2
TEN SAM RYAN VAUGHN stał już przy basenie w ogrodzie Schafferów z butelką corony w ręce, kiedy pojawiłem się na domówce u Debbie tamtego niedzielnego wieczoru przed Labor Day.
Zapadał zmierzch, na tle różowiejącego nieba podświetlony od tyłu Ryan był jak mglisty cień nad jarzącym się błękitno basenem. Rozmawiał z Thomem Wrightem i Jeffem Taylorem. Wszyscy trzej mieli koszulki polo i pastelowe spodenki, gdzieś z oddali Pat Benatar śpiewała, że żyjemy dla miłości, nie za głośno - dźwięk płynął z ustawionych na zewnątrz głośników, towarzyszył imprezującym dzieciom, podczas gdy Paul, zatrudniony u Schafferów lokaj, przygotowywał burgery i hot dogi przy grillu rozpalonym w niszy przed basenowym domkiem. Tuż obok Paula stał stół zastawiony najróżniejszymi napojami (oranżady, soki, mrożona herbata, lemoniada), ale w srebrnej wanience wypełnionej lodem leżały też butelki corony. Kilku chłopaków już się nim poczęstowało, między innymi Thom, Jeff i Ryan, dołączał do nich właśnie Dominic Thompson, którego nie widzieliśmy całe lato, bo spędził je w Europie. Moda męska była w tamtym czasie wciąż nieskomplikowana, elegancka i konserwatywna, czasami z włoskim akcentem, bardziej jak z Ogrodu Finzi-Continich niż ze Straconych chłopców - byliśmy jeszcze bardzo daleko od uniesionych ramion, plerez i cyrkowego kiczu połowy lat osiemdziesiątych. Większość chłopaków nosiła krótkie włosy i ubierała się schludnie, dziewczyny zaś wzorowały się na klasykach retro: spodnie trzy czwarte, spódnice bombki, tafta. Pat Benatar przeszła w The Go-Go's, z głośników miała popłynąć cała płyta Beauty and the Beat, a kiedy zaczęło się pierwsze Our Lips Are Sealed, schodziłem już po kamiennych schodkach w kierunku basenu, gdzie wszyscy się zebrali. To była płyta, którą graliśmy całe lato 1981 i znaliśmy na wyrywki. Billie, golden retriever Schafferów, krążył między nami, od czasu do czasu doczekując się kilku nieuważnych pieszczot od któregoś z dzieciaków.
Parkując wcześniej na okrągłym podjeździe pod rezydencją Schafferów w Bel Air, już pełnym samochodów, zauważyłem, że Thom i Susan, którzy przyjechali kilka chwil wcześniej, nie czekali na mnie. Wstrząsnął mną za to widok czarnego sportowego auta Ryana. Debbie nie zdążyła jeszcze wrócić ze stadniny, więc miałem dość czasu, żeby porozmawiać z Ryanem bez niej kręcącej się w pobliżu. Drzwi wejściowe były otwarte, więc wszedłem i minąwszy wielki żyrandol we foyer, ruszyłem korytarzem do obniżonego o kilka stopni salonu, gdzie Liz Schaffer, mama Debbie, w luźnym szlafroku ze szklanką w ręce (zapewne wypełnioną wódką) rozmawiała przez telefon. Uniosła naczynie na mój widok i uśmiechnęła się na powitanie, więc delikatnie odmachałem i przez jadalnię ruszyłem do kuchni, żeby przywitać się z Marią, główną gosposią. Maria z pomocą dwóch innych osób przygotowywała resztę jedzenia na wieczór - świeżą salsę, sałatkę ziemniaczaną, coleslawa, kolby kukurydzy - tymczasem Steven Reinhardt, osobisty asystent Schafferów, wkładał świeżo dostarczone pojemniki z lodami Häagen-Dazs do zamrażarki. Chwyciłem z blatu garść chipsów z tortilli i przez otwarte szklane, przesuwne drzwi wyszedłem na zewnątrz do wielkiego ogrodu. Kamienna ścieżka doprowadziła mnie do basenu otoczonego piniami i eukaliptusami, dalej w tyle znajdował się kort tenisowy. Susan już zdążyła umościć się na leżaku, z którego rozmawiała z Tracy i Katie Harris, podczas gdy Thom i Jeff stali obok i ze zrozumieniem kiwali głowami w odpowiedzi na coś, co właśnie powiedział Ryan. Wszyscy trzej mieścili się pod wielkim parasolem, wirem żółci i błękitu. Na skraju posesji paliły się rozświetlające horyzont bambusowe pochodnie. Leciały The Go-Go's.
*
PIERWSZA MYŚL, którą miałem, schodząc po schodach w kierunku basenu: dlaczego Ryan tu jest?
Cóż, jest przyjacielem Thoma, rozmyślałem, i choć nie zna Susan, to ta z kolei jest dziewczyną Thoma, a Debbie Schaffer to najlepsza przyjaciółka Susan, i stąd Ryan się tu wziął - miało to sens, ale i tak spotkanie go mnie zaniepokoiło, tym bardziej że imprezowaliśmy teraz małą, ekskluzywną grupą, było nas może czternaścioro, i Debbie najwyraźniej nie zaprosiła nikogo więcej. Choć wiele osób z klasy powyjeżdżało na ostatnie wakacyjne wypady, to niektórzy nie, i zastanawiałem się, co myślą o tym, że nie zostali zaproszeni do Debbie na grilla z okazji Labor Day - ale Debbie właśnie tak chciała, tworzyła poczucie ekskluzywności i cieszyło ją staranne wybieranie, kogo zaprosi, a kogo nie, czy to na spotkanie z Billym Idolem w restauracji Madame Wong's, czy z Duran Duran przy basenie w Hiltonie, czy na imprezowanie z Fleetwood Mac za kulisami po ich koncercie w Hollywood Bowl.
