Sklep
Szklany szyld ze złotymi literami widać było z daleka. Gdy kilka miesięcy wcześniej wciągano go na linach, taki tłum zebrał się pod sklepem, że dorożki z trudem przeciskały się ulicą.
Czynsz przy Świętej Anny wynosił trzy tysiące koron rocznie. Czy to dużo? Pięćdziesiąt kilogramów węgla - a zimą roku 1907 temperatura w Krakowie spadała do minus dwudziestu stopni, więc opał zdrożał - kosztowało wtedy od dwóch do trzech koron.
Franciszek Lubański wszystko zawdzięczał własnej pracowitości. Po śmierci ojca razem z młodszym bratem mieszkał u macochy. W domu była bieda, więc chłopcy szybko poszli do pracy. Franciszek ukończył szkołę przemysłową i założył pracownię białoskórniczą. Wykonywał bandaże przepuklinowe, rękawice do boksu i do szermierki oraz maski fechtunkowe "otoczone wałem ze skóry irchowej wypchanej włosiem". Wkrótce został prezesem Izby Handlowej, na Krzemionkach założył garbarnię i ufundował "szkołę szwaczek rękawicznych ze stypendiami". Co miesiąc przeznaczał stałą kwotę na miejskie żłobki.
Interesy szły znakomicie, Lubańskim niczego nie brakowało. Franciszek zatrudniał niemal dwudziestu pracowników. Kupował parcele i kamienice. W 1900 roku miał ich już kilka.
Krach przyszedł w 1901 roku.
Zosia: "Nie wiem, co tam było, jakieś Izraelity brodate, jacyś fałszywi doradcy niechętnym okiem patrzący na rozwój i zamożność polskiej firmy kręcili się coraz częściej koło sklepu. Tato zbankrutował, a wszystko poszło w ręce Żydków. Domy, place, towar ze sklepu zasekwestrowano i roztrwoniono przez sprzedaże licytacyjne za bezcen, wykupione naturalnie przez podstawione harpie czarnogiełdowe. Bardzo mało co ocalało, tyle tylko, że Ojciec mógł utrzymać dalej swą pracownię i niektórych ludzi tam zatrudnionych. Na podtrzymanie tego skromnego źródła dochodu poszły z domu futra, pierścionki, zbędne meble".
Ze wspomnień Franciszka Lubańskiego wynika, że wszystko było bardziej skomplikowane. W połowie sierpnia 1900 roku Lubański sprzedał jedną z nieruchomości niejakiemu Witkowskiemu. Kamienica była zadłużona na dziesięć tysięcy koron u lekarza Szymona Halperna, Żyda, ale Witkowski wziął ten dług na siebie. Tyle że pożyczki nie spłacał. Halpern postanowił więc wyegzekwować należność u Lubańskich. Najpierw zajął ich kamienice i parcele. "Sprawa ta zmartwiła nas bardzo - pisze Franciszek - tak że byliśmy tym wypadkiem zupełnie złamani i blisko przez tydzień nie mogliśmy sypiać, bo wskutek tego znaleźliśmy się nad przepaścią, a ponad wszystko trapiło nas to, że może nie znajdziemy środków do wychowania naszych sześciorga dziatek".
Dziesięcioletnia Zosia Lubańska.
Projekty rękawiczek autorstwa Zofii Stryjeńskiej powstałe po 1930. Widać, że śledziła trendy - połączenie wygody z modernistycznym sznytem.
Potem, między 7 a 12 marca 1901 roku, odbyła się licytacja sklepu i cenniejszych mebli z mieszkania. Wszystko kupił ślusarz Tomasz Gramatyka. Podstawiony, owszem, ale przez samego Lubańskiego. Dzięki temu sklep pozostał w rękach Franciszka. Ostatnią kamienicę w Krakowie należącą do Lubańskich zlicytowano pod koniec roku. Najtrudniejszy okres rodzina przetrwała dzięki pieniądzom ze sprzedaży domu w podkrakowskich Liszkach, który matka Zosi kupiła pół roku przed bankructwem.
W 1907 roku sklep przy Świętej Anny 2 był głównym źródłem dochodu Lubańskich.
Otwierał go subiekt, nie później niż o ósmej. Franciszek przychodził godzinę, może dwie później. I zostawał (z krótką przerwą na obiad) aż do wieczora. W skupieniu pochylał się nad księgą rachunkową albo na płachtach papieru rozrysowywał plany wystaw okiennych na cały tydzień. Używano już bibularzy, ale on wciąż zasypywał świeży atrament piaskiem z piaseczniczki.
Reklamy sklepu ukazują się w prasie. Zosia ozdabia je rysunkami, głównie rękawiczek.
"Nowa Reforma": "Kto się chce w tym karnawale niedrogo bawić, tego zaprasza się po rękawiczki balowe krótkie i długie do magazynu rękawicznego pod firmą F. Lubański. Tamże nadstawia się rękawiczki długie zniszczone (części z palcami) tak kunsztownie, że się tego nikt nie domyśli. Wszystkie rękawiczki daje się mierzyć. Pranie rękawiczek na poczekaniu".
Klientów przychodziło wielu. Bo na przykład białe rękawiczki z błyszczącej skórki jagnięcej były nieodłącznym rekwizytem toalety balowej. I to zarówno u pań, jak i panów. Tańczyć bez rękawiczek uchodziło za rzecz niewłaściwą i nieestetyczną.
(Wiele lat później Stryjeńska sama zaprojektuje kilka par. Jej rękawiczki łączą wygodę z modernistycznym sznytem. Zgeometryzowane desenie to wpływ konstruktywizmu. Widać, że śledziła trendy).
Podziw budziły także kaftany i kamizele ze skór sarnich albo łosiowych. Wykańczał je sam Lubański, ręcznie, ścieg po ściegu. Zachwycano się skórzanymi futerałami i spodniami do polowania. Franciszek jeździł do Pragi, Wiednia, Paryża i Triestu kopiować najnowsze wzory. Z zagranicy sprowadzał fachowców, aby doszkalali pracujących dla niego rzemieślników.
Wejście każdego klienta do sklepu obwieszczał mały dzwoneczek tuż nad drzwiami.
Dzwonił więc - co odnotowała Zosia - gdy przychodziła starsza hrabina "w czarnych koronkach, chora na kleptomanię. Za nią zawsze stał lokaj w liberii, z workiem forsy powierzonym mu przez familię, i patrzył, co hrabina bucha po sklepach. Gdy ją odstawił do powozu obwożącego ją po zakupach, wracał do sklepów i wyrównywał zapłatę za skradziony przedmiot. Co hrabina raczyła buchnąć? Nie rzeczy ważne, o nie - tu chodziło o przeżycie, o silniejsze krążenie krwi, o nabranie apetytu na obiad. Więc: rozciągaczka do rękawiczek, więc - puszka z federweisem [proszek do glansowania skóry], dwie, trzy pary rękawiczek, jakaś klamerka dla emocji".
W sklepie pojawiał się też ziemianin z "wąsiskami jak wiechcie, niebezpiecznie podszyty Potopem Sienkiewicza. Jak go prowadzili starsi subiekci do składu za sklepem mierzyć zamówione skórzane portasy, Zagłoba się w nim budził. W tym składzie, między olbrzymimi, do sufitu roletowymi szafami, pełnymi skór kozłowych, sarnich, duńskich, różnych mocca, pecarów, bizonów, wisiały na ścianach maski fechtunkowe i rapiery. [Zagłoba] nagle składał się, przysiadał, subiektowi jeden rapier do ręki wciskał i lu! na niego w pozycji fechtunkowej ze swoją szablą. "Broń się, waszmość" i ciach! Ciach! Ciach! Subiekt przestraszony początkowo robił kilka ruchów, żeby gościa nie zrażać, ale jak go gdzieniegdzie kolnęło, rzucał szablę i wylatywał na sklep, gdzie Zagłoba siał popłoch".
Chłopki przynosiły Franciszkowi jagody, jaja, śmietanę, chleb pieczony na liściu kapusty, masło. Lubański kupował bez targowania.
Zosia przybiegała po szkole. Siadała pod ścianą, naprzeciw okna i zaczynała rysować. Zazwyczaj karykatury klientów. Nawet po kilkanaście dziennie.
Największe wrażenie robił na niej malarz Jacek Malczewski, "pan o czarnych jak otchłanie oczach, jarzących się pod obraną z sierści kopułą czaszki" - tak zapamiętała. Przy powitaniu raz dygał jak mała dziewczynka, innym razem udawał kulawego albo oficera. (Kucharka Malczewskich mówiła: "Dużo różnych widziałam, ale takiego najgłupiastego pana jak nasz - nigdy").
Zosia: "Był nerwowy i ponury, i jak tylko się na niego kto dłużej patrzył, choćby jaka dostojna osobistość, zaraz pokazywał język aż do brody. A przyciągał niestety ogólnie wzrok swym malowniczym a demonicznym wyglądem Mefista: wysoki, w szatach własnego pomysłu, w olbrzymim jak tarcza czarnym filcowym kapeluszu włożonym na tył głowy i w szwedzkich żółtych rękawicach w stylu Ketlinga z mankietami do łokci [zamawiał je u Lubańskiego]. Niejednokrotnie zaznałam widoku sławnego języka pod swym adresem, gdyż się na mistrza wygapiałam zza pleców Taty".
Młodzieńcze rysunki Zosi Lubańskiej, karta z jej szkicownika, 1901.
Czasami to ojciec zadawał Zosi temat. "Każde moje pociągnięcie ołówkiem czy pędzlem studiował bacznie - wspominała - nasadzając przytem specjalnie na nos swe okulary". Rysowała na jego prośbę psy, króliki, osły, koty, chłopców w krakuskach, "Żydka z pejsami i cycełesem, pijanicę z nosem czerwonym czulącego się do latarni".
W roku 1907 zapełniała już kolejny szkicownik.
Pierwszy dostała od Franciszka sześć lat wcześniej. Rysowała wtedy sceny z życia małej dziewczynki (nie możemy wykluczyć, że siebie samej): dziecko zrywa kwiaty, bawi się, leży w łóżku. Twarze i sylwetki, szczególnie na rysunkach kolorowych, Zosia pokazuje z oddali, bez wielu szczegółów. Jakby robiła zdjęcia, nie nastawiając ostrości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki