Strzępy epopei. Szpital w Cichiniczach. Wrzesień żagwiący. Po klęsce - Melchior Wańkowicz


Reflow text when sidebars are open.
WYPRAWA I ŚMIERĆ PUŁKOWNIKA MOŚCICKIEGO17
Pamięci dowódcy wyprawy rotmistrza BRONISŁAWA ROMERA,
członka Związku Broni, rozstrzelanego w drodze na Murman nad brzegiem Newy, w Powieńcu, dnia 23 września roku 1918
Działo się to w szarych kazamatach bobrujskiej twierdzy, w dzień ów, dżdżysty i ponury.
Zaciskające się wilcze koło bolszewickie zmuszało dowództwo do szukania dróg wyjścia, w poczuciu odpowiedzialności za Korpus.
Kazano nam, delegacji, ku Krajowi iść, o radę i dyrektywę pytać, ku władzy jedynej zza kordonu w Kraju widomej - ku Regencyjnej Radzie.
Pułkownik Mościcki na czele stanął. Dalej szedł podporucznik Bisping przedstawiciel Naczelnego Komitetu, chorąży Maruszewski, porucznik Żaboklicki i ja, żołnierz - ziemianin z Białorusi.
2. i 3. szwadron porucznika Podhorskiego i podrotmistrza Romera szedł za nami.
Śmigłe szwadrony, w sześćdziesiąt szabel każdy, z dwoma filigranowymi kulomiotami Louisa.
Szło wszystko lekko, sprawnie, bez juków zbytnich. Wózków kilka podążało jeno za nami, obroku i produktów trochę wioząc.
Prawdziwy komunik to był, zlatujący w ostępy zbrojnych poleskich wsi z twierdzy bobrujskiej, niby kobuz myśliwski z łowieckiego łęku.
Wiódł go wytrawny żołnierz - podrotmistrz Bronisław Romer, dowódca 3. szwadronu Krechowieckich Ułanów.
Zwilgły i dżdżysty był ten lutowy poniedziałek naszego wyjazdu.
Oślizgła szosa przewlekle połyskiwała w zgaszonym świetle dnia i w oczy prószył drobniutki, ledwie wyczuwalny kapuśniaczek.
Omenów nie brakło... Przy wyjeździe z koszar podporucznik 2. szwadronu, Plater, pada z koniem i nogę łamie. Odesłany do twierdzy, oddaje swego konia porucznikowi Bardzyńskiemu (z 3. szwadronu).
Zaraz na trzeciej za Bobrujskiem wiorście - memento wojny, wyrwa czarna i rozrzucone bale wysadzonego mostu.
Wysuwa się porucznik Bardzyński, by zbadać przejście, zapada się z chrapnięciem jego koń, a jeździec powstaje z wywichniętą nogą i ubywa, na wyjezdnym zaraz, drugi oficer.
I na trzeci szwadron "padło"...
Nie mówią nic do siebie "malowane dzieci"; w szeregu cisza.
Cóż chcecie - żołnierski los w ręku Boga; ma on jednak swoje gońce, znaki złe i dobre, omena życzliwe, jak jasny len w słoneczne południe i srogie a ponure jak czarnej płachty machnięcie przed oczy.
Cóż chcecie - walka to wiara, a wiara to uczucie i wyczucie.
Zły i nieswój jakiś jedzie przodem pułkownik Mościcki. Nieskończone mięsiwo rozwilgłej szosy szkli się pod nogami. I czarne wyrwy rozwarte wysadzonych mostów szlak grodzą.
Aż skręcamy wreszcie na boczne dróżki polne. Znacie nasze białoruskie dróżki polne? Wije się to i przepada, znaczne nieraz tylko Bogu i miejscowym ludziom, znów się wyłania w kontur wyraźniejszy i wiedzie w te ostępy, tym szeregiem polan ogromnych, obrzeżonych zawsze ze wszystkich stron horyzontu obramowaniem lasów.
Gęsiego dróżką taką jadą ułani. Gdy spojrzysz z zakrętu - zda się wstęga szara polem się wije, prążkiem amarantowym czapek po wierzchu się znacząc. Tysiąc pod nim końskich nóg-macek, ponad nim szpaler chorągiewek furkoce.
Uszliśmy tego pierwszego dnia wiorst trzydzieści. Dzień następny o czterdzieści wiorst znów w głąb kraju rzucił.
Czterdzieści, pięćdziesiąt wiorst był nasz zwykły przemarsz. Coraz dalej za nami zostawał Bobrujsk, coraz czarniej, coraz szczelniej otaczał nas krąg zwierających polany lasów.
Wsie milczały i były jak zastygłe w konwencjonalnej chłopskiej pokorze.
Migiem znajdowało się siano i mleko, i chleb. Rotmistrza Romera w tym była ręka, a niezmęczone oko i kierownictwo czujne.
Galopem co dnia przed oddział sforowali się kwatermistrze. W okamgnieniu rozbita, na kwatery podzielona wieś i na spotkanie z opłotków wjeżdżają wysłani żołnierze. Cicho i sprawnie ciemnymi wieczorami zapadaliśmy na spoczynek. Jeden szwadron z jednego końca wsi, drugi z drugiego, a delegacja w środku, strzeżona wzmożoną wartą.
I nie widziałeś naczelnika ekspedycji, rotmistrza Romera, śpiącym. We dnie czy w nocy, baczny na wszystko, jako stale będący na służbie, stale w czapie na głowie, duszą był oddziału i mózgiem kierowniczym wyprawy.
Mnie los mniej odpowiedzialne stanowisko wyznaczył. Byłem kucharzem delegacji i gospodarzem naszego podróżnego klubu (ordynansów nie mieliśmy).
Z rzadka zdarzały się gratki kulinarne. Raz był nią kucharz fachowiec, który się znalazł w jednej z wiosek i był przez nas wyeksploatowany należycie. Raz - wieprz dopiero zabity w osadzie szlacheckiej.
Zwykle zaś - konserwy mięsne, w postaci przeróżnej (to znaczy: siedząc, stojąc, leżąc), herbata i natychmiastowe spanie (prócz Romera). A o szóstej rano następnego dnia pobudka, szósta i pół - siodłanie, siódma - wymarsz.
Wysforowują się tedy naprzód szpice, "oko" i łączniki, dalej idzie szwadron 2. lub 3., wedle kolejki, potem my - delegacja - i szwadron zamykający.
Trafia raz, na drugi dzień drogi, za Hłuskiem, patrol boczny na dwór Daszkiewiczów, których grabią chłopi, rozprasza rabusiów. Wieś tedy, którąśmy po tym fakcie musieli przejeżdżać, wita nas rykiem - wyciem babskim i lamentem unisono. Nic podobnego w życium nie słyszał.
Od jednogłośnego zawodzenia aż powietrze w krąg drżało. Myślałbyś, że dzwoni lamentem każdy kołek w płocie, każda belka sosnowa w poleskiej chałupie.
Szedł jednak nasz żołnierz grzecznie, a potulnie, jeno okiem łypał, nie ruszał nic.
Zakaz bowiem był. Delegację wiedli. Kraj, lud - milczał wciąż. Ale widziało się znaki, że kordon wojskowy coraz bliżej.
Raz, a było to ku końcowi dnia, wynurzyła się przed nami wieś, niby z bajki: ozierodów18 las, złocony po wierzchu blaskiem gasnącego słońca, słał dołem po śniegu dziwnie splątany flores cieni, biegnący pod nogi końskie. Spomiędzy nich przybiega konno grupka ułanów-kwatermistrzów i wita nas, raportując dowódcy o poczynionych we wsi przygotowaniach ku rozkwaterowaniu wyprawy.
Innym znów razem, ze wsi, ku której dojeżdżaliśmy, szło rzępolenie skrzypiec i jednostajny, nawrotny, monotonny, złożony z paru tylko taktów zasadniczych, refren harmonii.
Wieś "spraulała swadźbu".
Wyszedł na środek drogi pan młody z mirtem u klapy. Wysypali się drużbowie. Wziął się młody pod boki. Biała papacha ze skórek zajęczych, bielaków, na tył głowy zdarta.
"A kab że was traścća mordowała, burżuji proklatyje" - przemowę wielce niegościnną poczyna. Biorą go ułani pod pachy i porywają z uroczystości. Otrzeźwiały niebawem i wywieziony o wiorst kilkanaście za wieś, wraca do stęsknionej młodej.
Teren zmienia się coraz bardziej. Poczyna się typowe Polesie. Pińszczyzna tu. Lasy wyniosłe, czarne, giną gdzieś bezpowrotnie. Polany uprawne też. Dziesiątkami wiorst ciągnie się karłowaty niskodrzew, czepiający się o poleszucką tundrę.
Przed Sieniawką namacujemy tor wąskotorówki. Wzdłuż niej wszywamy się coraz głębiej i coraz głębiej w las. Na Brześć, ku Zachodowi...
Aż któregoś dnia stanęliśmy w maciupeńkim dworku - zaścianku, uległym wśród tych błot lesistych. Parę izb i stodółkę zapełnia zwał śpiących ciał - ułan na ułanie.
Delegacji dostaje się honorowe miejsce - pod fortepianem. Jest to niby szacowna arka przymierza zbiedniałych szaraczków między dawnymi i nowymi laty. Dziwny sprzęt o paru pożółkłych klawiszach, niby resztki zębów, dla których Filon, jedzący maliny, jest dotychczas realną rzeczywistością, a podniosła Priere d'une vierge19 jeszcze nie doszła zapewne z dalekiego świata.
Biedny, stary klawikordzie! Może dla ciebie ten ułan polski, śpiący kamiennym snem pod twoim kadłubem, jest realną rzeczywistością dnia powszedniego? Przespałeś może lata niewoli, śniąc zakurzonymi strunami sentymentalne, beztroskie piosenki prababek?
Tu dopadły nas pierwsze groźne wieści. Zmylone naszym marszem na Hłusk, bolszewickie dowództwo zdążyło już "wysoczyć" nas, wedle białoruskiego myśliwskiego wyrażenia, w podsieniawskich bagnach i zakomunikowano nam, że eszelon wojskowy zostaje przerzucony ku nam torem kolejowym.
Rusza dwóch przebranych po chłopsku ułanów saneczkami na wywiad głęboki.
Wracają z wiadomościami pierwszorzędnej wagi. Trzy wsie, dzielące nas od frontu, mocno są obsadzone przez siły bolszewickie. Co gorsza, w tropy nasze dąży podjazd konny bolszewicki, od trzech dni będący na naszym śladzie.
Meldunek ten przynosi Mroziński, krępy, zwięzły w sobie blondyn, o siwych oczach. Rozświetlają się jakoś te oczy i siwieją, gdy wyprostowany wywiadowca wysłuchuje lakonicznej, a tak cennej, pochwały pułkownika.
- Ku chwale Ojczyzny!20...
Natychmiast też, o drugiej w nocy, wyruszamy. O świcie dajemy wytchnienie koniom w sadybie jakiegoś dzierżawcy. Ofiarowuje się on przeprowadzić delegację przez kordon, ale uradzono razem ze szwadronami aż do kordonu wojennego się przebić.
Popasłszy, ruszamy dalej. Przecinamy tor kolejowy, idący przez lasy. Dąży nim jakiś pociąg, ale "ujrzawszy" nas, cofa się i ginie za dalekim zakrętem.
Ułani mocniej poprawiają się w siodłach.
Niebawem wynurzamy się u wsi Łopatycze. Przed nami obszerna płaszczyzna błotnista, groblą ubitą przecięta, która jest przedłużeniem naszej drogi.
Prostopadle do grobli tej idzie linia chat łopatyckich. Ulica główna i jedyna wsi przecina drogę naszą (przedłużenie grobli) pod kątem prostym.
Ku tej wsi biegną schylone szare figury żołnierzy rosyjskich.
Tymczasem dwa czołowe plutony pod komendą porucznika Dowgiałły przeszły już wieś - niezaczepione ani jednym strzałem.
Aż gdy w wieś wąski łańcuszek łączników wszedł, wszczął się w niej tumult.
Ze wsi wypada ułan z szablą obnażoną:
- Panie pułkowniku - naszych z koni ściągają!
Jadący czołem szwadronów pułkownik Mościcki i dowódca szwadronu Romer konie ostrogami spięli i w ulicę wsi wjeżdżają, by sytuację zbadać.
- Ułani naprzód! - woła do podrotmistrza Romera pułkownik, nerwowym ruchem szpicruty drogę przez wieś wskazując.
Podrotmistrz Romer konia wpół do pułkownika zwraca, by sprawdzić, czy dobrze dosłyszał: czy w rzeczy samej ma on rzucić szwadrony w konnym szyku w wąską uliczkę wsi, do której wjeżdżać pod kątem prostym, zaledwie pojedynczo będą zmuszeni atakujący?
Tak, w rzeczy samej, pułkownik tak chce...
Błysnęła szabla w jaskrawym słońcu mroźnego poranka, łuk świetlny a groźny kreśląc nad głową rotmistrza, komenda w szwadrony wybiega: "Lance do boju! Szable żaj!"...
I ruszył podrotmistrz na czele najbliżej będących ułanów ulicą. Idą w cwał. Porucznik Łebkowski wysforowuje się naprzód.
Nikną za domami wsi... A tam szalona się zrywa strzelanina - trzask karabinów wściekły wita walecznych garstkę...
Ściągają się, zgęszczają w sobie szwadrony, lecz do wsi już w ślad za swymi towarzyszami wejść nie mogą: nie puszczają ich świszczące wzdłuż ulicy kule. Mus każe się cofnąć pod przykrycie lasu - pułkownik ku temu daje znak. Dowódca szwadronu, Podhorski, podaje komendę i bezładny w pierwszej chwili odwrót zamienia w manewr wojskowy.
Zaczyna teraz przed oczy we wspomnieniu iść szereg obrazów. Rozdrganych, błyskawicowych, ginących szybciej, niż okiem się dały ogarnąć.
Ku galopującym na las szwadronom wypada ze wsi podrotmistrz Romer w towarzystwie jednego żołnierza. Przeleciał wieś w koniec lewy, a teraz jej prawym końcem wychynął.
Zda się, że to jakiś mistyczny "krwawy mąż" wojny. Cały prawy bok jego, od czoła, aż po ostrogę - w krwi (koniowi jego przestrzelono na szyi arterię, a krwi fontanna ubroczyła jeźdźca).
Wokoło nas gęsto gwiżdżą kule. Jeden z ułanów zrulował.
Dalej...
Wpadliśmy z błota w skraj lasu rzadkiego, niskopiennego. Zamieszanie się robi. Część zsiadła już z koni. Na gwałt jedni zdejmują karabiny, innym w ręku połyskują jeszcze nie schowane w pochwy szable.
Przeciwnik strzelać nie przestaje.
Smukła postać Podhorskiego w kożuszku się miga i głos jego donośny: "Drugi szwadron do mnie!" - biegnie przez las. Opodal Romer trzeci szwadron zbiera. Bieganina. Jakiś ułan melduje rotmistrzowi Romerowi, prężąc się według wszelkich prawideł:
- Panie rotmistrzu, koń pana rotmistrza zdycha!
U brzegu lasu Matusewicz już z Louisem się pora. Woła rozpaczliwie o talerze do kulomiotów.
Jaroszewicz, tęgi drab, eksmarynarz, co to w Stanisławowie kozackiego oficera za grabież był usiekł, przez pół go przeciął, "nie strzymał" teraz w obozie, gdzie więzion był, gorączkując sobie krzynę. Przywlókł i się teraz, czarną swoją burką kaukaską po śniegu znaczny i przystrzeliwuje się uważnie do szarych figur, majaczących w opłotkach wsi.
Aż wyciągnął się, na komendę porucznika Podhorskiego, ułańskiej sznur tyraliery poprzez polanę i przeciął groblę. Sam porucznik rozkazał mi do pułkownika iść z meldunkiem, że "trzyma przeprawę".
Pułkownika w lesie znajduję, jak drobnymi kroczkami nerwowo przebiega od kępy ku kępie. Melduję mu, co mi kazano.
- Gdzie Romer? - pada pytanie21. - Niech Podhorski cofa się przez las ku polanie.
- Wedle rozkazu!...
Wracam na pole z rozkazem. Tam już zmilkły wystrzały. Leży jeszcze sznur ułanów, ale już co który śmielszy, to się podniesie lub przebiegnie. Podchorąży spokojnie stoi wyprostowany, badając przez lunetę wieś i teren poza nią.
Bokiem, chaszczami, luzaki przemycają konie. Melduję porucznikowi Podhorskiemu. Zawraca natychmiast i sam kieruje się do lasu zdać sprawę ze stanu rzeczy pułkownikowi. Nudno poczyna się robić. Zawracam więc ponownie w las, aby wyciągnąć swego konia, który zagrzązł w błocie. Ale jest to zadanie nad siły. Biedne stworzenie przy każdym wysiłku jeszcze głębiej się zapada.
Przybiega ułan zdyszany z prośbą, by pomóc prowadzić rannego Belinę. Wiedli go już stajań parę we dwóch, ale ich siły opadły.
W lesie, o kilkaset kroków, na kępie stoi ułan, krwią brocząc. Ręce rzucił towarzyszowi na szyję i obaj czekają pomocy. Z ułanem Lasockim zastąpiłem zmęczonych i transportowaliśmy dalej rannego z kępy na kępę dobre pół godziny, aż do chaty samotnego dzierżawcy.
Po czym biegniemy "wyjrzeć na świat boży".
A tam właśnie dochodził do wsi pierwszy szereg tyraliery ułańskiej. Migiem stanęła w płomieniach pierwsza z brzega stodoła. Dalej jednak palić wzbroniono.
Równo z ogniem, co wspiął się ponad słomiane poszycie, z lasu gdzieś, z tyłu za nami, rozległ się wyrazisty głos trąbki.
Zbiórka!...
To rotmistrz Romer zestawił tabor, zebrał rozproszonych po lesie i zbiórkę trąbić rozkazał.
Ściągają ze wsi ułani rozpaleni, z wypiekami na twarzy, o rozgorzałych oczach, pełnych żalu.
Wyjeżdża ze wsi troje sań w kondukcie powolnym...
Wyprostowują się postacie żołnierskie, palce przywierają do daszka.
Ciągnie majestat śmierci...
Pierwszego wiozą Łebkowskiego, podporucznika. Ciało stężało na mrozie w ruchu półwygiętym. Twarz cała w grubą maskę krwi skrzepniętej skuta, że tylko wąs w krwawy sopel zmieniony się znaczy. Wzrok szklisty, zimny - nie odgadniesz, jaką myśl wziął ze sobą do grobu ostatnią.
Wiozą go cichego, groźnego, zmilkłego nagle. Coś, jak lekkie zdziwienie podnosi ludziom brwi. Milczą, sprężeni w ostatnim hołdzie.
A pod szynelami szarymi łopocze bystre, niechwytne, śmigające jak ptak nocny bezszelestnym skrzydłem, zdyszane pytanie: "To Łebkowski?!...".
W następnych saniach, na wznak, twarzą ku niebu, wiozą Mrozińskiego. Też same siwe oczy rozwarte, co nocy ubiegłej rozgorzały na pochwałę dowódcy. Patrzą teraz w niebo spokojnie i niemrugliwie, tak samo jasno jak za życia. Zda się, że obłoki przeciągające górą odbijają się w nich - "Ku chwale Ojczyzny!"...
Ostatnich wiozą: Śledzia - ulubieńca szwadronu, dzielnego towarzysza - i poległego z nim razem ułana Sitarka.
Prócz tych w wiosce osunęło się z koni dwóch rannych. Uszli oni śmierci, udając martwych.
Cofać się trzeba wstecz, chcąc ujść zaciskającej się pętli bolszewickiej. Przez las, zawracając ze sobą spotkanych chłopów, by śladu nie dać, wracamy do tegoż dzierżawcy, u któregośmy popasali o świcie. Teraz już nie chce on podjąć się przeprowadzenia, tłumacząc, że wszystkie wsie są na nogach i czujność bolszewików wzmożona do ostatecznych granic. Jedziemy dalej. Spotykamy dwunastu zbłąkanych ułanów - zostali oni ostrzelani. Sześciu ich kolegów wpadło do niewoli. Pomykamy dalej. Gdzieś, w lesie, nieustannie grzechocze kulomiot. Poczynają huczeć armaty; okazuje się, że biją w to miejsce, u skraju lasu łopatyckiego, gdzieśmy się, chowając od obstrzału, spieszyli. Nastrój jest ponury.
Pomyka knieją jeden szwadron, dalej wozy z rannymi i zabitymi, szwadron drugi zamyka pochód.
Następuje czarna i wściekle mroźna noc. Jest to druga bezsenna noc pochodu.
Siedzę, przycupnięty, na skraju sań rozłożystych z rannymi (koń w bagnie został), zda się, że ten pochód w nieskończoność się wydłuża. Jest to uczucie tak krańcowego wyczerpania, że reaguje się na wszystko wszystkimi pięciu zmysłami.
Wszystkimi porami skóry sączy się długi jednostajny chrobot lodu kopytami ułańskich koni. Chrobot ten prześladował mnie później, przez cały czas pobytu mego w szpitalu w Baranowiczach.
W zaścianku Jasieniec wreszcie dostajemy dwie i pół godziny odpoczynku. Tam, w kapliczce małej, złożone zostają zwłoki trzech poległych. Kartki im - z zapisem rang, nazwisk i daty śmierci - zostawiono na piersiach, z prośbą o ostatnią posługę.
Trzeba było ruszać...
Żywo mi dotąd stoi w oczach scena przed wyruszeniem z Jasieńca. Na łóżku śpią: pułkownik Mościcki i podporucznik Bisping. Ostatni umieścił nogi na poręczy łóżka.
Porucznik Podhorski przy stole, wygięty w pałąk, siedzi. Brodę o gardę "złotej szabli"22 wsparł i śpi snem ciężkim. Tuż obok Dowgiałło, porucznik. Ten w pewnej chwili budzi się, nagłym i stanowczym ruchem chwyta konserwy, zjada całą puszkę w najwyższym pośpiechu, jak człowiek niemający chwili czasu do stracenia, i natychmiast zasypia. Faworyt pułku - dziś już nieżywy.
Sinieją w pomroce strudzone śmiertelnie twarze. W czapie, jak zwykle, pochyla się nad stołem głowa rotmistrza Romera. Pisze kartki klepsydry - zwięzłe, żołnierskie, dla przypięcia na piersi poległym.
"Polegli..." - wywodzi ołówek. Ręka się zatrzymuje. Rotmistrz Romer śpi.
"Śmiercią walecznych..." - mówi ołówek dalej nadludzkim wysiłkiem. Opada głowa. Sen znów ogarnia rotmistrza.
Skończone jednak zostało epitafium i ludzie stanęli na nogi.
Rzuciliśmy Jasieniec, dalej się usuwając od frontu.
W liliowych cieniach świtu została za nami kapliczka, zwłoki towarzyszów kryjąca.
Błogosławione ręce kobiece potem w opiekę ich wzięły. Pani Obuchowiczowa z Rewieńskich, gdy służba się rozbiegła, sama do kaplicy dąży, ciała myje na wieczny spoczynek. Trumny im każe robić tej formy, jak ich zmroził mróz, bo nie mieszczą się w trumnę zwykłą ciała pogięte.
A kiedy rannego Belinę chce jej wyrwać rozbestwiona tłuszcza, pani Obuchowiczowa własną piersią przed bagnetami drogę zbirom grodzi, nie bacząc na draśnięcie, którym ją jedno ze stalowych żądeł kąsa.
Rewieńskich to krew... Żołnierzy spod Somosierry.
W pewnej chwili zatrzymujemy się na rozdrożu. Dowództwo nie może zorientować się w drodze. Postój. Zimno przejmujące.
Z piętnaście grup stara się rozpalić ogniska. Zgrabiałe palce odmawiają posłuszeństwa, drzewa ogień nie chwyta.
Nic z tego.
Wtedy to pewna liczba ludzi w szwadronach nogi odmraża. Ulegam temu losowi i ja.
Nasi ranni tylko śpią wybornie, otuleni przepysznie. Gdzieś na jakimś karczu wysypujemy ich wszystkich na ziemię i z sercem zamarłym dążymy z pomocą.
Rankiem o godzinie siódmej stajemy w zapadłej leśniczówce Radziwiłłowskiej.
Zasypiamy natychmiast.
Nocy tej uszliśmy pięćdziesiąt wiorst lasami po dniu bojów i nocy poprzedniej, spędzonej w marszu.
O godzinie dwunastej wstajemy. Pułkownik Mościcki decyduje się przekradać bez asysty szwadronów. Przebieramy się, jak kto może. Pułkownik z waszecia, nieokreślenie.
I o godzinie szóstej wieczorem, cicho, w największej tajemnicy, tylnym wyjściem wymykamy się w towarzystwie katolickiego chłopa-przewodnika i dwu ułanów.
Iść mieliśmy na Dub, odległy o wiorst piętnaście. Było postanowione, że szwadrony też natychmiast wyruszą w dalszą drogę powrotną.
Zagłębiliśmy się od razu w czarną matnię lasu. Ciemno już było. Już po dwóch-trzech godzinach drogi zrozumieliśmy, że przewodnik błądzi. Rzucani to tu, to tam jego domysłami, kołujemy noc całą po korzeniach i wyrwach leśnych. Dzień zastaje nas w dziewiczej głuszy.
O godzinie szóstej rano natykamy się na jakąś rozgromioną sadybę i tam, rozgrzawszy konserwy, posilamy się i odpoczywamy półtorej godziny.
Nogi odmrożone dokuczają mi silnie.
Dalsza droga znów była plątaniem się bezładnym w matni. Do samego południa nie natrafiliśmy na ślad żywej istoty.
I na myśl, że oto już szwadrony odeszły, a my, jak ścigana zwierzyna, błądzimy w lasach, dziwnie niemiło robi się człowiekowi.
O pierwszej, niemal po dwudziestu czterech godzinach kołowania, wpadliśmy na pierwsze żywe istoty - chłopów wiozących siano. Ci nam wskazali drogę na Dub. Poczęliśmy się zbliżać do niego koło godziny trzeciej po południu.
Ponieważ tak liczna nasza grupa mogłaby zwrócić uwagę, rozdzielamy się. Pułkownik, chorąży Maruszewski i ułani tworzą jedną grupę, porucznik Żaboklicki, podporucznik Bisping i ja - drugą.
Pułkownik z towarzyszami ginie nam niebawem z oczu.
Przed nami zaczyna rzednąć las. To Dub.
Bezładna strzelanina zrywa się gdzieś z boku. Z gąszczu leśnego wynurza się ogromny drab, rudy, z rozesłaną po piersiach, jarzącą jak czerwone złoto, brodą. Trzyma dubeltówkę w ręku.
Wiedzieliśmy dobrze, że wsie telefonicznie i telegrafem polowym zmobilizowano, by łapać delegację, o której już bolszewicy byli powiadomieni.
Drab pyta nas o papiery.
Z boków wysypuje się na polanę więcej ludzi uzbrojonych.
Moje notatki podróżne, lakoniczne, pisane po polsku, gdzie notowałem skrzętnie godziny postojów i wymarszów, wzburzają tłum strasznie. Wyraz "Szpion!" groźnie huczy i koło się zacieśnia.
Dywersję niespodziewaną robi przyprowadzenie złapanego Maruszewskiego. Pułkownika z nim nie ma...23
Podporucznik Bisping, który został w lesie, szukając zgubionej rękawiczki, wynurza się teraz z lasu.
Ten ma jednak szczęście. Papiery pisarza urlopowanego lepiej jakoś trafiają do przekonania i puszczają go wolno. (Wpada potem na inny kordon, który go aresztuje).
Nas wiozą do gminy (wołosti), o wiorst piętnaście odległej.
Zsiadając przy jakiejś przeprawie, kiedyśmy się znaleźli chwilę razem, postanowiliśmy nie taić naszej misji, w nadziei, że odstawią nas wobec tego do jakiej władzy wyższej, z którą łatwiej będzie rozmawiać.
W gminie stoi już mur chłopstwa, rozgestykulowany, rozogniony.
Wciągają nas do izby.
Orator jakiś poczyna podjudzającą mowę. "Kontrrewolucja", "burżuazja", "diemokratija", "rewolucja", uczone nazwy partii, zjazdów i sowdepów - istna mieszanina słów oklepanych, wytartych jak miedziaki, śmiertelnie nudnych na bruku miejskim, tu, w tym poleszuckim kącie, splata się w fantastyczny skręt macek, które, zda się, ku gardłu pełzną.
Tłum poczyna się "rozkołysywać". Poczynają bić naszego przewodnika.
Jego jękliwe zawodzenie, przypominające płacz zagryzanego przez psy zająca, rozpala masę.
- A Bożeczka - jęczy biedaczysko. Łup, łup - głucho walą razy ściśniętych kułaków.
- Aj rodnieńkije - wymadla się zabijany Białorus. I nic, jeno znów razy zawziętych uderzeń.
Tłum dalszy jeno pokrzykuje i napiera naprzód; najbliżsi, milcząc, po chłopsku, jakby najcięższą pracę pełniąc - biją.
Kolej przychodzi na mnie.
Od razu otrzymuję silny cios w twarz, za nim sypią się inne razy. Zostaję wywleczony do izby przyległej. Tłum powala mnie na ziemię. Otrzymuję uderzenie w skroń kutym butem sołdackim. Dalej przestaję liczyć i reagować. Żegnam się i zaczynam gotować się na śmierć.
I dziwnie myśli robią się równe i spokojne.
Pastwiący się tłum jest niby za mgłą. A w samym sobie wstaje jasne, równe światło i wypromienia się ku najbliższym... Ku tym, których już nie zobaczę.
W pewnej chwili (a teraz to, retrospektywnie odtwarzając obrazy, widzę) jakiś uralski kozak wyciąga mnie z tłumu.
Snadź ma posłuch.
Niewiele pamiętam. Izba czarna... Błyskawica złoconego kiwotu24 przed oczami... Jazda nocna na wozie ze słomą.
Na stacji Łosza mój wybawca daje nam wiadro gorącej wody, chleb i słoninę.
Porządkuję twarz, zakrzepłą w krwi, jak mogę. Rano jesteśmy w Łunińcu.
Krasna gwardia. Sowdep. Celka więzienna w zarekwirowanym hotelu. I ten szwargot, ten ciągły szwargot Żydów - komisarzy bolszewickich.
Aż wtem... zaczyna się ruch niespokojny po korytarzach więzienia. Wdziera się do nas wieść, że Niemcy idą.
Nie, myślę sobie, to nie do wiary. Cooper lub Mayne Reed lubi tak nagle zbawiać swoich bohaterów, ale tak kiepsko pisanych romansów w życiu nie ma.
Jednocześnie rosną złowrogie projekty zamordowania nas natychmiast: projekty te snują pilnujące nas draby - milicjonerzy.
Kładę się "na złość" na łóżko (moje to trzy godziny były kolejki - bośmy ją wprowadzili, ile że jednośmy tylko mieli łoże) i śpię. Gdy budzę się - wątpliwości nie ma.
Niemcy idą... Nad Łunińcem już rozlega się warkot niemieckiego propellera.
Uczucie możności ratunku lub groza natychmiastowego nadziania na bagnet przez milicjantów, rozwścieczonych przybyciem Niemców, a krzątających się koło rabowanych w ogólnym popłochu przedmiotów, dziwny stwarza w naszym uwięzionym gronie nastrój. Trwa to do późnego wieczora.
Groza śmierci i nadzieja wyzwolenia na przemian się zmieniają.
Nastaje noc - większość milicjantów, złowrogo ku nam usposobionych, znika z więzienia, unosząc zrabowane przedmioty. Pozostali zwracają się ku nam bardziej przyjacielsko.
Wszystkich uwięzionych wypuszczają z celek, nam każą pozostać: pojedziemy pod konwojem czerwonej gwardii do Moskwy... Drzwi celki jednakże pozostają niezaryglowane. Wolno, wolniuteńko, z nader obojętnymi minami, jak lordowie, a z zatajonym sercem, wychodzimy z niestrzeżonej celi i wymykamy się na ulicę.
Stoją tam jeszcze, za węgły domów się chowając, grupy młodzików Żydków, udających czerwoną gwardię. Z zaciekawieniem muszą spoglądać na tę grupę perypatetyków, z gracją wędrujących sobie środkiem ulicy.
Najbardziej uroczo zapewne wyglądam ja. Z rozbitym nosem, z papachą spadającą na oczy, w spodniach krótkich i... w pożyczonych kaloszach, wdzianych wprost na obwinięte płachtami, odmrożone nogi.
Kierujemy się do księdza.
Ksiądz sprowadza miejscowego przedstawiciela Rady Polskiej Ziemi Mińskiej - pana Rogozińskiego.
Niemałe było zdumienie zacnego przedstawiciela, skoro zza plebańskiego stołu podniosło się na jego spotkanie jakieś widmo i z całym wdziękiem, na jaki się mogło zdobyć, zaprezentowało się... jako wiceprezes Komitetu Wykonawczego Rady Polskiej Ziemi Mińskiej.
Dalej rzeczy potoczyły się szybko i normalnie.
W Brześciu, w myśl rozkazu, byliśmy - aczkolwiek, rzecz prosta, już spóźnieni.
Po czym towarzysze moi wrócili do Korpusu, ja zaś zostałem umieszczony w szpitalu w Baranowiczach.
Taki był koniec ułańskiej wyprawy.
Zapuściła się ona od Bobrujska, ku kordonowi wojennemu, w głąb, wiorst dwieście pięćdziesiąt.
Z wrażych szponów wyszła, pięciu ułanów straciwszy, pozostawiając wspomnienie jednego z najświetniejszych czynów junackich, godnych polskiej kawalerii, a chlubę niosących strażnikom wyprawy - dowódcom szwadronów: Romerowi i Podhorskiemu.
Sądzonym było w niej paść dwóm bohaterom Krechowiec - pułkownikowi Mościckiemu i podporucznikowi Łebkowskiemu.
Niech groby ich po wieki otaczają skrzydła Sławy i cześć Narodu.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
17 Opowiadanie wolontariusza Witolda Wańkowicza, członka delegacji Korpusu do Rady Regencyjnej.
18 Wskutek wilgotnego klimatu na Białorusi powszechnie używają do suszenia koniczyny, wyki itp. tak zwanych ozierodów - wysokich na 4-5 metrów słupków, połączonych długimi poprzecznymi żerdziami, na których suszy się sprzęt. Te ozierody, zwykle na gumnisku każdego gospodarstwa stojące, w niektórych wsiach poleskich są wspólne dla całej wsi i zajmują dużą przestrzeń pola przed nią, tworząc długie szpalery.
19 Modlitwa dziewicy - kompozycja na fortepian autorstwa Tekli Bądarzewskiej (1856), rozpowszechniona na świecie w dziesiątkach wydań i najróżniejszych transkrypcjach (przyp. red.).
20 Przepisowa odpowiedź żołnierska w 1. Korpusie Wschodnim na podziękowanie dowódcy.
21 Rotmistrz Romer przez ten czas pobiegł do taboru, w którym poczynała się panika, i zdołał ją uśmierzyć.
22 Wysokie odznaczenie bojowe w armii rosyjskiej.
23 Okazało się potem, że ścigany, rozłączył się z chorążym Maruszewskim i w strzelaninie, którąśmy słyszeli, został zabity.
24 Obraz bizantyński, w złoconej blasze.
PEŁNY SPIS TREŚCI
WSTĘP
STRZĘPY EPOPEI
OD AUTORA
PRZEDMOWA
I. LEGIONOWA SZTAFETA
OPOWIADANIE PASIKA
WYPRAWA I ŚMIERĆ PUŁKOWNIKA MOŚCICKIEGO
ZWIĄZEK BRONI
NOC Z 21 NA 22 MAJA W 1. KORPUSIE WSCHODNIM
OSTATNIE SŁOWO
ROZKOSZNA PAŁA
"ŚMIAŁY" ODBIJA LWÓW
II. STRZĘPY EPOPEI - ZŁĄCZONE!
1. BUDIONNY IDZIE
2. ODWRÓT
3. ZWYCIĘSTWO!
SZPITAL W CICHINICZACH
W NIEWOLI
WRZESIEŃ ŻAGWIĄCY
OD AUTORA
DYWERSJA NIEMIECKA W POLSCE
OKRES "PRZYJAŹNI" POLSKO-NIEMIECKIEJ
TUŻ PRZED WOJNĄ
WYBUCH WOJNY
PIERWSZE TRZY DNI WOJNY W GDAŃSKU
ZOSTAJĄ...
"GOŚCIE" PRZECHODZĄ PRZEZ MOST
IMMUNITET
ZEMSTA
TORTURY I MORDERSTWA
WYZWOLENIE
WESTERPLATTE
TE PIERWSZE WALKI
PIERWSZE CZOŁGI
PIERWSZA GORYCZ
W OPAŁACH
OBRONA MOSTU
DZIEJE KOMPANII SAPERSKIEJ
JESZCZE STAWIAM POD KARABIN
MASAKRA W LESIE
BIAŁE RĘKAWICZKI
JAK ZAJĄCE W KOTLE
PONOĆ NASI BIJĄ W TARABANY...
ODWET NIEMIECKI
CMENTARZYSKO BRONI
JĘDREK, WITEK I ICH TYSIĄCE...
OPOWIADANIE WITKA
WALKA POD KAMIONKĄ STRUMIŁOWĄ
HEJ! GDZIE TO WALCZĄ JESZCZE?
W ARMII GENERAŁA KLEEBERGA
ZIEMIA ZWRACA BROŃ...
UCIECZKA Z NIEWOLI
ZNOWU POD BOLSZEWIKAMI
DZIECKO!...
WALKA O POLSKIE NIEBO
OGÓLNE DANE
BRYGADA OBRONY WARSZAWY
LOTNICTWO W ARMII GENERAŁA BORTNOWSKIEGO
LOTNICTWO W ARMII GENERAŁA KUTRZEBY
LOTNICTWO W ARMII GENERAŁA SZYLINGA
DZIEJE DYWIZJONU KARASI
Z GENERAŁEM SOSNKOWSKIM
DYWIZJA JEŻ
GENERAŁ SOSNKOWSKI OBEJMUJE KOMENDĘ
Z ODSIECZĄ DLA LWOWA
POGROM NIEMCÓW POD JAWOROWEM
BOJE POD JANOWEM
PRZEBICIE SIĘ 11. DYWIZJI NA BRZUCHOWICE
BÓJ POD BRZUCHOWICAMI
JAK W 1863 ROKU...
Z GENERAŁEM ANDERSEM
PATRZĄC Z IRAKU WSTECZ...
PIERWSZE DNI WOJNY
W PŁOCKU
MARSZ POD WARSZAWĘ
NATARCIE NA MIŃSK MAZOWIECKI
I ZNOWU PIĘKNIE ZORGANIZOWANA GRUPA
PRZEBICIE SIĘ NA SUCHOWOLĘ
WALKA O PRZEPRAWĘ
MARSZ MIĘDZY NIEMIECKĄ I ROSYJSKĄ ARMIĄ
ROZGROM NIEMCÓW
WALKI Z NASUWAJĄCĄ SIĘ ARMIĄ TIULENIEWA
OSTATNIE CHWILE GRUPY GENERAŁA ANDERSA
RESZTKI 26. PUŁKU UŁANÓW I 9. DAK-U
A CO Z RESZTKĄ BATALIONU MAJORA PERUCKIEGO
LOSY GENERAŁA ANDERSA PO WRZEŚNIU...
HUBALCZYCY
W NIEZNANE
PIERWSZA UTARCZKA POD MACIEJOWICAMI
DWIE WALKI W GÓRACH ŚWIĘTOKRZYSKICH
BĘDZIEMY POMOSTEM MIĘDZY WRZEŚNIEM I WIOSNĄ
OPAŁY W CISOWNIKU
UŁANI WERBUJĄ, STRZELCY MASZERUJĄ - ZACIĄGNĘ SIĘ...
WILIA I PO WILII
SZKOLENIE I... NIESUBORDYNACJA
WIELKI BÓJ POD HUCISKAMI
OKRĄŻENIE POD SZAŁASAMI
"TRĘDOWACI"
ŚMIERĆ HUBALA
EPILOG
PO KLĘSCE
ARTYKUŁ POD BOMBAMI
O WARSZAWIE - Z DALEKOŚCI...
OSTATNIA ROZMOWA Z BECKIEM I RYDZEM-ŚMIGŁYM
INNA TWARZ POLSKI
REPORTAŻE WOJENNE WAŃKOWICZA
WSTĘP
Reportaże i opowiadania wojenne stanowią nie tylko istotną część dorobku pisarskiego Melchiora Wańkowicza, ale bez wątpienia także część bardzo wartościową. Wynika to nie tylko z talentu pisarskiego autora, ale również z faktu osobistego udziału Wańkowicza i jego bliskich w walce o niepodległość. Pisał zatem o wojnie nie tylko z pozycji biernego obserwatora, ale także jej uczestnika, świadomego realiów pola bitwy odbiorcy i przetwórcy obrazu wydarzeń, których był świadkiem bądź który uzyskiwał od uczestników wydarzeń.
Zebrane w tym tomie wojenne teksty Wańkowicza dotyczą wydarzeń z okresu I wojny światowej, a następnie wojny polsko-bolszewickiej oraz kampanii wrześniowej 1939 r. Wszystkie one nie są relacjami bezstronnymi, pisane były wszak w określonym celu, różnym zresztą w odniesieniu do poszczególnych części tomu. Strzępy epopei, pisane w obronie dobrego imienia swoich (w znacznej części poległych) towarzyszy walki, są pełne zaangażowania i pasji publicystycznej. Ich walorem jest przede wszystkim niewielka odległość czasowa od opisywanych wydarzeń, kapitalny zmysł obserwacji autora i jędrny, obrazowy język. Pisane przez czynnego uczestnika wydarzeń - członka piłsudczykowskiej konspiracji w polskim wojsku powstającym w Rosji na terenach dawnej Rzeczypospolitej po rewolucji lutowej, dają panoramę tego fragmentu historii Polski, który nie pojawia się na kartach podręczników, niknie zupełnie w zalewie setek pozycji dotyczących wydarzeń nowszych, bardziej znanych, mniej egzotycznych dla współczesnego czytelnika. Z racji tematyki te fragmenty twórczości Wańkowicza nie były publikowane w PRL, a ówczesna historiografia pisała o opisywanych w Strzępach epopei wydarzeniach stosunkowo niewiele i pod znacznym ciśnieniem cenzury. Warto może przypomnieć tytuł pierwszej monografii poświęconej polskiemu wojsku w Rosji - Polskie reakcyjne formacje wojskowe w Rosji 1917 - 1919. Koncentrowano się przy tym na opisie spraw politycznych i militarnych, pomijając sytuację ludności cywilnej na tamtych terenach i martyrologię mieszkających tam Polaków. Tragiczne dzieje pozostałości po Rzeczypospolitej Obojga Narodów, ginących w odmętach rewolucji rosyjskiej, pod piórem Wańkowicza nadal porażają okrucieństwem i tragizmem, mimo upływu lat i bezmiaru zbrodni popełnionych w czasie kolejnej wielkiej wojny.
Strzępy epopei są nie tylko relacją uczestnika wydarzeń - Wańkowicz występuje w nich jako strona, broniąc swoich i przyjaciół wyborów politycznych i podejmowanych decyzji. Polemizując zażarcie z generałem Józefem Dowbor--Muśnickim, dowódcą 1. Korpusu Polskiego, nie zajmuje pozycji neutralnego obserwatora, lecz zaangażowanego obrońcy politycznych decyzji przywódców obozu piłsudczykowskiego z 1918 roku. W chwili gdy Wańkowicz pisał Strzępy epopei, były to jeszcze sprawy bliskie, doskonale pamiętane, żyli wszak jeszcze uczestnicy wydarzeń - oprócz Muśnickiego choćby Ignacy Matuszewski czy odpowiedzialny za decyzje wydane przywódcom POW na Kresach Edward Rydz-Śmigły, wówczas generalny inspektor sił zbrojnych. Wańkowicz występował w roli obrońcy dobrego imienia i słuszności prowadzonej w przeszłości polityki przedstawicieli obozu rządzącego Polską.
Barwnie i z pasją opowiedziane przez Wańkowicza dzieje 1. Korpusu Polskiego, działającego początkowo na znacznej przestrzeni - od Dniepru do Mińska białoruskiego - a następnie pod naciskiem oddziałów bolszewickich skupionego wokół twierdzy w Bobrujsku na Białorusi, są zatem źródłem historycznym, wymagającym, jak wszystkie relacje, krytycznej analizy. Dotyczy to zwłaszcza opisu zamachu na dowództwo Korpusu, dokonanego przez POW 21 maja 1918 r. Jego celem miało być niedopuszczenie do rozbrojenia przez Niemców Korpusu i rozpoczęcie walki z wojskami niemieckimi. Bunt ten miał doprowadzić do wzmocnienia antyniemieckiego nastawienia polskiego społeczeństwa i mobilizacji sił antyniemieckich wokół POW. Plany te, wbrew podtrzymywanej przez Wańkowicza legendzie, były nierealne. Przewidując możliwość oporu ze strony polskiej, Niemcy zgromadzili wokół Bobrujska znaczne siły, wystarczające w nadmiarze do stłumienia ewentualnego oporu. Nawet gdyby udało się przy pomocy części oddziałów Korpusu opanować twierdzę w Bobrujsku i rozpocząć walkę partyzancką, wobec znacznej przewagi niemieckiej opór polski zostałby szybko zgnieciony, a ewentualne zyski z tej akcji byłyby nieproporcjonalne do poniesionych strat i osłabienia polskiego ruchu niepodległościowego. Stąd kreowany przez Wańkowicza na b?te noire jego opowieści gen. Dowbor-Muśnicki nie miał właściwie wyboru, podejmując decyzję o kapitulacji i odrzucając koncepcje przedstawione mu przez podpułkownika Przemysława Barthel von Weydenthala. Ostry konflikt między członkami POW a dowódcą 1. Korpusu, spowodowany zasadniczymi różnicami ideowymi, drogą życiową i wyborami politycznymi, został wzmocniony postawą Dowbora po niepowodzeniu zamachu, a zwłaszcza publicznym oskarżeniem uczestników spisku o działanie "za cudze pieniądze".
Odmienny swoim dramatyzmem od opisu dziejów 1. Korpusu Polskiego, choć przecież ściśle z nim związany, jest szkic Szpital w Cichiniczach. Tragiczne dzieje szpitala wojskowego 1. Korpusu w morzu rewolucji i rewolty chłopskiej na Mohylewszczyźnie, opisane na podstawie relacji stryjecznej siostry Melchiora, Zofii Wańkowiczówny, są nie tylko kapitalnym dziełem literackim, ale także porażającym realizmem i plastycznością obrazu dokumentem martyrologii polskiej na "ziemiach zabranych", które zwłaszcza po II wojnie światowej zostały w dużym stopniu wymazane ze zbiorowej pamięci Polaków. Okrucieństwo bolszewików pokazane zostało przez Wańkowicza bez zapiekłości i nienawiści, momentami wręcz chłodno, jako coś oczywistego i niemalże naturalnego, jakim było - być może - dla tych, którzy doświadczyli rewolucji rosyjskiej. Nawet w tym niemalże piekle ludzkich namiętności i prymitywnych instynktów pokazuje Wańkowicz zachowania ludzkie także po drugiej stronie, dzięki którym epopeja szpitala zakończyła się szczęśliwie.
Inny charakter niż Strzępy epopei mają reportaże Wańkowicza z kampanii wrześniowej. Wrażenia z przebiegu walk we wrześniu spisywał Wańkowicz na bieżąco, "ku pokrzepieniu serc", z zamiarem publikowania ich w prasie. Po przekroczeniu granicy z Rumunią stanął w obliczu ogólnego chaosu i goryczy związanych z upadkiem państwa. Dla polskiego społeczeństwa szybkość postępów armii niemieckiej, miażdżąca przewaga broni pancernej, wszechobecność lotnictwa w połączeniu z chaotyczną ewakuacją administracji państwowej, noszącą często znamiona panicznej ucieczki, były ogromnym szokiem. Niedemokratyczny charakter rządów przedwrześniowych, połączony z mocarstwową propagandą, odwołującą się do kultu walki o niepodległość i potęgi polskiej armii, wzmocnił jeszcze szok spowodowany klęską, której szybkość była zaskakująca nawet dla fachowców. Związany z obozem piłsudczykowskim historyk Władysław Pobóg-Malinowski pisał o tym po latach: "Już przed ewakuacją rządu z Warszawy wojewodowie i starostowie z zachodnich i południowych części kraju opuszczali swe siedziby w miarę rozlewania się inwazji niemieckiej; za tłumami uchodźców odchodziły w głąb Polski urzędy, sądy, policja, w niejednym wypadku nawet straże pożarne i więzienne [...]. Wyjazd wszystkich przedstawicieli władz - rządowych, wojewódzkich i powiatowych - równoznaczny stał się w skutkach z porzuceniem ludności na pastwę losu i puszczeniem jej samopas w nowych dla niej, tragicznie ciężkich warunkach [...]. Musiało to wywołać falę powszechnego żalu, rozgoryczenia, oburzenia, gniewu"1. Podobne odczucia były powszechne również wobec polskiego naczelnego dowództwa, zwłaszcza marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, o którym krążyły najdziksze plotki; powszechnie krytykowano zwłaszcza opuszczenie przez niego walczących jeszcze wojsk w obliczu inwazji sowieckiej. Do tego dołączyć trzeba intensywny nacisk niemieckiej propagandy, obecnej nie tylko w krajach neutralnych, lecz przenikającej również do aliantów zachodnich, której celem było ukazanie słabości polskiego państwa i zastraszenie opinii publicznej Europy potęgą militarną Rzeszy.
Dojmująca chęć wyjaśnienia przyczyn wybuchu wojny i klęski spowodowała, że Wańkowicz dotarł do internowanych w Rumunii członków rządu, w tym głównego architekta polskiej polityki zagranicznej lat 1935-1939 Józefa Becka oraz naczelnego wodza marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. Jego relacje z tych rozmów mają unikalny charakter, pokazują bowiem atmosferę panującą w tym gronie, trudności w odnalezieniu się w nowej sytuacji, początki prób obrony własnej polityki i nagłą zmianę frontu u części urzędników państwowych, połączoną z ostrą krytyką dotychczasowych władz i wkupywaniem się w łaski nowego rządu. W relacji z rozmowy z Beckiem uderza silne przekonanie rozmówcy Wańkowicza o słuszności prowadzonej polityki. Obronny optymizm Becka co do słuszności linii polityki zagranicznej i przyszłości Polski nie przekonał Wańkowicza, stąd obraz Becka wyłaniający się z tej rozmowy nie pozostawia najlepszego wrażenia. Józef Beck był przez lata b?te noire historiografii i propagandy PRL, która czyniła go niemal sojusznikiem Niemiec. W wolnej Polsce doceniono zarówno jego politykę, jak i intencje i mimo wciąż toczących się sporów o jego politykę w latach 1938-1939 i braku wyczerpującej biografii, pozostaje jednym z symboli polityki Polski niepodległej.
Z kolei Edward Śmigły-Rydz, znajdujący się chyba w jeszcze trudniejszej sytuacji niż Beck - jako naczelny wódz obwiniany był nie tylko za klęskę, ale również za nieprzygotowanie Polski do wojny, a w końcu i opuszczenie walczącego kraju - wypada w relacji Wańkowicza w nieco jaśniejszych barwach. Być może wynikało to z faktu, że Wańkowicz znał swojego rozmówcę z czasów wojny polsko-bolszewickiej i cenił go jako żołnierza. Obraz postawy i stan ducha Rydza opisany przez Wańkowicza zgodny jest z innymi przekazami i jego konkluzja z tej rozmowy o prawym człowieku wyniesionym zbyt wysoko wymaga tylko uzupełnienia o stwierdzenie, że gdyby nawet uniknięto błędów popełnionych przez naczelnego wodza w planowaniu i dowodzeniu, kampania wrześniowa i tak była nie do wygrania.
Z poklęskowych rozmów Wańkowicza z żołnierzami kampanii wrześniowej, z chęci polemiki zarówno z niemiecką propagandą, jak i społecznym odbiorem klęski, wyłonił się Wrzesień żagwiący, zbiór zapisywanych na gorąco relacji uczestników walk, który w zamyśle pisarza służyć miał udokumentowaniu bohaterstwa polskiego żołnierza, pokazaniu, że kampania w Polsce nie była dla niemieckiego żołnierza 18-dniowym "spacerkiem", a Polacy mieli i mają wolę walki, ulegając tylko przewadze technicznej i liczebnej przeciwnika. Okoliczności powstawania Września żagwiącego wpłynęły na przypadkowość zarówno wyboru osób, jak i opisywanych bitew i wydarzeń. Uzupełniany przez niemal całą wojnę Wrzesień... jest zatem zapisem wydarzeń pełnym emocji, często nieścisłym, zawierającym przekłamania i błędy, ale posiadającym walor autentyczności i bezpośredniości przekazu, niezatarty przez czas, dostęp do publikacji historycznych czy nacisk otoczenia.
Obraz kampanii wrześniowej wyłaniający się z tekstów Wańkowicza to przede wszystkim ludzie walczący wbrew wszystkiemu o wolność swojego kraju, mimo świadomości beznadziejności swojego położenia i widma klęski. Wrzesień żagwiący jest tym bardziej wartościowym świadectwem epoki, że pisany na emigracji, zachował autentyczność opisu sytuacji kraju napadniętego przez dwóch wrogów i żołnierzy przedzierających się ku południowej granicy między wojskami niemieckimi, cofającymi się na linię Wisły wyznaczonej w układzie Ribbentrop - Mołotow jako granica interesów z ZSRR, a wojskami sowieckimi, prącymi na zachód. Reportaży Wańkowicza nie można jednak traktować jako ścisłego przekazu historycznego. Szczegółowy obraz walk odbiega w nich miejscami od rzeczywistości, co wynikało w znacznym stopniu z braku możliwości konfrontowania relacji z innymi uczestnikami wydarzeń i dokumentami z jednej strony, z drugiej zaś z przyjętej konwencji, w której celem nie było uzyskanie wiernego przekazu historycznego, ale literacka, reporterska wizja postawy polskiego żołnierza.
Stąd na przykład opis obrony Westerplatte, oparty głównie na przekazie dowódcy załogi Polskiej Wojskowej Składnicy Tranzytowej, majora Henryka Sucharskiego, odbiega od ustaleń historyków. Dzisiaj wiemy, że Niemcy podjęli 1 września dwa szturmy na Westerplatte, po załamaniu się których do końca trwania placówki nie podjęli kolejnych prób ataku, ograniczając się do wypadów o charakterze rozpoznawczym i ostrzału artyleryjskiego terenu Składnicy. Reportaż Wańkowicza wyolbrzymia także rolę odegraną w obronie półwyspu przez jej dowódcę. Brak w nim choćby zaznaczenia zasług zastępcy Sucharskiego, kapitana Franciszka Dąbrowskiego. Toczy się dziś w historiografii spór o faktyczną rolę Sucharskiego w obronie półwyspu - wobec istnienia relacji o załamaniu się dowódcy Składnicy po ataku bombowym 2 września. Dla wszystkich badaczy tematu jest dziś jednak oczywisty fakt napięcia istniejącego w dowództwie obrony między majorem Sucharskim, dążącym do kapitulacji placówki po wypełnieniu z naddatkiem przez załogę rozkazu obrony jej przez 12 godzin, a pozostałymi oficerami, pragnącymi bronić się do wyczerpania wszelkich możliwości oporu. Plastyczna wizja obrony Westerplatte stworzona przez Wańkowicza jest więc w znacznym stopniu nieprawdziwa, zachowuje jednak walory literackie.
Szkic poświęcony oddziałowi majora Henryka Dobrzańskiego jest również apologią jego bohatera. Wątpliwości związane z efektem działalności jego oddziału, uzasadniona wstrzemięźliwość dowództwa Związku Walki Zbrojnej wobec koncepcji "Hubala" przetrwania umundurowanego oddziału do czasu zwycięskiej, jak powszechnie sądzono, wiosennej kampanii na froncie zachodnim, w tekście Wańkowicza znajdują tylko minimalne odbicie. Warto przy tym zauważyć, że - podobnie zresztą jak w innych częściach książki - obraz zachowań i reakcji ludzkich jest u Wańkowicza nielukrowany. Mamy tchórzostwo, lęk i załamania, zróżnicowane po klęsce postawy ludności cywilnej wobec polskich żołnierzy czy pojawianie się postaw kolaboracyjnych lub służalczych wobec okupanta.
Reportaże wrześniowe Wańkowicza obejmują tylko wyrywkowo dzieje kampanii wrześniowej. Dobór bohaterów walk, zwłaszcza dowódców, jest w dużym stopniu przypadkowy, brakuje wielu ważnych bitew, bohaterskich dowódców oraz istotnych dylematów polskiego dowództwa. Jest paradoksem historii, że książka ta, pisana z myślą o jak najszybszej publikacji, będąca namiętną polemiką z niemiecką propagandą i nastrojami poklęskowymi, nie mogła spełnić swojego zadania. Jej autor, będąc na indeksie powstałego na emigracji rządu Sikorskiego ze względu na zaangażowanie polityczne przed wojną, nie uzyskał wsparcia nowych władz w staraniach o jej wydanie. Jako całość ukazała się dopiero w 1947 r. na emigracji, trafiając do stosunkowo wąskiego grona odbiorców. Także w PRL, mimo powrotu Wańkowicza do kraju w 1958 r., nie mogła zostać wydana w całości. Strawne dla cenzury okazały się jedynie losy obrońców Westerplatte i oddziału majora "Hubala", wydane wielokrotnie w dużych nakładach. Pozostałe części książki, ze względu przede wszystkim na opisy wkroczenia Armii Czerwonej i walk polsko-sowieckich, pozostały dla polskiego czytelnika przez długie lata niedostępne. Książka doczekała się polskiego wydania dopiero w 1990 r., mając już wartość jedynie literacką. Jej dzieje są zatem także odbiciem polskiej historii. Jednak i te fragmenty Września..., które zostały opublikowane w PRL, stanowiły dla ówczesnego czytelnika możliwość obcowania z opisem historii własnego kraju pisanym z pozycji żarliwego patriotyzmu, pozbawionym ideologicznych wtrętów i niechęci do przedwojennej Polski, tak charakterystycznych dla większości publikacji dotyczących tego okresu wydawanych w PRL nie tylko w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ale i później.
Z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika emocje Wańkowicza zawarte w opisie tragicznych dni wrześniowych stanowią kapitalny przekaz, pozwalający na zrozumienie, czym była agresja niemiecka, a następnie klęska wrześniowa i okupacja dla znacznej części polskiego społeczeństwa. Takiego wyrazistego przekazu nie dają najlepsze nawet monografie tego okresu ani znaczna część pisanych po latach relacji i wspomnień. Stąd reportaże wojenne Wańkowicza są lekturą obowiązkową dla wszystkich pragnących zrozumieć dylematy i odczucia Polaków w obu wojnach światowych.
Tadeusz Paweł Rutkowski
Instytut Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego
1 Władysław Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia polityczna Polski. Okres 1939-1945, cz. I, Gdańsk 1990, s. 62.
PRZEDMOWA
Do tego trzeciego wydania3, ukazującego się w dwanaście lat po pierwszym i w osiem lat po drugim4, dodałem trzy następujące opowiadania: Związek Broni, Ostatnie słowo i Rozkoszna pała.
Ostatnie słowo mogłem zamieścić dzięki uprzejmości pani Natalii Włochówny, która je znalazła w papierach po śp. Czesławie Zawistowskim.
Rozkoszną pałę zamieszczam w tej książce z najwyższą niechęcią: myślę jednak, że troska o poziom książki winna ustąpić przed obowiązkiem poinformowania czytelnika, który czytając o psychologii związkowców, powinien zajrzeć i w psychologię, z którą związkowcy walczyli.
Wreszcie opowiadanie Związek Broni stało się dla samego autora niespodzianką. Było zaczęte jako przedmowa do 3. wydania tej książki, a rozrosło się w oddzielny rozdział Strzępów epopei. Widać najważniejsze rzeczy jest mówić najtrudniej i widać wymagają perspektywy lat. Jestem wzruszony, myśląc o tych cichych i nieznanych ludziach, którzy pracowali ze Związkiem Broni, i którym dane było w pewnej chwili dziejów pochwycić z rąk legionowych sztafetę.
Panu majorowi Wacławowi Lipińskimu dziękuję za przypisy.
MELCHIOR WAŃKOWICZ
3 Melchior Wańkowicz Strzępy epopei, wyd. 3., Warszawa 1936.
4 Niedopatrzenie autora. W rzeczywistości trzecie wydanie ukazało się trzynaście lat po pierwszym wydaniu (1923) i dziesięć lat po drugim (1926).
OPOWIADANIE PASIKA5
Pamięci WŁADYSŁAWA PASIKA,
strzelca II Brygady Karpackiej 2. Pułku 10. Kompanii, w Korpusie generała Dowbora strzelca 12. Pułku oddziału karabinów maszynowych jucznych, wreszcie żołnierza Polski Niepodległej, poległego w walkach z Czechami na Śląsku w roku 1919
Było to w zawianych śniegami barakach Jelni - w miejscu postoju 3. Dywizji generała Iwaszkiewicza, w początku 1918 roku.
Przyjechałem, by starać się pchnąć do marszu wśród walk tę dywizję6. Zadanie było wielkie, a garstka nas, związkowców, wobec niego mizerna. Snuliśmy się w głębokich śniegach, między drewnianymi barakami, w których były porozrzucane kompanie.
Z dnia na dzień oczekiwano, że siły bolszewickie zlikwidują to całe "wojsko".
Uważaliśmy się za żołnierzy, ale czuliśmy się raczej jak zapadłe w śniegi stadko kuropatw. Każda sobie dołek wygrzebie, główkami dla ciepła zwrócą się do środka i w Bogu mają nadzieję, że je jastrząb przeoczy.
W tej kuropatwiej psychice marzyliśmy o prawdziwych żołnierzach - legionistach, którzy pono wkroczyli do Królestwa, niosąc w rękach siodła.
I wówczas, kiedy staliśmy przed najcięższymi zadaniami - ujrzeliśmy żywego legionistę, który z jeniectwa rosyjskiego do 3. Dywizji uciekł.
Władysław Pasik, eks-legun, jeniec rosyjski, typ dwudziestoletniego osiłka wiejskiego (z Grabin pod Tarnopolem był rodem), zawitał do ciemnej kancelaryjki pułkowej i rozgadał się:
- W książkach, co je pan czytał o legionach, nic, widać, o bitwie pod Czerniowcami nie ma7. Tam to dopiero było ciężko!
Cofali my się z Bessarabii, spod Dobranocy wsi. Madziary, bestie, Rusa puścili... Był Trojanowski z nami i Januszajtis, i Roja8... Parli nas ze Sadogóry za Prut nazad. A za Prutem, lewy brzeg jego obsadzając, mieli my zająć Lisią Górę.
Ledwie my ku Prutowi zeszli, aż tu most, co na tamten brzeg ku Czerniowcom wiedzie, Rosjanie gęsto kulkami kryją i już od niego rychtyk ich piechota i kozaki walą.
Więc my - w bok, na prawo. Drogą, co wzdłuż Prutu idzie, odchodzić my poczęli ku drugiemu mostowi, o osiem kilometrów. Ten jednak Austriacy przed samym nosem nam wysadzili w ucieczce. Skotłowały się, zamąciły dwa pułki nasze. Moskal już nas ze wszystkich stron otoczył. Artyleria wali w nas jak w bór i zdrowo kruszy. Piechota półkolem idzie, ściskają, juchy, pętlę, a tylko Prut nas od Lisiej Góry przegradza.
Pozeskakiwali my pod brzeg stromy - zasłony szukać od strzałów. A tu artyleria ziemię czarną rwie i brzeg łamie, we wodę pociski biją, aże się do dna za każdym razem ta woda rozwiera.
Skotłowały się, zamieszały pułki. Roja nawet, pułkownik, głowę stracił. Były tam dwa czółna spore uwiązane u brzega. W te czółna po czterdziestu żołnierzy wsiadło i ku brzegowi przeciwnemu przepychać się jęli. Nurt ich czarny porwał, zakręcił, pocisków parę leje rozwarło, że się tylko raz i drugi chybnęli i ku dnu poszli...
Wpław też wielu rzucało się, w wirze bystrym ginąc.
W tej godzinie ostatniej doktor Bobrowski, szablę z pochwy wyrwawszy, krzyknął: "Chłopcy! za ten sztandar, który tutaj widzicie! Za tę Najświętszą Matkę Boską, za Orła, co na nim!". I jak skoczy! My za nim.
A już kozacy swoje sotnie w szyku puścili na zgniecenie nas ostateczne. Poszliśmy na bagnety. Siedemdziesięciu naszych padło, aleśmy odsunęli pętlę. A tu chłopcy z drugiego brzegu bród wskazują i tyczki stawiają. Ale raz jeszcze trzeba było spod brzegu wychynąć i na bagnety iść. Takeśmy ich trzymali, ażeśmy do ostatniego bród przeszli.
Żeby nie doktor Bobrowski, już by onych dwóch pułków naszych nie było.
Pod tą Lisią Górą to my się mało wiele przepierali tam z Rosjanami. Chodzili my na nich nocną wycieczką, ale czterech złapali i powiesili kozacy.
I po siedmiu większych bojach, w czerwcu, stanęliśmy pod Rokitną. Pozycja nasza wyciągnęła się w dwa kilometry frontu. Dwa one kilometry szedł okop lekki, płyciuchny, nie do klęczenia nawet, w trawie bujnej całkiem ukryty. Przed nim step rozległy, trawy tam aż po krańce sine, gdzieś w czerwcowym słońcu rozkołysane.
W te tedy okopy w pierwszą linię ściągnęli my wszystkie nasze maszynowe karabiny. Dziesięć ich było.
Czekali my.
I w jasny dzień poczęli wrogi jak mrowie jakie, jak szarańcza, iść. Sznur po sznurze, jak małe mrówki, ciemne punkty przebiegały z dala, zbliżały się, rosły. Przebiegną i padną. Znów wznoszą się, pędzą ku nam i zapadają. A za nimi w trop nowi i nowi. Świeże siły. Już rozróżnisz postacie na czele biegnących. Oficerów widać na przedzie. Zapadają. A za nimi nowe mrowia. Jakby z każdej trawy ruski wojak się rodził. I jakby cała trawa na nas sunęła.
Nasza linia milczała. Rosjanie bez okopywania się, bez przypadania już niemal, ciągle szli i szli. Już słychać głuchy tupot przebiegających. Aż doszli na kroków sto pięćdziesiąt. Naraz zaśmiały się wtedy kulomioty z trawy, ze stepu. Niby wicher po nim poszedł. Padło wszystko, wtuliło się w trawę. Dopiero wtedy nasze maszynki dalej po polu przechadzać się, a przebierać. Równo, kwadratami kosiły one łąkę na czysto, a z nas karabinu nikt nie tknął nawet. Jenośmy patrzyli. I co który wróg wzniesie głowę, już ci go skoszą. Tak do nogi sześć pułków rosyjskich ułożono w tym stepie. Poszły nowe ataki zażarte i wróg jeszcze cztery pułki pokotem kulomiotom naszym złożył w ofierze, bo kraniec stepu hen coraz to nowe mrowie słał na nas.
Aż zeszła noc czarna i smolista, jak besarabski czarnoziem. Aż duszno było w powietrzu i straszno w tych płyciutkich okopach u skraju oceanu trupów i rannych. Zda się, że tam coś roiło się i mrowiło w ciemności i sen nie brał żadnego z nas tej nocy.
I widać nie próżno. Sotnie spieszone kozackie wśród korytarzów trupich w ową noc ciemną dopełzły aż pod okopy nasze strzeleckie. Wychynęli z nocy o piętnaście kroków przed nami, jak czarty czarne. Drgnęło coś w piersi, zda się serce skoczyło pod gardło i w dół szarpnęło. Nimeś się obejrzał, już cię nogi prężne za okop skurczem jednym rzuciły, a dłonie wraz bagnet ślepym razem w gąszcz pchnęły. Zderzyli my się bagnet w bagnet i od okopów kozaków wstecz pchnęli.
Ale nie tę tylko niespodziankę gotował Rusek.
Od lewej ręki był tam kurhanek nieduży, w step wrosły. Tam nocy owej, korzystając z czynionego z kozakami gwałtu, wróg milczkiem armatkę polową wtoczył. To ścierwo, skoro świt nastał, bić celnie po nas poczęło; była bowiem owa armata o tysiąc kroków od nas, nie dalej. Raz wyrżnie w okop, że kilku chłopa pobije i roztrąci, raz w lasek pobocz za okopem, gdzie stał sztab pułku. Raz w nas, raz w lasek. A tak celnie jucha bije, że żadnej cierpliwości nie ma. Januszajtisowi pułkownikowi, co śniadanie właśnie jadł, strawę wyrzuciło, z ziemią zmieszało, pułkownikowi w głowę deską jakąś czy polanem stuknęło. Wychodzi przed chałupę zły - klnie armaty. Patrzy: Austriaki z armatami jadą, rozbijać tego szkodnika. Pojeździły, pokręciły się, zabrzęczały po nich szrapnele. "Przykrycia nie ma" - prawią i... zurück9. Januszajtis głodny i zły, klnie austriackiego kapitana, co mu wycieczkę radzi.
Ale naszym się spodobało. Wyskoczył chorąży - o pozwolenie prosi. Dobrał nas czterech - na ochotnika. Jeno żywcem przykazał Januszajtis brać, że to, prawi: "Śniadanie mi zepsuli, gadać z nimi sam chcę".
Poszliśmy w pięciu, boczkiem, a trawą. Ujrzeli już nas z bliska Rusy, a było ich kilkunastu, i szkapy na gwałt dalejże wprzęgać. Tedy my salwę po koniach, pomni, aby ludzi żywcem, w niewolę.
Zatrajkotali do nas z rewolwerów artylerzyści, ale niedługo tego. Skoczyliśmy na bagnety, oni zasię, szabel dostawszy, nie poddają się. Aże nam dziwno się zrobiło, bo choć ich kilkunastu, zawsze to bagnety u nas, a przy tym nieruski to zwyczaj nie poddać się. A oni tymczasem widzieli, że od tyłu nam piechota zachodzi, i przewlekali.
Biliśmy się tak, nic nie wiedząc, minut dwadzieścia i ułożyli już dwóch artylerzystów, aż tu nagle siła wielka z tyłu skoczyła i "Zdajsia10" krzyczą. Jeden dał dęba, ale go ustrzelili na miejscu. Nas zaś otoczyli, ku swoim pędzą.
Upał był duży. Pozdejmowali my maciejówki, że to gorąco niby i każdy rogi czapki za brzegi ugiął - do Austriaka się upodobniając.
Wiedli nas między tabory i kuchnie, między pałatki lazaretowe. Zewsząd tłum rozwścieczony na nas parł, "śmierć" krzycząc. Jakże to! Ich dziesięć, dwanaście pułków tam w stepie ziemię gryzło, a nas czterech - ot cała zdobycz! I ranni, zwłaszcza z noszy, z tapczanów, ku nam wyciągali pięści i klęli, zdrowych przeciw nam judząc.
Z taką muzyką do pułkownika my doszli. Pułkownik tęgi, ogromny. Ujrzał nas, napęczniał krwią: "Wy legioniści". - "Nie, my pułk austriacki". - "Łżecie, to strzelcy w pierwszej linii stali. Wieriowok!11". Przynieśli sznury. Przypomnieliśmy wisielców - onych czterech, dobrych kolegów spod Lisiej Góry. Aż tu doktor jakiś, człowiek starszy, idzie. "Co robisz, pułkowniku, toż Austriacy!". I naraz do nas po polsku zagaduje. Bierze papiery nasze, w których jak byk stoi, jako żeśmy strzelce polskie tego i tego pułku. A doktor nic, jeno w głos rżnie po niemiecku, czytając niby: "Kaiser-Königliche Regiment...12".
Dopiero kazał pułkownik powrozy precz wziąć, a nas pytać pocznie, gdzie i co i jak wojska stoją, i do generała wysłał. Tam w sztabie chorąży nasz, co spod Przemyśla był i po rusińsku potrafił, napędzlował13 mu dziwów: że Austriaki za laskiem od trzech dni pozycję pod ciężkie działa betonują, że nasze dwa pułki dwie dywizje austriackie zastąpiły, że nasze chłopy odeszli i stoją tam i tam (a tam stał stary landszturm). Generał taki był rad, aż sapał i po trzy ruble kazał nam wszystkim dać.
Pędzili nas potem dwa dni do stacji Mamałyga, kęsa chleba nie dawszy. Z Mamałygi pojechaliśmy do Kijowa, też bez strawy nijakiej. Zegarek na ręcem miał, co go nie potrafili zagrabić, bom go pod rękaw wciągnął. Tom go teraz za pół bochenka chleba konwojnemu oddał.
W Kijowie spali my na piachu, co aż się podnosił od wszów. Wydzielili nas w transport trzystu jeńców. Węgry tam były i Czechy, i Niemce - Polaków mało. My czterej legioniści daliśmy sobie słowo, że jeśli okopy każą kopać czy inne co takiego na froncie - nie zgodzim się. A inni też słowo dali i za jedno iść przyrzekli.
Wyładowali nas we wsi Filimony grodzieńskiej guberni i w stodole zamknęli. A rankiem drugiego dnia w pole pognali, rozdali łopaty i kazali kopać.
A tu stu dwudziestu pieszych konwojnych i czterdziestu kozaków. Ale my nie chcieli. Saperski oficer po naszego kapitana posłał, co nad nami, jeńcami, był. Ten kolejno nas brać kazał i obijać kozakom. Aż kiedy do ósmego doszli, feldfebel to był, Rusin: "Wszyscy będziem robić - powiada. - To ci czterej - powiada - co nas nabuntowali" - i na nas ukazuje.
Chwyciły nas kozaki i w maleńki ciasny chlewik rzucili.
Leżym dzień cały bez jadła i wody. Na swoją potrzebę nawet nie puszczają i pies kulawy nie zajrzy.
Przeleżeli my tak dzień i noc całą, aż na drugi dzień, koło południa, dopiero słyszym - głosy niemieckie słychać - jeńców gdzieś koło naszego chlewka prowadzą.
Tedy my zrozumieli, że coś będzie. Rozwarł kozak drzwi, stanął w nich, za nim inni. Wzięli nas pomiędzy siebie i powiedli.
Na zielonej łące już jeńcy stali w krąg. Wkoło nich konwój i kozacy na koniach. W środku kapitan z papierem w ręku.
Odczytał, że wypada na nas po dwadzieścia pięć razów nahajem. Prosili się kozaki, że nie chcą bić. Ochotników wywołał. Wystąpiło dwóch i pięciu Serbów-jeńców, chłopów jak byki, do trzymania.
Od pierwszych uderzeń krew trysła. Koniec nahaja ciało rwie i jak ogniem praży. A potem to już nie bolało nic. Jeno ciepło się robiło od krwi i w butach pełno, jakbyś wody nabrał.
Zwalili nas potem do tego chlewa na gnój. Ruszać my się nie mogli, bo krwi sporo zeszło, a szmaty przykrzepły i coś się krzynę dźwignął, to jakbyś darł ciało.
I nie jedli my już drugi dzień nic.
Wraz zajrzał ku nam jakiś sanitariusz. "Czekajcie" - powiada po polsku i łeb cofnął.
Nie przeszło dwóch godzin, aż rozwierają się drzwi i wpada doktor wojskowy. Młody i Polak. Sanitariusz ten mu telefonował do Grodna.
Doktor ten zaraz nas do powozu kazał brać. Przyleciał kapitan. Co mu doktor rzekł, nie wiem, bom niewiele co wtedy po rosyjsku rozumiał. Ale aż za szablę chwytał. Zaczerwieniał kapitan i zmilkł, i ustąpił.
Trzy miesiące leżeli my w Grodnie, w szpitalu. Wyżej czterdzieści stopni gorączki my mieli, bo gnój w rany wszedł i ognił.
Aż wreszcie wypuścili zdrowych kolegów i mnie, ale każdego w inną stronę rozegnali i nie wiem już co z nimi.
A mnie pchnęli do Mikielewszczyzny wsi, do tegoż kapitana. Kopałem już okopy - cóż robić...
Poczęli Niemcy przeć. Koleje, szosy zawalone wojskiem i wygnańcami. Nas, jeńców, w hordy ogromne spędzili i pieszo na Mińsk, Smoleńsk, stamtąd za Dźwińsk, a potem znowu z powrotem do mińskiej guberni gnali.
Szli my tak, jedenaście tysięcy jeńców, polami i rżyskami bez strawy żadnej, bo nie wydano nam nic zupełnie. Szli my tak miesiąc. Gdzie się jakie kartoflisko trafiło, tośmy upadali, jak te psy gryząc się ze sobą. Chłopy się z fuzjami zasadzali, rządce sprowadzali kozaków. I bywało, że kozacy co sił rżną ludzi nahajami po głowach, skóra pęka, krew płynie, a my nic, nie zasłania się nawet żaden, jeno te ziemniaki z ziemi rwiemy. I nikt tam nas nie miał siły wygonić, nim pole puste całkiem nie zostało.
Z tej nędzy i głodu setki nas czerwonkę14 miało i pobocz drogi niejeden się tam kulgał w boleściach i na wieczne odpocznienie zostawał.
Aż mi to psie życie ku gardłu podeszło, żem nie mógł sobie dać rady. I żebyż tylko głód. Ale to gnanie het, kiedyś co wieczór myślał, że miejsca, coś je rano przemierzał, Niemiec już zajął, a za nim nasi; te wypominki - pokoju mi nie dały.
Pamiętam, jak mnie wzięli, myślałem - nie może to być. Jasne było południe i dął taki lekuchny wiatr. Sprowadzali mnie tak od tej armaty z kurhanu, a tam o tysiąc kroków nasz okop, gdyby na dłoni. Tom patrzył w to miejsce, gdzie, wiedziałem, siedzi mój brat, co z nim my razem na wojnę poszli. I myślałem, że to jakby na chwilę jedną do Rusa odchodzim i że nie może to być, że już ja nie strzelec i nie w kompanii swojej i że to się nie stanie nic.
I w Kijowie potem, i w Filimonach, i we szpitalu tom czuł jakoś ciągle, że niby wypadek jest, że się odmienić musi.
Aż kiedy pognali nas w rosyjski świat coraz dalej i dalej, coś się we mnie skręciło i urwało. Że to już niepowrót ostatni.
Począłem z kamratami radzić. Bali się. Chłopaki byli dobre, spod Lwowa, co je wróg w niewolę w cywilu wziął. Pomieniał jeden ze mną swą przyodziewkę na mój mundur niebieski.
Pod Dokszycami na ściernisku my na noc zalegli. Konwój palił ognie wokoło. Między nimi miejsca czarne jak sadze, od ciemni nocnej. Ziemią wilgłą przez ciemnie przepełzłem. W lesiem, co ściernisko grodził, na sosnę wlazł i czekał świtania.
Nazajutrz gonitwy w krąg poszły. Telegramy pewno poleciały, sprawki15. Tak dwa dni po lesiem się tułał, wysunąć się bojąc.
Trzeciego dnia było już po południu, ku wsi się posunąłem pod lasem. Cicha była i pusta, obgorzała na poły. Ludzi z niej dawno wygnali.
Zobaczyły mnie plądrujące po polu kozaki: "Coś za jeden?". "Ja z tej wsi". Pognały mnie do komendanta ze sobą.
Poszedłem po etapach, aż na trzecim etapie pułkownik każe mi do wojska iść. "Jako żeś ruski poddany" - prawi. O Boże! a przysięga nasza strzelecka...
Zeznałem, ktom jest. Pchnięto mnie tedy wraz od etapu do etapu dalej. Aż na etapie ósmym był koniec. Dowiedli mnie do mojej drużyny, do tegoż kapitana.
Krótkie było przywitanie. Znowu plag dwadzieścia pięć i znów lizanie się z ran.
A potem znów życie jenieckie. Zmienili dawnego kapitana, przyszedł naczelnik nowy. Ten buty i bieliznę dał, bo to już styczeń był, a my boso, jeno w łachmanach i gałganach. Pierwsze buty i bieliznę po siedmiu miesiącach niewoli. Z dawnej koszuli strzęp jeno został. Latem tom w strumieniach przepierał, teraz brud jeno jeden na nas wszystkich był, że gdyś nocą ręką sięgnął na gołą pierś lub przejechał po karku, pełną dłoń wszów miałeś, żeś mógł nimi, jak zbożem, siać.
Karmić też lepiej nas poczęli, piec żelazny w stodołę wstawili. Przehandlowali my zaraz buty z sołdatami na gorsze, dopłaty każdy pięć, sześć rubli wziął. Z tych pierwszych pieniędzy poszła chciwość i granie w karty.
Podoficer jeniec ciągnął bank przeciw mnie. W banku sześć rubli stało. Postawił na całe sześć rubli. A sam asa z rękawa ciągnie. Kolega mnie trąca: "Widzisz, Władek?" - powiada.
Jakoś aż zamroczyło mnie z tej gorącości. Kociołek, co pobocz stał, chwycę - i w łeb. Skórę mu jeno rozciąłem, ale się zjuszył i krzyku narobił.
Wpadli konwojni, zabrali mnie. Znowuż mi przysądzili dwadzieścia pięć. Ale przez ubranie. I takem się wiercił (miękko jakoś trzymali), że dziewiętnaście mi tylko wleciało.
Od tego bicia, chociażem się nie położył i felczer jeno mnie opatrywał, zesłabłem jakoś. Doktor, Żydówka jakaś w "sojuzie", była dla mnie życzliwa, więc wyprawili mnie do Kinieszmy, do obozu dla jeńców.
Tam dwa miesiące za kucharza u jeńców oficerów byłem, nim nie zwinęli obozu w Kinieszmie. Wyprawili mnie wtedy do Iwanowo-Wozniesieńska na roboty z innymi jeńcami. Na nas osiemdziesięciu dawali tam dwa pudy kartofli i pół funta łoju dzień w dzień. Prócz tego na każdego pół bochenka chleba i dziesięć kopiejek dziennie (o ile pracował), a trzy razy na tydzień dziewięć funtów mięsa z krowich głów na wszystkich.
Tak rok przeżyłem aż do końca. Aż szynel sołdacki dostawszy, wyrwałem się i do dywizji drała dałem.
Stoi przede mną w szarym szynelu, oczy siwe we mnie wparł - jasne oczy, jakby ten świat męki polskiej przeszedł mimo niego bokiem, a on tak tu zawsze w Dywizji tkwił. Wór na plecach poprawia, puszki konserw brzęczą.
- Cóż to, wyjeżdżacie, Pasik?
- Jakże, do Iwanowo-Wozniesieńska komenderówkę dostałem. Z powrotem... Po jeńców16.
Ten legionista był jak sztafeta, którą nam przysłali nasi i dalecy - by dalej nieść.
5 Przypisami (L.) zaopatrzył major Wacław Lipiński (pozostałe przypisy autora i od redakcji).
6 Patrz w tej książce opowiadanie pt. Związek Broni.
7 Mowa o bitwie II Brygady Legionów w rejonie Kołomyi, na linii Czerniawki- -Dobronocy, stoczonej 10 maja 1915 r. (L.).
8 Relacja błędna. Roja był już wówczas w Piotrkowie, gdzie organizował 4 pp. Legionów (L.).
9 Z powrotem (przyp. red.).
10 Poddajcie się (przyp. red.).
11 Sznurów, powrozów! (przyp. red.).
12 Cesarsko-Królewski Pułk... (przyp. red.).
13 Nakłamał.
14 Krwawą dyzenterię.
15 Powiadomienia.
16 Do Korpusów Wschodnich werbowało się ochotników nie tylko z rozrastającej się armii rosyjskiej, ale i spośród jeńców-Polaków.