nie ma nikogo takiego jak ty.

- Niezbyt niezwykła - zaznaczyła, myśląc o tym, w jakim stopniu utraciłaby władzę, w której zdążyła się rozsmakować, gdyby skompromitowała się jakimś własnym mrocznym sekretem.

- Będę czekać - powiedział, po czym powtórzył: - Będę czekać.

Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu, ona przytulona do jego piersi, on gładzący jej włosy. Penelope rozmyślała o tym, jak mogłoby być.

- Muszę iść - rzuciła w końcu. - Będą się o mnie martwić, w moim stanie. - Wyswobodziła się z jego ramion, nagle przybita myślą o rozłące. - Co zrobisz? Zjawisz się w domu i powiesz, że tędy przejeżdżałeś?

- Nie wiem - odparł, rozdrabniając palcami źdźbła trawy. Chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. - Nie odchodź. - Po chwili puścił ją jednak. - Nie, musisz iść. Nie sądzę, żebym zniósł noc pod tym samym dachem, wiedząc, że jesteś tylko kilka jardów dalej. - Zerwał mak i podał go jej bez słowa.

Zebrała wszystkie siły, podniosła się i gwizdnęła na Spera. Pies okrążył Sidneya, łypiąc na niego z ukosa, i ruszył w ślad za nią. Odwróciła się jeszcze i posłała Sidneyowi całusa, po czym wróciła przez sad, obracając w palcach łodyżkę maku. Przy bramie wzuła leżące tam pantofle i nałożyła czepek, jakby chciała, by wszystko wróciło do normalności, ale cały jej świat stanął na głowie i wiedziała, że nic już nie może być normalne. Spojrzała na mak, bryzg szkarłatu w dłoni, i pożyłkowane płatki wydały się takie kruche i niematerialne, przejrzyste jak papier biblijny, już więdnące, jakby w jednej chwili kwiat przeżył całe życie.

Usłyszała konie, zanim je zobaczyła, i pośpieszyła do stajni.

- Dorothy! - wykrzyknęła, biegnąc do zsuwającej się z siodła siostry. Ta odwróciła się; na jej twarzy widniały smugi łez i miała zaczerwienione oczy. - Co się stało?

Dorothy rzuciła wodze stajennemu i pociągnęła ją za łokieć w cichy zakątek podwórza.

- Leicester chce, bym wyszła za Sidneya. Tym razem to pewne. Stara się o pozwolenie królowej i zaoferował mi wiano w wysokości dwóch tysięcy funtów.

Czując, że kolana się pod nią uginają, Penelope opadła na schodki do wsiadania na konia. Nie przychodziło jej na myśl nic, co mogłaby powiedzieć.

- Dwa tysiące funtów - powtórzyła.

- Kocham innego - oznajmiła Dorothy. - I potrzebuję twojej pomocy, żeby go potajemnie zaślubić.

A więc obie miały sekrety. Penelope odniosła wrażenie, że snop światła padł na jej ścieżkę.

- Wtedy nie będziesz wolna, aby poślubić Sidneya.

- No przecież! - Dorothy wydawała się zniecierpliwiona, że siostra mówi rzeczy oczywiste. - Pomożesz mi, prawda?

- Ale popadniesz w niełaskę, Dot... wypędzą cię z dworu. Wiesz, co to oznacza? Spójrz na mamę. - Penelope dręczyło sumienie; nie chciało pozwolić, żeby zachęcała siostrę do ucieczki z kochankiem.

- Spójrz na siebie! Nie zniosę związku bez miłości, jak twój. - Słowa zapiekły, mimo że Dorothy mówiła prawdę. - A Sidney... kiedy się poznaliśmy, prawie na mnie nie spojrzał, nie zdobył się na jeden gest sympatii. Był wyniosły, zimny, arogancki, zdystansowany, bez choćby cienia uśmiechu.

W głowie Penelope przeważała jedna myśl: skoro ona i Dorothy są tak bardzo do siebie podobne, to dowodzi, że Sidney kocha to, co kryje się pod jej powierzchownością. Rozpaczliwie pragnęła zwierzyć się siostrze, ale coś ją powstrzymywało - strach, że Dorothy może uznać jej tajemnicę za dogodny sposób na ucieczkę przed niechcianym małżeństwem. Penelope zawsze ufała siostrze i czuła żal, że okoliczności powiązane z miłością i tajemnicą mogły tak łatwo stanąć między nimi.

- Ryzykujesz zbyt wiele, Dot. Sumienie nie pozwoli mi...

Dorothy przerwała jej ostro, wpatrując się w nią czarnymi oczami, identycznymi jak jej oczy.

- Myślisz, że wszystko rozumiesz, ale wcale tak nie jest. Co możesz wiedzieć o miłości, żyjąc w pozbawionym jej związku?

Penelope zaczerpnęła tchu, żeby pohamować się od wyjawienia prawdy.

- Nie wiesz o mnie wszystkiego - powiedziała cicho.

- Przepraszam. - Dorothy zrobiła skruszoną minę. - Cała ta sprawa doprowadza mnie do szaleństwa. Musisz mi pomóc. Nie obchodzi mnie, czy zostanę wygnana z dworu na zawsze, bylebym mogła być z moim Thomasem.

- Z Thomasem...?

- Perrotem. - Zakłopotana, spuściła wzrok i oblała się rumieńcem.

- Rozumiem. - Penelope dobrze wiedziała, że Thomas Perrot, ich przyjaciel z dzieciństwa, pochodzi z rodu zbyt niskiego, by poślubić córkę jednego z największych angielskich hrabiów. Nie mogła wyjść z podziwu dla śmiałego buntu siostry. Jakże łatwo dzięki temu małżeństwu Dorothy uniknie obowiązku przebywania jako Devereux na dworze. - To dobry chłopak, ale nikt nie będzie wspierał tego małżeństwa.

- Myślisz, że nie wiem? Dlatego błagam cię o pomoc. Jesteś jedyną osobą, której ufam. Proszę, Penelope. Rozumiem konsekwencje. Proszę...

- Przypuszczam, że jako dwórka królowej chcesz, abym usprawiedliwiła twoją nieobecność?

- Więc zrobisz to?

- Wiesz, co może cię spotkać? Królowa za mniejsze przewinienia zamyka dwórki pod kluczem.

- Jestem gotowa podjąć to ryzyko.

Wiara Dorothy była zaraźliwa i Penelope stwierdziła, że ją podziela.

- Nie widzę sensu, byśmy obie zostały uwikłane w małżeństwa całkowicie pozbawione uczucia. Nie życzę ci takiego losu. - Penelope poczuła, że na jej twarzy pojawia się uśmiech. - Ale mama będzie wściekła.

Wrzesień 1583

Whitehall

- Czy to było tak bolesne, jak mówią? - zapytała Martha.

Dwórki królowej zebrały się, by powitać Penelope wracającą na dwór.

- Nie do zniesienia - odparła Penelope. Martha wybałuszyła oczy, okrągłe jak pensy. - Ryczałam jak jałówka, prawda, Jeanne?

- Nigdy nie słyszałam takiego dźwięku - przyznała ze śmiechem jej przyjaciółka.

- Ale mówią, że zapominasz o bólu, gdy tylko spojrzysz na swoje dziecko - odezwała się któraś. - To prawda?

Penelope powiodła wzrokiem po wyczekujących twarzach dziewcząt. Wszystkie chciały, żeby tak było, ona też. Prawda okazała się zupełnie inna. Wbrew jej nadziejom dziecko nie stało się panaceum na wszystkie bolączki. Gdy po raz pierwszy wzięła Lucy w ramiona, owładnął nią głęboki strach, jakby stała na krawędzi otchłani.

- Mama mi powiedziała, że zakochujesz się w swoim dziecku od pierwszego wejrzenia - wtrąciła inna dwórka. - "Uczucie nie do opisania", tak to ujęła. Powiedz nam: jak to jest?

- Tak. Uczucie nie do opisania.

Penelope udawała, że poprawia spódnicę, by uniknąć ich wzroku. Bała się, że zobaczą wyryte na jej twarzy piętno złej matki, matki, która nie kocha swojego dziecka.

- Nie czułaś się zawiedziona, że twoje pierworodne jest dziewczynką? Mąż na pewno nie był zadowolony - odezwała się stojąca na skraju grupy Peg, która wyraźnie schudła, jakby zjadana od środka przez własną gorycz.

- Zdrowe dziecko nigdy nie może być rozczarowaniem. - Penelope spojrzała jej w oczy, spokojnie, z uśmiechem na ustach, starając się nie ujawnić prawdziwych uczuć.

Nie wspomniała słowem, że jej córka przyszła na świat ledwie żywa - walczyła o haust powietrza, maleńka klatka piersiowa unosiła się z trudem przy każdym świszczącym oddechu - i że ona obwinia się o brak miłości. Akuszerka oznajmiła, że widziała już takie przypadki i że jej zdaniem dziewczynka nie przeżyje. Lucy została ochrzczona w pośpiechu, ale Penelope nie mogła pogodzić się z myślą, że Bóg zabierze jej dziecko, nawet takie, którego nie umiała pokochać, zanim rozpocznie się jego życie. Wezwała lekarza królowej, doktora Lopeza. Ten co koń wyskoczy przyjechał do Leighs z Londynu, dotknął maleńkiej piersi Lucy i jakby jego ręka była czarodziejską różdżką, niemowlę wykrztusiło kulkę materii, co uratowało mu życie. "Zostałaś, pani, matką po raz pierwszy, a to może być zniechęcające - powiedział Lopez, dając do zrozumienia, że w jakiś sposób pojmuje jej wewnętrzny zamęt. - Przywykniesz, tylko poczekaj". Tych kilka życzliwych słów sprawiło, że w Penelope zaszła zmiana i niemal natychmiast poczuła odrobinę miłości do córki.

- Zrozumiesz, jak to jest - podjęła teraz, zwracając się do uśmiechniętej szyderczo Peg - gdy będziesz miała własne dziecko.

Peg odwróciła wzrok, z zaciśniętymi ustami. Penelope dobrze wiedziała, że na horyzoncie nie ma śladu partii dla dalekiej kuzynki i że jej słowa trafiły w sedno. W ciągu miesięcy nieobecności zapomniała, jak celnym trzeba być na dworze.

- Z pewnością strasznie za nią tęsknisz - powiedziała Martha.

Penelope skinęła głową, przypominając sobie, jak bardzo cieszyła się, gdy oddała niemowlę we wprawne ręce pani Shilling. Spowijająca ją gęsta chmura rozpaczy sprawiała, że nawet najprostsze zadanie wydawało się niemożliwe do wykonania, jakby coś wyssało z niej całą radość. Próbowała się modlić, prosić o przebaczenie za wszystko, co mogło spowodować utracenie łaski Bożej - widocznie nie wystarczyło, że oparła się Sidneyowi i ulegała życzeniom męża - ale czuła, że jej wiara stała się cienka jak pergamin. Tylko życzliwa opieka drogiej Jeanne pozwoliła jej przetrwać te mroczne dni. Rich, na przekór słowom Peg, był zachwycony córką, co ucieszyło Penelope, chociaż odczuwała radość jakby z daleka, jakby obserwowała cudze doświadczenie, a nie przeżywała swoje własne.

W końcu Jeanne kazała jej wstać i się ubrać, po czym zaprowadziła ją do kaplicy, a później zmusiła do wyjścia z domu, by poczuła ciepło słońca, spacerowała, jeździła konno. Penelope kawałek po kawałku rozwijała się, niczym gobelin, który przez lata leżał zapomniany w kufrze, a teraz był trzepany i wietrzony. Wreszcie jej nastrój się poprawił i znów czuła się sobą, chociaż wyrzuty sumienia nie znikły i podejrzewała, że troska Jeanne tego nie zmieni. Czy matka może nie kochać swojego dziecka? - pytała siebie wiele razy. Nie znalazła na to odpowiedzi.

- Dorothy odeszła - oznajmiła Peg, przesuwając palcami po wachlarzu z piór.

Penelope nie skomentowała tego, tylko się uśmiechnęła, jakby nic się nie stało. Ale o Dorothy, podobnie jak o ich matce, nie wolno było wspominać w zasięgu słuchu królowej. Penelope nie była świadkiem wybuchu wściekłości Leicestera i Elżbiety z powodu potajemnego ślubu. Perrot przesiedział kilka tygodni w Tower, a Dorothy nie trafiła tam tylko dzięki ojczymowi, chociaż wypędzono ją z dworu. Penelope dostała od niej list z entuzjastycznym opisem jej wiejskiej idylli. Szukała w sobie zazdrości - i nie znalazła. Zrozumiała, że to zamiłowanie do władzy nie pozwala jej doceniać uroku spokojnej egzystencji.

- Jest persona non grata - dodała kąśliwie Peg.

Penelope nie dała się sprowokować, ale była zadowolona, kiedy do komnaty weszła grupa mężczyzn, którzy zatrzymali się przed kobietami, zdjęli kapelusze i pochylili się w uprzejmych ukłonach. Początkowo nie widziała Sidneya i zdała sobie sprawę z jego obecności dopiero wtedy, gdy Spero zawarczał na jej kolanach. Podążyła za spojrzeniem psa i ujrzała go, próbującego przyciągnąć jej uwagę. Czując skurcz w brzuchu, chciała go znienawidzić za to, że przez niego nie może pokochać swojego dziecka, za to, że istnieje, za to, że skradł jej serce.

- Zdaje się, że spaniel lady Rich cię nie lubi - zażartował jeden z mężczyzn.

Oczy Sidneya wyrażały ból, może nawet smutek, ale ona odwróciła się gwałtownie i pocałowała gładką kopułę psiego łebka. Sidney napisał całe stosy listów, a piękne sekretne słowa tylko powiększały jej cierpienie. Spaliła je wszystkie w ataku udręki i natychmiast tego pożałowała. Jeanne znalazła ją przed wygasłym paleniskiem, uwalaną sadzą, rozpaczliwie szukającą fragmentów. Pomogła jej wstać i zaczęła ją rozbierać, jakby Penelope była dzieckiem albo inwalidką niezdolną samodzielnie zdjąć ubranie, i wydawała jej ciche polecenia: "unieś ręce", "obróć się", "jedna noga, teraz druga". Penelope była posłuszna niczym marionetka, jakby straciła duszę. Jeanne ściereczką starła sadzę i starannie wyczesała ją z jej włosów, mimo to następnego ranka na białej poduszce widniał ciemny cień, przypominający o stanie jej umysłu. "Myślałam, że zupełnie się rozsypałaś - powiedziała Jeanne o tamtym czasie. - Martwiłam się, że nigdy cię nie odzyskam".

- Królowa cię prosi - odezwała się Peg, przywołując ją do teraźniejszości. - Lepiej nie każ jej czekać.

Penelope była zadowolona z pretekstu, by uwolnić się od żałosnego spojrzenia Sidneya. Przy drzwiach do komnat królowej stało sześciu uzbrojonych strażników, więc zaczęła się zastanawiać, czy nie wykryto kolejnego spisku. Elżbieta rozmawiała z Burghleyem i Cecilem, ale gdy Penelope weszła, wszyscy spojrzeli na nią i obserwowali, jak idzie przez komnatę. Burghley patrzył z uśmiechem, który wydawał się fałszywy, a jego syn miał twarz bez wyrazu. Dostrzegła to i zadała sobie pytanie, co ci dwaj ukrywają, o czym rozmawiali. Postawiła psa na podłodze i opadła w niskim dygu, przygotowana na lawinę pytań królowej; bała się, że może spaść na nią jej gniew za występek siostry.

Ale Elżbieta powiedziała tylko:

- Brakowało cię tutaj. Zagrajmy w karty. Mam dość zrzędzenia tych starych bab martwiących się o moje bezpieczeństwo.

Penelope jak zawsze była pod wrażeniem jej odwagi, ale gdy usiadła na przyniesionym taborecie, ogarnął ją znajomy zamęt uczuć, podziw zabarwiony czymś nieskończenie mroczniejszym.

- Są przekonani, że zostanę zamordowana. - Królowa zerknęła w stronę Burghleya i jego syna, którzy skulili się niczym odtrącone dzieci. - Zagram z tobą o tę błyskotkę na twojej sukni. - Zatarła ręce jak skąpiec.

Penelope odpięła klejnot i położyła na stole. Była to jedna z broszek jej matki; wiedziała, że Elżbieta ją rozpozna, i uznała to za swoje małe zwycięstwo. Często myślała o tym, jak królowa potraktowała jej matkę, o upokorzeniu z powodu ostracyzmu, jaki ją spotkał. Od dawna zdawała sobie sprawę, że faworyzowanie jej przez królową jest swego rodzaju aktem zemsty; przejęcie córki wroga, uczynienie z niej pionka, było rzeczywiście potężnym zagraniem, ale sprowokowało ją do prowadzenia własnej gry.

Zerwanie więzi między matką a córką wymagałoby więcej niż odrobiny królewskiej łaski, a Elżbieta nie miała córki ani tak naprawdę nie znała swojej matki, więc nie pojmowała głębi takiej więzi. Łaska ma swoje zalety i nawet pionek, jeśli zajmuje dobre miejsce na szachownicy, może mieć większą siłę, niż się wydaje.

- A ja stawiam to. - Królowa odwiązała od paska sakiewkę i położyła ją na stole. - Ale nie zamierzam przegrać.

Sakiewka miała kształt żaby i choć była pięknie wyhaftowana, wyglądała jak martwe stworzenie, leżące z łapami zwisającymi z krawędzi blatu.

- Ja też nie - oznajmiła Penelope.

- Patrz i ucz się, Pigmeju. Patrz i ucz się - powiedziała królowa, odwracając się na chwilę do Cecila.

Penelope nigdy wcześniej nie słyszała, żeby Elżbieta tak go nazywała. Wiedziała, że lubi nadawać przezwiska, ale nazwanie go Pigmejem wydawało się okrutne. Jeśli Cecil poczuł się urażony, nie okazał tego, tylko uśmiechnął się do królowej, pokazując rząd zaskakująco równych, drobnych ostrych zębów. Penelope wspomniała incydent, kiedy grupa młodzieńców rzucała jego książką, a ich kpiny spływały po nim niczym woda, i zastanawiała się, czy nauczył się tej odporności za młodu. Widziała, jak najsłabsze z miotu szczenię dorasta, by stać się najdziksze w stadzie.

- Ta dziewczyna mogłaby cię czegoś nauczyć o grze w karty.

- Słyszałem, że lady Rich jest nader biegła - odrzekł z uśmiechem, który łatwo można było pomylić z grymasem.

Ale królowa już skierowała uwagę z powrotem na Penelope.

- Nie lubię, kiedy moje ulubione damy odchodzą w ten sposób.

- Postaram się nie brać z nich przykładu, Wasza Królewska Mość.

Elżbieta roześmiała się i jakby mimochodem stwierdziła, że bardzo różni się od swojej "nieposłusznej głupiej siostry". Penelope nie przestawała się uśmiechać, patrząc, jak królowa tasuje karty i rzuca jedną po drugiej na stół, a potem przez kilka minut układał swoje w wachlarz.

Grały w milczeniu. Penelope czuła baczne spojrzenie Cecila i przyszła jej do głowy myśl, że może doradzono mu, by ją obserwował, tak jak ona miała baczenie na niego.

- Jestem bardzo niezadowolona z tej twojej siostry - podjęła królowa. - Sądziłam, że wykaże się większym rozsądkiem.

- Miłość może skłonić ludzi do robienia głupstw - powiedziała Penelope.

- Tak. - Elżbieta westchnęła i dodała szeptem: - Jaka matka, taka córka.

Penelope zacisnęła zęby, tłumiąc irytację.

- Nie mogę pojąć, dlaczego wszyscy moi dworzanie upierają się, żeby być nieposłuszni, gdy chodzi o zawarcie małżeństwa. To stawia mnie w złym świetle. - Przez chwilę królowa grała w milczeniu. - Ty nie próbowałabyś mnie zdradzić, prawda?

Jej spojrzenie było tak lodowate, że Penelope musiała sięgnąć do całego zasobu samokontroli, aby nie okazać lęku.

- Nigdy - odparła krótko, obawiając się, że jeśli powiedziałaby coś więcej, jej słowa mogłyby zostać uznane za nieszczere.

Znów grały w ciszy. Przerwał ją Burghley.

- Co sądzisz o ślubie Sidneya, lady Rich? - spytał.

Oddech uwiązł jej w piersi, zanim zrozumiała, że Burghley mówi o młodszym bracie Philipa.

- Robert Sidney ma się żenić? - rzuciła. - Kim jest wybranka?

- Nie, nie Robert - powiedziała królowa. - Ten starszy... Philip... poeta.

- Philip Sidney... - Poczuła się pusta, opróżniona ze wszystkiego. Potrzebowała całej siły woli, by nadal siedzieć z tym obojętnym uśmiechem na twarzy, obserwowana przez Burghleya i jego syna.

- Z Frances Walsingham. Dziewczę dość nijakie i bardzo młode. Znasz ją? - kontynuowała królowa. Penelope wolno pokręciła głową, próbując przyswoić sobie tę nowinę. - Jej ojciec jest zadowolony. Walsingham dobrze mi służył. Co sądzisz o tym ożenku?

Penelope wzruszyła ramionami. Bała się otworzyć usta ze strachu, co może się z nich wymknąć. Smutny wzrok Sidneya na długiej galerii nabrał dla niej sensu. Miała wrażenie, że królowa aprobuje jej pozorną obojętność, i zauważyła, że Cecil wymienia spojrzenia z ojcem; zastanawiała się, co to oznacza.

- Ostatnio dojrzał, a miewał pomysły ponad swój stan - ciągnęła królowa. - Kiedyś podjął się odwieść mnie od małżeństwa z Andegaweńczykiem. - Z prychnięciem przełożyła karty, które trzymała rozłożone w dłoni. - I tak nic z tego nie wyszło - mruknęła, kładąc na stole trzy trefle: dziewiątkę, dziesiątkę i waleta.

Penelope w jakiś sposób zdołała nadal grać tak, jakby nie stało się nic ważnego, jakby nie wykiełkowało w niej ziarno zazdrości i nie wystrzeliło w najdalsze zakątki jej istoty pędów, które owinęły się wokół ważnych organów i wczepiły w serce, tamując przepływ krwi mocno zaciśniętymi zdrewniałymi mackami.

- Sidney poprosił mnie kiedyś o twoją rękę - dodała Elżbieta. - Próbował wskrzesić dawne zaręczyny, które zaaranżował twój ojciec. Wiedziałaś? Nie mam pojęcia, czego się spodziewał, bo przecież byłaś już przyobiecana Richowi, a Sidney nie miał ci wiele do zaoferowania.

Penelope odchrząknęła.

- Doprawdy? - mruknęła, jakby prawie nigdy nie myślała o Sidneyu, ale macki nadal wiły się i wciskały coraz głębiej.

- Ostatnio jednak go polubiłam - oznajmiła Elżbieta. - Wierzę, że Sidney może być stworzony do wielkich rzeczy. Z pewnością jest bardzo kochany, prawda, Pigmeju?

- Istotnie - przyznał Cecil z wystudiowaną obojętnością, prostując jasne, sztywne od krochmalu mankiety, po czym obrzucił Penelope spojrzeniem sugerującym, że wie więcej, niż powinien.

Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że w czasie, gdy opuściła dwór, by urodzić dziecko, Cecil, kiedyś ledwie patrzący jej w oczy, stał się kimś, kto wie różne rzeczy. Oto przykład władzy płynącej z wiedzy - ci dwaj mężczyźni, ojciec i syn, byli pewni siebie dzięki temu, że mieli wgląd w każdy mroczny zakamarek, świadomi, że nic nie dzieje się bez ich wiedzy. Siatka szpiegowska Burghleya była dobrze znana i potajemnie rozpościerała się za pośrednictwem Walsinghama na królewskie dwory Europy. Penelope położyła swoje karty na stole.

- Znów pokonana! - zawołała z pozorną beztroską. - Wyszłam z wprawy, Wasza Królewska Mość.

Porównała siebie, kobietę, która nie miała pojęcia nawet o małżeństwie ukochanego i nie posiadała ani odrobiny władzy, bo nie wiedziała o niczym, z Burghleyem, który miał wszędzie oczy i uszy i dzierżył ster władzy w Anglii za plecami królowej, ponieważ wiedział wszystko. Czy małżeństwo Sidneya z córką Walsinghama było elementem gry o władzę - czy Sidney wzmacniał swoją pozycję koneksjami? Niezależnie od przyczyny czuła się, jakby nóż przeszył jej serce. Ale coś w niej stwardniało i wraz z tym napłynęło zrozumienie, że jeśli się postara, też może mieć oczy i uszy wszędzie i tworzyć sieć koneksji. Zadecydowała, że dłużej nie będzie ofiarą swojej nieświadomości.

Jakiś mężczyzna podszedł do Burghleya, cicho coś do niego szepnął, po czym zwrócił się do królowej:

- Nagląca sprawa, Wasza Królewska Mość, związana ze Szkotką.

To wzbudziło ciekawość Penelope. Z pewnością mówili o Marii ze Szkocji - kuzynce królowej, która straciła koronę na rzecz swojego małego syna i przez lata marniała jako więzień Anglii. Zastanawiała się, czy Maria naprawdę stanowiła zagrożenie dla angielskiego tronu, jak mówiono, czy też sytuacja była bardziej skomplikowana, niż się wydawało.

- Później wrócimy do gry, moja droga. Jestem potrzebna - oznajmiła królowa, wskazując głową Burghleya.

Penelope czuła, jak ślizga się po niej wzrok Cecila, gdy wychodziła z komnaty. Wzięła Spera na ręce i idąc długą galerią do swoich pokoi, odpychała od siebie myśli o małżeństwie Sidneya i nie dopuszczała do głosu rozpaczy.

- Szukałam cię - powiedziała Jeanne. - Co się stało? - zapytała, bo tajony ból odbijał się na twarzy Penelope.

Ta zdołała tylko pokręcić głową, dla pocieszenia tuląc do siebie Spera. Jeanne poprowadziła ją do łóżka, usiadła obok niej, objęła ją ramieniem i podała jej paczkę.

- Do ciebie.

- Co to?

- Nie mam pojęcia. Chodź, rozsznuruję cię, będzie ci wygodniej.

Jeanne zdjęła z przyjaciółki warstwy odzieży i poluzowała tasiemki stanika. Penelope położyła się na łóżku, zdrętwiała do głębi. Jeanne, która musiała odgadnąć jej potrzebę samotności, zgarnęła jakieś rzeczy i oznajmiła, że idzie do pralni. Gdy wyszła z pokoju, Penelope podniosła paczkę. Kiedy rozpoznała pismo Sidneya, rzuciła ją z powrotem na łóżko, ale zaraz znów ją wzięła i rozdarła opakowanie.

Był to luźno oprawiony plik papierów. Przewertowała je; każda strona była szczelnie pokryta starannym pismem Sidneya, podzielonym na strofy. Na pierwszej stronie widniały słowa Astrophil i Stella, bez żadnej notatki, bez wyjaśnień, bez niczego. Przysunęła krzesło do okna. Wpadał przez nie snop przedwieczornego światła, żywy od drobinek kurzu, które wzlatywały i wirowały w powietrzu, gdy się poruszała.

Zaczęła czytać. Słowa zawładnęły nią, roznieciły jej smutek, kiedy zaczęła rozumieć, że są intymnym wyznaniem miłości Sidneya, odzwierciedleniem jego serca. Zachwycona ich rytmem, czytała, nie rozpoznając siebie w tej dalekiej Stelli, czarnookiej tyrance o alabastrowej skórze i zębach jak perły - złodziejce jego serca, w jednej chwili będącej zimnym kamieniem, w następnej niebiańską nimfą, a kiedy indziej tą, która sprawia rozkoszny ból. Jego miłość była straszna, przerażająca, pełna zazdrosnej wściekłości i rozpaczliwej tęsknoty, słodyczy i smutku - niekończąca się walka między ekstazą a cierpieniem.

Ledwie uniosła wzrok znad lektury, gdy wróciła Jeanne.

- Co to jest?

- Wiersze.

- Od niego?

Penelope skinęła tylko głową, nie będąc w stanie oderwać się od słów. Czytała tak, jakby od tego zależało jej życie; jakby się zagubiła, a znaczki na papierze były mapą, która mogła doprowadzić ją w bezpieczne miejsce albo w jego całkowite przeciwieństwo - nie wiedziała dokąd.

Luty 1587

Cheapside

Tylko dla was zaśpiewam ten nader smutny wiersz,

Najsmutniejszy ze wszystkich za ludzkiej pamięci;

Dla was o miękkim sercu, które może przeszyć

Ostra strzała boleści po Astrophela śmierci.

Edmund Spenser, Astrophel (elegia na śmierć sir Philipa Sidneya)

Wiadomości o straceniu Marii Stuart zaczęły rozchodzić się w dniu pogrzebu Sidneya, a żałoba po poecie żołnierzu była tak wielka, że śmierć zdetronizowanej królowej przeszła bez większego echa. Minęły ponad trzy lata, odkąd Penelope zaczęła pojmować intrygi otaczające Marię Szkocką i to, jak Burghley niewidocznie prowadził ją okrężną drogą na szafot. Sprawy wagi państwowej toczyły się obok błahych rozrywek dworskich, a Penelope obserwowała i słuchała, gromadząc informacje, wiedzę, która miała zapewnić jej przyszłość. W końcu pojęła, że Elżbieta musiała poświęcić szkocką kuzynkę dla dobra Anglii, że polityka jest bezwzględna, że niekiedy śmierć, nawet jeśli okrutna, ma idealny sens.

Ale śmierć Sidneya nie miała sensu - został ranny, walcząc daleko od domu. Rana nawet nie była śmiertelna, dla niego jednak oznaczała wyrok śmierci. Jeśli śmierć Marii symbolizowała supremację Elżbiety, to śmierć Sidneya była tego przeciwieństwem: do niczego nie doprowadziła i niczego nie oznaczała, chyba że koniec rycerskości. Królowa wybrała go, wierząc w jego wielkość, ale nikt nie mógł przewidzieć, jak krótki będzie jego czas w promieniach słońca. I serce Penelope pękło.

Leicester poprosił, by towarzyszyła żonie Sidneya podczas pogrzebu, więc stały razem na balkonie domu przy Cheapside, patrząc na przechodzący kondukt. Penelope była wdzięczna za uspokajającą obecność siostry, która trzymała mocną rękę na jej ramieniu. Dotarła na Cheapside jak w transie, zbyt pogrążona w rozpaczy, by zwracać uwagę na cokolwiek wokół siebie. Wcześniej Jeanne pomagała jej się ubrać i wpadła w panikę, bo czarna aksamitna suknia okazała się za ciasna. Penelope znowu była brzemienna i musiała pożyczyć suknię od matki; nie mogłoby jej mniej obchodzić, co ma na sobie.

Ledwie czuła obok siebie obecność Frances, jakby ta była postacią ze snu. Zerknęła na jej blady profil i była zaskoczona siłą uczucia, które w niej wezbrało. Co to było: rodząca się zazdrość, że ta dziewczyna trzymała Sidneya za rękę, gdy umierał; że to ona pokładała się z nim i była jego żoną prawie przez cztery lata; że to ona urodziła jego dziecko; że to ona spędzi wieczność u jego boku? Było to brzydkie uczucie, ale niezaprzeczalne. Penelope nie mogła jednak naprawdę znienawidzić Frances, chociaż próbowała. Była dziwnie zadowolona z jej obecności tego dnia, ponieważ to oznaczało, że musi się trzymać, przynajmniej na wierzchu - czuła, że pod spodem kruszy się jak tynk w opuszczonym budynku.

Kondukt zdawał się nie mieć końca; szło w nim siedmiuset żałobników, a tysiące innych wyległo na ulice, by obserwować w milczeniu - jakby był to królewski pogrzeb. Zastanawiała się, co by pomyślał - na pewno by mu się spodobało. Mimo całej jego rycerskości próżność nie była mu obca.

Napór tłumów na ulicy wprost pod balkonem był tak wielki, że kondukt z trudem posuwał się do przodu. Bez słowa patrzyły, jak mężczyźni w wysokich kapeluszach i w długich szatach, których rąbki wlokły się w kurzu, przechodzą dwójkami. Za parą strażników, dzierżących halabardy skierowane ku ziemi, maszerowało dwóch doboszy, którzy wybijali żałobny rytm. Następnie szli zbrojni, domownicy Sidneya, przyjaciele, dalecy krewni, wszyscy zapowiadani przez huk tych piekielnych bębnów, aż w końcu ukazały się konie - jego rumak bojowy, a za nim ukochany berber Sidneya, oba podzwaniające pięknymi rzędami i dosiadane przez jego ulubionych paziów. Gdy Penelope ujrzała w rękach jednego z chłopców złamaną kopię, poczuła twardą jak kamień gulę w gardle, a przez jej głowę zaczęły przepływać strofy jego wierszy.

Żadna noc nie jest mroczniejsza od mojego dnia

Ani dzień mniej spokojny niż każda z moich nocy.

Wiedziała, co nadchodzi, wiedziała, że z trudem zniesie ten widok, a jednak nie odrywała wzroku, gdy pojawiły się udrapowane czernią mary, kołyszące się jak starożytna barka, z żałobnikami, którzy uginali się pod ich ciężarem. Frances westchnęła cicho, a ona poczuła zbierającą się w niej burzę łez. Bez namysłu wzięła dziewczynę za rękę i ją ścisnęła.

Czy szloch może udzielić słowom łaski, by wyraziły mój smutek?

Czy atrament jest dość czarny, by odmalować nim moją zgryzotę?

Frances oparła się o nią, lekka jak obłok, i Penelope ją objęła. W kondukcie na czele głównych żałobników szedł jego brat, Robert Sidney, z twarzą na wpół ukrytą pod kapturem, a potem nadciągnęli Leicester i Huntingdon z Essexem i wszystkimi wielkimi szlachcicami - na koniach, pobrzękujący bronią, wspaniali.

Essex pierwszy przyniósł jej wiadomość. Wszyscy na dworze czekali z niepokojem, ponieważ wiedzieli, że Sidney został ranny w walce z Hiszpanami w Niderlandach, chroniąc Anglię przed katolickim zagrożeniem. Wszyscy mówili o jego bohaterstwie, o tym, jak zdjął bigwanty w akcie solidarności z kapitanem, którego zostawił w obozie; jak odważnie ruszył na ratunek towarzyszowi; jak strzała trafiła go w udo i roztrzaskała kość; jak ofiarował swój kubek z wodą konającemu, mówiąc, że jego potrzeba jest większa. Penelope zastanawiała się, które historie są prawdziwe - wszystkie brzmiały prawdopodobnie. Ani przez chwilę nie sądziła, że Sidney nie przeżyje. Myślała, że może będzie utykać, chodzić o lasce, a nawet straci nogę, lecz nie przyszło jej do głowy, że umrze. Zawsze miał wrócić i nadal ją kochać.

Ale Essex wpadł do jej komnat niezapowiedziany, brudny po jeździe, z dzikim wzrokiem człowieka, który widział niewyobrażalne rzeczy.

- Sidney nie żyje! - zawołał.

Nie ma sposobu, aby złagodzić takie wieści.

- Nie. Mylisz się. - Komnata zaczęła pływać jej przed oczami i Penelope pomyślała, że zaraz upadnie, ale brat złapał ją za ramię i poprowadził do ławki.

- Byłem tam. Dał mi swój najlepszy miecz i prosił, bym otoczył opieką jego żonę.

- Jego najlepszy miecz... Jego żona. - Powtarzała jak papuga, nie znajdując własnych słów, które mogłaby wypowiedzieć.

- Dał mi to... dla ciebie. - Essex wcisnął jej w dłoń złożoną kartkę.

- Dla mnie...

Wtedy wszedł Rich. Powitał szwagra, wyraźnie zachwycony, że go widzi, zupełnie nieświadom, że jego żona jest w szoku i ściska w ręce skrawek pergaminu. Zaczął wypytywać Essexa o konflikt, a w pewnej chwili rzucił nonszalancko, jakby mówił o zupełnie mu obcej osobie:

- Słyszałem, że Sidney przeniósł się na tamten świat.

Ale przecież rzeczywiście nie znał Sidneya. Penelope chciała go zapytać, dlaczego on, który tak nienawidzi papizmu, nie walczył za sprawę.

- Jesteś chora? - zwrócił się w końcu do niej, a ją ogarnęła obawa, że udręka wyryła widoczne bruzdy na jej twarzy. - Nie tracisz dziecka, prawda?

Penelope przyłożyła ręce do brzucha i gwałtownie wciągnęła powietrze.

- Czuję się całkiem dobrze, mężu, dziękuję - odrzekła i schowała list w fałdy sukni.

Wzburzony Essex chodził tam i z powrotem po dębowych deskach podłogi. Bitwa go odmieniła i Penelope wiedziała, że straciła nie tylko Sidneya, ale również tamtego bezczelnego chłopca, który uśmiechał się do niej z pokładu statku, gdy wyruszał na wojnę. Przeprosiła obu mężczyzn, tłumacząc się zmęczeniem z powodu swojego stanu, i wreszcie w zaciszu swej sypialni przeczytała list, jedną linijkę napisaną drżącą dłonią: Twój do końca.

W kondukcie Essex uniósł wzrok, szukając jej na balkonie. Ich oczy się spotkały; zaciskał zęby, tak jak w dzieciństwie, kiedy powstrzymywał łzy. Frances osłoniła usta ręką i szepnęła do jej ucha:

- To ciebie kochał. Zawsze wiedziałam. Powiedział mi, gdy zgodziliśmy się pobrać, że jego serce należy do innej. Wiedziałam, że chodzi o ciebie, bo czytałam jego wiersze, nawet te, które przede mną ukrywał. Zapytał, czy zdołam się z tym pogodzić.

Penelope chciała zapytać, co mu odpowiedziała, nie mogła jednak wykrztusić słowa. Mocniej przytuliła dziewczynę, gdy obie patrzyły, jak przejeżdża holenderski kontyngent, a potem maszerują żołnierze z opuszczoną bronią, za nimi dwóch doboszy, samotny dudziarz - i inni, bez końca.

- Pogodziłam się - dodała w końcu Frances.

- Nigdy nie był mój w... - Penelope nie zdołała tego powiedzieć.

- W ciele - dokończyła za nią Frances. Nagle stała się materialna, spokojna i stoicka; już nie była lekkim jak piórko obłokiem. - Wiem.

To Penelope czuła się krucha jak martwy liść.

Wróciła myślą do ich ostatniego pożegnania. Sidney był bardzo dumny, że w końcu królowa zleciła mu znaczącą misję; mianowała go gubernatorem Flushing. Odszukał Penelope, żeby ją o tym powiadomić. Nie widziała go od miesięcy - najpierw w odosobnieniu czekała na rozwiązanie, a później leżała w połogu z Essie, drugą córką - ale całe dawne pożądanie przebiło się na powierzchnię. Był inny, radośniejszy, pomyślała więc, że może to zasługa małżeństwa albo ojcostwa, chociaż prawdopodobnie rozpromieniła go długo oczekiwana łaskawość królowej. Wreszcie otrzymał tytuł szlachecki - drocząc się z nim, nazwała go "sir Philipem", z przesadnie niskim dygnięciem. Wyśmiewał tytuł, mówił, że nic dla niego nie znaczy, ale nie mógł do końca ukryć zadowolenia. "Królowa ma zostać matką chrzestną mojej córki", oznajmił. Penelope wolałaby, żeby tego nie mówił; chciała udawać, że nie jest żonaty i nie ma małej córeczki, że nadal należy całkowicie do niej.

Od czasu swojego ślubu wiele razy zabiegał o spotkanie z nią sam na sam, próbował tłumaczyć się w listach (zrozumiała, że był zobowiązany do ślubu, co miało związek z obietnicą złożoną ojcu dziewczyny; taki był porządek rzeczy), ale unikanie go wyniosła do rangi sztuki. Ostatecznie żadne z nich nie było wolne. Chociaż chowała w sercu możliwość, że pewnego dnia... Rozmyślała o tym, tam, na jego pogrzebie, porażona smutkiem. Tylko raz uległa jego prośbom, by się spotkali, i zakończyło się to ostatecznym pożegnaniem. Gdyby Jeanne im nie przeszkodziła, mogłaby złamać słowo dane mężowi - była tego bliska.

Nigdy nie przypuszczała, że będzie musiała tak długo czekać na narodziny dwóch synów. Patrząc na kondukt, z całego serca żałowała, że nie oddała się Sidneyowi, i była wściekła na siebie za zmarnowanie całej tej miłości. Czuła, jak odpływają resztki jej wiary w Boga. Często zastanawiała się, za co ją karze, dając jej męża takiego jak Rich, a potem odmawiając jej syna. Uznała, że jej córki są wyrazem Jego niezadowolenia, ponieważ nosiła się z zamiarem, by popełnić cudzołóstwo, i że Bóg chroni ją przed grzechem.

Ale żeby zabierać Sidneya w kwiecie wieku? Tylko jakiś bezlitosny Bóg mógł zabić Sidneya i pozwolić, aby Rich żył. Ta myśl ją zszokowała; rozważanie, że mogłaby życzyć śmierci mężowi, było grzechem zbyt wielkim. Jednakże myśl pozostała, jak diabeł czepiający się jej zaostrzonymi pazurami. Nie mogła przestać myśleć, że gdyby miała odwagę przeciwstawić się swojej źle ulokowanej lojalności wobec Richa - własnej wierze w plan Boży - to dziecko, trzecie, które poruszało się w jej brzuchu, gdy patrzyła przez okno na żałobników, mogłoby być dzieckiem Sidneya.

Jeśli taki był plan Boży, to rzeczywiście Bóg był bezduszny, ponieważ to dziecko miało być jej pierwszym synem. Może nie urodziła dziecka Sidneya, ale część jej została pogrzebana wraz z nim i z tego fragmentu wyrosło zrozumienie, że to ona - nie Bóg, nie mąż, nie królowa ani jej niewłaściwie pojmowany kodeks moralny - może ją zabezpieczyć. Przyszłość leżała w jej własnych rękach. Wykuje potężne sojusze, stworzy tajne linie przysług, aby bez względu na to, co się wydarzy, Devereux znaleźli się blisko władzy. Gdy odeszli ostatni żałobnicy i bębny ucichły, poczuła, że krzepnie, jakby zbierała się w niej wielka siła; nigdy więcej nie pozostawi swojego losu w rękach Boga.

Listopad 1589

Theobalds, hrabstwo Hertford

Cecil zatrzymuje się na chwilę przy oknie. Ogrodnik zamiata liście, a drugi wysoko na drzewie ścina stare gałęzie, które z trzaskiem spadają na ziemię. Zaczyna mżyć i Cecila przebiega drżenie. Wilgoć o tej porze roku sprawia, że strasznie bolą go krzywe plecy, a gdy ból raz się zadomowi, nie opuszcza go aż do wiosny. Lecz Cecil nie myśli o wilgoci i chłodzie; z dreszczykiem podniecenia duma o lady Rich i jej liście do króla Jakuba. Miał na nią oko: lady Rich od kilku lat po cichu tworzy sojusze, wspierając swoją rodzinę potężnymi przyjaciółmi. Ale czy nie sięgnęła zbyt wysoko, potajemnie śląc listy z zapewnieniem o przyjaźni do szkockiego króla, który ma silne roszczenia do angielskiego tronu? Wokół Elżbiety jest miejsce na jedno centrum władzy, nie więcej. Przed Cecilem otwierają się nowe perspektywy: widzi upadek Essexa i jego rodziny. Gdyby tylko mógł dostać w swoje ręce jeden z tych listów - niezbity dowód.

Odnajduje ojca w bibliotece. Burghley drzemie z otwartymi ustami przy kominku; opasła księga musiała zsunąć mu się z kolan, bo leży rozłożona na podłodze. Ojciec ma zapadnięte policzki i oczy; mógłby wydawać się martwy, gdyby nie głośne chrapanie.

- Ojcze. - Cecil delikatnie gładzi jego ramię.

Starzec powoli się budzi, unosi powieki i zdezorientowany, obraca głowę, aż zatrzymuje spojrzenie na synu.

- Zaskoczyłeś mnie. Drzemałem?

- Tak, ojcze. Mam ci coś przynieść? Nieco wina?

- Z przyjemnością wypiję łyk słodkiego. Dzban stoi na stole.

Cecil nalewa po miarce dla nich obu i przysuwa stołek, żeby usiąść blisko ojca. Trącają się kubkami, ich spojrzenia się spotykają i obaj jednocześnie mówią:

- Za nas, Cecilów.

To mały rytuał, który odprawiają od lat. Wino jest mocne, a jego słodycz uspokaja.

- Wiesz, że królowa zamierza przyznać temu szczeniakowi koncesję na przyszłoroczne słodkie wina? - mówi Burghley.

Wiadomo, kogo ma na myśli, mówiąc o szczeniaku. Tak między sobą nazywają Essexa, odkąd ten przybył do domu Burghleya jako chłopiec, dumny i zarozumiały.

- Słodkie wina, które są warte fortunę - komentuje Cecil.

- Tak, koniec z "najbiedniejszym hrabią w całej Anglii".

- Bogaty Essex może okazać się dla nas zbyt wielkim zagrożeniem.

Burghley patrzy na przygarbione ramiona syna.

- Nie myśl o tym.

Cecil może opanował sztukę ukrywania uczuć, ale ojciec potrafi go przejrzeć.

- Przy odrobinie szczęścia Elżbieta da mu dość sznura, żeby pewnego dnia mógł się powiesić.

- Mam wiadomości o siostrze Essexa - mówi Cecil.

- Jakie?

- Od człowieka na szkockim dworze. Lady Rich wyciąga rękę do króla Jakuba. Wysyła mu listy z deklaracjami przyjaźni.

- A więc frakcja Essexa wcześnie rozgrywa swoje karty. Obawiam się, że zbyt wcześnie. - Burghley uśmiecha się. - Nasza ukochana królowa ma przed sobą jeszcze kilka lat.

Cecil zastanawia się, skąd ojciec może być tego pewny, skoro było tak wiele zamachów na jej życie. W ciągu piętnastu miesięcy, które upłynęły od rozbicia Hiszpanów i armady, czuł w kościach ich pragnienie zemsty; jego siatka informatorów szepcze o tym nieustannie.

- Ale cały świat katolicki życzy jej śmierci - zauważa.

- W takim razie do nas należy dopilnowanie, by papiści nie osiągnęli celu. - Burghley stuka się palcem w bok nosa. - Król Jakub jeszcze długo nie będzie ogrzewać jej tronu. Może nigdy, bo przecież nie urodził się na angielskiej ziemi... i są także inni...

- Mógłbym wezwać lady Rich na przesłuchanie - oznajmia Cecil. Ta myśl wywołuje w nim dreszcz. - Na pewno Essex stoi za tymi listami. Mogę sprawić, żeby go wydała. Jest jasne, że ustawiają się obok Jakuba jako sukcesora. To wygląda na zdradę. Zawiązują sojusze. - Mówi szybko, pełen ekscytacji.

- Oczywiście, i powiedzą, że robią wszystko dla dobra królowej i Anglii. Nie śpiesz się. Może rozdali karty, ale ta gra jest długa. Nie lekceważ lady Rich. Obserwowałeś ją na dworze; widziałeś, że jej uroda maskuje inteligencję. Niełatwo będzie manipulować tą kobietą.

- Ale musimy ich pognębić.

- Dajesz się ponieść osobistym uczuciom. Nie myśl o tym jako o zemście, bo wendety kończą się tylko zniszczeniem, a my musimy mieć pewność, że Cecilowie przetrwają... przetrwają i będą kwitnąć. Nie przeżyłeś na tej ziemi dwudziestu sześciu lat, żeby tego nie wiedzieć.

Cecil kiwa głową. Ojciec ma rację - zawsze ma rację.

Burghley kontynuuje, jakby myślał na głos:

- Nasze długotrwałe przetrwanie, podobnie jak ich, oznacza postawienie na zwycięską kartę w sukcesji: może kolor Jakuba ze Szkocji wydaje się najsilniejszy, ale nie musi być najlepszy dla nas. - Zaczyna wymieniać innych, odliczając na palcach. - Lord Beauchamp albo jego brat; córka Stuartów; nawet hiszpańska infantka. Wszyscy mają swoje roszczenia i nigdy nie wiadomo, czy Essex nie weźmie udziału w grze, jeśli jego popularność jeszcze bardziej wzrośnie.

- Z pewnością nie, ojcze. Essex jest bez szans.

- Anglia kocha żołnierzy, a on ma talent do walki połączony z wielkim urokiem i kropelką królewskiej krwi. Potężna to mieszanka, mój chłopcze.

Cecila ogarnia zazdrość.

- Tak, jest mało prawdopodobnym kandydatem, ale nie lekceważ go - radzi mu Burghley. - Anglicy chcą myśleć, że mają kogoś, kto poprowadzi wojska. Hiszpanie może zostali upokorzeni, lecz wrócą, i wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Popularność Essexa opiera się na jego pragnieniu, by wystąpić przeciwko wrogowi. To sprawia, że Anglicy śpią spokojnie. Gdyby tylko rozumieli, że inteligencja i ciche zabiegi mogą osiągnąć więcej niż brawura, ostrza i proch strzelniczy... - Uśmiecha się i powoli zaciera ręce.

- Poza tym wojna jest kosztowna. - Jeśli Cecil nauczył się czegoś przez lata, kiedy siedział obok ojca na spotkaniach Rady i sporządzał notatki, to tego, że królowa nie lubi wydawać pieniędzy na coś, czego wynik nie jest pewny.

- Patrz i czekaj - radzi synowi Burghley. - Masz cenne informacje, ale na tym etapie to wszystko. Strzeż się damy, obserwuj ją i czekaj.

Cecilowi przypomina się, jak kiedyś został oskubany przez karcianego oszusta, który powiedział dokładnie to samo: "Strzeż się damy". Przegrał wszystkie złote guziki z kaftana. To była nauczka.

- Essex jest młody i głupi i może jeszcze stać się autorem własnego upadku, a wtedy pociągnie za sobą rodzinę. - Burghley milknie, pocierając dłonią kark. - Kropla drąży skałę nie siłą, ale częstym spadaniem.

Podniecenie Cecila słabnie i teraz czuje się przybity. Dochodzi do wniosku, że cokolwiek zrobi, nie zdoła zyskać pełnej aprobaty ojca. Narasta w nim niecierpliwość.

- Zrobiłem sobie wroga z Leicestera - podejmuje Burghley. - To był jeden z moich największych błędów. Och, jak bardzo pragnąłem go obalić. Kiedyś był o włos od poślubienia królowej. Wyobraź sobie, byłby prawie królem. Omal nie zatraciłem się w dążeniu do jego upadku. W końcu nadeszła chwila, kiedy zrozumiałem, że Elżbieta nigdy nie poślubi tego człowieka. Gdy tylko zobaczyłem to wyraźnie, moja niechęć do Leicestera wygasła. Później sam wyrzekł się swojego pragnienia i ożenił się z tą kobietą.

- Z matką Essexa.

- Królowa nigdy jej nie wybaczy tego, że poślubiła jej faworyta. Poza tym - Burghley wyciąga ręce, by ogrzać je przy płomieniach - Leicestera już nie ma, a szczeniak zajął jego miejsce jako wybraniec. Lepiej nie przysparzać sobie wrogów, bo nigdy nie wiadomo, jak się sprawy potoczą. Cecilowie są dyplomatami, co jest naszą siłą, i przedkładają pokojowe negocjacje nad wojnę. - Po chwili dodaje: - A do tego oczywiście posiadają najświeższe informacje. Takie podejście zapewniło nam dobrą pozycję.

- Elżbieta traktuje Essexa, a także jego siostrę, jak własne dzieci. - Cecil nie może stłumić nuty urazy w głosie.

Dlaczego ojciec umniejsza go, sprowadzając do roli nadąsanego chłopca? Śmieje się w duchu, dostrzegając ironię, bo przecież on, Robert Cecil, budzi wielki strach i ciężko pracował nad osiągnięciem tego celu, a jednak w oczach ojca zawsze jest - szuka odpowiedniego słowa, aby opisać to, jaki jest według ojca - nieudolny. Tak, czuje się nieudolny.

- Ale nie są jej dziećmi. - Burghley uśmiecha się i światło z kominka połyskuje w jego łzawiących oczach. - Za nas, Cecilów - mówi raz jeszcze, unosząc kubek, i wypija resztkę słodkiego wina.

Maj 1590

Leicester House, Strand

Penelope głęboko w środku czuje delikatne kołatanie serca swojego dziecka. Ptak tryluje na drzewie - zięba, myśli. Widzi przelotny ruch liści, ale samego ptaka nie może dostrzec. Modli się w duchu, żeby to dziecko też było chłopcem, i myśli o swoim pierwszym synku, małym Hobym, w pokoju dziecięcym w Leighs, z siostrami. Doznaje znajomego skurczu matczynego serca - jej matka uważa, że jest zbyt pobłażliwa dla potomstwa, Penelope nie może jednak nic poradzić na ten zalew miłości. Taka jest prawda, zwłaszcza w przypadku Lucy. Może pobłaża pierworodnej, aby wynagrodzić jej początkowe odrzucenie. Doktor Lopez miał rację, kiedy mówił jej, że pokocha córkę, ale nadal dręczy ją poczucie winy, nawet po ośmiu latach. Jeśli teraz urodzi chłopca, spełni swoją powinność wobec Richa i zostanie uwolniona z małżeńskiego łoża. Myśli o zawartej z mężem umowie, o chwili swojej przemiany z dziewczyny w... W kogo? Ktoś niedawno nazwał ją megierą. Miała to być krytyka, ale spodobało jej się to określenie, z jego antycznymi nawiązaniami. Wtedy nie wyobrażała sobie, że Bóg każe jej tak długo czekać na syna.

Słyszy, jak brat i matka kłócą się, podchodząc ramię w ramię, ze Sperem truchtającym za nimi. Lettice przyjechała z Drayton Bassett w nocy, kiedy ona udała się na spoczynek. Dziecko, które nosi w łonie, wysysa z niej siły i ostatnio stwierdziła, że nie jest w stanie wytrwać długo po kolacji, chociaż zwykle kładła się spać ostatnia i pierwsza inicjowała wieczorne rozrywki.

Spero chwyta zębami rąbek jej spódnicy, gdy Penelope wstaje, by objąć matkę. Rozkoszuje się znajomym piżmowym zapachem, który przenosi ją z powrotem do czasów dzieciństwa. Wspomina matkę przed jej wyjazdem na dwór, piękniejszą niż wszystko, co kiedykolwiek widziała, w eleganckim stroju naszytym perłami, skrzącą się od brylantów. Kiedy Lettice nachylała się, by pocałować córkę, klejnoty opadały z cichym brzękiem, jak deszcz uderzający w okno, i spowijała Penelope tym właśnie zapachem. W owych czasach Lettice cieszyła się łaską królowej. Jak wiele się zmieniło. Uroda matki gaśnie, odarta z blasku przez śmierć jej ukochanego Leicestera.

Penelope zauważa troskę na jej twarzy, jej zmarszczone czoło.

- Co się stało? - pyta.

- Twój brat jest po słowie z Frances Walsingham.

- Tylko nie z nią - rzuca Penelope, zanim zdąży się zastanowić, jak to może zabrzmieć. - To znaczy...

Wraca pamięcią do tamtego dnia sprzed trzech lat, kiedy stała z Frances, patrząc na kondukt żałobny Sidneya, i serce jej pęka. Wie, że na łożu śmierci Sidney poprosił jej brata o zaopiekowanie się jego żoną, ale wątpi, by miał na myśli akurat tego rodzaju opiekę.

- To znaczy, że nie chcesz, bym poślubił wdowę po Sidneyu? - pyta uszczypliwie Essex.

- Nie... to znaczy tak, w pewnym sensie - odpowiada Penelope. - Możesz ożenić się, z kim zechcesz, Robinie, ale... - Nie znienawidziła Frances, chociaż próbowała. Dziewczyna była zbyt słodka, zbyt łagodna, by zasługiwać na tak silne uczucie. - Mógłbyś zrobić o wiele lepszą partię. Ona nie pochodzi z arystokratycznego rodu.

- A on nie ma pozwolenia królowej - wtrąca z naciskiem Lettice. - Bóg mi świadkiem, nie sądzisz, że ta rodzina dość wycierpiała z powodu nieprzychylności królowej? Najpierw ja popadłam w niełaskę, potem Dorothy, a teraz to. Ja... Mnie... - Uderza się pięścią w pierś. - Teraz, gdy Leicestera już nie ma, grozi nawet odebraniem tego domu. Od kilku miesięcy otrzymuję listy w tej sprawie. Moja przyszłość tutaj wisi na włosku.

- Dlaczego nic nie powiedziałaś, mamo? - pyta Penelope.

- Och, sama nie wiem. Jestem tym wszystkim bardzo zmęczona.

Penelope upomina się w duchu, że musi myśleć przede wszystkim o sobie: utrata Leicester House będzie oznaczać dla niej konieczność korzystania z ponurej siedziby męża w Smithfield, kiedy będzie przebywała w Londynie, ale nie na dworze.

- Zobaczę, co da się zrobić, mamo - mówi Essex. - I nie dręcz się moim małżeństwem. Królowa kocha mnie jak syna. - Dopiero widząc jej grymas, zdaje sobie sprawę, jak bolesne są dla niej te słowa.

- Królowa jest tobą zauroczona - rzuca Lettice ostro. - Pomyśl o władzy, jaką daje to nam, twojej rodzinie. Chcesz zrezygnować z tego dla dziewki?

- Frances wnosi bogactwo i siatkę kontaktów stworzoną przez jej ojca. To sposób na zdobycie władzy: wiedzieć, co się dzieje, być o krok przed Cecilami.

Penelope uśmiecha się w duchu, bo taka jest prawda. Wyrwanie siatki agentów Walsinghama ze szponów Cecilów byłoby prawdziwym triumfem.

- Siatka, siatka - mruczy Lettice, nie skrywając zniecierpliwienia. - Mamy już dobrze ulokowanych ludzi.

Penelope myśli o swojej ostatniej wymianie listów ze szkockim dworem i o dyskretnych kanałach informacji.

- Ale to jest okazja - wtrąca. - Przydadzą nam się dobre kontakty w Europie, jeśli mamy być na bieżąco.

- Czyż nie poślubiłam nowego męża właśnie z tego powodu, że był w samym sercu siatki szpiegowskiej Walsinghama? Przecież mogłabym cieszyć się kilkoma latami wdowieństwa. Parę lat wolności zamiast trzeciego męża... - Głos Lettice cichnie.

Jej dzieci wiedzą, że tak jak ryba bez wody, matka nie może żyć bez mężczyzny, ale rzeczywiście mogła wybrać kogoś innego niż młodszy o dwanaście lat sir Christopher, który nie wniósł ani bogactwa, ani statusu.

- Nasz nowy ojczym jest dobrym człowiekiem - zauważa Penelope. Matka patrzy na nią takim wzrokiem, jakby oskarżała ją o opowiedzenie się po niewłaściwej stronie. - Nawet z tą wielką brodą podobną do ptasiego gniazda - dodaje, próbując nadać nieco lżejszy ton rozmowie.

Ale Essex wraca do zasadniczego tematu.

- Palce Walsinghama sięgają dalej... na całą Europę, więc jeśli poślubię jego córkę...

- Głupiec! - wybucha Lettice. - Królowa cię wypędzi. Wspomnisz moje słowa. Nie ma takiej siatki, która mogłaby zrekompensować utratę jej łaski.

- Nie masz pojęcia, jak to jest, mamo, cały czas tańczyć wokół tej kobiety. - Essex prawie krzyczy. - A przy tym wszyscy spekulują, czy spałem z nią, czy nie. Myślisz, że doznałaś od niej upokorzenia. A jak bardzo według ciebie upokarzające jest to, że wszyscy dworzanie uważają, że gziłem się z tą... starą wiedźmą? - Jest purpurowy z wściekłości. - Mam swoją godność.

Penelope wie, że Essex nikogo nie posłucha, i widzi w jego oczach dziki, gorączkowy blask, który zna aż zbyt dobrze. Zastanawia się, co jest gorsze: ta szalona żywiołowość czy studnia czarnej rozpaczy, z której musiała go wydobywać kilka miesięcy temu. Z nim nie ma niczego pośredniego.

- Przestań! - Lettice uderza syna po grzbiecie dłoni. - Jeśli służba usłyszy i rozniesie, że tak mówisz o królowej, stracisz coś więcej niż tylko godność.

- Wybaczyła Leicesterowi, kiedy cię poślubił - przypomina matce Essex. - Sprowadziła go na dwór po kilku miesiącach.

- Ale nie mnie! Ja nadal tam nie bywam. Wciąż wytykają mnie palcami na ulicach jako wilczycę, która przeciwstawiła się królowej.

- Frances Walsingham nie ma królewskiej krwi. Żadne nasze dziecko nie będzie stanowić zagrożenia.

- Ani żadne moje dziecko - prycha Lettice. - To wy macie w żyłach królewską krew. Po ojcu, nie po mnie.

- To nieszczere, mamo. Wszyscy wiemy, skąd pochodzi nasza krew Tudorów.

- Z nieprawego łoża - syczy Lettice, krzywiąc się. - To się nie liczy.

Nadal kłócą się jak rozzłoszczone dzieci. Penelope cieszy się, że odziedziczyła po ojcu zrównoważony temperament. Niektórzy wprawdzie nazywali jej ojca bezwzględnym żołnierzem, ona jednak nigdy nie widziała go z tej strony. Może w niej też skrywa się bezwzględność.

Stado szpaków w nakrapianych opalizujących kaftanikach dziobie ziemię wokół cisu, gwiżdżąc i zająkując się. Penelope obserwuje ich szybkie ruchy. Jej dziecko znów się przesuwa, a ona ponawia modlitwę, żeby to był chłopiec.

- Penelope! - Brat szturcha ją w ramię. - Bujasz w obłokach? Zadałem ci pytanie.

- Przepraszam, zamyśliłam się. - Penelope kolistym ruchem pociera brzuch.

- Dostałaś wiadomość ze Szkocji?

- Nie było jeszcze bezpośredniej odpowiedzi, chociaż wysłałam wiele listów. Bliski Jakubowi skryba dał do zrozumienia, że król nie jest niechętny naszej lojalności, ale też nie jest gotów ryzykować, wyrażając swoje stanowisko na piśmie.

- Tak, z pewnością wywołałoby to błędne wrażenie, gdyby królowa dowiedziała się, że jej szkocki kuzyn ośmielił się ubiegać o jej koronę - mówi Lettice. - Patrzcie, co spotkało jego matkę. - Z grymasem przeciąga ręką po szyi. - Ważne, że nasze intencje zostały zadeklarowane.

- I że nie zostałam aresztowana za zdradę. - Te słowa brzmią nonszalancko, ale Penelope przez wiele miesięcy martwiła się, że jej listy mogły wpaść w niepowołane ręce.

Przez chwilę milczą, a ona nadal obserwuje szpaki. W rzeczywistości zaczęła odkrywać, że ryzyko ma mroczny powab; w niebezpieczeństwie jest coś, co daje jej poczucie, że żyje. Może dlatego mężczyźni wciąż wracają na pole bitwy pomimo dziejących się tam okropności, myśli.

- Ożenię się z Frances Walsingham - oświadcza Essex, nagle powracając do kłótni z matką. - Jestem głową tej rodziny i będę robić, co mi się podoba.

- Dobrze zrobisz, jeśli przykrócisz cugli tej swojej arogancji, mój chłopcze, zanim cię poniesie - upomina go matka. - Uzyskaj pozwolenie królowej, a pobłogosławię to małżeństwo.

- Ona nosi moje dziecko. Dziedzica Essex.

- Na miłość boską! - Lettice ociera czoło przedramieniem. - Jakby sprawy już nie były wystarczająco skomplikowane. - Prycha i odwraca się, żeby wrócić do domu.

- Przesadzasz, Robinie - mówi Penelope. - Postaraj się być dla niej miły.

Essex się uśmiecha. Jest to uśmiech, któremu nie można się oprzeć, jak słońce ukazujące się między chmurami, co przypomina jej, dlaczego tak wiele kobiet uległo urokowi jej brata, łącznie z królową. Zastanawia się, jak będzie sobie z nim radzić nieśmiała Frances Walsingham; jest prawie pewna, że Essex potajemnie romansuje z jedną z dwórek królowej.

- Matkę martwią długi, które zostawił jej Leicester - przypomina bratu.

- Wiem, wiem. Próbowałem poruszyć ten temat z królową, ale... - Essex nie kończy. Oboje doskonale zdają sobie sprawę, że nie mogą oczekiwać, aby królowa okazała Lettice choćby odrobinę łaski, mimo że większość długów Leicestera narosła podczas jego służby dla Elżbiety. - Zamierzam kupić od matki Wanstead.

- Naprawdę? Jak za nie zapłacisz? Nie chcę, żebyś wykorzystywał jej trudne położenie. - Penelope patrzy na niego surowo.

- Za kogo mnie masz? - Wydaje się urażony. - Rodzina na pierwszym miejscu, zawsze.

- Przypuszczam, że jest to sposób na zatrzymanie Wanstead w rodzinie - przyznaje Penelope.

To jej ulubiony dom, miejsce szczęśliwego wytchnienia w towarzystwie matki, pełne miłych wspomnień, schronienie przed mężem. Gdyby mogła o tym decydować, chciałaby dokonać swoich dni w tym domu.

- W przeciwnym razie i tak je straci - zaznacza jej brat.

- Królowa o tym mówiła? - Penelope niemal słyszy tę rozmowę, z Elżbietą owijającą sobie Essexa wokół małego palca.

- Uważa, że byłoby to dla mnie odpowiednie miejsce do przyjmowania zagranicznych gości.

- Och, doprawdy? - Penelope wyobraża sobie, jak sama wędruje po pełnych światła pokojach Wanstead. - Ale tak czy owak, nie stać cię na tę posiadłość.

- Ona zabiera i ona daje - rzuca na to Essex z kolejnym rozbrajającym uśmiechem.

Penelope cieszy się, że widzi go zadowolonego, chociaż nadal przygląda mu się badawczo, szukając oznak czającej się melancholii.

Wstają i spacerują. Po chwili zatrzymują się przy rzece. Dzień jest spokojny, prawie bezwietrzny; słychać okrzyki tłumu z areny dla niedźwiedzi i nawołujących się robotników na budowie za rzeką. Penelope wpatruje się w wodę, pozwalając myślom błądzić, i w jej głowie pojawia się wizerunek Charlesa Blounta. Ostatnio dzieje się to coraz częściej. Poza oczywistymi przymiotami tego mężczyznę cechuje szczera stałość, krzepiąca rozwaga, jakby poważnie zastanawiał się nad każdą swoją wypowiedzią, co niezaprzeczalnie przypomina jej Sidneya.

- Cieszę się, że posłuchałeś mojej rady i zaprzyjaźniłeś się z Blountem.

- Myliłem się co do niego. To dobry człowiek. - Essex obraca się ku niej, patrzy na jej twarz i dostrzega drżenie uśmiechu, którego Penelope nie jest w stanie stłumić. - Lubisz go.

- Lubię każdego mężczyznę, który ma dobre maniery. Poza tym jestem mężatką i noszę dziecko.

Penelope pochyla się, żeby rzucić patyk Sperowi, ale myśli o ubiegłym wieczorze i odwiedzinach Blounta. Rozmawiali o znaczeniu lojalności. "Czasami zdarzają się sytuacje - powiedział z tą swoją powagą - kiedy lojalność każe nam zdradzić nasze zasady moralne". To nią poruszyło, pozwoliło jej dostrzec jego głębię. Czuje wpływ, jaki ten mężczyzna na nią wywiera, czuje fizyczne wrażenie, jakieś niekontrolowane przyciąganie gdzieś w głębi siebie. Czegoś takiego doznała tylko raz. Myśli o jej młodszym wcieleniu tłoczą się w jej głowie i nie może przestać rozpamiętywać, jak bardzo była wtedy odurzona miłością, jakby nie istniało nic ważniejszego na świecie. I jak bardzo różni się od tamtej niedojrzałej dziewczyny, która zakochała się w Sidneyu.

Wrzesień 1590

Zamek Windsor

Cecil słyszy tętent koni wpadających na dziedziniec i kieruje się do prywatnych komnat królowej, skąd jest dobry widok na stajenną bramę. Ma głowę pełną pilnych spraw, a już całe wieki czeka na powrót Elżbiety z polowania, żeby się z nią pożegnać i dołączyć do ojca w Whitehall. We Francji narastają kłopoty, bo królowi Henrykowi udało się zrazić do siebie zarówno katolików, jak i protestantów, co oznacza, że Hiszpanie mogą łatwo zdobyć przyczółek w Normandii. Jest mnóstwo pilnych spraw do omówienia z Burghleyem. Cecil zastanawia się, jak powstrzymać Essexa, by nie zdołał przekonać królowej, żeby wysłała go na czele armii przez kanał La Manche na wsparcie sprawy protestanckiej. Na przekór sobie wciąż ma przed oczami triumfalny powrót hrabiego, który paradował przez Londyn na czele swojego zwycięskiego legionu, z powiewającymi sztandarami, pośród wiwatujących tłumów na ulicach. Ta myśl go jątrzy.

Cecil wciąż czeka na objęcie urzędu sekretarza stanu. Choć od ponad roku pełni obowiązki wiążące się z tym stanowiskiem, traktowany jest jak skryba, niezastąpiony, ale skryba. Może na zewnątrz sprawia wrażenie człowieka sukcesu, lecz w środku skręca go poczucie porażki, którego źródłem jest rozczarowanie ojca; widzi wyrzuty w jego rzucanych z ukosa spojrzeniach i odbierających pewność siebie drobnych komentarzach, które tylko wydają się nieszkodliwe. Tak bardzo pragnie zaimponować ojcu. Zatrzymuje się przed drzwiami komnaty, żeby poprawić ubranie. Sztywna kryza drapie mu szyję, ale rozluźnienie jej jest wykluczone, bo przecież mogłaby się przekrzywić. Wchodzi i słyszy kobiece głosy; na chwilę przystaje, niezauważony, i przesuwa się w cień. Ton rozmawiających brzmi konspiracyjnie, więc Cecil chce oczywiście posłuchać.

- Już widać - mówi jedna naglącym szeptem. - Musisz znaleźć sposób, żeby odejść z dworu.

- Ona nie spuszcza ze mnie oka. Nie uwierzyłabyś, jakich kłamstw musiałam jej naopowiadać, by zwolniła mnie z udziału w polowaniach.

Cecil rozpoznaje głos Frances Walsingham; drugą kobietą jest lady Rich - jej bezpośredniość i melodyjny ton są nie do pomylenia.

Jest zaintrygowany, ponieważ nigdy nie zauważył szczególnej przyjaźni między tymi dwiema kobietami, a już na pewno nic takiego, co sugerowałoby wzajemne zaufanie.

- Musisz jej powiedzieć, że jesteś przybita śmiercią ojca i potrzebujesz trochę samotności, żeby go opłakać. Poproś o pozwolenie na wyjazd do domu matki - radzi lady Rich. - Nie może ci tego odmówić, nie po śmierci twojego ojca.

- Ale to byłoby kłamstwo - mówi Frances. - Poza tym nie mogłabym wykorzystać śmierci ojca do oszukańczych celów.

- Na litość boską, czyż potajemny ślub nie jest o wiele większym kłamstwem?

Cecil czuje, jak jeżą mu się włoski na karku, gdy czeka na dalszy ciąg rozmowy.

- Jeśli udasz się do matki w Barn Elms, możesz po cichu urodzić dziecko. Możemy mówić, że nabawiłaś się jakiejś choroby, że masz zmienne humory. Po kilku tygodniach wrócisz na dwór, a królowa o niczym się nie dowie.

Cecil nie po raz pierwszy zazdrości swojemu przeciwnikowi tego, że ma tak charyzmatyczną siostrę. Myśli o kobiecie, którą poślubił rok temu, pomocnej, żyjącej w tle jego życia, mającej dobre koneksje i zapewniającej mu przychylność swojego ojca, lorda Cobhama, sprzymierzeńca w Tajnej Radzie. Ale żona nie może całkiem ukryć odrazy do jego deformacji ani przyjemności, jaką czerpie z luksusów, które jej zapewnia. Cecil nie przejmuje się tym, bo najważniejsze jest to, żeby dała mu syna, zastanawia się jednak, o ile lepiej radziłby sobie z taką kobietą jak lady Rich u boku.

- Boję się - mówi Frances głosem nabrzmiałym od łez, jakby zaraz miała się rozpłakać.

Cecil odrobinę współczuje tej biednej potulnej dziewczynie - królowa pożre ją żywcem za ten występek. Wspomina, co spotkało Anne Vavasour lata temu, kiedy zaszła w ciążę z Oxfordem; oboje trafili do Tower, a Anne była o wiele twardsza niż to delikatne stworzenie.

- To nie pora na strach, Frances. - Pozbawiona emocji odpowiedź znów jest wyrazem nadzwyczajnego praktycyzmu lady Rich. Podziw Cecila wzrasta. - Mój brat zmierza ku chwale i coś takiego nie może mu stanąć na przeszkodzie.

A więc chodzi o Essexa! Cecil myślał, że tropi królika, ale to nie jest królik, to coś znacznie większego, co najmniej lew. Oto może jest sposób na obalenie przeciwnika - Oxford, kiedy popełnił błąd z Vavasour, na pięć lat popadł w niełaskę. Cecil zaczyna się zastanawiać, co, u licha, Essex widzi w takiej dziewczynie i czy jest w tym coś więcej. Notuje sobie w pamięci, żeby przyjrzeć się niektórym ze swoich informatorów i wybadać, wobec kogo są lojalni; skupi szczególną uwagę na tych, którzy kiedyś mieli powiązania z ojcem Frances. Po śmierci swojego twórcy siatka Walsinghama stała się znacznie mniej niezawodna, wielu szpiegów zapadło się pod ziemię.

- Drogie panie - mówi, wynurzając się z cienia. - Nie sądziłem, że kogoś tu zastanę.

Lady Rich odwraca się spokojnie, z półuśmiechem.

- Dzień dobry, Cecilu. Nie wzięłyśmy udziału w polowaniu. Kiedy twoja droga żona urodzi dziecko, z pewnością zrozumiesz, że potrzeba mniej więcej miesiąca, żeby po porodzie znowu usiąść w siodle.

Uroda lady Rich zawsze go zaskakuje, jakby widział tę kobietę po raz pierwszy. Zdjęła czepek i wcale się nie przejmuje, że jej jasne włosy w nieładzie opadają na ramiona ani że rozpięta kreza odsłoniła bladą falującą pierś, ani że ciemny materiał jej spódnicy jest upstrzony białą psią sierścią. Jej ręce są jednak idealne; mogłyby zostać skradzione z marmurowego posągu, a czarne oczy wpatrują się w niego z niepokojącą badawczością.

- Powinszowania z okazji narodzin dziecka, lady Rich. Powiłaś syna, tak?

Cecil zastanawia się, czy jej komentarz "kiedy twoja droga żona urodzi dziecko" był zawoalowaną krytyką tego, że jego żona jeszcze nie jest brzemienna. Wiele razy myślał o lady Rich podczas spełniania bez entuzjazmu swoich obowiązków małżeńskich. Odrywa od niej wzrok, by spojrzeć na biedną Frances, która, choć dość urodziwa, z przejrzystą skórą i pięknymi okrągłymi szarymi oczami, wygląda jak myszka obok swojej towarzyszki. Dziewczyna wierci się niespokojnie na krześle i skubie rąbek chusteczki, strzępiąc go tak, że na jej kolanach leżą kawałeczki nici.

- Chłopca, tak - potwierdza lady Rich, triumfalnie przechylając głowę. - Nazwaliśmy go Henry.

- Dwóch chłopców. Lord Rich musi być zachwycony po tak długim czasie oczekiwania.

- W istocie. - Znowu przechyla głowę, nie reagując na jego komentarz o latach, jakie musiały upłynąć, zanim dała mężowi dwóch synów. - Napijesz się z nami piwa? - Poklepuje miejsce obok siebie.

Fascynuje go jej opanowanie; nie dostrzega śladu niepokoju, który sugerowałby obawę, że mógł usłyszeć rozmowę, która nagle urwała się po jego przybyciu.

Cecil siada i zwraca się do Frances:

- Przypuszczam, że zostałaś, pani, aby dotrzymać towarzystwa lady Rich.

Frances patrzy na niego z zaskoczeniem w oczach i próbuje sformułować odpowiedź.

- Jest niezdrowa - mówi lady Rich, nalewając miarkę piwa i podając mu kubek. - Frances, może pójdziesz się położyć? Idź do moich komnat, są bardziej prywatne niż twoje.

- Co ci dolega, pani? - Serdeczne słowa brzmią fałszywie w jego ustach.

Lady Rich spogląda ku niemu, lekko kręcąc głową, jakby chciała powiedzieć: "Nie pytaj jej o to", i pomaga dziewczynie podejść do drzwi, gładząc dłonią jej czoło jak matka i coś szepcząc. Gdy Frances wstawała, jej wierzchnia szata lekko się rozchyliła i Cecil wyraźnie zobaczył dowód jej odmiennego stanu. Uznał, że lady Rich ma całkowitą rację: dziewczyna nie będzie mogła dłużej tego ukrywać. Widząc jej kruchość, czuje wyrzuty sumienia na myśl o tym, co zrobi z tą cenną wiedzą - ale tylko przez chwilę. Jeśli on nie ujawni nowiny, zrobi to ktoś inny.

Lady Rich wraca na swoje miejsce.

- Niebawem tu będą. Słyszałam, że polowanie skończyło się jakiś czas temu.

- Tak. - Cecil rozmyśla o planie lady Rich, aby Frances pojechała do domu matki. Dochodzi do wniosku, że jeśli komukolwiek może udać się taki manewr, to tylko jej, i czuje, że powinien się śpieszyć.

Stukot kroków w zewnętrznej komnacie zapowiada przybycie królowej. Wchodzi pod ramię z Essexem. Śmieją się razem, głośno, szeroko, z odchylonymi głowami. Za nimi podąża kilkanaście osób, a wśród nich Blount. Cecil zauważa, że mężczyzna wymienia spojrzenia z lady Rich, i zastanawia się, co to oznacza; zapisuje to spostrzeżenie w swoim wewnętrznym notesie. Myślał, że Blount jest jego człowiekiem, a przynajmniej nie szczędził kilka miesięcy temu starań, żeby go pozyskać, świadom, że Essex nie będzie chciał, aby ten gładysz konkurował z nim o względy królowej. Teraz jednak Cecil wcale nie jest pewny, skąd wiatr wieje - Blount jest człowiekiem, który niechętnie odkrywa karty.

Wszyscy nadal są w strojach myśliwskich; królowa ma ubłocone rąbki spódnic i włosy w nieładzie, a kapelusz zwisa jej z dłoni jak tarcza wojownika. Lata są dla niej łaskawe, a ma ich już pięćdziesiąt siedem - wydaje się pełniejsza życia niż wszyscy pochlebcy razem wzięci, z wyjątkiem Essexa, który tryska energią i poczuciem własnej wartości. Cecil przypomina sobie słowa ojca sprzed lat: "Nigdy nie zbliżaj się do niej ze strachem w sercu. Musisz ją kochać i robić wszystko z miłości do niej". Stały się dla niego wewnętrznym refrenem, ale teraz się nie boi, jest podbudowany swoją tajemną wiedzą i rozkoszuje się myślą o pięciu latach niełaski Essexa.

- Ach, Pigmeju - zwraca się do niego królowa. - Wiesz, dlaczego Essex jest taki szczęśliwy?

Cecil nie cierpi tego przezwiska, uważa bowiem, że lokuje go wśród bestii i osobliwości dworu, czyni go obiektem żartów, chociaż, jak na ironię, inni są zazdrośni o zażyłość, jaką oznacza.

- Nie wątpię, że hrabia jest zachwycony bliskością Waszej Królewskiej Mości.

- Jesteś wzorem pochlebcy, Pigmeju, lecz nie o to chodzi. Obawiam się, że nie pochwalisz tego, podobnie jak twój drogi ojciec. Przyznałam Essexowi koncesję na słodkie wina. - Szczypie Essexa w policzek, jakby był jej ukochanym synem.

Cecil myślał, że zmieniła zdanie w tej sprawie. Nie wspominano o niej od miesięcy. Essex nosi swoje osiągnięcie niczym togę i Cecil czuje, jak jego nienawiść zawiązuje się w bolesny węzeł: nienawiść do tych bujnych atramentowych loków, tych długich zgrabnych kończyn - sprawiających, że sam czuje się przysadzisty i potworny - do jego wyrzeźbionej sylwetki, jakby przynależała do cokołu. Pamięta go jako chłopca z Theobalds; był zupełnie taki sam i choć nigdy nie brał udziału w okrutnych zabawach niektórych chłopaków - w codziennych upokorzeniach - sprawiał wrażenie, jakby był ponad takimi rzeczami, i tylko obserwował, nic nie robiąc. Taka postawa była gorsza niż jawne okrucieństwo - Essex całkowicie go ignorował, jakby Cecil nie istniał w domu własnego ojca.

- Gratulacje, hrabio. - Uśmiech Cecila jest napiętym grymasem.

Lady Rich podeszła, by powitać Elżbietę i brata, i stoją razem, swobodnie jak rodzina. Cecil rozważa pomysł, że królowa ukradła te dwa doskonałe okazy ich rodzonej matce i przywłaszczyła je sobie. Często tak myślał od chwili, gdy jakieś dziewięć lat temu zobaczył debiut Penelope Devereux na dworze. Królowa równie dobrze mogła osadzić ją w pierścieniu jak klejnot i nosić na palcu. Cecil dostrzegał w tym akt zemsty, jakkolwiek subtelny, i z pewnością była to zemsta Elżbiety na kobiecie, która ukradła jej ukochanego faworyta. Ale Cecil wie coś, czego królowa nie chce przyjąć do wiadomości: członkowie rodziny Devereux są sobie bliscy jak karty w talii i zawsze będą nierozerwalnie związani z matką.

- Jestem pewien, że fundusze bardzo się przydadzą, hrabio... - zaczyna Cecil lekkim tonem, jakby wypowiadał zwyczajną uprzejmość, i przebiega go dreszcz, zanim kończy to zdanie - teraz, gdy jesteś żonaty.

Królowej wiotczeje twarz, traci kształt, jakby kości zniknęły spod skóry, ale w jednej chwili Elżbieta odzyskuje zimną krew i zwraca się do swojego faworyta, który pełnym jadu spojrzeniem przeszywa Cecila.

- Może mógłbyś mnie oświecić, Essex - mówi, wymawiając każdą sylabę powoli i wyraźnie, jakby hamowała wściekłość. - Czy Cecil się myli?

W komnacie zapada grobowa cisza.

Lady Rich wydaje się całkowicie nieporuszona.

- Sądzę, że najlepiej będzie, Wasza Królewska Mość, jeśli mój brat wytłumaczy się na osobności.

Cecil jest zdumiony jej odwagą. Nigdy nie słyszał, żeby ktoś - może tylko z wyjątkiem jego ojca, który poważył się na to parę razy - odezwał się niepytany, kiedy królowa jest wściekła.

- Tak - rzuca Elżbieta, kiwając głową w stronę strażników.

Ci na ten znak zaczynają ponaglać wszystkich do wyjścia z komnaty.

- Ja też proszę o pozwolenie, bym mogła się oddalić - mówi lady Rich, opadając w dygnięciu. - To sprawa między Waszą Królewską Mością a moim bratem.

Sprytne, myśli Cecil, pójdzie pewnie ostrzec myszkę, machnie różdżką i wyprawi ją do Barn Elms. Na przekór sobie czuje coraz większy podziw, ale wie, że gdy zajdzie potrzeba, poświęci lady Rich, aby obalić jej brata - będzie musiał to zrobić, gdyż byłaby zbyt potężną przeciwniczką. Odwraca się i idzie za nią do drzwi.

- Zostań, Pigmeju. Chodź, usiądź przy mnie. - Królowa podchodzi do wyściełanego krzesła pod baldachimem, wskazując, żeby zajął miejsce obok niej.

Essex stoi pośrodku komnaty z miną winowajcy i czeka na jej rozkaz, wyglądając bardziej jak czteroletnie dziecko niż dwudziestoczteroletni mężczyzna.

Cecil siada obok królowej, czując się w jakiś sposób wyższy, bardziej proporcjonalnej budowy. Elżbieta wskazuje długim palcem na podłogę przed sobą i Essex powoli się zbliża, by tam uklęknąć.

- Powiedz mi, Pigmeju: kto jest oblubienicą?

Essex skubie rękawiczki.

- To Frances Walsingham, Wasza Królewska Mość, i jest brzemienna.

Elżbieta rozdyma nozdrza, jakby poczuła coś zgniłego.

- Ta dziewczyna blada jak płótno! Czy to prawda? - Wyciąga stopę i szturcha nią Essexa w sam środek piersi, zostawiając ślad na jego dublecie.

Essex lekko kiwa głową, a Cecil ze zdumieniem dostrzega błysk łzy w kąciku jego lewego oka.

Królowa wzdycha niczym niania, gdy dziecko popełni jakieś drobne wykroczenie. Cecil czuje się opuszczony - chciał, żeby pokazała Essexowi całą siłę swojego gniewu, chciał patrzeć, jak hrabia korzy się, błagając o litość, ale jej twarz jest przepełniona współczuciem.

- Wiesz, co to oznacza? - pyta Elżbieta.

Essex ponownie kiwa głową.

- Będziecie musieli odejść. Dziewczyna też. Który to miesiąc?

- Szósty.

Królowa ściąga usta jak rzemyk sakiewkę.

- Nie zobaczę się z nią. Masz jej powiedzieć, że nie jest już mile widziana w mojej obecności... na zawsze. A co do ciebie... cóż, zobaczymy. Rozumiesz?

Jej gniew nadal jest zbyt stłumiony, by Cecil mógł poczuć prawdziwą satysfakcję.

Essex po raz kolejny kiwa głową.

- Proszę, powiedz mi, że nie utraciłem twojej miłości - mamrocze. - Moje uwielbienie dla ciebie jest tak wielkie, że nie znajduję sposobu, by je wyrazić. Miłość wiąże mi język... Wolałbym umrzeć...

Jest lepszym aktorem niż sam mistrz Szekspir, myśli Cecil.

Królowa w odpowiedzi rzuca tylko cicho:

- Odejdź.

Cecil ledwie może uwierzyć, że wzruszyło ją to sztuczne przedstawienie, a zarazem czuje wzbierającą zazdrość, bo chciałby mieć taki dar ekspresji. Ale takie słowa nie pasują do zdeformowanego stworzenia, którym jest.

Essex wstaje i ze spuszczonym wzrokiem powoli wycofuje się z pokoju.

Triumf Cecila wydaje się mały. Gdy drzwi się zamykają, królowa chowa twarz w dłoniach i siedzi przez jakiś czas bez ruchu.

Wreszcie unosi głowę.

- Pigmeju, bądź tak miły i nalej mi kubek wina. - Gdy Cecil idzie do stołu, dodaje: - Rozwodnionego, jak lubię. Wiesz, jakie lubię, prawda?

- Tak, Wasza Królewska Mość, trzy części wody, jedna część wina.

Podaje jej kubek. Królowa sączy ostrożnie.

- Spośród wszystkich dziewcząt mój wspaniały chłopiec wybrał tę nudną istotkę - szepcze. Po chwili prostuje się i odchyla ramiona. - Pigmeju, mamy sprawy do załatwienia, Anglia sama się nie pokieruje.

Jest tak, jakby nic się nie wydarzyło.

Listopad 1590

Whitehall

Penelope siedzi obok Cecila w towarzystwie królowej i patrzy na dziedziniec turniejowy. Czuje na sobie ukośne spojrzenie Cecila. Ten starannie składa chusteczkę, wyrównując jej brzegi, zanim wsuwa ją w mankiet, po czym strzepuje niewidzialny pyłek z dubletu. Penelope ma ukryty pod bawetem list ze Szkocji i czuje dreszczyk emocji na myśl, że Cecil, który jest przekonany, że wie wszystko, o tym nie ma najmniejszego pojęcia. Trybuny wypełnione są po brzegi. Dwanaście tysięcy dusz przybyłych z odległości wielu mil zapłaciło za oglądanie, jak najlepsi angielscy jeźdźcy ścierają się w szrankach. Wydaje się, że z roku na rok ten turniej, urządzany z okazji dnia wstąpienia królowej na tron, nabiera coraz większej wagi; Penelope przypomina sobie, ile razy tu siedziała, słuchając bębnów i trąbek, ryku tłumów i tętentu kopyt, a także gromkich oklasków, gdy jeden czy drugi hrabia stawał przed królową, aby zadeklamować swój utwór. Słucha gwaru, gdy ludzie powtarzają dewizy wojowników, i zastanawia się nad ich ukrytym znaczeniem i nad tym, czyje faworki mogą mieć utknięte w napierśnikach.

Od tygodni w Leicester House mówiono tylko o tym widowisku, a jej brat wymyślał coraz bardziej fantastyczne plany, aby zyskać pewność, że jego występ będzie na ustach wszystkich. Pojawiły się już sygnały, że królowa jest gotowa wybaczyć mu małżeństwo; wysłała wiadomość, że spodziewa się jego udziału w turnieju, i były też inne dobre znaki. Essex powiedział, że niedługo wróci do łask, i wygląda na to, że miał rację. Ale Penelope wie, że to do kobiet królowa żywi najgłębszą antypatię, i sama ma teraz matkę, siostrę i bratową na wygnaniu. Nie dopuszcza do siebie myśli o własnym upadku, chociaż taka możliwość bezustannie czyha. Wystarczyłby jeden błąd, przejęzyczenie, przechwycony list. Przechodzi ją dreszcz.

- Czy jest ci dość ciepło, lady Rich? - pyta Cecil z taką miną, jakby chciał ją ugryźć.

Starania jej brata o odzyskanie przychylności królowej oznaczają, że w domu trwały intensywne przygotowania do tego dnia: napisano, przeczytano, przejrzano i przepisano tuzin wierszy, a potem się ich nauczono; płatnerz wykuł nowy pancerz do potyczek; Essex spędził wiele godzin na padoku, wypróbowując nową karą klacz. Lettice zwerbowała wszystkie kobiety do szycia chorągwi i haftowania szarf - i całe tygodnie siedziały w wielkiej komnacie z igłami.

Zbiorowe westchnienie niesie się nad tłumem, gdy jeden z wujów Penelope, Knollys, omal nie zostaje wysadzony z siodła przez swojego brata. Niepocieszony odjeżdża kłusem, rzucając złamaną kopię na ziemię, co sprawia, że tłum buczy i skanduje: "Nie umie przegrywać", podczas gdy jego brat wykonuje honorowe okrążenie, nagradzany entuzjastycznymi oklaskami.

- Szranki są dziś pełne twoich krewnych, lady Rich - odzywa się Cecil. - Naliczyłem już czterech twych wujów i kilku kuzynów.

- I mój brat jest następny.

- W istocie. - Jego ton brzmi oschle.

- Królowa osobiście poprosiła o jego przybycie. - Penelope kładzie nacisk na drugie słowo, doskonale zdając sobie sprawę, że Cecil na pewno o tym wie, ale przypomnienie mu tego faktu sprawia jej przyjemność.

Cecil nagle zmienia temat.

- Podczas turnieju zawsze mam w głowie Sidneya.

- Sądzę, że mówisz w imieniu wszystkich.

Penelope zastanawia się, czy Cecil prowadzi podobną grę co ona: umyślnie mówi o Sidneyu, aby wytrącić ją z równowagi lub sprawić, by myślała, że on wie więcej, niż ujawnia. Posyła mu nijaki uśmiech.

- Od tamtej pory nikomu nie udało się ucieleśnić rycerskich cnót naszego poety wojownika.

Jest wdzięczna za ryk fanfar, który ucisza tłumy, bo nie chce wdawać się z Cecilem w dyskusję o Sidneyu. Sidney zamieszkuje najdalsze zakątki jej duszy - zawsze tam jest. Chciałaby zapytać Cecila, co kogoś takiego jak on, człowieka polityki i podejrzanych negocjacji, może obchodzić rycerskość.

- Ach, spójrz, mój brat! - wykrzykuje, gdy wyprostowany Essex wjeżdża rydwanem niczym cesarz Rzymu.

Wybucha aplauz, ludzie krzyczą i tupią, aż trzęsą się trybuny. Nową zbroję Essex ma przyczernioną, co podkreśla jego atletyczną sylwetkę, rydwan jest pomalowany na czarno, konie są czarne jak węgiel, a smoliste strusie pióra unoszą się z ich uzd niczym pióropusze dymu. Jego ludzie wjeżdżają za nim z czarnymi szarfami i ich wierzchowce mają pogrzebowe kropierze. Jest tu również Wat; to jego pierwszy występ na prawdziwym turnieju. Gdy przejeżdża blisko trybuny, Penelope śle mu buziaka, a on dokłada starań, żeby się nie uśmiechnąć i nie zepsuć aury wojownika, którą chce roztaczać. Serce puchnie jej z dumy, gdy patrzy, jak jej młodszy brat, teraz młody mężczyzna, dziewiętnastoletni i już zaręczony, paraduje przed królową. Zaproponowała mu Słodką na tę okazję, wiedząc, że na niej będzie prezentować się nader elegancko, a także dlatego, że klacz nie jest płochliwa i nie sprawi mu kłopotów.

Essex rośnie, słysząc oklaski. Nawet pogoda odgrywa swoją rolę, ponieważ nagle, jakby znikąd, zebrały się nad nimi posępne listopadowe chmury. Żałobny dźwięk trąbki ucisza tłum, gdy Essex zatrzymuje się przed królową. Za nim dwaj jego ludzie rozwijają sztandar z wyhaftowanym słowem DOLEO. Penelope sama pomagała je wyszywać.

- Doleo, boleję. Opłakuje Sidneya! - krzyczy ktoś z tyłu.

- Podobnie jak my wszyscy! - woła ktoś inny.

- Mylicie się - mówi królowa, odwracając się w ich stronę. - Essex opłakuje utratę mojej łaski.

- Będzie musiał przywdziać żałobę - rzuca Cecil pod nosem.

Penelope dobrze widzi, że królowa jest rozbawiona tym epizodem i ukrywa uśmiech za pierzastym wachlarzem - co powiększa nadzieje na rychły powrót Essexa do prywatnych komnat Elżbiety. Jaki pożytek z jej cichego szukania sojuszników, kiedy ród Devereux nie ma symbolicznego przywódcy, do którego mogliby dołączyć?

Essex zdejmuje hełm z głowy i gnie się w głębokim ukłonie. Jego ciemne loki najpierw opadają ku ziemi, a gdy się prostuje, wzlatują ku niebu i wracają na miejsce. Penelope myśli, że jeśli brat znowu straci przychylność królowej, zawsze może znaleźć pracę na scenie. Trybuna skrzypi, gdy tłum pochyla się, żeby posłuchać, jak hrabia recytuje swoje kwestie.

- Wszyscy jesteśmy zachwyceni hojnością Jej Królewskiej Mości - mówi cicho Penelope do Cecila.

Czekała na tę chwilę; w istocie usiadła obok niego specjalnie po to, żeby przekazać mu tę nowinę.

- Hojnością? - pyta Cecil. - Jaką hojnością?

Kilka osób ucisza go gniewnymi syknięciami.

- Nie wiesz? - szepcze Penelope, delektując się chwilą, obserwując, jak mężczyzna obok niej ściska ręce, jakby wyżymał z nich wodę.

- Zamieniam się w słuch - syczy Cecil.

- Czyżby królowa jeszcze ci nie powiedziała, że zamierza podarować mu Leicester House?

- Oczywiście, wiem o tym.

Penelope mogłaby się założyć, że kłamie.

- Essex House brzmi miło, prawda? - mówi. - I wszyscy będziemy sąsiadami. Twój londyński dom jest niedaleko?

- Owszem. - Cecil zaciska zęby, bieleją mu knykcie.

- Ale oczywiście nie stoi nad rzeką, prawda? Szkoda, bo widoki są zachwycające. - Penelope przekręca ostrze w ranie, nie mogąc się powstrzymać.

- To ja zasugerowałem, żeby hrabia zachował Leicester House. - Cecil ucieka wzrokiem w bok, unikając jej spojrzenia.

- Jak na kogoś tak dobrze znanego ze szpiegostwa, nie jesteś zbyt dobry w kłamaniu - zauważa Penelope z uśmiechem.

Rzadko się zdarza, żeby Cecil dowiadywał się o czymś jako ostatni, i całkiem możliwe, że królowa trzymała go w nieświadomości z rozmysłem, aby utrzeć mu nosa. Stosuje taką taktykę, by przypominać swoim akolitom, gdzie jest ich miejsce.

- Proponuję, żebyś skarcił twoich donosicieli za brak wiedzy o tej sprawie. Czy nie płacisz im za to, by informowali cię o wszystkim? - Penelope widzi, jak czerwienieją mu koniuszki uszu.

- Wiem więcej, niż myślisz, lady Rich.

Penelope zaciska usta, żeby zdusić uśmieszek. On się plącze, ona zaś cieszy się tą chwilą bardziej, niż sobie wyobrażała, i jej radość rośnie, gdy słyszy, jak królowa mówi coś o "powrocie syna marnotrawnego". Nie mogłoby być lepiej.

- Syna marnotrawnego - powtarza ktoś z tyłu.

Cecil odwraca się i obrzuca go pełną siłą swojego jadowitego spojrzenia. Słowa przechodzą z ust do ust, aż któryś z widzów podnosi się, rzuca czapkę w powietrze i krzyczy: "Syn marnotrawny!", i zaraz potężny okrzyk wzbija się niczym eksplozja.

Cecil wstaje i niezgrabnie, poruszając się bokiem jak krab, przeciska się wzdłuż rzędu widzów.

- Pilna sprawa do załatwienia - bąka.

- Cecil, dokąd się wymykasz?! - woła królowa. - Nie chcesz oglądać, jak Essex kruszy kopie? Na litość boską, siadaj. - Podchwytując spojrzenie Penelope, dodaje: - Czyż twój brat nie jest cudowny?

Cecil cofa się, pokonany opada na swoje miejsce i ponuro patrzy, jak Essex roznosi każdego przeciwnika, szarżując brawurowo, jakby uważał się za nieśmiertelnego.

Penelope oddycha z ulgą, gdy jej brat opuszcza szranki cały i zdrowy. Z drugiej strony wjeżdża ostatnia para jeźdźców i serce jej zamiera, bo oto on, w wypolerowanej do połysku zbroi, w barwach niebieskich i złotych, na srebrzystym siwku, który z zapałem potrząsa łbem.

- Sidney - szepcze.

Nagle czas się kurczy i niesie ją w przeszłość, do dnia, kiedy Sidney jechał w szranki w tych samych barwach. Nosił dewizę SPERAVI, przekreśloną na znak zniweczonych nadziei. Języki poszły w ruch, gdy zastanawiano się, do czego się to odnosi: do utraconego dziedzictwa, do tytułu, którego mu nie zaoferowano, do niedosięgłej łaski królowej. Ale tylko Penelope wiedziała, co naprawdę rozumiał przez to słowo, i wspominając to, czuje pustkę w sercu.

- Oszczędź nam kolejnego hołdu dla Sidneya. - To Cecil, wciąż plujący żółcią.

Penelope wraca do teraźniejszości. Jeźdźcy zrobili okrążenie i zatrzymali się przed trybuną królewską, ale ona ma zasłonięty widok i nie widzi, kto nosi barwy Sidneya, chociaż sztandar, który jego ludzie niosą między sobą na tyczkach, jest dostatecznie wyraźny: DUM SPIRO, SPERO.

- Póki oddycham, nie tracę nadziei - mówi głośno, zdając sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy słyszy własne słowa.

- Jeśli Blount ma nadzieję na jakiś ważny urząd, to moim zdaniem powinien być bardziej subtelny - komentuje Cecil. - Hołd dla Sidneya. Mało oryginalne. Nadmierna popularność Sidneya zawsze była dla mnie przekleństwem. Oczywiście śmierć na polu bitwy jest miłym rycerskim gestem.

Penelope hamuje się całą siłą woli, żeby go nie spoliczkować. Oddycha głęboko, skupiając uwagę na placu i pełnym uznania ryku tłumu. Gdy patrzy na Blounta, spływa na nią, powoli i słodko jak miód płynący w dół przełyku, zrozumienie. Dum spiro, spero: to dla niej. Wiele razy odbierała hołdy młodych mężczyzn; to wszystko jest częścią rytuału. Ale ta dewiza jest inna, bardziej osobista.

Jej głowę wypełnia nagle wspomnienie chwili sprzed dwóch dni, pocałunku, który pojawił się znikąd. Stało się to w domu jej brata, w wąskim korytarzu łączącym starą część siedziby z nową. Przyzwyczaiła się do widywania Blounta w Essex House, bo jego przyjaźń z jej bratem kwitła i często ostentacyjnie ją adorował. Przypuszczała, że zachowanie Blounta ma więcej wspólnego z demonstrowaniem przynależności do kręgu jej brata niż z osobistymi pragnieniami. Oczywiście fantazjowała czasami o takich osobistych pragnieniach, a może nawet miała na nie nadzieję. Blount bezsprzecznie coraz bardziej zaprzątał jej myśli, w niewymuszony sposób, w jaki każdy urodziwy mężczyzna może od czasu do czasu przeniknąć do umysłu kobiety. Ale dopiero wtedy, w tym ciasnym korytarzu, coś z tych fantazji stało się realne.

To, co się zdarzyło, wymyka się wyjaśnieniom. Był to moment nagłej intymności - stali oddaleni może o stopę, żadne się nie poruszało, tylko patrzyli na siebie z intensywnością, która rozpaliła jej wnętrze. Nie rozumiejąc, jak do tego doszło, znalazła się w jego ramionach i szorstki zarost drapał jej podbródek, gdy ich wargi się połączyły, jej język badał wnętrze jego ust i czuła, że jej ciało się roztapia. Przeszkodził im kapelan, który akurat zjawił się w korytarzu. Blount ukrył się za gobelinem, a ona, wciąż płonąca z zaskoczenia tą namiętną chwilą, zdusiła śmiech i pochyliła się, udając, że szuka upuszczonej błyskotki; kapelan padł na kolana i na czworakach szukał razem z nią.

Gdy na powrót została sama z Blountem, znów się pocałowali, tym razem powoli.

- Usycham - wymruczał.

- Z pragnienia? - zażartowała.

- Tak. Pragnę ciebie.

Sama czuła się jak usychająca roślina, która w końcu została podlana i odżywała, wypuszczając pełne nadziei pędy, soczyście zielone i nowe.

Z westchnieniem wraca do chwili obecnej i prostuje się na krześle.

- To Blount, prawda? Nie rozpoznałam go - mówi do Cecila. - Wnosząc po tytule, zasiada w Tajnej Radzie? - dodaje z odpowiednią dawką sarkazmu.

Cecil dalej zjadliwie rozprawia o płytkich, ale urodziwych dworzanach, którzy wkradają się w łaski królowej. Penelope nie słucha, bo nagle stała się świadoma, jak wygląda jej życie, jakby padło na nie światło, ujawniając jego kontury. Gdy patrzy, jak Blount galopuje w szrankach ku swojemu przeciwnikowi, odnosi wrażenie, że czas się cofnął, że widzi Sidneya na jego rtęciowym rumaku, i dwaj mężczyźni nierozerwalnie splatają się w jej umyśle. Wtedy coś sobie uzmysławia: los daje jej drugą szansę na szczęście.

Po turnieju idzie do stajni. Zastaje tam brata, wciąż w zbroi, z Meyrickiem i grupą innych mężczyzn. Wszyscy śmieją się i z ożywieniem wznoszą toasty, przekazując sobie dzbanek.

- Ach! Moja piękna siostra - wita ją Essex. - Co cię sprowadza z twojej złotej wieży? - Bije od niego zaraźliwa euforia.

- Przyszłam pogratulować ci występu, Robinie. Wypadłeś urzekająco.

- Królowa była zadowolona, prawda?

Penelope przypomina sobie małego chłopca, którym kiedyś był jej brat, wiecznie szukającego aprobaty.

- Nie ma co do tego wątpliwości. Była zachwycona.

- Proszę - odzywa się Meyrick, podsuwając jej dzbanek. - Dołączysz do nas w toaście, pani? - Krzepki i rosły, wydaje się brutalny, ale uśmiech go odmienia, jak teraz.

Penelope cieszy się, że jej brat ma wokół siebie takich lojalnych ludzi. Nie spuszczają z niej oka, przekonani, że odrzuci propozycję, nie zniży się do tego, by pić z glinianego dzbanka z gromadą hałaśliwych mężczyzn. Właśnie dlatego bierze naczynie.

- Za co piję? Śmierć hańbie!

- Śmierć hańbie! - Mężczyźni chórem powtarzają jej słowa, a gdy ona oburącz podnosi dzbanek do ust i wypija łyk, krzyczą na wiwat.

Trunek pali ją w gardle, więc Penelope prycha i kaszle, a potem się śmieje.

- U licha, co to za mikstura? - pyta, odzyskując oddech.

- Jestem pewien, że piłaś gorsze rzeczy w komnacie panien - mówi Essex.

- A ty oczywiście wiesz, co się tam dzieje, skoro spędzasz tyle czasu w ich towarzystwie.

Jej słowa wywołują nową falę śmiechu.

Przejeżdża wóz pełen zarżniętych zwierząt. Są przykryte płachtą, ale krew się przez nią przesączyła i całość przywodzi na myśl taczkę kata.

- Za ucztę - odzywa się Meyrick. - Wieczorem nieźle sobie podjemy.

- Jeśli nie wypijesz za dużo tej trucizny. - Penelope wskazuje dzbanek. - Inaczej będziesz spać pod stołem i obudzisz się z pękającą głową. A teraz, panowie, muszę się z wami pożegnać. - Uśmiecha się i odwraca do wyjścia.

- Dokąd idziesz? Komnaty królowej są w innym kierunku - mówi Essex.

- Muszę zabrać Spera. Zostawiłam go ze stajennym. - Kłamstewko spływa gładko z jej ust i nikt nie ma żadnych zastrzeżeń.

Przyjemnie kręci jej się w głowie od trunku, gdy wchodzi do zachodniej części stajni, obok sadu. Staje jej w pamięci spotkanie z Sidneyem - ta przeklęta fretka! - w dniu, kiedy dowiedziała się o swoich zaręczynach. Wtedy też było po turnieju. Ten fakt zwraca jej uwagę na dziwną symetrię życia, na to, że wydarzenia powtarzają się, choć ich otoczka jest inna. Wówczas była wiosna i sady kwitły; teraz ziemia jest zasłana opadłymi jabłkami i w powietrzu unosi się silny zapach gnijących owoców. Budynek też nie jest ten sam; dopiero po chwili Penelope uświadamia sobie, że stare stajnie zostały zburzone jakieś pięć lat temu i na ich miejscu wybudowano nowe. Jednak wewnątrz woń łajna wcale się nie zmieniła - przypomina jej tamtą chwilę. "Muszę cię znowu zobaczyć", powiedział. Była wtedy zielona jak młode pędy... ale już taka nie jest.

- Możesz mi powiedzieć, gdzie znajdę sir Charlesa Blounta? - pyta przechodzącego stajennego.

Gdy go znajduje, stoi plecami do niej, zajęty szczotkowaniem konia. Penelope przystaje w drzwiach i patrzy, jak poruszają się mięśnie jego ramion, jak jego ciemne włosy skręcają się w loki na karku. Blount pogwizduje i od czasu do czasu szepcze coś do konia, który odpowiada cichym rżeniem.

- Czy nie powinien tego robić twój stajenny? - pyta Penelope.

Widzi, że oczy Blounta są szeroko otwarte ze zdziwienia, gdy ten się odwraca, i zachwytu, jak ma nadzieję. Przykładając palec do ust, Penelope wchodzi, rygluje drzwi, po czym odpina czepek i pozwala mu się zsunąć na pokrytą słomą ziemię.

Podchodzi do Blounta, sięga pod jego koszulę, ściąga mu ją przez głowę, przytula twarz do jego piersi i wdycha zapach. Czuje ziemisty aromat roztartej w palcach szałwii. Obraca się, żeby mógł rozsznurować jej suknię.

Sztywne warstwy odzieży opadają z niej sztuka po sztuce, aż zostaje w samej koszuli. Badają swoje ciała rękami, jak niewidomi. Wiele razy wyobrażała sobie taki dotyk mężczyzny, ale nie jest przygotowana na intensywność narastającego w niej uczucia osłodzonego grzechem. Ich oddech się pogłębia, wpadają we wspólny rytm. Czas zwolnił, a świat na zewnątrz zniknął.

Maj 1591

Theobalds, hrabstwo Hertford

Cecil czuje się głupio w przyodziewku pustelnika; gruby habit jest za ciężki na upały wczesnego lata, a poza tym wlecze się po ziemi. Pomimo jego protestów Burghley nalegał na ten strój. Cecil czuje, że to oznacza, iż ojciec jest nim rozczarowany. Niedorzeczny kostium to element zaplanowanych przez Burghleya ogrodowych rozrywek z okazji wizyty królowej - pustelnik w swojej grocie reprezentuje pokorę, a także ma złagodzić fakt, że Burghley zbyt dużo czasu spędza poza dworem, ukryty tutaj, w Theobalds, na co Elżbieta często narzeka. Wybuchła śmiechem na widok Cecila - śmiała się z niego, nie z nim - gdy pojawił się w wejściu do groty i jąkając się nieco, zaczął deklamować wiersz.

- Och, Pigmeju. Nie nawykłeś do występów, prawda? - powiedziała, ocierając oczy, jakby oglądała ludzi lorda Strange'a, odgrywających jedną ze swoich najlepszych komedii.

Chichocząc bez śladu humoru, myślał tylko o tym, że Essex nigdy nie zniżyłby się do wystąpienia w roli pustelnika, cóż dopiero komediowego pustelnika.

- Chodź ze mną - rzuca królowa. - Pokażesz mi ogród swojego ojca.

To sztuczka: Cecil będzie spacerować z nią po ogrodach, mając nadzieję, że każdy ujawniający się ogrodniczy symbol ugruntuje ją w przekonaniu o jego wierności i o tym, iż nadaje się do objęcia wysokiego urzędu, który wciąż go omija. Jakże on nienawidzi tych dworskich gier. Zatrzymują się przed labiryntem obsadzonym kwiatami i ogrodnik wyjaśnia, że każdy z dziewięciu gatunków kwiatów to symbol jednej z muz, po czym wskazuje podobiznę królowej w centrum kompozycji, gdzie rośliny oplatają się wokół ukrytego drucianego szkieletu, tworząc kwiatowy posąg, na pozór przypadkowo.

- To wszystko dla mnie? - pyta Elżbieta, jakby nikt nigdy nie zasadził dla niej choćby jednej stokrotki.

Cecil myśli, że w tym habicie zaraz zemdleje z gorąca, i przykłada dłoń do smukłego pnia wiśni, by nie stracić równowagi. Później podchodzą do pergoli. Ogrodnik z dumą prezentuje rozmaite szczepy róży szkockiej, które rosną między drzewami, wskazując jasne kwiaty, jedne białe, drugie bladoróżowe, jeszcze inne głęboko rumiane, prawie szkarłatne. Zrywa taką, której zewnętrzne płatki są szkarłatne, a środek jest biały.

- To róża Tudorów - mówi królowa, obracając ją w palcach.

- Powiadają, że jej korzenie sięgają tak głęboko w ziemię, że nawet ostry upał hiszpańskiego słońca nie jest w stanie jej spalić - recytuje Cecil zgodnie z przykazaniem ojca.

- Nawiązujesz do naszego wielkiego triumfu nad hiszpańską armadą, jak mniemam.

- Tak, Wasza Królewska Mość.

- Bardzo mi się to podoba. - Elżbieta uśmiecha się do niego i dziękuje ogrodnikowi. Ten natychmiast znika, a oni idą w kierunku jeziora, gdzie na powierzchni kołysze się miniaturowa flota galeonów. - Wysyłam Essexa do Normandii - mówi królowa, w roztargnieniu skubiąc płatki róży, które opadają na ziemię.

Cecil z trudem skrywa rozdrażnienie, bo według niego to nagroda: Essex od miesięcy próbuje poprowadzić armię do Francji. Ale też zastanawia się, czy nie będzie dobrze, jeśli Essex zniknie na jakiś czas. Chociaż jeśli okryje się wojenną chwałą, jego popularność przejdzie wszelkie wyobrażenia. Już jest popularny bardziej, niż Cecil uważał to za możliwe - nie rozumie, dlaczego lud tak uwielbia Essexa. Co gorsza, królowa stwarza pozory, że mu odmawia, lecz w końcu zawsze ustępuje. Zrobiła to ze słodkimi winami, z Leicester House, a teraz z Francją. Essex błagał, żeby go tam wysłać; opisał zagrożenie, jakie katolicka Hiszpania stanowi dla podzielonej Francji. Jego mowa była okraszona fantazyjnymi upiększeniami.

- Twoja wielka i chwalebna klęska zadana armadzie, Wasza Królewska Mość - powiedział, klęcząc jak suplikant i jednocześnie żywo gestykulując - sprawiła, że Hiszpanie są wściekli jak osy. Trzeba ich pohamować, bo jeśli zdobędą przyczółek we Francji, tylko krok będzie ich dzielić od naszych brzegów. - I przytoczył wszystkie stare koszmarne opowieści, które rodziły strach przed spodziewaną hiszpańską inwazją, mówiące o tym, co wróg zrobi angielskim dziewczętom, jeśli kiedyś stanie na naszej ziemi.

- Już wysłałam siły na pomoc Henrykowi z Francji.

- Ale katolicy odnoszą coraz większe sukcesy. Błagam, pozwól mi wyruszyć...

Przerwała te prośby hrabiego.

- Nie mam funduszy, aby wesprzeć wojnę na wielką skalę we Francji. Odmawiam.

Cecil tam był, słyszał to na własne uszy, a nie był to jedyny raz. Essex w odpowiedzi udał się na samowolne wygnanie na wieś w Wanstead i nie wrócił, dopóki królowa nie zmieniła zdania. Cecil nie rozumie, jak takie infantylne zachowanie u dorosłego mężczyzny - całe to dopraszanie się i dąsy - może okazywać się skuteczne.

- Po raz pierwszy obejmie dowodzenie - kontynuuje królowa, zatrzymując się obok rzędu naparstnic z fioletowymi dzwonkami, wokół których brzęczą pszczoły.

Może Essex zginie, myśli Cecil. Wiedział, na co się zanosi; chłopiec z kuchni Essexa za szylinga przekazuje mu skrawki informacji. Żona Essexa znów jest w ciąży - jeden szyling; lady Rich zadaje się z Blountem - dwa szylingi; lord Rich o tym wie i nic nie mówi - trzy szylingi; Essex wysłał wiadomość, by zebrać ludzi i konie na ekspedycję do Francji - cztery szylingi. Chłopak wkrótce będzie dość bogaty, by kupić sobie tytuł szlachecki. Cecil zaczął się zastanawiać, czy nie zmyśla, czy nie należałoby zaplanować jakiegoś sprawdzianu, żeby zweryfikować jego prawdomówność, ale teraz, gdy królowa potwierdziła tę ostatnią informację, wszystko inne wydało się nagle całkiem możliwe.

- Mam nadzieję, że nic mu się nie stanie, Wasza Królewska Mość. Bo ta jego żona znowu jest źrebna.

- Nie próbuj mnie irytować, Pigmeju. Już wiem, że Frances jest przy nadziei. Sam Essex mi o tym powiedział.

Królowa idzie do wmurowanej w ścianę kamiennej fontanny, podnosi jeden z ustawionych obok kubków i go napełnia. Dwóch strażników wyrasta jak spod ziemi, jeden wyjmuje z jej ręki naczynie i z wahaniem wypija zawartość. Wszyscy czekają, jakby czas się zatrzymał, obserwując mężczyznę, czy nie ma oznak działania trucizny. Cecil jest wdzięczny, że nie został wezwany do tego zadania. To jest coś, co mógłby zrobić Essex: wyrwać jej kubek, wypić zawartość i oblizać usta, co skłoniłoby ją do jakiegoś komentarza w rodzaju: "Oddałbyś za mnie życie?". W końcu strażnik kiwa głową i napełnia dla niej nowy kubek, po czym wraz ze swoim towarzyszem usuwa się z pola widzenia. Królowa upija łyk.

- Wino? Ha! Cóż za fantazja!

Cecil zastanawia się, jak Essex powiadomił ją o ciąży, skoro nie było go na dworze. Musiał być jakiś list, który umknął jego oczom. Łaknący szylingów chłopak najwyraźniej nie wykonuje swojej pracy należycie. Cecil wspomina słowa ojca: "Kropla drąży skałę nie siłą, ale częstym spadaniem", i powtarza je w głowie, żeby się uspokoić. Myśli o swoim synu w kołysce, upragnionym synu, urodzonym po kilku poronieniach, które sprawiły, że poczuł niechęć do żony. Pierwszym dzieckiem Essexa był chłopiec, tak po prostu, a teraz ma kolejnego w drodze. Jakże wszystko mu łatwo przychodzi. Nienawiść Cecila do tego człowieka jest tak wielka, że czasami się zastanawia, czy nie wstąpił w niego demon. Słyszy głos ojca: "Nie rób sobie z niego wroga".

Te myśli muszą się odbijać na jego twarzy, bo królowa pyta:

- Jesteś przygnębiony, Pigmeju? - Podaje mu kubek, najwyraźniej rozbawiona wejściem w rolę służącej.

Cecil wypija wino jednym haustem, by ugasić pragnienie, i natychmiast tego żałuje, ponieważ jest mocne i przyprawia go o lekki zawrót głowy. Przeciąga dłonią po czole, żeby otrzeć pot.

- Nie, Wasza Królewska Mość, nie mógłbym być przygnębiony, gdy jestem przy tobie.

- Mam taką nadzieję, bo jeśli jest inaczej, to zmienię zdanie na temat zaprzysiężenia cię na członka Tajnej Rady.

- Tajnej Rady? - Cecil czuje trzepotanie w klatce piersiowej.

- Zapewne tego oczekiwałeś.

- Nigdy niczego nie oczekuję, Wasza Królewska Mość. Służę ci wyłącznie z miłości.

- Twój ojciec nie młodnieje, a ja potrzebuję ludzi o bystrych umysłach, żeby mi doradzali. Bystrych młodych umysłów i ludzi, którym ufam. Nikomu nie ufam bardziej niż twojemu ojcu i spodziewam się, że będziesz mu równy.

Cecil myśli o tej kropli wody powoli drążącej bariery na drodze do sukcesu i wyobraża sobie, jak przekazuje nowinę ojcu - jego rozczarowanie wreszcie przeminie. Żaden mężczyzna w wieku poniżej dwudziestu ośmiu lat nie pełnił tego urzędu, sprawdził to.

- Służenie ci, Wasza Królewska Mość, jest i zawsze będzie celem mojego życia, jak było celem życia mojego ojca. My, Cecilowie, jesteśmy dumni z naszej wiernej służby koronie.

- I nie zostaliście źle za to wynagrodzeni. - Królowa gestem ogarnia wspaniałe ogrody i daleki dom, którego okna migoczą w słońcu.

- Doprawdy, Wasza Królewska Mość, twoja hojność jest niezrównana.

- Oczywiście otrzymasz tytuł szlachecki. Masz ochotę tytułować się sir Robertem Cecilem?

- Brakuje mi słów. - Ciepło promieniujące z głębi jego piersi sprawia, że w tej chwili czuje się wysoki i foremny. Królowa z serdecznym uśmiechem poklepuje wierzch jego ręki, a on, ośmielony tym czułym gestem, jeszcze raz porusza swoją sprawę. - Wasza Królewska Mość, czy wolno mi coś zasugerować odnośnie do kwestii francuskiej?

- Mów śmiało. - Elżbieta ma pobłażliwy wyraz twarzy, jak ktoś, kto pozwala swojemu ulubionemu zwierzakowi usiąść sobie na kolanach.

- Możemy zbadać grunt, aby zobaczyć, czy Hiszpanie są otwarci na jakieś porozumienie... traktat.

- Wiem, że przedkładasz dyplomację nad wojnę, ale sądzę, że w tym przypadku się mylisz. Czego chcą od nas Hiszpanie? Uważają mnie za heretyczkę bez prawa do mojego tronu. Odkąd pamiętam, wysyłali zabójców na moje brzegi, wiesz o tym, Cecilu, i trzy lata temu ponieśli z moich rąk druzgocącą klęskę. Essex ma rację: są mściwymi osami i będą nas żądlić, zamiast pertraktować. Dla naszego bezpieczeństwa konieczne jest, aby Henryk władał Francją. Musimy dać pokaz siły.

Idą dalej w milczeniu. Cecil odsuwa od siebie myśli o Essexie i z dumą wzbierającą w piersi ponownie wyobraża sobie, jak ojciec przyjmie wiadomość o jego nominacji do Tajnej Rady.

Jesień 1591

Wanstead, Essex

Penelope biegnie ze śmiechem. Przystaje na skraju lasu, opiera się o drzewo, żeby złapać oddech, i wyskubuje z ubrania źdźbła siana. Stojąc zupełnie nieruchomo, słyszy delikatne stąpanie czegoś żywego w zaroślach i szmer liści na wietrze, swoistą muzykę natury; gdzieś terkocze dzięcioł, a ona podąża za tym dźwiękiem, przebiega wzrokiem w górę pnia, wpatrując się przez baldachim w niebo, żywy błękit pomalowanego sklepienia. Liście jednak już żółkną, a w powietrzu czuć lekki chłód. Wyobraża sobie zespolenie się z drzewem, swoje korzenie wrastające głęboko w ziemię, gałęzie sięgające wysoko, i kręci jej się w głowie na myśl o własnej małości.

Nie zaznała takiego poczucia swobody od czasu, gdy była dziewczynką, w Chartley, przed śmiercią ojca, zanim wszystko stanęło na głowie. Ale na powierzchnię przebija się inna myśl: wolność jest iluzją, nawet drzewo jest uwięzione, jego drewniane ciało jest ciche i nieruchome, jego ruchy zależą od sił zewnętrznych, nawet jego muzyka pochodzi od wiatru. Ziejąc, zbliża się do niej rdzawo-biały ogar i przyciska wilgotny nos do grzbietu jej ręki. To stary pies Leicestera, wciąż błąkający się apatycznie po terenach Wanstead w poszukiwaniu swojego zmarłego pana. Kiedy Penelope pochyla się, by go pogłaskać, zwierzę patrzy na nią z żałobnym wyrazem pyska. Przeszywa ją chwilowy smutek, ta znajoma, dojmująca świadomość przemijania czasu, przemijania ludzi. Upłynęły już ponad trzy lata od śmierci ojczyma i piętnaście lat od odejścia ojca. Do głowy Penelope zakrada się myśl: za niespełna dwa lata skończy trzydzieści lat. Zrywa dmuchawiec, dmucha, patrzy, jak puszyste parasolki odlatują, wirując w powietrzu, i napływają do niej urywki wspomnień zabaw z rodzeństwem: Essex lekkomyślny do granic szaleństwa, lojalna Dorothy i Wat, zawsze rozpaczliwie pragnący dotrzymać im kroku i zbyt mały, żeby wziąć udział w ich zabawach. Wszyscy patrzyli na nią, żeby im przewodziła, żeby ich powstrzymała, zanim sprawy zajdą za daleko.

Garść siana, która uderza Penelope w bok głowy, wyrywa ją z zadumy.

- Mam cię! - woła Blount i wybucha śmiechem.

Penelope zgarnia siano, zbija je w kulę i rzuca w jego kierunku.

- To wojna - mówi.

Zwierają się, wpychając sobie nawzajem drapiące garście za kołnierz, aż brakuje im tchu ze śmiechu, tracą równowagę i padają na ziemię.

- To tyle, jeśli chodzi o twoją reputację człowieka oddanego cichej kontemplacji - zauważa Penelope.

- Masz na mnie zły wpływ.

- To powiedz mi - śmieje się - czy bycie od czasu do czasu złym nie daje ci szczęścia?

- "Szczęście" nie wydaje się odpowiednim słowem.

- Gdyby Bóg chciał, żebyśmy nigdy nie byli szczęśliwi, nie stawiałby nas sobie nawzajem na drodze. Nie obchodzi mnie, czy to jest złe. - Penelope ma poczucie, że chwyta tę miłość obiema rękami, bez względu na wszystko, i chce zatrzymać czas, pragnie zostać w tej idealnej chwili na zawsze, ale coś ją z niej wyciąga, coś, o czym musi mu powiedzieć, chociaż nie wie, czy da radę to zrobić.

- Jesteś zepsuta do szpiku kości, lady Rich - przekomarza się z nią Blount.

- Nie nazywaj mnie tak. Nie chcę, żebyś mi o nim przypominał. - Przytłaczają ją fakty z własnego życia i nagle ogarnia ją obawa, jakie mogą być konsekwencje, jeśli królowa dowie się o ich romansie. Stara się o tym nie myśleć, ale ma wrażenie, że napierają na nią wyimaginowane mury Tower. - Nie teraz. Chcę jeszcze przez chwilę udawać, że jestem wolna.

Blount bierze ją w ramiona.

- Wiem, wiem.

Penelope czuje chrzęst papieru w zanadrzu jego dubletu.

- Co to jest? - Wsuwa rękę, wyciąga gęsto zapisaną złożoną kartkę i cieszy się, że coś oderwie ją od czarnych myśli. - Czyżby ktoś wysyłał ci listy miłosne? - Droczy się z nim. Nigdy nie była równie pewna miłości mężczyzny; z Sidneyem wyglądało to inaczej: uwierzyła w jego miłość dopiero wtedy, gdy było już za późno.

- Bazgroły od tego Bacona... ciekawe rzeczy.

- Od Bacona? To ten, który wydaje się zauroczony moim bratem.

Wspomina, jak Francis Bacon był tutaj, w Wanstead, wiosną, podczas wizyty francuskiego ambasadora. Bacon o świeżej twarzy siedział przy stole, gestykulując eleganckimi dłońmi, jakby grał na harfie, i dyskutował o najdrobniejszych punktach francuskiej polityki zagranicznej z bystrością, która przeczyła jego chłopięcemu wyglądowi. Przez cały czas rzucał spojrzenia w kierunku Essexa. Penelope rozpoznała pożądanie w tych krótkich spojrzeniach i zrobiło jej się żal młodego człowieka. Znając dobrze brata, wiedziała, że Essex znajdzie sposób na zniewolenie bystrego Francisa Bacona, jak zrobił to ze wszystkimi, którzy ulegli jego czarowi, łącznie z królową.

- Zgadza się. Myślę, że mógłby być dobrym sojusznikiem twojego brata, nas, ale jest siostrzeńcem Burghleya, więc zastanawiam się, czy można mu całkowicie zaufać.

- Słyszałam, że za pośrednictwem wuja ubiegał się o urząd, nic jednak z tego nie wyszło. Interesujący młodzieniec. Masz rację, może nam się przydać.

- Przypuszczam, że Burghley obawiał się, iż będzie konkurencją dla jego syna. Ale Bacon ma znacznie bardziej lotny umysł niż Cecil, większą subtelność myśli.

- Ma starszego brata, Anthony'ego - mówi Penelope. - Powiedziano mi, że to ekspert w zbieraniu informacji.

- Tak, chociaż ostatnio upośledziła go podagra. Jak sądzisz, tych dwóch stoi po tej samej stronie?

- Zobaczymy. Może wystosuję do nich zaproszenie, żeby odwiedzili nas w Essex House. Mój brat potrzebuje dobrych doradców.

- Nawet mając ciebie za przewodnika?

- Nie bądź głupi. - Penelope trąca go łokciem. - Jestem tylko jego siostrą. A więc o czym pisze Francis Bacon w tych papierach?

- Głównie o religii. Uważa, że spośród katolików i purytanów to purytanie są mniejszym złem.

- Nie jestem pewna, czy całkowicie się z tym zgadzam. - Penelope myśli o czasie spędzonym w domu Huntingdonów, o tym, jak ciężkie było życie odarte z przyjemności i zabawy. Podobnie jest w domu jej męża. - Purytanie mają zwyczaj zabierać wszystko, co w życiu dobre, i niszczyć to w imię Boga. Ta gałąź wiary rozbudza skłonności do okrucieństwa.

- Ale z politycznego punktu widzenia...

- Ach, nie mówię o polityce - rzuca Penelope.

- Chociaż raz.

Spogląda mu w oczy i daje się pochłonąć ich głębi, nie chcąc myśleć o purytańskim mężu. Zmienia temat.

- Tak się cieszę, że królowa zakazała ci jechać do Francji.

Jego wargi muskają jej usta w pocałunku lekkim jak motyl.

- Nie chcesz, żebym okrył się chwałą? - pyta ją ze śmiechem.

- Nieszczególnie... a przynajmniej nie teraz. Wolę mieć cię tutaj niż toczącego potyczki w Normandii. - Te słowa przywołują dawną stratę i Penelope przez chwilę fantazjuje, że to Sidney złożył ten motyli pocałunek na jej ustach.

- Obawiam się, że sytuacja nie rozwija się zgodnie z planem twojego brata.

- Co słyszałeś? - Była tak pochłonięta Blountem, że nie przyszło jej na myśl spytać go o wieści z Normandii.

- Henryk odjechał i zostawił go w Rouen z katolikami depczącymi mu po piętach i dyzenterią szalejącą wśród jego ludzi.

- I królowa jest wściekła, jak sądzę. - Penelope wzdycha, żałując, że nie ma możliwości doradzić bratu.

- I go obwinia, choć to nie jego wina.

- Biedny Robin. Chętnie udusiłabym tego Henryka...

Leżą w milczeniu przez jakiś czas. Niepokój o brata i jego udaremnioną kampanię o chwałę tłucze się w jej głowie. Myśli o tym, jak bardzo Cecil musi rozkoszować się porażką swojego przeciwnika. Dobrze wie, że ten człowiek wręcz zieje nienawiścią do Robina. Ale coś innego dręczy ją w tej chwili - coś bliższego, delikatniejszego, bardziej tajemnego i potencjalnie bardziej niebezpiecznego, tylko że jeszcze nie znalazła słów, aby to wyrazić.

Siada, wpatrując się w zarośla, bierze głęboki wdech i przygotowuje się wewnętrznie.

- Myślę, że wkrótce znowu przestanę wychodzić. - Wciąż odwracając wzrok, czeka na reakcję Blounta.

- Dziecko? - On też siada, gwałtownie. - Moje?

- Oczywiście, że twoje. - Penelope obraca się twarzą w jego stronę.

- Ukochana. - Blount dotyka ręką jej brzucha. - Dziecko. Nasze dziecko. - Jego twarz przepełnia zdumienie, jakże różne od rzeczowego skinienia głową, jakim Rich skwitował wiadomość o jej ciąży.

- Nasz bękart - mówi z goryczą Penelope, gdy napływa do niej wspomnienie Anne Vavasour rodzącej w komnacie panien, o czym nigdy potem nie rozmawiano.

- Nie mów tak. To dziecko jest owocem prawdziwej miłości.

- Nie masz więc zamiaru w trosce o zachowanie łaski królowej odesłać mnie, bym ze wstydem wróciła do łóżka Richa? - Penelope nie może zaradzić temu, że w jej głosie pobrzmiewa pesymizm.

- Jeśli o tym pomyślałaś, to mnie nie znasz. - Teraz on jest kąśliwy.

Wstaje i odchodzi w stronę domu.

- Więc mnie nie zostawisz? - Penelope podnosi się i biegnie za nim.

Blount przystaje, obraca się w jej stronę i bierze ją za ręce.

- W moim świecie jesteś najważniejsza, ponad wszystkim.

- Ponad Bogiem?

- Powiedziałem "w moim świecie", a Bóg nie jest z tego świata.

Penelope myśli o realiach swojej sytuacji i radosne uniesienie przygasa.

- Królowa będzie chciała się mnie pozbyć. Zobacz, co się stało z Dorothy, Frances, moją matką, biedną Anne Vavasour... jest ich tak wiele. - Wpada w spiralę przygnębienia, ale w duchu mówi: głowa nad sercem, Penelope, głowa nad sercem.

- Anne Vavasour była jedną z panien królowej, Oxford pozbawił ją cnoty. Frances Walsingham świeżo owdowiała. Twoja siostra... Ty to zupełnie co innego, bo jesteś mężatką. Jeśli będziemy postępować z rozwagą... Nie jesteśmy dwojgiem głupców, którzy bez namysłu zawierają małżeństwo, nie uzyskawszy zgody. - Wydaje się, że Blount głośno myśli, analizując możliwe skutki.

- Ludzie założą, że to dziecko mojego męża. Ale Richowi nie spodoba się noszenie rogów.

Blount, spięty, otwiera usta, żeby coś powiedzieć, po czym zmienia zdanie i odwraca wzrok, spoglądając w dal.

- Czy... Czy to możliwe, żeby pomyślał...

- Że to jego? - Penelope rozumie, o co on naprawdę pyta. - Nie... Dopełnił umowy, już nie utrzymujemy intymnych stosunków.

Blount chwyta ją mocno za ramiona i jego napięcie znika, zastąpione troską.

- Jak sądzisz, co zrobi? Rozwiedzie się z tobą?

- Nie. - Penelope znów w pełni panuje nad uczuciami. - Może nie będzie zachwycony tym, że przyprawiłam mu rogi, ale jest całkowicie zależny od sojuszu z moim bratem. Będzie nikim, jeśli wyrzeknie się przynależności do popleczników Essexa, i stanie się wrogiem mojego brata, jeśli publicznie mnie znieważy. Zawsze to wiedział. - Zatrzymuje się, unosi wzrok i oddycha głęboko chłodnym powietrzem, przypominając sobie, że władza nad mężem może ocalić ją przed gniewem królowej, o ile plotkarze nie zaczną ostrzyć sobie języków. - I skrywa tajemnicę, która mogłaby całkowicie zniszczyć jego reputację, gdyby wyszła na jaw.

- Jaką tajemnicę? - Ciekawość Blounta jest wręcz namacalna.

- Nie mogę powiedzieć. - Penelope obejmuje się rękami, cała drżąc.

- Zmarzłaś. W domu będzie rozpalony ogień.

Kocha go tym bardziej za to, że nie drążył tematu.

Idą w milczeniu, trzymając się za ręce.

- Nigdy cię nie opuszczę - mówi Blount. - Moje życie straci sens, jeśli nie będziesz jego częścią.

- Ale pewnego dnia zapragniesz mieć żonę i dzieci, które będziesz mógł uznać... - Słowa boleśnie utknęły jej w gardle, jak coś zbyt gorącego, połkniętego w pośpiechu.

- Nie. Chcę tylko ciebie.

W głosie Blounta słychać powagę, a wyraz jego twarzy sprawia, że Penelope postanawia zignorować to, że każdy mężczyzna chce mieć dziedzica. Bez słowa kładzie głowę na jego ramieniu, by przez chwilę pławić się w jego miłości, nie myśląc o powrocie do Leighs i konfrontacji z mężem.

Widzi przez okno powitalny blask ognia migoczącego w kominku.

- Uwielbiam ten dom. Bardziej niż gdziekolwiek indziej czuję się tu u siebie. - Mimo woli odlicza godziny, które spędzą razem, zanim życie ponownie zakłóci ich szczęście.

- To nasz raj.

- Nie mów "raj". To narzuca myśl, że go stracimy, i to mój grzech spowoduje tę stratę.

- Nie jesteś Ewą.

- Niektórzy by się z tobą nie zgodzili.

Gdy są już przy schodach, na dziedziniec wpada zziajany koń. Jeździec na ich widok zeskakuje z siodła, rzucając wodze stajennemu.

- Kto wie, że tu jesteśmy? - pyta Blount.

- Nikt poza służącymi, a im można ufać. I moim bratem. - Penelope unosi ręce, by schować włosy pod czepkiem, znajduje zbłąkane źdźbło siana i zastanawia się, czy wygląda niechlujnie.

- Przynoszę wieści od hrabiego Essexa, pani - oznajmia jeździec, podając jej list.

- Wiadomości z wojny francuskiej. - Penelope mówi to w taki sposób, jakby głośno myślała. Bierze list i czuje niepokój ściskający jej gardło; sądzi, że mogą to być tylko złe wieści. Sięga po sakiewkę i zdaje sobie sprawę, że jej nie wzięła. - Masz pensa? - zwraca się do Blounta.

Ma nadzieję, że jeździec nie rozpuści wieści, iż widział lady Rich w Wanstead z sianem we włosach i dżentelmenem, który nie jest jej mężem.

Blount daje posłańcowi dwa pensy i przejmuje kontrolę. Proponuje mu, by udał się do kuchni, gdzie znajdzie coś do jedzenia, i pyta, czy potrzebne mu łóżko na noc.

Penelope patrzy na list i oddycha z ulgą, widząc pismo brata, co oznacza, że przynajmniej miał pewną rękę w czasie pisania. Obliczając, ile czasu musiało upłynąć od wysłania listu z Normandii, wchodzi po schodach do biblioteki. Świece się nie palą, a zmrok zapadł nagle jak niechciany gość. Sięga do pudełka po stoczek i dotyka nim płomienia w palenisku. Siada przy biurku brata, zapala świece i zbiera się na odwagę, przesuwając palcem po znajomej pieczęci Devereux. Słyszy, jak Blount cicho wchodzi do pokoju, o nic nie pytając. Po odgłosach poznaje, że pies kręci się w kółko, po czym układa przy ogniu. Wreszcie Penelope łamie pieczęć, rozkłada papier i czyta. Nie jest w stanie od razu w pełni pojąć treści, więc czyta ponownie. Czuje wzbierające łzy, jakby powoli wyciskano z niej duszę.

- Wat nie żyje, kula w głowę. To było szybkie, nie cierpiał.

Siedzi zgarbiona, wciąż plecami do Blounta, przypominając sobie, jak matka i Essex kłócili się o to, czy jego młodszy brat powinien jechać z nim do Francji. Ta myśl jest zbyt trudna do zniesienia. Wzdycha głęboko, przejęta smutkiem.

Blount stawia ją na nogi, jakby była lalką, i mocno przytula.

- Tak mi przykro. Bardzo przykro - szepcze. - Wiem, jak go kochałaś.

- Kołysałam go, kiedy był niemowlęciem. Pielęgnowałam, gdy miał odrę.

Penelope płacze i mija kilka minut, zanim trochę się uspokaja.

- Biedny Robin jest w rozpaczliwym stanie. Pisze chaotycznie, nie jest sobą z boleści. Tu, sam przeczytaj. - Podaje mu list, zmięty i mokry od łez.

Obawia się, że brat wpadł w ten swój ponury nastrój.

Blount wodzi wzrokiem po linijkach tekstu.

- Postradał zmysły. Wystąpię do królowej z prośbą, żeby go odwołała.

- Nie. - Penelope stanowczo kładzie dłoń na jego ramieniu i bierze się w garść. - Byłoby dla niego gorzej, gdyby wrócił bez żadnych osiągnięć. Znam Robina, musi poczuć, że Wat nie zginął na próżno. Jeśli tam zostanie, jest przynajmniej szansa, że wyjdzie to wszystkim na dobre.

Przez jakiś czas siedzą i patrzą w ogień. Penelope nie po raz pierwszy przyłapuje się na rozmyślaniu o swoim pierwszym upolowanym jeleniu - o pierwszej przelanej krwi. Było to w lesie w Kenilworth; wszyscy gratulowali jej bystrego oka, refleksu, zręczności w posługiwaniu się łukiem w tak młodym wieku, ona jednak myślała tylko o tym wspaniałym stworzeniu powalonym jej własną ręką: o zniszczeniu czegoś pięknego.

Styczeń 1592

Whitehall

- Gratuluję mianowania na członka Tajnej Rady - mówi Essex.

Uśmiecha się życzliwie, a jego głos jest gładki niczym gęsi tłuszcz, bez śladu zazdrości, którą na pewno odczuwa z powodu zaszczytu, jaki spotkał jego przeciwnika. Ciemne jak melasa loki okalają mu twarz, a gra światła sprawia, że jego oczy, z ich głębią spojrzenia, urzekają. Wyzbył się swojego chłopięctwa. Wyjechał do Francji jako młodzieniec, a wrócił jako mężczyzna.

Gdy szedł długą galerią, Cecil obserwował go i patrzył, jak reagują na jego widok dworzanie, którzy niczym wysoka trawa na wietrze kłaniali się, pochylali i szeptali. Essex jest wspaniały i w porównaniu z nim Cecil pomimo wysokiego urzędu, wpływów, wyraźnej łaski królowej czuje się miernotą. Jak to się dzieje, zadaje sobie pytanie, że Essex wraca z francuskiej kampanii, która - jeśli nawet nie była kompletną katastrofą - nie przyniosła żadnych wymiernych korzyści, a jednak jest pełen dumy zwycięskiego bohatera, Cezara?

- Tak. - Cecil zmusza się do uśmiechu i unosi wzrok, by spojrzeć w te błyszczące oczy. - To wielki zaszczyt.

W głębi duszy wrze, zły, że nie miał możliwości jako pierwszy powiadomić Essexa o swojej nominacji. Z przyjemnością obserwowałby jego reakcję, ulotną chwilę nieskrywanego rozczarowania. Ale ktoś go ubiegł i twarz hrabiego jest teraz nieprzeniknioną maską. Cecil zastanawia się, kto mu powiedział. Siostra, myśli, wyobrażając sobie, jak lady Rich uczy brata skrywania uczuć. Ktoś na pewno go szkoli, bo przecież jest człowiekiem skłonnym do popędliwości.

Cecil słyszy ten jej melodyjny głos: "Ani drgnij, bracie. Uśmiechaj się, lecz niezbyt szeroko, i miej taki wyraz twarzy, jakby nurtowało cię wiele ważnych spraw". Podnieca go myśl o niej. Lady Rich opuściła dwór, by urodzić dziecko. Jego młody informator powiedział, że czeka na rozwiązanie w domu brata, nie męża. Mąż albo nic nie wie, albo nic nie mówi. Cecil podejrzewa, że to dziecko Blounta, nie znalazł jednak na to żadnego dowodu. Och, jak bardzo chciałby mieć ten dowód, ale kobiety lady Rich jak zawsze nabrały wody w usta. Co zresztą miałby zrobić z tą informacją, skoro królowa z uporem hołduje przekonaniu, że lady Rich, podobnie jak jej brat, na pewno nie może zrobić nic złego?

Essex ma ze sobą grupę sprzymierzeńców. Jednym z nich jest hrabia Southampton, krzykliwie ubrany młokos, z roztargnieniem okręcający na palcu długi kosmyk włosów. U boku Essexa stoi Francis Bacon, który ściska w smukłej, niemal dziewczęcej dłoni jakąś księgę.

- Widzę, że znalazłeś zatrudnienie, kuzynie Francisie - zwraca się do niego Cecil, przyznając w duchu, że on i jego ojciec źle ocenili przydatność Bacona, kiedy odrzucili jego prośbę o posadę.

Teraz Bacon służy swoim prawniczym umysłem Essexowi. Jego brat, Anthony, również dołączył do tego obozu. Cecil myśli gorączkowo: Anthony może jest na wpół kaleką, ale był trybem w europejskiej machinie szpiegowskiej Walsinghama i będzie karmić Essexa informacjami zebranymi od swoich kontaktów na kontynencie. Cecil, którego dotąd rozpierała duma, że dołączył do Tajnej Rady, teraz czuje się przechytrzony.

- Jakże to smutne - odzywa się Essex, zagłuszając odpowiedź Bacona - że Jej Królewska Mość nie mianowała cię również sekretarzem stanu, skoro, jak się zdaje, pełnisz ten urząd bez nadania. Stanowisko jest nieobsadzone już od jakiegoś czasu. Kiedy zmarł Walsingham?

Cecil nie zadaje sobie trudu, by odpowiedzieć; wiadomo, że wakat powstał prawie dwa lata temu. To szyderczy grymas czy uśmiech? - zastanawia się. Essex na chwilę odwraca się w stronę Bacona i Southamptona. Mrugnął do nich? Southampton przykłada dłoń do ust i pokasłuje, jakby chciał ukryć śmiech.

- Rola w Tajnej Radzie jest wystarczająca, staram się służyć mojej królowej i krajowi w najlepszy możliwy sposób. - Cecil chciałby wymyślić lekką i dowcipną ripostę, ale nie został stworzony do werbalnych akrobacji.

- Mam posłuchanie. Nie wolno kazać Jej Królewskiej Mości czekać. Dołączysz do nas, Pig... - Essex powstrzymuje się przed dokończeniem przezwiska. Nikt oprócz królowej nigdy nie nazwał Cecila Pigmejem. - Czy dołączysz do nas, tajny radco?

Cecil zastanawia się, jaki może być ukryty motyw.

- Z przyjemnością! - rzuca.

Powinien udawać nonszalancję i odmówić, ale chce zobaczyć, co się stanie, gdy przypomni królowej, że Essex nadał tytuły szlacheckie co najmniej dwudziestu czterem kapitanom swojej armii. Królowa nie ma w zwyczaju szafować zaszczytami. Kiedy na posiedzeniu Rady otrzymała o tym wiadomość, straciła panowanie nad sobą i rzuciła balsamką przez pokój. Cecil dołącza do grupy hrabiego i idzie z nimi do komnat królowej, czując na sobie badawcze spojrzenie Bacona.

Na miejscu ocenia towarzystwo. Królowa siedzi i rozmawia cicho ze swoim lekarzem, Lopezem, jednym z nielicznych, którym ufa, i okazuje to swoim zachowaniem; jest odprężona i beztroska, jak zwykła kobieta gawędząca z serdecznym przyjacielem. Ralegh stoi po drugiej stronie komnaty, oświetlony wpadającymi przez okno chłodnymi zimowymi promieniami słońca, i spogląda na Essexa z pogardliwym uśmieszkiem. Oto człowiek, który chciałby zobaczyć, jak ktoś uciera nosa hrabiemu, myśli Cecil. To Essex zwyciężył w wyścigu o afekty królowej. Cecil zaczyna opracowywać plan współpracy z Raleghem, aby zrekompensować sobie utratę braci Baconów. Ralegh jest wpływowym człowiekiem - można by zrobić z tego użytek - ale jest też nieprzewidywalny i krążą plotki, że zmajstrował dziecko jednej z panien królowej i poślubił ją w sekrecie. Ta dwórka siedzi u stóp królowej i szyje, jakby nie chciała, żeby odurzyło ją wino. Może niebawem ta para wyruszy w dół rzeki do Tower.

Cecil wodzi wzrokiem po komnacie, żeby zobaczyć, jakie inne sekrety może mu ujawnić, podczas gdy Essex, jakby się zapomniał, przyskakuje do królowej, chwyta jej dłoń i obsypuje ją pocałunkami. Zapada cisza, wszyscy czekają, jak królowa zareaguje na ten atak. Ale jej twarz wyraża radość z powodu tego niekontrolowanego wybuchu emocji.

- Mój drogi chłopcze - mówi Elżbieta. - Cieszę się, że wróciłeś. Odgrywanie marionetki przed tymi wiarołomnymi francuskimi fanfaronami jest poniżej twojej godności. Czy nie jest dobrze mieć go z powrotem, Pigmeju?

- Przyjemność jest wprost nie do opisania, Wasza Królewska Mość. - Cecil obawia się, czy nie przesadził, bo monarchini prycha i lekko przewraca oczami.

Doktor Lopez odszedł na bok i miesza jakąś miksturę. Cecil zauważa, że jedna z panien patrzy na Essexa z nieskrywaną tęsknotą. Była jego zdobyczą, zanim wyjechał do Francji - jedną z wielu - jeśli informatorzy się nie mylą. Dziewczyna przytyła i ostatnio wygląda całkiem pospolicie, co sprawia, że Cecil zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie powije Essexowi bękarta. Nic dziwnego, że kobiety królowej zyskują reputację rozwiązłych. Cecil składa wszystkie fragmenty informacji, próbując stworzyć z nich pełen obraz.

- A teraz powiedz mi, Essex, czy dowiedziałeś się za granicą czegoś, co mogłoby nam służyć tu, w Anglii? - mówi królowa.

Cecil patrzy, jak rozmawiają. Essex mówi o hiszpańskim zagrożeniu, o tym, jak dobrze ufortyfikowane są ich nadmorskie miasta, z ilu okrętów składa się ich flota, którzy katoliccy wygnańcy z Anglii mogą szykować zamach na królową. Te informacje z pewnością pochodzą z kontynentalnej siatki Anthony'ego Bacona. Jego brat, Francis, kiwa głową w milczeniu i sporządza notatki w swojej księdze. Zaczynają rozmawiać o Irlandii, o obawach Essexa, że Hiszpanie będą szukać tam przyczółku. Ralegh tylko obserwuje, niecierpliwie stukając nogą.

- Czy Irlandczycy będą problemem? - zwraca się królowa do Cecila. Bierze od doktora Lopeza kubek, wącha miksturę i wypija z grymasem. - Cokolwiek w to wkładasz, Lopez, jest obrzydliwe! - Uśmiecha się do lekarza, ujmując go za rękę. - Wiem, że pragniesz tylko mojego zdrowia.

- Te słowa nie mogłyby być prawdziwsze, Wasza Królewska Mość - odpowiada doktor.

Cecil nagle coś sobie uświadamia w związku z tym portugalskim medykiem. Chyba kiedyś słyszał, że Lopez miał na hiszpańskim dworze ważne znajomości, co próbował wykorzystać Walsingham. Powątpiewa w swoją pamięć - z pewnością ten miły staruszek nigdy nie był szpiegiem - ale ta myśl mrowi go pod skórą. Notuje sobie w pamięci, żeby zająć się tą sprawą, zanim obóz Essexa zaciśnie szpony na Lopezie i jego hiszpańskich koneksjach.

Skupia uwagę z powrotem na rozmowie.

- Sądzę, że Irlandia leży zbyt blisko, abyśmy mogli czuć się całkowicie bezpieczni - mówi. - Ale nie widzę żadnych dowodów wskazujących na to, by Hiszpanie chcieli sprzymierzyć się z hrabią Tyrone'em.

- Essex? - Królowa spogląda na hrabiego.

- Jeśli zaatakujemy flotę hiszpańską w Kadyksie, wyeliminujemy wszelkie możliwe ryzyko.

- Myślę, że jest na to trochę za wcześnie. - Królowa macha ręką w jego stronę, jakby chciała go odprawić niczym irytujące dziecko. - Co sądzi twój ojciec, Pigmeju?

Cecil zaczyna nabierać pewności siebie.

- Uważa, że powinniśmy bacznie obserwować rozwój sytuacji.

- Burghley zawsze ma rację w tych sprawach.

- Tak, ojciec posiada ten rodzaj mądrości, który przychodzi tylko z wiekiem.

- Obserwuj i czekaj, obserwuj i czekaj. - Elżbieta powtarza słowa często używane przez Burghleya.

Zapada cisza, którą w końcu przerywa Cecil.

- Hrabio, Jej Królewska Mość była wielce zainteresowana wiadomościami o nadanych przez ciebie we Francji tytułach szlacheckich.

- Ci ludzie dzielnie walczyli - oznajmia Essex. Wreszcie jest w defensywie, myśli Cecil. - W pełni zasłużyli na dowody uznania.

Dwórka, która ostatnio przytyła, wpatruje się w Essexa jak w tęczę; Cecil chciałby wlać tej głupiej dziewczynie trochę oleju do głowy.

- I postanowiłeś nadać im tytuły szlacheckie wbrew mojemu wyraźnemu rozkazowi, aby nie rozdawać zaszczytów wedle własnego kaprysu. - Królowa z powagą patrzy na swojego faworyta, a on wygląda na zastraszonego i jakby traci nieco blasku.

Cecil nadyma pierś z zadowolenia.

- Proszę o wybaczenie mi zuchwałości w tej sprawie, Wasza Królewska Mość. - Essex odpowiada Elżbiecie spojrzeniem piekielnie pięknych oczu.

Cecil chciałby, żeby hrabia spróbował usprawiedliwić swoje poczynania, bo w ten sposób nieuchronnie wzbudziłby gniew królowej. Ten jednak nic nie dodaje, tylko uniżenie spuszcza wzrok na podłogę.

Zamiast wybuchnąć gniewem, na co Cecil po cichu liczył, królowa wzdycha teatralnie.

- Co mamy z tobą zrobić, Essex?

- Jeżeli chcesz mnie ukarać, Wasza Najmiłościwsza Królewska Mość, to błagam, nie usuwaj mnie siłą sprzed swojego majestatu, gdyż tego bym nie zniósł. Byłoby tak, jakby słońce zgasło w moim świecie. Uschnę wtedy i zemrę.

Cecil spogląda w stronę okna i podchwytuje spojrzenie Ralegha; sądząc po wyrazie jego twarzy, myśli o tym samym co on. Może królowa przynajmniej skwituje brednie hrabiego paroma ostrymi słowami.

Ale ona tylko uśmiecha się i mówi:

- Nie, Essex, nie wygnam cię. Jesteś moim najjaśniejszym kwiatem. Nie chciałabym patrzeć, jak usychasz.

Gdy Elżbieta ich odprawia, Cecil ma uczucie, jakby złodziej skradł mu coś cennego, a on w oszołomieniu klepał puste kieszenie. Kłania się i chce odejść, lecz królowa każe mu zostać; wyjaśnia, że chce "porozmawiać na osobności", po czym przepędza dziewczęta siedzące u jej stóp i wskazuje, by on zajął ich miejsce.

- Pigmeju, obnosisz się z zazdrością. To nie przystoi.

- Wasza Wysokość, ja...

- Nie. - Elżbieta unosi rękę, żeby go uciszyć. - Widzę, że nie przepadasz za Essexem i jesteś zły, kiedy go faworyzuję. Ale zastanów się nad tym: dorastałeś pod skrzydłami swojego wspaniałego ojca, człowieka, któremu ufałam bardziej niż komukolwiek innemu, i widzę w tobie jego wpływy.

Cecil drży z dumy, ale gdyby zamiast na dłonie monarchini patrzył na jej twarz, dostrzegłby szyderczy uśmieszek, jakby uważała go za coś niesmacznego, co musi tolerować dla własnego dobra, jak lekarstwo doktora Lopeza.

- A twoja matka, świeć Panie nad jej duszą, była mądrą i honorową kobietą, prowadzącą cię aż do dwudziestego piątego roku życia. Essex ledwie pamięta swojego ojca, a jeśli chodzi o matkę... - Królowa wypluwa ostatnie słowo, jakby kalało jej usta. Mruży oczy. - Ta kobieta nie mogłaby matkować nawet świniom. - Ścisza głos i spuszcza wzrok. - Ukradła mój najcenniejszy skarb. - Z pewnością ma na myśli Leicestera. - Essex nawet ojczyma stracił w młodym wieku.

Cecil myśli, że dwadzieścia dwa lata to znowu nie taki młody wiek.

- Widzisz, Pigmeju, może brakuje ci piękna Essexa, ale widzę twoją lojalność. Świeci od ciebie.

Dla Cecila jej słowa są jak oczyszczenie.

- Essex rozpaczliwie potrzebuje przewodnictwa, a kto byłby dla niego lepszy niż ja, żeby być mu ojcem i matką? Ale nie myśl, że skoro tak go cenię, to ciebie cenię mniej.

Cecil czuje przypływ emocji, jak człowiek przypominający sobie, że jest kochany przez Boga.

- Brak mi słów, aby wyrazić wdzięczność - mówi. - Żyję tylko po to, aby ci służyć. Tobie i Anglii. - Teraz rozumie, co ojciec próbował mu uświadomić: wystarczy jej służyć, wszystko inne to tylko otoczka.

- Pokonaj jednak zazdrość, bo to brzydka cecha. - Królowa wyciąga rękę.

To dla niego znak, że ma odejść, a gdy całuje jej pierścień, czuje, jak cała jego niegodziwość, zazdrość, chciwość znikają, jakby narodził się na nowo.

Marzec 1592

Essex House, Strand

- Nadal nie rozumiem, dlaczego jesteś tutaj, a nie w domu męża - mówi Lettice, która wraz z Dorothy siedzi obok łóżka.

Penelope nie chce teraz myśleć o mężu, ale nie może zapomnieć o jego reakcji, kiedy oznajmiła, że nosi dziecko innego.

- Pewnego dnia będziesz musiała odpokutować za swoje zachowanie - powiedział.

Nie zrewanżowała się uwagą, że on też nie jest wolny od grzechu. Wydawał się przybity, zrezygnowany, zbyt obarczony kłopotami, by się na nią gniewać. Przez jakiś czas siedzieli w głuchej ciszy. Rich nie pytał, kto jest ojcem; może wiedział. Trudno powiedzieć, dokąd trafiają plotki, gdy jesteś ich tematem. Penelope uważnie obserwowała królową, wypatrując oznak, że do niej dotarły, ale nie zauważyła żadnej zmiany w jej zachowaniu. Albo nic nie wie o jej cudzołóstwie, albo udaje, że nie wie. Rich był taki przybity, że wyciągnęła rękę, by dotknąć jego dłoni, ale cofnął ją, jakby mógł zostać przez nią skalany.

- Dotrzymałaś umowy - dodał. - Wbrew sobie jestem pełen podziwu.

- Dziękuję. - Zdawała sobie sprawę, że musiał zebrać całą swoją wielkoduszność, by wyrazić ten komplement.

- I muszę dać bękartowi moje nazwisko, dla zachowania pozorów.

- Tak.

- Cóż, niech będzie. - Jego wyraz twarzy sprawiał jej ból. - Teraz na nas obojgu ciąży brzemię tajemnicy.

Chciała mu powiedzieć, żeby nie uginał się pod ciężarem swojego, bo przecież nikt nie jest zupełnie wolny od grzechu, a opinie innych wcale nie mają znaczenia. Ale wiedziała, że dla niego są ważne, podobnie jak jego własne zdanie o sobie. To on postanowił wieść życie okryte wstydem.

Matka wciąż mówi, ale Penelope nie słucha. Zamyka oczy, spychając wszystkie myśli o Richu w najdalszy zakamarek umysłu; chwyta drobną dłoń Jeanne i robi głęboki wdech, by odeprzeć kolejną falę bólu - teraz skurcze następują często i szybko. Głos Lettice brzmi zgrzytliwie. Penelope jeszcze mocniej ściska dłoń Jeanne i wyobraża sobie, jak Blount krąży po komnacie poniżej.

- Już niedługo - szepcze Jeanne.

- A gdzie jest Rich? Dlaczego nie czeka tu na dole na narodziny swojego dziecka? - pyta Lettice.

- Ciii - szepcze Jeanne, ocierając czoło przyjaciółki chłodną, wilgotną szmatką.

Penelope zaczyna sapać, gdy pochłania ją kolejna fala.

- Rich naprawdę powinien być...

- RICH NIE JEST OJCEM! - Krzyk wyrywa się z jej gardła z siłą ognia armatniego.

Położna ze świstem wciąga powietrze, a Lettice patrzy na córkę z otwartymi ustami. Dorothy bierze matkę za rękę w geście, który mówi: daj temu spokój.

Gdy ból słabnie, Penelope zastanawia się, co bardziej bulwersuje matkę: sam fakt czy nazwanie rzeczy po imieniu. Rozluźnia mięśnie i opada na łóżko, a Jeanne podaje jej kleik winny.

Lettice zaciska usta, oburzona, z pewnością zachodząc w głowę, jak mogła wydać na świat potomstwo do tego stopnia wyzute z moralności: Essex ma dziecko w drodze z dwórką królowej - choć nikt inny jeszcze o tym nie wie - Dorothy uciekła z domu i wyszła za mąż w tajemnicy, a teraz starsza córka rodzi bękarta. W Penelope narasta złość na oburzenie matki.

- Na litość boską - odzywa się Dorothy. - Nie będzie pierwszą kobietą, która urodziła dziecko innego mężczyzny.

- A co pomyślą ludzie?

- Musisz już wiedzieć, że nie dbam o ich małostkowe osądy i hipokryzję - zwraca się Penelope do matki, widząc, że siostra skrywa uśmiech za dłonią.

Lettice wzdycha z rozdrażnieniem. Penelope czuje, jak kolejny skurcz gromadzi się w okolicach krzyża i sięga kolczastymi palcami brzucha. Dźwiga się na czworaki, mucząc jak krowa, sama zaskoczona brzmieniem swojego głosu. Dorothy silnymi palcami masuje jej plecy, podczas gdy Jeanne ociera jej czoło chłodną szmatką, ale nic nie przynosi ulgi. Penelope kołysze się w przód i w tył, aż ból znów ustępuje.

- Już niedługo - powtarza Jeanne.

- Nic nie wychodzi poza tę komnatę, rozumiesz? - rzuca Lettice do położnej.

- Będę milczeć jak grób, pani. Kobiety w gorączce rozwiązania mówią to, czego nie myślą. Twoja córka, pani, jest oszołomiona bólem.

Penelope słyszy tę wymianę zdań jakby spod wody. Jeanne patrzy jej w oczy i oddycha szybko, urywanie, pokazując, by ją naśladowała.

- Nadchodzi - mówi położna. - Przyj, pani, przyj i oddychaj.

Gdzieś w samym środku Penelope narasta dźwięk, straszny dziki hałas, a wraz z nim nowy rodzaj bólu przeszywa jej ciało. Nie odrywa oczu od Jeanne. Posapuje i nagle ogarnia ją nieodparta potrzeba wypchnięcia tego dziecka. Jest rozdzierana na dwoje. Wyrywa się z niej kolejne upiorne wycie. I wyszło.

- Dziewczynka - ogłasza Dorothy.

- Nieważne, masz już dwóch chłopców - rzuca matka.

Penelope unosi głowę z poduszki, starając się zobaczyć noworodka, ale nie widzi go dobrze.

- Dajcie mi ją.

- Najpierw musimy ją oczyścić - mówi położna. - I pozwolić jej zacząć ssać, żeby mamce spłynęło mleko.

- Dajcie mi ją - powtarza Penelope stanowczo.

- Kochanie, nie sądzę... - zaczyna Lettice.

- Chcę przytulić moje dziecko.

Jeanne bierze od akuszerki zakrwawionego noworodka i kładzie go na piersi Penelope; potem okrywa ją kocem dla ogrzania.

Wydaje się, jakby cała komnata odpływała, jakby wszystko odpływało: zmartwienia, jakich bezustannie przysparza jej brat ze swoimi zmiennymi nastrojami; troski związane z Richem i tą niepewną równowagą, jaka panuje w jej małżeństwie; przenikający wszystko strach, że wyjdzie na jaw jej korespondencja ze Szkocją. Powoli robi postępy, zdobywa zaufanie króla Jakuba, listy płyną w obie strony Wielkiego Traktu Północnego, ale sprawa jest nadzwyczaj delikatna; są też spiski katolickie; zagrożenie ze strony Hiszpanii; zaraza, która podobno szerzy się w niektórych częściach stolicy; tysiące lęków, które zwykle ją prześladują... Wszystkie frasunki się rozwiały i jest teraz sama z córką - córką Blounta - doświadczając cudownego błogostanu, unosząc się w przestrzeni.

Wzbiera w niej wielka fala miłości, zalewa je obie, i Penelope chłonie wzrokiem córeczkę: miniaturowe rączki machające jak pod wodą, czuprynkę lepkich czarnych włosów, różową pomarszczoną twarzyczkę. Jest zafascynowana tą doskonałą istotą stworzoną w jej własnym ciele, zdumiona jej cudem. Nagle oczy noworodka otwierają się, spotykają z oczami matki, i Penelope wpada w zabarwioną strachem euforię, jakby te oczy skrywały w sobie tajemnice tak wielkie, że nigdy nie będzie wolno ich wypowiedzieć. Są czarne i głębokie jak miejsce, w którym można się całkowicie zagubić. Do jej umysłu wślizguje się głos, cicha deklamacja, fragmenty poezji, zaklęcie umarłego, formujące się, kształtujące, stające się całością:

Chciała-li niczym malarz złączyć z światłem cienie?

Spogląda na swoje dziecko z nieodpartym wrażeniem, że patrzy we własne oczy, że Bóg uczynił w tym niemowlęciu zwierciadło przeszłości. Słyszy, jak Blount mówi: "Jeśli to dziewczynka, damy jej imię po tobie".

- Mała Pea - szepcze.

Ażeby bez osłony promienność oczu Stelli

Nie ślepiła jak słońce, budząc zachwycenie?

Sidney jest z nimi; czuje go w dreszczu, który przebiega przez jej istotę.

- Jesteś dzieckiem miłości - szepcze do córeczki.

Ją piękno opromienia nawet w czerni nocy?

I powoli, jak liść wirujący i opadający na ziemię, Penelope wraca do komnaty sypialnej, gdzie w nogach łóżka widzi uśmiechnięte twarze matki, siostry i akuszerki, a obok siebie drogą kochaną Jeanne, która patrzy na nią z przechyloną głową, oczarowana.

- Podobna do ojca - mówi Jeanne bardzo cicho, żeby inne nie słyszały.

Penelope uśmiecha się.

- Będzie chciał zobaczyć pierworodną. - Czuje struny swojego serca połączone z pulsującym serduszkiem Małej Pei i jej innymi dziećmi w pokoju dziecięcym w Leighs, śmigające jak linka do łowienia ryb, aby przyciągnąć Blounta prosto do punktu podparcia jej świata.

Kwiecień 1593

Theobalds, hrabstwo Hertford

Cecil siedzi nad jeziorem, wspominając wizytę królowej sprzed prawie dwóch lat i miniaturowe galeony, które ku jej radości toczyły bitwę morską. Od jakiegoś czasu zasiada w Tajnej Radzie, ale nadal czuje się nieudolny, jakby jego rola polegała jedynie na reprezentowaniu ojca. Ma prawie trzydzieści lat, powinien być u szczytu swoich możliwości, nie widzi jednak sposobu, by wyrwać się z cienia Burghleya. Bez względu na to, na jakie wyżyny się wznosi, ojciec zawsze jest rozgoryczony i ma mu za złe, że nie został nominowany na urząd sekretarza stanu. Cecil chciałby stworzyć coś genialnego, coś w rodzaju nadzwyczajnej polityki, coś, co sprawi, że dziedzictwo Cecilów nigdy nie zostanie zapomniane. Pokój z Hiszpanią: wyobraża sobie zachwyt ojca - jego sędziwą twarz rozświetloną rzadko goszczącym na niej uśmiechem - po podpisaniu dokumentów, imię królowej obok imienia króla Filipa. Wtedy ojciec doceni jego wartość. Tylko że gdy o tym rozmyśla, jego pragmatyczna strona rozumie niepodobieństwo czegoś takiego - ale przecież wielkie rzeczy osiągają ci, którzy marzą, prawda?

Tafla jeziora jest pokryta szczątkami wraków miniaturowej floty; łabędź uwił sobie gniazdo na platformie, która kiedyś była sceną dla wspaniałego pokazu sztucznych ogni. Cecil idzie na skraj wody, ostrożnie szukając drogi wśród zielska i błota, i przypomina sobie brzeg pełen pachnących polnych kwiatów, pomysłowo wysianych w taki sposób, żeby wyglądały jak naturalna łąka.

Irytuje go widok tego zaniedbanego miejsca; stwierdza, że przebywanie wśród takiego chaosu jest wprost nie do zniesienia, i próbuje pocieszyć się myślą o synu i spadkobiercy, Williamie, w pokoju dziecięcym w Pymmes. Przywołuje obraz dziecka i w jego sercu rozkwitają uczucia: miłość i duma. Od czasu do czasu każe niańce rozebrać Williama do naga, tylko po to, aby podziwiać jego prosty kręgosłup, i fantazjuje, że drobne łopatki chłopca są zalążkami skrzydeł, które pewnego dnia wyrosną i pozwolą mu latać. Myśli o synu, o jego doskonałych - tak niepodobnych do jego własnych - proporcjach, dają mu nadzieję.

Z miejsca, gdzie teraz stoi, widzi kominy Pymmes, z których snują się smugi szarego dymu. Zalewa go fala goryczy; mieszkanie w domu, choćby najwspanialszym, zbudowanym na ziemi wykrojonej z posiadłości ojca, utrzymywanym za pieniądze zdobyte dzięki sprytnym interesom ojca, nie jest oznaką człowieka sukcesu. Gdyby miał inne usposobienie, inną sylwetkę, może okryłby się chwałą na polu bitwy i spłynęłyby na niego w pełni zasłużone zaszczyty.

Idzie długą pergolą w stronę domu, po kostki w opadłym kwieciu, nie chcąc widzieć dzikiego piękna zapuszczonych ogrodów, zirytowany brakiem porządku. Essex podkradł ogrodnika jego ojca. Hrabia pragnął czegoś spektakularnego, aby zrobić wrażenie na królowej, i osiągnął cel dzięki temu, że okrył swoje wiśnie płótnem, by powstrzymać dojrzewanie owoców. Tydzień przed jej przyjazdem wystawiono je na słońce i w dniu jej wizyty drzewa jęczały pod ciężarem wiśni - miesiąc po zakończeniu zbiorów. Wszyscy na dworze powiadali, że drzewa Essexa magicznie wydały owoce w blasku świetności królowej. Cecil ściąłby te przeklęte drzewa, gdyby miał chociaż cień szansy.