Znałem Ryana Vaughna od siódmej klasy, ale zaprzyjaźniliśmy się dopiero zeszłego maja, odkąd zaczęliśmy wspólnie jadać lunche na szkolnym dziedzińcu. Powody tej sytuacji nie były początkowo jasne, a może były, ale obaj je ignorowaliśmy zawstydzeni. Ryan od zawsze zwracał moją uwagę, był dla mnie piękny jak z gejowskich fantazji, jak komiksowy samiec alfa. Właśnie dlatego nie sposób było nie zwrócić na niego uwagi, podobnie jak na Thoma, choć z Ryanem był - jak zauważałem w kolejnych latach nauki - ten narastający problem, że podczas gdy Thom zaskarbiał sobie sympatię wszystkich, Ryan był powściągliwy i skryty, zwłaszcza jak na kogoś tak przystojnego i z potencjałem na popularność równą popularności Thoma Wrighta. W pewnym momencie zacząłem rozumieć dlaczego - czułem się podobnie, istniał pewien związek. Ryan był mną. Byliśmy tacy sami. Zrozumiałem, że Ryan jest schowanym w szafie sportowcem, tak kliszowym klasykiem gatunku, że nikt by mi nie uwierzył, gdybym się komuś z tego zwierzał albo gdybym opowiadał, co zaszło między mną a Ryanem w pierwszych miesiącach ostatniego roku nauki w Buckleyu. Krok po kroku odkrywaliśmy coś o sobie nawzajem.
Myślę, że mogło do tego dojść dlatego, że mieliśmy własne samochody i byliśmy w zupełnie nowy sposób niezależni, a to uruchomiło kolejne zdarzenia; otworzyły się przed nami nieznane możliwości, mogliśmy opowiedzieć samych siebie zupełnie po swojemu. Może wszystko zaczęło się od spojrzenia, które wymieniliśmy z Ryanem na UCLA podczas uniwersyteckiego święta Mardi Gras w maju 1980 roku. Mieliśmy po szesnaście lat, a w głowie przekonanie, że pomimo nastoletniej ostrożności pojawia się wokół obietnica na seks, więc odnaleźliśmy się nawzajem, jak dwaj tajni agenci, nikomu nic mówiąc. Wydawało się, że te nowe możliwości uświadomiliśmy sobie obaj, choć żaden nie chciał się do tego przyznać, aż wreszcie mijającego lata, w czerwcu, kiedy wspólnie jeździliśmy sobie po Westwood, Ryan pokazał mi bliznę w górnej części uda - nabawił się jej podczas gry w piłkę - ale zamiast podwinąć jedną nogawkę spodni, opuścił je z jednej strony, a wtedy wszystko ruszyło galopem. Z radia sączyło się Urgent Foreignera, a ja zobaczyłem bladą skórę, muskularne udo, napięty pośladek, kępkę włosów, która pojawiła się na skraju bokserek. Rzucono mi wyzwanie, to jasne, i kiedy nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, dopiero po chwili zaczęliśmy się śmiać. Później w kinie w Encino, podczas Ucieczki z Nowego Jorku, dotarło do nas, że obaj się chcemy, ale wszystko zaczęło się wcześniej, przed filmem. Przyjechał po mnie na Mulholland Drive, miał mnie odebrać, ale nikogo nie było w domu i zaprosiłem go do mojego pokoju. Miał na sobie białe jeansy i pastelowo niebieską koszulkę polo z kołnierzykiem na sztorc, para przeciwsłonecznych vuarnetów wisiała na pasku na jego szyi. Blond włosy przeciął przedziałkiem, były krótkie na bokach, dłuższe z tyłu. Chętnie podążył za mną pustym korytarzem w kierunku mojej sypialni, zaciekawiony, ale naraz zdał sobie z czegoś sprawę i się zatrzymał - mój ruch w jego stronę był zbyt szybki, nigdy dotąd o tym nie rozmawialiśmy, nie był gotowy, więc powiedział tylko, trochę niepewnie:
- Chcę tego... ale jeszcze nie... nie teraz.
Byłem tylko trochę zdziwiony, kiedy wydający się hetero Ryan przyznał wreszcie, że przejawia podobne co ja skłonności. Równocześnie pochodził z dużo bardziej konserwatywnego, mieszczańskiego domu niż inni uczniowie Buckleya, był z głębokiego Northridge, z dość powierzchownie religijnej rodziny. Czułem rodzącą się między nami więź przez całą jedenastą klasę, ale stała się ona niewątpliwa, kiedy pod koniec maja zaczęliśmy wspólnie jeść lunche na dziedzińcu Buckleya. Było między nami mnóstwo, wydawałoby się bezcelowego, flirtu, który Ryan w końcu usensownił. Wśród rówieśników nie było żadnych spekulacji na temat Ryana Vaughna, był prawdziwym facetem, brachem, spoko gościem. Był rodzajem lubianego samotnika, nie kimś po cichu marginalizowanym, ale ja wiedziałem, że gra w niewychylanie się do momentu skończenia szkoły, ucieczki z LA, znalezienia college'u gdzieś byle dalej, zaczęcia od początku, wymyślenia się na nowo - jak ja. Taki miał plan. Taki miałem plan. Przez cały wakacje kochaliśmy się z Ryanem tylko raz - w połowie sierpnia wpadł do mnie pokazać nowy samochodowy zestaw z CB radiem. W domu przy Mulholland Drive nie było nikogo prócz mnie, więc wreszcie pociągnąłem go na własne łóżko, gdzie najpierw całowaliśmy się wygłodniali, a potem rozebraliśmy do naga. Wreszcie się to między nami zaczęło, chciałem pociągnąć to dalej, ale Ryan wyjechał na koniec lata do dalszej rodziny do Michigan, gdzie został do pierwszych dni września, więc odtąd ani razu go nie spotkałem.
*
RYAN POWIEDZIAŁ COŚ THOMOWI, wskazując w moim kierunku, a Thom się obrócił, uśmiechnął do mnie, uniósł piwo, gest sportsmena. Ryan dorzucił coś jeszcze, położył dłoń na ramieniu przyjaciela i zostawił go. Thom nachylił się w kierunku leżącej przy basenie Susan, a ona ignorowała go o chwilę dłużej, niż powinna, tymczasem Ryan zbliżał się do mnie, wydawało mi się, że z wyraźnym poczuciem celu. Po drodze zostawił opróżnioną do połowy butelkę corony na mijanym stole, dał sygnał, że zbiera się do wyjścia. Billie po psiemu odprowadził go do połowy kamiennych schodów, po czym zmienił zdanie i powrócił nad basen. Ryan podszedł, piękny i zupełnie bez emocji, nie dało się nic wyczytać z jego twarzy. Uniósł brwi.
- Cześć - powiedziałem w końcu, usiłując brzmieć jak najzwyczajniej.
- Cześć - odparł, uśmiechając się szczerze, z bliska był zrelaksowany.
- Jak tam Michigan? - zapytałem, choć mnie to nie obchodziło.
- Już mnie o to pytałeś - odpowiedział. - Wcześniej. Przez telefon.
- Ech, no tak.
- Było wspaniale - stwierdził ot tak. Rozejrzał się po ogrodzie i popatrzył prosto na mnie.
Milczeliśmy - nie widzieliśmy się od tamtego popołudnia w mojej sypialni, gdy nawzajem sobie obciągnęliśmy. I natychmiast to do mnie wróciło - jego obecność coś uruchamiała - pożądanie z miejsca mnie zalało. Ryan zauważył, jak biorę oddech, a następnie wypuszczam powietrze, i zrozumiał, z czymś się właśnie, nic nie mówiąc, zdradziłem. Roześmiał się, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Nie tak szybko - powiedział cicho.
- Wychodzisz? - zapytałem, rumieniąc się.
- Tak - odpowiedział, raz jeszcze rozglądając się wokół. Czekałem. - Chciałem się z tobą zobaczyć, ale nie chcę być razem tu.
- Dlaczego?
- Nie moja bajka - odpowiedział. - Wiesz przecież.
Zastanawiałem się, co to dokładnie znaczy, ale do pewnego stopnia rozumiałem.
- Ja też wolałbym już stąd iść...
- Myślałem, że będziesz dzisiaj w domu - przerwał mi.
- Nie mówiłem ci, że jadę do stadniny? - zapytałem zdenerwowany.
- Do stadniny?
- Żeby zobaczyć nowego konia Debbie...
- Eee, nie, nie pamiętam, żebyś mi to mówił - powiedział. - Jej nowego konia?
Kolejna z wielu rzeczy, której Ryan nienawidził w tym towarzystwie.
- Tak - odparłem. - W Malibu.
- Nie. - Ryan rozglądał się, jakby coś go nieustannie rozpraszało.
- Cóż...
- Słuchaj, muszę lecieć.
- Pójdę z tobą...
- Nie, nie, zostań tutaj, nie wychodź za mną, jest okej.
Spojrzał ponad moim ramieniem. Schodami szła w naszą stronę Debbie - zmieniła strój z jeździeckiego na wiele odkrywającą koszulkę Camp Beverly Hills i krótkie szorty w paski, była boso, trzymała w ręku niezapalonego goździkowego papierosa, włosy miała spięte opaską. Uśmiech, którym Ryan powitał Debbie, był przeciwieństwem tego, który otrzymałem ja - genialnie fałszywa wersja Ryana zmuszającego się do cierpliwości. Opadła mnie panika, że Ryan nie traktuje tego, co nas łączy, z tą samą powagą jak ja, i próbowałem okiełznać frustrację, udając, że nic mnie to nie obchodzi. The Go-Go's śpiewały akurat o żądzy miłości, efekt był żenujący i nawet się ucieszyłem, że Debbie nas od tego uwalnia.
- Hej, chłopaki; hej, przystojniaku - powiedziała, przytulając kolejno nas obu.
Była lekko nakręcona koksem, który zapewne przed chwilą wzięła - woreczki z kokainą miała wszędzie i sięgała po nie ot tak, jakby łykała tabletki kofeinowe.
- Idziesz już? - zapytała Ryana z przesadną troską, która wydała mi się irytująca.
Debbie przywarła do mnie, objęła w talii, jej biust przyciskał się do mojej klatki - nie mogłem znieść tego pokazu uczuć na oczach Ryana, ale on niemal nie patrzył i dobrodusznie wzruszył ramionami.
- Tak, muszę lecieć. Wpadłem się tylko przywitać.
- Och, nie idź, zostań - smęciła Debbie. - Zjadłeś coś?
- Nie byłem głodny, ale dziękuję.
- Daj spokój, zostań - powiedziałem.
Na jego twarzy pojawił się niewielki grymas, którego Debbie za nic by nie zauważyła.
- Ryan wychodzi! Hej, wszyscy, pożegnajcie się! - Debbie zagłuszyła The Go-Go's, chcąc dotrzeć do zgromadzonych nad basenem, choć byłem pewien, że było jej wszystko jedno.
- Już się ze wszystkimi pożegnałem - wyjaśnił Ryan.
Ja tylko się w niego wgapiałem, chciałem, żeby został, a równocześnie myślałem zrezygnowany: no i po co?
- Widzimy się we wtorek rano - powiedział, dając do zrozumienia, że my dwaj chyba się jutro nie zobaczymy.
- Ostatnia klasa, kochany! - rzuciła Debbie.
- Będzie świetnie - wykrzyknął Ryan.
Brzmiało to ironicznie, fałszywie, ale skąd Debbie miała to wiedzieć, skoro naraz była zupełnie zajęta gośćmi znad basenu.
- Do boju, Gryfy! - dorzucił Ryan.
To też było wykalkulowane, to imię szkolnej maskotki, a zarazem nazwa szkolnych sportowych drużyn - rozumiałem, że to był żart, część przedstawienia. Ryan położył rękę na moim ramieniu, tak jak chwilę wcześniej Thomowi, i uścisnął je, czemu przypisałem więcej znaczenia, niż ten gest miał pewnie w rzeczywistości. A potem ruszył po kamiennych stopniach w kierunku domu.
Debbie chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w kierunku towarzystwa. Zmusiłem się, żeby się nie obejrzeć za wychodzącym Ryanem, i lekko oszołomiony znalazłem się nad basenem, sięgnąłem po piwo, które Paul dla mnie otworzył, i zacząłem prowadzić bezsensowną rozmowę z Thomem, Kylem i Dominikiem - znaczna jej część dotyczyła konia Debbie, naszych odwiedzin w stadninie, europejskich wakacji Dominica i wszystkich krajów, które odwiedził. Nasze twarze rozświetlał blask basenu i migotanie pochodni, otaczały nas dźwięki The Go-Go's. Wyciągnięta na leżaku Susan uśmiechnęła się do mnie beztrosko i gestem wskazała na dom.
- Dlaczego poszedł? - zapytała bezgłośnie.
Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się do chłopaków. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego mnie o to zapytała? Co wiedziała o Ryanie Vaughnie i o mnie?
*
STEVEN POJAWIŁ SIĘ NAD BASENEM i na prośbę Debbie zaczął robić zdjęcia. Nikt specjalnie nie pozował - bo przecież pozowaliśmy bez przerwy, pomyślałem w powoli zapadającym zmierzchu. Wystarczyło, że spojrzeliśmy w jego kierunku, uśmiechnęliśmy się, a on pośpiesznie zinwentaryzował nas wszystkich, złapał w obiektyw - takie było polecenie córki jego szefa, sam tego raczej nie pragnął. Debbie rozmawiała z Paulem przy grillu, jak zawsze wydawała instrukcję za instrukcją, co lokaj przyjmował z uprzejmością, która za każdym razem napełniała mnie poczuciem ulgi. Maria układała sałatki i dodatki do burgerów, potem każde z nas skomponowało własny talerz i usiedliśmy w swobodnym, prowizorycznym kręgu na trzech leżakach. Nadeszła noc, pochodnie przygasły, basen wydawał się jaśniejszy i już tylko on rozświetlał nasze twarze. Poczułem zapach marihuany, rozejrzałem się: Terry Schaffer wyciągnięty na leżaku po drugiej stronie basenu, przy barze, z daleka od dzieciaków, zapalił jointa.
Nie zauważyłem go wcześniej, sytuacja dość osobliwa, bo Terry, za każdym razem, kiedy pojawialiśmy się w domu przy Stone Canyon, z uciechą rzucał dziwaczne aluzje, podrywał albo Thoma, albo Jeffa, albo mnie, zwykle zupełnie żartem - zaczął tak robić, kiedy skończyliśmy szesnaście lat i zaczęliśmy regularnie bywać u Schafferów, bo przecież Debbie miała najpiękniejszy ogród z nas wszystkich i organizowała najwięcej imprez zaraz po Anthonym Matthewsie. Terry podchodził do chłopaków i pytał, czy ktoś nie ma ochoty popływać, nieważne, czy basen był, czy nie był w planie wieczoru - przekonywał, że przecież zawsze możemy pożyczyć kąpielówki od niego albo popływać ot tak, au naturel, jeśli oczywiście to dla nas komfortowe, bo on nie ma z tym problemu. Zawsze był zjarany, kiedy to proponował, a my zawsze odmawialiśmy. Nie wiem, jakie uczucia wzbudzało to w Thomie lub Jeffie (wyobrażam sobie, że lekkie poirytowanie albo kompletne niezrozumienie), ale mnie nie przeszkadzał delikatny flirt Terry'ego, bo też do niczego nie miał prowadzić - mężczyzna był dwa razy starszy ode mnie i był ojcem Debbie (że też akurat on), więc nic z tego wyjść nie mogło, ale tamtego lata jego uwaga w pewnym momencie zaczęła mi schlebiać, nie czułem się nią zaniepokojony.
Tamtego wieczoru Terry miał na sobie szorty od Ralpha Laurena i czarną koszulkę z logo debiutanckiego filmu Michaela Manna Złodziej, który wypadł nieźle na marcowej premierze, ale zarobił mniej, niż się spodziewano, do tego okulary przeciwsłoneczne porsche carrera. W ich szkłach odbijał się błękit basenu, ale wiedziałem, że obserwuje jednego z nas, może Thoma, może mnie, może Jeffa, zauważyłem w każdym razie, że tamtego lata - tamtego lata, kiedy zostałem chłopakiem Debbie - kiedy pojawialiśmy się grupą, zaczął mnie z niej wyróżniać, pewnie wreszcie zorientował się, że Thom Wright nie jest zainteresowany i że zainteresowany nie jest Jeff Taylor (no, chyba że Terry byłby gotowy wykładać gotówkę za każdym razem, kiedy nieobliczalny ojciec alkoholik Jeffa deklarował, że odtąd ma żyć za swoje - gdyby nie było Rona Levina, to kto wie, czym Jeff byłby zainteresowany). Tylko dlaczego Terry uznał, że zainteresowany będę ja, skoro to właśnie ja chodziłem z Debbie? Jak dopatrzył się akurat tego w chłopaku swojej córki? Jakie dałem mu wskazówki? Nigdy nie mówiłem o sobie, że jestem gejem, skąd więc Terry wiedział, że mogę być? No a jak ja domyśliłem się prawdy o Ryanie Vaughnie w przedostatniej, jedenastej klasie? Zastanawiałem się nad tymi zamaskowanymi sygnałami, na które reagują tylko tajni agenci, kiedy dostrzegłem, jak Billie niepostrzeżenie podchodzi do leżaka i przysiada tuż obok Terry'ego.
*
DEBBIE MÓWIŁA BEZ PRZERWY, paląc przy tym goździkowego papierosa - nie zjadła nic - brzmiało to nonsensownie, coś w kółko o nadchodzącym ostatnim roku szkoły i o tym, jak będzie świetnie i bombowo, przypominało to opowieść specjalistki od PR-u. Mówiła, że święto Homecoming już w październiku i że ona już ma pomysły na klasową platformę na paradzie, a że trzeba już organizować bal maturalny (to dopiero w maju) i że Susan i Thomowi pisane są role króla i królowej balu, i że musi się odbyć w Beverly Hills Hotel, a after party na jachcie ojca Dominica Thompsona, że już poczyniono pierwsze kroki, także w kwestii klasowej imprezy bożonarodzeniowej, bo Debbie będzie też przecież współedytować szkolny rocznik, dodadzą tam nową stronę "Najseksowniejsi nauczyciele", a Grad Nite, całonocną imprezę przed końcem roku, zorganizują w Disneylandzie, że zrobi się tam ekskluzywny event dla uczniów Buckleya, Harvardu i Westlake'u, imprezę w restauracji Blue Bayou w krainie Piratów z Karaibów, i że zagra dla nas Tommy Tutone - Debbie już to zaklepała. W pewnym momencie zupełnie się wyłączyłem, a kiedy odzyskałem koncentrację, zauważyłem, że kilka osób po prostu sobie poszło, a została tylko najściślejsza paczka składająca się z Thoma, Susan, Debbie oraz Jeffa Taylora i Tracy Goldman, którzy - jak sądzę - już wtedy ze sobą chodzili, choć nieoficjalnie. Terry leżał zjarany po drugiej stronie basenu, nie ruszał się, może nawet spał, płyta The Go-Go's leciała w kółko, choć teraz ciszej, pamiętam, że w tamtym momencie słyszałem This Town (Bet you'd live here if you could and be one of us... - Założę się, że mieszkałbyś tu, gdybyś mógł i byłbyś jednym z nas...), a Debbie ciągnęła swoją litanię zdarzeń, kiedy naraz Susan wtrąciła się z nowiną, która jakby nagle jej się przypomniała:
- Przychodzi do nas nowy chłopak.
- Co? - spytała Debbie, wtręt ją rozproszył.
- Nowy chłopak pojawi się we wtorek - odpowiedziała Susan.
Zapadła krótka, zdumiona cisza. Ktoś po chwili zapytał:
- O co ci chodzi?
- Właśnie - powiedziałem - jaki nowy chłopak?
Susan na to:
- Nowy nabytek w naszej klasie. Będzie nowy uczeń na ostatnim roku.
- Naprawdę? To trochę dziwne - stwierdziła Debbie.
- Kto to ma być? - dopytywał Jeff z niepokojem.
- Właśnie - dorzuciła Tracy. - Jak się nazywa?
- Robert Mallory - powiedziała Susan.
Wtedy usłyszałem to imię po raz pierwszy. Nic mi to nie mówiło, ale z uwagi na to, co się stało później, już zawsze będę pamiętał tę chwilę. Moment, w którym Susan wypowiedziała te dwa słowa. Pierwsze wystąpienie tego imienia i nazwiska. Sekundy, w których zaistniał.
Robert Mallory.
- Wiesz o nim coś więcej? - spytałem.
Susan wzruszyła ramionami.
- Nie. Ma w adresie wpisane Century City. Mieszka w jednej z tych wież.
- To dziwne - mruknął Jeff. - Na ostatnim roku nikt się nie przenosi.
- Wiesz, skąd on jest? - pytała Debbie. - Kim są jego rodzice?
Doktor Croft powiedział Susan, że Robert Mallory nie mieszkał dotąd w LA, ale przeprowadził się tu z Chicago. Ich rozmowa, dotycząca przede wszystkim tego, jakie obowiązki będzie mieć Susan jako przewodnicząca samorządu szkolnego i co zamierza powiedzieć całej szkole we wtorek na rozpoczynającym rok apelu, była szybka i chaotyczna, więc Susan nie mogła sobie przypomnieć, czy Robert Mallory mieszka z ciotką, jakimś prawnym opiekunem czy z macochą. (Podczas tamtej rozmowy doktor Croft zdradził Susan również inne fakty dotyczące Roberta Mallory'ego, ale o tym Susan powie nam dużo później).
- Nie słuchałam zbyt uważnie - przyznała się Susan, spoglądając na Thoma, który leżał tuż obok niej na leżaku, gdzie spędziła cały wieczór.
Przytulali się, wciskali się w siebie, dostosowując do rozmiarów mebla. Susan zapamiętała tylko zapewnienie doktora Crofta, że Robert Mallory pojawi się na kampusie już we wtorek.
Sytuacja nas zdziwiła, ale żadnemu z nas nie wydała się specjalnie niezwykła. Zmiana szkoły w ostatnim roku nauki zdarzała się rzadko, ale biorąc pod uwagę uprzywilejowany charakter Buckleya i szerzej prywatnego szkolnictwa w Los Angeles w tamtym czasie, majętnym rodzicom zdarzało się przenosić dzieci to tu, to tam, w zależności od własnych potrzeb, grafiku albo wygody, tak więc i rodzice Roberta Mallory'ego chcieli go umieścić w nowej szkole, którą mógłby w ciągu roku skończyć, z jakiegoś powodu miało to być w Los Angeles, a nie w Bostonie, Filadelfii czy w Chicago, czy skąd on tam naprawdę był, no i tak za sprawą rodziców, prawnych opiekunów czy jeszcze kogoś innego wylądował w Buckleyu. W 1981 roku nie było jeszcze w mieście list rezerwowych liczących tysiące nazwisk, rodzice nie wychodzili jeszcze z siebie, żeby umieścić swoje dzieci choćby na tych listach, a co dopiero w szkołach, w 1981 roku, jeśli było cię stać na czesne, mogłeś swoje dziecko umieścić gdzie bądź - nie było żadnej walki o pojawiające się wolne miejsca, żadnych testów przesiewowych, żadnych ciągnących się spotkań informacyjnych z gronem pedagogicznym, żadnych upominków; jeśli ktoś mógł wystawić czek na pokrycie czesnego, zapisywał dziecko do szkoły. Tak to działało.
Równocześnie tamtego wieczoru przemknęła mi przez głowę nieproszona myśl - sam nie wiem, skąd się takie podejrzenie wzięło - że skoro Robert Mallory mieszka w Century City, to czy nie kwalifikuje się przypadkiem do nauki w Beverly Hills High, w końcu mieszkał w odpowiednim rejonie, a dodatkowo w tamtej szkole nie było żadnego czesnego, bo była szkołą publiczną. Zdziwiłem się, dlaczego Robert Mallory nie wybrał takiego rozwiązania? Nie powiedziałem nic głośno, bo nie było powodu, no i chciałem już sobie iść od Schafferów, miałem potrzebę pojeździć po mieście, posłuchać smutnej muzyki, popalić papierosy i pomyśleć o Ryanie. Spostrzegłem, że Thom i Susan jedzą na spółkę miseczkę lodów truskawkowych i że Thom jako jedyny wydaje się zupełnie niezainteresowany kończącą się właśnie rozmową o nowym uczniu - jego zielone oczy leniwie wpatrywały się w świetlisty basen, jego górna warga upstrzona była różową plamą z lodów, brązowe włosy miał zaczesane do tyłu nad opalonym czołem i lekko nastroszone, zauważyłem też, że nie dokończył butelki, z którą widziałem go, kiedy przyszedłem. Ja wypiłem już trzy corony.
- Oby tylko był ładniutki - powiedziała Debbie.
Chciałem dodać "popieram", ale się powstrzymałem.
Pomimo gorzkiego rozczarowania, które czułem z powodu wcześniejszego wyjścia Ryana, muszę dziś przyznać, że tamten wrześniowy niedzielny wieczór był jednym z ostatnich, jeśli nie ostatnim, kiedy byłem w pełni szczęśliwy i nie czułem strachu.
*
WSTAŁEM I POWIEDZIAŁEM:
- Muszę lecieć.
Nikt inny nie szykował się do wyjścia i zdałem sobie sprawę, że jest wcześnie, dopiero ósma, no i zapomniałem, że mieliśmy oglądać nowy film w sali kinowej, Przez kontynent, komedię romantyczną z Johnem Belushim i Blair Brown, premierę zaplanowano na drugą połowę września. Nie mogłem się skupić tego wieczoru, nie tylko dlatego, że nie chciałem już z nimi dłużej być, rozpraszały mnie myśli o Ryanie, pchały mi się do głowy z każdej strony. Po kilku oszczędnych, nie nazbyt gorących żalach ze strony Thoma i Susan pożegnałem się ze wszystkimi prócz Terry'ego, który zapadł w paraśpiączkę na leżaku, i pozwoliłem się odprowadzić Debbie do samochodu. Kiedy jednak wspięliśmy się po kamiennych stopniach, ona nic nie mówiąc, pokierowała mną na tylne schody, które pozwalały dotrzeć do jej sypialni bez przechodzenia przez cały dom, i zaprotestowałem tylko raz - mówiąc, że jestem zmęczony i muszę wracać do domu. Wiedziała, że to bzdura, albo miała to w nosie - często mylnie brała mnie za kogoś niedostępnego, kogoś, kto się droczy, za chłopaka lubiącego gierki, chłopaka będącego wyzwaniem, a ja jej tego nie broniłem: lubiła być u steru.
Pokaz filmu miał się zaraz zacząć, więc sprawy potoczyły się szybko: kiedy skryła nas ciemność jej pokoju, zostałem popchnięty na łóżko, a Debbie zrzuciła z siebie szorty i różowe majtki, bez zwłoki siadła na mnie okrakiem, pochyliła się, jej pluszowe usta napierały na moje, kiedy majstrowała przy rozporku moich tenisowych spodenek. Uniosłem biodra, żeby mogła zsunąć je niżej razem z bielizną, ale nie byłem jeszcze nawet półtwardy. Debbie za to była żarłoczna i na haju, po chwili bezowocnego ssania fiuta poprowadziła moją dłoń do swojej cipki, już śliskiej i mokrej, własną ręką wepchnęła moje palce do środka. Wciąż mi jeszcze nie stanął, ale nie wydaje mi się, żeby Debbie to obeszło - przetoczyła się na plecy, szeroko rozłożyła nogi, podwinęła koszulkę z logo Camp Beverly Hills i pociągnęła mnie w stronę swoich piersi. Pamiętam, że kiedy ssałem jej sztywniejące sutki, pachniała różanym olejkiem, a ona prowadziła moją dłoń po łechtaczce, igrając z nią, jej nogi rozwarte najszerzej, jak się da, srom otwarty i gorący, popychała moją rękę w jego kierunku, a ja niezdarnie wkładałem w niego palce, które ona po chwili przesunęła z powrotem na łechtaczkę. Jej piersi były duże i idealnie kształtne, błądziłem po nich ustami, zaciskałem wargi na sutkach, małych i różowych, mokrych od mojej śliny i zupełnie już twardych. Sięgnęła w kierunku mojego kutasa, ale ten wciąż był tylko lekko stwardniały i nawet gdyby udało mi się na chwilę osiągnąć erekcję, to nie zdołałbym jej utrzymać, ponieważ wszyscy przechodzili właśnie obok okien pokoju Debbie i słyszałem przez nie ich głosy, słyszałem, jak wchodzą po kamiennych schodach do domu, i te dźwięki mnie zupełnie spinały. Debbie jak zawsze doszła szybko, w ciągu kilku minut potrafiła wyrzucić z siebie orgazm, dochodziła niemal ot tak i byliśmy właśnie w takim momencie. Ja słyszałem tylko ludzi idących od basenu po schodach do domu, głosy, które to cichły, to powracały i rozbrzmiewały stłumione bezpośrednio pod nami w salce kinowej, z której dobiegał głos Stevena zapowiadającego film - był operatorem projektora. Debbie miała dreszcze, ustami przywarła do moich i cicho, szlochając, szczytowała.
A potem zapytała zdyszana:
- Wszystko w porządku?
- Tak, tak, tak - zapewniłem, siadając.
Różowy telefon z tarczą, stojący przy jej łóżku tuż obok egzemplarza The Beverly Hills Diet, zadzwonił, a ona natychmiast podniosła słuchawkę.
Milczała.
- Dobrze, Steven. Już schodzę. - Przekrzywiła głowę. - Nie, myślę, że wciąż jest nad basenem. - Pauza. - Tak, dobrze. - Spojrzała na mnie. - Nie, jest ze mną w pokoju.
Rozłączyła się, nie odrywając ode mnie spojrzenia.
- Film się zaczyna. Na pewno nie chcesz zostać?
- Nie - odpowiedziałem. - Powinienem już iść.
- Głupi jesteś - powiedziała ona.
Debbie pochyliła się i włączyła lampę przy łóżku, rozświetlając pomalowany na koralowopomarańczowo gigantyczny pokój, jedną ze ścian zajmowały półki wypełnione pucharami, tabliczkami, wstęgami i zdjęciami - wszystko z jej zawodów jeździeckich z ostatnich pięciu lat. Inna ściana była zaklejona plakatami nowych zespołów, z którymi Debbie już zdążyła imprezować; na pamiątkę, że jest bogatą fanką z Beverly Hills, że ma siedemnaście lat, że jest i seksowna, i wyrafinowana, i wystarczająco zblazowana, żeby znajdować wszystkie miejsca warte odwiedzenia i się tam dostawać. Moja ręka była tak mokra, że świeciła się jak świeżo nasmarowana olejkiem, Debbie gramoląc się, ruszyła do łazienki, niemal tak obszernej, jak jej sypialnia, po czym zamknęła za sobą drzwi. Usłyszałem strumień wody, chwyciłem kilka chusteczek, wytarłem dłoń, wstałem i podciągnąłem spodenki razem z bielizną.
Debbie w pośpiechu wyszła z łazienki - naciągnęła na siebie lekkie bawełniane spodnie od dresu, też z logo Camp Beverly Hills - w ręce trzymała niewielką plastikową paczuszkę, zaciągnęła się dwa razy i chciała mnie poczęstować. Odmówiłem ruchem głowy. Wzruszyła ramionami.
- Do zobaczenia, skarbie - powiedziała. - Film się zaczyna.
- Okej - zareagowałem. - Do wtorku.
- A jutro?
- Nie mogę - powiedziałem. - Muszę się... przygotować do szkoły.
Oboje milczeliśmy i dziwiliśmy się, jak osobliwie brzmiały te słowa w ustach siedemnastolatka.
- Okej. Jak chcesz. Słabe to było.
Wywróciła oczami, nie miała czasu na kłótnię. Pocałowała mnie w usta i prędko wyszła z pokoju, tym razem przez drzwi prowadzące do wnętrza domu, a dalej schodami w dół do sali kinowej.
*
SZEDŁEM W ŚLAD ZA DEBBIE po wielkich, spiralnych schodach prowadzących do foyer, ona pobiegła w głąb korytarza, gdzie zza zamkniętych drzwi sali kinowej słychać było odgłosy rozpoczynającego się filmu, poza tym w domu panowała cisza. Zawahałem się i zatrzymałem u podnóża schodów, sięgnąłem do kieszeni, wymacałem kluczyki do samochodu i ruszyłem w kierunku drzwi wejściowych, kiedy nagle ktoś zawołał mnie po imieniu. Głos dobiegał z salonu przylegającego do foyer, zamarłem. Wezwanie było precyzyjne i pobrzmiewał w nim niepokój, jakby ktoś dziwił się moją obecnością. Wiedziałem, kto to; to nie był pierwszy raz. Powoli zbliżyłem się do wejścia do salonu, gdzie na kwiecistym fotelu siedziała Liz Schaffer, pochylona do przodu z łokciami opartymi na kolanach, w ręce trzymała tę samą szklankę co wcześniej, ale wyglądała teraz nieporządnie, jakby coś się stało w ciągu ostatnich godzin, odkąd widziałem ją przyjaźnie machającą mi na powitanie podczas rozmowy telefonicznej. Liz Schaffer była właściwie piękną kobietą - w 1981 roku miała niecałe czterdzieści lat, wcześniej, jeszcze zanim wyszła za Terry'ego, jako nastolatka i tuż po dwudziestce była znaną modelką, ale dziś wieczór jej twarz wyglądała na zdecydowanie starszą, zarumieniona i jakby zastygła w grymasie zadziwienia, szlafrok od Bijan był na wpół rozchylony, widać było jej piersi. Tuż obok fotela stał niewielki biały fortepian i wazon z tak wybujałą kwiatową kompozycją, że sięgał niemal belek pod salonowym sufitem. Stałem bezradnie, a ona patrzyła na mnie, mrużąc oczy, mimo że paliły się wszystkie światła w salonie i we foyer - tak jakby na krótką chwilę zapomniała, czyje imię właśnie wypowiedziała. Potem sobie przypomniała i wyglądała na rozczarowaną.
- Nie zostajesz na filmie, Bret? - zapytała z udawanym niedowierzaniem, jakby moje wcześniejsze wyjście było dla niej obraźliwe.
- Muszę już iść. - Uśmiechnąłem się i wskazałem drzwi. - Nie, nie mogę zostać na seans.
- Dokąd? Dokąd musisz iść? - Wpatrywała się we mnie w nieruchomym pochyleniu.
- Po prostu... muszę iść. - Powiedziałem raz jeszcze, znów sugerując konieczność wyjścia, a potem zwróciłem się do niej jak do dziecka: - A ty, Liz, zamierzasz obejrzeć film?
- Gdzie jest mój mąż? - zapytała, prostując się. Liz nie była typem rozmemłanej pijaczki. Kiedy piła, wydawała się zbyt wściekła, aby móc się przewrócić lub odpłynąć, i nigdy nie bełkotała; co więcej, nabierała lekkiego brytyjskiego akcentu, siliła się na złudzenie kontroli i arystokratyczną normalność. Kiedy zdała sobie sprawę, że ją o coś zapytałem, odpowiedziała z przesadnym uśmieszkiem:
- Nie, nie będę oglądać filmu, Bret.
Chciałem wyjść na uprzejmego gościa, porządnego chłopaka jej córki, więc zacząłem nieśmiało się wycofywać i powiedziałem:
- Okej, no cóż, życzę ci w takim razie, hmm, dobrego wieczoru, Liz, do zobaczenie wkrótce...
- Nie odchodź - powiedziała gniewnie.
Stałem nieruchomo i bardzo ostrożnie, nie zmieniając pozycji, odpowiedziałem:
- Wydaje mi się, że jesteś już zmęczona, Liz.
Próbowała wstać, opierając się o fotel. Już miałem jej pomóc, ale pomyślałem, że mogłoby ją to zezłościć, więc nie ruszyłem się z miejsca. Jakiekolwiek gwałtowne gesty mogłyby sprowokować jej wściekłość. Albo mogłaby zrobić coś dwuznacznego, wykonać jakąś pijacką seksualną uwerturę; już mi się to zdarzyło.
- Nie poniżaj mnie - powiedziała Liz, ściskając oparcie i łapiąc równowagę, jej szlafrok rozchylił się ostatecznie, pokazując, że nie ma na sobie bielizny. - Znam cię od dziesiątego roku życia, Bret. Nie poniżaj mnie.
Oczy miała zamknięte i potrząsała głową na boki.
- Przepraszam, Liz. Naprawdę muszę iść...
- Gdzie jest, kurwa, mój mąż? - zapytała nagle.
Otworzyła szeroko oczy. Wbiła je we mnie.
- Myślę, że został przy basenie.
- Został przy basenie? - dopytywała zdezorientowana. - Został. Przy. Basenie?
Poczułem czyjś ruch z lewej strony - postać w korytarzu. To Steven. Zobaczyłem, jak idzie do salonu: dobrze po czterdziestce, kędzierzawe włosy, dzikie spojrzenie nieudanego scenarzysty, obecnie pracującego dla Schafferów jako całodobowy asystent. Właściwie go nie znałem, choć był u nich od 1977 roku - był rodzinnym szoferem, sekretarzem, nierzadko towarzyszył Terry'emu w podróżach biznesowych, mieszkał w domku gościnnym przylegającym do willi. Wiedziałem, że Steven jest hetero, miewał dziewczyny, więc między nim a Terrym niczego nie było, poza tym zupełnie nie był w jego typie. Wydawało mi się zawsze, że Steven jest po prostu dziwakiem, i trzymałem dystans, ale tamtego wieczoru ucieszyłem się na jego widok.
- Z kim mój mąż tam jest? - Liz oparła się o fotel. Wydawała się tym prawdziwie zainteresowana i budziła pewną grozę. - Dziwi mnie, że nie został tam z wami, wszystkimi chłopcami...
Każda aluzja Liz do orientacji Terry'ego była bolesna - zawsze mnie to zawstydzało i nigdy nie zareagowałem. Nie chciałem ciągnąć tego wątku, żeby nie musieć tego potwierdzać.
- Muszę już iść - powiedziałem. - Idzie Steven i zaraz ci pomoże.
- Dokąd idziesz, Bret? - zapytała Liz i spróbowała ruszyć naprzód. - Czy wracasz nad basen? Czy idziesz się spotkać z moim mężem pedałem, który został przy basenie?
- Możesz już iść, Bret - Steven zwrócił się wprost do mnie i pod nosem dorzucił: - Poradzę sobie z tym.
- Wiesz, że mój mąż jest pedałem, prawda? - Liz mówiła to spokojnie i szczerze.
- Hej, Liz - powiedział Steven, schodząc po schodach do salonu. - Jak się masz?
- Bret właśnie wychodzi - odpowiedziała z teatralną swadą. - Powiedział mi, że mój mąż został przy basenie. Cokolwiek to znaczy. Czy to prawda, Steven?
Steven wyjął jej szklankę z ręki, a ona wpatrywała się w niego błagalnie, choć pod spodem wciąż buzował gniew.
- Myślę, że został - powiedział Steven i w serii zręcznych ruchów odstawił szklankę, wziął Liz pod ramię i zaczął ją delikatnie prowadzić przez salon.
Odwróciłem się w stronę drzwi. Liz to zauważyła i zawołała karcącym tonem:
- Nie waż się tak ode mnie odchodzić. Znam cię od dziesiątego roku życia. Nawet nie myśl, żeby tak sobie odchodzić, Bret...
Rzuciłem spojrzenie za siebie. Liz próbowała wyrwać się z uścisku Stevena, ale on po prostu dalej prowadził ją małymi kroczkami przez pokój.
- Położymy cię do łóżka, Liz - mówił Steven. - Dobrze? Zaprowadzę cię teraz na górę...
Steven skinął głową, dał znak, że ma sytuację pod kontrolą i że powinienem już iść. Ostatnie dźwięki, które usłyszałem, kiedy zamykałem za sobą drzwi wejściowe, to szloch Liz i głos Stevena próbującego ją pocieszać.
*
ZUPEŁNA CISZA BEL AIR przypomniała mi, że istnieje zdrowy rozsądek, bo kontrastowała z głośnymi, absurdalnymi komplikacjami, do których doszło wewnątrz rezydencji Schafferów, zbudowanej w udawanym eklektycznym stylu, łączącym elementy francuskie z tudorskimi, i znowu zdałem sobie sprawę, że jestem coraz dalej od Debbie, Liz, Terry'ego i wszystkich tych bezużytecznych przyjaciół, których porzucę ostatecznie za mniej niż rok. Choć była dopiero dwudziesta trzydzieści, czułem się wykończony, ale nie chciałem wracać do domu - coś mnie wciąż popychało, byłem jak nakręcony, czymś niejasnym i niepokojącym, jakby głodem; nie chciałem zasypiać i żałowałem, że nie wziąłem od Debbie torebki z kokainą, ale nie zamierzałem wracać do tamtego domu. Z perspektywy czasu wygląda na to, że był to dość typowy wieczór u Schafferów, poza jednym drobnym szczegółem. Imieniem chłopaka, obcego, tajemniczego nowego ucznia, imieniem rzuconym w pół rozmowy, które odtąd nie przestawało mnie męczyć. Robert Mallory. I nagle zaskoczyło mnie szczekanie Billiego dobiegające z przepastnej głębi podwórka. Stałem już na podjeździe, opierałem się o mercedesa, rozważałem, co teraz mogę zrobić, a kiedy odwróciłem się, żeby wsiąść do samochodu, spojrzałem w górę na dom. I zauważyłem postać stojącą w półcieniu i wpatrującą się we mnie na dole przez romby okiennego witrażu na drugim piętrze - chyba z podestu u szczytu schodów. Przez chwilę myślałem, że to Terry, który wreszcie ruszył się z miejsca i zmierzał do łóżka, dołączyć do Liz, która - miałem nadzieję - już zasnęła. Ale w rzeczywistości był to Steven Reinhardt. Patrzył na mnie z góry asystent Terry'ego.
Zaskoczony uniosłem rękę na pożegnanie, zamachałem nieznacznie. Przez chwilę sprawiał wrażenie, że tego nie zauważył, co mnie przestraszyło, przypomniało o tym, jak dziwny zawsze wydawał mi się Steven. Ale on, jakby usłyszał czyjąś podpowiedź, przypomniał sobie, co właśnie powinien zagrać, poruszył ręką i uniósł dłoń - był kosmitą albo robotem pozdrawiającym kogoś nigdy dotąd niewidzianego. Wpatrywałem się w okno - ledwo go dostrzegałem, raptem domyślałem się kędzierzawej czupryny, szczupłej sylwetki spowitej w nieodłączny golf i oślepiającego światła żyrandola za nim, cienia paproci, obok której stał. Ale wtedy zauważyłem, że trzyma uniesiony aparat i robi mi zdjęcia. Popchnęło mnie to na siedzenie samochodu, którym wyjechałem z podjazdu, opuściwszy osiedle Bel Air przez wschodnią bramę, skręciłem w lewo na Sunset Boulevard, ale nie zamierzałem wjeżdżać na Beverly Glen, dojechałbym nim bowiem do domu przy Mulholland Drive, tylko skierowałem się w stronę Hollywood, bo chciałem wrócić do San Fernando Valley tamtejszymi autostradami.