PIESKIE POPOŁUDNIE
Nadodrze, Wrocław, Polska
Krwią i prochem śmierdziało już od ulicy, więc to nie mogła być zwykła zbrodnia. One nie cuchną ani tak wyraziście, ani tak szlachetnie.
Komisarz Jakub Ryjek zamyślił się. Czy to nie brzmi aby trochę zbyt szpanersko? Cwaniacko albo górnolotnie? Cholera, nie znał się na tym. Ostatnim kryminałem, który czytał, było Żegnaj, laleczko Chandlera. Lata temu, jeszcze w podstawówce sięgnął po tę książkę, bo kumple naopowiadali mu bzdur, że w środku są mocne sceny seksu z tytułową laleczką. Nie było ich, więc zraził się do Chandlera, kryminałów i czytania w ogóle. A teraz, za zaliczkę, której w obliczu ostatnich życiowych zmian nie mógł zlekceważyć, proponowano mu napisanie czegoś o jego własnym życiu. To się chyba nazywało ironia losu, nie?
- Dobra, najwyżej potem skreślę - mruknął, sięgając po notes. Wybrał świeży, jeszcze w folii; dostał go od Gośki na gwiazdkę. Przyjrzał się uważnie pirackiej czaszce odciśniętej na skórze, myśląc, czy to aby na pewno dobry omen. Zaraz jednak potrząsnął głową, zerwał folię i na pierwszej stronie zanotował dwa zdania, które przyszły mu do głowy, a potem przeczytał je na głos, by sprawdzić, jak brzmią.
Nie brzmiały. Skreślił je, sapnął na poły gniewnie, na poły z rezygnacją i wysiadł z samochodu. Drzwi mógł otworzyć na oścież, bo choć o tej porze samochody parkowały tu niemal jeden na drugim, w jego przekonaniu powód, dla którego tu przybył, uprawniał go do skorzystania z szerokiego, pomalowanego na niebiesko-biało miejsca dla niepełnosprawnych. Oparł się o bok swojej sfatygowanej toyoty, wyjął z kieszeni pomiętą paczkę viceroyów i zapalił.
- Ej, koleżko, naprawdę chciałbyś się znaleźć na ich miejscu?
Niski, tubalny głos zwiastujący prawie na pewno wielkiego, masywnego miśka. Nie ochrypły, dźwięczny sugerował kogoś raczej młodego. Może trzydzieści lat?
Fajnie, że ktoś reaguje, pomyślał Ryjek, szczególnie tu, na Nadodrzu. Słyszał od swoich kolegów z tego rewiru, że ludzie stąd długo byli nauczeni pilnować wyłącznie swoich interesów. Może ta rewitalizacja kosztująca miasto setki milionów na coś się jednak przydała?
Mimo tych myśli nie zareagował i się nie obejrzał. Wpatrzony w poranny ruch uliczny, zaciągnął się papierosem, wypuścił dym i zaraz znowu pociągnął. Szybko, łapczywie. Jak w ogólniaku, gdy trzeba było zdążyć przed końcem przerwy.
- Ej, mówię do ciebie!
Ton się wyostrzył, dźwięki minimalnie skoczyły w górę. Misiek nie nawykł, że się go nie słucha. Ciekawe, czym się zajmował.
Komisarz zaciągnął się jeszcze raz, po czym spojrzał na papierosa, jakby się z nim żegnał, i upuścił go na ziemię. Przygniótł butem i złapawszy za zawieszoną na szyi odznakę, odwrócił się w samą porę, by znaleźć się oko w oko z wielkim białym orłem. Zwrócone w prawo ptaszysko mimowolnie na niego zerkające skojarzyło się Ryjkowi z obrażoną kobietą, sprawdzającą ukradkiem, czy jej foch przynosi należyty skutek.
- Niebieski.
Zadarł głowę, by nad gęstą, sterczącą na wszystkie strony brodą dostrzec płaski, wielokrotnie składany nos i dwa małe, głęboko osadzone świńskie oczka. To przed nimi zamachał wzniesioną w górę odznaką. Następnie, dwukrotnie uderzając obcasem o pomalowany chodnik, rozwinął:
- Niebieski do niebieskiego. Masz z tym problem, przyjacielu?
Świńskie oczka zmieniły się w maleńkie szparki. Orzeł na piersi poruszył się, gdy wielkie jak miechy płuca nabrały powietrza, by zaraz je wypuścić. Ryjek poczuł, jakby właśnie wsadził głowę pod dmuchawę do rąk w McDonaldzie, co mu się, nie zamierzał tego ukrywać, kilka razy w życiu zdarzyło. Tyle że tamto powietrze nie śmierdziało kebabem z sosem czosnkowym.
Wielki facet cofnął się o krok, a potem kolejny; dopiero wtedy wyciągnął ręce i uniósł je przed siebie w pojednawczym geście.
- Spokojnie, bez nerw - powiedział, szczerząc zaskakująco białe i równe zęby. - Trzeba było od razu powiedzieć, że niepełnosprawność umysłowa, tobym się nie odzywał. Uszanowanie panu władzy.
Skłonił się z drwiną, odwrócił i ruszył przed siebie, a Ryjek z trudem powstrzymał się, żeby nie parsknąć. To była naprawdę dobra riposta. Powinien ją zapamiętać i umieścić całą tę sytuację w swojej pieprzonej książce.
Na razie jednak, z czego zdawał sobie sprawę i co na wszelkie sposoby próbował odwlec, miał inną robotę. Tę właściwą, po której otrzymaniu pół godziny temu klął dobre pięć minut, a potem przez kolejne dziesięć tłumaczył telefonicznie byłej żonie, że jednak nie weźmie chłopców do kina, jak im wcześniej obiecał. W ogóle nie wiedział, kiedy wróci, bo, tu cytat z nieocenionego podinspektora Wyciorkowskiego, "szambo wyjebało", koniec cytatu. Teraz znów wyjął z kieszeni telefon, jeszcze raz sprawdził zapisany adres i obszedł budynek z lewej strony.
Wejście do włoskiej knajpki Michaelo Cielo znajdowało się zaraz za rogiem. Przed lokalem stały już trzy wozy, dwa oznakowane, jeden nie, ale wszystkie od nich. Zajmowały całą wolną przestrzeń niewielkiego skwerku, a nawet trochę więcej; Ryjek dostrzegł, że częściowo rozmontowali restauracyjny ogródek.
Miejscówka była już z grubsza zabezpieczona, przynajmniej z zewnątrz. Rozciągnięto taśmę, na ziemi tu i tam stały znaczniki dowodów z cyframi, framugę ubabrano proszkiem do daktyloskopii, a rozbitą szybę witryny zastąpiono grubą, przezroczystą folią. Przepuszczała światło, ale niczym łazienkowe okno uniemożliwiała zobaczenie czegokolwiek konkretnego grupce gapiów zgromadzonych po drugiej stronie ulicy.
Ryjek przyjrzał im się. Dziesięć, może piętnaście osób, w większości dzieciaki z ogólniaka, które zdecydowanie powinny być teraz w szkole. Część siedziała na ławce pod murem, reszta albo stała, albo zajmowała niski murek i udawała, że ma bardzo ważne i ekscytujące tematy do rozmów. Komisarz widział jednak telefony w ich dłoniach i miał świadomość, że czekają tylko na karetkę i czarne worki, by wszystko to ponagrywać i wrzucić do internetu. A choć nie wiedział dokładnie, co go czeka w środku, to zdawkowy opis, jaki otrzymał, gdy go tu wezwano, wystarczał do stwierdzenia, że im później poniesie się to wszystko w mediach i na społecznościówkach, tym lepiej.
- Przegoń ich stąd - polecił mundurowemu stojącemu przy wejściu do Michaelo Cielo. - Wylegitymuj i spisz, postrasz rodzicami, szkołą czy księdzem proboszczem. Zrób cokolwiek, ale niech spierdalają.
Mundurowy pokiwał głową, mruknął coś cicho pod nosem i ruszył w stronę dzieciaków, a Ryjek wszedł do środka.
Przez pewien czas kilku lokalnych watażków robiło w tym lokalu swoje interesy, więc komisarz bywał tu już wcześniej. Pamiętał dobrze filary na bazie prostokąta obłożone rżniętą, starą cegłą i zdjęcia w ramkach z Ikei prezentujące włoskie widoki. Za ladą, dębową albo oklejoną na dąb, znajdował się piec do robienia pizzy, a dalej po prawej drzwi na zaplecze, normalnie wahadłowe, teraz zablokowane kołkiem, by ułatwić pracę krzątającym się wszędzie technikom. Tak jak w zdaniu, które sobie ułożył, zapisał i skreślił, w lokalu śmierdziało prochem i krwią. A także bazylią, rozmarynem, pomidorami, czosnkiem, rozlanym winem, octem z lekką nutką szczyn i gówna. Te ostatnie były pewniakami, dokądkolwiek komisarz się udawał. Były bazą, na której budowano wszystkie perfumy jego życia.
Ryjek podrapał się po szyi, tuż pod brodą, i powiódł wzrokiem po kłębowisku ciał na krzesłach, podłodze i porozwalanych stołach. Gruby facet w białej koszuli wylewającej mu się zza paska opierał podwójny podbródek na piersi, niczym weselny wujek, który uciął sobie drzemkę przed oczepinami. Wysportowany facecik w eleganckim, grafitowym garniturze wypinał się do drzwi przewieszony przez stół. Ślady na jego plecach przypominały trafienia paintballowym markerem. Dalej było jeszcze kilku, ale z miejsca, gdzie stał, komisarz nie widział ich za dobrze. Ot, tu wystawała jakaś ręka, tam kawałek głowy, wszystko w odłamkach mebli, zasłonięte innymi ciałami, znikające za załomem czy ławką obitego skórą boksu. Co oni robili tu tak wcześnie rano?!
Wszystkimi już się zajęto. Ci, którym dało się zrobić wyraźny obrys, mieli już swoje rysowane kredą odpowiedniki, innych oznaczono kółkiem czy czymś na kształt rozlanego na patelni jajka. Wokół trzaskały migawki aparatów techników, podeszwy butów zgrzytały na potłuczonym szkle, a trupy wszystko to znosiły mężnie, bez nerwowego zniecierpliwienia czy cienia skargi.
I wtedy do nuty zapachowej wdarło się coś jeszcze. Woń przyjemna, subtelna, ale wyraźna, którą Ryjek potrafił nawet dobrze nazwać. Bleu de Chanel. Spodziewał się tutaj tego zapachu.
- Cześć, Pierdolet - powiedział.
- Co sądzisz o tym kolorze? - usłyszał w odpowiedzi.
Zaraz potem technik kryminalny Piotrek, zwany przez kolegów Pierdoletem, pojawił się nagle po jego lewej stronie. Jak zawsze poruszał się bezszelestnie; gdyby nie te jego perfumy, człowiek orientowałby się, że jest w pobliżu, dopiero wtedy, gdyby się odezwał lub wszedł w pole widzenia.
Ryjek nie miał ochoty na gadanie o bzdurach, ale znał technika od lat i wiedział, że jeżeli teraz nie ustąpi, to i dzisiaj nie wyjdzie na tym dobrze, i potem też będzie się z tą sprawą pieprzył dwa razy dłużej, niż to konieczne. Niby i tak będzie priorytet w badaniach, bo wszystko wskazywało tu na jakieś solidne porachunki, ale technicy nawet wtedy potrafili człowiekowi uprzykrzyć życie, opóźniać i potem dodatkowo zasypać papierzyskami. A skoro małym kosztem można sobie oszczędzić fochów w labie, to czemu nie? Przyjrzał się więc niewielkiemu kwadratowi materiału, który Pierdolet trzymał dużą pęsetą.
- A co mam o nim sądzić? - odparł. - Kolor jak kolor. Niebieski.
Technik teatralnie przewrócił oczami. Był szczupłym, drobnym blondynkiem o zawsze modnej, wygolonej wysoko fryzurze i z wypomadowanym wąsikiem. Miał opinię dobrego fachowca, ale ruszał się i zachowywał zupełnie jak ten kabareciarz, co zasłynął na scenie z grania wyginającego się pedzia.
- Jezusie, Kubuś, ty już w ogóle ignorant jesteś! - powiedział miękko, z nutą przygany. - Pozostali przynajmniej się starali. Mówili przynajmniej "błękitny", "lazurowy"... Ale - machnął ręką - to i tak nie rozwiązywało problemu.
- Jakiego problemu? - zapytał odruchowo Ryjek i natychmiast zganił się w myślach za to, że jeszcze ciągnie tę rozmowę.
- No naszego! Grześ mówi, że to turkusowy, a ja, że cyjan, bo przecież nie wpada w zieleń jak turkus, tylko jest sinobłękitny. Prawda? No weź się przyjrzyj, tak? Wpada ci to w zielony? Wpada? No nie wpada. Nie-wpa-da!
Ryjek przejechał ręką po czole.
- Powinni kiedyś zrobić z wami porządek, wiesz? - westchnął. - Dla takich jak wy nie powinno być miejsca w policji.
Pierdolet skrzywił się, wydął wargę i przestąpił z nogi na nogę, wypychając biodro na bok. Wolną ręką wykonał zamaszysty, teatralny gest i wziął się nią pod bok.
- Masz na myśli gejów, Kubuś? - zapytał zaczepnie. - Taki się z ciebie homofob...
- Mam na myśli pary - doprecyzował Ryjek, wchodząc mu w zdanie. - Kłócicie się, kurwa, jak stare małżeństwo nad odcieniami niebieskiego kawałka szmaty, a tymczasem mamy tu ile? Raz, dwa, trzy... dziewięć trupów podziurawionych jak sito?
- Właściwie to jedenaście, bo jeszcze dwa w kiblu... - Technik wskazał kciukiem za siebie, w stronę korytarza w głębi sali, gdzie migotał i skrzył przestrzelony na pół symbol toalet. - Ze znanych Alfi, Skarpeta i Bonzo, reszta to jakieś młode lokalne szczyle, Włoch i dwóch Irlandczyków. I już, Kubuś, nie ekscytuj się tak, bo nikt tu przecież o robocie nie zapomina. Ta szmatka też jedzie do badań. Nasączyli ją jakimś nowym ćpadłem, które tu chyba testowali czy chcieli wprowadzać. Nie wiem i się nie interesuję. Ale to dowód. - Jakby na potwierdzenie tych słów wyjął z kieszeni niewielką foliową torebkę i wsunął do niej skrawek materiału. Przejechał palcami po strunowym zapięciu i wsadził woreczek do kieszonki na piersi. - Widzisz? Już wszystko załatwione. Wszystko idzie jak ta lala, nikt się nie obcyndala.
- Dobrze. Kto pierwszy odpowiedział na wezwanie? Są tu jeszcze? - Komisarz miał już zamiar ruszyć w głąb lokalu na dalsze oględziny, ale technik nagle złapał go za ramię i przysunął się do niego.
- Stary, żarty żartami - wyszeptał Ryjkowi prosto do ucha - ale weź ty mi teraz pomóż, bo to ważne. Mamy w chacie kryzys, miesiąc miodowy się skończył i teraz ustala się, kto nosi spodnie. Grzechu trochę na ciebie leci, a na pewno cię szanuje, zwłaszcza po tej akcji na Świdnickiej. Jak ty mu powiesz, że to cyjan, to on...
- Chcesz powiedzieć, że kwestię tego, kto jest w waszym domu samcem alfa, rozstrzygnie kolor zwykłej niebieskiej szmatki?
- To cyjan! - oburzył się Pierdolet, ale zaraz zmitygował się i zakasłał w czarną gumową rękawiczkę. Sam je sobie kupował, za swoje, w sklepie sieciowym dla tatuażystów. Noszenia niebieskich, a do tego śmierdzących jak tanie kondomy, odmawiał kategorycznie. - I nie takiej zwykłej znowu. To jest jedwab!
- Dla mnie to może być nawet... Ej, a co to za gość?
Technik odwrócił się i zrobił zdziwioną minę.
- No co ty, Kuba, przecież to mój Grzesio. Ja wiem, że się ostatnio zapuścił trochę, w boczki mu poszło, ale na litość! Nie bądź taki oceniający! I broń Boże mu tego nie mów, bo...
- Przecież nie o Grześka pytam, kurwa, Pierdolet - warknął zniecierpliwiony komisarz. - Ten gość za nim.
Technik jeszcze raz się obejrzał, tym razem przekrzywiając głowę jak sroka albo jeden z tych domorosłych znawców sztuki w muzeach czy galeriach.
- Jeśli ci chodzi o tego mundurowego, to on chyba z Fabrycznej, ale głowy nie dam, bo nie znam. A jeśli o ciało, to...
Ryjek uznał, że dalsza dyskusja jest bez sensu. Rosły, dobrze zbudowany, krótko ostrzyżony mężczyzna ubrany w grafitowe spodnie w kant, takąż kamizelkę i koszulę z podwiniętymi rękawami zniknął właśnie w przejściu do drugiej sali, najwyraźniej przez nikogo niezauważany albo przez wszystkich lekceważony. Kim był? Którymś ze skrótowców, jak zwykli nazywać w psiarni wszystkie te agencje o trzyliterowych skrótach? Kimkolwiek był, na razie było to miejsce zbrodni Ryjka i na nim spoczywał obowiązek dopilnowania, by nikt obcy się tu nie pałętał. Zwłaszcza z prasy, co już niestety parę razy się zdarzyło.
Ruszył teraz przed siebie, obszedł przestawiony stolik, minął najpierw zmierzającego w jego kierunku policjanta, a potem technika kucającego przy jednym z ciał.
- Cześć, Grzesiu - mruknął mimochodem, mijając zarośniętego, wiecznie rozczochranego partnera Pierdoleta. Miał nadzieję, że ten go nie zatrzyma, ale wolał nie ryzykować minięcia go bez słowa. Na szczęście technik nawet się nie obejrzał, zajęty krwawą plamą i roztrzaskaną przez kulę deską zasłaniającą kabel wiodący do naściennej lampy.
- Dzień dobry, komisarzu. Ładna marynarka.
- Dzięki. W szmateksie kupiłem.
- Jak my wszyscy, komisarzu. Jak my wszyscy.
Ryjek uśmiechnął się i chciał już zapytać, o czym Grzesiek rozmawiał z tym szarym mięśniakiem - bo wyglądało, jakby ucięli sobie pogawędkę - ale uznał, że zamiast tego woli sam rozmówić się z nieznajomym. Nie wiedział, czy z drugiej sali nie ma wyjścia na zewnątrz, a zdecydowanie nie mógł pozwolić, by tamten mu uciekł. Skręcił za winkiel i niemal od razu dostrzegł faceta na drugim końcu sali. Stał tyłem tuż przed długim stołem, na którym, w nienagannym porządku, kontrastującym z chaosem pierwszego pomieszczenia, rozstawiono zastawę i serwetki uformowane w łabędzie. Coś w jego postawie, w gładko, naturalnie przybranej pozycji spocznij, mówiło komisarzowi, że facet pewnie był zaprawiony w niejednym boju. Tylko gdzie? Mógł być Czarnym, ale Ryjek szybko odrzucił ten pomysł. Znał kilku z antyterrorystycznych. Choć w razie potrzeby umieli się zdyscyplinować, to jednak na pewno nie mieli aż takiego drylu w odruchach. Przynajmniej nie ci wrocławscy. Wojskowy. Z misji? Weteran? Takich częściej podkupywał sektor prywatny niż państwowy. No i państwowi, zwłaszcza na służbie, inaczej się ubierali.
Kimkolwiek był, stał sobie niewzruszony kilka metrów od miejsca rzezi, z dłońmi zaplecionymi na krzyżu i wpatrywał w replikę Rafaelowskiego Wniebowstąpienia, obwieszoną teraz balonikami girlandami i koślawymi literami układającymi się w napis "Ciało Chrystusa". No tak, pomyślał Ryjek, przecież to maj.
- Hej, ty tam! - zawołał.
Facet obrócił się powoli, wyraźnie zaskoczony. Zmrużył głęboko osadzone oczy, zacisnął usta, a potem potarł szeroką, kanciastą szczękę.
- Mówisz do mnie?
Pytanie zabrzmiało niczym echo lawiny przetaczającej się z łoskotem przez skalny wąwóz.
Ryjek rozłożył ręce i ostentacyjnie rozejrzał się po sali.
- A jest tu poza nami jeszcze ktoś inny? Kim jesteś i co tutaj robisz?
- Ty mnie widzisz?
- A ty się, kolego, aby dobrze czujesz?
Wielki mężczyzna nie przestawał trzeć szczęki. Właściwie robił to coraz szybciej, gwałtowniej. Palce jego drugiej ręki naprzemiennie rozluźniały się i zaciskały w pięść.
Wytrąciłem go z równowagi, pomyślał Ryjek, cofając się o krok i ustawiając bokiem. Jednocześnie jego prawa dłoń powędrowała w stronę kabury zamocowanej na pasku. Widywał już wcześniej takich jak ten. Równie wielkich i pewnie równie mocno naćpanych. Naszprycowanych tak, że bić twoją głową o ścianę przestają długo po tym, jak już podziurawisz ich na sito.
- Pytam jeszcze raz. Kim jesteś i co tutaj robisz? Nie powinno cię tu być.
- To prawda, nie powinno - zgodził się tamten i odsunął rękę od twarzy. Wydawać się mogło nawet, że się uśmiechnął, ale równie dobrze mógł to być cień, który zmieniał ułożenie z każdym ruchem mężczyzny, jakby szukał sobie na jego obliczu wygodnego miejsca. - Zawsze gdy gdzieś jestem, to znak, że stało się coś złego. Tym bardziej nie powinieneś mnie widzieć.
Czy on się właśnie przyznał?
Ryjek, nie czekając ani chwili dłużej, dobył broni, przyjął wyuczoną postawę i wycelował w pierś mężczyzny.
- Nie ruszaj się. Aresztu...
Tyle zdążył powiedzieć, bo nagle mężczyzna drgnął i rozmył się. Niemal w tej samej chwili komisarz poczuł, jak jakaś niewidzialna siła podbija mu broń, szarpie, wyrywa i obraca w powietrzu. Ułamek sekundy później lodowaty łokieć zawinął się wokół jego szyi, a tuż przy samym uchu Ryjka rozległo się:
- Masz na imię Jakub? To się chyba nazywa ironia.
Komisarz szarpnął się, próbując się oswobodzić. Kątem oka dostrzegł, jak jego służbowa broń leci na ziemię, powoli, kręcąc się w powietrzu jak w finałowej scenie jakiegoś współczesnego filmu akcji. Arnold by ją złapał, przemknęła mu przez głowę absurdalna myśl. Albo Bruce Willis.
Mężczyzna trzymający go za szyję dotknął jego biodra, o które zahaczyła jedna z kul strzelca ze Świdnickiej, i Jakub Ryjek zawył z bólu. Nawet tam wtedy, gdy kula, kręcąc korkociąg w powietrzu, wdarła się w niego, rozerwała tkankę, stapiając ją z materiałem koszulki, i zazgrzytała o kość, nie poczuł czegoś, co mogłoby się równać z tym błyskiem bieli, tym atomowym wybuchem, który uderzeniową falą cierpienia rozlał się po całym jego ciele, pozbawiając niemal wszelkich myśli i wciskając w ich miejsce jedną, obcą, rozgrzaną do czerwoności niczym piętno. Słowa, które słyszał całkiem niedawno, ale nie zrozumiał ich ani wtedy, ani teraz.
"Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś".
Potem zemdlał.
Obrzeża Palermo, Sycylia
- ...nie słuchałeś moich porad, gdy mówiłem, co i jak należy zrobić. Nie chciałeś wyrazić swojej wdzięczności jak inni, gdy dzieliłem się swoją wiedzą, uznając, że po prostu ją sobie weźmiesz - perorował skryty w cieniu mężczyzna, rozpostarty w ciężkim, obitym skórą fotelu. - A dziś, gdy rzeczy potoczyły się nie po twojej myśli, przychodzisz tu do mnie, do mojego stanowczo zbyt mrocznie i tendencyjnie urządzonego biura, w dodatku w dniu ślubu mojej córki... i prosisz, bym za wynagrodzeniem to wszystko naprawił? Dobrze zrozumiałem?
Mówił szeptem, ale na tyle donośnym, że jego słowom nie przeszkadzały dochodzące z dołu stłumione dźwięki muzyki i zabawy. Nie przeszkadzały okrzyki dzieci bawiących się na werandzie i przestronnym podwórzu ogromnej rezydencji, ani nawet huki wystrzałów ze wzgórza, gdzie grupka młodych mężczyzn wybrała się niedawno przetestować stare, ale wciąż sprawne lupary.
Szept mężczyzny z cienia niósł się echem po gabinecie, odbijał od luster w ozdobnych ramach, od lamp, dębowych komód, kanapy i szafy, rezonował stojącymi za blisko siebie szklankami do bourbona na mosiężnej tacy.
Androgyniczny młodzian po drugiej stronie masywnego biurka na lwich nogach poruszył się nerwowo na krześle. Sięgnął ręką, jakby chciał dotknąć rozrzuconych na blacie dokumentów i bibelotów z wycieczek po Afryce, ale zaraz udał, że tylko rozprostowuje palce, i cofnął dłoń. Sznyty cieni rzucanych przez na wpół rozchylone, drewniane żaluzje i dzielących jego przystojną, choć nieco zmizerowaną twarz na czarno-białe pasy, poruszyły się i przez jedną chwilę można było odnieść wrażenie, że jego głowa rozsypie się zaraz jak źle ustawiona wieża z drewnianych klocków.
- Nie wiedziałem, że ta dziewczyna na dole to twoja córka - powiedział wreszcie, skubiąc nerwowo czubek nosa. - Najmocniej przepraszam, że zjawiam się w tak niefortunnym momencie i...
- Ja też nie wiedziałem - przerwał mu mężczyzna w fotelu. - I przyznam szczerze, sam byłem w szoku. Ale gdy kilka dni temu na jej panieńskim zapytałem ją w pewnym momencie, kto jest jej tatuśkiem, a ona wyjęczała, że ja... Kilka razy powtarzałem to pytanie. Nie miała wątpliwości, wyobraź sobie!
Przechylił się do przodu i nagle jego twarz również znalazła się w pociętym żaluzjami świetle: szeroka, porośnięta równo przystrzyżoną brodą szczęka, prosty nos, usta wykrzywione w zadziornym półuśmiechu. Szeroko rozłożonymi palcami lewej ręki odgarnął za uszy sięgające ramion blond włosy. Prawa dłoń sięgnęła do rozsypanych na dokumentach wykałaczek.
- Dość już tych żarcików - powiedział, wkładając patyczek do ust i przygryzając go. - Druhny mojej córci będą zaraz, dokładnie jak lubię, więc masz minutę. Wiem, czego chcesz, bo mi to właśnie powiedziałeś, a ja dość się już wyśmiałem i napowtarzałem "A nie mówiłem". Jestem gotowy wysłuchać cię dalej. Jak zamierzasz za to zapłacić? Z góry, podkreślę, bo ostatnio coraz trudniej mi wam ufać.
Androgyniczny odchylił połę marynarki i wyjął kopertę sterczącą z wewnętrznej kieszeni. Położył ją na skraju biurka i przesuwał palcami tak długo, aż jej róg zatrzymał się na stopie drewnianej figurki przywodzącej na myśl afrykańskiego Buddę.
Długowłosy przepchnął językiem wykałaczkę z jednego kącika ust do drugiego.
- Mogłem się spodziewać - zadrwił.
- Czego, Loki? Czego mogłeś się spodziewać? Bo chyba nie rozumiem.
Blondyn wskazał dłonią na kopertę.
- Teraz wiemy, kim się zajmujesz, ale ile pokoleń pracowałeś dla żydowskich kupców? Siedem, dziesięć?
- Trzydzieści dwa, ale co to ma do rze... - zaczął Androgyniczny, by zaraz przerwać. Spojrzał na kopertę ze smutkiem, westchnął ciężko. Powoli, jakby wymagało to od niego niebywałego wysiłku, uniósł głowę i spojrzał rozmówcy w oczy. - Rozumiem. Ale to znaczy, że mi pomożesz, Kłamco?
- Niewykluczone - odparł tamten, biorąc do ręki kopertę. Otworzył, przyjrzał się włożonym tam długim, srebrzystobiałym piórom. Wyjął jedno i wycelował nim w twarz Androgynicznego. - Wróć za godzi... nie, czekaj, druhny są trzy, nie dwie. Wróć za dwie godziny. - Rzucił kopertę na biurko i wskazał ją brodą. - Ale sugerowałbym raczej pudełko po naprawdę dużych butach.
Dzielnica Krzyki, Wrocław, Polska
Ból po przebudzeniu był niczym smród zatęchłego mieszkania zaraz po przekroczeniu progu. Uderzył Ryjka w pierwszej chwili i trzymał mocno przez kilka pierwszych wdechów i wydechów, a potem już tylko ćmił na pograniczu zmysłów, grożąc, że w każdej chwili wraz z każdymi uchylonymi drzwiami, otwartą szafką czy poruszonym workiem może zaatakować jeszcze raz, mocniej.
Komisarz powoli uniósł ręce, przeciwko czemu natychmiast zaprotestowało biodro, i powoli, delikatnie rozmasował skronie, oddychając przy tym powoli i głęboko. Dopiero gdy ból głowy zelżał, Ryjek zdecydował się rozchylić powieki.
Leżał we własnym łóżku, we własnej pościeli, w samych bokserkach. Jego rzeczy ułożono na krześle, spodnie złożone na siedzisku, koszula i marynarka przewieszone przez oparcie. Rolety w oknach opuszczono w jednej trzeciej, więc w pomieszczeniu panował przyjemny dla zmęczonych oczu półmrok; z kuchni dochodził zapach świeżej kawy. To ostatnie znaczyło, że ktoś musiał umyć dzbanek ekspresu. A kto wie, może nawet kubek?
Ryjek ostrożnie usiadł na łóżku i rozejrzał się. Obok na trzech stosach starych płyt DVD leżała plastikowa deska do krojenia ze szklanką wody i telefonem, na który naklejono żółtą karteczkę z jednym tylko słowem: "Notatki!". Pismo było staranne, mógłby rzec kobiece, gdyby nie to, że żadna z kobiet, z którymi się spotykał, nie umiała zapisać niczego poza pieprzonym, nieczytelnym szlaczkiem. Z Kingą nawet się z tego powodu rozstali, bo nie był w stanie rozczytać, co napisała na cholernej liście zakupów. Tak przynajmniej widział to on, bo ona nakręciła z tego zdecydowanie większą dramę, jak zawsze, gdy nie miała racji. Do dziś pamiętał, co mu wtedy wykrzyczała prosto w twarz:
- Kurwa, Kuba, to, że nie możesz przeczytać na cholernej kartce, czy proszek do prania nazywa się Vizir czy Vision, nie jest powodem, by wyłączyć telefon, pójść w tango na dwa dni i nie dać nawet pieprzonego znaku życia!
Czepialska cholera, pomyślał. Dobrze, że się wyprowadziła.
To nadal jednak nie tłumaczyło, kto o niego zadbał i w jaki sposób Ryjek znalazł się znowu w swoim łóżku. Pamiętał przecież, że był w robocie, w restauracji na Nadodrzu, gdzie...
Podrapał się pod okiem, usiłując się skupić i przypomnieć sobie, co takiego wydarzyło się w miejscu, do którego go wezwano. Jak przez mgłę widział wejście do włoskiej knajpy, policyjną taśmę, radiowozy i grupę dzieciaków na murku naprzeciwko. Był w stanie przywołać nawet ich twarze, podobnie jak lekko tępawe oblicze mundurowego pilnującego wejścia. Potem w środku... w środku... w...
- No żeż cholera jasna! - Uderzył się otwartą ręką w ukryte pod kołdrą udo i natychmiast tego pożałował, bo biodro zapiekło go żywym ogniem. Co on sobie w nie zrobił, do cholery? Upadł gdzieś? Grzmotnął o coś zarówno nim, jak i głową? To dlatego nie pamiętał?
Nagle pociągnął nosem, wyczuwając w powietrzu znajomą zapachową nutę. Blue. A więc Pierdolet, a skoro on, to znaczyło, że na miejscu był przynajmniej jeden trup. W dodatku niebieski. Nie, nie niebieski. Morski. On był taki, taki...
- Lazurowy - wyszeptał Ryjek i oblizał spierzchnięte wargi. Ta myśl nie miała żadnego sensu, bo jaki trup i dlaczego miałby być, do cholery jasnej, lazurowy?! Ktoś go pomalował, czy jak? Trupio-artystyczny performance?
Właściwie, przemknęło komisarzowi przez głowę, nie byłaby to najgłupsza rzecz, jaką przepchnięto w tym mieście pod szyldem sztuki. Instalacje artystyczne na patopodwórkach, system świateł układających się we wróżby, banalne wiersze rodem z powieści Coelho jako murale na ścianach budynków. W przypadku pomalowanego na lazurowo trupa przynajmniej istniała pewność, że nikt go nie finansował z samorządowych pieniędzy. No, bliskie pewności przeświadczenie.
Komisarz odrzucił na bok kołdrę i opuścił nogi z łóżka, próbując wymacać stopami kapcie. Nie znalazłszy ich, wstał i poczłapał w stronę kuchni. Zatrzymał się dopiero w progu, obejrzał, klepnął w czoło i zawrócił. Podniósł z deski szklankę z wodą i wypił wszystko na raz.
- Lazurowy trup - prychnął, ocierając usta. - To jest tak głupie, że...
Urwał, targnięty gwałtowną konwulsją, która spięła jego ciało, sprawiła, że głowa odskoczyła do tyłu, a palce dłoni wyprostowały się nagle. Szklanka uderzyła o wykładzinę, ale się nie stłukła, tylko potoczyła pod łóżko.
Ryjek syknął z bólu, ale zaraz po każdym bolącym miejscu rozlało się ciepło. Wyobraził je sobie jako słonecznikowożółte. Jak promień słońca w letni wieczór, ostatni, nim zacznie się robić chłodno. Na kilka sekund ogarnęła go przyjemna błogość, to wrażenie, które towarzyszyło mu zwykle, gdy stygł i opadał po orgazmie, a potem wszystko w jednej chwili minęło. Zniknęły ciepło, napięcie mięśni i błogość, ale wraz z nimi także ból głowy i biodra, piasek w oczach, a nawet pęknięcia na spierzchniętych wargach. Wróciła za to pamięć.
"Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi i zwyciężyłeś".
Co to był u diabła za facet?!
Energicznym krokiem podszedł do krzesła, złapał za spodnie i wciągnął je na tyłek. Z oparcia zdjął marynarkę, rzucił ją na łóżko, po czym przyjrzał się krytycznie koszuli i pokręcił głową. Z szafy wyjął nową, błękitną, umiarkowanie wymiętą, za to niemal kompletnie pozapinaną. Wciągnął przez głowę, wcisnął w spodnie, podwinął lekko rękawy.
Skarpetki znalazł w łazience na kaloryferze. Były niedoprane w kilku miejscach i trochę sztywne, ale nie śmierdziały, co uznał za kluczowy argument. W przedpokoju włożył buty, jak zawsze na siłę, bez rozsznurowywania. Wrócił do pokoju, sięgnął po marynarkę i wtedy przypomniał sobie o telefonie i karteczce na nim. Teraz już bez trudu rozpoznał pismo Grześka, partnera Pierdoleta. Odblokował komórkę, wybrał ikonę notatek i zaczął czytać najnowszą, która, sądząc po wskaźniku przewijania, zapowiadała się na solidny esej.
"Ale nam napędziłeś stracha, chłopie! Mirek z SOR-u chciał cię wziąć na oddział, ale powiedzieliśmy, że luz i dasz radę w domu, skoro nie ma zagrożenia życia, a jakbyś trafił teraz znowu do szpitala, to nikt cię już do służby nie dopuści, bohater czy nie. Więc tak, możesz się śmiać, ale pedalska mafia kryje ci właśnie dupę. Czynności robi chwilowo Marian, sprawdza tropy na polecenie prokuratury, ale przekaże wszystko bez gadania, więc się nie martw. Masz wizytę u naszego neurologa w klinice na Borowskiej. Jeśli się sam nie pozbierasz do szesnastej, Piotrek po ciebie wpadnie. Facet nazywa się Ciechocki i..."
Ryjek nie czytał dalej. Wsadził telefon do tej samej kieszeni marynarki, w której trzymał kluczyki. Ciekawe, czy przywieźli go jego wozem czy będzie się musiał teraz tłuc komunikacją. Uznał jednak, że chwilowo nie będzie do Grześka dzwonił i po prostu pojedzie sprawdzić. Powinni tam jeszcze być, w sensie na miejscu, roboty było przecież huk. Zerknął na zegarek w kuchni i zobaczył, że dochodzi czternasta, czyli nie leżał jakoś specjalnie długo.
Wyszedł z mieszkania, zjechał na dół windą i wyszedł na świeże powietrze. Świeciło mocne słońce, więc odruchowo zmrużył oczy, ale ku własnemu zaskoczeniu zdał sobie sprawę, że światło go nie razi. Rozejrzał się po parkingu za samochodem. I wtedy go zobaczył.
W pierwszej chwili Ryjek był przekonany, że to ten sam facet, był wszak identycznie ubrany. Gdy jednak wytężył wzrok i podszedł kilka kroków, zorientował się, że człowiek opierający się o siatkę i patrzący przez nią na gimnazjalistki celebrujące przerwę dymkiem za murkiem śmietnika jest zdecydowanie drobniejszy niż gość, który zaatakował go w Michaelo Cielo. Mimo to komisarz odruchowo sięgnął do kabury na pasku... by zaraz zdać sobie sprawę, że nie zabrał broni. Najwyraźniej dbający o detale Grzesiek zabezpieczył ją w Ryjkowym sejfie, który, gdy nie było w nim pistoletu, zawsze pozostawał uchylony.
Policjant zaklął cicho pod nosem, ale uznał, że poradzi sobie bez broni. Powoli, starając się nie wzbudzać podejrzeń, przeciął najpierw parking, a potem wszedł na trawnik, rozglądając się jednocześnie za jakimś psem, na którego mógłby się powołać, by uzasadnić obecność na trawniku, gdyby się pomylił co do tamtego. Jednak im bliżej był tego chudego, łysego chłopaka w grafitowej koszuli, takiej kamizelce i spodniach w kantkę, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że to musi być jakiś zbok. To, jak uważnie przyglądał się palącym dziewczynom, jak nerwowo przełykał ślinę i bezwiednie poruszał ustami. Jak zaciskał palce na oczkach siatki - Ryjek zbierał już po mieście różnej maści dewiantów i ten tutaj wpisywał się wręcz idealnie.
W końcu, gdy uznał, że jest już wystarczająco blisko, Ryjek przystanął. Wysunął do przodu lewą nogę, ukrywając prawe biodro, na którym jednocześnie położył rękę, tak by choć w pierwszej chwili wyglądało, jakby miał broń, której w każdej chwili mógł dobyć.
- Policja, nie ruszaj się - powiedział stanowczo, ale nie krzyknął. - Odsuń się od siatki i powoli odwróć.
W pierwszej chwili łysy nie zareagował, zupełnie jakby słowa komisarza jakimś cudem zgubiły się na tych kilku dzielących ich metrach i ominęły go szerokim łukiem interpersonalnej obwodnicy. W końcu jednak powoli, jakby w zwolnionym tempie, obejrzał się i zmierzył komisarza wzrokiem. Wyglądał na zaskoczonego w równym stopniu, co tamten w knajpie.
- Ty mnie widzisz? - zapytał, pogłębiając Ryjkowe uczucie déja vu.
- No przecież na ciebie patrzę, koleś - warknął komisarz. - Nie w taki sposób, w jaki ty przyglądasz się tym dziewczynkom, ale... ej, ręce na widoku! Co ty tam kombinujesz?
Łysy puścił siatkę i powoli odwrócił się w stronę Ryjka. Ręce wciąż trzymał przed sobą, na wysokości twarzy. Zachowywał się spokojnie, ale jego usta poruszały się delikatnie, coś mamrotał pod nosem.
Ciekawe, czy tamten też tak robił, zastanowił się Ryjek. I czy ci dwaj mogą mieć ze sobą coś wspólnego? Ubrani tak samo, ćpali najwyraźniej te same rzeczy i do tego...
Wtedy kątem oka dostrzegł identycznie ubranego mężczyznę podążającego śladem siedemdziesięcioletniej pani Józków spod siódemki. Krępa, kołysząca się na boki kobiecina niosła zakupy w dwóch pękatych reklamówkach z Biedronki, a drobny, kędzierzawy chłopak w niekompletnym grafitowym garniturze, jak prosto ze studniówki, stąpał ostrożnie tuż za nią, jakby nie chciał stanąć na przerwę między chodnikowymi płytami. Ręce trzymał szeroko; zmieściłby się między nimi solidny szczupak albo trzydziestodwucalowy telewizor, jaki Ryjek miał w pokoju nad komodą. Chłopak mało na nią nie wpadł, gdy sąsiadka zatrzymała się gwałtownie, łupnęła reklamówkami o chodnik i otarła spocone czoło.
- A co pan komisarz tak po trawie łazi? - wyskrzeczała, dostrzegłszy Ryjka. - Mało panu gówna w życiu, że chce pan jeszcze na butach nosić?
Ryjek posłał łysemu wymowne spojrzenie, które dla smaku doprawił bezgłośnym "ani się waż". Ten skinął głową na znak, że zrozumiał, i uniósł wyżej ręce, by pokazać, że zamierza się zastosować. Zaraz jednak, co nie umknęło uwadze komisarza, tęsknie zerknął w stronę murku i śmietnika.
- Dzień dobry pani. - Ryjek skinął sąsiadce głową. - Taka praca, że czasem człowiek w co wdepnie. A ten chłopiec to rodzina pani jakaś? Bo to wstyd, że tak za panią idzie, a toreb nie weźmie.
Kobiecina obejrzała się zaskoczona, by zaraz z niepokojem pokręcić głową.
- Panie komisarzu, pana to aby na pewno w tej strzelaninie w głowę nie trafili? O kim pan mówi do mnie?
Ryjek już unosił rękę, by wskazać jej chłopca, gdy nagle echem w jego głowie zahuczało usłyszane dwie minuty temu pobrzmiewające autentycznym zdumieniem pytanie: "Ty mnie widzisz?".
- Dla ciebie to też zaskoczenie, co? - zapytał nagle łysy. Głos miał miły, przyjemny, niski. Trochę, jakby mówił do zwiniętej w rulon gazety. - Nie wiesz, kim jesteśmy, prawda?
- Wiem, jak na co dzień nazywamy takich, co podniecają się na widok nieletnich, kolego - odparł ostro Ryjek.
Łysy uśmiechnął się smutno i pokiwał głową.
- Czyli nie wiesz. I widzisz nas od niedawna. Cóż, przyjacielu...
- Nie jesteśmy przyjaciółmi, kolego. Nie opuszczaj rąk!
Łysy uniósł ręce nieco wyżej.
- Będę musiał to zgłosić - powiedział. - Ale spokojnie, nic nie poczujesz. Nawet się nie zorientujesz i...
- Grozisz mi?!
- Panie komisarzu, pan się na pewno dobrze czuje? - Pani Józków była wyraźnie zaniepokojona. - Z kim pan tam tak gada?
- No przecież widzi pani, że... - zaczął Ryjek, ale urwał w pół zdania. Bo przecież nie widzi. Tak jak nie widziała chłopaka idącego za nią krok w krok. Ani nikt inny nie widział rano w restauracji tego barczystego typa, który nazwał go Izraelem i przetrącił mu biodro. Wszystkich trzech widział tylko on. I tylko on...
- Musimy porozmawiać, Jakubie Ryjku - usłyszał nagle tuż za sobą znajomy głos. Bez oglądania się wiedział, że stoi za nim wielki facet z Michaelo Cielo.
***
Gdy Ryjek wrócił do mieszkania, wielkolud już tam był. Stał wpatrzony w okno, z rękami zaplecionymi z tyłu, zupełnie jak wtedy w restauracji, i wbijał wzrok w spadzisty, kryty czerwoną dachówką dach szkoły. Nie zareagował ani gdy drzwi się otworzyły, ani gdy zamknęły. Odwrócił się dopiero, gdy Ryjek wszedł do pokoju i usiadł na łóżku.
- Jestem aniołem - powiedział wtedy tym swoim tubalnym głosem i zaraz umilkł, jakby to wyjaśniało wszystko. - W zasadzie to wszyscy jesteśmy. Wszyscy, których zobaczyłeś.
Ryjek nie odpowiedział. Jeszcze przed wejściem do windy wyszukał w komórce hasło, skąd się biorą urojenia, i znalazł ciekawy artykuł o halucynacjach wywołanych przez szok pourazowy. Teraz go doczytywał, znajdując pomiędzy badanymi a sobą w tym momencie mnóstwo podobieństw. Co prawda badani żołnierze nie widzieli akurat aniołów, ale komisarz uznał to za lokalny koloryt w kraju, który nawet już nie próbował udawać światopoglądowej wolności.
- Nie jestem twoim urojeniem, Jakubie Ryjku.
Komisarz wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu.
- A co innego miałbyś powiedzieć?
- Na przykład to, że w wieku szesnastu lat złamałeś nos, próbując pocałować Angelikę Kociub, i potem obydwoje utrzymywaliście, że was pobito. Angelika zabrała wasz sekret do grobu, gdy pięć lat temu umarła na nowotwór, a ty mało nie opowiedziałeś tej historii na stypie, bo wypiłeś za dużo...
- I to ma niby coś udowodnić? - Ryjek odrzucił komórkę na bok, na poduszki. - Skoro jesteś moim urojeniem, masz dostęp do moich wspomnień, to logiczne. Dużo logiczniejsze niż to, że bandzior z miejsca zbrodni, parkowy pedofil i pokraka z ministerstwa głupich kroków to pierdolone anioły.
- Nie pierdolone - zaprzeczył facet. - Zwyczajne. Dwóch Stróżów i agent Winy.
- Czego?
- WINA. Wydział Interwencyjny Nadzoru Anielskiego. - Mężczyzna poruszył dłonią jak iluzjonista i w jego ręce pojawił się święcący kartonik. - Proszę, wiem, że ludzie potrzebują wizualizacji.
Ryjek wziął do ręki wizytówkę, obejrzał z jednej i drugiej strony. Na odwrocie znajdował się symbol - płonący miecz skierowany ostrzem w dół z wielkim okiem w miejscu głowicy, przez co trochę przypominał komisarzowi wieżę Saurona z Władcy Pierścieni. W tle znajdowały się skrzydła zaginające się tak, jakby chciały otulić głownię.
Przeciętna graficzka od podrzędnego pracownika podmiejskiej agencji reklamowej, uznał Ryjek. Takie potworki zwykli zamawiać u nich nowobogaccy prezesi firm nazywających się Metalrurex S.A. albo Zbychopol sp. z o.o. I jeszcze to hasło napisane gotykiem pod grafiką.
- "WINA jest zawsze po twojej stronie" - przeczytał. - Chyba za dobrze tego hasła nie przemyśleliście, co?
Anioł nie odpowiedział.
- O, nazywasz się Butch. Tak mam do ciebie mówić? Butch?
- Tak mam na imię, Jakubie Ryjku - odparł tamten.
- Rano nazwałeś mnie Izraelem.
Kącik ust Butcha drgnął ledwie zauważalnie.
- Taki hermetyczny żart. Nie będę tłumaczył.
- Nie musisz. Usiądziesz?
Butch obszedł łóżko. Sięgnął po krzesło i odwrócił je oparciem do przodu identycznym ruchem, jaki Ryjek zwykł serwować podejrzanym w pokoju przesłuchań, jednocześnie pełnym gracji, nonszalancji, lekkości i pewności siebie. To jeszcze mocniej utwierdziło komisarza w przekonaniu, że ma do czynienia z halucynacją. Tylko skąd mu się to wszystko wzięło w głowie?
- Masz mnóstwo pytań - stwierdził Butch.
- Czytasz mi w myślach?
Anioł pokręcił głową.
- Nie jestem w stanie - przyznał. - Próbowałem w restauracji. Po prostu stawiam się w twojej pozycji. To podobno ludzka technika śledcza. Empatia.
- Empatia to nie... - zaczął Ryjek, ale machnął ręką. Nie będzie, uznał, kłócił się z własną halucynacją o abstrakcyjne pojęcia. - Dużo was jest? Aniołów znaczy? Kiedyś myślałem, że każdy ma swojego.
Butch nerwowo potarł szczękę kantem dłoni, na moment odsłaniając zęby niczym drapieżnik. Błysk w jego oku mógł być refleksem słonecznego promienia, ale Ryjek był niemal pewien, że to ogień skryty we wnętrzu wielkoluda. Ogień, nad którym tamten usilnie stara się panować.
- Kiedyś tak było - powiedział w końcu anioł. - Ale potem ludzi zaczęło przybywać, a aniołów wręcz przeciwnie. Wtedy zmieniono zasady.
- Zasady?
- Tak, zasady - powtórzył Butch. - Według nowych nie każdy ma swojego anioła.
Komisarz pokiwał głową. Nie kłóć się z halucynacją. Nie kłóć się z halucynacją.
- I jak rozumiem, ty jesteś moim?
- Nie. - Butch pokręcił głową. - Powiedziałem ci, kim jestem. Pokazałem wizualizację. Nie jestem Stróżem. Tylko...
- Aniołem Winy, tak, rozumiem - Ryjek poczuł, że zaczyna go boleć głowa. - W takim razie gdzie jest mój Stróż?
- Nigdy go nie miałeś, Jakubie Ryjku. A teraz tym bardziej nie jest ci on potrzebny.
- Nie rozumiem - stwierdził komisarz i już w trakcie wypowiadania tego zdania zdał sobie sprawę, jak bardzo jest ono bez sensu. Przecież niczego tu tak naprawdę nie rozumiał. Po prostu tego, co właśnie powiedział Butch, nie rozumiał jeszcze bardziej.
Anioł wstał z krzesła. Podszedł do komody i przejechał po niej ręką, jakby sprawdzał warstwę kurzu. Poprawił ramkę, w której wciąż tkwiło modelowe zdjęcie obcej, szczęśliwej rodziny. Zabębnił palcami po gumowych przyciskach telewizyjnego pilota. W końcu się odwrócił, teraz już szeroko się uśmiechając, i zaplótł ręce na piersi.
- Święci nie potrzebują Stróżów, Jakubie Ryjku.
Opole, Polska
Za apteczną ladą SuperPharmu na Krakowskiej stał młody, niewysoki mężczyzna o krótko przyciętych, przerzedzonych włosach. Na nosie miał okulary w grubych, czerwonych oprawkach, za sprawą których wyglądał trochę jak mocno wychudzony Jurek Owsiak nieudolnie usiłujący zapuścić wąsa. Skubał teraz te kilka włosków nad górną wargą, próbując rozczytać receptę starszej pani w sukience śmierdzącej naftaliną i tanimi owocowymi perfumami.
Anioł Rizel przyglądał mu się, siedząc po turecku na kontuarze. Nie miał tam za wiele miejsca, ale wcisnął się jakoś między reklamę Bepanthenu a stojaczek z darmowymi próbkami kremu przeciwzmarszczkowego. Oparłszy łokcie na kolanach, a brodę na zaplecionych dłoniach, patrzył i czekał stosownej okazji.
Jemu podobnych w aptece było w tym momencie jeszcze czterech. Trzech spośród nich towarzyszyło starszym paniom. Wyglądali jak wnuki, które wyrwały się prosto ze szkolnej akademii, by pomóc babci w sklepie. Idąc krok obok swoich podopiecznych, otaczali je ramionami i uważnie obserwowali to podłogę, to szafkę, czy aby nic się tam nie obluzowało i nie spadnie. Rizel zazdrościł im tak łatwej roboty. Gdyby mógł, zamieniłby się...
Nie, to nieprawda. Nie zamieniłby się za nic. Przecież o to w tym właśnie chodziło, nie? Kochał tego swojego huncwota miłością szczerą i czystą. Niezależnie od tego, jak gówniarz był głupi, Rizel nigdy nie pomyślał nawet o tym, by składać podanie o przeniesienie na podstawie klauzuli o uzasadnionej niechęci. Zresztą sytuacja, w której teraz obaj się znaleźli, bardziej niż winą dzieciaka spowodowana durnym pomysłem anioła i jego konsekwencjami. A taki chciał być sprytny. Tak bardzo chciał pokazać, jak to doskonale umie rozgrywać ludzi, rozstawiać figury i pionki na szachownicy życia i naginać świat, by jego wola stała się prawem. Teraz, gdy tylko o tym myślał, czuł nieprzyjemne dreszcze. Jakiż to był w ogóle lucyferyczny koncept.
- Trzeba było od razu iść z tym do Kłamcy - mruknął pod nosem. - Nie byłoby teraz tego wszystkiego.
Tak, zdecydowanie trzeba było, ale on próbował przyoszczędzić. A teraz nie dość, że musiał opuścić młodziaka, by gnać do Palermo, nie dość, że przeklęty mitol zażądał całego pudełka piór, to jeszcze nie wiadomo, czy na tym etapie uda się cokolwiek wskórać. Był dobry, wszyscy to mówili, ale podobno jak WINA już raz się przyczepi, to nie ma zmiłuj. Zwłaszcza ten wielki był nieustępliwy. Jak mu było? Mitch, Match... A tak, Butch!
Jeszcze raz powiódł wzrokiem po aptece. Zauważył, że jedna z obstawionych staruszek wyszła, ale w międzyczasie do środka prosto z przeciwległego Empiku wpadły dwie rozszczebiotane nastolatki, w tym jedna z aniołem stróżem. Ten był masywny i barczysty. Choć, jak każdy anioł, nie miał zmarszczek czy innych widocznych oznak wieku, z wyglądu i postawy mógłby uchodzić za ojca jednej z małolat. Oczywiście, gdyby go widział ktokolwiek postronny.
- Szlag - westchnął Rizel. - Jak tak dalej pójdzie, nic nie załatwi. Najdalej za godzinę poprzednia dawka przestanie działać i młody albo dostanie następną, albo się obudzi. A wraz z nim obudzą się myśli, wspomnienia i...
- Pssst! Hej, kolego.
Rizel odwrócił głowę i zobaczył przyczajonego za regałem Stróża. W pewnym sensie byli do siebie podobni, obaj androgyniczni niczym... Jak to go określił Loki? A, no tak. "Albinoskie nieślubne dzieci Davida Bowie i Grace Jones". Rizel musiał oba te nazwiska sprawdzić w internecie, ale gdy obejrzał zdjęcia, przyznał mitolowi rację. Takie same pociągłe twarze, proste nosy, wyraźnie zarysowane kości policzkowe i duże oczy wręcz stworzone do podkreślania ich wyrazistym makijażem. Do tego jeszcze drobna budowa ciała, specyficzny, niezwykle płynny sposób poruszania się, jakby ciągle w blasku fleszy. Różnica między Rizelem a tym drugim polegała na tym, że siedzący na kontuarze anioł pozostawał sobą, a jego czający się za regałem z przeciwbólami kolega usiłował być męski. Temu bowiem z pewnością miał służyć drapieżny, krótko wystrzyżony wojskowy irokez czy ewidentnie namalowany kilkudniowy zarost.
- Kolego, możesz mi pomóc? - zapytał anioł spomiędzy półek.
Rizel wzruszył ramionami.
- Wolałbym nie - odparł zgodnie z prawdą. - Mam coś do zrobienia.
- Jak każdy - odparł tamten i wyszedł spomiędzy regałów. Rozejrzał się niepewnie i wyciągnął rękę. - Nie znamy się chyba. Kiros jestem.
- Czego ci trzeba, Kirosie? - zapytał Rizel, umiejętnie unikając przedstawienia się. Gdyby mógł, wymyśliłby sobie jakieś imię, ale znał swoje ograniczenia i wiedział, że jako anioł nie był zdolny nawet do tak drobnego kłamstwa.
Właściwie, zanim archanioł Michał wziął na służbę to przeklęte nordyckie bóstwo, wszystkim się wydawało, że nie mogą też unikać odpowiedzi czy tak jawnie naginać regulaminu, ale tu zasady nie były aż tak doprecyzowane, nie pojawiała się też fizyczna niezdolność. Można było powiedzieć, że Loki, powiedziawszy im o tym wszystkim i nauczywszy ich pewnych technik, dokonał prawdziwej niebiańskiej rewolucji. Może największej od czasów wielkiego L.
- To twój, nie? - Anioł Kiros wskazał na farmaceutę. - Dobrze się składa, bo nie wyglądasz mi na służbistę, a potrzebuję przysługi.
Całe szczęście, że sam sobie odpowiedział, pomyślał Rizel z wyraźną ulgą. Owszem, siedział akurat w tym miejscu, by każdy skrzydlaty odniósł wrażenie, że opiekuje się farmaceutą. Zapytany wprost i zmuszony do odpowiedzi musiałby wyznać prawdę, a tak mógł dalej grać w tę grę.
- Jaką przysługę masz na myśli?
- Widzisz tego gościa tam, na męskich kosmetykach? Nienaturalnie czarne włosy, brudny kołnierzyk białej koszuli, spora nadwaga?
- Widzę. To twój?
Kiros westchnął ciężko i skinął głową.
- Ano mój. Całe życie porządny facet, przykładny katolik z dobrej rodziny, z której on jeden już mi się ostał. Rzecz w tym, że ostatnio sobie nowy telefon kupił...
Ponad głową Kirosa Rizel dostrzegł, że sklep nagle opustoszał. Co prawda nadal było w nim mnóstwo ludzi, ale ze skrzydlatych pozostał tylko on i jego nowy znajomy. Idealna okazja, którą właśnie zaprzepaszczał. Mimo to nie mógł teraz po prostu spławić Stróża. To mogłoby wzbudzić podejrzenia, a na pewno zrobiłoby mu wroga.
- Słyszałeś o takiej aplikacji, co się nazywa Tinder? - zapytał Kiros. - Na mieście mówi się, że to nowa seksualna rewolucja. Chodzi o to, że widzisz zdjęcia ludzi z okolicy i klikasz, czy ci się ktoś podoba, czy nie, a jeśli osobie, która ci się podoba, ty również się podobasz, to...
- Wiem, co to Tinder. Do rzeczy - odpowiedział Rizel i natychmiast mina drugiego anioła uświadomiła mu, że wszedł za ostro. Uśmiechnął się przepraszająco. - Wybacz, trudny czas ostatnio. Z czym mogę ci pomóc?
Do apteki weszła właśnie jakaś ciężarna kobieta, trzymając za rękę dziecko. Była pod obstawą, ale nie zabawiła długo. Zerknęła tylko na ceny pieluch, mruknęła pod nosem coś o zdziercach i wyszła. Ruszyła korytarzem w głąb, zapewne do Biedronki. Z kolei farmaceuta o wyglądzie Owsiaka w czymś się pomylił, zdenerwował i nawet zaczął się jąkać zupełnie jak lider WOŚP.
- Chodzi o to, że mi się Areczek sparował z taką jedną dziunią, tipsiarą. Dziewucha, jak na taki, jak to mówią, plastik, wcale głupia nie jest, studia robi na Opolskim, socjologię chyba, ale młodsza jest od Areczka prawie trzydzieści lat, a niewyżyta jak gwiazdka porno.
- Cudzołożyli? - zapytał Rizel, a Kiros posłał mu zdumione spojrzenie.
- Jakie cudzołożyli, bracie? - zaśmiał się gorzko. - Areczek nigdy żonaty nie był, ona też ślubów nie składała, zresztą nawet jeśli, to bez znaczenia, bo nie jest ze słusznie wierzących, więc się nie liczy. Mogliby co najwyżej nieczystość odhaczyć, ale to występek, nie grzech, nikt za to piekłem nie straszy.
Rizel machnął ręką na znak, że nie chce toczyć tej dyskusji. Faktycznie nie chciał. Miał na ten temat odmienne zdanie, ale przecież ani po temu czas, ani miejsce. W SuperPharmie wciąż nie było prócz nich żadnych innych aniołów.
- W każdym razie nie, nie spali ze sobą - kontynuował Kiros. - Ale dzisiaj zamierzają i w związku z tym Areczek sobie zorganizował u kolegi receptę na to nowe viagrowate coś, podobno dużo wydajniejsze i mocniejsze. Zamierza się dziś wykazać, tyle tylko, że ma problemy z sercem. Dziedziczne, rozumiesz, cała familia mi na to zeszła, ale ten mój uparciuch nie chce nawet o tym myśleć. No i tu właśnie prośba do ciebie, bracie.
Sięgnął do kieszeni i wyjął listek z małymi fioletowymi pastylkami. Zamachał nim Rizelowi przed nosem jak grzechotką, po czym złapał go za rękę i wywinął tak, by położyć blister na otwartej dłoni.
- Podmienić trzeba - wyjaśnił, zamykając palce Rizela na listku i przykrywając zaciśniętą pięść własną dłonią. - Na takie, co nie działają. Lepsze w końcu rozczarowanie niż rozległy zawał, nie?
Rizel oswobodził dłoń i przyjrzał się pastylkom.
- Wiesz, że to nadużycie, prawda? Jakby to wyszło...
- A czemu by miało wyjść? - Kiros wzruszył ramionami. - To sprawa między mną a tobą, nie? Musimy sobie pomagać przecież, nie wszystko da się zgodnie z regulaminem.
Rizel wciąż się wahał. Patrzył to na tabletki, to na klientów apteki, to znowu na farmaceutę, który z jakiegoś powodu coraz bardziej zdenerwowany gubił się, plątał i raz po raz przepraszał. W sumie nic prostszego, by podmienić listek tabletek. Poszłoby raz-dwa, Kiros zachowałby robotę, a on sam okazję, by zwędzić wreszcie te cholerne psychotropy i wrócić do młodego. W sklepie wciąż nie było więcej skrzydlatych, ale ten stan był raczej krótkotrwały. Lada chwila znajdą się tu kolejne babcie, świętobliwe rodzinki czy kto tam jeszcze i znowu będzie tu musiał siedzieć godzinę albo dwie. Nie miał tej godziny. Właściwie nie wiedział, czy w ogóle ma jeszcze czas, zanim młody się obudzi. Zanim się w nim obudzą...
- No dalej, pomóż koledze - zachęcał Kiros. - No weź, przecież słyszałem, że sam mówiłeś o Kłamcy, czyli to nie tak, że nie rozumiesz. Swoją drogą, zrobił już coś dla ciebie?
- No właśnie nie - odparł z westchnieniem Rizel, w myśli dodając ciche "niestety". Jednocześnie zdał sobie sprawę, że choć nie skłamał, to nie wiedział, czy to rzeczywiście prawda. Może Loki już zapracował na swoje pióra? Może przynajmniej część problemu się rozwiązała?
Raz jeszcze przyjrzał się trzymanemu w dłoni srebrnemu listkowi, po czym podrzucił go, zamknął w dłoni i spojrzał na drugiego anioła.
- Dobra, zróbmy to. Stawiaj Areczka do kolejki!
Dzielnica Krzyki, Wrocław, Polska
Kiedyś, jeszcze na początku służby, Jakub Ryjek trafił do domu złodzieja podpasek. Jak się okazało, mężczyzna kradł opakowania Always i Belli od naprawdę dawna, bo całe mieszkanie, przeszło siedemdziesiąt metrów kwadratowych, miał nimi wyklejone od podłogi po sufit. Mocował je tak, by jedna zachodziła na drugą na podobieństwo rybich łusek. Wedle jego zapewnień, gdy którakolwiek wzbudzała wątpliwości, szybko wymieniał albo ją samą, albo - gdy się nie dało - cały pasek.
Gość nie był jakimś zwyczajnym ulicznym świrusem. Przeciwnie, zawodowo był cenionym uniwersyteckim wykładowcą z tytułem profesora, wybitnym lingwistą i do tego erudytą gawędziarzem. Jak się okazało w toku śledztwa, z tymi podpaskami odbiło mu po powodzi w dziewięćdziesiątym siódmym, w której stracił wszystkie pamiątki po tragicznie zmarłej żonie i trzy czwarte bardzo cennej biblioteki.
- Właściwie nie wiem, co mną tak naprawdę kierowało, proszę pana - wyjaśnił Ryjkowi z rozbrajającym, smutnym uśmiechem staruszka, który właśnie wjechał w drogę pod prąd. - Pewnie mógłbym próbować zrzucić winę na niezwykle sugestywne reklamy telewizyjne, te wszystkie parametry absorpcji, chłonności i inne takie, ale po prawdzie, to nie mam pojęcia, czy to rzeczywiście był powód czegokolwiek. No i zrozum tu, panie, starego wariata.
Ryjek zapamiętał sobie tę rozmowę i potem wiele razy ją przywoływał, gdy przychodziło mu rozmawiać ze sprawcami takich czy innych przestępstw. Najważniejszą lekcją wyciągniętą z tamtej pogawędki była świadomość, że to nie tak, że wariat musi mieć od razu wszystkie poluzowane śrubki. Zwykle wystarczy tylko jedna. Poza tym może myśleć, zachowywać się i działać normalnie. Przynajmniej dopóki luzy nie wywołają trwałych szkód.
Nie jesteś wariatem, zapewnił się teraz w myślach po raz nie wiadomo który i zaraz odpowiedział sobie tak samo jak zawsze: "Nie mnie to przecież oceniać".
Stojący przy telewizorze Butch przyglądał mu się cierpliwie z rękami wciąż zaplecionymi na szerokiej piersi. Uśmiechał się, czekał i najwyraźniej bez usłyszenia pytania nie zamierzał nic więcej mówić.
Ciekawe, czy to zawsze tak działa, zastanowił się Ryjek. Czy to tak człowiek ostatecznie pogrąża się w szaleństwie? Powodowany ciekawością i chęcią zrozumienia nawet najdziwniejszej sytuacji zaczyna zadawać pytania swoim własnym halucynacjom, a potem zanurza się coraz głębiej w ruchomych piaskach pokręconej logiki serwowanej mu przez podświadomość aż po totalnego bzika?
Może tak, może nie, ale siedzieć dłużej bezczynnie i tak nie mógł. Albo na oddział zamknięty, albo do roboty, ale uchowaj Boże, żeby miało mu odwalić ostatecznie tu, na tym cholernym łóżku, w tej wynajmowanej od zawsze klitce, której nigdy nie zdołał polubić.
- Świętym? - zapytał w końcu. - Że niby ja jestem święty?
- Tak - odparł Butch. - Wynikiem formalnej pomyłki, którą już zgłosiłem, ale na razie owszem, jesteś święty.
- Do tego nie trzeba być... bo ja wiem... martwym?
Butch prychnął z rozbawieniem, rozplótł ręce i podrapał się po łokciu. Dopiero teraz w tym świetle Ryjek zobaczył, jak wiele blizn ma na ręku jego rozmówca.
- W zasadzie to wręcz przeciwnie - wyjaśnił anioł. - Wtedy stajesz się wiecznie żywy. Ale z twojego punktu widzenia tak, trzeba najpierw umrzeć docześnie, by dostąpić świętości.
- No więc jak ja...
- Ty umarłeś, Jakubie Ryjku. Wtedy, na ulicy Świdnickiej.
W pierwszej chwili chciał zaprzeczyć, zaśmiać się czy choćby prychnąć, ale zdał sobie sprawę, że przecież to była poniekąd prawda. Według dokumentacji szpitalnej rzeczywiście umarł i nie było go przez dwie minuty. Czas, w którym powinien doświadczyć tuneli, zjawisk świetlnych, chóralnych głosów, a może spotkania z wujkiem Błażejem, ale który zwyczajnie przeleżał nieprzytomny w kałuży własnej krwi i moczu na niesprzątniętej psiej kupie.
- Znaczy że co? - zapytał niepewnie. - Nie odratowali mnie?
- Ależ odratowali. Ale procedury zdążyły ruszyć i wiesz... - Butch bezradnie rozłożył ręce. - Biurokracja.
- Nie rozumiem.
- Technicznie rzecz biorąc, byłeś w stanie łaski uświęcającej. - Butch wrócił na krzesło, usiadł i oparł wielkie łokcie na oparciu. - Jak wyczytałem w twoich aktach, byłeś dzień wcześniej u spowiedzi i komunii, tak?
Ryjek skinął głową.
- Przyjaciółka dziecko chrzciła, chrzestnym zostałem, więc... ej, zaraz, jakie moje akta?!
- No właśnie, w momencie wywiązania się strzelaniny byłeś więc czysty, a przynajmniej bez grzechu ciężkiego. - Butch zbył pytanie, kontynuując wywód. - Czy wiesz, kogo wtedy uratowałeś, wyskakując przed kule?
- Matkę z dzieckiem - odparł, przypominając sobie tamte zdarzenia z niezwykłą wyrazistością. Widział zmierzwioną blond brodę tego szaleńca, jego małe, żarzące się nienawiścią świńskie oczka. Widział otchłań lufy, a potem ogień wylotowy. Wszystko jak na zwolnionym ujęciu w filmie akcji. - Zepchnąłem z linii strzału kobietę i jej syna.
- To też. - Butch skinął głową. - Ale wiesz, kto był wtedy za tobą? Kogo osłoniłeś własnym ciałem?
Ryjek wzruszył ramionami.
- A skąd niby miałbym to wiedzieć?
Butch roześmiał się krótko, chrapliwie, jakby po żołniersku wydzielał tego śmiechu skromną, okopową rację.
- Jezusa, Jakubie Ryjku. Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie niesionego do chorego przez ojca Huberta Żyłkę, dominikanina. W dodatku, co również odnotowano, umierałeś z imieniem Pana na ustach.
Ryjek podrapał się po głowie. Tego sobie nie przypominał, ale było w gruncie rzeczy możliwe. Czasem tak mówił, gdy go bolało. Ostatnia głoska imienia Pańskiego dobrze brzmiała przez zaciśnięte zęby.
- Dalej już prosto - kontynuował Butch. - Ponieważ umarłeś bez ciężkiego grzechu, w obronie Jezusa i z imieniem Pańskim na ustach, z chwilą ustania akcji serca uruchomiła się procedura.
- I tak się domknęła? W dwie minuty?!
Butch pokręcił głową.
- Nie każ mi tłumaczyć zawiłości czasowych pomiędzy tym światem a tamtym. Nie zrozumiesz. Ale technicznie rzecz biorąc, jesteś święty, i choć zgłosiłem cię do moich przełożonych, nie sądzę, by ten stan mógł się zmienić. O ile zdążyłem się od wczoraj zorientować, do degradacji musiałbyś najpierw zostać ogłoszony świętym przez papieża, a potem również przez niego z tego rejestru wykreślony.
- A Bóg? On nie może mnie skreślić?
Butch popatrzył na Ryjka smutno.
- Wierz mi, to ostatnie, czego byś chciał.
Komisarz znowu się podrapał, po czym wstał z łóżka i przeszedł do kuchni. Tam stał przez niemal minutę oparty o lodówkę, aż w końcu otworzył ją, wyjął z niej wędlinę, ser i pokrojonego wczoraj, nieco rozmokłego już pomidora. Z chlebaka wyjął chleb i miękkie masło, z szuflady nóż do smarowania. Nastawił też wodę w elektrycznym czajniku.
Nie śpieszył się, bo w końcu co go niby goniło? Halucynacja w drugim pokoju, która wmawiała mu, że został świętym? Może wzięła się z niewyspania, szoku lub głodu. Jeśli tak, zamierzał zająć się tym, jak zajmował się śledztwami na tym etapie. Uporać się z problemem i znaleźć rozwiązanie drogą eliminacji fałszywych tropów.
Właśnie kończył smarować kanapkę masłem, gdy jednocześnie z pstryknięciem czajnika w progu kuchni pojawił się Butch.
- Nie przyszedłem do ciebie bez powodu, Jakubie Ryjku - powiedział.
- Możesz po prostu Jakub? - zaproponował komisarz, kładąc na kanapce plaster sera. - Powstałeś w mojej głowie. Bardziej już tego dystansu nie zmniejszymy, nie uważasz?
- Niech będzie, Jakubie - zgodził się anioł. - Potrzebuję twojej pomocy.
Ryjek przymierzył się nożem do ukrojenia krakowskiej suchej. Ustawił nóż tak, by ukroić cienki plaster, ale po namyśle przesunął ostrze i odciął gruby talar. Upchnął go na serze razem z pomidorem, posolił i docisnął drugą pajdą chleba.
- Nie wiem, jak mógłbym ci pomóc, Butch. Nie znam się na bosko-anielskich sprawach.
- Ale znasz na policyjnej pracy, prawda? A tego właśnie mi trzeba. Stróża pośród ludzi. Kogoś, kto pomoże mi rozwiązać tę sprawę. Moją sprawę, która jest też, tak się składa, twoją.
Ryjek najpierw zamarł z nożem nad środkiem kanapki, a potem odwrócił się, niechcący kierując czubek ostrza w pierś Butcha.
- Co masz na myśli, mówiąc, że to twoja sprawa? Masz na myśli to, co się stało w Michaelo Cielo? Ta wojna gangów?
Butch powoli pokiwał głową.
- To wszystko by się nie wydarzyło, gdyby pewien Stróż nie złamał naszych zasad - powiedział po raz pierwszy bez pewności siebie w głosie. Zastąpiły ją smutek i odrobina zażenowania. - Moim zadaniem jest dowiedzieć się, który z nich i w jakim stopniu to, co się stało, opiera się na jego...
Urwał i wyprostował się niczym pies myśliwski, który zwęszył zwierzynę. Zamrugał kilkakrotnie i powoli poruszył głową.
- Co... - zaczął Ryjek, ale Butch uniósł palec ostrzegawczo, po czym powoli przysunął go do warg, nakazując komisarzowi milczenie.
- Chodź, pokażę ci, czym się zajmuję, lepiej to zrozumiesz - powiedział w końcu, wyciągając w stronę Ryjka rękę. Ewidentnie chciał, by komisarz ją ujął.
Ten spojrzał najpierw na kanapkę, potem na wyciągniętą w jego stronę dłoń. Pomyślał o szaleństwie, podpaskach i własnej świętości. O tym, że nie powinien rozmawiać z własną halucynacją i zadawać jej pytań, jeśli nie chce skończyć w psychiatryku.
Uniósł trzymany w dłoni nóż i ostrożnie położył go na blacie.
- Pieprzyć to - mruknął i ujął dłoń Butcha.
Poczuł kopnięcie elektrostatycznego ładunku, a przed oczami buchnęło mu oślepiające światło, od którego oczy zabolały go tak, jakby dobrał się do nich spec od akupunktury. Ryjek syknął głośno, zamrugał parę razy i... zdał sobie sprawę, że znajduje się w zupełnie innej kuchni. Takiej z czerwono-czarnymi meblami pod wymiar, z nowiutkim okapem jeszcze z folią i z białymi sztućcami wyglądającymi jak z plastiku. Po przeciwnej stronie przedpokoju była łazienka, a przez jej otwarte drzwi komisarz dostrzegł chudego anioła z włosami spiętymi w kitkę. Siedział na krawędzi wanny i mokrym mydłem z zapałem tarł kołnierzyk białej koszuli. Mówił coś pod nosem, mamrotał cicho i nie zauważył nowo przybyłych, dopóki Butch nie chrząknął głośno. Wtedy to anioł zerwał się na równe nogi, chowając za sobą ręce.
- Ja, ja tylko, ja... - próbował się wysłowić. - Jesteście z Winy, prawda?
- Z WINA. I ja jestem - powiedział Butch, robiąc krok do przodu. - A ty, aniele, jak rozumiem, właśnie dopuszczasz się nadużycia drugiego stopnia. "Kto celem uchronienia podopiecznego przed konsekwencjami czynu przezeń postanowionego i zrealizowanego z udziałem wolnej woli i bez przymusu podejmuje działania bezpośrednie, dopuszcza się nadużycia i podlega karze poważnego ostrzeżenia, chyba że organ Nadzoru postanowi inaczej".
Butch wyrecytował to wszystko bez zająknięcia, zupełnie jakby odczytywał z kartki, surowo i beznamiętnie. Ledwie jednak skończył, uśmiechnął się delikatnie i nieco nienaturalnie, jak ktoś, kto nie nawykł do bycia miłym; wykonał dłonią gest zachęcający anioła do mówienia.
- Wytłumacz się - polecił.
Anioł zrezygnował z chowania rąk. Mokrą koszulę i mydło położył na pralce, wytarł ręce o spodnie.
- Kryzys wieku średniego - westchnął ciężko i umilkł.
Po dłuższej chwili Ryjek pomyślał, że to może być już koniec wyjaśnień. Uznałby to za wielce niepocieszające, zwłaszcza że zdał sobie sprawę, gdzie się właśnie znajduje. Było to mieszkanie sąsiada z parteru, dość zasadniczego, eleganckiego typka nazwiskiem Kozłowski, biznesmena, męża ładnej pucułowatej żony i ojca dwójki uroczych, wyjątkowo grzecznych dzieciaków. Zdaniem Ryjka wyglądali na takich, którzy mogli mieć anioła, choć w zasadzie co on o tym wiedział? Nie miał jeszcze pojęcia, na jakich zasadach można było otrzymać skrzydlate wsparcie i komu przysługiwało, skoro nie miał go nawet policjant na służbie.
- Jestem z nim od jego urodzenia i wcześniej taki nie był - odezwał się wreszcie anioł. - Miał swoje wyskoki, ale gdy się poznali z Grażynką, on... No wydawało się, że nie widzi poza nią świata. Wszędzie razem, na imprezy, na wakacje, nawet w delegacje jeździli, póki się dzieci nie pojawiły. Ale potem też, gdzie się dało, to razem. Ale mocno przeżył swoją czterdziestkę. Bo wiecie, w tym wieku zmarł jego ojciec. Dokładnie trzy dni po swoich czterdziestych urodzinach. A gdy się jeszcze okazało, że... - Urwał, podnosząc z pralki szczotkę do włosów, w której nagromadziło się już sporo jasnorudych, krótkich kłaków. - No zaczął szaleć, co ja powiem. Najpierw ta wywłoka z pracy, potem jakaś z sieci. W delegacji jakaś, na integracji zespołowej. Próbowałem go przywracać do pionu, rozładowywałem klucze hotelowe, pakowałem mu do pokoju współspaczy niby przypadkiem, kazałem Grażynce dzwonić nie w porę. Czasem działało, czasem nie. Czasem musiałem mu zasugerować dyskretną przypominajką, by kasował SMS-y albo nie zostawiał telefonu na widoku. Nie to, żeby Grażynka mu nie ufała, ale wiecie, strzeżonego. Szukałem rozwiązania, naprawdę. I miałem już kilka pomysłów, kiedy dziś zobaczyłem...
Smętnie popatrzył na koszulę i westchnął.
- Szminka na kołnierzyku, co? - Ryjek podrapał się za uchem. - Też kiedyś na tym wpadłem.
Stróż przyjrzał mu się, marszcząc czoło.
- A ty to, przepraszam, kto?
- Święty z przypadku - wyjaśnił Butch. - No dobrze, aniele, jak masz na imię i które to twoje przewinienie?
- Hear - odparł anioł i znowu umilkł, tym razem wpatrując się w podłogę. Gdy się w końcu odezwał, mówił tak cicho, że Ryjkowi ledwie udało się go usłyszeć. - I trzecie.
Butch pokiwał głową ze smutkiem.
- Czyli znasz zasady, aniele. Muszę cię ze sobą zabrać.
Anioł Hear, wciąż nie podnosząc wzroku, ruszył przed siebie z rękami wyciągniętymi do przodu. Wyglądał teraz jak uczestnik parady zombie urządzanych raz po raz w większych miastach. Gdy stanął przed Butchem, ten dotknął jego przegubów, a wtedy pojawiły się na nich świetliste znaki przypominające pieczęcie. Stróż opuścił ręce zetknięte nadgarstkami jakby w wyjątkowo ciasnych kajdankach i dopiero wtedy podniósł głowę, by spojrzeć Butchowi prosto w oczy.
- Ale wyślecie kogoś za mnie, prawda? Oni tu potrzebują ochrony.
- Znasz zasady - odparł Butch, kładąc mu rękę na ramieniu w przyjaznym, niemal troskliwym geście. A potem powietrze wokół nich zafalowało i obaj zniknęli.
Ryjek został sam. Rozejrzał się na boki, dotknął najbliższej ściany w irracjonalnym przeświadczeniu, że jego dłoń przez nią przeniknie. Zamiast tego pod palcami poczuł chropowatą tapetę i pozostawił na bieli maleńką plamkę po soku z pomidora. Uniósł rękę, by zetrzeć ją mankietem, ale zamarł w bezruchu, usłyszawszy najpierw kroki, a zaraz potem chrzęst zamka w drzwiach.
No to, kurwa, pięknie, zdążył jeszcze pomyśleć, zanim w progu stanął Kozłowski.
Warszawa, Polska
Kłamca przyleciał do Warszawy jako Giuseppe Tilloni, elegancki, pięćdziesięciotrzyletni architekt z Rzymu. Wybór ten podyktowany był sprzyjającymi okolicznościami - obaj, Loki i Tilloni, w tym samym czasie zdecydowali się skorzystać ze znajdującej się na uboczu, a więc pustej lotniskowej toalety - ale jak się okazało, trudno było o lepszy. Włoch miał miejsce w klasie biznesowej i zamówiony posiłek koszerny, który w samolocie zwykle smakował najlepiej spośród dostępnych opcji, a na dodatek jego garnitur pasował na Kłamcę, jakby był szyty na miarę. To zawsze było w cenie, bo choć wygląd można było załatwić iluzją, to jednak udawanie, że ma się na sobie coś z nowej kolekcji Caruso, gdy w rzeczywistości są to luźne dżinsy i koszulka z Berlusconim pokazującym środkowy palec, stanowiło zupełnie niepotrzebne marnowanie energii.
W ten sposób dzięki splotowi okoliczności i podobnej budowie ciała, dwie godziny po spotkaniu w toalecie Giuseppe Tilloni wciąż tkwił nieprzytomny i związany w jednej z kabin, za towarzystwo mając telefon komórkowy odtwarzający w pętli dźwięki radosnego wypróżniania, a Loki wysiadał właśnie z samolotu i dziękował pięknym stewardessom za bardzo miły lot.
Już na Okęciu czym prędzej przeszedł przez odprawę i w kolejnej łazience zrzucił z siebie iluzję. Przyjrzał się swojej ulubionej twarzy, szczupłej, ale z wydatną szczęką porośniętą gęstym, jasnym zarostem, zwilżył dłoń i zaczesał sięgające ramion włosy, zakładając je za uszy. Wychodząc, uśmiechnął się do kolejki kobiet stojących do damskiej, ale żadna z nich nie odpowiedziała tym samym, jakby się bały, że jakiekolwiek dodatkowe napięcie mięśni spowoduje koniec pracy tych usilnie zaciskanych.
W lotniskowej kawiarni zamówił kawę, a potem zapłacił iluzją karty i odebrał iluzoryczny paragon. Zapytany o to, czy życzy sobie kawę z mlekiem, odmówił, ale poprosił o dużo cukru i, jakby się dało, kilka wykałaczek oraz numer telefonu barmanki. Zamiast tego ostatniego dostał znużone spojrzenie kobiety starszej o dwie dekady od swojej metryki i będącej na nogach od co najmniej doby.
- Mój telefon jest w naprawie, ale w pilnych sprawach mogę podać numer męża - odparła ze wschodnim zaśpiewem i wyszczerzyła się, odsłaniając zamocowany na zębach aparat ortodontyczny. W blasku lamp jej zęby wyglądały jak z żelaza.
Loki potrząsnął głową, uśmiechnął się i wycelował w nią palcem.
- Gładko wybrnęłaś - przyznał z rozbawieniem. - I powiedziałaś to z takim przekonaniem, jakbyś faktycznie miała męża.
Kobieta zmarszczyła czoło i nos, a wypielęgnowane brwi ułożyły się na kształt litery V.
- Kolego... - zaczęła oschle, ale zaraz urwała, westchnęła i docisnęła palcami nasadę nosa. - Kurwa, wykałaczki. Dlaczego od razu nie skojarzyłam?
Kłamca roześmiał się, jakby właśnie powiedziała najzabawniejszy żart na świecie. Odwrócił się na hokerze, powiódł wzrokiem po klientach baru i szybko policzył tych na służbie, w grafitowych wdziankach. Czterech na czternaście osób. W sumie standard.
- Nie uważasz, że to zabawne, Swietka, że mają cię tu pod nosem i nikt nigdy nie zwrócił na ciebie uwagi?
Wzruszyła ramionami.
- Jeśli mówisz o szarych, to ja ich tam widzę tylko, jak się zapomną ukryć - odparła. - Ale wiem też, że oni patrzą jedynie na tych, którzy stanowią zagrożenie dla ich podopiecznych. A ja tu sobie spokojnie kawę polewam, za napiwki dziękuję, zaczepkom się nie daję. Ludzie biorą mnie za Ukrainkę, chwalą polski i to czasem wkurwi, ale... Zresztą co ja ci, zdrajco, tłumaczę? Sam przecież wiesz. Poczekaj.
Odwróciła się i wypięła kolbę z ekspresu. Nasypała świeżej kawy, wpięła kolbę z powrotem, podstawiła filiżankę. Wszystkie ruchy były pewne, zautomatyzowane, wyuczone i kompletnie pozbawione znamion flirtu z kimkolwiek. Nie było kręcenia biodrami, zmysłowego odchylania głowy, wodzenia ręką po szyi czy przestępowania z nogi na nogę, by podkreślić kształtne łydki opięte ciemnym nylonem. Wszystko w niej opowiadało historię, jaką sobie zawczasu przygotowała, by móc tutaj pracować, i wyraźnie dbała o każdy jej detal. Loki nie mógł jej za to nie podziwiać.
- Dziękuję - powiedział, gdy postawiła przed nim kawę. - A wykałaczki?
- Zwracasz nimi uwagę - odpowiedziała. - A ostatnie, czego mi trzeba, to... Tak, proszę pana? Już podchodzę.
Znowu odeszła na chwilę, a Loki ujął filiżankę za ucho i raz jeszcze odwrócił się na hokerze, tym razem opierając łopatki i łokieć o kontuar. W międzyczasie z baru wyszedł jeden zaopiekowany ze swoim aniołem stróżem i w lokalu zostało tylko trzech skrzydlatych. Dwóch stało z rękami splecionymi na kroczu i rozglądało się na wszystkie strony niczym agenci Secret Service na służbie. Trzeci kibicował małemu chłopcu w rozgrywce na przenośnej konsoli.
Za przeszkloną szybą oddzielającą bar od szerokiego korytarza terminalu przeszła najpierw skłócona rodzina z rozbrykanym dzieckiem, a chwilę później pilot w niebieskim mundurze ciągnący za sobą niewielką walizkę na kółkach. Rodzina miała Stróża, pilot nie, co Kłamcy wcale nie zdziwiło. Kiedyś usłyszał, że chyba żaden pilot na świecie nie jest wystarczająco wierzący, a do tego większość z nich dość pogardliwie wypowiadała się na temat aniołów, gdy raz czy drugi prasie zdarzyło się nazwać tak kogoś z branży.
"Tak, latam", powiedział kiedyś nowojorski as lotnictwa William O'Dowd po tym, jak posadził maszynę z zablokowanym podwoziem na wiejskiej drodze gdzieś w Pensylwanii. "Tak, czuwam nad powierzonymi mi ludźmi. Ale póki nie sprawdziliście, czy mam czym ruchać, nie nazywajcie mnie, proszę, aniołem. Czy biblia nie mówi aby, że oni nie mają jajec? No i to lądowanie nie było żadnym cudem, tylko wynikiem tysięcy godzin spędzonych w symulatorach i w powietrzu!" Lokiemu bardzo spodobała się ta wypowiedź, a o anielskich interwencjach w lotnictwie w sumie nie wiedział, co ma myśleć. Miał wrażenie, że póki ktoś patrzy na ręce tym z kontroli lotów, piloci mogli się obchodzić bez opieki.
- Po co przyszedłeś, Loki? Bo chyba nie na tę podłą kawę. - Swietka wróciła i zabrała się za polerowanie szklanek.
- Nie jest taka zła, choć faktycznie do włoskiej...
- Przyszedłeś mnie zabrać? - weszła mu w zdanie.
Odwrócił się do niej i spojrzał jej w oczy.
- Raczej wynająć - powiedział po długich sekundach, podczas których, miał szczerą nadzieję, kobieta przeanalizowała sobie swoją sytuację. - Kilka dni, nie więcej, ale koniecznie dzisiaj.
Powoli, z rozmysłem pokiwała głową.
- Za pół godziny kończę zmianę - powiedziała. - Dodaj do tego jeszcze kwadrans na przebranie i będę gotowa. Akurat zaczynałam urlop, więc masz szczęście.
Loki zerknął na zegarek na ścianie.
- Dobrze, pasuje - uznał, zupełnie lekceważąc uwagę o swoim rzekomym szczęściu. Sięgnął po portfel i wyjął z niego sześć dwustuzłotowych banknotów, które Tilloni musiał kupić jeszcze w Rzymie. - Robiłaś tu jakieś swoje akcje po tym, jak pola zamieniły się w lotnisko?
Lewy kącik jej uniósł się lekko.
- A ty spałeś z kimś, odkąd twoja żona zapadła w śpiączkę?
- W punkt. Dobra, masz tu pieniądze, wybierz sobie jednego z tych swoich dzieciaków, ale takiego wiesz, żeby nie było go na listach zaginionych. Nie może też jednak wyglądać jak wsiok z dziewiętnastowiecznej roli. Ma udawać twojego syna, więc...
Widział, jak jej twarz się spina, a górna warga unosi, by obnażyć obleczone w żelazo zęby. Przypomniał sobie, że tak czasem mówiono na jej podobne. Baba o żelaznych zębach. Uniósł dłoń, by ją uspokoić.
- Potrzebuję stosownych zeznań złożonych na policji przez małoletniego świadka. Mógłbym to zrobić sam, ale raz, że i tak potrzebowałbym matki...
- Mogę być twoją matką - zaproponowała ochoczo.
Roześmiał się.
- Jesteś ode mnie młodsza, Swietka. Dużo młodsza. Poza tym, żebym to mógł być ja, musiałbym skorzystać z iluzji, a tę skrzydlaci, czy też, jak na nich mówisz, szarzy, przejrzą raz-dwa. Potrzeba mi kogoś, kto ma duszę. Nawet jeśli to zbłąkana, wiecznie potępiona dusza. Oboje, ty i twoje małe i duże zdobycze, spełniacie warunek.
Barmanka podrapała się za uchem. Ktoś zawołał ją z drugiego końca baru, ale dała gestem znać, by poczekał.
- Zastanowię się - powiedziała w końcu.
- Nie, Swietka. - Loki przepił do niej filiżanką. - Po prostu to zrobisz. Najdalej za godzinę poleziesz do swojego siedliszcza, wygrzebiesz zeń najbardziej podobne do siebie dziecko, skoczycie taksówką do H&M-u i na Centralny. Starczy ci na pociąg tam i z powrotem do Wrocławia. Weź sobie pierwszą klasę. Po drodze opowiesz dzieciakowi, co widział. Masz to... o tutaj, proszę bardzo, zapisałem wszystko w samolocie. A, i najlepiej będzie, jeśli według wersji dzieciaka ci ruscy mafiozi będą mieli twarze chłopów, których kiedyś zabrałaś. Dasz sobie z tym radę, prawda?
Zmrużyła oczy i ściągnęła usta.
- Jesteś gnojem, Loki - warknęła w końcu.
Zgodził się skinieniem, po czym dopił kawę i wskazał palcem wnętrze pustego kubka.
- Jeszcze jedną, przede mną długi dzień.
Wzięła od niego filiżankę i już się miała odwrócić, gdy nagle przyszło jej do głowy coś jeszcze.
- Nie mamy dokumentów.
- Zgadza się. Udawaj, że jesteście Ukraińcami. Wszystko masz zapisane w tym, co dostałaś, całą historię.
- Zatrzymają nas.
Loki wzruszył ramionami.
- Oczywiście, a potem albo się wami zajmą, albo wezwą kogoś od emigrantów, kto zabierze was do ośrodka. I jak myślisz, czym szczególnym będzie się ten ktoś wyróżniał?
Nie musiała długo się zastanawiać.
- Wykałaczką w gębie?
- Brawo, Swietka. - Puścił do niej oko. - To, co mówią o inteligencji południc, jest dla was mocno krzywdzące.
***
Bilet na samolot do Wrocławia kupił już na jeden ze swoich własnych, choć jeszcze niespranych aliasów. Spośród trzech dostępnych opcji wybrał tę, która dawała mu kilka godzin w Warszawie; wyszedł z założenia, że powinien się przebrać i może zjeść coś na mieście.
Do Galerii Mokotów dojechał taksówką, mając dziecinną frajdę z tego, jak udało mu się wkręcić taryfiarza na starą sztuczkę z wydawaniem reszty. Miał zapłacić trzydzieści pięć złotych, wyszedł z dwudziestką do przodu i podziękowaniami za uczciwość, na którą mało kto się dziś zdobywał.
Na mapce galerii wyszukał salony mody męskiej i wytypował jeden, którego nazwa nic mu nie mówiła. Udał się do niego, budując w głowie wytłumaczenie, dlaczego, skoro miał na sobie dzieło włoskiego mistrza, zdecydował się na zakupy w podrzędnym salonie dla mas. Wątpił, by ktokolwiek miał go o to zapytać, ale szanse, że ktoś zwróci uwagę i się zaciekawi, były całkiem spore. A skoro zaciekawi się sprzedawca, to i jego potencjalny Stróż. Ten co prawda raczej Lokiego nie pozna, ale będzie mógł sczytać wierzchnią warstwę jego myśli. Jeśli którakolwiek wzbudzi wątpliwości, w anielski światek pójdą plotki, że jest w kraju. To zawsze utrudniało mu pracę.
Ostatecznie wymyślił sobie, że jest księdzem z Włoch, wysoko postawionym urzędnikiem Watykanu, który właśnie przyleciał do Warszawy i kupuje coś na szybko w galerii, gdyż nie chce się obnosić z bogactwem. To powinno być względnie proste, wystarczyło tylko przez jakiś czas myśleć po włosku o wszystkim związanym z Kościołem poza, rzecz jasna, aspektami duchowymi. Brakiem Stróża też się nie martwił. Słyszał, że w Watykanie godnymi boskich ochroniarzy byli tylko papież, kilku szeregowców z jego szwajcarskiej gwardii i matka Joanna, która to podobno skrzydlatych nawet czasem widywała i przeganiała z grządek watykańskiego ogródka.
Już na miejscu okazało się, że martwił się niepotrzebnie. Sprzedawca, młody chłopak z brodą sięgającą węzła krawata i włosami spiętymi w samurajski kucyk, nie miał anielskiego towarzystwa. Sądząc po zdegustowanej minie, z jaką zmierzył Kłamcę, gdy ten wszedł do salonu, na eleganckiej modzie męskiej też znał się o tyle o ile.
- W czymś pomóc? - zapytał, nawet nie podnosząc się z krzesła.
- Znajdę sobie - odparł Loki.
Wybrał klasyczny krój, stonowany błękit, do tego czarna koszula i srebrne spinki ze znaczkami dolarów. Przebrał się od razu, kołnierzyk koszuli wyłożył na kołnierz marynarki, a włosy spiął w kucyk. Zapłacił kartą Włocha, do której nie znał PIN-u, ale powtórzył numer z restauracji - wykreował zgodność i akceptację transakcji na terminalu. Za paragon podziękował.
- Reklamacja nie będzie możliwa - zauważył sprzedawca.
- Ufam ludziom - odparł Loki.
Powłóczył się jeszcze po galerii, kupił kilka rzeczy, a potem na kolejnej tego dnia kawie przeczytał jeszcze raz wszystkie notatki, jakie stworzył pod tę robotę od chwili, gdy anioł Rizel zapłacił mu pudełko piór. Nie było tego dużo, ale zawsze uważał, że dobre kłamstwo to delikatna sugestia, a nie zawracanie rzeki kijem. Im mniej będzie w tym wszystkim jego, tym lepiej. Swietka z dzieciakiem i to, co zamierzał uzyskać od wrocławskiego biznesmena Krzysztofa Fikała, powinno załatwić sprawę. No i jeszcze teatr. Bez teatru przecież nic nie byłoby kompletne.
Godzinę później wrócił na lotnisko, upewnił się, że południca skończyła służbę i grzecznie ustawił się do kolejki odprawy. O tej porze Stróżów na lotnisku było więcej, ale żaden nie zwrócił na Kłamcę uwagi.
Dzielnica Krzyki, Wrocław, Polska
Patrzyli na siebie niczym rewolwerowcy w starym westernie, brakowało tylko świstanego przez zęby, znanego na cały świat motywu. Ryjek wiedział, że to on powinien się odezwać pierwszy, skorzystać z autorytetu, jaki dawała mu służba w policji i to, że stojący naprzeciw niego mężczyzna znał go nie jako sąsiada Jakuba z góry, tylko jako komisarza Ryjka. Powinien z tego skorzystać, zaatakować słownie, przejąć kontrolę. Tego uczono go na zajęciach z komunikacji kryzysowej jeszcze w Szczytnie.
W głowie miał jednak kompletną pustkę, a wszystkie rozwiązania wydawały mu się na dłuższą metę nieodpowiednie. Powie, że zobaczył uchylone drzwi i wszedł? Kupi mu to może kilka sekund, zanim gospodarz zapyta, czemu w takim razie się zamknął.
Powiedzieć, że ma nakaz i jest tu służbowo? To samo pytanie co wcześniej, a dodatkowo Kozłowski z pewnością zadzwoni do adwokata, ten sprawdzi blef i Ryjek będzie ugotowany.
Myśl, cholera, myśl, nakazywał sobie w głowie komisarz, jednocześnie obserwując, jak z twarzy gospodarza znika powoli bezbrzeżne zdumienie, ustępując miejsca gniewowi. Szeroko otwarte oczy zwęziły się do małych szparek, nozdrza drgały jak u nerwowego konia, napięły się ścięgna na szyi.
- Co ty tu, kurwa mać, robisz?! - wydyszał w końcu przez zaciśnięte zęby, a jego dłonie zacisnęły się w pięści; lewa na uchwycie siatki z zakupami, prawa na kluczach. - Co robisz w moim, kurwa, domu?!
I wtedy, jakby te właśnie słowa stanowiły hasło do sejfu ze wszystkimi rozwiązaniami, Ryjek uzmysłowił sobie, że wie, co powinien odpowiedzieć. Pociągnął nosem, potarł kantem dłoni szczękę, jak to zauważył u Butcha, i wyszczerzył się w drapieżnym, choć również w jakiś sposób rozbawionym grymasie.
- Ratuję ci dupę, sąsiedzie - odparł. - Wystarczy, że jeden z nas okazał się w życiu idiotą i za to zapłacił.
Powiedział to pewnie i gładko, z zadowoleniem dostrzegając, jak gniew gospodarza wycofuje się, ustępując miejsca skonsternowaniu. Tym razem komisarz nie zamierzał oddawać inicjatywy. Szybkim krokiem udał się do łazienki, skąd wyszedł z białą koszulą, na której mokrym kołnierzyku widniał niesprany do końca ślad szminki. Ryjek podsunął go Kozłowskiemu pod nos jak dowód największej zbrodni.
- Wiesz, ile to jest warte? - zapytał. - Wiesz ile?!
- Ile? - Zezujący na kołnierzyk Kozłowski słusznie uznał, że to nie było pytanie retoryczne.
- Tyle. - Ryjek cofnął się o krok, by ręką z koszulą zatoczyć w powietrzu koło. - To mieszkanie, twój samochód i alimenty tak wysokie, że się, chłopie, posrasz. Wszystko dlatego, że twoja głupia niunia, jednorazowa zabaweczka, jest na tyle głupia, że nie wie, czym się kończy odwalanie glonojada na kołnierzyku żonatego faceta. Może jeszcze malinkę ci zrobiła, co?
Rozbłysk czerwieni na policzkach Kozłowskiego uświadomił komisarzowi, że trafił. Ryjek pokręcił głową.
- Masz szczęście, chłopie, że mój kapuś cię przyuważył i skojarzył ze mną. Cholerne szczęście. Zwłaszcza że to już nie pierwszy raz, nie? Co ty myślisz, że stara cię nie podejrzewa? Że tępa jest?
Kozłowski milczał, drapiąc się kluczami po guziku koszulki polo.
- Jak tu wszedłeś? - zapytał w końcu.
- Drzwiami, a jak niby? - Ryjek wzruszył ramionami. - Otwarte było.
Prostota i bezczelność tej odpowiedzi były dla Kozłowskiego niczym kolejny cios w miękkie. Spojrzał na trzymane w dłoni klucze, zupełnie jakby widział je po raz pierwszy, i pewnym było, że usilnie się zastanawia, czy faktycznie przed chwilą otwierał nimi drzwi, czy nie.
- Do obcego domu? - zapytał w końcu. - Przecież tak nie wolno.
- A ruchać wyszminkowane małolaty to wolno? - Ryjek jeszcze raz zamachał koszulą. Zablefował z tą małolatą; nie wiedział, ile lat miała kochanka sąsiada. Wyglądało jednak na to, że albo znowu trafił, albo Kozłowski na to akurat słowo nie zwrócił uwagi. Wyglądał na przybitego i pokonanego. Zgodnie z lekcją ze Szczytna należało teraz wyciągnąć do niego rękę i okazać zrozumienie.
- Słuchaj pan, Kozłowski - powiedział komisarz stonowanym, pełnym współczucia głosem. - Byłem tu, gdzie ty jesteś teraz, i wiele bym dał za kogoś, kto by mi w porę przypomniał o tych cholernych majteczkach w kieszeni marynarki. Za każdym razem, jak ślę pół wypłaty tej cholerze, mojej byłej, zastanawiam się, na cholerę ja je w ogóle zabierałem. No ale stało się, jak się stało, i od tamtej pory jestem w takiej dupie, że wrogowi nie życzę. A my przecież nie jesteśmy wrogami, nie, panie sąsiedzie?
Kozłowski milczał dobrą minutę. Z zewnątrz dobiegł ich dźwięk windy, a następnie odgłos kroków niosący się echem po korytarzu.
- Nie jesteśmy - stwierdził w końcu gospodarz.
- Co nie jesteśmy? - rozległ się niemal natychmiast ciepły, kobiecy głos za jego plecami.
Kozłowski obrócił się tak gwałtownie, że niemal wytrącił z rąk żony papierową torbę.
- Już wróciłaś? - wyskrzeczał piskliwym, łamiącym się głosem. Odchrząknął zaraz nerwowo, a klucze w jego ręce rozdzwoniły się w takt drżenia.
- Dobrze się czujesz, Krzysiu? - Gospodyni, niewysoka kobieta po trzydziestce o ładnej, pucułowatej twarzy zmarszczyła czoło zaniepokojona. - Wyglądasz, jakbyś miał... O, panie komisarzu, nie zauważyłam pana. Coś się stało?
Ryjek mimowolnie uśmiechnął się smutno, jak to robił zawsze, gdy ludziom zdarzyło się tak właśnie reagować na jego obecność. Jakby był heroldem złych nowin, forpocztą nadchodzących kłopotów.
- Nic się nie stało, sąsiadko - odparł, siląc się na spokój. Zdał sobie sprawę, że w ręce wciąż trzyma koszulę Kozłowskiego, więc teraz uniósł ją, pokazując kobiecie ślad szminki. - Ja właściwie do pani, bo problem mam i nie wiem, jak się z nim uporać. Czym się spiera takie plamy?
- Szminka? - Z twarzy Kozłowskiej w mig zniknęła troska. - Och, panie komisarzu. Jaki facet spotyka się z kobietami, które nie odróżniają męskich ust od kołnierzyka? Pan to da, zaraz odplamiacza użyję.
Wzięła koszulę od Ryjka i przyjrzała się jej uważnie, a komisarz zdał sobie sprawę, że razem z Kozłowskim równocześnie wstrzymali oddech.
- Przynajmniej do koszul ma pan dobry gust, komisarzu - stwierdziła w końcu. - Taką samą kupiłam mężowi na ostatnią rocznicę.
***
Gdy wrócił do swojego mieszkania z cudzą koszulą zapakowaną do cienkiej reklamówki, Butch już tam na niego czekał. Jak poprzednio, stał przy oknie z rękami zaplecionymi z tyłu i wpatrywał się w horyzont.
- Święty nie powinien kłamać - zauważył, gdy tylko Ryjek stanął w progu pokoju.
- Anioł powinien się odpierdolić - odparował komisarz, rzucił torebkę na stół i ciężko opadł na fotel. - Ostatni raz zrobiłeś mi taki numer albo więcej się tu nie pojawiaj. Anioł nie anioł, oczami przed sąsiadami świecić nie będę. Mógł mnie oskarżyć o włamanie!
Butch odwrócił się bardzo powoli, uważnie przyjrzał się Ryjkowi i skinął głową. Była w tym geście majestatyczność uderzeń starego dzwonu i powaga oznajmianej przez niego uroczystości.
- Ostatni raz - zapewnił. - I przepraszam, czasem wychodzi ze mnie służbista. Zadra ciągle mi to wypomina.
- Zadra?
- Mój partner.
- Nazywa się Zadra i jest aniołem Winy? Ktoś tam u was musi mieć niezły ubaw z tym nazewnictwem.
Butch usiadł na krześle, dłonie położył na kolanach.
- WINA, nie Winy. I wróćmy do sprawy, dobrze? - zaproponował.
- Jasne - zgodził się Ryjek. - Zacznij od tego, skąd wiesz, że to...
- ...nadużycie pierwszego stopnia.
- No właśnie.
Butch zamyślił się.
- Chyba powinienem zacząć od wyjaśnienia ci modelu działania Stróżów - stwierdził. - Tych wspomnianych przeze mnie wcześniej zasad.
- Tak, to może być dobry początek. - Ryjek podniósł się z fotela. - Przejdziemy do kuchni? Kawy chcesz może?
- Przejdziemy. I nie piję. A zasady są następujące. - Butch również wstał. Idąc za Ryjkiem do kuchni, odliczał na palcach. - Po pierwsze, ze względu na deficyt aniołów wprowadzono ograniczenia w przyznawaniu opieki. Aniołów nie mają ateiści i innowiercy, anioł przyznawany jest na komórkę rodzinną, nie osobę, anioł...
- Ale czekaj, jak? - przerwał mu Ryjek. - Klonuje się, żeby łazić za każdym czy co?
- Nie, po prostu szacuje potencjalne ryzyko i wybiera jednostkę najbardziej zagrożoną. To jego odpowiedzialność, z której jest rozliczany.
- Rozliczany?
Butch potwierdził skinieniem.
- Zasadniczo dopuszcza się trzy błędy, po czym następuje pozbawienie funkcji i degradacja. Zwykle do Chórów.
Ryjek dał znak ręką, że na ten moment mu wystarczy. Nasypał do szklanki kawy i cukru, przypomniał sobie o włączeniu czajnika, a jednocześnie trawił to, co właśnie usłyszał. Gdy już uznał, że mniej więcej rozumie, zakręcił palcem młynka.
- Kontynuuj.
- Praca Stróża to praca podwyższonego ryzyka - podjął Butch - a do tego objęta szeregiem wewnętrznych ograniczeń. Możliwości Stróża zwiększa modlitwa podopiecznego, im gorliwsza i precyzyjniej ukierunkowana, tym lepiej. Anioł nie może celem przeprowadzenia swoich interwencji wpływać na osoby trzecie czy ingerować w naturalne skutki podjętych wolną wolą decyzji, czego byłeś świadkiem, a wszelkie działania bezpośrednie są ścisłego rozrachunku i muszą zostać na wezwanie streszczone i uzasadnione w szczegółowym raporcie.
- Przerąbane - mruknął Ryjek. - Gorzej niż u nas.
- Rzecz w tym - mówił dalej Butch - że o ile anielska prawdomówność wpisana jest w akt stwórczy wszystkich aniołów powstałych po Lucyferze i jego zwolennikach, i wypełnia się sama z siebie, o tyle regulamin służby anielskiej został stworzony na mocy dekretu Tronów i Zwierzchności, a więc działa jak zwykły regulamin.
Ryjek wiedział, co to znaczy. Zwykły regulamin to taki, który można czy to nagiąć, czy po prostu zinterpretować na swoją korzyść. Czasem, wiedział to przecież z doświadczenia, nie tylko dla swojej wygody, ale dla dobra większej sprawy. Po prostu nie powstało jeszcze, i pewnie nie powstanie, żadne ludzkie prawo zdolne uporać się ze wszystkimi problemami i komplikacjami, jakie w każdej chwili mógł zgotować świat. I pewnym pocieszeniem dla komisarza była myśl, że ludzie w owej niedoskonałości legislacyjnej nie byli osamotnieni.
- Chyba rozumiem - powiedział w końcu. - Liczba aniołów jest ograniczona, są przepracowane, w dodatku angażują się osobiście jak ten na dole... Swoją drogą, co z nim?
- Tajne.
- A - westchnął Ryjek. - Więc tak się bawimy, dobra. W każdym razie rozumiem, że z różnych pobudek aniołowie naginają zasady regulaminu, a twoim zadaniem jest ich za to wyłapywać, tak?
- Zgadza się.
- No to teraz kilka pytań.
- To już było pytanie - doprecyzował Butch. - Przed chwilą zapytałeś mnie...
Czajnik kliknął, Ryjek podniósł go i zalał sobie kawę. Zwyczajowo zaciągnął się jej aromatem, odstawił czajnik, zamieszał zawartość kubka i postukał łyżeczką o krawędź.
- Kilka dodatkowych pytań - doprecyzował. - Po pierwsze, dlaczego Bóg zwyczajnie nie dorobi więcej aniołów?
- Tajne - odpowiedział Butch tym samym tonem.
- Nawet dla świętego? - Ryjek uśmiechnął się z przekąsem.
- Szczególnie. Następne pytanie?
- Jeśli aniołowie nie mogą kłamać, nie wystarczy, że zapytasz, czy zrobił coś nie tak?
- Wystarczy - przyznał Butch.
- Więc czemu tego nie zrobisz?
- Bo nie wiem którego. A regulamin nakazuje nam, agentom WINA, podejmowanie czynności z uwzględnieniem pracy Stróżów i w taki sposób, by w miarę możliwości nie utrudniać im wykonywania obowiązków.
Ryjek pokiwał głową. Dmuchnął na powierzchnię kawy i upił łyk, czując, jak zmielone drobinki, które jeszcze nie zdążyły opaść na dno, przyklejają mu się do górnej wargi. Słodko-gorzki napój sparzył mu język, znajome ciepło rozlało się po gardle i przełyku. Lubił ten stan. Kojarzył mu się z pracą. Zawsze, gdy potrzebował wbić w umyśle wyższy bieg, robił sobie taką zalewajkę.
- Mów o tej sprawie. Skąd wiesz, że w ogóle coś jest na rzeczy i ma związek z, jak to nazwałeś, nadużyciem?
- Plotki na mieście.
Rozbawiony komisarz parsknął lekko. Podobnie jak z podejściem do regulaminu, uznał, że miło było znaleźć z aniołem punkty wspólne. Dawało to w całym tym szaleństwie poczucie, że pewne rzeczy są jednak niezmienne, jak chociażby to, że dziewięćdziesiąt procent roboty śledczej to słuchanie, co mówi ulica, i skrzętne kolekcjonowanie kapusiów.
- Jakiś czas temu - zaczął wyjaśniać Butch - decyzją archaniołów eksperymentalnie wprowadzono do specjalnej służby nordyckie bóstwo imieniem Lo...
Ryjek zakrztusił się kawą.
- Że kurwa co?! - wycharczał, odstawiając kubek. Zakaszlał kilka razy, splunął do zlewu i otarł załzawione oczy. - Jak to nordyckie bóstwo?
- No normalne. - Butch, nieco zdziwiony, wzruszył ramionami. - Dwie ręce, dwie nogi, niewyparzony język. Bóstwo. Istota mityczna. Owoc wiary.
- To one też istnieją?
Z miny Butcha dało się wyczytać, że dopiero teraz załapał, z czym problem. Sapnął i przejechał dłonią po twarzy.
- Tak, istnieją, a właściwie istniały bóstwa wszelkich możliwych wierzeń i mitologii. Część z nich jest skutkiem ubocznym wolnej woli i siły ludzkiej wiary, część to przemianowane istoty wyższe, jak choćby anioły upadłe, które zatraciwszy tożsamość pierwotną, uwierzyły w wymyślone im przez ludzi role. Skomplikowane. Jak będziesz chciał, potem zabiorę cię do Zadry, który zna się na tym lepiej. To jego hobby.
Wyrecytował to wszystko jednym ciągiem, jakby na jednym tchu. Ryjek wysłuchał go uważnie, ale gdzieś przez głowę przemknęła mu myśl, a właściwie wątpliwość: czy anioł w ogóle oddychał? Pierś niby mu się poruszała, ale czy to faktycznie oddychanie, czy tylko, jak to wcześniej ujął, dając mu wizytówkę, wizualizacja?
- Większości mitycznych już zresztą nie ma. Dekretem archanielskim nowa interpretacja przykazań pańskich zabrania istnienia innych bogów niż Stwórca, więc przeprowadzono masowe działania na rzecz...
- Masz na myśli anielskie krucjaty, tak?
Butch wyciągnął otwartą dłoń przed siebie i zakołysał nią. "Mniej więcej", mówił ten gest.
- A to nordyckie bóstwo, o którym wspomniałeś?
- Loki - odparł Butch w taki sposób, że Ryjek aż się skrzywił. Wiedział, że można w pozornie niewinne słowa upakować niechęć czy wręcz nienawiść. Ale intonacja anioła była odpowiednikiem siadania na niedomykającej się z nadmiaru rzeczy walizce.
- Nie jest twoim faworytem, co?
- Nie jest. - Butch energicznie potrząsnął głową. - W ogóle nie pochwalam takich metod, ale nie jestem trepem. Rozumiem, że trudne czasy, potrzebna elastyczność. Z początku Loki był od takiej właśnie elastyczności. Zabijał zdeklarowanych samobójców tuż przed aktem, by uchronić ich od automatycznego potępienia.
- Cyniczne i wyrachowane - zauważył komisarz, a anioł gorliwie mu przytaknął.
- Taki właśnie jest Loki. To bóstwo kłamstwa i oszustw. Potrafi zmienić wygląd, stać się, kim chce, i wyglądać zupełnie tak jak on. Oczywiście przed ludźmi, bo my potrafimy przejrzeć jego iluzje. Niemoralna, rozpuszczona menda o nieokiełznanej chuci i skłonności do paskudnych żartów, z rodzaju tych, jakie powinniśmy tępić w pierwszej kolejności. Ale w jakiś sposób archaniołowie uznali, że najpierw pomoże im obchodzić boskie przepisy, a następnie tropić sobie podobnych mitycznych, wciąż poukrywanych na świecie.
Ryjek upił kolejny łyk kawy. I te problemy rozumiał. Cynizm i hipokryzja przełożonych, frustracja wynikająca ze współpracy, a tak naprawdę wchodzenie w układziki z przestępczą drobnicą, byle tylko dorwać za jej pomocą wielką rybę. Jakkolwiek mu tłumaczono, że to niezbędne, jakkolwiek wspierano się wykresami wyników, uważał to za działania niegodne i zwyczajne draństwo. A widząc teraz gniew na kanciastej, poznaczonej delikatnymi liniami blizn twarzy anioła, czuł do niego coraz większą zawodową sympatię.
- Wróćmy do sprawy. Co ten Loki ma wspólnego ze Stróżami?
- Miesza im w głowach. Wymyśla, jak mogą kreatywnie obchodzić regulamin albo go nie łamiąc, albo łamiąc tak, byśmy nie mieli się do czego przyczepić.
- Na przykład?
- Na przykład, bo to, jak zakładam, jest przypadek z Michaelo Cielo, anioł mający wyjątkowo krnąbrnego podopiecznego wynajmuje za pieniądze ludzkich podwykonawców, by go chronili.
- Czekaj. - Ryjek uniósł rękę. - Czy ja dobrze rozumiem? Sugerujesz, że jakiś anioł wynajął organizację przestępczą, żeby chronić swojego...
- ...podopiecznego - podpowiedział Butch. - I tak, to właśnie sugeruję, bo to byłoby totalnie w stylu Lokiego. On tak właśnie myśli, zadaniowo. Dostał zlecenie, to je opracował, nie patrząc na inne ofiary. Chaos wojny gangów i krew na ulicach to dla niego żaden problem.
Ryjek znowu się zamyślił. Podniósł łyżeczkę, zastukał nią kilka razy o blat, odłożył. Upił kawy i wypluł drobinki do zlewu. W końcu raz jeszcze skupił wzrok na aniele.
- Jeżeli dojdziemy, przeciwko komu spiskowali zebrani w Michaelo Cielo albo kto mógłby być wspólnym mianownikiem dla całej tej szemranej ekipy...
- ...znajdziemy podopiecznego, tak. - Butch potarł podbródek kantem dłoni. - I o tym samym właśnie pomyślałem. To jak, pomożesz mi z tą sprawą?
- Tak - odparł bez wahania Ryjek. - To w końcu też moja sprawa, ale niech mnie szlag, jeśli w aktach choć spróbuję podać prawdziwy motyw tej rzezi.
Butch uśmiechnął się gorzko, cynicznie. Jak na prawdziwego glinę przystało.
- Trochę nagniesz regulamin i dopasujesz.
Ryjek znowu parsknął śmiechem.
- Jak zawsze.
Opole, Polska
Powinien go stąd zabrać. Nie tylko z tego hotelu, ale w ogóle z miasta, kraju, może nawet kontynentu. Teraz, gdy pomógł z tym przekrętem w aptece i jeszcze dokonał kradzieży leków niemal na oczach innego Stróża, nie był już tutaj bezpieczny. Do tej pory poziom ryzyka zależał od tego, czy Loki wyczyści sprawę, czy nie, a teraz wzrósł o czynnik dodatkowy. Jeśli WINA wpadnie na trop Kiresa, co może się przecież stać przypadkiem, ten nie tylko przyzna się do winy, lecz także odpowiednio pociągnięty za język opowie wszystko, co się wydarzyło. Tym samym wyda Rizela.
Wtedy nie będzie mógł się ukryć. To znaczy słyszał, że to teoretycznie możliwe, ale nie wiedział, jak to zrobić. A to znaczyło, że znajdą go raz-dwa i zapytają, po co kradł leki. Wtedy powie prawdę, a ta pociągnie za sobą kolejną i to pogrąży go już na zawsze, a jego podopiecznego zostawi bez opieki po kres żywota. Zapewne wyjątkowo krótkiego, bo Piotrek, choć nie był złym dzieciakiem, wyjątkowo łatwo pakował się w kłopoty największego kalibru.
Anioł Rizel westchnął i pogładził śpiącego chłopaka po policzku. Wyglądał teraz tak niewinnie, nawet mimo podgolonego łba i krzywego nosa z bulwą po złamaniu u nasady. Tyle wspólnych przygód, tyle sytuacji, z których udało im się jakimś cudem wyjść bez jednego przewinienia za nadużycie. Gdyby to, co teraz się stało, pasowało do tej kategorii czynu, Rizel, a więc i Piotrek, wciąż mieliby jeszcze dwa ostrzeżenia do rozłąki.
Tyle że to, co się stało, nie było zwykłym nadużyciem, nagięciem regulaminu, pomyślał Rizel. To było coś o wiele gorszego.
Otumaniony psychotropami chłopak poruszył się na łóżku, a z jego rozchylonych ust wylała się lepka strużka śliny.
Rizel wstał i podszedł do okna. Miał stąd widok na opolski dworzec kolejowy, na ludzi spieszących na pociąg, anioły pilnujące ich kroków, sprawdzających wysokość krawężników i kłócących się między sobą w przejściu nad głowami dwójki podróżnych, którzy zderzyli się w drzwiach.
- Zrobiłem, co zrobiłem, w imię miłości - szepnął w końcu, by zaraz potrząsnąć głową. Bo czy Upadły nie powiedział kiedyś podobno tego samego?
Śródmieście, Wrocław, Polska
- Pan Krzysiu musiał pilnie wyjść - powiedziała cycata dwudziestolatka do swoich wściekle różowych tipsów. - Kazał pana przeprosić i przełożyć spotkanie na najbliższy możliwy termin.
- To znaczy?
Sekretarka uniosła wzrok i skrzywiła się z niechęcią, upewniając się, że jej rozmówca to zauważył. Następnie ostrożnie, by nie uszkodzić paznokcia, stuknęła jakiś klawisz palcem wskazującym, musnęła bezprzewodową myszkę i kliknęła jej lewy przycisk.
- To znaczy w październiku - odpowiedziała, nie patrząc na monitor. - Dwudziesty siódmy o trzynastej dwadzieścia panu odpowiada?
Kłamca udał, że sprawdza kalendarz w swoim telefonie.
- Tak, odpowiada, proszę zapisać - stwierdził w końcu.
Tym ją zdziwił. Ponownie mu się przyjrzała, tym razem uważniej, lekko przekrzywiając głowę.
- Naprawdę?
- Tak - odparł z uśmiechem. - Materiały, które mam, raczej nie powinny się przedawnić, o ile pan Krzysztof sam z siebie nie planuje w międzyczasie rozwodu. Bo nie planuje, prawda?
Zobaczył, jak pod warstwą kremów, podkładów i pudrów krew odpływa jej z twarzy. Miała ładne, zielone oczy - mógł to docenić dopiero teraz, gdy zrobiły się naprawdę wielkie.
- Ja... ja nie wiem... To znaczy...
Loki sięgnął ręką przez stół i ujął delikatnie jej dłoń. Opuszkiem kciuka powiódł po paznokciu i zacmokał z udawanym przejęciem.
- Wiem, że pewnie nie zna pani wszystkich faktów i planów szefa, ale proszę odpowiedzieć tak, jak pani podpowiada serce... Czy co tam jeszcze w pani pulsowało i pęczniało od krwi w ciągu ostatnich tygodni? Dni? - Nachylił się nad blatem. - Godzin?
Zacisnął dłoń na jej dłoni i długie sekundy wpatrywał się w oczy sekretarki z powagą, by w jednej chwili wyszczerzyć się i odchylić do tyłu. Przywarł plecami do oparcia, ręce zaplótł na karku.
- Na biurowej skrzynce ma pani mail z filmowym załącznikiem. Radziłbym wyciszyć głośniki przed odtworzeniem. A już najszczerzej doradzam ponowne sprawdzenie kalendarza pana Krzysztofa. Nie zajmę mu dużo czasu. Jedna, góra dwie zmiany pozycji.
Widział, że ją kusi. Lewa ręka drgnęła, prawa przesunęła się w stronę myszki. Zamiast jednak sprawdzić pocztę, dziewczyna sięgnęła po telefon i połączyła się z numerem wewnętrznym.
Loki słuchał, jak przedstawia go jako wyjątkowo ważną i pilną sprawę, jak przeprasza i tłumaczy się z tego, że tym telefonem łamie wcześniej zawarte ustalenia. Wraz z kolejnymi odpowiedziami szefa, dla Lokiego brzmiącymi z tej odległości jak pobrzękiwanie wyjątkowo wkurzonego bąka, dziewczyna denerwowała się coraz bardziej. Paznokcie wolnej ręki wystukiwały rytm pod pasodoble, na przygryzanej wardze pojawiła się krew. Gdy w końcu odłożyła słuchawkę, wyglądała na naprawdę wykończoną.
- Może pan wejść - powiedziała, wycierając krew z wargi koniuszkiem chusteczki. - On to z panem załatwi.
- Co takiego? - zdziwił się Loki.
- No kwestię tego maila i filmu.
- Jeśli tylko będzie chciał, to oczywiście może - odparł Loki, wstając i zapinając górny guzik marynarki. - Ale nie mam pojęcia, dlaczego mielibyśmy omawiać akurat chór małych kotków miauczących Yesterday. Liczyłem, że to zostanie jednak między nami.
Mrugnął do zdezorientowanej dziewczyny i podszedł do ciemnych drzwi. Zapukał dwa razy i wszedł do środka bez czekania na zaproszenie.
Siedzący za wielkim biurkiem Krzysztof Fikał był średniego wzrostu mężczyzną o szerokim czole i pociągłej szczęce zakończonej szpiczastym podbródkiem, przez co wyglądał trochę jak kosmita ze Strefy 51, a trochę jak znak "ustąp pierwszeństwa". Ostrzyżony był na krótko, boki niemal do skóry, na górze równy, zadbany trawniczek gęstych rudawożółtych włosów. Nos szeroki, płaski jak u boksera, któremu usunięto chrząstkę.
- To ty mnie próbujesz szantażować, chuju? - zapytał Kłamcę, ledwie ten zamknął za sobą drzwi. Głos miał wysoki, nieprzyjemny, trochę jak żabi skrzek.
Loki przeszedł przez przestronne biuro, oglądając je jak potencjalny najemca. Wszystko tu było drogie, nic do siebie nie pasowało. Ani prosta lampa do obitego skórą kompletu wypoczynkowego na lwich nóżkach, ani designerska szafka do biurka, ani wreszcie artystyczne zdjęcia w antyramach do... czegokolwiek. Na jednym murzyńskie dziecko próbowało nakarmić hipopotama stokrotką. Na drugim znajdował się jaskrawy bohomaz mogący być próbą odtworzenia Rytmu jesieni Pollocka w wersji na keczup, musztardę i majonez, ale równie dobrze dzieckiem z pierwszego zdjęcia, gdy już hipcio pokazał, co sądzi o białożółtym symbolu przyjaźni.
Obejrzawszy wszystko starannie, Loki stanął na środku pokoju i wsadził ręce w kieszenie spodni.
- Nie próbuję, panie Fikał - odparł. - Urocza dziewczyna z tej pana sekretarki. Broni pana jak lwica.
Pierwsze słowa, które przyszły do głowy biznesmena, nie zostały wypowiedziane na głos. Fikał zmełł je, jakby żuł gumę, odchrząknął i dopiero wtedy się odezwał:
- Czego chcesz? I kim ty w ogóle, kurwa, jesteś?!
- Mogę usiąść? - Loki wskazał krzesło po swojej stronie biurka.
- Nie, nie możesz.
Kłamca usiadł. Założył nogę na nogę, dłonie zaplótł na kolanie.
- Straszne zamieszanie z tą włoską knajpką, prawda? - zapytał. - Taka paskudna strzelanina.
- Nie mam z tym nic wspólnego - warknął biznesmen.
- Znaczy ze strzelaniną czy lokalem? Bo ten ostatni, o ile zdążyłem się zorientować, należy do pana.
Fikał zabębnił palcami o blat.
- Jak jedna piąta tego miasta. Co z tego? I ponawiam pytanie: kim ty, kurwa, jesteś?!
Loki roześmiał się, jakby usłyszał najlepszy w życiu żart. Odrzucił głowę do tyłu, kilka razy klepnął się w udo, a potem w jednej chwili spoważniał, zmrużył oczy i spojrzał na biznesmena lodowato. Uwielbiał tę zagrywkę i samą minę. Ćwiczył ją długo przed łazienkowym lustrem, korzystając z GIF-u z Eastwoodem jako Harrym Callahanem.
- Kim jestem, śmieciu? - zapytał, modulując głos, by nadać mu chłodny, stalowy ton. - Jestem kimś, kto przyjechał posprzątać ten pierdolnik, zanim rozleje się na całe to miasto, a może i resztę kraju. Wydaje ci się, że jesteś groźny, bo imponujesz smarkatej sekretarce i wygoniłeś z kilku kamienic parę cygańskich rodzin? Bo raz czy drugi postawiłeś flaszkę paru zbirom za połamanie komuś nóg? W ciągu godziny mógłbym, nie wychodząc z tego pomieszczenia, zredukować cię do woreczka zębów i nikt by więcej o ciebie nie zapytał. Ani ta twoja laseczka, ani rodzina, ani nawet pan Józiu, który podnosi ci szlaban, gdy jeździsz do swojego ruchaj-hausu na Psim Polu. Taki właśnie jesteś wielki, dupku. Tak bardzo ważny.
Mówił cicho. Nie akcentował żadnego ze słów i nie robił żadnej miny prócz tej Clintowej. Widział, że i bez tego jego mowa zrobiła należyte wrażenie, umieściła Fikała w punkcie, w którym chciał go teraz mieć. I pomyśleć, że wszystko, czego się dowiedział, znalazł wyłącznie w sieci, snując się po wrocławskich forach i przeglądając lokalne ploteczki. Tylko tego Józia zmyślił, ale szedł o zakład, że biznesmen też nie zna imienia byle osiedlowego stróża.
Czując na sobie wzrok Fikała, Loki wstał, podszedł do barku i nalał sobie i gospodarzowi bourbona na dwa palce. Wrócił na swoje miejsce, pchnął szklankę przez blat. Biznesmen jeszcze tego nie wiedział, ale ten gest oznaczał zmianę w kursie rozmowy.
- Właściwie nie wiem, czemu ta rozmowa musiała mieć do tej pory taki przebieg, panie Fikał - podjął Loki tym samym co wcześniej tonem. - Pan zaczął ostro, mnie poniosło. A właściwie to, po co przyszedłem, nie powinno stanowić dla pana żadnego problemu. Potrzebne mi nagranie z lokalu...
- Nie ma, już mówiłem policji, że dla komfortu klientów na czas każdego spotkania biznesowego we wszystkich moich restauracjach może być na życzenie...
Loki uciszył go gestem.
- Ależ ja nie mówię o oficjalnej kamerze - wyjaśnił. - Z tej będę potrzebował tylko z pół godzinki nagrania pustego lokalu. Na pewno macie coś takiego, nie? Na podmianki chociażby, gdyby policja bardzo się upierała.
Dostrzegł, że biznesmen nabiera powietrza, więc rozbawiony pogroził mu palcem. Fikał zamknął usta.
- Krzysiu, no przecież nie zaprzeczysz. - Loki nie krył rozbawienia. - Oczywiście, że masz nagranie do podkładek i programy do jego postdatowania, bo o ile tu mogłeś się wytłumaczyć, że wyłączyłeś kamery na czas spotkania, o tyle gdyby coś się stało w normalnych godzinach funkcjonowania lokalu... No przecież sam wiesz, Krzysiu, nie jesteś amatorem. Z tego samego powodu masz też drugi monitoring na własny użytek. Co ty myślisz, że ja nie wiem, co masz na prezydenta miasta? Co masz na arcybiskupa? Krzysiu...
- Wolałbym... - Fikał przełknął ślinę, chrząknął nerwowo i uderzył się pięścią w pierś. - Wolałbym, żebyśmy wrócili do bardziej oficjalnej formy.
Loki uniósł szklankę, jakby przepijał do tej propozycji.
- Oczywiście, panie Krzysztofie - powiedział. - Widzi pan? Oto rozsądna prośba i właściwa na nią reakcja. Moja prośba też była rozsądna, więc jak rozumiem, mogę liczyć na...
- Pijany Gryzoń - wszedł mu w zdanie Fikał.
Loki uniósł brew.
- Czy pan mnie właśnie obraził?
- Nic z tych rzeczy - zaprzeczył energicznie gospodarz. - To nazwa innego mojego lokalu. Na Ostatnim Groszu. Mordownia, ale to przykrywka dla serwerowni. Tam dadzą panu wszystko.
Kłamca przyjrzał się uważnie rozmówcy. Dopił bourbona na jeden łyk, odstawił szklankę i otarł wąsy wierzchem dłoni.
- Jeśli przez wszystko rozumie pan to, o co poprosiłem, panie Krzysztofie - powiedział, wstając - to nie mogę być bardziej wdzięczny. Jeśli jednak w gratisie postanowiłby pan na przykład doliczyć kosę pod żebro, zapewniam, że takich prezentów nie przyjmuję i może się pan spodziewać natychmiastowego ich zwrotu. Rozumiemy się, prawda?
- Tak, panie... - spróbował Fikał, ale Loki nie zamierzał się w to bawić.
- Panie w zupełności wystarczy. Dziękuję.
Wyszedł i zamknął za sobą drzwi gabinetu. Zrobił to na tyle cicho, że siedząca przy biurku dziewczyna nawet się nie odwróciła. Kłamca upewnił się, że nikt go nie widzi, cicho westchnął i nałożył na siebie pełną iluzję Krzysztofa Fikała. Odtworzył sobie w głowie jego głos i cichutko powiedział na próbę kilka słów, by się upewnić, że umie się nim posłużyć. Dopiero wtedy podszedł bezszelestnie do dziewczyny i położył jej ręce na ramionach.
Spięła się i odwróciła gwałtownie, a dostrzegłszy minę szefa, uniosła brwi.
- A jak nas ktoś zobaczy? Ten klient na przykład?
Loki uśmiechnął się, boleśnie świadom, że grymas, który ona widzi, zdecydowanie nie jest tym, który zwykł i lubił pokazywać światu.
- Posiedzi sobie u mnie, ma dupek parę rzeczy do przemyślenia.
W jej oczach pojawił się błysk złośliwej satysfakcji.
- Uderzyłeś go?
- Powiem tylko, że nie chciałbym być w jego skórze - odpowiedział, po czym cofnął się, odciągając do tyłu jej krzesło. - Chodź, potrzebuję się trochę rozluźnić. Pomożesz mi.
- Jak zawsze - odparła.
Pokręcił głową z rozbawieniem.
- Tym razem będzie na swój sposób wyjątkowo.
Wrocław, Polska
- Nie rozumiem, dlaczego upierasz się na samochód - powiedział Butch, gdy już opuścili mieszkanie i szli koślawym chodnikiem o popękanych płytach w stronę wykupionego przez komisarza miejsca parkingowego. - Przecież mogę nas tam przenieść w moment, a tu naprawdę liczy się czas.
- Więc możesz się przenieść i tam na mnie zaczekać - odparł Ryjek. By mówić swobodnie i nie budzić zdziwienia sąsiadów, zdecydował się na słuchawki z mikrofonem do telefonu. Kiedyś dawno temu uznał je za idealny kamuflaż dla wszelkiej maści wariatów, ludzi gadających do siebie lub konwersujących z Bogiem. Dziś ta ironia losu nawet go trochę rozbawiła. - Ja nie będę się z tobą teleportował, bo to nie jest pieprzony Star Trek. No i jak się nagle potem rozmyślisz i znikniesz, to będę co, tramwajem jeździł jak zwykły... Ej, co jest, kurwa?!
Wyszli właśnie zza rogu i Ryjek dostrzegł, że na jego miejscu stoi nieznany mu samochód. Kierowcy wielkiego srebrnego SUV-a najwyraźniej nie przeszkadzał namalowany na kawałku betonu numer rejestracyjny samochodu komisarza i napis "Nie zastawiać", przymocowany do siatki znaczek grożący odholowaniem uznał za nieistotny, a składany słupek okazał się dlań tak kłopotliwy, jak mocny był pałąk małej kłódki z Tesco, czyli niezbyt. Gdy komisarz podszedł bliżej, dostrzegł w pobliskiej trawie resztki tandetnego zabezpieczenia.
- Gdzie jest mój samochód, do cholery?!
Stojący niedaleko dwaj magazynierzy z osiedlowego Carrefoura Express, lokalny żulek i kierowca, który przywiózł późną dostawę napojów, przerwali rozmowę nad papierosem i zaczęli mu się uważnie przyglądać, wietrząc dramę. Butch założył ręce na wielkiej piersi niczym Chandlerowska wersja dżina z baśni o Alladynie.
- To może jednak się przeniesiemy? - zapytał.
Ryjek łypnął na niego spode łba. Przyklęknął, by podnieść uszkodzony kawałek kłódki, i przyjrzał się pękniętej czerwonej obudowie. Wstał, po czym wyjął telefon, zrobił zdjęcie zniszczonemu mieniu i kilka zdjęć SUV-owi. Wysłał je gdzieś i wybrał numer.
- Grzesiek? Cześć, to ja... Tak, pamiętam o wizycie, ale mogę nie zdążyć... Grzesiu, Grzesiek... poczekaj... Stój, kurwa! Potrzebuję wiedzieć, gdzie jest mój wóz... Tak, zamierzam prowadzić i naprawdę nie interesuje mnie, co masz do powiedzenia na ten temat!... - Zerknął na Butcha i przewrócił oczami. - Nie, czekaj, to nie tak. Po prostu... Dobra, i tyle chciałem wiedzieć. Dobra, dzięki... No? Jak ze sprawą, to mów...
Minęły kolejne dwie minuty, podczas których Ryjek przechadzał się nerwowo po parkingu, zadawał pytania i potakiwał. Butch przyglądał mu się z oddalenia z narastającym zniecierpliwieniem. Kilka razy miał już coś wtrącić, ale ledwie otwierał usta, Ryjek dawał mu znak, że jeszcze nie teraz. W końcu komisarz rozłączył się i schował telefon do kieszeni.
- To tak - zaczął. - Z postępów w sprawie mamy świadka wydarzeń.
- To chyba dobrze? - upewnił się Butch. - Bo twoja mina...
- Średnio dobrze - wyjaśnił Ryjek. - To dzieciak, w dodatku mały Ukrainiec. Jest tam z matką, nie mają papierów, domagają się ochrony i obywatelstwa w zamian za informację. Do gadki z nim potrzebny nam i prokurator, i psycholog, i pewnie jeszcze tuzin ludzi, więc szybko go nie przesłuchamy.
- Ja mógłbym od razu - zaproponował Butch. - Wniknę mu w myśli i...
Ryjek pokręcił głową.
- Później. Jeśli możesz, wyślij tam kogoś. Może tego swojego partnera, co mówiłeś, albo coś. My jedziemy gdzie indziej.
Butch zmarszczył czoło.
- Dlaczego gdzie indziej, skoro mamy świadka?
- Bo mamy też właściciela lokalu, o którym, tak się składa, sporo wiem, i mogę podejrzewać go o najgorsze. Pewnie ma sekretne nagranie spotkania i masę innych ciekawych rzeczy, których mi nie da, ale o których pomyśli, gdy go odpowiednio zapytam. A skoro ty czytasz w myślach, to...
- Nie mogę zdradzać ludziom myśli innych ludzi - stwierdził Butch.
- A ja w swojej pracy śledczej pomagać aniołom - odparował Ryjek.
Zmierzyli się na spojrzenia i stali tak wpatrzeni w siebie długie sekundy, aż w pewnej chwili zjawił się przy nich radiowóz. Młody okularnik w mundurze, który wyskoczył zza kierownicy, zasalutował niedbale Ryjkowi.
- Dostaliśmy zdjęcia od pana, komisarzu, i mam się zająć tematem. To pana miejsce parkingowe? Chce pan, żeby go odholować? - Wskazał na przestrzeń zajętą przez SUV-a.
Ryjek nie odpowiedział, wciąż wpatrzony w oczy Butcha. Wreszcie anioł skapitulował.
- Wyślę Zadrę do tego dzieciaka, a sam zabiorę się z tobą do tego człowieka, o którym mówisz. Ale po pierwsze, teleportuję cię tam, a po drugie, udzielę ci odpowiedzi tylko na te pytania, które wiążą się z tym śledztwem, jasne?
- Tak - odparł Ryjek hurtem na wszystkie pytania obu swoich rozmówców. I nagle zdał sobie sprawę, że choć wzorem swoich idoli książkowych i filmowych ze starych kryminałów zawsze starał się oszczędzać słowa, to właśnie osiągnął na tym polu mistrzostwo.
***
Dotarcie na miejsce zajęło im niecały kwadrans. Byliby szybciej, ale Ryjek uparł się, by zmaterializować się w podziemnym garażu, w punkcie bez działających kamer, więc Butch musiał najpierw takiego poszukać. Potem, w holu, długo czekali na windę, bo jedną ktoś blokował na szóstym piętrze, a druga nie działała. Gdy w końcu dotarli na górę, pokonali korytarz i rozsuwane drzwi z mlecznego szkła, znaleźli się w przestronnej recepcji biura wrocławskiego biznesmena Krzysztofa Fikała. Tyle było na drzwiach, w logotypie i tyle wystarczało. Jeśli ktoś już tu trafiał, wiedział, czym biznesmen się zajmował. I albo chciał mieć w tym swój udział, albo chciał go za to aresztować.
Ryjek wiedział, że wojewódzka kilka razy była całkiem blisko złapania Fikała, ale zawsze jakoś się im wymykał. Przypisywano to kontaktom w Warszawie, sympatyzowaniu z obozem władzy, koneksjom rodzinnym. Zdaniem komisarza kluczowe było to, że facet był wyjściowo bogaty i z natury śliski. Tacy nigdy nie rządzą światem, ale zawsze wchodzą gładko, gdzie chcą, i w razie czego wyślizgują się niezauważeni. Ryjek miał wielką ochotę rzucić teraz filmowym "nie tym razem", ale przypuszczał, że ta sprawa też raczej nie zmieni wyniku starcia Fikał kontra policja. Choć na ciekawe informacje i materiały szansa była spora.
Powitała ich młoda, dobrze wyglądająca sekretarka. Była nieco rozkojarzona, ale widok legitymacji Ryjka przywrócił ostrość jej spojrzeniu. Skrzywiła się lekko, uniosła słuchawkę i połączyła się z biurem za swoimi plecami. Zaanonsowała komisarza ogólnie jako policję, odpowiedziała twierdząco na zadane jej pytanie i odłożyła słuchawkę.
- Może pan wejść - powiedziała. - Kawy?
- Poproszę.
Gdy komisarz wszedł do gabinetu Fikała, ten stał już na środku pokoju, a Butch, który zniknął gdzieś w trakcie rozmowy Ryjka z sekretarką, zmaterializował się przy oknie i swoim zwyczajem zaplótł ręce z tyłu.
- Komisarz Jakub Ryjek, wydział... - zaczął Ryjek, ale szeroko uśmiechnięty Fikał machnął ręką na znak, że to zbyteczne.
- Znamy się, panie komisarzu - stwierdził, by zaraz doprecyzować. - To znaczy nigdy się nie spotkaliśmy, ale ja znam pana, bo tak się składa, znam wszystkich policjantów w moim mieście, a pan zna mnie, bo to... no cóż, moje miasto.
Przy ostatnich słowach rozłożył ręce, jakby pytał, co może na to poradzić. Stało się i już.
Ryjek nie dał się sprowokować. Odpuścił sobie wszystkie cisnące mu się na usta słowa i skinął tylko lekko głową na znak, że gotów jest zgodzić się na pominięcie formalności.
- Przyjechałem do pana w sprawie... - przerwał, bo właśnie otworzyły się drzwi i do pomieszczenia weszła sekretarka.
Bez słowa przeszła przez gabinet i wypięła się, stawiając tacę na niskim stoliczku zestawu wypoczynkowego. Gdy wychodziła, Ryjek słyszał szelest jej trących o siebie nylonowych pończoch. Uśmiechnął się do Fikała, który odpowiedział podobnym grymasem, choć zrodzonym ze zdecydowanie innych pobudek. Biznesmen był przekonany, że to spojrzenie i te uśmiechy to wynik męskiego porozumienia ponad podziałami. Samczego instynktu, który pomaga mężczyznom znaleźć miejsce, w którym się spotykają, nawet gdy na wszystkich innych polach panuje u nich niezgodność. Ryjek z kolei uśmiechnął się, bo nagle wiedział, jak powinien zacząć rozpoczęte chwilę wcześniej zdanie. Zanim to jednak nastąpiło, musiał się co do czegoś upewnić.
- Butch, słyszysz mnie? - zapytał się w myślach. - Butch, wiem, że nie możesz po prostu czytać moich myśli, ale teraz chcę, byś je poznał. Czy może...
- Słyszę - odparł anioł wciąż wpatrzony w okno.
- Powiedz mi, bo nie jestem pewien, czy wcześniej dobrze cię zrozumiałem. Czy ten Loki, o którym mówiłeś, potrafi... zmieniać wygląd? Stać się każdym? Dobrze zapamiętałem twoje słowa?
Butch odwrócił się powoli, by spojrzeć na policjanta z zainteresowaniem.
- Tak... - odparł.
- Czy mówiąc, że ma on skłonność do paskudnych żartów i nieokiełznaną chuć, miałeś na myśli to, co to słowo znaczy wśród ludzi, czyli wielki apetyt na seks?
- Czemu pytasz?
- ...komisarzu? - Ryjek dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że Fikał coś do niego mówi. Dał mu znak, żeby poczekał.
- Ci dwoje mają ze sobą romans. Dość wczesny, sądząc po tym, jak na siebie reagują. Ta dziewczyna chwilę temu uprawiała seks - pomyślał Ryjek. - Jest rozanielona, trochę zmęczona, wyraźnie usatysfakcjonowana, wdzięczna i trochę zaskoczona, a w dodatku... no, pachnie seksem. Facet na przymusowym urlopie potrafi to wyczuć. Jednocześnie jej szef jest podniecony, zdecydowanie nie jak ktoś, kto przed chwilą przeleciał seksowną sekretarkę, czyli to nie z nim się właśnie pieprzyła. Więc albo miała przerwę i sekretnego kochanka w garażu, albo ktoś wyglądający jak jej szef zrobił jej zaskakująco dobrze.
Ledwie Ryjek skończył ten wywód, zdał sobie sprawę, jak absurdalnie musi on brzmieć. Absurdalnie, ale jednocześnie prawdziwie. To było niesamowite, jak jego umysł szybko się zaadaptował. Jak nie tylko zaakceptował istnienie i obecność aniołów czy istot mitycznych, lecz także zasłyszane informacje o nich, nawet jeśli nieprawdopodobne, zaczął wplatać w warkocz śledztwa. Czy to kwestia tej rzekomej, omyłkowej świętości? Czy może jednak starego psa można nauczyć nowych sztuczek?
Butch stał przez chwilę w bezruchu, by po kilku sekundach zniknąć.
- Komisarzu? Wszystko w porządku?
- Tak, tak, już wyjaśniam, po co tu... No co znowu, do cholery? - odparł policjant, udając poirytowanie i wydobył telefon z kieszeni. Wpatrywał się przez chwilę w zgaszony ekran, udając, że czyta, a potem westchnął, pokręcił głową i schował telefon. Podniósł wzrok na Fikała. - Otóż sprawa...
Anioł zmaterializował się ponownie, dysząc gniewem.
- Miałeś rację - wysapał. - Właśnie spała ze swoim szefem i ciągle o tym myśli. A on myśli tylko o tym, po co tu jesteśmy i że jak tylko wyjdziemy, musi się z nią zamknąć, bo...
- ...nie uprawiali seksu od kilku dni - dokończył w myślach Ryjek.
Wtedy stało się coś, czego się nie spodziewał. Dziwny dźwięk, jakby pyknięcie towarzyszące odtykającym się w samolocie uszom, a potem nagle gwałtowny powiew, rozmyty ruch i łoskot towarzyszący przesuwającemu się biurku. Wszystko to nie zdążyło jeszcze dobrze do komisarza dotrzeć, a już zobaczył przypartego do ściany, uniesionego kilka centymetrów nad ziemię, przerażonego Fikała, oraz trzymającego go za gardło Butcha.
- Mów - cedził anioł. - Mów, gdzie jest i czego od ciebie chciał. Zanim zatrze ślady.
W Ryjku, choć to całe zmaterializowanie i anielska agresja mocno go zaniepokoiły, szybko odezwał się kolejny gliniarski instynkt. Przeanalizował sytuację i określił zaistniały problem.
- Trzymasz go za szyję. Udusisz go, a nic ci nie powie.
Butch pokręcił głową.
- Może myśleć - odparł. - Nawet lepiej, bo wtedy przekaże mi wszystko obrazami.
- I co? Myśli o tym?
- Nie, nie myśli - przyznał anioł.
- A co myśli?
- "O kurwa, skąd on się tu wziął, o kurwa, zaraz umrę, o kurwa..."
Ryjek uznał, że uśmiech wystarczy tu jako puenta. Butch powoli opuścił biznesmena, a potem machnięciem ręki zatrzasnął otwierające się drzwi.
- Uspokoisz sekretarkę, że nic się nie dzieje? - zapytał komisarza.
- A nie dzieje się? - upewnił się Ryjek. - Muszę to wiedzieć, bo wiesz, święci nie powinni kłamać.
- Kim... kim wy... - Opuszczony Fikał zgiął się wpół i próbował jednocześnie złapać oddech i się wysłowić. Jedno i drugie nie szło mu najlepiej.
- Kontroluję sytuację - wyjaśnił Butch. - W nadzwyczajnych przypadkach mogę objawić się ludziom, a następnie zaingerować w ich pamięć celem uporządkowania ich wiedzy.
Ryjek poskubał się w podbródek.
- Znaczy usuniesz mu pamięć?
Butch uśmiechnął się i kolejne słowa wymyślał, zamiast wypowiedzieć.
- Pozwolę mu sobie wszystko zracjonalizować. Zajmij się sekretarką, a ja dowiem się, gdzie jest ten drań Loki i ile ma nad nami przewagi.
Komenda Wojewódzka Policji, Wrocław, Polska
Policjant, którego imienia nie pamiętała, był miły i bardzo taktowny. Swietłana dopuszczała do siebie oczywiście myśl, że mógł się tak zachowywać wobec wszystkich potencjalnie ważnych świadków, ale coś mówiło jej, że dużo większe znaczenie miała tu krótka sukienka z golfem, ciasno opinająca jej wspaniałe kształty. Widziała nagłe rozbłyski pożądania w jego oczach, słyszała, jak przełykał ślinę, a to gdy przypadkiem upuściła i podniosła pusty kubeczek po wodzie, a to gdy uniosła ręce, by się przeciągnąć. Pragnął jej jak ci wszyscy parobkowie i panowie przez dekady lepszych czasów. Chciał tak, że wystarczyłaby chwila, a mogłaby go mieć tu i teraz, może w łazience, może nawet w tej sali przesłuchań, do której zaraz mieli się udać.
Dać mu chwilę, może dwie, by wziął się za zaspokajanie żądz, a następnie wgryźć się weń i pić ciepłe, pulsujące życie. Jak oni wszyscy, tak i on zostałby z nią już na zawsze, byłby na każde wezwanie swej pani o żelaznych zębach. Te, które obecnie miała, obleczone w aparat, całkiem nieźle radziły sobie ze skórą i ścięgnami. Jedynym problemem było to, że czasem przycinała sobie w tym cholerstwie język.
- Pani Swietłano, Oleg, pozwólcie ze mną. - Jej policjant wskazał drzwi na końcu korytarza, a potem przyglądał się z koniuszkiem języka między suchymi wargami, jak Swietka wstaje i bez pośpiechu obciąga sukienkę. Tym razem pamiętała, by odwrócić się do chłopca o pustych oczach i podać mu rękę; wcześniej na dyżurce musieli jej o tym przypomnieć, ale chyba wytłumaczyli to sobie szokiem.
- Chodź - powiedziała, lecz zaraz odkaszlnęła i powtórzyła łagodniej. - Chodź, kochanie.
Chłopiec o pustych oczach uniósł głowę niczym pies, który usłyszał swoje imię. Wstał, podał Swietce rękę i dał się poprowadzić.
- Za chwilę przyjdzie do was pani Gosia, jest psychologiem - mówił po drodze policjant. - Ona wyjaśni pani co i jak, i to ona zadecyduje, czy będzie pani mogła...
- Proszę mi mówić po imieniu - przerwała mu. - Swietłana.
Zawahał się. Przystanął, ukradkowo się rozejrzał, ale w końcu wyciągnął do niej rękę.
- Marcin - przedstawił się i zaraz pochylił się do niej. - Jadą tu też z UDSC i nie wiem, jakie mają plany, ale jak nam pomożesz, znaczy Oleg pomoże...
- Pomoże - odparła Swietłana. - Prawda, synku?
Po twarzy chłopca przebiegł bolesny grymas świadomości. Może właśnie przypomniał sobie swoją prawdziwą matkę? Mogła nim rządzić, mogła używać go, jak i innych, do wabienia kolejnych ofiar albo znudzona sprawić, by zniknął i rozwiał się niczym mgła. Jedyne, czego nie była w stanie robić, to czytać w myślach tej małej zbłąkanej duszy. Wcześniej nie czuła takiej potrzeby czy nawet chęci. Teraz zaskoczyło ją to pragnienie.
- Da - odparł chłopiec i opuścił głowę. Policjant położył mu rękę na drobnym ramieniu.
- Wszystko będzie dobrze - zapewnił, otwierając drzwi i wpuszczając ich do pokoju z numerem pięć. - Zadbamy o was i nic wam nie gro... Swietłana, coś się stało?
Pokręciła głową energicznie, niezdolna powiedzieć choćby słowa. Dłonie zacisnęła nagle tak mocno, że aż chłopiec, którego trzymała, mimo iż był tylko zbłąkaną duszą, syknął z bólu. Nie zwróciła na to uwagi, podobnie jak na ponowione przez policjanta pytanie, czy wszystko w porządku. Bo nic nie było w porządku. A już najmniej chudy wymoczek w grafitowych spodniach i koszuli, oparty pośladkami o blat przytwierdzonego do podłogi stołu.
- Jestem Zadra - powiedział wymoczek. - Wejdź, proszę.
Posłusznie zrobiła kilka sztywnych kroków i zajęła miejsce za jednym z krzeseł.
- Myślę, że powinnaś puścić chłop... znaczy tę duszę zbłąkaną, niech sobie usiądzie.
Wykonała i to polecenie, a wtedy Oleg, zupełnie jakby był żywym, zwyczajnym dzieciakiem, wdrapał się na siedzisko i położył ręce na blacie.
Zadra przyjrzał się chłopcu uważnie i... czy on naprawdę puścił do niego oko, czy Swietłanie tylko się zdawało? Otworzyła usta, by zabrać głos, ale anioł, nie patrząc na nią, przyłożył palec do ust.
- Bardzo by teraz pomogło, gdybyś uśmiechnęła się do pana podkomisarza i powiedziała, że wszystko w porządku. O, i jeszcze poprosiła o herbatę - zaproponował. Usiadł na blacie. Machając nogami, czekał, aż policjant wyjdzie i zamknie za sobą drzwi. Dopiero wtedy zwrócił się ponownie do Swietki.
- Powiesz mi, kim jesteś?
- Naprawdę nazywam się Małgorzata... - zaczęła Swietka starą, wyuczoną formułką, ale Zadra powoli pokręcił głową, jednocześnie z przyganą i dezaprobatą.
- Nie chciałem tak formułkami, ale nie dajesz mi wyboru. - Chrząknął w pięść i zapytał, siląc się na powagę i groźność. - Kim jesteś, mityczna istoto? Określ swój rodzaj.
Swietka westchnęła. Nie przestraszył jej tym pohukiwaniem sowy w studni, ale wiedziała, że jak nie ten, to następny na pewno wszystko z niej wyciągnie. Nie było sensu zmyślać, a przynajmniej nie teraz.
- Swietłana. Południca.
Zadra sięgnął do kieszeni spodni i wyjął z niej notes. Przypięty do niego długopis miał na końcu główkę psa Goofy'ego. Anioł zanotował kilka słów, po czym zamarł, gryząc psa w czapkę.
- Przysłał cię Loki, prawda?
Zawahała się, lecz zaraz skinęła głową. Zadra znowu coś zanotował.
- Powiesz mi, proszę, co kazał ci tutaj zrobić? Znaczy wiesz, nie konkretne czynności, jak wstawanie, siadanie i tak dalej, tylko... - Zakręcił długopisem młynek w powietrzu. - No wiesz, rozumiesz. Jaki chciał zasiać ferment. Powiesz mi, proszę?
Milczała, wpatrując się w niego.
- Powiem - powiedziała w końcu. - Wszystko powiem, jeśli tylko obiecasz, że nie dacie mu mnie skrzywdzić.
- Obiecuję. - Anioł uniósł do góry dwa palce. - Solennie.
Odetchnęła z ulgą i odgięła się na krześle. Zaraz jednak przypomniała sobie, że przecież nie ma nieograniczonego czasu, zanim wróci ten jej policjant. Cokolwiek chciała powiedzieć aniołowi, musiała to zrobić teraz, szybko. Pochyliła się więc do przodu, splotła ręce na blacie i zaczęła mówić.
W kilku zwięzłych zdaniach przytoczyła wszystkie słowa, jakie Loki kazał powiedzieć policji jej rzekomemu dziecku, jak również wszystkie instrukcje odnośnie do rzeczy, jakie miała zrobić później, łącznie z tą, by czekała na niego jako agenta UDSC czy w kogo się tam wcieli. Zadra przerwał jej tylko dwa razy. Raz, by rozpisać zbuntowany długopis, i drugi, by wyjaśniła mu przytoczony skrót. Gdy skończyła, zamknął notes i umieścił go w kieszeni.
- No i świetnie! - powiedział z satysfakcją, zeskakując ze stołu. - Dziękuję za pomoc. Nie bolało, prawda?
Swietłana odruchowo przygryzła wargę w ten zmysłowy, uwielbiany przez facetów sposób. Wiedziała, że na nic się to teraz nie zda, że ten drobiazg przed nią nie jest tak naprawdę facetem i jej sztuczki na niego nie zadziałają, ale to było silniejsze od niej.
- Pomożecie mi teraz, prawda? - zapytała. - Nie dacie mu mnie skrzywdzić?
Zadra pogładził się po policzku wyraźnie zakłopotany.
- To są dwa różne pytania, południco - stwierdził. - Masz oczywiście moje słowo co do tego, że Kłamca cię nie skrzywdzi, a jako anioł nie mogę i nawet nie chcę kłamać. Ale co do pomagania ci, to nie wiem, co przez to rozumiesz. Jesteś istotą mityczną, a przepisy wobec takich są jasne. Nie możecie istnieć.
Jakby uderzył ją w twarz. Poczuła falę gorąca, zimna i znowu gorąca, a serce zakłuło ją tak, jak wtedy, gdy wikary Jędrek chlapał na nią wodą święconą, głosząc żarliwy egzorcyzm. Wtedy uratowało ją odsłonięcie pośladka i jego moment zwątpienia. Teraz, wiedziała to już w tym momencie, nikt jej nie da takiej szansy. Mimo to spróbowała.
- A Loki? Nie mogłabym być jak Kłamca?
Zadra zamyślił się przez chwilę, a potem z wyraźną radością i z uśmiechem wskazał ją palcem.
- A widzisz, to jest myśl! Archaniołowie mogą podjąć taką decyzję! Jesteś sprytna, to mogłoby zadziałać!
- Naprawdę?! Zapytasz ich?!
Zadra się roześmiał.
- Wiesz, jak rzadko zwykły anioł jak ja widuje archanioła? - wyjaśnił przyczynę swojego rozbawienia. - No i do tego oni nie lubią, jak im doradzać. Ale jeśli zapytają, na pewno im cię doradzę. To też mogę ci obiecać.
Nie odpowiedziała. Bez sił opadła na krzesło, przywarła łopatkami do oparcia i opuściła ręce wzdłuż ciała. Patrzyła, jak uśmiechnięty anioł rozwiewa się w powietrzu i w tym samym momencie otwierają się drzwi do pokoju przesłuchań.
Jej policjant uśmiechnął się do niej i przepuścił w progu kobietę pod pięćdziesiątkę w bordowej garsonce z wielką broszką w kształcie kwiatu na piersi. Kobiecie towarzyszył Stróż, który na widok Swietłany odruchowo wysunął się przed swoją podopieczną, by zasłonić ją własną piersią.
Swietka prychnęła cicho, z rezygnacją.
- Spokojnie, kobiety mnie nie interesują - powiedziała.
Na Ostatnim Groszu, Wrocław, Polska
Loki miał nadzieję, że to będzie właśnie taki lokal. Obiecujący był już szyld - niegdyś kolorowy, dziś wyblakły, odrapany i upstrzony wlepkami klubów sportowych. Obok na murze ktoś - sądząc po charakterze pisma, doktor medycyny - przysięgał wierność Śląskowi "aż po grub". Na pierwszym z ośmiu schodków wiodących w dół do lokalu zdradziecko obluzowała się popękana płytka.
Ledwie Kłamca pchnął obite blachą drzwi, uderzył go znajomy i obiecujący zapach. Woń kurzu, dawno niepranych, ciężkich kotar i zwietrzałego piwa mieszały się z potem starym i nowym, papierosowym dymem i słodkim żółtym serem, zapewne z tych tostów serwowanych na barze, według kartki po "dwa za piątkę dla stałych klientów".
Tylko barman zerknął na niego znad rozwiązywanej krzyżówki. Cała reszta obecnych w barze typów, czterech mężczyzn grających w karty przy stole obciągniętym starą ceratą i dwóch sączących piwo pod starym pudłem telewizora, nie zareagowała ani na światło, które niechcący wpuścił, ani zaduch, który niczym złośliwy, ciekawy świata kot czaił się przy progu, by zwiać, ledwie dostrzeże szczelinę.
Loki podszedł do baru i zamówił piwo z kija. Nie pytał, jakie mają, bo jeśli czegoś się nauczył po tych wszystkich podróżach po świecie, to tego, że w Polsce o to pytać nie musisz. Co najwyżej czasem trzeba się było upewnić, czy jak to w katolickim kraju, barman aby za dużo nie chrzci. Ten na takiego nie wyglądał. Masywny koleś, ostrzyżony kiedyś po żołniersku, dziś zarośnięty jak ktoś, komu w cywilu do fryzjera nigdy nie jest po drodze. Gęsta broda kołtuniła się i kręciła, wąsy wyrastające jakby prosto ze spłaszczonego, krzywego nosa niemal zasłaniały mięsistą wargę. Na potężnym lewym przedramieniu barman miał gotykiem napisane "Pierdol się", a na prawym, w razie czyichś wątpliwości "Tak, do Ciebie, chuju". Piwo nalewał z nonszalancką wprawą. Postawił je przed Lokim i wrócił do krzyżówki.
- Dzięki.
Kłamca podniósł wyszczerbiony kufel i przepił do barmana, a potem odwrócił się na hokerze, by zmierzyć wzrokiem salę. Nie miał za wiele czasu, ale wszystko powinno się udać, jeśli tylko wszystkimi tu obecnymi pokieruje w należyty sposób. Wystarczyło, że sprowokuje tych przy kartach do ostrzejszej wymiany zdań, a wtedy ci dwaj spod telewizora ochoczo dołączą. Wyglądali na taki... ej, zaraz!
Loki raz jeszcze spojrzał w stronę stolika z graczami i wtedy go dostrzegł. Krył się w zupełnie zaciemnionym rogu, w dodatku pochylał nisko nad jednym z graczy, więc trudno go było dostrzec w tym jego grafitowym wdzianku. Był chudy, drobny, wyglądał trochę jak jeden z tych patykowatych szczeniaków, co dopiero po czterdziestce przestają wyglądać jak designerski wieszak. Akurat w chwili, gdy Kłamca zwrócił na niego uwagę, anioł obchodził stół, sprawdzając wszystkim graczom karty. Teraz wrócił do swojego i zaczął mu coś szeptać.
- O skurwiel - mruknął Loki.
- Mówisz o szarym? - zapytał barman, nie podnosząc wzroku.
Loki spojrzał na niego zdziwiony.
- Widzisz go?
Dopiero wtedy mięśniak za barem spojrzał na Kłamcę i uśmiechnął się, prezentując wyszczerbioną jedynkę.
- Barmani widzą wszystko, nie słyszałeś? Zwłaszcza we Wrocławiu, gdzie haracz płacisz jebanym krasnoludkom. - Zmarszczył czoło i lekko przechylił głowę. - Ty też jesteś dziwny jakiś. Będą kłopoty?
Loki zakołysał otwartą dłonią.
- Trochę mogą być - przyznał. - Choć może obejdzie się bez sprzątania. Kojarzysz lokal Michaelo Cielo?
Barman westchnął i sięgnął pod kontuar.
- Naprawdę, stary, nie każ mi tego robić - powiedział. - Idź sobie po prostu grzecznie i...
Umilkł w pół słowa, gdy nagle poczuł na szyi chłód ostrza. Loki nadal siedział przy barze, ale jednocześnie stał teraz za nim i przykładał mu do szyi nóż pachnący limonką.
- Nie jestem gliną, nie jestem z mafii, potrzebuję tylko nagrania z tej ostatniej akcji, by je zniszczyć. Dasz mi je, a nie narobię żadnych kłopotów. Słowo.
Barman powoli, ostrożnie pokiwał głową i na znak pojednania puścił zamocowany pod kontuarem pistolet. Loki cofnął ostrze i wrócił na swój stołek przy barze. Podniósł kufel i opróżnił na raz. Czknął, otarł usta rękawem i wstał.
- Jeszcze jedno - poprosił. - Jakbyś mógł dać mi kartkę i długopis.
Barman podsunął mu żółtą karteczkę i swój ołówek, a Loki zapisał coś szybko, wstał i ruszył w stronę stolika z graczami.
- Jak tam, panowie? - zapytał. - Pozwolicie, że dorzucę coś do puli?
Łysiejący mężczyzna o oczkach jak dwie jagódki i z nosem jak truskawa charknął i splunął do pustego pokala.
- Mamy komplet - stwierdził.
- Ale ja nie chcę grać - zapewnił Loki. - Chciałem tylko dołożyć do puli to.
Na niewielką kupkę złożoną przede wszystkim z dwu i pięciozłotówek rzucił karteczkę, na której drukowanymi literami napisał wcześniej: KTO WYPINA, TEGO (ZGARNIE) WINA.
- Co to, kurwa, ma być? - zapytał owocowy.
Loki wzruszył ramionami.
- Kto ma wiedzieć, ten wie.
Puścił oko do wystraszonego anioła i wrócił do barmana. Nie zdążył usiąść, nim minęli go Stróż ze swoim mocno zdezorientowanym podopiecznym. Błysk światła, słodkie tchnienie świeżego powietrza i wnętrze baru znowu było jak wcześniej. Z radia poleciało Roundabout grupy Yes. Loki upił świeżego piwa.
- Dzięki - zwrócił się do barmana. - To gdzie to nagranie?
Mężczyzna wahał się jeszcze przez moment, ale w końcu wzruszył masywnymi ramionami.
- I tak miałem rzucać tę robotę, ileż się można użerać z mafiozami wielkości pięści - stwierdził i głową wskazał Kłamcy zaplecze. - Ale wejdź tak, by cię nikt nie widział, i jak możesz, zostań jednocześnie tak za barem, jak wcześniej. W kiblu, jak wciśniesz ogonek w haśle ŚLĄSK RZONDZI, odsłoni się panel. Kod dwa siedem jeden cztery.
Loki dokonał w głowie szybkich obliczeń.
- "Fuck" na starych klawiaturach? Ktoś tu jest sentymentalny.
Zostawił iluzję przy kontuarze i przeszedł na niewielkie zaplecze. Toaleta wyglądała, jakby ktoś wypowiadał wojnę sanepidowi, i to, sądząc po smrodzie, biologiczną. Mimo to Loki wszedł do kabiny, wcisnął ogonek, wklepał kod na panelu i pchnął ściankę. Akurat było dość miejsca, by się zmieścił. Pokonał niewielki korytarzyk i wszedł do chłodnej, wentylowanej serwerowni, w której jedynym źródłem światła były niewygaszone, świecące na niebiesko monitory.
Wybrał jeden, szybko odnalazł właściwy folder i plik. Odpalił i już po kilkunastu sekundach oglądania zaklął siarczyście. Zdecydowanie nie tego się spodziewał.
***
- W czym mogę panom pomóc? - zapytał barman.
Zaskoczony Ryjek obejrzał się za siebie.
- Panom? - upewnił się.
Barman rozłożył wielkie ręce i uśmiechnął się przepraszająco.
- Musicie mi wybaczyć. Nie nadążam za tym całym "płeć to kwestia umysłu". Więc które z was to pani? A może jeszcze inaczej...
Komisarz rzucił ukradkowe spojrzenie na Butcha. Ten wydawał się równie mocno zaskoczony. Przyglądał się barmanowi z uwagą, jakby oceniał jego siłę i stopień zagrożenia. Właściwie, gdy się zastanowić, postury byli dość podobnej. Obaj wyglądali jak zaprawieni w boju byli żołnierze.
- Nie wiem, o czym... - zaczął Ryjek, ale Butch położył mu rękę na ramieniu i lekko ścisnął.
- Szukamy takiego jednego faceta - powiedział anioł. - Najprawdopodobniej blondyn, choć może wyglądać, jak chce, mógł mieć długie włosy, wykałaczkę w zębach. Właściwie to wygląda niemal identycznie jak ta iluzja tutaj, tylko wiesz, realny.
- Cóż za wysublimowany żart, nie spodziewałem się po anielskim trepie - rozległo się nagle od zaplecza.
Wszyscy trzej rozmówcy odwrócili się nagle, równie zaskoczeni.
- Zmiana planów, koleżko - zwrócił się do barmana Loki. - Dzięki za chęć pomocy, ale już nie będzie trzeba. Aniele Kafarze, panie... zaraz, czy ty jesteś tym rzekomo półświętym?
- Rzekomo? - zapytał Ryjek.
- Świętym? - zdziwił się barman.
- No, takie ploty krążą po świecie. - Loki podrapał się po karku, udając zawstydzenie. - Normalnie nie słucham, co tam szepcą te skrzydlate plotkary, ale kolega barman potwierdzi, że czasem się słyszy coś, czego wcale się nie chce...
- Do rzeczy, Loki. Masz nagranie? - Butch potarł szczękę kantem dłoni. Druga dłoń zacisnęła się w pięść wielką jak bochen.
Kłamca skinął głową i puścił po blacie pendrive tak, że ten zatrzymał się przy samym Ryjku.
- Proszę, możesz mnie przeszukać, możesz sprawdzać, jak chcesz, Butch. Miałem to przed tobą ukrywać, ale to zbyt poważna sprawa i nawet ja uważam, że ten koleś przegiął.
- Jeden koleś? - nie zrozumiał Ryjek. - Chcesz powiedzieć, że jeden koleś zabił tyle osób?! W jaki niby sposób mógłby...
- Opętanie - wyjaśnił Butch. - Anioł opętał swojego podopiecznego. Wstąpił w niego, dzieląc się swoją mocą.
Loki wycelował w niego z palca.
- Jakbyś tam był, Butch. Zresztą wszystko masz na nagraniu, za które, zauważ, nie oczekuję żadnej nagrody... prócz przyznania, że pomogłem, rzecz jasna.
Ryjek nie musiał patrzeć na anioła, by zdać sobie sprawę, że to była najgorsza z rzeczy, jakich ten fircykowaty cwaniaczek naprzeciwko mógł sobie zażyczyć. Wystarczyło zgrzytnięcie zębów, trzask anielskich stawów. Wystarczyło, że barman, wpatrzony do tej pory w Butcha, z lękiem odwrócił wzrok.
- Jeśli to rzeczywiście jest to, czego szukam, Kłamc...
- Ej, mam imię! Ja do ciebie nie mówię "aniele dupku z wydziału wewnętrznego", nie?
To powiedziawszy, Loki minął barmana. Klepnął go przy tym w ramię, a w rękę wcisnął mu dwa banknoty dwustuzłotowe.
- Dzięki, stary, za chęć pomocy. Klientom postaw ze dwie kolejki, będą mieli do tego przedstawienia jako gratis. Nie sypniecie, chłopaki, nie?
Klienci baru wydawali się poruszeni samą sugestią.
- Kurwa, honor, panie! - zawołał jeden.
- Jebać psy i konfidentów! - zakrzyknął gorliwie drugi.
- Słyszałeś, Butch, twój kolega też słyszał. - Loki na wszelki wypadek wyminął anioła większym łukiem. - Jakby co, wiecie, gdzie wpadać, jak wam się, wiecie... zachce. Uszanowanie.
Ruszył do drzwi, gdy nagle poczuł na ramieniu ciężką dłoń.
- Tak, Butch?
- Jeśli to nie będzie to...
- Tak wiem, dupa, jesień średniowiecza. Oglądam filmy.
Wyszedł, wpuszczając w zamian odrobinę światła, które natychmiast zagubiło się w powszechnym zaduchu. Ryjek jeszcze kilka sekund wpatrywał się w drzwi, aż w końcu westchnął.
- Więc to był ten cały Loki? - zapytał. - Mam wrażenie, że gdzieś już go spotkałem.
- Pewnie częściej, niż możesz sobie wyobrazić. W tej czy innej twarzy - odparł Butch.
- Kojarzy mi się jakoś, nie wiem. Zimowo. W przebraniu może, chyba widziałem jakieś zdjęcia... Nieważne. - Wziął do ręki pendrive i obejrzał go uważnie. - Rozumiem, że ty potrzebujesz tylko wiedzieć kto to? To nagranie nie będzie ci później potrzebne? Bo wiesz, dla mnie to może być dowód w sprawie.
- Będziesz mógł je zatrzymać - stwierdził Butch.
Usatysfakcjonowany Ryjek wyjął telefon.
- Pierdolet? Gdzie jesteście? Potrzebny mi będziesz z komputerem... Tak, pilne... Dobra, to za piętnaście minut... Świetnie.
Barman patrzył za nimi, gdy wychodzili, a potem zabrał się do nalewania postawionej przez Lokiego kolejki.
Nalewał właśnie trzecie piwo, gdy drzwi wejściowe uchyliły się lekko i zaraz zamknęły. Jeden z hokerów poruszył się, jakby ktoś się po nim wspinał, a kilka sekund później na kontuar weszło dwóch brodatych jegomości niewiele większych od butelek whisky zdobiących ścianę za plecami barmana. Jeden z facecików miał na nosie przyciemniane okulary, drugi nosił czarną, hipsterską czapkę. Obaj byli dobrze umięśnieni, groźni i w żaden sposób nie przypominali tych pociesznych ludzików, którymi upstrzono całe miasto.
- Jest trzeci piątek miesiąca, chuju - powiedział ten w okularach. - Gdzie nasza kasa?
Opole, Polska
Chłopak powoli się wybudzał i tym razem Rizel nie zamierzał szprycować go kolejną porcją leków. Przebywanie tak długo w jednym miejscu robiło się niebezpieczne, już i tak musiał się więcej niż raz objawić sprzątaczkom chcącym ogarnąć pokój. Mówił, że nie trzeba, że wszystko mają, a potem słyszał na korytarzach, jak szepczą, że w pokoju zabarykadowały się pedały i sobie używają. Jedna mówiła, że trzeba będzie spalić prześcieradła. Druga chciała nawet ściągać księdza egzorcystę.
Jeszcze tego by brakowało, pomyślał wtedy Rizel. Egzorcyści plus obstawa to często z pięciu Stróżów na raz. Gdyby tylko zbliżyli się na odległość mniejszą niż dwa metry, anioł nie ukryłby swojej bezsprzecznej winy.
Jego podopieczny przekręcił się na bok i zwymiotował do podstawionej miski. Anioł powstrzymał odruch pogłaskania go po głowie.
- Lepiej by ci było beze mnie, przyjacielu - powiedział. - Zdecydowanie lepiej, gdyby...
Zamarł, słysząc ciche pukanie. Jeśli to znowu sprzątaczka, zaraz zapuka znowu, a potem złapie za klamkę. Wtedy się odezwie, powie, że nie trzeba im więcej ręczników i że dziękują za sprzątanie i mydełka.
- To ja, Loki - rozległo się zza drzwi. - Liczę do trzech, a potem sobie idę.
Rizel rzucił się do drzwi i wpuścił Kłamcę do środka. Ten wszedł i odruchowo złapał się za nos.
- Rany, chłopie. To nazywasz dbaniem o kogoś?
Rizel puścił tę uwagę mimo uszu.
- Załatwiłeś?
Loki skinął głową.
- Tak, choć gdybym od początku wiedział, że pakujesz mnie w takie gówno, nigdy bym się nie zgodził. Opętanie podopiecznego? Nie wiesz, że to grozi unicestwieniem? Gdyby był jeszcze ten wasz Bóg, mógłby cię po prostu uczynić upadłym, ale teraz... Kurwa, czy tylko ja przeczytałem te wasze regulaminy?
Rizel jakby się skurczył. Wbił głowę w ramiona, ręce splótł jak do modlitwy.
- Chcieli go wyrzucić z kamienicy, zrobili mu fikcyjne długi. Chciał się przez nich zabić. Więc kiedy się dowiedziałem, że wszyscy zbierają się w jednym miejscu...
Loki machnął ręką. Z małego pojemniczka na biurku wyjął wykałaczkę, rozpakował i wsunął do ust.
- W sumie mam w dupie twoje powody. Na razie masz spokój, ale takiej sprawie nie odpuszczą. To jednak nie jakaś tam błahostka, a Butch to prawdziwy ogar niebios. Ale zrobiłem, co mogłem.
- Dziękuję - powiedział szczerze Rizel.
Loki się uśmiechnął.
- Nie dziękuj, bo taka akcja wymaga większej zapłaty.
Anioł westchnął, spojrzał na swojego podopiecznego podnoszącego się niemrawo i patrzącego tępo przed siebie. Nagle wokół Rizela zmaterializowały się otulające go szare skrzydła.
- Ile chcesz, Loki? Pięć? Dziesięć?
Kłamca pokręcił głową.
- Nie chcę piór. Jeśli zostaniesz skazany za opętanie, zrobią się gówno warte. Ale skoro już masz wprawę w takim włażeniu w ludzi, to... zrobisz coś dla mnie.
Rizel zacisnął zęby.
- Nie ma mowy.
Loki zmrużył oczy. Wykałaczka przewędrowała mu z jednego kącika ust do drugiego.
- A założysz się? - wycedził.
Komenda Wojewódzka Policji, Wrocław
Swietłana z Olegiem wciąż siedzieli w pokoju przesłuchań. Pani psycholog rozmawiała z chłopcem ponad dwie godziny, w końcu wyszła, wyraźnie rozczarowana. Od tamtej pory w sali zjawiło się kilka osób, z czego tylko jedna funkcjonariuszka była miła i przyniosła jej obiad. Nawet Marcin, jej policjant, jakoś spochmurniał i jego podejście do niej wyraźnie się ochłodziło.
Dała chłopcu trochę więcej swobody i wolnej woli, czego dość szybko pożałowała, bo zaczął marudzić i pytać, kiedy wrócą na swoje pole, kiedy znowu trafi pod ziemię i będzie się mógł bawić kośćmi. Jeśli ją teraz nagrywali, można się było spodziewać, że do korowodu odwiedzających ją ludzi dołączy ktoś z opieki społecznej.
Ale oczywiście oni wszyscy nie byli ważni. Jedyne, czego się obawiała, to nieunikniona wizyta aniołów. Pewnie zjawią się pod bronią, w dodatku przeszkoleni przez Kłamcę, jak mają sobie z nią poradzić. Jak mogła być tak głupia, by go posłuchać?!
- A mogłam nie? - zapytała samą siebie.
Oleg spojrzał na nią z ukosa.
- Kiedy pójdziemy? - zapytał.
- Daj mi spokój - warknęła i obiecała sobie, że jeśli uda jej się stąd wydostać i wrócić na Okęcie, zaszyje chłopcu usta.
Wtedy właśnie uchyliły się drzwi i do pokoju wszedł Marcin. Coś jednak było z nim nie tak. Źrenice miał rozszerzone tak, że całe oczy zdawały się czarne. Marynarka, do tej pory wisząca na nim dość luźno, teraz ciasno opinała mięśnie. Ruchy miał sprężyste, pełne energii, ale jednocześnie w jakiś sposób nienaturalne, jakby mechaniczne. Stanął w progu, powiódł wzrokiem po pomieszczeniu, a gdy jego spojrzenie zatrzymało się na Swietłanie, wyciągnął w jej stronę rękę.
- Chodź ze mną, jeśli chcesz żyć.
Bez wahania poderwała się z krzesła i podbiegła do policjanta.
Nadodrze, Wrocław, Polska
Z Grześkiemi Pierdoletem spotkali się w Michaelo Cielo. Gdy Ryjek i Butch dotarli na miejsce, technicy kłócili się zajadle, czyja to wina, że musieli się wrócić po zostawiony tu wcześniej sprzęt, i który z nich jest tak bardzo nieodpowiedzialny.
Jeszcze zanim weszli do lokalu, komisarz dla wygody poprosił Butcha o zmaterializowanie się, by mógł go przedstawić technikom jako agenta CBŚ z Warszawy. Wcześniej zapewnił anioła, że ten nie będzie musiał kłamać, bo agenci, a w dodatku z Warszawy, wzbudzają w technicznych obrzydzenie większe niż polana obciętych kutasów.
Butch nie miał z tym problemu.
- Nienawidzą mnie nawet istoty stworzone wyłącznie do bezwarunkowej miłości - powiedział. - Przywykłem.
Gdy się spotkali we czwórkę, Ryjek bez gadania przekazał technicznym pendrive, a ci bez słowa przepuścili go najpierw przez skan antywirusowy, a następnie odpalili zawartość w odtwarzaczu. Ze skupieniem oglądali może dziesięć sekund, aż w końcu Pierdolet zaśmiał się sztucznie.
- No piękny żart, kochanieńki. HI-LA-RYCZ-NY normalnie - powiedział, choć jego głos sugerował coś zupełnie przeciwnego. - A gdzie oryginalny plik?
- Oryginalny? - zapytał Butch.
Ryjek pochylił się, by przyjrzeć się uważniej szaremu, rozpikselowanemu filmowi. Starał się nie zwracać uwagi na dziką akcję rodem z taniego filmu sensacyjnego, choć w dzieciństwie uwielbiał oglądać takie rzeczy na ekranie. Posyłanie kogoś kopniakiem na drugi kąt sali i strzelanie do niego, gdy leci, wywracanie stołu barkiem i chowanie się za nim na czas przeładowania, rzucanie się szczupakiem przed siebie i jednoczesne strzelanie z dwóch pistoletów. Jeśli faktycznie stał za tym anioł stróż, jego poprzednim podopiecznym musiał być filmowy kaskader. I to dobry.
Swoją uwagę Ryjek skupił jednak nie na ruchach całego ciała, tylko na mocno rozedrganej twarzy egzekutora.
- Czy to jest Nicholas Cage? - zapytał w końcu.
Pierdolet smętnie pokiwał głową.
- Czyli to nie żart, tak? - upewnił się. - To nie wasza sprawka?
- Nawet nie wiem, jak mógłbym to zrobić - przyznał Ryjek.
- Face swap, zamiana twarzy - wyjaśnił Grzesiu. - Taka aplikacja. Te najlepsze robią prawdziwe cuda, ale wymagają czasu, sprzętu i umiejętności. To tutaj to prosta apka kosztująca grosze i do ściągnięcia skądkolwiek. Pięć minut, komputer lub nawet telefon i masz sprasowanego gotowca. Ludzie używają ich w sieci do podmieniania twarzy aktorkom i aktorom porno. Na koleżankę z pracy, filmową gwiazdę... listonosza.
To powiedziawszy, spojrzał wymownie na partnera, który z miejsca spłonił się jak kwitnący mak.
- Mówiłem ci, że to przez przypadek. Tak mi się klikło tylko.
- Nie rozumiem w ogóle, po co ci było zdjęcie listonosza. Je też zrobiłeś przypadkiem?!
Ryjek odsunął się od ekranu, by dać im trochę przestrzeni.
- Zrobił nas w wała - zwrócił się do Butcha. - Zawsze jeszcze zostaje nam ta dziewczyna z dzieckiem...
Butch pokręcił głową i znowu energicznie potarł podbródek.
- Loki nie dba o tych, których wykorzystuje. Chce tylko przetrwać - odparł. - I co gorsza, uda mu się, bo wystarczy, że powie, że oddał mi to, co faktycznie sam znalazł, i mu uwierzą.
- Rozumiem. - Ryjek podrapał się po głowie. - No cóż, czyli wygląda na to, że obaj jesteśmy teraz trochę w dupie z tą sprawą, co?
- Niestety.
- Jakaś szansa, że to faktycznie Nicholas Cage?
Butch uśmiechnął się półgębkiem.
- Nie, Cage stracił Stróża za przewinienia kilka lat temu.
Ryjek parsknął śmiechem.
- Patrząc na to, w czym ostatnio grał, nie dało się nie zauważyć.
Spojrzał na zegarek, a potem na wciąż kłócących się techników i wreszcie raz jeszcze na Butcha. Przez głowę przemknęło mu, że gdyby opisał to jedno popołudnie w swojej książce, mógłby mieć bestseller. Oczywiście, o ile na świecie wciąż jest dość świrusów czytających fantastykę. Pieskie popołudnie - taki dałby jej tytuł. Jebać to, że ktoś już go kiedyś użył.
- Napijemy się? - zapytał. - Jak glina z gliną.
Anioł długo milczał. Komisarz już był skory uznać, że nie dosłyszał pytania. W końcu jednak potrząsnął wielką głową, jakby się przebudził, i powiedział:
- W sumie czemu nie?
<Klik>
Dziś krótko, bo zaraz zajęcia terenowe. Na tych lekcjach teoretycznych oglądaliśmy nagrania z szeregu opętań. Uczyliśmy się rozróżniać diabelskie od mitycznych, przedstawiono nam metody postępowania i zgłaszania oraz pokazywano interesujące przypadki. Na ostatnim z filmów po raz pierwszy widziałem archanioła Michała, jak również mitycznego Lokiego zwanego Kłamcą. Metody działania mieli dość... nieortodoksyjne.
Ponoć Kłamca wiele ze swoich zachowań czerpie z filmów i tak zwanej popkultury, ale tu jeszcze nie wiem nic więcej, bo zajęcia z niej mamy mieć dopiero wkrótce. Jestem ich bardzo ciekaw.
<Klik>