A teraz Essex został zaprzysiężony jako członek Tajnej Rady. Zajął miejsce obok królowej, z miną, która świadczyła o tym, że jest nader zadowolony z siebie, i zaczął ględzić o różnych wydarzeniach. Elżbieta słuchała go uważnie, gdy opowiadał o niepokojach w Irlandii i nalegał, żeby Rada poważnie potraktowała ten problem. Później dyskusja zeszła na Hiszpanię i zagrożenie ze strony nowej armady. Cecil nie miał nic do dodania, bo jeden z jego głównych informatorów w sprawach hiszpańskich został znaleziony martwy w Deptford - podejrzewał, że padł ofiarą morderstwa upozorowanego na bójkę. A Essex najwyraźniej znał dokładną liczbę okrętów hiszpańskiej floty, łącznie z nazwiskiem kapitana każdego z nich, a nawet ich nazwami. Cecil przypuszczał, że wie o tym wszystkim dzięki Anthony'emu Baconowi, ale nie mógł być całkowicie pewien, bo chłopiec, którego opłacał w Essex House, zmarł na dżumę.

Teraz rozumie, dlaczego Essex z taką determinacją dążył do poślubienia nijakiej córki Walsinghama: za sprawą tego ożenku cała siatka szpiegowska przeszła na jego stronę. Wszyscy popierają hrabiego - wiedzą, że Burghley gaśnie, i widzą wpływ Essexa na królową. Elżbieta wyglądała jak dumna matka, gdy jej faworyt przekazywał wiadomości. To Burghley w końcu skierował rozmowę na sprawę sukcesji, co nie zirytowało specjalnie monarchini - Cecil wie, że jego ojciec jest jedyną osobą, której może ujść na sucho poruszenie tej sprawy.

"Wiem, że ostatnio byłam niezdrowa, Burghley, ale wydobrzałam, więc nie ma jeszcze potrzeby dyskutować o moim następcy".

Była naprawdę chora i cały dwór miotał się w strachu, próbując ustalić, w którą stronę skoczyć, kiedy wybije godzina. Poważna choroba może zabrać osobę, która ma sześćdziesiąt lat, nawet królową. Gdy zajmował się nią doktor Lopez, w kątach toczyły się ściszone rozmowy; rozsyłano listy deklarujące wierność, do przeczytania, a następnie spalenia; nagle i niespodziewanie zawiązywały się nowe przyjaźnie.

Nie ma wątpliwości, że hrabia zyskał przewagę, odkąd wprowadził tych szczwanych braci Baconów do Essex House, a także dzięki wpływom Blounta i lady Rich, dyskretnie rozprzestrzeniającym się po dworze. Cecil pragnie dotrzeć do sedna relacji tych dwojga; gdyby tylko znalazł coś przeciwko lady Rich, mógłby ją skłonić do przejścia na swoją stronę. Niestety, zwrócenie siostry przeciwko bratu pozostaje odległym marzeniem, a przy tym lady Rich jest najwyraźniej odporna na skandale. Cecil podejrzewa, że listy nadal kursują między Essex House a szkockim dworem, lecz jego podejrzenie opiera się jedynie na intuicji i niepewnych szeptach.

Czuje, jak zaplecze polityczne hrabiego rośnie, a jego własne maleje. Ilekroć Essex pojawia się na dworze, zaraz otaczają go krewni Devereux: wujowie Knollysowie, Careyowie, Huntingdonowie, nie wspominając o lady Rich, która pomimo cudzołóstwa nie utraciła prawa wstępu do komnat królowej. Lista popleczników nie ma końca i wszystkich łączą więzy krwi z Elżbietą. Cecil wyobraża sobie, że jego krew jest rzadka i lekko kwaśna, jak młode czerwone wino, po którym rano łupie człowieka w głowie, natomiast krew Devereux jest zagęszczona historią, lepka i ciemna.

Gdzieś w górze hałasuje sroka, skrzecząc jak najęta. Cecil chciałby ją ustrzelić, ale nigdy nie był wprawnym łucznikiem. Podjął próbę zwerbowania doktora Lopeza, starzec nie zareagował jednak - może należało być mniej subtelnym. Cecil kopie stertę płatków kwiatowych pod jabłonią, patrząc, jak wznoszą się i opadają na ziemię niczym śnieg. Usiłuje wyrwać się z przygnębienia, przypominając sobie wysoko postawionych przyjaciół: teścia, lorda Cobhama, lorda Greya, a także Ralegha; ten ostatni może bywa nieprzewidywalny pod względem lojalności, może raz jest, a raz nie jest w łaskach królowej, ale nienawidzi Essexa tak samo jak on.

Cecil zatrzymuje się przy fontannie, suchej i obrośniętej bluszczem. W czasie, gdy w Greenwich choroba przykuła królową do łóżka, Hiszpanie planowali, co zrobią w przypadku jej śmierci, i przygotowywali do objęcia tronu infantkę pochodzącą w linii prostej od Edwarda III. Powszechnie wiadomo, że jest wielu utajonych angielskich katolików, którzy powstaną, aby poprzeć taki plan. Może zdoła nakłonić doktora Lopeza, by dowiedział się więcej o infantce. Problemy nie zniknęły wraz z wyzdrowieniem królowej. Krążyły pogłoski o kolejnym zamachu - tym razem miał to być zatruty miecz - ale skończyło się na pogłoskach. Kwestia sukcesji jest równie paląca jak zawsze, lecz królowa pozostaje w tej sprawie irytująco nieustępliwa.

Wychodząc z pergoli, Cecil widzi przed sobą Theobalds w całej okazałości - dom zawsze zaskakuje go pięknem, lśniącymi oknami, kunsztowną kamieniarką, miłą dla oka symetrią.

W domu szuka ojca i znajduje go w towarzystwie lekarza.

- Ach, mój chłopcze, cieszę się, że cię widzę - wita syna Burghley. - Niepokoi mnie ta podagra. Doktor Henderson uważa, że zdoła złagodzić ból. - Z uczuciem klepie lekarza po ramieniu.

Odkąd Cecil sięga pamięcią, Henderson zawsze był na usługach ojca. Sam chciałby mieć przy sobie kogoś tak lojalnego, ale jego ludzie przychodzą i odchodzą, a on nie ufa żadnemu z nich.

- Chyba już nie wyzdrowieję - rzuca Burghley.

- Spokojnie, lordzie. Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje - mówi Henderson, potrząsając butelką mikstury i nalewając miarkę.

Burghley z westchnieniem odchyla się na oparcie krzesła.

- Gdyby tylko Jej Królewska Mość pozwoliła mi się wycofać. Jestem już na to wszystko za stary. - Pociera dłonie. Są zdeformowane i sękate, z boleśnie spuchniętymi kostkami. - Czuję się zmęczony.

Widok zniedołężniałego ojca rozstraja Cecila. Nie może pohamować lęku przed jego nieuchronną śmiercią; zastanawia się, czy sam potem przetrwa. Obawia się, że pod jego rządami cała zgromadzona przez ojca władza wraz z bogactwem obróci się w nicość, ale zaraz karci się w myślach za brak ducha walki i obiecuje sobie, że będzie prawdziwym mężczyzną. Po wyjściu Hendersona, mimo obaw, że w oczach ojca okaże się słaby, zaczyna zwierzać się ze swoich zmartwień.

- Co jest przyczyną tego wszystkiego? - pyta Burghley.

- Nie wiem. Czuję, że coś przecieka mi przez palce. Moi informatorzy stają się niepewni. Essex zyskuje nad nami przewagę. Jego zwolennicy mają coraz większy wpływ na królową.

- Lojalność przypływa i odpływa, synu. I nigdy nie zapominaj, że my, Cecilowie, mamy bogactwo po naszej stronie, bogactwo uzyskane dzięki prawdziwej lojalności. - Burghley milknie, patrząc na syna szklistymi oczami. - Wszyscy szlachcice starych rodów walczą o zaszczyty, błagają o wzniecanie wojen w nadziei, że wspólnie zagarną trochę więcej ziemi. Ich skarbce świecą pustkami, a mimo to paradują dumnie we wszystkim, co najlepsze. W tych ludziach nie ma prawdziwej lojalności. Przyszłością są tacy jak my, ludzie cisi. Nie zapomnij o tym.

Słowa ojca są jak balsam i obawy Cecila zaczynają ustępować.

- Ale pamiętaj: Essex nie jest twoim wrogiem. Obaj stoicie po stronie Anglii. Ostrzegałem cię, że ryzykujesz utratę kontroli - mówi Burghley z lekkim zniecierpliwieniem, jakby tłumaczył coś krnąbrnemu dziecku. - Rzecz sprowadza się do utworzenia kilku nowych sieci kontaktów.

- Mam nadzieję, że uda mi się dojść do porozumienia z doktorem Lopezem - oznajmia Cecil, nie wspominając o niedawnej porażce, i postanawia wznowić wysiłki. - Wierzę, że ma łańcuch prowadzący do serca hiszpańskiego dworu.

- Tak, tak, dzieło Walsinghama, jeśli dobrze pamiętam. Nigdy do niczego nie doszło. Nie jestem do końca pewien, czy Lopez nadaje się do szpiegostwa. Układny człowiek, o ile mnie pamięć nie myli.

- Może uda mi się go przekonać, żeby odnowił te kontakty.

Burghley kiwa głową, jakby chciał powiedzieć: to całkiem możliwe.

- Nie zapominaj - mówi - że królowa zawsze potrzebowała mnie, aby czynić zło konieczne dla państwa. Mogę być demonizowany, dopóki ona będzie miłowana, i wszystko to w najlepszym interesie Anglii i pokoju. Weźmy przypadek Marii Szkockiej. Elżbieta nie mogła być postrzegana jako ta, która doprowadziła do śmierci namaszczonej królowej, chociaż rozumiała, że takie rozwiązanie jest konieczne. Ja mogłem wchłonąć cały ten koszmar i nienawiść, wziąć winę na siebie.

Cecil dobrze pamięta, z jaką determinacją ojciec osaczał Marię Stuart. Zastanawiał się wówczas, czy stosuje całkowicie uczciwe metody. Teraz śmieje się z tego w duchu, bo przecież nie ma naprawdę uczciwych metod, gdy chodzi o sztukę rządzenia państwem.

Burghley patrzy mu w oczy.

- Jeśli zapamiętasz tylko jedną moją lekcję, niech nią będzie ta, że ludzie potrzebują kogoś, kogo mogliby nienawidzić; to element mechanizmu władzy. Jeśli nauczysz się być tą znienawidzoną osobą, okażesz się niezastąpiony. Essex to humorzasty szczeniak. Zależy mu na tym, żeby być kochanym, szuka popularności i nie może ścierpieć obelg. Ty i ja, mój chłopcze, pozostaniemy niezbędni, dopóki będzie nas cieszyć to, że jesteśmy obrzucani błotem.

W głowie Cecila jak gdyby rozbłyska iskra - przez cały czas szukał aprobaty, podczas gdy prawdziwa służba królowej wymaga czegoś innego, czegoś, do czego on ma talent - talent do bycia znienawidzonym.

- Obserwuj jego siostrę - kontynuuje Burghley. - Ona nie dba o cudze opinie, co daje jej potężną siłę. Nie chciałbyś, żeby grała mrocznego bliźniaka swojego brata, bo byłaby groźnym przeciwnikiem.

- Lady Rich?

- Tak. Radzę ci ją pozyskać.

Lipiec 1593

Wanstead, Essex

Aktorzy rozproszyli się po pokoju, wciąż w kostiumach. Jeden, w stroju starożytnego króla, ma kredowobiałą twarz, upiornie usmarowaną czarną farbą do oczu, i przekrzywioną koronę. Przy nim siedzi drugi, w częściowo rozpiętym żołnierskim napierśniku, poplamionym jakąś czerwoną substancją. Obok niego stoi ładny chłopiec z uróżowanymi ustami; ma sznurowaną suknię z dekoltem, w którym widać kosmyki delikatnych złotych włosów. Pociąga łyk z kubka, po czym głośno beka.

- Przestań - burczy udawany król, trzepiąc go po ramieniu. - Zapomniałeś, że jesteśmy w grzecznym towarzystwie?

Penelope się śmieje. Od dawna nie spędziła równie przyjemnego wieczoru i ma zamiar dalej dobrze się bawić. W mieście szaleje zaraza i teatry zostały zamknięte, aby zapobiec roznoszeniu choroby, więc ta trupa pilnie potrzebowała zatrudnienia. To ona zaproponowała bratu, żeby zaprosili aktorów do Wanstead. Rich udał się do swojej komnaty, mamrocząc: "Twoje bezbożne rozrywki zawiodą cię do piekła". Penelope cieszy się, że odszedł, bo Blount jest tutaj, w dyskretnej odległości po drugiej stronie pokoju, a ona zawsze czuje się nieco skrępowana, gdy mąż i kochanek oddychają tym samym powietrzem.

Essex siedzi w niedbałej pozie na krześle obok niej, pyka z fajki i od czasu do czasu rzuca uwagi do Southamptona, który w obszernej, wylewającej się z rozpiętego dubletu koszuli, z długimi, starannie ułożonymi włosami lady Godivy, wygląda tak, jakby przynależał do trupy, nie do rodziny. Hrabia Southampton stał się prawie nieodłącznym towarzyszem Essexa, który od razu polubił ekstrawagancję młodszego mężczyzny. Penelope patrzy, jak Southampton głęboko zaciąga się fajką, a potem, niczym sztukmistrz, wypuszcza kółko dymu.

- Pewnego dnia wsadziłem młodego Roberta na kucyka, siostrzyczko - mówi Essex. - Mój syn urodził się w siodle.

- Ma dopiero dwa i pół roku - zauważa Penelope, dobrze wiedząc, że brat ma skłonności do przesady.

- Ale nie okazywał strachu.

Cieszy ją widok tej nieporuszonej wersji brata, bez śladu pustego spojrzenia melancholii.

- Poproszę Frances, żeby przywiozła go do Leighs, gdy ty wrócisz na dwór - oznajmiła Penelope. - Z przyjemnością spędzi czas z kuzynami.

- Doskonały pomysł, siostrzyczko!

Wydaje się taki normalny, beztroski, co napawa ją optymizmem.

- A co zamierzasz zrobić z Wędrującym Hiszpanem? - Penelope mówi o Antonio Pérezie, hiszpańskim wygnańcu, który wprosił się do kręgu Essexa. Przybył wiosną z francuską delegacją i teraz jest na płatnych usługach jej brata.

- Zostanie tutaj. Albo pojedzie ze mną. Potrzebuję dobrego sekretarza.

Pérez siedzi po drugiej stronie pokoju, z oczami ledwie widocznymi pod gęstą grzywką tłustych ciemnych włosów. Chyba odgadł, że rozmawiają o nim, bo ze znaczącym uśmiechem podnosi kubek w ich kierunku i szepcze coś do Francisa Bacona.

- Masz Anthony'ego Bacona jako sekretarza - przypomina bratu Penelope.

- Ale Pérez ma szczególne cechy.

Penelope zastanawia się jakie, wyobrażając sobie najgorsze. Nie jest na tyle naiwna, by nie wiedzieć, że szpiegostwo czasami wymaga niegodziwych praktyk.

- Ten Hiszpan trochę mnie niepokoi - mówi, uśmiechając się do mężczyzny i kiwając głową. - Sprawia wrażenie, jakby wiedział coś, czego wiedzieć nie powinien.

Francis Bacon też wywołuje w niej niepokój, chociaż nigdy tego nie wyzna, bo jest bliski Essexowi. Penelope nie potrafi tego sprecyzować, ale jest w nim coś pokrętnego: za tą dziecięcą twarzą skrywa się przerażająca głębia intelektu. Chyba nie lubi kobiet. Może właśnie o to chodzi. Może jest zbyt sprytny. Penelope woli jego brata, biednego, wiecznie cierpiącego przez podagrę Anthony'ego, który emanuje bardziej autentyczną aurą lojalności, a przynajmniej tak podpowiada jej intuicja.

- Uważam, że wiedzieć o czymś, czego nie powinno się wiedzieć, to wspaniała cecha u kogoś profesji Péreza - szepcze jej brat. - Zwrócił moją uwagę na pewne informacje o doktorze Lopezie.

- Jakie? Tylko mi nie mów, że Lopez ma jakieś niecne zamiary, bo nigdy w to nie uwierzę. Wiele razy pomógł nam obojgu w krytycznych sytuacjach.

- Pozory mogą mylić, siostrzyczko.

- Nie chcę w to wierzyć. Uratował życie Lucy... mogła udusić się w kołysce. - Jej szept zmienia się w syk.

- Twoja córka ma prawie dziesięć lat. Wiem z dobrego źródła, że ten stary lis jest teraz na usługach hiszpańskiego króla, wroga Anglii. - Essex jest wyraźnie podekscytowany. - Zawiązano trucicielski spisek i doktor Lopez jest jego przywódcą. Muszę tylko zebrać dowody i...

- Trudno mi w to uwierzyć - przerywa mu Penelope. - Doktor Lopez nie jest lisem, jest łagodny jak kotek.

- Nawet kotek ma pazury, którymi może wydrapać oko - mruczy jej brat. - Muszę wejrzeć w to głębiej i Pérez będzie mi w tym pomocny. Jest w dobrych stosunkach ze wszystkimi Hiszpanami i Portugalczykami w Londynie.

- Ponosi cię wyobraźnia, Robinie. Nie wciągaj doktora Lopeza w swoje intrygi. Od lat jest lojalnym przyjacielem naszej rodziny i jeszcze dłużej służy królowej. - Penelope widzi, jak podejrzliwość brata nabrzmiewa niczym guz. - Nie rób z tego sprawy osobistej. Nie wierzę, że doktor Lopez planuje otrucie królowej, to absurd.

Penelope przywołuje w pamięci starannie przystrzyżone srebrne włosy Lopeza i jego życzliwe oczy. Ale cierń wątpliwości wbił się głęboko w jej skórę. W tym świecie pozorów nie można wiedzieć z całkowitą pewnością, kto może być wrogiem.

Zna wystarczająco wielu mężczyzn, którzy udają poetów, ale są szpiegami, na przykład Henry Constable, obecnie zbierający informacje na kontynencie. I sama ze swoją tajną korespondencją nie jest zupełnie niewinna. Gdy ostatnio królowa leżała w łożu boleści, wymiana listów osiągnęła szaleńcze apogeum. Nie były to już tylko pisma z zapewnieniami o przyjaźni. Te, napisane sokiem pomarańczowym, czytelne dopiero po przesunięciu przed nimi płomienia, mówiły o sukcesji i w mgnieniu oka posłałyby ich autora na szafot. Wszyscy czekali, aby zobaczyć, z której strony powieje wiatr. Z każdym listem wrzucanym do ognia miała przed oczami płomienie liżące jej ciało, szepczące słowo "zdrada".

Ale od czasu powrotu królowej do zdrowia Szkocja milczy. Penelope obawia się, że jej ostrożna tajna dyplomacja niewiele dobrego przyniosła sprawie Devereux. Zastanawia się, czy warto dalej ryzykować, czy też może lepiej pójść w ślady siostry i wybrać spokojne życie. Śmieje się w duchu z siebie na tę myśl, chociaż w tej samej chwili ogarnia ją przerażenie, jakby stąpała na skraju przepaści i każdy nierozważny krok mógł mieć fatalne następstwa. Pod tym strachem czuje jednak głęboko w sobie dreszczyk podniecenia, radość, jakiej można zaznać tylko wtedy, gdy gra toczy się o najwyższą stawkę.

- Czy nie rozumiesz, że mogę zbić na tym polityczny kapitał? - mówi Essex. - Udaremnić zamach...

Płonąca w nim iskra, znany jej błysk szaleństwa, sprawia, że Penelope zapomina, co chciała powiedzieć.

Jeden z aktorów wstaje, klaszcząc w dłonie, żeby przyciągnąć uwagę obecnych, i przy okazji oblewa się piwem, czym prowokuje gości do żartów.

- Jest wśród nas jeden, który ma się za poetę.

- Tylko jeden?! - krzyczy Southampton. - Myślę, że w dzisiejszych czasach trudno byłoby znaleźć w Anglii kogoś, kto nie próbuje swoich sił w rymowaniu.

Jego słowa budzą powszechną wesołość, bo jest w tym trochę prawdy.

- Mój mąż nie rymuje - oznajmia Penelope, wywołując kolejną salwę śmiechu. - Brzydzi się takimi bezbożnymi przyjemnościami.

- W takim razie obawiam się, że marnujesz się przy nim, pani - odpowiada aktor.

Penelope wymienia nieznaczne uśmiechy z Blountem.

- Czemu tak mówisz? - zwraca się do aktora.

- Bo ktoś taki jak ty, pani, znalazł się na tej ziemi, aby inspirować do tworzenia wielkiej poezji.

Śmiech narasta. Już powszechnie wiadomo, że to ona jest Stellą z sonetów Sidneya. Chociaż oddaliła się od tamtej dziewczyny tak bardzo, że prawie nie wierzy, by była tą samą osobą.

- Chodź, Will - mówi aktor, pociągając rannego żołnierza za rękaw. - Może spróbujesz wymyślić coś godnego lady Rich.

Aktor wstaje, a ludzie cofają się, żeby zrobić dla niego miejsce.

- Pracowałem nad czymś, lecz jeszcze nie skończyłem. - Will kłania się i zapada cisza, a on skupia uwagę na swoich butach. Wreszcie unosi głowę, by spojrzeć wprost na Penelope, i zaczyna deklamować: - Nie słońcem jest ten promień, co z oczu jej pada...

- Sidney napisał to dziesięć lat temu! - woła Essex, drocząc się z aktorem, który wszedł jakby do swojego świata i nie reaguje na zaczepkę. - Ją piękno opromienia nawet w czerni nocy? Czy Sidney już nie postawił jasnowłosej damy Petrarki na głowie, wprowadzając swoją czarnooką piękność? - Ze śmiechem trąca łokciem siostrę. - Powiedz nam coś, czego jeszcze nie słyszeliśmy.

Aktor obraca się w stronę odzianego w suknię kolegi, ociera kciukiem jego usta i unosi palec tak, by wszyscy w pokoju mogli zobaczyć szkarłatną plamę.

- Czerwień jej warg ma odcień bledszy niż korale.

Przetacza się kolejna fala śmiechu, gdy aktor krąży wokół, jakby szukał natchnienia. Zatrzymuje się przed smagłą dziewczyną, kochanką jednego z gości, i lekko dotyka gładkiej skóry jej szyi, recytując:

- Przy bieli śniegu pierś jej wydaje się śniada.

Dziewczyna też się śmieje i okręca na palcu kosmyk gęstych czarnych włosów.

- Przy końskiej grzywie jej włos jest tłusty jak smalec! - wykrzykuje.

Wybucha burza oklasków. Aktor znów chodzi w kółko, szukając słów, po czym wraca do dziewczyny.

- Widziałem haftowane róże... - Urywa. - Nie. Znam róże, których białość przechodzi w purpurę, / Lecz nie takie się róże rumienią w jej cerze... - Ponownie zbliża się do chłopca, wołając do słuchaczy: - Rym do "cerze"!

- Rycerze - proponuje ktoś.

- Ogierze - podsuwa ktoś inny.

- Moja pani nie jest koniem - odpowiada aktor. - Mam! - Unosi rękę, by uciszyć śmiech, pochyla się nad chłopcem, wącha go i marszczy nos. - Rozkoszniejszą woń mają perfumy niektóre / Niż tchnienie mojej miłej - nie więcej niż świeże.

Słuchacze pokładają się ze śmiechu. Poeta nie czeka, aż zapadnie cisza.

- Lubię dźwięk jej słów - przecie, gdy muzyka płynie, / Czulej mnie ukołysze brzmieniami błogiemi; / Przyznaję, nie widziałem, jak chodzą boginie, / Jedno wiem: moja stąpa po realnej ziemi.

- Więc kto jest twoją panią?! - krzyczy Southampton.

- Ależ oczywiście lady Rich. Czyż nie jest muzą wszystkich poetów? - Aktor podchodzi do Penelope i teatralnie, z lekko kpiącym uśmieszkiem, opada na kolano. Po chwili wahania, jakby poświęconej na szukanie rymu, deklamuje: - Lecz w oczach mych przyćmiewa - powiem bez wahania - / Wszystko, czym ją fałszywe czynią porównania*.

Tym razem nie ma oklasków. Zapada gęsta cisza. Być może wszyscy, tak jak Penelope, zastanawiają się, czy nie byli właśnie świadkami czegoś zupełnie nowego, równie rzadkiego jak żyła diamentów w indyjskiej kopalni. Pod tym zachwytem trawi ją jednak niepokój z powodu doktora Lopeza, gdy zastanawia się, co brat miał na myśli, mówiąc o zbijaniu politycznego kapitału.

- Masz niepospolity talent - zwraca się do aktora. - Czynisz obiekt westchnień kobietą, obdarzasz ją ciałem i krwią. To rzeczywiście miła odmiana po nimfach zaludniających większość poematów.

- Bierzesz Sidneya i wywracasz go na lewą stronę - odzywa się Southampton, pochylając się w fotelu. Jego głos jest ochrypły od ledwie tłumionego podniecenia. A Penelope dotąd nie uważała go za wielkiego miłośnika poezji. - Masz więcej takich?

- Sto tysięcy - odpowiada aktor.

- Należy je opublikować.

- Ale istnieją tylko tutaj. - Will stuka się w bok głowy. - A nadto... - waha się - nie są dla świata.

* William Szekspir, Sonet 130, przełożył Stanisław Barańczak.

Styczeń 1594

Burghley House, Strand

- Nie powinieneś przychodzić tu do mnie - mówi Cecil, zajęty starannym układaniem rzeczy na biurku. Stawia kałamarz w idealnej linii ze słoikiem na pióra, podnosi plik papierów i stuka krótszym bokiem o blat, żeby kartki się wyrównały. - To sprawia, że wyglądasz na winnego.

Doktor Lopez jest przerażony. Chowa drżące dłonie pod pachami.

- Nie jestem winny. Dobrze o tym wiesz, panie. Musisz coś zrobić, żeby mi pomóc. - Ma doskonałą dykcję, ale mimo trzydziestu lat spędzonych w Anglii mówi z wyraźnym portugalskim akcentem.

- Nie trap się. - Cecil stara się zachować spokój, lecz w duchu walczy z sumieniem. Byłoby lepiej, gdyby istniała chociaż jakaś niejasność, choćby cień winy doktora Lopeza. Ale wie, że ten człowiek jest czysty jak świeżo wykrochmalona kryza. Wstaje i podchodzi do okna, zostawiając lekarza przy biurku, tak by ten nie mógł zobaczyć jego twarzy. - Dopilnuję, żeby nie spotkało cię nic złego.

Wie, że nie może tego zagwarantować. Patrzy z góry na Strand, słysząc krzyki woźniców i straganiarzy, beczenie przeganianych owiec. Londyn wraca do życia, najgorsza fala zarazy minęła. Narasta w nim irytacja, że Burghley House, jakkolwiek luksusowy i nowy - z kortem tenisowym, kręgielnią i ogrodami pełnymi egzotycznych kwiatów - w przeciwieństwie do Essex House stoi po złej stronie Strandu, czyli nie nad rzeką. Powinien patrzeć na ładne łodzie z powiewającymi proporcami i na sunącą między nimi królewską barkę, a nie na wieśniaka pędzącego owce, które zostawiają za sobą szlak bobków. Na parapecie poniżej sprzecza się stado gołębi. Już zapaskudziły fasadę. Wyobraża sobie, jak skręca im szyje.

- Przecież Essex przekonał królową o mojej winie - mówi Lopez.

- Wątpię. Jej Królewskiej Mości nie da się łatwo zwieść. - Cecil odwraca się do lekarza, przywołując na twarz uśmiech.

To był dobry plan, lecz się nie powiódł. Hiszpanie połknęli przynętę. Jak mogliby oprzeć się ofercie jednego z zaufanych medyków Elżbiety? Kto miałby lepszą okazję, by dosypać Jej Królewskiej Mości fiolkę tego czy tamtego? Cecil czuł, że ich języki zaraz się rozwiążą; czuł, jak wszystkie hiszpańskie tajemnice państwowe trafiają w jego ręce. Na samą myśl o tym mrowiły go palce. Już widział swój wynikający z tego wzlot, efekt wdzięczności Elżbiety.

Ale jak się okazało, doktor Lopez nie był stworzony do takiej roboty; brakowało mu stalowych nerwów niezbędnych do uprawiania szpiegostwa. Stracił zimną krew, kiedy miało to największe znaczenie; spanikował i pozwolił, by kiepsko zaszyfrowany list wpadł w niepowołane ręce - w ręce zaufanego człowieka Antonio Péreza. To był poważny błąd, bo wygląda na to, że Pérez siedzi teraz w kieszeni Essexa. Ten nazywa to zdradą, ale lepiej, żeby Lopez o tym nie wiedział. Nie byłoby dobrze, gdyby upadł na duchu i wszystko wygadał. Szczęście uśmiecha się do Essexa. Cecil myśli o kropli wody powoli drążącej skałę i bierze głęboki oddech, nakazując sobie zachować cierpliwość.

- Ale wszystko im wyjaśnisz, prawda, panie? - Lopez krzywi się, raz za razem machając ręką, jakby spędzał wyimaginowaną muchę z twarzy.

Należy mu oddać sprawiedliwość: trzymał się swojej wersji i nie wspomniał, na czyich jest usługach, w każdym razie jeszcze nie. Cecil wie, że nie wolno dopuścić, by to się zmieniło, bo jeśli królowa się dowie, że to on naraził na niebezpieczeństwo jej drogiego i wiernego starego lekarza, zemsta będzie niewyobrażalna. Jedyne, co Cecil może teraz zrobić, to ograniczyć szkody.

- Tak, wyjaśnię - odpowiada. - Ale nie próbuj wspominać o mojej roli. Uznaliby to tylko za próbę przerzucenia winy. I postawiłbyś się w złym świetle, gdyby pomyśleli, że zrobiłeś to dla pieniędzy. - Cecil utwierdza się w przekonaniu, że ten człowiek nie jest całkowicie niewinny. Za swoje usługi otrzymał pokaźną sumę. Musiał wiedzieć, że duże pieniądze wiążą się z dużym ryzykiem. - Mów, że dostrzegłeś możliwość przysłużenia się królowej i działałeś na własną rękę. Mów, że Hiszpanie zwrócili się do ciebie. - Milknie, pozwalając rozwinąć się pomysłowi, jak odnieść małą korzyść z tego bałaganu. - Możesz powiedzieć, że skontaktowali się z tobą przez Péreza. - Pozbycie się Péreza byłoby tą korzyścią.

- Przecież to byłoby kłamstwo. Nie mogę oskarżyć niewinnego człowieka.

W Cecilu narasta irytacja - naiwność Lopeza jest zdumiewająca.

- Niewinnego? Ten człowiek uciekł z Hiszpanii, skazany za morderstwo, zostawiając żonę i dzieci jako zakładników. Jestem pewien, że nie miałby skrupułów, żeby wyrządzić jakąś niesprawiedliwość tobie.

- Muszę być w stanie pojednać się z Bogiem - mówi Lopez, prostując się na krześle, jakby obdarzony nowym życiem.

- Jeśli służysz królowej, to służysz naszemu Panu. - Cecil żarliwie sam to sobie powtarza, chociaż ostatnio zaczął się zastanawiać, jak bardzo przyjdzie mu nagiąć zasady moralne w służbie Jej Królewskiej Mości. Pociesza się, wspominając słowa ojca o tym, że ktoś musi zdejmować ciężar niemoralnych decyzji z barków królowej, że branie winy na siebie jest kluczową funkcją męża stanu.

- A jeśli... - Lopez garbi się i głęboko, z drżeniem, wciąga powietrze. - Jeśli będą mnie torturować?

- Dopilnuję, żeby do tego nie doszło.

Lopez ma oczy dzikie ze strachu, jakby był zaszczutym zwierzęciem. Cecil nie potrafi znieść ich spojrzenia.

- Możesz mi pomóc wyjechać z kraju? - pyta lekarz.

- To nie będzie konieczne. Słuchaj. - Cecil chwyta go za ramiona i w końcu patrzy mu w oczy, czując się jak Judasz. - Uspokój się, człowieku.

Wzywa sługę i każe mu dyskretnie odstawić mężczyznę do jego mieszkania.

- Nikt nie może wiedzieć, że tu był - przykazuje. - To dla twojego bezpieczeństwa, doktorze. - Żegna go krzepiącym uśmiechem, jednocześnie zastanawiając się, kiedy wyślą straże, by aresztować tego biedaka.

Odpycha od siebie te myśli. Nie może sobie pozwolić na kryzys prawości.

Lopez próbuje odwzajemnić uśmiech, ale bez większego powodzenia.

- Mogę ci ufać? - pyta, już prowadzony za drzwi.

Cecil kiwa głową. Nawet on nie jest w stanie wypowiedzieć kłamstwa.

Wraca do okna i patrzy w stronę Essex House, trochę na wschód, chociaż wie, że nie zobaczy domu, bo zasłania go kościół St Mary le Strand. Wyobraża sobie, co się tam dzieje, i musi przyznać, że hrabiemu należy się uznanie: stworzył sprawny krąg informatorów. Nieuchronnie przychodzi mu na myśl lady Rich i znów przebiega go dreszcz podziwu, który narasta, gdy Cecil przypomina sobie ostrzeżenie ojca: "Ona nie dba o cudze opinie". Nie jest do końca przekonany, czy to prawda, bo czyż każdy w mniejszym bądź większym stopniu nie przejmuje się zdaniem innych? Bawi się myślą o obaleniu lady Rich i już widzi upadającą wraz z nią całą frakcję Essexa.

Patrzy w dół na Strand i dostrzega wałęsającego się mężczyznę. Wydaje mu się, że spojrzał w okno, przy którym stoi Cecil, i odwrócił głowę, gdy tylko napotkał jego wzrok. Jest pewien, że ten człowiek był tam wcześniej, kiedy przepędzano owce. Ogarnia go niepokój, gdy zastanawia się, co mężczyzna mógł zobaczyć, i jest rad, że kazał Lopezowi skorzystać z tylnego wejścia. To nieuniknione, że ludzie będą go obserwować. Jego determinacja się pogłębia.

Czerwiec 1594

Essex House, Strand

- Mój brat uważa to za zwycięstwo - mówi cicho Penelope, biorąc talię kart i podając ją Blountowi. Rozgląda się po pokoju i prosi odźwiernego, by wyszedł. Uważa, że jest godny zaufania, ale im mniej osób słucha, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że coś wydostanie się na zewnątrz. Gdy drzwi się zamknęły, podejmuje: - Obawiam się, że Essex posunął się za daleko, żeby uzyskać przewagę nad Cecilem.

- Nawet teraz masz wątpliwości co do winy doktora Lopeza?

- Sama nie wiem, Charles. To wszystko jest takie niejasne... Myślisz, że kogoś znasz. Był wrażliwy... i uczciwy, przynajmniej tak myślałam. Uczciwy człowiek wyróżnia się na tle całej tej dwulicowości i... tak, Lopez wydawał mi się uczciwy.

Blount w milczeniu tasuje i rozdaje karty.

- Możliwe, że został w coś uwikłany nieświadomie - ciągnie Penelope - ale jestem pewna, że nie był tak winny, jak uważa mój brat.

Essex przypomina psa, który mocno zaciska zęby na gardle martwego królika. Penelope robi się niedobrze na myśl, że Lopez trafi na szafot - czeka go śmierć zdrajcy, przerażający spektakl cierpienia. Ma wrażenie, że słyszy w dali ryk tłumu domagającego się krwi, ale wie, że to tylko jej wyobraźnia; doktor Lopez został stracony ponad godzinę temu.

Blount musi widzieć jej rozpacz, bo pochyla się nad stołem i chwyta ją za ramiona.

- Wiem, że był ci drogi.

- Uratował życie Lucy.

- Rozumiem, ale były przeciwko niemu niezbite dowody. - Blount prostuje się, lecz wciąż trzyma dłoń na jej przedramieniu.

Zapominają o grze w karty.

- Cóż, tak musiało się stać, prawda? Dowody są bez znaczenia. - Penelope nic nie może poradzić na to, że głos jej się łamie.

- Wiele lat temu krążyły pogłoski, że warzy trucizny - mówi Blount. - Możliwe, że naprawdę zamierzał otruć królową.

- Ten sam człowiek, który przez lata dbał o jej zdrowie? - Po chwili namysłu Penelope dodaje: - Wiem, wiem, ludzie są skomplikowanymi stworzeniami i to, co robią, nie zawsze ma sens.

- Twój brat był całkowicie przekonany o jego winie. Chociaż próbowałem go nakłonić, by głębiej wejrzał w tę sprawę. Byłem pewien, że jest sposób, żeby uporać się z tą sytuacją, nie doprowadzając do... - Blount nie wypowiada słowa "egzekucji", ale jest ono jak topór wiszący cicho w powietrzu.

- Wiem, że zrobiłeś, co mogłeś, podobnie jak ja. - Penelope zastanawia się jednak, czy mogła zrobić coś więcej. Próbowała rozmawiać z królową, by skłonić ją przynajmniej do odroczenia egzekucji, lecz Elżbieta nie chciała o tym mówić; twierdziła, że sprawiedliwości musi stać się zadość. - Czasami ludzie widzą to, co chcą widzieć.

Ostatnio martwiła się o Essexa, zaniepokojona jego wręcz żenującym zapałem. Królowa jest mu bezgranicznie przychylna i to uderza mu do głowy. A odkrycie spisku, jeśli rzeczywiście był to spisek, zapewniło mu jeszcze większy wzlot. Zbytnio się nadął i niedługo pęknie. Penelope wiele razy w ciągu minionych lat zbierała rozsypane fragmenty brata, więc potrafi dostrzec oznaki zbliżającego się nieszczęścia.

- Zastanawia mnie Cecil - mówi Blount. - Gdyby doktor Lopez działał jako podwójny agent, Cecil z pewnością byłby tego świadomy. A jednak utrzymuje, że nic nie wiedział o całej tej sprawie.

- Cecilowi nie można ufać. - Penelope zadaje sobie pytanie, czy to możliwe, że ten człowiek rzucił Lopeza wilkom na pożarcie, i próbuje zrozumieć, jaką mógłby odnieść z tego korzyść. Nie znajduje odpowiedzi. - Ale mój brat wykazał się nadmierną gorliwością. - Kręci głową i nagle czuje, jakby wszystko było zbyt kruche, jakby ona też miała trafić do Tower, gdzie będą wyciągać z niej informacje, tak jak z Lopeza. Wystarczy małe potknięcie, szept niewłaściwej osoby do niewłaściwego ucha. Narasta w niej panika.

- Penelope? - Dźwięk głosu Blounta uspokaja ją, panika przemija.

- Będziesz miał oko na mojego brata?

- Oczywiście. Dla twojego dobra. - Blount pochyla się nad stołem, całuje ją w usta i gładzi po policzku. - Dla naszego dobra.

- Czasami fantazjuję, że żyjemy razem jako mąż i żona...

Penelope nie potrafi do końca wyrazić, co przez to rozumie: życie, które nie jest przeżywane na skraju przepaści i nie ciążą na nim żadne tajemnice.

- O niczym innym nie myślę - wyznaje Blount.

- Nie wierzę. Zawsze myślisz o polityce.

- A ty nie?

Blount ma rację. Penelope nie zrezygnuje z poczucia władzy, jaką dało jej poznanie różnych sekretów, ani z tego, że jest ważnym trybem w machinie rządzenia. Zna tajne informacje zbierane przez Anthony'ego Bacona, tajemnice, które mogą mieć wielki wpływ na losy państwa. Wyobraża sobie Essex House jako korzeń winorośli, której pędy rozciągają się po całej Europie, po Irlandię na zachodzie i Szkocję na północy.

- Otrzymałam ostatnio list ze Szkocji - oznajmia.

Nachodzi ją myśl, nie po raz pierwszy, że gdyby pewnego dnia ktoś postanowił się jej pozbyć, gdyby była sądzona za zdradę, ta korespondencja mogłaby zostać wykorzystana jako dowód. Ten długo oczekiwany list wypadł jej z rękawa w prywatnej komnacie królowej, zanim zdążyła go spalić. Peg Carey podniosła go, szybka jak sroka.

- Co to? List miłosny? - przysunęła go do nosa i powąchała, jakby mogła wyczuć zawartość. - Co przed nami ukrywasz?

Udawała, że się droczy, ale Penelope bała się, że Peg coś wie, i kątem oka widziała, że Cecil je obserwuje. To, że Peg Carey jest jej krewną, niosło niewielką pociechę.

- Niemądra jesteś - prychnęła beztrosko Penelope, choć serce jej łomotało.

Wyciągnęła rękę, zdziwiona, że nie drży. Po chwili, która wydawała się nie mieć końca, Peg z nieodgadnionym uśmiechem oddała jej list.

- Dziękuję. - Penelope wrzuciła arkusz papieru do ognia i patrzyła, jak płonie, przysięgając sobie w duchu, że nigdy więcej nie będzie czytać takich rzeczy na dworze. - Kolejna petycja.

Teraz robi gwałtowny wdech, żeby wymazać to wspomnienie.

- Od króla Jakuba? - pyta Blount.

- Nie od niego samego, ale od bliskiej mu osoby. Z sugestią, że król może z zadowoleniem przyjąć naszą deklarację lojalności. List został napisany w oględnych słowach, niemniej sugestia jest niezaprzeczalna. - Penelope patrzy na kochanka i widzi niepokój na jego twarzy. - O co chodzi?

- O nic.

- Robię to od dawna. Minęło pięć lat, odkąd po raz pierwszy wysłałam list do Szkocji, więc umiem zacierać ślady. - Niepokój nie znika z jego twarzy. Penelope dopiero niedawno uznała, że ufa Blountowi na tyle, by rozmawiać z nim o takich sprawach. Powierzyć serce kochankowi to jedno, ale wyznawać tajemnice, które mogą ich oboje zaprowadzić prosto na szafot, to zupełnie inna sprawa. - Niekiedy zastanawiam się, czy cierpliwość nie jest najważniejszą cechą sztuki rządzenia. Chciałabym, żeby mój brat to zrozumiał. Jest bardzo porywczy.

Wstrząsa nią lodowaty dreszcz, a wraz z nim napływa myśl: może pewnego dnia będzie musiała oddalić się od nierozważnego brata. Nie brakuje opowieści o tych, którzy sięgali zbyt wysoko, i żadna nie kończy się dobrze.

Odsuwa od siebie tę myśl, przypominając sobie, że więzi rodzinne są nierozerwalne, a jej miłość do brata jest niezmienna mimo jego braku rozwagi. Poza tym jednym z jej zadań jest studzić Essexa. Zawsze tak było: jako najstarsza z rodzeństwa miała obowiązek powstrzymać go przed wspinaniem się na najwyższe gałęzie drzew w sadzie w Chartley, przed dosiadaniem nieujeżdżonych kucyków, przed pływaniem po rzece na tratwie skleconej z kołków powiązanych sznurkiem - robił to wszystko tylko po to, żeby popisać się odwagą. Tym razem jednak nie zdołała go powściągnąć.

Dźwiganie ciężaru nadziei i marzeń całej rodziny jest rzeczywiście trudne. Penelope widzi te oczy brata, płaskie i martwe od wewnętrznego mroku. Kiedy matka oznajmiła im o śmierci ojca, powiedziała Robinowi: "Jesteś teraz hrabią Essex". Wyglądał żałośnie i wydawał się mały jak na swoje dziesięć lat. "Spoczywa na tobie odpowiedzialność za ród Devereux. Jesteś głową rodziny". To było tak, jakby w jednej chwili skradziono mu dzieciństwo, i niedługo później Penelope po raz pierwszy zobaczyła to puste spojrzenie kamiennych oczu.

- Gdybyś była chłopcem, byłby z ciebie niezły mąż stanu - żartuje Blount.

Próbuje ją rozweselić i Penelope kocha go za to jeszcze bardziej.

- A gdybyś ty był kobietą, byłaby z ciebie okropna żona, z nosem wiecznie w książkach. Twój mąż miałby obawy, że zrobisz się przemądrzała.

Blount śmieje się i trzepocze rzęsami jak dziewczyna. Cieszy ją ten brak powagi, nawet jeśli jest trochę wymuszony.

- Pomyśl, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy mieszkali razem w Wanstead - mówi, już poważniejąc.

- Obawiam się, że nie zniosłabyś spokojnego życia.

- Może nie teraz, ale pewnego dnia.

- Pewnego dnia - powtarza Blount. - Dlaczego tak kochasz Wanstead?

- Właściwie nie wiem. Panuje tam atmosfera zadowolenia. Było to również moje schronienie, kiedy wyszłam za mąż. - Penelope nie dodaje, że jest to dla niej miejsce nietknięte wspomnieniami o Sidneyu, nawiedzającymi wszystkie inne miejsca.

Blount ujmuje jej rękę i splata palce z jej palcami.

Drzwi się otwierają, a oni odsuwają się od siebie i znów biorą do rąk karty.

- Twoja kolej - rzuca Penelope, gdy Essex wkracza do pokoju ze świtą, w której skład wchodzi jej mąż.

Rich rzuca jej przelotne spojrzenie. Niedawno pokłócili się o Blounta, kiedy Rich przypomniał jej o obietnicy dyskrecji.

- Myślisz, że chcę nosić rogi ku uciesze wszystkich na dworze, śmiejących się ze mnie w kułak? Nie wystarcza, że pozwalam ci chować jego córkę z moimi rodzonymi dziećmi?

Nie wyjawiła, że chyba znowu jest przy nadziei. I nie powiedziała Blountowi, że ostatnim razem poroniła, co wpędziło ją w czarną rozpacz.

- Dotrzymałam umowy - oznajmiła. - Służyłam ci jako tło, na którym mogłeś błyszczeć, i przymykałam oko na twoje... - Niezupełnie wiedziała, jak opisać jego romanse; nigdy nie znalazła zadowalającego określenia. - Masz dwóch synów - dodała z naciskiem. - Pięknych chłopców.

Na myśl o dzieciach zawsze ściska jej się serce. Matka nigdy nie przepuszcza okazji, by jej wytknąć, że jest dla nich zbyt pobłażliwa, ale ona nie może się powstrzymać. Podczas ostatniej wizyty w Leighs dała im parkę świnek morskich, rzadkość kupioną za niemałą sumę, i czuje przypływ ciepła na wspomnienie ich radości, gdy pokazała im dziwne stworzonka o oczkach jak paciorki i drgających wąsatych noskach.

Od jej brata i jego ludzi bije aura tłumionego podniecenia, jakby wrócili z hulanki lub bitwy.

- Czy nadal pada? - pyta, zauważając, że Essex ma mokre włosy.

Deszcz padał przez całe lato prawie bez przerwy, co najpewniej spowoduje nieurodzaj.

- Pewnie słyszałaś. Lało jak z cebra - odpowiada Essex, potrząsając głową niczym pies.

Rich wzdryga się, gdy fala kropelek spada na jego twarz, a jego szwagier wybucha śmiechem. Rich też się śmieje, żeby mu się przypochlebić. W jego przekonaniu Essex nigdy nie może postąpić źle i Penelope często zastanawiała się, czy w grę nie wchodzi nieodwzajemnione pragnienie.

- List do ciebie. - Essex podaje Blountowi wilgotny zwitek papieru. - Twój człowiek wszędzie cię szukał.

Rich jadowitym wzrokiem patrzy na żonę i jej towarzysza; zapewne przypuszcza, że zaszyli się tutaj w jakimś niecnym celu.

- Byliśmy tu cały czas - mówi Penelope. - Graliśmy w karty.

Blount otworzył list, przebiegł go wzrokiem i teraz siedzi ze wstrząśniętym wyrazem twarzy.

- Co się stało? - pyta go Penelope.

- Mój brat nie żyje. - Jest zdruzgotany. - Zmarł nagle.

- Bardzo mi przykro, Charles. - Penelope rozpaczliwie pragnie go pocieszyć, ale nie może tego zrobić, nie publicznie, nie w obecności męża.

- Wola Boża - mówi Essex, klepiąc Blounta po plecach w ten typowy dla mężczyzn w takich chwilach niezręczny sposób. - To chyba oznacza, że jesteś teraz lordem Mountjoy.

Siostra mocno kopie go w kostkę, zirytowana jego brakiem taktu.

- Czy możecie łaskawie mi wybaczyć? - Blount wstaje i wychodzi z pokoju.

Penelope chce pójść za nim, ale czuje na sobie wzrok Richa. Nie wypada. Zbiera karty i przewiązuje talię wystrzępioną wstążką. Essex ściąga mokry dublet i rzuca go swojemu człowiekowi. Rich go obserwuje. Penelope nagle rozumie i robi jej się ciężko na sercu: przyszli z egzekucji doktora Lopeza. To dlatego brat jest taki bezduszny. Ogarnia ją złość. Wstaje, chwyta go za ramię i odciąga go na bok.

- Posunąłeś się za daleko w sprawie Lopeza - szepcze. - O wiele za daleko. Powinieneś mnie posłuchać. Jestem przerażona...

- Na litość boską, siostro - przerywa jej. - Nie znasz prawdy. Ten człowiek był winny, planował otrucie królowej. Był zdrajcą. Uratowałem Jej Królewską Mość.

- Albo tylko sobie to wmówiłeś.

- Był winny, na własne uszy słyszałem, jak się przyznał, więc nie traktuj mnie protekcjonalnie, Penelope. Już nie jestem twoim małym braciszkiem. I spójrz, jak wznosi się moja gwiazda, podczas gdy Cecil... nosi ołowiane buty. - Ujmuje jej podbródek i obraca jej twarz ku swojej. - Nie rozumiesz, że robię to dla nas?

- Wiem. Wiem.

Jest napięty jak cięciwa.

- Nie masz pojęcia, jak to jest. Tak wielu życzy mi upadku: Cecil, Ralegh i wszystkie ich sługusy - syczy z pasją Essex. - Może na to nie wygląda, ale trwa wojna. Ludzie giną na wojnach.

Świat jej brata jest czarno-biały: albo wojna, albo pokój, zabij albo daj się zabić, wysoko albo nisko, nie ma nic pomiędzy.

- Nie zaszkodziłoby, gdybyś zaczął się miarkować... i nie świętuj śmierci tego biednego człowieka. Okaż choć trochę przyzwoitości.

Penelope myśli o wdowie po doktorze Lopezie. Ustanowi dla niej anonimowo uposażenie, co będzie jakąś drobną rekompensatą.

- Masz rację. Będę się bardziej miarkować. Będę grzeczny. - Essex całuje ją w policzek, patrząc na nią oczami szczeniaczka. - Nie gniewaj się na mnie, siostrzyczko, bo tego nie zniosę. Czuję się, jakbym utracił twoją miłość.

Jej gniew słabnie, zwraca się do wewnątrz, i nagle ogarnia ją wstyd, jakby własnoręcznie zarzuciła pętlę na szyję Lopeza. Nie może zaprzeczyć, że jej ambicje, by zapewnić przyszłość rodzinie Devereux, dorównują wielkim ambicjom jej brata; ambicje są ich wspólnym demonem. Bez nich mogliby wieść spokojne życie. Mogła uciec i wyjść za mężczyznę poniżej swojego stanu, jak zrobiła to Dorothy, zadowalając się życiem w zapomnieniu. Ale prawda jest taka, że nawet dla Dorothy nie ma czegoś takiego jak zapomnienie, ponieważ owdowiała i Essex próbuje znaleźć dla niej świetną partię. Gdy przychodzisz na świat w takiej rodzinie, ucieczka jest tylko tymczasowa, nawet dla lekkomyślnej Dorothy, której nie interesuje polityka.

Poza tym Penelope dobrze wie, że może trzymać się z dala od centrum wydarzeń nie bardziej niż jej brat. On nigdy nie miał wyboru, ponieważ był bez grosza przy duszy - najbiedniejszy hrabia w Anglii, jak powiadano. Rodziny takie jak ich, jeśli nie pną się w górę, umierają. Dlatego Essex musi łasić się do królowej jak kot, ujmująco trącając łapami zabawki, którymi ona nad nim kołysze, i bezustannie zabiegać o patronat, aby utrzymać nazwisko Devereux przy życiu. A ona musi mu pomagać.

- Nie straciłeś mojej miłości, Robinie.

Penelope spogląda na swoją przeszłość i zastanawia się, czy był taki moment, że odwróciła się od tamtej dawnej prostej dziewczyny, i kiedy jajko stało się ostrygą? Zaczęło się od Richa. Pamięta rozkoszne uczucie władzy, gdy zawarła z nim umowę. Jeśli zaczęło się od Richa, to skrystalizowało się wówczas, kiedy zrozumiała, że nawet jeśli wykonasz swój obowiązek i dotrzymasz słowa, okoliczności nie zawsze będą stosować się do twoich życzeń. To śmierć Sidneya ją zmieniła; nie czuje już smutku, lecz ma w sobie cichą studnię wściekłości, którą zawsze musi trzymać w ryzach. Ale wściekłość ma potężną moc i możliwe, że pewnego dnia Penelope będzie chciała sięgnąć do tej studni.

Lato 1595

Londyn

Rozlega się głośny trzask i brzęk szkła, a zaraz potem łomot, gdy coś ciężkiego uderza w bok powozu. Cecil od razu myśli, że pojazd dopiero co został odmalowany, i to niemałym kosztem.

- Będzie po nas, jeśli tu zostaniemy. Do rzeki! Do rzeki! - krzyczy z paniką w głosie jeden ze stangretów, co uświadamia Cecilowi, że to nie wypadek. - Trzymaj się mocno, panie! - woła do środka, a następnie do woźnicy: - Zawracaj!

Powóz przechyla się i słychać więcej uderzeń. Cecila oblewa zimny pot, gdy pojazd zaczyna gwałtownie się kołysać.

- Zabieraj te brudne łapy! - ryczy drugi stangret i jego bicz świszcze i trzaska.

Cecil zbiera się na odwagę i lekko odchyla zasłonkę, bojąc się tego, co zobaczy na zewnątrz. Jakiś mężczyzna przyciska twarz do szyby, przytrzymując się krawędzi drzwi. Rozdziawia szczerbate usta i wyje, gdy bicz stangreta spada na jego plecy. Cecil wzdryga się. Mężczyzna patrzy na niego z wyrazem czystej odrazy.

- Widzisz ze swojego frymuśnego powozu, że tacy jak my chodzą głodni, że cały Londyn głoduje? - mówi, po czym spluwa na szybę.

Cecil kuli się, oniemiały z przerażenia, i nagle słyszy dochodzące z dali skandowanie: "Uczciwa praca za uczciwą płacę! Uczciwa praca za uczciwą płacę! Uczciwa praca za uczciwą płacę!". Inni krzyczą: "Chodźcie z nami, robotnicy, Anglia dla Anglików!". Ślina ścieka po szybie, a mężczyzna, wciąż nie odrywając wzroku od Cecila, zaczyna szarpać klamkę. Po drugiej stronie powozu dochodzi do szamotaniny.

Cecilowi trzęsą się ręce, jak pijakowi, i nie może przestać myśleć o tym, jak wyciągają go z powozu i biją na śmierć. Widzi siebie, jakby był poza swoim ciałem, skulonego w błocie i kopanego przez motłoch.

Nagły ogłuszający huk wystrzału z pistoletu odbiera mu dech w piersi i przyprawia o bolesne dzwonienie w uszach. Mężczyzna ucieka, pozostawiając w jego umyśle odcisk swojej odrazy. Powóz jedzie szybko w kierunku rzeki; pęd wbija Cecila w tapicerkę, aż strzyka mu w karku. Wydaje mu się, że minęła chwila, a już są na molo. Drzwi się otwierają i jeden z jego ludzi pomaga mu wysiąść, tłumacząc, że strzelił w powietrze.

- Nikomu nic się nie stało, panie. - Cecilowi ani przez myśl nie przeszło, by martwić się o los napastników. - Mało brakowało. Bałem się, że mogą...

- Tak - przerywa mu Cecil, w końcu odzyskując przytomność umysłu, gdy prowadzą go do czekającej łodzi.

- Poważne kłopoty, panie - mówi wioślarz, pomagając mu wsiąść. - Zamieszki w całym mieście. Podobno splądrowali sklep rusznikarza i obalili pręgierze na Cheapside. Terminatorzy, młodzi i głupi, myślą, że mogą zmienić świat. Skierowali się na Tower Hill.

- Zabierz mnie tam - rozkazuje Cecil.

Teraz, względnie bezpieczny na pokładzie, nabiera śmiałości, jakby to, że cudem uszedł cało, obudziło w nim odwagę, a nawet apetyt na niebezpieczeństwo. Nie jest to znajome uczucie, ale przyjemnie uderza mu do głowy.

- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł, panie.

- To nie ja się boję. - Cecil nie może uwierzyć, że to mówi; coś takiego mógłby powiedzieć Essex, żeby sprowokować człowieka do popełnienia jakiegoś szaleństwa. - W dół rzeki do Tower, kazałem.

- Ale zaczyna się przypływ. Będziemy musieli pokonać bystrza przy moście.

- Ruszajmy! - Cecil czuje pełne podziwu spojrzenia wioślarzy, będących pod wrażeniem jego postawy, i wzbiera w nim duma.

Gdy wioślarze łapią rytm, to nieznane poczucie odwagi go nie opuszcza. Myśli o zamieszkach i dochodzi do wniosku, że powinien przewidzieć ich wybuch. Ceny rosną w zastraszającym tempie, a nieurodzaj oznacza napływ mieszkańców wsi do miasta w poszukiwaniu zarobku. A Londyn już pęka w szwach, pełen cudzoziemców szukających schronienia przed wojnami w Niderlandach - i oni też potrzebują pracy. Raz widział, jak banda podrostków napadła na jakiegoś Holendra przed Mermaid. Powalili go na ziemię i zaczęli kopać; jeden rozwiązał nogawice i nasikał na błagającego o litość biedaka. Cecil wysłał tam kilku swoich ludzi, żeby zaprowadzili porządek, ale opanowanie jednego incydentu nic nie da.

Z bezpiecznej rzeki widzi grupę około pięćdziesięciu mężczyzn, którzy z krzykiem biegną północnym brzegiem. Łódź płynie na południe, obok szkieletu na wpół zbudowanego teatru Swan, chwiejnej konstrukcji sięgającej nieba, wyższej niż wszystkie okoliczne budynki z wyjątkiem kościoła. Teatry wyrastają jak grzyby po deszczu. Cecil podjął mizerną próbę powstrzymania tej budowy, ale szybko się wycofał, z obawy, że zirytuje królową, która jest miłośniczką teatru.

On w tej rozwijającej się formie rozrywki i jej sile oddziaływania na masy dostrzega coś złowrogiego. Widział, jak krwiożerczy potrafi stać się tłum, gdy zobaczy na scenie polityczną niesprawiedliwość, i obawia się, że pozornie niewinny dramat może podburzyć ludzi do buntu. Ostatnio pojawiła się sztuka poświęcona uzurpacji króla Ryszarda II. Cecil nie rozumie, dlaczego królowa ją aprobuje, chociaż usunięto z niej sceny mogące sprowokować zamęt. Jest przekonany, że takie rzeczy są w stanie zasiać w głowach niewykształconych mas idee sprzeciwu.

Podpływa jakaś łódka; jej wioślarz wstaje i krzyczy:

- Na Tower Hill jest przeszło tysiąc ludzi!

Nagle Cecila ogarnia poczucie, że walą się wszystkie kruche struktury państwa, i to nie tylko tutaj, w Londynie. Hiszpanów nie da się zatrzymać w Europie; ich atak na południowe wybrzeże Anglii to tylko kwestia czasu. Ale najbardziej niepokojące, o czym szepczą jego informatorzy, jest to, że zgodnie z przewidywaniami Essexa Hiszpanie zamierzają połączyć siły z hrabią Tyrone'em w Irlandii przeciwko Anglikom. To przygnębiająca myśl. Essex jak zwykle pobrzękuje mieczem, pragnąc okryć się chwałą; Cecil obawia się, że z uszczuplonej szkatuły trzeba będzie finansować wojnę na dwóch frontach. Nieustannie się nad tym głowi, szukając dyplomatycznego rozwiązania. Musi istnieć układ, który można by zawrzeć bez rozlewu krwi i rujnujących kosztów wojny. Wyobraża sobie, że to on doprowadza do zawarcia pokoju i dzięki temu przechodzi do annałów.

Spogląda w górę i widok ogromnej konstrukcji mostu wyrywa go z zamyślenia. Jego nowo odkryta odwaga zaczyna odpływać. Co za szaleństwo go do tego pchnęło? Już raz dzisiaj o włos uniknął nieszczęścia, a bystrza są równie niebezpieczne jak tłum. Zimny pot zalewa go pod ubraniem; oddech Cecila staje się płytki i drżący.

Ale jest już za późno, żeby zawrócić, bo woda trzyma ich w garści. Wioślarze wciągają wiosła i mocno je ściskają, gdy rwący nurt przepycha łódź pod wąskim łukiem. Mężczyźni krzyczą i pohukują z emocji. Z rykiem wściekłej wody w uszach Cecil zamyka oczy, zbyt struchlały, by patrzeć, jak wpływają w cień pod mostem. Kurczowo chwyta się brzegu ławki i na chwilę przestaje oddychać, koncentrując umysł na utrzymaniu się na powierzchni, jakby samą siłą woli mógł zapobiec wywróceniu się łodzi. Strzykanie w karku jest coraz bardziej bolesne, ale nie śmie unieść ręki, by pomasować mięśnie. W wyobraźni widzi, jak miota się w szalejącym nurcie i jest wciągany pod wodę, coraz głębiej, aż pękają mu płuca.

Łódź podskakuje, przez chwilę wisi w powietrzu, po czym opada, przechylając się tak mocno, że woda przelewa się nad burtą. Cecil, z żołądkiem w gardle, uderza ramieniem w słupek.

- Przechył! - krzyczy jeden z mężczyzn.

Wszyscy przesuwają się na ławkach i łódź wraca na równy kil. Cecil siedzi po kostki w wodzie, która niszczy jego najlepsze buty, uszyte z włoskiej skóry przez biegłego rzemieślnika.

Przeprawili się. Wioślarze głośno wiwatują i śmieją się, żartobliwie zarzucając jeden drugiemu tchórzostwo. Cecil z głębokim westchnieniem wznosi cichą modlitwę dziękczynną, przybiera nonszalancki wyraz twarzy i chowa drżące ręce. Nie byłoby dobrze, gdyby dostrzegli jego słabość, chociaż trudno mu zrozumieć, jak ktoś może czerpać przyjemność z tak przerażającego doświadczenia - może poza zadowoleniem, że uszło się z życiem.

Jeden zaczyna czerpać wodę z zęzy i po chwili Cecil widzi swoje przemoczone buty. Unosi głowę i dostrzega tłumy ludzi, którzy wypełniają wąskie uliczki prowadzące od rzeki. Wszyscy mają jakąś prowizoryczną broń i zmierzają w stronę Tower Hill. Gdy widać już blanki, łódź zatrzymuje się, podskakując i kołysząc się na wodzie. Rezygnując z pomocy wioślarza, Cecil wspina się na dach kabiny, by mieć lepszy widok.

Na szafocie stoi mężczyzna krzyczący do tłumu i wymachujący pistoletem nad głową. Cecil wspomina ostatnią egzekucję, którą tutaj widział - stracenie doktora Lopeza przed rokiem - i coś skręca mu wnętrzności; przypuszcza, że wstyd. Zastanawia się, jak pogodzi się z Bogiem, kiedy nadejdzie czas. Mógł ocalić doktora Lopeza, ale wypadłby za to z łask. Patrzył, jak umiera niewinny człowiek, i w konsekwencji zobaczył wzlot swojego wroga na niebotyczne wyżyny. Drażni go widok Essexa, wbitego w dumę, przekonanego o swojej wyższości, lecz jest to mniejsze zło - utrata zaufania królowej oznaczałaby koniec Cecilów. Czasami czuje do siebie odrazę za to, co robi. Ale robię to dla dobra Anglii, przypomina sobie - dla królowej. I pociesza się myślą, że skoro Essex wznosi się tak wysoko, to jeśli upadnie, rozsypie się na tyle kawałków, że już nie da się ich scalić.

Mężczyzna na szafocie strzela z pistoletu w powietrze, a tłum odpowiada rykiem. Niektórzy rzucają kamieniami w okna; motłoch w pobliżu portu wyłamał drzwi magazynu i rozkrada beczki z rybami. Cecil zastanawia się, którego z opłacanych przez niego ludzi mógłby wypytać o nazwiska prowodyrów. Jest ktoś, kto zna się z terminatorami, on będzie wiedział. Publiczna kara powinna powstrzymać najgorsze. Ten człowiek, który stoi na szafocie i strzela z pistoletu, wkrótce znajdzie się tam ponownie i będzie prosił Boga o przebaczenie, patrząc w męczarniach na własne wylewające się wnętrzności. Cecil zaleci królowej, aby wprowadziła zakaz opuszczania domów po zachodzie słońca. Zastanawia się, po co tu przybył. Przecież niczego nie może zrobić ze swojego pływającego schronienia.

- Zabierz mnie z powrotem do pałacu - zwraca się do przewoźnika.

W Whitehall Cecil zastaje ojca, który przygląda się, jak królowa i Essex grają w szachy. Hrabia ma teraz bujną brodę, lśniącą i męską jak grzywa lwa. Elżbieta patrzy na niego takim wzrokiem, jakby był stworzoną przez nią istotą, i jest wyraźnie zachwycona swoim dziełem. W Cecilu wzbiera stara zazdrość.

- Pigmej! - wita go radośnie królowa, obracając się ku niemu. - Słyszałam, że byłeś na froncie.

Cecil pragnie, żeby dodała coś więcej, pogratulowała mu odwagi, ale nic z tego. Zdaje sobie sprawę, że jeśli sam opisze swoje ciężkie chwile, wyjdzie na to, że domaga się pochwał.

- Byłem świadkiem wydarzeń.

- Z bezpiecznej łodzi - mówi Essex, uśmiechając się z wyższością, jakby chciał powiedzieć, że on na jego miejscu wpadłby w sam środek tłumu i rozpędził go w pojedynkę.

Cecil patrzy na swoje zniszczone buty; białe ślady na czarnych pończochach wskazują, dokąd sięgała woda. Przypuszcza, że Essex należy do tych, którzy śmieją się i wiwatują, płynąc przez bystrza. I skąd w ogóle wie, że on był na łodzi? Czuje się obserwowany w takim stopniu, w jakim sam obserwuje; nie jest to przyjemne uczucie. Przywołuje w myśli twarze tych, których zatrudnia jako wioślarzy, i docieka, któremu nie należy ufać - a może był to ktoś na innej łodzi.

- Essex uważa... - Królowa urywa, żeby wykonać ruch skoczkiem.

- Widzę, do czego zmierzasz, Wasza Królewska Mość - mówi żartobliwie hrabia. - Masz zamiar zdobyć moją wieżę.

Co myśli Essex? - zastanawia się Cecil, wymieniając krótkie spojrzenie z ojcem. Niedawno próbował pociągnąć za język byłą kochankę hrabiego, żeby sprawdzić, czy jest na tyle głupia, by wyjawić jakieś jego sekrety. Wyszło na to, że mimo swojej fanfaronady i arogancji hrabia wzbudza wielką lojalność nawet w sercach porzuconych flam.

- Może nie chodzi mi o wieżę - rzuca Elżbieta.

- Nie! - wykrzykuje Essex, klepiąc się dłonią w czoło. - Wzięłaś na cel moją damę. Jak mogłem tego nie zauważyć? Jesteś dla mnie zbyt przebiegła, Wasza Królewska Mość. Nie mam przy tobie najmniejszych szans.

Elżbieta wybucha radosnym śmiechem, a Cecil zadaje sobie pytanie, czy Essex celowo pozwala jej wygrać. Jeśli tak, robi z tego piekielnie dobre przedstawienie.

- Essex uważa, że powinnam wprowadzić prawo wojenne - mówi królowa. - Ale twój ojciec jest zdania, że to tylko nasili niepokoje, prawda, Burghley?

- Tak, Wasza Królewska Mość. Uważam, że rozsądnie byłoby wypróbować inne metody, bez uciekania się do użycia siły. Nie chcemy, żeby katolicy wykorzystali sytuację i dołączyli do zamieszek, bo wówczas dojdzie do rebelii na wielką skalę.

- Co o tym myślisz, Pigmeju?

- Zgadzam się z ojcem. Należy obrać rozważne podejście, wyłapać prowodyrów, ukarać ich dla przykładu... mieć oko na...

- I pozwolić, by inni zajęli ich miejsce - przerywa mu Essex. - Musimy dać pokaz siły. Mam ochotę sam się tym zająć.

Cecil wyobraża go sobie, jak siedzi na koniu, w błyszczącym napierśniku, z mieczem w ręce, z tą brodą - mężczyzna w każdym calu. Mieszkańcy Londynu byliby zachwyceni, widząc między sobą swojego wojowniczego bohatera - mimo szlachetnej krwi Essex ma umiejętność nawiązywania kontaktu ze zwykłymi ludźmi. Cecilowi staje przed oczami upiorna twarz tamtego człowieka, przyciśnięta do szyby w drzwiach powozu. Ściska go w żołądku na to wspomnienie i cieszy się, że siedzi bezpiecznie w solidnych murach Whitehall.

- Tak się składa, że już poinstruowałam straże - mówi królowa.

Cecil wrze ze złości. Essex zasłania uśmiech ręką.

- Ale chcę znać nazwiska - kontynuuje Elżbieta. - Masz rację, Pigmeju, musimy ukarać prowodyrów, dla przykładu. Nie masz nic przeciwko ubrudzeniu sobie rąk, prawda?

Cecil patrzy na ojca, a ten nieznacznie skłania głowę.

- Z przyjemnością zrobię to, co konieczne, Wasza Królewska Mość. - Cecila mierzi, że jego rolę królowa uważa za brudniejszą, i czuje, że stracił przewagę w tej wymianie zdań.

- Mam cię w szachu, Essex. - Elżbieta radośnie unosi ręce.

- Jak zawsze. - Hrabia trzepocze rzęsami, patrząc na nią, a ona sięga po dłoń faworyta.

Cecil robi wszystko, co może, żeby powstrzymać się od jęku.

- Mój drogi chłopiec - mruczy królowa, po czym zwraca się do Burghleya: - Czy nie jesteś dumny ze swojego dawnego wychowanka?

- Owszem, jestem. Wszyscy młodzi mężczyźni wychowani pod moim dachem są...

- Z Oxfordem nie poszło tak dobrze, skandal przylega do niego jak surowe jajko. - Królowa ma nieodgadniony wyraz twarzy.

- Southampton jest dobrym człowiekiem - zauważa Essex.

Twoim fagasem, myśli Cecil, z trudem hamując cisnące mu się na język słowa.

- Southampton jeszcze nie miał okazji się sprawdzić. Ledwie wyrósł z chłopięctwa, ale go lubię. - Elżbieta wymienia uśmiech z hrabią, tak jakby tylko oni dwoje byli w tej komnacie.

A ja? A co ze mną? - chce zapytać Cecil, wyrzucając sobie w duchu, że pozwolił, by zazdrość wzięła nad nim górę. Ale mur zażyłości, który Essex zbudował wokół królowej, jest nie do pokonania. Burghley nie okazuje rozdrażnienia. "Nie siłą, ale częstym spadaniem". Jestem niezastąpiony, przypomina sobie Cecil, niezbędny.

- Wyraziłam zgodę na ślub siostry Essexa - oznajmia królowa.

Cecilowi miga przed oczami Penelope, ale oczywiście chodzi o drugą siostrę, Dorothy - tę, która potajemnie wyszła za mąż i w ubiegłym roku owdowiała. To oznaka łaski, bo jeszcze nie tak dawno królowa nie chciała nawet słyszeć o Dorothy Devereux, a teraz udziela jej królewskiego błogosławieństwa na ślub.

- Ach, ślub, to cudownie - komentuje Burghley. Cecil wie, że ojciec będzie tak samo jak on zainteresowany znaczeniem tej łaskawości. - Czy mogę spytać, kto jest szczęśliwym wybrańcem?

- Nie zdołam się ocalić - odzywa się Essex, zdejmując swoją wieżę z szachownicy. - Nie mogę wykonać żadnego ruchu, który uchroniłby mnie przed klęską.

- Northumberland - oznajmia królowa.

- Ach. - Burghley dobrze odgrywa przedstawienie.

Cecil nie odrywa wzroku od szachownicy, z obawy, że zdradzi się ze swoim wielkim niezadowoleniem. Northumberland jest jednym z najważniejszych hrabiów w kraju. Wpływ Essexa na królową stał się niepodważalny. To małżeństwo taktyczne; Northumberland i Ralegh siedzą sobie nawzajem w kieszeniach i Cecil wierzył, że skłaniają się do jego poglądów. Nawet jeśli Ralegha trochę trudno rozszyfrować, zawsze byli dla siebie przydatni, rozumieli się - obaj nienawidzą Essexa. Cecil zastanawia się gorączkowo. Może znajdzie sposób, żeby wyciągnąć z tego układu jakieś korzyści dla siebie.

- Pigmeju, co się stało z twoimi butami? - pyta królowa, wskazując jego stopy.

Spoglądają nawet kobiety z drugiej strony komnaty.

- Przepływaliśmy bystrza, żeby dostać się na Tower Hill. Uznałem, że powinienem jak najszybciej przekazać ci wieści, Wasza Królewska Mość. Powinienem wcześniej się przebrać, ale pomyślałem... - Język mu się plącze.

Elżbieta uśmiecha się krzywo. Czy cieszy ją jego zakłopotanie?

- Płynąłeś przez bystrza? Boże drogi!

Cecil żałuje, że nie znalazł innego wytłumaczenia. Nie cierpi takiego protekcjonalnego tonu, jakby był małym chłopcem, który po raz pierwszy siedzi na kucyku.

- Na bystrzach jest niezła zabawa, prawda? - wtrąca Essex.

- Tak, zabawa - powtarza Cecil, próbując ukryć tlącą się w głosie urazę.

Październik 1595

Leighs, Essex

Penelope wpada do pokoju dziecięcego w ubłoconym stroju podróżnym i wita się z panią Shilling, która trzyma Małą Peę na kolanach i stopą buja kołyskę. Dzieci podbiegają, mówiąc wszystkie naraz, z wyjątkiem Lucy, najstarszej, która tkwi przy oknie; jest nieśmiała i wstydliwa, jak większość dziewcząt u progu dorosłości. Penelope bierze trzylatkę w ramiona i szepcze: "Mój słodziutki groszku*". Rozkoszuje się jej seplenieniem, gdy mała mówi "mama" z uśmiechem, od którego robią jej się dołki w policzkach. Penelope przykłada palec do jej noska i w odpowiedzi słyszy chichotanie. Zastanawia się, czy Rich zauważył, że Mała Pea ma zadarty nos po ojcu. Zdejmuje jej z główki płócienny czepek i wdycha jej zapach, po czym zagląda do kołyski, żeby zobaczyć swoje najmłodsze dziecko, smacznie śpiące w powijakach.

- Dzidzia. - Mała Pea wskazuje pulchnym paluszkiem niemowlę.

- Spójrzcie tylko na siebie - mówi Penelope, patrząc na swoje dzieci, ubrane w najlepsze rzeczy na jej przybycie, podekscytowane jej widokiem.

W jej sercu wzbiera duma. Niektóre kobiety skarżą się, że gdy odwiedzają swoje dzieci, te na krok nie odstępują nianiek. Może okoliczności trzymają ją z dala od potomstwa, ale zawsze pilnuje, żeby cały ten cenny czas, jaki z nimi spędza, poświęcać ich przyjemności.

Młodszy syn podnosi świnkę morską.

- Zobacz, jak dobrze się nią opiekuję.

- Rozkwita pod twoją opieką, Henry. Dojrzałeś, młody człowieku. - Penelope głaska podsunięte jej zwierzątko, siada ze skrzyżowanymi nogami na podłodze i bierze Małą Peę na kolana, a inne dzieci, oprócz Lucy, sadowią się obok niej.

Nie daje jej spokoju pewna myśl, związana z czymś, co usłyszała w drodze. Myśl o katolickim księdzu wywleczonym z kryjówki w domu sąsiada. Spędził tam cztery dni bez jedzenia i wody i był na wpół martwy, kiedy go znaleziono. Penelope drży, kierując uwagę z powrotem na dzieci - ma nadzieję, że świat będzie dla nich bezpieczniejszym miejscem, gdy dorosną.

Mała Pea bierze w rączkę jej naszyjnik.

- Ślicne - sepleni.

- Masz dla nas prezenty? - pyta starszy syn.

- Hoby! - upomina go Essie. - Nie tak należy witać się z mamą, której nie widziałeś od miesiąca.

Penelope gładzi jej miękki, gładki jak śmietana policzek.

- Tak się składa - zwraca się do Hoby'ego, który z miesiąca na miesiąc coraz bardziej przypomina swojego wuja Essexa - że mam coś dla ciebie. - Patrzy na niego, na swoje zachłanne dziecko, swoją srokę, i widzi błysk podniecenia w jego oczach. - Na zewnątrz.

Chłopiec skacze na równe nogi.

- Mogę zobaczyć?

- Nie, najpierw buziaki i uściski. - Penelope szeroko otwiera ramiona i przyciąga dzieci do siebie, uśmiechając się ponad ich ramionami do Lucy.

Najstarsza córka stoi przy oknie i udaje, że coś za nim ją ciekawi, ale od czasu do czasu zerka na matkę i rodzeństwo. Odpowiada wymuszonym uśmiechem. Penelope przypuszcza, że Lucy czuje się na to wszystko zbyt dorosła - ma przecież trzynaście lat - i przypomina sobie, jak w tym samym wieku przybyła do domu Huntingdonów i też uważała, że jest za stara na dziecinne rzeczy, a zarazem potajemnie ich pragnęła.

Henry składa lepki pocałunek na jej policzku.

- Idźcie do stajni i poproś Alfreda, żeby ci pokazał. Essie, jesteś odpowiedzialna za braci.

Wybiegają we trójkę. Henry jedną ręką przytula świnkę, a drugą trzyma dłoń siostry. Penelope nie może zapomnieć o ukrywającym się księdzu. Pewnie jest już w Tower na torturach. Na tę myśl robi jej się słabo. Duma o wszystkich tych bezimiennych mężczyznach, którzy zbierają informacje na kontynencie, i o tym, jak ryzykują. Schwytanie tego biedaka zaledwie kilka mil od Leighs sprawia, że to miejsce, które zawsze uważała za azyl, wydaje się kruche jak papier.

Podnosi się z podłogi i przekazuje Małą Peę piastunce.

- Jestem ci bardzo wdzięczna za troskę, jaką im okazujesz - mówi.

Wspomina, jak pani Shilling przygarnęła ją tamtego dnia, kiedy myślała, że oszaleje z rozpaczy. Pocieszający zaduch pralni wraca do niej poprzez czas, jakby to było wczoraj, a nie prawie czternaście lat temu. Zaczyna się zastanawiać, ile lat ma pani Shilling; jeśli była mamką Richa, to musi być już dobrze po pięćdziesiątce. Piastunka wylicza wszystkie osiągnięcia dzieci, opowiada, jak sprawia się nowy guwerner i czego je uczy mistrz muzyki. Penelope znienacka nachodzi myśl, że któryś z tych mężczyzn może być utajonym katolikiem, ale zaraz upomina się za dramatyzowanie. Sama z nimi rozmawiała, zanim zostali zatrudnieni, i obaj przedstawili nieskazitelne referencje.

Siada obok Lucy przy oknie.

- Co czytasz? - Dotyka palcem książki, lecz córka szybko ją odsuwa.

- Przepraszam. Znalazłam ją w twoich prywatnych rzeczach. - Lucy siedzi ze spuszczoną głową, nie patrząc matce w oczy, ale pozwala wyjąć sobie książkę z rąk.

Penelope widzi, że to Astrophil i Stella.

- Co to jest? - Lucy wyjmuje arkusik papieru.

Moja miłość do ciebie jest wieczna jak gwiazdy, moja Stello. Penelope rozpoznaje podpisany przez Sidneya liścik, którego używała jako zakładki.

- Zaraz ci wyjaśnię. - Spogląda na panią Shilling.

Ta właściwie interpretuje jej spojrzenie, zabiera Małą Peę i wychodzi z pokoju.

Lucy patrzy na matkę twardym wzrokiem.

- Kochałaś sir Philipa Sidneya?

- Tak.

Penelope nie zamierza wikłać się w sieć kłamstw i wymówek; dźwiga już tyle nieprawdy, że wystarczy na dwa żywoty. Nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby wyrazić słowami tego, co łączyło ją z Sidneyem, jak wzajemnie wpadli w swoje sieci. Często zastanawiała się, czy to rozłąka podsycała ich uczucia. Wówczas tak mało wiedziała o miłości i o tym, jak ta pierwsza może ukształtować człowieka. Nie ma dnia, żeby nie myślała o Sidneyu, choćby przelotnie. Zdarza się, że słyszy zdanie, które kiedyś wypowiedział, widzi z daleka jego brata i myśli, że to on, śni o nim żywo albo niespodziewanie wpada jej do głowy linijka któregoś jego wiersza.

- A co z ojcem? - pyta Lucy.

- To nie miało nic wspólnego z twoim ojcem.

- Ale skoro kochałaś innego, to go zdradziłaś.

- To była miłość całkowicie czysta.

- Co to oznacza?

- Dokładnie to, co oznacza, skarbie. - Penelope sięga po rękę córki, ale Lucy nie odwzajemnia gestu, jej dłoń jest sztywna. - Wielu rzeczy o miłości jeszcze nie rozumiesz. Nie zawsze jest prosta.

- Czytałam romanse - mówi dziewczynka, jakby sugerowała, że matka traktuje ją protekcjonalnie. - Wiem o miłości dworskiej. Chcesz powiedzieć, że to była taka miłość? - Natarczywie stuka w okładkę książki.

- Niezupełnie. - Penelope z łatwością mogłaby uprościć sobie sprawę, przytakując, ale prawda jest inna, to było coś więcej. Nie może się zmusić, aby zbagatelizować związek z Sidneyem jako książkowe uwielbienie na odległość. - Pewnego dnia ktoś cię oczaruje i najpewniej nie będzie to mąż, którego ja i twój ojciec dla ciebie wybierzemy.

- Nie chcę wychodzić za mąż, nigdy. - Sztywność nagle znika i Lucy mocno obejmuje matkę; znów jest dziewczynką.

- Małżeństwo oznacza dzieci, a posiadanie dzieci jest naprawdę jedną z najwspanialszych przyjemności, jakie dał nam Bóg.

- Ojciec mówił o małżeństwie.

Penelope słyszy o tym po raz pierwszy i w duchu wrze ze złości, że najpierw nie porozmawiał z nią.

- Nie pozwolę na to, Lucy. Masz dopiero trzynaście lat. Nie ma pośpiechu.

Notuje sobie w pamięci, żeby poruszyć temat z Richem. Ostatnio rzadko widuje się z nim sam na sam; spotykają się głównie publicznie, na dworze, i wtedy starają się wyglądać na dobraną parę, albo gdy Rich dołącza do świty jej brata, co zdarza się zbyt często. Rich ma irytujący zwyczaj pojawiania się w Essex House, gdy nie jest tam nikomu potrzebny.

- Chciałabym zostać dzieckiem na zawsze - mówi Lucy cichym głosem.

Penelope tuli córkę, przepełniona miłością, i przypomina sobie rozczarowanie, jakiego doznała, gdy ją urodziła. Nie było to zwykłe poczucie zawodu, jakiego doświadczają rodzice, kiedy pierwsza rodzi się dziewczynka. Był to krok w tył na ścieżce jej porozumienia z Richem. Znów majaczy duch Sidneya. Potem wspomina doktora Lopeza, jego miłe słowa i niezwykłą empatię; ogarnia ją przygnębienie, a wraz z nim niepokój na myśl o tym, że prawda jest daleko poza zasięgiem. Nadal nie wierzy w winę tego człowieka - chociaż istnieją niezbite dowody na jego kontakty z Hiszpanią. Dla niej zawsze będzie kimś, kto ocalił życie Lucy.

- Nigdy nie przestaniesz być moim dzieckiem - szepcze, zdejmuje jej czepek i gładzi ciemne jak melasa włosy.

- Boję się, mamo. Służący rozmawiali...

Boże, myśli Penelope, przygotowując się na najgorsze, choć ma rozpaczliwą nadzieję, że Lucy nie dowiedziała się o seksualnych skłonnościach ojca. Jest dziewczynką, która z trudem kontroluje ciekawość, podsłuchuje pod drzwiami, przegląda cudze rzeczy, czyta listy, jakby miała potrzebę zrozumienia świata, aby dzięki temu wydał się bezpieczniejszy. Penelope zawsze nosiła w sobie ciężar poczucia winy za obawy córki, jakby tamto początkowe odrzucenie odcisnęło na niej niezatarte piętno.

- Co takiego, kochanie?

- Czy przyjdą Hiszpanie?

Penelope przez chwilę jest zdezorientowana.

- Hiszpanie?

- Spalili doszczętnie cztery kornwalijskie miasta, tak mówili służący.

- Nie ma powodu do obaw, Lucy. To był tylko najazd, nie armia z prawdziwego zdarzenia... zwyczajna banda łupieżców... i nawet nie miasta, tylko osady... próba została zduszona w zarodku. A poza tym Kornwalia leży tak daleko od Essex, jak to tylko w Anglii możliwe. - Penelope łagodnie kołysze córkę.

Lucy nie jest jedyną osobą, którą niepokoją napaści w Kornwalii; cała południowa Anglia się boi. Hiszpanie nazywają to triumfem, pierwszym krokiem inwazji, a pomagali im angielscy katolicy. Zalewają ją nieproszone myśli o masakrze we Francji i wspomnienia oczu Jeanne, gdy o niej opowiadała, zawsze fragmentarycznie, jakby opisanie całości było równoznaczne ze zstąpieniem do samego piekła: jej oczy zdawały się zawierać wszystkie okropności tamtej nocy.

- Ale co robili z... - Lucy milknie, jakby nie była w stanie wypowiedzieć dalszych słów.

Penelope zastanawia się, co takiego córka usłyszała, o czym mogli rozmawiać służący. Bez wątpienia snuli ponure historie o zaciekłych bitwach i płonących domach.

- Z kobietami - wybucha w końcu Lucy. - Robili im straszne rzeczy, brali je siłą i rozdzierali na strzępy.

- To tylko opowieści, wyolbrzymiane za każdym razem, gdy przechodzą z ust do ust, kochanie.

Ale to nie są tylko opowieści. Wojna jest brutalna, zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, i Penelope wie, że jeśli zacznie rozmyślać o takich rzeczach, może stracić kontrolę nad sobą. Najazd rozpoczął się w Bretanii, gdzie Hiszpanie pokonali Francuzów. Zbyt blisko, aby spać spokojnie.

- Ogień trzeba zwalczać ogniem - powiedziała do Essexa, kiedy dyskutowali o tym z braćmi Baconami. - Dyplomacja Burghleya jest nieskutecznym narzędziem w walce przeciwko Hiszpanom. Zabierz wojsko do Hiszpanii, Robinie. Puść z dymem ich flotę.

- W ten sposób zdobędziesz chwałę - poparł ją Anthony Bacon i zaczął pocierać udo, by złagodzić objawy podagry.

- Niełatwo będzie przekonać do tego królową - orzekł Francis, z wdziękiem machając ręką i lekko pociągając nosem. Penelope zauważyła, że często przerywa wypowiedzi takimi siorbnięciami, i zastanawia się, czy to coś oznacza, jak tiki grających w karty. - Cecilowi to się nie spodoba.

- Tym większy powód - skwitował Anthony.

- Po cichu popracuję nad królową - obiecała Penelope. - I ty też musisz to zrobić, Robinie. Ale potrzebne jest subtelne podejście. Musi wierzyć, że to jej własny pomysł.

Jej brat błysnął tym swoim urzekającym uśmiechem.

- Sądzę, że dam radę. - rzucił.

- Tylko nie... - Powstrzymała się od przykazania mu, żeby nie popadał w zbytnią zarozumiałość.

Względy królowej są potężną siłą, a Essex cieszy się coraz większą jej przychylnością, podczas gdy wszyscy inni faworyci przy nim bledną. Penelope obawia się, że z tego względu brat uważa się za niezwyciężonego. To ją niepokoi, bo gdy już wespniesz się na sam szczyt, masz przed sobą tylko jedną drogę. Jest wielu, którzy chcieliby zobaczyć jego upadek, i Penelope czuje presję, wiedząc, że musi zapewnić mu ochronę, dopilnować, aby zachował umiar w swoich działaniach i pamiętał o przyszłości. Elżbieta nie będzie żyć wiecznie, muszą więc doprowadzić do tego, żeby to Jakub zasiadł na tronie, ponieważ widoki Devereux są teraz nierozerwalnie związane ze Stuartami. Ciężko pracowała, by zdobyć zaufanie szkockiego króla. Cała ta tajna korespondencja i strach, że pewnego dnia ściągnie na nich kłopoty, ciążą jej niczym kamień u szyi.

- Chciałabym być chłopcem - mówi Lucy z pewną dozą siły, przyciągając z powrotem jej myśli, po czym uwalnia się z ramion matki i patrzy jej prosto w oczy. - Chciałabym nauczyć się walczyć jak wujek Essex.

- To rozum, a nie brutalna siła, czyni cię silną, moja słodka.

- Jaki pożytek z rozumu w walce z grasującą armią? - Lucy wybucha gorzkim śmiechem.

- Zdziwiłabyś się - mówi Penelope, ucieszona, że córka odzyskała animusz. - Pomyśl o starej księżnej Yorku. - Wiele razy opowiadała dzieciom historię kobiety zwanej Różą z Raby, która półtora wieku temu przekonała żądną krwi armię, aby oszczędziła życie jej i dzieci. - Proszę, podaj mi grzebień.

Rozpuszcza warkocze córki i zaczyna ostrożnie przeczesywać jej lśniące jak melasa włosy, zwracając uwagę na ich piękno. Przypuszcza, że gdyby Lucy została wezwana na dwór, zobaczyłaby tam inne dwórki i chciałaby jak one ukrywać włosy pod peruką z farbowanych loków, ociekających prawdziwymi lub sztucznymi perłami. Jakaż byłaby to strata! Wspomina, jak bardzo była skrępowana tamtego pierwszego dnia, gdy stała w swoim ciemnym aksamicie, marząc o tych pajęczych skrzydłach, i jak szybko się nimi znudziła, także dlatego, że podtrzymujące je druty boleśnie wbijały się w skórę na karku.

- Jaki on był, ten twój sir Philip? - Lucy trzyma tomik wierszy. - Przeczytałam je. Doprowadziły mnie do łez.

Penelope chce go porównać do Blounta, ale Lucy nie zna Blounta, i zasmuca ją myśl o swoim życiu tak brutalnie podzielonym na części, jak zaprawy wlane do butelek, zakorkowane i przechowywane na półce. Może pewnego dnia coś się zmieni - marzy o tym, żeby zamieszkać z Blountem i dziećmi w Wanstead. Zawsze myśli o Wanstead, domu szczęścia. Ale tak naprawdę to głupie marzenie.

- Był kimś, kto nie bał się okazywać swojej... - Szuka słowa, lecz nie znajduje takiego, które byłoby odpowiednie. - Swojej łagodności.

Brzmi to naiwnie, niewłaściwie, lecz prawdy o Sidneyu nie sposób wyrazić: jak opowiedzieć o jego skłonności do zadumy, o jego absolutnej wierze w miłość, o jego nienawiści do bezsensownej przemocy, o jego dążeniu do prawdy? Właśnie te cechy miała na myśli.

Ale Lucy nie prosi o wyjaśnienia.

- Wyczytałam to w wierszach - mówi. - Targały nim emocje.

Penelope wtula twarz we włosy córki, wdychając ich zapach. Pachną polnymi kwiatami, jakby tarzała się po łące, mają cudownie czysty zapach. Myśli, że ona też chciałaby, żeby Lucy na zawsze pozostała dzieckiem. Prawda, której nie może wyznać - o ojcu Lucy, o miłości do Blounta - dławi ją i sprawia, że Penelope czuje się nieuczciwa.

- Każdym z nas targają emocje - odzywa się. - Czasami trudno jest oprzeć się miłości.

- Naprawdę wszystkie są o tobie?

- Wiersze? Tak, o innej mnie.

- Co przez to rozumiesz?

- Czas i okoliczności mogą zmienić ludzi nie do poznania. - Myśli o jajku i ostrydze.

- Ile masz lat, mamo?

- Trzydzieści dwa... Boże, jak szybko mijają lata, a nikt nie zdaje sobie z tego sprawy.

Lucy błyska olśniewającym, szczerym uśmiechem i znów obie pogrążają się w milczeniu. Tylko delikatny szmer grzebienia we włosach mąci ciszę, aż kładzie jej kres tupot stóp na schodach. Dzieci wbiegają, paplając w podnieceniu, a za nimi podskakuje Spero, który przyjechał na wozie z bagażami. Rzucają się na matkę i obsypują ją pocałunkami, dziękując za dwa srokate kucyki, które sprowadziła dla nich ze stajni Essexa.

- Możemy wybrać się na przejażdżkę? - pyta Hoby.

- Stajenny powiedział, że są zbyt zmęczone podróżą - przypomina mu Essie.

- Ma rację. Z Wanstead jest szmat drogi. - Penelope nie może przestać myśleć o minionej nocy, którą spędziła w Wanstead z Blountem, i o smutku ich rozłąki, łagodzonym jedynie przez myśl o spotkaniu z dziećmi. - Jutro możecie je wypróbować.

- Mamo, dlaczego Spero ma szary pysk, skoro kiedyś był czarny? - pyta Henry, mocno trzymając psa za obrożę, aby nie zdołał dosięgnąć świnki morskiej.

- Jest już staruszkiem. Psy siwieją jak ludzie - wyjaśnia Penelope, obejmując młodszego syna.

- Jak babcia! Raz widziałem ją bez peruki - mówi Hoby.

- Nigdy nie powinieneś zaglądać do kobiety, która nie jest ubrana, Hoby - przykazuje mu sztywno Lucy.

- Nie chciałem, była...

- Nie chcę, żeby Spero był stary - przerywa mu Henry.

Penelope widzi meandry jego umysłu, gdy syn duma nad skończoną naturą rzeczy. Sama ze smutkiem rozmyśla o tych wszystkich latach, kiedy chciała, by czas płynął szybciej, żeby mogła zaznać wolności, a jednocześnie pragnęła, by stanął w miejscu. Dopiero teraz dochodzi do wniosku, że jej umowa z mężem trochę przypomina pakt doktora Fausta z diabłem w sztuce Kita Marlowe'a. Nie żeby Rich był diabłem - to po prostu człowiek niezbyt dobrze przystosowany do tego świata. Jest naprawdę poczciwy, w przeciwieństwie do kilku innych, którzy są niebezpiecznie blisko.

* Pea (ang.) - groszek.

Listopad 1595

Burghley House, Strand

Człowiek Cecila stawia skrzynkę na podłodze gabinetu.

- Mam otworzyć, panie? - Potrząsa żelaznym łomem.

- Nie trzeba.

- To zajmie tylko chwilę.

- Powiedziałem: nie trzeba. - Cecil z trudem hamuje złość. Wie, że nie wolno mu ściągać uwagi na skrzynkę. Czekał na tę dostawę. - Można to zrobić później. To tylko kilka hiszpańskich książek o projektowaniu ogrodów, a w tej chwili muszę zająć się ważnymi dokumentami.

- Wedle życzenia, panie. - Mężczyzna odwraca się ku drzwiom.

- Zostaw narzędzie.

Mężczyzna ostrożnie kładzie łom na skrzynce i wychodzi.

Cecil siedzi przez chwilę, patrząc na swoją długo oczekiwaną przesyłkę. Kilka tygodni temu dostarczono mu list od zaufanego człowieka z Hiszpanii, informujący o rychłym przybyciu tej skrzynki. List, choć zaszyfrowany, wydawał się dość jasny. Sens sprowadzał się do tego, że paczka będzie zawierać środki do obalenia jego "największego przeciwnika". Przeciwnikiem mogła być tylko jedna osoba. Teraz przesyłka stoi przed nim, a jego podniecenie sięga zenitu. Intensywność tego uczucia skręca mu trzewia, bolesna niemal jak kolka.

Cecil otwiera drzwi i wygląda, żeby sprawdzić, czy nikt mu nie przeszkodzi, po czym bierze łom i wsuwa go pod przybite gwoździami wieko. Drewno ustępuje z miłym dla ucha trzaskiem. Cecil klęka, garściami wyciąga słomę i rzuca ją na podłogę, nie dbając o to, że robi bałagan. Wyjmuje książki, jedną po drugiej - kilka opasłych tomów - i wertuje parę, żeby zobaczyć, co jest w środku. Znajduje spodziewane plany ogrodów, ryciny roślin, fontann, jakichś ozdób wykutych z żelaza, ale nic poza tym.

Sięga po kolejne książki, wciąż nic. Zastanawia się, czy może gdzieś na stronach którejś z nich jest ukryty zaszyfrowany tekst. Szuka w głowie wskazówek, jednocześnie grzebiąc rękami w słomie. Wyciąga jeszcze jedną książkę; jest mniejsza od pozostałych i pięknie oprawiona w barwioną na czerwono skórę. Otwiera ją i czyta frontyspis: Rozprawa o następnej sukcesji Korony Anglii. Jest! Samo istnienie takiej książki to zdrada; wszelkie dyskusje na ten temat są zakazane w obrębie wybrzeży Anglii.

Z drżącym oddechem czyta dalej: Dedykowana Wielce Czcigodnemu hrabiemu Essex. A więc zdrada z mianem Essexa! Autorem jest niejaki Doleman - bez wątpienia pseudonim - ale to dedykacja sprawia, że Cecil cały aż drży z niecierpliwości. Kartka zsuwa się na podłogę. Widnieje na niej kilka cyfr. Cecil wertuje książkę, szukając wskazanych stron i przebiegając wzrokiem gęsty tekst. Dreszcz przechodzi mu po plecach - co w jakiś sposób sprawia, że kręgosłup się prostuje i garb znika - gdy znajduje fragment tak głęboko przesiąknięty zdradą, że musi przeczytać go dwa razy, aby uwierzyć własnym oczom. Autor dowodzi słuszności roszczenia hiszpańskiej infantki do angielskiego tronu, wywodząc jej pochodzenie od Edwarda III. To cuchnie katolicką zdradą - katolicką zdradą Essexa. Cecilowi zapiera dech w piersi.

Siada na piętach, przesuwa palcami po miękkiej skórze i przez chwilę makabrycznie fantazjuje, że książka jest oprawiona w skórę hrabiego. Słyszał opowieści z Nowego Świata o dzikich ludziach, którzy trzymają skalpy zabitych wrogów jako trofea. Nadal pieści gładką powierzchnię, a jego myśli nieuchronnie kierują się ku siostrze Essexa - jej bladej gładkiej cerze, ukrytemu pod ubraniem ciału, które może tylko sobie wyobrażać. Jak Sidney opisał jej skórę w tych swoich wierszach: z czystego alabastru? Zastanawia się, nie po raz pierwszy, czy miłość lady Rich i sir Philipa Sidneya była czysta, czy przesuwał palcami po tych sekretnych częściach jej ciała. To z pewnością możliwe, zważywszy na jej śmiałe postępowanie z Blountem. Myśl o tym budzi w nim wstręt, ale także inne uczucie, które usiłuje stłumić.

Wraca myślami do hrabiego, w wyobraźni widząc go, jak wchodzi na szafot. Będzie w wyszukanym stroju, po raz ostatni. Wygłosi mowę, jak inni przed nim, prosząc Boga i królową o przebaczenie. Jego człowiek zdejmie mu wierzchnie ubranie i zostawi go w delikatnej płóciennej koszuli, która podkreśli sylwetkę: doskonały okaz męskości. Zebrani będą milczeć, dopóki nie podniesie się samotny głos: "Zdrajca!" - i wtedy tłum wybuchnie: będzie szydził i krzyczał, domagając się krwi.

Zawiążą mu opaskę, a on uklęknie. Kat da sygnał i stalowy błysk położy kres jego życiu. Głowa spadnie z głuchym łoskotem na deski, krew tryśnie z kikuta, wszędzie krew, na tej śnieżnobiałej koszuli, na twarzach ludzi stojących z przodu tłumu. Cecil to czuje - ciepłe plaśnięcie w policzek. Później kat chwyci w garść te wspaniałe krucze loki, podniesie głowę przy wtórze głośnych wiwatów i jasne jak gwiazdy oczy zgasną na zawsze.

Czerwiec 1598

Pałac Greenwich

Cecil zgniata broszurę i z jękiem frustracji ciska ją w kąt pokoju. To kolejny panegiryk na cześć Essexa.

- Wielka nadzieja Anglii - mamrocze, cytując słowa z broszury.

Wychodzi ze swoich pokoi i kieruje się do sali obrad. Wrze gniewem. Był zły, kiedy postanowiono, że Essex poprowadzi armię do Kadyksu, i jeszcze bardziej wściekły, gdy ten człowiek okrył się chwałą, zniszczył hiszpańską flotę i zajął miasto. Cecil musiał wysłuchiwać, jak wszyscy, nawet chłopiec rozpalający ogień, rozmawiają o "najwspanialszej godzinie" Essexa. Ze swojego okna w Burghley House patrzył, jak mrowie ludzi wylega na ulice, by wiwatami powitać zwycięskiego bohatera, a takich tłumów nie widział od czasu pogrzebu Sidneya prawie dziesięć lat wcześniej. W głowie słyszy, jak skandują: "Ess-ex, Ess-ex, Ess-ex!". W piwiarniach nadal krążą opowieści o wielkim triumfie hrabiego, o rozproszeniu drugiej armady, o ocaleniu Anglii przed hiszpańską paszczą. Wszystko to wydarzyło się dwa lata temu, ale broszury nadal pojawiają się regularnie, a popularność Essexa wciąż niepowstrzymanie przybiera na sile.

Cecil wierzył, że książka w czerwonej skórzanej oprawie doprowadzi do upadku hrabiego, był o tym całkowicie przekonany i wyobrażał sobie zarzuty zdrady, wyrok śmierci, który królowa podpisze piórem wręczonym jej przez niego, Cecila - a później ta idealna głowa spada z ramion i zostaje wystawiona na pice jako pokarm dla mew. Wystarczyło jednak kilka miesięcy, aby królowa ustąpiła. Essex jak zwykle padł na kolana, zbliżył tę swoją urodziwą twarz do jej twarzy i przekonał królową o swojej niewinności. "Ktoś chce oczernić moje imię, Wasza Najdroższa Królewska Mość. Nie wiedziałem o tym - tu mocno uderzył palcami w książkę - o tej potwornej zdradzie, o tym plugawym katolickim spisku". Najpewniej mówił prawdę, pomyślał z niechęcią Cecil.

Zlecono mu wytropienie autora, a hrabiego odprawiono z dworu, aby przez pewien czas dowodził Radą Północną, co wydawało się bardziej przywilejem niż karą, chociaż Essex narzekał, że został "odesłany od znamienitej osoby mojej królowej", i dąsał się jak dziecko. Wybaczono mu, jak zawsze. Cecila trawiło rozczarowanie, zżerało go całego. Myślał przecież, że zobaczy Essexa, jak odchodzi w strumieniu krwi. Jego ojciec jak zwykle miał rację: cierpliwości, cierpliwości, kap, kap, kap.

Cecil w ostatnich miesiącach zauważył, że zauroczenie królowej faworytem zaczyna słabnąć, może nieznacznie, jednak w widoczny sposób. Ich relacje nigdy nie wróciły do zażyłości sprzed ujawnienia czerwonej książki, a poza tym królowa jest zmęczona podżeganiem Essexa do wojny z Hiszpanią w czasie, kiedy bezpośrednie zagrożenie minęło. Wojna jest kosztowna i Elżbiecie zależy na pokoju. Ale szykuje się coś zupełnie nieoczekiwanego: Cecil wyczuwa, że nie podoba jej się powszechny szacunek, jakim lud darzy Essexa; w końcu są jej poddanymi i nie jest dobrze, gdy głośniej wiwatują hrabiemu niż swojej monarchini. Popularność tego człowieka zatruwa jej przychylność jak trup studnię.

Cecil doszedł do przekonania, że królowa jego lubi tym bardziej za to, że jest powszechnie znienawidzony - kap, kap, kap - i długo oczekiwana nominacja na sekretarza stanu jest tego dowodem.

Śpiesznym krokiem wchodzi do sali obrad.

- Spóźniłeś się, sekretarzu - gani go królowa. - Ufam, że masz dobre wytłumaczenie.

- Tak, Wasza Królewska Mość. - Cecil klęka i patrzy w podłogę.

Nie została należycie zamieciona i kłębki kurzu zebrały się w kątach. Musi powstrzymać się przed otrzepaniem rąbka szaty.

- Słucham.

- Sądzę, że o tej sprawie Wasza Królewska Mość wolałaby posłuchać na osobności.

Essex, który siedzi w niedbałej pozie na krześle obok niej, wzdycha głośno. Roztacza świadczącą o braku szacunku aurę nonszalancji, jakby nie obejmowało go przestrzeganie zasad etykiety. Cecil zajmuje miejsce wśród tajnych radców między ojcem a George'em Carew, który kiwa głową i uśmiecha się do niego - Carew okazuje się użytecznym sojusznikiem.

- Przynajmniej daj nam znać, czego ona dotyczy - mówi przeciągle Essex.

- W rzeczy samej - popiera go królowa.

- Chodzi o lorda Southamptona.

Cecil patrzy na Elżbietę. Farba na jej twarzy, zamiast ukrywać wiek, przydaje jej lat. Przypomina sobie, jaka była kiedyś - pełna życia, werwy i odporności - a teraz jest rozbrajająco słaba. Rachuje jej lata, dochodzi do liczby sześćdziesiąt cztery i ogarnia go zaniepokojenie na myśl o tym, co może się stać, kiedy odejdzie. W przepychance o jej tron poleje się krew, nie ma co do tego wątpliwości. Zastanawia się, czy wspiera go wystarczająco dużo zwolenników, aby mógł przetrwać takie wydarzenia.

- Odesłałam go - mówi królowa. - Nie był aż tak nieznośny, żeby go zabić, prawda? Nie jestem zachwycona, polubiłam tego chłopca mimo jego występków.

Essex wygląda nieswojo i bębni palcami po stole. Po twarzy Elżbiety widać, że coś zaczyna jej świtać.

- Mam szczerą nadzieję, że nie ożenił się z moją dwórką - rzuca mordercze spojrzenie w stronę Essexa - z twoją kuzynką, Lizzie Vernon. To byłoby naprawdę głupie.

Cecil kiwa głową.

- Obawiam się, że tak, Wasza Królewska Mość.

Nie dodaje, że para pobrała się w Essex House za zgodą hrabiego i jego siostry ani że panna młoda składała śluby, już będąc przy nadziei. Królowa wkrótce sama się o tym dowie. Teraz cieszy go widok zakłopotania Essexa. Ten nie jest jednak na tyle głupi, by wystąpić w obronie przyjaciela.

- Szkoda, że zawsze przynosisz złe wieści, Pigmeju - mówi królowa.

Cecil wzdryga się w duchu, znów słysząc to przezwisko. Nie używała go, odkąd został sekretarzem stanu, i teraz czuje się bardziej obiektem kpin niż mężem stanu.

- Zajmij się tym. - Nawet cień emocji nie ożywia jej twarzy. - Są pilniejsze sprawy - kontynuuje, przesuwając dłonią w powietrzu od lewej strony do prawej, jakby dla podkreślenia, że dotychczasowy temat na razie został zamknięty. - Irlandia! Pozostaje rozstrzygnąć, kogo mianujemy lordem namiestnikiem. Myśleliśmy o naszym siostrzeńcu, sir Williamie Knollysie.

Cecil obserwuje, jak Essex wymienia krótkie spojrzenia z Knollysem, który ma nieodgadnioną minę, i obaj ledwie dostrzegalnie kręcą głowami. Zasiał ten pomysł w umyśle królowej kilka tygodni temu i cieszy się, że zaczyna przynosić owoce. Wpływowy wuj Essexa z dala od dworu: kap, kap, kap. Spogląda na Burghleya i zamiast zwykłego półuśmiechu, który pojawia się na twarzy ojca, gdy sprawy toczą się po ich myśli, widzi czoło mokre od potu i z trudem unoszącą się klatkę piersiową. Gestem daje znak paziowi, aby nalał wina, i ostrożnie umieszcza kubek w dłoni ojca. Ten przełyka trunek z grymasem bólu, a królowa czule kładzie długie palce na jego rękawie. Musi wiedzieć, że naleganie na jego dalszą obecność na dworze jest okrucieństwem, bo przecież Burghley zbliża się do osiemdziesiątki i powinien cieszyć się spokojną starością. Królowa gładzi go po ramieniu jak ukochane zwierzątko.

Essex wydaje się nieświadomy tego subtelnego milczącego porozumienia.

- Tu Knollys przydałby się lepiej, Wasza Wysokość - oznajmia głośno.

- Uważamy, że jest odpowiedni na urząd w Irlandii. - Odpowiedź jest stanowcza.

Cecil spostrzega, że królowa nie używa liczby pojedynczej w odniesieniu do swojej osoby, zwracając się do niedawnego faworyta. Jej dłoń wciąż spoczywa na ramieniu Burghleya.

- Hiszpania szybko wkracza do Irlandii i potrzebujemy tam twardych rządów. Knollys ma usposobienie bardziej dyplomatyczne niż wojenne - argumentuje Essex.

- Nie sądzę, aby zagrożenie ze strony Hiszpanii na froncie irlandzkim było tak wielkie, jak to ocenia szanowny hrabia. - Cecil stara się, by jego ton brzmiał spokojnie, bez nuty sarkazmu. Gdy królowa spogląda na niego, jakby szukając poparcia, śmiało dodaje: - Jego opinia zapewne opiera się na plotkach, Wasza Królewska Mość. Żaden z moich informatorów nie doszukał się niczego konkretnego. - Spostrzega, że Elżbieta nieco się rozluźnia, jej ramiona opadają pod kryzą.

- Może twoi informatorzy nie są warci pieniędzy, jakie zarabiają, sekretarzu - zauważa szyderczo Essex.

- Za dużo myślisz o krwi i rzezi, hrabio - mówi Burghley, patrząc na niego spokojnie. Cecil słyszy oddech świszczący w piersi ojca. - Przypuszczam, że znasz psalm pięćdziesiąty piąty: mężowie krwawi, podstępni nie dożyją połowy dni swoich*.

- Co dokładnie masz na myśli, lordzie Burghley? - cedzi Essex.

Doradcy spoglądają to na jednego, to na drugiego, jakby oglądali mecz tenisa.

- Mój ojciec uważa, że życie jest krótkie dla tego, kto najpierw walczy, a dopiero potem mówi - wyjaśnia Cecil.

Essex z zimnym błyskiem w oczach otwiera usta, lecz dławi ripostę.

- To brzmi jak groźba - odzywa się po chwili.

- Dość! - ucina spór królowa.

Ale w Essexie krew się gotuje.

- Wysuwam kandydaturę George'a Carew na stanowisko w Irlandii - mówi. - Kto jest za?

Królowa ze złością zaciska usta. Cecil czuje, jak Carew wierci się nerwowo obok niego.

- Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że pytamy cię o zdanie, Essex. - Wspaniały, władczy głos Elżbiety powstrzymałby każdego.

Każdego oprócz Essexa, jak się wydaje.

- Carew ma doświadczenie w walce. Służyłeś mi dobrze w Kadyksie, prawda? - pyta, a Carew niezręcznie przytakuje skinieniem głowy. - Wystarczająco dobrze, abym nadał mu szlachectwo - zwraca się Essex do królowej, która siedzi z nieruchomą twarzą.

To raczej niemądre posunięcie ze strony hrabiego, myśli Cecil, przypominać jej, jak hojnie szafował tytułami. Ale Essex wyraźnie traci rozsądek. Cecil rozgląda się wokół stołu, żeby zobaczyć, na kogo może liczyć w tej sprawie - na pewno na teścia, lorda Cobhama. Ocenia innych, sporządzając w pamięci rejestr; zastanawia się nad Raleghem, który siedzi naprzeciwko i gładzi brodę. Lecz ten jest irytująco trudny do rozgryzienia.

- Carew to teraz twój człowiek, prawda, Essex? - Sarkazm królowej jest ostry; cała Rada dobrze wie, że Carew to człowiek Cecila.

- Carew jest godny zaufania - oświadcza Essex, wysuwając podbródek.

- Chcesz powiedzieć, że Knollys nie jest? - Królowa bawi się nim teraz jak kot kłębkiem wełny.

- Obaj mają wiele wspaniałych cech - odzywa się Nottingham, Lord Wysoki Admirał, jak zwykle grający na obie strony.

- Knollys lepiej sprawdzi się w Irlandii. - Królowa uderza dłonią w stół, jakby chciała zaznaczyć, że sprawa została przesądzona.

Ralegh uśmiecha się pod nosem.

- Mylisz się! - wybucha Essex, podnosząc głos niemal do krzyku.

Następuje zbiorowy gwałtowny wdech i wszyscy zastygają w oczekiwaniu na reakcję królowej.

- Trzeba wytrząsnąć z ciebie trochę tego zuchwalstwa! - Elżbieta obraca się w stronę Essexa i wyciąga rękę zaciśniętą w pięść. Na jej policzki występują różowe plamy, widoczne nawet pod białą farbą, zdradzające jej wściekłość.

Essex patrzy jej prosto w oczy.

- Nie jestem małym chłopcem, którego matka trzepie po uchu - mówi, po czym wstaje, czemu towarzyszy głośny zgrzyt krzesła o podłogę, i odwraca się do niej plecami.

Królowa w jednej chwili podnosi się z miejsca i jej pięść mknie w stronę jego głowy.

- Bezczelny hultaj! - syczy.

Z szybkim żołnierskim refleksem Essex kładzie dłoń na rękojeści miecza. Zebrani jak jeden mąż ze świstem wciągają powietrze. Lord Wysoki Admirał zrywa się i chwyta hrabiego od tyłu, odciągając go, a Elżbieta siada, w miarę spokojnie, jakby nic się nie stało.

- Zabrać go stąd!

Wszyscy czekają, spodziewając się, że doda: "Zamknąć go!". Bo jeśli groźba wyciągnięcia miecza na królową nie jest zdradą stanu, to Cecil nie wie, co nią jest, Elżbieta jednak nic nie mówi. Admirał zaczyna odpinać Essexowi pas z mieczem.

Hrabia szamocze się i skarży gniewnie, że to uwłacza jego godności, że nie zniesie takiego traktowania. Jego miecz zostaje odrzucony na bok i upada blisko Cecila, dość blisko, by ten mógł zobaczyć insygnia Sidneya na głowicy. Zapomniał, że Sidney zostawił Essexowi w spadku swój najlepszy miecz, jakby chciał przekazać mu rolę największego rycerza Anglii - i tyle z jego nadziei. Admirałowi udaje się doprowadzić hrabiego do drzwi.

- Na litość boską, człowieku, opamiętaj się.

Cecil przekłada papiery, nie ośmielając się unieść głowy, z obawy, że ma triumf wypisany na twarzy. Hrabia, już wypchnięty za próg, jeszcze się odwraca.

- Masz charakter równie wypaczony jak ciało! - krzyczy do królowej.

Drzwi zamykają się z trzaskiem. Członkowie Rady popatrują po sobie. Królowa jest namiestnikiem Boga na ziemi, więc są wyraźnie wstrząśnięci, że ktoś potraktował ją jak kłótliwą przekupkę. Cecil ośmiela się zerknąć w stronę ojca i widzi cień uśmiechu. Kap, kap, kap.

Cisza aż dźwięczy w sali narad, gdy czekają na reakcję królowej. Admirał wraca na swoje miejsce i odchrząkuje.

- Czy są jeszcze jakieś inne sprawy? - To wszystko, co mówi królowa.

* Ps 55, 24.

Lipiec 1598

Drayton Bassett, hrabstwo Derby

- Czy nie możesz przemówić mu do rozumu, bracie? - zwraca się Lettice do wuja Knollysa. Siedzą w drugim końcu komnaty z Dorothy, z którą Penelope nie widziała się od miesięcy. - Poprosiłam męża, żeby pojechał do Wanstead i wlał mu trochę oleju do głowy, ale nic z tego. Zawziął się i nie chce przeprosić.

Penelope w zasadzie nie słucha, bo inne sprawy nie dają jej spokoju. Jej kuzynka Lizzie Vernon trafiła do więzienia Fleet za zawarte bez pozwolenia małżeństwo z Southamptonem. Penelope wie, że Fleet jest zaszczurzonym piekłem, w którym nie powinna przebywać młoda kobieta z dzieckiem, próbowała więc przekonać królową do złagodzenia wyroku, ale jej starania spełzły na niczym. Polubiła swoją odważną kuzynkę Lizzie i wyobraża sobie, że w tym przerażającym miejscu bije od niej jasność. "A jeśli tam umrze?", zwróciła się do królowej. "Mała dziwka ma to, na co zasłużyła", usłyszała w odpowiedzi. Pomagała zaaranżować ten ślub i teraz zastanawia się, czy królowa o tym wie, czy sporządza listę wykroczeń lady Rich, by później to wykorzystać. Obawia się, że królowa nie ma już w sercu litości, a to nie wróży dobrze Essexowi. Brat jest dla niej ciągłym źródłem zmartwień ze swoją odmową przeprosin, ogromnymi długami, humorzastością, martwym wzrokiem.

- Uważa, że królowa powinna przeprosić jego. - Lettice wzdycha z irytacją i kręci głową. - Jak to się stało, że wydałam na świat takie ucieleśnienie arogancji?

Niedawno padał deszcz; burza nadeszła szybko i równie szybko przeminęła, zostawiając przepełnione rynsztoki i ociekające okapy. Penelope wciąż słyszy cichy szmer wody. Ściska ją za gardło strach: zniknął posłaniec wiozący jej ostatnią wiadomość do króla Jakuba. Szuka pociechy w prozaicznych wyjaśnieniach, jak choroba czy wypadek, ale widmo Cecila czyha nieustannie. W wyobraźni widzi, jak Cecil przesuwa papier nad płomieniem, aby ujawnić tekst, oczy mu rozbłyskują, przekazuje list królowej, sporządza nakaz aresztowania. Wydaje się, jakby pętla stopniowo zaciskała się na jej szyi. Gdyby tylko Blount był z nią w hrabstwie Derby, a nie na dworze.

- Napiszę do niego - mówi wuj Knollys. - Igra z ogniem. Królowa ma dość jego humorów. Jest za stary na takie fochy, mężczyzna po trzydziestce... Kiedyś ta dziecinada mogła wydawać się urocza, ale nie teraz.

Penelope nie próbuje tłumaczyć, że te tak zwane fochy jej brata są czymś znacznie mroczniejszym i całkowicie poza jego kontrolą. Jest zmęczona niekończącymi się rozmowami o występkach Essexa, wolałaby leżeć w łóżku w Wanstead, dyskutując o filozofii i popijając dobre francuskie wino z Blountem. Korespondują, wymieniają się czułymi słówkami, ale chciałaby widzieć jego radosną twarz, gdy mu mówi, że ich synkowi, St Johnowi, wyrżnął się ząb, a jego starszy brat, mały Mountjoy, wypowiedział pierwsze słowo.

Jej matka sprzeciwiała się nadaniu mu takiego imienia.

- Na litość boską, wszyscy będą wiedzieć, czyim jest dzieckiem, jeśli nazwiesz go Mountjoy.

- Nie obchodzi mnie, co myślą ludzie.

- Takie podejście stanie się przyczyną twojego upadku - oznajmiła ponuro matka, nie po raz pierwszy, po czym dodała: - Nadal nie mogę pojąć, dlaczego twój mąż pozwala, żebyś przyprawiała mu rogi.

Penelope nie mogła na to odpowiedzieć. Brzemię tajemnicy Richa, które dźwiga od szesnastu lat, ciąży jej coraz bardziej. Nie śmie się nim podzielić nawet ze swoim ukochanym Blountem - mężczyzną, który wypełnił jej życie radością.

Rich toleruje jej romans z własnych powodów, a ona gra posłuszną żonę. Udało im się nawet wypracować coś w rodzaju wzajemnego szacunku. Czasami zastanawiała się, dlaczego nie wydał go żaden z chłopców, z którymi sypia, ale przypuszcza, że dobrze im płaci. Nigdy z nią o tym nie rozmawiał. Doszła do wniosku, że sekret jest jak kłamstwo: niszczy wszystko, z czym się zetknie.

- Jak on może być takim głupcem, żeby robić sobie z niej wroga? - Lettice z jękiem rozpaczy unosi ręce i chowa w nich twarz. - Czy nie wystarczyło mu, że ja zostałam wypędzona? Czeka go podobny los i sam go na siebie ściąga.

Szmer strużki w rynsztoku przemienił się w kapanie. Penelope wspomina, jak kilka miesięcy temu pogłębiło się upokorzenie matki, w czasie, kiedy królowa niczego nie odmawiała Essexowi. W końcu zdołał ją przekonać, by przyjęła Lettice na dworze. To było jak triumf, jakby wszystkie bolączki z przeszłości miały się zakończyć. W Essex House panowała wręcz namacalna atmosfera optymizmu, jak słońce, które ukazuje się po burzy i sprawia, że wszystkie powierzchnie świata połyskują. Lettice skrzyła się z oczekiwania; kazała krawcowej uszyć nową garderobę na wszystkie spodziewane okazje dworskie, zamówiła trzy nowe peruki, tuzin sznurów pereł oraz klejnot, który chciała ofiarować królowej.

- To musi być wspaniałe dzieło - powiedziała do złotnika. - Coś o wiele piękniejszego niż wulgarne błyskotki, którymi obsypują ją zagraniczni ambasadorzy.

Złotnik z ledwością się powstrzymywał, by nie zacierać rąk.

- Ostatnio nabyłem rubin w kształcie serca, rzadkiej urody i okazały... wielkości owocu dzikiej róży.

Zażyczył sobie trzysta funtów, na co Lettice nie było stać. Essex przyjął rachunek z wielkopańskim gestem, mówiąc: "Ja zapłacę". Ale później wyznał siostrze, że ma trzydzieści tysięcy funtów długu. Penelope była tym wstrząśnięta, nie zdawała sobie sprawy z ogromu jego zadłużenia i ostatecznie przekonała Richa, żeby uregulował rachunek. "Namówię królową, by po raz drugi udzieliła mi koncesji", powiedział Essex, kiedy go spytała, co zamierza zrobić ze swoimi zobowiązaniami finansowymi. Cała ta sprawa bardzo jej ciążyła, chociaż jej troskę równoważyło podekscytowanie audiencją Lettice u królowej i wiążąca się z tym nadzieja.

Nawet ona, z natury nieskora do tryskania optymizmem, liczyła na to, że lata spędzone przez matkę na wygnaniu wreszcie dobiegną końca. Kiedy nadszedł ten wielki dzień, miała uczucie, jakby szykowała ją na zaślubiny. Pomogła matce ubrać się w atłasową suknię w kolorze cytrynowym, całą naszytą perłami, po czym nałożyła jej na głowę jedną z nowych peruk: rdzawe loki usiane klejnotami. Lettice wyglądała na znacznie młodszą, na pewno nie na pięćdziesięcioczteroletnią kobietę u schyłku życia. Penelope mogła sobie wyobrazić, jakie wrażenie musiała wywoływać na dworze jako dziewczyna, jaki musiała roztaczać urok, zgubny urok, który odwrócił głowę Leicestera od królowej.

Nie mogła towarzyszyć matce, bo niedawno urodziła St Johna i jeszcze nie była z tej okazji w kościele. W dobrym nastroju oczekiwała powrotu Lettice, wierząc, że wszystkie stare sprawy zostały zamknięte raz na zawsze. Matka wróciła późno, wyczerpana, z włosami w nieładzie, bo ściągnęła perukę w powozie, i wyglądała jak szalona.

- Strasznie cisnęła - rzuciła w odpowiedzi na zdumione spojrzenie córki.

- Co się stało?

Matka tylko pokręciła głową.

- Może jutro. Twój brat powiedział, że powinnam znowu przyjść jutro.

Lettice odwróciła głowę, ale nie dość szybko, by Penelope nie zdążyła zobaczyć łez. Nigdy wcześniej nie widziała płaczącej matki; zawsze sądziła, że jest do tego niezdolna. Tuląc jej drżące ciało, czuła w sobie wzbierającą wściekłość o nieznanej dotąd sile. Przypomniała jej się pewna sztuka: tragedia, której mógł zapobiec prosty akt przebaczenia, rozgrywała się nieubłaganie, aż do nieuchronnego końca. Wrażenie było fizyczne, ściskało jej serce niemal do bólu, i wiedziała, że tak jak królowa nie wybaczy Lettice, tak ona nie wybaczy królowej.

Matka trzy dni czekała w salach publicznych, aż w końcu Elżbieta zatrzymała się przy niej na galerii, wzięła klejnot, podsunęła policzek do ucałowania i odeszła bez słowa. Zaproszenie na dwór więcej nie zostało ponowione. Za każdym razem, gdy Penelope widzi rubin w kształcie serca na piersi królowej, czuje to samo napięcie i przypominają jej się inne wydarzenia: śmierć ojca, wygnanie z dworu matki i siostry, jej niedoszłe małżeństwo z Sidneyem - wszystko to z piętnem królowej.

- Myśli, że jest nieśmiertelny. - Lettice wciąż mówi o Essexie.

- Zajmę się tym, siostro - obiecuje Knollys. - Utrudnia sobie życie, trzymając się z daleka przez tak długi czas. Nie brakuje innych, którzy tylko czekają, by wskoczyć na jego miejsce. Na dworze dwa miesiące są wiekiem.

- Wiele razy widziałam go w takim nastroju - odzywa się Penelope. - Przenosi go w jakieś mroczne miejsce.

Światło wysącza się z pokoju i na szybach znów pojawiają się krople deszczu, jakby jej słowa wywarły wpływ na pogodę. Penelope z roztargnieniem wyciąga dłoń, by pogłaskać kopulasty łebek Spera, ale znajduje tylko pustkę i wstrząsa nią wspomnienie, jak kilka tygodni wcześniej znalazła go martwego w nogach łóżka. Miał długie życie i spokojną śmierć, mimo to opłakiwała go rozpaczliwie - tego psa, któremu Sidney nadał imię. Nagle ogarnia ją dojmujące poczucie przemijania czasu, wrażenie, że odeszli wszyscy, na których jej zależało. Odeszła nawet Jeanne; wyjechała do Francji ze swoim świeżo upieczonym mężem.

- Mroczne miejsce czy nie, Robin musi się pozbierać - oznajmia Lettice.

Penelope zastanawia się, czy matka dowiedziała się o ogromnym długu syna. Jeśli Essex nie zdoła tańczyć do melodii królowej, nie będzie miał szans, aby go zmniejszyć.

- Nie trap się, droga Lettice. - Knollys klepie siostrę po dłoni. - Przemówię mu do rozumu. - Milknie i chyba coś sobie przypomina. - O ile nie wyjadę do Irlandii.

- Dostałeś rozkaz? - pyta Dorothy. - Jeśli tak, pewnie nie nastąpi to natychmiast. Przecież trzeba zebrać fundusze i ludzi.

- Tak, to zajmie trochę czasu, a poza tym ona się waha. - Przez "ona" rozumie oczywiście królową. - Brani są też pod rozwagę inni.

- Kto? - pyta Lettice.

- Pierwszym kandydatem jest lord Mountjoy.

- Blount? - Niepokój ściska Penelope za gardło, a siostra patrzy na nią ze współczuciem. - Nie może wysłać Blounta.

- Piastowanie godności lorda namiestnika Irlandii wyszłoby mu na dobre. To okazja, aby wykazać się na wysokim urzędzie. - Knollys milknie na chwilę, po czym zwraca się wprost do Penelope: - Ponieważ, jak się zdaje, Blount nie chce robić kariery poprzez małżeństwo. - Patrzy na siostrzenicę znacząco, jakby chciał zapytać, jaką ma nad nim władzę, że Blount wyrzeka się prawa do bogatej żony i prawowitych dzieci, którym mógłby przekazać tytuł. - Powiedziałbym, że Irlandia to idealna nominacja.

Penelope ledwie może go słuchać.

- Wiem, wiem - mruczy - ale... - Nie może tego powiedzieć; wuj Knollys ma rację, Blount musi wykorzystywać wszystkie nadarzające się okazje. Nie potrafi jednak zapomnieć o losie, jaki spotkał jej ojca na tej strasznej wyspie. Wylewa się z niej nieoczekiwana strużka goryczy. - Chciałabym, żeby posłała mojego męża.

Wuj się śmieje.

- Co?! Richa, który podczas ostatniej kampanii dostał takiej choroby morskiej, że trzeba go było odstawić na ląd, jeszcze zanim okręt wyszedł z portu?

Dorothy również parska śmiechem, ale Penelope wcale nie jest rozbawiona.

- Tak, twój mąż nie jest uosobieniem odwagi - mówi Lettice, dołączając do ogólnej wesołości.

Penelope widzi roześmianą matkę po raz pierwszy od czasu jej nieudanego powrotu na dwór, nie sprawia jej to jednak ani odrobiny radości. Myśli tylko o tym, że lata temu mogła poślubić Sidneya, bohatera, a nie mężczyznę, który jest obiektem drwin jej rodziny. Gdy śmiech cichnie, słyszą dobiegający z dziedzińca zgiełk głosów.

- Co to za harmider? - pyta Knollys, idąc do okna. - Boże, na dole jest chmara ludzi.

- Przychodzą codziennie - wyjaśnia Lettice. - Po kuchenne resztki.

- Aż tylu?

- Głodują, biedaczyska. Ziemia nie wydała plonów. Po czterech latach nieurodzaju pieką chleb z miażdżonych żołędzi. Robię, co mogę.

- To właśnie tacy przemieniają się we wściekłą tłuszczę - mówi Knollys. - A gdyby tacy jak Burghley i jego syn nie wyciągali tyle z publicznej kiesy, jedzenia wystarczyłoby dla wszystkich.

Penelope staje obok wuja i siostry przy oknie i patrzy na gromadę obszarpańców. Przestało padać i bruk jest śliski od błota. Wydaje się, że ludzi na dole podtrzymują tylko przemoczone łachmany; są jak wiązki patyków związane szmatami. Penelope widziała robotników rolnych, którzy masowo przybywają do Londynu w poszukiwaniu pracy, aż miasto pęka w szwach. Ale to jest coś innego; ci ludzie wydają się ledwo żywi. Kobieta z wychudzonym dzieckiem w ramionach unosi wzrok, przyciągając jej spojrzenie. Penelope wstydzi się swojej zdrowej pulchności, pięknej sukni obszytej perełkami, palców ciężkich od pierścionków. Myśli o swoich dobrze odkarmionych dzieciach. Wyobraża sobie, co kobieta widzi w oknie: dwie damy ubrane w delikatne jedwabie, bez śladu cierpienia na gładkich twarzach. W niewzruszonym spojrzeniu tej kobiety jest coś, co sprawia, że Penelope nagle czuje się mała i nieważna.

Sierpień 1598

Burghley House, Strand

Cecil myśli o ojcu. Lekarze mówią, że został mu tylko miesiąc życia. Dwa lata temu, kiedy zmarła jego żona, odczuwał trochę smutku - głównie dlatego, że syn stracił matkę. Żona co najwyżej go tolerowała, a on ją, jeśli ma być szczery. Nie może zapomnieć wstrętu na jej twarzy, ilekroć chciał, by spełniła powinność małżeńską, i pamięta, jak na pogrzebie pomyślał, że już nigdy nie będzie musiał oglądać tej miny. Kochał ją jednak za to, że dała mu syna. Gdy patrzy na buzię małego Williama, widzi w niej coś ze swojego ojca.

W miarę jak Burghley gaśnie, w Cecilu narasta niecierpliwość, aby dać mu powód do dumy. Fantazjuje o chwili, kiedy powie ojcu, że udało mu się zawrzeć pokój z Hiszpanią. Widzi uśmiech, który pojawi się na jego twarzy, słyszy jego słowa: "To jest nasze prawdziwe dziedzictwo, spuścizna Cecilów: hiszpański sojusz zawarty w pokoju, jakiego Anglia nie widziała od czterdziestu lat". Zamyka oczy, rozkoszując się marzeniem o zachwycie ojca i wyobrażając sobie, jak również królowa gratuluje mu wielkiego triumfu.

Te fantazje znów pobudziły jego determinację. Niedawno odbył z hiszpańskim ambasadorem spotkanie, podczas którego ostrożnie tańczyli wokół kwestii sojuszu. W końcu zrozumiał, co sprawi, że traktat będzie do przyjęcia dla hiszpańskiego króla. Za zawarcie pokoju z wieloletnim wrogiem trzeba zapłacić wysoką cenę. Wyciąga kartkę, mając przed oczami obraz konającego ojca. Zanurza pióro i lekki strach kłuje go w piersi. Pisze bez namysłu: Jestem przekonany, że w sprawie roszczeń infantki można osiągnąć jakieś porozumienie. Trudno mu uwierzyć, że myśli o czymś takim, a cóż dopiero, że lekkomyślnie przelewa myśl na papier. Ale to jest warunek pokoju, a kiedy dojdzie do rozmów z Hiszpanami, zawsze będzie mógł znaleźć sposób, żeby się z tego wywinąć. W końcu to nie obietnica.

W drzwiach pojawia się sługa. Cecil wkłada papier między karty księgi, usuwając go z widoku. Zapieczętuje go i wyśle później. Mrowią go palce; to strach czy coś innego? Nie wie, ale serce gwałtownie łomocze mu w piersi.

- Lord Mountjoy jest tutaj, panie sekretarzu - mówi jego człowiek.

- Przyślij go. - Głos Cecila brzmi dziwnie, piskliwie; zdradza poczucie winy.

- Wielce mnie zaniepokoiła wiadomość o twoim ojcu - mówi Blount po wejściu do gabinetu.

Cecil zamyka kałamarz, wstaje i podchodzi, zwracając uwagę na nienaganną prezencję mężczyzny, jego dyskretny strój, włosy tworzące schludną czarną aureolę pod modnym wysokim kapeluszem, przystrzyżone wąsy, wszystko na swoim miejscu; tylko samotna perła w uchu wskazuje na powściągliwą ekstrawagancję.

- Lord Burghley jest sędziwym człowiekiem. Ale nigdy nie można być przygotowanym. - Cecil nie chce teraz myśleć o pogarszającym się stanie zdrowia ojca; obawia się, że mógłby stracić czujność. - Siądźmy - zaprasza, gdy paź bierze pelerynę i kapelusz gościa.

Pilnując się, aby nie zerkać na księgę i nie wzbudzać w ten sposób podejrzeń, Cecil wskazuje ławeczkę pod oknem, zalaną sierpniowym słońcem, z siatką cieni na poduszkach. Zmusza się, aby skupić myśli na bieżącej sprawie. Chce, żeby Blount poczuł się swobodnie, jakby w grę wchodził gest przyjaźni, a nie same interesy. Blount siada z uśmiechem, nie okazując ciekawości, jaką musiało wzbudzić w nim to zaproszenie. Cecil wie, że w jego oczach może niezupełnie jest wrogiem, ale należy do drugiego obozu.

- Czy lord Burghley przebywa w Theobalds? - pyta Blount, odmawiając wina, które podsuwa mu paź.

- Nie, tutaj. Ustawiliśmy łóżko w taki sposób, żeby miał widok na ogrody, wspaniałe o tej porze roku.

- Mówiono mi, że są cudowne. Mam nadzieję, że pewnego dnia będę miał okazję je obejrzeć. - Blount składa ręce na kolanach. Cecil zauważa, że ma idealnie obcięte i czyste paznokcie, tak jak on, co go cieszy, napawa optymizmem. W tym człowieku nie ma nic z dekadenckiego niechlujstwa jego przyjaciela Essexa. - Wierzę, że kiedyś sam będę pielęgnować równie piękny ogród.

Cecil jest zaskoczony tą pogawędką, pozornym brakiem chęci Blounta, żeby przejść do pytania o powód, dlaczego został tu zaproszony.

- Ostatnio miałem szczęście zobaczyć rząd słoneczników, nader niezwykły widok - kontynuuje Blount. Cecil wie, że Essex nabył kilka tych rzadkich kwiatów do swojego ogrodu, i zastanawia się, czy gość w ten sposób subtelnie deklaruje swoją lojalność. - Są ogromne i mają żywe kolory. - Blount rysuje krąg w powietrzu dla opisania kształtu, a Cecil nie może przestać myśleć o tych czystych palcach pieszczących ciało lady Rich. - Sam nie wiedziałem, czy mi się podobają.

- Ja osobiście nie przepadam za nimi. Uważam je za dość wulgarne. - Cecil ma nadzieję, że nie zostanie wciągnięty w dyskusję o walorach estetycznych słoneczników, bo mogłoby wyjść na jaw, że widział je tylko na obrazku. - Oprowadzę cię po ogrodach, jeśli masz ochotę.

- Z przyjemnością. Słyszałem, że masz bardzo ładne stawy rybne.

Cecil rozważa zabranie go na zewnątrz. Waha się. Nie ma pewności, czy w ogrodach nie zostaną podsłuchani przez opielaczy, których najmują o tej porze roku. Sprawdzenie każdego z armii ludzi zatrudnianych do utrzymania tego miejsca w należytym porządku jest niepodobieństwem.

Mężczyźni zwierają się wzrokiem. Cecil zwraca uwagę na pociągający ciemny aksamitny brąz oczu Blounta i zaczyna rozumieć, dlaczego królowa lubi tego mężczyznę. Poza bijącą z nich pewnością siebie te oczy są ciepłe, godne zaufania - inteligentne, ale bez widocznej przebiegłości. Próbuje złagodzić swój wyraz twarzy, zastanawiając się, czy są na niej wyryte lata intryg.

- Jesteś typem człowieka, którego chciałbym widzieć w Radzie. - Nie rozwija tematu, czeka na odpowiedź.

Blount nic nie mówi, tylko kiwa głową i czeka na ciąg dalszy, bez śladu zakłopotania panującą ciszą. Cecil coraz częściej myśli, że chciałby mieć go po swojej stronie. Wyobraża to sobie: podzielenie frakcji Essexa przez wbicie pazurów w kochanka lady Rich. Ta myśl go podnieca.

To on w końcu przerywa ciszę.

- Mógłbym podsunąć taką sugestię Jej Królewskiej Mości.

- Odniosłem wrażenie, że brano mnie pod uwagę jako kandydata na urząd w Irlandii - mówi Blount, wygładzając palcem wąsy, najpierw z jednej strony, potem z drugiej. - Nie byłoby ze mnie większego pożytku w Radzie. - Uśmiecha się szeroko i wielkodusznie, jakby właśnie powiedział komplement.

Cecil nie potrafi rozstrzygnąć, czy Blount jest zadowolony ze stanowiska w Irlandii, czy nie.

- Urząd lorda namiestnika jest wielce zaszczytny, ale Irlandia to bardzo odległe miejsce.

- Wielce zaszczytny - potwierdza Blount. - Bardzo odległe... i niebezpieczne... - Po chwili wahania podejmuje: - Nie jestem do końca pewien, czy mam odpowiednie doświadczenie wojenne, aby sprostać takiemu zadaniu.

Wreszcie ujawnia coś o sobie, myśli Cecil.

- Zeszłej jesieni nader skutecznie powstrzymywałeś hiszpańskie zagrożenie na wybrzeżu.

Blount uśmiecha się sympatycznie.

- Wykonywałem po prostu swój obowiązek.

- I masz reputację wybitnego uczonego.

- Nieco interesuję się książkami, to prawda. - Blount bardzo ostrożnie dobiera słowa.

- Powiadomię królową o twoich przymiotach.

- Jeśli tak uważasz - mówi Blount. Jest frustrująco enigmatyczny. Cecil liczył przynajmniej na to, że okaże choć trochę entuzjazmu dla pomysłu posadzenia jego tyłka na ławie w Tajnej Radzie. Najwyraźniej jest na to zbyt wyrafinowany. - Najbardziej chciałbym... - Blount robi pauzę.

- Tak? - zachęca go Cecil, z coraz mniejszą cierpliwością czekając, aż wreszcie usłyszy, czego chce ten człowiek.

- Zobaczyć twoje ogrody.

Cecil robi wszystko, by powstrzymać się przed trzaśnięciem pięścią w parapet.

- Oczywiście. - Na pewno widać, że jego uśmiech jest wymuszony.

Zabieganie o względy tego człowieka nie będzie łatwe, ale Cecil nie wątpi, że okaże się warte zachodu.

Gdy wstają, zastanawia się, jak wyprawić gościa za drzwi, aby dać sobie czas na schowanie księgi z listem, z dala od wścibskich oczu, dopóki nie będzie mógł go zapieczętować - choć słudzy wiedzą, że kazałby im obciąć ręce, gdyby zostali przyłapani na przeglądaniu jego prywatnych dokumentów.

Kiedy są już przy drzwiach, przybywa posłaniec.

- Nie teraz - warczy Cecil, dając upust frustracji, której nie mógł wyładować na Blouncie. - Nie widzisz, że jestem zajęty?

- Sądzę, że musisz, panie, pilnie usłyszeć tę wiadomość... - Mężczyzna mówi nerwowo w krezę.

- Raczysz mi wybaczyć, lordzie Mountjoy?

Blount taktownie przechodzi do zewnętrznej komnaty. Cecil zamyka drzwi, odwraca się w stronę posłańca i czeka.

- W Ulsterze doszło do wielkiego pogromu.

- Mów dalej. - Cecil stara się rozwikłać zagmatwane wątki swojej wiedzy o konflikcie irlandzkim.

- Anglicy zostali zmasakrowani. - Twarz mężczyzny wygląda upiornie.

- Ilu?

- Około dwóch tysięcy.

- Dobry Boże!

- Nasi ludzie próbowali wyzwolić oblężony fort garnizonowy Blackwater.

Cecil usiłuje wyobrazić sobie mapę regionu.

- To na granicy terytorium Tyrone'a, prawda?

- Tak. Hrabia Tyrone połączył siły z innym przywódcą rebeliantów, więc znacznie przewyższali nas liczebnie. To była zasadzka.

- Dwa tysiące zabitych... trudno to nazwać zwykłą zasadzką. - Cecil czuje się trochę zagubiony, bo nie przywykł do języka wojny.

- Irlandczycy mają inne metody.

- Tak, inne. - Kiwa głową, chociaż nie jest pewien, co dokładnie posłaniec ma na myśli.

- Ich taktyka opiera się na zaskoczeniu.

Słowo wydaje się nieodpowiednie, bardziej pasuje do niespodziewanej wizyty niż do masakry. Cecila mrozi do szpiku kości myśl, że pewnego dnia jego ukochany syn może zmierzyć się z irlandzką armią, która stosuje "inne metody". Przykłada rękę do ściany, żeby zachować równowagę.

- Jakie informacje zebrał nasz człowiek?

- Szeroko zakrojony plan Tyrone'a po wypędzeniu Anglików polega na uznaniu zwierzchności hiszpańskiej.

- Jakie masz dowody na taki spisek?

Cecil usiłuje wziąć się w garść. Spełniły się przewidywania Essexa. Szeptano o takiej możliwości od tak dawna, że myślał, iż do tego nie dojdzie; postanowił zignorować sprawę. Jest zdezorientowany, jak przedtem, i zastanawia się, czy Blount już wie o klęsce. Może wszyscy wyśmiewają się z niego z powodu jego ignorancji.

- Przechwycono list z Hiszpanii.

- Daj mi ten list. Chcę go mieć we własnych rękach.

- To niemożliwe. Został przechwycony i przeczytany, ale nie skopiowany. Nie było czasu, jak słyszałem.

- Czytał go ktoś inny?

- Nie potrafię na to odpowiedzieć.

Posłaniec odchodzi, a Cecil stoi przez chwilę, zastanawiając się, czy ten mężczyzna jest godny zaufania. Może pracuje także dla Essexa i w odpowiednim czasie podrzuca mu smakowite kąski. Może on, Cecil, jest pociągany za sznurki niczym marionetka i nawet o tym nie wie. Chciałby naradzić się z ojcem. On by go uspokoił, pomógł mu odzyskać równowagę. Ale ojciec jest ledwie przytomny, nie przeżyje miesiąca. Ta myśl wywołuje w Cecilu panikę, prawdziwy strach, który grozi, że się rozpadnie. Weź się w garść, człowieku, przykazuje sobie, po czym bierze z biurka księgę i wkłada ją do szuflady.

Gdy wchodzi do zewnętrznej komnaty, Blount unosi wzrok. Zamyka trzymaną na kolanach książkę, z kciukiem wsuniętym między kartki, żeby nie zgubić miejsca. Cecil badawczo przygląda się regałowi, by zobaczyć, czego brakuje. Wydaje się, że Platona - dość łagodne.

Spodziewa się pytania o te pilne wieści, ale Blount stuka w książkę i mówi:

- Dobre uczynki inspirują do spełniania dobrych uczynków. U starożytnych można znaleźć chrześcijańską doktrynę, prawda?

- Ja... ja... - Cecil jąka się, nie znajdując odpowiedzi, bo ma umysł zaprzątnięty innymi sprawami. - Doszło do masakry naszych ludzi w Irlandii. Dwa tysiące zabitych. - Obserwuje gościa, wypatrując znaków świadczących, że ten już o tym wie.

- O mój Boże - szepcze Blount i jego twarz wyraża niekłamany szok. - Współczuję matkom.

- Obawiam się, że nasza wizyta w ogrodzie będzie musiała zaczekać. Muszę udać się do Whitehall.

- Oczywiście. - Blount podnosi się i odstawia książkę na miejsce, w szeregu z innymi. - Daj znać, lordzie, gdybyś uznał, że mogę w czymś pomóc.

Czekając na przygotowanie lektyki, Cecil zastanawia się, co tak naprawdę rozumiał Blount przez te ostatnie słowa - czy był to gest sugerujący potencjalny sojusz, czy tylko szczera propozycja pomocy. Ten człowiek jest nie do rozszyfrowania. Czas pokaże, ale w tej chwili w głowie Cecila zaczyna krystalizować się nowy pomysł, jak najlepiej wykorzystać ostatnie wypadki. Zaszczepi królowej myśl, że jedynym człowiekiem zdolnym poradzić sobie z sytuacją w Irlandii jest hrabia Essex.

Jak powinien sformułować swoją propozycję? "Nie ma większego dowódcy w Anglii. Szanowny hrabia jest jedynym człowiekiem, który potrafi skutecznie pokonać rebeliantów".

Nie, musi pozwolić jej uwierzyć, że to ona jest autorką pomysłu. "Trzeba by wielkiego przywódcy, aby stłumić takie wściekłe siły, Wasza Królewska Mość. To nadzwyczaj ważna rola, i taka, która okryje chwałą tego, kto się jej podejmie. Wymaga człowieka wielkiej odwagi".

"Kto jest takim człowiekiem?", zapyta go Elżbieta.

Ale już będzie miała w umyśle połowę odpowiedzi, gdy on pokręci głową i odpowie: "Musimy się dobrze zastanowić; tacy ludzie należą do rzadkości".

I wtedy wymieni kilku nieodpowiednich kandydatów, wszystkich będących jego sojusznikami, jakby próbował wywyższyć jednego ze swoich, a ona odrzuci ich z komentarzem w rodzaju: "Pigmeju, nie wyznajesz się na sprawach wojennych".

To zajmie trochę czasu, może miesiące, ale Cecil jest obecnie cierpliwy. A kiedy nadejdzie wyczekiwana chwila, będzie tak, jakby płomień rozbłysnął w głowie królowej: "Nasz człowiek to Essex. On jest jedyny".

"Nie wątpię, że Wasza Królewska Mość ma rację, lecz jak rozumiem - tu utkwi w niej spojrzenie sugerujące, że trochę kręci nosem - hrabia popadł w niełaskę".

"Daj spokój, Pigmeju, nie pozwolę ci na dąsy. Essex zostanie mianowany na ten wysoki urząd. Zaakceptujesz moją decyzję w tej sprawie, czy się z nią zgadzasz, czy nie".

Gdy sługa pomaga mu wsiąść do lektyki, Cecil myśli, jakie to szczęście, że hrabia przebywa w Wanstead, a nie na dworze, by bronić swojej pozycji.

Grudzień 1598

Whitehall/Tower

Gdy Penelope patrzy, jak jej córki klęczą przed królową, widzi Elżbietę taką, jaką one muszą ją widzieć: onieśmielająco surową starszą kobietę z twarzą pokrytą grubą warstwą kredowobiałej substancji, spod której miejscami wygląda ziemista skóra. Usta rozciągnięte w bladym napiętym uśmiechu, który nie odsłania zepsutych zębów, będących dla niej źródłem zakłopotania. Peruka koloru miedzi, z lokami, obwieszona mnóstwem klejnotów. Bogato haftowana suknia z dziewczęco głębokim dekoltem eksponującym górną część klatki piersiowej, również grubo posmarowaną bielą, która zebrała się w dołkach i zmarszczkach, więc zamiast ukrywać, raczej je podkreśla. Rubin w kształcie serca, prezent od Lettice. Penelope stara się na niego nie patrzeć.

- Podejdźcie bliżej! - Królowa mruży oczy, przyglądając się dwóm dziewczynom, gdy na kolanach przesuwają się do przodu. - Tak lepiej, teraz was widzę.

Penelope wspomina czasy, kiedy została przedstawiona na dworze, i na chwilę powraca do niej wspomnienie "tamtej" Elżbiety: pełna życia, wyniosła istota o roziskrzonych oczach, tańczące w powietrzu dłonie o długich palcach, głos dobrze nastrojonej liry w rękach wprawnego muzyka. W wieku czterdziestu siedmiu lat była czarująca, ale osiemnaście lat później jej ręce już nie tańczą, a oczy są granitowe; widziały zbyt wiele.

Uprzedziła córki, że królowa będzie sprawiać groźne wrażenie i że mają odpowiadać na jej pytania w taki sposób, jakby się nie bały. Ale Lucy wygląda na przerażoną i uwięzioną w uścisku paraliżującej nieśmiałości; Essie, zaledwie trzynastoletnia, radzi sobie znacznie lepiej, odpowiadając na pytania z pewnością siebie.

- A jak masz na imię? - pyta królowa i bierze cukierka ze stojącego obok talerza.

- Essex - odpowiada Essie, patrząc to na nią, to na talerz ze słodyczami. - Noszę imię po wujku.

- Ach, twój przystojny wuj! Jesteś trochę do niego podobna - mówi Elżbieta, przeżuwając.

- To mój ulubiony krewny.

Essie jest rozbrajająca i Penelope widzi, że królowa trochę ulega jej urokowi. Po raz kolejny przypomina sobie tamto pierwsze spotkanie, jak się czuła, gdy opromieniła ją królewska aprobata, i jak rozpaczliwie pragnęła zostać dwórką, żeby wyrwać się z ponurego domu Huntingdonów. Wraca do tamtego dnia; właśnie w tej komnacie wypatrywała Sidneya, ledwie wiedząc, jak wygląda. Teraz nosi jego wizerunek wyryty w pamięci i zastanawia się, jak wyglądałby w średnim wieku. Minęło dwanaście lat, odkąd zabrała go śmierć. Czas upłynął z zatrważającą szybkością.

Cieszy się, że w komnatach panien nie ma wolnych miejsc, bo gdyby królowa zaoferowała jedno którejś z jej córek, w żadnym razie nie można by odrzucić takiego zaszczytu. Penelope nie chce, aby jej dziewczęta zostały pochłonięte przez ten dwór - dwór podstarzałej bezlitosnej królowej, z tymi wszystkimi wokół rozglądającymi się, kto ją zastąpi.

- Ja też jestem twoją krewną - droczy się królowa.

- Bez wątpienia jesteś najbardziej poważaną z moich krewnych - mówi Essie. - Ale skoro nie znałam osobiście Waszej Królewskiej Mości, nazywanie cię moją ulubioną krewną nie było możliwe. Teraz jednak - uśmiecha się i w jej policzkach robią się dołeczki, zupełnie jak u hrabiego - hrabia Essex będzie moim ulubionym wujem i mam nadzieję, że Wasza Królewska Mość uczyni mi zaszczyt, pozwalając myśleć o sobie jako o mojej najulubieńszej kuzynce.

Penelope ma ochotę krzyknąć z radości; jest to śmiała odpowiedź, dokładnie w takim stylu, jaki Elżbieta uwielbia.

- Może przypominasz wuja z wyglądu, ale dowcip masz po matce. - Królowa odwzajemnia uśmiech i gestem wskazuje Essie, że może poczęstować się słodyczami. Ta bierze cukierka i wkłada do ust. - A ty? - Królowa zwraca się do Lucy. Penelope widzi, że jej starszej córce drżą ręce. - Jakie jest twoje imię? Lucy to zdrobnienie, prawda?

Penelope robi głęboki wdech. Miała nadzieję, że tego uniknie; kazała odźwiernemu zaanonsować je jako "lady Rich i jej dwie najstarsze córki". Przykazała Lucy, by nie podawała imienia, chyba że zostanie o to bezpośrednio poproszona, i widzi, jak dziewczyna kuli się ze strachu.

- Mam na imię... - Jej głos jest ledwo słyszalny.

- Mów głośno, dziecko.

- Lettice.

- Lettice? - Królowa kieruje miażdżące spojrzenie na Penelope. Rubin mruga kpiąco. - Tak myślałam. Nie jest to imię, z którego można być dumnym, prawda?

Lucy robi się czerwona jak burak i kręci głową. Penelope chce ją zabrać i uciec z komnaty.

- Możecie odejść, dziewczęta. Przedstawcie się dwórkom. - Królowa macha ręką mniej więcej w kierunku stadka młodych kobiet przy oknie, zajętych szyciem.

Penelope dostrzega wśród nich Bess Brydges, do której ostatnio potajemnie zalecał się jej brat, przynajmniej tak jej mówił. Bess uśmiecha się do niej, a ona w odpowiedzi kiwa głową.

- Dobrze chociaż - podejmuje królowa - że są na tyle podobne do Richa, by uniknąć plotek. Byli tacy, którzy podejrzewali Sidneya.

Penelope powstrzymuje się od gniewnej riposty i oddycha głęboko, żeby się uspokoić.

- W mojej przyjaźni z Sidneyem nie było niczego zdrożnego, Wasza Królewska Mość.

Elżbieta przymruża oko w nieprzyjemny, lubieżny sposób, jeszcze bardziej podsycając jej gniew. Penelope nie mówi jednak ani słowa na swoją obronę, bo to tylko mogłoby świadczyć, że czuje się winna. Królowa częstuje się następnym cukierkiem i przeżuwa go z zamkniętymi oczami, a potem zręcznie tasuje karty, jak iluzjonista, pomimo spuchniętych knykci. Na szczęście akurat przychodzi chłopiec, żeby dołożyć do ognia; w komnacie panuje przenikliwy ziąb. Dorzuca kilka szczap i pompuje miechem, aż płomienie rozbłyskują, skwiercząc i trzaskając, a po komnacie rozchodzi się zapach jabłoniowego drewna.

- Przypuszczam, że ta twoja niegodziwa kuzynka już urodziła - odzywa się królowa, skończywszy przeżuwać.

Mówi o Lizzie Vernon i Penelope natychmiast robi się czujna, bo królowa wyraźnie ma ochotę na zabawę w kotka i myszkę.

- Tak. Powiła dziewczynkę. Zostałam matką chrzestną.

- Jest zatem jeszcze jedna mała Penelope. - Królowa kontynuuje tasowanie podniszczonych kart. Dzieli talię na dwa stosiki i tasuje je na stole, po czym stuka kartami o blat. - Lubię Southamptona, ale za nic w świecie nie mogę zrozumieć, co ona w nim widzi. Jest afektowany jak dziewczyna... ta obfitość włosów, sposób, w jaki się nosi. - Siada prosto, z jednym ramieniem wysuniętym do przodu, z opuszczonym podbródkiem, i spogląda spod rzęs, przedrzeźniając Southamptona.

- Przyciąganie może pojawić się w najbardziej zaskakujących miejscach, jak sądzę - mówi Penelope.

- I Southampton nie narzeka na brak majątku. - Królowa parska śmiechem, głośnym i krótkim jak fanfara. - Jeśli mam być szczera, brakuje mi ich tutaj. On był dekoracyjny, a Lizzie była jasną iskierką. - Już z poważnym wyrazem twarzy dodaje: - Ale jeśli zobaczą, że ustępuję, wszyscy zaczną być nieposłuszni. - Spogląda w stronę dwórek po drugiej stronie komnaty, które rozmawiają ściszonymi głosami, głowa przy głowie.

Penelope mocniej otula ramiona szalem, zadowolona, że ma na sobie podszytą futrem suknię, ale jej buty i pończochy wciąż są wilgotne po porannym krótkim spacerze przez śnieg do stajni.

- Uwolnienie Lizzie było aktem wielkiej dobroci - mówi Penelope, myśląc o tym, że strata królowej jest jej zyskiem, bo wypędzona z dworu kuzynka Lizzie zamieszkała, na jej zaproszenie, w Essex House i okazała się cudowną towarzyszką. Wreszcie udało jej się wypełnić ziejącą lukę, jaka powstała po wyjeździe Jeanne do Francji.

- Nie całe moje serce jest z kamienia, jak większość by chciała - odpowiada królowa.

- Niewielu wie o tym lepiej niż ja.

Rozmowa z królową przypomina grę w szachy; słowa są dobierane starannie, aby uzyskać jak największą przewagę, ale Penelope przywykła do tego przez lata. Blount kiedyś ją zapytał, co naprawdę myśli o Elżbiecie, a ona nie wiedziała, co na to odrzec. W końcu odpowiedziała pytaniem. "Jeśli budzisz respekt, czy musisz również wywoływać podziw?" Zaledwie kilka tygodni temu odkryto kolejny katolicki spisek: fanatyk, niejaki Squire, planował posmarowanie trucizną łęku siodła królowej. Podobno zamierzał także pozbyć się Essexa.

Elżbieta przygląda się jej badawczo, jakby próbowała odczytać jej myśli.

- Zawsze byłaś dla mnie bardzo wyrozumiała - dodaje Penelope.

- Zapewne masz na myśli to, że przymknęłam oko na twój... - królowa robi pauzę - twój niekonwencjonalny układ z mężem. Wydaje mi się, że istnieje od kilku lat.

Penelope kiwa głową.

- Często zastanawiałam się, dlaczego...

- Dlaczego okazałam ci taką pobłażliwość - przerywa jej królowa - skoro byłam surowa dla innych? Wszystko jest kwestią pozorów. I nie wyszłaś za mąż bez mojego pozwolenia. Temu właśnie sprzeciwiam się najmocniej... tego rodzaju jawne nieposłuszeństwo sprawia, że wyglądam na osobę, która nie ma kontroli nad dwórkami. Robi to złe wrażenie, a w mojej sytuacji wrażenie jest najważniejsze. - Królowa rozdaje karty.

- Rozumiem. - Penelope bierze swoje. Są gładkie od częstego używania. - I rozumiem, że zaufanie jest cenne, gdy nosi się koronę.

- Ach, zaufanie! - Elżbieta śmieje się gorzko.

Przez chwilę grają w milczeniu, podnosząc i kładąc karty, przekładając je w ręce, planując strategię. Grały razem tak często, że każda nauczyła się rozpoznawać tiki tej drugiej: królowa bezwiednie mruga, gdy bierze wygrywającą kartę, a Penelope lekko zaciska zęby, gdy wie, że przegrała.

- Poza tym uważam - przerywa milczenie królowa - że idea kobiety postępującej jak mężczyzna jest dość interesująca. Wielu mężczyzn bez skrupułów rozsiewa swoje nasienie z kobietami innymi niż ich żony.

Penelope przygląda się jej uważnie, szukając oznak, że jest to zawoalowana krytyka jej niepoprawnego brata. Ale wydaje się, że Elżbieta nie myśli o Essexie.

- Bóg jeden wie, jak udało ci się utrzymać męża w ryzach przez tak długi czas.

Penelope przychodzi do głowy myśl tak niegodziwa, że robi jej się gorąco ze wstydu: gdyby ujawniła skłonność Richa do sodomii, mógłby za to zawisnąć, a wówczas byłaby wolna. Może mieć grzeszne myśli, ale nigdy nie będzie działać zgodnie z nimi.

- Muszę wyznać, że w przeszłości ubolewałam nad twoim małżeństwem z Richem - podejmuje królowa. - Wtedy wydawało się bardzo korzystne. Nie chciałam, żebyś zubożała. Twój brat nigdy nie miał dość pieniędzy, żeby cię utrzymać. Teraz jest zadłużony u mnie tak bardzo, że spłata zajmie mu sto żywotów.

Penelope kiwa głową. Nie może wymyślić stosownej odpowiedzi. Królowa mogłaby z łatwością umorzyć jego dług albo przyznać mu jakiś monopol, ale jak zdołałaby go kontrolować, gdyby przestał być jej dłużnikiem?

- Teraz widzę, że wasze małżeństwo nie było szczególnie dobrane - kontynuuje królowa. - Mogłaś być szczęśliwsza z Sidneyem. - Patrzy na swoje karty, wyciąga jedną i ją wymienia. - Kiedyś błagał mnie o twoją rękę. Ale go odprawiłam.

Penelope ledwo wierzy własnym uszom. Nigdy nie słyszała, by królowa była tak bliska wyrażenia skruchy, lecz to tylko sprawia, że narasta w niej głęboka uraza. Te słowa są dobitnym przypomnieniem, że wiodła życie wedle życzeń innych. Nie współczuje królowej, jeśli teraz smucą ją rzeczy, które zrobiła w przeszłości - nie da jej satysfakcji w postaci rozgrzeszenia.

- A Blount ma w sobie coś z Sidneya. Zawsze tak uważałam - dodaje Elżbieta.

Penelope czuje, jak prawda bulgocze, gotowa z niej wybuchnąć. Blount nie był nagrodą pocieszenia, jaką mogłaś mnie obdarować, aby złagodzić swoje poczucie winy, myśli. Blount nigdy nie należał do ciebie. To był mój wybór, niemający nic wspólnego z tobą. Nie jestem aktorem w twoim dramacie, nie wypowiadam twoich kwestii, nie odgrywam roli, którą mi wyznaczyłaś. Tak myśli, ale mówi coś innego.

- Byłaś dla mnie bardzo pobłażliwa i jestem ci za to naprawdę wdzięczna. - Podnosi swoje karty, rozkłada je w wachlarz i układa kolorami.

- Byłam też bardzo wyrozumiała dla twojego brata.

- W istocie. - Penelope wychwytuje w jej tonie szorstką nutę rezygnacji; najwyraźniej Elżbieta nie do końca wybaczyła Essexowi.

- Trzeba dać mu ostatnią szansę. W końcu jest mi bliski niemal jak syn.

Penelope słyszy to nie po raz pierwszy, co jeszcze bardziej ją rozsierdza. Chciałaby przypomnieć królowej, że jej brat ma już matkę, ale oczywiście tego nie robi.

- Poza tym potrzebuję go w Irlandii. Po masakrze stało się jasne, że muszę tam mieć silną rękę.

- Ach! - Penelope próbuje ocenić, czy to dobrze. - Jako lorda namiestnika?

Królowa kiwa głową i uśmiecha się, tym razem rozchylając usta, tak że przez chwilę widać jej zepsute zęby.

- To dla niego okazja, żeby się zrehabilitować - dodaje.

Penelope nie pozwala, żeby sprzeczne uczucia odbiły się na jej twarzy. Odczuwa ulgę, ponieważ to oznacza, że Blount nie zostanie wysłany do irlandzkiej dziczy, ale także obawia się, że ten zaszczyt jest zatrutym kielichem - może zgubić jej brata, tak jak kiedyś ich ojca. Chociaż, rozumuje w duchu, jeśli Essexowi uda się stłumić rebelię, zyska silną pozycję, czyli coś, co jest ważniejsze od ziemi i chwały.

Długo rozmawiała o tym z Blountem; ten, kto obejmie rządy w Irlandii, będzie miał do dyspozycji ogromną kompanię zbrojnych, co może przeważyć nad negatywnymi aspektami przebywania z dala od dworu. Królowa nie młodnieje, jeszcze nie wyznaczyła następcy i całkiem możliwe, że ktoś wkrótce spróbuje wymusić na niej tę decyzję.

- Jestem pewna, że sprawdzi się w takiej roli. Jest doskonałym przywódcą. - Penelope zdaje sobie sprawę ze swojej nielojalności i niemal się nią dławi.

Królowa przeszywa ją wzrokiem.

- Może byłam tolerancyjna wobec ciebie i twojego brata, ale nie sądź, że moja pobłażliwość jest niewyczerpana.

Penelope z dreszczem przerażenia słucha tego zimnego i twardego jak diament głosu, przypominając sobie, że ta kobieta podpisała wyrok śmierci na własną kuzynkę, Marię ze Szkocji.

Penelope kiwa dłonią na pożegnanie i patrzy, jak córki wraz ze stajennym wyjeżdżają za bramę. Odwraca wzrok dopiero wtedy, gdy znikają za rogiem. Wielki płat śniegu zsuwa się z dachu stajni i spada z hukiem na ziemię, płosząc jej konia. Powoli krąży na nim po podwórzu, nucąc, żeby go uspokoić. Czeka na Blounta. Gambit jest młodym nerwowym wałachem i Penelope czuje pod sobą drżenie jego strachu przy każdym nieznanym mu dźwięku. Nie przestając nucić, pochyla się i gładzi miękki wzgórek pod jego uchem.

- Spokojnie, spokojnie, koniku. - Zastanawia się, czy może niepokoi go trwoga, która osiadła w niej od czasu gry w karty z królową.

Pojawia się Blount, zarumieniony z zimna. Nawet po ośmiu latach jego widok krzesze w niej iskrę podniecenia.

Blount macha do Penelope ręką, zbliżając się do niej, a ona chce mu wykrzyczeć wiadomość, że nie zostanie wysłany do Irlandii, że pojedzie tam jej brat, ale opiera się pokusie. Nie byłoby dobrze, gdyby ta sprawa stała się powszechnie znana. Przez lata nauczyła się potęgi milczenia.

- Znalazłem ci szczeniaka - mówi Blount, uśmiechając się szeroko. - Wczoraj w Inns of Court oszczeniła się spanielka.

Przypomina jej się czas, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Spera, i przez jej głowę nieuchronnie przemykają wspomnienia o Sidneyu. Jego widmowa obecność sprawia, że jeszcze bardziej docenia solidność Blounta.

Na drodze z Whitehall panuje duży ruch. Kobiety drepczą w śniegowej brei, uginając się pod ciężarem koszy pełnych wszelkiego dobra. Przejeżdżające wozy wzbijają bryzgi błota. Mężczyźni dwójkami dźwigają skrzynie. Wszyscy dostarczają do pałacowych kuchni produkty na świąteczną ucztę. Po długim poście adwentowym dobrze będzie znowu zjeść mięso, napić się nierozcieńczonego wina i potańczyć. Penelope już słyszy w głowie muzykę. Gdy wydostają się z tego ścisku na otwarty teren za Strandem, ruszają galopem, korzystając z poczucia wolności, zanim znajdą się pośród ciasnych ulic miasta.

Zwalniają przy tylnej bramie Burghley House i widzą, że okna wciąż są zamknięte na znak żałoby. Minęły cztery miesiące od śmierci lorda Burghleya, a jego syn płynnie wśliznął się w pozostawioną przez ojca przestrzeń. Postanawiają jechać okrężną drogą, by mieć czas na rozmowę tylko we dwoje.

- Mam wiadomości - mówi Blount. - Doskonałe wiadomości.

- No to mów.

- Essex otrzymał własnoręcznie napisany list od króla Jakuba, potwierdzający, że król wie o naszym poparciu dla jego roszczeń. I...

- I co? - Penelope drży wewnętrznie, jakby czekała na nowiny od kochanka.

Przypomina sobie, jak sprawa została zapoczątkowana prawie dziesięć lat temu i jak już wtedy istniało poczucie, że sytuacja jest pilna, jakby dni królowej były policzone.

- Obiecał, że w zamian wesprze twojego brata, gdyby kiedykolwiek tego potrzebował. Tak właśnie brzmiały jego słowa.

- Jak sądzisz, co przez to rozumie? - Nagle staje się podejrzliwa. Brzmi to jak zapowiedź dramatu, który może okazać się tragedią. - Czy to nie pachnie niebezpieczeństwem, Charles?

- Chyba nie. Moim zdaniem jest to sugestia, że gdy coś się zmieni... - Blount ścisza głos do szeptu, choć w pobliżu nie ma żywego ducha, a gdyby nawet ktoś się zbliżał, zdradziłby go chrzęst śniegu pod nogami. - Gdy królowa odejdzie, Jakub gwarantuje Essexowi pierwszeństwo. Wie, że będzie potrzebował w Anglii potężnych sprzymierzeńców, jeśli ma bez problemów objąć tron.

- Oczywiście - mówi Penelope, ale mimo woli wciąż się zastanawia, czy jej brat nie macza palców w jakiejś innej, bardziej zdradzieckiej sprawie i czy nie dał tego do zrozumienia królowi Szkocji. W okresie niełaski u Elżbiety czuł się tak bardzo bezsilny, że nie byłaby zdziwiona, gdyby szukał oparcia gdzie indziej. Dochodzi do wniosku, że nie, bo na pewno coś by jej powiedział, a poza tym znowu wrócił do łask. - Jak myślisz, kto inny wystąpi z poważnymi roszczeniami, kiedy nadejdzie pora?

- Kuzynka Jakuba, Arbella Stuart. - Blount zaczyna odliczać na palcach. - Mówi się, że może wesprzeć sprawę katolicką.

- Wiem, że została wychowana w nowej wierze.

- Ale w jej rodzinie są katolicy, którzy mogą pociągać za sznurki. Jest także linia Seymourów: lord Beauchamp. Ich roszczenia byłyby mocne; jego matką była lady Katarzyna Grey, więc w jego żyłach kipi krew Tudorów. Chociaż są problemy z nieślubnym pochodzeniem.

- Katarzyna Grey była serdeczną przyjaciółką mojej matki.

Penelope pamięta, jak Lettice opowiadała o Kitty Grey, prawnuczce Henryka VII, o tym, jak potajemnie wyszła za mąż i zmarła w areszcie domowym. Kolejna kobieta, która padła ofiarą gniewu królowej.

- Następnie jest hiszpańska infantka - mówi Blount.

- Osadzenie jej na tronie wymagałoby katolickiego powstania na ogromną skalę.

- Albo hiszpańskiej inwazji. I jeśli nie zostanie stłumiona rebelia w Irlandii, to będzie ich brama.

Penelope się wzdryga.

- Mój brat ma dopilnować, żeby tak się nie stało. Elżbieta wysyła Essexa zamiast ciebie.

- Dopomóż mu Boże! Nie będę kłamać: rad jestem, że nie mnie.

Penelope nic nie mówi. Ona też się cieszy, ale nie może zdradzić brata, ubierając swoje uczucia w słowa. Po chwili jazdy w milczeniu dodaje:

- Musimy dopilnować, żeby król Jakub został koronowany, niezależnie od tego, czy królowa wyznaczy go na swojego następcę, czy nie. Wtedy wszyscy będziemy bezpieczni. I przecież to jedyne nieskomplikowane roszczenie.

Jadą dalej, każde ze swoimi myślami.

- Cecil znowu się do mnie zwrócił - odzywa się w końcu Blount. - Sądzę, że chce mnie zwerbować.

- Co powiedział?

- Niewiele. Uważam, że był to bardziej gest przyjaźni niż cokolwiek innego. Jak poprzednio, mówił o tym, że przydałbym się w Tajnej Radzie.

- I jak zareagowałeś?

- Och, niezobowiązująco. Nie zaszkodzi, jeśli przyznam mu rację.

- Bądź ostrożny.

Penelope ma wrażenie, że sytuacja staje się niebezpiecznie skomplikowana, za bardzo, żeby ona mogła mieć nad nią kontrolę, i nagle przypomina jej się twarde, zimne spojrzenie królowej.

- Znasz mnie, jestem uosobieniem ostrożności. - Blount wyciąga rękę, by uścisnąć jej ramię, co trochę ją uspokaja.

To prawda, jest uosobieniem ostrożności.

- Tak się cieszę, że mamy siebie nawzajem - mówi Penelope.

- Razem jesteśmy siłą, z którą należy się liczyć.

- To dokąd jedziemy?

Wcześniej przysłał wiadomość, że chciałby jej coś pokazać.

- Do Tower - odpowiada.

- Do Tower... Chcesz mnie zakuć w kajdany? - Penelope uśmiecha się.

- Chcę ci zrobić niespodziankę.

- Dlaczego nie wzięliśmy barki?

- Rzeka przy moście jest prawie zamarznięta. Dziś rano chłopcy bawili się na lodzie. Jeden wpadł do wody.

- O nie! - Nagle ogarnia ją boleść na myśl o jakimś biednym chłopcu, którego spotyka koniec w zimnym samotnym świecie pod lodem.

- Wyciągnęli go - uspokoił ją Blount. - Nic mu się nie stało.

Penelope wciąż nie może przestać myśleć o tych zimnych otchłaniach, gdy wjeżdżają do miasta przez Ludgate i jadą Cheapside, gdzie ze wszystkich szyldów złotników zwisają sople niczym długie szklane sztylety. Niebawem docierają do katedry Świętego Pawła, skąd mają widok na Tower, widok, który zawsze przepełnia ją lękiem.

- Mój brat mówi, że być może będzie musiał sprzedać Wanstead, żeby spłacić część swoich długów. Nie mogę znieść myśli, że ten dom będzie należeć do kogoś innego, że już nigdy nie będę mogła tam wrócić. - Wie, że to tylko dom, i nawet nie jej, ale stał się dla niej symbolem wszystkiego, co dobre i szczęśliwe.

- Omówiłem z twoim bratem ofertę.

- Kupiłbyś Wanstead?

- Potrzebuję domu odpowiedniego dla mojej pozycji. Odkąd wznoszę się w świecie... - Blount zadziera nos, wyniośle nadyma usta, po czym wybucha śmiechem.

Przez ostatnie kilka lat żartowali, że musi mieć drożdże we krwi, skoro z taką łatwością rośnie na dworze.

Radość wzbiera w sercu Penelope.

- Jak bochenek zostawiony do wyrośnięcia. - Ujmuje jego rękę. - Może pewnego dnia... - Pozostałe słowa więzną jej w gardle.

Końskie kopyta ślizgają się na oblodzonych deskach mostu przez fosę. Fosa zamarzła, gruba warstwa śniegu zalega na brzegach. Penelope ostatni raz była tu wiele lat temu, kiedy biedny doktor Lopez przebywał w tych murach, w jakiejś nędznej celi. Próbowała wymazać pamięć o tym, co zaszło między jej bratem a Lopezem; wstydziła się za Essexa, gdyż swoim postępowaniem dał wyraz skrywanemu okrucieństwu. Ta sprawa często zakradała się do jej umysłu i trwała w nim jak uporczywie powtarzająca się melodia. Penelope przyniosła wtedy biedakowi wiktuały, aby choć trochę złagodzić jego niedolę, lecz nie pozwolili jej się z nim zobaczyć. Było lato i odór wody w fosie wydawał się nie do zniesienia. Bóg jeden wie, co czyha pod tą gładką, białą powierzchnią. Strażnik w szkarłatnej liberii wita ich i zsiadają z koni, przekazując je stajennemu.

Penelope ujmuje Blounta pod rękę, gdy idą za strażnikiem odśnieżoną ścieżką, która przecina dziedziniec i biegnie wokół Białej Wieży. Zatrzymują się przed dużymi drzwiami. Strażnik bierze pęk kluczy wiszący mu u pasa, przegląda je, w końcu wybiera jeden i otwiera drzwi.

- Menażeria, lordzie Mountjoy - mówi.

Penelope słyszy kakofonię dziwnych dźwięków, a gdy przechodzą przez następne drzwi, widzą przed sobą zagrodę z kolonią kilkunastu dużych małp człekokształtnych, które huśtają się na gałęziach martwego drzewa i ochryple wyją z radości na ich widok. Jedna z nich odważnie zbliża się do zakratowanej bramy. Ma psi pysk z cechami ludzkiej twarzy, a gdy ziewa, odsłania parę diabelskich kłów, długich i szpiczastych, zdolnych rozerwać padlinę na strzępy. Penelope ze świstem wciąga powietrze. Małpa chichocze i zaczyna macać się po genitaliach, gdy zbliża się samica z młodym na grzbiecie. Samiec odwraca się, pokazując purpurowy zad. Penelope wyciąga rękę, by pogłaskać miękkie futro na łebku małpki, ale strażnik ją powstrzymuje.

- To nie byłoby mądre, pani. Matka odgryzłaby ci rękę.

Penelope śmieje się, żeby zamaskować trwogę.

- To jak scena na dworze. Spójrz, tamten przypomina Cecila. - Kieruje uwagę Blounta na samca o ciemnym lśniącym futrze, zajętego starannym iskaniem głowy.

- A tam jest twój brat i Bess Brydges. - Blount wyciąga rękę w stronę na wpół ukrytej pary kopulującej za drzewem. Penelope nie może powstrzymać chichotu, zastanawiając się, czy strażnik jest zszokowany, widząc, że nie zasłania wstydliwie oczu. - A ta... - Blount wymienia z nią spojrzenia i wskazuje jej wzrokiem ogromną samicę z obwisłymi piersiami.

Małpa siedzi samotnie, wpatrując się w liść z takim skupieniem, jakby to była księga filozoficzna, i warczy, gdy któraś z pozostałych podchodzi zbyt blisko.

- Sza. - Penelope kładzie dłoń na ustach, żeby nie wypowiedzieć tego na głos, ale Blount na pewno też myśli, że na tym dziwnym, postawionym na głowie małpim dworze ta samica pawiana, zrzędliwa i samotna, jest królową.

Marzec 1599

Curtain Theatre/Essex House

- Raz, przyjaciele, jeszcze do wyłomu...*

Aktor stoi pośrodku sceny. Jest bez butów, ale ma kolczugę na koszuli i potrząsa uniesionym wysoko mieczem.

- Sądzę, że należy położyć nacisk na przyjaciele, nie na raz - mówi dramaturg, podchodząc - i powtórzyć "raz jeszcze". Raz jeszcze, przyjaciele, do wyłomu, raz jeszcze, a potem miecz w górę - dźga ręką powietrze nad głową. - Lub go zatkajmy trupami Anglików i tak dalej.

Penelope nie słyszy dalszej wymiany słów ze swojego miejsca na balkonie, gdzie siedzi z bratem i przyjaciółmi.

- Myślicie, że on ma być mną? - pyta Essex.

- Oczywiście - odpowiada Meyrick, który nie wyobraża sobie świata bez Essexa w jego centrum. - Nie przychodzi mi na myśl inny powód, z jakiego miałoby im tak bardzo zależeć, abyś oglądał ich próby.

- To dlatego, że nas już tu nie będzie, gdy wystawią pierwsze przedstawienie - wyjaśnia Southampton. - Myślisz, że wszyscy są tobą, w każdym razie bohaterowie! - Ze śmiechem klepie przyjaciela po ramieniu. - Oczywiście, że to ty! Wielki zdobywca Henryk Piąty, zwycięzca spod Azincourt.

- My będziemy walczyć z Irlandczykami - zaznacza Essex.

Ciche wiwaty Meyricka i Southamptona sprawiają, że aktorzy przerywają rozmowę i obracają głowy w stronę ocienionego balkonu.

Penelope zwraca uwagę na nerwowo podrygującą nogę brata. Obawia się, że to publiczne porównywanie do króla przysporzy mu kłopotów. Widzi, jak Southampton kładzie dłoń na jego podskakującym udzie. Myśli o zasłyszanej plotce, że jakiś uczony napisał traktat o tym, jak Henryk IV odebrał władzę Ryszardowi II, i zadedykował go jej bratu. Próbowała odkryć tożsamość autora i zleciła Anthony'emu Baconowi zatarcie papierowego tropu, bo nie chciała powtórki sprawy tamtej piekielnej książki sprzed kilku lat. Konsekwencje połączenia imienia jej brata z traktatem sławiącym detronizację monarchy mogłyby być katastrofalne.

Aktor ponownie rozpoczął kwestię:

- Raz, przyjaciele, jeszcze do wyłomu, / Lub go zatkajmy trupami Anglików...

Penelope nie patrzy na scenę; utkwiła wzrok w profilu brata i w nikłym blasku świec dostrzega krople potu lśniące na jego czole jak klejnociki i lekki ruch szczęki, gdy zgrzyta zębami. Jego usta ułożyły się w grymas, który, jak pamięta z dzieciństwa, ma ukryć niepokój.

Gdy aktorzy kończą próbę, Penelope pierwsza schodzi wąskimi schodami i idzie przez pusty parter na scenę.

- Mogę przymierzyć? - Wskazuje kolczugę rzuconą na krzesło z opartym o nie mieczem.

Odpina kryzę i aktor pomaga jej włożyć kolczugę przez głowę. Ogniwa podzwaniają jak tysiąc maleńkich dzwoneczków, ale gdy opadają na jej ramiona, stają się ciężarem tak wielkim, że ledwie może się ruszać. Aktor podaje jej miecz i Penelope musi użyć obu rąk, aby utrzymać go nad ziemią. Jest wielki; to miecz bojowy, który w niczym nie przypomina tych paradnych, jakie rycerze noszą u pasa na dworze. Fantazjowała, jak tańczy i wymachuje bronią, rozbawiając towarzystwo, a tu nagle jest przykuta do miejsca, sparaliżowana.

- Jakim cudem udaje im się walczyć?

- To nic w porównaniu z pełną zbroją, jaką nosimy w dzisiejszych czasach. Powinnaś spróbować w czymś takim - mówi ze śmiechem Southampton.

Ze swoją gładką skórą i dziewczęcymi rysami wygląda na zbyt delikatnego, żeby nosić coś poza najcieńszym jedwabiem. Wyjmuje miecz z jej dłoni i poruszając nadgarstkiem, kreśli w powietrzu ósemkę.

Wtedy Penelope widzi, że mięśnie jego przedramion są wbrew pozorom silne, i przypomina sobie słowa Lizzie, która opisała jego ciało dzień po tym, jak oddała mu się po raz pierwszy. Mówiła o jego sile, jak ją przygwoździł, aż nie mogła się ruszyć, i porównała go do Samsona. Penelope uznała, że kuzynka przesadza, ale teraz, obserwując jego walkę z jej bratem, który chwycił inną broń - pikę z grotem mogącym wykłuć oko - widzi, że Southampton jest bardziej męski, niż myślała.

Kolczuga utrudnia jej oddychanie i nagle nawiedza ją myśl o mężczyznach na polu bitwy, po kolana w irlandzkim błocie, walczących na śmierć i życie. Wzbiera w niej fala mdłości. Słyszy okrzyki, ryk trąbek, rżenie przerażonych koni, których kopyta grzmią zgodnie z naglącym rytmem bębna: rat, tat-tat-tat-tat; świst strzał, brzęk spotykających się stalowych ostrzy; wystrzał armatni, dźwięk tak głęboki, że boisz się w niego wpaść, bo nigdy nikt cię nie znajdzie; dudnienie spadających na ziemię ołowianych kul i trzask łamanych przez nie kości - crescendo dysonansu narasta, aż wreszcie opada, pozostawiając jedynie drżące jęki rannych i szmer ostatniego tchnienia konających. Penelope szarpie brzegi kolczugi, próbując ją podnieść i zdjąć.

- Pozwól, że ci pomogę. - To Meyrick, którego brutalna powierzchowność kłóci się z wewnętrzną życzliwością. Zdejmuje z niej tę brzęczącą szatę. - Bałem się, że omdlejesz, pani. Chcesz wody?

W tym momencie jest głęboko wdzięczna losowi, że w Irlandii jej brat będzie miał u boku tego wiernego człowieka.

- Zadbasz o jego bezpieczeństwo? - pyta.

Meyrick patrzy na nią tymi oczami z niewidzialnymi rzęsami.

- Nie dręcz się, pani. Bóg będzie po naszej stronie.

- Tak - szepcze Penelope, przypominając sobie, kiedy zaczęła wątpić w plan Boży: kiedy zmarł Sidney.

Po powrocie do Essex House Penelope odprawia towarzystwo, prosząc o kilka minut sam na sam z bratem. Siada do wirginału w dużej komnacie i zaczyna grać. Spogląda na szczeniaka, Fidesa, zwiniętego w kłębek przy kominku. Jest jak Spero, jednak to nie Spero. Myśli o swoim dawnym towarzyszu, a Fides jakby czyta w jej myślach, bo patrzy na nią z przechylonym łebkiem, zachęcając ją, aby go pokochała.

Penelope przerzuca kartki z nutami, ledwo widząc w przyćmionym świetle, i wybiera znajomą melodię, jedną ze swoich ulubionych.

- Tańczyłeś do tego w Trzech Króli - mówi i zaczyna nucić.

Pozwala, by spowiła ją muzyka, gdy młoteczki spotykają się z napiętymi strunami, wysyłając precyzyjne dźwięki.

- Tańczyłem z nią! - Essex oczywiście ma na myśli królową. Nabija fajkę i upycha tytoń kciukiem.

- Wtedy tańczyła po raz pierwszy od miesięcy. Widziałeś Cecila?

Essex zasysa płomień do główki fajki z jedynej zapalonej świecy w komnacie. Jego twarz jest pogrążona w cieniu.

- Usta zaciśnięte jak zwieracz psa. - Zaciąga się i śmieje, wyrzucając w powietrze strugę dymu.

- Robin! - Penelope udaje, że jest zszokowana, ale nie może powstrzymać się od śmiechu. Wyobraża sobie, jak Cecil chytrze obserwował Essexa, strzepując niewidzialne pyłki z dubletu, odrobinę przesuwając kryzę, poprawiając łańcuch znamionujący jego urząd. - Dobrze było mieć szansę pokazać światu, że wróciłeś do jej łask.

- Wszyscy mogą myśleć, że wróciłem, ale tak nie jest, siostrzyczko. - Essex wzdycha. Czarna skórzana sakiewka, zawierająca ostatni list od króla Jakuba, wisi u jego pasa, na wpół widoczna w mroku.

- Co masz na myśli? - Penelope przypomina sobie, że królowa wydawała się uszczęśliwiona, pławiąc się w pełnych zachwytu uśmiechach swoich dam, gdy prowadził ją w tańcu.

Sama stała z boku i liczyła skwaszone twarze, rząd gargulców: Ralegh, Cobham, Carew, Cecil; ci z radością powitaliby upadek rodziny Devereux. Jeśli jeden upada, pociąga za sobą wszystkich. Tak to działa.

- Jest inaczej niż kiedyś - mówi Essex. - Ona już mi nie ufa. Ostatnio ją spytałem, czy podjęła decyzję w sprawie Sądu Pieczy. Wie, że gdybym stanął na jego czele, przestałbym martwić się o pieniądze. Powiedziałem, że w ten sposób mógłbym lepiej jej służyć, mógłbym spłacić zaciągnięty u niej dług. Kusiła mnie od czasu śmierci Burghleya i powstania wakatu. Sąd Pieczy uczynił go bogatszym nad wszelkie marzenia. - Najwyraźniej widzi wątpliwości na twarzy siostry, bo dodaje: - Poprosiłem uprzejmie, nie jakby mi się to należało. Właśnie tak, jak zawsze mi powtarzałaś: pokornie, ale nie przypochlebnie.

- I co powiedziała?

- Zmieniła temat. - Essex garbi się na krześle.

- Na pewno się z tobą droczyła. Czyż nie zawsze bawi się z tobą w ten sposób?

- Nie, tym razem było inaczej. Nie potrafię sprecyzować, pod jakim względem, ale... - Zawiesza głos, zasłania usta dłonią i mówi przez palce: - Boję się, siostro.

- Boisz się czego, walki?

- Porażki.

Penelope siada obok niego, pozwala, by wsparł głowę na jej piersi jak dziecko.

- Masz wielu przyjaciół. Czerp z tego otuchę. Może masz wrogów na dworze, ale lud Anglii cię kocha. - Przegarnia palcami jego ciemne loki. - Zobaczysz to jutro, gdy będziesz wyjeżdżać. Ustawią się wzdłuż ulic, tłumy głębokie na dziesięć rzędów. Wiem, że tak będzie. Przez ostatnie lata nie zaznali niczego prócz niedoli, prócz strachu przed zarazą, głodem i wojną. - Przyciska pięść do piersi brata. - Potrzebują cię, abyś przyniósł im zwycięstwo, abyś dał im nadzieję na lepsze jutro, na bezpieczeństwo, dostatek. I zrobisz to. Wiem, że tego dokonasz. - Znów ma w uszach tę straszną kakofonię pola bitwy i nie chce jej słuchać.

- Zwycięstwo - powtarza Essex.

- A ja będę tutaj z Blountem, by dopilnować, żeby nikt nie pozwolił sobie na zbyt wiele podczas twojej nieobecności. I jest jeszcze to. - Unosi czarną sakiewkę. - To gwarantuje nam... - Waha się. - To gwarantuje ci bezpieczeństwo w razie porażki. - Patrzą na siebie i Penelope ma wrażenie, że dostrzega w oczach brata jasny promyczek. - I zyskałeś szansę na dokończenie tego, co zaczął ojciec. - Natychmiast żałuje, że przywiodła do tego pokoju wspomnienie bezsensownej śmierci ojca, bo teraz wisi ono w mroku jak chmura trujących wyziewów.

- Czy myślisz, że śmierci ojca można było zapobiec, gdyby królowa przesłała wystarczające fundusze, jak zawsze twierdziła matka? - Essex nerwowo pyka z fajki.

- Nie wiem. - Penelope pociera dłonią jego ramiona, czując ich napięcie.

- Cóż, wiemy, że ojciec stracił fortunę Devereux do ostatniego pensa, próbując powstrzymać rebeliantów. - Essex milknie, lekko poruszając ramionami pod jej dłońmi. - Dla Anglii. Stracił naszą fortunę dla Anglii.

Penelope nic nie mówi, nie chce myśleć o konsekwencjach tej straty: o swoim nieudanym małżeństwie, o zobowiązaniach brata wobec królowej. Gdy masuje jego sztywne mięśnie, jej palce dotykają obrzęku na skraju łopatki.

- Co to? - Podciąga mu koszulę, żeby sprawdzić. - Tu jest coś...

- Co? Co znalazłaś?

- Nie wiem, coś tu kiełkuje. - Penelope przesuwa się, żeby lepiej widzieć w blasku świecy.

- Wyciągnij, cokolwiek to jest. - Jest przerażony, napięty bardziej niż struna wioli. - Usuń to!

Coś jak kosmyk nici wystaje z pagórka nabrzmiałego ciała. Penelope chwyta to paznokciami i szarpie. Łatwo wysuwa się z jego skóry. Upuszcza to na dłoń, przybliża do światła. Na jej dłoni leży niewielkie białe piórko, jak z gęsiego brzucha.

- Dowód, że jesteś aniołem - mówi z uśmiechem i całuje brata w czoło, ale jego twarz wyraża lęk.

- Albo Ikarem! - Wypluwa to imię, jakby napełniło goryczą jego usta.

Z ciemności w drugim końcu pokoju dobiega ostry zgrzyt jakby przesuwanego krzesła. Fides warczy cicho, nastawiając uszy.

- Kto tam? - pyta Penelope, czując, jak jeżą jej się włoski na karku.

Sądziła, że są sami, ale komnata jest duża, oświetlona jedynie przez ogień w kominku i świecę obok nich. Przebiega w myśli treść ich rozmowy: co dokładnie zostało powiedziane? Mówili o Sądzie Pieczy, o prywatnych rozmowach jej brata z królową, o jego obawach, o finansach Devereux... Czy któreś z nich wymieniło szkockiego króla z imienia albo, nie daj Boże, wspomniało o listach?

- To ja. - Z mroku wyłania się postać. Francis Bacon przeciera powieki nasadami smukłych dłoni i pociąga nosem. - Zimno. - Ma upiornie bladą twarz i obejmuje się rękami.

- Bacon, co ty wyprawiasz, dlaczego czaisz się w ciemności jak złodziej? - Ton Essexa brzmi pogodnie, bez śladu podejrzliwości, która osacza Penelope.

Ale przecież to Francis Bacon, drogi przyjaciel jej brata; tysiące razy dowiódł swojej lojalności, przekazując mu tajne informacje. Próbuje odłożyć na bok osobistą niechęć do tego człowieka.

- Musiałem zasnąć nad papierami. - Bacon znowu pociąga nosem.

- Chodź, usiądź z nami przy kominku. - Essex klepie miejsce obok siebie. - Ogrzej się.

Bacon siada, bez słowa bierze fajkę i głęboko zaciąga się dymem; Penelope jest zaskoczona, że tak dobrze zna ten gest.

- Nad czym pracowałeś? - pyta go.

- Ktoś napisał traktat o Henryku Czwartym i wymuszonej abdykacji króla Ryszarda. Poświęcił go tobie. - Bacon kieruje odpowiedź do Essexa, jakby to on zadał pytanie. - I udało mi się zdobyć egzemplarz. Uznałem, że powinienem go przejrzeć, by zobaczyć, czy to coś niegodziwego.

- Tylko nie kolejna niechciana dedykacja - warczy Essex.

Penelope widzi, że brat znowu się spina, i jest zirytowana, że Bacon dał mu kolejny powód do zmartwienia w przeddzień wyjazdu. Właśnie dlatego nie wspomniała mu nic o traktacie.

- A czy jest tam coś, co mogłoby zaszkodzić Robinowi? - Jest ciekawa, gdzie Bacon natknął się na ten traktat, ale ze względu na brata nie chce naciskać.

- Sądzę, że przysporzy kłopotów raczej autorowi - odpowiada Bacon, wciąż ją ignorując. - Wiele zaczerpnął z Tacyta.

- Zajmiemy się tym, prawda, Bacon? - rzuca Penelope.

Nawet teraz, kiedy zwróciła się do niego wprost, nie patrzy na nią.

- Tak, tak, nie ma powodu do obaw. - Bacon zaczyna masować ramiona Essexa, jak ona robiła to przed chwilą.

Penelope chce go odepchnąć, powiedzieć, żeby zostawił ich w spokoju, i zastanawia się, czy powoduje nią zazdrość, czy podejrzliwość. Przyłapuje go na wpatrywaniu się w czarną skórzaną sakiewkę w fałdach koszuli Essexa.

- Co tam trzymasz? - pyta Bacon. - Miniatury swoich kochanek?

- Można by tak rzec - mówi Essex.

Spoglądając w dół, Penelope zauważa, że białe piórko spadło na podłogę.

* William Szekspir, Król Henryk V, przełożył Leon Ulrich.

Marzec 1599

Whitehall

Szeregi jeźdźców w pomarańczowych strojach czekają na wielkim dziedzińcu. Hrabia Essex zdołał zgromadzić ogromną armię i mówi się, że ci tutaj są tylko jej małą częścią. Tysiące kolejnych dołączy do nich w drodze do Holyhead. Rankiem wyruszyli z Seething Lane, a wzdłuż dróg zebrały się tłumy ludzi, którzy wymachiwali rękami i wiwatowali. Cecil musiał przedzierać się przez tę zgraję, aby dotrzeć do pałacu, i teraz widzi, jak londyńczycy napierają na bramę, wspinają się jeden drugiemu na ramiona, by przysiąść na murze i zobaczyć swojego bohatera.

Ale nawet na nim robi to wrażenie, gdy patrzy na karne szeregi, wyszczotkowane do połysku konie, natarte olejem kopyta, lśniące uzdy. Jeźdźcy, każdy wyprostowany jak struna, jednocześnie prezentują broń, gdy królowa pojawia się na schodach. Może dzięki tej armii Essex zrobi to, czego nikt jeszcze nie dokonał, i stłumi rebelię. Cecil zastanawia się, czy nie popełnił błędu, po cichu pracując nad wysłaniem hrabiego do Irlandii. Ale może Essex zawiedzie, jak wcześniej jego ojciec. Od jakiegoś czasu Cecil rozważał, czy zwycięstwo w Irlandii jest warte ceny, jaką może zapłacić za to, że Essex znajdzie się poza jego zasięgiem. I nie ma już Burghleya, do którego mógłby się zwrócić, gdy zacznie wątpić w słuszność swoich racji.

Oddycha głęboko, żeby się opanować, zanim przytłoczą go wspomnienia o ojcu. Napływa do niego nieproszony obraz: Essex leży na polu bitwy, we wspaniałym stroju zbrukanym błotem i krwią, słabnącą ręką szarpiąc tkwiący w jego piersi kikut strzały. Nie, obraz się zmienia. Hrabia stoi samotnie na ponurym pustkowiu, opuszczony przez swoich ludzi, bez zbroi, tylko z pomarańczową szarfą, brudną, łopoczącą na wietrze. Strzał pada znikąd i eksploduje w jego klatce piersiowej; Essex upada z wyciem, ściskając ranę nad sercem. Jego ręce ociekają szkarłatem. Cecil czuje w dłoni ciężar muszkietu, a w nozdrzach woń prochu. To zapach świętowania, pokazów sztucznych ogni. Nagle te fantazje wywołują w nim obrzydzenie i żałuje, że nie może dotrzeć do tej dobrej części siebie.

Essex zeskakuje z konia, rzucając wodze Southamptonowi - kolejnemu z błyskotliwych podopiecznych Burghleya. Cecil wie, że Southampton jest za młody, aby być jednym z jego prześladowców z dzieciństwa, ale jest taki sam jak oni... i leży na ponurym wrzosowisku obok hrabiego. Przepędza tę myśl. Nie wolno mu podsycać płomieni tej swojej szpetnej strony. Szybko nabiera powietrza w płuca i pręży się na całą wysokość, czując satysfakcjonujące chrupnięcie w zgiętych plecach. Nie przyrównuj się, mówi sobie w duchu, wszyscy jesteśmy stworzeniami Bożymi. Zmusza się do uśmiechu i śle modlitwę o zwycięstwo. Ale jest nieszczery nawet wobec Boga.

Essex wbiegł po schodach i klęka przed królową, całując jej dłoń.

- Nie wolno ci pod żadnym pozorem... - przykazuje mu jeszcze raz Elżbieta - pod żadnym pozorem - powtarza, patrząc mu prosto w oczy - skapitulować przed hrabią Tyrone'em. To nasz wróg. Masz go zmiażdżyć.

- Rozkaz! - odpowiada Essex, wstając.

Nad tłumem wznosi się radosny okrzyk; zapoczątkowany przez tych, którzy znajdowali się dość blisko, by słyszeć słowa królowej i Essexa, rozchodzi się jak fale po stawie.

Cecil patrzy na Blounta, który stoi w pobliżu, między lady Rich a Francisem Baconem. Blount nie wiwatuje, lady Rich też nie. Na chłopięcej twarzy Bacona błąka się coś na kształt uśmiechu. Cecil nie wie, co to oznacza. Tego ranka Francis Bacon zagadnął go i poprosił o prywatne spotkanie, co wzbudziło jego ciekawość. Nie darzą się sympatią od czasu, gdy to nie Bacon, lecz kandydat Cecila objął urząd prokuratora generalnego. Ale od tamtej pory minęło wiele lat i może kuzyn Francis jest gotowy wrócić na łono rodziny, chyba że zamyśla działać na dwie strony. To się okaże.

Lady Rich podeszła, by pocałować brata. Trzyma go w objęciach. Cecil na chwilę stawia siebie na miejscu Essexa, zaskoczony, ponieważ lubieżne myśli o lady Rich nie nachodziły go od jakiegoś czasu i wierzył, że są w odwrocie. Królowa kiwa głową, dając znak swoim damom i dwórkom, że mogą zejść, by pożegnać się z mężami i braćmi. To mu przypomina, że wśród kobiet nie ma ani lady Southampton, ani lady Essex - ach, niewidzialna lady Essex, podobno brzemienna. Ich stan niełaski jest ostateczny, zupełnie jak matki hrabiego. Królowa zawsze pozwala, by okryci hańbą mężczyźni wrócili do jej serca, lecz nigdy nie dopuszcza tam kobiet. Może jest wobec nich podejrzliwa nie bez przyczyny. Cecil stara się zbierać informacje zarówno o żonach, jak i o mężach, ponieważ w tych czasach kobiety bardzo lubią brudzić sobie ręce polityką.

Wygładza aksamit peleryny, układając ją tak, by elegancko spływała z jego ramion, i podchodzi, gdy lady Rich odsuwa się od brata. Cecil ściska rękę Essexa i życzy mu powodzenia, dostrzegając zadowolone spojrzenie królowej, jakby była matką patrzącą na godzące się dzieci.

- Do dzieła, hrabio - mówi Cecil. - Jeśli ktokolwiek może przechytrzyć Tyrone'a, to właśnie ty.

Essex zaskakuje go szczerym uśmiechem, który wywołuje w nim wyrzuty sumienia i sprawia, że Cecil czuje się oszustem.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby służyć Anglii i naszej królowej.

Zebrana wokół niego gromadka dam klaszcze; ich białe dłonie trzepoczą jak motyle.

- Nie daj się zabić. Chcę, żebyś do mnie wrócił - mówi królowa i jej głos wznosi się ponad panujący wokół hałas.

Hrabia przewraca oczami jak nieujeżdżony koń. Cecil dostrzega w nich błysk strachu, co go zaskakuje, ponieważ zawsze uważał, że Essexa cechuje niezłomna odwaga.

- Wrócę, nie wątp w to, Wasza Królewska Mość - odpowiada hrabia, znów emanując pewnością siebie, po czym odwraca się, schodzi po stopniach i wsiada na konia.

Grzmi trąbka i Essex wyrusza na czele swoich ludzi. Gdy wyjeżdżają za bramę, z tłumu dobiega ryk: "Ess-ex, Ess-ex, Ess-ex!". Królowa i jej świta patrzą, jak hrabia pochyla się, by przemówić do kilku osób, całuje w rękę jakąś kobietę, a potem, ku kolejnemu wybuchowi radości, sadza zachwyconego chłopca za sobą, pozwalając mu obejrzeć swój miecz. Królowa unosi brwi. Cecil pamięta, jak jego ojciec opowiadał, że w czasie uroczystości państwowych uwielbiała zatrzymywać się i rozmawiać z poddanymi. Zawsze powtarzała: "Jestem tu dzięki nim". Cecil nigdy tego nie widział, bo ostatnio jest zbyt pilnie strzeżona w obawie przed nożem zabójcy.

- Dość widziałam. - Elżbieta odwraca się do Cecila, żeby podał jej ramię i odprowadził ją do pałacu. - Kochają go - mówi cicho, nie mogąc skryć urazy. - Ludzi zawsze pociąga młodość i piękno.

- Ależ jesteś obrazem...

- Nie poniżaj mnie takimi bzdurami. Nie jestem ślepa. Kto jak kto, ale ty musisz to rozumieć.

- W istocie. Piękno jest cechą, która mnie ominęła.

- Masz za to inne atuty.

Cecil zastanawia się, jakie według niej są te jego atuty. Może lojalność, stałość, bezwzględność? Królowa pochyla się w jego stronę i szepcze:

- Zamierzam powierzyć ci Sąd Pieczy, ale sza, nikomu nie mów.

- Wasza Królewska Mość, jestem zdumiony. To zbyt wielki zaszczyt.

W myślach Cecil już wydaje pieniądze, które przyniesie mu urząd: przeprojektuje ogrody w Theobalds; wyobraża sobie cisy, skrupulatnie ukształtowane na podobieństwo klasycznych rzeźb, wznoszące się po obu stronach wejścia.

- Obiecałam to twojemu ojcu. To było moje ostatnie dobrodziejstwo dla niego, ale pamiętaj, żeby trzymać język za zębami.

Cecil tworzy w wyobraźni fontannę: nimfę piękną jak lady Rich, wylewającą wodę z amfory. Ale rozmyśla też o tym, jak królowa przez wiele miesięcy wymachiwała Essexowi przed nosem Sądem Pieczy, niczym cukierkiem, i w chwili nagłego objawienia zastanawia się, czy jego nienawiść, zaciekła rywalizacja z hrabią zrodziła się w jego sercu, czy może raczej została w nim zaszczepiona. Czy królowa, dostrzegłszy to wysiane w dzieciństwie pierwotne ziarno niechęci, pieczołowicie podlewała i nawoziła kiełek, nastawiając ich obu przeciwko sobie nawzajem przez subtelne dawkowanie swej łaski - smaczny kąsek tu, smaczny kąsek tam, żeby żaden z nich nie wymknął się spod jej kontroli?

- Nie cieszysz się? Nie wyglądasz na zadowolonego.

- Staram się ukryć radość, bo obawiam się, że mogłaby wzbudzić zaciekawienie, Wasza Królewska Mość.

Znów ma przed oczami Essexa. Odniósł zarówno triumf nad przeciwnikiem, jak i triumf w swojej karierze politycznej, ale myśl o klęsce hrabiego nie działa na niego tak, jak mógł się spodziewać: jest przygnębiony.

Lipiec 1599

Leighs, Essex

Henry ugania się za motylami wraz z synem Essexa, młodym Robertem; obaj wymachują siatkami jak bronią, śmiejąc się w biegu, a podekscytowany Fides hasa wokół nich. Penelope siedzi w milczeniu obok Lizzie Vernon, która drzemie nad robótką, ze swoim białym pieskiem wtulonym w zgięcie jej łokcia. Sama też zamyka oczy i leżąc w wysokiej trawie, wsłuchuje się w odgłosy lata: szmer strumyka, dalekie kwakanie kaczki, jeszcze dalsze pokrzykiwanie pasterza i cichy, głuchy brzęk krowich dzwonków. Przebywała w mieście tak długo, że niemal zapomniała, jak brzmią wiejskie melodie. Jej bratowa, Frances, siedzi w pobliżu, z Dorothy. Czytają sobie na głos. Frances od czasu do czasu woła: "Uważaj, Robercie!" albo: "Nie tak szybko, bo się przewrócisz!".

Penelope śmieje się w duchu z ostrożności bratowej. Robert jest równie energiczny i lekkomyślny jak jego ojciec, zawsze z posiniaczonymi kolanami i ze skaleczeniami na palcach, wydaje się zupełnie pozbawiony strachu. Nawet jej Henry, o rok starszy, ma kłopot, żeby za nim nadążyć. Ale przecież Frances zawsze była nerwowym stworzeniem, cichą małą istotą, którą tak łatwo przeoczyć. Nawet teraz trudno sobie wyobrazić, że kiedyś była żoną Sidneya. Penelope wspomina, jak Frances w dniu jego pogrzebu powiedziała: "To ciebie kochał". Ta kobieta ma swój własny, subtelny rodzaj odwagi.

Pomimo przeszłości Penelope z czasem ją polubiła, chociaż niewiele rzeczy je łączy. Frances nie ma słuchu muzycznego i nigdy nie można jej zmusić, by wyraziła opinię w sprawach politycznych, ale jest lojalna do szpiku kości. Nie wywyższa się jako hrabina Essex, choć inne kobiety ze wszech miar wykorzystywałyby tę pozycję; za bardzo ceni swoją prywatność. Ostatnio wydaje się bardziej niespokojna niż zwykle; zamartwia się o dziecko, które nosi pod sercem, bojąc się, że straci je z powodu zadręczania się myślami o mężu. Nie ona jedna niepokoi się o Essexa. Penelope, jeśli tylko pozwoli sobie na rozmyślanie o tym, jak może być w Irlandii, także czuje przemożny strach; wsącza się w nią, aż wypełnia ją tak szczelnie, że nie ma już miejsca na nic innego. Cieszy się, że Blount przebywa w Londynie na dworze, "mając wszystko na oku", jak to ujął.

Krążą pogłoski, że kolejna hiszpańska armada niebawem wyruszy ku wybrzeżom Anglii, i jeśli to prawda, dzięki wywiadowi Anthony'ego Bacona Blount dowie się o tym przed innymi. Mianowała mnie zastępcą generała armii, napisał niedawno w liście. Dobrze wyrastasz na tych drożdżach, brzmiała jej odpowiedź. Penelope dostrzega ironię, że jeśli Blount sprawdzi się w nowej roli, to możliwe, że jej brat stanie się zbędny. Stara się tego nie roztrząsać, ponieważ nie może znieść myśli, że w takim wypadku musiałaby pewnego dnia opowiedzieć się po stronie jednego lub drugiego.

Sprawy w Irlandii nie układały się dobrze dla Essexa. Lekceważąc wydane przez królową rozkazy marszu na północ i starcia z hrabią Tyrone'em, udał się na południe, aby tam rozlokować swoich ludzi i czekać na zaopatrzenie. Powiadomił Elżbietę, że sukces misji zależy od szybkich dostaw. Penelope też błagała królową o wysłanie funduszy, ale wnosząc z wczorajszego listu brata, nie otrzymał żadnej pomocy.

Obawiam się, że całkowicie straciłem jej przychylność. Nie mam wsparcia z Whitehall i z ledwością żywię moich ludzi. Jest wściekła, że przeciwstawiłem się jej, mianując Southamptona moim koniuszym, ale nie zdaje sobie sprawy z nadrzędnej wagi zaufania w polu. Hiszpanie zbroją buntowników i niebawem sami wyślą armię, to tylko kwestia czasu. Musisz nadal wstawiać się u niej w mojej sprawie, bo doszły mnie słuchy, że Cecil czerpie zyski z tej wojny i fundusze, które powinny być przeznaczone na zaopatrzenie, płyną do jego kieszeni.

PS Nie wyobrażasz sobie, jak tu jest. Taktyka buntowników polega na urządzaniu zasadzek, co sprawia, że moi ludzie żyją w ciągłej bojaźni i są całkowicie zniechęceni.

Spaliła list ze strachu, że Frances go przeczyta i pogrąży się jeszcze głębiej w niepokoju. Godzinę po wyjeździe Essexa rozpętała się potężna burza i Frances była bliska histerii; powtarzała, że to znak, iż kampania się nie powiedzie.

- Nie, nie na drzewo! - krzyczy teraz, wstając, z szeroko otwartymi oczami.

Robert balansuje na sękatym pniu starej jabłoni - stoi na zdrewniałym występie, z jedną ręką zarzuconą na niską gałąź, a drugą, w której trzyma siatkę, wyciągniętą przed siebie. Przypomina ojca tak bardzo, że serce Penelope ciąży ku przeszłości.

- Uspokój się, Frances - mówi Dorothy, biorąc bratową za rękę.

- Moje dzieci wspinają się na to drzewo od maleńkości! - woła Penelope. - I ani razu nie zdarzył się wypadek.

Robert zeskakuje na ziemię i rzuca się w pogoń za motylem, zupełnie nieświadom trosk matki, a Frances wraca do książki.

Lizzie budzi się, przeciąga i ziewa.

- Przysnęłam?

- Gdyby mama tu była, dałaby burę nam wszystkim za takie lenistwo - mówi Penelope. - Chciałaby, żebyśmy ubijały masło i warzyły ser w mleczarni, nadzorowały solenie mięsa albo ucierały zioła i destylowały nalewki. - Śmieje się na myśl o Lettice. "Ty próżniacza gospodyni - mawiała. - Skąd możesz mieć pewność, że twoi słudzy nie kradną, skoro ich nie pilnujesz?"

- Śnił mi się Southampton - mówi Lizzie, w roztargnieniu głaszcząc pieska.

- Mam nadzieję, że to nie był zły sen.

- Nie, całkiem dobry. - Lizzie siada i patrzy na starszą kuzynkę. - Ale niepokoi mnie coś związanego z moim mężem. - Zrywa stokrotkę i zaczyna skubać płatki.

- Martwisz się, że wojna go zmieni?

- Nie, nawet o tym nie pomyślałam.

Penelope pamięta, jak jej brat wrócił z wojny zmieniony nie do poznania - z powodu okropności, jakie tam widział. Zamykał się we własnych myślach, całkowicie nieczuły, jakby wykuty z kamienia, a potem nagle atakował, przejawiając potworną skłonność do okrucieństwa, jak chłopiec, który trzyma koty za ogon i kręci nimi w powietrzu, żeby porównać ich wrzask. Nie mówi tego, bo nie chce denerwować Lizzie, która najwyraźniej już jest rozstrojona.

- Powiedz mi, co cię dręczy.

- Kocham Southamptona, może bardziej niż większość żon kocha mężów.

- Przecież to dobrze, Lizzie. - Penelope uśmiecha się do młodej kuzynki, zastanawiając się, jakimi bzdurami o miłości i małżeństwie karmiła ją piastunka: że miłość to szaleństwo, że w małżeństwie nie ma miejsca na porywy namiętności.

- Ale... - Lizzie waha się, najwyraźniej nie wiedząc, jak wyrazić myśli, i zerka na Frances i Dorothy.

- Nie usłyszą, jeśli będziemy mówić cicho - zapewnia ją Penelope.

- Widziałam, jak kogoś całował.

- Och, Lizzie. - Ujmuje rękę kuzynki. - Nie doszukiwałabym się w tym zbyt wiele. Musi się trochę wyszumieć. Uspokoi się, jestem tego pewna. Wiem, że cię lubi. Mówił mi to wiele razy.

- Nie, nie rozumiesz.

- Wyjaśnij mi. Co się stało?

- To było jakiś czas temu, kiedy jeszcze nosiłam w sobie dziecko, więc nie mogliśmy... - Lizzie rumieni się. - No wiesz. - Penelope kiwa głową. - I natknęłam się na niego w ogrodach Essex House... z kimś ze służby...

- Z kimś ze służby? - powtarza Penelope, wspominając notoryczną niewierność brata: w Essex House z pewnością nie ma ani jednej nietkniętej służącej.

- W pewnym sensie. - Spódnice Lizzie są zasłane wyskubanymi płatkami. - Z chłopcem kuchennym - mówi bardzo cicho i łza spływa po jej policzku.

Penelope obejmuje ją, przypominając sobie, jak się czuła, kiedy nakryła własnego męża w podobnej sytuacji, i wracają do niej pragmatyczne słowa pani Shilling. Miała swoje podejrzenia co do Southamptona; jest dziwnie hermafrodytyczny i widziała, jak zachowywał się w obecności aktorów, jak pociągał go ten świat mężczyzn przebranych za kobiety. W pewien sposób to wszystko składa się na jego urok.

- Męskie pragnienia różnią się od naszych, Lizzie. To nie znaczy, że kocha cię mniej.

- Ale to grzech śmiertelny.

- Nie wierzę w to. - Penelope żałuje, że nie może jej opowiedzieć o swoim doświadczeniu, o tym, jak utknęła w gąszczu rozważań o grzechu, kiedy próbowała zrozumieć przypadek męża. Z czasem osiągnęli wzajemną chłodną tolerancję: on przebywa głównie tutaj, w Leighs, gdy nie wisi u poły jej brata, natomiast ona spędza czas w Londynie albo na dworze. - Tylko pocałunek, to po prostu część tego, co czyni go wyjątkowym. Za to go kochasz. - Spogląda nad ramieniem kuzynki na chłopców, którzy badają coś w trawie. - Nie życz mu, żeby się zmienił.

Lizzie uwalnia się z jej ramion, ocierając oczy rękawem.

- Myślałam, że będziesz zszokowana. Tak bardzo bałam się komukolwiek o tym powiedzieć.

- Potrzeba znacznie więcej, żeby mnie zszokować. Widziałam więcej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić. Ale nigdy nie bierz na siebie ciężaru tajemnicy. Sekrety nas zżerają... - Głos Penelope cichnie.

- Boję się, że się mną znudzi.

- Nikt z nas nie ma władzy nad pragnieniami drugiego człowieka. Po prostu wiedz jedno: jest ci oddany, a ty jesteś jego żoną i matką jego córki. Tego nie może mu dać żaden chłopak na świecie.

- Podzielenie się tym sekretem - Lizzie kładzie się na trawie - sprawiło mi wielką ulgę.

- Ale pilnuj, żeby ta sprawa nie stała się powszechnie znana. Dyskrecja jest ważna... I na litość boską, nie wspominaj o tym Frances. Umarłaby z szoku.

Lizzie tłumi śmiech, odzyskując swoją zwykłą pogodę ducha.

- Słodka prostolinijna Frances.

Robert biegnie w ich stronę. Ma okrągłe brązowe oczy matki, ale spojrzenie jasne i bezpośrednie, bez śladu nieśmiałości. Trzyma coś, co wygląda jak wąż: ściska głowę w palcach, a reszta jest owinięta wokół jego drugiego nadgarstka. Penelope ze świstem wciąga powietrze, lecz nie krzyczy, bojąc się, że Frances uniesie wzrok znad książki i zacznie panikować.

Wstaje i podchodzi do chłopca, widząc uspokajającą matową zieleń, nie zygzaki żmii, czego się obawiała. Za nią rozlega się krzyk przerażenia. Odwraca się i widzi, że biała jak kreda Frances biegnie w ich stronę, a Dorothy tuż za nią.

- To tylko zaskroniec. Jest nieszkodliwy! - woła do nich.

Dorothy próbuje uspokoić przerażoną Frances, która gorączkowo wymachuje rękami.

- Umiem obchodzić się z wężem, ciociu Penelope - mówi Robert. - Ogrodnicy mi pokazali. Jeśli złapiesz go za głowę, to nie ukąsi.

- Mądrze jest zostawić węże w spokoju, Robercie, nigdy nie wiadomo. Niech biedne stworzenie odejdzie sobie, pewnie umiera ze strachu.

Penelope po raz kolejny zauważa, jak bardzo chłopiec jest podobny do swojego ojca, najwyraźniej nieustraszony, ale także nieświadom lęków innych, i mimo woli znów zwraca myśli ku Essexowi w Irlandii, mierzącemu się Bóg wie z jakim wrogiem. Bratanek patrzy na nią zaskakująco butnie; z pewnością ma zamiar upierać się, że zatrzyma stworzenie, ale wyraz jej twarzy nie pozostawia mu wyboru. Chłopiec opuszcza węża na ziemię i patrzy, jak niknie w zaroślach, po czym zły i nadąsany, idzie poszukać Henry'ego.

Mimo jasnego dnia gabinet Richa w starej części domu jest ciemny i chłodny. Rich wygląda mizernie.

- Dobrze się czujesz? - pyta go Penelope.

- Dbasz o to?

- Tak, dbam. Jesteś moim mężem, jeśli ma to jakieś znaczenie. I ojcem moich dzieci.

- Nie wszystkich twoich dzieci.

Jest zaskoczona, ponieważ rzadko rozmawiają na ten temat.

- Owszem - przyznaje.

Rich ma pustkę w oczach. Penelope po raz pierwszy zauważa, że zbrzydł; sama zawsze uważała go za nieatrakcyjnego, ale obiektywnie był kiedyś przystojnym mężczyzną. Zastanawia się, czy obecnie trudniej mu zwabić chłopców do łóżka, czy musi im płacić nie tylko za milczenie, ale także za ciało.

- Nigdy nie próbowałam cię oszukiwać - dodaje. - Masz to, czego chcesz, podobnie jak ja.

- Ale wystawiłaś mnie na pośmiewisko.

Wydaje się taki żałosny, kiedy to mówi. Penelope nie ma zamiaru przypominać mu, że jest odpowiedzialny za ich sytuację tak samo jak ona. Ale mężczyzna nie może nosić rogów, nie będąc obiektem kpin.

- Do diabła z żartownisiami, przynajmniej nie znają prawdy. Wtedy stałbyś się więcej niż pośmiewiskiem wśród swoich purytanów.

Jego głowa jakby zapada się w ramiona i Penelope naprawdę jest go żal.

- Zazdroszczę ci - mówi Rich. - Zazdroszczę ci niefrasobliwości i tego, że zdajesz się nie dbać o opinie innych, a także przekonania, że zawsze będziesz pachnieć różami, podczas gdy reszta z nas cuchnie rynsztokiem. Myślałem, że żeniąc się z tobą, zyskam po trosze tego wszystkiego, że to mi się udzieli. - Śmieje się z rozżaleniem. - Teraz rozumiem, że do tego trzeba się urodzić.

- Dlaczego o tym mówisz?

- Potrzebuję cię - odpowiada cicho Rich.

- Potrzebujesz mnie?

- Prowadzę spór o wielki szmat ziemi. Ryzykuję utratę większej części tego, co posiadam. - Milknie i obraca pierścień na palcu. - Ale jeśli zobaczą, że jesteśmy zjednoczeni, że mam za sobą siłę twojej rodziny, to wtedy... - Nie kończy, tylko głęboko wzdycha. - Nie traktują mnie poważnie.

Penelope rozumie, ile go kosztowało błaganie jej o pomoc. Resztki jego dumy są w strzępach.

- Oczywiście! Zrobię wszystko, co trzeba - obiecuje. - Zorganizuję spotkanie. Jesteśmy mężem i żoną i jeśli ktoś postanowi to zignorować, będzie miał na karku ciężar rodziny Devereux.

Może był taki czas, kiedy cieszyłaby się z tego, że mąż jej potrzebuje. Mogłaby docenić swoją kolejną przewagę. Ale nie teraz, gdy właściwie ma to, czego chce. Zastanawia się jednak, jak długo nazwisko Devereux będzie się liczyć, jeśli jej brat na stałe wypadnie z łask królowej. Wyciąga rękę, żeby ująć dłoń męża, lecz on odsuwa się jak od trędowatej.

Rich przykłada rękę do czoła, wplatając palce w przetykane stalą włosy.

- Przypuszczam, że często życzyłaś mi śmierci - mówi.

- Co masz na myśli? - Jest zszokowana nie dlatego, że to nieprawda, ale dlatego, że taka jest prawda. Nazwanie przez niego rzeczy po imieniu sprawia, że poczucie winy oplata ją wewnątrz jak trujący bluszcz.

- Na twoim miejscu bym życzył.

Dopiero teraz Penelope zdaje sobie sprawę, że zawsze była w lepszej sytuacji, bo jej mąż został uwięziony przez świadomość własnego zakłamania. Purytańska religijność skazała go na życie na niższym szczeblu.

- Nadal wierzysz? - pyta.

- Moja wiara borykała się z krańcowymi wyzwaniami, ale tak, mimo wszystko nie straciłem z oczu Boga.

- Nigdy nie uważałam, że Bóg potępia cię za... - Penelope nie wie, jak to ująć. - Za to, dokąd zaprowadziły cię twoje pragnienia.

Rich przepędza ciszę cierpkim śmiechem.

- Próbujesz mi powiedzieć, że to nie grzech?

- Wszyscy jesteśmy grzesznikami. Mówię, że są gorsze rzeczy. Może gdybyś...

- Nie potrzebuję twoich sugestii - warczy Rich. - Skąd możesz wiedzieć, jak to jest być mną?

- Tego nie mogę wiedzieć. Ale wiem, że Bóg znajdzie sposób, aby ci wybaczyć. - Mówiąc to, Penelope czuje się głupio, bo co ona wie o jego Bogu?

- Bardziej niż Boga boję się ludzi.

- Powiedz im, żeby spojrzeli na siebie.

Siedzą przez jakiś czas w ciszy, z rzadka przerywanej poskrzypywaniem wiekowych belek. Penelope spostrzega, że zrobiło się zupełnie ciemno; noc zapadła bez ich świadomości. Rozmyśla o Blouncie. Mieli nadzieję, że spędzą kilka dni sami w Wanstead, żeby uczcić przeniesienie własności domu. Wygląda jednak na to, że sprawa Richa zatrzyma ją tu dłużej, niż sądziła, a później będzie musiała wrócić na dwór i uklęknąć przed królową, żeby jeszcze raz wstawić się za bratem.

- Przeczytaj to od początku do końca, a ja zaaranżuję spotkanie. - Rich podaje jej gruby plik papierów.

- Im szybciej, tym lepiej. Jestem potrzebna na dworze.

Rich patrzy na nią z ukosa.

- Dla dobra nas wszystkich - dodaje Penelope, zanim mąż ma szansę się odezwać. - Z moich koneksji odniesiesz tyle samo korzyści co ja. - Nie wspomina mu o kłopotach brata z królową, o braku funduszy na armię; wtajemniczenie go niczemu nie pomoże.

Wrzesień 1599

Nonsuch, Surrey

Światło wczesnego poranka budzi Cecila. Zasłony łóżka są odciągnięte, a on wciąż jest w ubraniu. Siada i przez chwilę jest zdezorientowany; czuje ostry skurcz sięgający od karku do ramion. Pociera szyję - minęły wieki, odkąd ktoś go dotykał. Nawet żona w najbardziej intymnych chwilach trzymała ręce przy sobie. Niekiedy płacił młodym kobietom, te jednak, podobnie jak ona, nigdy nie potrafiły ukryć odrazy. I mimo że wydawały się czyste, tygodniami nękał go niepokój, że zaraził się od nich czymś niewypowiedzianym, więc badał wydzieliny swojego ciała i wielokrotnie zasięgał porady lekarza.

Paź puka cicho i wchodzi, żeby rozpalić ogień. Cecil spostrzega na łóżku lekko wymiętą kartkę i przypomina sobie, co wczoraj nie pozwoliło mu zasnąć. Czyta ponownie, odcyfrowując bazgroły; domyśla się, że jego człowiek musiał kopiować list w pośpiechu. To list od Essexa do królowej:

Ale dlaczego mówię o zwycięstwie lub sukcesie? Czy nie jest wiadome, że doznaję od Anglii samych tylko przykrości i ran duszy? Czy nie mówią żołnierze, że odwróciła się ode mnie życzliwość Waszej Królewskiej Mości i że już źle wróżysz mnie i im? Czy buntownicy nie są przekonani, że ci, których popierasz najmocniej, bardziej nienawidzą mnie z powodu wewnętrznych sporów niż ich z obowiązku i sumienia?

Zawstydza go prawda napisana czarno na białym: on, Cecil, nienawidzi Essexa bardziej niż wroga.

Opuszcza papier na kolana.

- Kim się stałem? - mruczy i zdaje sobie sprawę, że przemówił na głos, gdy paź pyta, czym może mu służyć.

Odprawia chłopca. Nie może znieść, by ktoś był świadkiem nękającego go poczucia winy; wystarczy, że jest świadom wszechwidzącego oka Boga. Zastanawia się, od kiedy przestał służyć królowej i Anglii. Od kiedy zaczął służyć samej swojej nienawiści?

Wie, że jeśli Essex zawiedzie w Irlandii, on będzie za to całkowicie odpowiedzialny. To on sprawił, że połowa Rady straciła wiarę w Essexa; to on dopilnował, żeby zaopatrzenie nie zostało wysłane; to on zataił ważne informacje, które mogły pomóc hrabiemu; to on zatruł umysły jego najbliższych sojuszników. Odwołano kilku ludzi wiernych Essexowi, a on ma bezpośredni rozkaz królewski, aby zdegradować Southamptona ze stanowiska koniuszego: wszystko to jego dzieło, w taki czy inny sposób. I Francis Bacon... Cecil zdrapuje ze stolika przy łóżku rozlany wosk i wyrównuje znajdujące się na blacie przedmioty: świecznik, kilka książek, mały zegarek, którego skomplikowany mechanizm kiedyś sprawiał mu wielką radość, ale już nie sprawia. Zapalił lont, żeby zniszczyć przeciwnika, chociaż to zniszczenie może otworzyć Hiszpanom drogę do Anglii, a teraz płomienia nie da się już zgasić.

Myśli o podjętej ubiegłego lata próbie nawiązania stosunków dyplomatycznych z nowym królem Hiszpanii, o swoich wielkich nadziejach na zawarcie traktatu pokojowego. Ale starania, które rozpoczęły się od kilku ostrożnych rozmów i wymiany listów z ambasadorem, zakończyły się fiaskiem. Błędna interpretacja doniesień albo nieczysta gra kazały mu wierzyć, że u wybrzeży Brestu zbiera się hiszpańska flota i inwazja jest nieuchronna. Zarządził nadzwyczajną mobilizację wojsk pod wodzą Blounta i cały kraj, ogarnięty strachem przed rychłą napaścią, znalazł się na krawędzi paniki. Rozpamiętując to, czuje się jak głupiec.

- Ach, Pigmeju! - wykrzyknęła królowa, gdy wszedł do antykamery, aby dyskretnie przekazać wiadomości, które właśnie do niego dotarły. - Twoja wielka hiszpańska armada nie była niczym więcej niż flotyllą łodzi rybackich. - Wybuchła śmiechem, który podchwycili otaczający ją ludzie i bawili się jego kosztem, patrząc na niego z drwiną w oczach.

Zrobił wszystko, co mógł, żeby stamtąd nie uciec. Zmusił się do cichego autoironicznego śmiechu, ale królowa już złapała wiatr w żagle.

- I pewnie myślisz, że ten szklany paciorek - skubnęła ozdóbkę na kapeluszu swojego pazia - to diament! - Wszyscy rechotali bez skrępowania. - A to zwierzątko - machnęła ręką w stronę salonowego pieska którejś ze swoich dam - to wilk!

Cecil widział w tym towarzystwie Ralegha z drżącymi od śmiechu ramionami, Carew, który zakrywał usta dłonią, i Knollysa ocierającego oczy chusteczką. Tylko Francis Bacon się nie śmiał. Stał i obserwował tę scenę ze splecionymi smukłymi dłońmi, z wyrazem nieprzeniknionej obojętności na twarzy, jakby niezdecydowany, po której stanąć stronie.

- A to - pisnęła dama dworu, wskazując kwiat wyhaftowany na swojej sukni - jest różanym krzewem.

Cecil chciałby zapaść się pod podłogę, jak aktor na zapadni, który znika w kłębach dymu. Skurczył się, stał tam jak głupiec służący okrutnej rozrywce dworu. Jestem sekretarzem stanu, powtarzał sobie w duchu. Jestem nietykalny. Ale żaden racjonalny argument nie był w stanie przebić się przez upokorzenie, które przeniosło go w czasie z powrotem do bezlitosnych drwin chłopców w domu ojca.

- I przypuszczam, że mnie - odezwała się karlica Ippolyta - masz za samą królową.

- Dobre! - wykrzyknął Ralegh.

Docinki nie miały końca i jeszcze kilka dni później dworzanie prześcigali się w wymyślaniu coraz to bardziej pomysłowych przykładów jego rzekomej głupoty: gołębie wzięte za pawie, wiewiórki za ogiery, igły za noże.

A teraz wymarzony przez niego traktat pokojowy z Hiszpanią leży w strzępach. Może Bóg karze go za nienawiść do Essexa - sam dobrze wie, że nienawidzić w ten sposób jest grzechem. Składa ręce do modlitwy, ale nie potrafi wyrazić błagania, więc próbuje odgadnąć, co poradziłby mu ojciec. Mógłby powiedzieć: "Czasami osiągnięcie celu może wymagać czynów, które nie są do końca moralne, lecz jeśli służą dobru królowej i kraju, są usprawiedliwione". Wzdycha z poczuciem porażki, wyobrażając sobie głębię rozczarowania ojca.

Drzwi otwierają się gwałtownie, co wyrywa go z odrętwienia. Wraca paź, zarumieniony i zdyszany.

- Wydawało mi się, że kazałem ci zostawić mnie w spokoju - warczy Cecil.

- Tak, ale... - Chłopiec nerwowo wykręca palce. - Ktoś chce się z tobą zobaczyć, panie. Mówi, że to pilne.

- Kto taki, chłopcze?

W tej chwili w drzwiach pojawia się mężczyzna, wielki drab. Cecil niezupełnie go kojarzy, a na jego ubraniu nie ma niczego, co pozwoliłoby mu go rozpoznać.

- Sir Thomas Grey - przedstawia się przybysz z ukłonem, zdejmując nakrycie głowy.

Cecil próbuje sobie przypomnieć, czy ten człowiek jest kimś ważnym.

- Zakładam, że masz dla mnie wieści. - Myśli, że mężczyzna może należy do straży, która została wysłana do ochrony południowego wybrzeża przed hiszpańskim atakiem.

- Chodzi o lorda Essexa - mówi Grey.

- Tak?

Cecil jest zaintrygowany. Dlaczego ten człowiek przyszedł do niego z wiadomościami o Essexie? Może hrabia nie żyje. Pozwala rozgościć się tej myśli, czując rodzące się uniesienie.

- Zmierza tu z grupą ludzi, wśród nich jest Southampton. Być może już przybyli, bo deptali mi po piętach.

- Bzdura! Hrabia jest w Irlandii. - Uniesienie szybko ustępuje zniecierpliwieniu.

- Napotkałem ich na drodze i pognałem co koń wyskoczy, żeby cię uprzedzić, zanim się tu zjawią.

- Musisz się mylić. Nawet hrabia nie jest na tyle zuchwały, by opuścić posterunek bez pozwolenia królowej.

Zachodzi w głowę, jak to możliwe, że takie wypadki rozgrywają się bez jego wiedzy; jak to się dzieje, że płaci tak wielu osobom za informacje, a mimo to nic nie wie.

- Słyszę ich - mówi Grey, podchodząc do okna. - Są już na dziedzińcu.

Cecil robi kilka kroków i staje przy oknie. Widzi stajennych biegających z siodłami i uzdami w ramionach, a także konie pijące z koryta, pokryte ciemnymi plamami potu. Grupa najwyraźniej właśnie przybyła, ale nie ma śladu hrabiego. Cecil już ma się odwrócić i wygarnąć Greyowi, co myśli o marnowaniu jego czasu, gdy nagle dostrzega kogoś o długich kasztanowych włosach. Southampton znika w bramie podwórza stajennego.

- Jesteś pewien, że widziałeś samego Essexa, a nie tylko jego ludzi?

- Z całą pewnością, panie, na własne oczy.

Cecil myśli szybko, uciszając sumienie. Jeśli Essex porzucił posterunek, to dopuścił się zdrady. Napływa do niego wspomnienie, jak ojciec zalecał mu być cierpliwym: "Hrabia może jeszcze stać się autorem własnego upadku", powtarzał niejeden raz. Ale Cecila ogarnia strach, gdy uświadamia sobie, że może Essex został doprowadzony do takiego stanu, by zagrozić królowej. Przypomina sobie incydent w sali obrad, kiedy hrabia był bliski wyciągnięcia przeciwko niej miecza.

Cecila dławi myśl, że to on pchnął go do tego kroku, że to on jest winny, i stoi przez chwilę, z rękami opartymi na parapecie. Essex ma pełną władzę nad wielką armią w Irlandii - Cecil pamięta, w jakiej atmosferze hrabia opuszczał Londyn, jakby był bogiem. Spogląda na wzgórza w oddali, niemal spodziewając się ujrzeć kurz wzbijany przez nadciągające wojska i szeregi jeźdźców na horyzoncie. Nie jest na to gotowy.

Odwraca się i każe paziowi podać mu pelerynę, po czym beszta go za wymięte ubranie. Królowa jest w sypialni ze swoimi damami; musi ją ostrzec.

- Która godzina?

- Słońce ledwie wzeszło - mówi Grey.

- Uprzedź strażników. Powiedz im, że hrabia Essex porzucił obowiązki wobec królowej i za wszelką cenę należy go zatrzymać.

Cecil ma gonitwę myśli, gdy mknie przez pałac do komnat królowej. Przypominając sobie, że nie zabrał nakrycia głowy, wygładza włosy rękami. Potyka się na schodach, zahaczywszy stopą o rąbek długiej peleryny, ale odzyskuje równowagę, unosi okrycie i biegnie przez korytarz. Zastanawia się z niepokojem, czy Essex postradał zmysły i czy armia naprawdę jest już w drodze, aby rozpocząć oblężenie Nonsuch.

Staje przed drzwiami zdyszany i ledwie wystarcza mu tchu, by nakazać strażnikom, żeby go wpuścili.

- Królowa nie jest sama - mówi jeden.

Oczywiście, że nie jest sama, nigdy nie jest sama, myśli Cecil.

- Po prostu mnie wpuść!

- Mamy rozkaz nikogo nie wpuszczać, panie.

Cecil słyszy ciche poruszenie za drzwiami.

- Kto tam jest?

- Hrabia Essex, panie.

- Powiedz jej, że to ja chcę się z nią widzieć.

- Mamy wyraźne rozkazy. "Nikogo, bez wyjątków". Przykro mi, panie.

Cecil opiera się o ścianę, pokonany.

- Jest uzbrojony?

- Przed wejściem odpasał broń. - Strażnik wskazuje ławkę przy oknie, gdzie leży miecz hrabiego.

Cecil oddycha z ulgą, ale po chwili zaczyna rozważać inne sposoby, jak hrabia mógłby wyrządzić krzywdę Elżbiecie - wyobraża sobie ostry sztylet ukryty w fałdach koszuli czy ampułkę trucizny. Jeszcze raz patrzy przez okno, wypatrując oznak zbliżającej się armii. Ale nic takiego nie widzi.

Spogląda na strażników, myśląc o podjęciu kolejnej próby wejścia do komnaty, lecz ci unikają jego wzroku i stoją sztywno, z zaciśniętymi zębami, więc rezygnuje ze swego zamiaru. Zresztą królowa jest przecież w otoczeniu swoich dam.

Wreszcie w drzwiach pojawia się Essex. Ubranie ma brudne i zakurzone po podróży, pył osiadł w kurzych łapkach przy jego oczach, tworząc ciemne kreski. Musiał przybiec prosto do królowej, nie zatrzymując się nawet, by ochlapać twarz wodą. Uśmiecha się.

- Dzień dobry, Cecil - mówi, jakby to był zwyczajny poranek. - Wyglądasz dziwnie niechlujnie.

- Uch... hm... - Cecil zapomniał języka w gębie i stoi jak gamoń.

Patrzy na hrabiego, jakby miał przed sobą zjawę, i próbuje doprowadzić ubranie do porządku, zły, że on, najważniejszy polityk w Anglii, czuje się mało znaczący w obecności tego krnąbrnego hrabiego.

- Jesteś zaskoczony, że mnie widzisz? Z pewnością twoi szpiedzy powiadomili cię, gdzie jestem. Nie? Tracisz kontrolę. - Essex śmieje się, podnosi miecz, zarzuca pas na ramię i odchodzi, pogwizdując. Gdy dociera do końca korytarza, odwraca się z drwiącym uśmieszkiem. - Nie zostaniesz przyjęty. Jeszcze nie jest ubrana - rzuca takim tonem, jakby rościł sobie prawo do ciała królowej.

Cecil znów czuje nienawiść, gdy śpieszy z powrotem do swoich pokoi, by odpowiednio się ubrać i wydać rozkaz wysłania zwiadowców, żeby sprawdzili, czy hrabia ma wsparcie w pobliżu.

Potem siada i czeka na wezwanie królowej, podczas gdy paź glansuje mu buty. Gdy wezwanie przychodzi, Cecil już wygląda nienagannie w stroju z czarnego aksamitu. Każe chłopcu jeszcze raz wyszczotkować ramiona dubletu, po czym udaje się do komnat królowej i z zadowoleniem spostrzega, że straże zostały zmienione. Nigdzie nie widać tamtych, którzy byli świadkami jego wzburzenia, rozterki i poniżającej wymiany zdań z Essexem.

Królowej towarzyszą trzy kobiety zajęte dopełnianiem jej ubioru: jedna przypina duży klejnot do sukni, druga pomaga Elżbiecie włożyć szatę wierzchnią, a trzecia nakłada na jej szyję sznur dużych pereł, zwisający poniżej brzucha.

- Cieszę się, że cię widzę - mówi królowa, z napięciem się uśmiechając, i energicznym ruchem ręki odsyła kobiety w najdalsze zakątki komnaty. - Podejdź tutaj. - Cecil zbliża się i siada na stołku obok niej. - Przypuszczam, iż dotarły do ciebie wieści, że Essex... - przerywa i odchrząkuje - powrócił.

Cecil kiwa głową.

- Zostałem powiadomiony o sytuacji, Wasza Królewska Mość, i pozwoliłem sobie sprawdzić, że przybył tylko z...

- Bez armii - wchodzi mu w słowo Elżbieta. - Tak. Sam mi powiedział, że towarzyszy mu tylko garstka zaufanych ludzi. "Tylu, by chronić moją osobę", chyba tak to ujął. Ale cieszę się, że nie omieszkałeś sprawdzić, czy nie grozi nam oblężenie. Nie wytrwalibyśmy długo w tym miejscu, prawda? - Parska śmiechem.

Pałac Nonsuch zbudowano dla przyjemności, a nie po to, by stawiał opór armii. Królowa wydaje się zdumiewająco spokojna i Cecil czuje, jak wzbiera w nim dawny podziw.

- W jakiej przybył sprawie?

Elżbieta kładzie łokieć na poręczy krzesła i wspiera podbródek na dłoni.

- Zawarł rozejm z hrabią Tyrone'em. - Jej oczy ciemnieją z wściekłości. - Z moim wrogiem, Tyrone'em.

- Zrobił tę jedyną rzecz, której mu zabroniłaś.

Królowa powoli kiwa głową.

- Zostałam zdradzona, Pigmeju. - Cecil jest dziwnie zadowolony, słysząc stare przezwisko; sprawia, że czuje się jej bliski. - To wygląda jak kapitulacja. Pomyślą, że Anglicy skapitulowali - dodaje królowa, a on przypuszcza, że ma na myśli opinię całej Europy. - Zwołałam Radę. - Wskazuje głową drzwi wewnętrznej komnaty. - Ale chciałam zaznajomić cię z sytuacją, zanim tam wejdziemy.

- Jeśli wybaczysz śmiałość, Wasza Królewska Mość, sugerowałbym aresztowanie hrabiego. Nie możesz być postrzegana jako...

- Tak, tak, moja pobłażliwość została naciągnięta do granic możliwości. Sporządzimy listę zarzutów. - Elżbieta wzdycha, zamykając oczy, przygnębiona. - Sama ją podpiszę.

- Jest mi niezmiernie przykro - mówi Cecil. Głos sumienia studzi jego radość zwycięstwa. - To podwójnie bolesne, gdy zdradzają cię ci, których kochasz.

- Kochałam go jak syna. - Cecil słyszy ton żelaznej determinacji, gdy królowa oświadcza: - Ale on nie jest moim synem. Jest synem mojego wroga.

Wrzesień 1599

Barn Elms / Nonsuch

Okiennice są zamknięte i w pokoju panują mrok i cisza, zakłócana tylko szmerem pościeli składanej przez położną i drżącym oddechem położnicy. Penelope kazała wynieść zegar, bo jej bratowa powiedziała, że tykanie ją niepokoi. Frances leży skulona na boku, tuląc poduszkę jak kochanka.

- Boże, miej mnie w opiece - szepcze, sięgając po dłoń szwagierki. - Boję się, że to dziecko mnie zabije.

- Nie wolno ci tak myśleć. Urodzi się, tak jak urodziło się jego starsze rodzeństwo. - Penelope nie może patrzeć w jej duże smutne oczy. Pamięta strach, który sama odczuwała w dniach poprzedzających narodziny swoich dzieci, gdy za każdym razem zastanawiała się, czy Bóg ją zabierze. - Zaśpiewam, żeby cię uspokoić.

Waha się przez chwilę, bo w głowie ma tylko nieprzyzwoitą balladę o rozwiązłej kobiecie, zasłyszaną pewnego dnia w teatrze Curtain. Bierze lutnię i brzdąka, nie śpiewając. Położna zaczyna nucić. Czekają już półtora dnia, odkąd wystąpiły pierwsze bóle porodowe.

- Obiecaj, że mnie nie zostawisz - prosi Frances, chwytając Penelope za nadgarstek. Krzywi się, jakby siłą powstrzymywała się od płaczu.

- Zostanę, dopóki będę potrzebna. - Penelope nie jest zachwycona perspektywą czekania na koniec porodu: krew, krzyki, godziny niespokojnego oczekiwania i możliwość śmierci, odrzucana, a jednak zawsze obecna. - Będę jego ciocią. Oczywiście, że chcę go powitać na świecie.

Zawiesiły ślubną obrączkę Frances na paśmie jej włosów i kołysały nią jak wahadłem nad jej brzuchem, jak to zwykle się robi dla rozrywki podczas długich dni czekania na rozwiązanie. Obrączka poruszała się płynnie tam i z powrotem, wskazując na chłopca; gratulowały Frances, chociaż wszystkie wiedzą, że równie dobrze może to być dziewczynka.

Lizzie Vernon staje w drzwiach i macha ręką. Penelope wymyka się na korytarz. Widzi trwogę na twarzy kuzynki i jej ręce zaciśnięte tak mocno, że aż zbielały kostki.

- Co się stało?

Zastanawia się, co może być źródłem zdenerwowania kuzynki: przypadek zarazy w domu, znajoma osoba zesłana do Tower, śmierć w Irlandii. Z trudem przełyka ślinę.

- Twój brat został aresztowany - mówi Lizzie.

- Co to znaczy? Trafił do niewoli?

Penelope stara się nie wspominać opowieści o brutalnym traktowaniu jeńców przez Irlandczyków i pociesza się myślą, że Essex byłby dla nich kartą przetargową; wyrządzenie krzywdy takiemu klejnotowi nie leżałoby w ich interesie.

- Nie, obawiam się, że jest gorzej.

- Co może być gorsze, jeśli nie jest martwy? Czego mi nie mówisz, Lizzie?

- Jest w Nonsuch.

- Nie rozumiem. Skąd ten pomysł?

- Dostałam wiadomość od Southamptona. Są razem. Essex zawarł rozejm z Tyrone'em i przyjechali z Irlandii - Lizzie mówi szybko, prawie bez tchu - żeby mógł wytłumaczyć się królowej, zanim jego wrogowie na dworze dowiedzą się o tym i zatrują jej umysł.

Informacje osiadają w Penelope jak jakiś duży przedmiot, który tonie w jeziorze.

- A królowa... - zaczyna.

- Z początku pozwoliła mu się wytłumaczyć i Essex wierzył, że został zrozumiany. Ale później zwołała Radę i kazała go aresztować. Teraz... - Lizzie wysuwa z rękawa list i czyta - postrzega to jako zdradę. Mówi, że poddał się Irlandczykom wbrew jej rozkazom. Przebywa pod strażą w pokojach w Nonsuch. - Milknie, wciąż wodząc wzrokiem po piśmie. - Nazywają to zdradą stanu.

Penelope opada na ławkę obok drzwi, czując, jak zimne palce paniki zaciskają się wokół jej serca.

- Pisze, że musisz do niego przyjechać. Southampton będzie na ciebie czekał w Ewell, przy szyldzie z kluczami. Dopilnuje, żebyś niepostrzeżenie dostała się do brata.

Penelope przeszukuje szufladę biurka, znajduje papier, pióra i atrament, po czym śpiesznie kreśli notatkę do stajennego Alfreda w Essex House; każe mu jak najszybciej przyprowadzić konie. Pieczętuje list i wzywa pazia, by go dostarczył.

- Jestem pewna, że znajdę jakieś wyjście. - Jej głos jest pełen energii, nie ujawnia mrożącego krew w żyłach przeczucia. Obawia się, że tym razem brat posunął się za daleko, zużył ostatnie skrawki dobrej woli królowej, i wszystkie skrupulatnie ułożone plany Devereux wkrótce legną w gruzach. Co Elżbieta powiedziała o swojej pobłażliwości? Że nie jest niewyczerpana. To okropna myśl. - Powiadomisz Dorothy? Poproś ją, żeby przekazała wiadomość matce. Możesz zostać z Frances? Jest w strasznym stanie. Obiecałam, że jej nie zostawię, ale...

- Oczywiście, co tylko zechcesz.

- Nie mów jej, jaki jest prawdziwy powód mojej nieobecności. Nie możemy przysparzać jej zmartwień. Wymyśl jakieś małe kłamstwo.

Alfred przybywa z Essex House z dwoma strażnikami trzymającymi pochodnie. Nie zadaje pytań, choć na pewno zastanawia się nad tym nocnym wyjazdem do Nonsuch, nad nieodpowiednim strojem lady Rich, która pod ciężką peleryną ma tylko suknię spodnią. Gdy wyruszają w noc, Penelope stara się nie myśleć o złodziejach i rozbójnikach mogących czaić się w ciemności. Pokrzepia się łykiem z manierki, którą podsuwa jej Alfred, i świadomością, że ma trzech rosłych mężczyzn do ochrony, chociaż gdy spogląda uważniej, stwierdza, że jeden ze strażników ledwie wyrósł z chłopięctwa.

- Kiedy będziemy u celu? - pyta.

- To mniej niż dwadzieścia mil. Jeśli przyśpieszymy na otwartym terenie, powinniśmy dotrzeć do Ewell dobrze przed świtem.

Jadą w milczeniu, radzi z ładnej pogody i księżyca, który zbliża się do pełni. Penelope pozwala, by ukołysał ją miarowy tętent końskich kopyt, rytm własnego oddechu i szum wiatru, brzmiący niczym burdon w tle melodii. Podąża za Alfredem, ciesząc się, że jest przy niej; ufa mu, a on dobrze zna tę trasę, bo wiele razy przewoził ją i jej bliskich do Nonsuch i z powrotem. Służy rodzinie Devereux dłużej niż ktokolwiek inny i jest lojalny do szpiku kości. Wśród personelu Essex House byli tacy, którzy sprzedawali sekrety, a o jednym z kuchni dowiedziała się, że pracuje dla Cecila. Przekabaciła go, ale zmarł od zarazy, zanim miał szansę się przydać.

Dostrzega przed sobą ciemne kontury zabudowań.

- To Ewell?

- Tak, pani.

Jadą trawiastym garbem między koleinami, żeby robić mniej hałasu - im mniej osób wie o grupie jeźdźców przybywających w środku nocy, tym lepiej. Penelope widzi już szyld z kluczami - złocenia połyskujące w blasku księżyca - a pod nim dwie postacie. Z ulgą rozpoznaje charakterystyczną sylwetkę Southamptona, jego długie włosy i dopasowany dublet, i dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że towarzyszy mu Blount. Choć serce jej się wyrywa, Penelope robi wszystko, by nie zeskoczyć z konia i nie rzucić się Blountowi w ramiona. Zsiadają po cichu; on bierze ją za rękę. Jego obecność dodaje jej otuchy, bo wie, że przy nim poradzi sobie ze wszystkim, co ją czeka. Słyszy jego szept:

- Moje kochanie.

Zostawiają konie z Alfredem i idą pieszo. Nad wioską majaczy niewyraźny zarys pałacu, ciemne wieżyczki na tle nieba, które zaczyna nabierać pierwszych rumieńców świtu. Southampton wyjaśnia sytuację, gdy idą blisko żywopłotów, tak by nikt ich nie zauważył. Ptaki już wyśpiewują swoje osobliwie urocze poranne melodie.

- Co z nim? - pyta Penelope.

- Trudno powiedzieć - mówi Southampton.

- Jak mnie tam wprowadzisz?

- Nocni strażnicy służyli pode mną - wyjaśnia Blount. - Pękata sakiewka czyni cuda.

- Spotkanie z tobą podniesie go na duchu - wtrąca Southampton.

- Jego żona właśnie rodzi. Myślę, że lepiej, żeby o tym nie wiedział, bo to będzie dla niego tylko kolejnym powodem do niepokoju.

- Jak ona się czuje? - pyta Blount.

- Jest zdenerwowana. Znasz ją.

Cicho wchodzą na tylny dziedziniec, przemykają pod ścianami i wślizgują się za drzwi prowadzące do schodów dla służby. Słyszą kroki i widzą blask świecy za załomem muru. Blount popycha Penelope w cień i staje przed nią, żeby ją zasłonić. Ona naciąga kaptur i szczelnie owija się ciemną peleryną.

- Wcześnie wstaliście, panowie. - To jeden z odźwiernych, trący zaspane oczy.

Jej serce bije tak głośno, że boi się, iż je usłyszą.

- Właściwie - zaczyna Southampton, konspiracyjnie szturchając mężczyznę - jeszcze się nie kładliśmy.

- Tu raczej nie można pohulać, cicho jak w grobie - mówi odźwierny.

- Zdziwiłbyś się, co można znaleźć w wiosce. - Southampton mruga znacząco.

Błysk w oczach odźwiernego wyraźnie świadczy o rozbudzonej ciekawości.

- Chodźmy spać - rzuca Blount, udając, że ziewa, i prężąc wyprostowane ręce.

Mężczyzna życzy im dobrego dnia i rusza na dół po schodach.

- Ten siedzi w kieszeni Cecila - szepcze Blount. - Ale chyba przekonała go nasza opowieść o rozpuście.

- Byliście tacy przekonujący, że można by pomyśleć, że przez cały czas się w niej nurzacie - pokpiwa Penelope.

Jej niepokój nieco osłabł w jego obecności, ale zasycha jej w gardle, gdy u celu widzą przy drzwiach dwóch mężczyzn z halabardami opartymi o boazerię. Blount wyjmuje z zanadrza sakiewkę i podaje ją jednemu. Ten waży ją w dłoni i rozluźnia rzemyk, podnosi świeczkę i zagląda do środka. Sprawdza, czy nie został oszukany, jakby miał do czynienia z przekupniami na targu, a nie z dwoma parami. Wreszcie kiwa głową, odryglowuje drzwi i pozwala Penelope wejść. Ta zastanawia się, czy strażnicy ją rozpoznali, owiniętą w pelerynę, z twarzą zasłoniętą kapturem, czy też uważają, że jest jedną z nisko urodzonych kochanek Essexa, przybywającą go pocieszyć w godzinie niedoli.

Jej brat siedzi skulony na podłodze w kącie mrocznej komnaty i nawet nie próbuje się podnieść. Mętne światło wczesnego poranka ledwie muska parapet okna, a ogień w kominku dawno wygasł. Penelope bierze pogrzebacz i odsłania węgle przykryte warstwą popiołu, wrzuca kilka szczap, a gdy się zajmują, dorzuca węgla ze stojącego opodal wiadra. Węgiel szybko się zapala; niebieskie i pomarańczowe wstążki płomieni trzepoczą nad bryłami. Penelope wyciera w pelerynę ubrudzone czarnym pyłem ręce, bierze z kominka świecę i zapala ją od ognia, a od niej wszystkie inne w pokoju. Knoty syczą, gdy rozbłyskują płomieniem.

- Nie może być tak źle, skoro pozwoliła, żebyś miał węgiel i świece z wosku pszczelego, Robinie. - Sili się na radosny ton, aby wyrwać brata z odrętwienia.

Jego odpowiedzią jest gorzki śmiech. Penelope siada obok niego. Chłód kamiennych płyt przenika przez ubranie. Jego ręka jest lodowata i nie reaguje na jej dotyk. Po chwili milczenia Penelope nakłania brata, by przysunął się bliżej ognia, który już huczy w kominku, zalewając komnatę światłem i ciepłem. Jego twarz jest blada i wychudzona, jakby nie jadł od wielu dni, a widok malującej się na niej udręki boleśnie ściska jej serce.

- Byłoby lepiej, gdybym poległ śmiercią bohatera w Irlandii - mamrocze, w końcu spoglądając na siostrę pustymi oczami.

- Nie, nie! - Penelope przyciąga go do siebie, a on pozwala, by zamknęła go w objęciach. - Gdzie twój duch walki, Robinie?

- Elżbieta mówi, że zawarłem sojusz z wrogiem Anglii. To nieprawda. - Jego głos brzmi żałośnie. - To był tymczasowy rozejm, nic więcej. Wszyscy ci dywanowi rycerze wokół stołu Rady wysyłają rozkazy, żeby zrobić to lub tamto, ale nie mają pojęcia, jak tam naprawdę jest. A jest strasznie, siostro, i ryzykowałem zbyt wiele. Moi ludzie zostaliby wybici. Naprawdę wierzyłem, że robię to, co najlepsze dla Anglii, a teraz nazywają to zdradą. - Patrzy na nią, a ona cieszy się, że jego oczy są teraz dzikie ze złości. Gniew jest lepszy niż apatia. - Chciałbym zobaczyć, jak Cecil radzi sobie z irlandzkim natarciem, z zasadzkami, nie wiedząc, kiedy i gdzie zostanie zaatakowany, z błotem, wilgocią, strachem, chorobą, głodem, brakiem zapasów. Nasze zaopatrzenie nigdy nie dotarło. Mogę się tylko domyślać, że stał za tym ten garbaty szczur.

- Mój biedny chłopiec - szepcze Penelope, gładząc jego włosy.

Essex odsuwa się od niej i siada prosto.

- Dowiedziałem się tam pewnych rzeczy, siostrzyczko, rzeczy o naszym ojcu, o których wolałbym nie wiedzieć. Dokonał okropnych czynów, nieludzkich, dalekich od jakiegokolwiek kodeksu rycerskiego... - Milknie, obejmuje rękami głowę. - To miejsce przemienia człowieka w brutalne zwierzę. I nie chciałem... - Wydaje się, że nie jest w stanie wyrazić tego, co myśli. - Nie chciałem...

- Wiem.

- Nie, nie wiesz. Nie chciałem doprowadzić się do takiej dzikości. Dlatego zawarłem rozejm. Nie odziedziczyłem miecza Sidneya, żeby zostać barbarzyńcą.

- Słusznie postąpiłeś, Robinie. Bóg się na tym pozna.

- Wolałbym jeszcze przez jakiś czas nie przedstawiać Mu swojej sprawy.

- Wyciągniemy cię z tego. Nie jesteś sam. - Penelope wyczuwa, że duch brata się budzi. - Jestem tu z tobą i jest wielu, którzy będą gotowi stanąć po twojej stronie, cała armia, nie wątpię. I mamy za sobą szkockiego króla, pamiętaj.

Krew zastyga jej w żyłach, bo słowa o poparciu armii, o poparciu Szkocji, oznaczają... Co oznaczają? Nie może nawet o tym myśleć. Musi być jakiś inny sposób na zapewnienie wolności bratu.

- Musisz to wziąć. - Essex sięga w zanadrze koszuli, wyjmuje czarną sakiewkę z listami od Jakuba i przekłada rzemyk przez głowę. - Mają mnie zabrać pod opiekę Lorda Strażnika w York House. Nie mogę ryzykować, że te listy zostaną znalezione.

- Pisał ostatnio?

- Tak. Wszyscy jesteśmy zgodni.

- Czyli jeśli dojdzie do najgorszego, możemy osadzić go na angielskim tronie nieco wcześniej, niż się spodziewaliśmy. - Penelope zakrywa usta dłonią, ledwie mogąc uwierzyć, że powiedziała to na głos, chociaż wszyscy o tym myśleli: ona, Essex, ich matka, Blount, Southampton... lista jest długa. Tu chodzi o przetrwanie. - Ale nie jesteśmy na tym etapie. Gdyby wyznaczyła króla Jakuba, cały kraj mógłby odetchnąć z ulgą. To niepewność wyrządza szkody.

- Nie jesteśmy na tym etapie - powtarza Essex. - Jeszcze.

- Gdy cię wezwie, musisz roztoczyć przed nią cały swój urok, a ja zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby doprowadzić do twojego uwolnienia. - Penelope patrzy mu prosto w oczy, próbując się uśmiechnąć. - Kiedy wyjdziesz, będziemy mogli przemyśleć nasze możliwości. Nie wykluczam, że Elżbieta ci wybaczy... zdarzały się dziwniejsze rzeczy, chociaż wszystko zależy od tego, kto szepcze jej do ucha. - Nie musi wymieniać imienia Cecila. - Słuchaj, muszę stąd odejść, zanim pałac się zbudzi. Ale wierz we mnie, Robinie. - Wstaje, pociągając go, by również się podniósł.

- Boję się - mówi jej brat cichym głosem.

Powiedział to już wcześniej i Penelope przypuszcza, że jest jedyną osobą, której Essex może wyznać taką słabość. Myśli o Frances, właśnie rodzącej w Barn Elms, przepełnionej strachem, i zastanawia się, jak doszło do tego, że stała się kimś, kto koi wszystkie lęki rodziny, kimś, kto nigdy nie może się bać.

Całuje go w policzki.

- Jestem po twojej stronie. - Wymyka się z komnaty na korytarz, gdzie Blount czeka, by zabrać ją z powrotem do Ewell.

Za bramą pałacu Penelope przyciska go do pnia drzewa i całuje z rozpaczliwym pośpiechem, jakby pocałunek miał przydać jej sił. Przymyka oczy, zatracając się na chwilę w silnym uścisku Blounta, i czuje szybkie bicie jego serca, otoczona cichym szmerem jego oddechu. Łzy zaskakują ją, szczypią od nich oczy. Penelope zaczyna głośno szlochać. Blount nic nie mówi, tylko mocno ją obejmuje, aż jej płacz ustaje.

- Cokolwiek się stanie, jestem twój - szepcze.

Grudzień 1599

Whitehall

Lady Rich i jej siostra powolnym krokiem zbliżają się do Cecila, który siedzi w jednej z nisz długiej galerii, czekając na wezwanie królowej. Teraz, gdy rozpoczął się upadek Essexa - spędził już trzy miesiące w areszcie i nic nie wskazuje, że królowa mu wybaczy - główny minister Anglii musi wznieść się wysoko i odcisnąć swoje piętno.

Kobiety kiwają głowami i mówią jednocześnie: "Dobrego dnia, lordzie", nie do końca skrywając nieszczerość. Obie mają żałobne stroje, chociaż nikt w ich rodzinie nie umarł. To gest wsparcia dla brata, który gnije w York House i podobno jest ciężko chory. Rozeszły się plotki i wiele innych kobiet zaczęło nosić czarne pióra na znak poparcia. Królowa konsekwentnie ignorowała wszystkie te namiastki żałoby, ale gdy zabrzmiał dzwon w Clement Danes, omyłkowo ogłaszając śmierć hrabiego i powodując wielki wybuch żalu, zapytała jedną ze swoich dam, kto umarł. Cecil patrzył, jak kolor odpływa z jej twarzy, gdy dama udzieliła odpowiedzi. Nawet gruba biała farba nie zdołała ukryć rozpaczy królowej. Musiała wesprzeć się na oparciu krzesła i udawała, że ma zawroty głowy, bo nie zjadła posiłku.

Czerń wysącza kolor z karnacji większości kobiet, ale te dwie, tak do siebie podobne, prezentują się w żałobie całkiem uroczo, zwłaszcza lady Rich. Jej siostra, choć niezaprzeczalnie piękna, przypomina kopię wspaniałego obrazu: zachwycająca, jednak bez doskonałości i głębi oryginału. Lady Rich niezbyt przejmuje się swoim wyglądem. Cecil z bliska widzi, że elementy jej garderoby są niedbale dobrane, spódnice mają brudne rąbki, nitki wychodzą z rękawów; nie uróżowała policzków, ma oklapniętą kryzę i nierówne paznokcie; wszystko jest w lekkim nieładzie - i to wszystko sprzysięga się, by zbić z tropu kogoś takiego jak on, człowieka ceniącego sobie porządek.

W niewytłumaczalny sposób lady Rich nadal go fascynuje, jak wtedy, gdy ujrzał ją po raz pierwszy. Przypomina sobie, że oboje mają po trzydzieści sześć lat, ale dla niej wiek jest łaskawy i mogłaby być o dekadę młodsza. A jego zmęczona twarz, którą tego ranka zobaczył w lustrze, stanowi świadectwo każdego przeżytego roku. Powab lady Rich to zagadka. Samo piękno niewiele znaczy w miejscu, gdzie uroda jest walutą, i ona w tym wieku nie może konkurować z dziewczętami, które zdobią prywatne komnaty królowej; także bezlitosna inteligencja powinna zatruwać jej urok, a jednak w jakiś sposób wszystko to działa na jej korzyść. Mimo to Cecil od dawna jest zdumiony zauroczeniem Blounta. Ten mężczyzna mógł zrobić świetną partię, zdobyć rękę wielkiej dziedziczki z dobrą krwią, ale pozostaje wierny kobiecie, której nie może poślubić, i akceptuje bękarty zamiast prawowitych dzieci. Cecil nigdy nie posunąłby się tak daleko.

Uśmiecha się do kobiet, grzecznie skłaniając głowę.

- Wam również, lady Rich, lady Northumberland. - Ku jego zaskoczeniu zatrzymują się przed nim, a uprzejmość nakazuje mu podnieść się z ławki.

- Nie ma potrzeby wstawać, lordzie - mówi lady Rich z podejrzanie ciepłym uśmiechem, kładąc nacisk na ostatnie słowo, jakby kpiła z niego, że nosi tytuł tylko z urzędu, a nie z urodzenia.

To sprawia, że jego niedawno uzyskane stanowisko Lorda Tajnej Pieczęci nagle wydaje się żałosne. Cecil strzepuje pyłek z rękawa. Czuje się w niekorzystnej pozycji, gdy tak siedzi, a one górują nad nim.

- Musisz być zachwycona nominacją lorda Mountjoya na irlandzki posterunek, lady Rich - rzuca Cecil, nie mogąc się powstrzymać.

Blount niemal stawał na głowie, by przekonać królową, że nie nadaje się do tej roli, a mały ptaszek z Essex House doniósł Cecilowi o zmartwieniu lady Rich na wieść o nominacji jej kochanka.

- Nie posiadam się z radości - odpowiada bez wahania. - To dla niego doskonała okazja. Każdego zawsze uszczęśliwia sukces drogiego przyjaciela. Niezmiernie się cieszymy, prawda, Dorothy? - Siostra kiwa głową. Uśmiech wciąż gości na twarzy lady Rich. - Wyglądasz na zmęczonego, Cecilu - dodaje, pochylając się, by podnieść pieska z podłogi. - Masz cudowną posiadłość w Theobalds. Może dobrze zrobiłby ci odpoczynek na wsi.

Czy szydzi z niego zawoalowaną zniewagą? Cecil pragnie wyciągnąć rękę i pogładzić jej policzek, żeby się przekonać, czy naprawdę jest taki aksamitny, jak się wydaje.

- Sprawy państwowe nie czekają, aż człowiek odpocznie.

- Może powinieneś sprawić sobie jakieś zwierzątko - mówi lady Rich, głaszcząc psa po łebku. - Mały kudłaty towarzysz doskonale koi skłopotaną duszę.

Cecil zastanawia się, czy jego skłopotana dusza nie wyziera mu z oczu, i układa usta w gładki uśmiech, z nadzieją, że ją zamaskuje, gdy lady Rich kładzie mu na kolanach swojego spaniela. Przerażony, spycha paskudnego zwierzaka. Jej siostra przykłada dłoń do ust, udając, że kaszle, ale z pewnością się śmieje.

- Biedny Fides - grucha lady Rich, biorąc psa w ramiona i pozwalając mu polizać się po twarzy.

Cecil, z żołądkiem podchodzącym do gardła, wyskubuje białą sierść ze swoich kruczoczarnych pończoch.

- Nie przywykł do odtrącania - dorzuca lady Rich.

- Wygląda na to, że twój brat też nie. Dąsa się od miesięcy. - Kiedy słowa opuszczają jego usta, żałuje, że dał się sprowokować, ale już nie może ich cofnąć.

Lady Rich zaskakuje go kolejnym uśmiechem, zupełnie nieprzystającym do tego, co mówi.

- Mój brat jest ciężko chory, śmierć puka do jego zamkniętych drzwi, a nie wolno mu zobaczyć się z kochającą siostrą ani żoną, która niedawno urodziła mu córkę. Jestem pewna, że ze swoimi wpływami... - przez chwilę lekko dotyka jego ramienia - mógłbyś przekonać Jej Królewską Mość, aby przynajmniej mnie pozwolono złożyć mu wizytę. - Dopiero wtedy uśmiech znika z jej twarzy. - Naprawdę lękam się o życie brata.

- Moje wpływy nie są w tej sprawie tak wielkie, jak mogłoby się wydawać. Równie mocno jak ty chciałbym, aby przeniesiono hrabiego w wygodniejsze miejsce, gdzie mógłby wrócić do zdrowia, lecz królowa jest nieugięta.

To część prawdy. Dręczyło go sumienie, ale najważniejsze, że w końcu uzyskał przewagę. W walce z Essexem o władzę może być tylko jeden zwycięzca i odkrył, że jego prawość nie dorównuje woli zwycięstwa.

Lady Rich pochyla się i syczy mu do ucha:

- Przejrzałam twoją grę.

Cecil czuje, że twardnieje, i fala gorąca płynie od pachwiny do twarzy. Pomimo usilnych starań nie może oderwać spojrzenia od gładkich białych wzgórków piersi lady Rich. Wreszcie zmusza się, by spuścić wzrok na uplecioną z sitowia matę, która leży na podłodze, i liczy rzędy warkoczy, oddychając miarowo.

- Na twoim miejscu - zaczyna, gdy już się opanował i zdołał przywołać na twarz nieszczery uśmiech - uważałbym.

- A konkretnie na co? - wtrąca lady Northumberland, stojąc z rękami na biodrach.

- Wygląda na to, że obecność twojej siostry w Essex House stała się magnesem dla buntowniczych zwolenników sprawy hrabiego.

Lady Rich na pozór nie słucha, gruchając do trzymanego w ramionach psa jak do dziecka.

- Zdają się wierzyć, że ona przejmie rolę waszego nieobecnego brata. Królowa wyczuwa pomruki buntu w powietrzu. To jej się nie podoba.

- Zbiera się tam tylko kilka zbłąkanych dusz - odzywa się lady Rich, unosząc wzrok znad zwierzaka, bez cienia zakłopotania. - To, czy są lojalni wobec mojego brata, nie ma nic do rzeczy. I mylą się, jeśli sądzą, że stanę na czele jakiejkolwiek sprawy. Ale są mile widziani w Essex House. Czyż sam święty Piotr nie nakazał nam służyć gościną?

Cecil znów otrzepuje pończochę i wyskubuje z niej psią sierść, próbując znaleźć odpowiednią ripostę.

- Skąd możesz być pewna, że nie ma wśród nich Judasza? -Myśli o Francisie Baconie, który na jego polecenie ślęczy nad traktatem, tym wydanym prawie rok temu, porównującym Essexa do Henryka IV; analizuje go pod kątem choćby najmniejszego śladu zdrady i możliwości posłania hrabiego na szafot. Bacon, chytry lis, przyszedł do niego z traktatem, kiedy hrabia wyjeżdżał do Irlandii, a Cecil zrobił wszystko, co w jego mocy, aby utajnić publikację. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje, jest wiara ludzi w to, że Essex jest ucieleśnieniem heroicznej postaci Henryka IV, bo niedługo potem będą chcieli zobaczyć go na tronie. Zdarzały się osobliwsze rzeczy, a Essex ma w żyłach miarkę królewskiej krwi. Na szczęście Cecil zdołał zapobiec rozpowszechnieniu traktatu, który teraz może okazać się pożyteczny, jeśli rzuci na hrabiego cień zdrady.

Kiedy Bacon przekazał mu traktat, ten gest wydawał się spontaniczny, on jednak wyczuł, że jego kuzyn jest gotowy do zmiany strony. Z pewnością Francis cieszy się teraz, że postawił pieniądze na zwycięską kartę. Cecil zastanawia się, czy Anthony wie o zdradzie brata. Francis zapewnia go, że nie, ale przecież może grać na dwie strony - bez wątpienia jest wystarczająco sprytny...

Lady Rich przerywa jego rozmyślania.

- Judasz! Co do tego nigdy nie można być pewnym. Poza tym wkrótce wyjeżdżam do Richmond na Boże Narodzenie, więc wszyscy wielbiciele mojego brata będą musieli zbierać się gdzie indziej. - Używa określenia "wielbiciele" w taki sposób, jakby ta dysydencka hałastra była kręgiem poetów.

Potem bierze siostrę za łokieć, odwraca się i rusza w stronę komnat królowej. Cecil prostuje kołnierz i poprawia sznurowanie dubletu, z nieodpartym wrażeniem, że został wzięty za głupca.

Grudzień 1599

Pałac Richmond

Święta Bożego Narodzenia w przededniu nowego stulecia cechuje, bardziej niż zwykle, atmosfera gorączkowego podniecenia. Wydaje się, że królowa szukała wytchnienia w przyjemnościach. Uczta nie ma sobie równych, dania napływają jedne po drugich: ptactwo domowe i dzikie, każde, o jakim Penelope kiedykolwiek słyszała, a także takie, o jakim nie słyszała, podawane z rożna, duszone, gotowane, pieczone, nadziewane jedne drugim i przyrządzane w brytfannie. Później całe półtusze dziczyzny, wielkie golonki, szynki wielkości ud żołnierskich, prosięta, grube plastry wołowiny z niestrawnymi warzywami z Nowego Świata, a po nich sałatki, placki, tarty, budynie, suszone owoce w syropie i sery, aż w końcu może się wydawać, że nie ma już ani jednego żywego ptaka, zwierzęcia czy rośliny na ziemi.

Królowa co wieczór zasiada w bogato przyozdobionej sali reprezentacyjnej i odmawia udania się na spoczynek, dopóki nie zostanie odtańczony ostatni taniec, odśpiewana ostatnia piosenka i wypite resztki wina. Jej starsze damy kiwają się na stertach poduszek, ziewają i z trudem powstrzymują się od zaśnięcia, podczas gdy młode dwórki tańcują do upadłego, zdzierając podeszwy pantofli, a królowa wciąż woła o więcej.

Penelope stoi z siostrą na galerii, patrząc z niesmakiem na trwającą w dole zabawę i myśląc o bracie zamkniętym w York House. Essex choruje, nie może spać ani jeść. Penelope boi się, że nie przeżyje tygodnia, a ona nie zdołała się z nim zobaczyć, chociaż podjęła wszelkie możliwe próby. Uciekła się nawet do przekupstwa, podsuwając jednemu ze strażników szmaragd na sznurze pereł, prezent od Blounta. Była pewna, że się uda: mężczyzna trzymał klejnot w dłoni i oglądał go z błyskiem w oku, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. Penelope przypuszcza, że za złamanie rozkazu grożą straszne konsekwencje. Błagała Boga na klęczkach, aż posiniaczyła kolana, lecz w głębi serca wie, że ocalenie brata będzie wymagać czegoś więcej niż modlitwy.

Niepokój ją osłabia. Zadbanie o przyszłość rodu Devereux jest jej obowiązkiem, obawia się jednak, że nie ma już siły, by samotnie dźwigać na barkach ten ciężar. Dorothy daje jej trochę wsparcia moralnego, ale tak jak wtedy, gdy byli dziećmi, oczekuje, że to ona wymyśli cudowne rozwiązanie. Lettice wynajęła dom w Richmond w pobliżu pałacu i naciska na starszą córkę, żeby nie ustawała w wysiłkach ratowania brata.

- Wiesz, jak postępować z Elżbietą. Od lat cieszysz się jej przychylnością - powiedziała. - Znajdź jakieś wyjście.

Penelope wyczuła gorycz skrytą pod tymi słowami, jakby matka desperacko szukała winnych.

- Robię, co mogę - odparła.

- Ktoś mógłby pomyśleć, że nie zależy ci na bracie.

- Nie możemy dopuścić, aby ta sprawa nas poróżniła - odparła Penelope, dotknięta do żywego. - Kocham Robina równie mocno jak ty.

- Masz rację. - Lettice zgarbiła się, przytłoczona rozpaczą. - Ta kobieta zamierza odebrać mi każdego, kogo kocham.

Penelope dostrzega siedzącą na uboczu Moll Hastings i zalewają ją wspomnienia komnaty panien, plotek i romantycznych intryg. Jakże proste było tamto życie, chociaż wówczas oczywiście wcale tak nie myślała. Dzika Moll, sprowadzająca je wszystkie na manowce, opryskliwa kuzynka Peg - zmarła w połogu - i Martha... Co się stało z Marthą? Moll nie wyszła za mąż, zmuszona spędzić całe życie na dworze. Penelope wspomina, jak ich głowy obracały się niczym słoneczniki, kiedy przechodził Sidney, i w jej głowie rozbłyskują linijki wiersza: Niech mój szepczący głos otrzyma słodką nagrodę za najdotkliwszy ból. Gdy zastanawia się nad tym z perspektywy czasu, rozumie, że Sidney swoją poezją stworzył ją na nowo, uformował z jej części kobietę, która nie istniała, ale wciąż trwa w słowach - i będzie trwać, gdy jej już nie będzie. Ludzie często mylnie biorą ją za ten twór Sidneya, chociaż nie Blount. Dla Blounta jest osobą z krwi i kości. A jednak Penelope odczuwa utratę Sidneya nawet teraz, mimo że od tamtej pory wydarzyło się tak wiele. Nie chce stracić także brata.

Daremnie błagała królową, by pozwoliła jej choć raz odwiedzić chorego Essexa. A teraz są święta Bożego Narodzenia, Elżbieta zapamiętale oddaje się przyjemnościom i nie będzie więcej petycji. Penelope rozmyśla o świątecznych zbytkach i zastanawia się, co musi myśleć o tym Bóg, który prosi o umiar we wszystkim. Spoglądając w dół, odnajduje wzrokiem Blounta; stoi obok królowej, która śmieje się na całe gardło. Penelope patrzy, jak jej kochanek deklamuje balladę, która rozbawiła królową tak bardzo, że chce jej słuchać na okrągło. Penelope trzyma się od niej z daleka. Ich ostatnie spotkanie przebiegło w naprawdę lodowatej atmosferze i obawia się, że niedługo ona też zostanie poproszona o opuszczenie dworu... albo gorzej.

Lira korbowa rozpoczyna wesołą świąteczną melodię i ludzie ustawiają się na parkiecie do tańca. Królowa klaszcze. Mimo wesołej powierzchowności - ma umalowaną twarz, sznury pereł na szyi i fantazyjną suknię o nieprzyzwoicie głębokim dekolcie - wygląda staro. Pogarszający się wzrok sprawia, że bywa zdezorientowana i myli jedną osobę z drugą, a poza tym stała się uparcie nieprzejednana, zatwardziała, jak większość starszych osób. Nic dziwnego, że jej poddani - zwykli mężczyźni i kobiety, żyjący poza kloszem dworu - są pełni obaw; nic dziwnego, że dochodzi do niepokojów. Ludzie boją się, choć nikt nie waży się tego powiedzieć, że ich monarchini umrze, nie wyznaczając następcy tronu, i rozpęta się chaos - zawsze się tego obawiano, ale teraz, gdy Elżbieta już od dawna dźwiga siódmy krzyżyk, strach się nasilił. Królowa wciąż żyje w dniach swojej chwały, lecz Anglia jest wyczerpana, jej lud głoduje, a groźba hiszpańskiego ataku wcale nie przeminęła. Niepewność wsącza się, niczym trucizna, w każdą szczelinę królestwa. Nic dziwnego, że ludzie zwrócili się ku Essexowi. Stał się dla nich symbolem nadziei, jednak teraz... Penelope z przygnębieniem myśli o bracie w jego samotnym więzieniu.

- Spójrz. - Dorothy wskazuje głową Elżbietę, która wzięła Blounta za rękę i prowadzi go na parkiet, gdy muzycy rozpoczynają kolejny taniec.

Penelope wspomina ubiegłe święta Bożego Narodzenia, kiedy jej brat tańczył z królową. Jakże wszyscy byli wtedy pełni optymizmu - faworyt wrócił tam, gdzie jego miejsce. Teraz tańczy z nią Blount i wkrótce to on znajdzie się w irlandzkim błocie.

- Jak bardzo historia lubi się powtarzać - szepcze.

Ogarnia ją tak wielki niepokój, aż ćmi jej się w oczach.

Widzi także męża, który kręci się po sali, próbując przypodobać się grupie tajnych radców - w sprawie Essexa okazał się całkowicie bezużyteczny, ale nawet on robi, co w jego mocy. Przynajmniej zachował pełną kiesę i dzięki jej interwencji nie przegrał sporu o ziemię. Cecil, który trzyma się na uboczu wraz ze swoimi poplecznikami, nagle unosi wzrok i podchwytuje jej spojrzenie - ona się nie uśmiecha, on też nie - po czym szybko odwraca głowę. Penelope z dreszczem odrazy wspomina spotkanie z nim w Whitehall; patrzył na nią tak, jakby była pieczonym kurczakiem na świątecznym stole, co przyprawiło ją o gęsią skórkę. Podczas gdy on szybuje pod niebo na kole fortuny, Devereux spadają. Ten człowiek zyskał niepodważalną władzę. Penelope bez końca rozmyśla, jak obrócić to koło z powrotem na ich korzyść.

Jest pewna, że to Cecil stoi za wysłaniem Blounta do Irlandii. Mówił o tym z taką beztroską, jakby wszyscy byli marionetkami odgrywającymi role w napisanym przez niego dramacie, a on, niewidoczny, pociągał za sznurki. Penelope pociesza się myślą, że może Cecil pożałuje, że powierzył Blountowi dowództwo nad największą armią, jaką kiedykolwiek zgromadzono. Z roztargnieniem muska palcami rzemyk, na którym wisi skórzana sakiewka ukryta pod bawetem. Cecil sądzi, że wie wszystko, ale może są rzeczy, o których się nie dowie, dopóki nie będzie za późno.

Penelope widzi, jak Cecil szepcze coś do Francisa Bacona, a ten składa i rozkłada delikatne dłonie. Wie, że Francisowi Baconowi nie można ufać; zawsze podejrzewała go o dwulicowość - jest szczwany, zawsze był szczwany - i teraz ma na to dowód. Anthony Bacon pierwszy odkrył, że jego brat jest teraz sojusznikiem Cecila. "Nic nie rób, lady Penelope - poradził jej. - Będziemy przyglądać się w milczeniu. Może zdołamy obrócić tę wiedzę na naszą korzyść".

Wtedy zrozumiała, jak niezwykle lojalny wobec nich, rodziny Devereux, jest Anthony, skoro przedłożył sprawę Essexa nad braterską miłość.

Lira korbowa gra dalej, jej natarczywe brzęczenie wwierca się w głąb czaszki Penelope. Nadciąga ból głowy, krawędzie wszystkiego, na co patrzy, lekko się rozmywają, co zapowiada godziny cierpienia w zaciemnionym pokoju.

- Penelope! - Cichy okrzyk siostry wyrywa ją z zamyślenia. - Blount próbuje przyciągnąć twoją uwagę.

Spogląda w dół, aby sprawdzić, czy królowa uwolniła go ze swoich szponów. Blount patrzy na nią.

- Podejdź - mówi bezgłośnie i znika z pola widzenia, idąc w kierunku schodów.

- Myślisz, że jeśli dojdzie do najgorszego, Northumberland podejmie naszą sprawę? - szeptem zwraca się Penelope do siostry.

- Jeśli dojdzie do najgorszego? - Dorothy nie kryje przerażenia.

Kochana Dorothy, która nigdy nie traciła wiary, że wszystko dobrze się ułoży.

- Lepiej być przygotowanym, tylko o to mi chodziło - rzuca Penelope lekkim tonem, ale siostra się nie rozchmurza.

- Mój mąż prawie się do mnie nie odzywa - wyznaje. - Mówi, że nie chce mieć nic wspólnego z "problemami mojej rodziny". Tak to ujął.

- Myślisz, że popiera Cecila? - pyta Penelope.

- Szczerze mówiąc, uważam, że nie chce brać w tym żadnego udziału. Poza tym nie dojdzie do najgorszego. Królowa wybaczy naszemu Robinowi, jak zawsze.

Penelope chce jej powiedzieć, że tym razem jest inaczej, ale dziwi się, dlaczego w ogóle o tym myśli, skoro Essex stoi u bram śmierci. Może dlatego, że nie wyobraża sobie świata bez niego. Kurs jej życia został wytyczony przez rodzinę, z bratem u steru. Gdyby tylko mogła wziąć go pod opiekę, z pewnością przywróciłaby go do zdrowia. Niechciane emocje ściskają ją za gardło.

- Tak, oczywiście, że mu wybaczy - potwierdza.

Stara się posłać Dorothy pełen nadziei uśmiech, zastanawiając się, co naprawdę siostra rozumie przez "najgorsze". Wypadki mogą się potoczyć na tyle różnych sposobów i żaden z nich nie wygląda dobrze: Essex umiera samotnie w areszcie; trafia do Tower, aby tam zgnić; zostaje osądzony i stracony za zdradę. Penelope przypomina sobie piórko tkwiące w jego plecach, zabłąkany puszek z kawałeczkiem stosiny, który wbił mu się pod skórę jak drzazga i sfrunął na podłogę, kiedy go wyskubała. Teraz, gdy Essex rozpoczął swój powolny upadek, Penelope nie może oprzeć się wrażeniu, że piórko było znakiem.

Ostry ból przeszywa jej głowę. Domyśla się, że to Cecil pociąga za sznurki, a królowa, choć jest tego całkowicie nieświadoma, tańczy do jego melodii. Dopóki władczyni nie wyznaczy następcy, Cecil będzie nastawiać potencjalnych kandydatów przeciwko sobie nawzajem, żeby sam odnieść jak największą korzyść. Gdyby ten człowiek nie wzbudzał w Penelope takiej nienawiści, mogłaby go podziwiać za jego przebiegłość. Nagle znów czuje się gotowa wznowić wysiłki, by zapewnić tron szkockiemu królowi, zarówno dla dobra Anglii, jak i swojej rodziny - tyle że została pozbawiona wpływów. Najpierw musi doprowadzić do uwolnienia brata.

Ktoś bierze ją za rękę. Odwraca się i widzi Blounta. Wycofują się w cień, gdzie nie widać ich z dołu.

- Przekonałem królową, żeby pozwoliła mi zostać jeszcze miesiąc, do lutego.

- Powinnam się cieszyć drobnymi łaskami. - Z obawy, że się rozsypie, Penelope nie może sobie pozwolić na myślenie o wyjeździe Blounta, o jego pobycie w tym piekielnym miejscu, które opisał jej brat.

- Pragnę cię - mówi Blount cicho, głosem chrapliwym z pożądania, jakby tylko w jej ramionach mógł zapomnieć o śmierci i okrucieństwach, z jakimi będzie musiał się zmierzyć.

- Gdyby tylko Richa tu nie było.

Oboje wiedzą, że Penelope musi przynajmniej grać cnotliwą żonę. Przekroczyłaby granicę, spędzając noc z kochankiem, gdy mąż jest na dworze. Ona i Blount przyzwyczaili się do kradzionych chwil rozkoszy; mają już za sobą dziewięć lat doświadczenia, z miłością dopasowywaną do życia innych ludzi.

- Przed moim wyjazdem wygospodarujemy kilka dni, by spędzić je razem w Wanstead - mówi Blount.

Penelope na chwilę opiera głowę na jego ramieniu.

- Mam nadzieję... - zaczyna, ale od razu milknie. Zamierzała powiedzieć, że ma nadzieję, iż sytuacja jej brata się nie pogorszy, co przekreśliłoby te plany. Nie trzeba mówić, że wszyscy modlą się o uwolnienie Essexa, o jego powrót do zdrowia. - Nie wiem, co jeszcze mogę zrobić, by mu pomóc.

Lira ustępuje miejsca fujarce i skrzypkom i ich brzmienie łagodzi jej ból głowy. Penelope słyszy pobrzękiwanie klejnotów i tupot tańczących dam.

- Nie ma wątpliwości, że królowa idzie za radą wrogów twojego brata - odzywa się Blount.

- Cecila.

- Głównie jego.

- A gdybym do niej napisała i wskazała, że otaczają ją ludzie, którzy kierują się prywatną zemstą i osobistymi ambicjami, a nie jej najlepszym interesem? Ludzie, którzy wolą obalić mojego brata, niż zrobić to, co jest dobre dla Anglii? Mogłabym jej przypomnieć, że Essex nie miał szansy się bronić.

- Wiele byś zaryzykowała. Elżbieta mogłaby odebrać taki list w niewłaściwy sposób, a co do Cecila...

- Coś takiego mogłoby wytrącić go z równowagi i sprowokować do popełnienia błędu. I mam pomysł, jak ściągnąć jego uwagę na ten list. - Rozbłyskuje w niej iskra olśnienia.

- Jak?

- Dopilnuję, żeby Francis Bacon zobaczył ten list. Ten człowiek jest dziurą w dnie naszego okrętu.

- Bacon zmienił front?

Penelope kiwa głową.

- Mogę się tylko domyślać, że uznał, iż druga strona oferuje większe możliwości. Ale może nieświadomie okazać się użyteczny. - Penelope myśli o tym mężczyźnie, o jego chłopięcej twarzy, obrazie niewinności, i o pociąganiu nosem w trakcie rozmowy, tiku, który go zdradza.

Blount z uśmiechem obejmuje jej talię.

- Boże, Cecil ma w tobie potężnego przeciwnika.

- Działam w interesie mojego brata. Wiesz o tym, Charles.

Pochyla się ku niej.

- Wysłałem wiadomość do szkockiego króla, że gdy będę ze swoją armią w Irlandii, mogę doprowadzić do uwolnienia twojego brata, wkraczając do Anglii i zmuszając królową, aby wyznaczyła Jakuba jako następcę tronu. Zasugerowałem, że jego poparcie będzie gwarancją sukcesu.

Penelope zaczyna kręcić się w głowie. Stawka wzrosła do niewyobrażalnego poziomu. Zamiast strachu czuje głównie coś w rodzaju podniecenia.

- Otrzymałeś odpowiedź?

- Wciąż czekam. Realizowanie takiego planu bez jego zgody byłoby samobójstwem.

Penelope od dawna balansuje na skraju przepaści; teraz musi skoczyć i albo poszybuje, albo spadnie.

- Miejmy nadzieję, że mój list do królowej spełni swoją funkcję i że do tego nie dojdzie. - Milknie, patrząc na kochanka. - Tkwimy po uszy w niebezpieczeństwie.

- Nie zapominaj, że jestem twój, cokolwiek się stanie, i mam trzynaście tysięcy uzbrojonych ludzi, którzy wykonają moje rozkazy.

Blount przyciąga ją do siebie, mocno całuje w usta, po czym odsuwa się i zbiega po schodach. Penelope wraca do Dorothy na balkonie, obejmuje ją i przygląda się scenie poniżej. Tancerze wydają się zmęczeni, a muzycy fałszują.

- My, Devereux, musimy być w nadchodzących miesiącach silni jak zawsze - mówi cicho.

W myślach już układa treść listu.

Marzec 1600

Whitehall

- Ten list... - zaczyna Francis Bacon.

Cecil patrzy na niego, na jego starannie uczesaną i przystrzyżoną brodę, na śnieżnobiałą i porządnie wykrochmaloną kryzę. Przypuszcza, że ma holenderską praczkę. Bacon mruga powoli, jak gad, i Cecil nie po raz pierwszy zadaje sobie pytanie, czy temu człowiekowi można ufać.

- Lady Rich wysunęła w nim wszelkiego rodzaju zawoalowane oskarżenia - informuje go Bacon. - Królowa nie była ani trochę zadowolona. Ale wydaje się, że efekt listu wygasł. I pomyślałem, że możemy wyciągnąć korzyści z tego niezadowolenia.

Cecil podchodzi do drzwi, uchyla je na tyle, żeby wysunąć głowę, i rozgląda się po korytarzu. Nikogo tam nie ma. W pokoju przesuwa ręką po zasłonach, aby sprawdzić, czy nikt się za nimi nie ukrywa. Słyszy chichot w ogrodzie. Spadł późny śnieg, kilka cali w ciągu godziny, i dwórki obrzucają się śnieżkami. Pamięta bitwy na śnieżki, kiedy był mały, a ojciec gościł w Theobalds wielu podopiecznych, łącznie z Essexem. Słuchając pisków dziewcząt, czuje ostre zimne pieczenie z taką wyrazistością, jakby to było wczoraj; dostał mocno ubitą pigułą prosto w twarz i udawał, że się śmieje, gdy go przytrzymywali, by wsypać mu śniegu za kołnierz. Tamte zabawy były brutalne.

- Lady Rich została przesłuchana, nic jednak z tego nie wynikło - ciągnie Bacon. - Wydaje się, że królowa nie chce posunąć sprawy dalej. Wygląda na to, że nadal lubi lady Rich, mimo...

- Wiem. - Cecil jest w pełni świadom, że ten list bardziej zaszkodził jemu niż lady Rich.

Królowa pokazała mu pismo, oczywiście nie wiedząc, że już je przejrzał dzięki kuzynowi Francisowi Baconowi. Wyczytał w nim żarliwe błagania, okraszone zwykłymi metaforami o słońcu skrywającym się w chmurach, o boskich wyroczniach i tak dalej. Ale list zawierał coś więcej. Lady Rich sugerowała, że wrogowie Essexa wykorzystują królową. Przez wrogów Essexa z pewnością rozumiała jego, Cecila. Napisała, że gdy rozprawią się z hrabią, rozpętają wojnę przeciwko niebiosom - innymi słowy, usuną królową z tronu na rzecz kogoś innego. Wiadomość była jasna i choć na tyle zawoalowana, aby nie wpędzić go w kłopoty, dostała się pod jego skórę niczym drażniący proszek.

Od czasu tego listu czuł, że szczęście się od niego odwróciło. Przez kilka tygodni Elżbieta traktowała go ozięble i obcesowo, wygłaszając liczne ostre komentarze na temat zaufania. Wysłała swoich lekarzy, aby zajęli się chorym hrabią, i pozwoliła mu wrócić do domu; Essex przebywa tam pod strażą, bez prawa wychodzenia, może przyjmować gości tylko za zgodą i wszystkie damy zostały przeniesione gdzie indziej, ale jednak. Cecil słyszał od jednej z dam dworu, że królowa często roniła łzy nad tym, co określała jako "utratę najbliższej rodziny", czyli, jak może przypuszczać, Essexa i jego siostry. Obawia się, że popełnił błąd. Proces Essexa o zdradę stanu odbędzie się w lutym w Izbie Gwiaździstej. Ale Cecil wyczuł, jakie nastroje przeważają; uznał, że nie byłoby korzystne, gdyby postrzegano go jako osobę zaszczuwającą hrabiego na śmierć - królowa mogłaby się zwrócić przeciwko niemu - i dlatego w przeddzień procesu złożył Essexowi dyskretną wizytę.

Zastał go zgarbionego nad biurkiem, siedzącego plecami do drzwi, najwyraźniej nieświadomego jego obecności, chociaż został zapowiedziany. Gdy hrabia się odwrócił, Cecil był zszokowany, widząc skórę napiętą na kościach jego twarzy, jakby pod nią nie było ciała. Oczy hrabiego wyglądały na martwe, jak suche kamienie. Długotrwała choroba zmieniła go prawie nie do poznania. Wsparł się ciężko na blacie biurka, aby wstać, i odchrząknął.

- Ach, Cecil. Przyszedłeś się napawać, prawda? - wychrypiał.

Uśmiechnął się i Cecil dostrzegł przebłysk starego Essexa, wyniosłego, bezczelnego, niewiarygodnie charyzmatycznego, ale tylko przebłysk.

Wtedy wezbrał w nim wstyd.

- Wiem, że nie zawsze się zgadzaliśmy.

Cichy, wrogi śmiech Essexa pogłębił poczucie wstydu.

Cecil z pewnym wysiłkiem przełknął ślinę.

- Nie masz powodu, by mi ufać, ale nie chcę, żebyś był jutro sądzony. Wierzę, że mogę odroczyć proces. Wiem, że Jej Królewska Mość nie wkłada serca w tę sprawę.

- Dlaczego? Dlaczego miałbyś mi pomagać?

Wiedział, że hrabia o to zapyta.

- Ponieważ chcę tego, co najlepsze dla Anglii, dla królowej, a obawiam się, że twoja... - Cecil przez chwilę szukał słowa - twoja śmierć... cóż, nie przysłużyłaby się żadnemu z nas, a królowej najmniej.

- To co proponujesz? - Essex opadł z powrotem na krzesło, a jego uniesione brwi wskazywały na niedowierzanie.

- Napisz prośbę, użyj całego swojego uroku, okaż największą pokorę.

- Napisałem tuzin pokornych próśb. - Gdy hrabia opuścił ramiona, koszula rozchyliła mu się pod szyją, odsłaniając sterczące obojczyki.

Cecil nie mógł znieść ich widoku.

- Jeśli osobiście przekażę twoją prośbę Jej Królewskiej Mości, wierzę, że zmięknie. Jeżeli ludzie wyczują, że działa z własnej woli, uznają ją za słabą, natomiast gdyby postąpiła zgodnie z moją radą... cóż, może wtedy pomyślą, że jest łaskawa.

- Masz całkiem wnikliwy umysł, Cecil. Wiedziałem to zawsze, odkąd byliśmy mali. - Essex wyjął z pudełka z przyborami do pisania kartkę i zaczął ostrzyć scyzorykiem pióro.

Cecila przepełniały sprzeczne emocje. Z jednej strony było mu naprawdę żal tego człowieka i gryzło go sumienie z powodu roli, jaką odegrał w jego degradacji. Z drugiej strony czuł się nieszczery, ponieważ urządzał to przedstawienie dla własnej korzyści, nie dla hrabiego, nawet nie dla królowej - tym pokazem wielkoduszności umacniał swoją pozycję. Przypomniał sobie relację ojca o tym, jak Elżbieta zwróciła się przeciwko niemu, gdy już doprowadził do egzekucji Marii Szkockiej. "Zrobiłem to dla bezpieczeństwa jej tronu, ona jednak nie widziała tego w ten sposób. Obawiałem się, że bezpowrotnie straciłem jej przychylność", tak mu powiedział, a przecież pozycja Cecila była znacznie słabsza niż pozycja ojca. Ale w tej chwili także triumfował, zachwycony swoją przebiegłością. Kotłowała się w nim odurzająca mieszanka uczuć.

Essex posypał list piaskiem, aby osuszyć atrament, strzepnął kartkę, złożył ją i ogrzał wosk nad płomieniem świeczki.

- Nie sądzę, byś miał czelność prosić mnie, żebym pozwolił ci go przeczytać - powiedział, po czym nakapał wosku na kartkę i odcisnął w nim swój pierścień, nie zdejmując go z palca.

Udało się - proces odwołano, tłum ciekawskich odprawiono i hrabia mieszka obecnie w swoim domu, w stanie niepewności, skrobiąc dno szkatuły w poszukiwaniu funduszy, bo wszystkie jego urzędy zostały zawieszone i nie uzyskuje żadnych dochodów godnych wzmianki. To jak długa partia szachów - i Cecil nie może obmyślić następnego ruchu. Zaczął żałować, że Essex wrócił do zdrowia; gdyby umarł, byłby to najczystszy koniec tego wszystkiego. A teraz jest problem z lady Rich.

- Co sądzisz o jej liście? - pyta kuzyna.

Bacon przez chwilę zbiera myśli.

- Zastanawiam się, co ona wie. Czy ma coś, co mogłoby cię obciążyć.

- Mnie? - Cecil bezwiednie podnosi głos, ujawniając swoje obawy.

Rozważa, co lady Rich może mieć w swoim arsenale informacji. Czy w jakiś sposób dowiedziała się o jego korespondencji z dworem hiszpańskim? Analizuje możliwe sposoby, jak mogła to odkryć. Jest ten Pérez, który wyrasta, gdzie go nie posieją, w centrum wszystkich hiszpańskich spraw. Cecil wie, że od lat przekazuje informacje frakcji Essexa. No i jest oczywiście brat Francisa Bacona, Anthony, który ma macki w całej Europie.

Nagle z przerażeniem przypomina sobie o swoim liście do hiszpańskiego ambasadora, tym, w którym poruszył sprawę roszczeń infantki. Tak wiele wydarzyło się od czasu, gdy go napisał - masakra w Irlandii, jego upokorzenie na dworze, wznowienie działań wojennych z Hiszpanią, niespodziewany powrót hrabiego - że to pośpiesznie zapieczętowane i wysłane pismo wypadło mu z pamięci. Założył, że zostało spalone przez odbiorcę rok temu. Przypomniał mu o nim dopiero list lady Rich, z subtelnymi aluzjami, i oczami wyobraźni Cecil widzi, jak spada na biurko Anthony'ego Bacona, podrzucone przez kogoś z podejrzanych informatorów. Ależ był głupcem, przelewając na papier propozycję zdrady, bo choć sformułował ją w zawoalowany sposób, czego jest pewien, w niepowołanych rękach może zostać przekręcona i przedstawiona jako coś, czym nie jest. Był tak pochłonięty traktatem pokojowym, że stracił czujność.

- Nigdy nie rozumiałem, co takiego ma lady Rich, że skandal spływa po niej jak woda po nasączonej olejem tkaninie - mówi Francis Bacon.

- Tak. - Cecil czuje, że kontrola nad sytuacją wymyka mu się z rąk, jakby miał palce wysmarowane tłuszczem.

Powtarzając sobie w myśli, co dokładnie napisał do hiszpańskiego ambasadora - jak to sformułował? - pokłada w Bogu nadzieję, że ten człowiek miał dość rozumu, by spalić ich korespondencję i nie przekazać listów do Hiszpanii. Cecil nigdy nie zadeklarował ostatecznego poparcia dla roszczeń infantki; to były tylko aluzje. Ale nie są ważne słowa, które napisał; liczy się to, jak można je odczytać. Oddycha głęboko, podchodzi do okna i wygląda przez nie, próbując zebrać myśli. Zarumienione, zadyszane dziewczęta z niesłabnącym zapałem obrzucają się śnieżkami. Gdyby nie wiedział, że to zabawa, ich bitwa sprawiałaby dość groźne wrażenie.

- Powiedz mi, kuzynie - zwraca się do Bacona - czy twój brat ostatnio otrzymywał wiadomości z hiszpańskiego dworu?

- Anthony nie odkrywa przede mną kart.

Cecil bada go wzrokiem, szukając jakichkolwiek oznak, że ten może coś wiedzieć, i czuje ciągnący go w dół ciężar trwogi.

- Musisz dowieść, że jesteś godny zaufania, kuzynie. - Zaskakuje samego siebie tymi słowami, rozumiejąc, że w tych okolicznościach to właściwy sposób pokierowania rozmową.

- A jak miałbym to zrobić? - Bacon powoli mruga i wpatruje się w niego nieruchomym wzrokiem. Nie czekając na odpowiedź, kontynuuje: - Mam pomysł, jak sprawić kłopoty lady Rich w związku z jej listem. - Uśmiecha się półgębkiem i łączy smukłe dłonie czubkami palców, jakby chciał się pomodlić. Cecil dostrzega światełko nadziei i powściąga niecierpliwość, czekając, aż Bacon wyjaśni. - Gdyby list został opublikowany, wyszłoby na to, że lady Rich próbowała zdobyć publiczne poparcie dla brata...

- Wyglądałoby to bardziej na pismo propagandowe niż prywatne. - Cecil czuje gęsią skórkę na ramionach. To rzeczywiście przebiegły pomysł. Przez chwilę zastanawia się, czy Francis Bacon był prześladowany w dzieciństwie, tak jak on. - Niewątpliwie przysporzyłoby to kłopotów lady Rich. - Już widzi siebie, jak informuje królową.

- Wyeliminuj damę, a walet straci życiodajną siłę - mówi Bacon. - Ona jest sercem rodziny Devereux.

Myśli Cecila zwracają się ku lady Rich i jego ciało reaguje. Zmusza się, by skupić umysł na królowej.

- Jak zagwarantujesz, że w tej sprawie żaden trop nie doprowadzi do moich drzwi?

- Zdaj się na mnie. Im mniej wiesz, tym lepiej.

- Muszę przyznać, że mi zaimponowałeś, kuzynie. Dopilnuję, aby to wszystko było dla ciebie opłacalne.

- Wiem - kwituje Bacon z konspiracyjnym uśmiechem, nie próbując ukryć nonszalancji.

Cecil może tylko podziwiać jego śmiałość.

Czerwiec 1600

Essex House, Strand

- Biłem się w piersi, aż dudniło - mówi Essex, wchodząc w towarzystwie Knollysa i Southamptona. Śmieje się na całe gardło, jakby gehenna, którą przeszedł, nie miała żadnego znaczenia.

Penelope chłonie brata wzrokiem, rozkoszując się dźwiękiem jego śmiechu, zachwycona, że odzyskuje hart ducha. Wraz z tyloma członkami rodziny i przyjaciółmi, ilu tylko udało się zebrać, czekała na jego przybycie z York House, gdzie przez pełne dwanaście godzin był przesłuchiwany przez prokuratora generalnego i komisję specjalną. Jest wychudzony, ma niechlujną brodę i twarz białą niczym atłasowy dublet, który wisi na nim jak na kiju. Penelope wykrywa pod jego brawurą ślady tamtego dzikiego przerażenia, które widziała w Nonsuch.

- Kajałem się na klęczkach przez bite dwie godziny. - Essex znowu się śmieje.

- Poskutkowało, bo oto jesteśmy wszyscy razem! - wykrzykuje Lettice, kładąc dłoń na piersi.

Ze Strandu dochodzą radosne okrzyki. Tłum, który zebrał się, żeby zobaczyć Essexa, jeszcze się nie rozproszył.

- Ale niezupełnie wolni - zaznacza Penelope, wskazując dwóch strażników, którzy stoją w drzwiach, udając, że nie baczą na to rodzinne spotkanie. Kiwa do nich ręką. Żaden ani drgnie, chociaż ich oczy lekko się obracają. - Macie stąd odejść?

- Nie dostaliśmy takiego rozkazu, pani - odpowiada starszy, brodaty.

- To tylko kwestia czasu - odzywa się Lettice, podchodząc do syna. - Musisz nadal zabiegać o ułaskawienie. Kiedy już królowa udzieli ci audiencji... - Ujmuje jego twarz w dłonie, jakby był jej kochankiem. - Cóż, kto by się temu oparł? - Powstrzymuje się przed uszczypnięciem go w policzki, a on odsuwa ją od siebie delikatnie, lecz stanowczo. - Za chwilę powrócisz na dwór, mój drogi chłopcze.

- Powinienem raczej wycofać się na wieś - mówi Essex. Ale wszyscy wiedzą, że to niemożliwe. Ma zbyt wielkie długi. - Popatrzmy na moją małą córeczkę. - Bierze niemowlę z ramion żony i podrzuca je w powietrze, aż dziecko zaczyna piszczeć z zachwytu lub przerażenia.

Frances blednie, nie mogąc na to patrzeć, jednak nic nie mówi. Dorothy uspokajająco obejmuje bratową. Penelope powściąga Essexa.

- Uważaj, jest maleńka, rozbijesz jej główkę.

Hrabia przekazuje dziecko siostrze i kuca, otwierając ramiona, aby wziąć w nie syna. Młody Robert idzie powoli, sztywny jak drewniana kukiełka, z mocno zaciśniętymi ustami, jakby chciał powiedzieć ojcu, że będzie musiał zasłużyć na jego miłość.

- Robercie, mój synu, aleś ty wyrósł. Osiem lat. Spójrz na siebie, stałeś się mężczyzną, gdy mnie nie było.

Chłopiec ściąga czapkę i kłania się oficjalnie.

- Mam dziewięć lat, lordzie.

Penelope widzi, że bratanek nie wie, jak zachować się w obecności ojca. Może myślał, że już nigdy go nie zobaczy i będzie musiał stać się głową rodziny. Odżywa w niej wspomnienie, jak matka powiadomiła Essexa, który nie miał jeszcze jedenastu lat, że zmarł ich ojciec i że teraz to on jest hrabią, głową rodu Devereux. Zdumienie na jego drobnej twarzy było dla niej rozdzierające. Ale dziedzic jej brata nie wydaje się zdruzgotany; jest pełen urazy, jakby Essex wyrządził mu wielką krzywdę, uciekając z Irlandii, dając się aresztować i tracąc przychylność królowej. A może po prostu próbuje ukryć obawy, jak wszyscy. Penelope krzepiąco kładzie dłoń na jego chudym ramieniu; chłopiec spogląda na nią i uśmiecha się, nagle odprężony, a ona wspomina, jak nieustraszenie radził sobie z zaskrońcem w Leighs. Zbliżyła się do bratanka od czasu uwięzienia Essexa.

Paź nalewa wino i wznoszą kilka toastów. Penelope cofa się, obserwując swoją rodzinę i żałując, że nie ma z nimi Blounta. Listy krążą między nimi; Blount pisze o życiu w garnizonie, ale pomija - jest tego pewna - wszystko, co mogłoby ją zmartwić. Niedawno napisała mu o komisji powołanej do sądzenia jej brata. Jakże ulżyło im wszystkim na wieść, że nie będzie przesłuchiwany w Izbie Gwiaździstej - czego się obawiali - i jakże byli zaskoczeni, że w roli oskarżyciela asystującego prokuratorowi wystąpi nie kto inny jak Francis Bacon. Zarzuciła to wprost temu szczwanemu człowiekowi.

- Ty, który mieszkałeś pod naszym dachem, na łonie naszej rodziny, i korzystałeś ze wsparcia mojego brata... Jak możesz spojrzeć sobie w oczy?

- Spełniam mój obowiązek jako doradca królowej. - Pociągnięcie nosem. - Nie mogłem odmówić. - Wyraźnie się wiercił, jak chłopiec przyłapany na kradzieży łakoci z kuchni. - Zrobię wszystko, aby wyrok był łagodny. - Znowu pociągnięcie nosem. - Może dobrze, że będę obecny. Nie zabiegałem o to stanowisko - kolejne pociągnięcie nosem - ale zamierzam wykorzystać je dla dobra Essexa.

Wyjaśnienia lały się z jego ust, przerywane tym charakterystycznym siąkaniem, co tylko upewniło Penelope, że tłumaczy się zbyt gęsto. Wie, że Cecil nie zgodziłby się na udział Francisa Bacona, gdyby nie był pewien jego lojalności. Bacon nie powinien zakładać, że jest aż tak głupia, by chłonąć jego usprawiedliwienia jak gąbka. Ale zawsze ją lekceważył, ponieważ jest kobietą i nie może równać się z mężczyznami pod względem pojmowania różnych rzeczy. Penelope zadaje sobie pytanie, czy Bacon potajemnie żywi dla królowej taką samą pogardę z powodu płci.

Dopiero dziś rano napisała kolejny list do Blounta. Jej palec wciąż jest poplamiony atramentem. Skreśliła szybką wiadomość, gdy tylko nadeszły wieści o uwolnieniu jej brata - Essex jest wolny i znajduje się wśród bliskich, chociaż bez prawa wstępu na dwór i jest pozbawiony urzędów. Blount nie musi maszerować ze swoją armią na Londyn, aby go uwolnić i rozprawić się z jego wrogami; i dobrze, ponieważ, o ile jej wiadomo, nie otrzymał jeszcze konkretnej deklaracji poparcia od szkockiego króla. Bez tego przedsięwzięcie byłoby zbyt niebezpieczne. Ale Blount nie jest skłonny do szaleństw; nie ma lekkomyślności jej brata. Dołożyli wszelkich starań, aby zapewnić króla Jakuba, że nie dążą do obalenia Elżbiety, że zależy im tylko na usunięciu złych wpływów, które ją otaczają. W roztargnieniu Penelope dotyka czarnego rzemyka na szyi i wyobraża sobie posłańca pędzącego do Blounta.

- Siostro! - Głos Essexa wyrywa ją z zamyślenia. - Jesteś mile stąd. Zaśpiewasz dla nas?

Ktoś wciska jej w ramiona lutnię. Penelope przysiada na kamiennym obramowaniu paleniska i prosi Lizzie Vernon, żeby zaśpiewała z nią na dwa głosy. To wesoła melodia, przy której wszyscy klaskają i nucą, ale mimo ogólnej wesołości ona nie potrafi oderwać myśli od Blounta w irlandzkiej dziczy. Życie nie może być tak okrutne, by zginęli w bitwie obaj mężczyźni, których kochała - prawda?

Anthony Bacon wchodzi ciężkim krokiem na swoich chorych nogach, z potężnym westchnieniem opada na krzesło, a ktoś przynosi mu podnóżek. Przywołuje Essexa, mówi do niego ściszonym głosem, którego nie słychać pośród dźwięków muzyki, i wyciąga z kieszeni broszurę. Essex ją przegląda, po czym oznajmia, że potrzebuje trochę prywatności, i skinieniem głowy daje znak Knollysowi i Southamptonowi, by zostali.

Kiedy wszyscy zmierzają do wyjścia, Essex bierze Penelope za łokieć.

- Ty nie, siostro. Potrzebuję cię tutaj.

- Przypuszczam, że nie cenisz już rady swojej matki - fuka Lettice, urażona, że została pominięta, po czym ujmuje Frances i Dorothy pod ramię i dostojnie sunie do drzwi.

Pozostali gromadzą się przy Anthonym Baconie, plecami do strażników, którzy stoją dość daleko, żeby ich nie słyszeć, jeśli będą rozmawiać ściszonymi głosami. Mimo to Penelope znów zaczyna brzdąkać na lutni, aby zagłuszyć słowa, które mogłyby popłynąć w ich stronę.

- Co to jest? - pyta Knollys.

- Zostało opublikowane i rozpowszechnione. - Anthony rozkłada na kolanach broszurę.

Penelope rzucają się w oczy słowa - zjednoczeni wrogowie... złowrogie narzędzia... złośliwa przebiegłość... - jej własne słowa; to jej list do królowej sprzed kilku miesięcy, wydrukowany.

- Czy królowa wie? - pyta, zmuszając palce do trącania strun instrumentu, podczas gdy jej serce bije głucho, w nieregularnym rytmie.

- Obawiam się, że tak. Brat mi to przyniósł - odpowiada Anthony.

- Twojemu bratu nie można już ufać, odkąd postanowił zasiąść w sądzie nad Essexem - mówi stanowczo Penelope, wymieniając spojrzenia z Anthonym.

Tylko oni znają całą prawdę o zdradzie Francisa. Zastanawia się, jak to możliwe, że bracia mogą tak bardzo się różnić. Anthony jest wierny do szpiku kości, a jego brat Francis śliski jak muł na dnie sadzawki. Penelope zaczyna gubić melodię i fałszuje. Przestaje grać i opuszcza lutnię na kolana.

- Szuja - rzuca Southampton z taką siłą, że jeden ze strażników odwraca się i patrzy z zaciekawieniem.

- Ostatnio widziałem, jak kręcił się przed komnatami Cecila na dworze - melduje wuj Knollys.

- Nie! Francis Bacon jest lojalny - oponuje Essex. - Jestem tego pewien. Musi kontaktować się z Cecilem. To część jego obowiązków jako doradcy królowej.

- Obawiam się, że jest inaczej - mówi Anthony. - Mój brat gdzie indziej zabiega o względy. Ale może uda nam się obrócić jego nielojalność na naszą korzyść.

Wyraźnie strapiony Essex mruczy coś pod nosem. Z zewnątrz dochodzi skandowanie: "Ess-ex, Ess-ex, Ess-ex!".

- Zanim jednak pomyślimy o moim bracie, muszę cię ostrzec, lady Penelope, że Cecil zlecił lordowi Buckhurstowi przesłuchanie cię w tej sprawie. - Anthony stuka palcem w broszurę. - I mam ci to przekazać. - Sięga w zanadrze i wyciąga list z królewską pieczęcią.

Penelope łamie wosk i czerwone okruchy sypią się na podłogę.

"Ess-ex, Ess-ex, ESS-EX!"

- Zostaję zamknięta we własnym domu do odwołania. - Beztrosko drze list, pozwalając, by strzępki spadały jak płatki jabłoni. - To dobrze, że mam kilka domów, prawda? - Jej śmiech brzmi w głębokiej ciszy. Wodzi wzrokiem po twarzach wszystkich. Southampton zasłania usta dłonią, Anthony ma głęboką pionową zmarszczkę na czole, Knollys wpatruje się w swoje splecione ręce, a Essex nie potrafi spojrzeć jej w oczy. - Rozchmurzcie się! - woła Penelope. - Buckhurst nie może równać się ze mną. Odpowiadałam już na jego pytania dotyczące mojego listu z wiosny. Stwierdził, że napisanie go było "bezczelnym, zuchwałym, impertynenckim postępkiem", a ja mu powiedziałam, że się myli, bo to szczere wyznanie i demonstracja miłości do mojej ukochanej monarchini. - Jej śmiech brzmi teraz głucho. - W końcu nie mógł zrobić nic innego, jak tylko się ze mną zgodzić. Buckhurst jest zbyt wielkim tchórzem, żeby mnie pokonać.

- Ale teraz sprawa wygląda zupełnie inaczej, skarbie - odzywa się Knollys. - Będą próbowali dowieść, że opublikowałaś list, aby wzniecić bunt. A to może doprowadzić do... - Zawiesza głos, kładąc dłoń na czole. - Może to doprowadzić do... do... poważniejszych zarzutów. - Wyraźnie nie chce wypowiedzieć słowa "zdrada".

"ESS-EX, ESS-EX, ESS-EX!"

- Ale ja tego nie opublikowałam. Nie mogą sądzić mnie za coś, czego nie zrobiłam. - Penelope zdaje sobie sprawę, jak bardzo się myli. Ludzie ciągle są sądzeni i skazywani za rzeczy, których nie zrobili, a jeśli Cecil postanowił się jej pozbyć, ma ku temu doskonałą okazję. Nagle staje jej przed oczami doktor Lopez. - Będę walczyć do upadłego.

Powietrze w komnacie wydaje się rzadkie, Penelope nie może napełnić nim płuc i czuje dziwną lekkość w głowie. Unosi wachlarz, zamyka oczy i z wdzięcznością wdycha powiewy chłodnego powietrza.

- Boże! - szepcze Essex, garbiąc się z rozpaczy. - To zbyt wiele.

Penelope chce złapać go za ramiona i nim potrząsnąć, zmusić go, by odnalazł w sobie ducha walki.

Wstaje i bierze brata za rękę, ciągnie go do okna i otwiera je na oścież. Tłum ryczy, widząc twarz swojego bohatera, jedynego człowieka, który, jak wierzą, uwolni ich od hiszpańskiego zagrożenia.

- Zobacz, jak cię kochają. - Penelope macha ręką, co wywołuje kolejny okrzyk, który niesie się po ulicy.

Strażnicy przestępują z nogi na nogę, pewnie zastanawiając się, czy powinni położyć temu kres. Penelope zamyka okno i oboje wracają na miejsce.

- Możemy spróbować dowiedzieć się, kto to opublikował - mówi cicho Anthony.

- To byłby jakiś początek - zauważa Knollys.

- Tymczasem musisz zwrócić się do królowej o odnowienie koncesji na słodkie wina - zaleca Penelope bratu, znów brzdąkając na instrumencie. - Twoje prawa wygasają w dniu Świętego Michała, prawda? - Essex kiwa głową, powoli, jakby był pod wodą. - Bez tego, odarty z urzędów, nie będziesz miał nic, a twoje długi są... - Penelope chce powiedzieć "niebotyczne", ale brat przerywa jej ostro.

- Myślisz, że tego nie wiem?!

- Ona chce ci pokazać, gdzie twoje miejsce - mówi Anthony.

Ma na myśli Elżbietę, która dobrze wie, że Essex bez funduszy jest nikim.

- To jak oblężenie. Królowa jest przekonana, że głodem zmusi cię do uległości - szepcze Southampton, krążąc po komnacie.

Essex chwyta się za głowę. Na zewnątrz wciąż skandują.

- Cecil to ukartował - oznajmia Penelope. - Jest wężem. Wszystkie te pozory uprzejmości, odroczenie procesu... Od początku brzydko to pachniało, a teraz cuchnie. Napisz do królowej. - Mówi takim tonem, jakby wydawała rozkaz, patrząc prosto na brata. - Przekonaj ją o swojej niewinności. Bo jesteś niewinny. - Pamięta jego żałosne słowa z tamtej nocy w Nonsuch. - Wszystko, co zrobiłeś, było zgodne z najlepszym interesem Anglii... zawarłeś tylko sześciotygodniowy rozejm z Tyrone'em, dopóki twoje wojska nie nabiorą sił... - Jej głos cichnie.

- Dlatego na przesłuchaniu odmówiłem przyznania się do niesubordynacji - mamrocze Essex, wciąż z opuszczoną głową. - Nie będę kłamać. Nie zniżę się do hańby.

- Twoja siostra ma rację. Cecil tym kieruje. Wszyscy o tym wiemy - mówi Southampton. - Zatruł umysł królowej.

- Właśnie to starałam się wyrazić w moim liście - zaznacza Penelope. - I zobacz, dokąd nas to zaprowadziło. Musimy zwalczać ogień ogniem. Znajdź mi coś przeciwko Cecilowi, Anthony, coś, co naprawdę go obciąży. - Ścisza głos do szeptu. - Na pewno ma na sumieniu jakieś przewinienia i mogło się zdarzyć, że gdzieś nie zatarł śladów. - Patrzy na Anthony'ego i wydaje jej się, że dostrzegła błysk w jego oczach.

- Pamiętasz Péreza? - pyta ją, unosząc brew.

Promyk nadziei rozgrzewa jej serce, a atmosfera w pokoju nagle się poprawia. Wszyscy są świadomi, że Pérez zna wewnętrzne sekrety hiszpańskiego dworu, i jeśli Cecil przekroczył dopuszczalne granice w swoich hiszpańskich rozmowach, Pérez bez wątpienia będzie o tym wiedzieć.

- To nic pewnego - zastrzega Anthony. - Ale jest to możliwy trop.

Strażnicy odwracają się, jakby zwęszyli w powietrzu intrygę. Odrywają się od ściany, powoli idą przez pokój, mało przekonująco udając, że chcą wyjrzeć przez okno.

- Co powiecie na rundkę primero? - proponuje Southampton, wyciągając skądś talię kart. - Dołączycie do nas?! - woła do strażników, którzy wyraźnie nie wiedzą, jak zareagować. - Trochę rozrywki nikomu nie zaszkodzi.

- Czemu nie - rzuca brodaty.

- Nie sądzę - mówi w tej samej chwili drugi strażnik.

- Aby to rozstrzygnąć, będziemy musieli zdać się na monetę - oznajmia Penelope, a gdy Southampton wyciąga pensa i wręcza jej go ze znaczącym uśmiechem, zwraca się do bardziej ustępliwego strażnika: - Orzeł czy reszka?

- Orzeł - odpowiada niepewnie mężczyzna.

Penelope rzuca monetę w powietrze, łapie ją i kładzie na wierzchu dłoni.

- Orzeł.

Anthony już tasuje karty, Southampton ciągnie stolik, a inni przysuwają stołki. Essex od jakiegoś czasu nie odezwał się ani słowem, a wyraz rozpaczy w jego oczach się pogłębił. Penelope siada obok niego, ujmuje jego rękę, całuje ją, po czym bierze w dłonie i kładzie na swoich kolanach.

- Nadciąga ból głowy? - pyta.

Essex milczy, jakby nie słyszał.

- Zaraz przyrządzę ci nalewkę.

Anthony przegląda talię.

- Co to za karty? Nigdy takich nie widziałem. Spójrz na tę damę. - Podaje kartę Penelope. To królowa pik. - Czyż nie jest podobna jak dwie krople wody do hiszpańskiej infantki? - mówi ze śmiechem i strażnicy też się śmieją, ale Penelope rozumie, co kryje się za tym żartem.

Nadzieja, że Pérez ma jakieś kompromitujące informacje dotyczące Cecila i hiszpańskiej infantki, że może to być jego "możliwy trop".

- Chyba masz rację - przyznaje Penelope.

Southampton chichocze, pokazując kartę strażnikom.

- Spójrzcie, ma nawet wąsy.

Wuj Knollys ze śmiechem wyrywa mu ją z ręki.

Rozdaje Anthony Bacon, a oni obstawiają pensy.

Penelope nie myśli o grze, bo w jej głowie rodzi się pewien pomysł.

Sierpień 1600

Whitehall

- Mam nadzieję, lordzie, że przyszedłeś mi powiedzieć, iż w końcu przesłuchałeś lady Rich. - Cecil wstaje, gdy lord Buckhurst wchodzi do komnaty.

Ten człowiek doprowadza go do wściekłości. Cecila irytuje, że musi okazywać mu szacunek, jakiego wymaga jego tytuł. Lady Rich unikała Buckhursta przez ponad dwa miesiące, przenosząc się z jednego swojego domu do drugiego. Taka nieskuteczność drażni. Portret zmarłej żony na ścianie naprzeciwko wisi trochę krzywo, co jeszcze bardziej irytuje Cecila.

- Tak. - Buckhurst jest zarumieniony, sapie i ociera wilgotne czoło chusteczką. - Ciepły dzień mamy dzisiaj. Pozwolisz, że rozepnę dublet?

- Możesz rozebrać się do naga, pod warunkiem że powiesz mi, iż przesłuchałeś tę panią.

Buckhurst wybucha śmiechem.

- Widzę, że jesteś w dobrym humorze, Cecilu.

W drzwiach obija się dwóch paziów. Cecil rozkazuje im wyjść, ale zaraz żałuje, że nie kazał któremuś wyprostować obrazu, na który stara się nie patrzeć.

- Proszę, usiądź i mów.

Buckhurst opada na krzesło z westchnieniem przypominającym syk pary miechów.

- Przesłuchałem lady Rich. - Wypowiada to nazwisko z łagodnym wyrazem oczu i Cecila opadają złe przeczucia; myślał, że stary skostniały Buckhurst okaże się odporny na jej urok, ale najwyraźniej się mylił. - Wytropiłem ją w domu jej męża w Essex, gdzie się nim opiekowała. Zmogła go jakaś nieznana choroba. Ale zanim tam dotarłem, wyjechała do...

Cecil chce mu powiedzieć, żeby dał sobie spokój, że nie ma całego dnia na to, by wysłuchiwać jego ględzenia o podróżowaniu po angielskiej wsi.

- A po tym, jak już ją przesłuchałeś, jakie są twoje wnioski, lordzie? - Stara się zachować miły wyraz twarzy.

- Jestem całkowicie przekonany o jej niewinności.

- Jak to? - Cecil sapie z irytacją.

Wydaje się, że lady Rich zawsze znajdzie sposób, by wykaraskać się z największych opałów. Znów ma ją przed oczami i robi gwałtowny wdech, żeby przepędzić jej wizerunek. Powinien wysłać Bacona, żeby z nią porozmawiał; on nie uległby jej urokowi. Oczywiście nie mógł tego zrobić, ponieważ Bacon jest zbyt ściśle powiązany z planem. Dobrze przynajmniej, że lady Rich przebywa z dala od dworu i nie ma dostępu do królowej. A więc jest pewne osiągnięcie. Poza tym strażnicy hrabiego zostali odwołani, a on sam zaszył się na wsi, co oznacza, że motłoch zwolenników zniknął spod bram Essex House.

Cecil przechwycił niezliczone listy od hrabiego do królowej, żałosne listy z błaganiem o łaskę: ...dopóki bowiem nie klęknę przed twym łaskawym obliczem i nie ucałuję karcącej pięknej dłoni Waszej Królewskiej Mości - w istocie karcącej pięknej dłoni - sam czas jest wieczną nocą... Wszystko to po tysiąckroć we wstępie do przekonania jej, żeby odnowiła jego koncesję na słodkie wina. Cecil był obecny, gdy królowa czytała ostatni z tych listów. Wypuściła kartkę w ręki, mówiąc: "Chyba nie sądzi, że jestem na tyle głupia, aby uwierzyć w te dyrdymały. Zależy mu jedynie na uzyskaniu środków, by mógł spłacić długi".

Cecil dochodzi do wniosku, że może już wygrał. "Kropla drąży skałę nie siłą, ale częstym spadaniem". Ojciec miał całkowitą rację.

- Przyznała się do swoich szaleństw i błędów... - ględzi Buckhurst. - Była przerażona, gdy odkryła, że jej list, prywatny list... i naprawdę wydawała się tym wielce dotknięta... został opublikowany. Zapewniała, że już nigdy nie przyłoży pióra do papieru w sposób, który mógłby zostać wykorzystany... błagała, by wybaczono jej zuchwałość... powiedziała, że nie zazna ukojenia i szczęścia, dopóki choć raz nie ujrzy oblicza Jej Królewskiej Mości...

Cecil ledwie go słucha. Myśli o ogrodach w Theobalds, zaniedbanych od czasu, gdy pochłonęła go sprawa hrabiego. Szkicuje w głowie plany nowej serii ogrodów węzłowych, z których każdy reprezentowałby władcę Anglii. W centrum znajdzie się ten poświęcony Elżbiecie. Wyobraża sobie kwiaty, które tam zasadzi, splecione czerwone i białe róże, egzotyczne rośliny z Nowego Świata i te lilie w kolorze płomieni, których barwa odbija się w jej włosach.

- ...i dała mi - kontynuuje Buckhurst - list do Jej Królewskiej Mości, każąc przy tym obiecać, że dostarczę go osobiście.

Cecil wyrywa się z ogrodniczych snów na jawie.

- List?

Próbuje sobie wyobrazić, jak jeszcze bardziej mogła go oczernić lady Rich. Po raz kolejny narasta w nim obawa, że jakimś sposobem ten jego przeklęty list trafił w jej ręce. Dawne lęki powracają, jakby nigdy nie zniknęły. Po co miałaby pisać do królowej, jeśli nie po to, by dopełnić zapoczątkowanego wcześniej dzieła i ogłosić go zdrajcą? Czuje, że się dławi, jakby ktoś wepchnął mu garść piasku w gardło. Dopilnuje, aby list nie dotarł do królowej. Jeszcze nie kończy tej myśli, a już dostrzega jej zasadniczą wadę. Nie może ukryć listu, bo Buckhurst na pewno o nim wspomni. Lady Rich jest naprawdę przebiegła. Wpada mu do głowy nowy pomysł: każe skopiować pismo i usunąć wszelkie kompromitujące treści, jak chirurg ropę z czyraka. Tak właśnie zrobi.

- Daj mi na niego spojrzeć.

- Obawiam się, że to niemożliwe...

- Jak to? - Cecil krzywi się w parodii uśmiechu.

- Przekazałem go Jej Królewskiej Mości w drodze tutaj...

Trudno mu oddychać.

- Szła do kaplicy ze swoimi damami. Mam siostrzenicę wśród jej dwórek. Przystanęła. To zaszczyt...

Ściany pokoju napierają i teraz to czoło Cecila jest śliskie od potu.

- Uznałem, że to doskonała okazja, aby osobiście przekazać list, jak obiecałem lady Rich - dodaje Buckhurst.

Cecil ma mętlik w głowie, gdy próbuje sobie przypomnieć, jak sformułował list do hiszpańskiego ambasadora. Żona patrzy na niego jasnymi oskarżycielskimi oczami z przekrzywionego portretu. Z pewnością nie był tak głupi, by pisać wprost, ale może chęć zawarcia traktatu przeważyła nad zdrowym rozsądkiem? Walczy o oddech.

- Zaniemogłeś, lordzie? - pyta Buckhurst. - Potrzebujesz lekarza?

Cecil zbiera myśli na tyle, że udaje mu się powiedzieć:

- Trochę tu ciepło, to wszystko.

- Każę chłopcu przynieść coś do picia. - Buckhurst otwiera drzwi, by wydać polecenie paziowi.

Cecil ma w głowie chaos. Kopie do samego dna swojej istoty, wracając do chwili, kiedy doszedł do wniosku, że chciałby zobaczyć tę małą Hiszpankę na tronie Anglii, gdyby okoliczności były dla niego sprzyjające, gdyby w ostatecznym rozrachunku miał na tym najbardziej skorzystać. Ale czy komuś o tym powiedział? Co gorsza, czy to napisał? Nie wie, po prostu już nie wie. Czy to możliwe, że on, który szczyci się zdyscyplinowaniem, zawsze bierze wszystko pod uwagę i dokładnie zaciera ślady, mógł popełnić równie karygodny błąd?

Dźwiga się z krzesła. Kręci mu się w głowie i na chwilę ciemnieje mu w oczach. Kurczowo chwyta się biurka, żeby nie upaść, a gdy wreszcie odzyskuje równowagę, spokojnie podchodzi do ściany, by wyprostować portret zmarłej żony. Buckhurst skacze koło niego, prosi, by usiadł, i pokrzykuje, gdzie się podziewa paź, którego wysłał po napój. Chwilę później przybywa chłopak w liberii królowej i powiadamia Cecila, że Jej Królewska Mość chce się z nim zobaczyć po wieczornym nabożeństwie.

Cecil przygląda się chłopcu w nadziei, że jego mina ujawni choć trochę, w jakim nastroju królowa wydała to polecenie, ale twarz pazia wyraża nie więcej niż rzepa. Słyszy stłumiony gwar ludzi wychodzących z kaplicy na dole i czuje pulsowanie w dołku u podstawy szyi - w miejscu, gdzie odpowiedni nacisk może zabić człowieka, jak kiedyś mu powiedział któryś z jego popleczników.

- Muszę się pożegnać - zwraca się do Buckhursta. - Jej Królewska Mość nie może czekać. - Zdziwiony, że głos mu nie drży, zgarnia z biurka plik papierów i wychodzi z komnaty, dając znak dwóm paziom, że mają mu towarzyszyć.

Idą do komnat królowej. W bocznych korytarzach jest ciemno i chłodno, bo okna są małe i wysoko umieszczone. Gdy docierają na długą galerię, Cecil potrzebuje chwili, żeby oczy przywykły do blasku, który wpada przez duże okna, nagrzewając wnętrze jak ogień i pasmami kładąc się na podłodze. Ktoś niedawno rozrzucił tutaj świeżą lawendę z rozmarynem i zapach kwiatów, deptanych przez tłum ludzi, wraz z gorącem i światłem atakuje jego zmysły. Cecil zostaje przyjęty bez zwłoki, chociaż z radością odczekałby chwilę, żeby zebrać myśli.

Królowa siedzi w otoczeniu kilku dwórek; druga grupa ślęczy przy oknie nad czymś, co wygląda na księgę z reprodukcjami obrazów, a wokół kręci się paru dworzan. Pomimo letniego skwaru w wielkim kominku płonie ogień, pewnie dlatego, że te pokoje wychodzą na północ, w przeciwieństwie do długiej galerii. Królowa uśmiecha się szeroko.

- Pigmeju, wyglądasz, jakbyś przynosił złe wieści. Mam szczerą nadzieję, że jest inaczej.

Cecil dopiero wtedy zdaje sobie sprawę, że wszystkie lęki są wypisane na jego twarzy. Zdobywa się na uśmiech, kłania się i prostuje tak bardzo, jak to tylko możliwe.

- Nie, nie, Wasza Królewska Mość. Same dobre wiadomości. Lord Mountjoy odnosi wielkie sukcesy w tłumieniu buntu w Irlandii. - Podaje jej dokument, list Blounta o uzyskanych postępach. - Założył fortece w Derry i Newry na północy, a Munster został opanowany.

- Może od początku to jego powinnam tam wysłać. - Królowa bierze pismo i szybko przegląda tekst przez lupę. - Wydaje się, że dobrze wie, co robi. - Zwraca się do jednej z dwórek: - A skoro mowa o listach, czy masz ten od lady Rich... ten, który Buckhurst przekazał mi przed kaplicą?

Cecil czuje, że nogi się pod nim uginają. Wezwała go, żeby wytłumaczył się przed wszystkimi. Ściska go w piersi, gdy patrzy, jak kobieta wyjmuje list. Rozpoznaje pismo lady Rich; przez lata przejął wystarczająco dużo jej listów, by znać te niechlujne bazgroły. Zauważa jednak, że list nie jest jeszcze otwarty. Tak więc uśmiech i ciepłe powitanie królowej były szczere. Jego serce trzepocze się jak skazany na zagładę kapłon. Może mógłby zaproponować, że weźmie list z jej rąk: "Wasza Królewska Mość nie musi zawracać sobie głowy takimi drobiazgami. Pozwól, że zajmę się tym za ciebie". Ale wie, że Elżbieta z łatwością przejrzałaby jego zamiary; dlaczego miałoby mu zależeć na przeczytaniu prywatnego listu od jej chrześnicy? Boi się, że zwymiotuje na wypolerowaną dębową podłogę, na starannie uplecioną matę z sitowia, na haftowane pantofle z koźlej skóry, które ma na stopach królowa. Uśmiech na jego twarzy wydaje się wykuty z granitu, a oczy są spokojne, skupione na tych ładnych butach.

- Jakie inne sprawy nas dotyczą? - pyta królowa.

Trzyma list w dłoni, gdy Cecil wylicza sprawy stanu - ubogie zbiory, niedostatek zboża, więzień (autor historii Henryka IV), który wciąż gnije w Tower - zdumiony, że mu się to udaje.

- Jest jeszcze kwestia koncesji na słodkie wina, Wasza Królewska Mość.

- Och, to! - Elżbieta wspiera podbródek na dłoni. - Na razie wolę to zignorować.

Unosi list lady Rich, przez chwilę zdezorientowana, jakby zapomniała, że ma go w ręce. Cecil nie może na to patrzeć, ale nie może też odwrócić wzroku. Pieczęć pęka z cichym trzaskiem i królowa rozkłada kartkę, po czym ponownie sięga po lupę. Gdy czyta, Cecil przygląda jej się badawczo, szuka jakichś wskazówek, ale jej twarz jest nieprzeniknioną maską. Królowa wreszcie kończy czytać i kieruje w jego stronę spojrzenie tak lodowate, że przenika go zimny dreszcz, choć jednocześnie pot spływa mu pod pachami. Zastanawia się, jak odkryć, co tam jest napisane, żeby przynajmniej uzbroić się na możliwe ewentualności, o których stara się nie myśleć. Jest kilka dwórek, które w zamian za przysługę zrobią, co im każe.

- Należy powiadomić lady Rich, że ma swobodę ruchów i może wrócić na dwór, jeśli sobie tego życzy - mówi Elżbieta lodowatym głosem, po czym zgniata list i celnie rzuca go w ogień, gdzie papier rozbłyskuje jasnym płomieniem i znika.

Styczeń 1601

Chartley, hrabstwo Stafford

Chartley wydaje się ponury i opuszczony na szczycie wzgórza, pośród nagich drzew, a okna są puste niczym oczy ślepca. Wieśniak przegania przez drogę duże stado gęsi i Penelope, która jechała przodem z Alfredem, musi czekać, aż ptactwo w niemrawym tempie przedrepcze na drugą stronę. Biedne stworzenia nie wiedzą, że są przeznaczone na stół w dzień Objawienia Pańskiego. Zdejmuje rękawiczki i pociera dłonie, próbując je rozgrzać, ale boleśnie pieką ją opuszki palców i próbuje wyobrazić sobie, jak siedzi przed ogniem w kominku w wielkiej komnacie.

Alfred pokrzykuje do wieśniaka, że ma się pośpieszyć. Musieli stać dość długo, aby przepuścić tę armię skazańców, bo dobiega ich turkot wozu bagażowego, zapowiadający przybycie reszty grupy. Lizzie Vernon śmieje się z czegoś, może z gęsi, ale Penelope nie czeka, by poznać przyczynę. Nagli Gambita do kłusu, a na rozległym pastwisku przyśpiesza do galopu i w jej umyśle nie ma już niczego prócz szumu wiatru i rytmicznego bębnienia kopyt o twardą styczniową ziemię. Brzemię zmartwień, które ciążyło jej od miesięcy, przygniata ją coraz bardziej w miarę zbliżania się do Chartley, gdzie zaszył się jej brat. Nigdy nie widziała strusi, nie ma ich w menażerii w Tower, ale nosiła przybrania z ich piór i widziała rysunki. Podobno są wysokie jak konie i szybkie i wolą chować głowę, niż mierzyć się z niebezpieczeństwami. Mogłaby powiedzieć, że Essex przypomina takie stworzenie.

Z bliska widzi psa matki, który biega po ogrodzie węzłowym, i syna Essexa, młodego Roberta, wołającego go z dziedzińca. Widocznie Lettice przyjechała wczoraj z Drayton Bassett. Postanowili się tu zebrać, aby wyrwać Essexa z marazmu, ale gdy Penelope zbliża się do domu, coraz bardziej boi się swojej misji. Chciałaby, żeby brat został na tym dobrowolnym wygnaniu, lecz prawda jest taka, że nie stać go na pobyt na wsi. Wierzyciele dzień i noc pukają do drzwi Essex House i Penelope obawia się, że niezbyt długo zdoła ich trzymać na dystans. Wyprosiła pewną sumę od męża, ale nawet bogactwo Richa nie pomoże rozwiązać tego problemu. Poza tym Rich jest trochę mniej przychylnie nastawiony do jej brata, odkąd ten wypadł z łask królowej.

Robert dostrzega ich i macha ręką; wydaje się wyższy i niezgrabny, jakby jego kończyny urosły zbyt szybko w porównaniu z tułowiem. Penelope myśli o swoich synach w Leighs. Hoby ma już trzynaście lat, stoi u progu dorosłości i wkrótce wyjedzie na uniwersytet. Ze smutkiem myśli, że córki niebawem wyjdą za mąż. Sama skończyła trzydzieści osiem lat i czuje się stara; zastanawia się, gdzie podziały się te wszystkie lata, utopione w rzece czasu. Odwzajemnia powitalny gest Roberta, który biegnąc ku niej, przemienia się w jej nieżyjącego braciszka, Wata, i czas się cofa. Sidney tam jest, czeka na nią w sadzie, ledwie widoczny za nagimi drzewami, a ona do niego dołącza, jej młodsza wersja, i siedzi pod tamtym letnim drzewem w jego ramionach, gdy on szepcze jej do ucha poruszająco piękne wiersze. Wspomnienie jest nie do zniesienia, więc Penelope odsuwa je od siebie, kierując konia na podwórze przed stajnią, gdzie stajenni szybko ustawiają się w szeregu, by ją powitać.

Zatrzymuje Gambita obok schodków i jeden ze stajennych pomaga jej zsiąść.

- Boże, pani, twoje ręce są jak lód.

Zapomniała włożyć rękawiczki na szczycie wzgórza. Wyobraża sobie, jak leżą porzucone w zimnym błocie, i ma nadzieję, że znajdzie je ktoś, kto potrzebuje trochę ciepła. Potrzebujących jest wielu: po drodze mijali nieprzebrane rzesze budzących litość ludzi, którzy żebrali o pensa czy skórkę chleba. Bóg jeden wie, co się z nimi stanie, bo żniwa znowu były marne. Przynajmniej dostaną resztki gęsiny podanej na Objawienie Pańskie.

Podchodzi paź jej brata i podaje list. To z Irlandii. Blount pisze o dzikim pięknie, o zimowym krajobrazie i o jakości żywego inwentarza; oszczędza jej krwawych szczegółów kampanii, wspomina tylko, że odnosi coraz większe sukcesy. Ona jednak dobrze zna niebezpieczeństwa takiej operacji, śmierć i przerażenie. Blount pisze, że czuje jej bliskość: Jestem błądzącą igłą kompasu, a ty stałym punktem. Aż jej słabo z tęsknoty. Victor jest przyjazny, dodaje Blount w akapicie, w którym opisuje swoje ulubione konie. Victor to stary pseudonim, jaki nadała Jakubowi ze Szkocji; czytając między wierszami, wnioskuje, że Jakub zamierza wysłać hrabiego Mar na dwór, aby omówić przyszłość. W jej sercu wzbiera cicha nadzieja - Mar stanie po stronie jej brata, co jest kolejnym powodem, by sprowadzić Essexa z powrotem do stolicy.

Penelope wsuwa list pod bawet i wchodzi do domu, już układając w głowie odpowiedź. Jak ma powiadomić Blounta, że jej brat wpadł w depresję tak głęboką, iż ona jest pełna obaw, że nigdy nie znajdzie z niej wyjścia? I jak opisać naciski wichrzycielskich zwolenników Essexa, którzy czekają w cieniu, aby ich przywódca wrócił i zmierzył się z wrogami? Musi także nadmienić, że nie udało im się znaleźć twardych dowodów, które mogłyby obalić Cecila - rozwiały się ich nadzieje, że Anthony Bacon stworzy coś namacalnego ze swojego "możliwego tropu". Trop okazał się niewiele więcej niż plotkami i przypuszczeniami.

Rozmyślając o różnych sposobach zaszyfrowania wszystkich tych informacji, o ukryciu ich w prostym wyznaniu uczuć, Penelope zatrzymuje się przed portretem ojca. Oto on, wciąż młody i pełen życia, w lśniącej zbroi, nawet pod warstwą kurzu, jakby nigdy nie umarł w Irlandii. To przeklęte miejsce. Odebrało jej ojca i być może brata; nie chce myśleć, co może zgotować Blountowi. Tak naprawdę pragnie wyrazić w liście tylko uczucia do niego, sprawić, by czuł się kochany, odłożyć na bok sprawy polityczne.

Lettice siedzi w głównej komnacie. Wygląda staro i jest wyraźnie przestraszona. Penelope nigdy wcześniej nie widziała strachu na twarzy matki.

- Jak ty wyglądasz! - wita ją Lettice. - Spójrz, masz rozdartą i ubłoconą opończę. Nie wiem, dlaczego nie jechałaś powozem.

Penelope nie próbuje tłumaczyć, że lubi czuć konia pod sobą i wiatr na twarzy, że dzięki temu czuje, że żyje.

- Ja też się cieszę, że cię widzę, mamo.

- Wybacz, skarbie! Odchodzę od zmysłów ze zmartwienia. Przepraszam. - Matka ujmuje jej ręce i pociera między swoimi. - Chodź, zziębłaś, a u mnie ogień płonie w kominku. - Prowadzi ją korytarzem do swoich pokoi.

- Gdzie jest Robin?

- W łóżku. Nie wstaje od trzech dni. Nawet nie spojrzy w moją stronę, nie wspominając o rozmowie. Nie jestem pewna, czy przywożenie tu młodego Roberta było dobrym pomysłem. - Słowa wylewają się z ust Lettice. - Powinnam zostawić go w Eton. Myślałam, że może widok syna rozweseli twojego brata.

- Nie wiedziałam, że jest aż tak źle. Od kiedy to trwa?

- Meyrick mówi, że raz mu lepiej, raz gorzej od czasu, kiedy ostatecznie odmówiono mu koncesji na słodkie wina.

- Od października! To prawie trzy miesiące. Dlaczego, u licha, Meyrick nic nam nie powiedział?

- Twój brat mu zabronił. Nie chciał, aby widziano go w takim stanie.

Penelope odwraca się ku drzwiom.

- Pójdę do niego.

- Zaczekaj, najpierw się rozgrzej. Jeśli się przeziębisz, nikomu nie wyjdzie to na dobre. - Matka pociąga rękaw jej stroju do jazdy. - Przynajmniej zdejmij to i włóż coś mojego, dopóki nie przybędą twoje bagaże.

Penelope wyrywa się matce i szybko idzie na drugi koniec domu.

W antykamerze Meyrick gra w karty z mężczyznami, których widziała parę razy w Essex House. Dźwiga się z uśmiechem na jej widok; przybyło mu zmarszczek na piegowatej twarzy, a jego ruda broda posiwiała. Przedstawia swoich towarzyszy. Henry Cuffe i Ferdinando Gorges kolejno ujmują jej rękę. Cuffe ma pospolitą twarz, jeśli nie liczyć lekkiego przodozgryzu i zepsutych zębów, natomiast Gorges musi przyprawiać serca panien o trzepotanie, bo ma ładne kasztanowe włosy i przenikliwe oczy, może odrobinę zbyt blisko osadzone, ale to tylko zwiększa intensywność ich spojrzenia.

- Służyliście z Essexem w Irlandii? - pyta Penelope.

Meyrick nie dopuszcza ich do głosu.

- Obawiam się, że hrabia jest niezdrów. Musi odpocząć i nalegał, abym nie wpuszczał gości.

- Nie miał na myśli mnie. - Penelope mija go żwawo i wchodzi do sypialni.

Grube zasłony są zaciągnięte i przez mrok przebija się wąska strużka światła, ale ogień buzuje w kominku, więc w komnacie jest jasno, choć duszno. Pies Essexa podnosi się i drepcze w jej stronę, bez entuzjazmu machając ogonem, po czym staje przed nią z żałosnym wyrazem pyska. Ociera się głową o spódnicę i wciska mokry nos w jej dłoń, jakby spragniony uczucia.

Penelope rozsuwa zasłony i wpuszcza strugę słabego zimowego światła; stoi przez chwilę, patrząc na ruiny starego zamku i wspominając zabawy z dzieciństwa. Szyba zaparowała, więc przeciera ją rękawem, żeby mieć lepszy widok. Widzi przebiegającego Roberta i słyszy, jak Lettice woła go, aby wrócił do domu, nim zacznie padać. Napływają ciężkie chmury i Penelope ma nadzieję, że wóz z bagażami zdąży tu dotrzeć, zanim otworzą się niebiosa.

- Odejdź, zostaw mnie w spokoju. - Głos brata dobiega zza szczelnie zaciągniętych kotar łóżka.

- To ja, Robinie.

- Siostro?

Penelope odciąga zasłony. Essex leży na wpół podparty na łokciu, mrugając jak kret i osłaniając oczy przedramieniem. Ma ziemistą twarz i podkrążone oczy - wygląda jak pobity. Penelope podciąga się na łóżko i przesuwa się, żeby usiąść blisko niego.

- Dzięki Bogu, że to ty. Myślałem, że to ten motłoch przyszedł zmusić mnie do działania. Moja najdroższa siostrzyczko. - Brat patrzy na nią oczami bez życia. - Musisz mi pomóc.

- Dlatego tu jestem.

- Nie mogę spać przez straszne sny i znów jestem w szponach tego... - Milknie. Jego oddech jest lekko świszczący.

Penelope zauważa wśród koców ciemną skórzaną sakiewkę, którą zwróciła mu po uwolnieniu, i ją podnosi.

- Boję się, że tracę rozum - skarży się Essex.

- Słyszałam, że królowa nie odpowiedziała na żaden z twoich listów.

- Jestem wyrzutkiem, siostro - mówi z dramatyzmem aktora w wielkiej tragedii.

- Chodź, Robinie. Musisz się pozbierać.

- Ty też? Jesteś równie zła jak tamta przeklęta trójka upiorów. - Essex macha słabą ręką w stronę drzwi. - Naciskaj, ponaglaj, zrób to, zrób tamto. Spiskują nad moim powrotem. Henry Cuffe usadziłby mnie na tronie, gdyby to od niego zależało.

- Cóż, to nie zależy od niego. - Penelope przybiera apodyktyczny ton starszej siostry.

- Robią to dla siebie, nie dla mnie. Jestem zmęczony. Myślę, że nie mam już hartu ducha. Nic nie zostało, jestem jak pusta sakiewka. A skoro o tym mowa. - Wyjmuje sakiewkę z jej ręki. - Miałem wielkie nadzieje, że król Jakub zostanie mianowany następcą, że przyszłość Anglii będzie zabezpieczona. Naprawdę wierzyłem, że tak będzie najlepiej dla wszystkich. Kiedyś widziałem to wyraźnie. Teraz niczego nie widzę. Gdybym tylko mógł spać...

- Nie przyszłam tutaj, żeby cię do czegoś zmuszać. Przyszłam ci pomóc.

- Nie można mi już pomóc, chcę po prostu zasnąć.

Penelope pragnie wyrwać go z tego stanu użalania się nad sobą, ale w grę wchodzi coś więcej: jej brat jest nieszczęśliwy i cierpi.

- Nie możesz się tu ukryć na zawsze. Musisz stawić czoło swoim demonom. A poza tym masz obowiązki, powinności wobec żony i dzieci. Nie jesteś zwykłym człowiekiem, który może robić, co mu się podoba; jesteś hrabią, a to ma swoją cenę. Pomyśl o Robercie, swoim dziedzicu. Pamiętaj, że wszyscy jesteśmy strażnikami nazwiska Devereux - tłumaczy Penelope, ale zastanawia się, czy nie załamał się nieodwracalnie, czy coś w nim nie zostało zdruzgotane.

- Szkoda, że biedny młody Robert Devereux ma mnie za ojca. - Jego cynizm tnie powietrze jak miecz ciało.

Penelope dokłada starań, aby powstrzymać się od riposty. Nie podoba jej się to jego żałosne patrzenie na wszystko przez pryzmat własnej osoby.

- Wiem, że to minie.

- Może i tak, ale nadal będę bez grosza przy duszy, jak ci żebracy włóczący się po drogach. Będę żebrakiem, chociaż hrabią. - Essex parska szyderczym śmiechem. - Czy moi wierzyciele zburzyli już Essex House i sprzedali go cegła po cegle?

- Dość tego! - Penelope nie skrywa zniecierpliwienia.

Słyszy głosy w zewnętrznej komnacie. Wchodzi Lettice, gwałtownie zamyka za sobą drzwi i staje w nogach łóżka.

- Co słyszę od Lizzie o Anthonym Baconie? Mówi, że nie udało mu się zdobyć żadnych twardych dowodów na to, że Cecil kontaktował się z Hiszpanami - zwraca się do córki, wyraźnie zirytowana.

Penelope nie chciała jeszcze poruszać tego tematu; zamierzała przygotować grunt pod złe wieści, pozwolić bratu zachować odrobinę nadziei.

- Co to znaczy? - pyta Essex.

- Chodzi jej o to - zaczyna Penelope, biorąc go za rękę i starając się mówić jak najbardziej kojącym tonem - że Pérez ma tylko niepotwierdzone informacje o tym, że Cecil mieszał się w sukcesję. Nie można w żaden sposób dowieść ich prawdziwości.

Czuje, jak z Essexa uchodzi powietrze, jakby ktoś go przekłuł.

- To nieprawda - odzywa się Lettice. - Mam niezbity dowód z innego źródła.

Essex się ożywia, jak pies gończy na tropie zająca.

- Jaki dowód, mamo?

- Mój brat był kiedyś świadkiem, jak Cecil omawiał prawa infantki do tronu. Widział na własne oczy, słyszał na własne uszy. Powiedział mi o tym dopiero niedawno. Jeśli to nie jest dowód, to już sama nie wiem, co nim może być.

- Wuj Knollys? - pyta Penelope. - Twój brat powiedział ci, że słyszał, jak Ce...

- Przecież mówię.

- Kiedy miała miejsce ta rozmowa? Dlaczego nie wspomniał o tym wcześniej?

- Sądzę, że do rozmowy doszło jakiś czas temu. - Lettice zaczyna bawić się frędzlami na sukni. - A brat nie wspominał mi o niej, bo może myślał, że Pérez znajdzie coś bardziej konkretnego.

- To nie jest dowód na piśmie, ale zapewne lepsze to niż nic. Podtrzyma swoje słowa?

- Mogę tylko tak zakładać - odpowiada Lettice.

Essex z powrotem opada na poduszki.

- Widzisz, nie wszystkie wiadomości są złe - zwraca się do niego Penelope. - Wuj Knollys jest wiarygodnym człowiekiem. Jego świadectwo będzie miało dużą wagę. - Próbuje odmalować sytuację w mniej czarnych barwach. - Blount rozwinął silną siatkę kontaktów ze Szkocją. Król Jakub zamierza wysłać do Londynu hrabiego Mar i ten życzliwie poruszy temat twojej sytuacji. Zobacz, to dobra wiadomość, Robinie. Nasza praca zaczyna przynosić owoce. - Stara się natchnąć swój głos wiarą w powodzenie, ponieważ nagle rozumie, co można zrobić, aby przysłużyło się to ich celom. - Sądzę, że powinieneś napisać do hrabiego i poinformować go o zakulisowych działaniach Cecila. Jeśli Mar, emisariusz króla, poniekąd strona neutralna, rzuci cień na Cecila, to może sprawić, że królowa spojrzy na sprawy inaczej.

- Chcesz powiedzieć, że stanie się dla mnie przychylniejsza? - pyta Essex, siadając. Znów nieco bardziej ożywiony, sięga po ciśniętą sakiewkę i zakłada rzemyk przez głowę.

- Właśnie to mam na myśli.

- Jak to się stało, że wydałam na świat takie stworzenie jak ty, Penelope? - wtrąca Lettice. - Dobrze byś się spisała jako tajny radca.

- To komplement czy krytyka?

- Och, komplement, oczywiście.

Essex już wstał z łóżka i przeciąga się.

- Jeśli panie pozwolą mi na odrobinę prywatności, ubiorę się teraz i zobaczymy się przy kolacji. I uważam, że powinniśmy zaplanować mój powrót do Londynu.

Lettice uśmiecha się do córki, kiwając głową, jakby chciała jej pogratulować tej przemiany syna.

- Wyślę wiadomość, by przygotowano Essex House na twoje przybycie.

Penelope bierze brata za ramiona.

- Nie pozwól, aby twoi ludzie stali się zbyt ambitni. - Wskazuje głową antykamerę. - Mogą dać się ponieść, a to nie wyjdzie ci na dobre. Trzymaj ich w ryzach, bo ich aspiracje mogą ściągnąć kłopoty na nas wszystkich.

Luty 1601

Whitehall

Cecil każe stangretowi jechać obok Essex House. Chce na własne oczy przekonać się, czy pogłoski o powrocie hrabiego są prawdziwe. Dwór o tym poszeptuje i Cecil wyczuwa zmianę lojalności; wydaje się, jakby wszyscy czekali na wykonanie jakiegoś ruchu, zanim odkryją karty. Siedzący obok niego urzędnik głośno wydmuchuje nos w brudną chusteczkę. Cecil wzdryga się i odsuwa dalej na siedzeniu. Wychyla głowę przez okno, żeby zobaczyć bramę. Przez chwilę podziwia dwie pary lśniących karych koni zaprzężonych do jego powozu, każdy z idealnie równymi białymi skarpetami. Przechodnie obracają głowy na ich widok - zgodnie z jego zamysłem.

Brama Essex House otwiera się, by wypuścić grupę jeźdźców, i Cecil widzi ruch na dziedzińcu. Służący biegają tam i z powrotem, mężczyźni gromadzą się wokół koksowników, palą, rozmawiają, śmieją się; inni czyszczą muszkiety, a kilku ćwiczy szermierkę, krzykiem ogłaszając zdobycie punktu. Nie ma wątpliwości, że hrabia jest w rezydencji. Cecil spogląda na frontowe okna i w jednym dostrzega kobietę. Albo lady Rich, albo jej siostra - z takiej odległości nie sposób rozpoznać. Kobieta macha ręką w jego kierunku. Zaskoczony, gwałtownie chowa głowę i zaraz potem robi mu się głupio. Powinien odwzajemnić gest albo przynajmniej wytrzymać jej spojrzenie.

Urzędnik głośno kicha. Cecil zasłania dłonią nos i usta.

- Na litość boską! - rzuca.

Mężczyzna mamrocze przeprosiny w obrzydliwy kwadrat płótna.

- Dowiedz się, kto przebywa w Essex House - nakazuje mu Cecil. - Chcę znać liczbę służących, fagasów, wszystkich. Obojętnie, jakim sposobem. - Mężczyzna patrzy na niego tępo. - No dalej, wysiadaj. - Urzędnik otula się płaszczem, po czym wyskakuje na ulicę. Cecil stuka w dach powozu, by przyciągnąć uwagę stangreta. - Do Whitehall! - Jest pewien, że zasmarkany urzędnik wykona zlecone mu zadanie nieudolnie, ale przynajmniej pozbył się go z ciasnego wnętrza powozu, gdzie rozsiewał chorobę.

Myśli o kobiecie w oknie. Nic się nie wydarzyło od czasu listu lady Rich; jego obawy jeszcze się nie sprawdziły, ale to nie znaczy, że nic się nie dzieje. Przeżył miesiąc grozy, podskakując za każdym razem, gdy ktoś do niego przybywał - spodziewał się, że usłyszy zarzuty i zostanie zabrany do Tower. W następnych miesiącach strach może zelżał, ale nie przeminął. W mrocznych chwilach Cecil zaczął nawet myśleć o tym, jaką mowę wygłosi pod szubienicą, starając się nie dopuścić do rozważań, jak to jest, gdy pętla zaciska się na szyi - szybki topór nie dla takich jak on, kolejne przypomnienie o jego braku tytułu szlacheckiego - walka o oddech, a później jeszcze gorzej: nicość, nieistnienie albo perspektywa wiecznego potępienia, bo z pewnością to go czeka. Zaczął się modlić z nową żarliwością; wymienia swoje grzechy, mając nadzieję, że nie jest za późno na odpuszczenie win.

W pałacu spotyka Knollysa i ten pociąga go na bok.

- Rad jestem, że cię widzę - mówi i nerwowo gniecie dłonie, tak że Cecil zaczyna się zastanawiać, co takiego się stało. - Martwi mnie mój siostrzeniec. Obawiam się, że tworzy własny dwór przeciwny królowej, z czego oczywiście ona nie jest zadowolona, łagodnie rzecz ujmując.

- Przejeżdżałem obok Essex House i widziałem tam całkiem spore zgromadzenie.

Cecilowi staje przed oczami rozgniewana królowa. Budzi grozę, nawet widziana w wyobraźni.

- Próbowałem go ostrzec, że pozwalanie, by ludzie gromadzili się w ten sposób, jest głupotą. - Knollys nadal wykonuje takie ruchy, jakby wyrabiał chleb. - Jest zaślepiony gniewem i niepodobna przemówić mu do rozsądku.

- Gniewem? - Cecil nie bardzo wie, co o tym sądzić.

Obaj idą w stronę schodów prowadzących do wielkiej sali.

- Jego smutek przemienił się w gorzki gniew. Bredzi, moim zdaniem nie jest przy zdrowych zmysłach. Uważa, że wszędzie ma wrogów.

- Kiedy się z nim widziałeś? - Cecil woli nie zaznaczać, że hrabia rzeczywiście ma wszędzie wrogów.

- Udałem się dziś rano do Essex House. Próbowałem go przekonać, że źle czyni.

Cecil już chce powiedzieć, że hrabiego należy przywołać do porządku, ale się powstrzymuje.

- Biedak potrzebuje naszej pomocy, bez wątpienia. Spróbuję wnieść petycję do Jej Królewskiej Mości - oznajmia, a Knollys wyraźnie się uspokaja i wreszcie jego ręce opadają swobodnie po bokach. - A kto z nim jest?

- Wielu... zbyt wielu, a przy tym niektórzy, jak się obawiam, zatruwają mu umysł. Ludzie, którzy służyli z nim w Irlandii... Zdaje się, że Henry Cuffe i Ferdinando Gorges dołączyli do jego gromady, podobnie jak spora liczba zbuntowanych szlachciców. A poza tym jego stały krąg: Meyrick, Anthony Bacon, Southampton, znasz ich.

- Czy Gorges nie jest krewnym Ralegha?

- Chyba tak - odpowiada Knollys. - Słyszałem, że ma dziką naturę.

- Ralegh nie będzie zadowolony, że jeden z jego kuzynów staje po stronie Essexa.

- To prawda. Ralegh i mój siostrzeniec nigdy za sobą nie przepadali. - Knollys znowu miętosi dłonie. - Widziałem istną armię szeregowych żołnierzy, zbierającą się na jego dziedzińcu.

- Masz powody do zmartwień. - Cecil krzepiąco poklepuje go po ramieniu. - Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby ułagodzić królową.

W wielkiej sali ćwiczy grupa aktorów. Jeden w kobiecym przyodziewku wygłasza mowę piskliwym głosem, z rażąco przesadnymi gestami i mimiką. Knollys nalega, żeby się zatrzymać, i patrzą przez całe pięć minut, aż mężczyzna z jękiem pada na podłogę. Cecil uważa tę scenę za niedorzeczną i zastanawia się, jak kogokolwiek może poruszyć ten groteskowy występ, lecz gdy już ma wyrazić swoją opinię, po drugiej stronie komnaty rozlega się powolne klaskanie. Unosi wzrok i widzi królową z gromadką kobiet.

- Wasza Królewska Mość - mówi, ściągając czapkę z głowy i gnąc się w głębokim ukłonie.

- Prostuj się, prostuj - rozkazuje Elżbieta takim tonem, jakby był jednym z jej ogarów. - Co o nim myślisz? - Jej ręka zwraca się w stronę aktora.

Cecil przygląda się twarzy królowej, szukając wskazówek, jak powinien sformułować odpowiedź.

- Nadzwyczajny, Wasza Królewska Mość.

Już przywykł skrupulatnie wypatrywać oznak jej niezadowolenia. Przez ostatnie miesiące odnosiła się do niego chłodno i wyniośle, ale Cecil nie wie, czy ten chłód jest rozmyślnie wymierzony w niego, czy może ma bardziej ogólny charakter.

- Nie jesteś tak biegły w ukrywaniu swoich prawdziwych myśli, jak być może sądzisz, Cecilu.

Wydaje mu się - a raczej ma nadzieję - że dostrzega u niej cień uśmiechu.

- W wielu rzeczach nie jestem dobry, Wasza Królewska Mość. Niestety, moje słabości są nie do przezwyciężenia. Dramat wykracza poza granice mojego wąskiego pojmowania.

- Nie do twarzy ci z fałszywą skromnością. - Jej spojrzenie powoduje, że coś skręca go w środku. - Czyżbyś naprawdę wierzył, że powołałabym cię na ten wysoki urząd, gdybym uważała, że masz ciasne horyzonty? Wcale się nie dziwię, że ktoś z twoim pragmatyzmem uznaje to... - wskazuje głową grupę aktorów - za nieco dziwaczne. - Przeszywa go twardym wzrokiem. - Cenię jednak szczerość. - Milknie, nie odrywając od niego oczu, a on niespokojnie przestępuje z nogi na nogę. Dostrzega wysnutą nitkę na jej sukni i chciałby ją obciąć. - Wiesz o tym wystarczająco dobrze, prawda?

- Tak, Wasza Królewska Mość. Jeśli mam być szczery, moim zdaniem dramaty mogą prowadzić do nieobyczajności.

- Ha! - parska Elżbieta z rozbawieniem. - Ty coś o tym wiesz.

Cecil znów czuje zimny skurcz w brzuchu.

- I mają siłę, aby wzniecić powstanie.

- W tym masz rację, ale to nie powód, żeby ich nie lubić. To raczej powód, żeby je szanować.

- Nie mogę się nie zgodzić, Wasza Królewska Mość.

- A skoro mowa o dramatach... Masz jakieś wiadomości o moim ulubionym hrabim? - Gdy to mówi, kąciki jej ust opadają, a Cecil nie jest w stanie rozpoznać, czy na znak pogardy, czy smutku. - Rozumiem, że wrócił do Londynu.

- Tak, Wasza Królewska Mość - odzywa się Knollys, wciąż ugniatając dłonie.

- Obawiam się, że są pilne sprawy do omówienia. - Cecil rozgląda się po komnacie i może zliczyć co najmniej kilkanaście osób, które wyciągają szyje, by usłyszeć ich rozmowę. - Za zamkniętymi drzwiami.

- Rozumiem. - Królowa podaje mu dłoń bez rękawiczki.

Cecil widzi ją jakby po raz pierwszy: wykrzywione palce, boleśnie opuchnięte knykcie i plamy wątrobowe, niczym stary kawałek drewna poprzecinany plątaniną niebieskich żył. Zawsze miała piękne dłonie, smukłe i jedwabiście gładkie. Spogląda na nią, widząc podobną do krepy skórę na jej szyi i piersi, zapadnięty dołek przy mostku, twarz porytą zmarszczkami i przymglone oczy - oczy starej kobiety, której życie dobiega końca. Myślał, że ma czas na zawiązanie sojuszy, na wygładzenie swojej ścieżki do następnej władzy, ale nie. Królowa opuszcza rękę, zanim Cecil ma szansę ją ująć.

Powoli idą do prywatnej komnaty. Elżbieta ciężko wspiera się na ramieniu Knollysa, a za drzwiami osuwa się na krzesło, żądając poduszki za plecy; Cecil ją przynosi. Obaj mężczyźni stoją, czekając na pozwolenie, aby zająć miejsca. Królowa go nie udziela.

- Więc? - rzuca.

Cecil głośno przełyka ślinę.

- Obawiam się, że hrabiego otaczają źli doradcy.

- Właśnie to mówi jego siostra, że są wokół mnie tacy, którzy... - Elżbieta urywa w połowie zdania, zatrzymując spojrzenie na Cecilu. Żołądek mu się kurczy. - Zresztą nieważne.

- W Essex House zebrało się wielu... - Knollys szuka odpowiedniego słowa - wichrzycieli, którzy, jak się obawiam, podburzą hrabiego do jakiegoś buntu.

- Może wszyscy obejrzeli zbyt wiele dramatów - mówi królowa, unosząc brwi. - Nie sądzisz, Pigmeju?

Gdy Cecil słyszy to przezwisko, natychmiast odczuwa ulgę. Może sobie tylko wyobrażać, że czegoś podobnego doznają ci, których uwolniono po godzinie rozciągania na łożu sprawiedliwości. Królowa na całego śmieje się ze swojego żartu. Cecil jej wtóruje.

- Tak, za dużo dramatów.

Knollys się nie śmieje, jest napięty jak struna, bez wątpienia martwi się o zbłąkanego siostrzeńca.

- Jeśli... jeśli wolno mi... wysunąć sugestię, Wasza Królewska Mość...

Elżbieta obraca głowę ku niemu, wciąż z ramionami podrygującymi od śmiechu. Ociera oczy wierzchem dłoni, rozsmarowując gruby makijaż, i odrobina białej mazi spływa na jej ciemną suknię.

- Masz rację, to nie jest sprawa do śmiechu. Ilu ich tam jest?

- Dobre dwie setki.

- Mój Boże! - Wesołość znika z jej twarzy, jakby nigdy tam nie gościła. Wbrew oczekiwaniom Cecila zastępuje ją nie gniew, lecz przygnębienie. - I jaka jest twoja sugestia, Knollys?

- Rozsądnie byłoby wezwać hrabiego, pozwolić mu tu przybyć, aby osobiście wytłumaczył się Waszej Królewskiej Mości. Może gdybym udał się tam z paroma innymi, przemówił mu do rozumu i sprowadził go do ciebie...?

Królowa wzrokiem pyta Cecila o opinię, a on kiwa głową.

- Sądzę, że to najlepsze rozwiązanie.

Jest tak przyzwyczajony do udawania, że popiera Essexa dla dobra jego reputacji, iż zaskakuje go siła szczerego sentymentu, gdy myśli o tym, aby dać mu szansę. Miałby prawo sprzeciwić się tej propozycji; przecież zgraja gromadząca się w Essex House może stanowić poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa królowej, dla bezpieczeństwa Anglii. Nie potrafi oderwać wzroku od tej białej plamy na sukni - ma ochotę zetrzeć ją wilgotną szmatką. Nadarzyła się okazja, by obalić wielkiego wroga, a on jej nie wykorzystuje.

- To może rozładować sytuację - dodaje.

Myśli teraz o sędziwym wieku królowej i swojej niepewnej przyszłości.

Od dawna podejrzewał, że przez lata między Szkocją a Essex House krążyły listy z deklaracjami przyjaźni, chociaż mimo usilnych starań nie udało mu się zdobyć żadnego z nich. Wszelkie inne kandydatury - infantka, córka Stuartów, lord Beauchamp czy jego brat - są obarczone problemami. To król Jakub trzyma wszystkie atuty w tej grze: jest najbliższy królowej pod względem krwi, ma dwóch synów i płodną żonę, przede wszystkim zaś jest mężczyzną, a Anglia ma już dość kobiety u steru. Na jego niekorzyść przemawia jedynie to, że nie urodził się na angielskiej ziemi. Cecil dochodzi do wniosku, że skoro Jakub faworyzuje Essexa, on musi robić to samo, jeśli chce liczyć na przetrwanie pod następnymi rządami.

- Jestem przekonany, że hrabia nie pragnie twojej krzywdy, Wasza Królewska Mość.

- Mam szczerą nadzieję, że się nie mylisz. - Elżbieta robi głęboki wdech. - A czy jest tam lady Rich?

- Tak, Wasza Królewska Mość - odpowiada Knollys. - Z wieloma kobietami: swoją siostrą, lady Southampton i lady Essex.

Królowa chowa twarz w dłoniach, jakby była całkowicie wyczerpana.

- Penelope i jej brat byli niemal moimi dziećmi. - Cecil jest zaskoczony, widząc u niej smutek, bo królowa nie ma w zwyczaju okazywać takich uczuć. - Ale nie wolno zapominać, że zostali wydani na świat przez wilczycę.

To bardziej w jej stylu, myśli Cecil.

- Wiem, że cię kochają, Wasza Królewska Mość - zapewnia ją Knollys. - I nie wyrządzą ci krzywdy.

- Zwołaj posiedzenie Rady - rozkazuje Elżbieta, znów przybierając władczy ton, jakby okrywała się peleryną. - Zobaczymy, co oni mają do powiedzenia w tej kwestii.

Luty 1601

Essex House, Strand

W Essex House panują ożywiony ruch i gwar. Jedynym schronieniem Penelope przed tą niezdyscyplinowaną gromadą są jej prywatne pokoje, ale nawet w tym małym azylu, gdzie siedzi z Dorothy i Lizzie Vernon, czuje napierającą na nią atmosferę tłumionej przemocy i niezgody. Zwolennicy jej brata - żołnierze na dziedzińcu, szlachcice w wielkiej sali, przyjaciele, gorączkowo poszeptujący za zamkniętymi drzwiami w jego prywatnej komnacie - są w stanie wysokiej gotowości, jak armia w noc przed bitwą.

- Prosiłam Boga, żeby Robin przyjął wezwanie królowej - mówi Penelope. - Mam w związku z tym straszne przeczucia.

- Mój mąż powiedział, że Essex bał się iść do pałacu. - Lizzie straciła swoją zwykłą energię. - Myślał, że to podstęp, że zostanie aresztowany.

- To prawda, bał się. Sam mi to wyznał. - Na twarzy Dorothy maluje się napięcie.

Penelope po raz pierwszy dostrzega u niej oznaki wieku, wymizerowanie ukryte za oczywistą urodą, i zastanawia się, czy ona też tak wygląda.

- Próbowałam go przekonać, że nie spotka go nic złego - mówi. - Pokazałam mu list od wuja Knollysa z solennymi zapewnieniami, że królowa pozwoli mu przedstawić jego racje. Nawet Cecil chce to rozwiązać... - Zamierzała powiedzieć "pokojowo", ale nie może wypowiedzieć tego słowa w powiązaniu z tym człowiekiem. - Przynajmniej tak twierdzi wuj. Ale Essexem kierują podejrzenia... - Urywa, napotykając spojrzenie czarnych oczu siostry. - Obawiam się, że nie jest całkiem przy zdrowych zmysłach. Są ludzie, którzy nabijają mu głowę ideami.

- Jacy ludzie? - pyta Lizzy.

- Jakimi ideami? - odzywa się jednocześnie Dorothy.

- Niegodziwymi. - Penelope chciałaby mieć przy sobie Blounta, nie tylko dlatego, że struny jej serca są napięte do granic wytrzymałości ze strachu o jego bezpieczeństwo. Bardzo potrzebuje jego rady. On znalazłby najlepsze wyjście z sytuacji. - Podsłuchałam rozmowę Gorgesa i Cuffe'a o...

- Kim oni są? - przerywa jej Dorothy. - Ciągle kręcą się wokół Robina. Wydaje się, że nawet Meyrick uległ ich wpływowi. - Prycha gniewnie. - O czym rozmawiali?

- O tym, że roszczenia Essexa do tronu mają solidniejsze podstawy niż roszczenia infantki. - Penelope nie chciała tego wyjawiać, bała się podsycić płomienie, ale dręczyło ją to od wielu godzin.

Jej siostra wzdycha i zakrywa usta rękami.

- To znaczy, że chcieliby zobaczyć twojego brata na tronie Anglii? - Głos Lizzie jest piskliwy z szoku. - Przecież to zdrada stanu.

- Och, Lizzie. - Penelope kładzie łokieć na poręczy krzesła i opiera czoło na dłoni. Jest zrozpaczona. - Jeśli zechcą, wszystko podciągną pod zdradę, ale owszem: coś takiego bezspornie byłoby zdradą. - Patrzy na siostrę, która wygląda tak, jakby tonęła, ma płytki oddech i rozbiegane oczy. - Sięganie po tron jest czymś zupełnie innym niż pragnienie usunięcia złych wpływów w Tajnej Radzie i naleganie, by królowa wyznaczyła następcę. - Zdaje sobie sprawę, że mówi tak, jakby czytała scenariusz. - Bezpieczeństwo królowej i Anglii jest wszystkim, czego zawsze pragnęliśmy. - Wie, że jest nie do końca szczera, bo przecież tak naprawdę wcześniej dążyli do tego, by zapewnić bezpieczeństwo rodzinie Devereux.

- Ale jeśli rozejdzie się wśród nich - Lizzie wskazuje przez okno na zatłoczony dziedziniec - że w najbliższym otoczeniu hrabiego mówi się takie rzeczy, to... - Kolory odpływają z jej twarzy.

Siedzący u jej stóp piesek chyba wyczuł atmosferę napięcia, bo zaczyna skomleć i drapać jej spódnicę.

- To ich rozpali i zapoczątkuje coś, czego nie da się powstrzymać - kończy Dorothy, nie panując nad lekkim drżeniem rąk.

- Może już jest za późno. - Penelope zamyka oczy i myśli o Blouncie, wysyłając mu w duchu wiadomość z zapewnieniem o swojej miłości. Kiedy odszedł, bała się o jego życie, a teraz nie jest już pewna, czy jej własne życie przed końcem tygodnia nie zawiśnie na włosku. - Mimo to spróbuję z nimi porozmawiać - podejmuje, mając na myśli Gorgesa z tymi blisko osadzonymi oczami, Cuffe'a o nijakiej twarzy i Meyricka, który słucha ich słów jak usychająca z miłości panna - żeby otworzyć im oczy na to, jakie nieszczęście ściągają na Essexa tym wywrotowym gadaniem. - Żałuje, że ich nie zrugała, gdy podsłuchała rozmowę, że nie przemówiła im do rozumu. - Mało prawdopodobne, że tylko oni tak myślą, ale nie mogę siedzieć z założonymi rękami.

- Cuffe'a i Gorgesa tu nie ma - mówi Dorothy.

- A gdzie są?

- Nie wiem, mówili coś o tym, że wraz z Meyrickiem i kilkoma innymi osobami wybierają się do jakiegoś dramatopisarza. Chcą, żeby dziś wieczorem wystawił sztukę. Całkiem nieszkodliwą.

- Jakiego dramatopisarza? - pyta Penelope, czując, że włoski na jej karku stają na baczność.

- Chyba nie wymienili go z nazwiska.

Otwiera się w niej studnia strachu.

- Wspomnieli, co to ma być za sztuka?

- Tak - potwierdza Dorothy i po chwili dodaje: - Coś o życiu i śmierci jakiegoś króla.

- Na litość boską, Dot, nie możesz być bardziej konkretna? - Penelope już żałuje swojej niecierpliwości, bo siostra ma taką minę, jakby została spoliczkowana.

- Znasz mnie. Nie mam pamięci do takich rzeczy. Zresztą dlaczego to takie ważne?

- Może chodziło o Ryszarda Drugiego? - Ton Penelope jest łagodniejszy, zachęcający.

- Całkiem możliwe. Kim był Ryszard Drugi? Czy to nie on musiał ustąpić z tronu? - Dorothy patrzy na siostrę. - O co chodzi? Co się stało? - Jej oczy robią się szkliste ze strachu.

- Słuchajcie, myślę, że powinnyście wyjechać, obie. Wracajcie do domu, do swoich dzieci. Powiadomię twojego męża, Lizzie.

- Co się stało? - pyta Lizzie. - Przerażasz mnie. O czym jest ta sztuka, że tak cię to rozstroiło?

- Opowiada o słabym królu bez dziedziców, obalonym przez silnego, ukochanego przez lud pretendenta.

- Och!

Penelope dostrzega zrozumienie na twarzach obu kobiet, kuzynki i siostry. Dorothy chwyta rękę Lizzie i ściska ją tak mocno, że ścięgna występują na jej nadgarstku.

- Nie martwcie się. Po prostu myślę, że tak będzie... - Penelope prawie mówi "bezpieczniej", ale powstrzymuje się. - Będzie lepiej, jeśli wrócicie do domu.

- A czy ty też nie powinnaś tego zrobić? - pyta Dorothy.

Penelope myśli o swoich dzieciach; cieszy się, że są bezpieczne w dalekim Essex. Rich też tam jest. Przychodzi jej na myśl, że przyczyną wczorajszego wyjazdu męża, wbrew temu, co mówił, nie był wymagający jego uwagi spór o dzierżawę. Zachował się jak szczur, który ucieka z tonącego okrętu. Nawet nie próbował jej nakłonić, żeby wyjechała razem z nim. Zastanawia się, dlaczego w ogóle jest tym zaskoczona.

- Nie mogę zostawić Robina. Nastała jego godzina potrzeby i jeśli mogę ograniczyć szkody...

- Ale ja też jestem jego siostrą - oświadcza z uporem Dorothy.

- Zostaw to mnie, Dot. Jedziesz do matki. Będzie odchodzić od zmysłów.

Dorothy powoli wypuszcza powietrze.

- Skoro tego sobie życzysz.

Twarz Lizzie zaczyna się marszczyć, łzy zalewają jej oczy. Dorothy obejmuje ją i lekko kołysze. Penelope patrzy na nie, zastanawiając się gorączkowo, planując, co robić.

- Jedźcie, zanim będzie za późno - mówi, gdy Lizzie się uspokaja.

- A co z Frances? - pyta Dorothy.

- Przypuszczam, że będzie chciała zostać z Robinem.

Bratowa ostatnio ją zaskoczyła. Ta nieśmiała myszka wykazała się odwagą. Przypominają jej się słowa Frances z pogrzebu Sidneya: "To ciebie kochał". Nie były to słowa bojaźliwej istoty; zawsze miała w sobie stoicyzm i może właśnie to podziwiał w niej Sidney. Penelope nigdy wcześniej naprawdę o tym nie myślała; zawsze wierzyła, że poślubił Frances z powodu lojalności wobec jej ojca - zazdrość musiała zaćmić jej postrzeganie rzeczywistości.

Obie kobiety w milczeniu zbierają swoje rzeczy. Lizzie podnosi pieska i idzie do drzwi, odwraca się i wyciąga rękę do Dorothy. Penelope uśmiecha się i śle im całusa, umniejszając powagę sytuacji, po czym staje na chwilę przy oknie. Cieszy się, że będą w bezpiecznym miejscu, chociaż wolałaby nie czuć się tak bardzo samotna; nawet Fides jest na wsi z dziećmi. Spogląda w dół na dziedziniec, gdzie ktoś stoi na skrzynce i przemawia do zgromadzonego tłumu. Penelope nie słyszy słów, ale sądząc po wznoszonych pięściach, jest to płomienna mowa. Wciąż myśli o tym, co może zrobić, by ostudzić ich przesadny entuzjazm.

Opuszcza swoje komnaty, nie zawracając sobie głowy wkładaniem wierzchniej sukni, i idzie do pokoi brata, gdzie zastaje Anthony'ego Bacona. Ten ma żółtaczkę; jego oczy są sinożółte i najwyraźniej mocno cierpi, bo strasznie się krzywi, ilekroć zmienia pozycję.

- Nie czujesz się dobrze, Anthony - mówi Penelope bez potrzeby.

- Moje zdrowie jest ostatnią rzeczą, która mnie martwi.

- Masz już jakieś wieści od hrabiego Mar? Może przynajmniej spróbujemy ich przekonać, że warto poczekać do jego przybycia. Kiedy przemówi do królowej na korzyść mojego brata, wszystko może się zmienić. W końcu Mar występuje w imieniu króla Jakuba.

- Dostałem wiadomość, że jest w drodze, ale jeszcze nie przekroczył granicy. Podróżuje powoli. Minie dobre dziesięć dni... - Anthony patrzy na nią, jakby mogła znaleźć jakieś rozwiązanie. - Obawiam się, że nie mamy tyle czasu.

- Owszem. Tej grupy nie da się długo utrzymać w ryzach. - Wstrząsa nią dreszcz, marznie bez wierzchniej szaty, więc siada na stołku przy kominku. - Co wiesz o tej sztuce?

- O Boże! - Anthony wzdycha. - Podeszli do tego z entuzjazmem. To był pomysł Cuffe'a, który miał za sobą wielu innych, Meyricka... i Gorgesa też. Twój brat nie kiwnął palcem, żeby ich powstrzymać. Wygląda na to, że wpadł w coś w rodzaju... - Zaciska usta, jakby nie ufał temu, co się z nich wydostanie.

- ...szaleństwa. Równie dobrze możesz to powiedzieć, Anthony. Wszyscy tak o tym myślą.

- To jak gorączkowe pobudzenie.

- Tak, raz to, a raz całkowita apatia. W obu stanach jest głuchy na głos rozsądku.

- Chciałbym, żeby Blount tu był. Essex go słucha.

- Nie jesteś osamotniony w tym pragnieniu. - Penelope nie potrafi ukryć nuty rezygnacji w głosie. Odległość dzieląca ją od ukochanego wydaje się tak wielka, jakby wyprawił się w podróż do samych gwiazd. Próbuje wyobrazić ich sobie jako połówki igły kompasu, ale nie przynosi jej to pociechy. - No więc co z tą sztuką?

- Chcą zapłacić trupie czterdzieści szylingów, żeby dziś została wystawiona. Próbowałem ich powstrzymać.

- Czterdzieści szylingów, dobry Boże! To zysk z całego tygodnia.

- Przypuszczam, że umowa jest już zawarta i wieść się rozchodzi. Mają nadzieję na pozyskanie dalszego wsparcia dla twojego brata. Chcą postawić Londyn w gotowości.

Żadne z nich nie musi mówić, na co się przygotowują. Przez te wszystkie lata cichej pracy nad zapewnieniem przyszłości Devereux ani przez myśl jej nie przeszło, że może dojść do rewolty.

- Sądzisz, że Cecil naprawdę chciał zapewnić sukcesję infantce, co podobno słyszał wuj Knollys?

- Popieranie objęcia tronu przez katoliczkę wydaje się szaleństwem, ale Cecil mógł w tym dostrzec jakieś korzyści polityczne. To całkiem możliwe.

Słyszą krzyki na schodach i wpada Essex z Southamptonem. Obaj, zarumienieni i napięci z nerwowego podniecenia, chodzą w tę i we w tę po pokoju. Essex pomstuje na Cecila i uporczywie ssie wygasłą fajkę.

- Usuniemy jego i wszystkich innych siłą, jeśli będzie trzeba. Ten człowiek nie przejmuje się, że ludzie na ulicach głodują. Upiera się przy swojej złej polityce. Ocalę przed nim królową. - Przewraca oczami. - Wszyscy chcą mojej śmierci: Cecil, Ralegh... cała reszta...

- Robinie. - Penelope wstaje i próbuje go objąć.

Odtrąca ją.

- Nie rozumiesz. - Kropelki jego śliny tryskają na jej twarz. - Nigdy nie musiałaś dzierżyć miecza ani walczyć o życie. Myślisz, że masz odpowiedź na wszystko, ale jesteś tylko kobietą.

Penelope pohamowuje gniewną ripostę.

- Istnieją pokojowe sposoby na osiągnięcie tego, czego chcesz - odzywa się łagodnym tonem.

- Mówisz jak Cecil. - Essex rzuca fajkę przez pokój. - Nawet ten przeklęty drobiazg nie daje mi pociechy.

- To szaleństwo, Robinie. Czy nie możesz wstrzymać ognia przynajmniej do czasu przybycia hrabiego Mar?

- Twoja siostra ma rację - wtrąca Anthony.

- To prawda, ma rację - popiera go Southampton.

Essex chwyta go za ramiona i przyciska czoło do jego czoła.

- I ty też! - warczy. - Boisz się, prawda?

Southampton uwalnia się z rąk przyjaciela.

- Nie boję się, nie! Stoję przy tobie i upadnę przy tobie. Ale przez twoją siostrę przemawia mądrość.

- Moja mądra siostra...

Essex znowu ciska gromy, mówi bez ładu i składu. Southampton próbuje go uspokoić, aż w końcu wywabia do swojej sypialni obietnicą tytoniu. Penelope ma wrażenie, że brat cofnął się do okresu dzieciństwa, całkowicie stracił kontrolę nad sobą.

Po chwili ciszy Anthony z jękiem zmienia pozycję.

- Sądzę, że osiągnęliśmy punkt, w którym musimy zebrać jak największe poparcie godnych zaufania szlachciców.

- Zrobię, co w mojej mocy. Cecil ma wystarczająco dużo wrogów, aby stworzyć z nich armię. - Penelope parska zjadliwym śmiechem. - Zdaj się na mnie.

Luty 1601

Whitehall

- To tylko sztuka - mówi jedna z dwórek królowej. - Nie ma powodów do niepokoju.

Elżbieta unosi brzeg kapturka, żeby długim palcem podrapać się po głowie.

- Czy nie widzisz, że ja jestem Ryszardem Drugim? - Zwraca się do Cecila: - Jesteś pewien, że zostawiono scenę detronizacji?

- Absolutnie pewien, Wasza Królewska Mość - odpowiada Cecil.

Zastanawia się nad najlepszym podejściem. Z rzetelnego źródła wie, że za przedstawienie zapłacił ktoś z obozu Essexa.

Królowa wzdycha z irytacją i zdziera nakrycie głowy.

- A niech to! - Rzuca je na podłogę i drapie się mocno obiema rękami. Rozsypują się szpilki, wydając najgłośniejszy dźwięk w pokoju, i kilka pereł odrywa się i toczy po podłodze.

Wszyscy zastygają w bezruchu, nikt nie wie, jak zareagować, aż dwórka przykuca, żeby pozbierać perły. Młodsza idzie w jej ślady; podnosi kapturek i szpilki i ostrożnie umieszcza je jedną po drugiej w poduszeczce. Prostuje się, z kapturkiem w dłoni, i czeka na instrukcje. Królowa unosi wzrok. Cecil nigdy nie widział jej naturalnych włosów i dziwi się, że są prawie białe, a potem przypomina sobie, że Elżbieta ma prawie siedemdziesiąt lat.

- Przynieś mi zwykły czepek. Mam dość tej niewygody - zwraca się królowa do czekającej dziewczyny.

Po jej wyjściu przywołuje Cecila.

- Nie wiem, co robić - szepcze, a on jest wstrząśnięty, widząc ją taką bezsilną. - Gdyby tylko był tu twój ojciec.

Cecil odbiera jej słowa jak policzek; wniosek nasuwa się taki, że on jest do niczego.

- Podzielam to pragnienie - mówi, zaskoczony swoją szczerością. Elżbieta patrzy na niego, czekając na sugestię. - Wyślij Knollysa. Niech delikatnie nakłoni hrabiego, by przyszedł do ciebie. - Myśli o szkockim królu: nigdy nie stworzy z nim więzi bez hrabiego.

- Essex dwukrotnie odrzucił moje wezwanie - mamrocze królowa. - Uważasz, że naprawdę jest chory, jak mówi?

- Nie sądzę, Wasza Królewska Mość. Myślę, że się boi.

Najwidoczniej zdziwiona, siada prosto, z pytającym wyrazem twarzy. Może nie wierzy, że jej wojowniczy hrabia mógłby się bać czegokolwiek, a w każdym razie na pewno nie jej; może nie widzi, że każdego, kto tu jest, napawa lękiem. Cecil bez powodzenia próbuje sobie wyobrazić, jak to jest być nią, Elżbietą; jakie to uczucie, gdy wszyscy ze strachu obchodzą się z tobą jak z jajkiem. Jej reakcja skłania go do zastanowienia, jak skostniali stają się starzy ludzie w opiniach, które kiedyś wyrobili sobie o innych. Wydaje się, jakby królowa miała wyrytą w pamięci dawną wersję Essexa i nie dostrzegała niczego, co od niej odbiega.

- Zajmij się tym, Cecilu. Wyślij Knollysa, ale nie samego. Niech sprowadzi do mnie Essexa, żeby mógł osobiście wystąpić w swojej sprawie.

Gdy Cecil idzie już do wyjścia, Elżbieta przywołuje go z powrotem.

- Zostań tu ze mną, Pigmeju. - I bardzo cicho dodaje: - Potrzebuję cię.

Rozkwita w nim kwiat satysfakcji i Cecil przez chwilę czuje, że jest tym, za kogo go uważają: najpotężniejszym człowiekiem w Anglii. Ale jego dumę psuje świadomość, że te słowa królowej, słowa, na które czekał przez dwadzieścia lat, padły za późno: teraz wszyscy patrzą w przyszłość, a królowa należy już do przeszłości.

Luty 1601

Essex House, Strand

Niedługo po wschodzie słońca Penelope, leżąc jeszcze w łóżku, słyszy mężczyzn krzyczących na dziedzińcu, brutalne dźwięki napełniają ją przerażeniem. Sprawy nabrały rozpędu, nie będzie czekania na przyjazd hrabiego Mar ze Szkocji; jest na to o wiele za późno. Była tam wczoraj wieczorem, gdy omawiano koordynację sił zbrojnych. Mężczyźni z najbliższego otoczenia jej brata siedzieli wokół stołu w wielkiej komnacie; wielu szlachciców dołączyło do ich szeregów dzięki jej ostrożnej namowie. Krew w nich się gotowała i Penelope nie była w stanie odwieść ich od podżegania do wojny; nikt nie chciał słuchać głosu rozsądku. Southampton otwarcie wyśmiał jej propozycję, by Essex przyjął wezwanie królowej; poparł ją tylko Anthony Bacon, chociaż przez większą część spotkania siedział z głową w dłoniach.

- To pułapka! Jeśli hrabia zbliży się do tego miejsca, zostanie zamordowany albo co najmniej go aresztują - powiedział do niej Southampton, starannie wymawiając słowa, jakby była dzieckiem, któremu tłumaczy grekę.

Toczyli spór o to, co zrobić najpierw: maszerować na dwór, zebrać zwolenników w mieście czy zdobyć Tower z jego arsenałem i mennicą. Southampton i Gorges byli bliscy bójki. Essex prawie się nie odzywał; siedział sztywno u szczytu stołu, z pustym wyrazem twarzy, mamrocząc coś o zaufaniu i podskakując na najcichszy dźwięk. Penelope szeptem zasugerowała mu wycofanie się z tego przedsięwzięcia.

- Żebym został zamordowany we własnym łóżku? - odparował z żarem, a ona wywnioskowała, bardziej z jego dzikiej miny niż ze słów, że dotarł do granicy zdrowego rozsądku.

Próbowała skłonić go do ucieczki, myśląc, że jedynym sposobem, by zapobiec temu buntowi - bo tym stał się ich ruch, potworem, który się do nich podkradł - jest wywiezienie brata daleko, za granicę. Została zakrzyczana. Na zebraniu brakowało jednomyślności i uczestnikom puszczały nerwy. Gdy z dworu przybył posłaniec z następnym wezwaniem i odprawiono go z wiadomością, że stan zdrowia nie pozwala hrabiemu opuścić domu, podjęła kolejną próbę wyjaśnienia bratu, że wizyta w pałacu leży w jego interesie.

- Nie będą mnie słuchać, ta rada łotrów. Chcą mnie uciszyć na dobre - brzmiała jego odpowiedź.

Później, gdy już się położyła, przyszło jej na myśl, że dopóki nie uzgodnią najlepszego sposobu działania, nie będzie żadnego działania. To ją uspokoiło, ale tylko trochę, i prawie nie spała, rozpaczliwie tęskniąc za Blountem i próbując się pocieszyć fantazjowaniem, że są oboje w Wanstead, razem ze swoimi dziećmi. To zwyczajny dzień, nic niezwykłego. Jadą obejrzeć wczesne jagnięta i liczyć krokusy wyłaniające się z ziemi jako zapowiedź wiosny. Po powrocie grają w karty, a potem gromadzą się na muzykowanie; ona śpiewa, a dzieci akompaniują jej na swoich instrumentach. Później idą do łóżka i zatraca się w ramionach kochanka - zwykłe życie.

Próbowała przypomnieć sobie, jak to jest leżeć w objęciach Blounta, wdychać jego zapach - aromat szałwii roztartej w palcach - czuć dotyk jego ciała, stykanie się skóry ze skórą, ale nie zdołała niczego przywołać, nawet najodleglejszego wrażenia, i zaczęła zadawać sobie pytanie, czy Blount nie istnieje tylko w jej umyśle. Pomimo usilnych starań nie mogła skupić myśli na szczęśliwszych sprawach, bo wciąż słyszała gwar mężczyzn na dziedzińcu, rozmawiających, knujących w cichości ducha spiski z jej bratem. Zapaliła świecę i po raz kolejny czytała wszystkie listy Blounta - chociaż znała je na pamięć - szukając ratunku w widoku jego pisma. Gdy nadszedł sen, był niespokojny i zbyt płytki, żeby przynieść jej odpoczynek.

O poranku wszyscy znów gromadzą się w wielkiej komnacie, aby kontynuować gorący spór o to, czy ukradkiem zająć dwór, czy też zwołać ludzi w Londynie - w mieście jest niejaki Smyth, który może zebrać tysiąc ludzi pod sztandarem ich sprawy, przynajmniej tak twierdzi Gorges. Gorges, z tymi niepokojącymi oczami, zdaje się mieć wpływ na tak wielu z nich.

Ale jaka jest ich sprawa, chce zapytać Penelope, bo są tacy, którym zależy tylko na pozbyciu się złych doradców królowej, natomiast inni... Nie może nawet o tym myśleć. Zapał Gorgesa i jego chęć do walki są dla niej powodem dużego niepokoju.

Odciąga Meyricka na stronę.

- Czy Gorgesowi można całkowicie ufać?

- Ja bym się o to nie martwił, Georges walczył u boku twojego brata we Francji... i to dzielnie.

- Jesteś go pewien?

Meyrick uspokajająco kładzie swą wielką dłoń na jej przedramieniu.

- Bezwzględnie.

Penelope postanawia odrzucić podejrzenia dotyczące Gorgesa, pamiętając o latach lojalności Meyricka wobec rodziny Devereux i jego niezwykły dar wykrywania oszczerstw. Patrzą w milczeniu, jak Gorges i Southampton ponownie rozpoczynają zażartą dysputę.

Southampton zarzuca Gorgesowi asekuranctwo, potrząsa bujną czupryną i dodaje:

- Pomaszerujemy na dwór, zaskoczymy ich.

- Jesteśmy na to zbyt nieliczni. W mieście czeka na nas cały tysiąc ludzi. Jeśli odrzucisz tę okazję, to będzie oznaczać, że jesteś większym głupcem, niż myślałem.

Southampton sięga po miecz, a Gorges wypina pierś i robi krok do przodu, stając ledwie cal od niego. Penelope po raz pierwszy zauważa, że dublet Gorgesa jest wyświechtany na łokciach, w przeciwieństwie do wspaniałego adamaszku Southamptona. Meyrick próbuje odciągnąć Gorgesa, ale Southampton łapie tego drugiego za szyję, rozdzierając jego znoszony dublet przy kołnierzu.

- Zwiesz mnie głupcem, łajdaku - syczy Southampton. - Myślisz, że możesz wyczarować siłę tysiąca znikąd; ale jesteś nikim...

Essex ledwie drgnie; tylko patrzy kamiennym wzrokiem.

Penelope wychodzi z komnaty i skręca w stronę schodów, łamiąc sobie głowę, do kogo mogłaby się zwrócić: do matki, może przynajmniej jej Essex wysłucha. Odrzuca tę myśl. Uświadamia sobie, że Lettice latami czekała na tę chwilę - w tym duchu wychowała ich wszystkich. Matka, w takim czy innym sensie, dokona swojej osobistej zemsty, jeśli Essex przeprowadzi zamach stanu. Penelope nigdy jeszcze nie myślała o niej źle i ma nadzieję, że to brak snu i nieustanny niepokój, a nie czerń serca zaraziły jej umysł taką nielojalnością.

Szuka Frances i znajduje ją w gabinecie, pogrążoną w modlitwie. Penelope stoi cicho w drzwiach i patrzy na nią. Bratowa ma zamknięte oczy, porusza ustami i lekko kołysze głową z boku na bok, jakby była w transie. Penelope zazdrości jej siły wiary. Jej własna jest znoszona niczym dublet Gorgesa; nie ma pojęcia, jak rozmawiać z Bogiem, poza tym, że recytuje podziękowania za zdrowie swoich dzieci. Jej wdzięczność też jest wyświechtana.

Frances otwiera oczy, wstaje i odwraca się w stronę szwagierki.

- Rozmawiał z tobą? - pyta. - Nie mogę wydobyć z niego żadnego sensownego zdania.

Penelope nie wie, co powiedzieć, kręci tylko głową i lekko unosi ramiona.

- Wiem - dodaje Frances. - Coś go opętało.

- Może pojedziesz do swojej matki i dzieci w Barn Elms? Mogłabyś wziąć barkę.

Penelope podchodzi do okna, skąd roztacza się dobry widok na Strand. Londyn zajmuje się swoimi sprawami: dwie kobiety w wysokich kapeluszach przechodzą z wózkiem, chłopiec kopie piłkę, która uderza w ścianę z rytmicznym łomotem, kościelne dzwony biją unisono na poranne nabożeństwo. Niebo jest czyste i bladoniebieskie. Dzień zbyt jasny i piękny na rewoltę.

- Zostanę - oznajmia Frances. - On o tym nie wie, ale mnie potrzebuje... potrzebuje nas obu, ciebie i mnie.

Penelope dostrzega w tym momencie głębię stoicyzmu Frances i to, że jej nerwowe usposobienie stanowi tylko powłokę osłaniającą lojalność, która jest solidna, stała i zakorzeniona.

- Naprawdę go kochasz, prawda?

Frances uśmiecha się z lekkim skinieniem głowy.

- Jesteś przygotowana na śmierć? - Penelope nie wie, dlaczego o to spytała, ale czuje, jakby w ten sposób wpuściła do pokoju coś mrocznego. Rozważa możliwe zakończenia tego dnia i żadne nie jest szczęśliwe.

- Tak, jestem. - Frances zwraca oczy ku sufitowi, jak gdyby zaklinała Boga.

Uwagę Penelope przyciąga niewielka kawalkada i powóz nadjeżdżający Strandem od strony Whitehall. Patrzy, jak wszyscy zatrzymują się przed bramą. Paź w pałacowej liberii zeskakuje z konia. Penelope przez chwilę wydaje się, że królowa we własnej osobie przybyła do Essexa, i natychmiast uderza ją głupota tej myśli. Królowa nie odwiedziłaby zhańbionego hrabiego, chociaż raz się to zdarzyło. Przybyła z lekarstwem, kiedy był chory, i sama mu je podała. Było to w czasach, kiedy Essex nie mógł zrobić nic złego, a jego hańba była cieniutka jak papier.

Frances, która dołączyła do niej przy oknie, mówi:

- Czy to nie twój wuj?

Penelope pochyla się ku szybie tak, że czuje na twarzy szept mroźnego podmuchu. Lokaj pomaga wujowi Knollysowi wysiąść z powozu, a za nim wyłania się trzech innych: Lord Strażnik, Lord Sędzia Najwyższy i Worcester, który jest przyjacielem rodziny. Widok tej życzliwej delegacji nieco podnosi ją na duchu.

Z pewnością nie chodzi o aresztowanie - towarzyszy im kilku służących, ale nie ma strażników. Kobiety wymieniają pełen nadziei uśmiech i patrzą, jak mężczyźni idą w kierunku domu. Główna brama została zabarykadowana i po jej wewnętrznej stronie widać kilku mężczyzn z muszkietami. Krzyczą, że nikt nie zostanie wpuszczony bez pozwolenia hrabiego - Penelope słyszy to całkiem wyraźnie ze swojego miejsca - i Knollys, który dobrze zna dom, prowadzi swoich towarzyszy do wschodniego wejścia. Penelope i Frances przechodzą do sąsiedniej komnaty, skąd mają widok na furtkę w bocznej bramie.

Tam nie ma barykady, tylko jeden z kapitanów jej brata musztruje grupę ludzi, z których żaden nie wydaje się uzbrojony.

Penelope otwiera okno.

- To przyjaciele, rodzina. Wpuść ich! - woła, ogrzana promyczkiem nadziei.

Kapitan wpuszcza delegację i jednego pazia, po czym zatrzaskuje furtkę, zostawiając pozostałych na zewnątrz z końmi. Pies myśliwski Essexa przyskakuje do Knollysa, witając go żywiołowo. Grupa mężczyzn otacza przybyszów wrogim kręgiem, a kolejni dołączają do szeregów. Zaczynają się przepychać i drwić. Penelope wychyla się z okna, próbując usłyszeć, co mówi wuj, ale otacza go zbita gromada i krzyki zagłuszają jego słowa.

Gdy mała delegacja kieruje się do bocznych drzwi, Penelope i Frances śpieszą do szczytu schodów. Patrzą, jak odźwierny wprowadza przybyszów do wielkiej komnaty i ich anonsuje. Po chwili zjawia się Essex z Southamptonem i kilkoma innymi, po czym prowadzą delegację po schodach i galerii.

- Do gabinetu? - zgaduje Frances.

- Chyba tak - odpowiada Penelope ze wzbierającą nadzieją. - Idę tam.

Schodzi po dwa stopnie naraz i skręca na galerię, gdzie jasne światło dnia kładzie na podłodze przecinające się kwadraty. Gdy Penelope zbliża się do gabinetu, nagle ożywa w niej zaskakujące wspomnienie, jak wiele lat temu podążała tą samą drogą w ciemności, kiedy Sidney czekał na nią w tej samej komnacie, która wówczas była salonem muzycznym w domu należącym do Leicestera. Zastanawia się, czy jej życie potoczyłoby się inaczej, gdyby tamtej nocy do niego poszła.

Essex pojawia się w drzwiach z Southamptonem; ledwie zauważają jej obecność. Meyrick i jeszcze jeden mężczyzna, obaj z muszkietami przewieszonymi przez ramię jak torby, wychodzą za nimi i drzwi zamykają się z ostrym trzaskiem. Stają po ich obu stronach, Meyrick przekłada broń i chwyta ją oburącz. Southampton przekręca klucz i przekazuje go Essexowi, a ten Meyrickowi. Penelope bezskutecznie próbuje przyciągnąć spojrzenie tego ostatniego. Jej nadzieja pęka jak bańka mydlana. Słyszy, jak wuj krzyczy za drzwiami:

- Na litość boską, Essex, nie rób czegoś, czego będziesz żałować!

Penelope odwraca się do brata, który idzie w jej stronę.

- Coś ty zrobił?

Znów rozlega się zdesperowany głos Knollysa:

- Tym razem nie będę mógł ci pomóc.

Essex nie chce spojrzeć jej w oczy i próbuje przejść obok, ale Penelope łapie go za rękaw i przypiera do ściany, zaskoczona swoją siłą.

- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

- Myślą, że pójdę za nimi do pałacu jak szczeniak - jej brat wyciąga palec wskazujący w kierunku zamkniętych drzwi - gdzie Cecil, jego kompani i ten diabeł Ralegh będą czekać, żeby mnie wykończyć. Nie przeżyłbym tam pięciu minut. - Dławi emocje, ale Penelope czuje jego drżenie i widzi obłąkańcze oczy.

- Tam jest wuj Knollys. - Wskazuje strzeżone drzwi. - Dopilnuje, żeby nie wyrządzono ci krzywdy. Worcester także, to przyjaciel. Próbują pomóc...

- Chyba zapominasz - Essex zbliża twarz do jej twarzy, ale nadal nie patrzy jej w oczy - że Lord Strażnik był moim dozorcą przez te wszystkie miesiące w York House, a co do Pophama...

Penelope przyznaje w duchu, że sędzia Popham nigdy nie był przyjacielem rodziny Devereux.

Southampton czeka. Penelope spogląda na niego pytająco, ale on tylko lekko wzrusza ramionami i oznajmia:

- Jestem wierny hrabiemu.

- Gdybyś naprawdę był jego przyjacielem, zobaczyłbyś, że nie jest... - Nie zadaje sobie trudu, żeby dokończyć, bo widzi, że jej nie słuchają. Mówi do brata: - To zaszło za daleko. Nie możesz zawrócić. Dam ci tylko jedną radę: bądź odważny i zrób to właściwie. - Ledwie rozpoznaje samą siebie.

Essex uwalnia się od niej, wkłada dwa palce do ust i gwiżdże ostro. Jego druga ręka spoczywa na głowicy miecza. Kroki dudnią na schodach i pojawia się paź.

- Przynieś nasze napierśniki - rozkazuje mu Essex. - I mój sztylet o dwóch ostrzach, ten ostry, i krótki muszkiet, wiesz który. I wybierz broń dla siebie. - Jego głos brzmi gładko i spokojnie, jakby zamawiał mięsiwa na ucztę. Chłopak lekko blednie. Może wyobraża sobie siebie w zaciekłej bitwie z dorosłymi mężczyznami.

Essex pieści rękojeść miecza, jakby to była kobieca dłoń.

- Nie ten - mówi Penelope, wskazując oręż. - Wyłącz z tego miecz Sidneya.

Jej brat śmieje się, sprawiając wrażenie, że całkowicie panuje nad sobą - bez śladu szaleństwa.

- Wy, kobiety, potraficie być bardzo sentymentalne. - Odpina pas i zdejmuje go, po czym podaje jej wszystko: pas, miecz, pochwę. Miecz nie jest taki ciężki, jak sądziła, nie tak bardzo jak tamten, którym próbowała władać w teatrze. Nie, ta broń jest smukła i zwinna, niezwykle piękna. - Weźmiemy wszystkich ludzi. Ilu ich mamy, dwustu, trzystu?

Southampton kiwa głową.

- Siły walijskie jeszcze nie dotarły. Czy nie powinniśmy zaczekać na ich przybycie? - pyta.

- Nie ma na to czasu. Powiedz ludziom, że mają natychmiast przygotować się do marszu na Londyn. Tam połączymy się z obiecanymi przez Gorgesa posiłkami w sile tysiąca i wszystkimi innymi, którzy postanowią do nas dołączyć.

- W końcu podejmujesz decyzję - mówi Penelope, nie mogąc utrzymać języka za zębami. - Szkoda, że błędną. Gdybyś miał trochę rozsądku, pomaszerowałbyś na dwór w czasie spotkania Rady i zgarnął ich wszystkich za jednym zamachem, zanim zdążą się przygotować: Cecila, Greya, Cobhama, Ralegha. - Spogląda na Southamptona, szukając wsparcia, ale ten odwraca głowę.

Essex obrzuca ją miażdżącym spojrzeniem.

- Co ty wiesz o takich sprawach?

Penelope zostaje na długiej galerii, z mieczem w ręce. Bez jednej myśli zapina pas wokół talii, czując się jak Atena albo inna wojownicza królowa z mitów. Przesuwa palcem po rękojeści i natrafia na wytłoczone inicjały PS. Dobywa miecza i ciesząc się metalicznym dźwiękiem, dźga wyimaginowanego przeciwnika, ze świstem ostrza zatacza kręgi w powietrzu. Miecz szepcze jej do ucha ostrzeżenie.

Luty 1601

Whitehall

- Delegacja została zatrzymana w Essex House - mówi Cecil, czytając notatkę dostarczoną przez jednego z jego ludzi.

- Pod strażą? - pyta królowa. - Są przetrzymywani jako zakładnicy?

- Tak sądzę. Essex prowadzi swoich ludzi do miasta, by zebrać armię.

Cecil się boi; czuje w brzuchu coś ostrego, jakby połknął kawałek szkła, który teraz kaleczy mu żołądek. Próbuje odpędzić myśli o Essexie i jego ludziach, ścigających go po korytarzach pałacu, przypierających do muru, traktujących go brutalnie. Czuje, jak ich buty stykają się z jego czaszką; czuje pod plecami podłogę, gdy wleką go za stopy; słyszy chrzęst swoich kości, kiedy rzucają go do barki, aby zabrać w dół rzeki do Tower.

Powstaje zgiełk, członkowie Rady zaczynają wzajemnie się przekrzykiwać. Królowa mocno uderza księgą w stół i wszyscy obracają się w jej stronę. Nie pokazuje po sobie emocji, które z pewnością kłębią się w jej sercu.

Wskazuje Cobhama.

- Ty pierwszy. Co wiesz?

- Słyszałem, że hrabia ma do dyspozycji tysiąc ludzi w mieście.

- Wątpię, czy uda mu się zebrać taką liczbę - mówi Ralegh, niewzruszony, czyszcząc paznokcie wykałaczką.

- Lud miłuje go bardziej niż... - zaczyna Cobham.

- Bardziej niż nas - wchodzi mu w słowo królowa. - Czy to właśnie chciałeś powiedzieć? - Wydaje się, że mniej martwi ją strach o własne życie niż upokorzenie, że jest mniej popularna niż hrabia.

Zaczerwieniony Cobham mamrocze, że oczywiście nikt nie jest bardziej kochany niż ona.

- Niemniej musimy zapewnić bezpieczeństwo Waszej Królewskiej Mości - oznajmia Cecil. Nie może zapomnieć o tym tysiącu ludzi. Może już idą na Whitehall, wymachując bronią i domagając się krwi. - Pałac nie jest ufortyfikowany.

Królowa patrzy na niego jak na idiotę, bo po co stwierdza rzecz oczywistą? Cecil siada na rękach, żeby powstrzymać ich drżenie.

Lord Wysoki Admirał proponuje, by wysłać królową barką, z oddziałem strażników, do bezpiecznego zamku Windsor.

- Nie możemy dorównać siłom hrabiego w tak krótkim czasie.

Ktoś inny woli Hampton Court, "ponieważ nie pomyślą, by tam szukać", i zaczyna się spór o to, które miejsce jest najlepsze dla ochrony królowej. Cecil powstrzymuje się przed zasugerowaniem, że powinien jej towarzyszyć, ale ma nadzieję, że i tak będzie chciała go mieć przy sobie.

- Dość! - rzuca Elżbieta. - Nie uciekniemy do Windsoru ani nigdzie indziej. Pozostaniemy tutaj, gdzie nasze miejsce. Stawialiśmy czoło gorszym rzeczom niż to.

Zapada cisza. Cecil zastanawia się, czy wszyscy myślą, tak jak on, że dotąd nie miała do czynienia z niczym gorszym. Dochodziło do prób zamachu, było kilka niebezpiecznych sytuacji, ale nigdy nie maszerowała na nią armia uzurpatora. Usilnie stara się nie myśleć o sobie, próbując wykrzesać w sobie odwagę, by zmierzyć się z tym, co nadciąga.

- Wyślij Cumberlanda z oddziałem żołnierzy, najtwardszych ludzi, jakich mamy - zwraca się królowa bezpośrednio do Ralegha. - Należy uwięzić hrabiego w murach miejskich. I wyślij kogoś do Londynu z wiadomością, że ci, którzy się wycofają, zostaną ułaskawieni. - Ramiona jej opadają. - Dopilnuj, aby straż pałacowa była w pełnej gotowości. - Beznamiętnie wodzi wzrokiem po twarzach doradców. - Zbierzemy się ponownie za godzinę.

Ralegh pierwszy wstaje i wykrzykuje rozkazy do swojego człowieka, który czeka na zewnątrz na galerii. Inni idą w jego ślady, nawołują swoich paziów, żądają broni i zbroi. Cecil modli się w duchu.

- Karty, Pigmeju? - pyta królowa. Z pewnością gapi się na nią z otwartymi ustami, bo dodaje: - Łapiesz muchy?

- Karty?

- Tak, przyszło mi na myśl, że uwalnianie cię od ciężaru koron w sakiewce, którą widzę wtuloną w twój dublet, może skutecznie odwrócić uwagę od... - Elżbieta milknie, szukając odpowiedniego słowa, jak przypuszcza Cecil, po czym kończy: - oczekiwania. - Kiwa ręką na pazia i prosi, by przyniósł talię.

Cecil karci się w duchu za brak odwagi, wyraźnie kontrastujący z nonszalancją królowej w obliczu wielkiego niebezpieczeństwa. Choć próbuje przepędzić czarne myśli, jego krnąbrny umysł analizuje wszystkie możliwe katastrofalne skutki tej sytuacji, przywołując stary niepokój (przytłumiony w rezultacie nadmiernych rozważań), związany z listem do ambasadora Hiszpanii. Gdyby królowa o nim wiedziała, nie byłbym teraz u jej boku, pozwalając jej wygrać mój trzos, pociesza się.

- Bóg osadził mnie na tym tronie wbrew wszelkim przeciwnościom i sprawi, że na nim pozostanę, jeśli taka jest Jego wola. - Królowa wznosi oczy ku sufitowi.

Pstryka palcami na pazia, żeby podał słodycze, i wraca do kart, jakby gra była w tej chwili jedyną rzeczą zasługującą na jej uwagę.

Paź przynosi talerz smakołyków. Królowa wsuwa jeden do ust i zlizuje cukier z warg.

- Śmiało, Pigmeju. Są przepyszne. - Popycha talerz w jego stronę.

Cecil częstuje się z grzeczności. Łakoć przykleja mu się do podniebienia, a słodycz nasila ból zęba, dokuczający mu od jakiegoś czasu. Wykłada swoje karty: przypadkowy zbiór trójek i czwórek. Elżbieta ma sekwens kierów - dziesiątka, walet, dama, król.

- Mam nadzieję, że nie pozwalasz mi wygrywać. Nie byłabym zadowolona.

Cecil kręci głową i z ustami pełnymi kleistej słodyczy tylko coś mamrocze. Królowa wybiera damę kier, obraca kartę awersem w jego stronę.

- Gdzie jest lady Rich? Nadal w Essex House?

- Tak sądzę, Wasza Królewska Mość.

Elżbieta wzdryga się prawie niedostrzegalnie, jakby użądliła ją osa, a ona nie chciała pokazać, że cierpi.

Luty 1601

Essex House, Strand

Penelope wciąż słyszy echo gromkiego głosu brata, gdy dumnie jechał Strandem w kierunku miasta. "Za królową! Za królową! Uknuto spisek na moje życie!" Odpowiedziały mu mało entuzjastyczne okrzyki, w niczym niepodobne do potężnego ryku poparcia, jaki niejednokrotnie wznoszono w przeszłości, i na próżno nadsłuchiwała skandowania: "Ess-ex, Ess-ex, Ess-ex!". Zmawia w duchu modlitwę dziękczynną za tysiąc ludzi Gorgesa. W jej głowie ta rzesza stała się biblijnym cudem - rzesza stworzona z niczego. Ma nadzieję, że Bóg jest po ich stronie, i żałuje, że nie może być tego pewna.

Nie wiedząc, co począć, udaje się do kaplicy, gdzie zastaje Frances zgarbioną na klęczniku. Bratowa unosi wzrok i ich spojrzenia się spotykają. Każda z powagą skłania głowę, jak żałobnice na pogrzebie. Penelope klęka obok niej, składa dłonie i otwiera serce, błagając Boga, by ocalił jej brata, by ocalił ich wszystkich. Prosi o znak, nic jednak się nie dzieje; promień światła nie wpada przez okno, nie słychać trzasku pioruna, tylko jeden ze strażników jej brata wślizguje się do kaplicy i odchrząkuje, by przyciągnąć ich uwagę.

Penelope odwraca się i zaskakuje ją jego młody wiek - ile ten chłopiec może mieć lat: trzynaście, czternaście? Trzyma muszkiet i w porównaniu z bronią on sam wydaje się mały. Patrząc na niego, Penelope nieuchronnie myśli o synach i o młodym Robercie, który może odziedziczyć ten bałagan. Jest rada, że nie ma ich tutaj. Ale kto pomoże temu małemu strażnikowi, jeśli dojdzie do najgorszego? Jest bliska płaczu nad tym chłopcem, którego nigdy wcześniej nie widziała.

- Twój wuj prosi, abyś do niego przyszła, pani.

Widząc, jak chłopiec się rumieni, podejrzewa, że nie jest przyzwyczajony do przestawania z kobietami wysokiego stanu. Chce mu powiedzieć, żeby stąd odszedł, wrócił do domu, do matki.

Obie podnoszą się i wychodzą za chłopcem. Penelope ujmuje Frances pod rękę, czując jej sztywne ciało. Stopy chłopca szepczą na podłodze galerii - nie ma nawet odpowiednich butów - jej pantofle stukają, a trzewiki z twardą podeszwą, które włożyła Frances, może w przygotowaniu do ucieczki, wybijają rytm jak akompaniujący im bębenek.

Meyrick, który stoi przed drzwiami gabinetu, oddycha z ulgą na jej widok.

- Może zdołasz ich uspokoić, pani - mówi. Powoli zamyka oczy o bezbarwnych rzęsach i znów je otwiera, co jest dla niej drobną oznaką zwątpienia. - Robią się coraz bardziej wzburzeni.

- Dlaczego mój brat jeszcze nie wrócił? Minęły prawie trzy godziny.

- Nie otrzymałem żadnych wiadomości. - Meyrick otwiera drzwi.

Penelope przypuszcza, że pokłada w niej nadzieję, że zdoła wyciągnąć ich wszystkich z tej sytuacji, ale ona jest pełna obaw, że sprawy zaszły za daleko. Wysyła chłopca do kuchni po jedzenie.

- Najlepsze, co może przyrządzić kucharz. Goście są szlachetnie urodzeni i należy ich godnie podjąć.

- Jakże urocze - mówi jej wuj, gdy obie wchodzą do gabinetu, jakby to było zwykłe spotkanie towarzyskie.

Otwiera ramiona i idzie do niej z uśmiechem, który nie wygładza bruzdy niepokoju między jego brwiami. Ujmując dłonie siostrzenicy, składa suchy pocałunek na jej policzkach.

Penelope uprzejmie wita pozostałych. Sędzia Popham przeszywa ją i Frances twardym spojrzeniem, po czym odsuwa się, jakby mogły zarazić go ospą. Ma pociągłą twarz o ostrych rysach i nieprzyjemnie wykrzywione usta.

- Jesteś uzbrojona, lady Rich - zauważa, spoglądając na jej talię, z miną sugerującą, że świat stanął na głowie; jego flegmatyczny głos kłóci się z kanciastą twarzą.

- Och, to! - Penelope dotyka miecza, o którym zupełnie zapomniała. - Noszę go dla bezpieczeństwa. To paradna broń, niespecjalnie nadaje się do walki.

Nie sposób błędnie zinterpretować niesmak na jego twarzy i każdego innego dnia mogłaby się roześmiać i łagodnie wykpić Pophama.

Słyszy rozmowy i śmiech nielicznych mężczyzn, którzy zostali na dziedzińcu, aby strzec domu. Zastanawia się, co może ich tu bawić, ale sądzi, że są zahartowani w boju po kampaniach jej brata i nie czują ani odrobiny strachu przed nadchodzącą przemocą. To buntownicy, którzy całą nadzieję pokładali w Essexie, a dzisiejszy dzień oznacza możliwość jej spełnienia. Nic więc dziwnego, że się śmieją.

Knollys zaczyna coś mówić, ale Popham mu przerywa.

- Co powiesz o zdradzie swojego brata, lady Rich?

- Nie sądzę, żeby był wywrotowcem, Lordzie Najwyższy Sędzio. Zamierza jedynie usunąć tych, którzy chcą manipulować Jej Królewską Mością.

Mężczyzna parska śmiechem.

- To się dopiero okaże.

- Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby go tu sprowadzić i rozbroić. - Wuj Knollys zaznacza swój autorytet. - Obawiam się jednak, że tym razem posunął się za daleko.

Penelope milczy. Nie ma tu nic do powiedzenia. Essex nie może wrócić; musi doprowadzić sprawę do końca, bez względu na wynik.

- Pomijając to, co knuje Essex, musisz być świadoma, lady Rich - Popham ironicznie wypowiada jej tytuł - że popełniasz przestępstwo najwyższego stopnia, traktując delegatów królowej jako zakładników. Mamy królewską pieczęć.

Wskazuje pazia, który stoi pod ścianą, trzymając zwój pergaminu tak ostrożnie, jakby był żywy. Z rulonu zwisają dwie duże pieczęcie. Chłopiec ma spierzchnięte dłonie i lekko drży. Penelope uśmiecha się do niego, a on spuszcza wzrok.

- Zakładników? - rzuca Penelope, jakby sama taka myśl była absurdalna. - Ależ jesteście gośćmi. Hrabia poprosił tylko, żebyście poczekali chwilę na jego powrót. - Jej głos brzmi spokojnie, gdy z ust wylewa się nieprawda.

- Mój mąż miał pilną sprawę w mieście - dodaje Frances.

Popham unosi brwi, jakby zaskoczony odkryciem, że ta kobieta umie mówić.

- A więc muszkieterowie przy drzwiach służą do ozdoby? Może są zrobieni z pomalowanego gipsu. - Bulgot w jego gardle może być śmiechem, ale kąciki jego ust opadają, więc trudno orzec. - A zamknięte drzwi służą, jak sądzę, naszemu bezpieczeństwu.

- Myślę, lady Rich, że rozsądnie byłoby powiedzieć strażnikom, aby odstąpili i pozwolili nam odejść - mówi Lord Strażnik ze zbolałym wyrazem twarzy. Mimo że jest luty, w pokoju nie pali się ogień, ale jego czoło lśni od potu. Worcester kiwa głową na znak, że się z nim zgadza. - Osobiście zaręczę, że zostaliśmy w Essex House z własnej woli. To będzie jeden zarzut mniej przeciwko hrabiemu.

- Ty możesz tak mówić, ale nie ja - oświadcza twardo Popham. - Essex zasługuje na los, jaki go czeka. Pozostaje tylko pytanie, jak głęboki grób ma zamiar sobie wykopać i kogo pociągnie za sobą.

Penelope zaciska pięści, wyobrażając sobie, jak jej kłykcie zderzają się z jego sterczącą kością policzkową.

- Podobno masz władzę w tym domu, lady Rich - dodaje Popham.

Penelope w milczeniu mierzy się z nim wzrokiem.

- Tylko głupiec dałby taką władzę kobiecie, i to rozwiązłej - mówi Popham półgłosem.

Penelope chce zareagować, zmusić go do wyjaśnień, ale to Frances zaskakuje wszystkich, mówiąc stanowczym tonem:

- Nie należy w ten sposób zwracać się do lady Rich.

Wuj Knollys też interweniuje.

- Licz się ze słowami, Lordzie Najwyższy Sędzio. Mówisz o mojej siostrzenicy.

Popham ignoruje oboje.

- Zrób tak, jak mówi twój wuj, a może twoja rola w tym wszystkim zostanie pominięta.

- Przekonałam się - zwraca się do wszystkich Penelope - że ludzie prawa są mniej lojalni niż większość innych. - Ma na myśli nie tylko Lorda Najwyższego Sędziego, ale także zmiennego Francisa Bacona.

Popham pokasłuje ostentacyjnie, jakby nie chciał swoją odpowiedzią dodawać powagi jej słowom. Penelope oddycha z ulgą, widząc, że drzwi się otwierają i wchodzi trzech służących z zamówionym przez nią jedzeniem. Może ugościć mężczyzn po królewsku; kucharz się postarał.

Frances przerywa milczenie, pytając, czy komuś nie jest zimno; oznajmia, że każe przysłać na górę służącego, by rozpalił ogień, i proponuje muzykę dla rozrywki. Daremnie usiłuje sprawić, aby to uwięzienie wydało im się przyjemne.

Wuj Knollys pociąga Penelope na stronę.

- Wypuść nas - mówi cicho. - To szaleństwo jest zbyt wielkie. Nie mogę patrzeć na... - Urywa.

Penelope rozważa jego słowa, choć tylko przez chwilę. Myśl o ratowaniu własnej skóry jest kusząca, ale odsuwa ją od siebie i przywołuje cały swój hart ducha.

- Wuju, mam związane ręce. Nie mogę nic zrobić bez pozwolenia brata. - Widząc jego zawiedzioną minę, dodaje: - Ale postaram się z nim skontaktować.

Nie zrobi tego, bo wie, że ci zakładnicy dają jej bratu siłę w walce, i nie zamierza osłabiać jego sprawy swoim sentymentem do wuja. Wysłannicy królowej zostaną uwolnieni w odpowiednim czasie, a dopóki to nie nastąpi, będą traktowani z należnym im szacunkiem.

Kobiety żegnają się z towarzystwem po męczącej godzinie napiętej rozmowy i wymuszonej wesołości krótkiego muzykowania. Wychodzą z komnaty i idą w milczeniu galerią. Frances ściska dłoń szwagierki i wraca do kaplicy. Penelope stoi przez chwilę, spoglądając na rzekę, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Patrzy, jak stado łabędzi sunie na wschód, a szeroka barka zmierza ociężale ku południowemu brzegowi. Inne łodzie podskakują na powierzchni wody, przewożąc ludzi nieświadomych doniosłych wydarzeń rozgrywających się tak blisko.

Rozmyśla o bracie - dlaczego jeszcze nie przybył ze swoją wielką armią? - i wciąż ma wrażenie, że słyszy tupot tysięcy stóp maszerujących Strandem w kierunku Whitehall. Ale to złudna nadzieja. Przypuszcza, że zebranie takiej rzeszy musi zająć trochę czasu. Pod wpływem impulsu schodzi tylnymi schodami na dziedziniec, gdzie strażnicy witają ją jak członka rodziny królewskiej, co jeszcze bardziej ją rozstraja, bo może roją sobie, że pod koniec dnia zostanie siostrą króla. Jej brat nigdy nie dążył do objęcia tronu, ale nauczyła się, że nie można lekceważyć ambicji tych, którzy go otaczają. Potem zastanawia się, czy Essex jednak nie marzy o czymś takim - przecież pycha może nabrać własnego rozpędu; szybko odrzuca tę myśl.

- Jesteśmy na twoje rozkazy, pani. Jak możemy ci służyć? - pyta jeden ze strażników, stając na baczność z tupnięciem i prezentując broń.

- Jeśli naprawdę chcesz mi służyć - zaczyna głośno Penelope, mówiąc w kierunku okna gabinetu - to przynieś mi głowę Lorda Najwyższego Sędziego na tacy.

Mężczyźni śmieją się i żartują głośno o grze w piłkę "łbem Pophama", a ona natychmiast żałuje swoich słów, bo może na koniec tego wszystkiego Popham będzie sądzić ją i brata. To otrzeźwiająca myśl.

Słyszy krzyk dobiegający od strony rzeki.

- Hej, to ja, Gorges! Otwierać.

Jest sam, chociaż Penelope przez otwartą bramę widzi czekającą na niego łódź z wioślarzem i dwoma uzbrojonymi mężczyznami, którzy siedzą na rufie.

- Jakie wieści? - pyta, próbując wyczytać z jego twarzy, czy w mieście wszystko przebiega zgodnie z planem.

- Essex wysłał mnie, abym towarzyszył zakładnikom w drodze do Tajnej Rady i negocjował w jego imieniu.

Gorges ma rozdarty kołnierz po starciu z Southamptonem. Uśmiecha się, a jej robi się głupio, że źle go osądzała.

- Bogu niech będą dzięki - mówi z ulgą, bo Essex musi już mieć za sobą swoją armię. - Najlepiej, żebyś nazywał ich gośćmi. - Gorges kiwa głową, w lot pojmując jej intencje. - A mój brat... ilu do niego dołączyło?

- Iluś. - Gorges wyraźnie unika bezpośredniej odpowiedzi.

- Iluś?

- To trwa dłużej, niż zakładaliśmy, pani. - Idzie w stronę schodów.

Penelope podąża za nim, biegnąc, by go dogonić.

Brakuje jej tchu, gdy docierają do drzwi gabinetu. Meyrick, który siedzi zgarbiony na stołku, z muszkietem na kolanach, wstaje.

- Jakie wieści, Gorges?

- Mam ich zabrać do Whitehall na rozkaz Essexa.

Meyrick kiwa głową, odsuwa się i klepie go po ramieniu.

- Zuch!

Gorges już sięga do rygla, gdy Penelope chwyta go za ramię i prostuje się na całą wysokość, bo chce go zmusić, żeby jej wysłuchał.

- Zostaw to mnie. - Twardo patrzy mu w oczy, pamiętając o jego zaciekłości w konfrontacji z Southamptonem. - Tu trzeba finezyjnego podejścia.

Co oznacza ten błysk w jego oczach? Trwogę? Nie wie, ale jest zaniepokojona i zastanawia się, co opętało jej brata, że akurat tego człowieka wybrał do tak delikatnej misji.

Oboje wchodzą, a Meyrick za nimi.

- Moi drodzy goście - mówi Penelope - Gorges przybył z miasta z wiadomościami od mojego brata. Coś go zatrzymało i proponuje ponowne spotkanie w innym terminie. Jest mu bardzo przykro, że sprawił wam kłopot. Gorges przewiezie panów rzeką do Whitehall i Tajnej Rady.

Popham wybucha gniewnym śmiechem.

- Kłopot!

Opuszczają komnatę, a Penelope patrzy przez okno galerii, jak wychodzą na dziedziniec. Widzi grupę konnych strażników w barwach królowej, zmierzających Strandem w ich stronę. Serce podskakuje jej do gardła, utrudniając oddychanie. Z okien od południa obserwuje, jak delegacja schodzi po stopniach na molo. Gorges pomaga im kolejno wsiąść do czekającej łodzi, która przechyla się i osiada głębiej w wodzie pod ich ciężarem. Wioślarz rzuca cumę i odbijają od brzegu. Skręcają, by popłynąć w górę rzeki, w kierunku Whitehall. Penelope czuje, jak coś ściska ją w środku. Meyrick staje obok niej. Nie patrzą na siebie.

- Martwię się tym. - Penelope wskazuje głową łódź, która płynie już w dobrym tempie.

- To znaczy czym, pani?

- Czy Gorges jest lojalny?

Już raz pytała o to Meyricka, ale tym razem jego odpowiedź jest mniej pewna.

- Mam nadzieję.

Wojsko nadciąga Strandem, tętent kopyt staje się coraz głośniejszy. Towarzyszy im dobosz; rytm zgrywa się z biciem jej serca.

- Powinnaś wyjechać, pani, nie ma wiele czasu. - Meyrick wciąż na nią nie patrzy. - Z lady Essex. Weźcie łódź, zanim będzie za późno. Boję się, że sytuacja stanie się... - Urywa, przeczesując palcami włosy. - Boję się o twoje bezpieczeństwo, pani.

- Za kogo mnie masz, Meyrick? - rzuca lekkim tonem Penelope, jakby żartowała. - Znasz mnie od lat. Jestem Devereux. - Uśmiecha się do niego promiennie. - Nie martw się o mnie, a lady Essex ma większy hart ducha, niż myślisz.

Wojsko zaczęło otaczać dom, ustawiając wartowników przy kolejnych bramach.

- Spójrz! - wykrzykuje Meyrick, wskazując na wschód, gdzie rzeka zakręca. - To chyba twój brat z Southamptonem. Widzisz? - Otwiera okno i wychyla się. - Widzisz jego szkarłatną pelerynę? - Wyciąga rękę ku flotylli małych łodzi, w rodzaju tych, którymi ludzie przeprawiają się do Southwark, aby oglądać szczucie niedźwiedzi w dołach.

- Ale gdzie jest jego barka?

- To na pewno oni. Tak, to oni.

Penelope dochodzi do wniosku, że skoro Essex nie płynie na swojej barce i jest zmuszony telepać się łodzią wielkości beczki piwa, to coś jest nie w porządku. Ale Meyrick ma rację. Jej brat jest na pokładzie jednej z łodzi; Penelope widzi go teraz całkiem wyraźnie, a także Southamptona w czerwonej pelerynie. Wszyscy pilnie wiosłują, nawet hrabiowie.

- Coś się stało, zawracają - zauważa Meyrick.

Penelope patrzy na zachód, ku Whitehall, i spełniają się jej obawy. W stronę łodzi płynie kilka barek w królewskich barwach. Są dalej, ale pomaga im prąd. Penelope pragnie siłą woli przyśpieszyć tę dziwaczną małą armadę, która zmierza tutaj w nieznośnie wolnym tempie. Flota z Whitehall się zbliża. Słyszy złowieszczy łoskot i wraz z Meyrickiem spogląda na Strand. W czasie, gdy obserwowali, co się dzieje na wodzie, żołnierze przygotowali taran do wyważenia bramy. Taran po raz kolejny uderza z potężnym hukiem, ale brama się trzyma.

Skądś dobiega okropny kobiecy krzyk. Penelope domyśla się, jakie wrażenie musi to wywierać na żołnierzach - teraz wiedzą, że w domu są kobiety. Może dzięki temu zyskają nieco lepszą pozycję przetargową; Bóg wie, że tego potrzebują. Mężczyźni na dziedzińcu szykują się do walki. Są nieliczni, a wśród nich jest młody chłopak, który wcześniej wszedł do kaplicy. Penelope z rozdzierającym bólem w sercu uświadamia sobie, że tego dnia jej dzieci mogą stracić matkę.

Wychyla się z okna i nakazuje mężczyznom wejść do środka.

- Weźcie wszystkie meble, cokolwiek ciężkiego znajdziecie. Zabarykadujcie drzwi. - To tylko kwestia minut, zanim brama ustąpi, a ci na dziedzińcu nie mogą równać się z żołnierzami na zewnątrz. Zwraca się do Meyricka: - Idź tam i przejmij dowodzenie. Dopilnuj, żeby mój brat dostał się do środka, a potem zamknij ten dom. - W duchu ponagla brata. - Dowiedz się, jaką mamy broń, i obsadź wszystkie wejścia tyloma zbrojnymi, iloma zdołasz.

Meyrick przebył już galerię i jest u szczytu schodów.

- Każ przysłać do mnie wszystkie służące - poleca Penelope.

Nie chce nawet myśleć, że Essex w swojej lichej łódce może do nich nie dotrzeć. Po raz ostatni spogląda na rzekę, by ocenić sytuację; pragnie, żeby trafili na jakiś ukryty prąd, który poniesie ich w górę rzeki, i zdążyli umknąć przed zbliżającymi się barkami, z których każda obsadzona jest przez sześciu wioślarzy.

Słyszy już zgrzyt mebli ciągniętych po bruku i głos Meyricka wykrzykującego rozkazy. Odrywa się od okna i biegnie do kaplicy, do zatopionej w modlitwie Frances.

- Zbierz wszystkie jego papiery - nakazuje jej. - Co do jednego, listy, dokumenty, książki... wszystko, co mogłoby go obciążyć. Musimy je spalić. Ty zajmij się sypialnią, a ja przeszukam gabinet. Przynieś wszystko do gabinetu, bo tam pali się ogień.

Stara się zachowywać spokój, skupiać myśli na tym, co musi zrobić teraz, a nie na tym, co może się wydarzyć w najbliższej przyszłości. Ale czuje, że dreszcz strachu pełznie jej po ciele.

Frances kiwa głową i idzie do drzwi.

- Ma przy sobie szkockie listy - mówi.

Penelope patrzy na bratową, zastanawiając się: skoro powiedział o tych listach żonie, to komu jeszcze?

- Jesteś pewna?

- Całkowicie.

- Miejmy nadzieję, że starczyło mu zdrowego rozsądku, żeby się ich pozbyć, na wypadek gdyby został schwytany.

- Nie dojdzie do tego.

Penelope nie wspomina o łodziach i o nadciągających królewskich barkach. W tej chwili nie ma powodu, aby gasić optymizm Frances; niebawem wszystko stanie się jasne.

Wchodzi do gabinetu i uświadamia sobie ogrom zadania, ponad dziesięć lat tajnej dyplomacji - Bóg jeden wie, co może tam być, co może obrócić się przeciwko nim. Oprócz dwóch pełnych po brzegi skrzyń, jednej z korespondencją, drugiej z dokumentami prawniczymi, stoi tam ściana książek. W wielu z nich są listy i zapiski, a każdy może okazać się obciążający. Zaczyna od skrzyń - wyciąga pakiety listów i wrzuca je do ognia, czekając, aż się zajmą, zanim doda kolejne.

Z dołu przychodzą cztery służące. Jedna, dorodna praktyczna dziewoja, zdaje się nie przejmować sytuacją; druga jest starsza, chuda jak zjawa i strach wyziera z jej zaskoczonych oczu; obie pozostałe są młodziutkie i tulą się mocno do siebie. Penelope wysyła dwie, żeby pomogły Frances przeszukać każdy zakamarek domu, a dwóm każe zająć się kuframi, podczas gdy sama zdejmuje z półek i wertuje książki, sprawdzając, co może być w nich ukryte. Niszczenie dokumentów przebiega powoli, ponieważ te welinowe niełatwo się palą i trzeba bardzo uważać, aby nie pozostały fragmenty.

Frances wraca, wymachując garścią listów, i zaczyna je wrzucać do ognia.

- Bóg jeden wie, co to takiego - mówi, po czym zaciska usta w cienką linię. - Głównie listy od jego kochanki, o ile się orientuję.

- Najlepiej pozbyć się wszystkiego - orzeka Penelope.

Spogląda przez okno i widzi, że flota z Whitehall zatrzymała się przy stopniach rzecznych, co oznacza, że zostali całkowicie otoczeni. Z ulgą dostrzega jednak kilka pustych łódek dryfujących w dół rzeki. Nic nie mówi, na wypadek gdyby się myliła, i prosi Frances, żeby dalej sprawdzała książki, a sama idzie zbadać sprawę. Biegnie przez galerię, nawołując Essexa, aż w końcu znajduje go w wielkiej komnacie z Southamptonem, który ma obłęd w oczach, i grupą przypadkowych mężczyzn. Słyszy głos Meyricka, pilnującego porządku przy głównym wejściu.

- O Boże, dzięki Bogu. - Podbiega do brata, który, chociaż brudny i zlany potem, wydaje się zaskakująco pewny siebie. - Co się stało z całą resztą?

- Połowa uciekła przy pierwszych oznakach kłopotów - wyjaśnia Southampton. - Twój ojczym jest ciężko ranny. Kilku zostało, żeby się nim zająć.

- Będzie żył? - pyta Penelope, z bólem serca myśląc o matce, która może owdowieć po raz trzeci.

- Trudno powiedzieć - mówi Essex. - Nie zdołaliśmy sprowadzić tu wszystkich z powrotem. - I z gniewem w oczach dodaje: - Inni szukają Smytha i jego tysiąca ludzi. Nie mogliśmy go znaleźć. Coś musiało się stać. Ale kiedy w końcu się zbiorą, mają rozkaz jak najszybciej do nas dołączyć.

- Wtedy dojdzie do prawdziwej bitwy. - Słowa Southamptona wywołują okrzyk poparcia w komnacie.

Ale Penelope myśli o wszystkich tych, którzy wspierali Essexa, stojąc wzdłuż ulic nawet w trzydziestu rzędach i wymachując flagami w jego barwach, o chłopcach potrząsających drewnianymi mieczami i wiszących na parapetach, aby mieć lepszy widok na swojego bohatera. Gdzie oni wszyscy są teraz? Jego najbliżsi zwolennicy odeszli wiele godzin temu i wrócili mniej liczni, niż wyruszyli. Najwyraźniej Essexem kierują złudzenia. Czas płynął dla niego niepostrzeżenie.

Penelope już chce go zapytać, czy ma plan awaryjny, gdy brat mówi:

- Jak się miewają nasi goście?

Czas staje w miejscu, gdy Penelope coś sobie uświadamia: Essex jest przekonany, że wysłannicy królowej nadal tkwią pod kluczem w jego gabinecie. Dlatego jest taki pełen wiary.

Penelope przez chwilę przygotowuje się wewnętrznie, po czym mówi:

- Odeszli.

Patrzy na nią, jakby nie zrozumiał.

- Odeszli?

- Przybył Gorges. Powiedział, że wydałeś mu rozkaz, by towarzyszył im w drodze do Tajnej Rady i bronił twojej sprawy.

Z ust Essexa wyrywa się zwierzęcy krzyk.

Southampton krzywi się i z głośnym przekleństwem uderza pięścią w ścianę.

- Nie miał takiego rozkazu.

W komnacie zapada cisza. Penelope przypuszcza, że wszyscy zaczynają rozumieć, tak jak ona, że Gorges ich zdradził, nie tylko uwalniając delegację, ale także zwodząc ich wymysłem o tysiącu ludzi. Bez takiej przynęty Essex pomaszerowałby na dwór, nie do Londynu, i wówczas jego przyszłość mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

- Nic już nie można na to poradzić - mówi, przejmując inicjatywę. - Zaczęłyśmy palić wszystkie twoje papiery. Daj mi szkockie listy. - Jej brat stoi jak w transie, patrząc prosto przed siebie martwymi oczami. - Robin! - ponagla go Penelope, lecz on nie reaguje. - Na litość boską, Robinie.

Bez zastanowienia uderza go mocno w twarz. Któryś z mężczyzn ze świstem wciąga powietrze. Essex spogląda na nią zszokowany.

- Szkockie listy. - Penelope wyciąga rękę, a on jak posłuszny chłopiec zdejmuje rzemyk przez głowę i bez słowa oddaje jej sakiewkę. - Weź się w garść, obejmij dowodzenie. Twoi ludzie potrzebują rozkazów. - Wszyscy czekają w milczeniu, obserwując. - Na co się tak gapicie? - Podnosi głos do krzyku. - Dopilnujcie, aby dom został zabezpieczony. Musimy przygotować się na oblężenie i wytrwać przynajmniej do czasu zniszczenia wszystkich dokumentów.

Wrzuca czarną sakiewkę do paleniska: piętnaście lat ostrożnych negocjacji staje w płomieniach. Ale wzajemna lojalność Devereux i króla Jakuba ma już solidne podstawy, niezależnie od istnienia dowodów na piśmie. Komnatę wypełnia ostry zapach płonącej skóry.

Z zewnątrz dobiega trzask, zapewne wyważonej bramy. Znowu rozlega się ten straszny kobiecy pisk. Dopiero wtedy Essex jakby odzyskuje rozsądek i podchodzi do okna.

- Widzę, że przysłała ich wszystkich - mówi z gorzkim śmiechem i zaczyna wyliczać: - Nottingham, Cumberland, Lincoln, Howard, jakich to tuzów ściągnęliśmy, i patrz - klepie Southamptona w ramię - to twój serdeczny przyjaciel Grey. - Jego głos ocieka sarkazmem. - Spójrzcie na wszystkich moich dawnych towarzyszy. Jest Robert Sidney... - Jego głos cichnie.

Kobieta nie przestaje krzyczeć.

Penelope patrzy na Roberta Sidneya, który idzie w stronę domu sam, bez straży. Przypomina sobie jego dawno zmarłego brata, który nosił się dokładnie w ten sam sposób: wyprostowana sylwetka, długi krok, uniesiony podbródek, co często błędnie interpretowano jako arogancję. Dopiero wtedy zauważa dwie wielkie armaty na Strandzie, dwoje mrożących krew w żyłach czarnych oczu skierowanych prosto na dom. Żołnierze krzątają się wokół nich - Penelope przypuszcza, że je ładują.

Krzyk nie cichnie.

- Niech ktoś znajdzie tę kobietę i ją uciszy - warczy Essex.

- Zostaw ją w spokoju - mówi Penelope. - Jej krzyki bez wątpienia poruszą sumienie armii. Jeśli mają poczucie przyzwoitości, nie będą chcieli bombardować domu pełnego kobiet.

- Błagam cię, Essex, poddaj się! - krzyczy spod okna Robert Sidney.

- Pójdę z nim porozmawiać - oznajmia Southampton.

- To zbyt niebezpieczne. Prędzej zostaniesz zastrzelony niż wysłuchany - zaznacza Essex, który najwyraźniej odnalazł w sobie determinację. - Wejdź na dach, tam będziesz poza zasięgiem. - Chwyta przyjaciela za ramię, mówiąc cicho i nieustępliwie. - Graj na zwłokę. Penelope ma rację, należy pozbyć się tych papierów. Muszę zająć się tymi, które ukryłem.

Ma stal w oczach. Wydaje rozkazy pozostałym, po czym składa pośpieszny pocałunek na policzku siostry, szepcząc: "Dziękuję", i wychodzi z innymi wśród pobrzękiwania broni.

Zaledwie chwilę później Penelope słyszy, jak Southampton coś krzyczy z dachu do stojącego wprost pod nim Roberta Sidneya.

- Na litość boską, poddajcie się - odpowiada ten, w geście rozpaczy chwytając się za głowę. - Nottingham nie będzie zwlekać. Armaty zniszczą ten dom wraz ze wszystkim, co się w nim znajduje. - Wskazuje na bliźniacze czarne ślepia, które w zapadającym zmierzchu wlepiają swoje śmiercionośne spojrzenie w Essex House.

Do Penelope napływa strzęp wspomnienia. Czuje pod palcami szorstki pocałunek pergaminu, jakby czas się załamał, i znów jest tamtą młodą kobietą. Wodzi wzrokiem po zapamiętanych atramentowych wersach. W jej duszy wyryte są słowa: Stworzywszy główne dzieło, piękne oczy Stelli, Natura im przydała jasności promienie. Czuje obok siebie ciepło ciała Philipa Sidneya.

Słyszy te wersy w głosie Blounta. Czas płata jej figle, bo teraz widzi Blounta po raz pierwszy - kiedy zranił Essexa w tym nierozsądnym pojedynku - w tej samej komnacie, ponad jedenaście lat temu. Czuje pocałunek Blounta na grzbiecie dłoni; uśmiecha się; jej serce gubi rytm i wraca do teraźniejszości z tymi bliźniaczymi armatami, które wpatrują się w nią nieruchomym wzrokiem.

Southampton coś mówi, ale wiatr porywa jego słowa i głuszy je bezustanny krzyk.

Robert Sidney odpowiada:

- Przynajmniej pozwólcie odejść kobietom, zanim rozpocznie się ostrzał!

Penelope zmusza się, by na niego spojrzeć, zobaczyć, czym różni się od brata: ma ciemniejsze włosy, jest bardziej krępy i starszy od Philipa w chwili śmierci tamtego. Ta myśl jest ciosem w serce, ale Penelope nie może pozwolić, by przytłoczyły ją dawne emocje. Już nie jest tą samą kobietą. Otwiera okno.

- Będę stać lub upadnę z Essexem! - woła. Robert Sidney wygląda na zdruzgotanego jej deklaracją. Penelope nie chce się zastanawiać, czy sama się boi. - Może zdołam przekonać inne kobiety, żeby odeszły w bezpieczne miejsce. Jest ich tylko garstka. Wątpię, żeby lady Essex opuściła mojego brata.

Zwraca się do nieznanego jej z imienia mężczyzny, którego przydzielono jej do ochrony, i prosi go, by przekazał kobietom wiadomości od Roberta Sidneya.

- Powiedz im, że nikt nie pomyśli o nich nic złego, jeśli postanowią odejść.

Wychylając się z okna, wyraźniej słyszy Southamptona; widocznie kierunek wiatru się zmienił. W jego głosie pobrzmiewa desperacja.

- Przyślij delegację, a wypracujemy porozumienie!

Mówi jak człowiek, który ma coś do zaoferowania. Przecież wie, że ich sprawa jest beznadziejna; nie ma przed tym ucieczki. Penelope chciałaby, żeby zakończył tę głupią gadkę. Spogląda na ludzi w dole.

Otoczyli cały dom. Szybko zapada ciemność i zapalono pochodnie, które podskakują jak świetliki. Z jednej strony widzi zacienione rzędy halabardników, a w ogrodzie węzłowym szereg mężczyzn klęczy z muszkietami przyciśniętymi do ramion. Po Strandzie kręcą się jeźdźcy; Penelope słyszy, jak kopyta ich koni stukają na bruku. Kilka pochodni oświetla czarne ślepia armat, nadal patrzące w jej stronę - zakłada, że lonty zapalą się od tych świateł. Powietrze gęstnieje od zniecierpliwienia. Penelope wie, że gdy padnie rozkaz, by strzelać, nic nie powstrzyma rozlewu krwi. Nie wolno jej o tym myśleć.

- Sir Robercie - woła, zagłuszając głos Southamptona - przekaż to Nottinghamowi! Rozebranie barykad zajmie nam trochę czasu. Poproś go, aby dał nam dwie godziny na przywrócenie dostępu do drzwi, co pozwoli odejść kobietom, które sobie tego życzą, a następnie na odbudowanie barykady. Poza tym to uczciwa walka.

Pokłada w Bogu nadzieję, że dwie godziny wystarczą. Myśli o kobietach, które w gabinecie wrzucają papiery do paszczy ognia: w jej głowie jest to otchłań piekła.

Ktoś podał Robertowi Sidneyowi pochodnię; jej rdzawe światło całuje go i ożywia złocenia na jego napierśniku, gdy mężczyzna idzie przekazać wiadomość swojemu zwierzchnikowi. Penelope nie widzi Nottinghama; ten niewątpliwie trzyma się w bezpiecznej odległości. Mimo że jest skoligacony z Devereux - poślubił ich kuzynkę Kate - i walczył u boku Essexa w niejednej kampanii, nigdy nie lubił jej brata. Wiele lat temu stwierdziła, że jest kimś, kto przezornie ustawia się po nawietrznej, aby uniknąć smrodu. Czekając na odpowiedź, myśli o Cecilu w pałacu, wyobraża sobie, jak zaciera ręce, rozkoszując się swoim rychłym zwycięstwem: innego wyniku nie będzie.

Podnoszą i kładą karty od lat, ale teraz zbliżają się do końca gry, a Cecil ma wszystkie atuty. Jest jednak karta, której nie udało mu się wziąć. Ta karta to król Szkocji. Król Jakub nie ufa Cecilowi. Ale jaką korzyść może przynieść im przychylność Jakuba w tej chwili? Penelope stara się nie myśleć o tym, co by było, gdyby hrabia Mar zjawił się z deklaracją poparcia Jakuba dla Essexa. Wtedy Cecil mógłby zostać z pustymi rękami.

Penelope widzi niewiele z tego, co się dzieje na zewnątrz, z wyjątkiem blasku poruszających się pochodni, i jest rada, że mrok skrył te bliźniacze czarne dziury, które wciąż się na nią gapią. Ale zniecierpliwienie wisi złowieszczo w powietrzu. Jej serce trzepocze w oczekiwaniu na śmierć, jak przed spotkaniem z kochankiem. Penelope ma lodowate ręce i fantazjuje, że może już nie żyje. Słyszy wołanie z dołu.

- Masz dwie godziny, lady Rich, poręczone przez Nottinghama.

- Jestem twoją dozgonną dłużniczką, sir Robercie - odpowiada, z myślą, że może niedługo będzie nosić ciężar tego zobowiązania.

- Dobrze się sprawiłeś, Sidney. Zawsze byłeś lojalny! - dobiega z góry głos Southamptona.

Penelope zamyka okno i podchodzi do kominka, żeby się ogrzać; po drodze bierze pudełko z przyborami do pisania. Ma zbyt skostniałe palce, żeby prawidłowo trzymać pióro, ale jakoś udaje jej się przy świetle ognia naskrobać list miłosny do Blounta. Nie chce pogrążać się w rozmyślaniach o nim z obawy, że straci odwagę, mimo woli jednak wyobraża sobie, że o świcie ktoś znajdzie jej list wśród gruzów. Dopilnuj, aby nasze dzieci miały należytą opiekę, ukochany, i zapomnij o mnie. Znajdź miłość gdzie indziej. Nie mogę znieść myśli, że będziesz sam. Choć od miesięcy pragnęła mieć go przy sobie i rozpaczliwie potrzebowała jego rady, teraz cieszy się, że Blount jest daleko, bezpiecznie daleko od tego chaosu, i że nie przylgnie do niego sadza Devereux. Z zaskoczeniem dostrzega kleks łzy na swoich słowach. Myślała, że panuje nad emocjami. Oddycha głęboko, składa papier, pieczętuje go i pisze na nim: Do rąk własnych Charlesa Blounta, lorda Mountjoya, po czym wsuwa list w ramę dużego portretu Leicestera, gdzie nie można będzie go przeoczyć. Napotyka wyniosłe spojrzenie Leicestera i wychodząc z komnaty, przez chwilę zastanawia się, co ojczym musi myśleć o tym wszystkim, jeśli rzeczywiście patrzy zza grobu.

W gabinecie trwa gorączkowa praca. Praczka i krawcowa dołączyły do Frances w podsycaniu ognia i przeglądaniu książek, a młodsze służące w kącie próbują uspokoić starszą, która już nie krzyczy, ale jęczy i miota się jak przerażone zwierzę.

- Gdzie jest Essex? - pyta Penelope.

- Przetrząsa każdy cal domu w poszukiwaniu wszystkiego, co mogłoby go obciążyć. Prawie skończyłyśmy. Nie przypuszczam, żeby został gdzieś skrawek papieru z odręcznym pismem. - Frances bierze jej rękę i mocno ściska, jakby szukała pokrzepienia w ludzkim dotyku, ale jest spokojna, nie drży.

Przez chwilę obie w milczeniu patrzą w ogień. Nagle Penelope zdumiewa bezsens tego wszystkiego. Nic już nie uratuje jej brata. Powstał z armią przeciwko władzy królowej i nie będą potrzebować obciążających listów, żeby wysłać go pod topór.

- Udało mi się zyskać trochę czasu i myślę, że powinnyśmy go wykorzystać na przekonanie Essexa, by się poddał, zamiast... - Milknie.

Myśli o tamtym podrostku. Chłopak w jakiś sposób stał się symbolem bezsensownej rzezi, jaka może wyniknąć z tej przegranej sprawy.

- Zamiast walczyć na śmierć i życie i zabrać ze sobą kilkadziesiąt dusz? - dopowiada Frances. - Czy do tego doszło?

- Obawiam się, że tak.

Frances tylko kiwa głową. Wszyscy wiedzieli, jak wysoka jest stawka.

Luty 1601

Whitehall/Westminster

- Hrabia się poddał, Wasza Królewska Mość - mówi Cecil. - Bez rozlewu krwi.

- Gdzie on jest?

- W pałacu Lambeth, skąd o brzasku zostanie przeniesiony do Tower.

Mówi cicho, czekając na wybuch żalu królowej, lecz ta w żaden sposób nie reaguje, nawet nie drgnie. Siedzi wyprostowana, bez oznak zmęczenia, chociaż dawno minęła dziewiąta wieczorem, a od świtu uczestniczyła w spotkaniach Rady, podczas gdy wszyscy w pałacu siedzieli jak na szpilkach. Sam jest obolały z wyczerpania, doskwierają mu skurcze w plecach i marzy o tym, aby położyć się i zamknąć oczy choćby na pół godziny. Przygotowuje się wewnętrznie na oszczerstwa, jakimi z pewnością obrzuci go hrabia.

- A lady Rich? - pyta Elżbieta.

- Wysłałem rozkazy, by zamknięto ją w domu Sackforda. Została zatrzymana z mieczem u boku.

- Na litość boską! Z mieczem! Więc była uzbrojona. - Królowa wydaje się zafascynowana tym szczegółem, a on nie może rozstrzygnąć, z jakiego powodu: zachwyca ją wizja lady Rich dzierżącej broń czy może aprobuje skazanie chrześnicy jako osoby stanowiącej prawdziwe zagrożenie? - Henry Sackford jest twoim przyjacielem, prawda?

- Tak. I przynajmniej w jego domu lady Rich nie będzie miała władzy nad personelem.

- Ludzie sami chętnie owijają się wokół jej delikatnych palców. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

- Poza tym wiem, że mogę bezgranicznie ufać Sackfordowi - dodaje Cecil.

- Odkryłam, że zaufanie może być wielce zawodne. Ale tobie mogę ufać, prawda, Pigmeju?

- Oczywiście, Wasza Królewska Mość. - Zastanawia się, czy jej pytanie oznacza, że w to wątpi.

- A Southampton i pozostali?

Cecil zaczyna recytować nazwiska jeńców i ich miejsca pobytu.

- Sporządziłem listę. - Podaje jej kartkę.

Kątem oka widzi, że Ralegh opowiada żart swojemu krewnemu, Ferdinandowi Gorgesowi, i ten parska śmiechem. "Całkowicie i nieodwracalnie zrobiony na szaro!" Trącają się kubkami i wypijają po łyku. Gorges ociera usta rękawem, zostawiając na płótnie ciemną plamę wina. Jego dublet jest rozdarty pod szyją i prawie przetarty na łokciach. Cecil wie, że Gorges od jakiegoś czasu należał do najbliższego otoczenia Essexa. Narasta w nim irytacja, ponieważ wygląda na to, że wydarzyły się doniosłe rzeczy, o których on nic nie wie. Poprawia mankiety, obciąga je, żeby były równe, i rozprostowuje krezki, podziwiając aksamitną powierzchnię swoich najlepszych pantofli, gładkie atramentowe pończochy i dyskretny połysk czarnych atłasowych nogawic; uspokaja go widok takiej schludności.

- Gdzie jest lady Essex? - pyta królowa.

- Z matką w Barn Elms. Zabrała ze sobą wszystkie inne kobiety.

- Oprócz lady Rich. - Królowa stuka w kartkę, którą trzyma w dłoni. - Chcę, abyś osobiście ją przesłuchał, Pigmeju. Przynajmniej ty możesz być odporny na jej słynne wdzięki.

- Jak sobie życzysz, Wasza Królewska Mość. - Cecil gorączkowo zastanawia się, czy będzie mógł coś zyskać z takiego przesłuchania, coś na własną korzyść.

- Masz nie być dla niej miękki. - Głos Elżbiety jest napięty i oschły. - Jeśli tkwi w centrum spisku, musi pójść na szafot, jak jej brat. - Prycha ostro i lekko kręci głową, jakby odpędzała od siebie jakieś wspomnienie. - Chcę zamknąć to szybko, przed końcem miesiąca.

Komnata jest ponura, z ciemną niemalowaną boazerią i gołą podłogą ze starych dębowych desek, które poskrzypują pod jego stopami. Wątłe płomyki w kominku nie odpierają lutowego chłodu. Cecil zauważa kłębki kurzu w kątach; kurz pokrywa prawie każdą poziomą powierzchnię. To sprawia, że odruchowo otrzepuje ubranie, chociaż jeszcze niczego nie dotknął.

Lady Rich siedzi plecami do małego okna tuż za nią, więc nie widzi jej rysów - to stara sztuczka, której nauczył się od ojca, mająca na celu zaniepokojenie rozmówców - ale go zaskakuje: wstaje i przechodzi na środek komnaty, oferując mu dłoń i uśmiech. Cecil zdejmuje kapelusz i ujmuje wyciągniętą rękę. Jest zimna jak marmur i równie gładka. Chciałby, żeby ten uścisk trwał bez końca; nie pamięta, kiedy ostatni raz dotykał kobiecej dłoni bez rękawiczki.

- Chętnie zaproponowałabym ci coś do picia, ale tutejsi służący... - Lady Rich urywa z wyrazem rozbawionego oburzenia w czarnych oczach. - Cóż, nie są zbyt uczynni. Może gdybyś ty poprosił o wino, chętniej wyświadczyliby przysługę. - Dopiero wtedy wysuwa palce z jego ręki i podchodzi do stołu, przy którym stoją dwa różne krzesła. - Biegnij do kuchni - mówi do stojącego przy drzwiach pazia Cecila - i powiedz, że twój pan życzy sobie poczęstunku.

Wyraźnie nie przeszkadza jej, że zostaną sami, a on uważa to za ekscytujące; nigdy nie był sam na sam z lady Rich. Przez wszystkie lata spędzone na dworze taka okazja nie nadarzyła się ani razu.

Wciąż stojąc, Cecil patrzy na zakurzone krzesło i rozgląda się za czymś, czym mógłby je przetrzeć. Nie znajdując niczego odpowiedniego, wyciąga jedwabną chusteczkę, wyciera siedzenie i dopiero wtedy siada. Zauważa smugi brudu na mankietach i kołnierzyku lady Rich - aresztowano ją w tym stroju i w ciągu trzech dni, które tu spędziła, nikt nie okazał się dość przyzwoity, żeby zaproponować jej ubranie na zmianę - a jednak wygląda olśniewająco. Jak zawsze. Cecil zatrzymuje spojrzenie na jej dekolcie; ona przyłapuje go na tym i z cieniem uśmiechu okrywa się szalem. Żar rośnie w jego pachwinie.

- Dopilnuję, żeby twój mąż przysłał ci potrzebną odzież i wiktuały.

- To dobrze, ale oboje wiemy, że królowa nie przysłała tu swojego najważniejszego doradcy, aby zapewnił mi wygody. - Lady Rich uśmiecha się, tym razem szeroko; ma równe, zdrowe zęby.

Cecil ogląda paznokcie, jakby wcale nie dostrzegł jej rozbrajającego uśmiechu. Czeka, aż kobieta coś powie, mając nadzieję, że jego milczenie choć trochę nadwątli jej pewność siebie. Nic z tego.

- Czy to ma być milczące przesłuchanie? - pokpiwa lady Rich. - Może tak będzie najlepiej, bo byłabym niepomiernie zdziwiona, gdybyś znalazł powód, żeby mnie skazać.

- Nie trzeba wiele. Wystarczy twój podpis na liście do... - Cecil robi pauzę dla efektu - powiedzmy, do króla Szkocji.

- Nie znajdziesz żadnych listów. Wszystkie papiery hrabiego spłonęły.

- Wszystkie? - pyta ją, a ona znów posyła mu uśmiech. Dlaczego ta kobieta wciąż się uśmiecha? - Co do skrawka?

Cecil myśli o swoim liście do hiszpańskiego ambasadora, tym, który, jak się obawiał, trafił do Essex House - największy błąd w jego grze. Zalewa go fala ulgi. Nie zdawał sobie sprawy, do jakiego stopnia ten list bezustannie sączył truciznę do jego umysłu. Może wypłynąć podczas procesu Essexa - hrabia na pewno będzie obrzucać go błotem - ale bez twardych dowodów prawda nie wyjdzie na jaw.

- Nie potrzeba pisemnego dowodu, żeby cię skazać, lady Rich. Byłaś uzbrojona, kiedy cię aresztowano. Wielu to poświadczy.

- Chodzi ci o miecz paradny Sidneya? Jesteś śmieszny.

- Miecz paradny jest tak ostry jak bojowy. - Cecil splata palce; zdaje sobie sprawę, że to musiał być ten sam miecz, który jej brat niemal dobył na Elżbietę. - Wiesz równie dobrze jak ja, że jeśli Jej Królewska Mość zechce się ciebie pozbyć, to tak się stanie.

- Oczywiście. Rozumiem, jak to się dzieje.

Cecilowi imponują jej odwaga i spokój.

- Boisz się śmierci, Cecilu?

Nie wie, jak zareagować, i nieco traci czujność.

- Hm... hm... To nie ma nic do rzeczy.

- Myślę, że wszyscy boją się umrzeć, nawet ci nieliczni, którzy są naprawdę pobożni i bez grzechu. A co do reszty z nas... - Lady Rich urywa.

Strach ściska mu żołądek. Jej podstęp się powiódł, bo jest wstrząśnięty tą rozmową o śmierci.

- Mam propozycję - podejmuje lady Rich, patrząc na niego tymi atramentowymi oczami.

- Propozycję? Naprawdę wierzysz, że twoje położenie daje ci możliwość negocjacji?

Cecil musi sięgnąć do całych zasobów opanowania, aby nie stracić zimnej krwi. Wyobraża sobie, jak ta kobieta wyciąga zza bawetu list napisany jego ręką, zaadresowany do hiszpańskiego ambasadora. Próbuje się uspokoić: jeśli powiedziała prawdę, to jego list równie dobrze mógł obrócić się w popiół.

Lady Rich nie odpowiada, tylko nadal na niego patrzy. Cecil powoli zaczyna rozumieć, co to za propozycja. Nie może zapomnieć, że ma do czynienia z kobietą, która łamie wszelkie zasady przyzwoitości z kochankiem i najwyraźniej nie dba o swoją reputację. Wyciąga rękę, czubkiem palca muska miękkie ciało jej szyi.

Ona wzdryga się, jakby ją oparzył, gwałtownie odsuwa się poza jego zasięg, nogi krzesła zgrzytają na podłodze.

Wchodzi sługa z naczyniami, a paź Cecila niesie pozłacany dzbanek.

- Widzę, że przynieśli platery na twoją cześć. - Lady Rich wącha zawartość dzbanka. - Dobre czerwone wino. Od przybycia tutaj piję rozwodnione piwo ze skórzanego kubka. - Z przesadnym grymasem bierze z talerza pasztecik i bez ceremonii zatapia w nim zęby.

Okruszek ciasta przywarł jej do wargi. Cecil fantazjuje, że usuwa go językiem.

Sługa czeka.

- Czy mam...

- Odejdź - rzuca Cecil, a paziowi daje znak, żeby czekał na zewnątrz.

Kiedy klamka opadła z cichym szczękiem, wstaje i robi krok w stronę lady Rich. Zaschło mu w ustach, nie może wydobyć słowa. Chwyta w garść brzegi jej szala i go z niej ściąga. Ona eleganckim ruchem zakrywa dekolt.

- Nie! Myślałeś, że taka jest moja propozycja?

Jest sztywny ze wstydu, przerażony tym, że żądze zawładnęły nim, zdezorientowały go, zburzyły jego opanowanie.

Lady Rich śmieje się z niego.

- Mam dla ciebie coś znacznie lepszego niż moje ciało. - Nie przestaje się śmiać.

Twarz pulsuje mu z gorąca.

- Co zatem? - pyta Cecil, gdy w końcu odzyskuje mowę, i jego myśli wracają do tego przeklętego listu. - Masz to?

- To? - Jest na wpół odwrócona od niego, jakby zainteresowało ją coś za oknem.

- List.

Znów na niego patrzy, przeszywa go wzrokiem ostrym jak kocie pazury.

- List? Nie. Mówię o... - Lady Rich zawiesza głos. - Usiądź, na litość boską. - Cecil robi, co mu każe, jak posłuszny pies. - Wierzę, że zawsze istnieje możliwość zawarcia porozumienia, jeśli obie strony uznają je za korzystne.

Cecil się uspokaja; dopiero teraz rozumie, że nie chodzi o jego list, i jego emocje dostosowują się jak igła kompasu do północy.

- Słucham.

- Chcę porozmawiać o sukcesji. Musisz wiedzieć, że szkocki król jest jedynym naprawdę odpowiednim kandydatem.

Dreszcz przebiega mu po plecach. Podejrzewa, że zaraz usłyszy o wskrzeszeniu czegoś, o czym myślał, że umrze wraz z jej bratem. Lady Rich może być o krok od złożenia mu takiej samej propozycji, jaką on mógłby złożyć jej, gdyby jemu pierwszemu przyszło to do głowy.

- Może - mówi krótko.

- Nie ma tu żadnego "może". Infantka od początku była mrzonką. Nikt w Anglii nie zaakceptowałby Hiszpana, a cóż dopiero Hiszpanki. Wszyscy to wiemy. A córka Stuartów, kuzynka szkockiego króla, którą szykowano do objęcia tronu? Z tego, co słyszę, jest na wpół obłąkana. I roszczenia Beauchampa... cóż, straciły rację bytu. Jakub ze Szkocji ma odpowiednią krew, syna i płodną żonę. Myślisz, że Anglia odrzuci taką szansę?

- Do czego zmierzasz? - Cecil stara się kontrolować brzmienie głosu, żeby nie zdradzić, jaki jest przejęty. Lady Rich oczywiście ma rację, ale nie sprawi jej satysfakcji potakiwaniem.

- Zapamiętaj moje słowa: Jakub ze Szkocji zostanie wyznaczony na następcę, nie mam co do tego wątpliwości.

- Nadal nie rozumiem, dlaczego to istotne.

- Jakub jest drogim przyjacielem rodziny Devereux, w szczególności moim i lorda Mountjoya. - Lady Rich milknie; Cecil sądzi, że chce tym wywołać odpowiedni efekt. - Ale wiem, że ciebie nie darzy zbytnią sympatią. Tak naprawdę uważa, że jesteś... Jakiego słowa użył, kiedy ostatnio do mnie pisał? - Znów urywa i oblizuje usta, zgarniając okruszek. - Ach, tak, szczwany, tak o tobie powiedział. Nie chciałbym, żeby doradzali mi szczwani ludzie, tacy jak Cecil. Byłby pierwszym, którego bym się pozbył.

Lady Rich znów patrzy mu w oczy, jakby rzucając wyzwanie, i musi być świadoma, że przyznaje się, tu i teraz, do omawiania kwestii sukcesji z królem Szkocji. Już samo to wystarczy, by posłać ją na szafot. Ale jej pewność siebie wynika z przeświadczenia, że on chce umościć sobie gniazdko na przyszłość - Cecil ma wrażenie, że wyrwała mu duszę i przejrzała ją na wylot.

- Król Jakub będzie wiedział, że jesteś inicjatorem upadku mojego brata. Będzie chciał się zemścić, gdy obejmie władzę.

Jej słowa trafiają w sedno. Cecil czuje, że się kurczy.

- Mogłabym jednak mu powiedzieć, że miał o tobie błędne zdanie, Cecilu. I miłosierdzie, jakie mi okażesz, będzie tego dowodem. Wybaw mnie od topora, a ja ocalę cię przed zemstą Jakuba ze Szkocji. Przekonam go, że potrzebuje takiego człowieka jak ty u swojego boku. Przypuszczam, że mógłbyś zostać sekretarzem stanu w nowym rządzie.

Cecil ma mętlik w głowie. Jeśli się zgodzi, zdrada zwiąże go z lady Rich. Ale widzi swoją przyszłość, roztaczają się przed nim nieskończone widoki chwały, bogactw, czegoś, z czego byłby dumny jego ojciec, dziedzictwa, które przekaże synowi. Albo to, albo zguba.

Próbuje obmyślić najlepszy sposób przedstawienia sprawy Elżbiecie, gdy nagle lady Rich, jakby umiała czytać w myślach, mówi:

- Powiedz królowej, że jesteś przekonany o mojej niewinności, a jeśli to nie wystarczy, przypomnij jej, że lord Mountjoy ma na rozkazy armię w sile trzynastu tysięcy ludzi i nie warto narażać się na jego gniew, pozbywając się jego żony. - Wypowiada słowo "żona" z przekorą, jakby rzucała mu wyzwanie, by temu zaprzeczył. - Poza tym lord Mountjoy osiągnął w Irlandii przez kilka miesięcy to, czego wielu innych nie zdołało dokonać przez trzydzieści lat. Królowa go potrzebuje, a jeśli włos spadnie mi z głowy, jestem pewna, że lord Mountjoy... - Nie kończy, tylko odchyla się na krześle i wyciąga ręce nad głowę z cichym westchnieniem satysfakcji. - Coś wymyślisz, Cecilu. Jesteś sprytnym człowiekiem.

- Zostaniesz postawiona przed Tajną Radą za udział w szaleństwie twojego brata.

- Tajna Rada... sądzę, że sobie z nimi poradzę. Robiłam to już wcześniej. - Penelope przechyla głowę i mówi kpiąco płaczliwym tonem: - Zniewoliła mnie ślepa miłość do brata. - Prostuje się i wyciąga do niego rękę. - Mamy umowę?

Cecil patrzy na jej dłoń i znów na twarz, która niczego nie ujawnia. Nie wie, czy to blef najwyższego rzędu; może szkocki król nie napisał niczego takiego... Szczwany... ha! Może ta wielka przyjaźń między nim a rodziną Devereux jest jednym wielkim wymysłem.

Marmurowa dłoń lady Rich wciąż jest wyciągnięta.

Cecil spogląda przez szczelinę między zasłonami. Z galerii ma widok na Westminster Hall. Poniżej siedzą Essex i Southampton. Nie może zobaczyć ich twarzy, widzi tylko czubki głów. Obaj znajdują się przed obliczem ludzi prawa: Lorda Najwyższego Sędziego w szkarłatnych szatach, ośmiu sędziów i przewodniczącego lorda Buckhursta. Po obu stronach Cecil naliczył dziewięciu hrabiów i szesnastu baronów - parów, którzy ogłoszą werdykt; jednym z nich jest lord Rich. Naprzeciwko sędziów zasiadają doradcy królowej, wśród nich Francis Bacon. Essexowi musi ścinać krew w żyłach widok człowieka, który był wtajemniczony w tak wiele jego sekretów.

Cecilowi przypomina się doktor Lopez sprzed lat - biedny człowiek zapędzony na szubienicę; wymazał z umysłu swój udział w jego zgubie, przypisując całą winę Essexowi. Bacon był wtedy jednym z prokuratorów, na polecenie Essexa, jeśli pamięć dobrze mu służy, a służy. Cecil wyrzuca z głowy myśli o Lopezie, nim zacznie się kolejny kryzys sumienia. Nie może się uwolnić od pytania lady Rich: "Boisz się śmierci, Cecilu?". Boi się dnia sądu. Ale czasami otrzymuje znaki Bożego miłosierdzia, wskazówki, że może Bóg rozumie bezwzględnego człowieka, jeśli jego działania służą wyższemu dobru. A czy on robił coś poza służbą swojej królowej i ojczyźnie?

Tego ranka dostał właśnie jeden taki znak, szczęśliwe odkrycie, które położyło kres nękającym go od dwóch lat złym przeczuciom. W rezultacie siedzi za kotarą lekki jak chmurka. W związku z pewną sprawą musiał sięgnąć do starego rejestru i wertując go, natknął się na złożoną kartkę, na której od razu rozpoznał własne schludne pismo, i jedna linijka szczególnie rzuciła mu się w oczy: Jestem przekonany, że w sprawie roszczeń infantki można osiągnąć jakieś porozumienie. Fala euforii sprawiła, że wykrzyknął: "Bogu niech będą dzięki!" tak głośno, że jego skryba wszedł z pytaniem, czy wszystko w porządku. "Och, tak, jak najbardziej", odrzekł Cecil, drąc list na kawałki i zgniatając papier w garści. Jakie pamięć może płatać figle umysłowi; był tak głęboko przekonany, że zapieczętował i wysłał kompromitujący list, że nigdy nie przyszło mu do głowy, by szukać go we własnym gabinecie. Cały wszechświat jest uporządkowany. Skryba, wychodząc, obrzucił go jeszcze zaniepokojonym spojrzeniem. Cecil przemknął przez komnatę, cisnął kawałki listu do ognia i patrzył, jak płomienie raz na zawsze pochłaniają jego słowa. Ma uczucie, że Bóg dał mu lekcję.

Bacon przemawia, tnąc Essexa rapierem swojego intelektu. Cecilowi podoba się jego punkt obserwacyjny i to, że nikt nie wie o jego obecności. Nie jest ani parem królestwa, ani prawnikiem, więc nie ma obowiązku uczestniczyć w postępowaniu, a żadna siła nie zmusiłaby go do siedzenia wśród motłochu. Jeśli wyciągnie szyję, widzi galerię dla publiczności. Przypuszcza, że byłaby tam lady Rich, gdyby nadal nie przebywała pod kluczem w tej ponurej komnacie w domu Henry'ego Sackforda.

Wciąż czuje zimny jak marmur uścisk jej dłoni i towarzyszące mu podniecające uczucie niepokoju. Pracuje nad królową w związku z tą sprawą - z tym uściskiem dłoni, tym zawartym porozumieniem - i powoli przekonuje ją do zmiany stanowiska. Dostrzegł błysk przebaczenia w jej oczach, kiedy wspomniał o lady Rich. Jakże często widywał to spojrzenie, gdy chodziło o Essexa. Jednak nie tym razem. Hrabia jest już prawie skończony, ale smukła szyja lady Rich pozostanie nietknięta. Cecil zaczął przygotowywać grunt pod sukcesję Jakuba ze Szkocji. Tu trzeba subtelności, a on ma jej pod dostatkiem. Ale w ciemności nocy dręczy go myśl, czy nie zawarł paktu z jakąś mroczną siłą; przecież zdradził swoją królową. Powstrzymuje się od dalszych rozważań, żeby nie zacząć się zastanawiać, czy to oznacza, że zdradził także Boga.

Essex, przesłuchiwany przez swojego byłego sojusznika Bacona, po raz pierwszy daje się ponieść emocjom. Podczas zeznań Pophama, Ralegha i wijącego się Ferdinanda Gorgesa ani razu nie stracił panowania nad sobą. Teraz jednak wyraźnie drży. Bacon jest uzbrojony w głębię wiedzy; obaj, on i Cecil, przesłuchali wszystkich głównych graczy w tej sprawie. Większość z nich wyznawała grzechy jak papista na spowiedzi. Tylko ojczym Essexa, sir Christopher, ledwie żywy od rany zadanej włócznią w twarz, nie chciał mówić. Splunął na brudną podłogę więzienia Newgate i rzekł: "Niczego ode mnie nie wyciągniecie". Powieszono go nazajutrz, wraz z Meyrickiem i Cuffe'em. Kobiety Devereux naprawdę niefortunnie wybierały sobie mężów.

Bacon naciera, podkreślając każde trafienie kolistym ruchem eleganckich dłoni, jak dyrygent chóru.

Essex wstaje i krzyczy:

- Chcecie posłuchać o buntowniczych zamiarach i zdradzie?! Cóż, mam historię o tym, jak korona Anglii o mało nie została sprzedana Hiszpanom. Z zaufanego źródła wiem, że jeden z moich kolegów w Radzie słyszał to na własne uszy. Na własne uszy! - powtarza donośnie, a jego głos rozbrzmiewa w zamarłej sali. - Słyszano, jak Robert Cecil, Lord Tajnej Pieczęci, powiedział, że roszczenia infantki do tronu są równie zasadne jak każdego innego.

Cecil z sykiem wciąga powietrze, wytężając umysł, żeby przypomnieć sobie, co powiedział i do kogo. Mógł mimochodem rzucić taką uwagę podczas prywatnego spotkania z hiszpańskim ambasadorem, by sprowokować go do wyjawienia, co udaremniło zawarcie traktatu pokojowego, ale nie do członka Tajnej Rady, nigdy!

Essex wciąż krzyczy:

- Jeśli nie jest to uzasadniony powód, żebym pragnął usunąć ten zły wpływ z orbity Jej Królewskiej Mości, to nie wiem, co mogłoby nim być!

Siada i zapada cisza. Cecil zbiera się na odwagę i myśląc o tym płonącym liście, wstaje i jednym szybkim ruchem odciąga zasłaniającą go kotarę. Tkanina przesuwa się z głośnym metalicznym świstem, który przypomina dobywanie miecza, i w sali rozbrzmiewają stłumione okrzyki. Cecil stoi wyprostowany, patrząc na obrócone w jego stronę twarze, i przez chwilę ma wrażenie, że odgrywa rolę w sztuce. Powoli idzie na dół po drewnianych schodach i odgłos jego nierównych kroków niesie się w ciszy. Gdy zmierza po rozległej przestrzeni w kierunku Buckhursta, czuje w sobie wrzący gniew, jakby był garnkiem pozostawionym zbyt długo na ogniu, i jest bliski wybuchu. Ale wciąż myśli o płonącym papierze i marmurowym uścisku dłoni lady Rich, przypominając sobie, że ma całkowitą kontrolę nad grą.

Pada przed Buckhurstem na kolana - dotychczas klękał jedynie przed królową - ale w tym momencie to przesadne zachowanie wydaje się odpowiednio dramatyczne.

- Błagam, aby pozwolono mi odpowiedzieć na to fałszywe oskarżenie, lordzie.

- Udzielam zezwolenia. - Nawet Buckhurst, pochylony na krześle, nie jest w stanie ukryć przejęcia, które maluje się na jego obwisłej twarzy; jest ciekaw, co ma do powiedzenia Lord Tajnej Pieczęci.

Cecil zwraca się do swojego przeciwnika:

- Hrabio Essex, różnica między tobą a mną jest ogromna - mówi powoli i wyraźnie. - Przewyższasz mnie dowcipem, szlachectwem i mieczem, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. - Zawiesza głos, wpatrując się w oczy hrabiego. Brak im urzekającej głębi oczu jego siostry i chociaż bije z nich absolutna pewność siebie, dostrzega w nich coś, co przypomina zwątpienie. Widział to wystarczająco często w lustrze. - Ale mam niewinność, sumienie, prawdę i uczciwość, aby broniły mnie przed tym skandalem, i w tym sądzie stoję jako człowiek prawy, a hrabia jako przestępca. Gdybym nie widział twoich uzurpatorskich ambicji, padłbym do stóp Jej Królewskiej Mości, by wystąpić w twojej obronie, lecz skrywasz ciało wilka pod owczym runem...

Essex uśmiecha się i wyniośle przechyla głowę, kiedy odpowiada, nie starając się ukryć sarkazmu.

- Dziękuję Bogu za moje upokorzenie, bo dzięki niemu zdobyłeś się na odwagę, żeby przybyć tutaj i wygłosić mowę przeciwko mnie.

Cecil nie daje się onieśmielić.

- Błagam cię, oświeć ten sąd i wyjaw, który z radnych słyszał moje intryganckie słowa. Wymień go z nazwiska, jeśli się odważysz.

- To nie jest wymysł - mówi Essex. - Obecny tu Southampton słyszał to równie dobrze jak ja.

Southampton, pozieleniały z trwogi, mamrocze, że wie z dobrego źródła, iż zacytowane przez hrabiego słowa padły z ust sir Williama Knollysa.

- Sprowadzić sir Williama Knollysa - rozkazuje Buckhurst.

Wysyłają woźnego, by wytropił Knollysa, który trzymał się z daleka od procesu. W końcu wiele by zaryzykował, gdyby podjął próbę ocalenia siostrzeńca. Cecil siada na przyniesionym dla niego krześle i wszyscy czekają. Prostuje plisy mankietów, choć już są idealne, i gorączkowo rozważa możliwy rozwój wypadków. Jego dawne lęki powracają. Czy Essex spreparował z wujem jakiś zarzut; czy na poparcie swoich słów przedstawią sfałszowane dokumenty; czy Essex zdecydował, że skoro sam ma upaść, to pociągnie go ze sobą?

Po nieskończenie długim czasie Knollys przybywa i zostaje zaprzysiężony. Spogląda na Cecila, potem na siostrzeńca i rozpoczyna długą mowę wstępną. Cecil hamuje się z całej siły, żeby mu nie przerwać i nie zażądać, by przeszedł do sedna.

- W istocie słyszałem, że pan sekretarz powiedział coś takiego - oznajmia Knollys i Cecil czuje bolesny skurcz w brzuchu, jeszcze chwila, a popuści - ale w kontekście dyskusji niektórych członków Rady o traktacie zatytułowanym Rozprawa o następnej sukcesji, którego zbadanie nam powierzono. - Cecil powoli wypuszcza powietrze, gdy po raz drugi tego dnia omywa go ulga. - Pan sekretarz zauważył: "Czy nie jest dziwną zuchwałością to, że autor przyznaje infantce hiszpańskiej równe prawa do sukcesji korony jak każdemu innemu?". Sądzę, że nie ma tu żadnych podtekstów. - Knollys zwiesza ramiona i patrzy ze smutkiem na siostrzeńca, powoli mrugając i zaciskając usta, jakby całym sobą chciał powiedzieć, że nie ma możliwości ocalić go przed śmiercią.

- Ta uwaga została mi przekazana w zupełnie innym sensie - mówi nieprzekonująco Essex, całkowicie zdruzgotany.

Długa partia szachów dobiegła końca, bierki zostały zbite.

Parowie kolejno ogłaszają werdykt.

- Winny, milordzie, zdrady stanu, na mój honor. - Lord Rich przewraca oczami, wypowiadając te słowa.

Cecil zastanawia się przez chwilę, co dzieje się w jego żałosnym umyśle. Essex, zachowując zimną krew, prosi o oszczędzenie Southamptona; ten gest przypomina wszystkim zgromadzonym o jego szlachetności. Kolana uginają się pod Southamptonem i trzeba go podtrzymywać, gdy drżącym głosem błaga Buckhursta o litość.

Gdy ten ogłasza wyrok, Cecil słyszy tylko głos ojca: "Kropla drąży skałę nie siłą, ale częstym spadaniem".

Lato 1603

Wanstead, Essex

- Dlaczego? - pyta Penelope.

Essex odpowiada niepokojącym spojrzeniem, którym wodzi za nią po pokoju. Jest ubrany w biel: obcisły dublet z karbowanego atłasu barwy wiosennych obłoków, pończochy jak łabędzi puch, śnieżna kryza okalająca twarz. Lekki uśmiech niezupełnie maskuje zmęczenie, które wyziera mu z oczu. Ma przypasany miecz Sidneya; widać tylko rękojeść. Penelope myśli o młodym Robercie, swoim nieustraszonym bratanku, który jest teraz hrabią. Wspomina, jak miesiąc temu jechał do Londynu przed świeżo koronowanym królem Jakubem, jako miecznik - wyglądał zupełnie jak jego ojciec. Ale nie miecz króla Jakuba trzymał w ręce. W chaosie panującym przed pochodem, kiedy wszyscy byli zajęci własnymi insygniami, Penelope wsunęła miecz Sidneya do królewskiej pochwy, przyciskając palec do ust, gdy bratanek otworzył usta, aby zareagować na jej postępowanie.

Dla niej ten miecz zaczął symbolizować ducha czegoś nieuchwytnego, nieosiągalny poziom cnót, którym wierny był Sidney: dobroć, prawość i rycerskość. Kiedy Robert dosiadł ulubionego wierzchowca ojca i dobył miecza, aby trzymać go pionowo przed sobą, nikt nie zauważył pod jego dłonią splecionych inicjałów PS. Wszystkie oczy kierowały się na nowego króla. Widząc wspaniałość pochodu i tłumy przepełnione nadzieją, Penelope myślała o zmarłej królowej, która w tych ostatnich dwóch latach życia sprawiała wrażenie zrobionej ze słomy.

Penelope jechała z tyłu, z Lizzie i świeżo ułaskawionym Southamptonem. Jego uroda nieco przywiędła po dwóch latach spędzonych w Tower, ale odzyskanie wolności przydało mu życia. Nie wspomniał o jej bracie, ona też nie. Gdy skręcali, Robert obejrzał się i ze znaczącym uśmiechem podchwycił jej spojrzenie. Rozpierała ją duma, gdy widziała członka rodu Devereux z powrotem na czele i zabezpieczoną przyszłość rodziny.

- Dlaczego? - pyta znowu brata.

Jego namalowana twarz z na wpół ukrytym uśmiechem i zmęczonymi oczami pozostaje niema.

- Dlaczego?! - Tym razem Penelope krzyczy w wybuchu gniewu, wyobrażając sobie, jak paznokciami wydziera drzazgi z deski, na której namalowano jego portret.

Na jej pytanie odpowiada tylko echo tłukące się po galerii w Wanstead.

Cecil przyszedł do niej w dniu egzekucji jej brata. Był jedyną osobą, która ją odwiedziła. Przypuszczała, że nikt inny nie miał prawa wstępu do ponurego domu Sackforda. Myślała, że może otrzyma list od matki, chociaż Lettice opłakiwała nie tylko stratę syna, ale także męża.

Cecil złożył jej wizytę i był życzliwy.

- Przykro mi, że do tego doszło - powiedział.

Rachityczne nogi i odziany w lśniącą czerń zgarbiony tułów upodobniały go do kruka. Zdjął kapelusz; w domu Sackforda nawet służący nie zadawali sobie fatygi, aby odsłonić przed nią głowę, co nie znaczy, że się tym przejmowała.

- Przykro ci? - rzuciła. - Przecież to, co się dzisiaj stało, było z pewnością dziełem twojego życia.

Grymas wykrzywił jego twarz i Penelope pomyślała, że o dziwo, Cecil jest bliski łez.

- Wierzyłem, że tego właśnie chcę - brzmiała jego odpowiedź. - Myliłem się.

Coś się w nim zmieniło; nigdy nie był człowiekiem gotowym przyznać się do błędu. I zmienił się sposób, w jaki zawsze na nią patrzył. Zniknęło to żałośnie pożądliwe łypanie, które sprawiało, że czuła się jak łakomy kąsek. Zastąpiło je spojrzenie pełne szacunku, jakby przestała być dla niego kobietą.

- Widziałeś, jak umarł? - Tłumiona rozpacz rwała jej cichy głos.

Skinął głową.

- Umarł dobrze... mężnie.

Penelope pamięta beznadziejny smutek, który nadszedł z gwałtownością kuli przebijającej serce. Aż do tamtej chwili nie dopuszczała do siebie myśli, że jej ukochany brat straci życie. Wydawał się jednocześnie delikatny i niezwyciężony - i gdzieś głęboko w sercu żywiła wiarę, że królowa go ułaskawi. Znów patrzy na obraz, fantazjując o innym świecie, o świecie, w którym po odwołaniu egzekucji jej śnieżnobiały brat przez kilka lat cierpi w Tower, skąd zostaje uwolniony przez króla Jakuba. To on, a nie Robert, trzymałby królewski miecz. Penelope wie, że nigdy nie przywyknie do jego nieobecności. Pewien żołnierz powiedział jej kiedyś, że wiele lat po tym, jak stracił nogę w bitwie, nadal odczuwa ból w jej miejscu.

Zapytała Cecila, jakie były ostatnie słowa jej brata.

- Błagał o przebaczenie, oświadczył, że nigdy nie dążył do krzywdy Jej Królewskiej Mości, a kiedy ukląkł, nawet nie drżały mu ręce. - Cecil wyciągnął dłonie dla zilustrowania tego, ale dygotały jak u pijaka, więc schował je pod peleryną. - Wykrzyknął: "Kacie, uderz celnie!". I stało się.

Penelope zapadała się w środku, gdy jej wyobraźnia kreśliła tę scenę: brat odważny do samego końca. Cecil nie wyjawił jej wtedy, że kat musiał trzy razy spuścić topór, żeby odciąć mu głowę. Dowiedziała się o tym później, od królowej, która wydawała się przerażona tym, co zrobiła, nieutulona w żalu. Elżbieta już nigdy nie odzyskała dawnej energii, jakby żal otworzył w niej szczelinę, przez którą powoli wyciekało życie. Przez ostatnie dwa lata była jak zjawa. Penelope zastanawiała się, czy na łożu śmierci myślała o Essexie. Wyrzuty sumienia w końcu zabijają.

Namalowany brat wciąż ją obserwuje.

- Dlaczego? - pyta go ponownie, tym razem szeptem, ale żadnej odpowiedzi nie będzie.

Znów jest w tamtym ponurym pokoju z Cecilem, gdzie dowiaduje się o śmierci brata. Cecil był wyraźnie zakłopotany, wykręcał palce, nie mogąc spojrzeć jej w oczy.

- A królowa? - spytała. - Jak zareagowała, kiedy... - Nie mogła wyrazić tego słowami. - Kiedy to się dokonało?

- Nie może o tym mówić. Zamknęła się w swojej sypialni. Płakała, nie dbając o to, kto ją widzi.

Penelope bezskutecznie próbowała ją sobie wyobrazić - płaczącą królową.

- Jest coś jeszcze, coś, o czym mi nie mówisz. - Wyczytała to w jego postawie, w splecionych rękach.

Lekko pokręcił głową i przez chwilę milczeli.

On pierwszy się odezwał.

- Powinienem ci powiedzieć, że cię oskarżył.

- Co masz na myśli? Kto mnie oskarżył?

- Twój brat. Zeznał, że ty pchnęłaś go do buntu, ty byłaś inicjatorką. Oświadczyłaś mu, że wszyscy jego przyjaciele uważają go za tchórza. Wpadłaś na pomysł, żeby pomaszerować na dwór i "załatwić sprawę, jak należy", tak to ujął. - Cecil, gdy już zdecydował się mówić, nie mógł wystarczająco szybko wyrzucać z siebie słów.

- Mój brat powiedział takie rzeczy?

Poczuła wewnętrzną pustkę. Brat, o którego się troszczyła, którego pielęgnowała w okresach melancholii, wspierała, kochała - jakże ona go kochała! - oskarżył ją w daremnej próbie ratowania własnej skóry. Nie mogła oddychać, jakby na całym świecie nie było wystarczającej ilości powietrza, by utrzymać ją przy życiu, a przed jej oczami wciąż powtarzał się moment odcinania mu głowy od ciała.

Jej spojrzenie samo wraca do obrazu. Twarz brata jest twarzą nieznajomego.

- Czy to było łatwe? - pyta tę twarz. - Wolałbyś zobaczyć, jak to ja idę pod topór? Zżerałoby cię poczucie winy, Robinie. - Coś dławi ją w gardle i piecze w oczy, ale Penelope otrząsa się z tego uczucia.

Chciała wypytać Cecila, poznać każdy szczegół zeznania brata. Nie zrobiła tego ani nie mogła już dalej słuchać. Spojrzała na swoje dłonie i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że są zaciśnięte tak mocno, aż cieknie krew z miękkich poduszek pod kciukami. Złączyła ręce, żeby Cecil nie widział głębi jej udręki.

- Dlaczego mi to mówisz?

- W imię uczciwości - odrzekł.

Z jej ust wyrwało się prychnięcie niedowierzania.

- Uczciwości? - Kurczowo czepiała się resztek samokontroli.

- Tak, skoro mamy porozumienie, wydaje się słuszne zacząć od mówienia prawdy.

- Zastanawiam się, czy nie zawarłam paktu z diabłem - powiedziała, zmuszając się, aby zabrzmiało to jak żart, i w jakiś sposób zdołała ukryć głęboką odrazę.

- Ja także - rzucił z uśmiechem. - Przekonasz się, że dotrzymuję słowa.

Okazało się, że to prawda - ona odzyskała swoje życie, wolność, wysoką pozycję na dworze, a on został głównym doradcą króla. Oboje spełnili obietnice.

Kiedy Cecil odszedł, zaskoczył ją przypływ gniewu; zawładnął jej ciałem z siłą, nad którą nie mogła zapanować. Podniosła krzesło i rzuciła nim o ścianę, to samo zrobiła z drugim, potem przewróciła stół - z jej gardła wyrywały się straszne dźwięki, dźwięki, które mogłyby zbudzić umarłych, a jednak ten obraz pozostał: szkarłatna krew płynąca z odciętej głowy, rzeka krwi. Zniszczyła wszystkie przedmioty w pokoju Henry'ego Sackforda i upadła na podłogę, całkowicie wyczerpana.

Odchodzi od portretu brata i błąka się po domu, a Fides truchta za nią, rytmicznie stukając pazurami o podłogę. Wanstead jest pełne wspomnień; same mury zdają się szeptać o Blouncie i ich ukradkowych schadzkach. Ogrody zarosły, jakby buntując się przeciwko dotychczasowej uległości, a letnie kwiaty tworzą jaskrawe plamy koloru, wokół których uwijają się brzęczące pszczoły. Penelope przysuwa twarz do róży, muska ustami aksamitne płatki i wdycha jej cudowny zapach. Zadziera głowę, rozpościera ręce i kręci się w kółko jak dziecko, po raz pierwszy od czterdziestu lat zaznając prawdziwej wolności - albo przynajmniej nadziei na jej rychłe zakosztowanie.

W ostatnim liście Rich oznajmił, że zamierza teraz, gdy nasze dzieci są dorosłe, rozdzielić to, co Bóg złączył. Tak to ujął, jakby nie chciał zbrukać papieru słowem rozwód. Zastanawiała się, tylko przez krótką chwilę, jak pogodzi taką decyzję z tym swoim surowym Bogiem. Znajdzie jakiś sposób. Przez ostatnie lata prawie się nie widywali. Po śmierci brata przestała mu być potrzebna. Ich drogi skrzyżowały się raz, w Leighs, kiedy ona przyjechała, a on wyjeżdżał. Ucieszyła się, bo chciała mu powiedzieć, że nie żywi urazy.

- Dlaczego nie czujesz do mnie nienawiści? - zapytał.

- Byłeś dobrym ojcem... - zaczęła i umilkła, nie chcąc mu przypominać, że trójka dzieci nie jest jego, o czym dobrze wiedział. - Ale co więcej, nienawiść czyni człowieka słabym.

Nigdy o tym nie myślała, dopóki te słowa nie opuściły jej ust, ale taka była prawda. Penelope obserwowała, jak nienawiść do jej matki i wszystkich innych nieposłusznych dwórek zżera królową i powiększa jej wewnętrzną pustkę. Nienawiść do Cecila doprowadziła jej brata do zguby. Widziała wystarczająco dużo nienawiści i nie potrzebowała jej więcej.

Teraz spogląda na złoty kamienny dom, który wkrótce, nareszcie, stanie się jej prawdziwym domem, i wyobraża sobie głosy zamieszkujących go jej dzieci. Z okien dobiega muzyka, a w ogrodzie brzmi śmiech, gdy myśli o ich gonitwach i łapaniu motyli na trawie.

Słysząc w oddali tętent koni, podkasuje spódnice i biegnie na dziedziniec. I oto jest, siedzi w siodle wygodnie jak w fotelu, luźno trzymając wodze, ze swobodnym uśmiechem na ustach. Patrzy na niego dziwnie onieśmielona. Minęły całe trzy lata, odkąd byli razem. Blount zeskakuje z konia i stoją kilka stóp od siebie, przyglądając się sobie nawzajem. Ma świeżo ścięte włosy, przystrzyżone wąsy i brodę, brakuje mu kolczyka; w miejscu, skąd został wyrwany, widnieje małe rozdarcie. Penelope krzywi się w duchu i wzbiera w niej fala czułości.

- Twoje biedne ucho.

Blount przykłada do niego rękę i wzrusza ramionami.

- A, to.

Ma w sobie nową twardość. Wojna zmienia człowieka - Penelope wie o tym aż za dobrze.

Aby pokonać onieśmielenie, ucieka się do humoru - dyga z uśmiechem i mówi:

- Och, czy to nie hrabia Devonu, wielki bohater wojenny, który stłumił irlandzką rebelię?

Blount śmieje się, a ona widzi, że stracił ząb w głębi ust.

- Czy to nie ulubiona dama Jego Królewskiej Mości, muza poetów, kobieta o najwspanialszym umyśle w całym świecie chrześcijańskim, o anielskim głosie, pani mojego serca?

Ona też się śmieje i wpadają sobie w objęcia, które rozpuszczają te trzy lata rozłąki w nicość.

Od autorki

Opowiadając historię niezwykłej Penelope Devereux, ściśle trzymałam się faktów historycznych i w miarę możliwości opierałam się na źródłach pierwotnych, ale nie należy zapominać, że jest to fikcja literacka. Moja Penelope Devereux, ze swoim złożonym światem wewnętrznym, jest postacią wymyśloną przeze mnie. Penelope była intrygującą kobietą, żyjącą na własnych warunkach w czasach, kiedy korzystanie z takich swobód było dla kobiet prawie niemożliwe.

Istnieje wiele dobrze udokumentowanych faktów, które tworzą podstawę powieści. Penelope rzeczywiście była muzą Sidneya i pierwowzorem Stelli, i chociaż nie wiemy, czy ich związek został skonsumowany w tradycyjnym rozumieniu, sonety świadczą, że Sidney darzył ją głębokim uczuciem. Istnieją również dokumenty potwierdzające, że brat zdradził Penelope po tym, jak został skazany. Nie znamy motywów Essexa, ale wiemy, że jego siostra była nie tylko jedyną kobietą na przekazanej królowej liście buntowników, ale także jedyną z tej listy osobą, która nie stanęła przed sądem. To sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy mogła jakimś sposobem wynegocjować swoją wolność, ponieważ nie ma wątpliwości, że była głęboko zaangażowana w rewoltę brata i przez wiele lat utrzymywała kontakty z królem Jakubem.

Wiemy też, że urodziła co najmniej troje dzieci, których ojcem był Blount, choć nadal pozostawała żoną Richa. Wydaje się, że jej cudzołóstwo było tajemnicą poliszynela, a biorąc pod uwagę moralność tamtych czasów i szczególną niechęć królowej do takich rzeczy, wydaje się niezwykłe, że romans uchodził Penelope na sucho. Według mnie stanowi to świadectwo jej siły charakteru. Jej małżeństwo też jest interesujące, ponieważ Rich dobrze wiedział o postępowaniu żony, a jednak nic nie robił. Wiemy, że był człowiekiem raczej nielubianym i mało odważnym. Rzeczywiście wysadzono go na brzeg z powodu choroby morskiej, kiedy miał wziąć udział w jednej z kampanii Essexa. To, co o nim wiadomo, skłoniło mnie do przypuszczenia, że skrywał jakiś wstydliwy sekret, który umożliwił jego żonie przejęcie nad nim władzy. W powieści tym sekretem jest pociąg do młodych mężczyzn, ale to czysta spekulacja.

Z powodu ograniczonej objętości książki nie przedstawiłam dalszych dziejów Penelope, fascynujących i trochę smutnych. Ostatecznie rozwiodła się z lordem Richem, ale król Jakub postawił warunek, że nie wolno jej ponownie wyjść za mąż za życia Richa. Mimo to, być może w przekonaniu, że król na tyle ceni ich oboje, iż unikną jego gniewu, poślubiła Blounta (wówczas hrabiego Devonu). Popadła w niełaskę; podobnie jak kiedyś jej matka, została wypędzona z dworu i publicznie skompromitowana, a Jakub nazwał ją "jasną kobietą o czarnej duszy". Kiedy wypadła z łask, jej wielki przeciwnik, Cecil, wyrósł na najważniejszego doradcę króla.

Para żyła "w grzechu" w Wanstead, ale po niespełna dwóch latach małżeńskiej sielanki tragiczne zrządzenie losu sprawiło, że Blount rozchorował się i zmarł w ramionach żony. Jako wielki zwycięzca z Irlandii został pochowany z honorami w opactwie westminsterskim. Po jego śmierci Penelope walczyła o prawne uznanie małżeństwa, a krewni Blounta podważyli testament, w którym uposażył ją i ich dzieci. Wielkie bogactwo Blounta zostało skonfiskowane i Penelope żyła w biedzie podczas przedłużającej się batalii prawnej, w której mierzyła się z zarzutami o cudzołóstwo, oszustwo i fałszerstwo. W końcu wygrała, lecz kosztem reputacji, a jej zwycięstwo było krótkotrwałe, ponieważ zachorowała i zmarła kilka miesięcy później, w wieku zaledwie czterdziestu czterech lat.

Kiedy pisze się o XVI stuleciu, zawsze pojawiają się ciekawe wyzwania, choćby te dotyczące imion postaci. Zwyczajowo nadawano dzieciom imiona po rodzicach lub chrzestnych, więc często się powtarzały, co może być bardzo mylące dla czytelników. W opowieści pojawia się nie mniej niż sześciu Robertów i wszyscy są ważni dla narracji; takie imię noszą Essex, Cecil i Rich - i dlatego Essexa nazwałam Robinem (jego syna młodym Robertem), a pierworodny Penelope został Hobym, co jest niezwykłym ówczesnym zdrobnieniem tego imienia. Nawet nie spróbuję wnikać, ile dziewcząt nosiło imię Penelope i Lettice.

Wyznam, że w scenie, w której młody aktor i poeta recytuje sonet, swobodnie korzystałam z licencji poetyckiej. Snułam żartobliwe rozważania na temat tajemniczej Czarnej Damy Szekspira, której tożsamość od lat jest przedmiotem licznych spekulacji. Jedni sugerują, że była nią Penelope Rich, inni - że poetka Aemilia Lanier, i jest jeszcze kilka kandydatek, ale prawda pozostaje nieznana. Jest jednak prawie pewne, że Szekspir znał się z ludźmi należącymi do kręgu Essexa. Uważa się, że Stracone zachody miłości są luźno wzorowane na ich grupie, a poza tym wiadomo, że Ryszarda II wystawiono na prośbę ludzi Essexa, aby zdobyć poparcie dla hrabiego w przededniu jego pamiętnego buntu.

Zainteresowanym postacią Penelope Devereux polecam książkę Sally Varlow The Lady Penelope: The Lost Tale of Love and Politics in the Court of Elizabeth I, dogłębną i fascynującą biografię kobiety, która popadła w zapomnienie. Varlow uważa, że jej dzieje zniknęły z kart historii wskutek działania protestanckiej machiny propagandowej, która poszukiwała nienagannych bohaterów zreformowanej wiary i pracowała nad wybieleniem postaci sir Philipa Sidneya i hrabiego Devonu (Charlesa Blounta), wymazując wszelką pamięć o ich związkach z kobietą, która chodziła własnymi ścieżkami.

Przygotowując się do pisania tej powieści, sięgałam do wielu prac, zbyt wielu, by je tutaj wymienić, ale polecam sonety Philipa Sidneya (wydanie pod redakcją Petera C. Hermana jest opatrzone dobrym wstępem i jeśli będziecie je czytać z suchymi oczami, to oznacza, że macie serce z kamienia). Kolejnym doskonałym źródłem informacji o jednym z najwybitniejszych poetów elżbietańskich jest praca Katherine Duncan-Jones Sir Philip Sidney: Courtier Poet. Jeśli chodzi o sonety Szekspira, lubię wydanie Arden ze względu na obszerne wprowadzenie. Robert, Earl of Essex: An Elizabethan Icarus Roberta Laceya stanowi dobry punkt wyjścia do poznania dziejów hrabiego, a książka The Cecils: Privilege and Power Behind the Throne Davida Loadesa zawiera wiele informacji o ojcu i synu, którzy przez ponad pół wieku praktycznie rządzili monarchią. Istnieje wiele książek poświęconych Elżbiecie, ale bogatym źródłem informacji na temat jej życia prywatnego jest Elizabeth's Bedfellows: An Intimate History of the Queen's Court autorstwa Anny Whitelock, a liczne szczegóły na temat życia w epoce elżbietańskiej można znaleźć w The Time Traveller's Guide to Elizabethan England Iana Mortimera.