PROLOG - PYTANIE YALEGO
Wszyscy doskonale wiemy, że historia ludów zamieszkujących poszczególne części naszego globu potoczyła się w sposób rozmaity. W ciągu owych 13 tysięcy lat, które upłynęły od końca ostatniego zlodowacenia, w niektórych regionach świata powstały wykształcone i uprzemysłowione społeczeństwa używające metalowych narzędzi, podczas gdy w innych pojawiły się jedynie społeczności niepiśmiennych rolników, a jeszcze gdzie indziej istniały wciąż tylko wspólnoty zbieracko-łowieckie posługujące się narzędziami z kamienia. Te historycznie uwarunkowane różnice wywarły przemożny wpływ na kształt współczesnego świata, ponieważ wspomniane wykształcone społeczeństwa dysponujące metalowymi narzędziami podbiły lub wytępiły pozostałe ludzkie społeczności. O ile jednak istnienie tych różnic stanowi jeden z najbardziej fundamentalnych faktów w dziejach świata, o tyle ich przyczyny pozostają wciąż niejasne i nadal wzbudzają kontrowersje. I właśnie to niełatwe pytanie o ich pochodzenie zostało mi zadane ćwierć wieku temu w prostej, osobistej formie.
W lipcu 1972 roku spacerowałem po plaży na tropikalnej wyspie Nowej Gwinei, gdzie, jako biolog, prowadzę badania nad ewolucją ptaków. Wcześniej słyszałem już co nieco o nietuzinkowym lokalnym polityku imieniem Yali, który objeżdżał wówczas ten właśnie okręg. Tak się złożyło, że owego dnia obaj szliśmy plażą w tym samym kierunku i Yali niebawem mnie dogonił. Szliśmy więc razem przez godzinę, cały czas przy tym rozmawiając.
Yali emanował charyzmą i energią, a jego oczy błyszczały wręcz hipnotyzująco. Z dużą swobodą i pewnością siebie mówił o sobie, ale także zadawał mnóstwo dociekliwych pytań i bardzo uważnie słuchał. Naszą rozmowę rozpoczęliśmy od tematu, który zaprzątał wówczas myśli każdego mieszkańca Nowej Gwinei: postępujących w szybkim tempie wydarzeń na lokalnej scenie politycznej. Papua Nowa Gwinea, jak nazywa się obecnie kraj Yalego, była wtedy jeszcze zarządzana przez Australię w ramach mandatu ONZ, ale w powietrzu czuć już było powiew zbliżającej się niepodległości. Yali opowiadał mi więc, jaka jest jego rola w tym, by skłonić rodaków, aby przygotowywali się na jej nadejście.
Po pewnym czasie mój rozmówca zmienił temat i zaczął zadawać mi rozmaite pytania. Sam nigdy nie opuścił Nowej Gwinei i ukończył jedynie szkołę średnią, lecz jego ciekawość świata była wręcz nienasycona. Najpierw chciał więc dowiedzieć się jak najwięcej o moich badaniach dotyczących ptaków z Nowej Gwinei (interesowało go także, ile mi za nie płacą). Opowiedziałem mu zatem o tym, jak różne grupy ptaków zasiedlały wyspę w ciągu milionów lat. Potem spytał, w jaki sposób przodkowie jego ludu docierali na Nową Gwineę na przestrzeni ostatnich dziesiątków tysięcy lat i jak przebiegała kolonizacja wyspy przez białych Europejczyków w ciągu minionych dwustu lat.
Nasza rozmowa przez cały czas toczyła się w przyjacielskim tonie, mimo że obaj zdawaliśmy sobie sprawę z napięcia, jakie istnieje pomiędzy społecznościami, które reprezentowaliśmy. Zaledwie dwa wieki temu wszyscy mieszkańcy Nowej Gwinei nadal "żyli w epoce kamienia łupanego", to znaczy wciąż jeszcze posługiwali się kamiennymi narzędziami podobnymi do tych, które przed wieloma tysiącami lat zostały zastąpione w Europie przez przybory z metalu, i ciągle mieszkali w wioskach, które nie były podporządkowane żadnej centralnej władzy. Wtedy to właśnie przybyli tutaj biali, narzucili tubylcom scentralizowany rząd i przywieźli z sobą mnóstwo dóbr materialnych (których wartość mieszkańcy Nowej Gwinei z miejsca docenili), od stalowych siekier, zapałek i lekarstw, po ubrania, napoje bezalkoholowe i parasole. Na Nowej Gwinei wszystkie te artykuły nazywano "towarem".
Wielu białych zwolenników kolonializmu jawnie gardziło mieszkańcami Nowej Gwinei, mając ich za "prymitywnych". Nawet najmniej uzdolnieni spośród tutejszych białych "panów" (jak nazywano ich wciąż jeszcze w 1972 roku) cieszyli się znacznie wyższym standardem życia niż zwykli tubylcy lub nawet charyzmatyczni politycy pokroju Yalego. Mój rozmówca sondował już jednak wielu białych tak, jak wówczas przepytywał mnie, a ja z kolei wybadałem w podobny sposób mnóstwo Nowogwinejczyków. Obaj wiedzieliśmy więc doskonale, że mieszkańcy Nowej Gwinei są, średnio rzecz ujmując, co najmniej równie inteligentni jak Europejczycy. Yali musiał mieć wszystkie te rzeczy na uwadze, gdy, raz jeszcze mierząc mnie przenikliwym spojrzeniem swych błyszczących oczu, zapytał: "Dlaczego to właśnie wy, biali, wytworzyliście i przywieźliście na Nową Gwineę tak dużo towaru, a my, czarni, mieliśmy go tak mało?".
Było to proste pytanie, które dotykało jednak zarazem samego sedna życia, jakie znał Yali. Wciąż występuje bowiem ogromna różnica pomiędzy stylem życia przeciętnego Nowogwinejczyka a przeciętnego Europejczyka czy Amerykanina. Porównywalne różnice dotyczą również stylu życia innych ludów naszego globu. Te ogromne dysproporcje muszą zatem mieć niebłahe przyczyny, które, jak można by sądzić, winny być dosyć oczywiste.
Jednakże na to proste z pozoru pytanie Yalego wcale nie jest łatwo odpowiedzieć. Ja w każdym razie nie miałem wówczas gotowej odpowiedzi. Zawodowi historycy wciąż spierają się o właściwe rozwiązanie tej zagadki; większość z nich już nawet zresztą nie zadaje sobie tego pytania. Ja zaś przez wszystkie te lata, które upłynęły od owego dnia, kiedy odbyłem z Yalim wspomnianą rozmowę, badałem i opisywałem różne aspekty ewolucji i historii ludzkości oraz dziejów naszego języka. Książka niniejsza, napisana dwadzieścia pięć lat później, jest próbą udzielenia wreszcie odpowiedzi na pytanie Yalego.
Choć pytanie Yalego dotyczyło jedynie jakże odmiennych stylów życia Nowogwinejczyków i białych Europejczyków, kwestię tę można rozszerzyć w taki sposób, by objęła również większy zespół tego rodzaju kontrastów istniejących we współczesnym świecie. Pod względem potęgi i bogactwa dominują dziś na naszym globie ludy wywodzące się z Eurazji, zwłaszcza ludy nadal żyjące na terenie Europy i wschodniej części Azji, jak również te przeszczepione na grunt Ameryki Północnej. Inne, w tym większość Afrykanów, zrzuciły jarzmo europejskiej dominacji kolonialnej, lecz pozostają w tym względzie daleko w tyle. Jeszcze inne, takie jak rdzenni mieszkańcy Australii, obu Ameryk i południowych krańców Afryki, nie są już panami swych własnych ziem, lecz zostały zdziesiątkowane, ujarzmione, a niekiedy doszczętnie wytępione przez europejskich kolonizatorów.
Pytanie o cywilizacyjne dysproporcje istniejące we współczesnym świecie można zatem przeformułować w sposób następujący: Dlaczego władza i potęga militarna rozłożyły się w nim właśnie tak, a nie inaczej? Dlaczego, na przykład, to nie rdzenni Amerykanie, Afrykanie czy Australijczycy byli tymi, którzy zdziesiątkowali, ujarzmili bądź wytępili mieszkańców Europy i Azji?
Bardzo łatwo możemy się cofnąć z tak postawionym pytaniem o kolejny krok. Już w roku 1500 po Chrystusie, kiedy dopiero rozpoczynała się globalna ekspansja kolonialna Europy, ludy na poszczególnych kontynentach bardzo się między sobą różniły pod względem rozwoju techniki i form organizacji politycznej. Znaczna część Europy, Azji i Afryki Północnej była siedliskiem posługujących się metalowymi narzędziami państw lub imperiów, a niektóre spośród nich stały już na progu industrializacji. Dwa rdzenne ludy Ameryki - Aztekowie i Inkowie - władały imperiami używającymi jeszcze narzędzi kamiennych. Pewne obszary Afryki Subsaharyjskiej były podzielone pomiędzy niewielkie państwa, czy też rządzone przez lokalnych watażków państewka dysponujące metalowymi narzędziami. Większość pozostałych ludów - w tym wszystkie grupy ludności zamieszkujące Australię i Nową Gwineę, wiele wysp Pacyfiku, znaczną część obu Ameryk i niewielkie enklawy Afryki Subsaharyjskiej - wiodła żywot plemion rolniczych lub nawet wciąż jeszcze funkcjonowała jako grupy zbieracko-łowieckie używające narzędzi kamiennych.
Te właśnie różnice o charakterze technologicznym i politycznym występujące w roku 1500 po Chrystusie stanowiły bezpośrednią przyczynę istniejących we współczesnym świecie dysproporcji. Imperia dysponujące orężem ze stali były bowiem później w stanie podbić lub wytępić plemiona władające jedynie bronią z drewna i kamienia. Jak zatem doszło do tego, że świat w roku 1500 po Chrystusie wyglądał tak, a nie inaczej?
Raz jeszcze nietrudno jest cofnąć się z naszym pytaniem o kolejny krok, odwołując się do pisanych źródeł historycznych i odkryć archeologicznych. Aż do końca ostatniego zlodowacenia (około 11 tysięcy lat przed Chrystusem) ludy zamieszkujące wszystkie kontynenty były wciąż bez wyjątku grupami zbieracko-łowieckimi. To właśnie różne tempo rozwoju na poszczególnych kontynentach w okresie od 11 tysięcy lat przed Chrystusem do roku 1500 po Chrystusie doprowadziło do ukształtowania się technologicznych i politycznych dysproporcji, jakie występowały w roku 1500 naszej ery. Podczas gdy Aborygeni i wielu rdzennych Amerykanów pozostawało wciąż wspólnotami zbieracko-łowieckimi, na większości obszaru Eurazji i znacznej części obu Ameryk oraz Afryki Subsaharyjskiej stopniowo rozwijało się rolnictwo, pasterstwo, metalurgia i złożone formy organizacji politycznej. W pewnych regionach Eurazji, a także w jednym jedynym miejscu na terenie Ameryk, niezależnie od siebie wynaleziono pismo. Jednakże każde z tych nowych zjawisk pojawiło się w Eurazji wcześniej niż gdziekolwiek indziej. Na przykład masowa produkcja narzędzi z brązu, która rozpoczynała się dopiero w południowoamerykańskich Andach w stuleciach bezpośrednio poprzedzających nasz rok 1500 po Chrystusie, w niektórych częściach Eurazji była już rozpowszechniona na dobre od ponad 4 tysięcy lat. Kamienne narzędzia mieszkańców Tasmanii, z którymi europejscy odkrywcy zetknęli się po raz pierwszy w roku 1642, były bardziej prymitywne od tych, które przeważały w niektórych regionach Europy w epoce górnego paleolitu, wiele dziesiątków tysięcy lat wcześniej.
Nasze pytanie dotyczące istniejących w dzisiejszym świecie dysproporcji możemy więc ostatecznie przeformułować w sposób następujący: Dlaczego rozwój ludzkości na poszczególnych kontynentach przebiegał w tak dalece niewspółmiernym tempie? To właśnie zasadniczo odmienne tempo dyktowało najszerzej rozumiane prawidłowości wyznaczające bieg historii ludzkości i ono jest tematem mojej książki.
Chociaż książka ta będzie opowiadać przede wszystkim o historii i prehistorii, jej podstawowy temat wart jest zainteresowania nie tylko ze względów czysto akademickich, lecz także z uwagi na to, że ma przeogromne znaczenie praktyczne i polityczne. Tym, co ukształtowało nasz współczesny świat, jest bowiem historia kontaktów pomiędzy różniącymi się od siebie ludami, w której przewijają się motywy podboju, epidemii i ludobójstwa. Konfrontacje te wywoływały następstwa, które nie przestają się odbijać echem nawet dziś, po upływie wielu stuleci, a w niektórych spośród najbardziej niespokojnych regionów świata wciąż wywierają przemożny wpływ na obecną sytuację.
Na przykład znaczna część Afryki wciąż zmaga się z niejednoznaczną i wieloraką spuścizną niedawno minionej epoki kolonializmu. W innych regionach - w tym na znacznej połaci Ameryki Środkowej, w Meksyku, Peru, na Nowej Kaledonii, na obszarze byłego Związku Sowieckiego i w niektórych częściach Indonezji - nadal wybuchają niepokoje społeczne lub toczy się wojna partyzancka, w której wciąż jeszcze liczne rdzenne populacje stają do walki z rządami zdominowanymi przez potomków zwycięskich najeźdźców. Wiele innych tubylczych grup ludności - takich jak rdzenni Hawajczycy, Aborygeni, mieszkańcy Syberii oraz Indianie zamieszkujący Stany Zjednoczone, Kanadę, Brazylię, Argentynę i Chile - w wyniku chorób i ludobójstwa zostało tak dalece przetrzebionych, że obecnie potomkowie najeźdźców mają nad nimi ogromną przewagę liczebną. Choć ludy te nie są wobec tego w stanie wywołać wojny domowej, i tak coraz głośniej dopominają się o swoje prawa.
Oprócz mających ciągle znaczenie politycznych i gospodarczych następstw dawno minionych konfrontacji między rozmaitymi ludami, pojawiają się jeszcze ich jak najbardziej aktualne echa natury lingwistycznej, a w szczególności groźba całkowitego zaniku większości spośród istniejących wciąż jeszcze we współczesnym świecie sześciu tysięcy języków, wypieranych i zastępowanych przez angielski, chiński, rosyjski oraz kilka innych języków, które w ciągu kilku ostatnich stuleci odnotowały ogromy wzrost liczby swych użytkowników. Wszystkie te problemy dzisiejszego świata są właśnie wynikiem odmiennych trajektorii rozwoju historycznego, których dotyczyło pytanie Yalego.
Zanim jednak zaczniemy szukać odpowiedzi na to pytanie, powinniśmy na chwilę się zatrzymać i rozważyć pewne argumenty przeciwko braniu go w ogóle pod uwagę. Niektórzy bowiem czują się urażeni, kiedy tylko próbuje się je postawić, i to z kilku powodów.
Jeden z tych argumentów brzmi następująco: Jeśli uda nam się wyjaśnić, jak to się stało, że pewne ludy zdominowały inne, czy nie będzie się to wydawać uzasadnieniem tejże dominacji? Czy nie będzie to sugerowało, że taki, a nie inny rezultat ich konfrontacji był nieunikniony, a zatem daremnie byłoby próbować go dzisiaj zmieniać? Zarzut ten ma oparcie w powszechnej tendencji do mylenia wyjaśnienia przyczyn pewnych zjawisk z usprawiedliwieniem lub akceptacją ich skutków. Tymczasem to, jaki użytek robi się z wyjaśnienia historycznych przyczyn procesów czy wydarzeń, jest kwestią zupełnie odrębną. Ich właściwe zrozumienie częściej wykorzystuje się do tego, by próbować zmienić dany rezultat, niż do tego, aby go powtórzyć bądź utrwalić. Właśnie dlatego psychologowie starają się przeniknąć umysły morderców i gwałcicieli, badacze historii społecznej usiłują pojąć mechanizmy prowadzące do ludobójstwa, a lekarze próbują poznać przyczyny rozmaitych ludzkich chorób. Wszyscy oni nie chcą wszak bynajmniej usprawiedliwiać morderstwa, gwałtu, ludobójstwa czy choroby. Miast tego pragną wykorzystać właściwe zrozumienie łańcucha wywołujących je przyczyn do tego, aby móc łańcuch ten przerwać.
Drugi zarzut dotyczy tego, czy rozpatrywanie pytania Yalego nie zakłada, niejako automatycznie, europocentrycznego podejścia do historii, apoteozy zachodnich Europejczyków i obsesji na punkcie doniosłej pozycji Europy Zachodniej i zeuropeizowanej Ameryki we współczesnym świecie. Czy pozycja ta sama w sobie nie jest jedynie zjawiskiem efemerycznym, wytworem kilku ostatnich stuleci, zanikającym zresztą stopniowo wobec wzrostu znaczenia Japonii i Azji Południowo-Wschodniej? Rzeczywiście, książka niniejsza w większej części będzie poświęcona ludom spoza Europy. Zamiast skupiać się wyłącznie na interakcjach pomiędzy Europejczykami a mieszkańcami innych kontynentów, będziemy także przyglądać się relacjom pomiędzy różnymi pozaeuropejskimi ludami, w szczególności tym, które zachodziły na obszarze Afryki Subsaharyjskiej, Azji Południowo-Wschodniej, Indonezji i Nowej Gwinei, pośród rdzennych mieszkańców tychże terytoriów. Nie gloryfikując bynajmniej ludów wywodzących się z zachodniej Europy, przekonamy się, że większość najbardziej podstawowych składników ich cywilizacji została stworzona przez ludy zamieszkujące inne części naszego globu, a następnie dopiero sprowadzona do zachodniej Europy.
Trzeci zarzut dotyczy natomiast tego, czy słowa i frazy takie jak "cywilizacja" i "rozkwit cywilizacji" nie wywołują czasem mylnego wrażenia, że cywilizacja jako taka jest samym tylko dobrem, plemiona łowiecko-zbierackie zaś są godne politowania, a sednem dziejów ludzkości na przestrzeni ostatnich 13 tysięcy lat był stopniowy postęp cywilizacyjny, zmierzający ku większemu szczęściu. No cóż, tak naprawdę nie zakładam bynajmniej, że kraje uprzemysłowione są "lepsze" od plemion łowiecko-zbierackich ani że porzucenie łowiecko-zbierackiego trybu życia na rzecz państwowości, której podstawą była umiejętność wytopu i obróbki żelaza, stanowi "postęp", ani nawet, że zmiana ta doprowadziła do wzrostu poczucia szczęścia ludzkości. Sam mam bowiem wrażenie - oparte na obserwacjach, jakie poczyniłem, żyjąc na przemian w rozmaitych miastach Stanów Zjednoczonych i różnych wioskach Nowej Gwinei - że tak zwane dobrodziejstwa cywilizacji są w najlepszym wypadku niejednoznaczne. Na przykład w porównaniu z plemionami łowiecko-zbierackimi obywatele dzisiejszych państw uprzemysłowionych mają dostęp do lepszej opieki medycznej. Niższe jest też w ich przypadku ryzyko, że padną ofiarą zabójstwa, a za to większa spodziewana długość życia, lecz ludzie ci otrzymują znacznie mniej społecznego wsparcia ze strony swych przyjaciół i dalszej rodziny. Tym, co skłania mnie do prześledzenia tych różnic pomiędzy ludzkimi społecznościami w poszczególnych zakątkach naszego globu, nie jest bynajmniej chęć wynoszenia jednego typu społeczeństw ponad inne, lecz pragnienie zrozumienia zjawisk i procesów, jakie następowały w dziejach ludzkości.
Czy jednak do tego, by odpowiedzieć na pytanie Yalego, naprawdę potrzebna jest kolejna książka? Czyż już teraz nie znamy na nie odpowiedzi? A jeśli tak, to jak ona brzmi?
Najbardziej bodaj rozpowszechnione wyjaśnienie występujących w dzisiejszym świecie dysproporcji obejmuje implikowane lub wyrażone wprost założenie, że istnieją biologicznie uwarunkowane różnice pomiędzy poszczególnymi ludami. Na przestrzeni ostatnich kilku wieków, poczynając od roku 1500 po Chrystusie, kiedy europejscy odkrywcy zaczęli zdawać sobie sprawę z ogromnego zróżnicowania ludów naszego globu pod względem zaawansowania techniki i form organizacji politycznej, uznali, że różnice te wynikają wprost z różnego poziomu pewnych wrodzonych zdolności. Wraz ze wzrostem popularności darwinizmu tego rodzaju wyjaśnienia zaczęto wyrażać, posługując się pojęciami takimi jak selekcja naturalna i ewolucyjne dziedzictwo. Ludy prymitywne pod względem rozwoju technologicznego uważano zaś za pozostałości ewolucji człowieka i dowód na jego pochodzenie od małp i człekokształtnych przodków. Wysiedlanie takich ludów z ich ziem i zastępowanie ich kolonistami wywodzącymi się ze społeczeństw uprzemysłowionych stanowiło więc doskonały przykład doboru naturalnego ("przetrwają najsilniejsi"). Wraz z późniejszym rozwojem genetyki wyjaśnienia te przeformułowano raz jeszcze, ujmując je tym razem w kategoriach genetycznych. Europejczyków zaczęto zatem uważać za genetycznie bardziej inteligentnych od Afrykanów, a zwłaszcza od Aborygenów.
Pewne sfery zachodniego społeczeństwa publicznie odrzucają obecnie rasizm. Jednakże wielu mieszkańców Zachodu (a być może nawet większość z nich!) nadal prywatnie bądź podświadomie akceptuje rasistowskie uzasadnienia niektórych zjawisk. W Japonii i wielu innych krajach rasistowskie teorie wciąż wysuwane są publicznie i to bez cienia zażenowania. Kiedy pojawia się temat Aborygenów, nawet wykształceni biali Amerykanie, Europejczycy czy Australijczycy skłonni są zakładać, że to w samych Aborygenach tkwi pewien pierwiastek prymitywizmu. Bez wątpienia wyglądają oni wszak inaczej niż biali. Ponadto, patrząc w kategoriach ekonomicznych, wielu z żyjących wciąż potomków tych Aborygenów, którzy zdołali przetrwać czasy europejskiej kolonizacji, ciężko jest obecnie osiągnąć powodzenie w białym społeczeństwie Australii.
Nieodparty rzekomo argument zwolenników rasizmu brzmi: oto biali osadnicy zbudowali w Australii wykształcone, uprzemysłowione, scentralizowane i demokratyczne państwo, którego podstawę stanowiła obróbka metalu (narzędzia!) i produkcja żywności, a wszystko to w zaledwie sto lat od momentu skolonizowania kontynentu, na którym Aborygeni żyli jako nieznające metalu plemiona łowiecko-zbierackie przez co najmniej 40 tysięcy lat. Mamy tu zatem dwa kolejno po sobie następujące eksperymenty w dziedzinie rozwoju ludzkości, w których środowisko pozostało identyczne, a jedyną zmienną był zamieszkujący je lud. Jakiego jeszcze potrzeba dowodu, aby stwierdzić, że dysproporcje pomiędzy społecznościami Aborygenów i Europejczyków były wynikiem różnic pomiędzy samymi ludami?
Tego rodzaju rasistowskie teorie budzą jednak sprzeciw nie tylko dlatego, że są wprost ohydne, lecz także dlatego, że są po prostu błędne. Brak solidnych dowodów na istnienie różnic w poziomie inteligencji, które odpowiadałyby dysproporcjom poziomu rozwoju techniki pomiędzy poszczególnymi ludami. W gruncie rzeczy, jak niebawem wyjaśnię, ludy żyjące obecnie nadal "w epoce kamienia łupanego" są, przeciętnie rzecz ujmując, prawdopodobnie bardziej, a nie mniej inteligentne od ludów uprzemysłowionych. Choć może to zakrawać na paradoks, w rozdziale 15 przekonamy się, że białym przybyszom, którzy skolonizowali Australię, wcale nie należą się przypisywane im zazwyczaj pochwały za zbudowanie na tym kontynencie wykształconego i uprzemysłowionego społeczeństwa ze wszystkimi wspomnianymi wyżej dobrodziejstwami. Na dodatek ludy, które jeszcze do niedawna znajdowały się na zupełnie prymitywnym poziomie rozwoju technologicznego - takie jak rdzenni mieszkańcy Australii i Nowej Gwinei - bez problemu opanowują technologie przemysłowe, jeśli tylko mają ku temu okazję.
Specjaliści od psychologii kognitywnej wkładają mnóstwo wysiłku w poszukiwanie różnic w poziomie ilorazu inteligencji pomiędzy zamieszkującymi obecnie w tym samym kraju ludami o odmiennym pochodzeniu geograficznym. Mówiąc bardziej szczegółowo, wielu białych psychologów z Ameryki przez wiele dziesięcioleci usiłowało wykazać, że czarnoskórzy Amerykanie pochodzenia afrykańskiego są z natury mniej inteligentni od białych Amerykanów pochodzenia europejskiego. Jednakże, jak powszechnie wiadomo, porównywane w ten sposób grupy ludności bardzo się od siebie różnią, jeśli chodzi o środowisko społeczne i możliwości zdobycia wykształcenia. Fakt ten stwarza podwójną trudność przy próbie testowania hipotezy głoszącej, że u podstaw różnic w poziomie rozwoju techniki leżą różnice w poziomie inteligencji. Po pierwsze, środowisko społeczne, z jakim mamy do czynienia w dzieciństwie, wywiera przemożny wpływ na nasze zdolności poznawcze w dorosłym życiu, przez co niezwykle trudno jest zidentyfikować jakiekolwiek oddziaływanie uprzednio istniejących różnic o charakterze genetycznym. Po drugie, testy zdolności poznawczych (testy IQ) często sprawdzają raczej poziom przyswojenia pewnego przekazu kulturowego, a nie czystej, wrodzonej inteligencji (bez względu na to, czym ona w gruncie rzeczy jest). Z uwagi na ten niekwestionowany wpływ środowiska z czasów dzieciństwa i wyuczonej wiedzy na wyniki testów IQ psychologom jak na razie nie udało się w sposób przekonujący dowieść istnienia postulowanego genetycznego niedoboru IQ u przedstawicieli ras innych niż biała.
Moje spojrzenie na tę dysputę jest wynikiem trzydziestu trzech lat pracy z Nowogwinejczykami w ich własnych, nieskażonych cywilizacją społecznościach. Od samego początku ludzie ci sprawiali na mnie wrażenie przeciętnie bardziej inteligentnych, bystrzejszych, pełnych ekspresji i żywiej zainteresowanych otaczającymi ich osobami i przedmiotami niż statystyczni Europejczycy czy Amerykanie. Z pewnymi zadaniami, co do których istnieją podstawy, by przypuszczać, że mogą one odzwierciedlać pewne aspekty funkcjonowania mózgu (takimi jak choćby tworzenie mentalnej mapy nieznanego otoczenia), zdają się radzić sobie znacznie bieglej niż przedstawiciele cywilizacji zachodniej. Nowogwinejczycy, rzecz jasna, zazwyczaj wypadają gorzej w zadaniach, do których wykonywania ludzie Zachodu zostali przyuczeni od dziecka, a mieszkańcy Nowej Gwinei nie. Stąd też gdy niewykształceni Nowogwinejczycy z położonych z dala od cywilizacji wiosek przyjeżdżają do miast, robią na ludziach z Zachodu wrażenie ogłupiałych. Mechanizm ten działa jednak w obie strony: sam przez cały czas mam świadomość tego, jak niemądry wydaję się Nowogwinejczykom, kiedy, będąc z nimi w dżungli, wykazuję się nieudolnością przy wykonywaniu najprostszych zadań (takich jak odnajdywanie ścieżki czy budowa szałasu), do których oni przyuczani byli od dzieciństwa, a ja nie.
Nietrudno wskazać dwa powody, dla których moje wrażenie, że Nowogwinejczycy są inteligentniejsi od ludzi z Zachodu, może być słuszne. Po pierwsze, Europejczycy od tysięcy lat żyją w charakteryzujących się dużą gęstością zaludnienia społecznościach podlegających centralnej władzy i dysponujących policją oraz systemem sądownictwa. Na przestrzeni dziejów główną przyczyną śmierci były w tych społeczeństwach epidemie chorób zakaźnych typowych dla obszarów przeludnionych (takie jak ospa), natomiast morderstwa zdarzały się stosunkowo rzadko, a stan wojny bywał raczej wyjątkiem niż regułą. Zatem większość Europejczyków, którym udało się uniknąć śmiertelnej w skutkach infekcji, omijała również inne potencjalne przyczyny przedwczesnej śmierci i była w stanie przekazywać dalej swe geny. Obecnie przeważająca liczba noworodków z Zachodu z powodzeniem przechodzi także choroby zakaźne i może potem się rozmnażać, bez względu na swoje IQ i jakość przenoszonych genów. Nowogwinejczycy natomiast żyją w społecznościach, których liczebność jest zbyt mała, aby rozwinęły się tam choroby epidemiczne typowe dla dużej gęstości zaludnienia. Zamiast tego wśród wiodących swój tradycyjny żywot mieszkańców Nowej Gwinei panowała wysoka śmiertelność w wyniku morderstw, nieustannych walk plemiennych, rozmaitych nieszczęśliwych wypadków i problemów ze zdobyciem pożywienia.
Jednostka bardziej inteligentna ma jednak większą szansę uniknąć śmierci z którejś z powyższych przyczyn odpowiadających za wysoką śmiertelność w tradycyjnych nowogwinejskich społecznościach. Tymczasem zróżnicowanie śmiertelności w wyniku chorób epidemicznych w tradycyjnych społecznościach europejskich miało niewiele wspólnego z inteligencją, będąc jedynie kwestią odporności genetycznej zależnej od pewnych szczegółów chemii organizmu. Na przykład ludzie z grupą krwi B lub 0 są bardziej odporni na wirusa ospy niż osoby z grupą krwi A. Oznacza to, że proces doboru naturalnego, promujący geny za inteligencję, był prawdopodobnie dużo bardziej bezwzględny na Nowej Gwinei niż w społeczeństwach o znacznie większej gęstości zaludnienia i bardziej skomplikowanej organizacji politycznej, w których większą rolę odgrywał dobór naturalny ze względu na chemię organizmu.
Oprócz przyczyn natury genetycznej istnieje jeszcze jeden powód, dla którego Nowogwinejczycy mogli stać się inteligentniejsi od ludzi z Zachodu. Otóż współczesne europejskie i amerykańskie dzieci spędzają znaczną część swojego czasu, oddając się biernym rozrywkom w rodzaju radia, telewizji i filmów. W przeciętnym amerykańskim domu telewizor włączony jest przez siedem godzin dziennie. Natomiast dzieci w tradycyjnych nowogwinejskich społecznościach właściwie nie mają okazji korzystać z tego rodzaju biernych rozrywek i spędzają niemal całe dnie aktywnie, czymś się zajmując: rozmawiając albo bawiąc się z innymi dziećmi lub dorosłymi. Tymczasem prawie wszystkie badania nad rozwojem dziecka podkreślają rolę odpowiedniej stymulacji i aktywności w pobudzaniu rozwoju umysłowego i przestrzegają przed jego nieodwracalnym zahamowaniem związanym ze zbyt małą stymulacją w dzieciństwie. Skutki tej różnicy w trybie życia niewątpliwie wnoszą element natury niegenetycznej przyczyniający się do lepszego funkcjonowania umysłu, jakim, przeciętnie rzecz ujmując, wykazują się Nowogwinejczycy.
Oznacza to, że pod względem zdolności umysłowych Nowogwinejczycy są przypuszczalnie genetycznie lepsi od ludzi z Zachodu, a bez wątpienia górują nad nimi, jeśli chodzi o unikanie katastrofalnych wręcz dla rozwoju człowieka czynników, pod których wpływem dorasta obecnie większość dzieci w społeczeństwach uprzemysłowionych. Z pewnością zaś nie może być tutaj mowy o żadnym intelektualnym upośledzeniu Nowogwinejczyków mogącym posłużyć za odpowiedź na pytanie Yalego. Te same dwa czynniki - genetyczny i związany z rozwojem dziecka - mogą różnić nie tylko Nowogwinejczyków od ludzi Zachodu, lecz także wszystkich łowców i zbieraczy oraz innych członków społeczności prymitywnych pod względem technologicznym od przedstawicieli społeczeństw dysponujących zaawansowaną technologią. Typowe rasistowskie założenie trzeba zatem odwrócić o 180 stopni. Dlaczego to jednak Europejczycy, pomimo swego wielce prawdopodobnego genetycznego upośledzenia oraz - w dzisiejszych czasach - niekwestionowanego upośledzenia w rozwoju mają ostatecznie znacznie więcej "towaru"? Dlaczego zaś Nowogwinejczycy pozostali ludem prymitywnym pod względem technologicznym, pomimo że, w moim przekonaniu, dysponowali większą inteligencją?
Wyjaśnienie natury genetycznej nie stanowi jedynej możliwej odpowiedzi na pytanie Yalego. Inne wytłumaczenie, popularne zwłaszcza wśród mieszkańców północnej części Europy, odwołuje się do inspirującego rzekomo wpływu zimnego klimatu ich ojczyzny i hamującego działania klimatu gorącego, wilgotnego i tropikalnego na ludzką kreatywność i energię. Być może chodzi o to, że charakteryzujący się zmiennością pór roku klimat panujący na wyższych szerokościach geograficznych stawia przed człowiekiem bardziej różnorodne wyzwania niż pozbawiony tego rodzaju zmian klimat tropikalny. Możliwe, że aby przeżyć w zimnym klimacie, człowiek zmuszony jest wykazać się większą inwencją w dziedzinie technologii, ponieważ musi zbudować sobie ciepły dom i sporządzić ciepłą odzież, gdy tymczasem w tropikach można przeżyć właściwie bez ubrania, mieszkając w znacznie prostszym domostwie. Na ten sam argument można spojrzeć jeszcze pod nieco innym kątem, dochodząc do podobnego wniosku: być może długie zimy panujące na wyższych szerokościach geograficznych sprawiają, że ludziom pozostaje wiele czasu, który mogą spędzić w domu, wymyślając nowe wynalazki.
Choć niegdyś bardzo popularne, tego rodzaju wytłumaczenie również nie wytrzymuje krytyki. Jak się przekonamy, ludy z północy Europy aż do ostatniego tysiąclecia nie stworzyły niczego, co miałoby fundamentalne znaczenie dla cywilizacji Eurazji. Miały po prostu szczęście żyć w miejscu, gdzie mogły przejmować kolejno rozmaite osiągnięcia innych (takie jak rolnictwo, koło, pismo czy metalurgia) powstałe w cieplejszych rejonach Eurazji. Jeszcze bardziej marginalną rolę w rozwoju ludzkości odegrały zimne regiony Nowego Świata, położone na wyższych szerokościach geograficznych. Jedyne społeczeństwa rdzennych Amerykanów, w których rozwinęło się pismo, powstały w Meksyku na południe od zwrotnika Raka. Najstarsza ceramika Nowego Świata pochodzi z okolic równika, z tropikalnych rejonów Ameryki Południowej, a za tamtejszą społeczność najbardziej zaawansowaną w dziedzinie sztuki i astronomii, jak również pod innymi względami, uchodzi zamieszkujące tropikalny półwysep Jukatan i obszar dzisiejszej Gwatemali społeczeństwo Majów okresu klasycznego z pierwszego tysiąclecia po Chrystusie.
Kolejny, trzeci już wariant odpowiedzi na pytanie Yalego, odwołuje się do rzekomego znaczenia nizinnych dolin rzecznych w rejonach o suchym klimacie, gdzie bardzo wydajne rolnictwo było uzależnione od wielkich systemów irygacyjnych, które z kolei wymagały scentralizowanego aparatu biurokratycznego. Wyjaśnienie takie zdaje się sugerować niekwestionowany fakt, że najstarsze znane nam imperia oraz systemy pisma powstały w dolinach Tygrysu i Eufratu na obszarze Żyznego Półksiężyca oraz w dolinie Nilu w Egipcie. Systemy kontroli wód były również, jak się zdaje, związane ze scentralizowaną organizacją polityczną w kilku innych regionach świata, w tym w dolinie Indusu na subkontynencie indyjskim, w dolinach Żółtej Rzeki i Jangcy w Chinach, na zaludnionych przez Majów nizinach Mezoameryki i na nadmorskiej pustyni Peru.
Jednakże szczegółowe badania archeologiczne wykazały, że złożone systemy irygacyjne nie towarzyszyły tworzeniu się scentralizowanego aparatu biurokratycznego, lecz pojawiały się dopiero po jego powstaniu, i to ze znacznym opóźnieniem. Oznacza to, że do centralizacji władzy dochodziło najpierw z jakiegoś innego powodu, a dopiero później jej istnienie umożliwiało budowę złożonych systemów nawadniających. Żadne z kluczowych zjawisk poprzedzających proces centralizacji władzy w tych samych regionach świata nie było związane z dolinami rzecznymi ani ze złożonymi systemami irygacyjnymi. Na przykład na obszarze Żyznego Półksiężyca produkcja żywności i osiadły tryb życia ukształtowały się najpierw w górach i na wyżynach, a nie w nizinnych dolinach rzecznych. Dolina Nilu natomiast pozostawała wciąż kulturowym zaściankiem przez około 3 tysiące lat od chwili, gdy w wioskach pośród wzgórz Żyznego Półksiężyca nastąpił rozkwit produkcji żywności. W dolinach rzecznych południowo-zachodniej części dzisiejszych Stanów Zjednoczonych z czasem ukształtowało się rolnictwo oparte na systemie irygacji i powstały złożone społeczności ludzkie. Stało się to jednak dopiero wtedy, gdy wiele spośród cywilizacyjnych zdobyczy, stanowiących podstawę istnienia tychże społeczności, sprowadzonych zostało z Meksyku. Doliny rzeczne południowo-wschodniej Australii pozostawały zaś zamieszkane przez wspólnoty plemienne nieznające w ogóle rolnictwa.
Kolejna potencjalna odpowiedź na pytanie Yalego wskazuje na bezpośrednie czynniki, które pozwoliły Europejczykom wytępić lub podbić inne ludy, kładąc przy tym szczególny nacisk na ich strzelby, choroby zakaźne, narzędzia ze stali i artykuły przemysłowe. Takie wytłumaczenie zdaje się podążać we właściwym kierunku, gdyż nietrudno wykazać, że te właśnie czynniki rzeczywiście stanowiły podstawę europejskich podbojów. Jednakże hipoteza ta pozostaje niepełna, ponieważ proponuje jedynie najprostsze wyjaśnienie pewnych zjawisk, podając ich najbardziej bezpośrednie przyczyny. Zachęca jednak zarazem do poszukiwania ich przyczyn pierwotnych: Dlaczego zatem to właśnie Europejczycy, a nie Afrykanie czy rdzenni Amerykanie znaleźli się w posiadaniu strzelb, najbardziej śmiercionośnych zarazków i stali?
O ile jednak poczyniono pewne postępy w identyfikowaniu tego rodzaju pierwotnych przyczyn w przypadku europejskiego podboju Nowego Świata, o tyle kwestia Afryki pozostaje pod tym względem wielką zagadką. Afryka jest bowiem tym właśnie kontynentem, na którym ewolucja człowiekowatych przebiegała najdłużej i gdzie, być może, pojawił się również człowiek anatomicznie współczesny; tutaj też miejscowe choroby, takie jak malaria i żółta febra, z powodzeniem zabijały europejskich odkrywców. Jeśli tego rodzaju fory już na starcie w ogóle mają jakieś znaczenie, to dlaczego strzelby i stal nie pojawiły się najpierw właśnie w Afryce, umożliwiając jej mieszkańcom i towarzyszącym im zarazkom podbój Europy? I co tak naprawdę odpowiada za to, że Aborygeni na dobre już pozostali na etapie wspólnot łowiecko-zbierackich używających jedynie kamiennych narzędzi?
Geografowie i historycy poświęcali niegdyś sporo uwagi pytaniom wyłaniającym się z tego rodzaju porównań ludzkich społeczności z całego świata. Najbardziej znanym współczesnym przykładem próby udzielenia na nie odpowiedzi było dwunastotomowe dzieło Arnolda Toynbee'ego zatytułowane Study of History1. Autor był w szczególny sposób zainteresowany wewnętrznymi mechanizmami funkcjonującymi w dwudziestu trzech zaawansowanych cywilizacjach, spośród których dwadzieścia dwie dysponowały pismem, a dziewiętnaście istniało na terenie Eurazji. W mniejszym stopniu interesowała go prehistoria i prostsze pod względem organizacji politycznej społeczeństwa niepiśmienne. Jednakże przyczyny dysproporcji występujących we współczesnym świecie sięgają korzeniami daleko w głąb prehistorii. Dlatego Toynbee nie postawił pytania Yalego ani nie zdołał się uporać z tym, co ja sam uważam za najszerzej pojmowany wzorzec historycznych prawidłowości. Inne dostępne książki traktujące o dziejach świata także zazwyczaj koncentrują się na zaawansowanych i dysponujących pismem eurazjatyckich cywilizacjach z ostatnich 5 tysięcy lat, bardzo pobieżnie omawiając prekolumbijskie cywilizacje rdzennych Amerykanów i jeszcze bardziej skrótowo przedstawiając społeczeństwa pozostałej części świata, z wyjątkiem może ich stosunkowo niedawnych kontaktów z cywilizacjami eurazjatyckimi. Od czasu ukazania się dzieła Toynbeego próby całościowego ujęcia dziejów świata i dokonania syntezy przyczynowości wydarzeń historycznych stały się niepopularne wśród większości historyków z uwagi na to, że stawiają przed nimi nierozwiązywalne z pozoru problemy.
Globalne syntezy swych dyscyplin zaproponowali natomiast w tym czasie specjaliści z kilku różnych dziedzin. Szczególnie cenny wkład wnieśli tutaj geografowie ekolodzy, antropolodzy kultury, biolodzy badający procesy domestykacji roślin i zwierząt oraz naukowcy zajmujący się wpływem chorób zakaźnych na bieg historii. Wszystkie te prace zwracały uwagę na poszczególne części układanki, lecz stanowiły jedynie fragmenty jakże potrzebnej szerszej syntezy, której rzeczywiście brakuje.
Nie istnieje zatem jedna, powszechnie przyjęta odpowiedź na pytanie Yalego. Z jednej strony wyjaśnienia odwołujące się do bezpośrednich przyczyn pewnych zjawisk są w pełni zrozumiałe: oto niektóre ludy szybciej od pozostałych wymyśliły strzelbę, wyhodowały zarazki i nauczyły się obrabiać stal, a także wygenerowały inne czynniki zapewniające im potęgę polityczną i gospodarczą, inne ludy zaś nigdy nie zdołały opracować tych dających przewagę wynalazków. Z drugiej jednak strony wyjaśnienie ostatecznych, pierwotnych przyczyn - na przykład, dlaczego w pewnych częściach Eurazji narzędzia z brązu pojawiły się bardzo wcześnie, na obszarze Nowego Świata dosyć późno i jedynie lokalnie, a w Australii wcale - wciąż pozostaje kwestią otwartą.
W kategoriach intelektualnych ów brak dostatecznego wytłumaczenia pierwotnych przyczyn pewnych zjawisk w dziejach ludzkości stanowi ogromną lukę, gdyż w ten sposób pozostaje nadal niewyjaśniony najszerzej pojmowany wzorzec prawidłowości historycznych. Znacznie poważniejszym problemem jest jednak niewypełniona wciąż przepaść w kategoriach etycznych. W dniu dzisiejszym jest już zupełnie oczywiste dla każdego (bez względu na to, czy jawnie wyznaje poglądy rasistowskie, czy też nie), że poszczególnym ludom różnie się wiodło na przestrzeni dziejów. Współczesne Stany Zjednoczone są społeczeństwem na modłę europejską, zajmującym ziemie odebrane rdzennym Amerykanom i obejmującym licznych potomków milionów czarnoskórych Afrykanów subsaharyjskich, sprowadzonych niegdyś do Ameryki w charakterze niewolników. Współczesna Europa nie jest natomiast społecznością ukształtowaną przez czarnoskórych Afrykanów, którzy sprowadzili do niej w kajdanach miliony rdzennych Amerykanów.
Rezultaty wspomnianych procesów historycznych są zupełnie jednostronne: nie stało się przecież tak, że 51 procent obszaru obu Ameryk, Australii i Afryki zostało podbite przez Europejczyków, podczas gdy rdzenni Amerykanie, Aborygeni czy Afrykanie podporządkowali sobie 49 procent powierzchni Europy. Cały dzisiejszy świat został ukształtowany przez tego rodzaju jednostronne skutki konfrontacji poszczególnych cywilizacji. Stąd też skutki te muszą mieć swoje nieuchronne przyczyny, bardziej fundamentalne w swym charakterze niż detale takie jak to, komu przed paroma tysiącami lat udało się akurat wygrać jakąś bitwę lub opracować jakiś nowy wynalazek.
Przypuszczenie, że wzorzec prawidłowości historycznych stanowi odzwierciedlenie wrodzonych różnic pomiędzy poszczególnymi ludami, wydaje się z pozoru logiczne. Powtarza się nam, rzecz jasna, że niegrzecznie jest mówić takie rzeczy na forum publicznym. Czytamy więc o rzeczowych i poważnych badaniach mających wykazać istnienie takich właśnie wrodzonych różnic. Śledzimy też polemiki mówiące, że badania te mają jednak pewne merytoryczne wady. W naszym codziennym życiu widzimy, że nawet dziś, wiele stuleci od podboju lub sprowadzenia niewolników, niektóre z ujarzmionych ludów wciąż jeszcze tworzą pewną niższą podklasę społeczną. Mówi się nam również, że należy to przypisywać nie tyle jakimś ich biologicznym niedociągnięciom, ile raczej upośledzeniu społecznemu i ograniczonym możliwościom w dziedzinie rozwoju czy edukacji.
Niemniej jednak nie sposób przestać się nad tym wszystkim zastanawiać. Nieustannie widzimy wszak wszystkie te rażące i uporczywie utrzymujące się różnice w pozycji społecznej poszczególnych ludów. Zapewnia się nas, że oczywiste na pozór wyjaśnienie dysproporcji istniejących na świecie w roku 1500 po Chrystusie w kategoriach biologicznych jest mylne; nikt jednak nie jest w stanie podać nam ich właściwego wytłumaczenia. Dopóki nie będziemy mieli jakiegoś przekonującego, szczegółowego i powszechnie przyjętego wyjaśnienia ogólnego wzorca prawidłowości historycznych, większość z nas wciąż będzie podejrzewać, że rasistowskie teorie ujmujące wszystko w kategoriach biologicznych są jednak słuszne. I to właśnie wydało mi się najmocniejszym argumentem za tym, aby napisać tę książkę.
Dziennikarze bardzo często proszą autorów, by streszczali swoje opasłe nierzadko dzieła w jednym zdaniu. W przypadku niniejszej książki zdanie takie brzmiałoby następująco: "Historia poszczególnych ludów potoczyła się inaczej z uwagi na różnice pomiędzy zamieszkiwanymi przez nie środowiskami, a nie ze względu na różnice natury biologicznej pomiędzy samymi ludami".
Pogląd, że geografia środowiska i biogeografia miały wpływ na rozwój społeczeństw nie jest, rzecz jasna, niczym nowym. Obecnie jednak stanowisko to nie cieszy się szczególnym szacunkiem historyków. Uważa się je za mylne lub nazbyt uproszczone, albo się je przejaskrawia, nazywając determinizmem środowiskowym, i odrzuca. Bywa i tak, że wszelkie próby zgłębienia tematu występujących na całym świecie dysproporcji cywilizacyjnych od razu trafiają do szuflady jako przedsięwzięcie nastręczające zbyt wielkich problemów. Nie ulega jednak wątpliwości, że geografia wywiera pewien wpływ na bieg dziejów człowieka; otwarta pozostaje tylko kwestia, jak silny jest to wpływ i czy sama geografia jest w stanie uzasadnić szeroko pojmowany wzorzec prawidłowości historycznych.
Choćby z uwagi na nowe informacje pochodzące od specjalistów z dziedzin nauki pozornie odległych od historii ludzkości nadeszła już odpowiednia pora, aby raz jeszcze przyjrzeć się wszystkim tym sprawom. Do wspomnianych dyscyplin należą przede wszystkim genetyka, biologia molekularna i biogeografia jako nauki zajmujące się uprawianymi przez nas roślinami i ich wcześniejszymi odmianami występującymi w naturze; te same dyscypliny łącznie z ekologią behawioralną w odniesieniu do udomowionych przez nas zwierząt i ich dzikich przodków; biologia molekularna w zakresie badań nad ludzkimi zarazkami i spokrewnionymi z nimi mikrobami zwierzęcymi; epidemiologia chorób ludzkich; genetyka człowieka; lingwistyka; prowadzone na wszystkich kontynentach i większych wyspach badania archeologiczne, a także studia nad dziejami techniki, pisma i rozmaitych form organizacji politycznej ludzkich społeczności.
Wielość i ogromna różnorodność wspomnianych dyscyplin stawia mnóstwo problemów przed potencjalnymi autorami książek chcących udzielić odpowiedzi na pytanie Yalego. Śmiałek taki musi mieć szeroką specjalistyczną wiedzę obejmującą wszystkie powyższe dziedziny, aby był w stanie dokonać syntezy mających związek z tematem najnowszych zdobyczy nauki. W podobny sposób syntezie należy poddać historię i prehistorię każdego z kontynentów. Choć materią takiej książki jest historia, zastosowane w niej podejście do tematu będzie naukowe, a mówiąc ściślej - zbliżone do nauk historycznych takich jak biologia ewolucyjna i geologia. Autor taki musi również mieć płynącą z własnego doświadczenia znajomość i zrozumienie wielu rozmaitych ludzkich społeczności, począwszy od wspólnot łowiecko-zbierackich aż po współczesną cywilizację ery lotów kosmicznych.
Wszystkie te wymogi sprawiają, iż w pierwszej chwili wydaje się, że niezbędna jest tutaj praca zbiorowa z udziałem wielu specjalistów. Jednakże projekt taki od samego początku byłby skazany na niepowodzenie, ponieważ sednem całego problemu jest opracowanie jednolitej syntezy. Ten właśnie wzgląd dyktuje konieczność napisania całości przez jednego autora, pomimo wszystkich trudności, jakie stawia przed nim to zadanie. Autor ten bowiem niewątpliwie będzie musiał solidnie się napracować, aby przyswoić sobie materiał pochodzący z tak wielu różnych dyscyplin i z pewnością będzie potrzebował odpowiednich wskazówek ze strony wielu swoich kolegów naukowców.
Moje pochodzenie i wykształcenie sprawiło, że z kilkoma spośród wspomnianych wyżej dyscyplin zetknąłem się jeszcze na długo przed tym, nim w 1972 roku Yali zadał mi swoje pytanie. Moja matka jest nauczycielką i lingwistką, ojciec zaś lekarzem specjalizującym się w genetyce chorób wieku dziecięcego. Ze względu na niego i przykład, jaki mi dawał, przez cały okres nauki szkolnej sądziłem, że sam również zostanę lekarzem. Mając zaledwie siedem lat, stałem się też jednak namiętnym obserwatorem ptaków. Nietrudno było mi więc w ciągu ostatniego roku nauki na uniwersytecie wykonać jeden mały krok i przenieść swe zainteresowania z pierwotnego celu moich studiów, jakim była medycyna, na badania z zakresu biologii. Jednakże przez cały okres nauki szkolnej i lata studiów magisterskich uczyłem się głównie języków, historii i pisania. Nawet wtedy, gdy postanowiłem już uzyskać stopień doktora w dziedzinie fizjologii, na pierwszym roku studiów doktoranckich byłem bliski porzucenia nauk przyrodniczych i zostania językoznawcą.
Od momentu obrony pracy doktorskiej w roku 1961 dzieliłem czas i energię poświęcaną na badania naukowe pomiędzy dwie dziedziny: fizjologię molekularną z jednej strony i biologię ewolucyjną i biogeografię z drugiej. Nieoczekiwanym bonusem przy pisaniu niniejszej książki okazało się to, że biologia ewolucyjna, jako jedna z nauk historycznych, zmuszona jest używać metod innych niż metody stosowane przez nauki laboratoryjne. Doświadczenie w tej dziedzinie sprawiło, że nieobce były mi trudności związane z opracowaniem odpowiedniego naukowego podejścia do dziejów ludzkości. Mieszkając w latach 1958-1962 w Europie, pośród moich tamtejszych przyjaciół, w których życiu burzliwe i pełne przemocy dzieje tego kontynentu w XX wieku odcisnęły się prawdziwą traumą, zacząłem zastanawiać się głębiej nad funkcjonowaniem łańcuchów przyczynowo-skutkowych w rozwoju historii.
Jako biolog ewolucyjny w ramach prac terenowych w ciągu ostatnich trzydziestu trzech lat nawiązałem bliskie kontakty z mnóstwem rozmaitych ludzkich społeczności. Specjalizuję się w ewolucji ptaków i prowadziłem badania z tej dziedziny w Ameryce Południowej, w południowej części Afryki, jak również w Indonezji i Australii, ale przede wszystkim na Nowej Gwinei. Żyjąc pośród rdzennych mieszkańców tych obszarów, poznałem wiele prymitywnych pod względem technologicznym społeczeństw, poczynając od wspólnot łowiecko-zbierackich, po plemiona rolników i rybaków używających jeszcze do niedawna wyłącznie narzędzi z kamienia. Zatem rozmaite style życia, które większość ludzi wykształconych uznałaby za dziwaczne i przynależne raczej do odległej prehistorii, są dla mnie jednym z najbardziej aktualnych i wyrazistych elementów codzienności. Choć Nowa Gwinea stanowi zaledwie niewielki ułamek powierzchni lądu naszego globu, można się na niej zetknąć z nieproporcjonalnie wielką skalą występującej na Ziemi różnorodności kulturowej człowieka. Dla przykładu, tylko na tej właśnie wyspie można usłyszeć tysiąc spośród istniejących w dzisiejszym świecie sześciu tysięcy języków. W czasie badań nad ptactwem Nowej Gwinei moje językoznawcze zainteresowania odżyły na nowo w związku z koniecznością odszyfrowywania wykazów nazw tamtejszych gatunków w blisko stu spośród tych lokalnych języków.
Na gruncie wszystkich wyżej wspomnianych zainteresowań wyrosła moja poprzednia książka, zatytułowana Trzeci szympans. Ewolucja i przyszłość zwierzęcia zwanego człowiekiem, będąca popularnonaukową opowieścią o ewolucji gatunku ludzkiego. Jej rozdział 14, pod tytułem "Zdobywcy z przypadku", był próbą właściwego zrozumienia ostatecznego rezultatu starcia Europejczyków z rdzennymi Amerykanami. Ukończywszy tamtą książkę, zdałem sobie sprawę, że podobne wątpliwości budzą też inne konfrontacje pomiędzy różnymi ludami, zarówno w historii nowożytnej, jak i w prehistorii. Zrozumiałem również, że pytanie, z którym usiłowałem się zmierzyć we wspomnianym rozdziale 14, to w gruncie rzeczy to samo pytanie, które zadał mi Yali w 1972 roku, dotyczące jedynie innej części świata. I oto dziś wreszcie, z pomocą wielu przyjaciół, podejmuję próbę zaspokojenia jego ciekawości, a przy tym także własnej.
Książka niniejsza jest podzielona na cztery części. Pierwsza z nich, zatytułowana "Od Edenu do Cajamarki", składa się z trzech rozdziałów, z których pierwszy zawiera zwięzły przegląd ewolucji i dziejów człowieka od momentu, kiedy zaczął się różnić od małp (około 7 milionów lat temu) aż do końca ostatniego zlodowacenia (około 13 tysięcy lat wstecz). Prześledzimy w nim proces rozprzestrzeniania się przodków człowieka z Afryki, kolebki gatunku ludzkiego, na pozostałe kontynenty, aby zrozumieć, na jakim etapie rozwoju znajdował się świat u progu wydarzeń wrzucanych często do jednego worka z napisem "powstanie cywilizacji". Okaże się, że na niektórych kontynentach rozwój człowieka od samego początku miał znaczną przewagę czasową w stosunku do przebiegu wydarzeń w pozostałych częściach świata.
Rozdział 2 przygotuje nas do tego, by przyjrzeć się wpływowi środowiska naturalnego na poszczególnych kontynentach na bieg dziejów w ciągu ostatnich 13 tysięcy lat, przedstawiając pokrótce oddziaływanie środowiska wyspiarskiego na rozwój wydarzeń na mniejszym obszarze i w krótszej perspektywie czasowej. Kiedy mniej więcej trzy tysiące dwieście lat temu przodkowie Polinezyjczyków zaczęli kolonizować wyspy Pacyfiku, napotkali na nich niezwykłą różnorodność warunków naturalnych. W ciągu kilku tysiącleci ta jedna wspólnota dała początek wielu zróżnicowanym wyspiarskim społecznościom, poczynając od plemion łowiecko-zbierackich aż po zalążki imperiów. Przykład ten może posłużyć jako model przebiegających na znacznie większych obszarach i w dłuższej perspektywie czasowej, a przy tym jak dotąd słabiej zbadanych procesów rozprzestrzeniania się ludzkich społeczności na poszczególnych kontynentach od końca ostatniego zlodowacenia, w wyniku których jedne stały się wspólnotami łowiecko-zbierackimi, podczas gdy inne stworzyły imperia.
Rozdział 3 wprowadza nas w zagadnienie konfrontacji ludów z różnych kontynentów, odwołując się do bodaj najbardziej dramatycznego z tego rodzaju zderzeń w dziejach ludzkości i przytaczając relacje jego naocznych świadków. Chodzi mianowicie o pojmanie ostatniego suwerennego władcy imperium Inków, Atahualpy - w obecności jego ogromnej armii - przez Francisca Pizarra i dowodzony przez niego niewielki oddział konkwistadorów w peruwiańskim mieście Cajamarca. Z łatwością możemy zidentyfikować wiele bezpośrednich czynników, które umożliwiły ludziom Pizarra uprowadzenie Atahualpy, a także odegrały podobną rolę w ujarzmieniu przez przybyszów z Europy innych społeczeństw rdzennych mieszkańców obu Ameryk. Były to: przywleczone przez Hiszpanów na kontynent amerykański zarazki oraz przewaga, jaką dawały im konie, umiejętność czytania i pisania, organizacja polityczna i technologia (a zwłaszcza okręty i różne rodzaje broni). Analiza tego rodzaju bezpośrednich przyczyn pewnych wydarzeń stanowi jednak najłatwiejsze zadanie przy pisaniu niniejszej książki; cała trudność bowiem tkwi w tym, by odkryć ostateczne, pierwotne przyczyny, które doprowadziły do powstania wspomnianych bezpośrednich czynników, a zarazem do takiego, a nie innego wyniku konfrontacji dwóch ludów, udaremniając zarazem wynik odwrotny: że to Atahualpa przybyłby do Madrytu i uprowadził króla Hiszpanii, Karola I2.
Część II, zatytułowana "Początki i rozwój produkcji żywności", obejmująca rozdziały od 4 do 10, poświęcona jest najważniejszemu, moim zdaniem, zespołowi przyczyn pierwotnych w przebiegu dziejów ludzkości. W rozpoczynającym ją rozdziale opowiadamy pokrótce o tym, jak produkcja żywności - czyli świadome jej wytwarzanie w wyniku uprawy roli lub hodowli zwierząt, zamiast łowienia i zbierania pożywienia występującego w naturze - doprowadziła z czasem do powstania owych bezpośrednich czynników, które umożliwiły Pizarrowi odniesienie swego głośnego tryumfu. Jednakże początki produkcji żywności wyglądały różnie w rozmaitych zakątkach naszego globu. Jak się przekonamy w rozdziale 5, mieszkańcy niektórych części świata rozpoczęli jej wytwarzanie samodzielnie; inne ludy nabyły tę umiejętność w czasach prehistorycznych od tych właśnie ośrodków rozwoju rolnictwa czy hodowli, podczas gdy jeszcze inne nie zdołały we własnym zakresie rozwinąć produkcji żywności ani nie przyswoiły sobie niezbędnych umiejętności w okresie prehistorycznym, pozostając wspólnotami łowiecko-zbierackimi aż do czasów nowożytnych. Rozdział 6 jest poświęcony rozlicznym czynnikom napędzającym proces przechodzenia od łowiecko-zbierackiego stylu życia do świadomego wytwarzania żywności, który zachodził jednakże tylko na pewnych obszarach.
Rozdziały 7, 8 i 9 opowiadają o tym, jak w czasach prehistorycznych pierwsi rolnicy i pasterze zaczęli uprawiać rośliny i udomawiać zwierzęta pochodzące od występujących w naturze przodków, nie mogąc jeszcze wówczas mieć żadnej wizji tego, jaki będzie rezultat podejmowanych przez nich prób. Uwarunkowane geograficznie różnice między występującymi lokalnie dzikimi zwierzętami i roślinami nadającymi się do udomowienia w dużej mierze wyjaśniają, dlaczego jedynie kilka obszarów naszego globu stało się samodzielnymi ośrodkami produkcji żywności i dlaczego produkcja ta w niektórych spośród nich rozwinęła się wcześniej niż w pozostałych. Z tych kilku miejsc umiejętność wytwarzania pożywienia dotarła do pewnych obszarów znacznie szybciej niż do innych. Jak się okazuje, jednym z najważniejszych czynników mających wpływ na to zróżnicowane tempo rozpowszechniania się produkcji żywności była orientacja głównych osi poszczególnych kontynentów: wschód-zachód w przypadku Eurazji i północ-południe w przypadku obu Ameryk i Afryki (zob. rozdział 10).
Rozdział 3 przedstawiał zatem pokrótce bezpośrednie czynniki odpowiadające za europejski podbój rdzennych społeczeństw Ameryki, a rozdział 4 - proces rozwoju tychże czynników z przyczyny pierwotnej, którą stanowiła produkcja żywności. W części III ("Od żywności do strzelb, zarazków i stali"; rozdziały od 11 do 14) szczegółowo prześledzimy łańcuch powiązań wiodący od przyczyn pierwotnych do czynników bezpośrednich, zaczynając od ewolucji zarazków typowych dla dużych skupisk ludności (rozdział 11). Eurazjatyckie mikroby zabiły bowiem znacznie więcej rdzennych Amerykanów i przedstawicieli innych ludów spoza Eurazji niż wyprodukowane na tym kontynencie strzelby czy w ogóle wykonana ze stali broń. I odwrotnie: na przyszłych zdobywców z Europy na obszarze Nowego Świata czyhało tak naprawdę bardzo niewiele śmiertelnie groźnych zarazków. Dlaczego więc ta wymiana mikrobów była tak dalece jednostronna? W tym względzie wiele wyjaśniają wyniki najnowszych badań z dziedziny biologii molekularnej, pozwalające znacznie silniej powiązać powstawanie zarazków z początkiem produkcji żywności na terenie Eurazji niż z jej rozwojem na obszarze obu Ameryk.
Kolejny łańcuch przyczynowo-skutkowy prowadził od wytwarzania pożywienia do rozwoju pisma, najważniejszego być może wynalazku z okresu kilku ostatnich tysiącleci (rozdział 12). W dziejach ludzkości pismo wynalezione zostało de novo tylko kilka razy, w miejscach będących zarazem ośrodkami, w których najwcześniej w danym regionie rozwinęła się produkcja żywności. Wszystkie inne społeczności, które posiadły umiejętność czytania i pisania, zrobiły to w wyniku rozpowszechniania się gotowych systemów - lub samej idei pisma - z jednego z tych nielicznych centrów. Dlatego dla badacza dziejów świata pismo jest zjawiskiem szczególnie przydatnym przy zgłębianiu kolejnego ważnego zespołu przyczyn pierwotnych: wpływu uwarunkowań natury geograficznej na rozprzestrzenianie się rozmaitych idei i wynalazków.
Prawidłowości dotyczące szerzenia się pisma odnoszą się bowiem również do ogółu technologii jako takiej (rozdział 13). Kluczowe pytanie brzmi: Czy innowacje technologiczne są rzeczywiście tak dalece zależne od pojawiających się - wszak nieczęsto - na kartach historii genialnych wynalazców i od wielu specyficznych czynników kulturowych, że uniemożliwia to ustalenie i zbadanie szerszych, globalnych wzorców ich powstawania? Jak będziemy mogli się przekonać, wielość czynników kulturowych paradoksalnie ułatwia, a nie utrudnia, zrozumienie globalnych prawidłowości rozwoju technologii. Umożliwiając rolnikom wytworzenie nadwyżek żywności, produkcja pożywienia sprawiła, że społeczeństwa rolnicze mogły pozwolić sobie na utrzymywanie "pełnoetatowych" specjalistów z różnych dziedzin rzemiosła, którzy nie zajmowali się produkcją pożywienia dla własnych potrzeb, dzięki czemu mogli się skupić na rozwijaniu technologii.
Oprócz utrzymywania pisarzy i wynalazców produkcja żywności umożliwiła rolniczym społecznościom wyżywienie również jednostek zajmujących się polityką (rozdział 14). Wędrowne wspólnoty łowiecko-zbierackie mają zazwyczaj stosunkowo egalitarny charakter, a zakres ich polityki ogranicza się do zarządzania zajmowanym właśnie terytorium i zawierania nietrwałych i zmiennych sojuszy z sąsiednimi społecznościami. Z chwilą powstania dużych skupisk osiadłej ludności zajmującej się produkcją żywności pojawili się wodzowie, królowie i urzędnicy. Tego rodzaju postaci miały fundamentalne znaczenie nie tylko dla zarządzania rozległymi i ludnymi terytoriami, lecz także dla utrzymywania stałych armii, organizowania wypraw badawczych na morza i oceany oraz podbojów militarnych.
W części IV ("W sześć rozdziałów dookoła świata"; rozdziały od 15 do 20) wnioski z części II i III zostały odniesione do poszczególnych kontynentów i kilku ważniejszych wysp. Rozdział 15 poświęcony jest historii Australii oraz Nowej Gwinei, dużej wyspy, tworzącej z nią niegdyś jeden wielki kontynent. Przypadek Australii, zamieszkiwanej przez społeczności ludzkie stosujące jeszcze do niedawna najprostszą technologię i będącej jedynym kontynentem, na którym produkcja żywności nigdy nie rozwinęła się samodzielnie, poddaje krytycznej próbie wszystkie teorie dotyczące różnic pomiędzy społecznościami ludzkimi w poszczególnych częściach świata. W rozdziale tym będziemy się mogli przekonać, dlaczego Aborygeni pozostali wspólnotą łowiecko-zbieracką, mimo że w tym samym czasie większość ludów z sąsiedniej Nowej Gwinei stała się społecznościami producentów żywności.
W rozdziałach 16 i 17 wydarzenia w Australii i na Nowej Gwinei zostały osadzone w kontekście całego regionu, obejmującego główny masyw lądowy Azji Wschodniej oraz wyspy Pacyfiku. Rozwój produkcji żywności w Chinach dał początek kilku wielkim prehistorycznym migracjom ludności lub przemieszczeniom cech kulturowych (bądź zarówno jednym, jak i drugim). Jeden z takich ruchów w granicach tego kraju doprowadził do powstania Chin jako znanego nam dziś tworu politycznego i kulturowego. Inny zakończył się zastąpieniem na niemal całym obszarze tropikalnej Azji Południowo-Wschodniej tamtejszych wspólnot łowiecko-zbierackich przez społeczności rolników wywodzące się pierwotnie z południowych Chin.
Jeszcze inne masowe przemieszczenie naszych przodków, zwane migracją ludów austronezyjskich, w podobny sposób zaowocowało wyparciem rdzennych łowców i zbieraczy z obszaru Filipin i Indonezji, docierając nawet do najodleglejszych wysp Polinezji. Nie zdołało jednak doprowadzić do skolonizowania Australii i większej części Nowej Gwinei. Dla badacza dziejów świata wszystkie te konfrontacje ludów wschodnioazjatyckich ze społecznościami obszaru Pacyfiku mają podwójną wagę, gdyż po pierwsze, zaowocowały powstaniem krajów, w których żyje obecnie jedna trzecia ludności naszego świata i gdzie w coraz większym stopniu skupia się potęga gospodarcza, a po drugie, stanowią szczególnie jasne i wyraziste modele ułatwiające zrozumienie tego, co się działo z rozmaitymi ludami w innych zakątkach świata.
W rozdziale 18 powracamy do problemu przedstawionego już w rozdziale 3, czyli zderzenia Europejczyków z rdzennymi mieszkańcami obu Ameryk. Streszczenie ostatnich 13 tysięcy lat historii Nowego Świata i zachodniej Eurazji nie pozostawia wątpliwości, że dokonany przez Europejczyków podbój Ameryki stanowił jedynie punkt kulminacyjny dwóch długich i przebiegających przeważnie oddzielnie dziejowych trajektorii. Odmienny przebieg tych trajektorii wynikał zaś nieuchronnie z różnic pomiędzy samymi kontynentami, takich jak dostępność nadających się do udomowienia roślin i zwierząt, zestaw występujących na nich zarazków, czas zaludnienia, orientacja głównych osi kontynentów oraz istniejące na nich bariery ekologiczne.
W historii Afryki Subsaharyjskiej (zob. rozdział 19) można znaleźć zarówno wiele uderzających podobieństw, jak i jaskrawych kontrastów w stosunku do dziejów Nowego Świata. Z jednej strony bowiem te same czynniki, jakie nadały taki, a nie inny kształt spotkaniom Europejczyków z Afrykanami, wpływały również na ich konfrontacje z rdzennymi Amerykanami. Z drugiej jednakże strony wydarzenia w Afryce różniły się od wypadków na obszarze obu Ameryk pod względem każdego z tych czynników. W rezultacie przeprowadzony przez Europejczyków podbój nie zaowocował masowym i trwałym europejskim osadnictwem w Afryce Subsaharyjskiej, jeśli nie liczyć południowego krańca kontynentu. Trwalsze znaczenie miało natomiast dokonane na wielką skalę przemieszczenie ludności na obszarze samej Afryki, zwane migracją ludów Bantu. Okazuje się, że migrację tę wywołało wiele spośród tych samych czynników, które doszły do głosu w Cajamarce, w Azji Wschodniej, na wyspach Pacyfiku, a także w Australii i na Nowej Gwinei.
Nie żywię złudzeń, że powyższe rozdziały zdołały z powodzeniem wyjaśnić dzieje wszystkich kontynentów w ciągu minionych 13 tysięcy lat. Tego, rzecz jasna, nie sposób byłoby dokonać w ramach jednej książki, nawet gdybyśmy znali już wszystkie odpowiedzi, których na dzień dzisiejszy jeszcze przecież nie znamy. W najlepszym wypadku zatem książka niniejsza identyfikuje kilka zespołów uwarunkowanych środowiskowo czynników, które, moim zdaniem, stanowią już znaczną część odpowiedzi na pytanie Yalego. Ustalenie tych czynników uwypukla ogrom tego, co jest wciąż jeszcze niewyjaśnione, a czego zrozumienie pozostaje zadaniem na przyszłość.
W epilogu zatytułowanym "Przyszłość historii ludzkości jako dyscypliny naukowej" przedstawione są pewne niezrozumiałe wciąż aspekty dziejów człowieka, w tym problem różnic pomiędzy poszczególnymi częściami samej Eurazji, roli czynników kulturowych niezwiązanych ze środowiskiem oraz znaczenia jednostek. Być może jednak największy spośród tych nierozwiązanych ciągle problemów stanowi umocnienie pozycji historii ludzkości jako jednej z nauk historycznych tak, aby mogła być traktowana na równi z szacownymi dyscyplinami naukowymi, takimi jak biologia ewolucyjna, geologia czy klimatologia. Badanie dziejów człowieka nastręcza nie lada trudności, lecz te uznane nauki historyczne napotykają po części takie same wyzwania. Stąd też metody opracowane w ramach niektórych spośród tych dyscyplin mogą się okazać równie użyteczne w dziedzinie historii ludzkości.
Mam jednak nadzieję, że na kartach niniejszej książki zdołałem przekonać czytelnika, że historia to nie jedynie, jak to ujął pewien cynik, "jeden cholerny fakt po drugim". Naprawdę istnieją w niej pewne ogólne prawidłowości, a poszukiwanie ich wyjaśnienia bywa równie owocne, co fascynujące.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Po polsku ukazał się skrót dokonany przez D.C. Somervella: Arnold J. Toynbee, Studium historii, tłum. Józef Marzęcki, Warszawa, PIW, 2000; zob. też: Piotr Skudrzyk, Losy cywilizacji według Arnolda J. Toynbee'ego, Katowice, Towarzystwo Zachęty Kultury, 1992 (przyp. tłum).
2 Chodzi o cesarza Karola V Habsburga, który panował w Hiszpanii jako Karol I w latach 1516-1556 (przyp. tłum.).
CZĘŚĆ I - OD EDENU DO CAJAMARKI
ROZDZIAŁ 1 - DO LINII STARTU
Dogodny punkt wyjścia, od którego można zacząć porównywać przebieg procesów dziejowych na poszczególnych kontynentach, stanowi mniej więcej rok 11 000 przed Chrystusem1. Data ta odpowiada z grubsza początkom osiadłego życia w wioskach w kilku częściach świata, pierwszemu niekwestionowanemu zaludnieniu obu Ameryk, końcowi epoki plejstocenu i ostatniego zlodowacenia, jak również początkowi okresu zwanego przez geologów holocenem - najmłodszej, trwającej obecnie epoki geologicznej. W ciągu kilku tysięcy lat od tamtej chwili co najmniej w jednej części świata rozpoczął się proces udomowiania roślin i zwierząt. Czy zatem już wówczas ludzie zamieszkujący niektóre kontynenty zdecydowanie wyprzedzali pod względem rozwoju cywilizacyjnego mieszkańców pozostałych kontynentów lub mieli nad nimi wyraźną przewagę?
Jeśli tak było, to być może przewaga ta, powiększona jeszcze w ciągu ostatnich 13 tysięcy lat, dostarczy nam odpowiedzi na pytanie Yalego. Dlatego rozdział niniejszy będzie zawierać zwięzły przegląd dziejów ludzkości na wszystkich kontynentach na przestrzeni wielu milionów lat, poczynając od początku istnienia gatunku ludzkiego aż do wspomnianej chwili przed 13 tysiącami lat. Cała ta historia zostanie teraz streszczona na niespełna dwudziestu stronicach. Oznacza to, rzecz jasna, że będę przy tym pomijał szczegóły, wspominając jedynie o pewnych ogólnych tendencjach, które wydają mi się najistotniejsze w kontekście niniejszej książki.
Najbliższymi żyjącymi obecnie krewnymi człowieka są trzy gatunki małp człekokształtnych: goryl, szympans zwyczajny i szympans karłowaty (zwany również bonobo). Fakt, że nie występują one poza Afryką, wraz z licznymi dowodami kopalnymi, wskazuje wyraźnie, że najwcześniejsze stadia ewolucji człowieka także przebiegały na obszarze tego kontynentu. Tam właśnie, przed około 7 milionami lat (szacunkowe dane sięgają jednak od 5 do 9 milionów lat wstecz), bierze początek historia człowieka jako nauka odrębna od historii zwierząt. Mniej więcej w tym bowiem czasie populacja afrykańskich małp człekokształtnych podzieliła się na kilka grup, z których jedna w drodze ewolucji przekształciła się w dzisiejszego goryla, druga dała początek dwóm obecnym gatunkom szympansa, a trzecia - nam, ludziom. Jak się zdaje, linia goryli oddzieliła się przy tym nieco wcześniej, zanim nastąpił podział na szympansy i ludzi.
Skamieniałości wskazują, że linia ewolucyjna wiodąca do współczesnego człowieka osiągnęła w dużej mierze pionową postawę około 4 milionów lat temu, po czym 2,5 miliona lat wstecz zaczęły jej się zwiększać rozmiary ciała oraz wielkość mózgu. Te prehistoryczne ssaki naczelne nazywa się na ogół Australopithecus africanus (australopitek), Homo habilis (człowiek zręczny) oraz Homo erectus (człowiek wyprostowany; pitekantrop); jak się zdaje, w takiej właśnie kolejności przebiegała ich ewolucja. Chociaż Homo erectus, stanowiący etap osiągnięty około 1,7 miliona lat temu, był zbliżony do nas, ludzi współczesnych, pod względem rozmiarów ciała, jego mózg był wciąż jeszcze o połowę mniejszy od naszego. Około 2,5 miliona lat temu upowszechniły się kamienne narzędzia, lecz były to jedynie najprostsze przybory z łupanego lub ociosanego kamienia. Jeśli chodzi o znaczenie zoologiczne i cechy wyróżniające ten gatunek, to Homo erectus był już czymś więcej niż tylko człekokształtną małpą, lecz wciąż daleko mu było do współczesnego człowieka.
Ryc. 1.1. Daty zasiedlania przez istoty ludzkie poszczególnych regionów świata
Na przestrzeni pierwszych 5 czy 6 milionów lat, które upłynęły od powstania naszego gatunku (przed 7 milionami lat), cała historia ludzkości wciąż rozgrywała się na obszarze Afryki. Pierwszym przodkiem człowieka, który przekroczył granice tego kontynentu, był Homo erectus, o czym świadczą skamieniałości odkryte na Jawie, wyspie w Azji Południowo-Wschodniej, które przyjęło się nazywać człowiekiem jawajskim (zob. ryc. 1.1). Zazwyczaj zakłada się, że najstarsze szczątki tego gatunku - nie wiemy, rzecz jasna, czy są to szczątki mężczyzny czy kobiety - pochodzą sprzed mniej więcej miliona lat. Ostatnio jednak mówi się, że są starsze i datuje się je na 1,8 miliona lat wstecz. Mówiąc ściśle, nazwa Homo erectus odnosi się do tych właśnie odkrytych na Jawie skamieniałości, pochodzące zaś z Afryki dowody kopalne sklasyfikowane jako Homo erectus mogą wymagać odrębnej nazwy. W chwili obecnej najwcześniejsze niekwestionowane dowody obecności człowieka w Europie pochodzą sprzed mniej więcej pół miliona lat, lecz pojawiają się również opinie, że występował on na tym kontynencie już wcześniej. Z pewnością można by założyć, że kolonizacja Azji umożliwiła także równoczesne zaludnienie Europy, gdyż Eurazja stanowi jedną masę lądową, której nie przecinają żadne poważniejsze przeszkody na drodze potencjalnej kolonizacji.
Kwestia domniemanych wcześniejszych datowań ilustruje z kolei pewien problem, który raz za razem będzie powracać na kartach niniejszej książki. Otóż ilekroć jakiś naukowiec twierdzi, że odkrył "najstarszy przypadek" czegoś - i nieważne, czy tym czymś będzie najstarsza ludzka skamieniałość w Europie, najstarsze dowody na udomowienie kukurydzy w Meksyku czy też cokolwiek "najstarszego" w dowolnym zakątku świata - wiadomość taka natychmiast prowokuje innych badaczy do podejmowania prób obalenia tego twierdzenia poprzez znalezienie przypadku jeszcze starszego. W rzeczywistości bowiem musi przecież istnieć jakiś naprawdę "najstarszy" przypadek, względem którego wszelkie doniesienia o odkryciu przypadków wcześniejszych są błędne. Jednakże, jak się przekonamy, w odniesieniu do niemal wszystkich dotychczasowych ustaleń każdy kolejny rok przynosi nowe odkrycia i doniesienia o domniemanym istnieniu jeszcze wcześniejszych przypadków, wraz z obaleniem niektórych bądź wszystkich dotychczasowych twierdzeń tego rodzaju. Często potrzeba całych dziesięcioleci badań i poszukiwań, nim archeolodzy zdołają osiągnąć konsensus w takich sprawach.
Ludzkie skamieniałości sprzed mniej więcej pół miliona lat zaczęły się różnić od wcześniejszych szkieletów Homo erectus z uwagi na powiększoną, bardziej zaokrągloną i mniej kanciastą czaszkę. Znalezione na obszarze Afryki i Europy czaszki sprzed 500 tysięcy lat były już tak bardzo podobne do naszych, że zostały sklasyfikowane jako przynależące do gatunku Homo sapiens, a nie Homo erectus. Rozróżnienie to jest oczywiście umowne, gdyż ten pierwszy gatunek wyewoluował z tego drugiego. Jednakże ów wczesny Homo sapiens wciąż różnił się od nas pewnymi detalami budowy szkieletu i miał mózg znacznie mniejszy od naszego, a ponadto zachowywał się całkowicie odmiennie i posługiwał zupełnie innymi przedmiotami. Wytwarzające kamienne narzędzia ludy z epoki nowożytnej (takie jak choćby jeszcze pradziadowie Yalego) wzgardziłyby ich odpowiednikami sprzed pół miliona lat, uznawszy je za bardzo prymitywne. Ponadto jedynym pochodzącym z tego mniej więcej okresu ważnym osiągnięciem kulturowym naszych przodków, jaki można udokumentować z dużą dozą pewności, jest posługiwanie się ogniem.
Oprócz pozostałości szkieletów oraz wspomnianych prymitywnych narzędzi z kamienia nie zachowały się do naszych czasów żadne inne ślady wczesnych przedstawicieli gatunku Homo sapiens: żadne przykłady ich sztuki, kościane narzędzia ani nic innego. W okresie ich występowania, w Australii nie było jeszcze w ogóle ludzi, z tej oczywistej przyczyny, że nie sposób było przedostać się na ten kontynent z Azji Południowo-Wschodniej, nie mając łodzi. Istot ludzkich nie było również jeszcze w żadnym zakątku obu Ameryk, gdyż ich zasiedlenie wymagałoby z kolei zajęcia najbliżej położonej części kontynentu eurazjatyckiego, czyli Syberii, i prawdopodobnie także umiejętności szkutniczych. Dzisiejsza płytka Cieśnina Beringa, oddzielająca Syberię od Alaski, zmieniała się bowiem co pewien czas w suchy ląd, stając się szerokim mostem interkontynentalnym, gdyż w czasie kolejnych zlodowaceń poziom morza podnosił się i opadał. Jednakże zarówno budowa łodzi, jak i umiejętności niezbędne do tego, by przetrwać na obszarze Syberii, wciąż pozostawały poza zasięgiem wczesnych przedstawicieli gatunku Homo sapiens.
Pół miliona lat temu populacje ludzkie Afryki i zachodniej Eurazji zaczęły się różnić pod względem pewnych szczegółów budowy szkieletu zarówno między sobą, jak i od populacji wschodnioazjatyckiej. Populacja z Europy i zachodniej części Azji z okresu od 130 tysięcy do 40 tysięcy lat temu reprezentowana jest przez szczególnie dużą liczbę szkieletów osobników zwanych neandertalczykami i klasyfikowanych czasami jako odrębny gatunek, Homo neanderthalensis. Mimo że w wielu komiksach przedstawia się neandertalczyków jako podobne do małp zwierzęta żyjące w jaskiniach, mieli oni mózg nieco większy od naszego. Byli również pierwszymi istotami ludzkimi, które pozostawiły po sobie mocne dowody na to, że grzebały swych zmarłych i troszczyły się o chorych. Jednakże używane przez nich narzędzia pozostawały wciąż bardzo proste w porównaniu z polerowanymi toporami kamiennymi współczesnych mieszkańców Nowej Gwinei i zazwyczaj nie były jeszcze wykonywane w różnych kształtach, z których każdy miałby swoją bez trudu rozpoznawalną funkcję.
Nieliczne zachowane pozostałości neandertalczyków, istot ludzkich pochodzących z Afryki, bardziej przypominają nasz szkielet niż kościec Homo neanderthalensis. Jeszcze mniejsza jest liczba znanych nam fragmentów szkieletów z terenu Azji Wschodniej, lecz one z kolei zdają się różnić zarówno od szczątków afrykańskich, jak i neandertalskich. Jeśli chodzi o ówczesny tryb życia, to najlepiej zachowany materiał dowodowy stanowią przedmioty z kamienia oraz kości upolowanych zwierząt, zgromadzone na stanowiskach archeologicznych znajdujących się w południowej części Afryki. Choć szkielet mieszkańców Afryki sprzed 100 tysięcy lat był bardziej zbliżony do naszego niż kościec współczesnych im neandertalczyków, wytwarzali oni w gruncie rzeczy takie same prymitywne narzędzia z kamienia jak ci ostatni, wciąż jeszcze nie nadając im standardowych kształtów. Nie zachował się również żaden przykład ich sztuki. Sądząc na podstawie kości zwierząt, jakimi się żywili, ich umiejętności łowieckie nie były raczej szczególnie zaawansowane i polowali przede wszystkim na niegroźne stworzenia, które nietrudno było zabić. Nie zajmowali się polowaniem na bawoły, dzikie świnie i inną niebezpieczną zwierzynę. Nie potrafili nawet łowić ryb: w ich obozowiskach znajdujących się tuż nad brzegiem morza nie znaleziono rybich ości ani haczyków. Wraz ze współczesnymi im neandertalczykami nie są uważani za istoty ludzkie w pełnym tego słowa znaczeniu.
Dzieje ludzkości nabrały wreszcie tempa mniej więcej 50 tysięcy lat temu, kiedy nastąpiło coś, co nazwałem naszym "wielkim skokiem naprzód". Najwcześniejsze wyraźne oznaki tego skoku pochodzą ze stanowisk archeologicznych w Afryce Wschodniej, gdzie znaleziono ustandaryzowane narzędzia z kamienia i pierwsze przykłady biżuterii (wisiorki wykonane ze skorup strusich jaj). Podobny postęp nastąpił niebawem na Bliskim Wschodzie i w Europie Południowo-Wschodniej, a następnie (mniej więcej 40 tysięcy laty temu) także w południowo-zachodniej części Europy, gdzie obok zupełnie już "współczesnych" szkieletów istoty nazwanej człowiekiem kromaniońskim występuje mnóstwo artefaktów. Od tego momentu ślady zachowane na stanowiskach archeologicznych stają się coraz bardziej interesujące, nie pozostawiając wątpliwości, że mamy już do czynienia z istotami ludzkimi w pełni nowoczesnymi pod względem biologii i zachowania.
Z obozowisk ludzi kromaniońskich pochodzą bowiem narzędzia nie tylko kamienne, lecz także wykonane z kości, których podatność na obróbkę (do dowolnego kształtu, na przykład haczyka na ryby) umknęła, jak się zdaje, uwadze wcześniejszych istot ludzkich. Narzędzia te (między innymi igły, szydła czy rylce) były wytwarzane w kilku różnych i z łatwością rozpoznawalnych kształtach, na tyle nowoczesnych, że ich zastosowanie jest już dla nas oczywiste. W miejsce narzędzi jednoczęściowych, takich jak ręczne skrobaki, pojawiają się przybory złożone z wielu elementów. Do takich rozpoznawalnych, wieloczęściowych rodzajów broni znajdowanych w kromaniońskich obozowiskach należą harpuny, miotacze oszczepów, a z czasem także łuki i strzały, będące odległymi prototypami późniejszych karabinów i innego złożonego, wieloelementowego uzbrojenia z czasów nowożytnych. Te bardzo skuteczne środki służące do zabijania ofiary z bezpiecznej odległości umożliwiały polowanie na tak niebezpieczne zwierzęta, jak słonie czy nosorożce, podczas gdy wynalezienie liny do sporządzania sieci, sznurów i sideł pozwoliło włączyć do diety także ryby i ptaki. Pozostałości domostw i resztki szytej odzieży świadczą o tym, że u naszych przodków znacznie rozwinęły się umiejętności niezbędne do przetrwania w zimnym klimacie, zachowane zaś fragmenty biżuterii i staranne pochówki wskazują na wystąpienie przełomowych zjawisk w dziedzinie estetyki i duchowości.
Spośród zachowanych wytworów ludzi kromaniońskich najbardziej znane są przykłady ich sztuki: wspaniałe malowidła jaskiniowe, posążki i instrumenty muzyczne, które nawet dziś budzą nasz podziw. Każdy, kto widział na własne oczy malowidła w grocie Lascaux w południowo-zachodniej Francji i sam się przekonał, jak wielkie wrażenie robią wymalowane na jej ścianach naturalnej wielkości byki i konie, zrozumie, że umysł ich twórców musiał być podobny do naszego w stopniu nie mniejszym niż ich szkielet.
Nie ulega zatem wątpliwości, że w okresie od mniej więcej 100 do 50 tysięcy lat temu nastąpiła znacząca zmiana, jeśli chodzi o rozwój umiejętności naszych przodków. Z tym wielkim skokiem naprzód wiążą się dwie najważniejsze i nierozstrzygnięte wciąż kwestie dotyczące tego, co go wywołało, oraz jego dokładnego umiejscowienia na mapie świata. Jeśli chodzi o przyczynę tego zjawiska, to w mojej książce zatytułowanej Trzeci szympans przekonywałem czytelnika, że chodziło o udoskonalenie ludzkiej krtani, stanowiącej anatomiczną podstawę współczesnego języka, od którego w tak wielkim stopniu uzależniony jest rozwój ludzkiej kreatywności. Inni badacze sugerują natomiast, że powstanie współczesnego języka umożliwiła pewna zmiana w funkcjonowaniu mózgu (niezwiązana jednak ze zwiększeniem jego rozmiarów), jaka zaszła mniej więcej w tym samym czasie.
Jeśli zaś chodzi o lokalizację wielkiego skoku naprzód, kluczowe pytanie brzmi, czy nastąpił on przede wszystkim na jednym obszarze geograficznym, w ramach jednej grupy istot ludzkich, umożliwiając jej tym samym rozprzestrzenienie się i zastąpienie dotychczasowych mieszkańców innych części świata, czy też dokonał się jednocześnie w kilku różnych regionach, których dzisiejsza ludność składa się z potomków populacji zamieszkującej je w okresie przed wielkim skokiem? Zazwyczaj uważa się, że dość nowocześnie wyglądające czaszki ludzkie z Afryki, pochodzące sprzed około 100 tysięcy lat, stanowią dowód na poparcie tej pierwszej tezy, a jednocześnie sugerują, że skok nastąpił właśnie w Afryce. Wyniki badań molekularnych (tak zwanego mitochondrialnego DNA) początkowo również były interpretowane jako dowody na pochodzenie współczesnego człowieka z kontynentu afrykańskiego, choć znaczenie tych ustaleń podaje się obecnie w wątpliwość. Z drugiej strony zdaniem niektórych specjalistów od antropologii fizycznej czaszka istot ludzkich mieszkających w Chinach oraz Indonezji setki tysięcy lat temu wykazuje cechy odnajdywane wciąż dzisiaj, odpowiednio, u Chińczyków i Aborygenów. Jeśli to prawda, odkrycie to sugerowałoby raczej, że człowiek współczesny wyewoluował jednocześnie w kilku regionach świata i w nich właśnie, a nie w jednym tylko rajskim ogrodzie, należy doszukiwać się jego początków. Jak na razie kwestia ta pozostaje wciąż nierozstrzygnięta.
Dowody przemawiające za tym, że człowiek współczesny pojawił się w jednym tylko miejscu, z którego potem zaczął się rozprzestrzeniać na inne obszary naszego globu, zastępując wcześniejsze typy istot ludzkich w pozostałych regionach świata, wydają się najmocniejsze w odniesieniu do Europy. Około 40 tysięcy lat temu na terytorium tego kontynentu przybyli ludzie kromaniońscy, mający nowocześnie ukształtowany szkielet, dysponujący doskonalszą bronią i innymi zaawansowanymi cechami kulturowymi. Zaledwie kilka tysięcy lat później w Europie nie było już neandertalczyków, którzy przedtem przez setki tysięcy lat swej ewolucji byli jedynymi mieszkańcami tego kontynentu. Taki przebieg wydarzeń sugeruje wyraźnie, że nowocześni ludzie kromaniońscy, wykorzystując swą znacznie bardziej zaawansowaną technologię, jak również doskonalsze umiejętności językowe bądź lepiej funkcjonujący mózg, zdołali zainfekować, wytępić bądź wyprzeć z Europy neandertalczyków, nie pozostawiając przy tym niemal żadnych śladów krzyżowania się ze swymi poprzednikami.
Wielki skok naprzód zbiega się w czasie z pierwszym od czasu skolonizowania przez naszych przodków Eurazji znaczącym i dowiedzionym ponad wszelką wątpliwość rozszerzeniem geograficznego zasięgu gatunku ludzkiego. Chodzi mianowicie o zasiedlenie Australii i Nowej Gwinei, tworzących wówczas jeden kontynent. Wiele przebadanych radiochronologicznie stanowisk archeologicznych świadczy o pojawieniu się człowieka na tym obszarze w okresie od 40 do 30 tysięcy lat temu (istnieją też, rzecz jasna, nieodzowne w takich przypadkach doniesienia o jeszcze wcześniejszej obecności istot ludzkich na terenie Australii i Nowej Gwinei, lecz ich prawdziwość jest kwestionowana). W niedługim czasie od tego pierwszego zaludnienia ludzie rozprzestrzenili się po całym kontynencie, adaptując się do jego zróżnicowanych warunków naturalnych, poczynając od tropikalnych lasów deszczowych i wysokich gór Nowej Gwinei, a kończąc na suchym interiorze i wilgotnym południowo-wschodnim krańcu Australii.
W czasie kolejnych zlodowaceń lodowce skuwały tak znaczną część wód wszystkich oceanów, że globalny poziom morza spadał dziesiątki metrów poniżej stanu obecnego. W rezultacie dzisiejsze płytkie morza znajdujące się pomiędzy kontynentem azjatyckim a indonezyjskimi wyspami Sumatrą, Borneo, Jawą i Bali stawały się suchym lądem. Podobnie było w przypadku innych płycizn, takich jak Cieśnina Beringa lub kanał La Manche. Skraj głównego masywu lądowego Azji Południowo-Wschodniej znajdował się wówczas ponad 1100 kilometrów dalej na wschód niż obecnie. Niemniej jednak centralne wyspy Indonezji położone pomiędzy Bali a Australią pozostawały nadal oblewane wodami głębokomorskich kanałów i odseparowane od siebie nawzajem. Aby dotrzeć do Australii i Nowej Gwinei z kontynentu azjatyckiego, wciąż trzeba było wówczas pokonać przynajmniej osiem takich pełnomorskich kanałów, z których najszerszy miał co najmniej 80 kilometrów. Większość z nich oddzielała od siebie wyspy położone w zasięgu wzroku, lecz sama Australia pozostawała ciągle niewidoczna nawet z najbliższych indonezyjskich wysp - Timoru i archipelagu Tanimbar. Zasiedlenie Australii i Nowej Gwinei ma zatem doniosłe znaczenie z uwagi na to, że wymagało umiejętności żeglarskich i stanowi zdecydowanie najwcześniejszy przykład posługiwania się nimi w dziejach ludzkości. Dowody na wykorzystywanie tego rodzaju umiejętności w jakimkolwiek innym zakątku świata pochodzą dopiero sprzed 13 tysięcy lat (są zatem późniejsze o mniej więcej 30 tysięcy lat) i dotyczą basenu Morza Śródziemnego.
Początkowo archeolodzy rozważali również i taką ewentualność, że kolonizacja Australii i Nowej Gwinei dokonała się przez przypadek, a kontynent ten został zasiedlony przez kilkoro ludzi, których tratwę zniosło na pełne morze, gdy łowili ryby w pobliżu jednej z indonezyjskich wysp. Jeden z najbardziej karkołomnych tego rodzaju scenariuszy zakładał nawet, że pierwszą falę kolonizacji stanowiła w istocie jedna tylko młoda kobieta, która była ciężarna i nosiła w swym łonie płód płci męskiej. Jednakże zwolenników teorii o przypadkowym zasiedleniu kontynentu australijskiego zaskoczyły nieco ostatnie odkrycia, zgodnie z którymi wkrótce po samej Nowej Gwinei, mniej więcej 35 tysięcy lat temu, skolonizowane zostały także inne wyspy, położone jeszcze dalej na wschód. Chodziło mianowicie o Nową Brytanię i Nową Irlandię z Archipelagu Bismarcka, a także Bukę należącą do archipelagu Wysp Salomona. Tej ostatniej nie widać z najbliżej położonej sąsiedniej wyspy na zachód od niej, aby zaś się na nią dostać, pokonać trzeba akwen o szerokości około 160 kilometrów. Pierwsi mieszkańcy Australii i Nowej Gwinei prawdopodobnie potrafili zatem w pełni świadomie przemierzać wody oceanu, kierując się ku widocznym na horyzoncie wyspom, i na tyle często korzystali ze swych umiejętności żeglarskich, że raz za razem w sposób niezamierzony udawało im się skolonizować nawet odległe, niewidoczne dla nich początkowo skrawki lądu.
Oprócz pierwszego przypadku wykorzystania przez człowieka umiejętności żeglarskich i pierwszego znaczącego powiększenia zasięgu geograficznego ludzkiej populacji od czasów jej dotarcia na terytorium Eurazji, zasiedlenie Australii i Nowej Gwinei wiązało się prawdopodobnie z jeszcze jednym doniosłym precedensem: z pierwszą masową eksterminacją gatunku dużych zwierząt przez człowieka. Obecnie to Afrykę uważamy za kontynent, na którym żyją wielkie ssaki. Wiele gatunków takich zwierząt występuje również we współczesnej Eurazji, choć nie sposób tu mówić o tak dużej liczbie, z jaką mamy do czynienia na afrykańskiej równinie Serengeti. Do eurazjatyckich gatunków należą choćby azjatyckie nosorożce, słonie i tygrysy czy europejskie łosie i niedźwiedzie (a także, aż do klasycznego okresu starożytności, lwy). W Australii i na Nowej Gwinei nie ma dziś równie wielkich ssaków; w rzeczywistości nie występują tutaj żadne zwierzęta większe od niespełna pięćdziesięciokilogramowych kangurów. Jednakże Australia i Nowa Gwinea mogły niegdyś poszczycić się zbiorowiskiem różnorodnych wielkich ssaków obejmującym gigantycznych rozmiarów kangury2, przypominające nosorożca i osiągające rozmiary krowy torbacze zwane diprotodonami oraz lwy workowate (również należące do torbaczy). Dawniej występował tu także przypominający strusia ptak nielot o wadze dochodzącej do 200 kilogramów, a ponadto kilka pokaźnych gadów, w tym na przykład jaszczur ważący około tony, gigantyczne pytony i krokodyle lądowe.
Wszystkie te australijskie i nowogwinejskie giganty (przedstawiciele tak zwanej megafauny) zniknęły jednak raz na zawsze po tym, jak na kontynent dotarli ludzie. Choć dokładny czas ich wymarcia budzi wciąż kontrowersje, to jednak drobiazgowe badanie kilku stanowisk archeologicznych na obszarze Australii, z których znaleziska obejmują okres kilkudziesięciu tysięcy lat i zawierają obfite nawarstwienia zwierzęcych kości, wykazało, że w ciągu ostatnich 35 tysięcy lat nie było w nich ani śladu wymarłych obecnie gigantów. Pozwala nam to zatem wnioskować, że australijska megafauna wyginęła wkrótce po pojawieniu się na tym kontynencie człowieka.
Fakt, że tak wiele gatunków wielkich zwierząt znikło niemalże jednocześnie, wywołuje dosyć oczywiste pytanie: Co było tego przyczyną? Jedna z najprostszych możliwych odpowiedzi mówi, że zostały one wybite lub w sposób pośredni wyeliminowane przez pierwsze istoty ludzkie przybyłe na kontynent. Warto sobie przy tym uświadomić, że australijskie i nowogwinejskie zwierzęta przez wiele milionów lat ewoluowały, nie mając styczności z człowiekiem jako potencjalnym myśliwym. Wiemy zaś, że ptaki i ssaki z Galapagos i Antarktydy, ewoluujące również pod nieobecność człowieka, którego ujrzały dopiero w czasach nowożytnych, są dziś wciąż jeszcze niezwykle łagodne. One także z pewnością zostałyby wytępione, gdyby zwolennicy ochrony przyrody szybko nie podjęli stosownych kroków w celu ich ocalenia. Na innych odkrytych niedawno wyspach, gdzie tego rodzaju środki zapobiegawcze nie zdołały na czas wejść w życie, rzeczywiście doszło do wytępienia rozmaitych gatunków zwierząt. Jedną z ofiar był dront dodo z Mauritiusa, który stał się niemal symbolem ginących gatunków. Wiadomo również, że na każdej z dobrze już dziś zbadanych oceanicznych wysp skolonizowanych w czasach prehistorycznych osadnictwo ludzkie prowadziło do gwałtownego wymierania kolejnych gatunków zwierząt. Pośród ofiar znalazły się nowozelandzkie nielotne ptaki moa, olbrzymie lemury z Madagaskaru czy ogromne nielotne gęsi z Hawajów. I tak jak ludzie z epoki nowożytnej z łatwością mogli się zbliżyć do niczego niepodejrzewających dodo czy fok, prehistoryczne istoty ludzkie prawdopodobnie również bez trudu podchodziły do nieobawiających się ich moa czy olbrzymich lemurów, aby je zabijać.
Stąd też jedna z hipotez usiłujących wyjaśnić wyginięcie olbrzymich zwierząt z terytorium Australii i Nowej Gwinei głosi, że około 40 tysięcy lat temu spotkał je taki właśnie los. W przeciwieństwie do nich, większość wielkich ssaków z Afryki i Eurazji przetrwała do czasów nowożytnych z uwagi na to, że ich ewolucja, przez setki tysięcy czy nawet miliony lat, przebiegała równolegle z rozwojem praludzi. Dzięki temu miały one dość czasu, aby rozwinąć w sobie odpowiedni poziom lęku przed tymi istotami, jako że słabe zrazu umiejętności łowieckie naszych przodków doskonaliły się bardzo powoli. Dront dodo, ptaki moa, a także, być może, olbrzymie zwierzęta z Australii i Nowej Gwinei miały natomiast pecha: nagle, kompletnie do tego nieprzygotowane przez swą dotychczasową ewolucję, stanęły oko w oko z zasiedlającymi kontynent nowoczesnymi istotami ludzkimi dysponującymi już w pełni rozwiniętymi umiejętnościami łowieckimi.
Nie oznacza to bynajmniej, że powyższa teoria o wytępieniu miejscowych zwierząt przez człowieka na obszarze Australii i Nowej Gwinei (ang. overkill hypothesis) nie była do tej pory kwestionowana. Jej przeciwnicy podkreślają, że jak dotąd nikt nie zdołał odnaleźć kości żadnego z tamtejszych wymarłych gigantów, które dowodziłyby niezbicie, że zwierzę to zginęło z ręki człowieka, czy choćby żyło w pobliżu istot ludzkich. Obrońcy tej teorii z kolei odpowiadają na ten zarzut w sposób następujący: trudno oczekiwać, że uda się znaleźć miejsca, w których ginęły te zwierzęta, skoro ich eksterminacja dokonała się w bardzo szybkim tempie i na dodatek bardzo dawno temu (w ciągu kilku zaledwie tysiącleci przed około 40 tysiącami lat). Przeciwnicy wysuwają w odpowiedzi konkurencyjną teorię, że być może giganty padły ofiarą jakiejś zmiany klimatu, na przykład dotkliwej suszy na i tak już chronicznie nazbyt suchym kontynencie australijskim. Jak dotąd spór ten również pozostaje nierozstrzygnięty.
Osobiście nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego wielkie zwierzęta Australii miałyby przetrwać niezliczone susze w ciągu dziesiątków milionów lat swych dziejów na obszarze tego kontynentu tylko po to, by potem nagle, niemal jednocześnie (przynajmniej patrząc przez pryzmat skali czasowej mierzonej w milionach lat), postanowić sobie, że wszystkie padną trupem przez czysty przypadek dokładnie wtedy, kiedy na kontynent australijski przybyli pierwsi ludzie. Ponadto olbrzymy te zniknęły nie tylko z australijskiego interioru, lecz także z terenów niezwykle wilgotnej Nowej Gwinei czy też południowo-wschodnich krańców Australii. Przestały istnieć we wszystkich bez wyjątku środowiskach, poczynając od pustyń, aż po chłodne i tropikalne lasy deszczowe. Stąd wydaje mi się najbardziej prawdopodobne, że zwierzęta te zostały istotnie wytępione przez ludzi zarówno w sposób bezpośredni (zabijano je dla pożywienia), jak i pośredni (w wyniku pożarów i innych wywoływanych przez człowieka zmian w środowisku naturalnym). Bez względu jednak na to, czy słuszna okaże się hipoteza o ich wytępieniu, czy też teoria mówiąca o zmianach klimatycznych, zniknięcie wszystkich wielkich zwierząt Australii i Nowej Gwinei miało, jak się niebawem przekonamy, poważne konsekwencje dla dalszego biegu dziejów ludzkości. Wymarcie tych gatunków sprawiło bowiem, że na kontynencie australijskim zabrakło dzikich zwierząt dużych rozmiarów, które w innym wypadku mogłyby stać się kandydatami do udomowienia. W rezultacie rdzenni mieszkańcy Australii i Nowej Gwinei nie mieli żadnych występujących lokalnie zwierząt domowych.
Kolonizacja Australii i Nowej Gwinei dokonała się zatem dopiero mniej więcej w tym okresie, kiedy nastąpił wielki skok naprzód. Zasięg występowania gatunku ludzkiego powiększył się niebawem po raz kolejny, obejmując tym razem najchłodniejsze regiony Eurazji. Choć neandertalczycy żyli w czasach zlodowaceń i byli przyzwyczajeni do zimna, nie potrafili dotrzeć do wyższych szerokości geograficznych niż dzisiejsze północne Niemcy i Kijów. Nie ma w tym nic zaskakującego, skoro, jak się zdaje, nie posiadali igieł, odpowiedniej odzieży, dostatecznie ciepłych domostw i innych zdobyczy techniki odgrywających istotną rolę w przeżyciu w strefach o najzimniejszym klimacie. Dopiero około 20 tysięcy lat temu na terytorium Syberii wkroczyły nowoczesne już pod względem anatomicznym ludy dysponujące tego rodzaju technologią (choć i w tej kwestii, jak zwykle, istnieją podawane w wątpliwość teorie o znacznie wcześniejszej obecności istot ludzkich na tym obszarze). Ten właśnie etap ekspansji gatunku ludzkiego odpowiada, być może, za wyginięcie mamuta włochatego i nosorożca włochatego na obszarze Eurazji.
Zasiedliwszy Australię i Nową Gwineę, ludzie zajmowali już trzy z pięciu nadających się do zamieszkania kontynentów (na potrzeby niniejszej książki uznaję Eurazję za jeden kontynent i pomijam Antarktydę, ponieważ ludzie dotarli na nią dopiero w XIX wieku i nigdy nie istniała tam żadna samowystarczalna społeczność ludzka). Pozostały zatem już tylko dwa: Ameryka Północna i Ameryka Południowa. Nie ulega wątpliwości, że zostały one zasiedlone jako ostatnie, choćby z tej oczywistej przyczyny, że dotarcie do nich ze Starego Świata wymagało albo skonstruowania łodzi (na istnienie których brak dowodów, nawet na obszarze Indonezji, aż do 40 tysięcy lat wstecz, a w Europie do czasów znacznie późniejszych) i przeprawienia się drogą morską, albo wcześniejszego zaludnienia Syberii (wciąż jeszcze niezamieszkanej około 20 tysięcy lat temu), skąd można by się przedostać do Ameryki Północnej przez Beringię.
Nie jest jednak pewne, kiedy dokładnie - w okresie pomiędzy mniej więcej 35 a 14 tysiącami lat temu - nastąpiło pierwsze zasiedlenie obu Ameryk. Najstarsze niekwestionowane szczątki ludzkie znaleziono tam na stanowiskach zlokalizowanych na Alasce i datowanych na około 12 tysięcy lat przed Chrystusem. Później następuje już całe mnóstwo odkryć na obszarze Stanów Zjednoczonych na południe od granicy z Kanadą, a także na terenie Meksyku, datowanych na końcowe wieki dwunastego tysiąclecia przed Chrystusem. Te ostatnie odkrywki nazywane są stanowiskami kultury Clovis, a nazwa ta pochodzi od miasta w stanie Nowy Meksyk, w pobliżu którego po raz pierwszy zidentyfikowano charakterystyczne dla tej kultury duże kamienne groty włóczni. Obecnie znane są setki takich stanowisk rozrzuconych na całym obszarze Stanów Zjednoczonych i sięgających na południe aż po terytorium Meksyku. Z nieco późniejszego okresu pochodzą niezbite dowody ludzkiej obecności na terenie Amazonii i Patagonii. Fakty te sugerują interpretację, zgodnie z którą obozowiska kultury Clovis dokumentują pierwsze zasiedlenie Ameryki przez istoty ludzkie, które szybko się rozmnażały i rozprzestrzeniały, zaludniając obydwa kontynenty.
W pierwszej chwili można być zdumionym, że potomkowie kultury Clovis w ciągu niespełna tysiąca lat zdołali dotrzeć aż do Patagonii, położonej blisko 13 tysięcy kilometrów na południe od granicy amerykańsko-kanadyjskiej. Oznacza to jednak, że ekspansja ta odbywała się w tempie wynoszącym średnio zaledwie około 13 kilometrów rocznie, co nie stanowi szczególnego osiągnięcia w przypadku łowców i zbieraczy mogących pokonywać taki dystans w ramach normalnych poszukiwań pożywienia w ciągu jednego dnia.
Można również być zaskoczonym, iż obie Ameryki najwyraźniej wypełniały się ludźmi tak szybko, że niektórzy z nich mieli motywację, by podążać dalej na południe, w kierunku Patagonii. Jednakże i ten przyrost ludności okazuje się mało zaskakujący, jeśli człowiek zatrzyma się na moment, aby głębiej się zastanowić, jakie liczby rzeczywiście wchodziły tutaj w grę. Jeżeli z czasem terytorium obu Ameryk zamieszkiwały wspólnoty łowiecko-zbierackie o średniej gęstości zaludnienia wynoszącej poniżej 0,4 osoby na kilometr kwadratowy (przy czym jest to duże zagęszczenie w przypadku współczesnych wspólnot tego rodzaju), to na całym obszarze obu amerykańskich kontynentów znajdowałoby się około dziesięciu milionów łowców i zbieraczy. Jednakże gdyby pierwsza grupa osadników składała się jedynie ze stu osób i powiększała się w tempie zaledwie 1,1 procent rocznie, liczba potomków tych kolonistów w ciągu tysiąca lat osiągnęłaby wspomniany pułap ludności wynoszący dziesięć milionów ludzi. Przyrost ludności na poziomie 1,1 procent rocznie to nic nadzwyczajnego: w czasach nowożytnych, gdy kolonizowano dziewicze ziemie (na przykład gdy buntownicy z HMS Bounty i ich tahitańskie żony zasiedlali wyspę Pitcairn), odnotowywano wskaźniki rzędu 3,4 procent w skali roku.
Obfitość obozowisk łowców z kultury Clovis z kilku pierwszych stuleci po ich przybyciu do Ameryki przypomina mnogość udokumentowanych archeologicznie śladów nieco późniejszego odkrycia Nowej Zelandii przez przodków Maorysów. Znaczna liczba stanowisk z wczesnego okresu kolonizacji została udokumentowana także w odniesieniu do znacznie wcześniejszego procesu kolonizacji Europy przez nowoczesne już pod względem anatomicznym istoty ludzkie, jak również zasiedlenia Australii i Nowej Gwinei. Oznacza to, że wszystko, co wiąże się ze zjawiskiem kultury Clovis i jej rozprzestrzenianiem się na obszarze obu Ameryk, odpowiada ustaleniom dotyczącym innych niekwestionowanych przypadków kolonizacji dziewiczych terenów na przestrzeni dziejów.
Co może oznaczać fakt, że obozowiska kultury Clovis mnożą się w stuleciach poprzedzających rok 11 000, a nie na przykład 16 000 lub 21 000 przed Chrystusem? Należy mieć w pamięci, że Syberia zawsze była zimną krainą, a przez znaczną część plejstoceńskich zlodowaceń na całej szerokości Kanady, niczym przeszkoda nie do pokonania, rozciągał się nieprzerwany masyw lądolodu. Jak już widzieliśmy, zdobycze techniki niezbędne do radzenia sobie w bardzo zimnym klimacie pojawiły się dopiero po tym, jak przed mniej więcej 40 tysiącami lat na teren Europy wkroczyły anatomicznie współczesne istoty ludzkie. I tak ludzie ci zdołali skolonizować Syberię dopiero 20 tysięcy lat później. Z czasem owi przodkowie mieszkańców Syberii przedostali się na Alaskę albo drogą morską, przez Cieśninę Beringa (mającą nawet obecnie zaledwie 80 kilometrów szerokości), albo pieszo w czasie zlodowaceń, kiedy poziom morza znacznie się obniżał i cieśnina stawała się lądem stałym. Przez tysiąclecia swego istnienia, w czasie których to pojawiała się, to znów znikała pod powierzchnią wód, Beringia miała do 1800 kilometrów szerokości i pokryta była tundrą. Ludzie nawykli do panującego tam zimna mogli wówczas z łatwością ją przemierzać. Po raz ostatni to lądowe połączenie interkontynentalne ponownie zostało zalane wodami oceanu i na powrót stało się cieśniną, kiedy poziom morza podniósł się mniej więcej po roku 14 000 przed Chrystusem. Bez względu jednak na to, czy ci pierwsi mieszkańcy Syberii do Alaski doszli, czy też dopłynęli, najwcześniejsze niezbite dowody obecności człowieka na Alasce datowane są na około 12 tysięcy lat przed Chrystusem.
Wkrótce potem w kanadyjskim lądolodzie otwarła się biegnąca z północy na południe szczelina, umożliwiając pierwszym mieszkańcom Alaski przejście przez lód i wydostanie się na obszar Wielkich Równin w pobliżu dzisiejszego kanadyjskiego miasta Edmonton. W ten sposób została usunięta ostatnia poważna przeszkoda utrudniająca nowoczesnemu pod względem anatomicznym człowiekowi dotarcie z obszaru Alaski do Patagonii. Pionierzy spod Edmonton niewątpliwie zastali na Wielkich Równinach obfitość zwierzyny łownej, a ich społeczność zapewne rozkwitła, zaczęła się powiększać liczebnie i stopniowo rozprzestrzeniała się w kierunku południowym, zajmując z czasem cały kontynent.
Jeszcze jedna cecha kultury Clovis odpowiada naszym oczekiwaniom związanym z pojawieniem się człowieka na południe od kanadyjskiego lądolodu. Podobnie jak Australia i Nowa Gwinea, obie Ameryki początkowo pełne były wielkich ssaków. Około 15 tysięcy lat temu amerykański Zachód bardzo przypominał dzisiejszą równinę Serengeti w Afryce: za stadami słoni i koni uganiały się lwy i gepardy, pomiędzy nimi zaś pojawiali się też przedstawiciele tak egzotycznych gatunków, jak wielbłądy i ogromne naziemne leniwce. I dokładnie tak samo, jak w Australii i na Nowej Gwinei, na obszarze obu Ameryk większość spośród tych wielkich ssaków nagle wyginęła. O ile jednak w Australii nastąpiło to prawdopodobnie ponad 30 tysięcy lat temu, o tyle na kontynencie amerykańskim w okresie od około 17 do 12 tysięcy lat wstecz. W odniesieniu do tych spośród wymarłych ssaków amerykańskich, których kości występują w największej obfitości i datowane są ze szczególną dokładnością, można stwierdzić, że wyginęły one mniej więcej 11 tysięcy lat przed Chrystusem. Dwoma bodaj najściślej datowanymi przypadkami są: wyginięcie leniwca naziemnego Shasta oraz kozła górskiego Harringtona w rejonie Wielkiego Kanionu Kolorado. Populacja obu tych gatunków znikła w ciągu jednego lub dwóch stuleci po roku 11 100 przed Chrystusem. Czy to przypadek, czy nie, jest to dokładnie ta sama data - oczywiście w granicach błędu eksperymentalnego - jaką wiąże się z dotarciem w rejon Wielkiego Kanionu myśliwych z kultury Clovis.
Odkrycia licznych mamucich szkieletów z typowymi dla kultury Clovis grotami pomiędzy żebrami sugerują, że ta zbieżność dat nie jest jednak dziełem przypadku. Myśliwi posuwający się na południe przez terytorium obu Ameryk i napotykający wielkie zwierzęta, które nigdy wcześniej nie widziały człowieka, prawdopodobnie nie mieli trudności z ich zabijaniem i w końcu całkowicie je wytępili. Inna teoria mówi z kolei, że wielkie ssaki amerykańskie wymarły wskutek zmian klimatycznych, jakie nastąpiły pod koniec ostatniego zlodowacenia, które - niemal jakby specjalnie dla utrudnienia współczesnym paleontologom interpretacji wydarzeń - dobiegło końca także około 11 tysięcy lat przed Chrystusem.
Osobiście mam ten sam problem z tą klimatyczną teorią wyginięcia przedstawicieli megafauny obu Ameryk co z podobną tezą w odniesieniu do Australii i Nowej Gwinei. Wielkie zwierzęta z kontynentu amerykańskiego zdołały już bowiem przetrwać dwadzieścia dwa wcześniejsze zlodowacenia. Dlaczego zatem większość z nich wybrała sobie właśnie dwudzieste trzecie, aby nagle zbiorowo wymrzeć, a wszystko to w obecności rzekomo nieszkodliwych istot ludzkich? Dlaczego zniknęły we wszystkich środowiskach naturalnych, nie tylko w tych, których zasięg pod koniec ostatniego zlodowacenia wyraźnie się skurczył, lecz i w takich, które znacznie się powiększyły? Z powyższych względów podejrzewam jednak, że to sprawka myśliwych z kultury Clovis, lecz i ten spór pozostaje wciąż nierozstrzygnięty. Bez względu jednak na to, która z teorii okaże się słuszna, z kontynentu amerykańskiego zniknęła wtedy większość gatunków dużych dzikich ssaków, które - gdyby przeżyły - mogłyby później zostać udomowione przez rdzennych mieszkańców Ameryki.
Nierozstrzygnięta pozostaje również kwestia, czy to właśnie myśliwi z kultury Clovis rzeczywiście byli pierwszymi mieszkańcami Ameryki. Jak to bywa zawsze wtedy, gdy ktoś twierdzi, że odkrył precedens w jakiejś dziedzinie, nieustannie pojawiają się tezy o odnalezieniu na obszarze obu Ameryk obozowisk ludzkich sprzed czasów kultury Clovis. Co roku też kilka spośród tych nowych odkryć naprawdę wydaje się przekonujących i niezwykle ekscytujących, przynajmniej przez pewien czas od ich ogłoszenia. Potem dopiero pojawiają się problemy z ich interpretacją. Czy artefakty, o których mowa w związku z danym obozowiskiem, to faktycznie narzędzia wykonane ludzką ręką, czy tylko fragmenty skały tak sugestywnie ukształtowane przez naturę? Czy podawane daty radiowęglowe są rzeczywiście trafne, a nie wypaczone przez którąś z rozlicznych trudności, które są prawdziwą plagą radiochronologii? A jeśli nawet daty są poprawne, to czy rzeczywiście odnoszą się do wytworów ludzkich, a nie liczącego sobie 15 tysięcy lat kawałka węgla drzewnego leżącego przypadkowo obok kamiennego narzędzia wykonanego tak naprawdę zaledwie 9 tysięcy lat temu?
Aby przybliżyć czytelnikowi owe problemy, przyjrzyjmy się pewnemu typowemu i często przywoływanemu przykładowi doniesienia o odkryciu śladów człowieka sprzed czasów kultury Clovis. Otóż w brazylijskim schronisku skalnym zwanym Pedra Furada archeolodzy odkryli malowidła jaskiniowe wykonane niewątpliwie ręką człowieka. Pośród stosów głazów u stóp klifu odnaleźli również trochę kamieni, których kształty sugerowały, że mogły to być prymitywne narzędzia. Na dodatek natrafili również na ślady rzekomych palenisk, z których węgiel drzewny, przebadany radiochronologicznie, wskazał im daty sprzed około 35 tysięcy lat. Artykuły o odkryciach w Pedra Furada zostały nawet opublikowane w prestiżowym i elitarnym międzynarodowym czasopiśmie naukowym "Nature".
Jednakże żaden ze wspomnianych kamieni znalezionych u stóp klifu nie jest w sposób oczywisty narzędziem wykonanym ludzką ręką, w przeciwieństwie do grotów kultury Clovis czy przyborów ludzi kromaniońskich. Jeśli na przestrzeni dziesiątków tysięcy lat z wysokiej skały spadają setki tysięcy kamieni, wiele z nich, siłą rzeczy, rozpadnie się i obtłucze przy uderzeniu o głazy u jej podnóża; niektóre z nich zaczną przypominać prymitywne narzędzia z kamienia łupanego wykonane przez człowieka. W zachodniej Europie oraz w innych zakątkach Amazonii archeolodzy przebadali radiochronologicznie barwniki, jakich użyto w malowidłach jaskiniowych, lecz w Pedra Furada tego nie zrobiono. W pobliżu tamtejszego schroniska skalnego często zdarzają się pożary lasów, a powstały w ich wyniku węgiel drzewny regularnie trafia do wnętrza jaskiń, zwiewany przez wiatr lub unoszony wodami strumieni. Nie istnieją natomiast żadne dowody pozwalające powiązać węgiel drzewny sprzed 35 tysięcy lat z wykonanymi niewątpliwie ludzką ręką malowidłami jaskiniowymi w Pedra Furada. I chociaż sami odkrywcy pozostają przekonani o prawdziwości swego znaleziska, niedawno stanowisko to odwiedziła inna ekipa archeologów, którzy nie brali udziału w pierwszych tamtejszych wykopaliskach, lecz interesują się teoriami o odkryciach śladów człowieka sprzed czasów kultury Clovis, i odjechała stamtąd z mocno sceptycznym nastawieniem.
Stanowiskiem zlokalizowanym na terenie Ameryki Północnej, które obecnie cieszy się największą wiarygodnością jako potencjalne obozowisko ludzkie sprzed czasów kultury Clovis, jest schronisko skalne Meadowcroft w stanie Pensylwania. Uzyskane tam datowania radiowęglowe związane rzekomo z obecnością człowieka sięgają około 16 tysięcy lat wstecz. W tym przypadku żaden archeolog nie zaprzecza, że w wielu starannie odkrywanych warstwach występują liczne przedmioty wykonane przez człowieka. Jednakże najwcześniejsze sugerowane daty radiowęglowe zupełnie nie mają sensu, ponieważ wiązane z nimi gatunki roślin i zwierząt są gatunkami występującymi na obszarze Pensylwanii w stosunkowo niedawnych epokach o łagodnym klimacie, nie zaś takimi, jakich można by oczekiwać w czasach zlodowaceń występujących przed 16 tysiącami lat. Stąd też należy sądzić, że próbki węgla drzewnego wydobyte z najstarszych warstw kojarzonych z ludzkim osadnictwem pochodzą z czasów późniejszych od kultury Clovis, i jedynie przeniknęły do nich fragmenty starszego węgla. W Ameryce Południowej z kolei najpoważniejszym kandydatem do miana ludzkiego obozowiska sprzed czasów kultury Clovis jest stanowisko Monte Verde w południowym Chile, datowane na co najmniej 15 tysięcy lat wstecz. Pochodzące stamtąd odkrycia również wydają się obecnie wielu archeologom przekonujące, ale w obliczu wszystkich dotychczasowych zawodów i rozczarowań pewna doza ostrożności wydaje się co najmniej uzasadniona.
Jeśli gdzieś na obszarze obu Ameryk rzeczywiście żyli jacyś nasi przodkowie jeszcze przed czasami kultury Clovis, to dlaczego wciąż tak trudno jest udowodnić, że ludzie ci w ogóle istnieli? Archeolodzy prowadzili już wszak wykopaliska w setkach stanowisk na kontynencie amerykańskim, jednoznacznie datowanych na okres od roku 2000 do 11 000 lat przed Chrystusem, w tym w dziesiątkach obozowisk kultury Clovis na obszarze amerykańskiego Zachodu, w schroniskach skalnych w Appalachach i w nadbrzeżnych osadach w Kalifornii. W wielu spośród tych miejsc, pod wszystkimi warstwami archeologicznymi zawierającymi niezaprzeczalne ślady ludzkiej działalności, przebadano również głębsze, starsze poziomy, natrafiając na niewątpliwe szczątki zwierząt, lecz nie odnajdując już dalszych dowodów obecności człowieka. Słabość materiału dowodowego mającego potwierdzić występowanie gatunku ludzkiego na obszarze obu Ameryk przed czasami kultury Clovis kontrastuje z wielością tego rodzaju dowodów w Europie, gdzie setki stanowisk świadczą wyraźnie o obecności nowoczesnych anatomicznie istot ludzkich na długo przed pojawieniem się myśliwych z kultury Clovis na kontynencie amerykańskim około 11 tysięcy lat przed Chrystusem. Jeszcze bardziej wymowne są dowody na obecność człowieka pochodzące z Australii i Nowej Gwinei, gdzie jest co najmniej dziesięciokrotnie mniej archeologów niż w samych tylko Stanach Zjednoczonych. Mimo to ci nieliczni badacze zdołali jednak odkryć ponad sto niekwestionowanych obozowisk ludzkich sprzed czasów kultury Clovis, rozrzuconych na obszarze całego kontynentu.
Nasi odlegli przodkowie z pewnością nie przelecieli helikopterem z Alaski do Meadowcroft czy Monte Verde, pokonując w ten sposób dzielące te miejsca kilometry terenu. Zwolennicy teorii o zasiedleniu Ameryki przed czasami kultury Clovis sugerują, że przez tysiące lub nawet dziesiątki tysięcy lat tamtejsza populacja ludzka zachowywała niską gęstość zaludnienia lub nie uwidoczniła się w badaniach archeologicznych z niewiadomych przyczyn niemających odpowiednika w innych regionach świata. Moim zdaniem sugestia ta jest jednak o wiele mniej prawdopodobna niż to, że z czasem znaleziska z Monte Verde i Meadowcroft zostaną zinterpretowane na nowo, jak to bywało w przypadku innych odkryć śladów człowieka sprzed czasów kultury Clovis. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że gdyby na obszarze obu Ameryk rzeczywiście występowało starsze osadnictwo ludzkie, do tej pory jego istnienie zostałoby już potwierdzone ponad wszelką wątpliwość, i to w wielu lokalizacjach, i nie musielibyśmy spierać się o to ani chwili dłużej. Jednakże na dzień dzisiejszy archeolodzy pozostają wciąż podzieleni w tej kwestii.
Bez względu jednak na to, która interpretacja okaże się słuszna, nasze pojmowanie późniejszego etapu prehistorii Ameryki nie ulegnie zmianie. Reasumując zatem: albo obie Ameryki zostały po raz pierwszy zasiedlone około 11 tysięcy lat przed Chrystusem i szybko zapełniły się nowymi osadnikami, albo pierwsze zasiedlenie dokonało się nieco wcześniej (większość zwolenników tej teorii sugeruje, że około 15 bądź 20, lub być może nawet 30 tysięcy lat temu; bardzo niewielu z nich jednak zupełnie serio wysuwa tezę, że nastąpiło to jeszcze wcześniej), lecz obozowiska ludzkie sprzed okresu kultury Clovis pozostawały wciąż nieliczne, bądź też nie uwidoczniły się w badaniach archeologicznych albo miały niewielki wpływ na rozwój osadnictwa na kontynencie aż do mniej więcej 11 tysięcy lat przed Chrystusem. Tak czy inaczej jednak, spośród pięciu nadających się do zamieszkania kontynentów Ameryka Północna i Ameryka Południowa pozostają wciąż tymi dwoma, na których prehistoria człowieka jest najkrótsza.
Wraz z zasiedleniem obu Ameryk społeczności ludzkie istniały już na większości nadających się do zamieszkania przez człowieka obszarów kontynentów i pobliskich wysp, jak również wysp położonych na oceanie od Indonezji aż na wschód od Nowej Gwinei. Zasiedlenie pozostałych skrawków lądu na naszym globie dokonało się jednak dopiero w czasach nowożytnych: śródziemnomorskie wyspy takie jak Kreta, Cypr, Korsyka czy Sardynia zaludniono w okresie od około 8,5 tysiąca do 4 tysięcy lat przed Chrystusem; Karaiby począwszy od mniej więcej 4 tysięcy lat przed Chrystusem; wyspy Polinezji i Mikronezji pomiędzy rokiem 1200 przed Chrystusem a 1000 po Chrystusie; Madagaskar pomiędzy rokiem 300 a 800, a Islandia w IX wieku po Chrystusie. Rdzenni mieszkańcy Ameryki, będący prawdopodobnie przodkami dzisiejszych Inuitów, skolonizowali obszar północnej Arktyki około 2 tysięcy lat przed Chrystusem. Jedynymi niezamieszkanymi terytoriami, oczekującymi na swych europejskich odkrywców na przestrzeni siedmiu ostatnich wieków, pozostały więc najbardziej izolowane wyspy Atlantyku i Oceanu Indyjskiego (takie jak Azory czy Seszele) oraz Antarktyda.
Jakie zatem znaczenie dla dalszego biegu dziejów ludzkości mają różne daty zasiedlenia przez człowieka poszczególnych kontynentów? Załóżmy, że jakiś wehikuł czasu byłby w stanie przenieść archeologa w zamierzchłą przeszłość, umożliwiając mu zwiedzenie całego świata takiego, jakim był on około 11 tysięcy lat przed Chrystusem. Czy archeolog ten, zapoznawszy się z panującą wówczas na świecie sytuacją, byłby w stanie przepowiedzieć, w jakiej kolejności społeczności ludzkie z poszczególnych kontynentów wytworzą strzelby, wyhodują zarazki i nauczą się obróbki stali, a zarazem zawczasu przewidzieć kształt naszego dzisiejszego świata?
Archeolog nasz mógłby przy tym wziąć pod uwagę domniemane korzyści płynące ze zdobycia przewagi już na starcie dziejów ludzkości na niektórych kontynentach. Jeśli miałoby ono jakieś znaczenie, to Afryka znalazłaby się w niesłychanie uprzywilejowanym położeniu z uwagi na to, że dalecy przodkowie człowieka żyli tam co najmniej o 5 milionów lat dłużej niż na którymkolwiek z pozostałych kontynentów. Na dodatek, jeśli prawdą jest, że człowiek współczesny powstał w Afryce około 100 tysięcy lat temu i stąd właśnie zaczął się rozprzestrzeniać na obszar pozostałych części świata, fakt ten niweczyłby wszelkie inne korzyści nagromadzone potencjalnie w międzyczasie na innych kontynentach i dawałby Afrykanom jeszcze większe szanse. Ponadto w Afryce właśnie występuje największe urozmaicenie genetyczne populacji ludzkiej: być może zatem bardziej zróżnicowani ludzie winni być w stanie wspólnie stworzyć bardziej wszechstronne i różnorodne wynalazki.
Jednakże po chwili nasz archeolog mógłby zacząć się zastanawiać: Co oznacza "zdobycie przewagi już na starcie" w kontekście niniejszej książki? Metafory biegu czy wyścigu nie możemy przecież traktować tutaj dosłownie. Jeśli przez pojęcie to rozumiemy czas potrzebny do zaludnienia kontynentu po przybyciu nań pierwszych osadników, to czas ten bywa stosunkowo krótki. Dla przykładu zasiedlenie całego, ogromnego wszak, obszaru Nowego Świata zajęło zaledwie niespełna tysiąc lat. Jeżeli jednak zamiast tego za "przewagę na starcie" uważamy czas potrzebny do adaptacji do lokalnych warunków, to przyznaję, że niektóre ekstremalne środowiska naturalne rzeczywiście wymagały go sporo: zaludnienie północnej Arktyki dokonało się dopiero 9 tysięcy lat od chwili zasiedlenia pozostałej części Ameryki Północnej. Kiedy już jednak rozwinęła się w pełni wynalazczość nowożytnego człowieka, ludzie zaczęli znacznie szybciej odkrywać nowe terytoria i adaptować się do panujących na nich warunków. Na przykład, gdy przodkowie Maorysów dotarli do Nowej Zelandii, odnalezienie wszystkich cennych złóż kamienia zajęło im, jak się zdaje, zaledwie jedno stulecie. Potrzebowali też jedynie kilku kolejnych wieków, aby doszczętnie wytępić populację ptaków moa w terenie należącym do najbardziej nieprzystępnych na świecie. W ciągu kilku stuleci podzielili się również na wiele różnych społeczności, od nadmorskich wspólnot łowiecko-zbierackich, po społeczeństwa rolnicze stosujące nowe metody przechowywania żywności.
Nasz archeolog mógłby więc spojrzeć na obie Ameryki i dojść do wniosku, że Afrykanie, pomimo ogromnej z pozoru przewagi już na starcie, mogliby zostać prześcignięci przez pierwszych mieszkańców kontynentu amerykańskiego w ciągu co najwyżej tysiąca lat. Potem zaś większa powierzchnia obu Ameryk (o połowę przewyższająca powierzchnię Afryki) oraz znacznie większe zróżnicowanie środowiska naturalnego dałyby rdzennym Amerykanom przewagę nad Afrykanami.
Archeolog nasz mógłby wówczas zainteresować się z kolei Eurazją i zacząć rozumować w następujący sposób: Eurazja jest największym spośród kontynentów naszego globu. Jest zamieszkana przez ludzi dłużej niż wszystkie inne kontynenty, z wyjątkiem Afryki. Fakt, że ta ostatnia była zamieszkiwana przez tak długi czas przed kolonizacją Eurazji przed milionem lat i tak może nie mieć żadnego znaczenia, ponieważ praludzie znajdowali się wówczas na bardzo wczesnym jeszcze i prymitywnym etapie rozwoju. Archeolog nasz mógłby się przyjrzeć rozkwitowi południowo-zachodniej Europy w okresie górnego paleolitu (od 20 do 12 tysięcy lat temu), który zaowocował tymi wszystkimi słynnymi dziełami sztuki i złożonymi narzędziami, i mógłby zacząć się zastanawiać, czy to już wtedy właśnie Eurazja, a przynajmniej niektóre jej regiony, zyskiwały przewagę nad pozostałymi kontynentami.
Na koniec wreszcie nasz archeolog zająłby się Australią i Nową Gwineą, zwracając w pierwszej kolejności uwagę na ich niewielką powierzchnię. To najmniejszy z kontynentów, w znacznej części pustynny, mogący wyżywić niezbyt liczną społeczność ludzką. Potem wziąłby pod uwagę jego izolację od pozostałych masywów lądowych oraz fakt, że został zasiedlony przez człowieka później niż Afryka i Eurazja. Wszystkie te względy mogłyby sprawić, że przepowiadałby dosyć powolny rozwój gatunku ludzkiego na obszarze Australii i Nowej Gwinei.
Warto jednak mieć w pamięci, że to Australijczycy i Nowogwinejczycy zdecydowanie najwcześniej na świecie posiedli umiejętności żeglarskie. Jak się zdaje, tworzyli też malowidła jaskiniowe co najmniej w tym samym czasie co ludzie kromaniońscy w Europie. Jonathan Kingdon i Tim Flannery zwrócili również uwagę, że kolonizacja Australii/Nowej Gwinei z wysp azjatyckiego szelfu kontynentalnego wymagała od człowieka umiejętności radzenia sobie z nowymi typami środowiska naturalnego, jakie napotykał na wyspach centralnej Indonezji, stanowiących pod względem topografii wybrzeży istny labirynt oferujący największą na świecie obfitość zasobów morskich, raf koralowych i namorzyn. Przekraczając kolejne cieśniny oddzielające od siebie poszczególne indonezyjskie wyspy, koloniści adaptowali się każdorazowo do nowych warunków, zaludniali daną wyspę, a następnie kolonizowali kolejną, położoną dalej na wchód. Był to pozbawiony precedensu w dziejach ludzkości złoty wiek eksplozji demograficznych. Być może te kolejne cykle kolonizacji, adaptacji i eksplozji demograficznej sprawiły, że w tym właśnie regionie nastąpił wielki skok naprzód, którego efekty powędrowały później z powrotem na zachód, docierając do Eurazji i Afryki. Jeśli taki scenariusz jest słuszny, to Australia/Nowa Gwinea zyskała wówczas ogromną przewagę nad pozostałymi kontynentami, przewagę, która mogła napędzać rozwój ludzkości w tej części świata jeszcze przez długi czas po wielkim skoku naprzód.
Jak zatem widać, obserwator przeniesiony w czasie do roku 11 000 przed Chrystusem nie byłby w stanie przewidzieć, na którym kontynencie społeczności ludzkie będą się rozwijać najszybciej, ale mógłby za to w przypadku każdego z nich wysunąć jakiś solidny argument za tym, że ta właśnie część świata winna zyskać przewagę nad pozostałymi. Z perspektywy czasu wiemy, rzecz jasna, że tym wiodącym kontynentem miała stać się Eurazja. Okazuje się jednak, że rzeczywistymi przyczynami odpowiadającymi za szybszy rozwój społeczności ludzkich Eurazji, nie były bynajmniej te proste, bezpośrednie przyczyny, jakich domyślać mógłby się nasz wyimaginowany archeolog przed 13 tysiącami lat. I właśnie próba odkrycia tychże rzeczywistych przyczyn będzie stanowić treść dalszych rozdziałów niniejszej książki.
ROZDZIAŁ 2 - HISTORYCZNY EKSPERYMENT W WARUNKACH NATURALNYCH
W grudniu 1835 roku na Wyspach Chatham, położonych 800 kilometrów na wschód od Nowej Zelandii, w sposób nagły i brutalny dobiegło końca wiele stuleci niepodległości ludu Moriori. W dniu 19 listopada tego roku do archipelagu dotarł okręt wiozący na pokładzie pięciuset Maorysów, zbrojnych w strzelby, pałki i topory. Dalszych czterystu Maorysów przybyło 5 grudnia. Oddziały przybyszów zaczęły krążyć po osadach ludu Moriori, obwieszczając, że tubylcy są odtąd ich niewolnikami, i zabijając tych, którzy się temu sprzeciwiali. Na tym etapie zorganizowany opór ze strony mieszkańców archipelagu wciąż jeszcze mógł doprowadzić do pokonania Maorysów, których było dwukrotnie mniej. Lud Moriori kultywował jednak tradycję pokojowego rozstrzygania sporów. Na spotkaniu swej rady tubylcy podjęli decyzję, że nie będą walczyć z przybyszami, lecz zaoferują im pokój, przyjaźń i podział miejscowych zasobów.
Zanim jednak Moriori zdołali przedstawić najeźdźcom swoją propozycję, Maorysi przeprowadzili zmasowany atak. W ciągu kilku dni wymordowali setki tubylców, po czym ugotowali i zjedli wiele spośród ciał. Wszystkich pozostałych przy życiu uczynili swymi niewolnikami, lecz większość z nich także zabili dla kaprysu w ciągu następnych lat. Pewien członek ludu Moriori, któremu udało się przeżyć, tak to wszystko wspominał: "[Maorysi] zaczęli wyrzynać nas jak barany [...]. Byliśmy przerażeni, uciekliśmy do lasu, chowając się w norach pod ziemią i wszędzie, gdzie się dało, byle tylko wymknąć się naszym wrogom. Wszystko jednak na nic: znajdowali nas i zabijali każdego bez wyjątku: mężczyzn, kobiety i dzieci". Natomiast jeden ze zwycięskich przybyszów tłumaczył: "Objęliśmy wyspy w posiadanie [...] zgodnie z naszym obyczajem i schwytaliśmy wszystkich mieszkańców. Ani jeden nam się nie wymknął. Niektórzy próbowali uciekać i tych zabiliśmy. Pozabijaliśmy także innych, ale cóż z tego? Wszystko to było zgodne z naszym obyczajem".
Nietrudno było przewidzieć wynik tej brutalnej konfrontacji pomiędzy ludem Moriori a Maorysami. Mieszkańcy archipelagu stanowili niewielką i izolowaną wspólnotę łowiecko-zbieracką dysponującą jedynie najprostszą bronią i technologią, a na dodatek całkowicie pozbawioną zarówno doświadczenia w prowadzeniu wojen, jak i silnego przywództwa oraz odpowiedniej organizacji. Tymczasem najeźdźcy (Maorysi z nowozelandzkiej Wyspy Północnej) wywodzili się z licznej społeczności rolników, nieustannie zaangażowanej w zaciekłe walki i wyposażonej w bardziej zaawansowaną technologię i broń oraz mającej silnych przywódców. Nic więc dziwnego, że kiedy te dwie grupy wreszcie zetknęły się ze sobą, Maorysi wymordowali lud Moriori, a nie odwrotnie. Tragedia ludu Moriori przypomina wiele innych tego rodzaju wydarzeń zarówno z czasów nowożytnych, jak i ze starożytności, w których garstka słabo uzbrojonych ludzi stawiała opór liczniejszej i dobrze wyekwipowanej grupie. Jednak tym, co sprawia, że ta ponura konfrontacja pomiędzy Maorysami a ludem Moriori ma wielce pouczający wymiar, jest fakt, iż obie grupy, mające wspólne korzenie, dopiero niespełna tysiąc lat wcześniej zaczęły się rozwijać w zupełnie różnych kierunkach. Obie należały do ludów polinezyjskich. Współcześni Maorysi są potomkami polinezyjskich rolników, którzy skolonizowali Nową Zelandię około roku 1000 po Chrystusie. Wkrótce potem jedna z grup tych Maorysów zasiedliła z kolei Wyspy Chatham, dając początek ludowi Moriori. W ciągu stuleci, które upłynęły od momentu ich rozdzielenia się, dwie grupy ewoluowały w przeciwnych kierunkach: Maorysi z Wyspy Północnej rozwinęli bardziej złożoną, lud Moriori zaś mniej złożoną technologię i formę organizacji politycznej. Ci ostatni stali się na powrót wspólnotą łowiecko-zbieracką, podczas gdy ci pierwsi bardziej intensywnie zajęli się rolnictwem.
Te jakże odmienne ścieżki ich ewolucji sprawiły, że wynik konfrontacji, do której z czasem doszło, był z góry przesądzony. Gdyby więc udało nam się pojąć przyczyny niewspółmiernego rozwoju tych dwóch wyspiarskich społeczności, być może uzyskalibyśmy wzorzec umożliwiający zrozumienie znacznie szerszej kwestii: odmiennego przebiegu rozwoju gatunku ludzkiego na poszczególnych kontynentach.
Historia konfrontacji ludu Moriori z Maorysami stanowi swego rodzaju krótkotrwały i przeprowadzony na niewielką skalę eksperyment w warunkach naturalnych, badający wpływ rozmaitych środowisk na ludzkie społeczności. Zanim zacznie się czytać opasłą książkę poświęconą oddziaływaniu środowiska naturalnego w bardzo dużej skali - jego wpływowi na ludzkie społeczności na całym świecie w ciągu ostatnich 13 tysięcy lat - rozsądnie jest się upewnić na podstawie testów na nieco mniejszą skalę, że tego rodzaju wpływ rzeczywiście jest znaczący. Gdybyśmy byli naukowcami z laboratorium prowadzącymi badania na szczurach, moglibyśmy wykonać tego rodzaju test, posługując się jedną szczurzą kolonią i rozdzielając tę pierwotną grupę na wiele klatek, w których panowałyby odmienne warunki środowiskowe. Wrócilibyśmy do laboratorium wiele szczurzych pokoleń później, aby zobaczyć, co z tego wynikło. Rzecz jasna, na ludzkich społecznościach nie sposób przeprowadzać takich eksperymentów. Zamiast tego więc naukowcy muszą poszukiwać "eksperymentów w warunkach naturalnych", w ramach których coś podobnego przydarzyło się niegdyś istotom ludzkim.
Taki właśnie eksperyment rozegrał się podczas zasiedlania Polinezji. Oprócz Nowej Gwinei i Melanezji na Oceanie Spokojnym porozrzucane są tysiące wysp i wysepek bardzo różniących się od siebie pod względem powierzchni, stopnia odizolowania, wysokości nad poziomem morza, klimatu, żyzności ziemi oraz zasobów biologicznych i geologicznych (zob. ryc. 2.1). Przez wiekszą część historii ludzkości wyspy te pozostawały wciąż zdecydowanie poza zasięgiem umiejętności żeglarskich człowieka. Około roku 1200 przed Chrystusem grupa ludzi potrafiących uprawiać ziemię, łowić ryby i żeglować po morzach zdołała jednak wreszcie dotrzeć na niektóre spośród wysp Archipelagu Bismarcka, położonego na północ od Nowej Gwinei. W ciągu kolejnych stuleci ich potomkowie skolonizowali prawie każdy nadający się do zamieszkania skrawek lądu na Pacyfiku. Proces ten został ukończony do roku 500 po Chrystusie i tylko kilka ostatnich wysp zasiedlono około roku 1000 lub niewiele później.
Ryc. 2.1. Wyspy Polinezji (w nawiasach podano nazwy krajów niebędących częścią archipelagu polinezyjskiego)
Zatem w stosunkowo niedługim czasie ogromnie zróżnicowane wyspiarskie środowiska zostały zasiedlone przez kolonistów, którzy wywodzili się bez wyjątku z tej samej populacji. Praprzodkowie wszystkich dzisiejszych mieszkańców Polinezji mieli wspólną kulturę, język, technologię oraz rozmaitość roślin uprawnych i udomowionych zwierząt. Stąd dzieje tego regionu stanowią swego rodzaju eksperyment w warunkach naturalnych umożliwiający nam zbadanie zdolności adaptacyjnych człowieka, bez towarzyszących zazwyczaj takim sytuacjom komplikacji w postaci kolejnych i różniących się od siebie fal kolonistów, które często udaremniają nasze próby zrozumienia mechanizmów adaptacyjnych w innych częściach świata.
W ramach tego eksperymentu na średnią skalę losy ludu Moriori stanowią jeden z pomniejszych testów. Nietrudno wszak prześledzić, w jaki sposób odmienne środowiska naturalne Wysp Chatham i Nowej Zelandii zupełnie odmiennie ukształtowały zamieszkujące je społeczności. Choć praprzodkowie Maorysów, którzy skolonizowali Wyspy Chatham, mogli być rolnikami, ich tropikalne rośliny uprawne nie były w stanie rosnąć w chłodnym klimacie tego archipelagu, przez co koloniści nie mieli innego wyjścia, jak tylko na powrót stać się wspólnotą łowiecko-zbieracką. Ponieważ zaś jako łowcy i zbieracze nie produkowali nadwyżek żywności, które mogliby później przechowywać i rozdzielać na nowo stosownie do potrzeb, nie byli również w stanie utrzymać i wyżywić niezajmujących się polowaniem specjalistów od rozmaitych rzemiosł ani też żołnierzy, urzędników i wodzów. Ich ofiarą padały najczęściej foki, skorupiaki, gniazdujące ptaki morskie i ryby, które można było łowić "na rękę" lub zabijać za pomocą kijów czy maczug, bądź na inne sposoby niewymagające jednak bardziej skomplikowanej technologii. Na dodatek Wyspy Chatham są stosunkowo nieduże i odległe od innych lądów, przez co mogły wyżywić populację liczącą łącznie zaledwie około dwóch tysięcy łowców i zbieraczy. Z kolei wobec braku innych dostępnych do skolonizowania wysp członkowie ludu Moriori byli zmuszeni pozostać na swoim archipelagu i nauczyć się dogadywać ze sobą nawzajem. Udało im się to osiągnąć dzięki odrzuceniu wojny jako takiej, liczbę zaś potencjalnych konfliktów wynikających z przeludnienia ograniczyli, kastrując część niemowląt płci męskiej. W rezultacie ukształtowała się tam niewielka, pokojowo nastawiona społeczność dysponująca jedynie najprostszą bronią i technologią, a zarazem pozbawiona silnego przywództwa oraz prężnej organizacji politycznej.
Natomiast północna, cieplejsza część Nowej Zelandii, stanowiąca zdecydowanie największe skupisko wysp na obszarze Polinezji, zapewniała odpowiednie warunki do rozwoju polinezyjskiego rolnictwa. Zatem społeczność Maorysów, którzy pozostali na Nowej Zelandii, rozrastała się stopniowo, przekraczając z czasem liczbę stu tysięcy i stwarzając nawet lokalne skupiska ludności o dużej gęstości zaludnienia, nieustannie zaangażowane w zaciekłe walki z sąsiednimi społeczeństwami. Nadwyżki żywności, jakie wspólnoty te były w stanie wyprodukować i przechowywać, umożliwiały im wyżywienie wyspecjalizowanych rzemieślników, wodzów i na poły "zawodowych" żołnierzy. Potrzebowały także rozmaitych narzędzi do uprawy roślin, prowadzenia wojen oraz tworzenia sztuki, więc narzędzia takie opracowały i wytwarzały. Wzniosły nawet skomplikowane budowle ceremonialne oraz wielką liczbę fortów.
Wspólnoty Moriori i Maorysów wyewoluowały zatem z tej samej społeczności, rozwijając się jednak w zupełnie różnych kierunkach. Powstałe w wyniku tych procesów dwa społeczeństwa zatraciły nawet wzajemnie świadomość swego istnienia i przez wiele kolejnych stuleci (być może nawet przez pięćset lat) nie nawiązywały ze sobą kontaktu. W końcu pewien australijski statek do polowań na foki, odwiedziwszy Wyspy Chatham w drodze na Nową Zelandię, przywiózł tam wieść o archipelagu, na którym "występuje obfitość ryb morskich i owoców morza, w jeziorach roi się od węgorzy, a ponadto jest to kraina jagód korynokarpusa3 [...]. Mieszkańcy są bardzo liczni, ale nie potrafią walczyć, i nie mają żadnej broni". Wiadomość ta wystarczyła, aby skłonić dziewięciuset Maorysów do wyruszenia w rejs ku Wyspom Chatham. Wynik ich ekspedycji aż nazbyt wymownie ilustruje wpływ, jaki środowisko naturalne, w dość krótkim nawet okresie, potrafi wywrzeć na rozwój gospodarki, technologii, organizacji politycznej i umiejętności prowadzenia walki.
Jak już wspominałem, konfrontacja ludu Moriori z Maorysami stanowi tylko niewielką próbkę w ramach testu na średnią skalę. Czego zatem możemy się dowiedzieć na podstawie rozwoju wypadków na całym obszarze Polinezji co do wpływu środowiska naturalnego na ludzkie społeczności? Które różnice pomiędzy społeczeństwami poszczególnych polinezyjskich wysp wymagają wyjaśnienia?
Cała Polinezja jako taka prezentuje znacznie większe zróżnicowanie uwarunkowań środowiskowych niż sama Nowa Zelandia i Wyspy Chatham, aczkolwiek te ostatnie, ze swymi egalitarnymi wspólnotami, wyznaczają w nim jedną ze skrajności, jeśli chodzi o złożoność form organizacji politycznej w tym rejonie świata. Co do wykorzystywanych przez Polinezyjczyków metod zdobywania pożywienia, to sięgały one od łowiectwa i zbieractwa na Wyspach Chatham, poprzez rolnictwo stosujące system żarowy, aż po intensywną produkcję żywności, w którą zaangażowane były społeczności mieszkające w jednych z najgęściej zaludnionych skupisk ludności w dziejach ludzkich społeczeństw. Polinezyjscy wytwórcy żywności stawiali na hodowlę świń, psów bądź kur. Wykorzystywali również dostępne zasoby siły roboczej do budowy rozległych systemów irygacyjnych na potrzeby rolnictwa i grodzenia dużych stawów do hodowli ryb. Podstawę ekonomiczną polinezyjskich społeczeństw stanowiły mniej lub bardziej samowystarczalne gospodarstwa domowe, lecz na niektórych wyspach utrzymywano również cechy rzemieślnicze. Przynależność do nich była dziedziczna, a ich członkowie w wolnych chwilach zajmowali się rzemiosłem. Pod względem organizacji społecznej na obszarze Polinezji występuje bogactwo rozwiązań, poczynając od stosunkowo egalitarnych wiejskich wspólnot, a kończąc na społeczeństwach zaliczanych do najsilniej rozwarstwionych na świecie, z wieloma hierarchicznie uporządkowanymi rodami oraz klasami wodzów i plebejuszy, których członkowie zawierali małżeństwa wyłącznie wewnątrz własnej warstwy społecznej. Jeśli chodzi o formy organizacji politycznej, to na polinezyjskich wyspach mamy do czynienia z wyjątkową ich mnogością, od terytoriów podzielonych na niezależne wioski czy jednostki plemienne, aż po władające wieloma wyspami protoimperia dysponujące stałymi oddziałami wojskowymi do dokonywania inwazji na inne wyspy i prowadzenia wojen zdobywczych. Na koniec wreszcie, polinezyjska kultura materialna także wykazuje niezwykłe zróżnicowanie, poczynając od wytwarzania przyborów osobistych, a kończąc na wznoszeniu monumentalnych budowli z kamienia. Jak zatem można wytłumaczyć tę zdumiewającą różnorodność?
Do powstania takich różnic pomiędzy poszczególnymi polinezyjskimi społeczeństwami przyczyniło się co najmniej sześć zmiennych środowiskowych dotyczących wysp Polinezji, a mianowicie klimat, typ geologiczny, zasoby morskie, powierzchnia, ukształtowanie terenu oraz stopień izolacji od innych lądów. Zanim zajmiemy się rzeczywistym wpływem tych uwarunkowań na poszczególne polinezyjskie społeczności, przyjrzyjmy się wyżej wymienionym czynnikom.
Klimat Polinezji waha się od ciepłego tropikalnego lub subtropikalnego, panującego na większości wysp położonych w pobliżu równika, poprzez umiarkowany (na przeważającej części obszaru Nowej Zelandii), aż po chłodny klimat subantarktyczny na Wyspach Chatham i w południowej części nowozelandzkiej Wyspy Południowej. Wyspa Hawai'i w archipelagu Hawajów (zwana również Big Island), mimo iż leży w strefie zwrotnika Raka, ma na tyle wysokie góry, że występuje na niej środowisko alpejskie, a od czasu do czasu pada nawet śnieg. Wysokość opadów deszczu waha się od najwyższej odnotowanej na Ziemi (w nowozelandzkim regionie Fiordland oraz na moczarach Alakai na hawajskiej wyspie Kauai) aż po wartości dziesięciokrotnie niższe, rejestrowane na wyspach tak suchych, że mogą one mieć jedynie marginalne znaczenie dla rolnictwa.
Do występujących na obszarze Polinezji geologicznych typów wysp należą atole koralowe, wypiętrzone wyspy wapienne, wyspy wulkaniczne, fragmenty kontynentów oraz wyspy o typie mieszanym. Na jednym krańcu spektrum znajdują się niezliczone wysepki (takie jak choćby te tworzące archipelag Tuamotu), będące płaskimi, niskimi atolami ledwie wznoszącymi się ponad poziom wód. Inne dawne atole, takie jak wyspy Henderson i Rennell, zostały wyniesione wysoko ponad poziom morza, stając się wypiętrzonymi wyspami wapiennymi. Obydwa powyższe typy atoli stanowią problem dla ludzkiego osadnictwa, ponieważ w całości składają się z wapienia, bez domieszki innych skał, a ponadto mają bardzo cienką warstwę gleby i brakuje na nich stałych źródeł słodkiej wody. Na przeciwległym krańcu spektrum znajduje się największa polinezyjska wyspa, Nowa Zelandia, będąca starym i geologicznie zróżnicowanym fragmentem południowego superkontynentu - Gondwany, mająca wiele surowców mineralnych, w tym nadające się do eksploatacji w celach komercyjnych złoża żelaza, węgla, złota i jadeitu. Większość pozostałych dużych wysp Polinezji to wulkany, które wyłoniły się wprost z morza i nie stanowiły nigdy części żadnego kontynentu. Niektóre z nich obejmują również obszary wypiętrzeń wapiennych. I choć brak im geologicznego bogactwa Nowej Zelandii, te oceaniczne wyspy wulkaniczne są korzystniejsze od atoli (patrząc oczami Polinezyjczyków) przynajmniej ze względu na to, że oferują różne rodzaje skał wulkanicznych, z których część doskonale nadaje się do wyrobu kamiennych narzędzi.
Wyspy wulkaniczne różnią się także pomiędzy sobą. Na najwyższych spośród nich duże wypiętrzenie ponad poziom morza generuje opady deszczu w górach, przez co wyspy te są silnie zwietrzałe, mają głęboką warstwę gleby i stałe, całoroczne strumienie. Tak właśnie jest na Wyspach Towarzystwa, w archipelagu Samoa i Markizów, a zwłaszcza w archipelagu Hawajów, gdzie występują najwyższe góry na całym obszarze Polinezji. Wśród niższych wysp żyzną glebę z uwagi na opady pyłu wulkanicznego mają Tonga i, w nieco mniejszym stopniu, Wyspa Wielkanocna, ale brak na nich występujących na Hawajach dużych strumieni.
Jeśli chodzi o zasoby morskie, to większość polinezyjskich wysp otaczają płytkie wody i rafy, a na wielu znajdują się również laguny. Tego rodzaju środowiska obfitują w ryby i owoce morza. Jednakże na Wyspie Wielkanocnej, wyspie Pitcairn i na Markizach skaliste wybrzeża oraz opadające stromo oceaniczne dno i brak raf koralowych sprawiają, że znacznie mniej występuje tam owoców morza.
Kolejną zmienną jest powierzchnia, która na obszarze Polinezji sięga od 40 hektarów w przypadku Anuty, najmniejszej stale zamieszkanej polinezyjskiej wyspy, aż do 268 680 kilometrów kwadratowych, gdyż tyle wynosi powierzchnia minikontynentu, jakim jest Nowa Zelandia. Na niektórych wyspach (jak Markizy) nadający się do zamieszkania teren jest podzielony pasmami górskimi na doliny o stromych zboczach, podczas gdy na innych (Tonga i Wyspa Wielkanocna) występuje łagodnie pofałdowany krajobraz niestanowiący przeszkody w przemieszczaniu się i komunikacji.
Ostatnią zmienną środowiskową, która pozostała nam do rozpatrzenia, jest stopień izolacji od innych lądów. Wyspa Wielkanocna i Wyspy Chatham są niewielkie i tak bardzo oddalone od pozostałych wysp, że kiedy zostały zaludnione, zamieszkujące tam społeczności rozwijały się w całkowitej izolacji od reszty świata. Nowa Zelandia, Hawaje i Markizy również są położone z dala od lądu, lecz, jak się zdaje, przynajmniej dwa ostatnie archipelagi miały kontakty z innymi grupami wysp po ich zasiedleniu. Wszystkie trzy wyżej wspomniane grupy składają się z wielu wysp położonych dostatecznie blisko siebie, aby można było utrzymywać pomiędzy nimi regularne kontakty. Większość pozostałych polinezyjskich wysp również utrzymywała mniej lub bardziej stały kontakt z innymi wyspami. Na przykład archipelag Tonga leży na tyle blisko archipelagów Fidżi, Samoa i Wallis, że jego położenie pozwalało na regularne podróżowanie pomiędzy poszczególnymi grupami wysp, umożliwiając z czasem Tongijczykom podbój wysp Fidżi.
Przyjrzawszy się pokrótce różnorodnym środowiskom naturalnym Polinezji, przekonajmy się teraz, jak owo zróżnicowanie wpłynęło na ludzkie społeczności regionu. Dogodnym aspektem funkcjonowania społeczeństw, od którego można by rozpocząć nasz przegląd, są metody zapewniania sobie pożywienia, gdyż te z kolei wpływają na ich pozostałe cechy.
Podstawę wyżywienia Polinezyjczyków stanowiły współwystępujące w różnych proporcjach rybołówstwo, zbieranie płodów dziko rosnących roślin i morskich mięczaków oraz skorupiaków, polowanie na ptaki lądowe i ptaki morskie w okresie lęgowym, jak również produkcja żywności. Na większości polinezyjskich wysp żyły początkowo wielkie ptaki nieloty, których ewolucja przebiegała pod nieobecność drapieżników. Najbardziej znane przykłady takich gatunków to nowozelandzkie moa i nielotne gęsi z Hawajów. Ptaki te stanowiły ważne źródło pożywienia dla pierwszych osadników, zwłaszcza na nowozelandzkiej Wyspie Południowej, jednak większość z nich została szybko wytrzebiona w całym regionie, ponieważ bardzo łatwo było je upolować. Błyskawicznie zmalała także liczba lęgowych ptaków morskich, które były ważnym składnikiem diety na niektórych wyspach. Nie bez znaczenia na przeważającej części obszaru Polinezji były również zasoby morskie. Stosunkowo najmniejszą rolę odgrywały one na Wyspie Wielkanocnej, wyspach Pitcairn i na Markizach, których mieszkańcy byli w większym stopniu uzależnieni od żywności, którą sami wyprodukowali.
Przodkowie Polinezyjczyków sprowadzili tu ze sobą trzy udomowione gatunki fauny (świnię, kurę i psa) i nie udomowili już potem żadnego innego zwierzęcia na obszarze Polinezji. Na wielu wyspach przetrwała hodowla wszystkich trzech gatunków, lecz w bardziej izolowanych zakątkach Polinezji zabrakło z czasem jednego lub dwóch spośród nich, już to dlatego, że przewożony łodziami inwentarz nie zdołał przeżyć długiej podróży morskiej, jaką odbywali koloniści, już to z uwagi na to, że wcale nie było łatwo zastąpić padłych sztuk nowymi okazami sprowadzanymi z zewnątrz. Dla przykładu, na odizolowanej Nowej Zelandii hodowano tylko psy, a na Wyspie Wielkanocnej i Tikopii - jedynie kury. Nie mając dostępu do obfitujących w owoce morza raf koralowych lub płytkich wód przybrzeżnych, mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej, wytrzebiwszy szybko miejscowe ptaki lądowe, zajęli się budowaniem kurników z myślą o intensywnej hodowli drobiu.
Jednak wspomniane trzy gatunki udomowionych zwierząt trafiały na stół tylko od czasu do czasu. Produkcja żywności na obszarze Polinezji opierała się głównie na rolnictwie, którym nie sposób było się jednak zajmować w strefie subarktycznej, ponieważ wszystkie uprawy Polinezyjczyków stanowiły rośliny tropikalne, udomowione początkowo gdzie indziej i sprowadzone w ten rejon świata przez kolonistów. Osadnicy zasiedlający Wyspy Chatham i chłodną południową część nowozelandzkiej Wyspy Południowej byli zatem zmuszeni porzucić spuściznę rolniczą wypracowaną przez swoich przodków na przestrzeni wielu tysięcy lat i ponownie stać się wspólnotami łowiecko-zbierackimi.
Niemniej jednak mieszkańcy pozostałych wysp Polinezji zajmowali się rolnictwem, którego podstawę stanowiły rośliny uprawiane bez nawadniania (przede wszystkim taro, czyli kolokazja jadalna, ignam oraz bataty), uprawy nawadniane (głównie taro) oraz hodowla drzew (takich jak chlebowiec właściwy, banan zwyczajny czy kokosowiec). Wydajność i znaczenie poszczególnych upraw znacznie różniły się na poszczególnych wyspach w zależności od występujących tam typów środowiska naturalnego. Najniższą gęstość zaludnienia z uwagi na nieurodzajną glebę i ograniczone zasoby wody pitnej miały wyspy Henderson i Rennell oraz atole. Niewiele lepiej przedstawiała się sytuacja pod tym względem na charakteryzującej się umiarkowanym klimatem Nowej Zelandii, gdzie było za zimno dla niektórych upraw. Polinezyjczycy zamieszkujący wyżej wspomniane wyspy, a także kilka innych, prowadzili nieintensywny rodzaj rolnictwa, którego podstawą był system żarowy i odłogowanie.
Na innych wyspach gleba była żyzna, ale nie wznosiły się one dostatecznie wysoko ponad poziom morza, aby występowały na nich duże całoroczne strumienie umożliwiające nawadnianie upraw. Mieszkańcy rozwijali więc intensywne rolnictwo bez nawadniania, wymagające wielkich nakładów pracy związanych ze wznoszeniem tarasów, z okrywaniem roślin mierzwą, wdrażaniem płodozmianu, skracaniem lub eliminowaniem okresu odłogowania i utrzymywaniem plantacji drzew. Tego rodzaju rolnictwo stało się szczególnie wydajne na Wyspie Wielkanocnej, maleńkiej Anucie oraz płaskim i niskim archipelagu Tonga, gdzie Polinezyjczycy przeznaczyli większość gruntów pod produkcję żywności.
Najbardziej wydajną gałęzią polinezyjskiego rolnictwa była jednak uprawa taro na nawadnianych poletkach. Nie była ona możliwa na archipelagu Tonga z uwagi na jego niskie położenie nad poziomem morza i brak rzek. Rolnictwo nawadniane osiągnęło najwyższy poziom rozwoju na skrajnych zachodnich wyspach archipelagu Hawajów: Kauai, Oahu i Molokai, dostatecznie rozległych i wilgotnych, aby mogły występować na nich nie tylko duże całoroczne strumienie, lecz także liczna populacja ludzka zapewniająca siłę roboczą przy rozmaitych pracach związanych z rolnictwem. W ramach systemu przypominającego pańszczyznę lub szarwark, hawajska ludność budowała więc skomplikowane systemy irygacyjne na polach pod uprawę taro. Zbiory wynosiły nawet do 24 ton z akra (była to zatem najwyższa wydajność na obszarze całej Polinezji). Plony te wspierały z kolei intensywną hodowlę świń. Hawaje były też jedynym archipelagiem w regionie, na którym wykorzystywano siłę roboczą do rozwoju akwakultury na wielką skalę, tworząc duże stawy rybne, gdzie hodowano ryby mleczne i cefale.
W związku z tą uwarunkowaną środowiskowo różnorodnością metod utrzymania, gęstość zaludnienia (mierzona jako liczba osób na kilometr kwadratowy gruntów ornych) również przedstawiała się bardzo różnie na całym obszarze Polinezji. Na jednym krańcu spektrum znajdowały się wspólnoty łowiecko-zbierackie z Wysp Chatham (zaledwie dwie osoby na kilometr kwadratowy) oraz populacja nowozelandzkiej Wyspy Południowej, a także rolnicze społeczności pozostałej części Nowej Zelandii (około jedenastu osób na kilometr kwadratowy). Dla kontrastu na wielu wyspach, gdzie rozwijało się rolnictwo intensywne, osiągano gęstość zaludnienia przekraczającą nawet czterdzieści osiem osób na kilometr kwadratowy. W archipelagach Tonga i Samoa oraz na Wyspach Towarzystwa wartość ta wynosiła osiemdzisiąt cztery do stu osób na kilometr kwadratowy, a na Hawajach sto dwadzieścia osób. Najwyższa gęstość zaludnienia, bo czterysta czterdzieści osób na kilometr kwadratowy, została osiągnięta na położonej wysoko nad poziomem morza wysepce Anuta, której mieszkańcy przeznaczyli niemal całą dostępną ziemię pod intensywną produkcję pożywienia, co spowodowało, że musieli ulokować całą ludność wyspy, liczącą sto sześćdziesiąt osób, na czterdziestu hektarach, a to z kolei sprawiło, że znaleźli się wśród najgęściej zaludnionych samowystarczalnych populacji ludzkich na świecie. Gęstość zaludnienia na Anucie była bowiem większa niż obecnie w Holandii i mogła nawet konkurować z tą samą wartością w dzisiejszym Bangladeszu.
Wielkość populacji jest iloczynem gęstości zaludnienia (liczby osób na kilometr kwadratowy) oraz powierzchni (wyrażonej w kilometrach kwadratowych). Nie chodzi tutaj jednak o całkowitą powierzchnię wyspy, lecz jedynie o obszar danej jednostki politycznej, która mogła obejmować część wyspy lub jej całość, a nawet wiele takich skrawków lądu. Z jednej strony bowiem leżące niedaleko siebie wyspy mogły zostać połączone w ramach jednego tworu politycznego, z drugiej zaś jedna duża wyspa o bardzo nierównym ukształtowaniu terenu mogła podzielić się na wiele niezależnych jednostek politycznych. Stąd powierzchnia takiego bytu politycznego kształtowała się różnie na obszarze Polinezji, w zależności nie tylko od obszaru samej wyspy, lecz także od stopnia jej fragmentacji i izolacji.
W przypadku niewielkich, odizolowanych skrawków lądu pozbawionych poważniejszych przeszkód dla komunikacji wewnętrznej, cała wyspa stanowiła zazwyczaj jedną jednostkę polityczną - tak było na Anucie, której ludność liczyła 160 osób. Wiele spośród większych wysp nigdy nie zostało zjednocznych pod względem politycznym, choćby ze względu na to, że ich populację stanowiły rozproszone wspólnoty łowiecko-zbierakie liczące po kilkadziesiąt osób (jak na Wyspach Chatham i w południowej części nowozelandzkiej Wyspy Południowej) bądź rolnicy rozrzuceni na znacznej przestrzeni (jak na pozostałym obszarze Nowej Zelandii), czy też żyjący w skupiskach ludności o dużej gęstości zaludnienia, zlokalizowanych jednak w poszarpanym i nierównym terenie, uniemożliwiającym tego rodzaju polityczną unifikację. Na przykład na Markizach ludzie mieszkający w sąsiadujących z sobą dolinach o stromych zboczach utrzymywali ze sobą kontakt głównie drogą morską. Każda z dolin stanowiła odrębny byt polityczny złożony z kilku tysięcy mieszkańców; i większość rozleglejszych wysp archipelagu pozostała podzielona na wiele tego rodzaju jednostek.
Ukształtowanie terenu w archipelagach Tonga, Samoa, na Wyspach Towarzystwa oraz na Hawajach umożliwiało unifikację polityczną w ramach poszczególnych wysp, przez co powstawały tam jednostki polityczne obejmujące dziesięć tysięcy lub więcej osób (nawet ponad trzydzieści tysięcy na dużych hawajskich wyspach). Odległości między wyspami archipelagu Tonga, a także dystans dzielący go od sąsiednich archipelagów, były tak niewielkie, że z czasem powstało tam obejmujące wiele wysp imperium liczące czterdzieści tysięcy poddanych. Wielkość jednostek politycznych na obszarze Polinezji wahała się zatem od kilkudziesięciu osób do czterdziestu tysięcy.
Liczba ludności danej jednostki politycznej wraz z gęstością zaludnienia wzajemnie na siebie oddziaływały, wywierając zarazem wpływ na rozwój technologii i organizacji gospodarczej, społecznej i politycznej na obszarze Polinezji. Na ogół im wyższe były dwie wspomniane wartości, tym bardziej złożona i wyspecjalizowana stawała się zarówno technologia, jak i formy organizacji. Powodom takiego stanu rzeczy przyjrzymy się szczegółowo w kolejnych rozdziałach. Mówiąc nieco w skrócie, przy dużej gęstości zaludnienia tylko część mieszkańców zajmowała się uprawą roli, lecz ludzie ci byli usilnie mobilizowani do tego, by poświęcić się intensywnej produkcji żywności, dzięki czemu powstawały jej nadwyżki, które pozwalały wyżywić osoby niezajmujące się rolnictwem. Do tych ostatnich, mobilizujących rolników do pracy, należeli wodzowie, kapłani, urzędnicy i wojownicy. Największe jednostki polityczne były w stanie zgromadzić liczne zastępy siły roboczej do budowy systemów nawadniających i stawów rybnych umożliwiających jeszcze większą intensyfikację produkcji żywności. Tego rodzaju działania były szczególnie widoczne w archipelagach Tonga i Samoa oraz na Wyspach Towarzystwa, gdyż wszystkie te grupy wysp były, jak na polinezyjskie standardy, żyzne, gęsto zaludnione i stosunkowo duże. Tendencje te osiągnęły punkt szczytowy w archipelagu Hawajów, złożonym z największych tropikalnych wysp Polinezji, na których duża gęstość zaludnienia i spora powierzchnia gruntów oznaczały, że poszczególni wodzowie mogli mieć potencjalnie do dyspozycji bardzo duże zasoby siły roboczej.
Związane z odmienną gęstością zaludnienia i liczbą ludności różnice pomiędzy społecznościami Polinezji przedstawiały się następująco: gospodarka pozostawała na najniższym poziomie rozwoju na wyspach charakteryzujących się niską gęstością zaludnienia (jak we wspólnotach łowiecko-zbierackich z Wysp Chatham), niewielką liczbą ludności (małe atole) lub obiema tymi cechami. W tego rodzaju społecznościach każde gospodarstwo domowe samodzielnie wytwarzało wszystko, co było potrzebne do życia, a specjalizacja w dziedzinie gospodarki właściwie nie istniała. Wzrastała nieco na większych, gęściej zaludnionych wyspach, osiągając najwyższy poziom w archipelagu Samoa, na Wyspach Towarzystwa, a zwłaszcza w archipelagach Tonga i Hawajów. Na dwóch ostatnich grupach wysp utrzymywano nawet osoby z dziada pradziada zajmujące się w wolnych chwilach rzemiosłem (byli wśród nich na przykład budowniczowie łodzi, nawigatorzy, kamieniarze, łapacze ptaków i tatuażyści).
Podobnie zróżnicowany bywał poziom złożoności społecznej. Najprostsze i w największym stopniu oparte na zasadach egalitaryzmu społeczności występowały na Wyspach Chatham i na atolach. Choć na wyspach tych utrzymywała się pierwotna polinezyjska tradycja posiadania wodzów, to wodzowie ci na ogół nie nosili żadnych widomych oznak swojej funkcji, żyli w zwyczajnych chatach nieróżniących się od domostw pozostałych członków danej społeczności i, jak wszyscy, hodowali rośliny lub polowali na zwierzęta, aby zapewnić sobie pożywienie. Różnice społeczne, a także zakres władzy wodzów, wzrastały na wyspach o większej gęstości zaludnienia, na których istniały większe jednostki polityczne, a szczególnie wyraźne stawały się na archipelagu Tonga i na Wyspach Towarzystwa.
Także złożoność społeczna osiągała najwyższy poziom na archipelagu hawajskim, gdzie ludzie wywodzący się od wodzów byli podzieleni na osiem hierarchicznie uporządkowanych rodów, których członkowie nie zawierali małżeństw z przedstawicielami pospólstwa, lecz jedynie pomiędzy sobą, czasem nawet z rodzonym lub przyrodnim rodzeństwem. Przedstawiciele plebsu musieli też padać na twarz przed wysokiej rangi wodzami. Wszyscy członkowie wodzowskich rodów, urzędnicy i niektórzy wyspecjalizowani rzemieślnicy zwolnieni byli z obowiązku pracy przy produkcji żywności.
Podobne tendencje występowały w dziedzinie organizacji politycznej. Na Wyspach Chatham i atolach wodzowie dysponowali bardzo skromnymi środkami, decyzje podejmowano podczas narad z udziałem wszystkich członków danej społeczności, a prawo własności gruntu miała cała wspólnota jako taka, a nie sami przywódcy. W większych jednostkach politycznych o wyższej gęstości zaludnienia wodzowie skupiali w swym ręku szerszy zakres władzy. Największa złożoność polityczna istniała na archipelagach Tonga i hawajskim, gdzie władza dziedzicznych wodzów była zbliżona do władzy królewskiej w innych częściach świata i gdzie ziemia pozostawała w rękach przywódców, a nie zwykłych członków społeczności. Działając za pośrednictwem mianowanych przez siebie urzędników, wodzowie rekwirowali żywność od przedstawicieli pospólstwa, a także werbowali ich do pracy przy wielkich projektach budowlanych, których forma różniła się na poszczególnych wyspach. Na Hawajach bywały to więc projekty związane z irygacją i stawami rybnymi, na archipelagu Markizów powstawały ośrodki tańca i świętowania, w archipelagu Tonga - grobowce wodzów, na Hawajach zaś, Wyspach Towarzystwa i Wyspie Wielkanocnej - świątynie.
W chwili przybycia Europejczyków w XVIII wieku wodzostwo, czy też państwo istniejące na archipelagu Tonga, stało się już imperium obejmującym kilka grup wysp. Ponieważ sam archipelag Tonga był dosyć zwarty pod względem geograficznym i obejmował kilka sporych wysp o w miarę przystępnym ukształtowaniu terenu, każda z nich została już zjednoczona pod rządami jednego wodza. Następnie dziedziczni przywódcy największej z wysp - Tongatapu - podporządkowali sobie cały archipelag, a z czasem podbili również pobliskie wyspy odległe nawet o 800 kilometrów. Prowadzili też regularną wymianę handlową na długich dystansach z archipelagami Fidżi i Samoa, założyli swoje osady na Fidżi, a nawet zaczęli najeżdżać i podporządkowywać sobie niektóre części tego archipelagu. Zdołali to morskie protoimperium podbić, a potem byli w stanie nim zarządzać za pomocą flotylli wielkich czółen, z których każde mogło pomieścić do stu pięćdziesięciu osób.
Podobnie jak archipelag Tonga, także i Hawaje stały się tworem politycznym obejmującym kilka ludnych wysp, choć zarazem ograniczonym do jednego tylko archipelagu ze względu na bardzo wysoki stopień jego izolacji od innych lądów. Z chwilą "odkrycia" Hawajów przez Europejczyków w roku 1778 proces politycznego jednoczenia każdej z tamtejszych wysp był już ukończony i rozpoczęły się pewne próby łączenia ich w większe organizmy polityczne. Cztery największe wyspy - Hawai'i, zwana również Big Island, a także Maui, Oahu i Kauai - pozostawały wciąż niezależnymi bytami politycznymi, kontrolującymi mniejsze skrawki lądu (Lanai, Molokai, Kahoolawe i Niihau) lub zawzięcie z sobą rywalizującymi o panowanie nad nimi. Po przybyciu Europejczyków władca Big Island, król Kamehameha I, pospiesznie zajął się umacnianiem swej władzy nad największymi wyspami, kupując od przybyszów strzelby i okręty, aby dokonać inwazji najpierw na Maui, a następnie na Oahu. Potem zaczął przygotowywać najazd na ostatnią niepodległą hawajską wyspę, Kauai, której władca po długotrwałych negocjacjach w końcu doszedł z nim do porozumienia, co zakończyło proces jednoczenia archipelagu.
Ostatni rodzaj różnic pomiędzy polinezyjskimi społecznościami, który pozostał nam do rozważenia, dotyczy używanych przez nie narzędzi i innych aspektów kultury materialnej. Jednym z czynników w oczywisty sposób ograniczających rozwój tej ostatniej był zróżnicowany poziom dostępu do surowców. Na jednym krańcu spektrum znajdowała się wyspa Henderson, stara rafa koralowa wypiętrzona ponad poziom morza i pozbawiona wszelkich innych kamieni oprócz wapienia. Jej mieszkańcy byli zmuszeni wyrabiać toporki ze skorup wielkich małży. Natomiast na przeciwległym krańcu spektrum Maorysi na minikontynencie nowozelandzkim mieli dostęp do rozmaitych surowców i zasłynęli zwłaszcza z różnych zastosowań jadeitu. Pomiędzy tymi dwiema skrajnościami plasowały się oceaniczne wyspy wulkaniczne Polinezji, na których brakowało granitu, krzemienia i innych kontynentalnych skał, lecz przynajmniej występowały tu skały wulkaniczne, z których Polinezyjczycy wyrabiali szlifowane lub polerowane toporki do karczowania i oczyszczania gruntu pod uprawę.
Jeśli chodzi o rodzaje wykonywanych przedmiotów, mieszkańcom Wysp Chatham wystarczały w zasadzie kije czy maczugi, które służyły im do zabijania fok, ptaków i homarów. Większość pozostałych polinezyjskich wyspiarzy wyrabiała rozmaite haczyki do łowienia ryb, toporki, ozdoby i inne przedmioty. Na atolach, tak jak na Wyspach Chatham, przedmioty te były niewielkie, stosunkowo proste i wykonywane na własne potrzeby przez ich właścicieli, podczas gdy tamtejszą architekturę tworzyły wyłącznie proste chaty. Na dużych i gęsto zaludnionych wyspach utrzymywano natomiast specjalistów od rzemiosła wytwarzających prestiżowe towary z przeznaczeniem dla wodzów, tak jak choćby wykonywane z dziesiątków tysięcy ptasich piór peleryny będące elementem garderoby zarezerwowanym wyłącznie dla hawajskich przywódców.
Największymi wytworami kultury materialnej Polinezji były kamienne budowle spotykane na kilku wyspach: słynne gigantyczne posągi z Wyspy Wielkanocnej, grobowce wodzów z archipelagu Tonga, ceremonialne platformy na Markizach oraz świątynie na Hawajach i Wyspach Towarzystwa. Ta monumentalna polinezyjska architektura w sposób oczywisty ewoluowała w tym samym kierunku co piramidy Egiptu, Mezopotamii, Meksyku i Peru. Budowle z Polinezji nie mają, rzecz jasna, rozmachu wspomnianych piramid, co jednak odzwierciedla jedynie fakt, że egipscy faraonowie mogli wykorzystywać siłę roboczą pozyskiwaną ze znacznie liczniejszej ludzkiej populacji niż ta, jaką był w stanie zmobilizować wódz którejkolwiek z polinezyjskich wysp. Mimo to mieszkańcy Wysp Wielkanocnych zdołali wznieść kamienne posągi o wadze 30 ton, co jest nie lada wyczynem jak na wyspę zamieszkaną przez zaledwie siedem tysięcy ludzi, którzy nie dysponowali żadnym innym źródłem mocy oprócz siły własnych mięśni.
Wyspiarskie społeczności Polinezji bardzo różniły się zatem od siebie pod względem stopnia wyspecjalizowania gospodarki, złożoności społecznej, organizacji politycznej oraz wytworów kultury materialnej, co miało związek z różną liczbą ludności i gęstością zaludnienia, związanymi z kolei ze zróżnicowaniem powierzchni poszczególnych wysp, ukształtowania terenu i stopnia izolacji, a także możliwości w dziedzinie zdobywania pożywienia oraz intensyfikacji produkcji żywności. Wszystkie te różnice pomiędzy polinezyjskmi społecznościami powstały w stosunkowo krótkim czasie, i na obszarze stanowiącym niewielki tylko ułamek powierzchni naszego globu, jako środowiskowo uwarunkowane warianty tej samej wyjściowej społeczności praprzodków dzisiejszych Polinezyjczyków. Powyższe pięć kategorii różnic kulturowych występujących w obrębie samej Polinezji to zasadniczo te same kategorie, które ukształtowały się we wszystkich innych zakątkach świata.
Zakres zróżnicowania na pozostałym obszarze globu jest, rzecz jasna, znacznie większy niż w granicach samej tylko Polinezji. Podczas gdy wśród współczesnych ludów kontynentalnych były i takie, które wciąż używały kamiennych narzędzi (tak jak Polinezyjczycy), Ameryka Południowa miała już społeczności, które po mistrzowsku opanowały wykorzystanie metali szlachetnych, a mieszkańcy Eurazji i Afryki nauczyli się obrabiać żelazo. Rozwój tego rodzaju technologii nie był możliwy na obszarze Polinezji, ponieważ, z wyjątkiem Nowej Zelandii, żadna z tamtejszych wysp nie posiada znaczniejszych złóż metalu. Zanim Polinezja została zasiedlona, w Eurazji istniały już imperia z prawdziwego zdarzenia. W Ameryce Południowej i w Mezoameryce tego rodzaju twory powstały niewiele później, podczas gdy na obszarze całej Polinezji pojawiły się jedynie dwa protoimperia, z których jedno (w archipelagu Hawajów) zostało zjednoczone dopiero po przybyciu Europejczyków. Eurazja i Mezoameryka rozwinęły własne pismo, które nie pojawiło się na obszarze Polinezji, być może z wyjątkiem Wyspy Wielkanocnej, choć tamtejsze tajemnicze pismo może pochodzić z okresu już po pierwszym kontakcie mieszkańców wyspy z Europejczykami.
Oznacza to, że Polinezja oferuje nam niewielki wycinek, a nie pełne spektrum zróżnicowania społeczności ludzkich naszego globu. Nie powinno to zaskakiwać, skoro region ten stanowi też jedynie niewielki wycinek zróżnicowania geograficznego świata. Na dodatek, ponieważ Polinezja została zasiedlona w bardzo późnym okresie dziejów ludzkości, nawet najstarsze tamtejsze społeczności miały zaledwie trzy tysiące dwieście lat na rozwój, w porównaniu do co najmniej trzynastu tysięcy lat w przypadku społeczeństw zamieszkujących kontynenty skolonizowane jako ostatnie (tj. obie Ameryki). Gdyby dano im jeszcze kilka tysiącleci, być może państwa istniejące w archipelagu Tonga i Hawajów osiągnęłyby poziom imperiów z prawdziwego zdarzenia, rywalizując ze sobą o panowanie na Pacyfiku i zarządzając swymi włościami za pomocą samodzielnie opracowanego pisma, a nowozelandzcy Maorysi dołączyliby narzędzia z miedzi i żelaza do swego repertuaru przedmiotów z jadeitu i innych materiałów.
Reasumując, Polinezja stanowi dla nas przekonujący przykład środowiskowo uwarunkowanej dywersyfikacji ludzkich społeczności w praktyce, lecz dzięki niemu dowiadujemy się jedynie, że środowisko naturalne może wywierać taki, a nie inny wpływ, ponieważ tak właśnie stało się na obszarze Polinezji. Czy jednak to samo działo się na kontynentach? Jeśli tak, to jakie różnice środowiskowe odpowiadały za zróżnicowanie kontynentalnych społeczeństw i jakie były tych różnic skutki?
ROZDZIAŁ 3 - ZDERZENIE CYWILIZACJI W CAJAMARCE
Największym ruchem ludności w czasach nowożytnych była kolonizacja Nowego Świata przez Europejczyków i wynikły z niej podbój, zmniejszenie liczebności bądź całkowita zagłada większości grup rdzennych Amerykanów (Indian amerykańskich). Jak już mówiliśmy w rozdziale 1, obszar Nowego Świata został zasiedlony mniej więcej 11 tysięcy lat przed Chrystusem (lub nieco wcześniej) przez ludy przybyłe z Syberii przez Cieśninę Beringa i Alaskę. Z czasem na terytorium obu Ameryk, daleko na południe od tego pomostu, którym dotarli do nich z Eurazji pierwsi ludzie, powstały złożone społeczności rolnicze rozwijające się jednak w całkowitej izolacji od kształtujących się wówczas złożonych społeczeństw Starego Świata. Od momentu pierwotnego zasiedlenia kontynentów amerykańskich jedyne dobrze udokumentowane kontakty pomiędzy Nowym Światem a Azją dotyczyły wyłącznie wspólnot łowiecko-zbierackich żyjących po przeciwległych stronach Cieśniny Beringa (domniemywa się ponadto, że mieszkańcy Ameryki Południowej odbyli podróż przez Pacyfik, w wyniku której tamtejszy słodki ziemniak - batat - dotarł na obszar Polinezji).
Jeśli zaś chodzi o styczność ludów Nowego Świata z Europą, to na wczesnym etapie dziejów chodziło tylko o kontakty z bardzo nieliczną grupą wikingów, zajmującą Grenlandię w latach od 986 do około 1500 roku po Chrystusie. Jednakże te wizyty wikingów nie miały zauważalnego wpływu na społeczności rdzennych mieszkańców Ameryki. Praktycznie rzecz biorąc, do gwałtownego zderzenia zaawansowanej cywilizacji Starego Świata ze społeczeństwami Nowego Świata doszło dopiero w roku 1492, kiedy Krzysztof Kolumb "odkrył" Wyspy Karaibskie, gęsto zaludnione przez rdzennych Amerykanów.
Najbardziej dramatycznym momentem w późniejszych relacjach Europejczyków z rdzennymi mieszkańcami Ameryki było pierwsze spotkanie imperatora Inków, Atahualpy, z hiszpańskim konkwistadorem, Franciskiem Pizarrem, w położonym w peruwiańskich górach mieście Cajamarca, do którego doszło 16 listopada 1532 roku. Atahualpa był władcą absolutnym największego i najbardziej zaawansowanego cywilizacyjnie państwa Nowego Świata, podczas gdy Pizarro reprezentował świętego cesarza rzymskiego, Karola V Habsburga, będącego również królem Hiszpanii jako Karol I, a zatem władcę najpotężniejszego europejskiego państwa. Jednak Pizarro, stojący na czele oddziału złożonego ze stu sześćdziesięciu ośmiu hiszpańskich żołnierzy, znajdował się na obcym sobie terenie, nie mając żadnej wiedzy na temat tubylców, i był zupełnie pozbawiony kontaktu ze swymi rodakami (najbliżsi Hiszpanie stacjonowali w oddalonej o 1800 kilometrów na północ Panamie) i absolutnie nie mógł liczyć na to, że w porę dotrą do niego posiłki. Atahualpa zaś znajdował się w centrum własnego wielomilionowego imperium, w otoczeniu swej armii złożonej z osiemdziesięciu tysięcy żołnierzy, która dopiero co odniosła zwycięstwo w walce z innymi Indianami. Niemniej jednak to Pizarro zdołał porwać i uwięzić Atahualpę, i to w ciągu zaledwie kilku minut od momentu, kiedy dwaj wodzowie ujrzeli się po raz pierwszy. Hiszpan przetrzymywał imperatora Inków w niewoli przez osiem miesięcy, wymuszając zarazem od jego poddanych największy w dziejach okup w zamian za obietnicę jego uwolnienia (było to tyle złota, że można było nim szczelnie wypełnić pomieszczenie o wymiarach przekraczających siedem na pięć metrów, i to do wysokości blisko trzech metrów). Jednak kiedy okup został mu dostarczony, Pizarro złamał obietnicę i zgładził Atahualpę.
Pojmanie Atahualpy miało decydujące znaczenie w podbiciu państwa Inków przez Europejczyków. Choć bowiem przewaga Hiszpanów w uzbrojeniu tak czy inaczej zapewniłaby im z czasem ostateczne zwycięstwo, porwanie władcy sprawiło, że podbój indiańskiego imperium nastąpił znacznie szybciej i był o wiele łatwiejszy. Atahualpa był czczony jako bóg słońce i sprawował absolutną władzę nad swymi poddanymi, którzy słuchali nawet tych jego rozkazów, które wydawał, będąc już w hiszpańskiej niewoli. Miesiące, które w niej spędził przed swoją śmiercią, dały więc Pizarrowi czas, by bez przeszkód rozesłać oddziały zwiadowcze do pozostałych części imperium Inków, a także posłać po posiłki do Panamy. Kiedy po straceniu Atahualpy doszło wreszcie do walki pomiędzy Hiszpanami a Inkami, wojska hiszpańskie były już zdecydowanie silniejsze.
Pojmanie Atahualpy interesuje nas zatem w sposób szczególny jako wydarzenie stanowiące decydujący moment w najbardziej spektakularnym zderzeniu cywilizacji w dziejach nowożytnych. Ma ono jednak również znaczenie bardziej ogólne, gdyż te same czynniki, które umożliwiły Pizarrowi pojmanie Atahualpy, z góry przesądzały później o wyniku wielu podobnych starć pomiędzy kolonizatorami a rdzennymi mieszkańcami innych zakątków nowożytnego świata. Stąd schwytanie władcy imperium Inków daje nam wgląd w szerzej rozumiany bieg dziejów świata.
Przebieg wydarzeń w Cajamarce owego pamiętnego dnia jest dość dobrze znany, ponieważ został utrwalony na piśmie przez wielu spośród Hiszpanów biorących udział w tym brzemiennym w skutki starciu. Aby mieć pewne wyobrażenie o tym, co się tam stało, przeżyjmy te wydarzenia raz jeszcze, splatając ze sobą fragmenty relacji naocznych świadków, towarzyszy Pizarra, w tym jego braci, Hernanda i Pedra4:
Przezorność, hart ducha, zdyscyplinowanie, trudy, niebezpieczne przeprawy morskie i bitwy Hiszpanów, wasali niezwyciężonego imperatora Świętego Cesarstwa Rzymskiego, z bożej łaski naszego króla i pana, sprawią radość wierzącym i napełnią strachem niewiernych. Z tego powodu i na chwałę Boga, Pana naszego, oraz dla dobra Jego Cesarskiej Mości, wydało mi się użyteczne spisać niniejszą opowieść i przesłać ją Waszej Mości, aby wszyscy mogli się dowiedzieć o tym, co poniżej opisano. Przymnoży to chwały Bogu, ponieważ Hiszpanie, z bożą pomocą, podbili i sprowadzili na łono naszej świętej katolickiej wiary wielką rzeszę pogan. Przymnoży również czci naszemu cesarzowi, ponieważ ze względu na jego wielką potęgę i powodzenie wydarzyło się to właśnie za jego panowania. Będzie także napawać wiernych radością, że odniesiono zwycięstwo w tak wielu bitwach, odkryto i podbito rozliczne prowincje i przywieziono do kraju przeogromne bogactwa, dla dobra króla i ich samych, szerząc zarazem przerażenie pośród niewiernych i wzbudzając podziw całej ludzkości.
Kiedyż to bowiem, czy to w czasach starożytnych, czy nam współczesnych, garstka ludzi zdołała dokonać takich czynów, walcząc przeciw tak licznym zastępom, i to w dalekich krajach, za wieloma morzami, pokonawszy wpierw szmat drogi po lądzie, aby podbić i ujarzmić to, co dotąd pozostawało niewidziane i nieznane? Czyjeż tryumfy można porównać z dokonaniami Hiszpanii? Oto Hiszpanie, choć było ich niewielu i nigdy nie byli w stanie zgromadzić naraz więcej niż dwustu czy trzystu ludzi (a czasem stawało ich do walki ledwie stu lub mniej nawet), podbili za naszego życia terytorium większe od znanego nam dotąd świata i rozleglejsze od włości wszystkich pobożnych i niewiernych książąt. Na razie jednak pisać będę jedynie o tym, co się działo podczas samego podboju; lecz nie napiszę zbyt wiele, aby uniknąć nadmiernej rozwlekłości.
Gubernator Pizarro pragnął uzyskać pewne informacje od Indian, którzy przybyli z Cajamarki, więc kazał poddać ich torturom. Wyznali oni wówczas, iż słyszeli, że Atahualpa czeka tam na gubernatora. Wtedy zaś ten rozkazał nam tam wyruszyć. Dotarłszy do wrót miasta, ujrzeliśmy obóz Atahualpy w odległości jednej mili, u podnóża gór. Obóz Indian wyglądał jak miasto niezwykłej urody. Było w nim tak wiele namiotów, że nasze serca wypełnił lęk. Aż do tamtej bowiem chwili nie widzieliśmy nigdy czegoś podobnego. Wszyscy Hiszpanie byli zatem przerażeni i zmieszani. Nie mogliśmy jednak okazać strachu ani zawrócić, bo gdyby Indianie wyczuli w nas jakąkolwiek słabość, nawet ci spośród nich, których wiedliśmy ze sobą jako przewodników, byliby nas pozabijali. Udawaliśmy więc, że jesteśmy w doskonałych nastrojach i przyjrzawszy się starannie miastu i namiotom, zeszliśmy w dolinę i wkroczyliśmy do Cajamarki.
Dużo rozmawialiśmy ze sobą o tym, co należy teraz zrobić. Wszyscy byliśmy przerażeni, ponieważ było nas bardzo niewielu, a zapuściliśmy się tak daleko w głąb obcego kraju, ponadto nie mogliśmy liczyć na posiłki. Wszyscy spotkaliśmy się więc z gubernatorem, aby przedyskutować, co czynić następnego dnia. Tamtej nocy niewielu z nas zdołało choćby zmrużyć oko. Trzymaliśmy straż na rynku w Cajamarce, przypatrując się obozowym ogniskom indiańskiej armii. Był to przerażający widok. Większość ognisk płonęła na zboczu wzgórza, a przy tym tak blisko siebie, że zbocze wyglądało tak, jak niebo usiane jasnymi gwiazdami. Tamtej nocy nie było rozróżnienia między wielmożą a człowiekiem niskiego stanu ani między żołnierzem piechoty a kawalerzystą. Każdy pełnił swój obowiązek, stojąc na warcie w pełnym rynsztunku, nawet sam poczciwy stary gubernator, który starał się dodawać otuchy swoim ludziom. Jego brat, Hernando Pizarro, oceniał liczbę zgromadzonych tam indiańskich wojowników na czterdzieści tysięcy, ale kłamał, żeby tylko dodać nam otuchy, ponieważ było ich tam ponad dwukrotnie więcej.
Następnego ranka przybył posłaniec od Atahualpy, a gubernator rzekł do niego: "Powiedz swemu panu, aby przybył tutaj wedle swej woli. Jakkolwiek jednak by tutaj nie przyszedł, zawsze przyjmę go jak przyjaciela i brata. Proszę tylko, aby przybył jak najprędzej, gdyż bardzo pragnę go widzieć. Nie spotka go tu żadna krzywda ani zniewaga".
Potem gubernator ukrył swoje wojska wokół rynku w Cajamarce, podzieliwszy kawalerię na dwie części i powierzywszy komendę nad jedną z nich swemu bratu, Hernandowi Pizarrowi, a nad drugą - Hernandowi de Soto. W podobny sposób podzielił również piechotę, osobiście obejmując dowodzenie nad jedną częścią, a drugą oddając pod rozkazy swego brata, Juana Pizarra. Jednocześnie zaś rozkazał Pedrowi de Candii z dwoma czy trzema piechurami, by udali się do niewielkiego fortu na rynku i tam zajęli pozycję z lekką armatką i trąbkami. Kiedy już wszyscy Indianie, a wraz z nimi Atahualpa, wejdą na główny plac miasta, gubernator miał dać sygnał Candii i jego ludziom, by zaczęli strzelać z armaty i dąć w trąby, na których dźwięk z kolei kawaleria miała wypaść z rozległego dziedzińca, gdzie czekała ukryta w pełnej gotowości.
W południe Atahualpa zaczął ustawiać swoich ludzi w szyku i zbliżać się do nas. Niebawem ujrzeliśmy, jak cała równina zapełnia się Indianami, których hufce przystawały co pewien czas, aby poczekać na następne oddziały wychodzące przez cały czas z położonego za ich plecami obozu. Aż do popołudnia kolejne zastępy Indian wymaszerowywały z miasta namiotów. Czołowe hufce były już wówczas blisko naszego obozu, lecz wciąż z indiańskiego obozowiska wysypywały się nowe wojska. Przed samym Atahualpą szło dwa tysiące Indian, zamiatając przed nim drogę, a za nimi postępowali liczni wojownicy, z których połowa maszerowała po jednej jego stronie, a połowa po drugiej.
Pierwszy szedł oddział Indian odzianych w szaty w różnych kolorach, na wzór szachownicy. Postępowali oni naprzód, usuwając źdźbła z ziemi i omiatając drogę, za nimi zaś podążały trzy hufce w innych strojach, tańcząc i śpiewając. Potem szła pewna liczba mężczyzn w zbrojach z dużych metalowych płyt i w koronach ze złota i srebra. Ilość złotego i srebrnego wyposażenia, jakie na sobie nieśli, była tak wielka, że można było tylko się zdumiewać, patrząc, jak migotały na nim promienie słońca. Pomiędzy tymi wojownikami wyróżniała się postać Atahualpy niesiona w przepięknej lektyce z belkami ze srebrnym okuciem. Ośmiu indiańskich wielmożów niosło go na swych ramionach, a wszyscy oni ubrani byli w bardzo bogate błękitne stroje. Sam Atahualpa również odziany był niezwykle bogato. Na głowie miał koronę, a na szyi kolię z wielkich szmaragdów. Siedział na spoczywającym na lektyce niewielkim stołku z suto zdobioną poduszką. Lektyka zaś była pokryta wielobarwnymi piórami i przyozdobiona płytkami ze złota i srebra.
Za Atahualpą podążały dwie inne lektyki i dwa hamaki, w których spoczywali wysokiej rangi wodzowie, a następnie kilka oddziałów Indian w koronach ze złota i srebra. Te właśnie oddziały, przy akompaniamencie głośnych śpiewów, zaczęły wchodzić na główny plac, szczelnie go wypełniając. Tymczasem my, Hiszpanie, czekaliśmy wszyscy w gotowości, ukryci na przyległym dziedzińcu i zdjęci trwogą. Wielu z nas ze strachu oddawało mocz, nawet tego nie zauważając. Dotarłszy na środek placu, Atahualpa pozostał w lektyce, unoszony ponad głowami swoich wojowników, którzy, wchodząc na rynek, ustawiali się w szyku za jego plecami.
Gubernator Pizarro posłał wówczas brata Vincenta de Valverde, aby udał się do Atahualpy i z nim pomówił. Zakonnik miał zażądać od niego, w imię Boga i króla Hiszpanii, aby podporządkował się prawu naszego Pana, Jezusa Chrystusa, i wstąpił na służbę Jego Wysokości, króla Hiszpanii. Przeszedłszy więc pomiędzy oddziałami Indian aż do miejsca, gdzie znajdował się ich władca, i zbliżywszy się doń z krzyżem w jednej ręce i Biblią w drugiej, dominikanin zwrócił się do Atahualpy następującymi słowami: "Jestem kapłanem naszego Boga i nauczam chrześcijan spraw bożych, a teraz przychodzę, by podobnej nauki udzielić i tobie. Uczę zaś tego, co Bóg mówi do nas na kartach tej właśnie księgi. Dlatego w imieniu Boga i chrześcijan zaklinam cię, abyś został ich przyjacielem, gdyż taka jest wola Boga, a będzie to również dla twojego dobra".
Atahualpa kazał sobie podać księgę, aby móc się jej przyjrzeć, a zakonnik podał mu ją zamkniętą. Wódz nie umiał jej jednak otworzyć, więc dominikanin wyciągnął rękę, aby mu pomóc, gdy Atahualpa, w wielkim gniewie, uderzył go w ramię, najwyraźniej pragnąc, aby księga pozostała zamknięta. Potem jednak sam ją otworzył i, nie okazując najmniejszego zdumienia na widok liter i papieru, odrzucił ją o kilka kroków od siebie, a jego twarz stała się przy tym purpurowa.
Zakonnik powrócił wówczas do gubernatora, wykrzykując: "Wyjdźcie z ukrycia! Wychodźcie, chrześcijanie! Rzućcie się na te wraże psy, które odrzucają sprawy boże. Ten tyran cisnął o ziemię moją księgą świętych praw! Czyż nie widzieliście, co się tutaj stało? Czemuż mamy być nadal uprzejmi i służalczy wobec tego nadętego od dumy psa, gdy wokół równiny wypełniają się Indianami? Uderzcie na niego, gdyż ja was rozgrzeszam!".
Wówczas gubernator dał umówiony znak Candii, który zaczął strzelać z dział. W tej samej chwili rozległ się dźwięk trąb i opancerzeni hiszpańscy żołnierze, zarówno kawalerzyści, jak i piechurzy, z hiszpańskim okrzykiem bojowym "Santiago!"5 na ustach wysypali się ze swych kryjówek wprost w zapełniającą plac zbitą masę bezbronnych Indian. Naszym koniom przytroczyliśmy wcześniej grzechotki, aby jeszcze bardziej przerazić tubylców. Teraz zaś terkotanie, huk strzelb i dźwięk trąb wprawiły ich w tak wielkie zmieszanie, że zaczęli zdradzać oznaki paniki. Hiszpanie zaś rzucili się na nich, siekąc i rąbiąc ich na kawałki. Indianie byli tak straszliwie przerażeni, że włazili jeden na drugiego, tworząc prawdziwe góry ludzi i dusząc się przy tym nawzajem. Ponieważ nie mieli broni, chrześcijanie mogli atakować ich bez żadnego ryzyka. Kawaleria tratowała więc tubylców, zabijając ich przy tym i raniąc, a potem ścigała pozostałych przy życiu. Piechota zaś przeprowadziła tak udany atak na tych, którzy wciąż jeszcze byli na placu, że w krótkim czasie większość z nich wycięto w pień.
Sam gubernator chwycił swój miecz oraz sztylet i wraz z towarzyszącymi mu Hiszpanami odważnie wdarł się w największy gąszcz Indian, by dostać się do lektyki Atahualpy. Śmiało chwycił go za lewe ramię i krzyknął: "Santiago!", ale nie był w stanie wyciągnąć wodza z lektyki, ponieważ jego słudzy wciąż trzymali ją wysoko w górze. A choć zabijaliśmy dzierżących ją Indian, ich miejsce natychmiast zajmowali inni, unosząc ją na powrót w górę, więc przez bardzo długi czas musieliśmy pokonywać i zabijać kolejnych tubylców. W końcu siedmiu czy ośmiu konnych Hiszpanów spięło konie ostrogami i ruszyło wprost na lektykę z jednej strony, z wielkim wysiłkiem przewracając ją na bok. Dzięki temu Atahualpa został wreszcie pojmany i gubernator zabrał go do swej kwatery. Indianie niosący lektykę i ci, którzy eskortowali Atahualpę, nie opuścili go jednak: wszyscy zginęli u stóp swego władcy.
Pozostali jeszcze na placu Indianie, przerażeni wystrzałami z dział i widokiem koni, których nigdy wcześniej nie widzieli, usiłowali wymknąć się z pułapki, obalając fragment muru i wydostając się na pobliską równinę. Nasza kawaleria ruszyła za nimi, krzycząc: "Gońcie tych bogato odzianych! Nie dajcie żadnemu uciec! Wykłujcie ich kopiami!". Pozostali indiańscy wojownicy, których przyprowadził z sobą Atahualpa, stali o milę od Cajamarki gotowi do bitwy, ale żaden z nich się nie poruszył, i gdy rozgrywały się wszystkie opisywane tutaj wydarzenia, ani jeden Indianin nie podniósł broni na Hiszpana. Kiedy zaś tubylcy, którzy pozostali na równinie poza miastem, ujrzeli, że ich pobratymcy wycofują się, krzycząc ze strachu, większość z nich także wpadła w panikę i zaczęła uciekać. Był to niezwykły widok, gdyż cała dolina na przestrzeni piętnastu czy dwudziestu mil szczelnie wypełniona była Indianami. Zapadła już noc, a nasza kawaleria wciąż jeszcze ścigała ich po okolicznych polach, kiedy wreszcie usłyszeliśmy dźwięk trąbki wzywający nas na zbiórkę do obozu.
Gdyby nie nadejście nocy, niewielu spośród ponad czterdziestu tysięcy indiańskich wojowników pozostałoby przy życiu. Sześć lub siedem tysięcy Indian padło trupem, a wielu innych miało odcięte ramiona lub inne poważne rany. Sam Atahualpa przyznał, że zabiliśmy w tej bitwie siedem tysięcy jego ludzi. Człowiek, który zginął w jednej z lektyk, był jego ulubionym ministrem, władcą Chinchy. Okazało się, że Indianie niosący lektykę Atahualpy byli wysokiej rangi wodzami i doradcami władcy. Wszyscy zginęli, podobnie jak tubylcy, których niesiono w pozostałych lektykach i hamakach. Zabity został również władca Cajamarki i inni możni, lecz ich liczba była tak wielka, że nie sposób było ich zliczyć, gdyż wszyscy, którzy znajdowali się w orszaku Atahualpy, byli wielkimi panami. Było to niezwykłe zdarzenie: oto przepotężny władca został w tak krótkim czasie pojmany, choć przybył tutaj na czele ogromnej armii. Zaprawdę nie zdołalibyśmy tego dokonać własnymi tylko siłami, gdyż było nas przecież tak niewielu. Wszystko to stało się z łaski Boga, która jest wielka.
Hiszpanie zdarli z Atahualpy szaty, kiedy wywlekali go z lektyki, teraz więc gubernator rozkazał przynieść mu odzienie, a kiedy już wódz je przywdział, Pizarro kazał mu siąść obok siebie i starał się uśmierzyć jego wściekłość i poruszenie na myśl o tym, że tak szybko utracił swą wysoką pozycję. Powiedział do niego: "Nie traktuj jako zniewagi tego, że zostałeś pokonany i wzięty do niewoli, gdyż z tymi chrześcijanami, którzy podążają za mną - choć są tak nieliczni - podbijałem już królestwa większe od twojego i pokonywałem innych, potężniejszych od ciebie władców, narzucając im władzę cesarza, którego sam jestem wasalem, a który jest królem Hiszpanii i całego świata. Z jego rozkazu tu przybywamy, by podbić ten kraj, aby wszyscy jego mieszkańcy mogli poznać Boga i świętą wiarę katolicką. Przez wzgląd na tę naszą szlachetną misję Bóg, Stwórca nieba i ziemi oraz wszystkich rzeczy, pozwala, aby tak się stało, byście mogli Go poznać i porzucić zwierzęce i grzeszne życie, jakie prowadzicie. To właśnie dlatego, choć było nas niewielu, pokonaliśmy tak liczne zastępy twoich wojowników. Kiedy zrozumiecie, w jak wielkim grzechu żyjecie, sami przyznacie, jakie dobro wam uczyniliśmy, przybywając do waszego kraju z rozkazu Jego Wysokości króla Hiszpanii. To nasz Pan Bóg zezwolił na to, by wasza duma została podeptana i by żaden Indianin nie był w stanie choćby urazić chrześcijanina.
Prześledźmy teraz cały łańcuch przyczyn leżących u podstaw tej niezwykłej konfrontacji, wychodząc bezpośrednio od przedstawionych wyżej wydarzeń. Dlaczego zatem, kiedy doszło do spotkania Pizarra i Atahualpy w Cajamarce, to właśnie Hiszpan pojmał władcę Inków i zabił tak wielu jego poddanych? Dlaczego znacznie wszak liczniejsze siły Indian nie zdołały schwytać i zabić hiszpańskiego konkwistadora? Pizarro miał przecież pod wodzą zaledwie sześćdziesięciu dwóch jeźdźców oraz stu sześciu piechurów, podczas gdy Atahualpa stał na czele armii liczącej około osiemdziesięciu tysięcy ludzi. Jeśli zaś chodzi o wydarzenia poprzedzające opisywane wyżej wypadki, jak to się stało, że Atahualpa znalazł się w Cajamarce? Skąd wziął się tam Pizarro, który porwał władcę Inków, i dlaczego to nie Atahualpa przybył do Hiszpanii, aby pojmać króla Karola I? Dlaczego Atahualpa dał się zwabić w tę aż nazbyt oczywistą - przynajmniej dla nas, patrzących z perspektywy czasu - pułapkę? Czy czynniki mające decydujący wpływ na wynik tamtego starcia Atahualpy i Pizarra odgrywały podobną rolę w konfrontacjach ludów Starego i Nowego Świata?
Dlaczego Pizarro pojmał Atahualpę? Przewagę militarną zapewniły mu stalowe miecze Hiszpanów i inna broń oraz pancerze, działa i konie. Tym rodzajom uzbrojenia wojownicy Atahualpy, pozbawieni zwierząt, na których grzbiecie mogliby ruszyć do bitwy, mogli przeciwstawić jedynie wykonane z kamienia, brązu lub drewna kije, maczugi i topory, a oprócz tego proce i pancerze z pikowanej bawełny. Takie właśnie dysproporcje w wojennym ekwipunku odegrały decydującą rolę w niezliczonej liczbie starć Europejczyków z rdzennymi Amerykanami i innymi ludami.
Jedynymi rdzennymi Amerykanami, którzy byli w stanie przez wiele stuleci opierać się europejskiemu podbojowi, były plemiona, które zmniejszyły nieco tę dysproporcję w dziedzinie wojennego wyposażenia, nabywając zarówno konie, jak i strzelby i ucząc się nimi posługiwać. Na sam dźwięk słowa "Indianin" przed oczyma przeciętnego Amerykanina pojawia się dziś obraz dosiadającego konia i wymachującego strzelbą mieszkańca Wielkich Równin, przypominającego wojowników z plemienia Siuksów, którzy unicestwili część dowodzonego przez generała George'a Custera 7. Regimentu Kawalerii Armii Stanów Zjednoczonych w słynnej bitwie nad Little Bighorn w roku 1876. Bardzo łatwo zapominamy, że rdzenni Amerykanie początkowo nie znali ani koni, ani strzelb. To Europejczycy sprowadzili je na kontynent amerykański, gruntownie przekształcając społeczności tych spośród indiańskich plemion, które je nabyły. Indianie z Wielkich Równin Ameryki Północnej, Araukanie z południowego Chile i Indianie z argentyńskiej pampy bronili się przed białymi najeźdźcami dłużej od innych rdzennych Amerykanów właśnie dzięki temu, że nauczyli się nimi biegle posługiwać. Ulegli dopiero w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku na skutek zakrojonych na szeroką skalę operacji wojskowych przeprowadzanych przez rządy państw założonych przez białych przybyszów.
Dziś trudno nam pojąć, jak to możliwe, że wyposażenie wojskowe Hiszpanów pozwoliło im zwyciężyć pomimo tak wielkiej przewagi liczebnej nieprzyjaciela. W opisywanej powyżej bitwie pod Cajamarką zaledwie stu sześćdziesięciu ośmiu Hiszpanów rozbiło pięćset razy liczniejszą armię rdzennych Amerykanów, zabijając tysiące tubylców bez straty choćby jednego własnego żołnierza. Relacje dotyczące późniejszych bitew Pizarra z Inkami, podboju azteckiego państwa przez Cortésa i innych kampanii prowadzonych przez Europejczyków na wczesnym etapie podboju Ameryki przeciwko jej rdzennym mieszkańcom mówią o starciach, w których kilkudziesięciu europejskich kawalerzystów pokonuje i zmusza do ucieczki tysiące indiańskich wojowników, dokonując przy tym straszliwej rzezi tubylców. Już po śmierci Atahualpy, w czasie marszu Pizarra z Cajamarki do stolicy Inków, Cuzco, rozegrały się cztery takie bitwy: pod Jauja, Vilcashuaman, Vilcaconga i Cuzco. W starciach tych uczestniczyło, odpowiednio, zaledwie osiemdziesięciu, trzydziestu, stu dziesięciu i czterdziestu hiszpańskich kawalerzystów, za każdym razem mając naprzeciw siebie tysiące lub nawet dziesiątki tysięcy Indian.
Tych zwycięstw Hiszpanów nie można tak po prostu przypisać pomocy sojuszniczych plemion rdzennych Amerykanów ani wytłumaczyć, odwołując się do efektu psychologicznego, jaki wywoływały u tubylców nieznane im konie i broń najeźdźców, czy też (jak się często twierdzi) powoływać się na fakt, że Inkowie omyłkowo brali Hiszpanów za posłańców swego powracającego zza oceanu boga Wirakoczy. Początkowe sukcesy zarówno Pizarra, jak i Cortésa rzeczywiście przysporzyły im sojuszników wśród rdzennych plemion. Jednakże wiele z nich nie sprzymierzyłoby się z nimi, gdyby wcześniejsze oszałamiające tryumfy, jakie Hiszpanie odnosili jeszcze bez ich pomocy, nie przekonały ich, że wszelki opór jest daremny, wobec czego należy przejść na stronę niezaprzeczalnych zwycięzców. Fakt, że Inkowie nie znali koni, stalowej broni, strzelb i dział, z pewnością sparaliżował ich poczynania w Cajamarce, ale w kolejnych bitwach Hiszpanie odnosili nadal zwycięstwa pomimo zaciętego oporu inkaskich armii, które poznały już wierzchowce i uzbrojenie najeźdźców. W ciągu zaledwie sześciu lat od podboju Inkowie wzniecili również przeciwko Hiszpanom dwa pełne determinacji i dobrze przygotowane powstania na dużą skalę. Wszystkie ich wysiłki spełzły jednak na niczym z uwagi na zdecydowanie lepsze uzbrojenie Hiszpanów.
W pierwszej dekadzie XVIII wieku strzelby zajęły już miejsce mieczy jako główna broń dająca europejskim najeźdźcom przewagę nad rdzennymi Amerykanami i innymi tubylczymi ludami. Na przykład w roku 1808 na wyspy Fidżi dotarł wyposażony w muszkiet i obdarzony doskonałym wzrokiem brytyjski żeglarz, Charlie Savage, by, stosownie do swego nazwiska (savage - ang. "dzikus, barbarzyńca"), w pojedynkę zakłócić panującą tam równowagę sił. W ramach jednego ze swych rozlicznych wyczynów powiosłował w górę rzeki do miejscowości Kasavu, zatrzymał się w odległości strzału pistoletowego od jej ogrodzenia i zaczął strzelać do bezbronnych mieszkańców. Ofiar było tak wiele, że pozostali przy życiu tubylcy ułożyli ich ciała w stos, za którym mogli się ukryć, a pobliski strumień stał się czerwony od krwi. Tego rodzaju przykłady wielkiej przewagi, jaką strzelby dawały białym przybyszom nad pozbawionymi broni palnej tubylcami, można mnożyć w nieskończoność.
W hiszpańskim podboju państwa Inków strzelby odegrały jednak drugorzędną rolę. Ówczesne modele - tak zwane arkebuzy - nie były łatwe w obsłudze (trudno było je zarówno nabijać, jak i z nich strzelać), a ponadto Pizarro miał ich ledwie tuzin. Kiedy już udawało się z nich wystrzelić, wywoływały istotnie ogromny efekt psychologiczny. Znacznie ważniejsze okazały się jednak stalowe miecze Hiszpanów, kopie i sztylety, czyli solidna ostra broń pozwalająca dokonywać prawdziwej rzezi na pozbawionych pancerza Indianach. Tymczasem tępe maczugi tubylców, choć nadawały się do tego, by za ich pomocą poobijać i poranić najeźdźców oraz ich konie z rzadka tylko były w stanie ich zabić. Stalowe zbroje i kolczugi Hiszpanów, a nade wszystko stalowe hełmy zapewniały im skuteczną ochronę przed ciosami maczug, podczas gdy pikowane kaftany z bawełny wcale nie chroniły Indian przed wykonaną ze stali bronią najeźdźców.
W relacjach naocznych świadków aż nazbyt wyraźnie widać, jak ogromną przewagę zyskiwali Hiszpanie nad tubylcami dzięki koniom. Jeźdźcy mogli nie tylko bez trudu uprzedzić indiańskie czaty, zanim wartownicy mieli czas ostrzec swoje oddziały, lecz także tratować i zabijać walczących pieszo Indian. Impet szarżującego wierzchowca, jego zwrotność, szybkość ataku oraz przewaga wysokości i ochrona, jaką zapewniał siedzącemu na jego grzbiecie żołnierzowi, sprawiały, że na otwartym terenie piechurzy byli całkowicie bezbronni w obliczu kawalerii. Wywoływany przez te zwierzęta efekt psychologiczny nie polegał tylko na przerażeniu, jakie budziły one w wojownikach walczących przeciwko nim po raz pierwszy. Przed wybuchem wielkiego powstania Inków w roku 1536 tubylcy zdążyli już się nauczyć, jak najlepiej bronić się przed kawalerią: zastawiając zasadzki w wąskich przejściach czy wąwozach i wybijając hiszpańskich jeźdźców. Jednakże Inkowie, jak wszyscy inni żołnierze walczący pieszo, nigdy nie byli w stanie pokonać kawalerii na otwartym terenie. Kiedy Quizo Yupanqui, najlepszy z wodzów inkaskiego władcy Manco, następcy Atahualpy, obległ Hiszpanów w Limie w 1536 roku i usiłował wziąć miasto szturmem, dwa szwadrony hiszpańskiej kawalerii wykonały szarżę na znacznie liczniejsze siły Inków na równinie pod miastem, już w pierwszym ataku zabijając Quizo i wszystkich podległych mu dowódców, i zmusiły do ucieczki jego armię. Podobna szarża kawaleryjska, przeprowadzona przez zaledwie dwudziestu sześciu jeźdźców, wystarczyła, by pokonać najlepsze oddziały pod wodzą samego władcy, Manco, kiedy ten oblegał Hiszpanów w Cuzco.
Proces transformacji sztuki wojennej spowodowanej pojawieniem się koni na polach bitew rozpoczął się wraz z chwilą ich udomowienia na stepach na północ od Morza Czarnego około 4 tysięcy lat przed Chrystusem. Zwierzęta te umożliwiały pokonywanie znacznie większych odległości niż było to możliwe pieszo, atakowanie z zaskoczenia i wycofywanie się, zanim obrońcy zdołali zgromadzić liczniejsze siły. Rola, jaką konie odegrały w bitwie pod Cajamarką, stanowi zatem przykład działania pewnego rodzaju broni, który pozostawał wciąż groźny przez sześć tysięcy lat, aż do początku XX wieku, i z czasem zaczął być wykorzystywany na wszystkich kontynentach. Dominacja kawalerii na polach bitew skończyła się dopiero w czasie pierwszej wojny światowej. Gdy więc weźmiemy pod uwagę, jak wielką przewagę dawały Hiszpanom konie, stalowa broń i pancerze w starciu z walczącymi pieszo tubylcami nieużywającymi metalu, nie powinno już być zaskoczeniem, że biali najeźdźcy raz za razem wygrywali bitwy ze znacznie liczniejszym przeciwnikiem.
Jak to się stało, że Atahualpa znalazł się w Cajamarce? Atahualpa i jego armia znaleźli się w Cajamarce dlatego, że dopiero co odnieśli zwycięstwo w bitwach decydujących o wyniku wojny domowej, po której Inkowie wciąż byli jeszcze podzieleni i słabi. Pizarro szybko zdał sobie sprawę z tych podziałów i umiejętnie je wykorzystał. Przyczyną wspomnianej wojny domowej było z kolei to, że epidemia ospy szerząca się wśród Indian na kontynencie południowoamerykańskim od chwili, gdy chorobę tę przywlekli hiszpańscy osadnicy na terytorium Panamy i Kolumbii, około roku 1526 zabiła władcę imperium Inków, Huaynę Capaca, i większość jego dworu, a następnie niemal natychmiast powaliła wyznaczonego na jego następcę Ninana Cuyuchiego. To właśnie śmierć tych dwóch władców doprowadziła do walki o tron imperium pomiędzy Atahualpą a jego przyrodnim bratem, Huascarem. Gdyby zatem nie wspomniana epidemia, Hiszpanie mieliby przeciwko sobie zjednoczone imperium Inków.
Obecność Atahualpy w Cajamarce uwypukla zatem rolę jednego z kluczowych czynników w dziejach świata: chorób przekazywanych pozbawionym odporności na nie rdzennym ludom przez najeźdźców w znacznej mierze już odpornych. Ospa, odra, grypa, tyfus, dżuma i inne występujące w Europie choroby zakaźne odegrały decydującą rolę w podbojach Europejczyków, dziesiątkując wiele ludów na innych kontynentach. Na przykład po niepowodzeniu pierwszego hiszpańskiego najazdu w 1520 roku epidemia ospy wyniszczyła plemię Azteków i zabiła Cuitláhuaca, władcę azteckiego imperium, który na krótko objął rządy po Montezumie. Na obszarze obu Ameryk choroby przywleczone tutaj przez Europejczyków przenosiły się z jednego tubylczego plemienia na kolejne, na długo zanim Indianie ujrzeli samych Europejczyków, według szacunkowych danych zabijając aż 95 procent rdzennej ludności okresu prekolumbijskiego. W ten właśnie sposób zniknęły z kart historii najludniejsze i najlepiej zorganizowane tubylcze społeczności Ameryki Północnej - plemiona dorzecza Missisipi. Stało się to pomiędzy rokiem 1492 a końcem pierwszej dekady XVII wieku, zanim Europejczycy założyli swoją pierwszą osadę nad tą rzeką. Z kolei w roku 1713 epidemia ospy stanowiła najważniejszy krok na drodze do wyniszczenia przez europejskich osadników południowoamerykańskiego rdzennego ludu San (Buszmenów). Wkrótce po założeniu przez Brytyjczyków osady Sydney w roku 1788 wybuchła zaś pierwsza z epidemii, które zdziesiątkowały populację Aborygenów. Dobrze udokumentowanym przykładem z wysp Pacyfiku jest natomiast zaraza, która spustoszyła archipelag Fidżi w 1806 roku, wywołana przez kilku europejskich marynarzy, którzy z wielkim trudem zdołali dotrzeć do brzegu po katastrofie statku "Argo". Podobne wydarzenia odnotowano również w dziejach Tonga, Hawajów oraz innych wysp na Oceanie Spokojnym.
Nie chcę jednak przez to powiedzieć, że rola chorób w dziejach ludzkości sprowadzała się tylko do tego, że przygotowywały one drogę dla europejskiej ekspansji. Malaria, żółta febra i inne choroby rodem z tropikalnej Afryki, Indii, Azji Południowo-Wschodniej i Nowej Gwinei stanowiły bowiem najpoważniejszą przeszkodę w europejskiej kolonizacji tych obszarów.
Skąd Pizarro wziął się w Cajamarce? Dlaczego to Atahualpa nie próbował podbić Hiszpanii? Pizarro przybył do Cajamarki dzięki europejskiej technologii morskiej umożliwiającej budowę statków, które przewiozły go najpierw przez Atlantyk (z Hiszpanii do Panamy), a następnie przez Pacyfik (z Panamy do Peru). Nie mając takiej technologii, Atahualpa nie był w stanie prowadzić zamorskiej ekspansji ze swych posiadłości w Ameryce Południowej.
Oprócz faktu posiadania oceanicznych okrętów, obecność Pizarra pod Cajamarką była ponadto jednym ze skutków funkcjonowania scentralizowanej organizacji politycznej, która pozwoliła Hiszpanii flotę tę sfinansować, zbudować, obsadzić załogą i odpowiednio wyposażyć. Imperium Inków również miało scentralizowany ustrój, ale w rzeczywistości zadziałało to na jego niekorzyść, gdyż Pizarro, biorąc do niewoli Atahualpę, sparaliżował cały inkaski łańcuch dowodzenia. Ponieważ tubylczy aparat władzy w tak wielkim stopniu utożsamiany był z otaczanym boską czcią absolutnym władcą imperium, po jego śmierci uległ zupełnemu rozkładowi. Technologia morska w połączeniu z organizacją polityczną odegrała równie doniosłą rolę podczas europejskiego podboju pozostałych kontynentów, a także w ekspansji innych pozaeuropejskich ludów.
Kolejnym, powiązanym z poprzednim czynnikiem, który umożliwił Hiszpanom dotarcie do Peru, było pismo. Hiszpania była w posiadaniu tego wynalazku, natomiast imperium Inków nie. Pozwalał on na znacznie powszechniejsze, dokładniejsze i bardziej szczegółowe przekazywanie informacji niż rozpowszechnianie ich jedynie w formie ustnej. To właśnie informacje w formie pisemnej docierające do Hiszpanii po podróży Kolumba i dokonanym przez Cortésa podboju Meksyku sprawiły, że Hiszpanie niczym wezbrana fala ruszyli na podbój Nowego Świata. Listy i broszury dostarczały im zarówno motywacji, jak i niezbędnych szczegółowych wskazówek nawigacyjnych. Pierwsza relacja o wyczynach Pizarra, spisana przez jego towarzysza, kapitana Cristóbala de Menę, ukazała się drukiem w Sewilli w kwietniu 1534 roku, zaledwie dziewięć miesięcy po straceniu Atahualpy. Stała się zresztą bestsellerem, pospiesznie przetłumaczonym na pozostałe europejskie języki, i sprawiła, że hiszpańscy koloniści zaczęli tłumnie wyruszać w podróż do Nowego Świata, aby umocnić panowanie Pizarra w Peru.
Dlaczego Atahualpa tak łatwo wpadł w sidła Pizarra? Patrząc z perspektywy czasu, wydaje się wprost zdumiewające, że w Cajamarce Atahualpa sam wszedł wprost w zastawioną na niego w tak oczywisty sposób pułapkę. Nawet Hiszpanie, którzy go pochwycili, zdumieni byli swoim sukcesem. W wyjaśnieniu pierwotnych przyczyn niezrozumiałej dla nas naiwności wodza Inków niepoślednią rolę odgrywają konsekwencje posiadania umiejętności czytania i pisania.
Bezpośrednią przyczyną podawaną zazwyczaj w tym kontekście jest fakt, że Atahualpa miał bardzo skąpe wiadomości o Hiszpanach, ich potędze militarnej i zamiarach. Uzyskał te nieliczne informacje ze słyszenia, głównie z ust swego posłańca, który przez dwa dni przebywał przy wojskach Pizarra, kiedy te maszerowały z wybrzeża w głąb lądu. Widział więc Hiszpanów w stanie największego rozprzężenia i powiedział Atahualpie, że żadni z nich wojownicy, dodając, że jeśli wódz da mu dwustu Indian, to schwyta wszystkich przybyszów i zwiąże ich jak barany. Można zatem zrozumieć, że Atahualpie w ogóle nie przyszło do głowy, że Hiszpanie są groźni i mogą go zaatakować pierwsi, nawet bez żadnej prowokacji z jego strony.
Na obszarze Nowego Świata umiejętność pisania ograniczała się do nielicznych elit niektórych ludów z terenu dzisiejszego Meksyku i sąsiednich terytoriów, położonych daleko na północ od państwa Inków. Choć hiszpański podbój Panamy - oddalonej zaledwie o niespełna 1000 kilometrów od ich północnych granic - rozpoczął się już w 1510 roku, żadne wieści o nim, ani nawet o istnieniu Hiszpanów nie dotarły, jak się zdaje, do Inków aż do chwili, gdy Pizarro po raz pierwszy wylądował na wybrzeżu Peru w 1527 roku. Atahualpa zupełnie nie miał więc pojęcia o tym, że Hiszpania podbiła już najbardziej ludne i najpotężniejsze indiańskie społeczności Ameryki Środkowej.
Nie mniej zdumiewające od postępowania Atahualpy w Cajamarce, które doprowadziło do pojmania go przez Hiszpanów, jest dla nas dzisiaj jego zachowanie w niewoli. Inkaski władca zaproponował mianowicie swym prześladowcom słynny gigantyczny okup, naiwnie wierząc, że kiedy już zostanie zapłacony, Hiszpanie go uwolnią i odpłyną. Nie miał bowiem skąd się dowiedzieć i nie rozumiał, że ludzie Pizarra stanowią jedynie awangardę znacznie potężniejszych sił nastawionych na trwały podbój kontynentu, a nie pojedynczy łupieżczy napad.
Jednak nie tylko Atahualpa fatalnie pomylił się w swych rachubach. Już po pojmaniu inkaskiego władcy brat Francisca Pizarra, Hernando, oszustwem skłonił dowodzącego wielką armią czołowego wodza Atahualpy, Challcuchimę, do oddania się w ręce Hiszpanów. Ta błędna decyzja Challcuchimy stanowiła moment niemal równe doniosły co schwytanie samego władcy, stając się punktem zwrotnym, jeśli chodzi o załamanie się oporu Inków. Aztecki imperator, Montezuma, przeliczył się bodaj jeszcze bardziej, biorąc Cortésa za powracającego zza oceanu boga i wpuszczając go wraz z jego maleńką armią do azteckiej stolicy, Tenochtitlán. W rezultacie Cortés uwięził Montezumę, a następnie opanował miasto i podbił całe imperium Azteków.
Prozaiczne wyjaśnienie wszystkich tego rodzaju niefortunnych decyzji Atahualpy, Challcuchimy, Montezumy i niezliczonej rzeszy podobnych im przywódców rdzennych Amerykanów oszukanych przez Europejczyków jest takie, że żaden żyjący mieszkaniec Nowego Świata nigdy wcześniej nie był w Starym Świecie, więc indiańscy władcy i wodzowie nie mogli mieć żadnych konkretnych informacji o Hiszpanach. Mimo to nieuchronnie skłaniamy się jednak raczej ku wnioskowi, że Atahualpa naprawdę "powinien" być bardziej podejrzliwy, jeśli tylko w łonie podległej mu społeczności występował nieco szerszy wachlarz ludzkich zachowań. Wszak Pizarro przybył do Cajamarki, również nie mając żadnej wiedzy na temat Inków, jeśli nie liczyć tego, czego dowiedział się od schwytanych poddanych imperium, z którymi zetknął się w roku 1527 i 1531. Jednakże, mimo że sam był niepiśmienny, reprezentował kulturę, która posiadła umiejętność czytania i pisania. Hiszpanie wiedzieli zatem z książek o istnieniu wielu ówczesnych cywilizacji żyjących z dala od Europy, a także znali kilka tysięcy lat dziejów Starego Kontynentu. Zastawiając pułapkę na Atahualpę, Pizarro wyraźnie wzorował się na uwieńczonej powodzeniem strategii Cortésa.
Krótko mówiąc, piśmienność uczyniła Hiszpanów spadkobiercami ogromnego zasobu wiadomości na temat ludzkich zachowań i historii. Dla odmiany natomiast Atahualpa nie tylko nie miał żadnych wyobrażeń co do samych Hiszpanów ani też osobistego doświadczenia w kontaktach z jakimikolwiek innymi przybyszami zza morza, lecz także nawet nie słyszał (ani nie czytał) o żadnych podobnych zagrożeniach, z jakimi w całej dotychczasowej historii ludzkości zetknęły się tubylcze ludy w najrozmaitszych zakątkach świata. Ta właśnie głęboka przepaść w kategoriach życiowego doświadczenia zachęciła Pizarra do zastawienia pułapki, a zarazem skłoniła Atahualpę, by wejść prosto w paszczę lwa.
Pojmanie Atahualpy przez Pizarra ilustruje zatem cały zespół czynników, które doprowadziły do tego, że to Europejczycy skolonizowali Nowy Świat, a nie rdzenni Amerykanie Europę. Do bezpośrednich przyczyn tryumfu Hiszpana należały więc: technika wojskowa, której podstawę stanowiły strzelby i wykonana ze stali broń, oraz konie; choroby zakaźne występujące na obszarze Eurazji; technologia morska Europejczyków; scentralizowana organizacja polityczna europejskich państw oraz pismo. Tytuł niniejszej książki może więc posłużyć jako podsumowanie tych czynników, które w czasach nowożytnych umożliwiły także Europejczykom ujarzmienie tubylczych ludów na innych kontynentach. Jak będziemy mogli się przekonać w następnych rozdziałach, na długo przedtem, nim ktokolwiek na świecie zaczął wytwarzać strzelby i wytapiać stal, pozostałe z powyższych czynników umożliwiły ekspansję pewnych ludów spoza Europy.
Wciąż jednak pozostaje bez odpowiedzi nasze fundamentalne pytanie: Dlaczego wszystkie te bezpośrednie czynniki działały na korzyść Europejczyków, a związana z nimi przewaga była właśnie po ich stronie, a nie po stronie mieszkańców Nowego Świata? Dlaczego to nie Inkowie wymyślili strzelby oraz miecze ze stali i nie dosiadali zwierząt równie przerażających jak konie, ani nie roznosili chorób, na które Europejczycy nie byliby odporni? Dlaczego nie skonstruowali oceanicznych statków i nie stworzyli w swym państwie złożonego ustroju politycznego, ani nie byli w stanie czerpać z doświadczeń innych ludów spisanych na kartach wielowiekowej historii ludzkości? Pytania te nie odnoszą już się jednak do najbardziej bezpośrednich przyczyn pewnych zjawisk omawianych w tym rozdziale. Dotyczą raczej ich pierwotnych przyczyn, których wyjaśnieniu będą poświęcone kolejne dwie części niniejszej książki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 W całej książce daty odnoszące się mniej więcej do ostatnich 15 tysięcy lat będą podawane jako tak zwane kalibrowane daty radiowęglowe, a nie przyjmowane zazwyczaj niekalibrowane daty radiowęglowe (różnica pomiędzy nimi zostanie wyjaśniona w rozdziale 5). Te pierwsze uważa się za odpowiadające nieco ściślej faktycznym datom kalendarzowym. Czytelnicy przyzwyczajeni do dat niekalibrowanych będą musieli mieć na uwadze to rozróżnienie, ilekroć będzie im się wydawało, że podaję daty błędne, bo wcześniejsze od tych, jakie są im znane. Na przykład kultura Clovis w Ameryce Północnej zwykle jest datowana na mniej więcej 9 tysięcy lat przed Chrystusem (11 tysięcy lat temu), ale ja datuję ją na około 2 tysiące lat wcześniej (13 tysięcy lat temu), ponieważ podawana zazwyczaj data jest niekalibrowana.
2 Autorowi prawdopodobnie chodzi o gatunek zwany Procoptodon (przyp. tłum.).
3 Chodzi o rośliny z gatunku Corynocarpus laevigatus (przyp. tłum.).
4 Pedro był kuzynem Francisca (przyp. tłum.).
5 "Święty Jakub!" (przyp. tłum.).