Strzępy - Bret Easton Ellis

Kup ebooka

59.99 zł
53.99 zł (30,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WIELE LAT TEMU UŚWIADOMIŁEM SOBIE, że książka, powieść, to marzenie, które domaga się spisania. Zupełnie jak wtedy, kiedy się w kimś zakochujemy. Marzenie robi się nieodparte, nie da się na nie nic poradzić, trzeba się w końcu poddać, podporządkować, nawet jeśli instynkt podpowiada, żeby wiać, bo może się przecież okazać, że uwikłaliśmy się w niebezpieczną grę - ktoś zostanie skrzywdzony. Dla niektórych, nielicznych pisarzy pierwsze pomysły, obrazy i poruszenia to już dość, aby natychmiast zanurzyć się w świat powieści - w uczucia, fantazje i tajemnice. Inni potrzebują dużo więcej czasu, aby mocniej poczuć taką więź. Dopiero po latach uświadamiają sobie, jak bardzo muszą napisać właśnie tę powieść, pokochać tę, a nie inną osobę, uwolnić to, a nie inne marzenie, niech będzie, że po dziesięcioleciach. Ostatnim razem myślałem o tej książce, o tym konkretnym marzeniu, o opowiedzeniu tej wersji historii - którą właśnie czytasz, którą zaczynasz - niemal dwadzieścia lat temu. Wydawało mi się wtedy, że poradzę sobie z wyjawieniem wszystkiego, co przydarzyło się mnie i moim przyjaciołom podczas ostatniego roku nauki w Buckley School. Był 1981 rok, my byliśmy nastoletni, powierzchownie ekstrawaganccy, ale wciąż były z nas dzieci, które nie wiedziały, jak naprawdę działa świat - mieliśmy już jakieś doświadczenia, ale moim zdaniem nie potrafiliśmy ich zrozumieć. Przynajmniej do momentu, kiedy wydarzyły się rzeczy, które wrzuciły nas w stan dojmującego poznania.

Kiedy pierwszy raz usiadłem do pisania tej powieści, w rok po opisywanych w niej wypadkach, okazało się, że nie jestem w stanie wracać ani do tamtego okresu, ani do żadnej z tamtych osób, ani do okropnych rzeczy, które na nas spadły - że przede wszystkim nie potrafię wrócić do tego, co spotkało mnie samego. Nie zapisawszy ani jednego słowa, pożegnałem się z pomysłem już na samym początku. Miałem dziewiętnaście lat. Nie zdążyłem wówczas wziąć do ręki długopisu ani zasiąść przed maszyną do pisania. Już samo nieśmiałe wspominanie wydarzeń okazało się wyprowadzać mnie z równowagi, a w tamtym okresie życia nie potrzebowałem dodatkowego stresu. Zmusiłem się do zapomnienia, przynajmniej na trochę. Wymazanie przeszłości z pamięci nie sprawiło mi wtedy trudności. Potrzeba napisania tej książki powróciła, kiedy po ponad dwudziestu latach wyprowadziłem się z Nowego Jorku - porzucając Wschodnie Wybrzeże, dokąd niemal natychmiast po rozdaniu szkolnych świadectw uciekłem przed traumą ostatniego roku szkoły średniej - i ponownie zamieszkałem w Los Angeles, gdzie doszło do wszystkich wypadków 1981 roku. Po przeprowadzce poczułem się silniejszy, bardziej zdecydowany w kwestii przeszłości, i zdołałem się uwolnić od bólu, którego mi przysparzała, a zamiast tego zacząć marzyć. Okazało się jednak, że to wciąż jeszcze nie to. Po wystukaniu kilku stron notatek poświęconych wydarzeniom z jesieni 1981 i po znieczuleniu się połową butelki Ocho w nadziei, że tequila uspokoi moje drżące dłonie i pozwoli kontynuować, doznałem niezwykle gwałtownego ataku paniki i w środku nocy wylądowałem na oddziale ratunkowym szpitala Cedars-Sinai. Gdyby chcieć związać akt pisania z miłosną metaforą byłoby tak: bardzo chciałem kochać tę powieść, a ona wreszcie zgodziła się na mój afekt, poczułem się tym skuszony, ale kiedy przyszło do skonsumowania naszej relacji, nie byłem w stanie oddać się marzeniu.

*

ATAK PRZYDARZYŁ MI SIĘ, KIEDY ZACZĄŁEM PISAĆ o samym Trawlerze - seryjnym mordercy, który nawiedzał San Fernando Valley już od późnej wiosny 1980 roku, ale to latem 1981 zaczął się pojawiać ze zwiększoną częstotliwością. Był też w niejasny, przerażający sposób powiązany z nami. Fala stresu zalała mnie bez litości tamtej nocy, kiedy spisywałem notatki. Zacząłem wyć ze strachu przed wspomnieniami i doświadczyłem załamania nerwowego, zwracając przy okazji całą wyżłopaną tequilę. Xanax, który trzymałem na nocnym stoliku, nie pomógł - łyknąłem trzy tabletki i wiedziałem, że nie zadziałają dostatecznie szybko. W tamtej chwili byłem przekonany, że umieram. Wykręciłem 911 i powiedziałem, że mam zawał serca, a potem zemdlałem. Telefon stacjonarny, z którego dzwoniłem - był 2006 rok, ja miałem czterdzieści dwa lata i mieszkałem sam - pozwolił służbom ustalić miejsce mojego pobytu, a zaaferowany portier stacjonujący przy wejściu do mojego wieżowca zaprowadził ratowników na jedenaste piętro. Portier otworzył drzwi mojego mieszkania, gdzie znaleźli mnie leżącego na podłodze sypialni. Odzyskałem świadomość w karetce pędzącej przez San Vicente Boulevard w kierunku szpitala Cedars-Sinai. Z Doheny Plaza, gdzie mieszkałem, nie było daleko. Kiedy leżącego na noszach wwieziono mnie na ostry dyżur, zorientowałem się, co mi się właśnie przydarzyło, i poczułem wstyd, bo xanax zaczął działać, odzyskałem spokój, a z moim ciałem było wszystko w porządku. Wiedziałem, że atak paniki wynikał wprost ze wspomnień o Trawlerze - a może raczej o Robercie Mallorym.

Zbadał mnie lekarz - byłem właściwie zdrowy, ale szpital chciał zatrzymać mnie na noc i przeprowadzić serię badań, łącznie z rezonansem magnetycznym. Mój lekarz rodzinny poparł ten pomysł, zapewniając mnie przez telefon, że ubezpieczenie zdrowotne pokryje niemal wszystkie koszty pobytu. Ale ja po prostu musiałem wrócić do domu. Zrezygnowałem ze wszystkich dodatkowych badań, które mi proponowano, bo wiedziałem, że jeśli zostanę na noc w Cedars, pogrążę się w szaleństwie. Zadręczy mnie świadomość, że omdlenie nie miało źródła w ciele ani w żadnej chorobie, która może i mogła mnie równocześnie trawić, bo przecież było reakcją wprost wynikłą ze wspomnienia, z przeszłości, z przywołania tamtego okropnego roku - reakcją na Roberta Mallory'ego, na Trawlera, na Matta Kellnera, na Susan Reynolds, na Thoma Wrighta i Deborah Schaffer, reakcją na wjazd do ciemnego tunelu, który przemierzałem jako siedemnastolatek.

*

PO TAMTEJ NOCY porzuciłem mój projekt i przez kolejnych trzynaście lat napisałem dwie inne książki. Dopiero w 2020 roku poczułem, że mogę zacząć Strzępy, albo Strzępy zdecydowały, że Bret jest już gotowy, ponieważ to książka dawała mi o sobie znać, a nie odwrotnie. Ja nie utrzymywałem z nią żadnego kontaktu, przeciwnie, poświęciłem wiele lat na odpychanie od siebie marzenia, odpychanie Roberta Mallory'ego i ostatniego roku nauki w Buckleyu. Tyle dziesięcioleci odseparowywałem się od Trawlera, od Susan i Thoma, i Deborah, i Ryana, i od losu, który spotkał Matta Kellnera. Upchnąłem tę historię w ciemnym kącie szafy i przez wiele lat było to skutecznym unikiem - nie poświęcałem książce zbyt wiele uwagi, więc przestała mnie wołać. Ale jakoś w 2019 roku zaczęła szukać drogi powrotu, wspinać się, tętnić samoistnym życiem, pragnieniem złączenia się ze mną, rozepchnięcia się w mojej świadomości, i zrobiła to tak przekonująco, że nie mogłem tego już dłużej ignorować - próby zlekceważenia jej zaczęły mi ciążyć. Doszło do tego właśnie wtedy, bo w tamtym okresie porzuciłem już pisanie scenariuszy; postanowiłem przestać się w to bawić po dekadzie otrzymywania hojnych honorariów za piloty seriali i scenariusze filmów, których przeważnie i tak nikt nie chciał nakręcić. Przez chwilę myślałem, że może istnieje jakiś związek pomiędzy tym, że książka mnie wzywa, a tym, że straciłem zainteresowanie pisaniem dla Hollywood, ale nie miało to znaczenia. Musiałem napisać tę powieść, bo musiałem rozwiązać zagadkę tamtych wydarzeń - wreszcie przyszedł czas.

*

ISKRĘ, KTÓRA PRZYWRÓCIŁA MOJE ZACIEKAWIENIE powieścią, wykrzesała krótka chwila wiele lat po ataku paniki ze szpitalnym finałem. Pewnego razu zobaczyłem kobietę - chciałem nawet napisać dziewczynę, ale dziewczyną już nie była, była kobietą po pięćdziesiątce, w moim wieku - na rogu Holloway Drive i La Cienega Boulevard w West Hollywood. W przeciwsłonecznych okularach i z telefonem przyciśniętym do ucha stała na chodniku przed hotelem Palihouse. Czekała na samochód i choć była to dużo starsza wersja dziewczyny, którą znałem ze szkoły, nie dało się jej z nikim pomylić. Byłem tego pewien, choć nie widziałem jej przez niemal czterdzieści lat: wciąż była tak samo spontanicznie piękna. Dojrzałem ją, utknąwszy w korku po skręcie w lewo w Holloway - kobieca postać pod czarnym parasolem na opustoszałym chodniku tuż przy stanowisku parkingowego hotelu. Dzieliło nas może z pięć metrów. Zamiast radości z niespodziewanego spotkania z dawną znajomą poczułem mrożący mnie strach, opadł mnie bezlitośnie, zrobiło mi się lodowato zimno. Przelotny widok kobiety z krwi i kości spowodował powrót lęku, który pożerał absolutnie wszystko - zupełnie jak w 1981 roku. Jej zjawienie się przypomniało mi, że to wszystko zdarzyło się naprawdę, że moje marzenie, mój sen, były rzeczywistością, że choć minęło czterdzieści lat od naszego ostatniego spotkania, wciąż wiążą nas wypadki z jesieni 1981 roku.

Nie zjechałem na pobocze ani w paszczę garażu drogerii po drugiej stronie ulicy. Nie przywitałem się z tamtą kobietą, nie zakrzyknąłem ze zdumienia, nie wysiadłem z samochodu, żeby ją uścisnąć, podziwiać to, jak pięknie wciąż wygląda - skutecznie unikałem kontaktów z osobami z mojej klasy w mediach społecznościowych. Raptem kilkoro odezwało się do mnie przez lata, zwykle w ciągu pierwszych paru tygodni po wydaniu nowej książki. Tamtego dnia na Holloway Drive wgapiałem się w nią przez przednią szybę bmw - stała na bezludnym chodniku, z telefonem przy uchu wsłuchana w czyjś głos, sama milcząca, a pomimo ciemnych okularów było w jej pozie, w zachowaniu coś upiornego. A może tylko to sobie wyobraziłem - może miała się świetnie, może się z tamtym uporała i przepracowała wszystko, co przydarzyło się jej jesienią 1981 roku, tamto okropne okaleczenie i odrażające wtajemniczenie, których doświadczyła, straty, których jej nie oszczędzono. Jechałem wówczas do Palm Springs razem z Toddem - znaliśmy się od 2010 roku i mieszkaliśmy razem od dziewięciu lat - gdzie mieliśmy spędzić cały tydzień z pewnym nowojorskim przyjacielem, który wynajął sobie dom na skraju dzielnicy Movie Colony; potem czekała nas podróż do San Diego i kilka publicznych wystąpień. Kiedy zobaczyłem tamtą kobietę przed hotelem Palihouse, byliśmy z Toddem w samym środku rozmowy, a ja zamilkłem w pół słowa. Samochód za nami niespodziewanie zatrąbił, spojrzałem w lusterko wsteczne i zrozumiałem, że choć światło na Holloway zmieniło się na zielone, nie ruszyłem.

- Wszystko w porządku? - zapytał Todd, kiedy przyspieszyłem zbyt gwałtownie i pognałem w stronę Santa Monica Boulevard.

Przełknąłem ślinę i odpowiedziałem beznamiętnie, usiłując brzmieć jak najnaturalniej:

- Znałem tamtą dziewczynę...

*

OCZYWIŚCIE, ŻE NIE BYŁA JUŻ DZIEWCZYNĄ - powtórzę - miała, jak ja, prawie pięćdziesiąt pięć lat, ale dla mnie właśnie nią była: dziewczyną. I to się liczyło. Todd zapytał krótko:

- Jaką dziewczynę?

A ja zrobiłem niedbały, nieokreślony ruch ręką:

- Stała tam, przed hotelem.

Todd wykręcił szyję, ale nikogo już nie dojrzał - już jej tam nie było. Wzruszył ramionami i pogrążył się z powrotem w telefonie. Zauważyłem, że satelitarne radio w samochodzie było ustawione na stację Totally 80s i leciał właśnie refren Vienna zespołu Ultravox. It means nothing to me, wykrzykiwał wokalista, nic to dla mnie nie znaczy, a strach wciąż się we mnie kotłował, był wariacją na temat jesiennego strachu z 1981 roku, kiedy puszczaliśmy tę piosenkę pod koniec prawie każdej imprezy i dbaliśmy, żeby nie zabrakło jej na żadnej z robionych przez nas kasetowych składanek. Pozwoliłem, aby tamtego grudniowego dnia piosenka przeniosła mnie z powrotem w przeszłość, myślałem, że mam już narzędzia umożliwiające mi uporanie się z wydarzeniami, do których doszło, kiedy miałem siedemnaście lat. Wydawało mi się nawet - o naiwności, o głupoto - że już przepracowałem tę traumę, dzięki książkom napisanym lata temu, po dwudziestce, po trzydziestce i po czterdziestce. Ale ta nad wyraz konkretna trauma znów mnie dopadła i udowadniała, że cokolwiek bym sądził o poradzeniu sobie z tym na własną rękę, bez wyznawania tego w powieści, nie mam racji.

Podczas całego tygodnia spędzonego na pustyni nie mogłem spać - wyszarpywałem najwyżej parę godzin pomimo stałej dawki benzodiazepin. Zafundowałem sobie autonokaut, przedawkowując xanax, ale czarne sny i tak nie dawały mi spać dłużej niż godzinę, dwie. Leżałem potem obudzony i wykończony w największej sypialni domu przy Azure Court w Palm Springs i próbowałem zwalczyć narastającą panikę - wynikłą wprost ze spotkania tamtej dziewczyny. Kryzys wieku średniego, który zaczął się u mnie po tamtej nocy w 2006 roku, potrwał z grubsza siedem lat. Siedem lat spędzonych na próbie opisania tego, co przydarzyło nam się ostatniego roku nauki w Buckleyu. Siedem lat sennej gorączki - kiedy to ogarniający mnie zewsząd lęk oddalił mnie od wszystkich osób, które znałem, a wynikły z niego stres uszczuplił mnie o osiemnaście kilo - ustąpiło dzięki pomocy terapeuty, mojego życiowego coacha, którego gabinet przy Sawtelle Boulevard, jedną przecznicę za zjazdem z czterysta piątki, sumiennie odwiedzałem przez cały rok. Jako jedyny z sześciu psychiatrów, do których kolejno trafiałem, nie bał się rzeczy, jakie mu opowiadałem. Od pięciu poprzednich dowiadywałem się, że nie powinienem demonizować okropieństwa wydarzeń, które się mi, nam przydarzyły, ale raczej przetworzyć narrację tak, aby była znośniejsza i nie zakłócała przebiegu kolejnych sesji.

W tamtym czasie zaczął się wreszcie mój długoletni związek, przez co pomniejsze problemy, które i tak nigdy poważnie nie zagrażały mojemu życiu - uzależnienie czy depresja - odsunęły się w cień. Ludzie, którzy unikali mnie przez całe siedem wychudzonych i wściekłych lat, nieoczekiwanie napotykali - w restauracji czy na filmowym seansie - nowego Breta i wydawali się zadziwieni, widząc, że ten człowiek nie jest już tak przerażony i popieprzony jak niegdyś. Literacka poza księcia ciemności, którą dla moich czytelników zawsze ucieleśniałem, zaczynała znikać, a w jej miejsce pojawiało się coś dużo cieplejszego - ten facet od American Psycho okazywał się naprawdę sympatycznym świrusem (niektórych zdawało się to dziwić), kimś, kogo da się lubić, a nie mającym wszystko za nic nihilistą. Wielu ludzi brało mnie właśnie za nihilistę, a ja sam wcześniej też nie opierałem się specjalnie temu wizerunkowi. Choć nigdy nie była to zamierzona poza.

*

STAŁA PO DRUGIEJ STRONIE ULICY, naprzeciwko CVS-u, drogerii, która parę dekad wcześniej była newwave'ową wrotkarnią. Wrotkarnia nazywała się Flipper's, a dojrzenie tamtej kobiety w trakcie podróży do Palm Springs przypomniało mi, kiedy byłem w tym miejscu po raz ostatni. Była wiosna 1981 roku i nie pojawił się jeszcze wśród nas Robert Mallory, który we wrześniu zmienił wszystko. Byliśmy tam z Thomem Wrightem i jeszcze dwójką chłopaków z klasy, Jeffem Taylorem i Kylem Colsonem. Czterech siedemnasto­letnich licealistów w rolls-roysie Rona Levina, nieszkodliwego geja i oszusta, z którym poznał nas Jeff Taylor. Wszyscy w tamtym kabriolecie byliśmy ożywieni po kokainie, której nawciągaliśmy się chwilę wcześniej w mieszkaniu Rona w Beverly Hills. Był wieczór w środku tygodnia, trwał nasz przedostatni rok w szkole średniej, a to, co cała ta sytuacja mówi o naszej dojrzałości, pozostawię sprawą otwartą. Równie wiele mówi o nas i to, że Jeff, przystojny surfer, który był drugim-lub-trzecim najpiękniejszym chłopakiem w klasie - pierwszeństwo należało się Thomowi Wrightowi - świadczył Ronowi drobne przysługi seksualne za gotówkę, choć był hetero. Większość kasy szła na nowe deski, sprzęt stereo i wynagrodzenie dla dealera trawy z Zuma Beach.

Kolejne wnioski na temat tamtego świata można wyciągnąć z faktu, że Ron Levin został zamordowany kilka lat później przez dwóch członków zrzeszenia określanego jako Billionaire Boys Club, klub młodych miliarderów - grupę towarzyską i kolektyw inwestorski składający się z wielu chłopaków, których jakoś tam znaliśmy, bo również należeli do światka uczniów prywatnych szkół w Los Angeles. Miliarderzy chodzili do Harvard School for Boys, która - obok Buckley School - była jedną z dwóch najbardziej prestiżowych prywatnych placówek w mieście. Uczniowie tych szkół musieli się nawzajem znać, bo należeli do ekskluzywnego kręgu osób przygotowywanych do prestiżowych studiów. Nieco później, kiedy już studiowałem w Bennington College, podczas ferii zimowych spotkałem założyciela Billionaire Boys Club, Joego Hunta. Doszło do tego w trakcie kolacji, na którą poszedłem z kilkorgiem znajomych, do La Scala Boutique w Beverly Hills. Było to kilka miesięcy przed śmiercią Rona Levina z rąk szefa ochrony BBC (tak się nazwę klubu skracało) - śmiercią zleconą właśnie przez Joego. Joe Hunt był wysoki, przystojny i milkliwy. Nie było w nim nic, co by wskazywało, że jest zdolny do przestępstw, za które później trafił do więzienia.

Uciekam w dygresje, bo przecież wszystko, co przydarzyło nam się jesienią 1981 roku, nie ma żadnego związku z klubem młodych miliarderów, Ronem Levinem i Joem Huntem. To tylko wycinek tego, dokąd zmierzał nasz głęboko imperialny świat. Byliśmy jego częścią, choć kiedy w 1983 roku wydarzyła się "sprawa" Billionaire Boys Club, było już dawno po naszej "sprawie". Być może właśnie ochocze wtargnięcie w głęboko hedonistyczny świat dorosłych sprawiło, że uchyliliśmy drzwi Robertowi Mallory'emu, Trawlerowi i wypadkom z nimi związanym - zaprosiliśmy ich, choć przynajmniej moim zdaniem byliśmy zupełnie nieświadomi ceny, jaką przyszło nam ostatecznie zapłacić.

*

TAMTEJ WIOSENNEJ NOCY pędziliśmy kabrioletem Rona Levina z Beverly Hills do wrotkarni Flipper's w West Hollywood. Jechaliśmy po La Cienega Boulevard, Donna Summer śpiewała Dim All the Lights z ośmiościeżkowej kasety z albumem Bad Girls, który puściliśmy w samochodowym zestawie stereo. Ron prowadził, Jeff siedział obok na miejscu pasażera, a Kyle, Thom i ja gnietliśmy się z tyłu. Wciśnięty w środek widziałem, jak dłoń Rona wędruje na udo Jeffa i jak Jeff delikatnie spycha ją stamtąd, nie posyłając kierowcy jednego spojrzenia. Thom wychylił się i zachęcony moim szturchnięciem też to zobaczył, wzruszył ramionami, spojrzał na mnie, przewrócił oczami, żebym dał spokój. Czy wzruszenie ramion miało oznaczać, że wszyscy żyjemy, jak żyjemy, i nie mamy z tym problemu? Taką miałem nadzieję, kiedy odwzajemniałem spojrzenie Thoma Wrighta. Naprawdę nas to wtedy nie obchodziło: byliśmy młodzi, byliśmy na haju, była ciepła wiosenna noc, wchodziliśmy w świat dorosłych - wszystko inne nie miało znaczenia. Niedługo miało nadejść łagodne i piękne kalifornijskie lato 1981 roku - lato poprzedzające koszmar, choć jak się później dowiedzieliśmy, koszmar zaczął się wcześniej, a latem trwał już w najlepsze, choć nie byliśmy jeszcze tego świadomi. Owa wiosenna noc, z której zapamiętałem kilka wyraźnych szczegółów, z perspektywy czasu okazała się jedną z ostatnich niewinnych nocy mojego życia, pomimo że w ogóle nie powinniśmy się znaleźć w takiej sytuacji, jak tamtej nocy: niepełnoletni, na lekkim kokainowym rauszu, z dużo starszym od nas gejem, który za trzy lata zostanie zamordowany przez jednego z naszych kolegów, prywatnie i elitarnie kształconych.

Nie przypominam sobie jeżdżenia na wrotkach, ale pamiętam picie szampana w naszym boksie i lecącą na cały regulator ścieżkę dźwiękową z Xanadu. Pamiętam też, że wróciliśmy do mieszkania Rona w Beverly Hills i że Ron ot tak zniknął z Jeffem w sypialni - chciał mu pokazać nowego rolexa, którego niedawno kupił. Kyle pojechał do rodziców do Brentwood, a my z Thomem wciągnęliśmy jeszcze trochę koki i słuchaliśmy razem płyt (pamiętam, jakich płyt: Duran, Billy Idol, Squeeze), aż w końcu i ja sobie poszedłem. Thom czekał jeszcze na Jeffa, a kiedy Ron zasnął, obaj ruszyli do domu ojca Jeffa w Malibu. Nie spali do rana, kończąc pół grama narkotyku podarowane przez Rona Jeffowi, po czym w kombinezonach poszli o świcie na plażę posurfować na falach rozbijających swoje grzbiety o spowite we mgle wybrzeże. Następnie wcisnęli się w szkolne mundurki i zaczęli długą drogę do Buckleya, najpierw wzdłuż Sunset Boulevard aż do skrzyżowania z Beverly Glen, a potem przez wzgórza do Sherman Oaks. Kilka godzin wcześniej ja też jechałem wśród kanionów, wracając do domu rodziców przy Mulholland Drive. Dojechałem, wziąłem valium wyjęte z pudełeczka na leki od Gucciego - pudełeczko podarowała mi na święta Susan Reynolds, miałem wtedy piętnaście lat, i może być ono kolejną wskazówką, kim właściwie byliśmy - i zapadłem w lekki sen bez marzeń sennych.

*

STALIŚMY SIĘ NIEZALEŻNI, kiedy pokończyliśmy szesnaście lat, ale nie wydawało nam się to nigdy zgubne dla naszej młodości. W Los Angeles wchodzisz w dorosłość w dniu, w którym dostajesz do ręki prawo jazdy. Pamiętam, że Jeff Taylor pierwszy z naszej klasy dostał samochód, pewnego wieczoru w środku tygodnia przyjechał do Beverly Hills po Thoma Wrighta, a potem zgarnął mnie spod domu przy Mulholland Drive i wspólnie ruszyliśmy w kierunku Hollywood z puszczoną na cały regulator kasetą z albumem Glass Houses Billy'ego Joela. You May Be Right leciało z głośników, a my chcieliśmy zobaczyć późnowieczorny pokaz Saturna 3 w świecącym pustkami kinie Cinerama Dome. Był luty 1980 roku, samego filmu nie pamiętam - science fiction tylko dla dorosłych, grała w tym Farrah Fawcett - pamiętam za to wolność płynącą z samodzielnego wyjścia na miasto, bez rodziców. Wtedy po raz pierwszy pojechaliśmy sami na seans o dziesiątej wieczór i bawiliśmy się razem na przepastnym parkingu kina samochodowego. Zbliżała się północ, otaczało nas wyludnione Hollywood, paliliśmy na spółkę jointa, a przyszłość stała otworem.

Kiedy sam dostałem prawo jazdy, nierzadko zdarzało mi się, że w środowe wieczory po pośpiesznym przejrzeniu prac domowych zjeżdżałem o siódmej ze wzgórz do West Hollywood, żeby posłuchać debiutanckiego programu Psychedelic Furs w klubie Whisky a Go Go. Nie pytałem matki o pozwolenie na wyjście do klubu (moi rodzice byli już wtedy w separacji), bo takie wyjście w środku tygod­nia stało się dla mnie czymś zupełnie zwyczajnym. Dawałem jej tylko znać, że będę z powrotem przed północą, ulatniałem się z domu i jechałem pustymi kanionami do wtóru Missing Persons albo Doorsów, zjeżdżałem z Sunset Boulevard i zostawiałem auto przy North Clark Street, płacąc uprzednio pięć dolarów parkingowemu. Drzwi do Whisky otwierał mi lipny dowód (czasami nikt go nawet nie sprawdzał), pytałem rastafarianina przy barze, czy nie wie, gdzie mogę zdobyć trochę kokainy, a ten zwykle wskazywał platynowego blondyna w głębi sali. Podchodziłem do niego, dawałem porozumiewawczy znak i wsuwałem mu zwitek gotówki, po czym wracałem do baru zamówić whiskey sour - mój ulubiony licealny drink - i czekałem, aż koleś wstanie, pójdzie i zajrzy na chwilę do biura menadżera, żeby wrócić z niewielką paczuszką. Później ruszałem w górę kanionów, przemierzałem Mulholland Drive - wszystko było opustoszałe, ja na haju, z goździkowym papierosem w ustach - zjeżdżałem w dół Laurel Canyon i jeździłem sobie po dzielnicach rozpościerających się wzdłuż Ventura Boulevard. Zaczy­nałem od Studio City, potem powoli snułem się po Valley Vista Boule­vard przez pogrążone w ciemności Sherman Oaks, docierałem do Encino, mijałem je, wjeżdżałem do Tarzany. Jeździłem bez celu, mając po bokach pogrążone w mroku domy, które równą linią układały się w te przedmieścia. Słuchałem sobie Kingsów i jechałem, dopóki nie przyszedł czas wracać na Mulholland Drive. Wybierałem wtedy albo Ventura Boulevard, albo sto jedynkę, z której zjeżdżałem na Van Nuys, a stamtąd na Beverly Glen Boulevard. Niekiedy podczas powrotu dostrzegałem zielony poblask oczu kojota złapanego w blask przednich świateł mojego mercedesa, kojot rzucał przelotne spojrzenie i wracał do grasowania po rubieżach Mulholland Drive. Czasem kojotów była cała wataha i musiałem zatrzymywać samochód, czekając, aż znów złapią trop i zejdą z drogi. Każdego poranka po takiej nocy, nieważne, jak długo by trwała, byłem w stanie wstać i kilka minut przed początkiem pierwszej lekcji dotrzeć na szkolny parking, porządnie ubrany w szkolny mundurek. Nigdy nie dokuczały mi ani kac, ani zmęczenie, czułem się tylko przyjemnie pobudzony.

*

JEŚLI WIOSNĘ I LATO 1981 ROKU uznać za rajski sen, to wrzesień i związane z nim zjawienie się Roberta Mallory'ego oznaczały tego snu koniec - ogarnęło nas poczucie, że skrada się coś innego, mroczne prawidłowości zaczęły wychodzić na jaw, a my po raz pierwszy dostrzegliśmy nowe rzeczy, jakbyśmy usłyszeli nieodbieralne wcześniej sygnały. Nie chcę tu rysować bezpośrednich powiązań między pewnymi szczególnymi wydarzeniami a przybyciem Roberta Mallory'ego wraz z końcem rajskiego lata osiemdziesiąt jeden, ale tak się złożyło, że ów fakt zbiegł się z chwilą, kiedy nasze miasto zaczęło nieśpiesznie staczać się w obłęd. Zupełnie jakby dał o sobie znać jakiś inny świat, nadający temu, który znaliśmy i uznawaliśmy za pewnik, nowe, mroczniejsze barwy.

Dam przykład, w owym czasie domy w niektórych dzielnicach wzięli sobie na cel członkowie pewnej sekty i zaczęli je uważnie obserwować. Ich zamiary były trudne do ustalenia. Początkowo jakiś blady hipis pojawiał się na skraju podjazdu, mamrotał coś do siebie, jego krok z nagła zamieniał się w krótki powłóczysty taniec, ale później, już w grudniu, sekta, do której należeli owi hipisi, po całym mieście popodkładała materiały wybuchowe. W wieczór poprzedzający Święto Dziękczynienia na dachu domu towarowego Neiman Marcus w Beverly Hills pojawił się niespodziewanie snajper, a alarm bombowy wymiótł wigilijnych gości z restauracji Chasen's. Równie niespodziewanie dowiedzieliśmy się o nastolatku z Pacific Palisades, który wmówił sobie, że opętał go "diabelski duch", oraz o przeprowadzonych na nim przez dwóch księży skomplikowanych egzorcyzmach, które o mało chłopaka nie zabiły - podczas rytuałów opętanemu krwawiły oczy, ogłuchł na jedno ucho, dostał zapalenia trzustki i połamał cztery żebra. Oto nagle pięcioro studentów UCLA pochowało żywcem swojego uniwersyteckiego kolegę, wszystko pod wpływem fencyklidyny, w akademiku, na imprezie, która w beznamiętnej relacji świadka "trochę się wymknęła spod kontroli". Mężczyzna o mało nie zginął i w śpiączce wylądował w wyciemnionej szpitalnej sali w jednym z budynków uczelnianego Medical Plaza. Oto nagle na różne zakątki miasta spadła plaga pająków. Bohaterką najbarwniejszej his­torii tamtej jesieni była jednak mutantka - potwór, ryba wielkości niewielkiego samochodu wyłowiona z oceanu w okolicach Malibu. Zwierzę było szarobiałego koloru upstrzone plamami srebrzystopomarańczowych łusek i miało szczęki godne rekina, choć rekinem bynajmniej nie było, a kiedy rybacy owego stwora wypatroszyli, znaleźli w jego wnętrzu dwa zaginione od pewnego czasu psy, połk­nięte w całości.

No i wreszcie pojawił się sam Trawler.

Już od jakiegoś roku dochodziło do przeróżnych włamań, napaści, wreszcie zniknięć, a wtedy, w 1981 roku, odnaleziono ciało drugiej z zaginionych nastolatek - pierwsze odkryto jeszcze w 1980 roku - i połączono to w końcu z włamaniami do domów. Wszystkie te rzeczy wydarzyłyby się pewnie i bez Roberta Mallory'ego, ale nie mogę ignorować faktu, że jego zjawienie zbiegło się w czasie z osobliwym zmrocznieniem, któremu stopniowo uległy nasze życia. Inni tak zrobili, na własną zgubę. Czy to za sprawą pecha, czy nieszczęsnej czasowej zbieżności, wszystkie te wydarzenia po prostu się ze sobą wiązały i choć to nie Robert Mallory był snajperem z dachu domu towarowego, i to nie po jego telefonie opustoszała restauracja, i choć nie miał związku z brutalnymi egzorcyzmami w Pacific Palisades, ani nie zbliżył się do akademika w Westwood, gdzie ofiarę głupiego zakładu wrzucono w grobowy dół, to właśnie jego obecność, przynajmniej dla mnie, zrosła się ze wszystkimi tymi zdarzeniami. Każda koszmarna historia tamtej jesieni, wszystko, co wnosiło w naszą społeczną bańkę mrok, którego wcześniej nie dostrzegliśmy, miało związek z nim.

*

TYDZIEŃ TEMU na portalu classmates.com zamówiłem sobie kopię albumu absolwentów, a zarazem kroniki szkolnej mojej Buckley School z 1982 roku. Kosztowało mnie to dziewięćdziesiąt dolarów i cztery dni czekania na nadaną FedExem przesyłkę. Kiedy książka trafiła do mojego mieszkania na Doheny Road, przypomniałem sobie, czemu dotąd nie miałem własnego egzemplarza: nie chciałem wspominać rzeczy, które przydarzyły się mnie i moim straconym przyjaciołom. Pamiątkową księgę naszego rocznika zatytułowaliśmy Kadry, a jej redaktorką była koleżanka z klasy, która została później znaną hollywoodzką producentką. Jej pomysł sprawił, że rok szkolny 81/82 opowiedzieliśmy w filmowej stylizacji: po całym albumie rozrzucono fotosy z filmów, wszelkich, od Przeminęło z wiatrem po Zwyczajnych ludzi, co z perspektywy czasu wydaje mi się zabiegiem przesadnie frywolnym i beztroskim, jak malowanie szminką ust maski pośmiertnej. Kiedy powoli przewracałem strony rozdziału "Absolwenci", w którym każdy z nas dostał ku pamięci całą osobną stronę, gdzie mógł podziękować rodzicom, umieścić zdjęcia przyjaciół i cytaty - w ogóle zaprojektować przestrzeń stronicy, żeby najlepiej oddawała to, kim, jak się nam wówczas wydawało, jesteśmy, pozwalała opowiedzieć najlepsze wersje siebie - uparcie powracała do mnie myśl, że z sześćdziesięciu osób z rocznika 1982 po pięciu nie było już wówczas śladu. Poszczególnym osobom z tej piątki nie udało się dotrwać do końca z bardzo różnych powodów, ale przed samym faktem nie dało się uciec: nie mogłem go wymazać ani udawać, że to nieprawda. Poumieszczano nas w książce w porządku alfabetycznym, a ja po łyknięciu ginu ze szklanki z pewnym wahaniem zacząłem przewracać kartki do miejsc, gdzie każde z tej piątki powinno się znaleźć. Zauważyłem, że ich po prostu tam nie ma - istnieli w pierwszym tygodniu września, ale z tego rozdziału ich wymazano. Zamiast tego trójka z nich trafiła do sekcji pośmiertnych wspomnień, mieszczącej się na samym końcu książki.

1

PAMIĘTAM, ŻE DZIAŁO SIĘ TO W 1981 ROKU, niedzielnego wrześniowego popołudnia przed Labor Day, nasz ostatni rok w szkole miał się zacząć tuż po nim, we wtorkowy poranek ósmego września. Pamiętam też, że stadnina Windover Stables mieściła się na stromym zboczu wspinającym się ponad Malibu, a Deborah Schaffer trzymała w niej swojego nowego konia imieniem Spirit, bo stadnina posiadała dwadzieścia obszernych stajni, które można było wynajmować na kwaterunek dla zwierząt. Pamiętam też, że jechałem wtedy autem sam. Podążałem śladem Susan Reynolds i Thoma Wrighta, którzy kabrioletem Thoma - chevroletem corvette - mknęli po Pacific Coast Highway. Powietrze było wilgotne, ocean migotał tuż obok, a my dotarliśmy wreszcie do zjazdu, który miał nas zaprowadzić w kierunku stadniny. Pamiętam też, że wijąc się tą drogą za autem Thoma, słuchałem zespołu The Cars, piosenki Dangerous Type - zrobiłem swoją własną składankę, były na niej też kawałki Blondie, The Babys i Duran Duran - dotarliśmy wreszcie do stadniny, zaparkowaliśmy obok lśniącego nowością bmw Deborah, jej samochód był jedyny na parkingu, zameldowaliśmy się w recepcji i zadrzewioną alejką doszliśmy do miejsca, gdzie Debbie prowadziła Spirita za lejce po opustoszałej ujeżdżalni - byli już po przejażdżce, ale koń wciąż miał na sobie siodło, a ona strój do jazdy. Widok konia wywołał we mnie szok - pamiętam, że zadrżałem mimo popołudniowego skwaru. Spirit zastąpił konia odesłanego w czerwcu na emeryturę.

- Cześć - powitała nas Debbie swoim płaskim, wypranym z emocji głosem. Pamiętam, że brzmiał jak wydrążony, był jak stłumione echo w pustce, która nas otaczała.

Za zadbanymi stajniami, które pomalowano na biało i na sosnowy odcień zieleni, rozciągał się las i ten las zasłaniał widok na Pacyfik, dało się dostrzec wyłącznie ułomki szklistego błękitu, całość zdawała się ukryta i zastygła, wszystko trwało w bezruchu, jakby zamknięto nas pod wielką plastikową kopułą. Pamiętam też, że dzień był bardzo gorący i czułem się niejako przymuszony do odwiedzenia stadniny, w końcu tego lata Debbie została moją dziewczyną - tego się ode mnie oczekiwało, choć sam niekoniecznie pragnąłem tego doświadczać. Poddawałem się jednak biegowi wydarzeń. Nawet jeśli wolałem zostać w domu i pracować nad powieścią, którą wtedy pisałem, to jako siedemnastolatek pragnąłem też podtrzymywać określone pozory.

Pamiętam, że Thom, zbliżając się do konia, powiedział:

- Wow.

Jak wszystko, co robił Thom, brzmiało to szczerze, ale było równocześnie płytkie - płaskie jak intonacja Debbie - zupełnie jakby Thom nie miał w żadnej sprawie żadnego zdania: wszystko było cool, wszystko było spoko, wszystko było umiarkowanym wow. Susan wymamrotała coś na znak zgody, ściągając przeciwsłoneczne wayfarery.

- Cześć, przystojniaku - przywitała mnie Debbie, dodając całusa w policzek.

Pamiętam, że próbowałem wpatrywać się w zwierzę z podziwem, ale tak naprawdę nie chciałem, żeby ten koń w ogóle zaprzątał moje myśli - tymczasem zwierzę było czymś tak wielkim i żywym, że wprawiło mnie w osłupienie. Z bliska Spirit był zjawiskowy, bez wątpienia wywarł na mnie wrażenie - zdawał się aż za wielki, złożony z samych mięśni, był jak groźba - pomyślałem, że mógłby mi coś zrobić, choć koń był zupełnie spokojny i pozwalał głaskać się po bokach. Pamiętam, że byłem świadomy tego, że Spirit jest kolejnym przejawem bogactwa Debbie i wynikającej z tego beztroski. Koszty kwaterunku i opieki nad zwierzęciem musiały być astronomiczne, myślałem, a przecież nie było wiadomo, czy jeździectwo naprawdę interesowało tę siedemnastoletnią dziewczynę, jak bardzo ją interesowało i czy ta pasja miała być czymś długotrwałym. To była jednak kolejna rzecz, której to ja nie wiedziałem o Debbie. Choć chodziliśmy razem do szkoły od piątej klasy, nie zwracałem na to dotąd uwagi i dopiero odkrywałem, że od zawsze interesowała się końmi. Właśnie tamtego lata przed ostatnim rokiem w liceum, kiedy zostałem jej chłopakiem, zobaczyłem, że na półkach w jej sypialni roi się od wstęg, pucharów i zdjęć z najróżniejszych imprez jeździeckich. Od zawsze bardziej interesował mnie ojciec Debbie, Terry Schaffer, niż ona sama. W 1981 roku Terry Schaffer miał trzydzieści dziewięć lat i już był potwornie bogaty - większość majątku zdobył dzięki kilku filmom, które stały się kasowymi hitami, dwa z nich z zupełnie niewytłumaczalnych powodów. Terry Schaffer był jednym z najbardziej szanowanych i pożądanych producentów w mieście, miał dobry gust - a przynajmniej coś, co w Hollywood uważało się za dobry gust - dwukrotnie nominowano go do Oscara i nieustannie składano mu propozycje szefowania różnym studiom filmowym, co go zupełnie nie interesowało. Terry był również gejem - nie otwarcie, dyskretnie - oraz mężem Liz Schaffer, która była tak nieodwracalnie zagubiona w posiadanym przywileju i odczuwanym bólu, że zastanawiałem się czasami, czy w ogóle zdawała sobie sprawę z homoseksualności Terry'ego. Deborah była ich jedynym dzieckiem. Terry zmarł w 1992 roku.

*

THOM ZADAWAŁ DEBBIE ogólne pytania dotyczące konia, a Susan rzuciła mi krótkie spojrzenie i uśmiech - przewróciłem oczami, nie na Thoma, ale z powodu całej tej nie-sytuacji. Susan odwzajemniła przewrócenie oczami i nawiązało się między nami porozumienie, które nie obejmowało naszych życiowych partnerów. Po głaskaniu i podziwianiu konia nie mieliśmy już żadnego powodu, żeby tak stać. Pamiętam, że pomyślałem: i po to jechałem taki szmat drogi do Malibu? Żeby sobie popatrzeć na durnego, nowego konia Debbie i żeby go pogłaskać? I pamiętam, że sterczałem tak z poczuciem niezręczności, i jestem pewien, że ani Thom, ani Susan tak się nie czuli: oboje niemal nigdy nie byli poirytowani, nic nigdy nie wyprowadzało z równowagi takiego Thoma i takiej Susan, wszystko przyjmowali ze spokojem, a Susan przewróciła oczami wyłącznie po to, aby mnie udobruchać. Ale i tak byłem jej za to wdzięczny. Debbie delikatnie ucałowała mnie w usta.

- Wpadniesz potem do mnie? - spytała.

Moją uwagę przyciągała szeptana rozmowa Thoma i Susan, więc dopiero po chwili skupiłem się na pytaniu Debbie. Pamiętałem, że tamtego wieczoru zaprosiła znajomych do siebie do domu w Bel Air, więc uśmiechnąłem się naturalnie na znak zgody.

- Tak, jasne.

Następnie, jak na zawołanie, jakby wszystko było już przećwiczone, Thom, Susan i ja ruszyliśmy do naszych samochodów, a Debbie odprowadziła Spirita do stajni w towarzystwie kogoś z obsługi stadniny, człowieka ubranego w białe dżinsy i wiatrówkę. Jechałem po autostradzie w ślad za Thomem i Susan, skręciłem za nimi w lewo na Sunset Boulevard, a ta droga zaprowadziła nas aż do wschodniej bramy wjazdowej na osiedle Bel Air. Ze składanki leciała piosenka, którą lubiłem, choć nigdy bym się do tego nie przyznał - Time for Me to Fly grupy REO Speedwagon - była to ckliwa ballada o nieudaczniku, który zdobywa się na odwagę, żeby powiedzieć swojej dziewczynie, że to koniec. Dla mnie siedemnastoletniego to była piosenka o przemianie, a jej słowa: I know it hurts to say goodbye, but it's time for me to fly... - Wiem, że pożegnanie boli, ale przyszedł na mnie czas, muszę odlecieć... miały dla mnie wtedy, wiosną i latem 1981 roku, kiedy ten utwór polubiłem, dodatkowe znaczenie. Piosenka opowiadała o porzucaniu jednego świata i przenoszeniu się do innego, a właśnie tego wówczas doświadczałem. Zapamiętałem tamtą wizytę w stadninie nie z uwagi na to, co się wówczas wydarzyło - w końcu razem z Thomem i Susan pojechaliśmy do Malibu tylko po to, żeby obejrzeć konia - ale dlatego, że po tamtym południu nastąpił wieczór, kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy imię i nazwisko nowego ucznia, który miał do nas dołączyć na ostatni rok nauki w Buckleyu: Robert Mallory.

*

THOM WRIGHT I SUSAN REYNOLDS chodzili ze sobą od dwóch lat, od dziesiątej klasy, a teraz stali się najpopularniejszymi ludźmi nie tylko w naszej klasie, ale też w całej szkole. Zajęli miejsce Katie Choi i Brada Foremana, którzy skończyli Buckleya w czerwcu. Powody były oczywiste: Thom i Susan byli nienachalnie urodziwi i do cna amerykańscy, mieli ciemnoblond włosy, zielone oczy, wieczną opaleniznę - w tym, że oboje nieuchronnie grawitowali w swoim kierunku, była jakaś wewnętrzna logika, a potem już wszędzie pojawiali się jako coś jednego, właściwie cały czas spędzali razem. Oboje pochodzili z bogatych rodzin Los Angeles, z tym że rodzice Thoma byli po rozwodzie, jego ojciec przeprowadził się do Nowego Jorku. Wyprawy na Manhattan w odwiedziny do ojca były jedynym momentem, kiedy Thom nie znajdował się tuż obok Susan. Byli w sobie zakochani przez jakieś dwa lata, aż do tamtej jesieni 1981 roku, kiedy jedno się odkochało, co wprawiło w ruch całą sekwencję straszliwych wydarzeń. Byłem zauroczony obojgiem, choć żadnemu z nich nie przyznałem się nigdy, że to były prawdziwe miłości.

Byłem najbliższym (męskim) przyjacielem Susan, odkąd poznaliśmy się w Buckleyu w siódmej klasie, i pięć lat później, na progu ostatniego roku szkoły, wydawało się, że wiem już o niej wszystko: kiedy ma miesiączkę, jakie ma problemy z matką, poznałem każdą jej wyimaginowaną krzywdę, każdy brak, który wydawało jej się, że odczuwa, wiedziałem o chłopakach z klasy, w których podkochiwała się przed Thomem. Ona z kolei do pewnego stopnia zdawała sobie sprawę, że potajemnie się w niej kocham, ale nawet w chwilach dużej bliskości nic nigdy nie powiedziała. Czasami tylko droczyła się tak ze mną, kiedy zwracałem na nią zbyt dużą uwagę lub poświęcałem jej uwagi za mało. Schlebiało mi, że ludzie uważali nas za parę i w sumie nie próbowałem powstrzymywać plotek na nasz temat do momentu, kiedy na arenę wkroczył Thom. Susan Reynolds była modelowym przykładem fajnej południowokalifornijskiej dziewczyny, i to już kiedy miała trzynaście lat, długo przed tym, zanim zaczęła prowadzić kabriolet bmw i być na nieustannym delikatnym haju, a to po marihuanie, a to po valium, a to po połowie tabletki quaalude'a (nie traciła przy tym na funkcjonalności - była bez wysiłku wzorową uczennicą). Była wzorcowa, jeszcze zanim zaczęła zadziornie nosić okulary słoneczne modelu wayfarer, chodząc w nich po zadaszonych wykładanych lastryko ścieżkach z klasy do klasy, aż jakiś nauczyciel kazał jej okulary zdjąć - chyba każda osoba ucząca się w Buckleyu posiadała parę markowych okularów przeciwsłonecznych, jednak nie wolno nam było ich zakładać na kampusie z wyjątkiem parkingu i szkolnego kompleksu sportowego Gilley Field. W siódmej i ósmej klasie Susan zwierzała mi się chyba ze wszystkiego, a ja, choć nie odwzajemniałem takiej otwartości, opowiedziałem jej o sobie bardzo dużo rzeczy, których nikt inny nie wiedział. Miało to jednak granice. Były sprawy, o których bym jej za nic nie powiedział.

Z każdym kolejnym rokiem Susan Reynolds umacniała swoje panowanie, bo była de facto królową naszej klasy: była piękna, wyra­finowana, intrygująco bezproblemowa, aura swobodnej seksualności otaczała ją, jeszcze zanim zostali z Thomem parą - i to bynajmniej nie dlatego, że była rozwiązła; tak naprawdę jej pierwszy raz był właśnie z Thomem, nie uprawiała wcześniej seksu z nikim innym - ale uroda Susan intensyfikowała nam wszystkim samo zjawisko jej seksualności. Thom zdecydował się na jeden krok więcej niż inni. Aura seksualna Susan stała się zresztą wyraźniejsza, odkąd zaczęli ze sobą chodzić, kiedy już wszyscy wiedzieli, że się ruchają. Choć czuło się to już wcześniej; no bo nawet jeśli na początku, w pierwszych tygodniach jesieni 1979 roku, jeszcze się nie ruchali, pozostawało pytanie: jak dwoje tak urodziwych nastolatków może się nie ruchać? We wrześniu 1981 roku wciąż byliśmy z Susan blisko i myślę, że w pewnych sprawach byłem jej bliższy niż Thom - choć łączyła nas, oczywiście, inna relacja - między nimi panowała już wtedy delikatna ostrożność, nie dotyczyła ona niczego szczególnego, był to raczej objaw generalnie nie najlepszej kondycji. Susan była z Thomem od dwóch lat i dopadła ją niesprecyzowana, ale zauważalna nuda. Zazdrość, którą wcześniej budzili i która niemal mnie złamała, rozeszła się tamtej jesieni po kościach.

*

THOM WRIGHT, PODOBNIE JAK SUSAN REYNOLDS, pojawił się w Buckleyu w siódmej klasie po przenosinach z Horace Mann Junior High. Jego rodzice rozwiedli się, gdy był w dziewiątej klasie, on zamieszkał z matką w Beverly Hills, a jego ojciec przeprowadził się na Manhattan. Thom był od zawsze uroczym chłopcem - bez wątpienia najsłodszym gościem w naszej klasie, wręcz rozkosznym - ale dopiero latem 1979 roku po powrocie z lipcowo-sierpniowego pobytu u ojca w Nowym Jorku w jakiś niewyjaśnialny sposób stał się mężczyzną. Tamtego lata doszło do przemiany, urok i rozkoszność zbladły, a my zaczęliśmy patrzeć na Thoma inaczej - kiedy wróciliśmy we wrześniu zaczynać dziesiątą klasę, Thom nagle i otwarcie zrobił się erotyczny. Choć ja sam od zawsze seksualizowałem Thoma Wrighta, to wszyscy inni zdali sobie naraz sprawę, jak dobrze jest zbudowany. Linia jego szczęki wydawała się wyraźniejsza, włosy miał teraz krótsze - fryzura dość powszechna wśród uczniów Buckleya (głównie z uwagi na regulaminowe regulacje), tyle że Thom był w tym nawet stylowy, to był jego moment, sygnał męskości. Kiedy dostrzegłem go w szatni w pierwszym tygodniu po wakacjach, jak przebierał się przed wuefem (przez cały okres nauki w Buckleyu nasze szafki były obok siebie), wstrzymałem oddech. Widziałem niebudzący wątpliwości skutek treningów, jego klatka piersiowa, ramiona i brzuch posiadały formę, której nie miały jeszcze w końcu czerwca, wówczas po raz ostatni widziałem go w stroju kąpielowym na pool party w domu Anthony'ego Matthewsa. Dochodziła do tego jeszcze ta bladość świeżo umięśnionych ud i tyłka - w miejscu, które kąpielówki osłaniały od słońca podczas wakacyjnych weekendów na plażach w The Hamptons - kontrastująca z resztą opalonego ciała, zupełnie mnie to wszystko oszołomiło. Thom stał się ideałem nastoletniej piękności i, co było w nim jeszcze bardziej pociągające, zdawał się mieć to w nosie, nie zauważać, jakby był to po prostu dar, który otrzymał i tyle - żadnego śladu ego. Po wielokroć wyzbywałem się nadziei, że moje uczucia do Thoma Wrighta kiedykolwiek zostaną odwzajemnione, był w końcu rezolutnie heteroseksualny w sposób, w jaki ja nie byłem.

Moje nieśmiałe zauroczenie Thomem powróciłoby może w pierwszych tygodniach po jego powrocie z Nowego Jorku we wrześniu 1979 roku, ale on nagle związał się z Susan i tak bez żadnego wysiłku stworzyliśmy coś w rodzaju trójkąta. Kiedy następnej wiosny wszyscy dostaliśmy samochody, spędzaliśmy ze sobą weekendy, chodziliśmy do kina do Westwood, wylegiwaliśmy się na piasku w nadmorskim klubie Jonathan Beach Club w Santa Monica, włóczyliśmy się po Century City Mall, a mój crush i na Thoma, i na Susan okazał się do niczego nie prowadzić. Nie żeby Thom kiedykolwiek to zauważył. Z kolei Susan odnotowała moje uczucia, jestem tego pewien, wiedziała, że jej pożądam. Tom jednak był, powiem otwarcie, istotą generalnie dość nieświadomą - wielu rzeczy. Równocześnie była w nim intrygująca pustka, naraz atrakcyjna i kojąca, nie było w nim nigdy żadnego napięcia, był synonimem luzu, a nie brał nic nałogowo. Pod koniec trzeciej klasy liceum jedynym narkotykiem, który Thom lubił, był koks, do tego brał tylko kreskę lub dwie, kilka pociągnięć wystarczało mu na całą imprezę, no i nie pił, pomijając okazjonalną butelkę piwa Corona. Tak miło było z nim przebywać i tak łatwo godził się z dowolną opinią innych, że fantazjując o byciu z nim bliżej, często wyobrażałem sobie, że by się na to zgodził, przynajmniej do pewnego stopnia, nie odrzuciłby moich zalotów bez wcześniejszego pocałunku albo znaczącego przyciśnięcia ud na próżne pocieszenie. W niektórych bardziej wyszukanych fantazjach Thom wcale mnie nie odrzucał jako partnera i kończyło się to tak, że obaj byliśmy całkiem spoceni, bo w wyobraźni wyolbrzymiałem intensywność naszego seksu i marzyłem, że już po wszystkim całowałby mnie namiętnie, dysząc i cicho się śmiejąc, zdumiony przyjemnością, którą mu dałem; w sposób, który był poza zasięgiem Susan Reynolds.

*

TAMTEGO POPOŁUDNIA w Windover Stables nie pragnąłem wcale, żeby Debbie Schaffer pocałowała mnie na oczach Thoma i Susan, ale nie miałem też nic przeciwko. Debbie była rodzajem eksperymentu. Nie planowałem mieć dziewczyny podczas ostatniego roku w Buckleyu - no chyba że Susan Reynolds - a jednak na początku lata została nią Debbie i to w sposób nie do końca niewytłumaczalny. Byliśmy na którejś kolejnej imprezie u Anthony'ego Matthewsa, a Debbie zaczęła się ze mną całować na leżaku przy basenie. Byłem na quaaludzie, ona na koksie, była północ, z wnętrza domu dobiegało I Got You nowozelandzkiego Split Enz (I don't know why sometimes I get frightened... - Nie wiem, czemu czasem zaczynam się bać...), a ja w tamtym czasie wciąż próbowałem skłonić siebie, żeby podobały mi się dziewczyny - jeszcze nie wyszedłem z tej fazy. Zgrały się wszystkie potrzebne okoliczności. Debbie przycisnęła się do mnie, a ja ku własnemu zdumieniu poszedłem za impulsem. Nie dbałem tu o pozory - ale jednak nie wyoutowałem się jako biseksualista, nie zamierzałem zwodzić żadnej dziewczyny ani żadnego chłopaka. Byłem dalece pasywny, a w historii z Debbie Schaffer, którą znałem od piątej klasy, po prostu poszedłem za tym, czego ona chciała tego lata. Pomyślałem sobie też, że mogłaby uzupełnić grupę złożoną ze mnie, Susan i Thoma, uczynić ją mniej bolesną dla mnie, a może szczęśliwie natchnąć jedno z pozostałej dwójki do zazdrości. Do tego ostatniego nigdy oczywiście nie doszło. Chciałem też być bliżej samej Debbie, bo mogło mnie to zbliżyć do jej sławnego ojca Terry'ego Schaffera, który zawsze mnie pociągał, a którego po tylu latach wciąż zupełnie nie znałem, choć z Debbie znaliśmy się jakby od zawsze.

Przed początkiem dziewiątej klasy w Debbie zaszła przemiana, z nieco dziwacznie wyglądającej dziewczyny, pyzatej, z aparatem na zębach i z włosami w kucyk - a zarazem odznaczającej się osobliwą pewnością siebie, a może wyłącznie przywilejem - przeobraziła się w rodzaj wyuzdanej fantazji nastoletniego chłopca. Piersi zrobiły jej się pełne i wydatne, nie marnowała więc żadnej okazji, żeby zaprezentować dekolt. Uczennicom Buckleya zabraniano go odsłaniać, białe bluzki mundurków miały być zapięte tak, aby nic nie było widać, ale wiele dziewczyn ignorowało tę zasadę w dziesiątej i jedenastej klasie, a ewentualne pobłażanie zależało od tego, który dorosły spoglądał - reguły były plastyczne. Debbie miała zachwycające nogi, długie, opalone i wydepilowane, a oksfordki, które nosiła razem z białymi skarpetami za kostkę, nadawały jej nieco fetyszystycznego wyglądu. Rąbek jej szarej szkolnej spódnicy znajdował się na najwyższej dopuszczalnej wysokości, która pozwala dostrzec górną część ud, a kiedy siadała, można było bez trudu wypatrzyć jasno­różowe majtki, które uwielbiała. W ostatniej klasie jej włosy nabrały odcienia platyny, na wzór wokalistki Blondie. Jeśli chodzi o makijaż, był zabroniony u młodszych dziewcząt (akceptowano użycie błyszczyka), ale już w jedenastej i dwunastej klasie zezwalano na jego dyskretną formę, więc dziewczyny często używały na co dzień stonowanego koloru. Debbie jednak nosiła wyzywającą pomadkę w kolorze jaskrawego różu lub krwistej czerwieni, mimo że często któreś z nauczycieli albo jeden z naszych dyrektorów, doktor Croft, kazali jej ją wytrzeć. Susan nie robiła niemal żadnego makijażu, bo Thom tego nie lubił.

*

NAWET JAKO PARA Thom i Susan wydawali mi się czymś dużo bardziej wyrazistym niż wszystko inne w owej minimalistycznej epoce, która trwała w najlepsze w 1981 roku, czerpiąc inspirację z new wave'u i punku - odrętwienie i obojętność były formą zasadniczego sprzeciwu wobec kiczu lat siedemdziesiątych, wszystko zrobiło się czystsze, ostrzejsze i kanciaste. Oni dwoje stanowili z kolei echo dalekiej epoki i to mimo bycia bardzo na bieżąco i na pozór zupełnie spontanicznie hip - nierzadko zachowywali się jak król i królowa szkolnego balu, jak wyjęci z filmu z wczesnych lat sześćdziesiątych: szczęśliwi, beztroscy i wolni od problemów. W pewnej chwili domyśliłem się jednak - było to późną wiosną 1981 roku, niemal dwa lata od chwili, gdy zaczęli ze sobą chodzić - że Thom jest szczęśliwszy od Susan. Któregoś dnia, tuż przed końcem przedostatniej, jedenastej klasy, kiedy w buckleyowskich mundurkach spacerowaliśmy z Susan we dwójkę po Westwood - Thom był na koszykarskim treningu - wyznała mi:

- Thom nie jest w sumie głupi...

Powiedziała to ot z niczego, bez kontekstu i nie wiedziałem, jak zareagować, po prostu na nią spojrzałem. Taka była prawda: stopnie miał dobre, dbał o to - nie miał wyjścia przy wszystkich sportach, w które grał, i to ze świetnymi wynikami: football amery­kański, koszy­kówka, piłka nożna, baseball, lekkoatletyka - czytał książki i zachwycał się nimi (w drugiej klasie zbliżyło nas do siebie uwielbienie do Wielkiego Gatsby'ego i Zaś słońce wschodzi). Stał się też niemal tak wielkim kinomanem jak ja, często towarzyszył mi w wyprawach do niszowych kin w rodzaju Nuart, gdzie tłumaczyłem mu różnice między dobrym a złym Robertem Altmanem i uczyłem, dlaczego Brian De Palma jest tak ważnym reżyserem.

- Ale Thom potrafi być... - zaczęła i sama siebie powstrzymała.

Pamiętam, że starannie dobierała kolejne słowa, staliśmy przed wejściem do sklepu Postermat, decydując, czy zajść. Pamiętam, że w kinie Bruin, mieszczącym się tuż obok, grali Odległy ląd, którego akcję umieszczono na jednym z księżyców Jowisza.

- Może nie ciemny... - powiedziała i zrobiła pauzę. - Ale wyzbyty zainteresowania.

Cóż, Thom nie musi, odpowiedziałem żartem. Jest seksowny, z bogatej rodziny, Thom da sobie radę, niezależnie, czy jest głupi, czy nie. Co ona właściwie chciała mi powiedzieć?

Susan posłała mi zdziwione spojrzenie, najwyraźniej zaniepokojona, że tak żarliwie protestuję przeciwko czemuś tak niewinnemu i ogólnemu.

- Ty też bynajmniej nie jesteś nieseksowny, Bret - powiedziała Susan, kiedy nieśpiesznie snuliśmy się chodnikiem. Machałem żółtą torbą Tower Records (w niej Squeeze z ich East Side Story, płyta Kim Carnes z Bette Davis Eyes) i starałem się być zupełnie nonszalancki, mówiąc:

- Ale nie jestem Thomem.

Zirytowało ją to.

- Boże, brzmisz, jakbyś chciał się z nim umówić.

- Umówić? - Uśmiechnąłem się. - A jest taka możliwość?

Żartowałem, ale chciałem ją też sprawdzić. Susan spojrzała na mnie, początkowo nieśmiało i z uśmiechem, w przeciwsłonecznych wayfarerach i z ustami lekko pociągniętymi błyszczykiem o smaku gumy balonowej, a potem powiedziała serio:

- Nie, nie wydaje mi się. Nie, nie ma.

Sposób, w jaki odpowiedziała, ta nadana mimochodem ostateczność zirytowały mnie.

- Jezu, Susan, żartowałem - powiedziałem, choć nie była to prawda.

Susan nic nie odpowiedziała, minęliśmy skrzyżowanie z Broxton, wciąż na mnie patrzyła, choć nie mogłem dostrzec jej spojrzenia zza czarnych szkieł - próbowała coś odkryć.

- Skąd wiesz, że Thom by nie chciał? - spytałem.

W końcu westchnęła i powiedziała:

- Och, Bret, chcę, żebyś był szczęśliwy. Naprawdę. Dochowam twojej tajemnicy.

Roześmiałem się i rzuciłem:

- Nie znasz moich tajemnic.

Ale przecież na każdym kroku odnajdowaliśmy brakujące elementy układanki, odkrywaliśmy tajemnice, a ja miałem ich niemało i w tamtej chwili zastanawiałem się, które Susan zna, które odkryła, a które wciąż pozostają przed nią zakryte.

*

WSZYSTKO PRZYSPIESZA, kiedy w wieku lat szesnastu dostajesz pierwszy samochód: zyskujesz niezależność, która wcześniej nie była ci dana, możesz samodzielnie dać sobie radę albo tak ci się przynajmniej wydaje (to iluzja). My wtedy też zrobiliśmy się starsi i jeśli nie mieliśmy rodzeństwa - a co dziwne, żadne z nas nie miało, ani Thom, ani Susan, ani Deborah, ani Matt Kellner, ani ja - nasi rodzice poczuli się zachęceni do dłuższych godzin pracy albo podróży bez wcześniejszych ograniczeń, celem wielu z tych wyjazdów były zagraniczne plany filmowe, ale też fikuśniejsze wakacje. Dorośli zostawiali za sobą puste domy w Bel Air, Beverly Hills, Benedict Canyon i na klifach, wśród których wił się Mulholland Drive, i w Malibu, a my w przedostatnim roku nauki robiliśmy z tego użytek. Dzięki nowej autonomii i zdobytej mobilności mogliśmy odwiedzać domy znajomych, kiedy tylko chcieliśmy, mogliśmy pod wpływem dowolnego kaprysu przesiadywać w jednym z klubów przy plaży, a niektórzy z chłopaków otwarcie kupowali pornosy na stoiskach w Sherman Oaks i Studio City albo jeździli do West LA, albo do Hollywood, aby zamachać fałszywym dowodem i nabyć świerszczyka lub kasetę wideo.

Zaczęliśmy również bywać w The Odyssey, otwartym dla wszystkich klubie nocnym przy Beverly Boulevard przy rogu La Cienega. Nie podawano tam alkoholu, ale kto wiedział, gdzie szukać, mógł zdobyć quaalude'a, trawę albo niewielkie torebeczki kokainy. The Odyssey miało jeszcze, przynajmniej dla mnie, ten dodatkowy urok, że pojawiali się tam geje, choć sam klub był ostentacyjnie hetero, a odwiedzający go dorośli geje byli starsi, niżbym chciał. Niemniej to tam znalazłem się w ich bezpośredniej bliskości i było to dość ekscytujące, choć nie wykonałem w tym kierunku żadnego ruchu, tylko tańczyłem z Thomem, Susan i Jeffem, a czasem też z Debbie i Anthonym, i z wieloma innymi osobami, które przesiadywały tam w weekendy do drugiej lub trzeciej w nocy. Skoro bowiem nasi rodzice byli tej wiosny przeważnie nieobecni, mogliśmy wracać do domów, o której chcieliśmy, spać do późna, a potem wszystko powtarzać - mogliśmy sobie na to pozwolić właśnie za sprawą samochodów.

*

NIE MUSIELIŚMY RÓWNIEŻ POLEGAĆ na naszych rodzicach w sprawach podwózek do Westwood Village, gdzie spotykaliśmy na dwa, trzy, a nawet cztery (jeśli czuliśmy akurat po temu ambicję) seanse filmowe. Tak spędzaliśmy soboty, nadrabiając wszystkie piątkowe premiery kinowe - w każdy weekend skład towarzyski ewoluował pod wpływem samych filmów i tego, co kto akurat chciał oglądać, zwykle byłem ja, Thom, Jeff i Anthony, czasem Kyle i Dominic. Decyzję podejmowaliśmy w sobotnie poranki na drodze wielu równoległych rozmów telefonicznych, uważnie studiując rubrykę Co jest grane w "Los Angeles Timesie" (w 1981 roku to był jedyny sposób, żeby się dowiedzieć, co grają i gdzie). Po pewnym czasie mieliśmy dokładny plan dnia dla całej ekipy, dzięki któremu dziewczyny wiedziały, gdzie nas znajdą po kinie. Dziewczyny nie były zwykle specjalnie zainteresowane dwoma czy trzema seansami popołudniowymi, na które się wybieraliśmy, i dołączały do nas dopiero na lekką kolację, zwykle sushi w regularnie odwiedzanej przez nas knajpie w połowie drogi między Le Conte Avenue a Village Theater, gdzie chodziliśmy na ostatni seans wieczoru.

Chłopaki zaczynały dzień od wspólnego lunchu w okolicach południa - naszym ulubionym miejscem było Yesterdays z ich kanapką Monte Christo, czasami jednak wsiadaliśmy z ulicy wprost do windy, żeby zjechać do Good Earth, modnej ekskluzywnej restauracji serwującej zdrowe jedzenie, piliśmy tam z ogromnych szklanek cynamonową ice tea i jedliśmy sałatki; kiedy indziej wciskaliśmy się w jeden z czerwonych boksów w Hamburger Hamlet, gdzie po zakupie biletów do kina Bruin zajadaliśmy się patty meltsami. Kola­cje zjadaliśmy czasami w Chart House albo w klasycznie włoskiej restauracji Mario's, a przerwy między filmami spędzaliśmy, grając w Space Invaders albo Pac-Mana w Westworld Arcade, albo przeglądaliśmy asortyment Postermata z głosami girlsbandów z lat sześćdziesiątych w tle; czasami sprawdzaliśmy, jakie nowe albumy mają w Tower Records lub Wherehouse, wreszcie kartkowaliśmy tanie wydania w miękkiej okładce w którejś z wielkich księgarni, którymi usiana była dzielnica - w 1981 roku było tych księgarni pięć lub sześć, dziś nie ma żadnej. Wieczór kończyliśmy w Ships, kawiarni w stylu retro przy Wilshire Boulevard na samym skraju Westwood Village, z dachem w kształcie bumerangu i radioaktywnym neonowym szyldem. Zamawialiśmy tam cole i waniliowe milkshaki, paliliśmy goździkowe papierosy, na każdym stole była popielniczka i osobny toster. Zostawaliśmy na mieście do północy i dłużej, po omacku korzystaliśmy z nowo zdobytej wolności, która stanęła przed nami otworem - w naszej grupie zadziałał mechanizm szybkiej dorosłości, chcieliśmy zostawić za sobą to, co wydawało nam się wtedy dusznym światem dzieciństwa. It's time for me to fly...

*

PÓŹNYM MAJEM 1980 ROKU - dokładnie dwudziestego trzeciego maja - do kin weszło Lśnienie i chciałem je zobaczyć jak najszybciej.

Czytałem powieść, kiedy tylko wyszła w 1977 roku, już wtedy byłem gorącym wielbicielem Stephena Kinga. Jego dwóch pierwszych książek, Carrie i Miasteczka Salem, nauczyłem się właściwie na pamięć, Lśnienie potężnie mnie wystraszyło, miałem trzynaście lat: nawiedzony hotel Panorama, ojciec - alkoholik i furiat, opętany i sterowany przez mordercze miejscowe widma, narażony na niebezpieczeństwo przerażony syn, REDRUM / DROM, wycinane z żywopłotu zwierzęta, które ożywały. Książka mną zawładnęła i sprawiła, jako jedna z najważniejszych powieści, że chciałem zostać pisarzem. W rzeczywistości zabrałem się do pisania własnej powieści latem 1978 roku tuż po trzeciej lekturze Lśnienia. Późną wiosną 1980 roku wciąż nad tym pierwszym tekstem pracowałem, ale wkrótce porzuciłem go na rzecz innego, który dał ostatecznie początek mojemu debiutowi Less Than Zero ("Mniej niż zero").

Kiedy dowiedziałem się, że Stanley Kubrick przygotowuje pełną rozmachu adaptację Lśnienia, myślałem o tym bez przerwy - był to dla mnie najbardziej wyczekiwany film w życiu i uważnie przyglądałem się pełnej przeszkód produkcji (opóźnienia, bez końca powtarzane ujęcia, pożar niszczący główną dekorację, rosnące koszty). Nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek śledził powstawanie jakiegoś innego obrazu z większą uwagą - nawet adaptacje moich własnych powieści nie ekscytowały mnie tak bardzo jak to, co Kubrick zrobi z Lśnieniem. Oczekiwanie niemalże mnie paraliżowało. Pod koniec 1979 roku wypuszczono trailer; był prosty, niemal minimalistyczny, raptem jeden obraz - o jakże tęskno człowiekowi za zwiastunami, które nie streszczały trzyaktowej fabuły całego filmu - ujęcie windy w Panoramie, jej drzwi coś od środka próbuje rozepchnąć i otworzyć, wnętrze wypełnione jest krwią, która zaczyna się wylewać i w zwolnionym tempie kaskadą rusza w stronę widowni, uderza w kamerę, barwi jej oko czerwienią, na jej tle pojawiają się neonowoniebieskie filmowe napisy. Jesienią 1979 roku obejrzałem ten trailer wiele razy i niemal nie przesta­wałem o nim myśleć przez całe pierwsze półrocze 1980 roku. Zacząłem nawet odliczać dni - i godziny - do momentu, kiedy zobaczę cały film.

Nie mogłem się wybrać w dniu premiery, dwudziestego trzeciego, bo rano szkoła, a potem nie chciałem ruszać do Westwood w sam środek tłocznego piątkowego wieczoru. Zaplanowałem więc, że zobaczę go nazajutrz, w sobotę dwudziestego czwartego maja - chciałem zdążyć na pokaz o dziesiątej rano, bo wiedziałem, że będzie na nim mniej tłoczno niż na późniejszych seansach. Niespodziewanie pozostałe chłopaki upierały się przy pokazie o trzynastej w Village - w końcu chodziło o sobotę, chcieli pospać dłużej, dziesiąta to było za wcześnie. Przekonywałem Thoma i Jeffa, że później kolejki będą zbyt długie, przecież chodziło o pokazy specjalne w trzech jedynie kinach w całym Los Angeles, wszyscy się jednak wykręcili i obiecali spotkać się ze mną po filmie na lunch w często odwiedzanym przez nas miejscu, kanapkarni D.B. Levy's przy Lindbrook Drive. Mieliśmy wybrać się potem na Imperium kontratakuje do Avco. Byłem rozczarowany - bardzo chciałem obejrzeć Lśnienie z Thomem - ale wcale nie mniej podekscytowany. Czekała mnie pierwsza samotna podróż do kina do Westwood, bez chłopaków. Czułem się niezwykle dorosły, kiedy tamtej soboty ruszyłem po Mulholland Drive w kierunku Beverly Glen w starym samochodzie ojca, podarowanym mi przez niego metalicznie zielonym mercedesie 450SEL, czterodrzwiowej kolubrynie, która zupełnie nie przypominała sportowego auta, o jakim marzyłem w wieku lat szesnastu.

*

ZATRZYMAŁEM SIĘ NA PARKINGU przy Broxton Avenue, niedaleko Village Theater, o dziewiątej trzydzieści - w czasie jazdy słuchałem składanki złożonej niemal w całości z piosenek z dwóch albumów Joego Jacksona (Look Sharp i I'm the Man) z dodatkiem kilku kawałków The Clash z London Calling i Armed Forces Elvisa Costello - ulżyło mi, kiedy pod kasą zastałem krótką kolejkę i dość szybko wpuszczono mnie do kina. Pamiętam, choć nie wiem, dlaczego akurat to, że miałem na sobie modną nową koszulkę od Ralpha Laurena, morskozieloną z markowym fioletowym znaczkiem gracza w polo na koniu, jeansy od Calvina Kleina i buty żeglarskie. Bilet kupowałem bez zdejmowania przeciwsłonecznych okularów. Lśnienie dostało rating R, tylko dla dorosłych, i bałem się trochę, że ktoś mnie wylegitymuje, choć miałem przy sobie rzadko używaną podróbkę dowodu. Miasto jednak generalnie żyło na luzie i dowód się nie przydał - cztery dolary, jedna osoba dorosła. Przypomniało mi to, że po raz pierwszy jestem w Westwood sam, poczułem się naprawdę dorosły i wszedłem do wielkiego holu - zostawiłem za sobą wielkie skrzydlate orły przycupnięte w połowie wysokości pięćdziesięciopięciometrowej wieży kina, która górowała nad alejami Broxton i Weyburn, a na szczycie miała neonowe logo wytwórni FOX świecące nocą na biało-niebiesko niczym strażnica lub latarnia morska - i drżałem w pełnym napięcia oczekiwaniu. Kupiłem sobie pudełko miętowych cukierków w czekoladzie i z jasnego lobby w stylu art déco ruszyłem w ciemność gigantycznej sali kinowej.

Nie było tak tłoczno, jak się obawiałem, ale była dopiero dziewiąta czterdzieści i wgapiwszy się w drapowane kurtyny przesłaniające panoramiczny, dający wrażenie głębi ekran do siedemdziesięciomilimetrowych taśm, pomyślałem, że widownia jeszcze się zapełni. Opisując to dzisiaj, nie mogę uwierzyć, że byłem pozostawiony sam sobie na całe dwadzieścia minut, że po prostu bezczynnie sobie siedziałem, myślałem o różnych rzeczach, o Thomie i o Susan, czekałem bez żadnego telefonu, bez niczego, co mogłoby mnie rozproszyć. Zamiast tego po prostu byłem w kinie - moim ulubionym i największym kinie w Westwood, w sali na tysiąc czterysta miejsc. Był to osobny przepastny świat, w którym znajdowałem schronienie, i jedno z niewielu miejsc, gdzie czułem, że zbawienie jest na wyciągnięcie ręki - kino było w tamtym czasie religią, filmy mogły człowieka zmienić, przekształcić jego świadomość, zaoferować mu w-ekran-wstąpienie i wspólny moment transcendencji; w tym kościele wszystkie rozczarowania i strachy znikały na kilka godzin. Filmy były dla mnie jak narkotyk, ale dawały mi również kontrolę: stawałem się podglądaczem siedzącym w ciemności, kimś zapatrzonym w rzeczy sekretne; bo przecież tym były filmy - scenami, których nie powinno się oglądać; scenami, których uczestnicy nie wiedzieli, że patrzysz. O takich właśnie rzeczach myślałem, powoli rozcierając językiem czekoladową miętówkę, pozwalając, aby się na nim rozpuściła i zerkając na zegarek, którego wskazówka zbliżała się do godziny dziesiątej. Światła na sali zdawały się powoli gasnąć, choć do rozsunięcia kurtyny wciąż pozostawały jakieś dwie minuty. W zwieńczonej kopułą przestrzeni zaczęła rozbrzmiewać niepokojąca muzyka z filmu, gęsto w niej było od grzechotania węży, ptasich treli i zawodzenia rogów. Podekscytowany zrozumiałem, że na tym pokazie żadnych trailerów nie będzie.

I wtedy go dostrzegłem.

Nie potrafię zapomnieć, że obejrzałem Lśnienie o godzinie dziesiątej rano 24 maja 1980 roku w Village Theater w Westwood, właśnie z powodu tamtego chłopaka.

*

SIEDZIAŁEM W JEDNYM Z NAJWYŻSZYCH RZĘDÓW na parterze, nieco z boku, blisko przejścia - nade mną wisiał dwupoziomowy balkon, na który wchodziło się z trzeciego piętra; wisiał nad ostatnimi dziesięcioma rzędami parteru, nie zasłaniając przy tym pola widzenia. Dostrzegłem go: chłopaka mniej więcej w moim wieku, a przy tym tak porażająco przystojnego, że w pierwszej chwili wydał mi się gwiazdą filmową albo obiektem jednej z moich fantazji: którymś z modeli z okładek "GQ". Kiedy tak szedł nieśpiesznie ciemniejącą alejką, wydawało mi się, że kogoś wypatruje. Jego twarz była cięta w ostre kąty, a głowę wieńczyła czupryna niesfornych, krótkich i zaczesanych do tyłu blond włosów. Włosy sterczały, podkreślając kanciastość jego rysów, usta miał pełne, policzki lekko zapadnięte, orli nos. Był wysoki, na oko sto osiemdziesiąt centymetrów, z wąską talią i szerokimi ramionami. Kiedy mnie mijał, widziałem, jak rusza szczęką, żując gumę. Był zajęty poszukiwaniem kogoś, a ja przypatrywałem się jego długim rzęsom i wyobrażałem sobie, że oczy ma niebieskie i jest zupełnie opalony. Fala pożądania rozbiła się o moją klatkę piersiową i momentalnie go zapragnąłem - uczucie było dla mnie samego szokująco nagłe i gwałtowne. Niespodziewana obecność nasiliła nastrój oczekiwania, ze względu na film zmusiłem się do uspokojenia oddechu. Ten chłopak wzbudził we mnie coś pierwotnego, coś, czego nigdy dotąd nie czułem - pragnąłem go teraz, natychmiast, chciałem się z nim zaprzyjaźnić, nawiązać kontakt, chciałem zobaczyć go nago, musiał być mój. Kiedy ruszyły kinowe kurtyny, odsłaniając monumentalną białość ekranu, i ja poruszyłem się na siedzeniu, ręce zacisnęły mi się w pięści, obróciłem się, wyciągnąłem szyję, miałem nadzieję dostrzec, dokąd poszedł.

Z ekranu ruszyło ku nam logo wytwórni Warner Bros, popłynęły napisy początkowe Lśnienia umieszczone na tle kręconego z powietrza volkswagena rodziny Torrance'ów, powoli zmierzającego opustoszałymi drogami w kierunku hotelu Panorama. Nie mogłem się jednak skupić, bo obserwowałem, jak ten sam chłopak idzie teraz przejściem po drugiej stronie. Był dalej, ale mogłem lepiej przyjrzeć się jego ciału: ciasne jeansy uwydatniały tyłek, który zwężał się, przechodząc w długie plecy - odtąd była to już zawsze pierwsza rzecz, którą zauważałem u facetów - patrzyłem zahipnotyzowany, jak ów chłopiec, bóstwo, kroczy alejką i znika z mojego pola widzenia. Musi być ode mnie starszy, myślałem, pewnie jest studentem UCLA, może nawet gdzieś z ostatniego roku, jest zbyt męski, żeby być w liceum. Później, w połowie filmu, dostrzegłem go raz jeszcze, kiedy wspinał się wzdłuż kinowych rzędów. Musiałem pilnować każdego mięśnia ciała, żeby nie ruszyć za nim do łazienki albo do stoiska z przekąskami, bo przechodząc, zerknął na mnie przelotnie - złapaliśmy kontakt wzrokowy, zauważył, że się na niego gapię - szybko odwrócił wzrok, ale zdążył mnie złapać tym jakby nieśpiesznym spojrzeniem i zacząłem sobie wyobrażać, że on też mnie pożąda.

Po filmie - czułem się rozczarowany, bo w niczym nie przypominał książki, ale i oszukany, bo tak długo na niego czekałem i chciałem być pod wrażeniem - wyszedłem z sali do holu w nadziei, że odnajdę tego chłopaka, ale nigdzie go nie było. Nie dostrzegłem go w kolejce do męskiej toalety, sprawdziłem, poczekałem w niej nawet, żeby sprawdzić, czy może za chwilę nie wyjdzie, nie wyszedł. Przed kinem też go nie było. Tłum czekający na kolejny seans, o trzy­nastej, był gigantyczny: kolejka owijała budynek, ciągnęła się przez Broxton i zakręcała w Le Conte, a potem znów w Gayley, wreszcie z powrotem w kierunku kasy, tworząc niemal zamknięty kwadrat rozciągnięty po czterech przecznicach. Do tego dochodziły setki ludzi przed Village Theater, którzy nie stali w kolejce, po prostu rozmawiali i kręcili się pod gigantyczną wieżą z logo FOX-a. Kręciłem się i ja, ale tylko przez chwilę, wiedziałem, że nie spotkam czarodziejskiego chłopca, choć łudziłem się, że przynajmniej zamigocze mi w oddali. Ucieszyłem się jednak, kiedy do tego nie doszło: byłoby to zbyt przytłaczające i nieodwracalnie zmącone rozczarowaniem, bo nigdy nie byłbym dla niego tym, kim on stał się dla mnie. Za to z pewnej jego wersji stworzyłem postać w opowiadaniu, które napisałem tego samego lata. Nad moim bohaterem miałem bowiem kontrolę.

*

PODĄŻAJĄC ZA SAMOCHODEM THOMA w kierunku Bel Air tamtego wrześniowego popołudnia przed Labor Day, kołysałem się w rytm zakrętów na Sunset Boulevard i przypominałem sobie lato, które właśnie minęło: spotkania z Debbie, dni spędzone w klubie nad oceanem, późne noce w Du-par's na lekkim rauszu po whiskey sours - legalne picie w LA zaczyna się od dwudziestu jeden lat, ale każdy miał lipny dowód - i poprzedzające je tańce w Seven Seas (nastolatków jeżdżących na wrotkach w The Odyssey zostawiliśmy daleko za sobą). Dzięki uprzejmości Terry'ego zobaczyliśmy tego lata przedpremierowy pokaz Poszukiwaczy zaginionej Arki w studiu Paramount; część z nas już w weekend otwarcia wybrała się do kina Avco w Westwood na północny seans Amerykańskiego wilkołaka w Londynie - zupełnie zjarani śmialiśmy się przesadnie i krzyczeliśmy w trakcie przemiany Davida Naughtona w potwora - zaczęliśmy chadzać na koncerty newwave'owych zespołów do mniejszych klubów. Zostawialiśmy za sobą występ Eagles w Long Beach Arena (na naszych oczach zespół rozpadł się na scenie, a tamten koncert miał być ostatnim na kolejne piętnaście lat) i Pink Floyd grających The Wall w Sports Arena w lutym przed tamtymi wakacjami - nasze gusta muzyczne się zmieniły i zastąpiliśmy powyższe występami X w klubie Whisky, koncertami The Go-Go's w Starwood i Plim­souls w The Roxy. Tamtego lata zmieniła się moda: wszyscy moi koledzy z klasy zaczęli nosić koszulki polo od Ralpha Laurena w kolorach wielkanocnych pisanek - różu z niebieskim lub zielonego z fioletem. Zapoczątkowaliśmy ten trend razem Thomem Wrigh­tem, tyle że teraz kołnierzyk nosiło się postawiony na sztorc, strój uzupełniały krótkie spodenki w kratę i kardigany. Część naszego szkolnego mundurka zaczęły stanowić koszule z orłem Armaniego w logo, markowe żeglarskie topsidersy lub mokasyny zastąpiły klasyczne półbuty z klamrą i tenisówki. Próbowaliśmy wyglądać stylowo, celowaliśmy w bycie cool, chcieliśmy stać się dorośli. W sierpniu MTV zaczęło emitować klipy, ale nikt z nas nie miał pojęcia, co się właśnie zaczyna - Video Killed the Radio Star zespołu The Buggles było pierwszym puszczonym na kanale teledyskiem, choć znaliśmy piosenkę i słuchaliśmy albumu, z którego pochodziła, The Age of Plastic, nie wiedzieliśmy, że zamieni się ona (razem z teledyskiem) w tak brawurową przepowiednię.

Jak mówiłem, lato 1981 roku było niczym marzenie - lubię je określać rajskim - i za jego sprawą wyobrażałem sobie nadchodzący ostatni rok nauki jako coś nieskomplikowanego, przez co wszyscy przejdziemy bez trudu, odgrywając dobrze wyćwiczone role. Skupiałem się nad tym, gdzie ucieknę potem, być może gdzieś na Wschodnie Wybrzeże, a może nawet dalej, za ocean. Jakiż to będzie niewinny rok, myślałem, jadąc po Sunset, jakże łatwo i bez wysiłku przez niego przejdziemy.

*

Z KOŃCEM TAMTEGO LATA ODKRYŁEM, że choć znaliśmy się przy­najmniej od końca siódmej klasy i byliśmy podobno tak bliskimi przyjaciółmi, to równocześnie przyjmowaliśmy tak wiele rozmaitych i wydawałoby się niewinnych założeń na swój temat. Właśnie wtedy uświadomiliśmy sobie wreszcie, że te założenia są tak naprawdę fałszywe. Tamtego lata zrozumiałem, że przydarzyły mi się takie rzeczy, o których nigdy nie powiem ani moim najlepszym przyjaciołom, Thomowi Wrightowi i Susan Reynolds, ani mojej dziewczynie Deborah Schaffer. Nie mogą się nigdy dowiedzieć o sennych popołudniach w Encino, podczas których pływałem nago z naszym wspólnym kolegą z klasy Mattem Kellnerem, ani o tym, jak rozmarzony po valium, wykradzionym matce z jednego z licznych opakowań na receptę, pieściłem wnętrze uda Ryana Vaughna w multipleksie w centrum handlowym Town & Country. Oglądaliśmy Ucieczkę z Nowego Jorku, ja już film widziałem, ale było mi wszystko jedno, bo chciałem po prostu siedzieć blisko Ryana w ciemności sali kinowej. Moi koledzy i koleżanki nie mogli się dowiedzieć, że Matt Kellner robił mi loda w domku przy basenie za wielką jak pałac rezydencją swoich rodziców przy Haskell Avenue, domku, w którym teraz mieszkał, ani że ja tuż potem zjechałem w dół i odwzajemniłem mu się tym samym. Nie mogli się dowiedzieć, że kilka tygodni wcześniej w sierpniowy wieczór Ryan Vaughn, współkapitan szkolnej drużyny footballowej, nie odsunął mojej ręki od swojego uda w ciemnej sali kinowej.

2

TEN SAM RYAN VAUGHN stał już przy basenie w ogrodzie Schafferów z butelką corony w ręce, kiedy pojawiłem się na domówce u Debbie tamtego niedzielnego wieczoru przed Labor Day.

Zapadał zmierzch, na tle różowiejącego nieba podświetlony od tyłu Ryan był jak mglisty cień nad jarzącym się błękitno basenem. Rozmawiał z Thomem Wrightem i Jeffem Taylorem. Wszyscy trzej mieli koszulki polo i pastelowe spodenki, gdzieś z oddali Pat Benatar śpiewała, że żyjemy dla miłości, nie za głośno - dźwięk płynął z ustawionych na zewnątrz głośników, towarzyszył imprezującym dzieciom, podczas gdy Paul, zatrudniony u Schafferów lokaj, przygotowywał burgery i hot dogi przy grillu rozpalonym w niszy przed basenowym domkiem. Tuż obok Paula stał stół zastawiony najróżniejszymi napojami (oranżady, soki, mrożona herbata, lemoniada), ale w srebrnej wanience wypełnionej lodem leżały też butelki corony. Kilku chłopaków już się nim poczęstowało, między innymi Thom, Jeff i Ryan, dołączał do nich właśnie Dominic Thompson, którego nie widzieliśmy całe lato, bo spędził je w Europie. Moda męska była w tamtym czasie wciąż nieskomplikowana, elegancka i konserwatywna, czasami z włoskim akcentem, bardziej jak z Ogrodu Finzi-Continich niż ze Straconych chłopców - byliśmy jeszcze bardzo daleko od uniesionych ramion, plerez i cyrkowego kiczu połowy lat osiemdziesiątych. Większość chłopaków nosiła krótkie włosy i ubierała się schludnie, dziewczyny zaś wzorowały się na klasykach retro: spodnie trzy czwarte, spódnice bombki, tafta. Pat Benatar przeszła w The Go-Go's, z głośników miała popłynąć cała płyta Beauty and the Beat, a kiedy zaczęło się pierwsze Our Lips Are Sealed, schodziłem już po kamiennych schodkach w kierunku basenu, gdzie wszyscy się zebrali. To była płyta, którą graliśmy całe lato 1981 i znaliśmy na wyrywki. Billie, golden retriever Schafferów, krążył między nami, od czasu do czasu doczekując się kilku nieuważnych pieszczot od któregoś z dzieciaków.

Parkując wcześniej na okrągłym podjeździe pod rezydencją Schafferów w Bel Air, już pełnym samochodów, zauważyłem, że Thom i Susan, którzy przyjechali kilka chwil wcześniej, nie czekali na mnie. Wstrząsnął mną za to widok czarnego sportowego auta Ryana. Debbie nie zdążyła jeszcze wrócić ze stadniny, więc miałem dość czasu, żeby porozmawiać z Ryanem bez niej kręcącej się w pobliżu. Drzwi wejściowe były otwarte, więc wszedłem i minąwszy wielki żyrandol we foyer, ruszyłem korytarzem do obniżonego o kilka stopni salonu, gdzie Liz Schaffer, mama Debbie, w luźnym szlafroku ze szklanką w ręce (zapewne wypełnioną wódką) rozmawiała przez telefon. Uniosła naczynie na mój widok i uśmiechnęła się na powitanie, więc delikatnie odmachałem i przez jadalnię ruszyłem do kuchni, żeby przywitać się z Marią, główną gosposią. Maria z pomocą dwóch innych osób przygotowywała resztę jedzenia na wieczór - świeżą salsę, sałatkę ziemniaczaną, coleslawa, kolby kukurydzy - tymczasem Steven Reinhardt, osobisty asystent Schafferów, wkładał świeżo dostarczone pojemniki z lodami Häagen-Dazs do zamrażarki. Chwyciłem z blatu garść chipsów z tortilli i przez otwarte szklane, przesuwne drzwi wyszedłem na zewnątrz do wielkiego ogrodu. Kamienna ścieżka doprowadziła mnie do basenu otoczonego piniami i eukaliptusami, dalej w tyle znajdował się kort tenisowy. Susan już zdążyła umościć się na leżaku, z którego rozmawiała z Tracy i Katie Harris, podczas gdy Thom i Jeff stali obok i ze zrozumieniem kiwali głowami w odpowiedzi na coś, co właśnie powiedział Ryan. Wszyscy trzej mieścili się pod wielkim parasolem, wirem żółci i błękitu. Na skraju posesji paliły się rozświetlające horyzont bambusowe pochodnie. Leciały The Go-Go's.

*

PIERWSZA MYŚL, którą miałem, schodząc po schodach w kierunku basenu: dlaczego Ryan tu jest?

Cóż, jest przyjacielem Thoma, rozmyślałem, i choć nie zna Susan, to ta z kolei jest dziewczyną Thoma, a Debbie Schaffer to najlepsza przyjaciółka Susan, i stąd Ryan się tu wziął - miało to sens, ale i tak spotkanie go mnie zaniepokoiło, tym bardziej że imprezowaliśmy teraz małą, ekskluzywną grupą, było nas może czternaścioro, i Debbie najwyraźniej nie zaprosiła nikogo więcej. Choć wiele osób z klasy powyjeżdżało na ostatnie wakacyjne wypady, to niektórzy nie, i zastanawiałem się, co myślą o tym, że nie zostali zaproszeni do Debbie na grilla z okazji Labor Day - ale Debbie właśnie tak chciała, tworzyła poczucie ekskluzywności i cieszyło ją staranne wybieranie, kogo zaprosi, a kogo nie, czy to na spotkanie z Billym Idolem w restauracji Madame Wong's, czy z Duran Duran przy basenie w Hiltonie, czy na imprezowanie z Fleetwood Mac za kulisami po ich koncercie w Hollywood Bowl.

Znałem Ryana Vaughna od siódmej klasy, ale zaprzyjaźniliśmy się dopiero zeszłego maja, odkąd zaczęliśmy wspólnie jadać lunche na szkolnym dziedzińcu. Powody tej sytuacji nie były początkowo jasne, a może były, ale obaj je ignorowaliśmy zawstydzeni. Ryan od zawsze zwracał moją uwagę, był dla mnie piękny jak z gejowskich fantazji, jak komiksowy samiec alfa. Właśnie dlatego nie sposób było nie zwrócić na niego uwagi, podobnie jak na Thoma, choć z Ryanem był - jak zauważałem w kolejnych latach nauki - ten narastający problem, że podczas gdy Thom zaskarbiał sobie sympatię wszystkich, Ryan był powściągliwy i skryty, zwłaszcza jak na kogoś tak przystojnego i z potencjałem na popularność równą popularności Thoma Wrighta. W pewnym momencie zacząłem rozumieć dlaczego - czułem się podobnie, istniał pewien związek. Ryan był mną. Byliśmy tacy sami. Zrozumiałem, że Ryan jest schowanym w szafie sportowcem, tak kliszowym klasykiem gatunku, że nikt by mi nie uwierzył, gdybym się komuś z tego zwierzał albo gdybym opowiadał, co zaszło między mną a Ryanem w pierwszych miesiącach ostatniego roku nauki w Buckleyu. Krok po kroku odkrywaliśmy coś o sobie nawzajem.

Myślę, że mogło do tego dojść dlatego, że mieliśmy własne samochody i byliśmy w zupełnie nowy sposób niezależni, a to uruchomiło kolejne zdarzenia; otworzyły się przed nami nieznane możliwości, mogliśmy opowiedzieć samych siebie zupełnie po swojemu. Może wszystko zaczęło się od spojrzenia, które wymieniliśmy z Ryanem na UCLA podczas uniwersyteckiego święta Mardi Gras w maju 1980 roku. Mieliśmy po szesnaście lat, a w głowie przekonanie, że pomimo nastoletniej ostrożności pojawia się wokół obietnica na seks, więc odnaleźliśmy się nawzajem, jak dwaj tajni agenci, nikomu nic mówiąc. Wydawało się, że te nowe możliwości uświadomiliśmy sobie obaj, choć żaden nie chciał się do tego przyznać, aż wreszcie mijającego lata, w czerwcu, kiedy wspólnie jeździliśmy sobie po Westwood, Ryan pokazał mi bliznę w górnej części uda - nabawił się jej podczas gry w piłkę - ale zamiast podwinąć jedną nogawkę spodni, opuścił je z jednej strony, a wtedy wszystko ruszyło galopem. Z radia sączyło się Urgent Foreignera, a ja zobaczyłem bladą skórę, muskularne udo, napięty pośladek, kępkę włosów, która pojawiła się na skraju bokserek. Rzucono mi wyzwanie, to jasne, i kiedy nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, dopiero po chwili zaczęliśmy się śmiać. Później w kinie w Encino, podczas Ucieczki z Nowego Jorku, dotarło do nas, że obaj się chcemy, ale wszystko zaczęło się wcześniej, przed filmem. Przyjechał po mnie na Mulholland Drive, miał mnie odebrać, ale nikogo nie było w domu i zaprosiłem go do mojego pokoju. Miał na sobie białe jeansy i pastelowo niebieską koszulkę polo z kołnierzykiem na sztorc, para przeciwsłonecznych vuarnetów wisiała na pasku na jego szyi. Blond włosy przeciął przedziałkiem, były krótkie na bokach, dłuższe z tyłu. Chętnie podążył za mną pustym korytarzem w kierunku mojej sypialni, zaciekawiony, ale naraz zdał sobie z czegoś sprawę i się zatrzymał - mój ruch w jego stronę był zbyt szybki, nigdy dotąd o tym nie rozmawialiśmy, nie był gotowy, więc powiedział tylko, trochę niepewnie:

- Chcę tego... ale jeszcze nie... nie teraz.

Byłem tylko trochę zdziwiony, kiedy wydający się hetero Ryan przyznał wreszcie, że przejawia podobne co ja skłonności. Równocześnie pochodził z dużo bardziej konserwatywnego, mieszczańskiego domu niż inni uczniowie Buckleya, był z głębokiego North­ridge, z dość powierzchownie religijnej rodziny. Czułem rodzącą się między nami więź przez całą jedenastą klasę, ale stała się ona niewątpliwa, kiedy pod koniec maja zaczęliśmy wspólnie jeść lunche na dziedzińcu Buckleya. Było między nami mnóstwo, wydawałoby się bezcelowego, flirtu, który Ryan w końcu usensownił. Wśród rówieśników nie było żadnych spekulacji na temat Ryana Vaughna, był prawdziwym facetem, brachem, spoko gościem. Był rodzajem lubianego samotnika, nie kimś po cichu marginalizowanym, ale ja wiedziałem, że gra w niewychylanie się do momentu skończenia szkoły, ucieczki z LA, znalezienia college'u gdzieś byle dalej, zaczęcia od początku, wymyślenia się na nowo - jak ja. Taki miał plan. Taki miałem plan. Przez cały wakacje kochaliśmy się z Ryanem tylko raz - w połowie sierpnia wpadł do mnie pokazać nowy samo­chodowy zestaw z CB radiem. W domu przy Mulholland Drive nie było nikogo prócz mnie, więc wreszcie pociągnąłem go na własne łóżko, gdzie najpierw całowaliśmy się wygłodniali, a potem rozebraliśmy do naga. Wreszcie się to między nami zaczęło, chciałem pociągnąć to dalej, ale Ryan wyjechał na koniec lata do dalszej rodziny do Michigan, gdzie został do pierwszych dni września, więc odtąd ani razu go nie spotkałem.

*

RYAN POWIEDZIAŁ COŚ THOMOWI, wskazując w moim kierunku, a Thom się obrócił, uśmiechnął do mnie, uniósł piwo, gest sportsmena. Ryan dorzucił coś jeszcze, położył dłoń na ramieniu przyjaciela i zostawił go. Thom nachylił się w kierunku leżącej przy basenie Susan, a ona ignorowała go o chwilę dłużej, niż powinna, tymczasem Ryan zbliżał się do mnie, wydawało mi się, że z wyraźnym poczuciem celu. Po drodze zostawił opróżnioną do połowy butelkę corony na mijanym stole, dał sygnał, że zbiera się do wyjścia. Billie po psiemu odprowadził go do połowy kamiennych schodów, po czym zmienił zdanie i powrócił nad basen. Ryan podszedł, piękny i zupełnie bez emocji, nie dało się nic wyczytać z jego twarzy. Uniósł brwi.

- Cześć - powiedziałem w końcu, usiłując brzmieć jak najzwyczajniej.

- Cześć - odparł, uśmiechając się szczerze, z bliska był zrelaksowany.

- Jak tam Michigan? - zapytałem, choć mnie to nie obchodziło.

- Już mnie o to pytałeś - odpowiedział. - Wcześniej. Przez telefon.

- Ech, no tak.

- Było wspaniale - stwierdził ot tak. Rozejrzał się po ogrodzie i popatrzył prosto na mnie.

Milczeliśmy - nie widzieliśmy się od tamtego popołudnia w mojej sypialni, gdy nawzajem sobie obciągnęliśmy. I natychmiast to do mnie wróciło - jego obecność coś uruchamiała - pożądanie z miejsca mnie zalało. Ryan zauważył, jak biorę oddech, a następnie wypuszczam powietrze, i zrozumiał, z czymś się właśnie, nic nie mówiąc, zdradziłem. Roześmiał się, nie odrywając ode mnie wzroku.

- Nie tak szybko - powiedział cicho.

- Wychodzisz? - zapytałem, rumieniąc się.

- Tak - odpowiedział, raz jeszcze rozglądając się wokół. Czeka­łem. - Chciałem się z tobą zobaczyć, ale nie chcę być razem tu.

- Dlaczego?

- Nie moja bajka - odpowiedział. - Wiesz przecież.

Zastanawiałem się, co to dokładnie znaczy, ale do pewnego stopnia rozumiałem.

- Ja też wolałbym już stąd iść...

- Myślałem, że będziesz dzisiaj w domu - przerwał mi.

- Nie mówiłem ci, że jadę do stadniny? - zapytałem zdenerwowany.

- Do stadniny?

- Żeby zobaczyć nowego konia Debbie...

- Eee, nie, nie pamiętam, żebyś mi to mówił - powiedział. - Jej nowego konia?

Kolejna z wielu rzeczy, której Ryan nienawidził w tym towarzystwie.

- Tak - odparłem. - W Malibu.

- Nie. - Ryan rozglądał się, jakby coś go nieustannie rozpraszało.

- Cóż...

- Słuchaj, muszę lecieć.

- Pójdę z tobą...

- Nie, nie, zostań tutaj, nie wychodź za mną, jest okej.

Spojrzał ponad moim ramieniem. Schodami szła w naszą stronę Debbie - zmieniła strój z jeździeckiego na wiele odkrywającą koszulkę Camp Beverly Hills i krótkie szorty w paski, była boso, trzymała w ręku niezapalonego goździkowego papierosa, włosy miała spięte opaską. Uśmiech, którym Ryan powitał Debbie, był przeciwieństwem tego, który otrzymałem ja - genialnie fałszywa wersja Ryana zmuszającego się do cierpliwości. Opadła mnie panika, że Ryan nie traktuje tego, co nas łączy, z tą samą powagą jak ja, i próbowałem okiełznać frustrację, udając, że nic mnie to nie obchodzi. The Go-Go's śpiewały akurat o żądzy miłości, efekt był żenujący i nawet się ucieszyłem, że Debbie nas od tego uwalnia.

- Hej, chłopaki; hej, przystojniaku - powiedziała, przytulając kolejno nas obu.

Była lekko nakręcona koksem, który zapewne przed chwilą wzięła - woreczki z kokainą miała wszędzie i sięgała po nie ot tak, jakby łykała tabletki kofeinowe.

- Idziesz już? - zapytała Ryana z przesadną troską, która wydała mi się irytująca.

Debbie przywarła do mnie, objęła w talii, jej biust przyciskał się do mojej klatki - nie mogłem znieść tego pokazu uczuć na oczach Ryana, ale on niemal nie patrzył i dobrodusznie wzruszył ramionami.

- Tak, muszę lecieć. Wpadłem się tylko przywitać.

- Och, nie idź, zostań - smęciła Debbie. - Zjadłeś coś?

- Nie byłem głodny, ale dziękuję.

- Daj spokój, zostań - powiedziałem.

Na jego twarzy pojawił się niewielki grymas, którego Debbie za nic by nie zauważyła.

- Ryan wychodzi! Hej, wszyscy, pożegnajcie się! - Debbie zagłuszyła The Go-Go's, chcąc dotrzeć do zgromadzonych nad basenem, choć byłem pewien, że było jej wszystko jedno.

- Już się ze wszystkimi pożegnałem - wyjaśnił Ryan.

Ja tylko się w niego wgapiałem, chciałem, żeby został, a równocześnie myślałem zrezygnowany: no i po co?

- Widzimy się we wtorek rano - powiedział, dając do zrozumienia, że my dwaj chyba się jutro nie zobaczymy.

- Ostatnia klasa, kochany! - rzuciła Debbie.

- Będzie świetnie - wykrzyknął Ryan.

Brzmiało to ironicznie, fałszywie, ale skąd Debbie miała to wiedzieć, skoro naraz była zupełnie zajęta gośćmi znad basenu.

- Do boju, Gryfy! - dorzucił Ryan.

To też było wykalkulowane, to imię szkolnej maskotki, a zarazem nazwa szkolnych sportowych drużyn - rozumiałem, że to był żart, część przedstawienia. Ryan położył rękę na moim ramieniu, tak jak chwilę wcześniej Thomowi, i uścisnął je, czemu przypisałem więcej znaczenia, niż ten gest miał pewnie w rzeczywistości. A potem ruszył po kamiennych stopniach w kierunku domu.

Debbie chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w kierunku towarzystwa. Zmusiłem się, żeby się nie obejrzeć za wychodzącym Ryanem, i lekko oszołomiony znalazłem się nad basenem, sięgnąłem po piwo, które Paul dla mnie otworzył, i zacząłem prowadzić bezsensowną rozmowę z Thomem, Kylem i Dominikiem - znaczna jej część dotyczyła konia Debbie, naszych odwiedzin w stadninie, europejskich wakacji Dominica i wszystkich krajów, które odwiedził. Nasze twarze rozświetlał blask basenu i migotanie pochodni, otaczały nas dźwięki The Go-Go's. Wyciągnięta na leżaku Susan uśmiechnęła się do mnie beztrosko i gestem wskazała na dom.

- Dlaczego poszedł? - zapytała bezgłośnie.

Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się do chłopaków. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego mnie o to zapytała? Co wiedziała o Ryanie Vaughnie i o mnie?

*

STEVEN POJAWIŁ SIĘ NAD BASENEM i na prośbę Debbie zaczął robić zdjęcia. Nikt specjalnie nie pozował - bo przecież pozowaliśmy bez przerwy, pomyślałem w powoli zapadającym zmierzchu. Wystarczyło, że spojrzeliśmy w jego kierunku, uśmiechnęliśmy się, a on pośpiesznie zinwentaryzował nas wszystkich, złapał w obiektyw - takie było polecenie córki jego szefa, sam tego raczej nie pragnął. Debbie rozmawiała z Paulem przy grillu, jak zawsze wydawała instrukcję za instrukcją, co lokaj przyjmował z uprzejmością, która za każdym razem napełniała mnie poczuciem ulgi. Maria układała sałatki i dodatki do burgerów, potem każde z nas skomponowało własny talerz i usiedliśmy w swobodnym, prowizorycznym kręgu na trzech leżakach. Nadeszła noc, pochodnie przygasły, basen wydawał się jaśniejszy i już tylko on rozświetlał nasze twarze. Poczułem zapach marihuany, rozejrzałem się: Terry Schaffer wyciągnięty na leżaku po drugiej stronie basenu, przy barze, z daleka od dzieciaków, zapalił jointa.

Nie zauważyłem go wcześniej, sytuacja dość osobliwa, bo Terry, za każdym razem, kiedy pojawialiśmy się w domu przy Stone Canyon, z uciechą rzucał dziwaczne aluzje, podrywał albo Thoma, albo Jeffa, albo mnie, zwykle zupełnie żartem - zaczął tak robić, kiedy skończyliśmy szesnaście lat i zaczęliśmy regularnie bywać u Schafferów, bo przecież Debbie miała najpiękniejszy ogród z nas wszystkich i organizowała najwięcej imprez zaraz po Anthonym Matthewsie. Terry podchodził do chłopaków i pytał, czy ktoś nie ma ochoty popływać, nieważne, czy basen był, czy nie był w planie wieczoru - przekonywał, że przecież zawsze możemy pożyczyć kąpielówki od niego albo popływać ot tak, au naturel, jeśli oczywiście to dla nas komfortowe, bo on nie ma z tym problemu. Zawsze był zjarany, kiedy to proponował, a my zawsze odmawialiśmy. Nie wiem, jakie uczucia wzbudzało to w Thomie lub Jeffie (wyobrażam sobie, że lekkie poirytowanie albo kompletne niezrozumienie), ale mnie nie przeszkadzał delikatny flirt Terry'ego, bo też do niczego nie miał prowadzić - mężczyzna był dwa razy starszy ode mnie i był ojcem Debbie (że też akurat on), więc nic z tego wyjść nie mogło, ale tamtego lata jego uwaga w pewnym momencie zaczęła mi schlebiać, nie czułem się nią zaniepokojony.

Tamtego wieczoru Terry miał na sobie szorty od Ralpha Laurena i czarną koszulkę z logo debiutanckiego filmu Michaela Manna Złodziej, który wypadł nieźle na marcowej premierze, ale zarobił mniej, niż się spodziewano, do tego okulary przeciwsłoneczne porsche carrera. W ich szkłach odbijał się błękit basenu, ale wiedziałem, że obserwuje jednego z nas, może Thoma, może mnie, może Jeffa, zauważyłem w każdym razie, że tamtego lata - tamtego lata, kiedy zostałem chłopakiem Debbie - kiedy pojawialiśmy się grupą, zaczął mnie z niej wyróżniać, pewnie wreszcie zorientował się, że Thom Wright nie jest zainteresowany i że zainteresowany nie jest Jeff Taylor (no, chyba że Terry byłby gotowy wykładać gotówkę za każdym razem, kiedy nieobliczalny ojciec alkoholik Jeffa deklarował, że odtąd ma żyć za swoje - gdyby nie było Rona Levina, to kto wie, czym Jeff byłby zainteresowany). Tylko dlaczego Terry uznał, że zainteresowany będę ja, skoro to właśnie ja chodziłem z Debbie? Jak dopatrzył się akurat tego w chłopaku swojej córki? Jakie dałem mu wskazówki? Nigdy nie mówiłem o sobie, że jestem gejem, skąd więc Terry wiedział, że mogę być? No a jak ja domyśliłem się prawdy o Ryanie Vaughnie w przedostatniej, jedenastej klasie? Zastanawiałem się nad tymi zamaskowanymi sygnałami, na które reagują tylko tajni agenci, kiedy dostrzegłem, jak Billie niepostrzeżenie podchodzi do leżaka i przysiada tuż obok Terry'ego.

*

DEBBIE MÓWIŁA BEZ PRZERWY, paląc przy tym goździkowego papierosa - nie zjadła nic - brzmiało to nonsensownie, coś w kółko o nadchodzącym ostatnim roku szkoły i o tym, jak będzie świetnie i bombowo, przypominało to opowieść specjalistki od PR-u. Mówiła, że święto Homecoming już w październiku i że ona już ma pomysły na klasową platformę na paradzie, a że trzeba już organizować bal maturalny (to dopiero w maju) i że Susan i Thomowi pisane są role króla i królowej balu, i że musi się odbyć w Beverly Hills Hotel, a after party na jachcie ojca Dominica Thompsona, że już poczyniono pierwsze kroki, także w kwestii klasowej imprezy bożonarodzeniowej, bo Debbie będzie też przecież współedytować szkolny rocznik, dodadzą tam nową stronę "Najseksowniejsi nauczyciele", a Grad Nite, całonocną imprezę przed końcem roku, zorganizują w Disneylandzie, że zrobi się tam ekskluzywny event dla uczniów Buckleya, Harvardu i Westlake'u, imprezę w restauracji Blue Bayou w krainie Piratów z Karaibów, i że zagra dla nas Tommy Tutone - Debbie już to zaklepała. W pewnym momencie zupełnie się wyłączyłem, a kiedy odzyskałem koncentrację, zauważyłem, że kilka osób po prostu sobie poszło, a została tylko najściślejsza paczka składająca się z Thoma, Susan, Debbie oraz Jeffa Taylora i Tracy Goldman, którzy - jak sądzę - już wtedy ze sobą chodzili, choć nieoficjalnie. Terry leżał zjarany po drugiej stronie basenu, nie ruszał się, może nawet spał, płyta The Go-Go's leciała w kółko, choć teraz ciszej, pamiętam, że w tamtym momencie słyszałem This Town (Bet you'd live here if you could and be one of us... - Założę się, że mieszkałbyś tu, gdybyś mógł i byłbyś jednym z nas...), a Debbie ciągnęła swoją litanię zdarzeń, kiedy naraz Susan wtrąciła się z nowiną, która jakby nagle jej się przypomniała:

- Przychodzi do nas nowy chłopak.

- Co? - spytała Debbie, wtręt ją rozproszył.

- Nowy chłopak pojawi się we wtorek - odpowiedziała Susan.

Zapadła krótka, zdumiona cisza. Ktoś po chwili zapytał:

- O co ci chodzi?

- Właśnie - powiedziałem - jaki nowy chłopak?

Susan na to:

- Nowy nabytek w naszej klasie. Będzie nowy uczeń na ostatnim roku.

- Naprawdę? To trochę dziwne - stwierdziła Debbie.

- Kto to ma być? - dopytywał Jeff z niepokojem.

- Właśnie - dorzuciła Tracy. - Jak się nazywa?

- Robert Mallory - powiedziała Susan.

Wtedy usłyszałem to imię po raz pierwszy. Nic mi to nie mówiło, ale z uwagi na to, co się stało później, już zawsze będę pamiętał tę chwilę. Moment, w którym Susan wypowiedziała te dwa słowa. Pierwsze wystąpienie tego imienia i nazwiska. Sekundy, w których zaistniał.

Robert Mallory.

- Wiesz o nim coś więcej? - spytałem.

Susan wzruszyła ramionami.

- Nie. Ma w adresie wpisane Century City. Mieszka w jednej z tych wież.

- To dziwne - mruknął Jeff. - Na ostatnim roku nikt się nie przenosi.

- Wiesz, skąd on jest? - pytała Debbie. - Kim są jego rodzice?

Doktor Croft powiedział Susan, że Robert Mallory nie mieszkał dotąd w LA, ale przeprowadził się tu z Chicago. Ich rozmowa, dotycząca przede wszystkim tego, jakie obowiązki będzie mieć Susan jako przewodnicząca samorządu szkolnego i co zamierza powiedzieć całej szkole we wtorek na rozpoczynającym rok apelu, była szybka i chaotyczna, więc Susan nie mogła sobie przypomnieć, czy Robert Mallory mieszka z ciotką, jakimś prawnym opiekunem czy z ma­cochą. (Podczas tamtej rozmowy doktor Croft zdradził Susan również inne fakty dotyczące Roberta Mallory'ego, ale o tym Susan po­wie nam dużo później).

- Nie słuchałam zbyt uważnie - przyznała się Susan, spoglądając na Thoma, który leżał tuż obok niej na leżaku, gdzie spędziła cały wieczór.

Przytulali się, wciskali się w siebie, dostosowując do rozmiarów mebla. Susan zapamiętała tylko zapewnienie doktora Crofta, że Robert Mallory pojawi się na kampusie już we wtorek.

Sytuacja nas zdziwiła, ale żadnemu z nas nie wydała się specjalnie niezwykła. Zmiana szkoły w ostatnim roku nauki zdarzała się rzadko, ale biorąc pod uwagę uprzywilejowany charakter Buckleya i szerzej prywatnego szkolnictwa w Los Angeles w tamtym czasie, majętnym rodzicom zdarzało się przenosić dzieci to tu, to tam, w zależności od własnych potrzeb, grafiku albo wygody, tak więc i rodzice Roberta Mallory'ego chcieli go umieścić w nowej szkole, którą mógłby w ciągu roku skończyć, z jakiegoś powodu miało to być w Los Angeles, a nie w Bostonie, Filadelfii czy w Chicago, czy skąd on tam naprawdę był, no i tak za sprawą rodziców, prawnych opiekunów czy jeszcze ko­goś innego wylądował w Buckleyu. W 1981 roku nie było jeszcze w mieście list rezerwowych liczących tysiące nazwisk, rodzice nie wychodzili jeszcze z siebie, żeby umieścić swoje dzieci choćby na tych listach, a co dopiero w szkołach, w 1981 roku, jeśli było cię stać na czesne, mogłeś swoje dziecko umieścić gdzie bądź - nie było żadnej walki o pojawiające się wolne miejsca, żadnych testów przesiewowych, żadnych ciągnących się spotkań informacyjnych z gronem pedagogicznym, żadnych upominków; jeśli ktoś mógł wystawić czek na pokrycie czesnego, zapisywał dziecko do szkoły. Tak to działało.

Równocześnie tamtego wieczoru przemknęła mi przez głowę nieproszona myśl - sam nie wiem, skąd się takie podejrzenie wzięło - że skoro Robert Mallory mieszka w Century City, to czy nie kwalifikuje się przypadkiem do nauki w Beverly Hills High, w końcu mieszkał w odpowiednim rejonie, a dodatkowo w tamtej szkole nie było żadnego czesnego, bo była szkołą publiczną. Zdziwiłem się, dlaczego Robert Mallory nie wybrał takiego rozwiązania? Nie powiedziałem nic głośno, bo nie było powodu, no i chciałem już sobie iść od Schafferów, miałem potrzebę pojeździć po mieście, posłuchać smutnej muzyki, popalić papierosy i pomyśleć o Ryanie. Spostrzegłem, że Thom i Susan jedzą na spółkę miseczkę lodów truskawkowych i że Thom jako jedyny wydaje się zupełnie niezainteresowany kończącą się właśnie rozmową o nowym uczniu - jego zielone oczy leniwie wpatrywały się w świetlisty basen, jego górna warga upstrzona była różową plamą z lodów, brązowe włosy miał zaczesane do tyłu nad opalonym czołem i lekko nastroszone, zauważyłem też, że nie dokończył butelki, z którą widziałem go, kiedy przyszedłem. Ja wypiłem już trzy corony.

- Oby tylko był ładniutki - powiedziała Debbie.

Chciałem dodać "popieram", ale się powstrzymałem.

Pomimo gorzkiego rozczarowania, które czułem z powodu wcześniejszego wyjścia Ryana, muszę dziś przyznać, że tamten wrześniowy niedzielny wieczór był jednym z ostatnich, jeśli nie ostatnim, kiedy byłem w pełni szczęśliwy i nie czułem strachu.

*

WSTAŁEM I POWIEDZIAŁEM:

- Muszę lecieć.

Nikt inny nie szykował się do wyjścia i zdałem sobie sprawę, że jest wcześnie, dopiero ósma, no i zapomniałem, że mieliśmy oglądać nowy film w sali kinowej, Przez kontynent, komedię romantyczną z Johnem Belushim i Blair Brown, premierę zaplanowano na drugą połowę września. Nie mogłem się skupić tego wieczoru, nie tylko dlatego, że nie chciałem już z nimi dłużej być, rozpraszały mnie myśli o Ryanie, pchały mi się do głowy z każdej strony. Po kilku oszczędnych, nie nazbyt gorących żalach ze strony Thoma i Susan pożegnałem się ze wszystkimi prócz Terry'ego, który zapadł w paraśpiączkę na leżaku, i pozwoliłem się odprowadzić Debbie do samochodu. Kiedy jednak wspięliśmy się po kamiennych stopniach, ona nic nie mówiąc, pokierowała mną na tylne schody, które pozwalały dotrzeć do jej sypialni bez przechodzenia przez cały dom, i zaprotestowałem tylko raz - mówiąc, że jestem zmęczony i muszę wracać do domu. Wiedziała, że to bzdura, albo miała to w nosie - często mylnie brała mnie za kogoś niedostępnego, kogoś, kto się droczy, za chłopaka lubiącego gierki, chłopaka będącego wyzwaniem, a ja jej tego nie broniłem: lubiła być u steru.

Pokaz filmu miał się zaraz zacząć, więc sprawy potoczyły się szybko: kiedy skryła nas ciemność jej pokoju, zostałem popchnięty na łóżko, a Debbie zrzuciła z siebie szorty i różowe majtki, bez zwłoki siadła na mnie okrakiem, pochyliła się, jej pluszowe usta napierały na moje, kiedy majstrowała przy rozporku moich tenisowych spodenek. Uniosłem biodra, żeby mogła zsunąć je niżej razem z bielizną, ale nie byłem jeszcze nawet półtwardy. Debbie za to była żarłoczna i na haju, po chwili bezowocnego ssania fiuta poprowadziła moją dłoń do swojej cipki, już śliskiej i mokrej, własną ręką wepchnęła moje palce do środka. Wciąż mi jeszcze nie stanął, ale nie wydaje mi się, żeby Debbie to obeszło - przetoczyła się na plecy, szeroko rozłożyła nogi, podwinęła koszulkę z logo Camp Beverly Hills i pociągnęła mnie w stronę swoich piersi. Pamiętam, że kiedy ssałem jej sztywniejące sutki, pachniała różanym olejkiem, a ona prowadziła moją dłoń po łechtaczce, igrając z nią, jej nogi rozwarte najszerzej, jak się da, srom otwarty i gorący, popychała moją rękę w jego kierunku, a ja niezdarnie wkładałem w niego palce, które ona po chwili przesunęła z powrotem na łechtaczkę. Jej piersi były duże i idealnie kształtne, błądziłem po nich ustami, zaciskałem wargi na sutkach, małych i różowych, mokrych od mojej śliny i zupełnie już twardych. Sięgnęła w kierunku mojego kutasa, ale ten wciąż był tylko lekko stwardniały i nawet gdyby udało mi się na chwilę osiągnąć erekcję, to nie zdołałbym jej utrzymać, ponieważ wszyscy przechodzili właśnie obok okien pokoju Debbie i słyszałem przez nie ich głosy, słyszałem, jak wchodzą po kamiennych schodach do domu, i te dźwięki mnie zupełnie spinały. Debbie jak zawsze doszła szybko, w ciągu kilku minut potrafiła wyrzucić z siebie orgazm, dochodziła niemal ot tak i byliśmy właśnie w takim momencie. Ja słyszałem tylko ludzi idących od basenu po schodach do domu, głosy, które to cichły, to powracały i rozbrzmiewały stłumione bezpośrednio pod nami w salce kinowej, z której dobiegał głos Stevena zapowiadającego film - był operatorem projektora. Debbie miała dreszcze, ustami przywarła do moich i cicho, szlochając, szczytowała.

A potem zapytała zdyszana:

- Wszystko w porządku?

- Tak, tak, tak - zapewniłem, siadając.

Różowy telefon z tarczą, stojący przy jej łóżku tuż obok egzemplarza The Beverly Hills Diet, zadzwonił, a ona natychmiast podniosła słuchawkę.

Milczała.

- Dobrze, Steven. Już schodzę. - Przekrzywiła głowę. - Nie, myślę, że wciąż jest nad basenem. - Pauza. - Tak, dobrze. - Spojrzała na mnie. - Nie, jest ze mną w pokoju.

Rozłączyła się, nie odrywając ode mnie spojrzenia.

- Film się zaczyna. Na pewno nie chcesz zostać?

- Nie - odpowiedziałem. - Powinienem już iść.

- Głupi jesteś - powiedziała ona.

Debbie pochyliła się i włączyła lampę przy łóżku, rozświetlając pomalowany na koralowopomarańczowo gigantyczny pokój, jedną ze ścian zajmowały półki wypełnione pucharami, tabliczkami, wstęgami i zdjęciami - wszystko z jej zawodów jeździeckich z ostatnich pięciu lat. Inna ściana była zaklejona plakatami nowych zespołów, z którymi Debbie już zdążyła imprezować; na pamiątkę, że jest bogatą fanką z Beverly Hills, że ma siedemnaście lat, że jest i seksowna, i wyrafinowana, i wystarczająco zblazowana, żeby znajdować wszystkie miejsca warte odwiedzenia i się tam dostawać. Moja ręka była tak mokra, że świeciła się jak świeżo nasmarowana olejkiem, Debbie gramoląc się, ruszyła do łazienki, niemal tak obszernej, jak jej sypialnia, po czym zamknęła za sobą drzwi. Usłyszałem strumień wody, chwyciłem kilka chusteczek, wytarłem dłoń, wstałem i podciągnąłem spodenki razem z bielizną.

Debbie w pośpiechu wyszła z łazienki - naciągnęła na siebie lekkie bawełniane spodnie od dresu, też z logo Camp Beverly Hills - w ręce trzymała niewielką plastikową paczuszkę, zaciągnęła się dwa razy i chciała mnie poczęstować. Odmówiłem ruchem głowy. Wzruszyła ramionami.

- Do zobaczenia, skarbie - powiedziała. - Film się zaczyna.

- Okej - zareagowałem. - Do wtorku.

- A jutro?

- Nie mogę - powiedziałem. - Muszę się... przygotować do szkoły.

Oboje milczeliśmy i dziwiliśmy się, jak osobliwie brzmiały te słowa w ustach siedemnastolatka.

- Okej. Jak chcesz. Słabe to było.

Wywróciła oczami, nie miała czasu na kłótnię. Pocałowała mnie w usta i prędko wyszła z pokoju, tym razem przez drzwi prowadzące do wnętrza domu, a dalej schodami w dół do sali kinowej.

*

SZEDŁEM W ŚLAD ZA DEBBIE po wielkich, spiralnych schodach prowadzących do foyer, ona pobiegła w głąb korytarza, gdzie zza zamk­niętych drzwi sali kinowej słychać było odgłosy rozpoczynającego się filmu, poza tym w domu panowała cisza. Zawahałem się i zatrzymałem u podnóża schodów, sięgnąłem do kieszeni, wymacałem kluczyki do samochodu i ruszyłem w kierunku drzwi wejścio­wych, kiedy nagle ktoś zawołał mnie po imieniu. Głos dobiegał z salonu przylegającego do foyer, zamarłem. Wezwanie było precyzyjne i pobrzmiewał w nim niepokój, jakby ktoś dziwił się moją obecnością. Wiedziałem, kto to; to nie był pierwszy raz. Powoli zbliżyłem się do wejścia do salonu, gdzie na kwiecistym fotelu siedziała Liz Schaffer, pochylona do przodu z łokciami opartymi na kolanach, w ręce trzymała tę samą szklankę co wcześniej, ale wyglądała teraz nieporządnie, jakby coś się stało w ciągu ostatnich godzin, odkąd widziałem ją przyjaźnie machającą mi na powitanie podczas rozmowy telefonicznej. Liz Schaffer była właściwie piękną kobietą - w 1981 roku miała niecałe czterdzieści lat, wcześniej, jeszcze zanim wyszła za Terry'ego, jako nastolatka i tuż po dwudziestce była znaną modelką, ale dziś wieczór jej twarz wyglądała na zdecydowanie starszą, zarumieniona i jakby zastygła w grymasie zadziwienia, szlafrok od Bijan był na wpół rozchylony, widać było jej piersi. Tuż obok fotela stał niewielki biały fortepian i wazon z tak wybujałą kwiatową kompozycją, że sięgał niemal belek pod salonowym sufitem. Stałem bezradnie, a ona patrzyła na mnie, mrużąc oczy, mimo że paliły się wszystkie światła w salonie i we foyer - tak jakby na krótką chwilę zapomniała, czyje imię właśnie wypowiedziała. Potem sobie przypomniała i wyglądała na rozczarowaną.

- Nie zostajesz na filmie, Bret? - zapytała z udawanym niedowierzaniem, jakby moje wcześniejsze wyjście było dla niej obraźliwe.

- Muszę już iść. - Uśmiechnąłem się i wskazałem drzwi. - Nie, nie mogę zostać na seans.

- Dokąd? Dokąd musisz iść? - Wpatrywała się we mnie w nieruchomym pochyleniu.

- Po prostu... muszę iść. - Powiedziałem raz jeszcze, znów sugerując konieczność wyjścia, a potem zwróciłem się do niej jak do dziecka: - A ty, Liz, zamierzasz obejrzeć film?

- Gdzie jest mój mąż? - zapytała, prostując się. Liz nie była typem rozmemłanej pijaczki. Kiedy piła, wydawała się zbyt wściekła, aby móc się przewrócić lub odpłynąć, i nigdy nie bełkotała; co więcej, nabierała lekkiego brytyjskiego akcentu, siliła się na złudzenie kontroli i arystokratyczną normalność. Kiedy zdała sobie sprawę, że ją o coś zapytałem, odpowiedziała z przesadnym uśmieszkiem:

- Nie, nie będę oglądać filmu, Bret.

Chciałem wyjść na uprzejmego gościa, porządnego chłopaka jej córki, więc zacząłem nieśmiało się wycofywać i powiedziałem:

- Okej, no cóż, życzę ci w takim razie, hmm, dobrego wieczoru, Liz, do zobaczenie wkrótce...

- Nie odchodź - powiedziała gniewnie.

Stałem nieruchomo i bardzo ostrożnie, nie zmieniając pozycji, odpowiedziałem:

- Wydaje mi się, że jesteś już zmęczona, Liz.

Próbowała wstać, opierając się o fotel. Już miałem jej pomóc, ale pomyślałem, że mogłoby ją to zezłościć, więc nie ruszyłem się z miejsca. Jakiekolwiek gwałtowne gesty mogłyby sprowokować jej wściekłość. Albo mogłaby zrobić coś dwuznacznego, wykonać jakąś pijacką seksualną uwerturę; już mi się to zdarzyło.

- Nie poniżaj mnie - powiedziała Liz, ściskając oparcie i łapiąc równowagę, jej szlafrok rozchylił się ostatecznie, pokazując, że nie ma na sobie bielizny. - Znam cię od dziesiątego roku życia, Bret. Nie poniżaj mnie.

Oczy miała zamknięte i potrząsała głową na boki.

- Przepraszam, Liz. Naprawdę muszę iść...

- Gdzie jest, kurwa, mój mąż? - zapytała nagle.

Otworzyła szeroko oczy. Wbiła je we mnie.

- Myślę, że został przy basenie.

- Został przy basenie? - dopytywała zdezorientowana. - Został. Przy. Basenie?

Poczułem czyjś ruch z lewej strony - postać w korytarzu. To Steven. Zobaczyłem, jak idzie do salonu: dobrze po czterdziestce, kędzierzawe włosy, dzikie spojrzenie nieudanego scenarzysty, obecnie pracującego dla Schafferów jako całodobowy asystent. Właściwie go nie znałem, choć był u nich od 1977 roku - był rodzinnym szoferem, sekretarzem, nierzadko towarzyszył Terry'emu w podróżach biznesowych, mieszkał w domku gościnnym przylegającym do willi. Wiedziałem, że Steven jest hetero, miewał dziewczyny, więc między nim a Terrym niczego nie było, poza tym zupełnie nie był w jego typie. Wydawało mi się zawsze, że Steven jest po prostu dziwakiem, i trzymałem dystans, ale tamtego wieczoru ucieszyłem się na jego widok.

- Z kim mój mąż tam jest? - Liz oparła się o fotel. Wydawała się tym prawdziwie zainteresowana i budziła pewną grozę. - Dziwi mnie, że nie został tam z wami, wszystkimi chłopcami...

Każda aluzja Liz do orientacji Terry'ego była bolesna - zawsze mnie to zawstydzało i nigdy nie zareagowałem. Nie chciałem ciągnąć tego wątku, żeby nie musieć tego potwierdzać.

- Muszę już iść - powiedziałem. - Idzie Steven i zaraz ci pomoże.

- Dokąd idziesz, Bret? - zapytała Liz i spróbowała ruszyć naprzód. - Czy wracasz nad basen? Czy idziesz się spotkać z moim mężem pedałem, który został przy basenie?

- Możesz już iść, Bret - Steven zwrócił się wprost do mnie i pod nosem dorzucił: - Poradzę sobie z tym.

- Wiesz, że mój mąż jest pedałem, prawda? - Liz mówiła to spokojnie i szczerze.

- Hej, Liz - powiedział Steven, schodząc po schodach do salonu. - Jak się masz?

- Bret właśnie wychodzi - odpowiedziała z teatralną swadą. - Po­wiedział mi, że mój mąż został przy basenie. Cokolwiek to znaczy. Czy to prawda, Steven?

Steven wyjął jej szklankę z ręki, a ona wpatrywała się w niego błagalnie, choć pod spodem wciąż buzował gniew.

- Myślę, że został - powiedział Steven i w serii zręcznych ruchów odstawił szklankę, wziął Liz pod ramię i zaczął ją delikatnie prowadzić przez salon.

Odwróciłem się w stronę drzwi. Liz to zauważyła i zawołała karcącym tonem:

- Nie waż się tak ode mnie odchodzić. Znam cię od dziesiątego roku życia. Nawet nie myśl, żeby tak sobie odchodzić, Bret...

Rzuciłem spojrzenie za siebie. Liz próbowała wyrwać się z uścis­ku Stevena, ale on po prostu dalej prowadził ją małymi kroczkami przez pokój.

- Położymy cię do łóżka, Liz - mówił Steven. - Dobrze? Zaprowadzę cię teraz na górę...

Steven skinął głową, dał znak, że ma sytuację pod kontrolą i że powinienem już iść. Ostatnie dźwięki, które usłyszałem, kiedy zamykałem za sobą drzwi wejściowe, to szloch Liz i głos Stevena próbującego ją pocieszać.

*

ZUPEŁNA CISZA BEL AIR przypomniała mi, że istnieje zdrowy rozsądek, bo kontrastowała z głośnymi, absurdalnymi komplikacjami, do których doszło wewnątrz rezydencji Schafferów, zbudowanej w udawanym eklektycznym stylu, łączącym elementy francuskie z tudorskimi, i znowu zdałem sobie sprawę, że jestem coraz dalej od Debbie, Liz, Terry'ego i wszystkich tych bezużytecznych przyjaciół, których porzucę ostatecznie za mniej niż rok. Choć była dopiero dwudziesta trzydzieści, czułem się wykończony, ale nie chciałem wracać do domu - coś mnie wciąż popychało, byłem jak nakręcony, czymś niejasnym i niepokojącym, jakby głodem; nie chciałem zasypiać i żałowałem, że nie wziąłem od Debbie torebki z kokainą, ale nie zamierzałem wracać do tamtego domu. Z perspektywy czasu wygląda na to, że był to dość typowy wieczór u Schafferów, poza jednym drobnym szczegółem. Imieniem chłopaka, obcego, tajemniczego nowego ucznia, imieniem rzuconym w pół rozmowy, które odtąd nie przestawało mnie męczyć. Robert Mallory. I nagle zaskoczyło mnie szczekanie Billiego dobiegające z przepastnej głębi podwórka. Stałem już na podjeździe, opierałem się o mercedesa, rozważałem, co teraz mogę zrobić, a kiedy odwróciłem się, żeby wsiąść do samochodu, spojrzałem w górę na dom. I zauważyłem postać stojącą w półcieniu i wpatrującą się we mnie na dole przez romby okiennego witrażu na drugim piętrze - chyba z podestu u szczytu schodów. Przez chwilę myślałem, że to Terry, który wreszcie ruszył się z miejsca i zmierzał do łóżka, dołączyć do Liz, która - miałem nadzieję - już zasnęła. Ale w rzeczywistości był to Steven Reinhardt. Patrzył na mnie z góry asystent Terry'ego.

Zaskoczony uniosłem rękę na pożegnanie, zamachałem nieznacznie. Przez chwilę sprawiał wrażenie, że tego nie zauważył, co mnie przestraszyło, przypomniało o tym, jak dziwny zawsze wydawał mi się Steven. Ale on, jakby usłyszał czyjąś podpowiedź, przypomniał sobie, co właśnie powinien zagrać, poruszył ręką i uniósł dłoń - był kosmitą albo robotem pozdrawiającym kogoś nigdy dotąd niewidzianego. Wpatrywałem się w okno - ledwo go dostrzegałem, raptem domyślałem się kędzierzawej czupryny, szczupłej sylwetki spowitej w nieodłączny golf i oślepiającego światła żyrandola za nim, cienia paproci, obok której stał. Ale wtedy zauważyłem, że trzyma uniesiony aparat i robi mi zdjęcia. Popchnęło mnie to na siedzenie samochodu, którym wyjechałem z podjazdu, opuściwszy osiedle Bel Air przez wschodnią bramę, skręciłem w lewo na Sunset Boule­vard, ale nie zamierzałem wjeżdżać na Beverly Glen, dojechałbym nim bowiem do domu przy Mulholland Drive, tylko skierowałem się w stronę Hollywood, bo chciałem wrócić do San Fernando Valley tamtejszymi autostradami.

3

POJAWIŁO SIĘ ZAKŁÓCENIE, skaza na rajskim obrazie lata 1981 roku - pod koniec lipca po wyjściu z imprezy na obrzeżach Encino zniknęła dziewczyna. Julie Selwyn.

Początkowo pojawiło się na ten temat bardzo niewiele informacji, poza tym nikt z nas jej nie znał - łatwo mogło to wszystko przejść w pogłoskę, a później w miejską legendę o dziewczynie, co wyszła z imprezy i nikt jej już potem nie widział - ale to zniknięcie zostało dość szybko połączone z dwiema innymi sprawami, jedną z lata 1980 roku i drugą ze stycznia 1981 roku. Kiedy zaś w ostatnich dniach września odnaleziono jej ciało, oznajmiono, że istnieją podobieństwa między szczątkami zaginionych oraz zbliżone okoliczności śmierci każdej z ofiar. W 1981 roku nikt jeszcze nie wiedział, co dokładnie przydarzyło się Julie Selwyn, Katherine Latchford i Sarah Johnson ani że zabiła je ta sama osoba lub osoby - mówiono tylko, że zostały porwane i przez dwa miesiące pozostawały zaginione, dopóki ich ciał nie odnaleziono - ciała Katherine i Sarah znalazły się zresztą w miejscach odległych i ustronnych po anonimowym telefonie, którego jak założyli śledczy, dokonał maskujący się zabójca ze zmienionym, przeciągłym głosem, a w istocie chcący wiedzieć, dlaczego dziewczyny, porzucone wiele tygodni wcześniej, nie zostały odnalezione - czekał na zachwyt dla swoich dokonań. Prasa nie poznała wówczas wszystkich szczegółów podobnych do siebie nawzajem okaleczeń, których doznały ofiary, i potrzeba było niemal roku od momentu odnalezienia ciała ostatniej dziewczyny pod koniec 1981 roku, aby opinia publiczna dowiedziała się większości rzeczy na ten temat - w przedcyfrowym świecie łatwiej było utrzymać coś w tajemnicy; co więcej, sekrety były w przedcyfrowej rzeczywistości standardem. Zanim cokolwiek oficjalnie potwierdzono, szerzyły się wyłącznie pogłoski dotyczące sposobu, w jaki dziewczyny były torturowane, okaleczane, i tego, jak zostały zamordowane. Owszem, były przecieki, anonimowe, wiarygodne źródła podające detale tak bezwstydne, że każdy, kto w to uwierzył, natychmiast zaczynał rozumieć, dlaczego miejska policja mówiła o "obrażeniach" i starała się tu zachować możliwie największy brak precyzji. Każda osoba, która dokładnie wiedziała, o co chodzi - bo choćby widziała te rany podczas autopsji w świetle kostnicznych jarzeniówek - wolała, aby mieszkańcy za bardzo się nie przestraszyli.

Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej