Strzelecki. Śladem nadziei - Magdalena Grochowska

-
Proszę czekać

 

Rozdział 4NA DNIE HISTORII

W brulionie pod datą 6 maja 1952 roku zanotował słowa, które były mu lekarstwem na jad wojny. Hasła nadziei; zaklęcia, które dają życie i od których - jak sądzi - zależy ocalenie świata.

"Zapał był naszym oddechem, ufność - tajemnicą walki (...). Sprawiedliwość - sztandarem ukrytym pod kurtką, przenoszonym - jak godło sprawy, przez kraj nieprzyjaźni. Miłość - postrzelonym aniołem, któremu każdy napraszał się z ramieniem. Wolność - biciem serca. Dziecko - wiecznością nadziei. Szlachetność - czymś, co zapewnia śmierć z jasnością oczu".

Podkreślił, że tych słów nie zaczerpnęli z marksizmu.

*

Na wezwanie władz wojskowych mężczyźni uchodzą z Warszawy na wschód. Jest środa, 6 września 1939 roku. Tej nocy bracia Strzeleccy docierają do Otwocka. Nazajutrz - wynajętą furką, pod bombami - Garwolin, Łuków, Kock, Parczew. Wieść o wkroczeniu wojsk sowieckich spada na nich pod Chełmem.

Późną jesienią Jerzy, brat Jana, przedrze się przez Węgry na Zachód. Zostanie lotnikiem RAF-u, po wojnie osiądzie w Kanadzie. Bracia zobaczą się ponownie w 1947 roku w Anglii.

Na Filtrowej zbiera się grupa ze środowiska "Orki na Ugorze", powołują organizację Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa, to pierwszy odruch oporu w Warszawie. Należą do niej Jerzy Drewnowski, Gustaw Herling-Grudziński, Jan Strzelecki, Jan Lipiński, Kazimierz Koźniewski i inni. Wydają konspiracyjne pismo "Polska Ludowa". Jan notuje z dystansem: "Wrażenie heroiczno-ekspresyjnego dyletantyzmu, potrzeba łączności z działalnością o poważniejszym politycznym wymiarze".

Gestapo rozbija organizację na początku 1940 roku. Jan przenosi się z Hipotecznej na Mickiewicza 32. Tu, na Żoliborzu, mieszkają również jego stryjowie: Edward - organizator tajnego IGS, a niebawem członek Delegatury Rządu na Kraj (po Powstaniu Warszawskim - dyrektor departamentu przemysłu i handlu Delegatury) oraz Jan, współzałożyciel WSM-u, o szerokich kontaktach socjalistycznych, a także komunistycznych.

Strzelecki bywa u Tadeusza Szturm de Sztrema, współtwórcy konspiracyjnej PPS-Wolność, Równość, Niepodległość, nazywa tego ascetę "świętym swego pokolenia". Z okna jego zarzuconej książkami kawalerki przy placu Zbawiciela oglądają pewnego dnia defiladę Wehrmachtu. Jan napisze po wojnie: "...do dziś pamiętam wrażenie, jakie wywarł na mnie kontrast tej twarzy (...) franciszkanina-intelektualisty, ze stłoczoną masą broni i hełmów, szarych mundurów, symbolizujących wymiar siły i przemocy".

Spotyka się z innym przywódcą PPS-WRN, Zygmuntem Zarembą. Poznaje Leszka Raabego, przed wojną obiecującego działacza znms i omtur, teraz członka kierownictwa partii Polskich Socjalistów. (Raabe zostanie komendantem Socjalistycznej Organizacji Bojowej, Jan będzie jej żołnierzem).

Odwiedza Stanisława Rychlińskiego, ekonomistę i socjologa z kręgu Ludwika Krzywickiego, a teraz pracownika zakładów szewskich, prowadzonych przez dawny Instytut Spraw Społecznych. Ich rozmowom patronuje myśl Henryka de Mana, wybitnego belgijskiego teoretyka socjalizmu. Rychliński zachęca Jana, by napisał streszczenie wydanej tuż przed wojną książki de Mana O psychologii socjalizmu, jednej z podstawowych lektur środowiska znms. Strzelecki podziela poglądy autora - socjalizm nie jest jedynie wypadkową procesów ekonomicznych i praw historii, lecz idei i postaw ludzkich, podoba mu się psychologiczno-socjologiczny kontekst, w jakim de Man umieszcza ruch socjalistyczny, podoba mu się etyczne uzasadnienie socjalizmu - ale nie będzie miał odwagi streścić książki.

Wspólnie z Rychlińskim układają spis lektur dla grupy samokształceniowej "Płomienie", która na przełomie 1940 i 1941 roku zawiązuje się na Żoliborzu.

Socjaliści, katolicy i narodowi radykałowie - oto ówczesna konstelacja ideowa warszawskiej młodzieży. Pierwsi związani początkowo z partią Polskich Socjalistów Adama Próchnika, potem z PPS-WRN. Skupieni wokół pism "Płomienie" (pierwszy numer w styczniu 1942) i literackiej "Drogi" (ukazuje się od końca 1943). Karol Lipiński i Jan Strzelecki - to przywódcy, Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Maciej Weber, rodzeństwo Ewa i Jan Pohoscy, Marcin Czerwiński, Andrzej Wojnar, Jacek Nowicki i inni; grupa liczy ponad dwadzieścia osób. Współpracuje z nią Krzysztof Kamil Baczyński.

Drudzy działają przy katolickim Froncie Odrodzenia Polski, którym kieruje Zofia Kossak. Od grudnia 1942 roku wydają "Prawdę Młodych". Jej redaktorem jest Władysław Bartoszewski.

Radykałowie to grupa bliska Konfederacji Narodu Bolesława Piaseckiego, organizacji wywodzącej się z faszyzującej Falangi, przedwojennego odłamu Obozu Narodowo-Radykalnego. Od marca 1942 roku wydaje miesięcznik literacki "Sztuka i Naród". Andrzej Trzebiński, Zdzisław Stroiński, Tadeusz Sołtan, Wacław Bojarski, Tadeusz Gajcy i inni.

Dla Płomieniowców wojna jest sytuacją "dna historii", a bezkrytyczne bohaterstwo - jałowe. Chcą budować świat sprawiedliwy. "My wierzymy w Europę - pisze Strzelecki. - Wiara ta opiera się na mocnej podstawie - nie koncepcji charakteru narodowego, lecz sile idei "wolności, równości i braterstwa"...".

Dla twórców SiN-u wojna jest sytuacją mistyczną, a zapach krwi podniecający. Pragną podążać za "mocnym dobrem". Pragną odrodzenia narodu w "starodawnej mocy". Siła ich fascynuje. Chcą budować silną Polskę i Imperium Słowiańskie. "Dziś w obliczu dojrzałej i opanowanej myśli Nacjonalizmu glorie cywilizacji kosmopolitycznej bledną i gasną - pisze Trzebiński. - Sentymentalną okazała się właśnie myśl socjalizmu. Sentymentalną i bezradną".

Te dwie wizje świata ścierają się w twórczości, recenzjach, polemikach i programach. Przepaść między nimi Płomieniowcy dobitnie określą wiosną 1944 roku: "...O mistyce sądzimy inaczej niż literaci, co zatraciwszy wszelką miarę wartości, oceniają wartość wszystkich zjawisk podług stopnia bijącego z nich dreszczu niezwykłości lub siły (...). Mistykę oceniamy nie tylko siłą, lecz i kierunkiem oddania, nie tylko wewnętrzną szczerością, która tkwić może w złudzeniach - ale i wartościami, które jej prąd osadza w świecie - pośród ludzi".

W pierwszym powojennym numerze "Płomieni" z listopada 1946 roku skwitują ideologię SiN-u bez ogródek: zdyskredytowała się w czasie wojny ostatecznie - stwierdzi Stanisław Marczak-Oborski. Oparta na kulcie "człowieka silnego, naładowanego dynamitem możliwości, o jakich nie śniło się w historii", lecz ignorująca stosunki społeczne, prowadziła do "dekadenckiego zwątpienia i daltonizmu moralnego". "Sztuka i Naród" wydała paru dobrych poetów, ale "nowej postawy artysty nie urodziła".

Spotykają się w żoliborskich mieszkaniach i w bibliotece WSM. Wielu to żołnierze AK, studenci, przeważa młodzież inteligencka. Zawodowi rewolucjoniści - powie o grupie "Płomienie" Strzelecki.

Omawiają sprawy przyszłej Polski: gospodarkę, zdrowie, architekturę, wychowanie. Czytają Malraux, Silonego i Remarque'a. Abramowskiego, Znanieckiego i Brzozowskiego. Studiują programy Labour Party i planowanie gospodarcze w Związku Radzieckim. Teoretyków austromarksizmu - Adlera i Bauera. Chętnie nawiązują do tradycji republikańskiej Hiszpanii. I do Schutzbundu - lewicowej organizacji paramilitarnej, której członkowie - robotnicy - w 1934 roku w Wiedniu przelali krew w obronie demokracji.

Strzelecki: "Projekt samokształceniowy (...) obejmował krytyczną historię socjalizmu na tle historii Europy od Rewolucji Francuskiej...". "W najnowszej historii socjalistycznego ruchu interesowała nas najbardziej analiza międzywojennego dwudziestolecia - ze szczególną uwagą skupioną na fenomenie nowej prawicy, rozgrywającej na swoją korzyść głęboki kryzys tradycyjnego kapitalizmu i burzącej - od tej strony - liberalne struktury życia publicznego".

Mówi historyk profesor Krzysztof Dunin-Wąsowicz, wówczas w pułku "Baszta", po 1989 roku działacz PPS: - Spodziewałem się, że będzie rozważana problematyka społeczno-gospodarczo-polityczna, tymczasem Janek i Karol Lipiński kładli nacisk na rewizję ideologiczną socjalizmu przedwojennego, inspirowaną przez Henryka de Mana. Janek bardzo podkreślał kwestię stosunku wspólnoty do jednostki, odrzucał kolektywizm marksistowski. W sprawie reform zajmowaliśmy stanowisko PPS - należy upaństwowić przemysł ciężki i przeprowadzić reformę rolną; rozwijać spółdzielczość, która miałaby zastąpić kapitalizm.

Tytułem i mottem swego pisma - pod redakcją Strzeleckiego i Lipińskiego - nawiązują do powieści Brzozowskiego Płomienie. Jej głęboko ideowi bohaterowie, rewolucjoniści rosyjscy, którzy walczą - jak powie Strzelecki - "z przeważającą potęgą" caratu, są im bliscy. Motto brzmi: "To, co człowiek czyni, musi on uważać za swoją odpowiedzialność, musi przyjmować odpowiedzialność za wszystko, w czym bierze udział, do czego przyczynia się całym życiem swoim - gdyż inaczej demoralizuje sam siebie".

Pytają zatem siebie wzajemnie: co to znaczy wychowanie socjalistyczne? Co to znaczy, że jesteś inżynierem socjalistą, lekarzem socjalistą? Jak powiązać pracę zawodową z koncepcją życia wedle socjalistycznych wartości?

Strzelecki pracuje jako pomocnik murarza w firmie "Kruszewski", od 1941 roku jako murarz brygadzista w Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym, związanym z WSM. SPB to środowisko silnie lewicowe, przechowalnia działaczy. Jan i kilku Płomieniowców opiekują się grupą młodocianych robotników, z którymi odbudowują gmach Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych przy ulicy Kopernika.

Dzięki Stanisławowi Rychlińskiemu Jan ma dostęp do znakomitej biblioteki z dziedziny nauk społecznych w SGH, gdzie jest fikcyjnie zatrudniony. Z polecenia stryja Edwarda i Tadeusza Szturm de Sztrema bierze udział w szmuglowaniu księgozbioru IGS-u z gmachu Związku Zawodowego Kolejarzy przy ulicy Czerwonego Krzyża do piwnic na IV Kolonii WSM. Będą z niego korzystać studenci tajnych kompletów.

Wraz z Lipińskim, Ewą Pohoską i Marcinem Czerwińskim chodzi na seminaria profesorów Marii i Stanisława Ossowskich, Tadeusza Kotarbińskiego i Bogdana Suchodolskiego. Po latach napisze synowi, że miał wówczas poczucie uczestnictwa "w dziedziczeniu wartości śmiertelnie zagrożonych", których dalsze trwanie zależało tylko od ich postawy.

"Niezwykły jest u tej młodzieży głód wszystkiego: wrażeń, wiedzy, czynów - chwali Płomieniowców Jarosław Iwaszkiewicz. - Chodzą wszyscy na tajny uniwersytet, ganiają na wykłady z Mokotowa na Żoliborz i jeszcze im wszystkiego mało. Prosili [Karola] Stromengera o wykłady na tematy muzyczne, z płytami, a mnie o tę poezję współczesną. Wykład odbywa się w bardzo trefnej willi na Żoliborzu, w malutkim pokoiku-biblioteczce. Jest tam ze dwadzieścia osób, Jerzy Andrzejewski, Krzysztof Baczyński, Miłosz, a reszta młodzi koledzy i koleżanki Karola [Lipińskiego]. Tak strasznie jest trudno mówić o poezji. Jeszcze w tych warunkach, gdzie mimo woli mówienie o poezji jest odrywaniem się całkowitym od życia, od ich dziwnego życia".

Uczestniczyli w kulturze wbrew zakazom i w ten sposób wyrażali afirmację świata, wspominał Strzelecki. "Wszystko to było zanurzone w powadze i prostocie zarazem, w rozstrzygnięciu, że inaczej żyć nie można; że przez to wszystko dzieje się i trwa coś ostatecznie doniosłego".

*

Dworek Skórnice w okolicach Końskich. Tu - po wywózce z Łodzi na początku 1940 roku - Leszek Kołakowski znajduje z ciotką schronienie. Spędzi tam dwa lata. Uczy się łaciny, studiuje encyklopedię powszechną i z dramatów Maeterlincka, czytanych po francusku, wynosi przeświadczenie o złowrogości losu, który ściga człowieka.

Od jesieni 1942 roku mieszka w Garbatce koło Radomia. Po pracy w fabryce drzewnej przerabia grekę i pisze wiersze. Chce wstąpić do PPR i Gwardii Ludowej, ale mówią mu, że partii będzie bardziej potrzebny po wojnie. Ma upodobanie do Żeromskiego i Conrada. Studiuje Biblię i toczy rozmowy z teologiem Tadeuszem Kordyaszem, byłym zakonnikiem. Wprawia się w dyskusji po łacinie. Ma piętnaście lat.

W 1943 roku wyjeżdża z ojcem do Warszawy.

Może minęli się z Janem na ulicy Ludwiki na Woli, gdzie chłopiec zatrzymał się u znajomej ojca, w konspiracyjnej melinie dla zbiegłych z getta Żydów. Albo na Gdańskiej na Żoliborzu, gdy zamieszkał u ciotki. Albo na placu Krasińskich w tych dniach, gdy za murem płonie getto, a tu kręci się karuzela. Może spotykają się wzrokiem, jasny młodzieniec w murarskim kombinezonie i patykowaty wyrostek. Pierwszy niesie swoje marzenie. Drugi dźwiga swoje nieszczęście. W maju aresztowali mu ojca w łapance. I zabili na Pawiaku.

Nie chodzi na tajne komplety. Uczy się sam. Korzysta z biblioteki Instytutu Spółdzielczego na Wareckiej. Rozczytuje się w książkach religioznawcy Tadeusza Zielińskiego i odkrywa Manifest komunistyczny. Pod koniec roku wraca do Garbatki.

W kieszeni kombinezonu Jan nosi tomik poezji Charles'a Péguy, poety związanego z nurtem socjalistycznym. Czyta w wolnych chwilach. Być może ta francuska książeczka, która podczas rutynowej rewizji na budowie lub w ulicznej łapance wydała się Niemcom podejrzana, zaprowadziła go do celi żandarmerii niemieckiej przy ulicy Koszykowej. Odzyskuje wolność po kilku dniach dzięki interwencji kierownictwa SPB. Nigdy nie opowie żonie ani synowi o tym doświadczeniu. Odcedzone z dosłowności, powróci w pisanych po wojnie Próbach świadectwa, rozważaniach o kondycji grupki ludzi, uczepionych wyspy żoliborskiej i ciśniętych na "dno historii", w "moralną próżnię".

*

Jaki socjalizm chcą budować? W "Płomieniach" z maja 1943 roku, zawierających blok kluczowych tekstów na ten temat, Strzelecki stwierdza, że wiary w socjalizm nie można dziś oprzeć ani na naukowych przesłankach, ani na prawach determinizmu ekonomicznego, ani na wierze w dobro natury człowieka czy moralny postęp ludzkości. Socjalizm można dziś uzasadnić tylko w kategoriach etycznych.

Mówi Paweł Rodak z Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, autor książki Wizje kultury pokolenia wojennego: - Uważał, że skończył się prymat zagadnień ekonomicznych, a zaczął prymat zagadnień kulturowych. Że nie wystarczy zapewnić ludziom dobrobyt, aby nadać ich życiu sens. Że ważniejsze od tego, co się ma i co się robi, jest to, jakim się jest człowiekiem.

Przywołują w "Płomieniach" tezy kongresu socjalizmu etycznego, który odbył się w Heppenheimie w 1928 roku. Powiedziano wówczas: wartości duchowe są wyższe niż materialne. Jednostka jest odpowiedzialna za losy wspólnoty. Pobudki wynikające z poczucia wspólnoty są wyższe niż te, które wynikają z dążenia do władzy czy do osobistej korzyści. Zadaniem ludzkości jest zrozumienie i realizacja "prawdy, piękna i dobra". Wszyscy ludzie mają równe prawa i jednakową godność. Cele i metody walki o socjalizm podlegają ocenie moralnej i winny się podporządkować nie interesom jednej klasy, lecz wartościom o ogólnoludzkim znaczeniu. Ostatecznym celem socjalizmu jest niezależność jednostek.

- Ktokolwiek w tamtym pokoleniu miał z socjalizmem coś wspólnego, miał też coś z Marksa - mówi profesor Jerzy Szacki. - Na pewno przejęto od niego tę koncepcję nowego społeczeństwa i nowej kultury, w których tworzeniu klasa robotnicza miała mieć udział szczególny. Był więc pewien zespół wartości zbieżnych. Socjalizm Strzeleckiego to nie była socjaldemokracja w sensie współczesnym czy nawet ta z lat 50. i 60. XX wieku w krajach zachodnich. To był ten nurt socjalistyczny, który w okresie międzywojennym najlepiej wyrażali austromarksiści; jest u nich bardzo dużo wątków marksistowskich. Kompletne rozejście się socjaldemokracji z marksizmem dokonało się dopiero po II wojnie światowej.

Profesor Jerzy Wiatr, socjolog: - Tradycyjne marksistowskie uzasadnienie socjalizmu odwoływało się do determinizmu, natomiast austromarksizm był nurtem etycznego socjalizmu nawiązującym do Kanta. Teza Adlera brzmi: nie walczymy o socjalizm dlatego, że jest nieuchronny, tylko dlatego, że jest etyczny. Przyjęcie imperatywu etycznego w kantowskim rozumieniu wszystko zmienia: walka o socjalizm nabiera sensu moralnego, a po drugie, skoro wynika z nakazu moralnego, to etyczny sens socjalizmu staje się istotny.

Piszą w "Płomieniach", że idee sprowadzają się w gruncie rzeczy do ludzi, którzy je będą realizować, oraz do problemu wychowania. Każdy w sobie prowadzi walkę o nowy typ człowieka. Nie może to być kopia zesztywniałego wzoru, podkreślają. Nowy człowiek to ktoś o skłonnościach socjalistycznych, które się w różnych warunkach różnie kształtują. "Będzie trudno, przyszłość będzie stałym wysiłkiem, stałym napięciem woli".

Tuż po wojnie, w głośnym tekście Jana, te postulaty skrystalizują się w program humanizmu socjalistycznego. I wtedy dojdzie do wielkiej kolizji Strzeleckiego z marksizmem.

- Janek tworzył utopię - mówi Michał Komar. - I kilka razy w życiu widział, jak ta utopia mu się rozsypuje: w czasie okupacji, w latach 40., po Październiku, w okresie wybuchu Solidarności. Szlachetne uniesienie tym, że bliźni pochyla się ku bliźniemu, wyczerpywało się na jego oczach.

Nie odcinając się od młodzieży komunistycznej, Strzelecki miewa z nią kontakty. Zna również czołowych działaczy PPR: Zenona Kliszkę, Stefana Żółkiewskiego, Władysława Bieńkowskiego. Z opowieści świadków, którzy w pierwszej połowie 1940 roku zdołali wrócić z Wilna i Lwowa, wie o terrorze sowieckiej bezpieki. I ma w pamięci procesy moskiewskie z końca lat 30., spektakl na temat struktury ucisku - jak napisze synowi po wojnie - który wywarł decydujący wpływ na jego przekonania o życiu społecznym w Związku Radzieckim i o relacji między komunizmem a socjalizmem.

- Czytałem "Płomienie" w latach 70. jako młody człowiek - opowiada syn Strzeleckiego, Jerzy. - W kilku tekstach o procesach moskiewskich ojciec je porównuje z nazizmem. Już wtedy nie miał złudzeń co do Rosji Sowieckiej.

Marksizm pojawia się w "Płomieniach" jako przedmiot krytycznej refleksji. "Naszym generalnym nastrojem był nastrój generalnej nieufności do zbyt obszernych i optymistycznych teorii - a do takich niewątpliwie należały wszelkie gatunki marksizmu..." - tłumaczy Jan synowi. "Komunizm raczej należał do kręgu zjawisk powodujących zasadnicze pytania niż do tych, które zdawać by się mogły odpowiedzią. Pytania dotyczyły genezy i źródeł trwania podstawowych wartości ludzkiego życia...".

W Próbach świadectwa stwierdził, że w marksizmie pociągał Płomieniowców opis różnych postaci wyzysku i ucisku oraz wezwanie do walki z nimi. Odpychała zaś "mistyka jedności". Gdy się z nią zetknęli, "dawno zatraciła swą niewinność, była zimnym narzędziem (...). Przykrawała do swych potrzeb ludzi, rzucając im ochłap dialektycznych usprawiedliwień".

W 1942 roku Strzelecki rozmawia z marksistą. Powiada on:

- Kapitalizm to jest wrzód na społecznym ciele. A my będziemy go wycinać i to będzie boleć.

Strzelecki: - Ale czy cięcie będzie precyzyjne?

Niepokoi go, że klasy są dla marksisty bardziej realne niż ludzie. Notuje: "Stworzyli partię, która zatraciwszy swe pierwotne życie, uznaje się - jak w Sowietach - faktycznym celem sama w sobie. Istnieje jakieś wielkie panowanie umierającego frazesu - ci ludzie nie są zdolni do życia".

Za Mieczysławem Niedziałkowskim pytają w "Płomieniach": czy marksizm nie przeobraża się w skostniałą sektę, w kościół żyjący w atmosferze zazdrosnej ortodoksji? W maju 1942 roku podkreślają, że należy dostosować teorię do rzeczywistości, a nie odwrotnie. Rok później piszą wprost: w Rosji Sowieckiej marksizm uległ dogmatyzacji, wniebowstąpieniu, stał się kanonizowanym artykułem objawionej wiary. Zaprzyjaźniony z "Płomieniami" Andrzej Nowicki w artykule dyskusyjnym oskarża marksizm o amoralizm. Praktyka marksizmu bowiem - walka klas - odbywa się poza pojęciami dobra i zła, zauważa, a o jej zwycięstwie decyduje wyłącznie siła.

*

Mur getta stanowi znak zła "o wymowie przekraczającej wszelkie pozostałe znaki" - napisał Strzelecki w Próbach świadectwa. Mur to "wyłączenie z życia", "istnienie ku śmierci", "spełnienie się zła absolutnego".

Przez gmach Sądów Grodzkich na Lesznie, na styku dwóch światów, Płomieniowcy przekazują do getta broń dla Bundu - żydowskich socjalistów.

W przebraniu śmieciarza, wraz z Maciejem Weberem, wjeżdża do getta w samochodzie zakładu oczyszczania miasta, uczestniczy w zebraniach Bundu.

Swój tapczan w kawalerskim pokoju przy Mickiewicza dzieli z uciekinierami zza muru. W czasie powstania w getcie chłopcy z Socjalistycznej Organizacji Bojowej wyprowadzają uciekinierów kanałem burzowym na Bielany. Wielu wstępuje do SOB.

Z polecenia "Żegoty" Jan jeździ do Lwowa, skąd eskortuje do Warszawy między innymi Mieczysława Jastruna i Henryka Szypera.

U Jana mieszkają okresowo Artur Bardach z Pracowni Architektonicznej WSM (ma bardzo semickie rysy) oraz Krzysztof Kamil Baczyński z matką Stefanią, która pochodzi ze spolonizowanej rodziny żydowskiej.

Saska Kępa, dom z ogródkiem przy Poselskiej. Kolejny "skrawek wydartego lądu", jak nazywa Strzelecki przestrzeń odebraną złu. Mieszkają tu Jadwiga Brzezińska - Jaga i Juliusz Bożydar Saloni, małżeństwo od 1940 roku. On jest kierowcą ciężarówki w berlińskiej firmie "Georg Binder" przy Marszałkowskiej, zwozi złom z warsztatów getta. Ona hoduje kozy i uprawia warzywa. Bywają na Żoliborzu. Jadwiga jest członkiem SOB - zajmuje się kolportażem, opiekuje się magazynem materiałów wybuchowych i map. Mają z Juliuszem żydowskich przyjaciół z okresu studiów. Jadwiga kilkakrotnie korzysta z pomocy Jana, który organizuje dla nich fałszywe dokumenty.

W składzie złomu przy Marszałkowskiej codziennie stawia się do pracy grupa Żydów. Ich brygadzistą jest Józef Dąb, przed wojną właściciel składu narzędzi lekarskich.

- Niech mi pan pomoże wydobyć moje dziecko z getta - prosi Juliusza.

Zimny październikowy wieczór, leje deszcz. Dorożka z zaciągniętą budą czeka przy murze w okolicach Siennej. Kamienica, w której mieszka Dąb z siedmioletnią córką Irenką, przylega do muru. Ojciec podaje dziecko przez okno. Irenka zsuwa się po murze wprost w ręce Saloniego. Dorożka rusza na Saską Kępę.

Jadwiga farbuje dziewczynce włosy na ciemnorudy kolor. Utrzymuje w sąsiedztwie, że to córka jej poległego brata. Dziecko dostaje akt chrztu, chodzi do pobliskiej szkoły. Mieszka u Salonich przez dwa lata.

Po wojnie sąsiadka powie Jadwidze: - A pani sądziła, że my nie wiemy...?

Juliusz wywozi z getta również matkę Irenki i znajduje dla niej schronienie. Przekonany o swym "dobrym wyglądzie" Józef Dąb zatrudnia się po aryjskiej stronie w firmie dezynsekcyjnej. Ktoś go rozpoznał na ulicy. Pawiak. Na chwilę przed egzekucją pada niemiecka komenda: - Rzemieślnicy wystąp! Dąb podaje się za hydraulika.

Pracuje w kanałach ściekowych Pawiaka. Po brawurowej ucieczce podziemnym labiryntem odzyskuje wolność. Ukrywa się w szopie dla kóz u Salonich. Pod opieką Juliusza, w robociarskim przebraniu, ze skrzynią pełną narzędzi jedzie kolejką do Grodziska Mazowieckiego. Na uboczu stoi tam willa, która służy za schronisko dla Żydów. To punkt "Żegoty".

Juliusz Saloni: - Kolejka ruszała wtedy z Nowogrodzkiej. Ustawiłem go na oszklonej platformie wagonu. "Masz oglądać krajobraz", mówię. Przechodzi strażnik kolei w czarnym mundurze; oni tropili, kto wozi mięso. Spojrzał na kombinezon, mówi do mnie: "Zur Arbeit?". "Jawohl!". To był moment, w którym mogliśmy pójść na rozwałkę.

Cała rodzina Dąbów przeżyje wojnę. Irena będzie przyjeżdżać do Jadwigi z Argentyny.

Jadwiga pisze, że pomagali Żydom "w sposób absolutnie naturalny i oczywisty, wręcz "odruchowy" (...). To był po prostu elementarny ludzki obowiązek".

Historyczka literatury, idei i wyobraźni profesor Maria Janion czyta pewien wywód Strzeleckiego, ilekroć chce sobie uświadomić, czym są "wartości zakorzenione w istnieniu, a nie wystawione na pokaz jako abstrakcyjne banały". Oto ów fragment Prób świadectwa: "Czuliśmy wtedy, że jakby zwiększamy wymiar dziejącej się przeciwko nam zbrodni, jeśli życie nasze jest oddane wartościom, jeżeli przez nas, dzięki nam zwiększa się w świecie ilość piękna czy miłości. (...) Czuliśmy, że jeśli nie stajemy się źródłem wartości, usprawiedliwiamy to, co robią, zmniejszamy godność życia, niemal przyznajemy im rację".

 

Rozdział 5BĄDŹ MOIM BRATEM

Zbiór miniaturowych esejów Próby świadectwa liczy zaledwie kilkadziesiąt stron. Ukazał się w 1971 roku. Na poświęconej autorowi konferencji naukowej w 2008 roku powiedziano, że to jedna z najważniejszych pozycji w polskiej humanistyce XX wieku.

Zadziwiająca lektura. Tekst emocjonalny i chłodny zarazem, przejrzysty i esencjonalny, wymagający i kojący. Filozoficzno-poetycka przypowieść o człowieku.

Kluczowy esej rozpoczyna się krótkim zdaniem: "Myśmy wiedzieli, czym jest braterstwo".

Charakterystyczny jest brak formy "ja" - własne przeżycie autor splata z doświadczeniem innych i skrywa za słowem "my". Wobec tak silnego poczucia wspólnoty użycie "ja" byłoby nieprzyzwoite, uważa. "My" jest spłatą długu wobec żywych i poległych przyjaciół. "My" określa głębię relacji pomiędzy "ja" i "ty".

W rozmyślaniach, w wycofaniu się z aktywności politycznej po wojnie, w rezygnacji z życia pojmowanego jako kariera i sukces (choć kariera i sukces mogłyby być jego udziałem) powoli odtwarzał pejzaż duchowy czasu próby.

Swój zamysł tak określał: wyjść poza "ponurą egzotykę cierpień i walk w bolesnym kręgu nadwiślańskiej martyrologii". Dokonać "intelektualizacji tamtych doświadczeń, które zmieniły kilka zasadniczych spraw europejskiej myśli i kultury". Pokazać, jak człowiek, poddawany najcięższym próbom, potrafi się wyprostować.

Próby świadectwa są jak palimpsest - jedna warstwa myśli trawi drugą, znikają akcesoria wojny, blednie dosłowność zbrodni i śmierci, przekaz staje się uniwersalny. Strzelecki opowiada o człowieku, który - wczoraj, dziś i jutro - stoi oko w oko ze złem.

Znamienny jest pierwszy akapit, wstępne założenie, że życie ludzkie jest czymś więcej niż czystą egzystencją, kłębiącą się pośród tysięcy innych form istnienia. I że cierpienie zadane człowiekowi jest czymś więcej niż "męka zadawana pokrzywom przez kosę".

Z posterunku żandarmerii, częściej niż na wolność, trafiało się na Pawiak. Na każdego czyhało doświadczenie cierpienia: "Ciało było czymś kruchym, czymś, co szybko błagać zacznie o łaskę (...). Ciało było czymś, co nas będzie przekonywać, że nie ma nic poza jego bezpośrednim doznaniem; co nas wprowadzi w krąg przeżyć, w którym zbawieniem jest już tylko posłuszeństwo katom, a szczytem mądrości zgoda na uznanie uderzeń kija za głos absolutu".

Nie ma zgody na taki "absolut"! - ogłasza Strzelecki. Zło nie ma nad człowiekiem ostatecznej władzy!

Wprawdzie zło jest naturalniejsze niż dobro i wciąż zagraża miłości, jasności i ładowi, pisze, wprawdzie dobro trzeba chronić za tamą "wzniesioną przeciwko nieustannie grożącemu morzu", wprawdzie to, co cenne, rozsypuje się "bez ludzkiej ręki umacniającej skrawek wydartego lądu" - ale człowiek w swej woli pielęgnowania dobra nigdy nie powinien ustawać, powtarza za Camusem.

Człowiek może przekroczyć ograniczenia własnego ciała i nieludzkiego świata i może zachować wierność sobie, wierność elementarnym wartościom - jeśli wesprze go drugi człowiek.

Fascynuje "głęboko etyczny wydźwięk jego myślenia" - stwierdził ksiądz Józef Tischner. Według filozofa Strzelecki - "świadek polskich zakorzenień" - ukazuje w swym pisarstwie krąg wartości, bez których pewne pokolenia Polaków nie są w stanie zrozumieć samych siebie.

- Ta książka jest bezcennym znakiem tożsamości - mówi Adam Michnik - zapisem polskiego humanizmu najwyższej próby. Bardzo niewiele jest utworów, które - jak ona - potrafią wydestylować najszlachetniejszy etos: w stosunku do świata, do drugiego człowieka, do własnej historii, a także do zagrożeń, jakie świat niesie. Ja nie życzę młodemu pokoleniu, aby musiało namacalnie sprawdzać, czym jest braterstwo. Nie życzę mu, by znalazło się w sytuacjach granicznych, ale przecież w takich sytuacjach człowiek zawsze się może znaleźć. To nie musi być okupacja, lecz inne wybory, kiedy trzeba coś poświęcić dla drugiego. Wtedy nieoczekiwanie może się okazać, że to, co mówi na ten temat Janek, jest bardzo ważne.

Mariusz Czubaj zauważa, że w Próbach świadectwa jednostka wciąż balansuje "między zbiorowością a przepaścią samotności". "Napięcie to stanie się jednym z rysów rozgrywającego się w życiu Jana Strzeleckiego dramatu, w którym niepewna i rozbita rzeczywistość znajdzie swoją przeciwwagę w trwałych postawach i wartościach".

*

"Braterstwo oznacza utożsamienie się z kimś drugim, nieoddzielanie jego losu od swojego..." - pisał.

Braterstwo jest wtedy, gdy głód drugiego doskwiera ci bardziej niż własny. Gdy jego śmierć obchodzi cię bardziej niż własna. "Braterstwo jest łatwością przekraczania tych granic, które filozofowie głoszący samotność człowieka uznają za nieprzekraczalne...".

To jest braterstwo: toczy się walka o teren fabryki Opla przy ulicy Włościańskiej na Żoliborzu, 18 września 1944 roku. Strzelecki jest celowniczym cekaemu. Ranny w głowę. Z grupy cofających się chłopców odrywa się Wojtek Wojewoda wraz z sanitariuszką, pod ostrzałem artyleryjskim wracają po Jana i wynoszą go z pola walki.

Braterstwo każe ukrywać Żydów.

I to jest braterstwo: Zakopane, początek 1945 roku. Niemcy znajdują radio i bibułę u Stefana Strzałkowskiego. Prowadzą go w kajdankach, jego ręce są fioletowe od mrozu. Strzelecki podchodzi i nakłada mu własne rękawiczki. Żona Strzałkowskiego napisze po latach: "...rozpoznaliśmy tę twarz w Stowarzyszeniu Dziennikarzy - dziękując mu za odwagę i serdeczność. Twarz, której się nigdy nie zapomina...".

Maria Janion nazywa myśl Strzeleckiego "antynihilistyczną filozofią wartości".

Bliskie jego wywodom słowa można znaleźć u Emmanuela Lévinasa, którego filozofia również jest zakorzeniona w doświadczeniu wojny i Zagłady: "...jest coś małego i wulgarnego w działaniach podjętych dla doraźnych skutków, to znaczy w ostatecznym rozrachunku (...) dla doraźnej naszej egzystencji. I jest wielka szlachetność w energii wyzwolonej z objęć teraźniejszości. Robić coś dla najodleglejszych rzeczy w chwili zwycięstwa hitleryzmu, w głuchych godzinach nocy płynącej już bez godzin to - niezależnie od oceny "występujących sił" - bez wątpienia szczyt szlachetności".

Ponad głowami ludzi rozpościera się "niebo wspólnych wartości" - wierzył - wyrażonych na sztandarach rewolucji francuskiej triadą: Liberté - Égalité - Fraternité.

Pisał w Próbach świadectwa, że ich własny wojenny los poddanych i uciśnionych uwrażliwił ich na los poddanych i uciśnionych w historii ludzkiej, pozwolił zrozumieć istotę dawnego zawołania rewolucyjnych ruchów - o braterstwo ludzi.

Wołanie o "porównanie kondycji, o braterstwo powszechne było w tej perspektywie mistyką i buntem. Ta mistyka była nam niezmiernie bliska właśnie w swej rewolucyjnej wymowie, ukształtowaniu, rewindykacji. Odczuwaliśmy (...) swe głębokie pokrewieństwo z cieniami tamtych egzystencji". Towarzyszyło im poczucie wspólnoty i bliskości z "losem plemion wyciętych", "mieszkańców spalonych miast i zniszczonych kultur", poczucie uczestnictwa "w losie historycznego proletariatu".

W głośnych tużpowojennych tekstach, polemicznych wobec marksizmu, przedstawiał projekt społeczeństwa - wspólnoty opartej na idei humanizmu socjalistycznego, na liberalnych wartościach europejskich, spośród których braterstwu nadawał znaczenie fundamentalne.

Maria Ossowska w książce Normy moralne. Próba systematyzacji określa braterstwo jako relację, w której miłość bliźniego przebiega w stosunkach symetrycznych. "Braterstwo zakłada równość pod jakimś względem. Niweluje ono dystanse społeczne, przeskakuje szczeble drabiny społecznej. Hasła Wielkiej Rewolucji Francuskiej: wolność, równość i braterstwo stanowiły zespół, w którym konflikty między równością i wolnością miały być przez braterstwo złagodzone".

Braterstwo jest więc nie tylko zaleceniem miłości. Wedle Ossowskiej idea ta wspiera również postulat równości - w hasłach miłości bliźniego nieobecny.

Mariusz Czubaj: "O więzi braterstwa przesądza ostatecznie wzajemne uznanie się dwóch osób. Wybór podstawowy - traktowanie kogoś jako ważniejszego i wartościowszego od samego siebie - oznacza przekroczenie własnej fizyczności, podjęcie decyzji, wybór. Dopóki nie zostanie on dokonany, dopóty człowiek uczestniczy bardziej w porządku biologicznym niż społecznym. (...) Nakazem dla człowieka jest więc otwartość na innych. Braterstwo oznacza nieustanną aktywność i otwartość zwróconych ku sobie ludzi, ich wzajemne oddanie. (...) W historii polskiej myśli idea braterstwa Jana Strzeleckiego umiejscawia go obok koncepcji Edwarda Abramowskiego, który w solidarności międzyludzkiej widział zalążek życia społecznego złożonego ze współdziałających instytucji spółdzielczych".

Na sesji "Wokół idei Jana Strzeleckiego", zorganizowanej rok po jego tragicznej śmierci, Adam Michnik powiedział: "Braterstwo, w ujęciu Strzeleckiego, było ideą najdoskonalej antyjakobińską. Jeśli jakobin powiadał: "bądź moim bratem albo cię zabiję", to Jan Strzelecki, odwracając to wezwanie, mawiał: "bądź moim bratem, bo grozi ci śmierć, bo nam grozi śmierć"".

*

Czy nie żądał od człowieka zbyt wiele? Mówi w Próbach świadectwa, że nikt nie jest zwolniony z udziału w walce ze złem. Że jeśli wyciągasz rękę po chleb, to po to, aby go oddać drugiemu. Że ślady, które zostawiasz za sobą i które inni będą odczytywać, stanowią treść pojęcia człowieczeństwa. Twarda mowa, którą krytycy literaccy umieszczają w kontekście pisarstwa Simone Weil, Hannah Arendt i Alberta Camusa.

Sytuacje graniczne - pisał w 1988 roku, przywołując pojęcie Karla Jaspersa - są "składnikami ludzkiego istnienia, fragmentami drogi każdego z nas". W cierpieniu, walce, wobec winy i śmierci objawia się rzeczywista miara człowieka. Bo człowieczeństwo nie jest "gotowe" ani "dane", ono się staje, kształtuje wciąż na nowo w czasie próby. Człowieczeństwo jest "nigdy nie ukończone", skłonne zarówno do wzlotu, jak i do upadku.

Niechby zatem idea braterstwa stała się normą, proponował. Bo poprzez braterstwo człowiek nadaje sens swemu istnieniu. Podtrzymuje wartości w świecie. Zwiększa ilość dobra. Ratuje to, co ludzkie.

Braterstwo wydobywa z człowieka siły twórcze i piękno.

Dzięki braterstwu nie wygasa nadzieja.

Maria Ofierska: - W Janka twórczości był niesłychanie ważny element normatywności. Również w jego pokoleniu, i w socjologii Ossowskiej i Ossowskiego, zasady odgrywały ogromną rolę. On był najwierniejszym uczniem takiego rozumienia życia społecznego: wedle powinności.

Jerzy Strzelecki: - Czy ta wzniosłość, którą mój ojciec widzi w człowieku, to jest diagnoza socjologiczna? Czy taki jest człowiek? Czy raczej jest to diagnoza pascalowska, zakład: życie nie ma sensu, jeśli nie założymy, że człowiek bywa wzniosły. To jest dla ojca zakład, archimedesowski punkt podparcia - jeśli tego punktu nie ma, to ziemi poruszyć nie można... Jednocześnie w Próbach świadectwa mój ojciec bardzo jednoznacznie rysuje wątek rozstania się z wiarą w automatyczność procesów w historii, a zwłaszcza automatyczność postępu. To jest jedna z różnic pomiędzy nim a Ossowskimi, Kotarbińskim, starszą generacją intelektualistów polskich, którzy - mimo przeżyć I i II wojny światowej - byli dziewiętnastowiecznymi progresistami. Mój ojciec znacznie tragiczniej postrzegał historię. Może dlatego tak wielbił Brzozowskiego, że w jego filozofii nie ma wiary w automatyzm; jest człowiek, który musi działać.

Kluczowe słowa jego refleksji: osoba ludzka. Twarz. Oczywistość serca. Logika uczuć. Dialog. Jasność. Więź.

Włączał się swą myślą w nurt filozofii dialogu, zwanej również filozofią spotkania lub filozofią Innego, która wyrosła z doświadczenia wojen XX wieku. W ostatniej swej pracy, Rekonstrukcji "sensu", Strzelecki przywołuje wprost jednego z twórców tej filozofii, Emmanuela Lévinasa.

Starszy od Strzeleckiego o 13 lat, urodzony w Kownie, zamieszkały we Francji. Rodzinę na Litwie wymordowali mu naziści. Głównym motywem swych rozważań uczynił dialog pomiędzy Ja i Ty.

Wedle Lévinasa - jak streszcza jego myśl filozof Tadeusz Gadacz - "człowiek staje się Ja, osobą, tylko w spotkaniu z Ty".

Kluczowe słowa rozważań Lévinasa: Inny. Twarz. Odpowiedzialność. Miłosierdzie. Tożsamość. Substytucja (zastąpienie Innego). Dobroć. Bezinteresowność. Sprawiedliwość.

Strzelecki mówi: drugi człowiek. Uznajemy jego prawa, pojmujemy jego istnienie jako "pole życia, któremu przyświadczamy i mamy ochotę pomóc".

Lévinas mówi: Inny. Moja relacja z nim nie jest poznawcza, lecz etyczna. Jak pisze Barbara Skarga, ta relacja wytrąca człowieka z egoizmu. "To Inny mnie wzywa i nie pozwala mi przejść obok obojętnie".

Strzelecki mówi o twarzy: pragnienie jej posiadania było siłą przeciwdziałającą upadkowi. "Było równoznaczne z otwarciem na głos wspólnoty, nie oddzielało, a łączyło z ludźmi".

Lévinas (w opisie Barbary Skargi): "W epifanii twarzy odnajduję bliskość bliźniego, który na każdym kroku "oskarża mnie", czegoś mi zabrania i czegoś ode mnie potrzebuje".

W pięknym wspomnieniu o znanej mu dobrze franciszkance Marii Gołębiowskiej z Lasek (Bronisławie Wajngold), adresatce głośnych Listów do Agnieszki Jerzego Lieberta, Jan pisze: "...twarz drugiego człowieka jest jakby pytaniem, skierowanym do nas; (...) nasza odpowiedź na wyraz tej twarzy, na ból, na oczekiwanie pomocy, solidarności wobec zagrożenia lub na uśmiech, który dzięki nam mógłby się stać treścią tego wyrazu - jest miarą siły naszego odzewu na wezwanie drugich, miarą naszej etyki".

Obaj są zgodni: człowiek wzywa drugiego człowieka do odpowiedzialności.

"Odpowiedzialność jest, według Lévinasa, pierwotną więzią międzyosobową - pisze Tadeusz Gadacz - poprzedzającą wszelką świadomą i wolną relację komunii, intymności czy przyjaźni. Zanim bowiem wejdziemy w jakiekolwiek relacje, jesteśmy odpowiedzialni za innych. (...)

Odpowiedzialność jest jednocześnie bierna (jesteśmy odpowiedzialni za to, kim są i co czynią inni) i czynna (jesteśmy odpowiedzialni za własną odpowiedzialność). Lévinas wyraża to także przez sam źródłosłów słowa odpowiedzialność: "Ten, któremu odpowiadam, jest już tym, za którego odpowiadam". Odpowiedzialność w swym aspekcie czynnym, jako odpowiedzialność podejmowana, jest dobrocią pełną pragnienia. Dlatego Lévinas określa ją także mianem miłosierdzia. Miłosierdzie wyraża się w łaskawości, w dzieleniu się dobrami, w nieustannej służbie, w trosce o życie innego bardziej niż własne, wreszcie w substytucji, zastąpieniu Innego. Zastąpienie, substytucja, jest ostatecznym sensem odpowiedzialności. (...) Ekspiacja i odpowiedzialność nie zna granic. Im bardziej bowiem jest podejmowana, tym bardziej wzrasta. Nieskończoność odpowiedzialności wynika bowiem z pragnienia, które jest pragnieniem nieskończonej dobroci".

Strzelecki stwierdza: "idziemy razem po krawędzi życia". "...Wyciągamy rękę po chleb, aby chleb oddać jemu". "Na odgłos strzału zasłaniamy jego pierś". "W tym stosunku ja i ty działamy tak, jakbyśmy sądzili, że przetrwanie drugiego człowieka jest sprawą nierównie ważniejszą".

Cytuje z Talmudu słynne zdanie, które ocalenie jednego życia zrównuje z ocaleniem całego świata. Takiego przekonania nie sposób wywieść z nauki, zaznacza Strzelecki, to jest logika uczuć, a nie logika rozumu. "Sądu o wartości życia nie da się oprzeć na rozumie. Przestaliśmy więc czynić z rozumu ostateczną wyrocznię tego, co godzi się mniemać człowiekowi".

W Rekonstrukcji "sensu" podkreśla: "Kierujące się ku nam wezwanie nie omija rozumu, ale zwraca się ku głębokim warstwom struktury uczuć. Nie rzucamy się na ratunek tonącym dlatego, że tak wywnioskowaliśmy. Odpowiedzialność ma charakter etyczny, nie logiczny. Bywa - jak powiada Lévinas - odpowiedzią na obraz twarzy drugiego człowieka".

Lecz różniło ich rozumienie My i nie była to tylko różnica w odcieniach. Dla Strzeleckiego My to esencja wspólnoty, nośnik ideału jedności, warunek utożsamienia się z drugim. Może nawet My przysłania mu Ja?

Lévinas akcentuje - jak zauważa Barbara Skarga - niezbędność odseparowania się, pojmowania Ty jako radykalnie Innego. Lévinas lęka się My i je obwinia. My, jako znak ideału jedności i całości, jest niebezpieczne dla życia intelektualnego i społecznego, ogranicza bowiem - pisze Skarga - "pluralizm racji i dążeń ludzkich, pluralizm istnień, z których każde jest niezależne...".

Państwo - relacjonuje jego myśl Skarga - "przesycone niejako z konieczności duchem dążenia do tego, co jest całością absolutną, musi przybrać w końcu formy totalitarne. W praktyce politycznej redukcja tego, co poszczególne, do całości prowadzi do pełnego podporządkowania jednostki całości społecznej. Indywiduum przestaje znaczyć cokolwiek. W tej perspektywie samo Ja zmienia się na My. To My decydujemy o tym, jaki powinien być świat i kształt naszego społecznego życia, i czujemy się w prawie każdy sprzeciw tłumić wszelkimi dostępnymi środkami".

Lévinas obarcza więc My współwiną za totalitaryzm europejski XX wieku.

"Tożsamość zatem zasadza się nie na jedności, lecz na różnicy. Scalić się z Innym nie mogę, mogę go tylko zastąpić, wyzbywając się imperialistycznych dążeń, mogę mu się oddać" - pisze Skarga.

Wspólny był im ekstremizm etyczny, który zarówno Strzeleckiego, jak Lévinasa wystawiał na krytykę i zarzut utopizmu.

Próby świadectwa wywołały deszcz recenzji - od zachwytu po sprzeciw wobec absolutyzmu moralnego. Czy wolno tak kategorycznie wzywać ludzi do wielkości? - pytali krytycy. Strzeleckiego etykę braterstwa i godności przeciwstawiali etyce miłosierdzia.

Podczas dyskusji o książce w Polskim Towarzystwie Socjologicznym mówiono, że to szlachetna idealizacja postaw okupacyjnych, upiększony obraz solidarności ludzkiej w sytuacjach granicznych. Ktoś stwierdził: - Człowiek Borowskiego jest prawdziwszy niż człowiek Strzeleckiego.

Pisał w "Więzi" filozof Marian Przełęcki: "Nieludzkość tamtych doświadczeń znalazła swe odbicie w "nadludzkości" moralnych postulatów". I dalej, polemizując z wywodem Strzeleckiego na temat granicy braterstwa, którą stanowi zdrada: "Czy nie jest to jednak spojrzenie zbyt okrutne? Człowiek, który pod wpływem tortur wydaje towarzysza, nie popełnia podłości! (...) Czyż i ten, kto dopuszcza się podłości, nie pozostaje nadal naszym bratem? (...) A jeśli tak, to może do kręgu naszej ludzkiej wspólnoty należy nie tylko ofiara, ale i jej kat?". Przełęcki chciałby, aby człowiek żył na miarę ludzką i aby przyświecał mu jedynie ideał dobroci, nie wielkości.

Filozof Andrzej Grzegorczyk stwierdził w "Tygodniku Powszechnym", że metafizyka Strzeleckiego nie obejmuje prawdy o miłosierdziu.

Rok po ukazaniu się Prób świadectwa miesięcznik "Więź" poprosił młodych ludzi o opinie na temat przesłania książki. Odpowiedzieli w ankiecie: zbyt abstrakcyjne; zbyt wspaniałe; można oczadzieć; złości, bo zbyt piękne, aby było prawdziwe; wzbudza podejrzenia o ckliwość i hipokryzję; uzewnętrznia uczucia, "a to jest to, czego nie znosimy"; te wartości działają "sto lat temu i za sto lat".

Trzy dekady później, przez kilka kolejnych lat, Paweł Rodak omawiał Próby świadectwa ze studentami kulturoznawstwa. Opowiada: - Zajęcia nie zawsze się udawały. Studenci mówili, że wprawdzie te wartości są im bardzo bliskie, ale język, nasycony patosem, podniosłością, powagą, ich odpycha.

- To nie znaczy, że tamten język stracił na zawsze swoją nośność - mówi Barbara Toruńczyk. - Bunt przeciwko klasycznemu językowi jest znamienny dla czasów kryzysu typowo polskiego. Zmiana ustroju nałożyła się na zmianę cywilizacyjną, a jednocześnie nastąpiło podcięcie tradycyjnej kultury intelektualnej. Uważam, że to jest chwilowe. Klasyczny język wróci. I ta książka - jeśli jest martwa - to chwilowo. Dziś perspektywa widzenia jest skrócona do jednego dnia. Strzelecki by się zagubił, gdyby tak miał patrzeć. On widział świat w dłuższych trendach niż następny dzień.

Jeden z ówczesnych studentów Pawła Rodaka, Krzysztof Umiński, tłumacz literatury francuskojęzycznej i anglojęzycznej, wrócił niedawno do Prób świadectwa. - Byłem pod dużym wrażeniem - opowiada. - Imponuje mi, gdy ktoś w sytuacji zagrożenia potrafi dowieść trwałości swego światopoglądu. Ten tekst, będący bardzo silną deklaracją przywiązania do wartości, moim zdaniem nie jest patetyczny, choć może razić forma "my". Ja mam kłopot z mówieniem czegokolwiek w tej formie... To jest tekst chłodny intelektualnie, z bardzo szerokim spektrum odniesień do myśli nie tylko polskiej. Camus, Mounier, Saint-Exupéry, Marks... Gdyby książka została napisana we Francji przez uczestnika Résistance, może osiągnęłaby rangę Człowieka zbuntowanego Camusa albo książki Sartre'a Egzystencjalizm jest humanizmem. Wydaje mi się aktualna konstatacja Strzeleckiego, że kiedy zawodzą wszelkie światopoglądy, które regulowałyby całość ludzkiego doświadczenia i wyznaczały wartości - to nie jest punkt rozpaczy i zwątpienia. Właśnie wtedy zadaniem człowieka jest ciągłe przezwyciężanie siebie, zachowanie przyzwoitości, sprawiedliwości, nawet jeżeli nie da się tej postawy odnieść do jakiejś metafizyki.

Filozofia dialogu ma charakter religijny. Lévinasa zanurzona jest w judaizmie, Józefa Tischnera w katolicyzmie, Dietricha Bonhoeffera, o którym Strzelecki napisze studium - w protestantyzmie.

Strzeleckiego zafascynował jeszcze przed wojną katolicki personalizm Jacques'a Maritaina i Emmanuela Mouniera - w jego wymiarze społecznym. Tadeusz Mazowiecki nazwał Strzeleckiego anima naturaliter christiana, chrześcijaninem z urodzenia. On sam zaś określał siebie pod koniec życia słowem: nie-niewierzący. Chrześcijaństwo stanowiło dla niego ważny punkt odniesienia i źródło inspiracji duchowych.

Tadeusz Gadacz zauważa, że ów "szczyt szlachetności", na który wspinał się człowiek - jak powiadał Lévinas - w "głuchych godzinach nocy", stanowi przejście w metafizykę.

Barbara Skarga: "To Inny pozwala wyjść poza horyzont konstytuowanego sensu, spotkać się z transcendencją".

W tym sensie również Strzelecki otwierał się ku nieskończoności.

Odebrał rozumowi status ostatecznej wyroczni i zaliczył siebie do ludzi, których "tajną krwią jest logika serca". Ale co to znaczy?

Jesienią 1958 roku pisał w liście z Berkeley o swym doznaniu - metafizycznym? - które spadło nań nocą, podczas wyprawy w góry północnej Kalifornii.

"...Czujesz to za plecami, jak cień odsuwany poza krąg ogniska, ale czekający na swój czas i swoją godzinę. (...) Mistyka - to słowo wywołuje skojarzenia niezbyt łaskawe zarówno wśród logików, jak i wśród marksistów, a to są na ogół dwa intelektualne środowiska, w których obracam się najczęściej. (...) To oznacza po prostu ciche i uparte odczucie, że jest w świecie jakaś struna nieobojętna miłości, struna, która brzmi smutno, gdy jesteśmy puści, struna, która brzmi jasno, gdy zapuszczamy korzenie. (...)

To jest poza dowodem, ale nie jest poza poezją, mocną, dobrą poezją, która sprzyja życiu i która nie jest tylko poezją kontemplacji, ale jest poezją działania, choćby działaniem tym było mycie podłogi, gdy jesteś zmęczona.

Ogromnie trudno pisać o takich sprawach, bo (...) czuje się człowiek, jakby przystępował z tępą siekierą do cięcia drogi w ogromnym, bujnym lesie. (...) Ale taka noc jest to noc przyjazna najlepszym sprawom świata i nie przeczy dniowi, ale go uzupełnia".

*

Może najwnikliwiej zanalizował tę książkę i najprecyzyjniej zrekonstruował racje Strzeleckiego jego młodszy przyjaciel i pisarz Antoni Libera. Esej o bólu - tak zatytułował recenzję, opublikowaną w "Twórczości" latem 1972 roku.

Ależ jesteśmy przypadkową egzystencją! - zaczyna prowokacyjnie i wbrew myśleniu Strzeleckiego. Zagubieni w kosmosie, wciąż nie wiemy, jaka rola przypadła nam w udziale, "...po co - do licha - powstaliśmy i dla jakich "wyższych", nadrzędnych celów (...) jest potrzebne to nasze niezbyt wygodne istnienie". Co zatem każe nam budować "skomplikowany gmach norm i powinności moralnych" i pielęgnować go z "trwożną powagą", wbrew "jawnej oczywistości bezsensu zasad"?

Jako kluczową myśl Strzeleckiego Libera przytacza następujący cytat: "Nie odrzuciliśmy rozumu, ale opieraliśmy go na tym, co go przekracza".

Co go przekracza? Ból - odpowiada Libera. W bólu pisarz dopatruje się źródła wartości ludzkich. Gmach duchowej kultury człowieka stoi "na fundamencie bólu, lęku przed bólem i zagadce śmierci".

W bólu rodzi się altruizm i braterstwo. I złudzenie wyjątkowości ludzkiego istnienia. I pragnienie, by własne człowieczeństwo potwierdzać w drugim człowieku. W bólu drugi człowiek staje się "narzędziem sensu".

Libera widzi w Strzeleckim misjonarza, który, zagłuszając własną niepewność i lęk, sam siebie nawraca na wiarę w człowieka. I tak - wedle Libery - nawołuje: "Jeżeli w świecie, gdzie wartości (...) dewaluują się - nie stać [was] na własne hierarchie i rachunki - rozumiem to i wybaczam. Jeżeli w świecie tym, zagrożeni, kierujecie się potrzebą uległego spokoju i nie stać was na kondycję buntu - rozumiem i to i też to wybaczam. Jeżeli uwikłaliście się w ten świat do tego stopnia, iż musicie za utrzymanie swego status quo płacić krzywdą innych i własnym upadkiem - to nawet i to rozumiem i mogę wybaczyć. (...) Lecz jeśli mam to za chwilę uczynić, to winien wam jestem wcześniej pewne przypomnienie (...): cokolwiek robicie i jakkolwiek usprawiedliwiacie swoje postępowanie, jakkolwiek jesteście cyniczni i zakłamani, jakkolwiek wreszcie kształtuje się wasz pogląd na świat i międzyludzkie stosunki, pamiętajcie o jednym, o Bólu. On bowiem stanowi miarę wszystkiego i do niego się wszystko sprowadza. Każdy dzień waszego spokoju jest dniem darowanym i umiejcie docenić w nim błogosławioną nieobecność cierpienia. Pamiętajcie, iż tylko rzeczą przypadku jest fakt, że akurat wam się ono nie przytrafiło, zaś zapukało do drzwi sąsiednich. Dopóki żyjecie - wasze ciało codziennie narażone jest na ową najwyższą próbę. Niestety zrozumiecie ją wówczas dopiero, gdy zmierzycie się z nią sam na sam. (...)

Im bardziej teraz zlekceważycie elementarne wartości, tym więcej za to zapłacicie później, w godzinie próby, tym większa będzie wasza klęska i rozpacz".

 

Rozdział 1PESTKA

"Piszę do Ciebie okropnie z daleka, wielce strapiony, że nie udało mi się zawadzić o Paryż w drodze do tych imperialistów. Nie widziałem Cię prawie już rok".

Berkeley. Listopadowy dzień 1958 roku. Jan Strzelecki pisze do Leszka Kołakowskiego.

Rozpoczął właśnie swą amerykańską przygodę. Dzięki stypendium Fundacji Forda przyjrzy się okiem socjologa nowoczesnej cywilizacji. Społeczeństwu u drzwi obfitości. Człowiekowi wyposażonemu w dobra. Co za skok! Ze strefy "socjalistycznej gospodarki planowej" w głębokie wody kapitalizmu.

"Leszku - pomówmy trochę ze sobą, choćby tak na papierze, choćby z daleka, choćby na sucho, bez wina, kobiet i śpiewu".

Wysokie czoło pochyla nad kartką. Chłopięcy, choć dobiega czterdziestki. O oczach, które pewna kobieta opisała słowem "natchnione".

"Jak człowiek wyjedzie nieco dalej i wynurzy się z tego polskiego kociołka i staje sam przed obliczem świata nieznanego, dalekiego i chłodnego, w którym ludzie żyją zupełnie inaczej i zupełnie innymi sprawami - to go zaraz opada (...) zmora: - Coś ty za jeden. - Otóż jak zaczynam się zastanawiać, com ja za jeden, to obok wielu cech akcydentalnych i essencjalnych pojawia się w umyśle moim cecha jedna (...) - jestem Twoim przyjacielem".

Adresat listu pierwszą połowę roku spędził w bibliotekach Amsterdamu. Odwiedził w Rijnsburgu dom Spinozy, którego myśl fascynowała go i stanowiła przedmiot niedawnego doktoratu. Od spinozyzmu przechodzi do badań myśli religijnej XVII wieku, studiuje mistyków holenderskich. Jesienią przebywa w Paryżu. Ten trzydziestojednoletni, naznaczony chorobą kruchy mężczyzna zdążył już zyskać w Polsce piętno szkodnika komunizmu.

"Człowiek, widzisz filozofie, Królu Filozofów, czasami odczuwa potrzebę bezpośredniej komunikacji z wiecznością - nieoplecioną gęstą siecią politycznych kalkulacji, ustawień, dopasowań, półuśmiechów, półzłorzeczeń, do i odpierdoleń. Znaczy to mniej więcej tyle, że chciałby, żeby - wtedy gdy go ta cholernie uwierająca potrzeba ogarnie - chwila bieżąca, akt hic et nunc była napełniona wybuchem jego bezpośredniego stosunku do wartości, była świadectwem, była ekspresją tego, co w nim samym [i co] chciałby zabrać na sąd ostateczny i pokazać tym różnym zasiadającym tam rabinom, że jednak nie był wiercikuprem i chłystkiem, a nosił w swej męskiej piersi takie to a takie perełki, tak a tak kochał, do kurwy nędzy".

Dlaczego ten łagodny zwykle człowiek ulega teraz wzburzeniu?

Przyjaciele powiedzą, że miał naturę bardzo powikłaną. Nosił w sobie sekret: twardą pestkę niemożności, zawiązek zdławionej sprawy. Los pęknięty.

Kończy list: "Moją przyjaźń do Ciebie, Rewizjospinozisto, uważam za jedną ze swych nielicznych perełek (...).

Od tego poczucia chybienia, od tego nieskoczenia w wieczność, już mnie nie wybawisz, ale napisz do mnie...".

Chybić. Nie móc skoczyć w wieczność. Co to znaczy?

*

Był naprawiaczem Marksa; wyznawcą liberalnego drobnomieszczańskiego indywidualizmu; kwiatem bezpłodnym (wedle Adama Schaffa, ideologa marksistowskiego; 1947).

Głosicielem idealistycznego pojmowania dziejów; pięknoduchem, pseudohumanistą; paszkwilantem, którego teorie kryją zatrute żądło antyradzieckie (zdaniem Witolda Wudla z kryptokomunistycznego skrzydła PPS; 1948).

Myślącym kretynem (Andrzej Kijowski, 1970).

Błędnym rycerzem budownictwa socjalistycznego (ksiądz Józef Tischner, lata 70.).

Reprezentantem pięknej, szlachetnej niemożności polskiej (Tadeusz Konwicki, 1976).

Człowiekiem niezłomnym, zarazem umiarkowanym (Alain Touraine, socjolog, 1989).

Człowiekiem w błędzie, zarazem uczciwym (Krzysztof Zanussi, 1994).

Chodzącym okrągłym stołem (Andrzej Mencwel, antropolog kultury, 1994).

Socjalistą-papistą (sam o sobie w latach 80.).

Jan Strzelecki - jeden z pokolenia wojennego. Socjolog i myśliciel społeczny. Intelektualista zaangażowany w politykę. Taternik. Badacz postaw etycznych. Autor refleksji moralnych, zagęszczonych słowami, do których miał upodobanie. Kruchość. Żyzność. Braterstwo. Sprawiedliwość. Nadzieja. Miłość. Godność. Człowiek. "O słowach, które dają życie" - tak zatytułował fragment swoich rozważań filozoficzno-poetyckich.

Zdawał egzamin magisterski u Stanisława Ossowskiego. Zdjął z półki książkę, usiadł i zaczął czytać. Profesor opowiadał później: - Gdyby to był student, to ja bym musiał zareagować, ale to był Janek, więc ja czekałem. Kiedy odłożył książkę, powiedziałem: "Chciałbym, żebyś mi powiedział coś o Marksie". Janek milczał. No, wiecie państwo, gdyby to był student, to ja bym musiał zareagować, ale to był Janek... Wreszcie powiedział: "Marks? Ho ho!". Więc mu postawiłem piątkę, bo gdyby inny student mi powiedział "Marks ho ho", to ja bym musiał zadać jeszcze parę pytań, ale skoro Janek powiedział...

- Uzyskał zupełnie wyjątkowy status, którego ja mu zazdrościłem - wspomina profesor Jerzy Szacki, historyk myśli społecznej, socjolog. - Wiadomo było, że cokolwiek zrobi, jest to wytłumaczalne tym po prostu, że on taki jest.

Po egzaminie niósł do dziekanatu protokół, podpisany przez Ossowskiego. Po drodze, zamyślony, złożył papier w kosteczkę i pstryknął za płot.

Miał dostarczyć gdzieś sto dolarów. Idąc, bawił się banknotem, podarł go w strzępy.

- W tych opowieściach zawarty jest obraz człowieka, który, być może, czasami ma tylko częściowy kontakt z rzeczywistością - mówi profesor Janusz Reykowski, psycholog społeczny. - On ją konstruuje w umyśle, nakłada na nią jakieś wyobrażenia, postulaty i wymagania, ale nie wszystko z niej dociera do niego.

Był umówiony w alei 1. Armii Wojska Polskiego u Ireny Szymańskiej, tłumaczki i wydawcy, rok 1957. Wszedł do mieszkania Stefana Matuszewskiego, prominenta partyjnego - piętro niżej. Powiesił kurtkę i podążył za zdumioną panią domu do pokoju.

- Pamiętam makabryczną kolację u Baumanów, na którą przyszedł z Jagą dwie godziny spóźniony i jedliśmy zupełnie wyschnięte kurczaki - opowiada profesor Barbara Szacka, socjolog. - Ale Jankowi to uchodziło.

Wchodził miękkim krokiem. Wysoki, tajemniczy, pociągający. Siadał naprzeciwko rozmówcy, kładł wielką dłoń na kolanie (kobiety brały ten gest za erotyczny), patrzył w oczy z uwagą. - To było u Jana bardzo specjalne - wspomina Michał Jagiełło, taternik i pisarz. - Miał silne palce, naciskał nimi prawie do bólu. Dla kogoś z zewnątrz wyglądało to trochę dziwnie.

Na korytarzach Instytutu Filozofii i Socjologii PAN widywano go prowadzącego i obejmującego za ramię mężczyzn i kobiety.

- Miało się jednak poczucie - wspomina Barbara Szacka - że miło i interesująco się rozmawia, ale on jest nieobecny i w każdej chwili może wyjść. Ta niemożność uchwycenia Janka - to jest sama jego istota.

- W Janku był koci wdzięk - mówi profesor Krzysztof Pomian, filozof i historyk. - Kota można głaskać, ale zarazem pozostaje w nim jakaś kociość, która jest nie do przeniknięcia.

Miał szczególny sposób mówienia - urywał zdanie i milkł, jakby chciał je wycofać, przemyśleć i przeredagować. Dzwonił do przyjaciół, po kwadransie kończył: - Musimy kiedyś dłużej porozmawiać... Ale zwykle nic z tego nie wynikało.

Maria Ofierska, redaktorka Dzieł Stanisława Ossowskiego: - Podczas spotkań towarzyskich Janek był osobny. Jakby jego serdeczność wyczerpywała się w geście. Patrzył w okno... Czuło się w nim smutek wewnętrzny. Mówi się, że wierzył w człowieka. Ale ta wiara była przełamana smutkiem, poczuciem daremności.

Łatwo określić graniczne punkty, pomiędzy którymi rozpościera się jego życie powojenne. U schyłku lata 1946 roku opublikował esej O socjalistycznym humanizmie, w którym zdefiniował fundamentalny spór ideowy tamtego czasu. "Tezy o humanizmie socjalistycznym pozostaną jednym z najważniejszych momentów naszej historii intelektualnej" - stwierdził w 1989 roku socjolog Marcin Czerwiński, uczeń Stanisława Ossowskiego.

Parę miesięcy przed śmiercią, na początku 1988 roku Strzelecki ogłosił rozważania "W człowieku nie ma nic"?; drugą ich część, pod tytułem Rekonstrukcja "sensu" - ostatni tekst, jaki napisał - wydrukowano pośmiertnie. Znamienne są tytuły. Jakby autor od czterdziestu lat prowadził tę samą rozmowę o tym, jak humanizować świat i człowieka. Jego myśl, zauważa Jerzy Szacki, nie zmieniała się w swych treściach podstawowych. Cykle jego esejów noszą tytuł Kontynuacje (1969, 1974, 1988).

Pejzaż intelektualny, w którym poruszał się w owych latach - pomiędzy marksizmem a socjalizmem, partią a opozycją, Kościołem a bezreligijnym chrześcijaństwem, pomiędzy cieniami poległych w powstaniu przyjaciół a cieniem nadchodzących czasów - wyznaczają dwie dyskusje. W 1945 roku Jan Kott w szkicu O laickim tragizmie rozprawiał się z conradowskim pojmowaniem wierności. (W istocie rozprawiał się z etosem AK i Powstaniem Warszawskim, w którym Strzelecki był dwukrotnie ranny). Sprowokował polemiczne pióro Marii Dąbrowskiej.

Krótko po śmierci Strzeleckiego profesor Bogdan Suchodolski, filozof i historyk kultury, wygłosił referat Pedagogika humanizmu tragicznego. Mówił o losie człowieka - tragicznym w osamotnieniu, lecz niekiedy zwycięskim we wspólnym działaniu. Przestrzegał przed tendencją do "likwidacji człowieka w obrazie społecznego środowiska". Pytał: "...jak żyć w tym świecie chaosu, zagrożeń, niesprawiedliwości i krzywd, jak tworzyć i realizować wartości wyznaczające wartość życia?".

Uderza paradoksalność jego losu. W życie polityczne i intelektualne wchodzi krótko przed wojną krokiem zamaszystym, w wyrazistym stylu. Jego jasna wizja socjalizmu zderzy się po wojnie ze swą karykaturą.

Krystalizuje się duchowo i dojrzewa pod kulami. Piękny i heroiczny, ogień go nie przepali. W sytuacji "dna historii", jak nazwie wojnę, w "moralnej próżni" zacieśniają się jego związki z lewicą francuskiego katolicyzmu - personalizmem Emmanuela Mouniera i Jacques'a Maritaina - zadzierzgnięte jeszcze przed wojną. Ówczesne spotkanie dwóch kręgów duchowych - socjalizmu i chrześcijaństwa - jest fenomenem w polskiej historii intelektualnej i wyprzedza o dekady zbliżenie, które Adam Michnik opisze w latach 70. w głośnej książce Kościół, lewica, dialog.

Jego biografia zagęszcza się w wirze lat 1946-48. Dla jej zrozumienia to czas kluczowy. Bujnie krzewi się życie, a w głębi wojna ideologiczna podcina skrzydła, dewastuje i pustoszy. Dotąd wewnętrznie klarowny i spójny - traci integralność. Jakby pękła w nim struna. Pojawi się szczelina między myślą i słowem a życiem. Autor Prób świadectwa, poruszającej refleksji moralnej, w której żąda od człowieka heroicznego oporu i wzniosłości, wypełni swe życie pracą organiczną i kompromisem. Ten, który zaleca, by kierować się logiką serca, sam zdaje się używać logiki rozumu.

Są słowa, które dają życie, i takie, które je odbierają. Wir. Zmącenie. Rozdźwięk. Pęknięcie.

Pisał w lipcu 1951 roku, przywołując z goryczą siebie samego - Jana z okresu wojny: "Co zalega we mnie dzisiaj, że nie strzegę tego doświadczenia, że nie jestem wierny temu poznaniu, że tracę zdobytą żyzność? Jestem w gruncie rzeczy chory, chorobą nabytą w tamtych latach, chorobą wiedzy o technice współczesnych rządów, chorobą wiedzy o Lewiatanie jakiejkolwiek barwy; każdy poryw jest dziś hołdem składanym Lewiatanowi Wspaniałemu - i to jest tą nieradosną wiedzą, z którą jakoś trzeba się uporać, żeby żyć - albo wszystko będzie przesycone wspomnieniem, które przytłacza, które zobowiązuje, które nie pozwala żyć poniżej siebie".

Będzie głosił pozytywną wizję człowieka i potrzebę braterstwa. Pewnej nocy wyjdzie naprzeciw człowiekowi, a ów podniesie nań rękę. Tak Jan napotka śmierć.

W PRL-u członek partii komunistycznej, związany zarazem z nurtem oporu społecznego, pełnił funkcję łącznika i posłańca. Łagodził konflikty i szukał szans porozumienia, narażając się na zarzut miękkości, słabości i oportunizmu. Obecny w wielu środowiskach intelektualnych: socjologicznym, socjalistycznym, Klubu Krzywego Koła, otwartego katolicyzmu, opozycyjnym, Konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość", Konwersatorium im. Bogdana Gotowskiego, wreszcie liberałów partyjnych był - paradoksalnie - poza wszelkim "my", zawsze osobny. Może tylko wśród taterników, podczas wspinaczek, odczuwał przez chwilę smak wspólnoty.

- Traktowałem go trochę jak... jurodiwego, innego, przez tę jego konstrukcję psychiczną - mówi profesor Andrzej Paczkowski, historyk. - To dobrze, jeśli jest we wsi taki "wariat". Właśnie takim, w dobrym tego słowa znaczeniu, go widzę: Don Kichot... Tu mu się zwiduje wiatrak, a tam czołg.

Opowiada Barbara Toruńczyk, redaktor kwartalnika "Zeszyty Literackie", działaczka opozycji demokratycznej z pokolenia "komandosów": - Z filozofii Stanisława Brzozowskiego wziął przekonanie, że świat się tworzy każdego dnia i każdego dnia trzeba podejmować wysiłek Syzyfa.

Miał w sobie coś angelicznego, a myśmy w polityce tego pierwiastka nie lubili. Byliśmy ludźmi walki, czystych, wyrazistych podziałów i zdecydowanych wyborów. On nie wprowadzał podziałów między ludźmi z powodów politycznych, taka postawa była rzadka.

Miałam poczucie, że się zaplątał w nie swoje czasy, że polityka nigdy nie była dla niego tym, co pierwsze. Kierowała nim camusowska, a może wczesnochrześcijańska wizja braterstwa. Ale chyba nie znalazł ludzi, którzy mogliby go zrozumieć. Myśmy nie rozumieli jego wyborów, tej jego skłonności do bezwarunkowego rozgrzeszania. Widział w człowieku lepszą połowę i wierzył, że od nas zależy, czy przeważy element dobra czy zła. Wierzył w plastyczność człowieka, jak Żeromski, jak socjaliści. I że on sam jest języczkiem u wagi, który zaważy na tym zakładzie o lepszego człowieka.

*

W "amerykańskich Kaliszach i Kutnach" Strzelecki bada rozgorączkowany puls rynku i spotyka ludzi, których definiuje jako marketing personality. W 1962 roku wydaje studium Niepokoje amerykańskie.

Jaki niepokój go trawi?

Wstrząsnęła nim wizja duchowej pustki pośród nadmiaru posiadanych rzeczy. Bezwzględnej gry w sukces. Alienacji. Redukcji pojęcia szczęścia. Zepchnięcia wartości transcendentalnych na margines.

Przeraził go obraz człowieka w trybach namiętnego konsumowania i poczucia nienasycenia. Człowieka, który nie "żyje", lecz "jest żyty".

Zadziwiające, jak ta niewielka książka urosła w ciągu półwiecza. Jej myśl nie spłowiała. Przeciwnie - w kontekście początku XXI wieku nabrała ostrości.

W przedmowie do wznowienia z 2004 roku Andrzej Mencwel napisał, że Strzelecki wyraża niepokój o przyszłość cywilizacji i "człowieczeństwa na tej ziemi". W posłowiu Zygmunt Bauman stwierdził, że analizy i prognozy autora wcieliły się w dzisiejszą sytuację Polaków, którzy dotarli właśnie "do wrót towarowego Sezamu". "Na siodełku konsumerycznego roweru - pisze Bauman - nie myśli się już o celu wyprawy: kręci się pedałami bez ustanku...".

W 1965 roku wychodzi dzieło Leszka Kołakowskiego Świadomość religijna i więź kościelna, owoc studiów w Amsterdamie i wielu lat pracy. Będzie uznane za jego opus magnum. Dotyczy relacji między duchowym a instytucjonalnym wymiarem religii. Ale w Warszawie czyta się tę książkę aluzyjnie: chrześcijańscy heretycy to rewizjoniści, a Kościół to zinstytucjonalizowany marksizm.

Tego samego roku Kołakowski, sprowokowany krytycznym pytaniem młodszego o pokolenie Adama Michnika, stwierdza: - Proszę pana, Strzelecki to jeden z najmądrzejszych i najuczciwszych ludzi, jakich znam, to jest mój przyjaciel.

W tamtym czasie obaj - filozof i socjolog - są pod obserwacją służby bezpieczeństwa. W jej meldunkach pierwszy nosi przezwisko Krab, drugi - Myśliwy. To nie przypadek, że w papierach bezpieki często występują obok siebie.

Bo od lat ich losy się splatają. W mroźnym oddechu nadciągającego stalinizmu, w powojennej Łodzi. W podmuchu odwilży, podczas pobytu we Francji tuż przed Październikiem. Na zebraniach Klubu Krzywego Koła, w oazie wolności.

W dyskusji o tomizmie, w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej wiosną 1960 roku. I trzy lata później w Laskach, gdzie rozmawiają poufnie z kardynałem Stefanem Wyszyńskim.

W zbliżeniu do chrześcijaństwa.

W dusznych oparach Marca.

I na lotnisku Okęcie, gdy ostatniego dnia listopada 1968 roku Kołakowscy na długie lata wyjeżdżają z Polski. Aparat fotograficzny funkcjonariusza bezpieki uchwycił Strzeleckiego pod tablicą departure. Stoi lekko zgarbiony, w kurtce przewiązanej paskiem, ręce w kieszeniach.

*

Notatka w dzienniku filozofa Klemensa Szaniawskiego, 30 czerwca 1988 roku: "...przerażająca wiadomość: Janek Strzelecki pobity być może śmiertelnie. Milicja znalazła go koło jego samochodu, gdzieś na Wisłostradzie. Operowany. Wgniecenia czaszki, wyjęto czternaście kawałków kości (...). Trudno uwierzyć w to, że człowiek tak bezbronny w swej szlachetności padł ofiarą czynu tak straszliwie brutalnego".

W piątek, 24 czerwca, wyjechał z żoną Jadwigą do Zakopanego. Pogoda była piękna. We wtorek wrócił do Warszawy, nazajutrz odebrał samochód z warsztatu i pensję w Polskiej Akademii Nauk. Wieczorem gościł u radcy ambasady szwajcarskiej w domu na Mokotowie. Podano dobre wina do kolacji. Rozmawiano o ruchu spółdzielczym w Szwecji. Przed północą pojechał na Saską Kępę do francuskiej przyjaciółki, od której pożyczał zwykle zachodnie pisma. Zjadł lody. Wyszedł o wpół do drugiej.

Tej nocy w żoliborskim mieszkaniu Strzeleckich kilkakrotnie odzywał się telefon. Dzwoniła żona. Nikt nie odbierał. Ich syn Jerzy przebywał w Stanach Zjednoczonych.

Po powrocie z Zakopanego ujrzała na biurku męża wycięty z gazety wiersz.

Boże każdego kamienia Panie każdego drzewa zamknięty w kropli deszczu wysoki w ptasich śpiewach

Boże zielonych Beskidów dolin i gór nad nami pozwól mi pieśń dokończyć zanim odejdę z mgłami...

List Jadwigi z 1 listopada 1988 roku: "Drogi Leszku! Dzięki Ci za ten serdeczny telefon, wtedy w lipcu. Bardzo był nam potrzebny Twój głos, Jurkowi, i mnie, i pamięci Janka - bo przecież miałeś w Jankowych uczuciach i myślach bardzo szczególne i wyjątkowo ciepłe miejsce.

Po powrocie ze Stanów Janek opowiadał mi o pobycie u Was i był ogromnie szczęśliwy, wzruszony i wdzięczny losowi, że mógł Cię znów widzieć i pogadać jak za dawnych czasów. (...) A więc i dzięki Tobie widział się z Jurkiem i spędził z nim całe dwa tygodnie. Widzieli się (...) po raz ostatni... Byli wtedy bardzo szczęśliwi, że są razem, że wspólnie oglądają miejsca, które ich zachwycały urodą natury, a które Janek pamiętał sprzed lat trzydziestu. (...)

A ja siedzę tu w naszym smutnym domu i próbuję coś zrobić z tym, co ze skromnego Jankowego pisania pozostało. Nie jest tego dużo. Ale jest to chyba jakiś znaczący ślad obywatelskiej myśli o tym naszym nieszczęsnym kraju.

Janek w końcu maja wrócił ze Szwecji w znakomitej formie i miał się właśnie zabierać do dawno zamierzonego pisania, między innymi książki o starym socjalizmie, starych "socjałach" i "swoim" - jak mówił - "Księstwie socjalistycznym", i o swoich górach (...), które uważał za miejsce "przydane" mu przez Boga czy naturę".

Kołakowski w listopadowej "Kulturze" napisze: "Uważałem go za jednego z najbliższych mi ludzi na świecie".

 

Rozdział 2W POGONI ZA "WIĘCEJ"

Człowiek zredukowany do wymiaru ekonomicznego, którego Strzelecki pokazuje w Niepokojach amerykańskich, to ten sam, którego pół wieku później broni Tony Judt w głośnym testamencie Źle ma się kraj. Rozprawa o naszych współczesnych bolączkach. I ten sam, do którego zwraca się Stéphane Hessel w poruszającym manifeście Czas oburzenia!, książeczce, która latem 2011 roku staje się ewangelią zbuntowanej młodzieży europejskiej.

Historyk dziejów XX-wiecznej Europy Tony Judt, szczególnie pochłonięty problematyką europejskiej lewicy, rozpoczyna swą książkę zdaniem: "W naszym obecnym sposobie życia jest coś głęboko błędnego".

Sędziwy dyplomata i pisarz Stéphane Hessel, współautor Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, wzywa do protestu przeciwko światu masowej konsumpcji, pogardy dla słabych i władzy pieniądza.

Strzelecki wywodzi się z tradycji PPS. Chce budować wspólnotę humanizmu socjalistycznego. Jest boleśnie rozczarowany "realnym socjalizmem", który nie spełnia swych obietnic.

Ameryka, z jaką się zderza pod koniec lat 50. ubiegłego wieku, to kraina obfitości, w której likwidacja biedy jest - jak się zdaje - kwestią najbliższego czasu.

Ekonomista Tadeusz Kowalik, lewicowy działacz społeczny, opisuje tamten okres w USA jako stan wyjątkowej stabilności, złoty wiek kapitalizmu, cudu gospodarczego, który nigdy już się nie powtórzy. To również czas "ocieplonej" zimnej wojny. "Złagodniały także konflikty międzyustrojowe - pisze Kowalik - rywalizacja pomiędzy komunizmem i kapitalizmem pobudzała jego dynamikę. Dawały temu wyraz pierwsze publikacje wyrażające wiarę w konwergencję obu rywalizujących ustrojów".

Ale człowiek w tym raju jawi się Strzeleckiemu jako wydrążony.

Jaka nić łączy tych trzech autorów?

Hessel i Strzelecki to niemal rówieśnicy. Na polowaniach II wojny światowej są zwierzyną łowną, pierwszy jako Żyd i bojownik francuskiego Ruchu Oporu, drugi jako bojownik Polski Podziemnej i człowiek ukrywający Żydów. Hessel przechodzi piekło gestapowskich tortur, Buchenwaldu i obozów pracy przymusowej. Dobiegając osiemdziesiątki, w połowie lat 90. wstępuje do partii socjalistycznej.

Strzelecki siedział w aresztach żandarmerii niemieckiej i polskiej bezpieki. Jego biografia znów się zagęszcza w Październiku i w czasie Solidarności; ówczesne nadzieje to zastrzyki życia. Zaledwie rok dzieli jego śmierć od wybuchu wolnej Polski.

Na jego pogrzebie Marcin Czerwiński powiedział: "...Jan przeżywał jakoś bezpośrednio moralny skandal społecznego upośledzenia. To była obraza tego, co nosił w sobie człowieczego...".

Oto rdzeń ich myśli.

Judt urodził się po wojnie. Młodzieńcze marzenie o socjalistycznej wspólnocie próbuje realizować w marksistowskim syjonizmie i kibucach. Bada postawy intelektualistów wobec faszyzmu i komunizmu. Interesuje się Europą Środkowo-Wschodnią. Wykłada w Nowym Jorku. Wieszczy kres liberalnej Ameryki. On też ma swoje piekło - postępujący zanik mięśni. Umiera w 2010 roku, gdy ukazuje się jego socjaldemokratyczne credo Źle ma się kraj.

Człowiek w opisie Judta - przedkłada wydajność nad współczucie.

Człowiek Hessela - wyznawca produktywizmu.

Człowiek Strzeleckiego - w pogoni za "więcej".

Na takiego człowieka się nie godzą.

Pisze Judt: "Brakuje nam narracji moralnej, wewnętrznie spójnego objaśnienia, które nadałoby naszym działaniom cel wykraczający poza same te działania".

Taką narrację proponuje człowiekowi XXI wieku Strzelecki - myśliciel pozostający wciąż w czyśćcu zapomnienia.

*

Jego refleksja o Ameryce nie jest podszyta zawiścią przybysza ze Wschodu ani chęcią poniżenia konkurencyjnego obozu ideologicznego, ani pragnieniem zemsty na kapitalizmie... Jako intelektualista europejskiej lewicy nie czuje się obrażony dobrobytem Ameryki, zastrzega żartobliwie. Kieruje nim ten sam niepokój, który w kręgach amerykańskich humanistów zrodził pytania o libido consummandi.

Na stypendium w University of California gościł również na przełomie 1958 i 1959 roku profesor Włodzimierz Wesołowski, socjolog. Spotykał Strzeleckiego. - Janek chłonął nowe prace amerykańskich humanistów - opowiada - takich jak Fromm czy Riesman, którzy zwracali uwagę na tendencje do konformizmu i uniformizmu zachowań w społeczeństwie amerykańskim. Bądź taki jak inni, wtedy będziesz czuł się dobrze... Rynek narzuca nowy typ osobowości i wzory zachowań, które pozornie budują wspólnotowość, ale stanowią jej odwrotność. Chodzi o to, abyś czuł się włączony do grona sobie podobnych. Zyskasz poczucie bezpieczeństwa, wynikające z faktu, że nie odstajesz. W rezultacie wszyscy żyją w maskach. W Niepokojach amerykańskich Janek ostrzega: jeśli w Polsce stawiamy jedynie na materialne wymiary życia, to uważajmy, bo zgubimy osobowość ludzką. Jego troska oczywiście mało przystawała do socjalizmu ortodoksyjnego. Pod presją ideologii antyindywidualistycznej po rewolucji bolszewickiej w Rosji Majakowski napisał "jednostka zerem, jednostka niczym". Warto dodać, że w okresie pisania przez Janka Niepokojów... Nikita Chruszczow lansował hasło "dogonienia i prześcignięcia" Ameryki przez Związek Radziecki. Wtedy Strzelecki mówił, że może nie warto we wszystkim prześcigać Ameryki...

Ucieczka od wolności Ericha Fromma, Samotny tłum Davida Riesmana, Społeczeństwo dobrobytu Johna K. Galbraitha to ewangelie tamtego czasu i przewodnicy Strzeleckiego po Ameryce. W nich znajduje potwierdzenie własnych, jeszcze przedwojennych intuicji, że samo rozwiązanie "kwestii ekonomicznej" nie jest kluczem do spełnienia człowieka. Strzelecki odwołuje się również do literatury pięknej, zbuntowanej wobec dyktatu ekonomii: Johna Steinbecka, Gertrude Stein, Scotta Fitzgeralda. Nasyca swą książkę licznymi cytatami, nawet prasowymi, bo dyskusja o "mentalności rynkowej" już się wylała poza kręgi akademickie.

Jego diagnoza: "...biznesu o tej agresywności i sile ideologicznych pretensji nie było jak świat światem". Konsumpcja stała się narodowym rytuałem, wyznacznikiem społecznego uznania, wskaźnikiem indywidualnego prestiżu. Życie toczy się pod hasłem: "pokaż mi, co masz, a powiem ci, kim jesteś". "Każdemu ponad jego potrzeby, byle nie chciał mieć innych potrzeb".

Rynek, pisze Strzelecki, jest w tym sensie demokratyczną instytucją, że jednakowo rozpala wyobraźnię. "...Lepszy wóz, lepsza pralka, lepszy telewizor, lepsza łazienka, lepsze jedzenie, lepsze firanki, lepsze zabawki, lepsze meble (...), lepsze co jeszcze chcecie...". Jest przestrzenią "spotkania obywateli konsumentów różnorakiej społecznej kondycji". Żaden nie chce zostać w tyle. Równi i wolni dzielnie ścigają się "ku horyzontom lepszych rzeczy".

Zarazem rynek buduje społeczną piramidę bogactwa o zhierarchizowanych warstwach, powtarza za Thorsteinem Veblenem, a każda warstwa ma własne regulacje dotyczące ilości i sposobu konsumpcji.

Istnieje głęboka relacja pomiędzy przedmiotem i właścicielem. Wzajemnie użyczają sobie dostojeństwa wprost proporcjonalnie do ceny przedmiotu, bez związku z jego użytecznością. Akt kupna jest aktem ekspresji samego siebie. Słowa: lincoln, buick, cadillac, chrysler, ford nasycone są społecznym znaczeniem. Podobnie jak: rezydencja, willa, dom, mieszkanie...

Na szczytach panuje zasada "honorowej rozrzutności". "Bywali nawet tacy, co swoje dojście do czubka drabiny święcili przenoszeniem trumien swych rodziców na cmentarze bardziej odpowiadające ich nowej pozycji..." - zauważa Strzelecki z sarkazmem.

Jaki zespół cech tworzy marketing personality? To typ człowieka, który "upatruje wskaźnik wartości swej osoby w jej rynkowej cenie (...). Rynek pełni więc funkcję jaźni odzwierciedlonej; (...) jest to sędzia naszych cnót lub błędów, nieprzekupne, obiektywne sumienie...". Marketing personality to maska, "której wpływ sięga niezwykle głęboko w sferę myśli i uczuć, tworząc, drogą długotrwałego nawyku, rutyniczny sposób reagowania na świat i samego siebie".

Lecz owa maska nie jest ostatecznym kształtem człowieka - stwierdza dobitnie.

Strzelecki, autor wyszlifowanych jak kryształ mini-esejów o świecie ludzkich wartości (Próby świadectwa 1971), wycyzelowanych intelektualnie Zapisków 1950-1953 (1957) i zdyscyplinowanych Popaździernikowych rozważań (1981), w pisarstwie chłodny, ascetyczny, zdystansowany i wystrzegający się wszelkiego "ja" - w Niepokojach amerykańskich pozwala sobie na ton osobistej polemiki, soczystej ironii, namiętnej krytyki, żarliwego sprzeciwu.

A co z tymi, którzy są słabo przystosowani - pyta - i których trawi "niepokój nietrafnego istnienia"?

Człowiek nie jest jedynie "wynikiem całokształtu swych społecznych stosunków - pisał - lecz również wynikiem całokształtu tego, co owe stosunki skutecznie w nim tłumią".

Człowiek uwięziony w dyrektywie ideologicznej rynku - od dziecka poddany treningowi w konsumpcji, produkt kampanii reklamowych - kim jest? Jaka jest jego samowiedza? Jaki wewnętrzny pejzaż? W refleksji na ten temat Strzelecki przywołuje Fromma.

"Jego odczucie samego siebie nie płynie z czynności stworzenia, które kocha i myśli, lecz z pozycji uzależnionej ostatecznie od sumy dolarów" - powiada Fromm. Ciało, umysł i dążenia traktuje się jako kapitał. Życiowe zadania - jako inwestycję. Przyjaźń i życzliwość tracą wartość, przekształcają się w opakowanie, podnoszące cenę osoby na społecznej giełdzie. "Oto sposób, w który człowiek ten widzi samego siebie - nie jako pełną istotę, która kocha, nienawidzi, wyznaje przekonania, przeżywa zwątpienia, lecz jako abstrakcję, wyobcowaną z całości swej natury, pełniącą funkcję w społecznym systemie opartym na pulsowaniu kapitalistycznego rynku".

Skutki są dramatyczne, podsumowuje Strzelecki. Duchowość zastąpiona duchem biznesu. Sakralizacja produkcji i rozrywki. Hedonizm jako nowy ideał moralny. Wyjałowienie osobowości maskowane obowiązkowym optymizmem. Lęk przed wolnym czasem, którego nie wypełnia praca i nabywanie dóbr. Poczucie pustki. Grzęźnięcie w konformizmie. Nerwice... Tak wartości odtrącone - przyjaźń, prawda, samodzielność sądu - upominają się o siebie, to głos niepokoju o sens istnienia.

Bo gra w sukces nie jest grą o szczęście. Strzelecki przypomina o tym, odwołując się do Alexisa de Tocqueville'a: kto oddał serce pościgowi za dobrobytem, ten żyje w nieustannym pośpiechu i popłochu.

Zdaniem Strzeleckiego rynek narusza w człowieku jedną z podstawowych potrzeb: odczuwania własnej tożsamości. Aby tę potrzebę zaspokoić, człowiek musi sprostać danej mu przez zachodnią kulturę wolności, która jest dlań zarówno szansą, jak i ciężarem.

Strzelecki: "Powiedzieć: "stanę się sobą" to uznać, że się sobą dotychczas nie było, to utożsamić się z tym, co się dotychczas pracowicie próbowało stłumić (...). To wejść w obręb niepokojów nieznanej dotąd natury. Konformizm to przecież nie tylko stłumienie, to również pomoc, oparcie, krąg wspólnych symboli, gotowość świata, który nie stawia innych pytań niż te, na które odpowiedź jest znana. Konformizm to również postać ludzkiej tożsamości: utożsamienie się z czymś solidnym w swej powszechności, ułatwiającym poczucie przylgnięcia do ludzi (...). Jest obroną przed chaosem, (...) obcowaniem ze znanym zarysem świata, z wartościami, których treści nie trzeba określać samemu. Jest złożeniem odpowiedzialności za kształt własnego życia w ręce anonimowej wspólnoty, łagodzącej jakoś ciężar samotnej walki o byt i miejsce w wyścigu". Fromm: "Człowiek może osiągnąć pełnię samego siebie, jeśli nie zerwie łączności z podstawowymi faktami swego istnienia; jest ocalony, jeśli może przeżywać zarówno ocalenie miłości i solidarności, jak tragizm samotności i cząstkowości swojej egzystencji. Jeśli się pogrąży w rutynie i zagrzebie w przedmiotach, (...) traci dojście do samego siebie i łączność ze światem".

Do Ameryki poleciał w popielatym tweedowym garniturze; materiał dostał od ciotki tuż po wojnie.

Mieszkał z żoną i synkiem w klitce na Żoliborzu. Dopiero po przeprowadzce na przełomie lat 50. i 60. zyskał własny pokój. Pierwszy mały samochód, używanego fiata 500, kupił za pieniądze zaoszczędzone w USA. Na egzotyczne wakacje z rodziną - w Jugosławii - pozwolił sobie raz, w 1970 roku. Dopiero krótko przed śmiercią, z pieniędzy zaoszczędzonych podczas stypendium w Szwecji, kupił do domu pralkę automatyczną.

W latach 80. odwiedził go górnik z Piekar Śląskich, Franciszek Płoski. Na pożegnanie powiedział do Jadwigi: - U państwa taka święta skromność.

W 1943 roku, w konspiracyjnych "Płomieniach", Strzelecki napisał w nocie od redakcji, że luksus jest cechą stylu życia warstwy próżniaczej i symptomem dekadencji kultury.

*

Teatr Polski w Warszawie, kwiecień 2011 roku. Mimo swych 93 lat Stéphane Hessel energicznie wkracza na scenę. Salę wypełniają trzy pokolenia. W wielu dłoniach jego książka - wezwanie, by każdy znalazł własny powód do oburzenia i zaangażowania. "Najgorszą z postaw jest obojętność". Nie o taką wolność - lisa w kurniku - nam chodziło, pisał.

Pytanie: czym tłumaczy sukces Czasu oburzenia!? Wydana rok wcześniej książka została przetłumaczona na 27 języków, sprzedała się w dwóch milionach egzemplarzy i wciąż wywołuje rezonans. Liczy zaledwie 25 stron.

To próba wstrząśnięcia sumieniami, wyjaśnia, sygnał alarmowy, na który odpowiadają ludzie z poczuciem współodpowiedzialności za świat. Ci, którzy nie godzą się na coraz większy rozziew pomiędzy bogactwem a biedą, na przemoc i terroryzm, na destrukcję planety.

Prośba z sali, by zechciał wyjaśnić pojęcie odwagi.

Odpowiada, że bierze się ona z ufności do siebie samego, ze zrozumienia, kim jesteśmy. I dodaje, pozornie nie na temat: - Najsmutniejsi są ludzie, którzy sami siebie nie pokochali.

*

W dziewiątym miesiącu pobytu na stypendium Fundacji Forda w Ameryce, pod koniec lat 50., Helena Eilstein pisze list do Leszka Kołakowskiego. Jest jego koleżanką, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN w Pracowni Zagadnień Filozoficznych Nauk Przyrodniczych.

"Upominają mnie z Warszawy, że mój obraz Ameryki jest fałszywy i powinien ulec zmianie. Konfrontacja ze świadkiem Strzeleckim wypadła niekorzystnie dla oskarżonej. Oczywiście, to Jasio ma rację, Ameryka jest taka, ale nie taka zarazem".

Z aprobatą opisuje demokratyzm życia codziennego - profesor myje okna i podłogi podczas przeprowadzki zakładu. Nie ma prac lepszych i gorszych. Zarazem nie ma szacunku dla twórczości intelektualnej. Nie ma "estetyczno-obyczajowego oddziaływania intelektualistów na społeczeństwo". Ameryka daje się polubić - stwierdza - pod następującym warunkiem: "żeby przestać widzieć tę górę bogactwa na tle Afryki, Azji itd...".

Dwie dekady później, emigrantka po Marcu, jest wykładowcą na amerykańskim Uniwersytecie Stanowym Nowego Meksyku w Albuquerque.

List do Kołakowskiego z 3 lutego 1978 roku: "Stan tego społeczeństwa, w którym żyję, przeraża mnie. (...) Interesy partykularne, dziecinny egoizm nade wszystko. (...) Psychoterapeuta mówi, że nie jesteś taki zły, zaakceptuj siebie, że "należy ci się tyle co innym, takiemu, jakim jesteś". (...) Odnosi się wrażenie, że nie funkcjonuje tu na co dzień kategoria winy i wstydu, poprawy i przebaczenia (...), tylko wszechakceptacja na zasadzie zawieszenia sądów moralnych. Jakiś wielki wrzask "Ja", "daj", "give me"".

*

O przywrócenie ludzkim sprawom kontekstu moralnego upomina się trzy dekady później Tony Judt. Ów kontekst wymaga stosownego języka, pojęć etycznych. Słów, które dają życie, powiedziałby Strzelecki. Takich słów, dowodzi Judt, które odnoszą się do dóbr niepoliczalnych: zadowolenie, uczciwość, równość, zaufanie, braterstwo. I takich pytań, jakie przestaliśmy już zadawać: co, poza interesami, łączy nas z innymi ludźmi? Co to znaczy sprawiedliwość? Jak zbudować lepszy świat? Czy robisz coś pożytecznego dla świata? Co dobrego robisz w życiu?

"Jeżeli nie zaczniemy inaczej rozmawiać - pisze Judt - nie zaczniemy inaczej myśleć".

Dlaczego "źle ma się kraj"?

Bo z dobrobytu uczyniliśmy cnotę, odpowiada Judt.

Bo staliśmy się nieczuli na ludzki wymiar kosztów reform. Biednych naznaczyliśmy piętnem kainowym, w dowód ich osobistej klęski. "...szczycimy się, że jesteśmy wystarczająco twardzi, by zadawać ból innym".

Bo człowiek utracił poczucie bezpieczeństwa i pojawił się strach. A strach niszczy więzi, na których opiera się społeczeństwo obywatelskie.

Bo postępuje erozja wiary w kulturę i demokrację.

Bo liberalna demokracja może się zachwiać pod naporem ludzkiego lęku, poczucia upokorzenia i gniewu, które są wodą na młyn demagogów i szowinistów. Oni mogą cofnąć nas do rządów autorytarnych. Ludziom bowiem - bardziej niż na demokracji - zależy na przewidywalności i poczuciu bezpieczeństwa.

Bo zdemontowaliśmy państwo jako pośrednika między człowiekiem a rynkiem, jednostką a agendami globalnych finansów. I zabrakło poduszki bezpieczeństwa.

Kiedy w 1971 roku Judt podejmuje pracę uniwersytecką, studenci rozprawiają namiętnie o socjalizmie, rewolucji i konfliktach w Trzecim Świecie. Prawie każdy chce być marksistą.

W 1972 roku Strzelecki publikuje szkic Rozmiękczanie Ameryki, interesujące pendant do Niepokojów amerykańskich.

Miniona dekada przyniosła Stanom wojnę w Wietnamie i ruchy kontestacyjne młodzieży uniwersyteckiej. Opierając się na książce Charlesa A. Reicha Zieleni się Ameryka, Strzelecki diagnozuje nowe powody do niepokojów.

Znamienne, że to młodzież z dobrze przystosowanej klasy średniej masowo zbuntowała się przeciwko systemowi i zaczęła szukać innej tożsamości. I że to stan obfitości i uprzywilejowania spowodował opozycję, a nie ubóstwo. Skąd ta negacja? - pyta Strzelecki. Skąd przekonanie, że sen o Ameryce, "kraju piękna i obfitości, kraju ludzi wolnych", został zdradzony? "Skąd język nasycony dziwnym stopem mistyki, poezji i ekspresyjnego marksizmu...?".

Wściekłość młodych wzbudzają wielkie korporacje oraz imperialistyczne tendencje państwa, orzeka Strzelecki.

"Regulujące dynamikę tej maszynerii wskaźniki wzrostu nie są w żadnym związku ze wskaźnikami wzrostu człowieka i ludzkiej wspólnoty" - pisze. "...Przy zachowaniu priorytetów dotychczas obowiązujących (...) dalszy wzrost gospodarczy przynosić będzie wzrost nierówności, dalsze zniszczenie naturalnego środowiska, dalsze kierowanie energii w stronę celów o urojonej dla człowieka doniosłości, dalszą blokadę wyobraźni przez fałszywą świadomość, dalszą nieautentyczność społecznych stosunków...".

Jakiej zatem Ameryki chcą kontestatorzy? - zastanawia się. Jakiej Ameryki bronić i przed czym?

W latach 80. młodzież uniwersytecka żyje kwestią feminizmu, praw mniejszości seksualnych i tożsamości, zauważa Judt. Gdy pada mur berliński - pociągają ją dążenia wolnościowe w różnych częściach globu. Ten dyskurs w latach 90. ustępuje miejsca fantazjom o dobrobycie. Studenci Judta z przełomu wieków XX i XXI nie widzą wokół siebie wzorów do naśladowania, nie znajdują debat, w które chcieliby się włączyć. Celem staje się lukratywna posada. "Od czego mamy zacząć pokutę - pyta historyk - za wychowanie całego pokolenia ogarniętego obsesją na punkcie dóbr materialnych i obojętnego na większość innych spraw?".

*

Adam Michnik: - Kiedy Strzelecki wydał Niepokoje amerykańskie, niedostatecznie głęboko je zrozumiałem. Dziś, gdy patrzę na świat wokół mnie i porównuję go z intuicjami Janka i obserwacjami tego, co może z człowieka zrobić wolny rynek, ta książka wydaje mi się bezcenna.

Janka interesował problem humanizacji pracy. Gdy dziś słyszę: bądźcie przeciwko pracy w korporacjach! - nagle dostrzegam inny, współczesny wymiar jego dorobku.

Uważam, że - pomimo wszystkich mankamentów - na razie nie ma lepszego pomysłu niż wolny rynek i demokracja parlamentarna. Ale wiem, że wielu jest innego zdania, choćby środowisko "Krytyki Politycznej", które lansuje projekt socjalistyczny. Do tych ludzi skierowane są tużpowojenne teksty Janka o humanizmie socjalistycznym. Cokolwiek projektują, muszą zderzyć się z jego przestrogami. A potem z jego zapiskami z lat stalinowskich.

*

Recenzenci są zgodni: niepokoje Strzeleckiego są naszymi niepokojami.

Czy cywilizacji grozi "ruchliwa martwota"? Kto będzie mieszkańcem takiego świata? "Robot-wesołek czy człowiek nowego renesansu"? Czy o wartości "krótkiej chwili życia" stanowić będzie szczebel zajmowany przez człowieka "na złotej drabinie", czy zdolność do wewnętrznego rozwoju, tworzenia i kochania? Czy spełni się sen salesmanów, czy sen humanistów?

W dwudziestą rocznicę śmierci Strzeleckiego na poświęconej mu konferencji Tadeusz Kowalik stwierdził, że jego prognoza zrealizowała się z nawiązką. "Ulegliśmy owemu libido kosztem kultury wyższego rzędu, zanim zbliżyliśmy się do poziomu krajów wysoko rozwiniętych, co ma daleko idące konsekwencje. Inaczej jednak, niż zakładał Strzelecki, przejęliśmy kult rzeczy, pieniądza, kapitału w kraju jeszcze ubogim, przy skandalu niedożywionych dzieci".

Judt powie, że po upadku komunizmu Europa Wschodnia przeszła "od represyjnego egalitaryzmu do nieskrępowanej chciwości".

W posłowiu do książki Strzeleckiego Zygmunt Bauman zwraca uwagę, że dziś na strachy konsumenckie nakładają się "przeraźliwsze jeszcze koszmary". Boimy się nie tylko tego, że nie nadążymy, lecz i tego, że odpadniemy, że nas wcale nie wpuszczą na bieżnię.

Zagłębia biedy nie zniknęły, pisze Bauman. "Rosną mury dzielące więźniów miejskich gett od reszty mieszkańców". Rośnie zbiór "ludzkich odpadów". Już się nie mówi o ich "ponownym włączeniu w nurt normalnego życia". "...Idzie dziś tylko o to, jak ich skutecznie, na stałe i możliwie hermetycznie, odizolować - by nie dopuścić do reszty społeczeństwa ich trujących wyziewów...".

Co powiedziałby na to Strzelecki? Czy na Polskę dzisiejszą, jej enklawy luksusu i getta ubóstwa, patrzyłby w poczuciu bezradności czy z nadzieją? Czy jego projekt etyczny wspólnoty ludzkiej poniósł klęskę?

Krzysztof Pomian: - Dziś we wszystkich kontekstach bardzo źle by się odnalazł. Byłby mniej więcej w takim nastroju jak Żeromski w momencie pisania Przedwiośnia - z jednej strony marzenie o szklanych domach, z drugiej - odzyskany "śmietnik" ze wszystkim, co w nim jest. Na dodatek w klimacie, którego Polska międzywojenna nie miała - rozbestwionej pogoni za pieniądzem.

Jest coś do wzięcia ze Strzeleckiego - marzenie o godności ludzkiej. Ono nie jest oczywiście swoiste dla niego, ma swoją tradycję. Dla pokolenia Janka zagadnienie warunków społecznych, w których człowiek może żyć godnie, łączyło się ze sprawą robotniczą, a dla innych z chłopstwem. Ten problem nigdy nie został rozwiązany. Rozwiązania, które miały się okazać skuteczne, okazały się złym lekarstwem, gorszym od choroby, którą rzekomo miały leczyć. Niektórzy wyobrażali sobie, że komunizm został zlikwidowany, ponieważ kapitalizm rozwiązał swoje problemy. Przez chwilę można było nawet żywić takie nadzieje, ale dziś wiemy, że to były złudzenia. Problem godnego życia ludzi pracy - wszystko jedno, czy robotników, czy informatyków - nadal istnieje. Dlatego ruchy lewicowe będą się odradzały. Jaką postać przybiorą, nie wiemy, ale sięgnięcie do tego rodzaju tradycji, z której czerpał Janek - na styku bardzo otwartego chrześcijaństwa i bardzo otwartego socjalizmu - jest rzeczą całkowicie wyobrażalną.

W Polsce Ludowej - kontynuuje Pomian - wykonywano pewne gesty, które próbowały nadać pracy godność. Możemy się śmiać z "Barbórek" i portretów przodowników, ale dla robotników to nie było humorystyczne, oni się czuli dowartościowani. Dzisiaj w tle pewnych reakcji robotniczych jest również to poczucie, że się ich traktuje jak bydło; że w społeczeństwie owładniętym kultem pieniądza są niczym. Jeśli ktoś będzie szukał odpowiedzi na te pytania, sięgnie do myśli Strzeleckiego.

Ostatnie zdanie testamentu Judta to wezwanie do zmiany świata.

Hessel kończy swój manifest słowami: "Tworzyć to stawiać opór / Stawiać opór to tworzyć".

 

Rozdział 3POD NAPOREM TĘŻYZNY

Dziadek Edward Strzelecki studiował w Petersburgu. W Królestwie Polskim budował koleje. Babka Natalia (ze strony matki Jana) pochodziła ze spolszczonej rodziny niemieckiej.

Matka, Janina z domu Panasewicz, uczyła w łódzkim gimnazjum francuskiego i historii oraz wykładała na tamtejszym Uniwersytecie Powszechnym. W Warszawie, w latach 20., była nauczycielką języka polskiego, działaczką społeczną. Władysława Strzeleckiego poznała zapewne podczas studiów w Krakowie na początku XX wieku.

Władysław, ojciec Jana, miał młodość burzliwą. Jako uczeń łódzkiego gimnazjum współorganizował strajk szkolny 1905 roku. Wydalony, uczył się w Zurychu. Związany z PPS-Lewicą. Studia matematyczne ukończył w 1913 roku w Wiedniu. Na początku I wojny światowej osadzony przez Niemców w obozie dla politycznie podejrzanych. Od 1915 roku w Łodzi, działacz socjalistyczny.

W drugim roku istnienia niepodległej Polski urodził się Jan, trzecie dziecko Władysława i Janiny. Wiele lat później napisze we wspomnieniu, adresowanym do własnego syna: "miałem (...) beztroskie dzieciństwo, jeśli pominąć takie "drobiazgi", jak stały konflikt mojej starszej siostry z matką i od dawna widoczne głębokie rozdźwięki między rodzicami".

Ojciec wykładał matematykę finansową w warszawskiej Wyższej Szkole Handlowej, był wybitnym znawcą w dziedzinie ubezpieczeń społecznych. W połowie lat 20. został dyrektorem Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych. Matka publikowała felietony o sprawach oświaty i kultury. Po przewrocie majowym on nadal ciążył ku PPS, ona - ku sanacji (zaangażuje się później w akcje wyborcze i poprowadzi sanacyjny salon). Pod skrzydłami bbwr współzakładała Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet. Współtworzyła warszawski teatr dla dzieci i młodzieży.

W 1930 roku przeprowadzili rozwód.

W 1935 roku umarł na atak serca ojciec, miał 47 lat.

W tym czasie u starszej siostry Jana, Anny, ujawniła się schizofrenia.

W 1937 roku, podczas pobytu w sanatorium w Jaworzu, umarła matka, zator, miała 47 lat.

Jan właśnie zdawał maturę. Jego brat Jerzy studiował na Politechnice Warszawskiej.

- Nie jestem zwolennikiem biografizmu, ale uważam, że to jest kluczowy moment w Janka biografii - mówi Michał Komar, pisarz, przyjaciel Strzeleckiego. - On się potem przekłada na poszukiwanie opisu własnej sytuacji. Ta sytuacja to samotność.

Na zdjęciu przyklejonym do świadectwa dojrzałości chłopiec patrzy nieco w górę i uśmiecha się, jakby w chmurach dostrzegł przyjazny obiekt. W podaniu o przyjęcie na uniwersytet, w rubryce "dalsze szczegóły życia", wiersz pod wierszem wpisał:

"W grudniu roku 1935 umarł mi Ojciec.

W maju roku 1937 umarła mi Matka".

Nic więcej.

W niepublikowanych wspomnieniach Jadwiga Strzelecka pisze: "Jankowi w tym czasie ogromnie pomogła przyjaźń z Haliną (później Kenarową) i Bolesławem Micińskimi. W stanie bliskim załamania i depresji mieszkał u nich przez kilka tygodni". Miciński jest filozofem, eseistą. Umrze na gruźlicę w czasie wojny we Francji.

Osieroconym rodzeństwem opiekuje się ciotka Maria Robakiewiczowa, siostra matki.

W powojennych brulionach Strzelecki opisał drobiazgowo górskie buty ojca. "Wielkie, czarniawe, z twardej, nieustannie smarowanej skóry, kute naokoło hakami o wyrafinowanej rzeźbie, z podeszwą grubą, nabitą, jak brukowcami, głowami wojskowych gwoździ". Wspominał z czułością wełniane skarpety ojca i owijacze khaki, jakby wciąż miał je przed oczami. Opisał swą inicjację tatrzańską - przejście po klamrach przez Zawrat wśród zapachu ostrego powietrza, w przeciągach wiatru, pod czujnym okiem ojca. I smak szczęścia, który mu wtedy towarzyszył: "...poczucie przyjęcia przez świat wspaniały i wymagający, wdzięczność za to, że tak właśnie jest". I pragnienie, które się w nim - chłopcu - wówczas obudziło: by swobodnie wędrować "po tym świecie jako po swoim świecie".

- W opowiadaniach Janka pojawiał się stryj Edward jako postać, która zaważyła na jego życiu i sposobie myślenia - wspomina profesor Maryla Hopfinger-Amsterdamska, socjolog kultury.

Syn Edwarda, Piotr Strzelecki, inżynier: - Ojciec obracał się przed II wojną światową w środowisku lewicującej inteligencji związanej ze Szkołą Główną Handlową oraz Instytutem Gospodarstwa Społecznego - w kręgu profesorów: Ludwika Krzywickiego, Konstantego Krzeczkowskiego, Zygmunta Limanowskiego - syna Bolesława Limanowskiego z PPS-Lewicy, Tadeusza Szturm de Sztrema z IGS. Drugim kręgiem kontaktów byli inteligenci skupieni wokół Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej - profesorowie Maria i Stanisław Ossowscy, inżynier Stanisław Tołwiński. Według znanych mi źródeł ojciec był członkiem PPS-Lewicy w okresie I wojny światowej, później nie należał do żadnej partii.

Ekonomista; pod koniec lat 20. zostaje bliskim współpracownikiem marksizującego Krzywickiego. IGS bada najważniejsze problemy społeczne ówczesnej Polski. Edward przygotowuje ankiety dotyczące warunków życia robotników w Warszawie, Łodzi i Zagłębiu Dąbrowskim. W latach 30. zajmuje się strukturą społeczną wsi i bezrobociem wśród chłopów. Gdy młodziutki Jan przygotowuje się do matury w elitarnym, prywatnym gimnazjum męskim Towarzystwa Ziemi Mazowieckiej przy ulicy Klonowej, Edward bada rynek pracy i pisze (wraz z Ludwikiem Landauem z IGS i Kazimierzem Korniłowiczem z Instytutu Spraw Społecznych) głośną później książkę Młodzież sięga po pracę (1938). Inspirujące musiały być ówczesne rozmowy stryja z bratankiem, zatopione w klimacie żoliborskiego WSM-u.

Opowiada profesor Andrzej Nowicki, filozof kultury (jego stryj Marian Nowicki, działacz PPS, był współzałożycielem WSM-u i jego prezesem w latach 30.): - Większość inteligencji PPS ukształtowana przez Edwarda Abramowskiego uważała, że socjalizm można zbudować oddolnie. W idei WSM-u chodziło nie tylko o to, żeby ludzie pracy mieszkali w przyzwoitych warunkach, ale żeby spółdzielczość mieszkaniową uczynić instytucją kulturalną. Poznałem tę działalność WSM-u w latach 30. Młodzież należała do świetlic, kwitły biblioteki, działało kino Tęcza. Ludzie mieli kontakt z rozmaitymi dziedzinami kultury. Gdy pod koniec lat 20. wybuchł kryzys, spółdzielnia wypuściła własne pieniądze. Lokatorom, którzy przestali płacić komorne, proponowano prace w spółdzielni przy budowie domów. Wynagrodzeniem były bony, za które mogli kupować podręczniki szkolne, żywność i którymi spłacali zaległy czynsz.

Po wojnie Strzelecki powie, że WSM stanowił przyczółek dobrej, socjalistycznej roboty w środku kapitalistycznego miasta. "W tę ideę osiedla była wpleciona wielka nadzieja na odrodzenie ludzkiej wspólnoty".

Jerzy Strzelecki, syn Jana, socjolog i ekonomista: - Wyboru socjalizmu mój ojciec dokonał przed wojną. Gdybym był złośliwy, określiłbym ojca jako arystokratycznego socjalistę. Ten młody chłopak - wychowany w bardzo dobrej rodzinie, odwożony do szkoły przez kierowcę jednym z pierwszych samochodów, jakie jeździły ulicami Warszawy - w czasie Wielkiego Kryzysu widzi nędzę dookoła i jest na nią wrażliwy.

Podczas spisu ludności w 1931 roku ankieterem wolontariuszem był Juliusz Bożydar Saloni, wówczas gimnazjalista, wkrótce działacz przedwojennego Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, w czasie wojny pierwszy mąż Jadwigi Strzeleckiej. - Chodziłem w okolicach Hali Mirowskiej - opowiada - jaka tam była straszna nędza! Po kilkanaście osób w izbie, kran na korytarzu, głód. Ludzi wyrzucano z fabryk na bruk.

Jan z rodzeństwem zajmują dawne mieszkanie matki przy Hipotecznej. Żyją z renty po ojcu.

Po maturze chłopiec jedzie na kurs języka i literatury francuskiej do Cannes, organizowany przez międzynarodowy związek akademicki. Jesienią rozpoczyna studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Ma zajmować miejsce w ławkach parzystych, jak zaznaczono w legitymacji. Nieparzyste były dla Żydów.

Żyje skromnie. Zachowało się jego podanie do rektora z marca 1938 roku, w którym prosi o zwolnienie z kary finansowej za zwłokę w opłacie czesnego; tłumaczy, że rentę otrzymał z opóźnieniem. Pierwszy rok zaliczy na trójkę.

Poznaje Jadwigę Brzezińską, studentkę psychologii i działaczkę Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego; Jaga po wojnie zostanie jego żoną.

Jego więź ideową ze stryjem Edwardem wzmocnią najbliższe lata - obaj będą działać w podziemiu socjalistycznym. W grudniu 1948 roku, po połączeniu PPS z PPR, Edward - wówczas wiceprezydent Warszawy - nie wstąpi do nowo powstałej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jan przyjmie legitymację - na trzy dziesięciolecia.

W swej pracy magisterskiej z 2007 roku na temat koncepcji wspólnoty Strzeleckiego Agata Szczęśniak, dziś związana z "Krytyką Polityczną", stwierdza: "Ze wszystkimi wieloznacznościami i pułapkami zaangażowania Strzelecki wpisuje się w linię polskiej radykalnej inteligencji - Ludwik Krzywicki, Edward Abramowski, Stanisław Brzozowski, Oskar Lange, a potem także Leszek Kołakowski czy Bronisław Baczko".

*

Kołakowski powiedział w starości, że człowiek staje się tym, kim jest, w pierwszej dekadzie swojego życia.

Obraz z jego wczesnego dzieciństwa w Radomiu: na ulicy stoi człowiek z czapką w wyciągniętej dłoni. W twarzy rozpacz. Stracił pracę.

Sunie środkiem ulicy demonstracja. Radom to miasto robotnicze, pepeesowskie.

Ma sześć lat, rok 1933. W loterii fantowej w parku Kościuszki wygrał gipsowe popiersie Napoleona. Ktoś mu mówi, że ten zły człowiek przelał w wojnach rzekę krwi. Chłopiec trzaska figurką o ziemię.

Na pocztę wchodzi młody Żyd, zdejmuje czapkę, pod nią ma jarmułkę. Podbiega doń mężczyzna z wrzaskiem, że jarmułka znieważa godło państwowe, ciosem w głowę usiłuje ją strącić. Chłopiec patrzy.

Po śmierci matki mieszka u ciotki lekarki w Łodzi. Na pierwszej lekcji nauczycielka pyta dzieci o wyznanie. W klasie są katolicy, żydzi, luteranie. Chłopiec stwierdza: - A ja jestem bezwyznaniowy.

- Patrzcie no - krzyczy nauczycielka - coś podobnego, wszyscy ludzie mają swoją religię, nawet Żydzi mają, a tu znalazł się taki filozof, co powiada, że jest bezwyznaniowy!

Wydalony ze szkoły.

Jest nieochrzczony. Ojciec uważa, że człowiek może przyjąć chrzest dopiero w dojrzałości. Jerzy Kołakowski, lewicowy publicysta, zaprzyjaźniony z socjalistami i komunistami, działa w ruchu spółdzielczym i oświatowym. Wolnomyśliciel. Nie narzuca synowi przekonań, ale chłopiec wzrasta w klimacie myśli liberalnej i antyklerykalnej.

"W tym wszystkim mieściła się jakby odraza do motłochu i do kultury ludowej - tak Leszek Kołakowski opisze ów klimat po latach - połączona ze swego rodzaju (...) abstrakcyjną identyfikacją ze sprawą ludu (...). Polski katolicyzm był dla mnie po stronie tej tradycji, której nie lubiłem, z uwagi głównie na jej organiczny związek z typem polskości, który był mi obcy". To typ sienkiewiczowsko-narodowy.

*

"Orka na Ugorze", pismo społeczno-literackie lewicy demokratycznej, debiutuje w lutym 1938 roku. Dział literacki prowadzi Gustaw Herling-Grudziński, student polonistyki. Strzelecki pisze dla miesięcznika - wkrótce tygodnika - recenzje książek, komentarze polityczne, przygotowuje przeglądy prasy. Młodzi lewicowcy spotykają się w mieszkaniu przy Nowym Świecie 21.

Ich korzenie to ruch niepodległościowy Piłsudskiego i PPS - deklarują w pierwszym numerze; ich cel to zatrzymać ofensywę "dmowszczyzny", która odradza się w ruchu narodowo-radykalnym. "Polska nigdy oenerowską nie będzie" - zapowiadają. Pragną kształtować nowy typ człowieka: wolnego, kierującego się nakazem serca, rozumu, ideą miłości bliźniego, pragnieniem prawdy.

Drogę wyznacza im myśl Stanisława Brzozowskiego i Stefana Żeromskiego. Każdy numer przetykają cytatami.

"Kto chce żyć, musi wydobywać z siebie kształt życia, zdolny stawiać opór światu". To Brzozowski, Legenda Młodej Polski.

"Postęp ma własność światła, biegnącego w dal wiekuiście (...). Etapami jego drogi są - praca pospólna w jasności dnia, dźwiganie wszystkiego ku dobremu, (...) ofiara ze siebie i braterstwo". To Snobizm i postęp, Żeromski.

Michał Komar: - Była to trzecia fala fascynacji Brzozowskim w kulturze polskiej. Właśnie pod koniec lat 30. Kazimierz Wyka zaczął wydawać pisma Brzozowskiego.

- Janek miał w sobie pozytywistyczno-romantyczny entuzjazm - mówi Maria Ofierska - był spadkobiercą tych postaw.

Antropolog kultury Mariusz Czubaj zwraca uwagę na wpływ Żeromskiego na język wypowiedzi Strzeleckiego: "...o sprawach wzniosłych trzeba równie podniośle mówić".

Jesienią 1938 roku Jan publikuje cykl reportaży z Polski - plon wakacyjnych wędrówek. Opisuje pracę lekarza z Markowej na Podkarpaciu, który leczy ludzi biednych. Relacjonuje przebieg dyskusji wychowanków Uniwersytetu Ludowego w Gaci o roli kultury. "Proste powiedzenie o "wychowaniu na ludzi" zdobywa tu nowy, najprawdziwszy sens" - stwierdza z egzaltacją. Śledzi budowę zapory wodnej w Rożnowie. "Kto wyparł echo historii warkotem stalowych świdrów? Myśl. Dobra, błogosławiona myśl o innej Polsce".

A oto Stalowa Wola. Huta w budowie, pęd maszyn, młoty, kominy i "napięta lina dźwigu" fascynują go. "Stalowa Wola zacznie pracę oszalałym, wspaniałym rytmem" - pisze; "z piasków wiślanych i z piasków nadmorskich ciec będzie w Polskę jasne, słoneczne szkło".

Niebawem zniknie wilgotna nędza miasta, chaty "wpięte, jak szare ćmy, w zagony kartofli". Przy hucie "trysną nad ziemię stalowo-szklane kolumny domów". Powstanie "jasne miasto robotników, zielone, uspakajające, gromadne, spółdzielcze". Wolni, silni ludzie będą budowali świat "nie cudzego bogactwa, a własnego dostatku i własnej, żywej kultury (...). Spełni się Brzozowskiego legenda Młodej Polski. (...) Spełni się Żeromskiego sen o szklanych domach..." - marzył.

Kilka lat po śmierci Strzeleckiego socjolog Jadwiga Staniszkis napisała: "...traktował lepiej tych, którzy mieli od niego niższą pozycję, niż tych umieszczonych wyżej w hierarchii (szczególnie - w hierarchii władzy). Jak wynikało z jego zapisków, korzenie takiej postawy tkwiły w datującym się sprzed wojny poczuciu winy inteligenckiego dziecka wobec nędzy innych. Towarzyszył temu szczególny, podświadomy elitaryzm, polegający na autoafirmacji połączonej z gotowością złożenia ofiary z siebie i poczuciem, że to ma znaczenie".

Będzie sobie wyrzucał, że nie przeżył doświadczenia budowy Nowej Huty po wojnie. Tego aktu wstąpienia inteligenta do "praproletariackiego źródła" - jak wspominał Tadeusz Konwicki, który jako robotnik w Nowej Hucie zbierał materiał do produkcyjniaka Przy budowie - "aktu ponownego chrztu, oczyszczenia, może nawet jakiegoś niejasnego odkupienia".

Kiedy więc w 1955 roku Adam Ważyk w Poemacie dla dorosłych przedstawił to sztandarowe przedsięwzięcie socjalizmu jako piekło wykorzenionej, ciemnej "hałastry" o "skundlonych ambicjach", piekło "piętnastoletnich kurewek" o uśmiechu "jak z wapna", piekło ludzkiej "kaszy" karmionej "pustką wielkich słów" - Strzelecki głośno zaprotestował.

"Nawet Dante nie zdołałby nas przekonać, że to jedyne polskie kwiaty dziesięciu lat socjalizmu" - napisał w "Nowej Kulturze". Wizję poety nazwał "perspektywą heroicznej histerii".

- Pracowałem w Nowej Hucie jako robotnik-junak w Służbie Polsce - wspomina Krzysztof Teodor Toeplitz, w drugiej połowie lat 50. dziennikarz "Nowej Kultury". - Widziało się to od samej podszewki, a Jasio się nad tym unosił na skrzydłach.

Opowiada Stefan Bratkowski, publicysta i pisarz, który wówczas kończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim i współorganizował klub dyskusyjny zbuntowanej młodzieży Klan Płonącego Pomidora: - Bywaliśmy w domach robotników w Nowej Hucie. To ja przywiozłem Jankowi reakcję z Krakowa na Poemat dla dorosłych. Powiedziałem mu, że nas i naszych przyjaciół robotników uraził sposób, w jaki Ważyk ich potraktował.

Profesor Janusz Reykowski: - W owym czasie zmiana statusu klasy robotniczej jest czymś bardzo wyrazistym. To było rzeczywiste doświadczenie. Miałem przyjaciela z rodziny robotniczej, przychodził na zajęcia w Studium Nauk Społecznych w połatanych spodniach, bo innych nie miał. Nam, inteligenckim dzieciom, on imponował tymi spodniami! Stał wyżej przez te swoje łaty.

W marcu 1938 roku "Orka na Ugorze" alarmuje: endecja w ofensywie!

- Pamiętam ciągłe zawieszanie wykładów na uniwersytecie z powodu napadów ONR-u na profesorów - wspomina Juliusz Bożydar Saloni, wówczas student psychologii. - Byliśmy z Leszkiem Raabe, działaczem socjalistycznym, w redakcji "Robotnika" przy Wareckiej 7. Na dole maszyny, na górze redakcja. Bojówki ONR-u zaczęły zbierać się na ulicy, żeby splądrować redakcję. Leszek mówi do naczelnego Mieczysława Niedziałkowskiego: "Towarzyszu, a wy nic nie działacie?!". Niedziałkowski: "Popatrz przez okno". Zajeżdżają ciężarówki i wyskakują z nich tragarze z Hali Mirowskiej. Wystarczył jeden telefon i przyjechali nam na odsiecz! To była prawdziwa partia socjalistyczna!

W artykule wstępnym z marca 1939 roku "Orka..." odnosi się do endeckich ekscesów we Lwowie - zamordowania dwóch żydowskich studentów, manifestacji antyukraińskich, pobicia młodzieży ludowej. "Hydra odrasta. Hydrę trzeba zniszczyć".

Strzelecki pomaga Jadwidze i jej przyjaciółce, Krystynie Stojanowskiej (później żona Herlinga-Grudzińskiego) w zbieraniu podpisów pod memoriałem do władz uniwersytetu w sprawie przejawów antysemityzmu na uczelniach. Napisze w 1958 roku, że w owych latach, wraz z grupą lewicowych studentów, dzielił "chleb ławkowego getta z kolegami Żydami". I obserwował każdego dnia "przybór rewolucji nihilizmu, chętnie żegnającego się krzyżem".

U jej szczytu, w roku 1942, skupieni wokół Strzeleckiego w piśmie "Płomienie" młodzi ludzie dokonają rozrachunku z rzeczywistością lat 30. W pierwszym numerze "Płomieni" napiszą: "Zrzekano się na rzecz wodzów samodzielności, (...) uwznioślając tę ucieczkę od siebie ideałem służby i wierności (...). Władza, ład, bezpieczeństwo, stały się fetyszami (...). Powrócił do znaczenia wojenny słownik i pochwała wojny. Powstał nowoczesny, jak pochwalnie mówili jego zwolennicy, totalistyczny nacjonalizm". Wyśmiewano demokrację jako słabość, szkodliwy pacyfizm i schyłkowość. Szerzono wiarę w "realizm oddziałów szturmowych" i "heroizm partyjny".

Teraz, na chwilę przed wojną, gdy Jan pisze tekst dla "Orki na Ugorze" o tym, co dalej z Polską, ma przed oczami Wiedeń, w którym niedawno spędził dzień w drodze do Cannes. W mieście łopotały już triumfalnie hitlerowskie flagi.

Co dalej z Polską w kleszczach konfliktów? Strzelecki obwinia polską politykę, iż przez swą "bezmyślność i szowinizm" wyrządziła na wschodniej granicy, w kwestii ukraińskiej, "trudne do naprawienia szkody". W kwestii niemieckiej pozostaje jedno - stanąć w poprzek niemieckiej potędze.

"Jesteśmy młodzi" - piszą w "Orce..." w przededniu wojny. "Na scenie historii pokolenie nasze grać będzie dopiero jutro".

*

Na łamach "Płomieni", w połowie wojny, Strzelecki dociekał istoty faszyzmu. Osią jego eseju Idea a interes jest cytat z dzieła jednego z czołowych ideologów tego prądu Guida Bortolotto: "Faszystowski pogląd na świat jest poglądem wyraźnie etycznym". Strzelecki obnaża subtelny proces tworzenia mitu - atrakcyjnego opakowania, patetycznego kłamstwa, które ma wabić ludzi, manipulować ich uczuciami, pętać ich wizją wspólnego dzieła, wydobywać z nich oddanie i ofiarność.

Mit geniuszu wodza, doniosłości historycznej, wspólnoty organizuje psychikę ludzką "w służbie pożądanego przez elitę działania. (...) Tworzenie mitów staje się po zdobyciu władzy maksymalnie zracjonalizowanym działem administracji państwowej, mającej za zadanie dostarczać obywatelom częstych i silnych natchnień i przeżyć, wzmacniających przez łączność z mitem poczucie wartości".

To proces "racjonalnego wytwarzania irracjonalnych wzruszeń, spajających totalistyczne szeregi".

Istotą faszyzmu - stwierdza - jest wyjęcie polityki i całego życia spod władzy sądu etycznego. "Faszyzm i hitleryzm są nawrotem do siły i do jasności. Do siły - gdyż przywracają władzę elit na niej opartych, i do jasności - gdyż opierają politykę na właściwych temu działaniu pojęciach - swój-obcy, przyjaciel-wróg, życie i śmierć. Jest to męski odwrót od liberalnej czułostkowości..." - pisał ironicznie.

Wrócił do tematu w zapiskach z marca 1951 roku ostrą konstatacją: każdy jest potencjalnym faszystą; faszyzm mógł rozwinąć się w Polsce. "Polscy bezrobotni wstąpiliby do SA, robotnicy budowaliby polskie Partei-Staat. Jeździliby po Polsce w ramach Kraft durch Freude, pilnowaliby więźniów w polskich obozach, walczyliby o polskie kolonie itd. (...) i nic by w tym nie było dziwnego, nadzwyczajnego, oburzającego - po prostu historia. Niemcom się po prostu przydarzyło - i właściwie oni zdejmują ciężar grzechów ze wszystkich potencjalnych faszystów...".

W referacie, który rok przed śmiercią wygłosił na konferencji w Chicago, poświęconej problemom zła moralnego w polityce XX wieku, podjął temat Holokaustu. Przygotowując tę pracę w Laskach, prowadził studia nad dziejami hitleryzmu. I znów zanurzał się w swe okupacyjne doświadczenie.

Historyk idei profesor Jerzy Jedlicki powiedział w filmie o Strzeleckim, że jego twórczość przenika wciąż to samo pytanie: skąd człowiek może czerpać siłę, która pozwala mu oprzeć się ciśnieniu totalitaryzmu?

*

Ostatnie przed Wrześniem wakacje grupa przyjaciół ze środowiska "Orki na Ugorze" rozpoczyna spływem kajakowym po Dunajcu. Gustaw Herling-Grudziński, Krystyna Broniatowska (później Griffith-Jones, tłumaczka między innymi Gombrowicza), Bohdan Rożen. I Strzelecki - świeżo po egzaminie kończącym drugi kurs studiów. Ma poprawkę z prawa narodów, już do niej nie przystąpi.

Fala wywróciła kajak Bohdana, chłopiec umiera. Wstrząśnięci wracają do Warszawy.

W lipcu jadą we troje nad Jeziora Augustowskie. Pół wieku później, krótko przed swą śmiercią, Strzelecki poprosił Herlinga w liście wysłanym do Neapolu ze Szwecji: "Napisz (...) słów parę, żebym choć przez chwilę poczuł, że namiot nad Jeziorem Białym naprawdę istniał".

Namiot istniał naprawdę i pogrążał się w cieniu nadchodzącej wojny. Nocami prowadzili niespokojne rozmowy o Polsce i Europie.

Mogli rozważać genealogię i ekspansję faszyzmu. Skąd się wzięła "tępa ofiarność Hitlerjugend - ofiarność skłamanej, sfałszowanej sprawie"? - zapyta w połowie wojny grupa "Płomienie". Z charakteru narodowego Niemców? Z ich militarystycznej psychiki? A może wspólnikami w "postępach i zwycięstwach "ducha czasu" - ducha III Rzeszy" - jest "wielka część europejskiej opinii", która odwracała oczy od naporu hitlerowskiej tężyzny?

Mogli rozważać bezradność socjalizmu wobec faszyzmu. W "Płomieniach" z października 1942 roku Strzelecki oskarży przedwojenne środowiska socjalistyczne o bezwładność ideową, nie zdobyły się bowiem na żaden poważniejszy opór. Zgłosi postulat "myślowej przebudowy socjalizmu".

Mogli też z Herlingiem wróżyć sobie przyszłość: dokąd rzuci ich podmuch wojny; kto z nich przeżyje... Nie podejrzewali zapewne, że w ich relacje powojenne, intelektualisty z PRL-u i pisarza emigranta - antykomunisty, wkradnie się bolesna obcość.

Obraz młodzieńczego Jana - na chwilę przed Wrześniem - zachował się w kilku wspomnieniach.

Herling: "urzekało mnie kilka [jego] cech: czystość, dobroć, szlachetność, zdewaluowana dziś nieco ideowość, ogromne jak na młodego studenta oczytanie...".

Bohdan Tomaszewski, ówczesny partner Strzeleckiego w tenisie: "Estetyka ruchów, przy znacznie mniejszej skuteczności. Ważniejsza była dla niego sama przyjemność gry niż zdobywanie punktów, co było czasem denerwujące dla zachłannego partnera, myślącego jedynie o zwycięstwie. Nie, tej zachłanności nie było w nim w ogóle".

W przyjaznym uśmiechu wielkiego blondyna ujawnia się chwilami bezradność i bezbronność, wspomina Tomaszewski. Dziewczyny szaleją za tym przystojniakiem w dwurzędowym garniturze i kapeluszu. Jego kapitan z Polskiego Związku Tenisowego uważa go wręcz za playboya. Jadwiga spotyka Jana i jego brata na Hali Gąsienicowej: "...dwaj uroczy chłopcy wyłonili się z gór...".

Tamtego lata Jan przychodzi do klubu Legii i zabiera z szafki swój sprzęt tenisowy. Niedawno został mistrzem Polski juniorów w deblu (wraz z Jerzym Gottschalkiem), wicemistrzem Polski w singlu. Teraz mówi, że "daje sobie z tym wszystkim spokój".

Bo widział śmierć przyjaciela?

Bo stan psychiczny Anny - siostry - się pogorszył?

Bo groza wisi w powietrzu?