Wprowadzenie
Szef wysuniętej sekcji rozpoznania fotograficznego amerykańskiej 9 armii
powietrznej, z uwagą wpatrywał się w świeże zdjęcie lotnicze, słuchając
wyjaśnień młodego porucznika.
-?Jestem pewien, majorze, że jest to albo wysunięty punkt dowodzenia,
albo centrum łączności. Proszę mi wierzyć.
Major Driscoll studiował fotografie, na których widniały rozrzucone w nieładzie zabudowania typowej, porzuconej przez właścicieli francuskiej
farmy, lekko uszkodzonej ogniem artyleryjskim.
-?Wygląda na niezamieszkaną, poruczniku. Jeśli to prawda, co pan mówi,
to gdzie są ich samochody?
-?Tutaj, w tym lasku. Za dużo w nim gałęzi. O tej porze roku powinno być
trochę mniej zieleni. Prawdopodobnie dodano sporo sztucznego listowia. A stąd, o, z tego zagajnika, chodzą już piechotą. Wzdłuż tego żywopłotu,
do największej stodoły. To jest całkiem nieodpowiednie miejsce dla
żywopłotu, w ten sposób zamaskowano prawdopodobnie ścieżkę.
-?A gdzie ich obrona? Jeżeli jest to ważny punkt dowodzenia, to gdzieś w pobliżu powinny być stanowiska artylerii.
-?Najprawdopodobniej w tej drewnianej szopie. Stąd mają dobre pole
ostrzału. I proszę popatrzeć na te stogi. W tych stronach Francji chłopi
układają siano inaczej, w długie sterty. W tym można znakomicie schować
działo przeciwlotnicze. Proszę porównać ze zdjęciami sprzed dziesięciu
dni. O dwie drewniane szopy więcej. I proszę porównać drogę. Tu ledwie
widoczna, tu koleiny głębokie. Widać, często używana.
-?Ale przecież mogli wykorzystywać ją Niemcy w czasie odwrotu -?major
nie był do końca przekonany.
-?Oczywiście, ale ta kępa krzaków? Nie mogły wyrosnąć w dziesięć dni!
Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że w gałęziach prześwituje coś jak
antena radaru, możliwe, że systemu Freya.
Zwykła opuszczona farma. A jednak. Podejrzany lasek i żywopłot.
Nietypowa kopa siana, szybko rosnące krzaki i pojawiające się nagle
drewniane szopy. Major Driscoll zdecydował połączyć się ze sztabem i zalecić zbombardowanie wyludnionej farmy. Następnego dnia o świcie
eskadra maszyn P-47 Thunderbolt wystartowała z lądowiska w Normandii.
Nad farmą napotkała silną obronę przeciwlotniczą i z trudem wykonała
zadanie. Na kolejnych zdjęciach z niepozornego lasku buchał czarny dym,
charakterystyczny dla płonącej ropy. Kilka dni później jeńcy ujęci przez
żołnierzy amerykańskiego VII korpusu zeznali, że farma była ważnym
węzłem łączności Wehrmachtu, a jej zniszczenie sparaliżowało komunikację
w całym sektorze frontu. Jeńcy dziwili się, że centrum zostało wykryte,
mimo że było znakomicie zamaskowane przez doskonałych specjalistów z dziedziny kamuflażu.
Elegancko czy bezpiecznie?
Maskowanie, kamuflaż, pozoracja. Różne są określenia i ich znaczenie,
ale sprowadzają się do jednego -?jak zdezorientować przeciwnika.
Ukrywanie swych zamiarów i sił od wieków należało do podstawowych
obowiązków wodzów, a jednak maskowanie z trudem torowało sobie drogę do
ich świadomości. Kiedy w 1912 roku francuski minister wojny Adolphe
Messimy ogłosił swój projekt wprowadzenia umundurowania w kolorze
ochronnym, w całej Francji zawrzało. Nieszczęsnego ministra odżegnywano
od czci i wiary. Na nic zdały się jego argumenty, że żołnierza ubranego
w niebieską bluzę, czerwone spodnie i tradycyjne czerwone kepi widać z bardzo daleka i staje się łatwym celem.
Brak wyobraźni i przywiązanie do tradycji miały się tragicznie zemścić w sierpniu 1914 roku, gdy francuskie 3. i 4. armie rozpoczęły
przeciwnatarcie w Ardenach. Oficerowie -?wychowankowie elitarnej
akademii St. Cyr -?w kapiących od złota czakach, ze szpadami w dłoniach,
ubrani w białe rękawiczki, maszerowali na czele pułków odzianych w niebieskie bluzy i czerwone spodnie. Kwiat francuskiej młodzieży, jak na
paradzie, szedł na rzeź pod lufy niemieckich karabinów maszynowych,
obsługiwanych przez niewidocznych w leśnym listowiu żołnierzy, odzianych
w nieefektowne mundury feldgrau. Hekatomba pod Longwy i Rossignol
przekonała dopiero sztabowców i polityków, że wojna to nie operetka i warto poświęcić dla bezpieczeństwa nawet paryski szyk.
Pierwsza wojna światowa wprowadziła wiele nowych technik maskowania.
Początkowo konieczne było jedynie maskowanie "pionowe", od strony
nieprzyjaciela. Zastosowanie balonów do kierowania ogniem artylerii, a później samolotów, zmusiło do stosowania również "poziomego" maskowania,
niejako od góry. Ale tylko w rejonie frontu, w strefie działania
artylerii przeciwnika. Mały zasięg samolotów i niewielki udźwig
bombowców powodował, że zaplecze frontu było bezpieczne i takie nowinki
techniczne jak siatki maskujące nie cieszyły się popularnością. W końcu
pierwszy liczący się lotniczy atak bombowy na Wyspy Brytyjskie został
przeprowadzony w maju 1917 roku, kiedy to kilkanaście niemieckich maszyn
typu Gotha zbombardowało nadbrzeżne miasto Folkestone i pobliską bazę
wojskową Shorncliffe. Na drugi atak trzeba było czekać aż trzy tygodnie,
do 17 czerwca, ale był on brzemienny w skutkach. Nalot 14 bombowców
Gotha na Londyn pobudził brytyjskich polityków i generałów do
błyskawicznego działania. Przełamano opory armii lądowej i marynarki
wojennej i utworzono niezależne Królewskie Siły Powietrzne -?RAF;
zrzuciły one na Niemcy 543 tony bomb. Później nastał pokój i wraz z nim
upadek sztuki maskowania. W okresie międzywojennym sztuka ta nie
rozwijała się.
Wyniesione z I wojny światowej doświadczenia Francuzi zastosowali
jedynie w budowie swej słynnej Linii Maginota. Ciągnący się od Morza
Śródziemnego do granicy belgijskiej pas umocnień miał wprawdzie wiele
luk, ale ukończone przed wybuchem wojny fortyfikacje zostały
przygotowane doskonale nawet pod względem maskowania. Poszczególne
budowle znakomicie wkomponowano w teren, przykryto ziemią i obsadzono
roślinnością. Kopuły wież obserwacyjnych, w zasadzie jedynych
wystających ponad powierzchnię konstrukcji, zostały pokryte specjalną
masą pochłaniającą światło i łatwą do pomalowania we wzory
przypominające okoliczną roślinność. W wielu przypadkach w masę tę
powtykano autentyczne kamienie, przekształcając stalowo-betonową
konstrukcję w niewinny pagórek. Dla zmylenia przeciwnika w wielu
miejscach tak zwanych regionów umocnionych, bądź poszczególnych fortów,
ustawiano metalowe "ślepe" wieże obserwacyjne, nie odbiegające wyglądem
od autentycznych, tyle że bez obsługi. Były to po prostu wetknięte w ziemię czerepy.
Wieże artyleryjskie Linii Maginota były w większości konstrukcjami
ruchomymi, wysuwanymi z "dachu" umocnień za pomocą gigantycznych
przeciwwag. W pozycji "złożonej" wystawały zaledwie kilkanaście
centymetrów nad poziom ziemi i, przesłonięte trawą, były praktycznie
niewidoczne. Inne konstrukcje zaopatrzono już w trakcie budowy w haki do
zawieszania siatek maskowniczych, umocowywania gałęzi itp.
Popełniono również błędy w koncepcji maskowania Linii Maginota, a wynikały one z generalnego założenia frontalnego ataku przeciwnika,
próby przełamania jej, a nie obejścia. Łańcuch fortyfikacji był
doskonale zamaskowany od czoła, od strony Niemiec, ale niemal całkowicie
odkryty od tyłu. "Niewidoczny" z lecącego pionowo nad nim samolotu, ale
niezmiernie łatwy do sfotografowania od tyłu, od strony budynków
koszarowych i kwater oficerskich, magazynów, torów kolejki dowożącej
zaopatrzenie i amunicję. Krótko mówiąc, Linia Maginota była wzorem
maskowania "pionowego".
Jakby na sprawę nie spojrzeć, Francuzi uczynili jednak coś, w przeciwieństwie do Brytyjczyków, którzy nie przedsięwzięli niczego, czy
Amerykanów, którzy wątpiąc w przydatność maskowania, po prostu
zlekceważyli je w swoich międzywojennych programach szkolenia
wojskowego.
Smoła i trociny przeciw Luftwaffe
W Wielkiej Brytanii dopiero po kryzysie monachijskim, we wrześniu 1938
roku, dokonano przeglądu stanu posiadania i stwierdzono, że poszczególne
rodzaje wojsk w zasadzie nie wypracowały nawet najprostszych form
maskowania. Wyniki przeglądu nie wzbudziły jednak większego
zainteresowania. W ciągu ostatniego roku pokoju Armia Lądowa, RAF i Królewska Marynarka Wojenna oraz kilka departamentów ministerialnych
szperały w sprawach maskowania, każdy na własną rękę, bez entuzjazmu i efektów. Stosunkowo najwięcej dyskusji toczono w Siłach Powietrznych.
Ministerstwo Lotnictwa ocknęło się wiosną 1939 roku i stwierdziło, że
każda baza stała RAF winna zostać otoczona wiankiem lotnisk, na które w przypadku wybuchu wojny powinny zostać przebazowane samoloty, a część
takich lotnisk winna być pozorowana dla zmylenia przeciwnika.
Stwierdzono i nic. Dowódca lotnictwa myśliwskiego, Air Chief Marshal
Hugh Dowding, argumentował, że nie należy nawet myśleć o lotniskach
pozorowanych, zanim RAF nie będzie miał wystarczającej liczby lotnisk
prawdziwych. Inny pogląd wyrażał Air Vice-Marshal Douglas Evill z lotnictwa bombowego, który twierdził, że bazy stałe i lotniska winny
mieć dla ochrony "repliki nocne", czyli ustawione w szczerym polu
światła pozorujące nocą prawdziwe lotnisko. Ponadto lotniska zastępcze
winny być chronione ustawionymi w pobliżu "replikami dziennymi", czyli
pozorowanymi lądowiskami z makietami hangarów, baraków pilotów,
magazynów itp. Przedstawiciel lotnictwa obrony wybrzeża, Air Chief
Marshal Frederick Bowhill, w zasadzie akceptował ideę lotnisk
pozorowanych i nie miał nic przeciwko "replikom nocnym", ale był
przeciwnikiem "replik dziennych".
Czas biegł, a dyskusje trwały i dopiero w czerwcu 1939 roku
postanowiono, że wszystkie lotniska leżące na wschód od linii
Southampton-Birmingham-Perth otrzymają dla ochrony "repliki nocne", a lotniska satelitarne na dodatek "repliki dzienne". Decyzja ta pozostała
jednak tylko na papierze. Dopiero w końcu sierpnia, kilka dni przed
wybuchem wojny, dowódca lotnictwa bombowego, Air Chief Marshal Edgar
Ludlow-Hewitt, znalazł salomonowe wyjście -?powierzyć problem lotnisk
pozorowanych "oficerowi posiadającemu odpowiednią inicjatywę i siłę
przebicia". Wybrany został nim pułkownik John Turner, który pełnił
wówczas funkcję dyrektora do spraw budowlanych w Ministerstwie
Lotnictwa. Powierzono mu opracowanie systemu "zwodzenia samolotów
przeciwnika innymi metodami niż maskowanie". Samego maskowania nie
chciało bowiem wypuścić z ręki odpowiedzialne za nie Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych. Pułkownik Turner miał działać w imieniu wszystkich
dowództw sił powietrznych, a jego biuro nazwano dla niepoznaki
Departamentem pułkownika Turnera.
Wybuch wojny w zasadzie nie przyniósł żadnej zmiany. Kampania polska
trwała zbyt krótko, dowództwo francuskie nie miało zamiaru wyciągać z niej wniosków, ufając nadal swoim doktrynom obronnym. Dowództwo
niemieckie uznało własne koncepcje za słuszne i sprawdzone, a brytyjskie
nadal nie wychodziło poza strefę dyskusji. Podobna sytuacja panowała w czasie tak zwanej "dziwnej wojny", trafnie ochrzczonej "wojną siedzącą".
Pukano wprawdzie od czasu do czasu z Linii Maginota w kierunku Linii
Zygfryda i odwrotnie, ale bez większego przekonania. Obie strony starały
się zachować niepisane porozumienie o przerwaniu ognia. Alianci z braku
woli walki, Niemcy zaś dlatego, że zdawali sobie sprawę ze słabości
swego "Westwallu" i konieczności zyskania na czasie przed generalnym
atakiem na zachód. W takiej sytuacji zimą 1939-1940 roku nawet nie
maskowano specjalnie ruchów własnych wojsk i na śniegu widać było
dokładnie, jaki jest rozkład dnia i zwyczaje przeciwnika po drugiej
stronie frontu.
Otrzeźwienie przyniosła dopiero klęska Francji i Dunkierka. Brytyjskie
Siły Ekspedycyjne zostawiły po drugiej stronie kanału La Manche przeszło
120 tysięcy pojazdów, 2300 dział, ponad 8 tysięcy ciężkich karabinów
maszynowych, 90 tysięcy karabinów i przeszło 7 tysięcy ton amunicji.
Ewakuacja żołnierzy i oficerów udała się wprawdzie znakomicie, ale -?jak
stwierdził Winston Churchill w parlamencie -?"wojen nie wygrywa się
ewakuacjami". A tu Wielka Brytania została bez sprzętu koniecznego do
prowadzenia działań lądowych i z widmem rychłego desantu niezwyciężonego
dotychczas Wehrmachtu.
Realna groźba inwazji niemieckiej zakończyła spory sztabowców i pułkownik Turner otrzymał wreszcie zezwolenie podjęcia konkretnych
działań. W czerwcu 1940 roku jego Departament uruchomił pierwszą
"replikę nocną" zwaną "Punkt Q".
Zasada działania "Punktu Q" była prosta. Podczas nocnego nalotu lub w chwili, gdy wykryto zbliżające się maszyny wroga, gaszono światła na
prawdziwym lotnisku, a zapalano na replice. Gdy wrogie bombowce
nadlatywały, światła przyciemniano tak, jak to czyniono na prawdziwych
lądowiskach. No i albo udało się przechytrzyć nawigatorów niemieckich,
albo nie. Od kunsztu autorów pozoracji i dyscypliny obsługi "Punktu Q"
zależało powodzenie lub klęska i "spalenie" fałszywego lotniska.
Licznych przeciwników "Punktów Q", którzy argumentowali, że mogą się one
stać pułapką dla własnych nocnych bombowców i myśliwców, przekonali do
pomysłu pułkownika Turnera Niemcy. Do Ministerstwa Lotnictwa zaczęły
napływać meldunki z Kentu i Wschodniej Anglii świadczące, że piloci
Junkersów, Heinkli i Dornierów upodobali sobie "nocne repliki". A kiedy
nadszedł raport z North Tuddenham, "Punktu Q" chroniącego lotnisko w Watton, że był on bombardowany przez dwie noce z rzędu, Departament
pułkownika Turnera otrzymał wolną rękę i poparcie samego Winstona
Churchilla, który lubował się w wojennych podstępach i technicznych
nowinkach. W tym czasie Departament miał się też już czym pochwalić.
Technikę obsługi i pozoracji "Punktów Q" znacznie ulepszono. Stojące
rusztowanie ze światłami imitującymi samolot zastąpiono lekkim wózkiem
napędzanym specjalnym ładunkiem prochowym, a prowadzonym przez drut
rozpięty na całej długości "pasa startowego". Kiedy zauważono
nadlatujące bombowce, zapalano ustawione na wózku reflektory i odpalano
elektrycznie ładunek prochowy, tak dobrany, by wózek szybko nabrał
prędkości równej lądującemu samolotowi. Po przejechaniu około 650 metrów
ładunek wypalał się, a wózek jechał jeszcze rozpędem jakieś 300-350
metrów i stawał, tak jak samolot po wylądowaniu.
Kolejny "patent" miał również imitować samolot. Reflektory, przymocowane
do lekkiego rusztowania i zawieszone na drucie, ciągnięte były linką po
zygzakowatej trasie, przypominającej kołowanie samolotu na start. W nocy, ze sporej wysokości i przy dużej prędkości, takie przesuwające się
światła i paciorki lamp wyznaczających "pas startowy" do złudzenia
przypominały lotnisko. Nic więc dziwnego, że "repliki nocne" bardzo
często brane były przez niemieckich nawigatorów za prawdziwe lotniska.
Czasem nawet zbyt często. Niemieckie bombowce upodobały sobie do tego
stopnia jeden z "Punktów Q" w Szkocji, że mieszkańcy okolicznych farm
zażądali od władz ewakuacji do pobliskiego miasteczka. Mieli już dość
nocnych hałasów i chowania się, na wszelki wypadek, w piwnicach.
Dobre wyniki nie były możliwe bez właściwego rozplanowania "Punktów Q" i zdyscyplinowanej obsługi. Personel "Punktów Q" i dowodzący nim
komendanci lotnisk prawdziwych nie mieli lekkiego życia z pułkownikiem
Turnerem, który potrafił osobiście nadzorować prawidłowość pracy
"pozorantów" i nie przebierał w słowach, gdy dostrzegł nieprawidłowości.
Długo trwało, zanim jego Departamentowi udało się wreszcie przekonać
tradycyjnie myślących oficerów, że światła "Punktów Q" są po to, by je
włączać w nocy, a nie wyłączać na wieść o zbliżającym się nalocie; że
nie należy mrugać światłami "nocnej repliki" zapraszająco, bo tak nie
robi obsługa żadnego faktycznego lotniska, a więc może to budzić
podejrzenia; że należy przyciemniać światła, widząc zbliżający się
samolot przeciwnika, bo tak robi się na prawdziwym lotnisku.
Systematyczne "dokręcanie śruby" sprawiło, że wkrótce "Punkty Q" były w stanie omamić nocą nawet najwytrawniejszego pilota. Niestety, również
własnego. Podczas ciężkich, nerwowych nocy bitwy o Wielką Brytanię
zdarzało się, że piloci własnych maszyn usiłowali wylądować na
nieistniejących runwayach "nocnych replik". Nie zawsze pomagało
strzelanie czerwonych rakiet ostrzegawczych, mruganie lampami Aldisa czy
wygaszanie świateł. Skutek był wiadomy. W najlepszym razie kończyło się
na leczeniu szpitalnym. Pomogło radykalnie dopiero wprowadzenie
jednolitego kodu złożonego z 9 czerwonych lamp ustawionych w poprzek
"pasa startowego" u jednego z jego końców. Takie ustawienie świateł
mogło również oznaczać koniec pasa i szczęśliwie nie wzbudziło podejrzeń
Niemców.
"Punkty Q" szczytową "popularnością" cieszyły się jesienią 1940 roku.
Budowano je więc dalej i do końca 1941 roku uruchomiono około 100,
chociaż stawały się z wolna mało przydatne. O ile bowiem jesienią 1940
roku "nocne repliki" atakowane były dwukrotnie częściej niż lotniska
prawdziwe, o tyle w ostatnim kwartale 1941 roku zanotowano tylko jeden
nalot na "Punkt Q". Tak czy inaczej Luftwaffe atakowała świetlne
konstrukcje Departamentu pułkownika Turnera przeszło 350 razy, sypiąc w puste pole tony bomb i to w czasie, gdy planowała zniszczyć RAF,
otwierając drogę Wehrmachtowi szykującemu się do inwazji Wysp
Brytyjskich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki