Stróże. Wydanie zbiorcze - Jakub Ćwiek

Kup ebooka

47.99 zł
35.99 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

<Klik>

Raz dwa... Raz, dwa...

Hosanna, Alleluja, Hosanna...

<odgłos stukania>

Chwalmy Pana, Alleluja!

<odgłos odkładania>

Dobrze, spróbujmy zatem. <nerwowy śmiech> Na Trony i Zwierzchności, to zdumiewające, że tak mały przedmiot może być tak onieśmielający!

Zdawać by się mogło, że gdy Metatron wyśpiewał cię z Woli Pana, by głos Twój niósł się przez wieczność i bezkres, by wypełniał chwałą Stwórcy każdą cząstkę bytu, to niewielki przedmiot, który więzi dźwięki i odtwarza je na zawołanie, nie powinien wprawiać cię w zakłopotanie. Może to dlatego, że mówię, nie śpiewam? Może dlatego, że wciąż uczę się tego "ja" zamiast "my"?

Nie, to nie jest dobry początek.

<Klik>

<Klik>

Imię me Isma'il...

Choć nie, kurs mowy współczesnej uczy, że powinienem przedstawić się inaczej. Jeszcze raz...

<Klik>

<Klik>

Mam na imię Isma'il. Niegdyś eosopran w jednym z dolnych Chórów Pana, wkrótce... jeśli taka będzie wola Tronów i łaska nieobecnego Pana - anioł stróż.

Dziwnie się czuję ze świadomością, że zostałem wybrany. W pamięci mam czasy, gdy Pan był jeszcze z nami. Wtedy Chóry składały się wyłącznie z takich jak ja, aniołów wyśpiewanych, by śpiewać, by wprawiać rzeczywistość w drganie, nieść radość i otuchę na krańce Wszechświata.

Potem zaczęli przychodzić ci, którzy zawiedli. Nazywamy ich Zbłąkanymi, bo zawiedli w swojej posłudze. I dlatego zesłano ich do nas. Za karę. Nieustannie dają temu wyraz smutno-gniewnymi spojrzeniami i tendencją do przechodzenia w moll, gdy tylko śpiewy obowiązkowe zmieniają się w improwizacje, a także agresją i izolacją. Na przerwach zbłąkani niemal zawsze rozmawiają tylko ze sobą, mówią o ludziach, o świecie. Obskakują nowych, gdy ci przychodzą, i pytają o sytuację polityczną, o nowe mody, filmy w kinie. Dziś rozumiem te słowa, wcześniej nie mówiły mi wiele. Tak jak nie rozumiałem ich odpowiedzi na moje pytanie, jak tam jest. "Posrasz się, a nie zrozumiesz", mówili najczęściej i wypychali mnie ze swoich zamkniętych kręgów.

Zbłąkani fałszują. Zwierzchności mi świadkiem, że nie chcę nikogo fałszywie posądzać o złą wolę, ale uważam, że robią to specjalnie. Jakby w ostatniej chwili wycofywali się z właściwego dźwięku. Potem chichoczą. Nie uczą się tekstów, tylko piszą je sobie na rękach, a gdy wznosimy Hymn o Miłości, parskają na słowo "cymbał".

Jeden z Cherubinów zwrócił im nawet uwagę, że zachowują się niedopuszczalnie, ale wtedy któryś odpowiedział, że większa kara ich już nie spotka. Ale spotkała. Była nią decyzja Nadzoru Anielskiego, by niektórych spośród Chórzystów wcielić do służby Stróżów.

Z początku Zbłąkani nawet się ucieszyli i zaraz zaczęli pokazywać, jak to się zrehabilitowali za dawne przewiny. Nagle zaczęli śpiewać czysto, integrować się, pytać o imiona i nawet je zapamiętywać. Mnie co prawda nadal nazywali "Tym kolesiem z Moby Dicka", co mi niewiele mówiło, ale robili to już jakby milej.

Dopiero potem się okazało, że Nadzór wyklucza z naboru wszystkich, których do Chórów zesłano za przewinienia w dawnej służbie. Anioł stróż, który z tego czy innego powodu przestał nim być, nie miał już powrotu. Zamiast tego, za sprawą niedoboru Stróżów, zdecydowano się powołać i przystosować Chórzystów pierwotnych do nowej służby. I tak oto trafiłem tutaj. Do niewielkiego pokoju w niedawno powstałej przestrzeni uczelnianej Nadzoru Anielskiego. Na to łóżko, z tym urządzeniem na poduszce.

Przedmiot nazywa się dyktafon. Otrzymałem go dzisiaj, jak wszyscy z pierwszego naboru, na zajęciach z "Przystosowania do współczesności" z zadaniem nauczenia się obsługi. Dyktafon jest cyfrowy i nie zawiera w sobie żadnego nośnika, o którym nas uczono, takiego jak kasety, płyty CD czy winylowe. Nagrywa dźwięk na zawartą w nim pamięć i z tej pamięci odtwarza. Jak? Jeszcze nie wiem, ale muszę się nauczyć przynajmniej częściowo. Choć i tak kluczowa jest lista zagrożeń, jaka może z tego przedmiotu wynikać dla podopiecznego. Tę mam stworzyć sam w oparciu o zajęcia z historii cywilizacji ludzkiej. Dużo wkuwania, ale dla kogoś, kto przez eony nauczył się zylionów gugolpleksów pieśni, nie powinno to być aż takie trudne, czyż nie?

To, co właśnie zrobiłem, to pytanie retoryczne. O tym też się ostatnio uczyłem. Niesamowite, że ta wiedza jeszcze mi się nie miesza.

Dobra, wystarczy na początek.

<Klik>

<Klik>

Dzień drugi z dyktafonem. Zobaczymy, co pamiętam z zasad przyznawania Stróżów.

Wynikiem niedoboru Stróżów i ciągle zwiększającej się liczby ludzi postanowiono, co następuje:

Po pierwsze, anioł stróż nie będzie już przypisywany jednostce, tylko całej komórce rodzinnej i będzie z nią wędrował przez pokolenia aż do skończenia rodu lub utraty praw do Stróża przez jej przedstawiciela. W przypadku gdy z jakiegoś powodu w nowej komórce rodzinnej znajdzie się dwóch Stróżów, zostanie to zgłoszone do Nadzoru Anielskiego, by jeden z nich mógł zostać rozdysponowany na innych potrzebujących. Anioł stróż sam decyduje, przy którym członku rodziny zamierza przebywać, na podstawie indywidualnej oceny sytuacji i stopnia zagrożenia. W przypadku postępowania Wydziału Interwencyjnego Nadzoru Anielskiego Stróż zobowiązany jest swój wybór uzasadnić.

Po drugie, potencjalny podopieczny musi być osobą wierzącą, praktykującym katolikiem. Dopuszcza się wyjątki dla innych spośród chrześcijan, ale rozpatrywane indywidualnie. Anioł stróż czerpie siłę oraz możliwości dokonania interwencji z modlitw podopiecznego, a zatem...

O, właśnie, przypomniało mi się, bo mieliśmy dzisiaj bardzo interesujący wykład jednego ze Stróżów. Nazywał się Kwiryniusz i mówił nam właśnie o sile modlitwy oraz o tym, jak motywować podopiecznego do regularnego zawierzenia i proszenia o wsparcie. Kwiryniusz był bardzo przekonujący i mówił wiele mądrych rzeczy, ale potem słyszałem, jak na korytarzu któryś z pracowników Nadzoru mówił o nim, że się mądrzy, a przecież toczyło się w jego sprawie postępowanie na wniosek samego archanioła Gabriela. Ponoć Kwiryniusz pozyskiwał modły za pomocą istoty mitycznej w służbie archanielskiej, niejakiego Lokiego.

Ale wracam do tema... a nie, muszę już iść, więc nagram to sobie później. Na Trony, to wciąż takie dziwne...

<Klik>

KTO JEST BEZ WINY

Podchodzi bardzo blisko, do ostatniej chwili ukrywając wojskowy nóż w luźnym rękawie bluzy. Wtedy macha ręką, łapie rękojeść sprawnym ruchem i zadaje sześć szybkich, krótkich ciosów. Sztych wnika w ciało między żebrami, wychodzi z sykiem i zaraz zanurza się ponownie, nieco wyżej. Jak w koszarowej grze "ręka-nóż". Ostrze tylko raz zgrzyta o kość.

Nie najgorzej, myśli, ale tak naprawdę nie jest zadowolony. Miał setki lat na praktykę, każde trafienie powinno być perfekcyjne. A skoro nie są takie teraz, gdy celem jest ludzki trup podwieszony na haku jak półtusza w rzeźni, to co zdarzy się w polu?

Z telewizyjnego odbiornika za jego plecami dochodzą doniesienia o kolejnych cudownych ocaleniach podczas trzęsienia ziemi w Chile. Uratowani dziękują aniołom boskim za opiekę. On wzdryga się na to, wyciera broń o spodnie trupa i chowa ją do pochwy. Prosty nóż taktyczny od H&K o czarnym, matowym ostrzu. Dużo lepszy niż to rytualne badziewie, którym ćwiczył, choć nie tak dobry, jak mieli ci Indianie, Shorouki. Już dwa razy pracował z łowcami aniołów. Byli dobrzy, musiał to przyznać. Nie tylko jak na ludzi, po prostu dobrzy. A ich noże i toporki były najlepszymi narzędziami śmierci, jakie widział od kilkuset lat. Szkoda, że nie chcieli odstąpić mu choćby kozika.

Do telewizora dołącza się wcześniej wyciszone radio, zwiększające głośność o pełnych godzinach na czas wiadomości. Kolejne informacje, kolejne przypadki. Cuda, interwencje boskie, anielska opieka. Ile z tego to myślenie życzeniowe, a ile naprawdę robota aniołów? Przyjdzie mu to powoli, skrupulatnie sprawdzić.

Na razie notuje coś na karteczce, przykleja ją do ceglanej ściany wypełnionej już zdjęciami, wycinkami z gazet i mapkami z masą zakreśleń. Oznacza karteczkę numerem 7314, ale potem ją drze, bo jest niebieska, a nie żółta. Niebieski oznacza pewniaki.

Na dziś ma jedną taką, całkiem niedaleko.

Sięga po kurtkę.

***

Mężczyzna pod dwudziestkę, w obcisłych niebieskich spodniach, koszulce polo i narzuconym na ramiona turkusowym sweterku gapił się w ekran trzymanego przed oczami urządzenia. W uszach miał białe słuchawki dokanałowe, zapewne z muzyką, bo kołysał się rytmicznie. Anioł stróż Kreasos, siedzący obok Zardaela zwanego Zadrą, mówił na takich "odcięci" i - co zawsze podkreślał - nie zazdrościł ich Stróżom.

Ale mężczyzna stojący na przejściu nie miał Stróża. A nawet jeśli miał, to nie na służbie.

Gdy zmieniło się światło, odcięty zauważył to dopiero po kilku sekundach, a następnie uniósł nogę, by wejść na pasy. Ze wzrokiem w ekranie, z uszami wypełnionymi muzyką i z totalnym zaufaniem dla powszechnego poszanowania przepisów ruszył niemal prosto pod koła samochodu, którego kierowca skręcał gwałtownie w prawo, zignorowawszy przepis o zielonej strzałce.

- Na Trony! - krzyknął Zadra.

Zerwał się ze swojego miejsca w kawiarni tak gwałtownie, że wywołany przezeń wiatr poderwał włosy drobnej studentki siedzącej nad parującym kubkiem i stosem notatek. Dziewczyna rozejrzała się zaskoczona, a kiedy nic nie dostrzegła, zmarszczyła uroczo nosek i wróciła do medycznego sprawozdania z sekcji zdeformowanych kobiecych narządów rodnych.

Tymczasem odcięty zrobił już krok i szykował się do drugiego, którym niechybnie przeciąłby drogę samochodowi. Już uniósł stopę, zgiął kolano, przeniósł środek ciężkości, wychylając się do przodu, gdy nagle coś złapało go za kark i mocno szarpnęło do tyłu. Odcięty zatoczył się, podeszwa jego conversa otarła się o drzwi pojazdu. Widząc to, kierowca mimowolnie zatrąbił i zaklął pod nosem, a siedzący na miejscu pasażera chudy, szczupły mężczyzna ubrany w grafitową koszulę i kamizelkę uśmiechnął się z wyraźną ulgą i zasalutował.

Zadra, który puścił już kołnierz zdezorientowanego odciętego, odpowiedział salutem i wrócił na swoje miejsce w kawiarni.

- Nie powinieneś był tego robić - zauważył obojętnym tonem Kreasos.

Zadra wzruszył ramionami.

- A ty nie powinieneś swatać swojej Kasiulki z każdym, kto ma zdolność kredytową i czystą kartotekę na policji - odgryzł się.

Przyczesał zmierzwione włosy, wierzchem dłoni potarł policzki i strzepnął niewidzialny pyłek z koszuli. Dopiero wtedy jakby od niechcenia powiódł wzrokiem po wnętrzu kawiarni, żeby upewnić się, który z jego pobratymców zwrócił uwagę na to, co się stało.

Wszyscy, uznał. Wszyscy widzieli i teraz, nie potrafiąc kłamać, odwracali wzrok i udawali, że zajmują się wyłącznie swoimi podopiecznymi. A to jeden przesunął talerzyk stojący na skraju stołu, a to drugi trzymał dłonie nad parującym kubkiem, jakby się ogrzewał, choć w rzeczywistości pilnował, by żywa gestykulacja grubego brodacza nie wywróciła kubka prosto na otwarty laptop. Siedmiu świadków nieautoryzowanej, nieregulaminowej interwencji skierowanej, by uratować - najprawdopodobniej - nieprzypisanego. Dziewięciu, jeśli liczyć Kreasosa i anioła z samochodu. Zadra westchnął. Stanowczo nie powinien był tego robić.

- Brakuje ci interwencji, co? I tych twoich? - Kreasos bez trudu wbił się w strumień myśli towarzysza. - Ile to już, odkąd cię odwołali?

- Oddelegowali - poprawił Zadra. - Tymczasowo. I w czwartek będzie trzeci tydzień.

- Tak, tymczas - powtórzył Kreasos bez przekonania. - Kto cię zastępuje? Znasz? Ufasz?

Zadra uznał, że to ostatnie pytanie nie było specjalnie mądre. Żaden Stróż troszczący się o swoich podopiecznych nie byłby w stanie zaufać innemu aniołowi w kwestiach zawodowych. A do tego kto w czasach anielskiego niedoboru zostawał aniołem na zastępstwo? Tylko niedojdy z dwoma ostrzeżeniami albo świeżo szkoleni chórzyści. To już Zadra wolałby na ten czas nająć Kłamcę, o którym wszyscy ostatnio tyle mówili. Przynajmniej, odpowiednio opłacony, przykładał się do roboty jak mało kto.

Przy barze młody, patykowaty rudzielec z plakietką "Uczę się" majstrował przy zablokowanej kolbie ekspresu, jak gdyby rozbrajał bombę. Pochylony nad nim stróż szeptał mu do ucha porady, jednocześnie rozglądając się ukradkiem, czy któryś z kolegów po fachu się z niego nie śmieje. Widać było, że nie tylko rudzielec dopiero zdobywał tu praktykę. Zadra aż się wzdrygnął na myśl, że podobny temu typek siedzi teraz u jego Konieckich i patrzy przez ramię Basi piszącej klasówkę, pilnuje Radka ze złamaną nogą, podsuwa zagubione papiery Bogdanowi albo pilnuje, żeby jego żona Jadzia nie zacięła się nożem podczas zmywania. Jadzia bywa taka roztargniona, gdy zasłucha się w audiobook Sagi o ludziach lodu.

- A właściwie to skąd ten urlop? - zapytał Kreasos, po czym rozejrzał się uważnie, czy nikt nie patrzy, zdjął z półki kubek termiczny na sprzedaż i ostrożnie odkleił od niego metkę z zabezpieczeniem.

Zadra przyglądał się temu z umiarkowanym zaciekawieniem.

- Mam zrobić szkolenie przysposabiające jakiemuś nowemu - wyjaśnił.

- Serio? Od kiedy robią coś takiego?

- Od kiedy przysposabiany to były żołnierz Zastępów. Nie wiem, stary, dla mnie to też nowość. Co ty robisz z tą metką?

Zamiast odpowiedzieć, Kreasos wstał i podszedł do swojej podopiecznej - ładnej, choć myszkowatej dziewczyny w za dużych okularach i chaotycznej fryzurze. Przyklęknął przy niej, jak gdyby się oświadczał, po czym sprawnym ruchem podkleił metkę do dna zawieszonej na poręczy torebki. Upewnił się, że się trzyma, wstał i z zadowoleniem otrzepał ręce jak po udanej wymianie koła w samochodzie.

- No co? Ochroniarz to wbrew pozorom bardzo miły i nieśmiały chłopak. - Wskazał brodą łysego kulturystę w koszulce polo z logo galerii, w której mieściła się kawiarnia. - Ma na imię Marcel, opiekuje się mamą i psem bez oka. Pies nazywa się...

Zadra pokręcił głową z rezygnacją.

- Czasami się zastanawiam, czy ty aby na pewno jesteś po naszej stronie, Kres. Poważnie.

- Powiedział ten, co właśnie dokonał nieautoryzowanej - odciął się drugi Stróż. - No dalej, co z tym żołnierzem?

- Nie wiem. Podobno Zastępy nie prowadzą teraz wojen, wojska się nudzą, a u nas braki. - Zadra złapał się na tym, że wodzi palcem po kupce wysypanego cukru i układa ją we wzór. Jego samego nie było co prawda widać, ale już takie wzory owszem. Gdyby obok siedział jakiś człowiek...

Anioł szybko zamazał wzór i wytarł ręce o kamizelkę.

- Facet to jakiś mocno utytułowany weteran. Na pewno ze służb specjalnych, może nawet Michałowa pretoria. Nie powiedzieli mi o nim za wiele, ale masa odznaczeń w polu, w formacji i w zadaniach utajnionych, oficer z walk o Walhallę, podobno starł się z Thorem.

Kreasos uśmiechnął się pobłażliwie.

- Każdy wie, że Thora pokonał Michał.

- Nie mówię, że pokonał - odparł Zadra - tylko że się starł. Zawalczył. Wcześniej każdy, kto się do Thora zbliżył, odlatywał bez choćby zadania ciosu. Mówi się, że podobno nawet go zranił, co ułatwiło później robotę archaniołowi.

- Plotki - mruknął Kreasos. - Skąd to wiesz?

- Od Darneusa. Od niego mam przydział.

Na to już drugi stróż nie odpowiedział. Zadra wiedział dlaczego. Owszem, anioły plotkowały, zdarzało się to nawet Henaelowi, cherubinowi odpowiedzialnemu za cały departament Stróżów. Ale jeżeli mówił coś jego zastępca, anioł Darneus, to było jasne, że nie ma w tym grama niesprawdzonej wieści. Darneus, gdyby był człowiekiem, musiałby znaleźć sobie bogatego panicza, zabić mu rodziców i uszyć z kevlaru kostium nietoperza. Jego szeroki zakres umiejętności wszelakich poukrywanych w tysiącach kieszonek dyskretnie wszytych w doskonale skrojoną elegancję, takt i szyk sprawiały, że mógł być tylko aniołem albo właśnie majordomem superbohatera.

Nagle podopieczna Kreasosa wstała i sięgnęła po płaszczyk i torebkę. Widząc to, jej anioł spiął się i klepnął Zadrę w ramię.

- Teraz patrz.

Dziewczyna przeszła kilka kroków, lawirując między stolikami i ludźmi rozpartymi na fotelach tak, że nad nogami niektórych trzeba było skakać jak podczas gry w gumę. W połowie drogi zorientowała się, że nie wzięła ze stolika ściereczki do okularów, więc wróciła i pokonała tę samą drogę jeszcze raz. Zadra pomyślał z rozbawieniem, że gdyby Kreasos był człowiekiem, to dusiłby się teraz od tego wstrzymywania oddechu.

Ochroniarz siedział tyłem do szyby na wysokim stołku przy blacie i grzebał coś w komórce. Na widok Kasi podniósł głowę, otaksował ją spojrzeniem, a gdy doszedł wzrokiem do twarzy, uśmiechnął się uprzejmie i koślawo. Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem i natychmiast odwróciła wzrok. Sekundę później zawyły bramki w wejściu.

- Bingo! - krzyknął Kreasos, aż wszyscy obecni w kawiarni aniołowie odwrócili się i spojrzeli na niego z wyrzutem dotąd zarezerwowanym dla oburzonych bibliotekarek. Stróż zasłonił usta w geście "wyrwało mi się", ale nie wyglądał na specjalnie skruszonego.

- Co bingo? - zapytał Zadra. - Przecież to bardzo nieprzyjemna sytuacja dla obojga. Wrobiłeś swoją podopieczną i zawstydziłeś ją przed obcym człowiekiem.

Kreasos pokręcił głową.

- Jak ty masz, Zadra, kogokolwiek czegokolwiek uczyć, skoro nie znasz podstaw ludzkich relacji. Więcej związków wzięło się na tym świecie z zakłopotania niż z miłości. Zapamiętaj to sobie, jeśli jeszcze wrócisz do tych swoich Konieckich.

Zadra już miał mruknąć, że "nie jeśli, tylko kiedy", ale wtedy rozległ się w jego głowie głos Darneusa:

"Już czas".

- Muszę znikać - powiedział Zadra i zniknął.

***

Poznaczone bliznami szerokie plecy anioła Butcha naprężały się, to znów rozluźniały, trzeszczała skóra na potężnych bicepsach, uginał się podwieszony pod sufitem drążek. Góra, dół, góra, dół, nogi złączone, wyprostowane, sylwetka ułożona idealnie, obcięte na krótko włosy i różowe dżdżownice bliznowców lśniły potem.

Było w tych ćwiczeniach coś hipnotyzującego, jak mantra powtarzana godzinami raz po raz celem wprowadzenia się we właściwy stan. Jak rytuał przywołujący coś wielkiego, tajemniczego i przerażającego.

W pewnej chwili skóra na łopatkach Butcha pękła, a spod niej wyłoniły się pokraczne, jakby obciągnięte błoną palce bez paznokci. Najpierw powoli, niezdarnie, niczym pisklaki wychodzące z jajka, potem wystrzeliły nagle jak kwiaty na przyspieszonym filmie przyrodniczym. I ledwie wychynęły na całą długość, z głównego pnia wyrosły jakby dodatkowe łodygi, a na nich, niczym liście, zaczęły pojawiać się pióra. Od tego momentu potrzeba było równo dwustu podciągnięć, by skrzydła nabrały wdzięku i majestatu. Wówczas anioł rozłożył je, puścił drążek i powoli opadł na ziemię, dysząc miarowo.

- Skrzydła? Naprawdę?

Cherubin Henael, drobny nerwowy anioł o gładko ogolonej twarzy i wyjątkowo żywej mimice skrzywił się z dezaprobatą. Wraz z wysokim, szczupłym Darneusem stali w niewielkim przyciemnionym pomieszczeniu skrytym za taflą fenickiego lustra i od godziny przyglądali się ćwiczącemu Butchowi.

Co prawda dyrektor anielskiego departamentu Stróżów i jego zastępca bez trudu znaleźliby sobie na ten czas inne zajęcie, ale postać po drugiej stronie tafli była niczym wyjątkowy obraz drapieżnika przywieziony właśnie do twojego zoo. Wmawiasz wszystkim, że musisz go pilnować ze względu na bezpieczeństwo, a w rzeczywistości chcesz zobaczyć, czy jak mu ciśniesz główkę sałaty, to ją zje, rozszarpie czy zacznie turlać jak piłkę. Ot, ciekawość. Ten jeden krok do piekła, na który pozwalali sobie nawet najwierniejsi Tronom aniołowie.

- Myślę, że to jest to wojskowe przyzwyczajenie do tradycji. W sensie te skrzydła - odparł Darneus. - No i spójrz na nie, cherubinie, musiał ich wielokrotnie używać w boju, bo widać, że...

- Stróże nie obnoszą się ze skrzydłami - wszedł mu ostro w zdanie Henael.

Darneus skinął głową.

- Poinformuję go, by najdalej z chwilą zakończenia szkolenia zredukował i ograniczył ich używanie do czasu wolnego.

Henael uśmiechnął się mimowolnie, dając tym samym wyraz, co myśli o podobnych pustych zwrotach. Czas wolny u Stróża. Dobre sobie. Zaczesał ręką opadającą na czoło grzywkę.

- A właśnie, jak mu idzie szkolenie? - zapytał.

Darneus zajrzał do notatnika, choć na pewno nie musiał. Zastępca cherubina miał idealną pamięć i jeśli czasem pozwalał sobie na podobne gesty, to wyłącznie dlatego, że nie chciał onieśmielać otoczenia.

- Na razie zdał testy ogólne. Przysposobienie zawodowe ma się rozpocząć dzisiaj. Poprowadzi je anioł Zardael, doświadczony opiekun rodzinny, którego wybrałem na podstawie stosownych statystyk. Ma największy współczynnik zróżnicowania interwencji pośród aniołów stróżujących cywilom, a jednocześnie usposobienie na tyle łagodne i bezkonfliktowe, że nie będzie próbował zdominować Butcha.

Tym razem uśmiechnęli się obaj. Myśl o jakiejkolwiek dominacji nad górą umięśnionej anielskości stojącej po drugiej stronie lustra wydawała się absurdalna. Michał czy Lucyfer w czasie swojej świetności mogliby go ani chybi pokonać, ale zdominować? Pozbawiona wyrazu, surowo wyciosana twarz zdawała się rzucać wyzwanie wszystkim w zasięgu wzroku. Henael wyobraził sobie nawet, jak wzywa tego tu na reprymendę, i nerwowo przełknął ślinę.

- Gdzie ten Zadra?

Darneus wywrócił białka oczu, by to sprawdzić, co wyglądało jak reakcja na najgłupsze pytanie świata.

- Czeka pod drzwiami. Gotowy do pracy.

Henael skinął głową i nacisnął przycisk interkomu.

- Butch, tutaj twój nowy... ekhem, przełożony, cherubin Henael.

Butch powoli, jak na zwolnionym filmie, odwrócił się całym swym zwalistym ciałem w stronę lustra i zaplatając ręce na plecach, stanął w lekkim rozkroku. Skrzydła owinął wokół siebie, jakby chciał zamknąć się w zrobionym z nich kokonie. Jego spojrzenie wyrażało skupienie i uwagę.

- Chciałbym teraz, żebyś ukrył skrzydła i wyszedł na spotkanie z aniołem Zardaelem, który będzie twoim indywidualnym instruktorem i przeprowadzi cię przez... ekhem, szkolenie.

Butch, wciąż wpatrzony w lustro, ledwie zauważalnie skinął głową, ale poza tym ani drgnął.

Henael spojrzał niepewnie na Darneusa z niemym pytaniem "co teraz?" malującym się w oczach. Zastępca zrobił krok do przodu i teraz to on wcisnął przycisk interkomu.

- Wykonać - powiedział, a wtedy Butch zabrał się do roboty.

***

Krzesełko na wąskim, białym korytarzu było zimne i niewygodne. Mimo to Zadra siedział na nim, uznając, że nerwowe przechadzanie się tam i z powrotem może zostać źle odebrane przez przełożonych, którzy przecież mogli tędy przechodzić. Wiele mówiło się ostatnio o planowanych testach kwalifikacji zawodowej nawet dla aktywnych Stróży i choć oblanie takowego raczej nie skutkowałoby usunięciem z zawodu, Zadra wolał nie dawać nikomu choćby cienia sugestii, że nie panuje nad sobą albo brak mu cierpliwości.

Siedział i czytał książkę. Taką samą jak ta, którą czytał przez ramię Bogdanowi, gdy ten znalazł na nią czas wieczorem po pracy. Nazywała się Baranek, opowiadała o Jezusie i jego koledze z dzieciństwa Biffie, a także o aniołach, z których jeden, ten od zwiastowań, nie był najmądrzejszy. Ot, jedna z tych lekkich, zabawnych historyjek, które aniołowie lubili, a ludzie wiary uważali za bluźnierstwo i powód do palenia autora i fanów na społecznościowych stosach.

Skryty pod łóżkiem Jezus uczył się właśnie, czym jest miłość fizyczna, na podstawie relacji przyjaciela uprawiającego seks z prostytutką, gdy nagle w jarzącej się na biało ścianie naprzeciw pojawiły się najpierw drzwi, a zaraz potem stanął w progu zwalisty olbrzym w stroju Stróża.

Gigant miał ręce jak Schwarzenegger dłuta Michała Anioła - wielkie, kształtne mięśnie oplecione powrozami żył. Rękawy grafitowej koszuli podwinięte do łokci, przez lewe przedramię przewieszony szary płaszcz. Na oczach lustrzane pilotki, w których Zadra dostrzegł skuloną, zmizerowaną postać wyglądającą jak uczeń gimnazjum na sedesie w szkolnej toalecie. Potrzebował kilku sekund, by się zorientować, że widzi siebie. Kolejnych trzech, by poderwać się z miejsca, rzucając książkę na bok, i wyciągnąć rękę.

- Cześć, nazywam się Zardael, ale wszyscy mówią na mnie Zadra, i zostałem oddelegowany, by przyuczyć cię do zawodu. Rany, ale ty jesteś wielki. Będziesz znakomitym Stróżem.

Butch przechylił lekko głowę, po czym również wyciągnął dłoń. Uścisk miał silny, choć sprawiał wrażenie, że stara się wyrządzić rozmówcy jak najmniejszą krzywdę, zupełnie jakby miał do czynienia z dzieckiem.

- Ty nie jesteś - mruknął.

- Przepraszam? - zdziwił się Zadra.

- Wielki - doprecyzował Butch z miną, jakby nie lubił doprecyzowywać rzeczy.

Zadra zaśmiał się nerwowo i powstrzymał odruch wytarcia ręki o marynarkę.

- Trafne spostrzeżenie - powiedział. - To inna zaleta w tym zawodzie, spostrzegawczość. I nie, pewnie źle się zrozumieliśmy. To nie tak, że musisz być wielki, żeby być dobrym stróżem, bo istnieje więcej niż jedna metoda, by dobrze wykonywać ten zawód. W wojsku zresztą pewnie też mieliście te swoje podziały i przydzielaliście różnych aniołów wedle ich umiejętności, czyż nie?

W odpowiedzi Butch tylko wzruszył ramionami w geście, który mógł znaczyć absolutnie wszystko. Potem otworzył usta i Zadra już liczył, że Butch skomentuje to choćby jednym zdaniem, ale on tylko oblizał spierzchnięte wargi i zaraz zamknął usta z powrotem.

Zadra westchnął.

- W ogóle ogromnie jestem ciekaw wszystkich tych twoich opowieści wojennych - powiedział. - Znałem kiedyś takiego weterana, ale on był w pomocniczych, technicznych, żadna tam pierwsza linia frontu, wiesz. Rozstępowali Morze Czerwone, montowali ognisty słup, takie tam. Ale historyjek miał masę i naprawdę świetnie się go słuchało. Ty masz pewnie więcej i lepszych, co? Podobno byłeś pod Walhallą?

W ścianie korytarza zamigotały kolejne drzwi i wyszło zza nich dwóch Stróży, każdy z naręczem plastikowych teczek. Rozmawiali o czymś, ale dostrzegłszy Butcha, zamilkli i przyglądali mu się ukradkowo aż do zniknięcia za rogiem.

Zadra odprowadził ich spojrzeniem. Butch nie.

- Tak - odpowiedział olbrzym i Stróż znowu potrzebował kilku sekund, by przypomnieć sobie pytanie do tej odpowiedzi. Gdy mu się udało, zadowolony z siebie pociągnął temat jeszcze trochę.

- Słyszałem, że walczyłeś z samym Thorem. Jaki on był?

- Duży.

- Ty też jesteś duży.

- Większy.

Kącik ust olbrzyma drgnął, co wcale nie musiało oznaczać rozbawienia, ale i tak zirytowało Zadrę wystarczająco, by zmienił nastawienie i ton. Jeszcze przed kilkoma minutami był podekscytowany spotkaniem, ale teraz poczuł znużenie.

- No tak... - mruknął i jakby się zawahał, ale po namyśle nabrał tchu. - Dobra, słuchaj no, Butch - dodał trochę energiczniej - ja wiem, że dla was wojskowych to wszystko jest tylko poczekalnią przed apokaliptyczną zadymą, a my cywile jesteśmy po to, by wam polerować zbroje, ale mam cię wdrożyć w tę robotę. Poświęcam swój czas i swoje obowiązki, które lubię, by cię czegoś nauczyć, więc z łaski pańskiej spróbuj, choć przez ten czas, gardzić mną trochę mniej.

Butch raz jeszcze otaksował rozmówcę spojrzeniem i tym razem nie było już wątpliwości. Uśmiechnął się półgębkiem.

- Spróbuję - powiedział.

- Świetnie! - mruknął Zadra.

Odwróciwszy się, ruszył wzdłuż korytarza. Po kilku krokach, nie upewniając się, czy Butch podąża za nim, zaczął mówić oschłym, rzeczowym tonem:

- Z tego, co wiem, masz za sobą wszystkie podstawowe szkolenia, więc jeśli ci nie przeszkadza, ruszyłbym od razu w teren. Moi podopieczni mają teraz opiekę zastępczą, ale wiesz, jak czegoś sam nie dopilnujesz... Nie żebym nie ufał swojemu tymczasowemu zmiennikowi, to na pewno fachura, ale ten zawód lubi paranoików. Akurat zaczął się weekend, więc zaczniemy z grubej rury: dorosły podopieczny, piątek wieczór. Gotowy?

- Tak.

Zadra pstryknął palcami i świetlisty korytarz wydłużył się, a następnie zafalował i ukazał im ciemny zaułek obok ruchliwego lokalu.

Pod neonem dumnie migającym nazwą "Lula" stała kolejka ludzi w różnym wieku i stanie upojenia, którzy kilka godzin wcześniej, stojąc przed szafą, nie byli w stanie się zdecydować, czy idą do filharmonii, na wiejskie wesele czy na casting średniobudżetowego filmu porno. Między nimi kilku aniołów rozglądało się niepewnie, a jeden, zapewne stały bywalec, pocieszał ich, że jeśli tylko ich podopieczni nie wpadną na pomysł zadzierania z lożą albo zabawy z karłem tańczącym na podwyższeniu, będzie git.

Zadra zrobił krok, ale się zawahał. Obejrzał się i tym razem to on otaksował Butcha wzrokiem.

- Trzymamy się zasad - powiedział.

- Zawsze - odparł Butch.

***

Żeby móc spokojnie zajmować hoker przy samym barze, anioł Finael stosował zgraną sztuczkę z napisem "świeżo lakierowane". Wyciągał ją z kieszeni, materializował i kładł na siedzisku, a następnie siadał na niej. W ten sposób każdy, kto zauważał karteczkę, omijał pozornie puste miejsce, dając aniołowi spokój. Oczywiście nie działało to na pijanych i cwaniaków, ale tych szybko odstraszał kuksaniec znikąd.

Finael był aniołem o prezencji łysiejącego mężczyzny w średnim wieku, w dodatku takiego, którego przodkowie nie dobierali się w pary zbyt uważnie. Gdyby był widzialny, pewnie długo by sobie w "Luli" nie posiedział. Ktoś zgłosiłby ochronie, że jakiś obleśny typ od początku wieczoru tkwi przy barze i wślepia się w zgrabną blondynkę po trzydziestce kursującą po trójkącie parkiet-bar-toaleta coraz bardziej chwiejnym krokiem. Tłumaczenie, że kobieta jest jego podopieczną, nie zdałoby się na wiele, skoro nie potwierdziłaby tego nawet sama zainteresowana. Jak miałaby go poznać? Przez całe swoje życie widziała go raptem dwukrotnie. Raz był przechodniem, który zepchnął ją z drogi spadającego z dachu sopla, a drugi - zaniepokojonym sąsiadem, gdy Filip urządził jej awanturę dwa dni po wprowadzeniu się do nowego mieszkania. Potem wystarczyło już tylko czasem zastukać w kaloryfer lub w ścianę i awanturnik się mitygował, więc anioł nie musiał się pokazywać osobiście. To był zresztą powód do dumy Finaela. Od półtora roku mieli spokój z wszelkimi przemocowymi incydentami. A dziś była w tym klubie za wiedzą i zgodą będącego w delegacji Filipa. To naprawdę był wielki krok do przodu w ich związku!

Anioł spojrzał na tańczącą dziewczynę z mieszaniną dumy i radości. Podobało mu się, że jest możliwie skromna w ruchach, trzyma się koleżanek i spławia natrętów stanowczo, ale grzecznie, bo przecież takich łatwo sprowokować i trzeba uważać. No i że trzyma umiar w piciu, bo przecież różnie bywa. A to wyśle jakiś niewerbalny, ale jednoznaczny sygnał, a to nie upilnuje drinka i zgrzeszy zaniedbaniem. Mało który z imprezowiczów miał tu Stróża, z którym Finael mógłby się dogadać ponad głowami. Lepiej nie kusić losu.

Ledwie pomyślał o tym ostatnim, wyrośli przed nim ci dwaj. Jeden drobny, blady, z podkrążonymi oczami, drugi wielki, obcięty po wojskowemu, czujnie obserwujący tłum. Ludzie pchający się do kontuaru nie mogli ich widzieć, ale i tak omijali miejsce szerokim łukiem, jak gdyby przybysze emitowali pole siłowe. Tego chudego Finael znał, wielkiego widział pierwszy raz.

- Ty jesteś Finael, prawda? - zapytał chudy, czym z jakiegoś powodu mocno Stróża zirytował.

- Zależy dla kogo - mruknął, po czym ostentacyjnie wychylił się na hokerze, by dojrzeć swoją podopieczną zasłoniętą teraz przez wielkiego.

Olbrzym nie zrozumiał tego gestu albo się nim nie przejął, bo tylko bardzo wolno pokręcił głową.

- To nie jest prawda - powiedział. - Jeżeli jesteś Finael, to dla wszystkich.

Łysiejący Stróż spojrzał na niego zaskoczony, ale zaraz się otrząsnął i mruknął:

- Chodziło mi o to, że...

- Że o tym, czy chcesz z nami rozmawiać, zadecyduje to, z jaką sprawą przychodzimy - uśmiechnął się ten chudy.

Jak on się nazywał? Zura, Zumba...

- Zadra - podpowiedział chudy. - I mam dla ciebie pewną propozycję.

To powiedziawszy, sięgnął do kieszeni i wyjął z niej niezaklejoną kopertę. Podał ją koledze po fachu i cofnął rękę.

- To opłacony weksel na interwencję Kłamcy. Przegrał go w karty z jednym takim znajomym i...

Finael rzucił kopertę na biurko, jakby go oparzyła, i jeszcze raz przyjrzał się obu aniołom, tym razem z gniewem malującym się na pyzatej twarzy.

- Kto was przysłał? To prowokacja jakaś? Nie wolno nam korzystać z pomocy istot mitycznych, a Kłamca...

Chudy i duży wymienili spojrzenia. We wzroku wielkoluda pojawiło się wyraźne pytanie, na które oczy kolegi odpowiedziały: "Wyjaśnię ci później".

- To żadna prowokacja - wyjaśnił w końcu chudy. - Nie musisz z tego korzystać, możesz zgłosić, a wtedy jestem przekonany, że Darneus to doceni. Tak czy siak, ta koperta to dobra cena za to, o co chcę cię poprosić.

Finael zawahał się i rzucił ukradkowe spojrzenie na kopertę. Już miał odpowiedzieć, ale wtedy ktoś grzmotnął go w niewidzialne plecy, chcąc dopchać się do baru. Imprezowicz zdziwił się, że w coś uderzył, i z pijacką ciekawością na twarzy pomacał powietrze przed sobą. Anioł pozwolił jego dłoniom przeniknąć przez swoje plecy i pierś.

- Ciebie kojarzę - powiedział w końcu. - Ale twój kolega...

- Butch - przedstawił olbrzyma chudy. - I jest nowy, przyszedł z Zastępów, a ja go właśnie szkolę. I stąd moje pytanie. Nie użyczyłbyś mu na chwilę swojej podopiecznej? I spokojnie, to nie jest żadne łamanie regulaminu, sprawdziłem. Stróż może poprosić o zastępstwo w każdej chwili, jeżeli uzna to za stosowne. Zwykle robi się to za pośrednictwem góry, ale...

- ...ale lepiej przepraszać, niż prosić - uśmiechnął się Finael i tym razem dłużej zawiesił wzrok na kopercie. Nie miał do tej pory do czynienia z Kłamcą, ale słyszał, że w paru podbramkowych sytuacjach drań okazał się naprawdę pomocny. I faktycznie, jak powiedział ten Zadra, nie musiał z tego korzystać, choć fajnie było mieć taką opcję.

- Niech będzie - mruknął po chwili wahania. - Moja to ta w białej bluzce, blondynka, która właśnie idzie do baru. Ma na imię Zofia. Dajcie znać, jak skończycie.

Odwrócił się na znak, że dla niego sprawa jest zamknięta, ale Zadra złapał go za ramię.

- Nie tak szybko - stwierdził. - Musicie podać sobie dłonie i dokonać rytuału przekazania.

- Nie znam żadnego rytuału - stwierdził Finael.

- Spokojnie, robiłem to niedawno, więc ja znam. Podaj Butchowi rękę, o tak... Butch, musisz być trochę pomocny... właśnie! A teraz powtarzajcie za mną...

Słowa, które wydostały się z jego ust, były tak starożytne, że gdyby dinozaury miały archeologów, to ci znajdowaliby je w ramach wykopalisk. Każdy wyraz przysięgi był niczym wąż z kreskówki, który wpełza w pole kadru, układa się w literę i nim zdążysz się zorientować, burzy ją i pełznie dalej. Był niczym płomienie w ognisku grające ze sobą w kalambury. Mimo to ani Finael, ani Butch nie mieli problemu z powtórzeniem swoich kwestii. Gdy skończyli, puścili swoje dłonie, a Butch otrzepał ręce jak z pyłu.

- Słyszę jej myśli - stwierdził.

- To dobrze - kiwnął głową Zadra.

- Są głupie.

- Ej! - Finael podniósł głos, ale raczej dla zachowania pozorów niż z rzeczywistego oburzenia. Wyglądało na to, że raczej podziela zdanie wielkoluda.

- Możesz je wyciszyć - stwierdził Zadra. - Ja zawsze wizualizuję sobie takie pokrętło jak w starym radiu i wtedy...

- Już - przerwał mu Butch. - Co teraz?

Stróż wzruszył ramionami.

- Teraz obserwujesz i czekasz. Większość tej roboty na tym polega. Staramy się nie interweniować, by nie naruszać zasady wolnej woli. Ot, czasem możemy zlikwidować zagrożenie bardzo bezpośrednie i nagłe. Możemy też, wedle własnego uznania, zainterweniować w przypadku modlitwy. Niekoniecznie do nas, może być do szefa, do świętego. W takim przypadku...

Ale Butch już go nie słuchał. Z gracją nietypową dla kogoś jego postury przepchnął się na środek parkietu, bliżej swojej podopiecznej i w pierwszej kolejności obejrzał uważnie ją, następnie koleżankę, z którą tańczyła, i wreszcie mężczyzn, którzy obłapiali je wzrokiem. Tych taksował spojrzeniem po kolei, podchodząc tak blisko, jakby chciał przez nich przejść. W miejscach, gdzie był jeszcze przed momentem, raz za razem powstawały dziury w tłumie bardzo powoli zasklepiające się w takt muzyki.

Gdy utwór płynnie przeszedł w kolejny, Zosia przeprosiła koleżankę i ruszyła w stronę baru. Większość ludzi usuwała się jej grzecznie z drogi, ale tych kilku podchmielonych, którzy postanowili się podroczyć, do przepuszczenia jej potrzebowało niewidzialnej zachęty.

- Przypominam, że nie możesz interweniować bez powodu, zwłaszcza bez modlitwy - mruknął z rezygnacją Zadra, widząc, jak Butch wyprowadza kolejne lekkie, krótkie ciosy i rozpycha zaskoczonych klubowiczów na boki. - Umawialiśmy się na trzymanie się zasad, pamiętasz?

- Jasne. - Butch uniósł ręce, jakby się poddawał, ale czujnemu spojrzeniu Zadry nie umknął błyskawiczny ruch łokcia, którym wielki anioł trafił ostatniego z cwaniaków tuż obok nosa. - Będzie, jak mówisz.

Tymczasem Zosia dotarła już do kontuaru, wspięła się na wolny akurat hoker i zawołała barmana. Ten dał jej znać gestem, że zauważył i zaraz przyjdzie. Westchnęła ciężko, przeczesała włosy, po czym oparła łokcie na blacie, a głowę na rękach, próbując uspokoić rozkołysany świat.

- Co taka piękna dziewuszka robi w takim lokalu jak ten? - usłyszała nagle z lewej. - Czego szuka i jak duża szansa, że właśnie znalazła?

Spojrzała na niego. Facet mógł mieć pięćdziesiątkę. Biała koszula, szeroka pierś, brzuch trochę poza kontrolą. Na szyi złoty łańcuszek z Jezusem na krzyżu wplątanym w kępkę siwych włosów, zęby lśniące jak oferta kredytowa, na wskazującym palcu prawej ręki sygnet z literami PK. Uśmiechał się tak, jakby właśnie w tym momencie klęczała przed nim, zsuwając mu bokserki.

- Boże! - westchnęła, kręcąc głową.

Niemal w tym samym momencie hoker mężczyzny zachwiał się, pięćdziesięciolatek zamachał rękami, po czym, już lecąc, gwałtownie skręcił głowę i wyrżnął nosem o blat tuż obok szklanki z topniejącymi kostkami lodu. Chrupnęła kość, trysnęła krew, ktoś krzyknął, a potem facet osunął się powoli na podłogę.

Kilka osób, w tym Zosia, natychmiast rzuciło się na pomoc, reszta przyglądała się z mieszaniną obrzydzenia i rozbawienia, jak wielkie krople krwi kapią z kontuaru prosto na czoło pojękującego casanovy.

Zadra patrzył na to wszystko z założonymi rękami, w końcu przeniósł wzrok na Butcha.

- Ale wiesz, że powiedzenie "O Boże" to technicznie jeszcze nie jest modlitwa, prawda?

Butch wzruszył ramionami.

- Za dużo macie przepisów - stwierdził.

Zadra otworzył usta, chcąc coś na to odpowiedzieć, ale zaraz je zamknął i wyszukał wzrokiem Finaela. Ten siedział w pustej loży dla VIP-ów wyraźnie rozbawiony, a gdy ich spojrzenia się spotkały, pomachał koledze po fachu.

- Na dziś chyba wystarczy - stwierdził Zadra. - Chodź, oddasz dziewczynę i zbieramy się do domu.

Butch otrzepał ręce, po czym zaplótł je na piersi.

- Ty dowodzisz - powiedział.

***

Czeka i patrzy. Jedni po drugich wylewają się pijani ludzie, a wraz z nimi zakłopotani Stróże. Ci pierwsi wsiadają do taksówek, a ci drudzy materializują się na wolnych siedzeniach lub rozsiadają na dachach, zaraz za kogutami z napisami TAXI. Jeśli taksówkarz też ma Stróża, aniołowie wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Jeśli nie ma, na potrzeby tego kursu będzie go miał.

Myśli, czy naprawdę musi tak bezczynnie czekać. Czy nie może teraz, póki tamten jeszcze jest w środku, zająć się innymi. Nie wszystkie ofiary na wojnie są tak samo ważne, ale każdy trup po właściwej stronie to krok bliżej do zwycięstwa. Ale rozkaz to rozkaz, a on ma swoje zadanie i musi się go trzymać. Tym razem sprowadza się ono do celu z niebieskiej karteczki.

Sprawdza nóż, jak się wysuwa, czy ostry, czy ukryty nie wystaje. Sprawdza, choć jest pewien, że wszystko jest w porządku. Dba o pozory, bo pozory są ważne, teatr jest ważny, każdy ma swoją rolę. To nie może się wydarzyć po prostu, musi być interwencją, złapaniem na gorącym uczynku. Nie jest jednym z tych Indian, którzy po prostu wypowiedzieli wojnę bez reguł. On ma prawdziwą misję.

W końcu wychodzą. Ona pierwsza, zataczając się i wpadając na ochroniarza, który nie marnuje tej okazji i łapie ją mocno za tyłek. Dziewczyna nawet się nie oburza, tylko wybucha tak perlistym śmiechem, że kilka lśniących perełek śliny faktycznie wylatuje z jej ust i wsiąka w czarną koszulkę mężczyzny. To nie studzi jego zamiarów, wręcz przeciwnie, ale Zofia - Zofia, Sofia, czyli mądrość, jakże to ironiczne - wyślizguje się jakoś, macha do niego na pożegnanie ręką uzbrojoną w buty na obcasie i boso biegnie po chodniku. Dopiero wtedy wyłania się z lokalu jej Stróż.

Wystarczy poczekać, aż dojdą do zaułka. Wystarczy wyskoczyć z niego jak zwykły bandzior, gwałciciel, zwyrodnialec. Poczekać, aż anioł ruszy, by jak zwykle przekroczyć uprawnienia i powstrzymać napastnika mimo braku prośby o interwencję. Co Stróż dokładnie zrobi? Opcji ma wszak bez liku. Chwyci za ramię i zaczepi o sterczący ze ściany bolec mocujący piorunochron? Spróbuje podstawić nogę i zwali winę na nierówną kostkę? Po prostu uderzy znienacka, mając gdzieś grę pozorów?

To nie ma znaczenia, bo czegokolwiek spróbuje, raz-dwa dotrze do niego, że się pomylił. Że to nie jego podopieczna jest celem.

Ostrze wychodzi z pochwy gładko i równie gładko wejdzie w ciało.

Dziewczyna zrównuje się z zaułkiem.

***

Noc spędzili na rozłożystych ramionach blisko czterdziestometrowej figury Chrystusa. Ostatnio obrodziło takimi w całym kraju, a że każda miała w koronie nadajnik któregoś z telekomów, można było już z pełną odpowiedzialnością twierdzić, że oto większość ludzi komunikuje się ze sobą za pośrednictwem boskim. Ot, kolejny cud dokonany mimochodem.

Butch leżał na otwartej dłoni, z rękami zaplecionymi pod głową na palcu wskazującym Pana. Zadra przechadzał się od szyi do łokcia.

- Myślę, że powinniśmy się lepiej poznać - stwierdził w końcu, przystając. - Wiesz, żebym mógł dostosować szkolenie do twoich indywidualnych potrzeb.

Butch nie odpowiedział. Patrzył spod półprzymkniętych powiek trochę ponad głową kolegi na małżowinę uszną Pana.

- Powiesz mi, czym się do tej pory zajmowałeś? - zapytał Zadra.

- Walczyłem.

- A coś więcej?

- Nie - odparł Butch, po czym uśmiechnął się znowu tym swoim irytującym półgębkiem. - Na wojnie masz niewiele czasu na szukanie hobby.

Zadra zważył tę odpowiedź na szalkach brwi, cmoknął i odchrząknął.

- No dobra, spróbujmy inaczej. Opowiesz mi o tym, co robiłeś pod Walhallą? Tylko nie mów, że walczyłeś!

Butch wzruszył ramionami.

- Zatem nic nie robiłem - mruknął i zanim Zadra zdążył zrobić kolejną głupią minę, usiadł wyprostowany. - Słuchaj, większość tego, czym się zajmowałem, jest albo ściśle tajna, albo na tyle obrzydliwa, że mógłbyś nie dać rady o tym słuchać. Sprawiasz wrażenie fajnego Stróża i nie chciałbym, by moja przeszłość...

- Sprawdźmy - wszedł mu w zdanie Zadra, hardo wypinając pierś.

- Co takiego? - nie zrozumiał Butch.

- Mówisz, że nie dałbym rady o tym słuchać, a ja twierdzę, że wręcz przeciwnie. Sprawdźmy więc, który z nas ma rację.

Butch podrapał się po głowie, by ostatecznie wzruszyć ramionami.

- No dobrze, skoro tak bardzo chcesz.

Gdy skończył opowiadać, olbrzymi Chrystus, dotąd kremowy, był trochę bledszy, a Zadra siedział z oczami wielkimi jak spodki wsparty o szyję figury i poruszał ustami niczym wyjęta z wody ryba. Butch przeciągnął się, pokręcił głową, aż chrupnęło, i oblizał wargi.

- Rozumiem, że wystarczy? - zapytał.

Zadra skinął głową bardzo, bardzo powoli. Równie wolno wciągnął i wypuścił powietrze. Wciągnął i wypuścił.

- Myślę, że teraz powinniśmy pójść na plac zabaw - stwierdził w końcu. - Tak, to będzie teraz najlepsze.

***

Przechodnie po prostu omijali to miejsce szerokim łukiem. Schodzili z chodnika na jezdnię albo nawet przechodzili na drugą stronę ulicy, nie bacząc na klaksony. Gdyby zapytać ich, dlaczego to robią, nie umieliby odpowiedzieć, możliwe nawet, że oglądaliby się za siebie w zdumieniu, nie mając pojęcia, o jakie niby miejsce może chodzić.

Oczywiście choćby najmocniej wytężali wzrok, nie byliby w stanie dostrzec taśm rozpiętych między prostymi słupkami, wycinających z dostępnej przestrzeni coś na kształt koślawego rombu. Nie mogliby dojrzeć połyskujących na srebrno hebrajskich słów emitujących zaklęcie bariery ani aniołów techników pogrążonych w pracy nad bladym ciałem.

- Anioł Finael, stróż niejakiej Zofii Garczyńskiej. - Darneus siedzący w kucki na pobliskim gzymsie zaczął mówić w chwili, gdy cherubin Henael był jeszcze tylko falującym powietrzem o humanoidalnym kształcie. - Wedle relacji świadków był wczoraj ze swoją podopieczną w pobliskim lokalu "Lula", skąd wracali nad ranem. Dźgnięty kilkakrotnie, z żołnierską wprawą, za pomocą ostrego narzędzia bez znamion magiczności.

- Na Trony! - Cherubin przeczesał grzywkę. - Mamy jakieś podejrzenia, kto to? Komuś podpadł, coś zrobił nie tak? Coś się stało podopiecznej?

Darneus zerknął do notatek.

- Podopieczna nosi świeże ślady pobicia, jest teraz pod opieką męża. Troskliwy facet, wygląda na przejętego, przyniósł jej kwiaty. - Przewrócił kartkę. - Nic nie wiadomo na temat tego, żeby Finael miał jakichś wrogów. Znaczy oprócz tych naturalnych, właściwych zawodowi, jak mityczni czy Shorouki...

- Ci Indianie?

- Tak, ale oni nie opuszczają raczej swojego terytorium, a nawet jeśli, to nie przekraczają oceanu. Nie ma też znaków, które zwykli zostawiać na ciałach, a rany nie zostały zadane ich rytualną bronią. Więc to nie oni. Zresztą, na ile się orientuję, mają teraz inne rzeczy na głowie.

- Loki? - upewnił się Henael.

Darneus pokiwał głową.

- Wracając do Finaela - podjął - obowiązki wykonywał przyzwoicie, do tej pory miał tylko jedno ostrzeżenie za zaniedbanie, dość stare.

Henael skinął głową i wzdychając ciężko, spojrzał w stronę zwłok. Pochylający się nad nimi Corrigan, zwierzchnik techników anielskich, był wiecznie zgorzkniałym typem o pesymistycznym nastawieniu do świata i ich szeroko pojmowanej anielskiej misji. Gdy mógł, cherubin unikał rozmów z nim, zwłaszcza że rangą byli sobie równi - technik również miał dwie pary skrzydeł - i tylko funkcja Henaela stawiała go minimalnie wyżej. Gdyby Darneus miał jakieś przydatne informacje, może dałoby się uniknąć konfrontacji, ale w tych okolicznościach...

- Jest natomiast jedna rzecz co najmniej niepokojąca. - Darneus zdawał się czytać w myślach przełożonego. - Wspomniałem, że ciosy zadano z żołnierską precyzją, prawda? Nie dodałem natomiast, że choć narzędzie zbrodni było najpewniej zwyczajne, obstawiam ludzkie, to sposób zadania ciosów, zdaniem Corrigana, przywodzi na myśl techniki walki... oddziałów specjalnych Zastępów Anielskich. Nie rozeznaję się w szczegółach, które mi podano, ale technicy są niemal pewni, że...

- ...to anioł? - Henael nawet nie próbował kryć przerażenia. - Myślicie, że to upadły drugiej fali? Ktoś szkolony przez Michała, kto zmienił stronę?

Darneus schował notes do kieszeni i rozłożył ręce. Widać było wyraźnie, że to, co ma jeszcze do dodania, konfuduje i jego.

- Wczoraj w nocy doszło do tymczasowego przekazania Zofii Garczyńskiej Stróżowi zastępcy. Dokonało się to na mocy regulaminu, ale zaraz później anioł zastępca dokonał poważnego naruszenia regulaminu interwencji.

- Wiemy, kim był ten zastępca?

- No właśnie wiemy - westchnął Darneus. - Opis świadków pasuje tylko do jednego znanego nam anioła, a ten pasuje do, nazwijmy to na wyrost, profilu sprawcy.

Henael zamknął oczy i rozmasował czoło. Wiedział, że będą z tym wielkoludem kłopoty. Po prostu to wiedział.

- Wezwij go do mnie. Natychmiast! - rozkazał.

- Próbowałem - odparł Darneus. - Niestety nie jestem w stanie, bo technicznie jeszcze nie został do nas przydzielony. Nie możemy się z nim kontaktować bezpośrednio, nie mamy dostępu do jego lokalizacji.

- A ten jego opiekun? Zardael?

Na twarzy Darneusa po raz pierwszy pojawiło się zakłopotanie, co było widokiem na tyle rzadkim, że w pierwszej chwili Henael pomylił je z drwiną.

- No co? - mruknął zaczepnie. - Czemu się tak uśmiechasz?

- Bo kompletnie o tym nie pomyślałem. Już go namierzam.

Na dole Corrigan właśnie się wyprostował, wstał i rozejrzał wokoło. Dostrzegłszy Henaela, skinął mu ledwie zauważalnie głową. Cherubin odpowiedział identycznym gestem.

***

Plac zabaw nie był duży ani specjalnie bogaty w atrakcje. Na środku wznosiła się konstrukcja przypominająca nieco zamek z drewnianych klocków przearanżowany przez Tarzana. Pomiędzy spadzistymi dachami rozciągnięto sieć z grubej czerwonej liny, a blanki murów gładko przechodziły w sznurowe mostki rodem z Indiany Jonesa. Nieco dalej z wysokiej, drewnianej konstrukcji, która z powodzeniem mogłaby pełnić funkcję szafotu, zwisały łańcuchowe huśtawki. Tylko jedna była w użyciu, o resztę kłóciła się zawzięcie banda przedszkolaków, którym znudziła się karuzela przypominająca nieco koła bólu służące niegdyś do hartowania i budowania tężyzny gladiatorów.

Zadra zgrabnie przeskoczył nad płotkiem okalającym plac i poczekał, aż Butch zrobi to samo.

- Jak już zostaniesz stróżem, Butch - powiedział, skinąwszy głową do mijającego ich anioła - to będzie jedno z najważniejszych miejsc wymiany informacji z innymi. Znaczy nie ten konkretny plac, ale takie właśnie punkty. Pamiętasz o zasadzie anioł na rodzinę?

- Pamiętam.

- No więc tu zaczyna działać statystyka - wyjaśnił Zadra. - Kto jest w rodzinie jednocześnie najbardziej niewinny i zarazem najmocniej narażony na wszelkie zagrożenia? Oczywiście dziecko. Większość aniołów rodzinnych skupia się więc na dzieciach, zwłaszcza w ich początkowej fazie rozwoju.

Butch zmarszczył czoło.

- Masz na myśli życie płodowe?

Zadra syknął, dając wyraźnie do zrozumienia, że właśnie weszli na wyjątkowo grząski grunt.

- Cóż, to akurat śliska sprawa i trochę jakby zależy od anioła. Ja mówię o późniejszym etapie. O dzieciństwie. - To powiedziawszy, rozłożył ręce, jakby chciał nimi objąć wszystkie bawiące się na placu dzieci.

Butch jednak nie dawał za wygraną.

- Co to znaczy "zależy od anioła"?

- No normalnie, to co znaczy - powiedział Zadra i sapnął głośno. - Podobno znasz przepisy, to wiesz, że w przypadku koniecznych do podjęcia wybor... o, patrz tam! Widzisz tych dwóch?

Pokazał palcem na kamienny stolik z wmurowaną w blat szachownicą. Siedziały przy nim dwa anioły prowadzące ze sobą żywiołową dyskusję. Raz po raz to jeden, to drugi spoglądały w stronę blaszanej zjeżdżalni i ten, który akurat tam zerknął, dostawał jakby nowych sił. Podrzucał ręce do góry, podnosił ton i ogółem zachowywał się jak żydowski kupiec zapytany o rabat.

- Co oni robią? - zainteresował się Butch.

- Negocjują - odparł Zadra. - To sól tych miejsc. Negocjacje. Między ich podopiecznymi pewnie lada chwila wybuchnie bójka. Zakładam, że obaj, czy też oboje, są wybuchowymi dziećmi, mogą się pojawić poważne obrażenia. Nie daj się zwieść niewinnemu wyglądowi dzieci, Butch. Maluchy pełne dorosłej determinacji, gniewu i roszczeniowości, a jednocześnie z nieukształtowaną wyobraźnią są zdolne do niemal wszystkiego, co okrutne. Ci dwaj negocjują więc teraz wysokość obrażeń na każdego.

Butch otworzył usta, by zapytać o coś jeszcze, ale zaraz je zamknął i zamiast tego dłuższą chwilę obserwował anioły. Gdy już był pewien, na które dzieci patrzą, zmaterializował się przy maluchach i uważnie obejrzał sobie grzecznie bawiących się ze sobą chłopców.

- Ja tu nie widzę bójki.

- Byłeś żołnierzem, Butch, więc znasz dewizę si vis pacem para bellum. To raz - powiedział Zadra, który zamiast znikać i pojawiać się na nowo, po prostu podszedł. - Dwa, że musisz się nauczyć odczytywać znaki. Drobne gesty jak to skrzywienie na widok kolegi sięgającego po cudzą łopatkę. Jak to oblizanie języka i zmrużenie oczu. Dobry zwiad to podstawa, jak w wojsku. A gdy już go masz, przechodzisz albo do walki, albo...

- ...negocjacji - dokończył za niego Butch.

W odpowiedzi Zadra tylko się uśmiechnął i podszedł do kamiennego stołu.

- Witam, panowie - zagaił. - Jestem Zadra, a to Butch, z wojskowych. Przysposabiam go do bycia Stróżem, jesteście zobowiązani decyzją cherubina Henaela do udzielenia mi wszelkiej możliwej pomocy. Możecie nam powiedzieć, co ustaliliście?

Pierwszy ze Stróżów, drobny rudzielec o piegach układających się u szczytu czoła w odwrócony trójkąt - przez co anioł wyglądał, jakby miał zakola - zmierzył przybyłych wzrokiem w większości obojętnym, choć z lekką domieszką zaciekawienia.

- W zasadzie wszystko już dogadane - odparł. - Zostało jeszcze tylko złamanie kończyny i wstrząs mózgu.

- Aż tak?! - zdziwił się Zadra. - W piaskownicy?

- Aż tak - powiedział ten drugi, krępy szatyn o świńskich oczkach. - Mój, to ten w czapce, będzie się chciał popisywać. Dlatego albo zaraz przeniosą się na huśtawkę, ale widzieliście, co się tam dzieje, albo na drabinki. Dopiero tam się cokolwiek zacznie. Jeden pójdzie za drugim, bo się lubią, ale tak, wiecie, po męsku. Zadziornie. Więc sądząc po tym, co obaj aktualnie o sobie myślą, zmieni się to w solidną awanturę. Jego dzieciak jest wytrzymalszy, dlatego uważam...

- Ale ma astmę - wtrącił się rudy. - Rozumiesz, co to dla dzieciaka z astmą...

- ...leżeć w domu z gipsem, nie narażać się na pyłki i nie zawracać wszystkim dupy cholernym inhalatorem? - Krępy nie dał się zbić z tropu. - Tak, wyobraź sobie, że wiem! I dlatego właśnie proponuję ci to, co proponuję. To przysługa!

- Pfff, przysługa! Złamanie i wstrząs, a sam chcesz się wykpić raną ciętą ręki i zwichnięciem kostki?

Na te słowa krępy aż się podniósł z siedziska.

- Wykpić? Wykpić?! - zaperzył się. - Tu psy sikają! Rana cięta to bankowe zakażenie!

Spór rozgorzał na nowo. Zadra, widząc, że wiele już tu nie uzyska, odciągnął Butcha na stronę. Ten podrapał się po karku.

- Dwa pytania - zaczął. - Po pierwsze, dlaczego nie zostawią tego po prostu dzieciakom?

Zadra spojrzał na niego jak na świra.

- Czy ty nie słuchałeś, co do ciebie mówiłem wcześniej? To są dzieci! Pozabijałby się!

Butch rozważał tę odpowiedź przez moment, by w końcu zgodzić się przed samym sobą, że ma sens.

- Dobra, to pytanie drugie. Dlaczego po prostu ich teraz nie rozdzielą?

- Nic nie rozumiesz. - Zadra pokręcił głową z rezygnacją. - Te grzdyle muszą dostać nauczkę, to ukształtuje ich charaktery. To, co robią ci dwaj, to...

- Minimalizowanie szkód, rozumiem. To jeszcze trzecie pytanie. Co to za gość?

To powiedziawszy, Butch uniósł rękę i wskazał na stojącego między drzewami niewysokiego, otyłego mężczyznę o niedogolonej czaszce i w wielkich, przeciwsłonecznych okularach. Z tyłka faceta zwisały wypłowiałe bojówki, brzuch wylewał się spod spranej koszulki Danone i zza parcianego paska. Zadra popatrzył we wskazanym kierunku i głośno sapnął.

- PedoGrześ? Naprawdę?

- Pedo? - Butch natychmiast się naprężył. - To znaczy, że to pedofil?

- A skąd! - Zadra machnął ręką. - Grześ jest tylko opóźniony, ma umysł może dziesięciolatka, dlatego lubi tu przychodzić. Bywa użyteczny, więc kiedyś z niego korzystano, ale myślałem, że już dali mu spokój.

- Użyteczny? - nie zrozumiał Butch.

Zadra chciał mu odpowiedzieć, ale dostrzegł nagle ruch i uznał, że nie ma już takiej potrzeby.

- Patrz! - rzucił tylko. - Najpierw tam. I tam, i jeszcze tam...

To powiedziawszy, wskazał kolejno troje dzieci na placu zabaw. Małą dziewczynkę gramolącą się na drabinkę, chłopca bawiącego się szkłem i jeszcze jednego zwisającego głową w dół na trzepaku.

- Widzisz? No to teraz spójrz tam.

Tym razem Zadra wskazał rodziców siedzących na ławkach: ojca zajętego flirtowaniem z jakąś mamą i innych zaczytanych, rozgadanych, zajętych telefonami.

- Rodzice i dzieci. Obie grupy całkowicie zajęte sobą. Dwa światy. Można by oczywiście męczyć się z każdą poszczególną interwencją, ale można też... no właśnie. Można też użyć PedoGrzesia. Patrz!

Wskazał na anioła, który zmaterializował się obok Grzesia i szepnął mu coś do ucha. Mężczyzna poprawił okulary, podciągnął spodnie i powoli, gibając się to w lewo, to w prawo jak kaczka, wyszedł spomiędzy drzew prosto w stronę placu zabaw. Przestąpił nad niskim płotkiem, jeszcze raz poprawił spodnie i okulary i wstąpił między dzieci, wyciągając ręce w ich stronę i uśmiechając się szeroko.

- Obserwuj rodziców - powiedział Zadra.

Butch skupił więc wzrok na dorosłych i dostrzegł, że obecność intruza na placu zauważono niemal natychmiast. Jedna matka, dostrzegłszy Grzesia, natychmiast zaalarmowała siedzącą obok koleżankę. Ta uniosła głowę znad magazynu, zlustrowała Grzesia i równie wzburzona zaczepiła mężczyznę grającego na telefonie. Rosły trzydziestoparolatek w patriotycznej koszulce wyprostował się i wstał, czym zwrócił uwagę kolejnych rodziców.

- Ej, ty tam! - zawołał - Ty, do ciebie mówię.

Grześ odwrócił się niepewnie, poprawił okulary, a potem spodnie. Wreszcie uśmiechnął się szczerym uśmiechem dziecka, co na dorosłym obliczu wyglądało cokolwiek upiornie.

- Zachciało ci się do dzieci, perwersie pierdolony? Już ja ci zaraz dam!

Mężczyzna ruszył w stronę Grzesia, ale potknął się o własną sznurówkę pospiesznie rozwiązaną przez pobliskiego Stróża. Zaczerwieniony wstydem, czym prędzej przyklęknął i zajął się butem, a w tym czasie jeden anioł pochylił się przy uchu Grzesia i szepnął mu kilka słów, a kilku kolejnych utworzyło szpaler, oddzielający go od kolejnych rozwścieczonych ojców.

Nikt z dorosłych nie baczył już na dzieci. Zacisnęły się pięści, a obyczajność poluzowała. Bluzgi posypały się jak kamienie, a skulony Grześ, z karkiem zgiętym pod uciskiem niewidzialnej ręki, niczym prezydent wyprowadzany z miejsca zagrożenia, już przesadzał płotek wielkim susem, by zaraz zniknąć w zaroślach.

Zadra odprowadził go wzrokiem pod same drzewa, zanim powiedział:

- I tak to właśnie wygląda. Matka Grzesia niedomaga, więc ich anioł siedzi z nią, a chłopaka przehandlował innym do takich akcji. Trochę go nieładnie wykorzystują, fakt, ale przynajmniej wszyscy tu o niego dbają. No i, co tu kryć, cel uświęca środki, a PedoGrześ działa w zasadzie niezawodnie.

- I nikt się o to nie czepia? - zdziwił się Butch. - Z przełożonych znaczy?

- Nie mają czasu ani kadr, żeby... - Zadra urwał, bo nagle nieopodal coś łupnęło, chrupnęło, a zaraz potem z okolic drabinek rozległ się histeryczny wrzask.

Wszystkie pary oczu, zarówno ludzkie, jak i anielskie, zwróciły się w tamtą stronę, a ojciec patriota rzucił się biegiem do drącego się w niebogłosy chłopca. Zanim się tam znalazł, przy chłopcu już pojawił się anioł, jeden z tych, który jeszcze kilka minut temu negocjował przy szachownicy. Stróż uważnie przyjrzał się paskudnej ranie na ręce chłopca, po czym wstał i pogroził pięścią koledze.

- Złamanie otwarte?! Niech no ja cię dorwę! Wszystkie pióra cię to będzie kosztowało, zdrajco upadły!

Butch i Zadra wymienili spojrzenia, po czym niemal równocześnie wybuchnęli śmiechem.

- A myślałem, że to u nas bywało brutalnie - parskał Butch.

- Chciałbym ci powiedzieć, że przywykniesz - wtórował mu Zadra - ale do niektórych rzeczy... - Nagle spoważniał. - Hej, coś się stało i wzywają nas obu do centrali. Pilnie.

***

Anioł Kreasos siedział w kuchni i nie posiadał się ze szczęścia. Jego myszkowata Kasiulka narzekała właśnie w salonie na jakiś fabularny niuans netfliksowego serialu, a ochroniarz Marcel użyczający jej swojej szerokiej piersi jako poduszki mruczał coś, co brzmiało, jakby się z nią zgadzał. Jeden dzień minął, a jak to pięknie zaskoczyło, cieszył się Stróż. I jeszcze nawet się ze sobą nie przespali!

W końcu, po blisko kwadransie takiego bezczynnego napawania się swoim sukcesem, postanowił się wreszcie wziąć do roboty. Jak najciszej otworzył lodówkę i zajrzał do środka, by posprawdzać etykiety pod kątem dat ważności. Kasia zapominała czasem, co jej tam w lodówce zalega, a ostatnie, czego trzeba było jej kiełkującemu związkowi, to przypadkowa sraczka. Nawet liberalny w swych poglądach Kreasos uważał, że są rzeczy, których na pierwszej randce zdecydowanie nie powinno się robić.

Jeszcze raz wychylił się z kuchni, by się upewnić, że zakochane gołąbki wciąż siedzą na kanapie, po czym wsadził nos w lodówkę. Sięgnął akurat po otwarty groszek, gdy jakaś niebywała siła grzmotnęła go drzwiami od lodówki tak potężnie, że niemal przecięła go w pół. Anioł zatoczył się, cofnął i potrząsnął głową, a wtedy tajemniczy napastnik w bluzie z kapturem wyciągnął rękę, która początkowo zdawała się pusta, ale w mgnieniu oka stała się dłuższa o ostrze noża. Kreasos spróbował się zasłonić, ale ostrze wniknęło w dłoń, znacząc ją przechodzącym na wylot stygmatem, a zaraz potem znalazło schronienie między żebrami. Wbiwszy nóż, napastnik puścił rękojeść, złapał Kreasosa oburącz za głowę i wprawnym ruchem skręcił mu kark. Potem, nim Stróż się osunął, zdążył jeszcze wyszarpnąć nóż z rany i wytrzeć go o ramię trupa.

Gdy kwadrans później Kasiulka weszła do kuchni, zastała wciąż otwartą lodówkę i rozsypany na podłodze groszek. Puszka leżała na podłodze pod dziwnym kątem, jak gdyby ktoś niewidzialny i siedzący na podłodze trzymał ją w wyciągniętej dłoni.

***

Butch i Zadra czekali w korytarzu już ponad godzinę. Gdy przybyli, Darneus chciał z nimi rozmawiać od razu, ale ktoś się u niego zjawił i zaraz potem zastępca szefa wyszedł i kazał im czekać. Więc siedzieli na niewygodnych krzesełkach poczekalni, w zasadzie ze sobą nie rozmawiając i tylko patrząc, jak wokoło robi się coraz gwarniej i bardziej nerwowo.

- Czy ja dobrze zrozumiałem? - zapytał szeptem Zadra. - Zabili kogoś? Któregoś z naszych?

Butch wstał i ku zaskoczeniu Stróża podszedł do drzwi. Bez skrępowania przyłożył do nich ucho i przez kilka sekund nasłuchiwał.

- Znaleziono dwudziestu trzech Stróży - powiedział w końcu, wróciwszy na miejsce. - Wszyscy zadźgani. To normalne?

Zadra z oburzenia aż się odsunął.

- Odbiło ci?! Co niby ma być normalne?! Że zadźgano dwudziestu trzech Stróży?! To ma być według ciebie normalne? Gdzie ty się...

Urwał, gdy zdał sobie sprawę z głupoty pytania, jakie zamierzał zadać. Ta refleksja sprawiła, że troszkę się opanował.

- Nie Butch, to nie jest normalne, że ktoś zabija Stróżów. To wręcz nienormalne, że ktoś ich zabija. Stróżów się nie zabija, słyszysz? Podopieczni czasem giną, ale my, Stróże, nie jesteśmy zabijani, łapiesz? Nas się nie zabija!

Butch zaplótł ręce na piersi, zsunął się na krześle i zamknął oczy.

- No to najwyraźniej coś się zmieniło, amigo.

Minęła kolejna godzina, podczas której Zadra kilkukrotnie zbierał się, by podejść do drzwi gabinetu Darneusa, i kilkukrotnie wracał na swoje miejsce. Chwilę stukał palcami o siedzisko obok, cmokał, mlaskał i znowu wstawał. W tym czasie przynajmniej siedmiu aniołów materializowało się tuż pod drzwiami i natychmiast, bez pukania wchodzili do środka. Za którymś razem Stróżowi udało się dojrzeć Darneusa siedzącego w napięciu nad dokumentacją i trzymającego dłoń przy skroni, jakby był z kimś w stałej łączności.

Pewnie z Henaelem, pomyślał Zadra. Bo z kim innym? Z archaniołami?

W końcu nie wytrzymał i szarpnął drzemiącego Butcha za potężne ramię.

- Hę? - stęknął olbrzym, ledwie drgnąwszy.

- Mówili coś o podopiecznych? - zapytał Zadra. - Tych zabitych aniołów. Czy było coś o ich podopiecznych?

- Nie. Nie wiem, nie słuchałem tak długo. A co?

- Ale to byli Stróże tak? Ci zabici? Na pewno Stróże jak... jak ja?

Butch otworzył jedno oko, otaksował kolegę i westchnął.

- No dobra, chodźmy.

Podniósł się z gracją, o jaką trudno było podejrzewać kogoś jego rozmiarów, przeciągnął się i otrzepał ręce. Zadra patrzył na to wszystko, nie rozumiejąc.

- Gdzie chcesz iść? - zapytał. - Wezwali nas, mamy tu czekać.

- Czekaliśmy dość długo, by uznać, że zmienili zdanie - odparł Butch. - Może i nie mamy wolnej woli, ty czy ja, ale wciąż mamy możliwość trzeźwej oceny sytuacji, czyż nie? A ta mówi mi, że więcej pożytku z nas będzie pod chatą twoich podopiecznych niż tutaj. Bo tym się martwisz, prawda? Co z nimi i twoim zastępcą.

Zadra przez kilka sekund przyglądał się koledze w milczeniu.

- Dobra, masz rację - przyznał w końcu. - Sprawdźmy, co się dzieje u moich.

***

Siedzi na gałęzi, w kucki jak zawsze. Patrzy w okno. Widzi kobietę, tę samą co wczoraj, ale teraz poruszającą się ostrożnie i z wyraźnym bólem, zwłaszcza gdy przenosi ciężar na lewą nogę. Słyszy jej myśli.

Widzi też jego, rozpartego w fotelu z piwem w zasięgu ręki. Mówi coś do niej, ale ona nie słucha. Myśli, zwykle tłumione przez jej Stróża, zalewają jej umysł, szepczą radykalne rozwiązania. Gdy czuwał nad nią jej opiekun, wiedział, jak zawrócić każdą z nich. Jak je osłabić, wywrócić, sprawić, by o nim zapomniała lub by zwyczajnie zabrakło jej odwagi. Ale teraz opiekuna nie ma, zostały tylko te myśli i wola, by wreszcie żyć tak, jak sobie wymarzyła.

Patrzy, jak podchodzi do niego z nożem. Jak wbija nóż w jego krtań, w zasadzie przybijając go do fotela. Krew tryska, on, zaskoczony, łapie się za szyję, chce wyrwać ostrze, ale rani sobie palce. Ona sięga po wazon, w który włożyła kwiaty przepraszające za to, co jej zrobił, gdy wróciła w nocy. Rozbija mu ten wazon na głowie, a potem orze kawałkiem szkła po szyi, karku, plecach. Orze i krzyczy coś do niego. Płacze. A potem odchodzi, siada na łóżku w sypialni - widać ją w otwartych drzwiach - i sięga po telefon.

Wie, do kogo dzwoni. Do kobiety, która powiedziała jej, że już dość.

On zna prawdziwe imię tej kobiety, bo przecież wie, jak nazywa się ta, której służy.

- Lilith - mówi cicho.

Uśmiecha się, sprawdza nóż i znika.

***

Jednorodzinny domek Konieckich ładny nie był i być nie mógł mimo starań całej rodziny. Na nic zdały się w tym względzie malunki na kolorowych ścianach przedstawiające pejzaże i postacie z Króla Lwa. Nie pomagał finezyjnie przycięty ogródek, w niektórych miejscach przystrzyżony na krótko, w innych kudłaty jak afrykańska sawanna, ani wydrążony pień rozłożystego drzewa służący trochę za kryjówkę, a trochę za zjeżdżalnię. Nie pomogła wreszcie drewniana krata pnąca się od ziemi po balkon, na którą pnącza winogron wpełzały ze śmiałością zastraszonego psa rozważającego wejście na kolana nowemu panu.

Dom Konieckich mimo wszystko nadal był szeregowym klockiem z minionego ustroju, pudełkiem na buty zrobionym z płyt i ustawionym w równym odstępie między podobnymi sobie na podmiejskim osiedlu. Wszelkie próby zbudowania jego indywidualności przypominały malowanie kwiatków na falistej blasze ścian faweli - wzbudzały wokoło jedynie śmiech lub politowanie.

Zadra sprawiał wrażenie, jakby właśnie stanął przed najpiękniejszym z pałaców.

- Spójrz - powiedział, pokazując zaciek na ścianie - tu pierwotnie miał być Zazu, ten ptak szambelan Mufasy, ale Raduś powiedział, że nie może, bo tu za blisko jest zawór z wodą, a Zazu nie lubi, jak mu się pióra moczą. Mądry dzieciak, co?

- Nie wiem. A faktycznie nie lubi?

- Nie widziałeś Króla Lwa? - zdziwił się Zadra, ale zaraz się opamiętał. - No pewnie, że nie widziałeś! Spokojnie, zaraz szepnę coś na ucho Radkowi, on ma teraz nogę w gipsie, to go wszyscy słuchają. Może włączą.

Butch skinął i rozejrzał się wokoło.

- Powiedz mi - poprosił - bo wciąż się nie znam... Czy to nie jest aby tak, że weszliśmy właśnie na teren domostwa twoich podopiecznych i ktoś, znaczy twój zastępca...

- Powinien się nami zainteresować, tak. - Zadra podniósł się z kolan i sapnął ciężko. - Na Trony, wiedziałem, że to niekompetentny gamoń. Na zastępstwo nigdy nie dają nikogo dobrego, bo zwyczajnie nie mamy kadry rezerwowej, a do tego...

Umilkł, gdy Butch uciszył go gestem. Olbrzym zmrużył oczy, pociągnął nosem i cmoknął cicho, z wyraźnym niezadowoleniem.

- Co? Coś nie tak? - Zadra zaraz się spiął. - Myślisz, że coś mu się stało? Temu zastępcy?

Butch nie odpowiedział. Zdematerializował się nagle, po czym pojawił się na balkonie. Przeniknął przez szklane drzwi.

Gdy wrócił po kilku minutach, przez plecy miał przewieszonego martwego anioła. Rzucił go na ziemię między niepozbierane podwórkowe zabawki Radka - żołnierzyki, Transformera w stanie przejściowym, zdekompletowane resoraki.

Zadra przyłożył obie ręce do ust, głośno wciągając powietrze.

- Na Trony i Zwierzchności! To on! Butch, to on. To mój zastępca.

- Domyśliłem się - mruknął olbrzymi anioł. Przyklęknął przy ciele i zaczął je uważnie oglądać, wodząc palcem po klatce piersiowej denata.

- To on, naprawdę on - zawodził Zadra. - A to znaczy, że zabójca tu był. Czy moim nic nie jest? Sprawdziłeś? Butch, nic im nie jest?

- Nie wiem. Nie sprawdzałem.

Zadra zniknął, by zaraz pojawić się kolejno w salonie, gdzie na kanapie siedział znudzony bajką Radek, w jadalni, gdzie Basia usiłowała narysować Wonder Woman, a obok Jadzia, jej mama, próbowała uczyć się włoskiego. Wreszcie w łazience, gdzie Bogdan wylegiwał się w wannie po ciężkim dniu i grał na komórce w Angry Birds. Wszystko wyglądało normalnie, wieczór jak wiele innych wieczorów, co jednak wcale anioła nie uspokoiło. Ktoś tu był, ktoś brutalnie zamordował anioła stróża w tym domu. Jak blisko zagrożenia byli Konieccy? Jak niewiele dzieliło ich od śmierci? Jeden Pan, który odszedł, raczył wiedzieć.

Gdy wrócił na trawnik, Butch wciąż klęczał przy zwłokach.

- Czy powinieneś go w ogóle stamtąd zabierać? - zapytał Zadra. - Gdzie on właściwie był?

- Na podłodze, przy wejściu. Wyglądał, jakby tarasował drzwi. - Butch zupełnie zlekceważył pierwsze pytanie. - Masz tam jeszcze plamę krwi, możesz zobaczyć.

Olbrzymi anioł podniósł się powoli i wytarł brudne ręce o spodnie.

- Mam złą wiadomość - stwierdził. - To ktoś z naszych.

Zadra zmarszczył czoło.

- Masz na myśli anioła?

- Mam na myśli anioła z jednostki podobnej do mojej - doprecyzował Butch. - Przyjrzyj się ranom. Bardzo precyzyjne, niepozostawiające niczego przypadkowi. Ostrze weszło gładko, z dokładnością, wiedzą i techniką. Widzę też ślad po ucisku na krtań. Zabójca najprawdopodobniej wytoczył się spod łóżka i obalił twojego następcę na siebie, używając przy tym skrzydeł do stłumienia jego ruchów. Uderzył sprawnie między żebra, w serce, a potem od dołu w brodę. Silne ruchy, minimum hałasu. Gdyby łóżko było wyższe, pewnie wtoczyłby się z ciałem pod nie i tam zostawił, zanim krew wylałaby się w kałużę. Widać uznał, że szkoda zachodu.

Mówiąc to, demonstrował poszczególne ruchy z takim zaangażowaniem, że Zadra był niemal pewien, że w pewnej chwili olbrzym wypuści skrzydła i sam owinie je wokół ciała, wciągając je na siebie. Zamiast tego Butch zadarł głowę i znowu pociągnął nosem.

- Co tak wąchasz? - zapytał Zadra.

- Zostań tu - usłyszał w odpowiedzi. - Zaopiekuj się swoimi, zgłoś trupa służbom. W każdym razie nie idź za mną.

Zadra podrapał się po czubku głowy.

- O co tu chodzi, Butch? Mam rozumieć, że co? Że wyczuwasz zabójcę? Jak jakiś cholerny pies?

Butch wyszczerzył się paskudnie.

- Nie tylko piekło ma swoje ogary - odpowiedział i ruszył przed siebie. Zaraz jednak zawrócił. - Jeszcze coś. Masz coś ostrego?

- Powiedziałbym, że rozstrój żołądka, ale... - Zadra sprawdził kieszenie. W końcu wyjął maleńki, czerwony scyzoryk z białym krzyżykiem. - Radziu dostał od dziadka, ale mu go zgubiłem, bo się źle bawił. Trzymaj.

Butch wziął scyzoryk, rozłożył jedno ostrze.

- Ręka - polecił, wyciągając swoją.

Zadra przyjrzał mu się nieufnie.

- Mogę wiedzieć, co ty kombinujesz?

Butch złapał go za nadgarstek, szarpnął i odwrócił tak, by odsłonić przegub od wewnętrznej strony. Szybkim, wprawnym ruchem naciął na ręce Zadry coś przypominającego sierp zwrócony ostrzem w dół.

- Auuu! Co ty... Lamed waw? Kreślisz mi na ręce hebrajskie litery?

- Oznaczające jednego z trzydziestu sześciu Sprawiedliwych, tak. - Butch podciągnął własny rękaw, pokazując stare, blade blizny w tych samych kształtach. Naciął je teraz ponownie i poczekał, aż się zaczerwienią. - Kiedyś to był nasz symbol braterstwa. Miał go każdy w moim oddziale.

- O, zaskoczyłeś mnie. - Zadra wydawał się szczerze wzruszony. - Ledwie się znamy, a tu już takie zaufanie, takie... No, to doprawdy zaszczyt, bracie!

Butch skrzywił się i pokręcił głową z wyraźnym niesmakiem. Ponownie złapał Zadrę za rękę i przyłożył jego krwawiący nadgarstek do swojego.

- To rodzaj lokalizatora. Dzięki temu możemy być w kontakcie i będziesz mógł mnie znaleźć. A ja ciebie.

- Zawsze?

- Chyba że ci to wytnę - odparł Butch, po czym odwrócił się, podszedł do niewysokiego ogrodzenia, przeskoczył je i ruszył w dół ulicy.

Zadra został, niepewny, co właściwie powinien zrobić. Spojrzał najpierw na swój nadgarstek, na którym lśniąca czerwienią rana zmieniała się właśnie w swędzącą, różową bliznę. Następnie przeniósł wzrok na trupa.

- Ech, stary - westchnął. - Wygląda na to, że poświęciłeś za mnie życie. To naprawdę coś...

Cmoknął i znowu się podrapał, próbując powstrzymać następną cisnącą mu się na usta uwagę. Ta bowiem wydawała mu się w zaistniałych okolicznościach wyjątkowo nie na miejscu. Co więcej, nosiła znamiona bezczelnego i skrajnego przejawu niewdzięczności. Mimo to jednak...

- Ale mogłeś jednak coś zrobić, by Basia pilnowała perspektywy na obrazku. Tu łatwo o nabranie złych nawyków.

Gdy to powiedział, poczuł zawstydzenie, ale i jednocześnie ulgę, jakby zrzucił z piersi cisnący go ciężar. Zanim jednak zdążył zrobić którąkolwiek z rzeczy zasugerowanych mu przez Butcha, usłyszał za sobą najpierw cichy trzask, a zaraz po nim głos Darneusa:

- Aniele Zardaelu, pójdziesz ze mną. Natychmiast!

***

To nie jest miejsce dla takich jak on. Gdyby się zmaterializował, z pewnością zwracałby na siebie nadmierną uwagę, a kto wie, może i sprowokowałby obsługę do interwencji. Na szczęście nie musi przyjmować materialnej postaci. Ona go zobaczy, a sposób, w jaki mogą rozmawiać, gdy tylko jedne z nich jest widoczne, opanowali już dawno.

Lilith siedzi przy stoliku pod oknem, tyłem do wejścia. W uchu ma słuchawkę podłączoną do telefonu leżącego na blacie. Mówi coś cicho wpatrzona w ścianę przed sobą, a jednocześnie leniwie i jakby bezwiednie kartkuje kolorowy magazyn. Kawy w filiżance z cieniutkiej porcelany zostało jej na raptem dwa łyki, za to bezowego ciastka z jeżynami na cztery lub pięć kęsów.

Mężczyźni w lokalu zerkają na nią ukradkiem raz po raz. Wpatrują się w jej zgrabne plecy malujące się pod półprzezroczystą bluzką. Nie widząc pasków stanika, zastanawiają się, czy gdyby stali przed nią, zobaczyliby jej piersi?

Aniołów jest tu dwóch. Jeden nawet go dostrzega, ale poświęca mu jedno spojrzenie pozbawione zainteresowania, po czym wraca do wsłuchiwania się w szczegóły biznesowej konwersacji. Czy wmiesza się, gdy jego podopiecznemu coś pójdzie nie tak? Gdy podejmie złą decyzję? Jeśli tak, trafi na listę.

- I tak na nią trafi, prędzej czy później - mówi Lilith na głos, choć nie głośno, jakby wciąż rozmawiała przez telefon.

Siada naprzeciwko niej. Sięga do kieszeni i wyciąga kilka pomiętych niebieskich karteczek. Wsuwa je między talerzyk z ciastkiem a spodeczek i czeka.

Lilith nadal kartkuje magazyn, zupełnie na niego nie patrząc.

- Dzwoniła - mówi.

- Wiem. Byłem tam wtedy.

Lilith się uśmiecha. Ma piękną twarz, duże brązowe oczy, prosty, lekko zadarty nos nieco szerszy niż to teraz modne, a przez to nadający jej dziewczęcego, naturalnego uroku. Usta pełne, górna warga lekko wywinięta do góry. Zanim się odezwie, muśnie ją koniuszkiem różowego języka.

- Powiedziała, że się zdecydowała w jednej chwili. I że to był impuls, choć nosiła się z tą myślą od dawna. "Jakbym nareszcie do tego dojrzała", tak powiedziała.

- Cieszę się - mówi on, choć tak naprawdę nie jest zdolny do odczuwania radości. Wyciął ją z siebie dawno temu.

Podchodzi do niej kelner zapytać, czy wszystko w porządku. Młody chłopak, wąs wywinięty nowomodnie, broda długa, lśniąca olejkami. Pytając, zezuje Lilith w dekolt, i przez to plącze się w słowach. Musi powtórzyć pytanie.

- Tak, w porządku - odpowiada ona i odsyła go niedbałym gestem. Nie musi i nie chce silić się na uprzejmość.

- Nie chciała nawet pomocy przy sprzątaniu ciała - mówi w końcu z dumą. - Ma na to pomysł, widziała w jakimś filmie i chce przetestować. Rozumiesz? Chce przetestować.

Ona się śmieje, on milczy. Słucha. Czeka dodatkowych rozkazów, które mogą paść, ale nie muszą. Jeśli nie, ma kolejne niebieskie karteczki.

- Nie wiem, czy już słyszałeś, ale pojawił się na mieście twój stary kompan. - Lilith podnosi widelczyk, odcina nim kawałek bezy i wsuwa do ust. Kolejnym słowom towarzyszy wysyp drobniutkich okruszków. - Podobno wcielają go do Stróży, wyobrażasz sobie? No nie krzyw się tak i nie marszcz. Przecież wiesz, o kim mówię.

Nie wie. Ale może podejrzewać.

- Butch?

Lilith celuje w niego widelczykiem.

- Właśnie tak. Byłam bardzo zaskoczona, widząc go po takim czasie.

- Nie zaszkodzi nam? - niepokoi się. - Nie zamiesza w planach?

Lilith wzdycha głośno i kręci głową z rozbawieniem.

- Zapamiętaj, mój drogi. Jeżeli wiesz o czymś zawczasu, wszystko możesz obrócić na swoją korzyść. Bądź spokojny, już podjęłam odpowiednie kroki, dokonałam stosownej roszady. Teraz Butch jest częścią planu. To znaczy będzie, jeśli... pomożesz mi?

Kiwa głową i odruchowo podciąga rękaw bluzy, by musnąć palcami maleńką bliznę przypominającą sierp.

***

To właściwie nie był zapach, lecz nietypowa, bezdźwięczna wibracja. Owszem, reagował na nią nosem, a nie uszami, miała pośród innych również walory zapachowe, ale była to kwestia umowna, rodzaj ugody rzeczywistości z umysłem. Ten po prostu przypisywał pewne zjawiska zmysłom najbliższym, potencjalnie najlepiej pasującym, trochę jakby dla uproszczenia sprawy skracał za długie liczby do jednego miejsca po przecinku.

Wibracja była również czymś na kształt wstęgi. Ciągnęła się przez park, unosiła, drgała powietrzem, wiodła na skróty przez trawnik z tabliczką zakazującą wyprowadzania psów, przez grządki obsadzone kwiatami, drzewa ściśnięte w zagajnik. Butch szedł tym śladem, zgarbiony, skupiony, w każdej chwili gotowy do walki.

Ale poza tym wszystkim wibracja była też tysiącem wirujących obrazów w jego głowie, wspomnień, a może tylko wyobrażeń, które - czuł to - powinien sobie poukładać. Bo tam tkwiła odpowiedź na nurtujące go poczucie, że... zna zabójcę.

To, co powiedział Zadrze o cięciach i o metodzie, jaką zabójca zastosował, wywodziło się ze szkoleń, które przechodził każdy anioł z oddziału zarówno jego, jak i podobnych. Ale choć każdy odbywał trening i każdy umiał wykonać taką akcję w teorii, to nie należała ona do najpowszechniejszych. Z czasem w kwestii zabijania po cichu każdy wypracowywał sobie swoją własną metodę, a ta stawała się jego znakiem szczególnym, czymś na kształt podpisu. I ten konkretnie sposób eliminacji przeciwnika również był czyimś podpisem. Rzecz w tym, że... jego własnym.

To oczywiście samo w sobie nie musiało jeszcze znaczyć niczego szczególnego. Ale w połączeniu z wibracją, z obrazami i z tym niezwykłym przeczuciem składało się w popękaną całość.

Zatrzymał się przy niewielkim mostku nad rzeką. Konstrukcja prężyła drewniany grzbiet niczym rozciągający się kocur, a u jej szczytu młody chłopak wtulał się w siedzącą na barierce dziewczynę. Pod mostkiem natomiast, w wodzie, leżało ciało kolejnego skrzydlatego.

Nie bacząc na nic, Butch wyrzucił i rozprostował skrzydła, tym razem szybko, boleśnie. Potrzebował tego bólu, by się obudzić, by poczuć coś znajomego. Potrzebował skrzydeł, by przypomnieć sobie, kim jest - nie kim go teraz chciano, ale kim wyśpiewał go boski głos, Metatron.

Podfrunął do mostku i z góry przyjrzał się ciału. Nie musiał oglądać tych ran z bliska, by widzieć, że są inne niż u ofiary z domu Konieckich. Tu zabójca działał w pośpiechu, niedbale. Być może zwyczajnie zirytowała go obecność skrzydlatego na jego drodze?

Zamknął oczy i pociągnął nosem. To wtedy rozległ się świst i nastąpił pierwszy atak.

Ogromny zrogowaciały pazur przypominający zakrzywiony stalaktyt z sykiem przeciął powietrze tuż za Butchem. Ten, wiedziony odruchem, wystrzelił w górę, machnął skrzydłem, by zawrócić w powietrzu, i sięgnął do pasa, gdzie kiedyś, dawno temu, nosił miecz. Dziś po prostu zacisnął pięść, warknął gniewnie i zupełnie niespodziewanie zanurkował głową w dół. Wielka włochata łapa zbrojna w olbrzymi pazur spróbowała go powstrzymać, ale wywinął się w powietrzu, przetoczył po ziemi, składając skrzydła, stanął na równe nogi i odbiegł kawałek. Wprost pod łapy drugiego stwora.

Kudłate stworzenie przypominało nienaturalnie muskularną małpę, której sierść zdawała się wyrastać wprost z gołych, czerwonych mięśni. Liny żył i wiązania ścięgien lśniły złotem i szmaragdową zielenią, grube, stalaktytowe pazury wyrastały prosto z nadgarstka. Z pyska stwora kapała żółto-czerwona ślina, a oczy pokryte żółtawym bielmem łypały złowrogo.

Butch wywinął się i tej bestii, sprawnie unikając czterech następujących po sobie uderzeń. Szpony raz po raz ryły ziemię, kępy trawy leciały w górę, co jednak nawet na moment nie zwróciło uwagi pary z mostku, nie mówiąc już o kimkolwiek z innej części parku. Butch zerknął w stronę nastolatków wiedziony jakimś nowym, nieznanym mu wcześniej odruchem, upewniając się, czy są bezpieczni. Tym samym pozwolił sobie na sekundę dekoncentracji, którą natychmiast wykorzystał pierwszy ze stworów, obecnie za jego plecami.

Ciął z góry, zamaszyście, pazurem wielkim, ciężkim i ostrym. Chropowatym czubkiem rozdarł płaszcz, kamizelkę i koszulę, a także skórę pleców anioła od łopatek aż po krzyż. Butch syknął głośno, wyprężył się i zacisnął zęby, a wtedy pazur stwora przed nim chlasnął go w wypiętą pierś. Trysnęła krew, anioł zachwiał się, zatoczył i poleciał na ziemię. Kolejny cios najpierw przeszył go bólem, a po chwili pozbawił czucia.

Czas wokoło zwolnił, a wszystkie zapachy i dźwięki się wyostrzyły. Butch czuł teraz trawę i wilgotną ziemię pod nią. Czuł życie pulsujące w źdźbłach i pomiędzy zbitymi grudkami, rozedrgane, ulotne, kruche. Uniósłszy głowę, zobaczył, jak dziewczyna na mostku odwróciła twarz, przerywając długi pocałunek.

- Coś się stało? - zapytał zaskoczony chłopak.

- No... właśnie nie wiem - odparła. - Ale chyba już mi się tu nie podoba. Możemy się stąd zebrać?

- Jasne. - Wzruszył ramionami. - Do mnie? Do ciebie?

Odpowiedź dotarła do Butcha wraz z kolejnym ciosem potężnej łapy.

***

Co prawda, zarówno Darneus, jak i Henael zapewnili go kilkukrotnie, że to nie jest przesłuchanie, ale Zadra i tak wiedział swoje. Zbyt wiele wieczorów spędził, siedząc z Bogdanem na kanapie i oglądając policyjne filmy i seriale, by dać się nabrać na te wszystkie "spróbujmy jeszcze raz", od początku, od środka, na wyrywki i ciągiem. O której tam byli? Po co Butch zostawał Stróżem dziewczyny z baru, dokąd udali się później? A gdy ten temat się nudził, przeskakiwali do znaleziska w domu Konieckich. Kto znalazł ciało? W jakich okolicznościach? Jak znalazło się na trawniku i dlaczego naruszono procedury dotyczące rozpoznania w takich przypadkach?

Obaj przełożeni Stróża byli uprzejmi i z oczywistych przyczyn nie zakładali, że Zadra kłamie. Ale też było widać w ich pozach i minach, słychać w ich głosach, że nie wzgardziliby jakimś faktem, drobnym szczególikiem, o którym anioł stróż być może wcześniej zapomniał, a który pojawiłby się teraz, nagle i w cudowny sposób rozwiałby wszelkie wątpliwości, przynajmniej co do tego jednego przypadku. Bo z jakiegoś niezrozumiałego dla Zadry powodu obaj aniołowie z Nadzoru uparli się, że spróbują najpierw wszystkie przypadki rozpatrzyć osobno.

W końcu po czasie, który zdawał się wiecznością, ale naprawdę był godziną z kawałkiem, zrobili krótką przerwę. Gdy się skończyła, Darneus przyniósł plik fotografii.

- Przejrzyj te zdjęcia - polecił Zadrze. - Odłóż na osobną kupkę tych, których znasz.

Zadra posłusznie wziął do ręki fotografie. Zerknął na tę na samej górze.

- To ofiary? - upewnił się.

- Nie pytaj, przeglądaj.

Więc Zadra zaczął przeglądać. Kreasos był na zdjęciu siódmym z góry.

- Oni nie żyją, tak? - zapytał ponownie, drżącą ręką odkładając zdjęcie przyjaciela na osobny stosik. - To wszystko są ci, którzy...

- Jest tu Henael? - zapytał niespodziewanie anielski urzędnik, który nie kłopotał się otwieraniem drzwi, tylko przeniknął przez nie głową. Dostrzegłszy cherubina, zameldował: - Cherubinie, w konferencyjnej jest jakiś oficer Legionów. Mówi, że został wezwany, że w sprawie jakiegoś Pacza...

- Butcha - poprawił odruchowo Zadra, czym zapracował na niechętny grymas wystającej z drzwi głowy.

- Może i Butcha - powiedział posłaniec. - No w każdym razie mówi, że pilne.

- Oczywiście, że pilne - żachnął się Henael. - Jak się okaże, że przysłali nam tu bubla z zabójczymi skłonnościami, to Trony i Zwierzchności raczą wiedzieć, jak się to dla niego skończy. W której jesteśmy sali?

Głowa zniknęła na moment, by zaraz pojawić się ponownie.

- W siódemce, cherubinie.

- To zaprowadź go do ósemki i powiedz, że zaraz będę. Niech sobie przypomni wszystko, co może być użyteczne w kontekście Butcha.

Zadra już otwierał usta, by zabrać głos w obronie wielkiego anioła, ale Darneus, dostrzegłszy ten gest, tylko delikatnie pokręcił głową. "Nie warto", mówiło jego spojrzenie i zbłąkany w kącikach ust cień uśmiechu. "To tylko mierzenie kompetencji".

Zadra oprócz oglądania z Bogdanem seriali policyjnych widział też z Jadzią kilka sezonów prawniczej Żony idealnej, więc w mig pojął, o co chodzi. Zamknął usta i zaplótł ręce na piersi. Znak wycięty na przegubie zapiekł go i zaswędział.

- Gdzie jest teraz Butch, Zadra? - zapytał Henael, jakby przypomniał sobie o Stróżu.

- Nie wiem, Cherubinie - odparł zapytany zgodnie z prawdą. Z jakiegoś powodu nie uznał za zasadne uzupełnić tych słów ani o uwagę, że właściwie powinni zapytać o to w pierwszej kolejności, ani że w każdej chwili za sprawą dwóch nacięć na ręce mógł się tego dowiedzieć.

Henael przeszedł od ściany do ściany, pochylony lekko, z dłońmi zaplecionymi na pośladkach. Zawrócił, zatrzymał się w pół drogi.

- I możesz z całą pewnością zaręczyć, że...

Nie dokończył, bo nagle drzwi otworzyły się z impetem i grzmotnęły o ścianę. W progu stanął barczysty anioł, nieco tylko niższy od Butcha, za to szerszy w ramionach. Miał na sobie matowy, czarny napierśnik bardziej przypominający pozbawioną kieszonek, współczesną kamizelkę taktyczną, a pod nim lnianą koszulkę bez rękawów. Mięśnie muskularnych ramion lśniły potem, a zacięta, niemal prostokątna twarz z wydatną, wysuniętą do przodu szczęką i krzywym, płaskim nosem była czerwona z gniewu.

- Komu się wydaje, że może mi kazać czekać? - ryknął nowo przybyły, a buroszare skrzydła w sile dwóch par drgały nerwowo. - Komu się wydaje, że oficer bojowy Zastępów Anielskich ma czas czekać na kogokolwiek?!

Trzeba było przyznać aniołom z Nadzoru, że się nie spłoszyli ani nie zlękli krzyków. Wymienili tylko spojrzenia, a zapewne i myśli, po czym Darneus ruszył w stronę oficera, a Henael zajął się dyskretnym wypuszczaniem swoich dwóch par skrzydeł. Zadra uznał, że dla niego z kolei najlepszą opcją będzie po prostu milczeć i obserwować. Co czynił, odruchowo drapiąc się po naznaczonym nadgarstku.

- Gdzie on jest!? - ryknął oficer. - Gdzie Butch?

- Też chcielibyśmy to wiedzieć - odparł Darneus spokojnym, rzeczowym głosem kogoś, kto nie jest skłonny uznawać zastraszenia za dopuszczalną w erystyce formę ekspresji. - I właściwie po to zwróciliśmy się do Zastępów, bo zgodnie z protokołem Butch nie należy jeszcze do Stróżów i nie możemy go po prostu przywołać czy namierzyć. Teraz zatem nasza kolej, by zapytać...

- ...gdzie jest Butch? - zakończył Henael, prezentując szeroko rozłożone, lśniące srebrem cherubińskie atrybuty.

Oficer sapnął głośno raz, drugi, wreszcie trzeci. Ze spuszczoną głową, zmrużonymi oczami i naprężonymi mięśniami przywodził Zadrze na myśl byka z korridy, podrażnionego zarówno widokiem drgającej mu przed nosem płachty, jak i dźgnięciami włóczni i szpad.

- Z naszych rejestrów również jest już wypisany - powiedział w końcu oficer, wyraźnie spuszczając z tonu. - Oficjalną drogą nie jesteśmy w stanie go namierzyć, a nieoficjalną...

Przerwał, owinął się skrzydłami i wszedł w głąb pomieszczenia. Dopiero teraz po raz pierwszy rzucił przelotne spojrzenie Zadrze. Wyglądał, jakby miał już o coś w jego temacie zapytać, ale odpuścił. Usiadł na miejscu wcześniej zajmowanym przez Darneusa.

- ...nieoficjalnie mogli się z nim kontaktować dawni towarzysze broni, tyle że wszyscy już nie żyją - dokończył. - Z jego dawnego oddziału został tylko on.

Zapadła cisza, która pozwoliła tym gorzkim słowom należycie wybrzmieć. Dopiero gdy tak się stało, Henael usiadł naprzeciwko oficera, podobnie jak on owinął się skrzydłami, a do tego złożył ręce jak do modlitwy.

- Przepraszam, cherubinie - powiedział - ale nie dosłyszałem twojego imienia.

- Centurion Onolaos - odparł tamten. - Siódma centuria trzynastego legionu Zastępów Anielskich.

- Ja jestem starszy cherubin Henael, zarządca Nadzoru Anielskiego sekcji Stróże. I tak powinniśmy zacząć. Następnie ja powinienem zapytać, czy wedle swojej wiedzy uważasz, że anioł Butch byłby zdolny do dokonania takiej zbrodni. Wedle naszej obecnej wiedzy sprawca o anielskim przeszkoleniu wojskowym dokonał trzydziestu dwóch zabójstw Stróżów na służbie. Czy uważasz, Onolaosie?

- Tak - odparł tamten ku wyraźnemu zaskoczeniu wszystkich zebranych. - Uważam, że gdyby ktoś, komu Butch ufa, uzasadnił mu taki postępek albo gdyby dostał taki rozkaz od przełożonego, mógłby to zrobić.

Znowu zapadła cisza, którą tym razem przerwał Darneus.

- Ustaliliśmy, że Butch nie ma obecnie przełożonego.

- Nie ma - zgodził się Onolaos. - Pozostaje więc ta druga opcja.

- Ustaliliśmy też, że przynajmniej jednego z tych zabójstw, wykonanych tą samą techniką, co pozostałe, Butch dokonać nie mógł. Zaświadczył o tym obecny tutaj Stróż Zardael, którego wyznaczono jako opiekuna wprowadzającego Butcha w tajniki zawodu.

Onolaos ponownie spojrzał na Zadrę, tym razem naprawdę uważnie. W końcu potrząsnął głową, skubnął się w nos i powiedział:

- Mówiąc między nami, nie sądzę, żeby to był akurat Butch, ale też trudno mi znaleźć w pamięci kogoś zdolnego działać jak w dostarczonych mi raportach. Równie metodycznie, sprawnie, na taką skalę.

- I z takim brakiem skrupułów - nie powstrzymał się Zadra.

Onolaos uśmiechnął się smutno.

- Skrupuły rzecz ludzka, Stróżu. U was może dopuszczalna, ale w Zastępach...

Nie dokończył. Zamiast tego poderwał się z miejsca, doskoczył do Zadry i szarpnął go za rękaw, odsłaniając teraz w całości wycięte litery. Na ich widok twarz oficera na nowo poczerwieniała i wykrzywiła się w gniewnym grymasie.

- Skąd to masz? Kto ci to zrobił?! Czy to Butch?!

Zadra skinął głową, wodząc przestraszonym wzrokiem od Henaela do Darneusa i z powrotem. W końcu ten pierwszy się zlitował. A może zwyczajnie zwyciężył w nim profesjonalizm?

- Ostrzegam Onolaosie, że dokonujesz naruszenia integralności i poczucia bezpieczeństwa mojego podopiecznego...

- On wie, gdzie jest Butch! - warknął oficer, na dowód podnosząc jeszcze wyżej rękę Zadry. Trzymał ją teraz tak wysoko, że Stróż w zasadzie zawisnął nad krzesłem. - On cały czas może go namierzyć!

Zadra głośno przełknął ślinę. A zaraz po tym wrzasnął, gdy nadgarstek zaczął go nagle palić żywym ogniem.

- Coś się dzieje! - krzyknął. - Coś atakuje Butcha!

- Gdzie?! - zapytał Onolaos.

Darneus natomiast nie czekał na odpowiedź. Złapał Zadrę oburącz za głowę, wywrócił białka oczu i strzeliwszy myślą jak batem, utorował sobie drogę prosto do umysłu Stróża. Przez kilka sekund trząsł się jak w konwulsjach, po czym cofnął się i wytarł ręce o kamizelkę.

- Butch może już nie żyć - stwierdził. - Ale wiem, gdzie jest. Za mną.

To powiedziawszy, pchnął w ich stronę bardzo konkretne myśli dotyczące miejsca, do którego się udaje, i zniknął.

***

Patrzy i nie wie. Zaciska pięści, to znowu je rozluźnia. Chciałby zainterweniować, odzywa się dawna potrzeba, odzywa się znamię na nadgarstku, odżywają wspomnienia. Ale wie też, że nie może, że nie powinien. Jest żołnierzem sprawy i ufa.

Siedzi w kucki na grubym konarze drzewa i patrzy, jak Butch się wije, jak unika ciosów. Chwilami wydaje się, że ma szanse, ale to tylko wrażenie. Bo Butch zardzewiał. Nie jest już dawnym sobą. Gdyby teraz się starli...

- Wygrałbym - mówi bez dumy, bez satysfakcji. Po prostu stwierdza fakt.

Rozgląda się, czy w pobliżu nie ma Stróży innych niż martwa zanęta. "Jeśli przyjdą", powiedziała Lilith, "nie zabijaj, nawet jeśli spróbują pomóc. I pamiętaj o znaku".

Pamięta.

Gdy Butch pada na ziemię przywalony ciosem, on zjawia się pomiędzy stworami, unikając wielkich łap, rysuje na ziemi koślawy symbol i znika. W samą porę, bo zaraz zjawia się odsiecz.

***

Znowu jest ciemność i znowu jest wtedy. I znowu Butch nie wie, czy jest ona długo czy krótko i czy jest cokolwiek poza nią. Odkąd w nią wszedł, jest już tylko ona. I misja.

Butch ma na sobie wyłącznie tunikę i błoto z krańców świata, z nieuformowanej materii mogącej być budulcem dla ludzi, zwierząt, gór i wszystkiego, na co Bóg miałby jeszcze pomysł. Błoto zdobi jego twarz, skrzydła, dłonie, nogi i przedramiona.

Nóż, tylko tyle pozwolili mu zabrać. I teraz ściska jego rękojeść, myśląc, że to dobrze, bo w ciemności nie ma czasu na zamach mieczem. Ona jest stworzona do krótkich, szybkich pchnięć, okrzyków zaskoczenia i bólu zdławionego zaciśniętą na ustach dłonią. Cichego łoskotu osuwającego się ciała.

I gdy tak myśli, ciemność rozmywa się lekko, ledwo co, ale dość, by zarysować sylwetkę.

Butch cofa się, po czym skacze, wybijając się z obu nóg. Rozkłada skrzydła, mając nadzieję, że ciemność nie kryje ściany. Uderza obiema stopami w zgięcia kolan stojącej tyłem postaci i jednocześnie owija ją nienaturalnie wygiętymi skrzydłami. Dociska do siebie, lewą ręką zasłania usta, prawą dźga pod żebra szybką serią ciosów. Postać szarpie się, wije, próbuje krzyczeć, ale nie ma szans. Krew miesza się z błotem kamuflażu, życie uchodzi z rozlicznych ran. Butch czeka jeszcze kilka sekund, po czym rozkłada skrzydła i zrzuca z siebie ciało. Podnosi się. Zwija skrzydła. I wychodzi z ciemności, która krok dalej kończy się jak ucięta nożem.

W blasku stoi już Theraos. On i Butch wyglądają identycznie. Nawet plamy krwi strażników układają się im podobnie na tunikach.

- Krwistoczerwona Lilia - mówi szeptem Theraos, podnosząc trzymany w dłoni kwiat. Strażnik, którego zabił Butch, nosił identyczny. - Lilith. Czyli to prawda. Lilith, pierwszy człowiek, pierwsza kobieta jednak istnieje.

Już niedługo, myśli Butch. Rozkaz jest jasny. Z miejsca, do którego właśnie weszli, tylko oni mogą wyjść żywi.

***

Trzeba Zadrze przyznać, że zareagował bardzo szybko. Gdy tylko Darneus zniknął, zanim jeszcze oba cherubiny wymieniły choćby spojrzenia, on już skupiał myśli na dematerializacji. Zanim się przeniósł, miał jeszcze wrażenie, że usłyszał głośne "stój!", ale było już za późno. Ułamek sekundy później wielka, włochata łapa przygięła go do ziemi, a usta wypełniły się trawą.

Darneus wylądował lepiej. A może zwyczajnie wiedział, jak zareagować zaraz po materializacji? Dość powiedzieć, że gdy Zadrze udało się odwrócić głowę, by na niego spojrzeć, walczył już z jednym z kudłatych stworów, unikając jego ciosów i atakując pięściami głowę. Wyglądało to, jak gdyby potwór opędzał się od wielkiego komara, ale przynajmniej odwracało uwagę najpierw jego, a potem także drugiej włochatej małpy usiłującej pomóc. To kupiło Zadrze moment potrzebny na doskoczenie do Butcha i przyjrzenie się jego obrażeniom.

Nie były lekkie, to pewne. Więcej nawet, gdyby nie wznosząca się i opadająca raz po raz pierś olbrzymiego anioła, Stróż założyłby niechybnie, że jego podopieczny nie żyje. Rozorane plecy odsłaniające kości żeber i kręgi, kałuża krwi wokół piersi i głowy, twarz wgnieciona jak u niegrzecznej lalki wychowawczo potraktowanej parapetem. Zadra spróbował uzdrowienia, ale ledwie przyłożył ręce do rannego, współodczuwanie mało nie pozbawiło go przytomności. Ból, jedynie składowa tego, co czuł właśnie Butch, był niewyobrażalny.

- To jakaś trucizna - powiedział nagle ktoś, prawie prosto do ucha Zadry.

Stróż gwałtownie odwrócił głowę i dostrzegł Henaela. Spojrzawszy za niego, zobaczył też Onolaosa, który dobywszy miecza, raził teraz wprawnymi ciosami oba potwory. Wspierał go w tym dzielnie Darneus. Ledwie otrzymał od oficera jego bojowy sztylet, wstąpiła w niego jakby nowa moc. Siły się wyrównały, nie było już mowy o ledwie odwracaniu uwagi. A gdy Onolaosowi udało się wreszcie chlasnąć jedną z małp końcem ostrza przez gardło, wynik starcia był już właściwie przesądzony.

Henael ponowił podjęte przez Zadrę wysiłki uzdrawiające, ale choć niewyobrażalnie silniejszy od Zadry, on również się skrzywił i po ledwie kilku sekundach zdjął ręce z Butcha.

- Tu nie damy rady, musimy go wziąć do Nadzoru - stwierdził. - Pomóż mi, Zadra, bo sam... Ej, Zadra? Co ci?

Stróż pokręcił głową, że nic, ale gdy spróbował to powiedzieć, jednocześnie wstając, nogi ugięły się pod nim i osunął się na ziemię. Wyrzucił przy tym do góry jedną rękę, która, gdy już zaległ, wskazała narysowany na ziemi koślawy znak. Przypominał chiński ideogram namalowany lśniącą teraz na złoto krwią.

***

Lilith jest piękna w sposób, który Butch umie docenić, ale którego nie może zrozumieć. Naga, ale nie nagością ludzką, do której anioł przywykł. To nagość gładka, bez sutków, znamion, otworów. Tylko głowa jest w pełni dopracowana. Usta lekko rozchylone, nosek zadarty, duże, ciemne oczy.

Siedzi na kamiennym tronie i mówi do swoich skrzydlatych sług. Butch rozpoznaje kilkoro spośród pomniejszych aniołów służących na dworze Tronów. Dalej stoją żołnierze częściowo skryci w mroku. Ich pozy, to, jak zaplatają ręce na piersiach, jak układają skrzydła i jak wodzą wzrokiem po Sali, mówią Butchowi wyraźnie, w których jednostkach Zastępów służyli wcześniej. O części z nich wiedział już od zwiadu, ale żołnierzy jest tu dużo więcej. Tylu, że sam nie dałby im rady. Na szczęście jest z nim jeszcze przyczajony w mroku Theraos.

Lilith wciąż mówi. O nowym planie Pana względem ludzi, o nowej anielskiej funkcji. Butch słyszał większość tych słów już wcześniej, ale zupełnie inaczej ułożonych w zdania, przekazujących coś zupełnie innego. Do tej pory mówiono mu też, że Lilith, pierwszy człowiek, pragnie zemsty na Bogu za to, że jej nie dokończył, że ją odrzucił.

Lilith nienawidzi prawdziwych pierwszych ludzi, kieruje nią zemsta, mówili mu. Ale nie to wynika z tych słów, które Butch słyszy teraz. Te słowa... mają sens.

"Nie słuchaj jej", szepcze mu w myślach Theraos. W jego głosie, chyba po raz pierwszy, pobrzmiewa strach. "Pamiętaj, komu ona służy. Pamiętaj, kim jest i kim ty jesteś. Pamiętaj, po co tu jesteś".

Pamiętam, odpowiada Butch i występuje z mroku.

Wszyscy odwracają się w jego stronę, żołnierze błyskawicznie sięgają po broń. Ale Lilith nie wygląda na zaskoczoną czy przestraszoną. Uśmiecha się, wyciąga rękę.

- Butch, prawda? Czytałam cię. Czekałam na ciebie.

***

Darneus, który zjawił się w biurze Henaela, nie był tym samym, który kilka godzin wcześniej toczył bój z bestiami w parku. Po drobnych ranach na twarzy i przedramionach nie został nawet ślad, podobnie zniknęły siniaki i obrzęk na czole. Zastępca szefa Nadzoru znowu był tym samym eleganckim aniołem nadającym się na majordoma superbohatera. Jedynie ostrożne odciążanie lewej nogi podczas chodzenia mogło uważnemu obserwatorowi zasugerować, że w niedalekiej przeszłości coś się wydarzyło.

Henaela nie było. Na jego miejscu z posępną miną siedział Onolaos wpatrzony w ścianę, z łokciem na blacie i pięścią pod brodą. Gdy Darneus wszedł, oficer w pierwszej chwili nie zareagował. Dopiero gdy anioł się zbliżył, żołnierz sapnął i wyprostował się, wciąż wpatrzony w ten sam punkt.

- Henael wyszedł do archiwum - powiedział.

- Archiwum? - zdziwił się Darneus. - Jakiś trop?

- Raczej plan. - Onolaos podrapał się po policzku w sposób, który mógł sugerować, że on sam do rzeczonego planu nie jest przekonany. - Ryzykowny, ale pomysłowy - dodał jednak prawie od razu. - Zainspirowany trochę tym znakiem na ziemi. Podobno mieliście już kiedyś precedens w takich działaniach autoryzowany przez Michała.

Darneus przewrócił oczami, sięgając do banku pamięci.

- Już chyba wiem, o co chodzi. Zadra?

- Ten Stróż? - upewnił się Onolaos. - Siedzi przy Butchu. Chyba się zżyli, co zaskakuje, zważywszy na naturę Butcha.

- Nie znam go. - Darneus podszedł do biurka i zajął miejsce petenta. - A w aktach nie ma na ten temat za wiele. Co masz na myśli, mówiąc "natura Butcha"?

- To samotnik. To znaczy, odkąd ja pamiętam, bo też nie był pode mną od początku. Wcześniej... no cóż, nie wrócił chyba cały z jednej misji. Tak mi się zdaje.

Onolaos odwrócił się i spojrzał Darneusowi prosto w oczy. Ten powoli, z rozmysłem, skinął głową.

- Rozumiem - powiedział.

Oficer się uśmiechnął.

- Wiem. Widziałem to w twoich ruchach w walce, widzę w twoim spojrzeniu. Jesteś nasz, Darneusie.

- Byłem.

Onolaos pokręcił głową wciąż z tym samym, smutnym, gorzkim uśmiechem na twarzy.

- Jesteś - powtórzył. Odczekał kilka sekund, by to słowo wybrzmiało należycie, po czym zmienił temat. - Jak sytuacja na waszym froncie? Jakieś, nie dajcie Trony, nowe trupy?

- Nie dostaliśmy żadnych informacji na ten temat - odparł Darneus. - Co oczywiście nie znaczy, że ich nie ma. Henael rozważa ściągnięcie tu wszystkich Stróży specjalnym dekretem, żeby ich policzyć.

- W sensie na raz? - zdziwił się żołnierz. - To zajęłoby pewnie...

- Dla mnie z godzinę - wszedł mu w zdanie Darneus. - Gdybym miał ich wszystkich razem. Ale i tak uważamy, że godzina bez opieki to dla ludzi aż nadto, by... jakby to określić...

- Spróbuj "pójść ciemną doliną" - podrzucił Onolaos i obaj się roześmiali. Szczerze, głośno, lekceważąc ból, jaki wywołało to w ich obolałych ciałach.

W tym właśnie momencie wszedł Henael. Zaskoczony wesołością zmarszczył czoło. Pod pachą ściskał wielką, starą księgę.

- Coś się tu wesołego zadziało, widzę. Rozumiem, że dla odmiany od zbrodniarza o anielsko-żołnierskiej proweniencji i przeszło dwudziestu trupów?

Trudno powiedzieć, jaki efekt chciał wywołać tymi słowami, ale niewątpliwie ostatnim, czego się spodziewał, było leniwe machnięcie ręką jego zastępcy.

- Śmiech nie pomoże, ale i nie zaszkodzi - powiedział Darneus, po czym wskazał na księgę. - Naprawdę chcesz stosować pomysły Kłamcy? Mówiłeś, pamiętam, że są dość kontrowersyjne.

- Ostatnio - wzruszył ramionami Henael - trochę zmieniłem poglądy.

***

Patrzy na Lilith, gotową, skupioną, profesjonalną. Jej kostium jest elegancki, ale skromny. Doskonale pasuje do wystroju gabinetu. Jej pacjentkę ostatnio widział, gdy wtulała się, leżąc na kanapie, w olbrzymiego typka w koszulce z agencji ochroniarskiej. Zabił jej anioła, gdy ten sprawdzał etykiety na produktach spożywczych w lodówce.

- Sama nie wiem - mówi dziewczyna, odgryzając skórkę z kciuka. - Chodzi o to, że to wszystko stało się tak jakby... no obok mnie. Zbieg okoliczności, za którym poszłam, bo czuję, że nie powinnam lekceważyć takich znaków, rozumie pani?

Lilith rozumie. Zachęca dziewczynę, by mówiła dalej.

- No i chodzi o to, że ja nie wiem, nie czuję... to znaczy inaczej... - Dziewczyna gubi się w słowach, przerywa, bierze oddech. - To, co się dzieje, nie jest złe, ale chciałabym mieć... No mieć więcej wpływu. Rozumie pani? Chciałabym wiedzieć, że to moje decyzje, że to moja...

- Wolna wola? - podpowiada Lilith. - W pełni rozumiem.

Zerka na niego stojącego w rogu pokoju. Kącik jej ust unosi się lekko, głowa drga w delikatnym, ledwie zauważalnym skinieniu.

"Idź i sprawdź, czy jesteśmy gotowi", mówi ten gest. Więc znika i sprawdza. A gdy już jest pewien wszystkiego, wraca do swojej kryjówki i jeszcze raz patrzy na ścianę z artykułami. Miał swoją listę celów, która teraz już nie będzie mu potrzebna. Plany się zmieniły, gdy pojawił się Butch.

- Butch - mówi jego imię na głos i ku własnemu zaskoczeniu tym razem coś czuje. - Butch, Butch, Butch.

Chciałby mieć teraz jeden z noży od tych cholernych Indian, ale będzie musiał mu wystarczyć zwykły.

***

Gdy Butch się ocknął, leżał na łóżku. Stało na środku przestronnego pokoju, obrysowane skomplikowanymi świecącymi symbolami układającymi się w krąg. Z sufitu zwisały metalowe piszczałki śpiewające cicho, drgając mimo braku wiatru. Pieśń uzdrowienia, jedyna pieśń Metatrona, głosu Boga, jaką udało się w miarę przełożyć na instrumenty.

W kącie pokoju na krześle siedział Zadra. Czytał gazetę o pofałdowanych wilgocią, pożółkłych stronach. Skąd on się wziął? Na okładce jakiś celebryta z diastemą szczerzył się w stroju festynowego misia, z głową tegoż misia pod pachą.

- O, ocknąłeś się. - Stróż odłożył pismo. - Mówili, że dłużej ci zajmie.

Butch usiadł nie bez trudu. Piekły go plecy i pierś, a pod zakrywającym połowę twarzy opatrunkiem swędziało i szczypało tak, jakby armia płonących mrówek budowała tam kopiec.

- Ktoś pozbył się tych... stworów? - zapytał.

- Nie wstawaj, Darneus mówi, że to osłabi pieśń. Mówisz o tych włochatych małpach? Tak, zajął się nimi twój stary dowódca.

- Onolaos?

- Łysy, brzydki i nieźle wywija mieczem, to ten?

- Ten. - Butch mimo ostrzeżeń podniósł się jeszcze wyżej. Syknął z bólu, siadając już bez podparcia, przyjrzał się swoim poobijanym, pociętym rękom, jakby widział je po raz pierwszy. - Co on tu robi?

- Długa historia. - Zadra machnął ręką. - Mordowani Stróże, pamiętasz?

Butch skinął głową.

- No więc padł pomysł, że wiesz, że zabójcą może być... no wiesz. - Zadra odchrząknął nerwowo. - No wiesz, że to możesz być ty. Bo pasujesz do profilu.

Butch ponownie skinął głową, zupełnie obojętnie, marszcząc czoło jak człowiek usiłujący sobie coś przypomnieć. Jak ktoś, kto wyrwany ze snu za wcześnie otwiera oczy, i wtedy myśl, ostatnie senne wspomnienie, które z jakiegoś powodu wydaje się ważne, ulatuje mu z głowy.

Zadra przyglądał mu się z uwagą.

- Nie oburza cię to? - zapytał. - W sensie sama myśl? To poważne oskarżenie.

- Owszem - zgodził się Butch. - Ale to faktycznie mogłem być ja.

Zadra otworzył usta. Zamknął. Znowu otworzył, wreszcie potrząsnął głową.

- Inaczej jak po ludzku nie umiem o to zapytać - stwierdził w końcu. - Co ty pierdolisz, Butch?

- Nie wiem, co to znaczy - odparł większy anioł. - Ale miałem sny, wspomnienia. I one były jakby moje, ale nie do końca. Jakby... ech, nie umiem tego wyjaśnić do końca. Nie jestem za dobry w gadaniu.

- To jest, muszę ci przyznać, zarówno racja, jak i wielkie niedomówienie.

Butch zlekceważył tę uwagę. Zamknął oczy, szukając w głowie właściwych słów. Poruszył ustami, jakby czytał albo upewniał się, jak już znalezione zdania pasują do obrazu myśli. Był to fascynujący proces przywodzący na myśl dawno zastałą maszynę, która po latach, sypiąc wokoło resztkami nieoczyszczonej rdzy i pryskając świeżym olejem, na nowo budzi się do życia. W końcu Butch spojrzał na Zadrę, oblizując spierzchnięte wargi.

- Wspomnienia nie były moje, choć tam byłem i choć zamieniono w nich imiona i osoby, rozumiesz? Mówiono do mnie, ale to nie byłem ja. Trochę jakbyś doświadczał kłamstwa, manipulacji złego. Byłeś kiedyś manipulowany przez złego?

- Masz na myśli... Mówiąc "zły", chcesz powiedzieć... Lucyfera? - Zadra poczuł się źle od samego wypowiedzenia tego imienia. Poczuł mdłości, zapiekł go przełyk, a włosy na karku uniosły się delikatnie.

Dla Butcha imię upadłego nie stanowiło takiego problemu.

- Tak, mam na myśli Lucyfera. Kusił cię kiedyś?

- Nie, nigdy, chwała Tronom.

Butch skinął głową po raz trzeci.

- Faktycznie, nic przyjemnego. Zwłaszcza gdy tkwisz w okopach i każda twoja myśl zostaje wywrócona na lewą stronę. Wszystko przedstawione inaczej, podane w wątpliwość, a czasem zwyczajnie zmienione. No i chyba właśnie to dokonało się w moich myślach. Zaszczepiono mi wspomnienia kogoś innego, jakby były moimi własnymi. Ktoś chciał, żebym uwierzył, że kiedyś byłem po drugiej stronie. I że kiedyś przekonywały mnie argumenty wroga. Nie wiem, jak złamano mój umysł, pewnie coś mi podano...

- Tak, Henael wspominał, że zostałeś otruty - zgodził się Zadra. - Powiedział, że wpadłeś w pułapkę i teraz trzeba się tylko dowiedzieć, kto nasłał te stwory.

- Ja wiem kto - odparł Butch. - Ściągniesz tu do mnie Onolaosa? I Henaela też. Muszę z nimi porozmawiać. Bo w te wspomnienia... Wiem, kto i po co dokonał tych wszystkich morderstw.

Zadra poderwał się z krzesła, przewracając je i mało nie przerywając jednego z leczniczych kręgów.

- Jesteś pewien?!

- Prawie - odparł Butch. - Prawie pewien. Gdzie oni teraz są?

- Odprawiają rytuał - odparł Zadra, pospiesznie podnosząc krzesło. - Ale to nie ma znaczenia. Teraz, skoro wiesz...

- Czekaj, czekaj, jaki rytuał? - zaniepokoił się Butch.

- No, tam na ziemi, przy tych potworach, co cię zaatakowały, był taki symbol. Henael pokojarzył go z jakimś demonicznym znakiem. A że kiedyś Kłamca dał naszym taką księgę demonów i nauczył z niej korzystać, to teraz chcą przywołać tego od symbolu... Ej, co robisz, masz leżeć!

Ale Butch go nie słuchał. Zerwał się z łóżka, złapał ramy, gdy zakręciło mu się w głowie, i rozejrzał się po pustym pokoju.

- Broń - warknął. - Potrzebuję broni.

- Jakiej broni, Butch, o czym ty...

- To pułapka! Lilith wciąga nas w pułapkę, by się tu dostać!

- Lilith?

- Tak, pierwszy człowiek. Lilith. Chce unicestwić wszystkich Stróży! Broń, Zadra!

Stróż złapał się za głowę w komicznym i absurdalnie bezsensownym geście. W tym momencie korytarzami poniósł się przeciągły, pełen bólu wrzask.

***

Onolaos pierwszy zorientował się, że coś jest nie tak. Już gdy wszedł do przestronnej sali szkoleniowej, na potrzeby rytuału opróżnionej teraz ze stołów i krzeseł, a dodatkowo ozdobionej świecami o różnej grubości i stopniu użycia, poczuł to nieprzyjemne wibrowanie wojskowego instynktu. A gdy zobaczył pięciu aniołów w czymś, co w ich mniemaniu najbardziej przypominało rytualne togi - a w rzeczywistości było prochowcem, dwoma szlafrokami, starą koszulą nocną i poplamioną albą - umocnił się poczuciu, że nie pomyślał o czymś naprawdę ważnym, że coś przeoczył. Wtedy jednak zrzucił to na karb ogólnego wariactwa tej sytuacji. Aniołowie przyzywający demony za pomocą ludzkich rytuałów? Było to niemal tak złe jak okopowe piosenki opiewające smak błota na rubieżach świata.

Szybko rozstawił swoich żołnierzy w pewnym oddaleniu od pentagramu tak, by w razie czego byli zdolni do szybkiej interwencji. Kazał im trzymać ręce na rękojeściach, ale na razie nie dobywać broni. Mogło to denerwować uczestników rytuału, a trzymający księgę Henael podkreślił, że śpiew inkantacyjny ma być czysty, bo nie chce nieporozumień. Przyzywali konkretną postać, bestię przypisaną konkretnemu znakowi i nie było mowy o pomyłce. Jeszcze tego tylko brakowało, żeby po plotkarskim świecie demonów i mitycznych poniosła się wieść, że aniołowie niekompetentnie bawią się w okultyzm.

Onolaos stał przy samych drzwiach. Wodził wzrokiem po sali i w myślach szukał głównej przyczyny swoich obaw. Wcześniej myślał, że może chodzi o sam symbol, o to, że był tam narysowany. No bo niby dlaczego i po co? Ale na to Henael miał całkiem niezłe wyjaśnienie. Stwierdził, że pewnie służył do zastawienia pułapki na Butcha będącego na tropie zabójcy. Same bestie nie były demonami w ścisłym rozumieniu sformułowania, więc oznaczało to, że któryś z demonów zwyczajnie udostępnił drogę przejścia. A skoro dało się w jednym kierunku...

- To trop - powiedział zarządca Nadzoru. - Jedyny, który mamy, prócz obarczania winą Butcha. Nie sądzisz, że warto za nim pójść?

Onolaos nie był pewien, co sądzi. Nie był od sądzenia. Dlatego przyjąwszy wyjaśnienia Henaela, zajął się wykonywaniem przydzielonych mu obowiązków i zabezpieczeniem wydarzenia. A teraz czekał i się głowił.

- No dobrze - powiedział w końcu Henael, który zgodnie z księgą też powinien mieć na sobie rytualną szatę, ale ograniczył się do owinięcia się skrzydłami. - Jesteśmy gotowi, możemy zaczynać.

Upewnił się najpierw u Darneusa, a potem u Onolaosa, czy te słowa mają poparcie w faktach, a gdy obaj skinęli głowami, otworzył księgę na zaznaczonej stronie. Poczekał, aż anioły wezmą świece i zajmą miejsce za wierzchołkami pentagramu, po czym zaczął śpiewać inkantację. Gdy był w połowie pierwszego czytania, dołączyli do niego pozostali i powietrze zadrżało od ich głosów. By zaraz zadrżeć czymś jeszcze.

Przestrzeń nad pentagramem zafalowała jak nad ogniskiem, a następnie rozległa się seria trzasków. Wraz z ostatnim, tuż nad środkiem usypanego symbolu, pękła materia rzeczywistości i natychmiast rozszerzyła się niczym dziura w opiętych spodniach.

Onolaos, wzorem swoich żołnierzy, położył rękę na broni i postąpił krok do przodu. Pieśń płynęła, szczelina powiększała się, prezentując wirującą czerń wpadającą w dawno już wygasłą czerwień.

A potem pojawił się rogaty łeb. Miał wyraźne, mocne kości policzkowe i szeroką szczękę hollywoodzkiego gwiazdora z dawnych lat porośniętą rzadką szczeciną czarnych włosów. Oczy zamknięte, usta wykrzywione w ekstazie zmieszanej z bólem, nos haczykowaty i odchylony w lewo niczym odgięta wskazówka w ściennym zegarze. Rogi miał demon długie, ozdobione wyżłobionymi w nich symbolami przedstawiającymi bezecne akty rysowane na starą, grecką modłę.

Henael i jego aniołowie śpiewali. Demon wyłaniał się coraz bardziej. Już nie tylko łeb, ale i masywny kark o zrogowaciałych, odsłoniętych kręgach, szerokie, poznaczone bliznami barki. Onolaos patrzył, mimowolnie zaciskając rękę na mieczu.

Jak takie bydlę pomieści się w ciasnej przestrzeni pentagramu, pomyślał. I wtedy właśnie Darneus krzyknął ostrzegawczo.

- Stopa!

Onolaos błyskawicznie zerknął w dół i dostrzegł, że ze szczeliny u dołu wyłoniła się nagle zgrabna, kobieca noga. Wysunęła się tylko odrobinkę, jak u natarczywego akwizytora próbującego przytrzymać drzwi, ale wyraźnie wiedziała, czego chce i do czego zmierza. Przesunęła się na bok, korzystając z tego, że wielka bestia skradła całą uwagę, i delikatnie przesunęła się po piasku i soli, z których usypano krąg. Darneus krzyknął akurat w chwili, gdy linia została przerwana.

- Broń! - rozkazał Onolaos i rzucił się do przodu, rozkładając skrzydła.

Ale było już za późno. Zwaliste cielsko wyłaniającego się stwora runęło na podłogę, nic sobie nie robiąc z linii pentagramu. Zza bestii zaś trysnęły strumienie ognia.

- Siarka! - wrzasnął Onolaos kolejny raz, robiąc unik w powietrzu, ale jego krzyk zlał się z przeraźliwym wrzaskiem płonącego anioła w szlafroku. W tej samej chwili ze szczeliny wystrzeliły najpierw chude, pokraczne stworzenia bez skóry poruszające się jak małpy, a za nimi kilka aniołów uzbrojonych w wymyślne kusze o lśniących grotach bełtów. Wiedzieli dokładnie, co robią i w co celują.

Czterech aniołów Henaela padło na ziemię, wijąc się w konwulsjach, ledwie Onolaos zdołał chlasnąć pierwszego małpiatego i zetrzeć się z jednym skrzydlatym. Zbił ręką wycelowaną w siebie kuszę, uderzył głowicą miecza w czoło i ciął wroga przez szyję tępawą zastawą. Gdy powalił go i rzucił okiem za następnym, wszyscy jego żołnierze byli już związani nierówną walką z dwoma czy trzema przeciwnikami swoich rozmiarów i kilkoma małpiatymi. Pozostali aniołowie, z wyjątkiem przypartego do ściany Henaela dającego wrogom odpór światłością i Darneusa wywijającego zacięcie zdobycznym krótkim mieczem, byli już martwi.

Wrogów natomiast wciąż przybywało, a portal rozszerzał się, jakby nigdy nie miał przestać.

- Henaelu, Darneusie, znikajcie! - krzyknął Onolaos, zbijając atak i kopiąc kolejnego przeciwnika tuż pod splotem słonecznym. - Oddział, w stronę źródła!

Ledwie wykrzyczał te słowa, zdał sobie sprawę, że mówi do raptem dwóch żołnierzy, którzy jeszcze zostali przy życiu. Ci jednak mieli niewielkie pole manewru. Pokiereszowani, poranieni walczyli już tylko siłą determinacji, anielskim substytutem woli. O ruchu, parciu do przodu czy jakimkolwiek przejściu do ofensywy nie mogło być mowy.

Wtedy ją zobaczył. Właścicielka zgrabnej stopy, która przerwała krąg, ubrana w czerwoną suknię tak obcisłą, że stanowiła niemal drugą skórę. Piękna kobieta o rysach jednocześnie łagodnych i drapieżnych, uśmiechnięta i skrzywiona. W dłoni trzymała broń przypominającą rapier.

Lilith, pomyślał Onolaos. Nigdy jej nie widział, nigdy się z nią nie spotkał i jak wielu zakładał, że jest wyłącznie legendą. A jednak to była ona. Pierwszy człowiek powstały za czasów, gdy Bóg nie myślał jeszcze, by dać ludziom śmiertelność i jakiekolwiek ograniczenia. Ale człowiek. To dlatego mogła przerwać krąg, którego nie zdołałby rozerwać sam z siebie najpotężniejszy demon. To dlatego...

Myśl w jego głowie urwała się, natychmiast zastąpiona inną. Bo tego, kto stąpał za Lilith ubrany po ludzku w dżinsy i bluzę z kapturem, Onolaos rozpoznał od razu.

- Thearosie, przecież ty nie żyjesz! - zawołał. Machnął mieczem na oślep, ale szczęśliwym zrządzeniem losu udało mu się zbić wymierzony na swoją głowę atak.

Theraos zrzucił kaptur i sięgnął za plecy. Dobył krótkiego miecza, jednocześnie w drugiej ręce błysnął mu taktyczny nóż o czarnym ostrzu.

- I kto to mówi - wycedził z paskudnym uśmiechem.

***

Wystarczyło iść za krzykiem i odgłosami walki. Albo pędzić za krwawym śladem, którym Butch, to idący, to upadający, to znów na wpół czołgający się, znaczył ziemię jak ślimak. A mimo to były żołnierz poruszał się dużo szybciej niż Stróż, któremu drżące nogi raz za razem wypowiadały posłuszeństwo i zmuszały go do zatrzymania się i oparcia o ścianę.

Zadra nie był z siebie dumny, choć w zasadzie powinien. Widział wszak skrzydlatych, Stróżów z różnych wydziałów i nadzorów, którzy chowali się za ścianami, dematerializowali drzwi do biur bądź też z krzykiem reagowali na małpopodobne stworzenia, które wylały się na korytarz. Ci, którzy nie uciekali dość szybko, padali podcięci przez potworki, a potem stawali się dla nich pożywieniem, dopóki z porozrywanych ciał wydobywała się światłość i cicha nuta Metatronowej pieśni.

Jego również małpiate atakowały, a przynajmniej spróbowały. Ale gdy pierwszy rzucił się na niego, próbując ugryźć go w rękę, gdy rozczapierzył łapy, błysnął białymi oczami i zębami, między którymi lśniła jeszcze anielska krew i tkwiły strzępy skóry, i gdy tymi kłami wgryzł się w przedramię Stróża, ten machnął ręką z taką siłą i tak dobrze wykorzystując pęd stwora, że w zasadzie roztarł go o ścianę. Czaszka rozpękła się niczym dojrzały arbuz, ciało zwiotczało jak balon, z którego spuszczono powietrze. Od tego momentu, choć małpiate skakały wokół niego i próbowały go zachodzić z każdej strony, bały się zaatakować.

Butch zniknął za rogiem i ledwie to zrobił, rozległ się jęk, dźwięk uderzenia, kilka pełnych wysiłku stęknięć i głośne, wściekłe dyszenie.

Zadra zmusił się do przyspieszenia, pewien, że to waży się życie Butcha. Wypadł zza rogu akurat w momencie, gdy Butch podnosił miecz martwego przeciwnika. Wróg był niewiele mniejszy od byłego żołnierza Zastępów i z pewnością jeszcze przed chwilą miał mniej obrażeń. Najwyraźniej mu to nie pomogło.

Butch wyprostował się i zamachał mieczem. Zadra mimowolnie się uśmiechnął.

- Umrzemy, nie? - zapytał.

- Ktoś na pewno - odparł Butch.

Od otwartych drzwi, za którymi wciąż rozrastał się portal, dzieliły go zakręt i krótki prosty korytarz.

***

Onolaos jest komplikacją, której Lilith się nie spodziewała, choć powinna. Kto wie, może to pierwszy z jej błędów?

Wie, że nie powinien tak myśleć, nie powinien w nią wątpić, ale nie może nic na to poradzić. Gdy okazało się, że jakimś cudem do gry wrócił Butch, powinna była zrewidować plany, a nie zakładać, że to łut szczęścia. Czy nie o to właśnie walczą? By nic nie było łutem szczęścia, by wszystko zależało od woli.

Onolaos jest komplikacją, ale zdaje się o tym nie wiedzieć. Nie myśleć o tym, co daje mu największą przewagę. A może to honor nie pozwala mu na ten ostateczny krok? Albo ambicja mówiąca, że mimo wszystko pewne rzeczy ma jeszcze pod kontrolą?

Niezależnie od tego, co kieruje teraz myślami oficera, on nie może pozwolić, by cherubin zyskał czas na skupienie. Musi go zająć. Dlatego atakuje pierwszy.

Skacze, rozkłada skrzydła i skręca się w powietrznym korkociągu, tnąc nożem od dołu. Na ułożenie się z mieczem nie ma szans, musi wcześniej upaść i przetoczyć się w bok. Ale już sam nóż sięga celu. Rani cherubina od piersi po pachę, upuszcza krwi, na pewno utrudni każde kolejne starcie. Onolaos o tym wie. Zmienia pozycję, przerzuca miecz do drugiej ręki, ranną stronę chroni skrzydłem.

Theraos podnosi się, uśmiecha i od niechcenia, w zgrabnym piruecie chlasta walczącego nieopodal anioła przez gardło. Tryska krew, małpiate mają używanie.

- Ty i ja, Onolaosie - mówi. - Ty i ja.

Lilith ze śmiechem wychodzi z pomieszczenia.

***

- Na Trony i Zwierzchności, gdzie są Zastępy? Gdzie jest archanioł?

Zadra, wyraźnie mając już dość widoku Butcha odbijającego się od ścian, podszedł i wziął go pod ramię.

- Szeregowy anioł nie może wezwać archanioła ot tak - przypomniał Butch. - Przynajmniej u nas.

- No ale Henael czy Onolaos nie są szeregowi i... - zaczął Zadra, ale umilkł porażony nagłą konkluzją. - Mamy w ogóle jakiś plan? Przecież nie możesz stoczyć tej walki sam!

Rzeczywistość chcąca najwyraźniej zadać kłam tym słowom zmaterializowała po ich lewej stronie wyłamane drzwi do biura. Wypadły z niego dwa małpiate, a za nimi anioł z załadowaną kuszą.

Butch zareagował błyskawicznie. Machnął mieczem jak pałką i trafił małpiatego płazem w pierś. Ten poleciawszy do tyłu, zgarnął w kark wystrzelony bełt. Butch skręcił się w biodrach, odepchnął od Zadry i machnąwszy mieczem, musnął napierśnik odskakującego anioła.

Małpiaty rzucił się do jego nogi, ale tu już zareagował Zadra, kopiąc stwora z całej siły w szyję. Chrupnęło, gdy oderwana głowa poleciała na plecy niczym zrzucony kaptur. Ten dźwięk na moment zdekoncentrował anioła z kuszą. Przez jego głowę musiało też przemknąć, że ma chwilę, w końcu anioł przed nim jest ranny, słaby.

Źle ocenił. Butch, zacisnąwszy zęby, skoczył, cofając rękę z mieczem, a wolną wyciągając przed siebie. Doskoczywszy, złapał anioła za kark, wbił mu miecz w brzuch i z całej siły podciągnął ostrze aż po mostek. Wyszarpnął broń, dysząc ciężko i... wtedy ją zobaczył. A ona, idąca korytarzem, jakby nic się wokół nie działo, jakby nie miała nic wspólnego z otaczającym ją zamieszaniem, zobaczyła jego. Zatrzymała się.

- Lilith - szepnął.

- Butch - odpowiedziała z uśmiechem. - Kawał czasu, mój najwierniejszy. Szkoda, że ty jesteś teraz tam, a ja tu.

- To się zaraz może zmienić, Lilith! - krzyknął Zadra.

Głos mu się złamał w pół zdania, przez co słowa te nie wybrzmiały wystarczająco mocno, ale wiedział, że musi coś powiedzieć, zabrać głos. Bo to, co powiedziała Lilith, ubodło go do żywego. Diabelska manipulacja tu? W sercu Nadzoru Anielskiego? To był cios we wszystko, w co wierzył jako Stróż.

Lilith wyszczerzyła równe białe zęby.

- Nie, Stróżu, nie może - odpowiedziała. - Gdybyście mogli zniknąć i pojawić się przy mnie, wówczas kto wie. Ale nie tutaj, prawda? I nie w tym stanie. Na razie ten korytarz jest dla was nie do przejścia.

Jakby na potwierdzenie tych słów na środek korytarza wytoczyła się najpierw głowa Onolaosa, a zaraz potem zza drzwi wyłonił się ociekający krwią, uzbrojony w dwa miecze Theraos.

- Butch. - Skłonił się.

- Tak, to ja - odparł anioł, przyjmując pozycję.

Theraos zakręcił młynka trzymanym w lewej ręce mieczem, po czym ruszył powoli, z czołem nisko niczym szarżujący byk.

- Pamiętasz, jak mnie zabiłeś, Butch? - zapytał, gdy był już blisko. - Pamiętasz to?

Zamarkował cios z góry, by drugim mieczem pchnąć od dołu. Butch przewidział fintę, bo cofnął się, zbił pchnięcie i skontrował lekkim, niedbałym cięciem. Chybił, ale zmusił Theraosa do odskoczenia, a następnie zatrzymania się na chwilę.

- Wtedy, podczas misji w ciemności, Butch. Gdy wysłano nas do zabicia Lilith, pamiętasz to?

Otarł usta nadgarstkiem, po czym błyskawicznie skoczył i uderzył serią naprzemiennych ciosów z góry. Butch parował i unikał, jednocześnie się cofając i mając nadzieję, że nie stanie na żadnym z ciał, że o żadne się nie potknie. Wiedział, że gdyby obaj byli w pełni sił, a dziś zmieniło się we wtedy, miałby przewagę zarówno siły, jak i kondycji. Teraz właściwie nie miał atutów, za to Theraos był w formie, lekko tylko zmęczony, ale jednocześnie bez żadnych poważnych obrażeń. Moc i euforia wręcz z niego kipiały.

- Pamiętam słowa Lilith, gdy mówiła o Stróżach. - Theraos przerwał natarcie, by uspokoić oddech. - Nowa formacja, nowa idea, która ma sprawić, że ludzie poczują się bezpieczniej. Tylko za jaką cenę, pytała. Czy bezpieczeństwo warte jest poświęcenia wolnej woli? Czy ta jeszcze istnieje, gdy jakaś niewidzialna istota może, myśląc, że robi coś dla ciebie, wpływać na twoje decyzje, twój świat? Czy jesteś wolny, nie ponosząc za siebie pełnej odpowiedzialności? Pamiętasz to?

- Trochę - odparł Butch, częściowo dlatego, że była to prawda, lecz bardziej po to, by kupić jeszcze chwilę na uspokojenie oddechu. Świat wirował mu przed oczami, w ustach susza, wszystkie rany otworzyły się, sprawiając, że nie było w nim ani kawałka niepłonącego teraz bólem.

Theraos uśmiechnął się, wznosząc miecz.

- A pamiętasz już może, jak mnie wtedy zabiłeś? Bo ja...

Rozległ się cichy dźwięk, jakby trąconej membrany, a Theraos urwał i opuścił miecz, jednocześnie pochylając głowę, jakby zdziwiony. Miał prawo, bo oto w jego bluzie pojawiła się szpiczasta, lśniąca na zielono wypukłość.

Butch nie czekał, aż przeciwnik zrozumie, co się stało. Uniósł miecz, uderzył na szyję, a gdy Theraos mimo wszystko sparował niedbałym ruchem, jakby opędzał się od muchy, Butch ciął od siebie, lekko z dołu. Tym razem trafił. Zachwiał się, zatoczył i upadł, ale lecąc, widział też, jak przeciwnik osuwa się na kolana, a za nim stoi Zadra ze zdziwioną miną, wciąż ściskający w ręku kuszę.

- Lilith - szepnął Butch, na co Zadra pokręcił głową.

- Nie, Butch. Powinieneś powiedzieć "teraz pamiętam". Że wiesz, teraz pamiętasz, jak go zabiłeś, bo...

- Lilith - powtórzył Butch i z tym imieniem na ustach stracił przytomność.

***

Była już prawie u celu, gdy najpierw poczuła ból i śmierć Theraosa, a potem usłyszała cichy szept Butcha. Zawahała się.

To wciąż mogło się udać, była tak blisko, że dosłownie wystarczyło wyciągnąć rękę. Złapać za klamkę zmaterializowanych drzwi i wejść do biura. A potem zawezwać ich tu wszystkich zgodnie z procedurą. Każdego Stróża z całego świata. Ściągnąć ich w to miejsce i wybić, wykończyć co do jednego, by dać wreszcie ludziom to, co zostało im dane i ofiarowane. Wystarczyło tylko zrobić krok, a potem kolejny.

Ale to Theraos nie żył, a Butch... cóż, nie mogła na niego liczyć. Ilu miała zatem teraz swoich wojowników? Czy wystarczyłoby ich, by wykończyć wszystkich, zanim zorientują się archaniołowie? Zanim zjawi się tu Wódz Zastępów?

Westchnęła i pokręciła głową. Nie tym razem. Na dziś wystarczy.

- Będą inne okazje - szepnęła, jakby sama musiała się w tym utwierdzić. A potem wybuchnęła głośnym, dziewczęcym śmiechem.

***

Henael leżał na łóżku. Darneus, choć sam powinien robić to samo, siedział przy nim z ręką na temblaku. Za drzwiami ekipa sprzątająca od trzech dni walczyła ze skutkami natarcia, borykając się a to z krwią, która nie chciała zejść ze ścian, a to z rewidującymi wszystkich pod byle pretekstem żołnierzami Zastępów. Było ich teraz w Nadzorze tylu, że właściwie powinni przemianować to miejsce na koszary.

Przez ostatnie trzy dni cherubin odezwał się ledwie trzy razy, zupełnie jakby składając Gabrielowi pełne skruchy, obfite w szczegóły wyjaśnienie, wyczerpał niemal cały zasób słów, jakim dysponował. Na koniec poprosił archanioła o zabranie od niego kielicha zarządzania, na co Posłaniec Śmierci jednak nie przystał.

- Nie jest twoją winą - powiedział Gabriel - że świadomość faktycznego istnienia Lilith, a tym samym związanych z nią zagrożeń, była niewystarczająca. Zważywszy na okoliczności, poradziłeś sobie... dostatecznie.

Henael oczywiście uważał inaczej, ale kim był, by dyskutować z archaniołem. Od tamtej pory jednak milczał, oddając się rozmyślaniom.

- Myślisz, że mogła mieć trochę racji? - zapytał w końcu, gdy minęły owe trzy dni, za drzwiami wciąż słychać było skrobanie gąbek o ściany, szuranie mopów i szczęk napierśników legionistów. - Lilith w sensie?

Darneus przyjrzał się przełożonemu uważnie.

- W czym dokładnie?

- Mówię o nas, Stróżach, że nasze istnienie jest zaprzeczeniem prawdziwości słów Pana o wolnej woli - doprecyzował cherubin. - Czy to możliwe, że jesteśmy nieporozumieniem?

Darneus zwlekał z odpowiedzią, aż minęło tyle czasu, że wydawało się, że jej w ogóle nie udzieli. Dopiero wtedy wstał z trudem, kuśtykając, przeszedł do drzwi i położył dłoń na klamce.

- Od jakiegoś czasu pracowałem nad czymś - powiedział i uchylił drzwi. Szepnął kilka słów żołnierzowi stojącemu na warcie i zamknął drzwi z powrotem. - Myślałem o wszystkich tych stróżowych nadużyciach, o nieprawidłowych interpretacjach przepisów, modlitw, założeń. Puściliśmy to luzem, Henaelu, zupełnie nie bacząc, że świat się zmienił, a my wraz z nim. Aniołowie pracujący z mitycznym Kłamcą, interweniujący bez potrzeby, wspierający podopiecznych, gdy nie powinni. W tym względzie... - Przerwał, by wolną ręką rozmasować czoło, jakby ta jedna myśl, konkluzja, przeciążała mu głowę. - W tym względzie miała rację. Nie co do istoty, bo samo istnienie Stróżów w niczym z wolną wolą nie koliduje. Ale już nadużycia, owszem. I je rzeczywiście powinniśmy ukrócić.

- Tylko jak?

Darneus się uśmiechnął.

- Właśnie tego dotyczy mój projekt. Myślę, że ci się spodoba, bo nawet mam już do niego właściwych kandydatów.

<Klik>

WINA. Wydział Interwencyjny Nadzoru Anielskiego.

Tak wiele razy słyszałem tę nazwę od Zbłąkanych, wypowiadali ją z goryczą i gniewem. A dziś mieliśmy spotkanie z dwoma agentami i był to bardzo pouczający czas.

Okazuje się, że cały Wydział Interwencyjny składa się z tych dwóch aniołów. Jeden z nich, Zadra, był kiedyś Stróżem. Ten wzbudził naszą sympatię i miał wiele ciekawych historii z praktyki stróżowania. Drugi z aniołów, potężny Butch, wywoływał raczej lęk, jak przystało na byłego żołnierza z jednostek specjalnych, ale on też bardzo pouczająco mówił o ważnych sprawach. O regulaminie, o karach za przewinienia, nadużycia i zaniedbania, ale też o pozornie niewinnych, acz brzemiennych w skutkach kontaktach z istotami mitycznymi.

Te istoty, wolą Pana wyrażoną przez archanioła Michała... Ech, dobra, nie wychodzi mi taki niski głos, będę mówił normalnie. Te istoty, powstałe wynikiem wykorzystania potencjału ludzkich umysłów do tworzenia fałszywych bóstw, wolą Nieobecnego Pana są sukcesywnie zgładzane i należy unikać współpracy z nimi. Wyjątek stanowią te, które znajdują się na dostarczonej do Nadzoru liście.

Sprawdziłem. Obecnie lista zawiera wciąż tylko jedno imię.

<Klik>

PIESKIE POPOŁUDNIE

Nadodrze, Wrocław, Polska

Krwią i prochem śmierdziało już od ulicy, więc to nie mogła być zwykła zbrodnia. One nie cuchną ani tak wyraziście, ani tak szlachetnie.

Komisarz Jakub Ryjek zamyślił się. Czy to nie brzmi aby trochę zbyt szpanersko? Cwaniacko albo górnolotnie? Cholera, nie znał się na tym. Ostatnim kryminałem, który czytał, było Żegnaj, laleczko Chandlera. Lata temu, jeszcze w podstawówce sięgnął po tę książkę, bo kumple naopowiadali mu bzdur, że w środku są mocne sceny seksu z tytułową laleczką. Nie było ich, więc zraził się do Chandlera, kryminałów i czytania w ogóle. A teraz, za zaliczkę, której w obliczu ostatnich życiowych zmian nie mógł zlekceważyć, proponowano mu napisanie czegoś o jego własnym życiu. To się chyba nazywało ironia losu, nie?

- Dobra, najwyżej potem skreślę - mruknął, sięgając po notes. Wybrał świeży, jeszcze w folii; dostał go od Gośki na gwiazdkę. Przyjrzał się uważnie pirackiej czaszce odciśniętej na skórze, myśląc, czy to aby na pewno dobry omen. Zaraz jednak potrząsnął głową, zerwał folię i na pierwszej stronie zanotował dwa zdania, które przyszły mu do głowy, a potem przeczytał je na głos, by sprawdzić, jak brzmią.

Nie brzmiały. Skreślił je, sapnął na poły gniewnie, na poły z rezygnacją i wysiadł z samochodu. Drzwi mógł otworzyć na oścież, bo choć o tej porze samochody parkowały tu niemal jeden na drugim, w jego przekonaniu powód, dla którego tu przybył, uprawniał go do skorzystania z szerokiego, pomalowanego na niebiesko-biało miejsca dla niepełnosprawnych. Oparł się o bok swojej sfatygowanej toyoty, wyjął z kieszeni pomiętą paczkę viceroyów i zapalił.

- Ej, koleżko, naprawdę chciałbyś się znaleźć na ich miejscu?

Niski, tubalny głos zwiastujący prawie na pewno wielkiego, masywnego miśka. Nie ochrypły, dźwięczny sugerował kogoś raczej młodego. Może trzydzieści lat?

Fajnie, że ktoś reaguje, pomyślał Ryjek, szczególnie tu, na Nadodrzu. Słyszał od swoich kolegów z tego rewiru, że ludzie stąd długo byli nauczeni pilnować wyłącznie swoich interesów. Może ta rewitalizacja kosztująca miasto setki milionów na coś się jednak przydała?

Mimo tych myśli nie zareagował i się nie obejrzał. Wpatrzony w poranny ruch uliczny, zaciągnął się papierosem, wypuścił dym i zaraz znowu pociągnął. Szybko, łapczywie. Jak w ogólniaku, gdy trzeba było zdążyć przed końcem przerwy.

- Ej, mówię do ciebie!

Ton się wyostrzył, dźwięki minimalnie skoczyły w górę. Misiek nie nawykł, że się go nie słucha. Ciekawe, czym się zajmował.

Komisarz zaciągnął się jeszcze raz, po czym spojrzał na papierosa, jakby się z nim żegnał, i upuścił go na ziemię. Przygniótł butem i złapawszy za zawieszoną na szyi odznakę, odwrócił się w samą porę, by znaleźć się oko w oko z wielkim białym orłem. Zwrócone w prawo ptaszysko mimowolnie na niego zerkające skojarzyło się Ryjkowi z obrażoną kobietą, sprawdzającą ukradkiem, czy jej foch przynosi należyty skutek.

- Niebieski.

Zadarł głowę, by nad gęstą, sterczącą na wszystkie strony brodą dostrzec płaski, wielokrotnie składany nos i dwa małe, głęboko osadzone świńskie oczka. To przed nimi zamachał wzniesioną w górę odznaką. Następnie, dwukrotnie uderzając obcasem o pomalowany chodnik, rozwinął:

- Niebieski do niebieskiego. Masz z tym problem, przyjacielu?

Świńskie oczka zmieniły się w maleńkie szparki. Orzeł na piersi poruszył się, gdy wielkie jak miechy płuca nabrały powietrza, by zaraz je wypuścić. Ryjek poczuł, jakby właśnie wsadził głowę pod dmuchawę do rąk w McDonaldzie, co mu się, nie zamierzał tego ukrywać, kilka razy w życiu zdarzyło. Tyle że tamto powietrze nie śmierdziało kebabem z sosem czosnkowym.

Wielki facet cofnął się o krok, a potem kolejny; dopiero wtedy wyciągnął ręce i uniósł je przed siebie w pojednawczym geście.

- Spokojnie, bez nerw - powiedział, szczerząc zaskakująco białe i równe zęby. - Trzeba było od razu powiedzieć, że niepełnosprawność umysłowa, tobym się nie odzywał. Uszanowanie panu władzy.

Skłonił się z drwiną, odwrócił i ruszył przed siebie, a Ryjek z trudem powstrzymał się, żeby nie parsknąć. To była naprawdę dobra riposta. Powinien ją zapamiętać i umieścić całą tę sytuację w swojej pieprzonej książce.

Na razie jednak, z czego zdawał sobie sprawę i co na wszelkie sposoby próbował odwlec, miał inną robotę. Tę właściwą, po której otrzymaniu pół godziny temu klął dobre pięć minut, a potem przez kolejne dziesięć tłumaczył telefonicznie byłej żonie, że jednak nie weźmie chłopców do kina, jak im wcześniej obiecał. W ogóle nie wiedział, kiedy wróci, bo, tu cytat z nieocenionego podinspektora Wyciorkowskiego, "szambo wyjebało", koniec cytatu. Teraz znów wyjął z kieszeni telefon, jeszcze raz sprawdził zapisany adres i obszedł budynek z lewej strony.

Wejście do włoskiej knajpki Michaelo Cielo znajdowało się zaraz za rogiem. Przed lokalem stały już trzy wozy, dwa oznakowane, jeden nie, ale wszystkie od nich. Zajmowały całą wolną przestrzeń niewielkiego skwerku, a nawet trochę więcej; Ryjek dostrzegł, że częściowo rozmontowali restauracyjny ogródek.

Miejscówka była już z grubsza zabezpieczona, przynajmniej z zewnątrz. Rozciągnięto taśmę, na ziemi tu i tam stały znaczniki dowodów z cyframi, framugę ubabrano proszkiem do daktyloskopii, a rozbitą szybę witryny zastąpiono grubą, przezroczystą folią. Przepuszczała światło, ale niczym łazienkowe okno uniemożliwiała zobaczenie czegokolwiek konkretnego grupce gapiów zgromadzonych po drugiej stronie ulicy.

Ryjek przyjrzał im się. Dziesięć, może piętnaście osób, w większości dzieciaki z ogólniaka, które zdecydowanie powinny być teraz w szkole. Część siedziała na ławce pod murem, reszta albo stała, albo zajmowała niski murek i udawała, że ma bardzo ważne i ekscytujące tematy do rozmów. Komisarz widział jednak telefony w ich dłoniach i miał świadomość, że czekają tylko na karetkę i czarne worki, by wszystko to ponagrywać i wrzucić do internetu. A choć nie wiedział dokładnie, co go czeka w środku, to zdawkowy opis, jaki otrzymał, gdy go tu wezwano, wystarczał do stwierdzenia, że im później poniesie się to wszystko w mediach i na społecznościówkach, tym lepiej.

- Przegoń ich stąd - polecił mundurowemu stojącemu przy wejściu do Michaelo Cielo. - Wylegitymuj i spisz, postrasz rodzicami, szkołą czy księdzem proboszczem. Zrób cokolwiek, ale niech spierdalają.

Mundurowy pokiwał głową, mruknął coś cicho pod nosem i ruszył w stronę dzieciaków, a Ryjek wszedł do środka.

Przez pewien czas kilku lokalnych watażków robiło w tym lokalu swoje interesy, więc komisarz bywał tu już wcześniej. Pamiętał dobrze filary na bazie prostokąta obłożone rżniętą, starą cegłą i zdjęcia w ramkach z Ikei prezentujące włoskie widoki. Za ladą, dębową albo oklejoną na dąb, znajdował się piec do robienia pizzy, a dalej po prawej drzwi na zaplecze, normalnie wahadłowe, teraz zablokowane kołkiem, by ułatwić pracę krzątającym się wszędzie technikom. Tak jak w zdaniu, które sobie ułożył, zapisał i skreślił, w lokalu śmierdziało prochem i krwią. A także bazylią, rozmarynem, pomidorami, czosnkiem, rozlanym winem, octem z lekką nutką szczyn i gówna. Te ostatnie były pewniakami, dokądkolwiek komisarz się udawał. Były bazą, na której budowano wszystkie perfumy jego życia.

Ryjek podrapał się po szyi, tuż pod brodą, i powiódł wzrokiem po kłębowisku ciał na krzesłach, podłodze i porozwalanych stołach. Gruby facet w białej koszuli wylewającej mu się zza paska opierał podwójny podbródek na piersi, niczym weselny wujek, który uciął sobie drzemkę przed oczepinami. Wysportowany facecik w eleganckim, grafitowym garniturze wypinał się do drzwi przewieszony przez stół. Ślady na jego plecach przypominały trafienia paintballowym markerem. Dalej było jeszcze kilku, ale z miejsca, gdzie stał, komisarz nie widział ich za dobrze. Ot, tu wystawała jakaś ręka, tam kawałek głowy, wszystko w odłamkach mebli, zasłonięte innymi ciałami, znikające za załomem czy ławką obitego skórą boksu. Co oni robili tu tak wcześnie rano?!

Wszystkimi już się zajęto. Ci, którym dało się zrobić wyraźny obrys, mieli już swoje rysowane kredą odpowiedniki, innych oznaczono kółkiem czy czymś na kształt rozlanego na patelni jajka. Wokół trzaskały migawki aparatów techników, podeszwy butów zgrzytały na potłuczonym szkle, a trupy wszystko to znosiły mężnie, bez nerwowego zniecierpliwienia czy cienia skargi.

I wtedy do nuty zapachowej wdarło się coś jeszcze. Woń przyjemna, subtelna, ale wyraźna, którą Ryjek potrafił nawet dobrze nazwać. Bleu de Chanel. Spodziewał się tutaj tego zapachu.

- Cześć, Pierdolet - powiedział.

- Co sądzisz o tym kolorze? - usłyszał w odpowiedzi.

Zaraz potem technik kryminalny Piotrek, zwany przez kolegów Pierdoletem, pojawił się nagle po jego lewej stronie. Jak zawsze poruszał się bezszelestnie; gdyby nie te jego perfumy, człowiek orientowałby się, że jest w pobliżu, dopiero wtedy, gdyby się odezwał lub wszedł w pole widzenia.

Ryjek nie miał ochoty na gadanie o bzdurach, ale znał technika od lat i wiedział, że jeżeli teraz nie ustąpi, to i dzisiaj nie wyjdzie na tym dobrze, i potem też będzie się z tą sprawą pieprzył dwa razy dłużej, niż to konieczne. Niby i tak będzie priorytet w badaniach, bo wszystko wskazywało tu na jakieś solidne porachunki, ale technicy nawet wtedy potrafili człowiekowi uprzykrzyć życie, opóźniać i potem dodatkowo zasypać papierzyskami. A skoro małym kosztem można sobie oszczędzić fochów w labie, to czemu nie? Przyjrzał się więc niewielkiemu kwadratowi materiału, który Pierdolet trzymał dużą pęsetą.

- A co mam o nim sądzić? - odparł. - Kolor jak kolor. Niebieski.

Technik teatralnie przewrócił oczami. Był szczupłym, drobnym blondynkiem o zawsze modnej, wygolonej wysoko fryzurze i z wypomadowanym wąsikiem. Miał opinię dobrego fachowca, ale ruszał się i zachowywał zupełnie jak ten kabareciarz, co zasłynął na scenie z grania wyginającego się pedzia.

- Jezusie, Kubuś, ty już w ogóle ignorant jesteś! - powiedział miękko, z nutą przygany. - Pozostali przynajmniej się starali. Mówili przynajmniej "błękitny", "lazurowy"... Ale - machnął ręką - to i tak nie rozwiązywało problemu.

- Jakiego problemu? - zapytał odruchowo Ryjek i natychmiast zganił się w myślach za to, że jeszcze ciągnie tę rozmowę.

- No naszego! Grześ mówi, że to turkusowy, a ja, że cyjan, bo przecież nie wpada w zieleń jak turkus, tylko jest sinobłękitny. Prawda? No weź się przyjrzyj, tak? Wpada ci to w zielony? Wpada? No nie wpada. Nie-wpa-da!

Ryjek przejechał ręką po czole.

- Powinni kiedyś zrobić z wami porządek, wiesz? - westchnął. - Dla takich jak wy nie powinno być miejsca w policji.

Pierdolet skrzywił się, wydął wargę i przestąpił z nogi na nogę, wypychając biodro na bok. Wolną ręką wykonał zamaszysty, teatralny gest i wziął się nią pod bok.

- Masz na myśli gejów, Kubuś? - zapytał zaczepnie. - Taki się z ciebie homofob...

- Mam na myśli pary - doprecyzował Ryjek, wchodząc mu w zdanie. - Kłócicie się, kurwa, jak stare małżeństwo nad odcieniami niebieskiego kawałka szmaty, a tymczasem mamy tu ile? Raz, dwa, trzy... dziewięć trupów podziurawionych jak sito?

- Właściwie to jedenaście, bo jeszcze dwa w kiblu... - Technik wskazał kciukiem za siebie, w stronę korytarza w głębi sali, gdzie migotał i skrzył przestrzelony na pół symbol toalet. - Ze znanych Alfi, Skarpeta i Bonzo, reszta to jakieś młode lokalne szczyle, Włoch i dwóch Irlandczyków. I już, Kubuś, nie ekscytuj się tak, bo nikt tu przecież o robocie nie zapomina. Ta szmatka też jedzie do badań. Nasączyli ją jakimś nowym ćpadłem, które tu chyba testowali czy chcieli wprowadzać. Nie wiem i się nie interesuję. Ale to dowód. - Jakby na potwierdzenie tych słów wyjął z kieszeni niewielką foliową torebkę i wsunął do niej skrawek materiału. Przejechał palcami po strunowym zapięciu i wsadził woreczek do kieszonki na piersi. - Widzisz? Już wszystko załatwione. Wszystko idzie jak ta lala, nikt się nie obcyndala.

- Dobrze. Kto pierwszy odpowiedział na wezwanie? Są tu jeszcze? - Komisarz miał już zamiar ruszyć w głąb lokalu na dalsze oględziny, ale technik nagle złapał go za ramię i przysunął się do niego.

- Stary, żarty żartami - wyszeptał Ryjkowi prosto do ucha - ale weź ty mi teraz pomóż, bo to ważne. Mamy w chacie kryzys, miesiąc miodowy się skończył i teraz ustala się, kto nosi spodnie. Grzechu trochę na ciebie leci, a na pewno cię szanuje, zwłaszcza po tej akcji na Świdnickiej. Jak ty mu powiesz, że to cyjan, to on...

- Chcesz powiedzieć, że kwestię tego, kto jest w waszym domu samcem alfa, rozstrzygnie kolor zwykłej niebieskiej szmatki?

- To cyjan! - oburzył się Pierdolet, ale zaraz zmitygował się i zakasłał w czarną gumową rękawiczkę. Sam je sobie kupował, za swoje, w sklepie sieciowym dla tatuażystów. Noszenia niebieskich, a do tego śmierdzących jak tanie kondomy, odmawiał kategorycznie. - I nie takiej zwykłej znowu. To jest jedwab!

- Dla mnie to może być nawet... Ej, a co to za gość?

Technik odwrócił się i zrobił zdziwioną minę.

- No co ty, Kuba, przecież to mój Grzesio. Ja wiem, że się ostatnio zapuścił trochę, w boczki mu poszło, ale na litość! Nie bądź taki oceniający! I broń Boże mu tego nie mów, bo...

- Przecież nie o Grześka pytam, kurwa, Pierdolet - warknął zniecierpliwiony komisarz. - Ten gość za nim.

Technik jeszcze raz się obejrzał, tym razem przekrzywiając głowę jak sroka albo jeden z tych domorosłych znawców sztuki w muzeach czy galeriach.

- Jeśli ci chodzi o tego mundurowego, to on chyba z Fabrycznej, ale głowy nie dam, bo nie znam. A jeśli o ciało, to...

Ryjek uznał, że dalsza dyskusja jest bez sensu. Rosły, dobrze zbudowany, krótko ostrzyżony mężczyzna ubrany w grafitowe spodnie w kant, takąż kamizelkę i koszulę z podwiniętymi rękawami zniknął właśnie w przejściu do drugiej sali, najwyraźniej przez nikogo niezauważany albo przez wszystkich lekceważony. Kim był? Którymś ze skrótowców, jak zwykli nazywać w psiarni wszystkie te agencje o trzyliterowych skrótach? Kimkolwiek był, na razie było to miejsce zbrodni Ryjka i na nim spoczywał obowiązek dopilnowania, by nikt obcy się tu nie pałętał. Zwłaszcza z prasy, co już niestety parę razy się zdarzyło.

Ruszył teraz przed siebie, obszedł przestawiony stolik, minął najpierw zmierzającego w jego kierunku policjanta, a potem technika kucającego przy jednym z ciał.

- Cześć, Grzesiu - mruknął mimochodem, mijając zarośniętego, wiecznie rozczochranego partnera Pierdoleta. Miał nadzieję, że ten go nie zatrzyma, ale wolał nie ryzykować minięcia go bez słowa. Na szczęście technik nawet się nie obejrzał, zajęty krwawą plamą i roztrzaskaną przez kulę deską zasłaniającą kabel wiodący do naściennej lampy.

- Dzień dobry, komisarzu. Ładna marynarka.

- Dzięki. W szmateksie kupiłem.

- Jak my wszyscy, komisarzu. Jak my wszyscy.

Ryjek uśmiechnął się i chciał już zapytać, o czym Grzesiek rozmawiał z tym szarym mięśniakiem - bo wyglądało, jakby ucięli sobie pogawędkę - ale uznał, że zamiast tego woli sam rozmówić się z nieznajomym. Nie wiedział, czy z drugiej sali nie ma wyjścia na zewnątrz, a zdecydowanie nie mógł pozwolić, by tamten mu uciekł. Skręcił za winkiel i niemal od razu dostrzegł faceta na drugim końcu sali. Stał tyłem tuż przed długim stołem, na którym, w nienagannym porządku, kontrastującym z chaosem pierwszego pomieszczenia, rozstawiono zastawę i serwetki uformowane w łabędzie. Coś w jego postawie, w gładko, naturalnie przybranej pozycji spocznij, mówiło komisarzowi, że facet pewnie był zaprawiony w niejednym boju. Tylko gdzie? Mógł być Czarnym, ale Ryjek szybko odrzucił ten pomysł. Znał kilku z antyterrorystycznych. Choć w razie potrzeby umieli się zdyscyplinować, to jednak na pewno nie mieli aż takiego drylu w odruchach. Przynajmniej nie ci wrocławscy. Wojskowy. Z misji? Weteran? Takich częściej podkupywał sektor prywatny niż państwowy. No i państwowi, zwłaszcza na służbie, inaczej się ubierali.

Kimkolwiek był, stał sobie niewzruszony kilka metrów od miejsca rzezi, z dłońmi zaplecionymi na krzyżu i wpatrywał w replikę Rafaelowskiego Wniebowstąpienia, obwieszoną teraz balonikami girlandami i koślawymi literami układającymi się w napis "Ciało Chrystusa". No tak, pomyślał Ryjek, przecież to maj.

- Hej, ty tam! - zawołał.

Facet obrócił się powoli, wyraźnie zaskoczony. Zmrużył głęboko osadzone oczy, zacisnął usta, a potem potarł szeroką, kanciastą szczękę.

- Mówisz do mnie?

Pytanie zabrzmiało niczym echo lawiny przetaczającej się z łoskotem przez skalny wąwóz.

Ryjek rozłożył ręce i ostentacyjnie rozejrzał się po sali.

- A jest tu poza nami jeszcze ktoś inny? Kim jesteś i co tutaj robisz?

- Ty mnie widzisz?

- A ty się, kolego, aby dobrze czujesz?

Wielki mężczyzna nie przestawał trzeć szczęki. Właściwie robił to coraz szybciej, gwałtowniej. Palce jego drugiej ręki naprzemiennie rozluźniały się i zaciskały w pięść.

Wytrąciłem go z równowagi, pomyślał Ryjek, cofając się o krok i ustawiając bokiem. Jednocześnie jego prawa dłoń powędrowała w stronę kabury zamocowanej na pasku. Widywał już wcześniej takich jak ten. Równie wielkich i pewnie równie mocno naćpanych. Naszprycowanych tak, że bić twoją głową o ścianę przestają długo po tym, jak już podziurawisz ich na sito.

- Pytam jeszcze raz. Kim jesteś i co tutaj robisz? Nie powinno cię tu być.

- To prawda, nie powinno - zgodził się tamten i odsunął rękę od twarzy. Wydawać się mogło nawet, że się uśmiechnął, ale równie dobrze mógł to być cień, który zmieniał ułożenie z każdym ruchem mężczyzny, jakby szukał sobie na jego obliczu wygodnego miejsca. - Zawsze gdy gdzieś jestem, to znak, że stało się coś złego. Tym bardziej nie powinieneś mnie widzieć.

Czy on się właśnie przyznał?

Ryjek, nie czekając ani chwili dłużej, dobył broni, przyjął wyuczoną postawę i wycelował w pierś mężczyzny.

- Nie ruszaj się. Aresztu...

Tyle zdążył powiedzieć, bo nagle mężczyzna drgnął i rozmył się. Niemal w tej samej chwili komisarz poczuł, jak jakaś niewidzialna siła podbija mu broń, szarpie, wyrywa i obraca w powietrzu. Ułamek sekundy później lodowaty łokieć zawinął się wokół jego szyi, a tuż przy samym uchu Ryjka rozległo się:

- Masz na imię Jakub? To się chyba nazywa ironia.

Komisarz szarpnął się, próbując się oswobodzić. Kątem oka dostrzegł, jak jego służbowa broń leci na ziemię, powoli, kręcąc się w powietrzu jak w finałowej scenie jakiegoś współczesnego filmu akcji. Arnold by ją złapał, przemknęła mu przez głowę absurdalna myśl. Albo Bruce Willis.

Mężczyzna trzymający go za szyję dotknął jego biodra, o które zahaczyła jedna z kul strzelca ze Świdnickiej, i Jakub Ryjek zawył z bólu. Nawet tam wtedy, gdy kula, kręcąc korkociąg w powietrzu, wdarła się w niego, rozerwała tkankę, stapiając ją z materiałem koszulki, i zazgrzytała o kość, nie poczuł czegoś, co mogłoby się równać z tym błyskiem bieli, tym atomowym wybuchem, który uderzeniową falą cierpienia rozlał się po całym jego ciele, pozbawiając niemal wszelkich myśli i wciskając w ich miejsce jedną, obcą, rozgrzaną do czerwoności niczym piętno. Słowa, które słyszał całkiem niedawno, ale nie zrozumiał ich ani wtedy, ani teraz.

"Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś".

Potem zemdlał.

Obrzeża Palermo, Sycylia

- ...nie słuchałeś moich porad, gdy mówiłem, co i jak należy zrobić. Nie chciałeś wyrazić swojej wdzięczności jak inni, gdy dzieliłem się swoją wiedzą, uznając, że po prostu ją sobie weźmiesz - perorował skryty w cieniu mężczyzna, rozpostarty w ciężkim, obitym skórą fotelu. - A dziś, gdy rzeczy potoczyły się nie po twojej myśli, przychodzisz tu do mnie, do mojego stanowczo zbyt mrocznie i tendencyjnie urządzonego biura, w dodatku w dniu ślubu mojej córki... i prosisz, bym za wynagrodzeniem to wszystko naprawił? Dobrze zrozumiałem?

Mówił szeptem, ale na tyle donośnym, że jego słowom nie przeszkadzały dochodzące z dołu stłumione dźwięki muzyki i zabawy. Nie przeszkadzały okrzyki dzieci bawiących się na werandzie i przestronnym podwórzu ogromnej rezydencji, ani nawet huki wystrzałów ze wzgórza, gdzie grupka młodych mężczyzn wybrała się niedawno przetestować stare, ale wciąż sprawne lupary.

Szept mężczyzny z cienia niósł się echem po gabinecie, odbijał od luster w ozdobnych ramach, od lamp, dębowych komód, kanapy i szafy, rezonował stojącymi za blisko siebie szklankami do bourbona na mosiężnej tacy.

Androgyniczny młodzian po drugiej stronie masywnego biurka na lwich nogach poruszył się nerwowo na krześle. Sięgnął ręką, jakby chciał dotknąć rozrzuconych na blacie dokumentów i bibelotów z wycieczek po Afryce, ale zaraz udał, że tylko rozprostowuje palce, i cofnął dłoń. Sznyty cieni rzucanych przez na wpół rozchylone, drewniane żaluzje i dzielących jego przystojną, choć nieco zmizerowaną twarz na czarno-białe pasy, poruszyły się i przez jedną chwilę można było odnieść wrażenie, że jego głowa rozsypie się zaraz jak źle ustawiona wieża z drewnianych klocków.

- Nie wiedziałem, że ta dziewczyna na dole to twoja córka - powiedział wreszcie, skubiąc nerwowo czubek nosa. - Najmocniej przepraszam, że zjawiam się w tak niefortunnym momencie i...

- Ja też nie wiedziałem - przerwał mu mężczyzna w fotelu. - I przyznam szczerze, sam byłem w szoku. Ale gdy kilka dni temu na jej panieńskim zapytałem ją w pewnym momencie, kto jest jej tatuśkiem, a ona wyjęczała, że ja... Kilka razy powtarzałem to pytanie. Nie miała wątpliwości, wyobraź sobie!

Przechylił się do przodu i nagle jego twarz również znalazła się w pociętym żaluzjami świetle: szeroka, porośnięta równo przystrzyżoną brodą szczęka, prosty nos, usta wykrzywione w zadziornym półuśmiechu. Szeroko rozłożonymi palcami lewej ręki odgarnął za uszy sięgające ramion blond włosy. Prawa dłoń sięgnęła do rozsypanych na dokumentach wykałaczek.

- Dość już tych żarcików - powiedział, wkładając patyczek do ust i przygryzając go. - Druhny mojej córci będą zaraz, dokładnie jak lubię, więc masz minutę. Wiem, czego chcesz, bo mi to właśnie powiedziałeś, a ja dość się już wyśmiałem i napowtarzałem "A nie mówiłem". Jestem gotowy wysłuchać cię dalej. Jak zamierzasz za to zapłacić? Z góry, podkreślę, bo ostatnio coraz trudniej mi wam ufać.

Androgyniczny odchylił połę marynarki i wyjął kopertę sterczącą z wewnętrznej kieszeni. Położył ją na skraju biurka i przesuwał palcami tak długo, aż jej róg zatrzymał się na stopie drewnianej figurki przywodzącej na myśl afrykańskiego Buddę.

Długowłosy przepchnął językiem wykałaczkę z jednego kącika ust do drugiego.

- Mogłem się spodziewać - zadrwił.

- Czego, Loki? Czego mogłeś się spodziewać? Bo chyba nie rozumiem.

Blondyn wskazał dłonią na kopertę.

- Teraz wiemy, kim się zajmujesz, ale ile pokoleń pracowałeś dla żydowskich kupców? Siedem, dziesięć?

- Trzydzieści dwa, ale co to ma do rze... - zaczął Androgyniczny, by zaraz przerwać. Spojrzał na kopertę ze smutkiem, westchnął ciężko. Powoli, jakby wymagało to od niego niebywałego wysiłku, uniósł głowę i spojrzał rozmówcy w oczy. - Rozumiem. Ale to znaczy, że mi pomożesz, Kłamco?

- Niewykluczone - odparł tamten, biorąc do ręki kopertę. Otworzył, przyjrzał się włożonym tam długim, srebrzystobiałym piórom. Wyjął jedno i wycelował nim w twarz Androgynicznego. - Wróć za godzi... nie, czekaj, druhny są trzy, nie dwie. Wróć za dwie godziny. - Rzucił kopertę na biurko i wskazał ją brodą. - Ale sugerowałbym raczej pudełko po naprawdę dużych butach.

Dzielnica Krzyki, Wrocław, Polska

Ból po przebudzeniu był niczym smród zatęchłego mieszkania zaraz po przekroczeniu progu. Uderzył Ryjka w pierwszej chwili i trzymał mocno przez kilka pierwszych wdechów i wydechów, a potem już tylko ćmił na pograniczu zmysłów, grożąc, że w każdej chwili wraz z każdymi uchylonymi drzwiami, otwartą szafką czy poruszonym workiem może zaatakować jeszcze raz, mocniej.

Komisarz powoli uniósł ręce, przeciwko czemu natychmiast zaprotestowało biodro, i powoli, delikatnie rozmasował skronie, oddychając przy tym powoli i głęboko. Dopiero gdy ból głowy zelżał, Ryjek zdecydował się rozchylić powieki.

Leżał we własnym łóżku, we własnej pościeli, w samych bokserkach. Jego rzeczy ułożono na krześle, spodnie złożone na siedzisku, koszula i marynarka przewieszone przez oparcie. Rolety w oknach opuszczono w jednej trzeciej, więc w pomieszczeniu panował przyjemny dla zmęczonych oczu półmrok; z kuchni dochodził zapach świeżej kawy. To ostatnie znaczyło, że ktoś musiał umyć dzbanek ekspresu. A kto wie, może nawet kubek?

Ryjek ostrożnie usiadł na łóżku i rozejrzał się. Obok na trzech stosach starych płyt DVD leżała plastikowa deska do krojenia ze szklanką wody i telefonem, na który naklejono żółtą karteczkę z jednym tylko słowem: "Notatki!". Pismo było staranne, mógłby rzec kobiece, gdyby nie to, że żadna z kobiet, z którymi się spotykał, nie umiała zapisać niczego poza pieprzonym, nieczytelnym szlaczkiem. Z Kingą nawet się z tego powodu rozstali, bo nie był w stanie rozczytać, co napisała na cholernej liście zakupów. Tak przynajmniej widział to on, bo ona nakręciła z tego zdecydowanie większą dramę, jak zawsze, gdy nie miała racji. Do dziś pamiętał, co mu wtedy wykrzyczała prosto w twarz:

- Kurwa, Kuba, to, że nie możesz przeczytać na cholernej kartce, czy proszek do prania nazywa się Vizir czy Vision, nie jest powodem, by wyłączyć telefon, pójść w tango na dwa dni i nie dać nawet pieprzonego znaku życia!

Czepialska cholera, pomyślał. Dobrze, że się wyprowadziła.

To nadal jednak nie tłumaczyło, kto o niego zadbał i w jaki sposób Ryjek znalazł się znowu w swoim łóżku. Pamiętał przecież, że był w robocie, w restauracji na Nadodrzu, gdzie...

Podrapał się pod okiem, usiłując się skupić i przypomnieć sobie, co takiego wydarzyło się w miejscu, do którego go wezwano. Jak przez mgłę widział wejście do włoskiej knajpy, policyjną taśmę, radiowozy i grupę dzieciaków na murku naprzeciwko. Był w stanie przywołać nawet ich twarze, podobnie jak lekko tępawe oblicze mundurowego pilnującego wejścia. Potem w środku... w środku... w...

- No żeż cholera jasna! - Uderzył się otwartą ręką w ukryte pod kołdrą udo i natychmiast tego pożałował, bo biodro zapiekło go żywym ogniem. Co on sobie w nie zrobił, do cholery? Upadł gdzieś? Grzmotnął o coś zarówno nim, jak i głową? To dlatego nie pamiętał?

Nagle pociągnął nosem, wyczuwając w powietrzu znajomą zapachową nutę. Blue. A więc Pierdolet, a skoro on, to znaczyło, że na miejscu był przynajmniej jeden trup. W dodatku niebieski. Nie, nie niebieski. Morski. On był taki, taki...

- Lazurowy - wyszeptał Ryjek i oblizał spierzchnięte wargi. Ta myśl nie miała żadnego sensu, bo jaki trup i dlaczego miałby być, do cholery jasnej, lazurowy?! Ktoś go pomalował, czy jak? Trupio-artystyczny performance?

Właściwie, przemknęło komisarzowi przez głowę, nie byłaby to najgłupsza rzecz, jaką przepchnięto w tym mieście pod szyldem sztuki. Instalacje artystyczne na patopodwórkach, system świateł układających się we wróżby, banalne wiersze rodem z powieści Coelho jako murale na ścianach budynków. W przypadku pomalowanego na lazurowo trupa przynajmniej istniała pewność, że nikt go nie finansował z samorządowych pieniędzy. No, bliskie pewności przeświadczenie.

Komisarz odrzucił na bok kołdrę i opuścił nogi z łóżka, próbując wymacać stopami kapcie. Nie znalazłszy ich, wstał i poczłapał w stronę kuchni. Zatrzymał się dopiero w progu, obejrzał, klepnął w czoło i zawrócił. Podniósł z deski szklankę z wodą i wypił wszystko na raz.

- Lazurowy trup - prychnął, ocierając usta. - To jest tak głupie, że...

Urwał, targnięty gwałtowną konwulsją, która spięła jego ciało, sprawiła, że głowa odskoczyła do tyłu, a palce dłoni wyprostowały się nagle. Szklanka uderzyła o wykładzinę, ale się nie stłukła, tylko potoczyła pod łóżko.

Ryjek syknął z bólu, ale zaraz po każdym bolącym miejscu rozlało się ciepło. Wyobraził je sobie jako słonecznikowożółte. Jak promień słońca w letni wieczór, ostatni, nim zacznie się robić chłodno. Na kilka sekund ogarnęła go przyjemna błogość, to wrażenie, które towarzyszyło mu zwykle, gdy stygł i opadał po orgazmie, a potem wszystko w jednej chwili minęło. Zniknęły ciepło, napięcie mięśni i błogość, ale wraz z nimi także ból głowy i biodra, piasek w oczach, a nawet pęknięcia na spierzchniętych wargach. Wróciła za to pamięć.

"Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi i zwyciężyłeś".

Co to był u diabła za facet?!

Energicznym krokiem podszedł do krzesła, złapał za spodnie i wciągnął je na tyłek. Z oparcia zdjął marynarkę, rzucił ją na łóżko, po czym przyjrzał się krytycznie koszuli i pokręcił głową. Z szafy wyjął nową, błękitną, umiarkowanie wymiętą, za to niemal kompletnie pozapinaną. Wciągnął przez głowę, wcisnął w spodnie, podwinął lekko rękawy.

Skarpetki znalazł w łazience na kaloryferze. Były niedoprane w kilku miejscach i trochę sztywne, ale nie śmierdziały, co uznał za kluczowy argument. W przedpokoju włożył buty, jak zawsze na siłę, bez rozsznurowywania. Wrócił do pokoju, sięgnął po marynarkę i wtedy przypomniał sobie o telefonie i karteczce na nim. Teraz już bez trudu rozpoznał pismo Grześka, partnera Pierdoleta. Odblokował komórkę, wybrał ikonę notatek i zaczął czytać najnowszą, która, sądząc po wskaźniku przewijania, zapowiadała się na solidny esej.

"Ale nam napędziłeś stracha, chłopie! Mirek z SOR-u chciał cię wziąć na oddział, ale powiedzieliśmy, że luz i dasz radę w domu, skoro nie ma zagrożenia życia, a jakbyś trafił teraz znowu do szpitala, to nikt cię już do służby nie dopuści, bohater czy nie. Więc tak, możesz się śmiać, ale pedalska mafia kryje ci właśnie dupę. Czynności robi chwilowo Marian, sprawdza tropy na polecenie prokuratury, ale przekaże wszystko bez gadania, więc się nie martw. Masz wizytę u naszego neurologa w klinice na Borowskiej. Jeśli się sam nie pozbierasz do szesnastej, Piotrek po ciebie wpadnie. Facet nazywa się Ciechocki i..."

Ryjek nie czytał dalej. Wsadził telefon do tej samej kieszeni marynarki, w której trzymał kluczyki. Ciekawe, czy przywieźli go jego wozem czy będzie się musiał teraz tłuc komunikacją. Uznał jednak, że chwilowo nie będzie do Grześka dzwonił i po prostu pojedzie sprawdzić. Powinni tam jeszcze być, w sensie na miejscu, roboty było przecież huk. Zerknął na zegarek w kuchni i zobaczył, że dochodzi czternasta, czyli nie leżał jakoś specjalnie długo.

Wyszedł z mieszkania, zjechał na dół windą i wyszedł na świeże powietrze. Świeciło mocne słońce, więc odruchowo zmrużył oczy, ale ku własnemu zaskoczeniu zdał sobie sprawę, że światło go nie razi. Rozejrzał się po parkingu za samochodem. I wtedy go zobaczył.

W pierwszej chwili Ryjek był przekonany, że to ten sam facet, był wszak identycznie ubrany. Gdy jednak wytężył wzrok i podszedł kilka kroków, zorientował się, że człowiek opierający się o siatkę i patrzący przez nią na gimnazjalistki celebrujące przerwę dymkiem za murkiem śmietnika jest zdecydowanie drobniejszy niż gość, który zaatakował go w Michaelo Cielo. Mimo to komisarz odruchowo sięgnął do kabury na pasku... by zaraz zdać sobie sprawę, że nie zabrał broni. Najwyraźniej dbający o detale Grzesiek zabezpieczył ją w Ryjkowym sejfie, który, gdy nie było w nim pistoletu, zawsze pozostawał uchylony.

Policjant zaklął cicho pod nosem, ale uznał, że poradzi sobie bez broni. Powoli, starając się nie wzbudzać podejrzeń, przeciął najpierw parking, a potem wszedł na trawnik, rozglądając się jednocześnie za jakimś psem, na którego mógłby się powołać, by uzasadnić obecność na trawniku, gdyby się pomylił co do tamtego. Jednak im bliżej był tego chudego, łysego chłopaka w grafitowej koszuli, takiej kamizelce i spodniach w kantkę, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że to musi być jakiś zbok. To, jak uważnie przyglądał się palącym dziewczynom, jak nerwowo przełykał ślinę i bezwiednie poruszał ustami. Jak zaciskał palce na oczkach siatki - Ryjek zbierał już po mieście różnej maści dewiantów i ten tutaj wpisywał się wręcz idealnie.

W końcu, gdy uznał, że jest już wystarczająco blisko, Ryjek przystanął. Wysunął do przodu lewą nogę, ukrywając prawe biodro, na którym jednocześnie położył rękę, tak by choć w pierwszej chwili wyglądało, jakby miał broń, której w każdej chwili mógł dobyć.

- Policja, nie ruszaj się - powiedział stanowczo, ale nie krzyknął. - Odsuń się od siatki i powoli odwróć.

W pierwszej chwili łysy nie zareagował, zupełnie jakby słowa komisarza jakimś cudem zgubiły się na tych kilku dzielących ich metrach i ominęły go szerokim łukiem interpersonalnej obwodnicy. W końcu jednak powoli, jakby w zwolnionym tempie, obejrzał się i zmierzył komisarza wzrokiem. Wyglądał na zaskoczonego w równym stopniu, co tamten w knajpie.

- Ty mnie widzisz? - zapytał, pogłębiając Ryjkowe uczucie déja vu.

- No przecież na ciebie patrzę, koleś - warknął komisarz. - Nie w taki sposób, w jaki ty przyglądasz się tym dziewczynkom, ale... ej, ręce na widoku! Co ty tam kombinujesz?

Łysy puścił siatkę i powoli odwrócił się w stronę Ryjka. Ręce wciąż trzymał przed sobą, na wysokości twarzy. Zachowywał się spokojnie, ale jego usta poruszały się delikatnie, coś mamrotał pod nosem.

Ciekawe, czy tamten też tak robił, zastanowił się Ryjek. I czy ci dwaj mogą mieć ze sobą coś wspólnego? Ubrani tak samo, ćpali najwyraźniej te same rzeczy i do tego...

Wtedy kątem oka dostrzegł identycznie ubranego mężczyznę podążającego śladem siedemdziesięcioletniej pani Józków spod siódemki. Krępa, kołysząca się na boki kobiecina niosła zakupy w dwóch pękatych reklamówkach z Biedronki, a drobny, kędzierzawy chłopak w niekompletnym grafitowym garniturze, jak prosto ze studniówki, stąpał ostrożnie tuż za nią, jakby nie chciał stanąć na przerwę między chodnikowymi płytami. Ręce trzymał szeroko; zmieściłby się między nimi solidny szczupak albo trzydziestodwucalowy telewizor, jaki Ryjek miał w pokoju nad komodą. Chłopak mało na nią nie wpadł, gdy sąsiadka zatrzymała się gwałtownie, łupnęła reklamówkami o chodnik i otarła spocone czoło.

- A co pan komisarz tak po trawie łazi? - wyskrzeczała, dostrzegłszy Ryjka. - Mało panu gówna w życiu, że chce pan jeszcze na butach nosić?

Ryjek posłał łysemu wymowne spojrzenie, które dla smaku doprawił bezgłośnym "ani się waż". Ten skinął głową na znak, że zrozumiał, i uniósł wyżej ręce, by pokazać, że zamierza się zastosować. Zaraz jednak, co nie umknęło uwadze komisarza, tęsknie zerknął w stronę murku i śmietnika.

- Dzień dobry pani. - Ryjek skinął sąsiadce głową. - Taka praca, że czasem człowiek w co wdepnie. A ten chłopiec to rodzina pani jakaś? Bo to wstyd, że tak za panią idzie, a toreb nie weźmie.

Kobiecina obejrzała się zaskoczona, by zaraz z niepokojem pokręcić głową.

- Panie komisarzu, pana to aby na pewno w tej strzelaninie w głowę nie trafili? O kim pan mówi do mnie?

Ryjek już unosił rękę, by wskazać jej chłopca, gdy nagle echem w jego głowie zahuczało usłyszane dwie minuty temu pobrzmiewające autentycznym zdumieniem pytanie: "Ty mnie widzisz?".

- Dla ciebie to też zaskoczenie, co? - zapytał nagle łysy. Głos miał miły, przyjemny, niski. Trochę, jakby mówił do zwiniętej w rulon gazety. - Nie wiesz, kim jesteśmy, prawda?

- Wiem, jak na co dzień nazywamy takich, co podniecają się na widok nieletnich, kolego - odparł ostro Ryjek.

Łysy uśmiechnął się smutno i pokiwał głową.

- Czyli nie wiesz. I widzisz nas od niedawna. Cóż, przyjacielu...

- Nie jesteśmy przyjaciółmi, kolego. Nie opuszczaj rąk!

Łysy uniósł ręce nieco wyżej.

- Będę musiał to zgłosić - powiedział. - Ale spokojnie, nic nie poczujesz. Nawet się nie zorientujesz i...

- Grozisz mi?!

- Panie komisarzu, pan się na pewno dobrze czuje? - Pani Józków była wyraźnie zaniepokojona. - Z kim pan tam tak gada?

- No przecież widzi pani, że... - zaczął Ryjek, ale urwał w pół zdania. Bo przecież nie widzi. Tak jak nie widziała chłopaka idącego za nią krok w krok. Ani nikt inny nie widział rano w restauracji tego barczystego typa, który nazwał go Izraelem i przetrącił mu biodro. Wszystkich trzech widział tylko on. I tylko on...

- Musimy porozmawiać, Jakubie Ryjku - usłyszał nagle tuż za sobą znajomy głos. Bez oglądania się wiedział, że stoi za nim wielki facet z Michaelo Cielo.

***

Gdy Ryjek wrócił do mieszkania, wielkolud już tam był. Stał wpatrzony w okno, z rękami zaplecionymi z tyłu, zupełnie jak wtedy w restauracji, i wbijał wzrok w spadzisty, kryty czerwoną dachówką dach szkoły. Nie zareagował ani gdy drzwi się otworzyły, ani gdy zamknęły. Odwrócił się dopiero, gdy Ryjek wszedł do pokoju i usiadł na łóżku.

- Jestem aniołem - powiedział wtedy tym swoim tubalnym głosem i zaraz umilkł, jakby to wyjaśniało wszystko. - W zasadzie to wszyscy jesteśmy. Wszyscy, których zobaczyłeś.

Ryjek nie odpowiedział. Jeszcze przed wejściem do windy wyszukał w komórce hasło, skąd się biorą urojenia, i znalazł ciekawy artykuł o halucynacjach wywołanych przez szok pourazowy. Teraz go doczytywał, znajdując pomiędzy badanymi a sobą w tym momencie mnóstwo podobieństw. Co prawda badani żołnierze nie widzieli akurat aniołów, ale komisarz uznał to za lokalny koloryt w kraju, który nawet już nie próbował udawać światopoglądowej wolności.

- Nie jestem twoim urojeniem, Jakubie Ryjku.

Komisarz wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu.

- A co innego miałbyś powiedzieć?

- Na przykład to, że w wieku szesnastu lat złamałeś nos, próbując pocałować Angelikę Kociub, i potem obydwoje utrzymywaliście, że was pobito. Angelika zabrała wasz sekret do grobu, gdy pięć lat temu umarła na nowotwór, a ty mało nie opowiedziałeś tej historii na stypie, bo wypiłeś za dużo...

- I to ma niby coś udowodnić? - Ryjek odrzucił komórkę na bok, na poduszki. - Skoro jesteś moim urojeniem, masz dostęp do moich wspomnień, to logiczne. Dużo logiczniejsze niż to, że bandzior z miejsca zbrodni, parkowy pedofil i pokraka z ministerstwa głupich kroków to pierdolone anioły.

- Nie pierdolone - zaprzeczył facet. - Zwyczajne. Dwóch Stróżów i agent Winy.

- Czego?

- WINA. Wydział Interwencyjny Nadzoru Anielskiego. - Mężczyzna poruszył dłonią jak iluzjonista i w jego ręce pojawił się święcący kartonik. - Proszę, wiem, że ludzie potrzebują wizualizacji.

Ryjek wziął do ręki wizytówkę, obejrzał z jednej i drugiej strony. Na odwrocie znajdował się symbol - płonący miecz skierowany ostrzem w dół z wielkim okiem w miejscu głowicy, przez co trochę przypominał komisarzowi wieżę Saurona z Władcy Pierścieni. W tle znajdowały się skrzydła zaginające się tak, jakby chciały otulić głownię.

Przeciętna graficzka od podrzędnego pracownika podmiejskiej agencji reklamowej, uznał Ryjek. Takie potworki zwykli zamawiać u nich nowobogaccy prezesi firm nazywających się Metalrurex S.A. albo Zbychopol sp. z o.o. I jeszcze to hasło napisane gotykiem pod grafiką.

- "WINA jest zawsze po twojej stronie" - przeczytał. - Chyba za dobrze tego hasła nie przemyśleliście, co?

Anioł nie odpowiedział.

- O, nazywasz się Butch. Tak mam do ciebie mówić? Butch?

- Tak mam na imię, Jakubie Ryjku - odparł tamten.

- Rano nazwałeś mnie Izraelem.

Kącik ust Butcha drgnął ledwie zauważalnie.

- Taki hermetyczny żart. Nie będę tłumaczył.

- Nie musisz. Usiądziesz?

Butch obszedł łóżko. Sięgnął po krzesło i odwrócił je oparciem do przodu identycznym ruchem, jaki Ryjek zwykł serwować podejrzanym w pokoju przesłuchań, jednocześnie pełnym gracji, nonszalancji, lekkości i pewności siebie. To jeszcze mocniej utwierdziło komisarza w przekonaniu, że ma do czynienia z halucynacją. Tylko skąd mu się to wszystko wzięło w głowie?

- Masz mnóstwo pytań - stwierdził Butch.

- Czytasz mi w myślach?

Anioł pokręcił głową.

- Nie jestem w stanie - przyznał. - Próbowałem w restauracji. Po prostu stawiam się w twojej pozycji. To podobno ludzka technika śledcza. Empatia.

- Empatia to nie... - zaczął Ryjek, ale machnął ręką. Nie będzie, uznał, kłócił się z własną halucynacją o abstrakcyjne pojęcia. - Dużo was jest? Aniołów znaczy? Kiedyś myślałem, że każdy ma swojego.

Butch nerwowo potarł szczękę kantem dłoni, na moment odsłaniając zęby niczym drapieżnik. Błysk w jego oku mógł być refleksem słonecznego promienia, ale Ryjek był niemal pewien, że to ogień skryty we wnętrzu wielkoluda. Ogień, nad którym tamten usilnie stara się panować.

- Kiedyś tak było - powiedział w końcu anioł. - Ale potem ludzi zaczęło przybywać, a aniołów wręcz przeciwnie. Wtedy zmieniono zasady.

- Zasady?

- Tak, zasady - powtórzył Butch. - Według nowych nie każdy ma swojego anioła.

Komisarz pokiwał głową. Nie kłóć się z halucynacją. Nie kłóć się z halucynacją.

- I jak rozumiem, ty jesteś moim?

- Nie. - Butch pokręcił głową. - Powiedziałem ci, kim jestem. Pokazałem wizualizację. Nie jestem Stróżem. Tylko...

- Aniołem Winy, tak, rozumiem - Ryjek poczuł, że zaczyna go boleć głowa. - W takim razie gdzie jest mój Stróż?

- Nigdy go nie miałeś, Jakubie Ryjku. A teraz tym bardziej nie jest ci on potrzebny.

- Nie rozumiem - stwierdził komisarz i już w trakcie wypowiadania tego zdania zdał sobie sprawę, jak bardzo jest ono bez sensu. Przecież niczego tu tak naprawdę nie rozumiał. Po prostu tego, co właśnie powiedział Butch, nie rozumiał jeszcze bardziej.

Anioł wstał z krzesła. Podszedł do komody i przejechał po niej ręką, jakby sprawdzał warstwę kurzu. Poprawił ramkę, w której wciąż tkwiło modelowe zdjęcie obcej, szczęśliwej rodziny. Zabębnił palcami po gumowych przyciskach telewizyjnego pilota. W końcu się odwrócił, teraz już szeroko się uśmiechając, i zaplótł ręce na piersi.

- Święci nie potrzebują Stróżów, Jakubie Ryjku.

Opole, Polska

Za apteczną ladą SuperPharmu na Krakowskiej stał młody, niewysoki mężczyzna o krótko przyciętych, przerzedzonych włosach. Na nosie miał okulary w grubych, czerwonych oprawkach, za sprawą których wyglądał trochę jak mocno wychudzony Jurek Owsiak nieudolnie usiłujący zapuścić wąsa. Skubał teraz te kilka włosków nad górną wargą, próbując rozczytać receptę starszej pani w sukience śmierdzącej naftaliną i tanimi owocowymi perfumami.

Anioł Rizel przyglądał mu się, siedząc po turecku na kontuarze. Nie miał tam za wiele miejsca, ale wcisnął się jakoś między reklamę Bepanthenu a stojaczek z darmowymi próbkami kremu przeciwzmarszczkowego. Oparłszy łokcie na kolanach, a brodę na zaplecionych dłoniach, patrzył i czekał stosownej okazji.

Jemu podobnych w aptece było w tym momencie jeszcze czterech. Trzech spośród nich towarzyszyło starszym paniom. Wyglądali jak wnuki, które wyrwały się prosto ze szkolnej akademii, by pomóc babci w sklepie. Idąc krok obok swoich podopiecznych, otaczali je ramionami i uważnie obserwowali to podłogę, to szafkę, czy aby nic się tam nie obluzowało i nie spadnie. Rizel zazdrościł im tak łatwej roboty. Gdyby mógł, zamieniłby się...

Nie, to nieprawda. Nie zamieniłby się za nic. Przecież o to w tym właśnie chodziło, nie? Kochał tego swojego huncwota miłością szczerą i czystą. Niezależnie od tego, jak gówniarz był głupi, Rizel nigdy nie pomyślał nawet o tym, by składać podanie o przeniesienie na podstawie klauzuli o uzasadnionej niechęci. Zresztą sytuacja, w której teraz obaj się znaleźli, bardziej niż winą dzieciaka spowodowana durnym pomysłem anioła i jego konsekwencjami. A taki chciał być sprytny. Tak bardzo chciał pokazać, jak to doskonale umie rozgrywać ludzi, rozstawiać figury i pionki na szachownicy życia i naginać świat, by jego wola stała się prawem. Teraz, gdy tylko o tym myślał, czuł nieprzyjemne dreszcze. Jakiż to był w ogóle lucyferyczny koncept.

- Trzeba było od razu iść z tym do Kłamcy - mruknął pod nosem. - Nie byłoby teraz tego wszystkiego.

Tak, zdecydowanie trzeba było, ale on próbował przyoszczędzić. A teraz nie dość, że musiał opuścić młodziaka, by gnać do Palermo, nie dość, że przeklęty mitol zażądał całego pudełka piór, to jeszcze nie wiadomo, czy na tym etapie uda się cokolwiek wskórać. Był dobry, wszyscy to mówili, ale podobno jak WINA już raz się przyczepi, to nie ma zmiłuj. Zwłaszcza ten wielki był nieustępliwy. Jak mu było? Mitch, Match... A tak, Butch!

Jeszcze raz powiódł wzrokiem po aptece. Zauważył, że jedna z obstawionych staruszek wyszła, ale w międzyczasie do środka prosto z przeciwległego Empiku wpadły dwie rozszczebiotane nastolatki, w tym jedna z aniołem stróżem. Ten był masywny i barczysty. Choć, jak każdy anioł, nie miał zmarszczek czy innych widocznych oznak wieku, z wyglądu i postawy mógłby uchodzić za ojca jednej z małolat. Oczywiście, gdyby go widział ktokolwiek postronny.

- Szlag - westchnął Rizel. - Jak tak dalej pójdzie, nic nie załatwi. Najdalej za godzinę poprzednia dawka przestanie działać i młody albo dostanie następną, albo się obudzi. A wraz z nim obudzą się myśli, wspomnienia i...

- Pssst! Hej, kolego.

Rizel odwrócił głowę i zobaczył przyczajonego za regałem Stróża. W pewnym sensie byli do siebie podobni, obaj androgyniczni niczym... Jak to go określił Loki? A, no tak. "Albinoskie nieślubne dzieci Davida Bowie i Grace Jones". Rizel musiał oba te nazwiska sprawdzić w internecie, ale gdy obejrzał zdjęcia, przyznał mitolowi rację. Takie same pociągłe twarze, proste nosy, wyraźnie zarysowane kości policzkowe i duże oczy wręcz stworzone do podkreślania ich wyrazistym makijażem. Do tego jeszcze drobna budowa ciała, specyficzny, niezwykle płynny sposób poruszania się, jakby ciągle w blasku fleszy. Różnica między Rizelem a tym drugim polegała na tym, że siedzący na kontuarze anioł pozostawał sobą, a jego czający się za regałem z przeciwbólami kolega usiłował być męski. Temu bowiem z pewnością miał służyć drapieżny, krótko wystrzyżony wojskowy irokez czy ewidentnie namalowany kilkudniowy zarost.

- Kolego, możesz mi pomóc? - zapytał anioł spomiędzy półek.

Rizel wzruszył ramionami.

- Wolałbym nie - odparł zgodnie z prawdą. - Mam coś do zrobienia.

- Jak każdy - odparł tamten i wyszedł spomiędzy regałów. Rozejrzał się niepewnie i wyciągnął rękę. - Nie znamy się chyba. Kiros jestem.

- Czego ci trzeba, Kirosie? - zapytał Rizel, umiejętnie unikając przedstawienia się. Gdyby mógł, wymyśliłby sobie jakieś imię, ale znał swoje ograniczenia i wiedział, że jako anioł nie był zdolny nawet do tak drobnego kłamstwa.

Właściwie, zanim archanioł Michał wziął na służbę to przeklęte nordyckie bóstwo, wszystkim się wydawało, że nie mogą też unikać odpowiedzi czy tak jawnie naginać regulaminu, ale tu zasady nie były aż tak doprecyzowane, nie pojawiała się też fizyczna niezdolność. Można było powiedzieć, że Loki, powiedziawszy im o tym wszystkim i nauczywszy ich pewnych technik, dokonał prawdziwej niebiańskiej rewolucji. Może największej od czasów wielkiego L.

- To twój, nie? - Anioł Kiros wskazał na farmaceutę. - Dobrze się składa, bo nie wyglądasz mi na służbistę, a potrzebuję przysługi.

Całe szczęście, że sam sobie odpowiedział, pomyślał Rizel z wyraźną ulgą. Owszem, siedział akurat w tym miejscu, by każdy skrzydlaty odniósł wrażenie, że opiekuje się farmaceutą. Zapytany wprost i zmuszony do odpowiedzi musiałby wyznać prawdę, a tak mógł dalej grać w tę grę.

- Jaką przysługę masz na myśli?

- Widzisz tego gościa tam, na męskich kosmetykach? Nienaturalnie czarne włosy, brudny kołnierzyk białej koszuli, spora nadwaga?

- Widzę. To twój?

Kiros westchnął ciężko i skinął głową.

- Ano mój. Całe życie porządny facet, przykładny katolik z dobrej rodziny, z której on jeden już mi się ostał. Rzecz w tym, że ostatnio sobie nowy telefon kupił...

Ponad głową Kirosa Rizel dostrzegł, że sklep nagle opustoszał. Co prawda nadal było w nim mnóstwo ludzi, ale ze skrzydlatych pozostał tylko on i jego nowy znajomy. Idealna okazja, którą właśnie zaprzepaszczał. Mimo to nie mógł teraz po prostu spławić Stróża. To mogłoby wzbudzić podejrzenia, a na pewno zrobiłoby mu wroga.

- Słyszałeś o takiej aplikacji, co się nazywa Tinder? - zapytał Kiros. - Na mieście mówi się, że to nowa seksualna rewolucja. Chodzi o to, że widzisz zdjęcia ludzi z okolicy i klikasz, czy ci się ktoś podoba, czy nie, a jeśli osobie, która ci się podoba, ty również się podobasz, to...

- Wiem, co to Tinder. Do rzeczy - odpowiedział Rizel i natychmiast mina drugiego anioła uświadomiła mu, że wszedł za ostro. Uśmiechnął się przepraszająco. - Wybacz, trudny czas ostatnio. Z czym mogę ci pomóc?

Do apteki weszła właśnie jakaś ciężarna kobieta, trzymając za rękę dziecko. Była pod obstawą, ale nie zabawiła długo. Zerknęła tylko na ceny pieluch, mruknęła pod nosem coś o zdziercach i wyszła. Ruszyła korytarzem w głąb, zapewne do Biedronki. Z kolei farmaceuta o wyglądzie Owsiaka w czymś się pomylił, zdenerwował i nawet zaczął się jąkać zupełnie jak lider WOŚP.

- Chodzi o to, że mi się Areczek sparował z taką jedną dziunią, tipsiarą. Dziewucha, jak na taki, jak to mówią, plastik, wcale głupia nie jest, studia robi na Opolskim, socjologię chyba, ale młodsza jest od Areczka prawie trzydzieści lat, a niewyżyta jak gwiazdka porno.

- Cudzołożyli? - zapytał Rizel, a Kiros posłał mu zdumione spojrzenie.

- Jakie cudzołożyli, bracie? - zaśmiał się gorzko. - Areczek nigdy żonaty nie był, ona też ślubów nie składała, zresztą nawet jeśli, to bez znaczenia, bo nie jest ze słusznie wierzących, więc się nie liczy. Mogliby co najwyżej nieczystość odhaczyć, ale to występek, nie grzech, nikt za to piekłem nie straszy.

Rizel machnął ręką na znak, że nie chce toczyć tej dyskusji. Faktycznie nie chciał. Miał na ten temat odmienne zdanie, ale przecież ani po temu czas, ani miejsce. W SuperPharmie wciąż nie było prócz nich żadnych innych aniołów.

- W każdym razie nie, nie spali ze sobą - kontynuował Kiros. - Ale dzisiaj zamierzają i w związku z tym Areczek sobie zorganizował u kolegi receptę na to nowe viagrowate coś, podobno dużo wydajniejsze i mocniejsze. Zamierza się dziś wykazać, tyle tylko, że ma problemy z sercem. Dziedziczne, rozumiesz, cała familia mi na to zeszła, ale ten mój uparciuch nie chce nawet o tym myśleć. No i tu właśnie prośba do ciebie, bracie.

Sięgnął do kieszeni i wyjął listek z małymi fioletowymi pastylkami. Zamachał nim Rizelowi przed nosem jak grzechotką, po czym złapał go za rękę i wywinął tak, by położyć blister na otwartej dłoni.

- Podmienić trzeba - wyjaśnił, zamykając palce Rizela na listku i przykrywając zaciśniętą pięść własną dłonią. - Na takie, co nie działają. Lepsze w końcu rozczarowanie niż rozległy zawał, nie?

Rizel oswobodził dłoń i przyjrzał się pastylkom.

- Wiesz, że to nadużycie, prawda? Jakby to wyszło...

- A czemu by miało wyjść? - Kiros wzruszył ramionami. - To sprawa między mną a tobą, nie? Musimy sobie pomagać przecież, nie wszystko da się zgodnie z regulaminem.

Rizel wciąż się wahał. Patrzył to na tabletki, to na klientów apteki, to znowu na farmaceutę, który z jakiegoś powodu coraz bardziej zdenerwowany gubił się, plątał i raz po raz przepraszał. W sumie nic prostszego, by podmienić listek tabletek. Poszłoby raz-dwa, Kiros zachowałby robotę, a on sam okazję, by zwędzić wreszcie te cholerne psychotropy i wrócić do młodego. W sklepie wciąż nie było więcej skrzydlatych, ale ten stan był raczej krótkotrwały. Lada chwila znajdą się tu kolejne babcie, świętobliwe rodzinki czy kto tam jeszcze i znowu będzie tu musiał siedzieć godzinę albo dwie. Nie miał tej godziny. Właściwie nie wiedział, czy w ogóle ma jeszcze czas, zanim młody się obudzi. Zanim się w nim obudzą...

- No dalej, pomóż koledze - zachęcał Kiros. - No weź, przecież słyszałem, że sam mówiłeś o Kłamcy, czyli to nie tak, że nie rozumiesz. Swoją drogą, zrobił już coś dla ciebie?

- No właśnie nie - odparł z westchnieniem Rizel, w myśli dodając ciche "niestety". Jednocześnie zdał sobie sprawę, że choć nie skłamał, to nie wiedział, czy to rzeczywiście prawda. Może Loki już zapracował na swoje pióra? Może przynajmniej część problemu się rozwiązała?

Raz jeszcze przyjrzał się trzymanemu w dłoni srebrnemu listkowi, po czym podrzucił go, zamknął w dłoni i spojrzał na drugiego anioła.

- Dobra, zróbmy to. Stawiaj Areczka do kolejki!

Dzielnica Krzyki, Wrocław, Polska

Kiedyś, jeszcze na początku służby, Jakub Ryjek trafił do domu złodzieja podpasek. Jak się okazało, mężczyzna kradł opakowania Always i Belli od naprawdę dawna, bo całe mieszkanie, przeszło siedemdziesiąt metrów kwadratowych, miał nimi wyklejone od podłogi po sufit. Mocował je tak, by jedna zachodziła na drugą na podobieństwo rybich łusek. Wedle jego zapewnień, gdy którakolwiek wzbudzała wątpliwości, szybko wymieniał albo ją samą, albo - gdy się nie dało - cały pasek.

Gość nie był jakimś zwyczajnym ulicznym świrusem. Przeciwnie, zawodowo był cenionym uniwersyteckim wykładowcą z tytułem profesora, wybitnym lingwistą i do tego erudytą gawędziarzem. Jak się okazało w toku śledztwa, z tymi podpaskami odbiło mu po powodzi w dziewięćdziesiątym siódmym, w której stracił wszystkie pamiątki po tragicznie zmarłej żonie i trzy czwarte bardzo cennej biblioteki.

- Właściwie nie wiem, co mną tak naprawdę kierowało, proszę pana - wyjaśnił Ryjkowi z rozbrajającym, smutnym uśmiechem staruszka, który właśnie wjechał w drogę pod prąd. - Pewnie mógłbym próbować zrzucić winę na niezwykle sugestywne reklamy telewizyjne, te wszystkie parametry absorpcji, chłonności i inne takie, ale po prawdzie, to nie mam pojęcia, czy to rzeczywiście był powód czegokolwiek. No i zrozum tu, panie, starego wariata.

Ryjek zapamiętał sobie tę rozmowę i potem wiele razy ją przywoływał, gdy przychodziło mu rozmawiać ze sprawcami takich czy innych przestępstw. Najważniejszą lekcją wyciągniętą z tamtej pogawędki była świadomość, że to nie tak, że wariat musi mieć od razu wszystkie poluzowane śrubki. Zwykle wystarczy tylko jedna. Poza tym może myśleć, zachowywać się i działać normalnie. Przynajmniej dopóki luzy nie wywołają trwałych szkód.

Nie jesteś wariatem, zapewnił się teraz w myślach po raz nie wiadomo który i zaraz odpowiedział sobie tak samo jak zawsze: "Nie mnie to przecież oceniać".

Stojący przy telewizorze Butch przyglądał mu się cierpliwie z rękami wciąż zaplecionymi na szerokiej piersi. Uśmiechał się, czekał i najwyraźniej bez usłyszenia pytania nie zamierzał nic więcej mówić.

Ciekawe, czy to zawsze tak działa, zastanowił się Ryjek. Czy to tak człowiek ostatecznie pogrąża się w szaleństwie? Powodowany ciekawością i chęcią zrozumienia nawet najdziwniejszej sytuacji zaczyna zadawać pytania swoim własnym halucynacjom, a potem zanurza się coraz głębiej w ruchomych piaskach pokręconej logiki serwowanej mu przez podświadomość aż po totalnego bzika?

Może tak, może nie, ale siedzieć dłużej bezczynnie i tak nie mógł. Albo na oddział zamknięty, albo do roboty, ale uchowaj Boże, żeby miało mu odwalić ostatecznie tu, na tym cholernym łóżku, w tej wynajmowanej od zawsze klitce, której nigdy nie zdołał polubić.

- Świętym? - zapytał w końcu. - Że niby ja jestem święty?

- Tak - odparł Butch. - Wynikiem formalnej pomyłki, którą już zgłosiłem, ale na razie owszem, jesteś święty.

- Do tego nie trzeba być... bo ja wiem... martwym?

Butch prychnął z rozbawieniem, rozplótł ręce i podrapał się po łokciu. Dopiero teraz w tym świetle Ryjek zobaczył, jak wiele blizn ma na ręku jego rozmówca.

- W zasadzie to wręcz przeciwnie - wyjaśnił anioł. - Wtedy stajesz się wiecznie żywy. Ale z twojego punktu widzenia tak, trzeba najpierw umrzeć docześnie, by dostąpić świętości.

- No więc jak ja...

- Ty umarłeś, Jakubie Ryjku. Wtedy, na ulicy Świdnickiej.

W pierwszej chwili chciał zaprzeczyć, zaśmiać się czy choćby prychnąć, ale zdał sobie sprawę, że przecież to była poniekąd prawda. Według dokumentacji szpitalnej rzeczywiście umarł i nie było go przez dwie minuty. Czas, w którym powinien doświadczyć tuneli, zjawisk świetlnych, chóralnych głosów, a może spotkania z wujkiem Błażejem, ale który zwyczajnie przeleżał nieprzytomny w kałuży własnej krwi i moczu na niesprzątniętej psiej kupie.

- Znaczy że co? - zapytał niepewnie. - Nie odratowali mnie?

- Ależ odratowali. Ale procedury zdążyły ruszyć i wiesz... - Butch bezradnie rozłożył ręce. - Biurokracja.

- Nie rozumiem.

- Technicznie rzecz biorąc, byłeś w stanie łaski uświęcającej. - Butch wrócił na krzesło, usiadł i oparł wielkie łokcie na oparciu. - Jak wyczytałem w twoich aktach, byłeś dzień wcześniej u spowiedzi i komunii, tak?

Ryjek skinął głową.

- Przyjaciółka dziecko chrzciła, chrzestnym zostałem, więc... ej, zaraz, jakie moje akta?!

- No właśnie, w momencie wywiązania się strzelaniny byłeś więc czysty, a przynajmniej bez grzechu ciężkiego. - Butch zbył pytanie, kontynuując wywód. - Czy wiesz, kogo wtedy uratowałeś, wyskakując przed kule?

- Matkę z dzieckiem - odparł, przypominając sobie tamte zdarzenia z niezwykłą wyrazistością. Widział zmierzwioną blond brodę tego szaleńca, jego małe, żarzące się nienawiścią świńskie oczka. Widział otchłań lufy, a potem ogień wylotowy. Wszystko jak na zwolnionym ujęciu w filmie akcji. - Zepchnąłem z linii strzału kobietę i jej syna.

- To też. - Butch skinął głową. - Ale wiesz, kto był wtedy za tobą? Kogo osłoniłeś własnym ciałem?

Ryjek wzruszył ramionami.

- A skąd niby miałbym to wiedzieć?

Butch roześmiał się krótko, chrapliwie, jakby po żołniersku wydzielał tego śmiechu skromną, okopową rację.

- Jezusa, Jakubie Ryjku. Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie niesionego do chorego przez ojca Huberta Żyłkę, dominikanina. W dodatku, co również odnotowano, umierałeś z imieniem Pana na ustach.

Ryjek podrapał się po głowie. Tego sobie nie przypominał, ale było w gruncie rzeczy możliwe. Czasem tak mówił, gdy go bolało. Ostatnia głoska imienia Pańskiego dobrze brzmiała przez zaciśnięte zęby.

- Dalej już prosto - kontynuował Butch. - Ponieważ umarłeś bez ciężkiego grzechu, w obronie Jezusa i z imieniem Pańskim na ustach, z chwilą ustania akcji serca uruchomiła się procedura.

- I tak się domknęła? W dwie minuty?!

Butch pokręcił głową.

- Nie każ mi tłumaczyć zawiłości czasowych pomiędzy tym światem a tamtym. Nie zrozumiesz. Ale technicznie rzecz biorąc, jesteś święty, i choć zgłosiłem cię do moich przełożonych, nie sądzę, by ten stan mógł się zmienić. O ile zdążyłem się od wczoraj zorientować, do degradacji musiałbyś najpierw zostać ogłoszony świętym przez papieża, a potem również przez niego z tego rejestru wykreślony.

- A Bóg? On nie może mnie skreślić?

Butch popatrzył na Ryjka smutno.

- Wierz mi, to ostatnie, czego byś chciał.

Komisarz znowu się podrapał, po czym wstał z łóżka i przeszedł do kuchni. Tam stał przez niemal minutę oparty o lodówkę, aż w końcu otworzył ją, wyjął z niej wędlinę, ser i pokrojonego wczoraj, nieco rozmokłego już pomidora. Z chlebaka wyjął chleb i miękkie masło, z szuflady nóż do smarowania. Nastawił też wodę w elektrycznym czajniku.

Nie śpieszył się, bo w końcu co go niby goniło? Halucynacja w drugim pokoju, która wmawiała mu, że został świętym? Może wzięła się z niewyspania, szoku lub głodu. Jeśli tak, zamierzał zająć się tym, jak zajmował się śledztwami na tym etapie. Uporać się z problemem i znaleźć rozwiązanie drogą eliminacji fałszywych tropów.

Właśnie kończył smarować kanapkę masłem, gdy jednocześnie z pstryknięciem czajnika w progu kuchni pojawił się Butch.

- Nie przyszedłem do ciebie bez powodu, Jakubie Ryjku - powiedział.

- Możesz po prostu Jakub? - zaproponował komisarz, kładąc na kanapce plaster sera. - Powstałeś w mojej głowie. Bardziej już tego dystansu nie zmniejszymy, nie uważasz?

- Niech będzie, Jakubie - zgodził się anioł. - Potrzebuję twojej pomocy.

Ryjek przymierzył się nożem do ukrojenia krakowskiej suchej. Ustawił nóż tak, by ukroić cienki plaster, ale po namyśle przesunął ostrze i odciął gruby talar. Upchnął go na serze razem z pomidorem, posolił i docisnął drugą pajdą chleba.

- Nie wiem, jak mógłbym ci pomóc, Butch. Nie znam się na bosko-anielskich sprawach.

- Ale znasz na policyjnej pracy, prawda? A tego właśnie mi trzeba. Stróża pośród ludzi. Kogoś, kto pomoże mi rozwiązać tę sprawę. Moją sprawę, która jest też, tak się składa, twoją.

Ryjek najpierw zamarł z nożem nad środkiem kanapki, a potem odwrócił się, niechcący kierując czubek ostrza w pierś Butcha.

- Co masz na myśli, mówiąc, że to twoja sprawa? Masz na myśli to, co się stało w Michaelo Cielo? Ta wojna gangów?

Butch powoli pokiwał głową.

- To wszystko by się nie wydarzyło, gdyby pewien Stróż nie złamał naszych zasad - powiedział po raz pierwszy bez pewności siebie w głosie. Zastąpiły ją smutek i odrobina zażenowania. - Moim zadaniem jest dowiedzieć się, który z nich i w jakim stopniu to, co się stało, opiera się na jego...

Urwał i wyprostował się niczym pies myśliwski, który zwęszył zwierzynę. Zamrugał kilkakrotnie i powoli poruszył głową.

- Co... - zaczął Ryjek, ale Butch uniósł palec ostrzegawczo, po czym powoli przysunął go do warg, nakazując komisarzowi milczenie.

- Chodź, pokażę ci, czym się zajmuję, lepiej to zrozumiesz - powiedział w końcu, wyciągając w stronę Ryjka rękę. Ewidentnie chciał, by komisarz ją ujął.

Ten spojrzał najpierw na kanapkę, potem na wyciągniętą w jego stronę dłoń. Pomyślał o szaleństwie, podpaskach i własnej świętości. O tym, że nie powinien rozmawiać z własną halucynacją i zadawać jej pytań, jeśli nie chce skończyć w psychiatryku.

Uniósł trzymany w dłoni nóż i ostrożnie położył go na blacie.

- Pieprzyć to - mruknął i ujął dłoń Butcha.

Poczuł kopnięcie elektrostatycznego ładunku, a przed oczami buchnęło mu oślepiające światło, od którego oczy zabolały go tak, jakby dobrał się do nich spec od akupunktury. Ryjek syknął głośno, zamrugał parę razy i... zdał sobie sprawę, że znajduje się w zupełnie innej kuchni. Takiej z czerwono-czarnymi meblami pod wymiar, z nowiutkim okapem jeszcze z folią i z białymi sztućcami wyglądającymi jak z plastiku. Po przeciwnej stronie przedpokoju była łazienka, a przez jej otwarte drzwi komisarz dostrzegł chudego anioła z włosami spiętymi w kitkę. Siedział na krawędzi wanny i mokrym mydłem z zapałem tarł kołnierzyk białej koszuli. Mówił coś pod nosem, mamrotał cicho i nie zauważył nowo przybyłych, dopóki Butch nie chrząknął głośno. Wtedy to anioł zerwał się na równe nogi, chowając za sobą ręce.

- Ja, ja tylko, ja... - próbował się wysłowić. - Jesteście z Winy, prawda?

- Z WINA. I ja jestem - powiedział Butch, robiąc krok do przodu. - A ty, aniele, jak rozumiem, właśnie dopuszczasz się nadużycia drugiego stopnia. "Kto celem uchronienia podopiecznego przed konsekwencjami czynu przezeń postanowionego i zrealizowanego z udziałem wolnej woli i bez przymusu podejmuje działania bezpośrednie, dopuszcza się nadużycia i podlega karze poważnego ostrzeżenia, chyba że organ Nadzoru postanowi inaczej".

Butch wyrecytował to wszystko bez zająknięcia, zupełnie jakby odczytywał z kartki, surowo i beznamiętnie. Ledwie jednak skończył, uśmiechnął się delikatnie i nieco nienaturalnie, jak ktoś, kto nie nawykł do bycia miłym; wykonał dłonią gest zachęcający anioła do mówienia.

- Wytłumacz się - polecił.

Anioł zrezygnował z chowania rąk. Mokrą koszulę i mydło położył na pralce, wytarł ręce o spodnie.

- Kryzys wieku średniego - westchnął ciężko i umilkł.

Po dłuższej chwili Ryjek pomyślał, że to może być już koniec wyjaśnień. Uznałby to za wielce niepocieszające, zwłaszcza że zdał sobie sprawę, gdzie się właśnie znajduje. Było to mieszkanie sąsiada z parteru, dość zasadniczego, eleganckiego typka nazwiskiem Kozłowski, biznesmena, męża ładnej pucułowatej żony i ojca dwójki uroczych, wyjątkowo grzecznych dzieciaków. Zdaniem Ryjka wyglądali na takich, którzy mogli mieć anioła, choć w zasadzie co on o tym wiedział? Nie miał jeszcze pojęcia, na jakich zasadach można było otrzymać skrzydlate wsparcie i komu przysługiwało, skoro nie miał go nawet policjant na służbie.

- Jestem z nim od jego urodzenia i wcześniej taki nie był - odezwał się wreszcie anioł. - Miał swoje wyskoki, ale gdy się poznali z Grażynką, on... No wydawało się, że nie widzi poza nią świata. Wszędzie razem, na imprezy, na wakacje, nawet w delegacje jeździli, póki się dzieci nie pojawiły. Ale potem też, gdzie się dało, to razem. Ale mocno przeżył swoją czterdziestkę. Bo wiecie, w tym wieku zmarł jego ojciec. Dokładnie trzy dni po swoich czterdziestych urodzinach. A gdy się jeszcze okazało, że... - Urwał, podnosząc z pralki szczotkę do włosów, w której nagromadziło się już sporo jasnorudych, krótkich kłaków. - No zaczął szaleć, co ja powiem. Najpierw ta wywłoka z pracy, potem jakaś z sieci. W delegacji jakaś, na integracji zespołowej. Próbowałem go przywracać do pionu, rozładowywałem klucze hotelowe, pakowałem mu do pokoju współspaczy niby przypadkiem, kazałem Grażynce dzwonić nie w porę. Czasem działało, czasem nie. Czasem musiałem mu zasugerować dyskretną przypominajką, by kasował SMS-y albo nie zostawiał telefonu na widoku. Nie to, żeby Grażynka mu nie ufała, ale wiecie, strzeżonego. Szukałem rozwiązania, naprawdę. I miałem już kilka pomysłów, kiedy dziś zobaczyłem...

Smętnie popatrzył na koszulę i westchnął.

- Szminka na kołnierzyku, co? - Ryjek podrapał się za uchem. - Też kiedyś na tym wpadłem.

Stróż przyjrzał mu się, marszcząc czoło.

- A ty to, przepraszam, kto?

- Święty z przypadku - wyjaśnił Butch. - No dobrze, aniele, jak masz na imię i które to twoje przewinienie?

- Hear - odparł anioł i znowu umilkł, tym razem wpatrując się w podłogę. Gdy się w końcu odezwał, mówił tak cicho, że Ryjkowi ledwie udało się go usłyszeć. - I trzecie.

Butch pokiwał głową ze smutkiem.

- Czyli znasz zasady, aniele. Muszę cię ze sobą zabrać.

Anioł Hear, wciąż nie podnosząc wzroku, ruszył przed siebie z rękami wyciągniętymi do przodu. Wyglądał teraz jak uczestnik parady zombie urządzanych raz po raz w większych miastach. Gdy stanął przed Butchem, ten dotknął jego przegubów, a wtedy pojawiły się na nich świetliste znaki przypominające pieczęcie. Stróż opuścił ręce zetknięte nadgarstkami jakby w wyjątkowo ciasnych kajdankach i dopiero wtedy podniósł głowę, by spojrzeć Butchowi prosto w oczy.

- Ale wyślecie kogoś za mnie, prawda? Oni tu potrzebują ochrony.

- Znasz zasady - odparł Butch, kładąc mu rękę na ramieniu w przyjaznym, niemal troskliwym geście. A potem powietrze wokół nich zafalowało i obaj zniknęli.

Ryjek został sam. Rozejrzał się na boki, dotknął najbliższej ściany w irracjonalnym przeświadczeniu, że jego dłoń przez nią przeniknie. Zamiast tego pod palcami poczuł chropowatą tapetę i pozostawił na bieli maleńką plamkę po soku z pomidora. Uniósł rękę, by zetrzeć ją mankietem, ale zamarł w bezruchu, usłyszawszy najpierw kroki, a zaraz potem chrzęst zamka w drzwiach.

No to, kurwa, pięknie, zdążył jeszcze pomyśleć, zanim w progu stanął Kozłowski.

Warszawa, Polska

Kłamca przyleciał do Warszawy jako Giuseppe Tilloni, elegancki, pięćdziesięciotrzyletni architekt z Rzymu. Wybór ten podyktowany był sprzyjającymi okolicznościami - obaj, Loki i Tilloni, w tym samym czasie zdecydowali się skorzystać ze znajdującej się na uboczu, a więc pustej lotniskowej toalety - ale jak się okazało, trudno było o lepszy. Włoch miał miejsce w klasie biznesowej i zamówiony posiłek koszerny, który w samolocie zwykle smakował najlepiej spośród dostępnych opcji, a na dodatek jego garnitur pasował na Kłamcę, jakby był szyty na miarę. To zawsze było w cenie, bo choć wygląd można było załatwić iluzją, to jednak udawanie, że ma się na sobie coś z nowej kolekcji Caruso, gdy w rzeczywistości są to luźne dżinsy i koszulka z Berlusconim pokazującym środkowy palec, stanowiło zupełnie niepotrzebne marnowanie energii.

W ten sposób dzięki splotowi okoliczności i podobnej budowie ciała, dwie godziny po spotkaniu w toalecie Giuseppe Tilloni wciąż tkwił nieprzytomny i związany w jednej z kabin, za towarzystwo mając telefon komórkowy odtwarzający w pętli dźwięki radosnego wypróżniania, a Loki wysiadał właśnie z samolotu i dziękował pięknym stewardessom za bardzo miły lot.

Już na Okęciu czym prędzej przeszedł przez odprawę i w kolejnej łazience zrzucił z siebie iluzję. Przyjrzał się swojej ulubionej twarzy, szczupłej, ale z wydatną szczęką porośniętą gęstym, jasnym zarostem, zwilżył dłoń i zaczesał sięgające ramion włosy, zakładając je za uszy. Wychodząc, uśmiechnął się do kolejki kobiet stojących do damskiej, ale żadna z nich nie odpowiedziała tym samym, jakby się bały, że jakiekolwiek dodatkowe napięcie mięśni spowoduje koniec pracy tych usilnie zaciskanych.

W lotniskowej kawiarni zamówił kawę, a potem zapłacił iluzją karty i odebrał iluzoryczny paragon. Zapytany o to, czy życzy sobie kawę z mlekiem, odmówił, ale poprosił o dużo cukru i, jakby się dało, kilka wykałaczek oraz numer telefonu barmanki. Zamiast tego ostatniego dostał znużone spojrzenie kobiety starszej o dwie dekady od swojej metryki i będącej na nogach od co najmniej doby.

- Mój telefon jest w naprawie, ale w pilnych sprawach mogę podać numer męża - odparła ze wschodnim zaśpiewem i wyszczerzyła się, odsłaniając zamocowany na zębach aparat ortodontyczny. W blasku lamp jej zęby wyglądały jak z żelaza.

Loki potrząsnął głową, uśmiechnął się i wycelował w nią palcem.

- Gładko wybrnęłaś - przyznał z rozbawieniem. - I powiedziałaś to z takim przekonaniem, jakbyś faktycznie miała męża.

Kobieta zmarszczyła czoło i nos, a wypielęgnowane brwi ułożyły się na kształt litery V.

- Kolego... - zaczęła oschle, ale zaraz urwała, westchnęła i docisnęła palcami nasadę nosa. - Kurwa, wykałaczki. Dlaczego od razu nie skojarzyłam?

Kłamca roześmiał się, jakby właśnie powiedziała najzabawniejszy żart na świecie. Odwrócił się na hokerze, powiódł wzrokiem po klientach baru i szybko policzył tych na służbie, w grafitowych wdziankach. Czterech na czternaście osób. W sumie standard.

- Nie uważasz, że to zabawne, Swietka, że mają cię tu pod nosem i nikt nigdy nie zwrócił na ciebie uwagi?

Wzruszyła ramionami.

- Jeśli mówisz o szarych, to ja ich tam widzę tylko, jak się zapomną ukryć - odparła. - Ale wiem też, że oni patrzą jedynie na tych, którzy stanowią zagrożenie dla ich podopiecznych. A ja tu sobie spokojnie kawę polewam, za napiwki dziękuję, zaczepkom się nie daję. Ludzie biorą mnie za Ukrainkę, chwalą polski i to czasem wkurwi, ale... Zresztą co ja ci, zdrajco, tłumaczę? Sam przecież wiesz. Poczekaj.

Odwróciła się i wypięła kolbę z ekspresu. Nasypała świeżej kawy, wpięła kolbę z powrotem, podstawiła filiżankę. Wszystkie ruchy były pewne, zautomatyzowane, wyuczone i kompletnie pozbawione znamion flirtu z kimkolwiek. Nie było kręcenia biodrami, zmysłowego odchylania głowy, wodzenia ręką po szyi czy przestępowania z nogi na nogę, by podkreślić kształtne łydki opięte ciemnym nylonem. Wszystko w niej opowiadało historię, jaką sobie zawczasu przygotowała, by móc tutaj pracować, i wyraźnie dbała o każdy jej detal. Loki nie mógł jej za to nie podziwiać.

- Dziękuję - powiedział, gdy postawiła przed nim kawę. - A wykałaczki?

- Zwracasz nimi uwagę - odpowiedziała. - A ostatnie, czego mi trzeba, to... Tak, proszę pana? Już podchodzę.

Znowu odeszła na chwilę, a Loki ujął filiżankę za ucho i raz jeszcze odwrócił się na hokerze, tym razem opierając łopatki i łokieć o kontuar. W międzyczasie z baru wyszedł jeden zaopiekowany ze swoim aniołem stróżem i w lokalu zostało tylko trzech skrzydlatych. Dwóch stało z rękami splecionymi na kroczu i rozglądało się na wszystkie strony niczym agenci Secret Service na służbie. Trzeci kibicował małemu chłopcu w rozgrywce na przenośnej konsoli.

Za przeszkloną szybą oddzielającą bar od szerokiego korytarza terminalu przeszła najpierw skłócona rodzina z rozbrykanym dzieckiem, a chwilę później pilot w niebieskim mundurze ciągnący za sobą niewielką walizkę na kółkach. Rodzina miała Stróża, pilot nie, co Kłamcy wcale nie zdziwiło. Kiedyś usłyszał, że chyba żaden pilot na świecie nie jest wystarczająco wierzący, a do tego większość z nich dość pogardliwie wypowiadała się na temat aniołów, gdy raz czy drugi prasie zdarzyło się nazwać tak kogoś z branży.

"Tak, latam", powiedział kiedyś nowojorski as lotnictwa William O'Dowd po tym, jak posadził maszynę z zablokowanym podwoziem na wiejskiej drodze gdzieś w Pensylwanii. "Tak, czuwam nad powierzonymi mi ludźmi. Ale póki nie sprawdziliście, czy mam czym ruchać, nie nazywajcie mnie, proszę, aniołem. Czy biblia nie mówi aby, że oni nie mają jajec? No i to lądowanie nie było żadnym cudem, tylko wynikiem tysięcy godzin spędzonych w symulatorach i w powietrzu!" Lokiemu bardzo spodobała się ta wypowiedź, a o anielskich interwencjach w lotnictwie w sumie nie wiedział, co ma myśleć. Miał wrażenie, że póki ktoś patrzy na ręce tym z kontroli lotów, piloci mogli się obchodzić bez opieki.

- Po co przyszedłeś, Loki? Bo chyba nie na tę podłą kawę. - Swietka wróciła i zabrała się za polerowanie szklanek.

- Nie jest taka zła, choć faktycznie do włoskiej...

- Przyszedłeś mnie zabrać? - weszła mu w zdanie.

Odwrócił się do niej i spojrzał jej w oczy.

- Raczej wynająć - powiedział po długich sekundach, podczas których, miał szczerą nadzieję, kobieta przeanalizowała sobie swoją sytuację. - Kilka dni, nie więcej, ale koniecznie dzisiaj.

Powoli, z rozmysłem pokiwała głową.

- Za pół godziny kończę zmianę - powiedziała. - Dodaj do tego jeszcze kwadrans na przebranie i będę gotowa. Akurat zaczynałam urlop, więc masz szczęście.

Loki zerknął na zegarek na ścianie.

- Dobrze, pasuje - uznał, zupełnie lekceważąc uwagę o swoim rzekomym szczęściu. Sięgnął po portfel i wyjął z niego sześć dwustuzłotowych banknotów, które Tilloni musiał kupić jeszcze w Rzymie. - Robiłaś tu jakieś swoje akcje po tym, jak pola zamieniły się w lotnisko?

Lewy kącik jej uniósł się lekko.

- A ty spałeś z kimś, odkąd twoja żona zapadła w śpiączkę?

- W punkt. Dobra, masz tu pieniądze, wybierz sobie jednego z tych swoich dzieciaków, ale takiego wiesz, żeby nie było go na listach zaginionych. Nie może też jednak wyglądać jak wsiok z dziewiętnastowiecznej roli. Ma udawać twojego syna, więc...

Widział, jak jej twarz się spina, a górna warga unosi, by obnażyć obleczone w żelazo zęby. Przypomniał sobie, że tak czasem mówiono na jej podobne. Baba o żelaznych zębach. Uniósł dłoń, by ją uspokoić.

- Potrzebuję stosownych zeznań złożonych na policji przez małoletniego świadka. Mógłbym to zrobić sam, ale raz, że i tak potrzebowałbym matki...

- Mogę być twoją matką - zaproponowała ochoczo.

Roześmiał się.

- Jesteś ode mnie młodsza, Swietka. Dużo młodsza. Poza tym, żebym to mógł być ja, musiałbym skorzystać z iluzji, a tę skrzydlaci, czy też, jak na nich mówisz, szarzy, przejrzą raz-dwa. Potrzeba mi kogoś, kto ma duszę. Nawet jeśli to zbłąkana, wiecznie potępiona dusza. Oboje, ty i twoje małe i duże zdobycze, spełniacie warunek.

Barmanka podrapała się za uchem. Ktoś zawołał ją z drugiego końca baru, ale dała gestem znać, by poczekał.

- Zastanowię się - powiedziała w końcu.

- Nie, Swietka. - Loki przepił do niej filiżanką. - Po prostu to zrobisz. Najdalej za godzinę poleziesz do swojego siedliszcza, wygrzebiesz zeń najbardziej podobne do siebie dziecko, skoczycie taksówką do H&M-u i na Centralny. Starczy ci na pociąg tam i z powrotem do Wrocławia. Weź sobie pierwszą klasę. Po drodze opowiesz dzieciakowi, co widział. Masz to... o tutaj, proszę bardzo, zapisałem wszystko w samolocie. A, i najlepiej będzie, jeśli według wersji dzieciaka ci ruscy mafiozi będą mieli twarze chłopów, których kiedyś zabrałaś. Dasz sobie z tym radę, prawda?

Zmrużyła oczy i ściągnęła usta.

- Jesteś gnojem, Loki - warknęła w końcu.

Zgodził się skinieniem, po czym dopił kawę i wskazał palcem wnętrze pustego kubka.

- Jeszcze jedną, przede mną długi dzień.

Wzięła od niego filiżankę i już się miała odwrócić, gdy nagle przyszło jej do głowy coś jeszcze.

- Nie mamy dokumentów.

- Zgadza się. Udawaj, że jesteście Ukraińcami. Wszystko masz zapisane w tym, co dostałaś, całą historię.

- Zatrzymają nas.

Loki wzruszył ramionami.

- Oczywiście, a potem albo się wami zajmą, albo wezwą kogoś od emigrantów, kto zabierze was do ośrodka. I jak myślisz, czym szczególnym będzie się ten ktoś wyróżniał?

Nie musiała długo się zastanawiać.

- Wykałaczką w gębie?

- Brawo, Swietka. - Puścił do niej oko. - To, co mówią o inteligencji południc, jest dla was mocno krzywdzące.

***

Bilet na samolot do Wrocławia kupił już na jeden ze swoich własnych, choć jeszcze niespranych aliasów. Spośród trzech dostępnych opcji wybrał tę, która dawała mu kilka godzin w Warszawie; wyszedł z założenia, że powinien się przebrać i może zjeść coś na mieście.

Do Galerii Mokotów dojechał taksówką, mając dziecinną frajdę z tego, jak udało mu się wkręcić taryfiarza na starą sztuczkę z wydawaniem reszty. Miał zapłacić trzydzieści pięć złotych, wyszedł z dwudziestką do przodu i podziękowaniami za uczciwość, na którą mało kto się dziś zdobywał.

Na mapce galerii wyszukał salony mody męskiej i wytypował jeden, którego nazwa nic mu nie mówiła. Udał się do niego, budując w głowie wytłumaczenie, dlaczego, skoro miał na sobie dzieło włoskiego mistrza, zdecydował się na zakupy w podrzędnym salonie dla mas. Wątpił, by ktokolwiek miał go o to zapytać, ale szanse, że ktoś zwróci uwagę i się zaciekawi, były całkiem spore. A skoro zaciekawi się sprzedawca, to i jego potencjalny Stróż. Ten co prawda raczej Lokiego nie pozna, ale będzie mógł sczytać wierzchnią warstwę jego myśli. Jeśli którakolwiek wzbudzi wątpliwości, w anielski światek pójdą plotki, że jest w kraju. To zawsze utrudniało mu pracę.

Ostatecznie wymyślił sobie, że jest księdzem z Włoch, wysoko postawionym urzędnikiem Watykanu, który właśnie przyleciał do Warszawy i kupuje coś na szybko w galerii, gdyż nie chce się obnosić z bogactwem. To powinno być względnie proste, wystarczyło tylko przez jakiś czas myśleć po włosku o wszystkim związanym z Kościołem poza, rzecz jasna, aspektami duchowymi. Brakiem Stróża też się nie martwił. Słyszał, że w Watykanie godnymi boskich ochroniarzy byli tylko papież, kilku szeregowców z jego szwajcarskiej gwardii i matka Joanna, która to podobno skrzydlatych nawet czasem widywała i przeganiała z grządek watykańskiego ogródka.

Już na miejscu okazało się, że martwił się niepotrzebnie. Sprzedawca, młody chłopak z brodą sięgającą węzła krawata i włosami spiętymi w samurajski kucyk, nie miał anielskiego towarzystwa. Sądząc po zdegustowanej minie, z jaką zmierzył Kłamcę, gdy ten wszedł do salonu, na eleganckiej modzie męskiej też znał się o tyle o ile.

- W czymś pomóc? - zapytał, nawet nie podnosząc się z krzesła.

- Znajdę sobie - odparł Loki.

Wybrał klasyczny krój, stonowany błękit, do tego czarna koszula i srebrne spinki ze znaczkami dolarów. Przebrał się od razu, kołnierzyk koszuli wyłożył na kołnierz marynarki, a włosy spiął w kucyk. Zapłacił kartą Włocha, do której nie znał PIN-u, ale powtórzył numer z restauracji - wykreował zgodność i akceptację transakcji na terminalu. Za paragon podziękował.

- Reklamacja nie będzie możliwa - zauważył sprzedawca.

- Ufam ludziom - odparł Loki.

Powłóczył się jeszcze po galerii, kupił kilka rzeczy, a potem na kolejnej tego dnia kawie przeczytał jeszcze raz wszystkie notatki, jakie stworzył pod tę robotę od chwili, gdy anioł Rizel zapłacił mu pudełko piór. Nie było tego dużo, ale zawsze uważał, że dobre kłamstwo to delikatna sugestia, a nie zawracanie rzeki kijem. Im mniej będzie w tym wszystkim jego, tym lepiej. Swietka z dzieciakiem i to, co zamierzał uzyskać od wrocławskiego biznesmena Krzysztofa Fikała, powinno załatwić sprawę. No i jeszcze teatr. Bez teatru przecież nic nie byłoby kompletne.

Godzinę później wrócił na lotnisko, upewnił się, że południca skończyła służbę i grzecznie ustawił się do kolejki odprawy. O tej porze Stróżów na lotnisku było więcej, ale żaden nie zwrócił na Kłamcę uwagi.

Dzielnica Krzyki, Wrocław, Polska

Patrzyli na siebie niczym rewolwerowcy w starym westernie, brakowało tylko świstanego przez zęby, znanego na cały świat motywu. Ryjek wiedział, że to on powinien się odezwać pierwszy, skorzystać z autorytetu, jaki dawała mu służba w policji i to, że stojący naprzeciw niego mężczyzna znał go nie jako sąsiada Jakuba z góry, tylko jako komisarza Ryjka. Powinien z tego skorzystać, zaatakować słownie, przejąć kontrolę. Tego uczono go na zajęciach z komunikacji kryzysowej jeszcze w Szczytnie.

W głowie miał jednak kompletną pustkę, a wszystkie rozwiązania wydawały mu się na dłuższą metę nieodpowiednie. Powie, że zobaczył uchylone drzwi i wszedł? Kupi mu to może kilka sekund, zanim gospodarz zapyta, czemu w takim razie się zamknął.

Powiedzieć, że ma nakaz i jest tu służbowo? To samo pytanie co wcześniej, a dodatkowo Kozłowski z pewnością zadzwoni do adwokata, ten sprawdzi blef i Ryjek będzie ugotowany.

Myśl, cholera, myśl, nakazywał sobie w głowie komisarz, jednocześnie obserwując, jak z twarzy gospodarza znika powoli bezbrzeżne zdumienie, ustępując miejsca gniewowi. Szeroko otwarte oczy zwęziły się do małych szparek, nozdrza drgały jak u nerwowego konia, napięły się ścięgna na szyi.

- Co ty tu, kurwa mać, robisz?! - wydyszał w końcu przez zaciśnięte zęby, a jego dłonie zacisnęły się w pięści; lewa na uchwycie siatki z zakupami, prawa na kluczach. - Co robisz w moim, kurwa, domu?!

I wtedy, jakby te właśnie słowa stanowiły hasło do sejfu ze wszystkimi rozwiązaniami, Ryjek uzmysłowił sobie, że wie, co powinien odpowiedzieć. Pociągnął nosem, potarł kantem dłoni szczękę, jak to zauważył u Butcha, i wyszczerzył się w drapieżnym, choć również w jakiś sposób rozbawionym grymasie.

- Ratuję ci dupę, sąsiedzie - odparł. - Wystarczy, że jeden z nas okazał się w życiu idiotą i za to zapłacił.

Powiedział to pewnie i gładko, z zadowoleniem dostrzegając, jak gniew gospodarza wycofuje się, ustępując miejsca skonsternowaniu. Tym razem komisarz nie zamierzał oddawać inicjatywy. Szybkim krokiem udał się do łazienki, skąd wyszedł z białą koszulą, na której mokrym kołnierzyku widniał niesprany do końca ślad szminki. Ryjek podsunął go Kozłowskiemu pod nos jak dowód największej zbrodni.

- Wiesz, ile to jest warte? - zapytał. - Wiesz ile?!

- Ile? - Zezujący na kołnierzyk Kozłowski słusznie uznał, że to nie było pytanie retoryczne.

- Tyle. - Ryjek cofnął się o krok, by ręką z koszulą zatoczyć w powietrzu koło. - To mieszkanie, twój samochód i alimenty tak wysokie, że się, chłopie, posrasz. Wszystko dlatego, że twoja głupia niunia, jednorazowa zabaweczka, jest na tyle głupia, że nie wie, czym się kończy odwalanie glonojada na kołnierzyku żonatego faceta. Może jeszcze malinkę ci zrobiła, co?

Rozbłysk czerwieni na policzkach Kozłowskiego uświadomił komisarzowi, że trafił. Ryjek pokręcił głową.

- Masz szczęście, chłopie, że mój kapuś cię przyuważył i skojarzył ze mną. Cholerne szczęście. Zwłaszcza że to już nie pierwszy raz, nie? Co ty myślisz, że stara cię nie podejrzewa? Że tępa jest?

Kozłowski milczał, drapiąc się kluczami po guziku koszulki polo.

- Jak tu wszedłeś? - zapytał w końcu.

- Drzwiami, a jak niby? - Ryjek wzruszył ramionami. - Otwarte było.

Prostota i bezczelność tej odpowiedzi były dla Kozłowskiego niczym kolejny cios w miękkie. Spojrzał na trzymane w dłoni klucze, zupełnie jakby widział je po raz pierwszy, i pewnym było, że usilnie się zastanawia, czy faktycznie przed chwilą otwierał nimi drzwi, czy nie.

- Do obcego domu? - zapytał w końcu. - Przecież tak nie wolno.

- A ruchać wyszminkowane małolaty to wolno? - Ryjek jeszcze raz zamachał koszulą. Zablefował z tą małolatą; nie wiedział, ile lat miała kochanka sąsiada. Wyglądało jednak na to, że albo znowu trafił, albo Kozłowski na to akurat słowo nie zwrócił uwagi. Wyglądał na przybitego i pokonanego. Zgodnie z lekcją ze Szczytna należało teraz wyciągnąć do niego rękę i okazać zrozumienie.

- Słuchaj pan, Kozłowski - powiedział komisarz stonowanym, pełnym współczucia głosem. - Byłem tu, gdzie ty jesteś teraz, i wiele bym dał za kogoś, kto by mi w porę przypomniał o tych cholernych majteczkach w kieszeni marynarki. Za każdym razem, jak ślę pół wypłaty tej cholerze, mojej byłej, zastanawiam się, na cholerę ja je w ogóle zabierałem. No ale stało się, jak się stało, i od tamtej pory jestem w takiej dupie, że wrogowi nie życzę. A my przecież nie jesteśmy wrogami, nie, panie sąsiedzie?

Kozłowski milczał dobrą minutę. Z zewnątrz dobiegł ich dźwięk windy, a następnie odgłos kroków niosący się echem po korytarzu.

- Nie jesteśmy - stwierdził w końcu gospodarz.

- Co nie jesteśmy? - rozległ się niemal natychmiast ciepły, kobiecy głos za jego plecami.

Kozłowski obrócił się tak gwałtownie, że niemal wytrącił z rąk żony papierową torbę.

- Już wróciłaś? - wyskrzeczał piskliwym, łamiącym się głosem. Odchrząknął zaraz nerwowo, a klucze w jego ręce rozdzwoniły się w takt drżenia.

- Dobrze się czujesz, Krzysiu? - Gospodyni, niewysoka kobieta po trzydziestce o ładnej, pucułowatej twarzy zmarszczyła czoło zaniepokojona. - Wyglądasz, jakbyś miał... O, panie komisarzu, nie zauważyłam pana. Coś się stało?

Ryjek mimowolnie uśmiechnął się smutno, jak to robił zawsze, gdy ludziom zdarzyło się tak właśnie reagować na jego obecność. Jakby był heroldem złych nowin, forpocztą nadchodzących kłopotów.

- Nic się nie stało, sąsiadko - odparł, siląc się na spokój. Zdał sobie sprawę, że w ręce wciąż trzyma koszulę Kozłowskiego, więc teraz uniósł ją, pokazując kobiecie ślad szminki. - Ja właściwie do pani, bo problem mam i nie wiem, jak się z nim uporać. Czym się spiera takie plamy?

- Szminka? - Z twarzy Kozłowskiej w mig zniknęła troska. - Och, panie komisarzu. Jaki facet spotyka się z kobietami, które nie odróżniają męskich ust od kołnierzyka? Pan to da, zaraz odplamiacza użyję.

Wzięła koszulę od Ryjka i przyjrzała się jej uważnie, a komisarz zdał sobie sprawę, że razem z Kozłowskim równocześnie wstrzymali oddech.

- Przynajmniej do koszul ma pan dobry gust, komisarzu - stwierdziła w końcu. - Taką samą kupiłam mężowi na ostatnią rocznicę.

***

Gdy wrócił do swojego mieszkania z cudzą koszulą zapakowaną do cienkiej reklamówki, Butch już tam na niego czekał. Jak poprzednio, stał przy oknie z rękami zaplecionymi z tyłu i wpatrywał się w horyzont.

- Święty nie powinien kłamać - zauważył, gdy tylko Ryjek stanął w progu pokoju.

- Anioł powinien się odpierdolić - odparował komisarz, rzucił torebkę na stół i ciężko opadł na fotel. - Ostatni raz zrobiłeś mi taki numer albo więcej się tu nie pojawiaj. Anioł nie anioł, oczami przed sąsiadami świecić nie będę. Mógł mnie oskarżyć o włamanie!

Butch odwrócił się bardzo powoli, uważnie przyjrzał się Ryjkowi i skinął głową. Była w tym geście majestatyczność uderzeń starego dzwonu i powaga oznajmianej przez niego uroczystości.

- Ostatni raz - zapewnił. - I przepraszam, czasem wychodzi ze mnie służbista. Zadra ciągle mi to wypomina.

- Zadra?

- Mój partner.

- Nazywa się Zadra i jest aniołem Winy? Ktoś tam u was musi mieć niezły ubaw z tym nazewnictwem.

Butch usiadł na krześle, dłonie położył na kolanach.

- WINA, nie Winy. I wróćmy do sprawy, dobrze? - zaproponował.

- Jasne - zgodził się Ryjek. - Zacznij od tego, skąd wiesz, że to...

- ...nadużycie pierwszego stopnia.

- No właśnie.

Butch zamyślił się.

- Chyba powinienem zacząć od wyjaśnienia ci modelu działania Stróżów - stwierdził. - Tych wspomnianych przeze mnie wcześniej zasad.

- Tak, to może być dobry początek. - Ryjek podniósł się z fotela. - Przejdziemy do kuchni? Kawy chcesz może?

- Przejdziemy. I nie piję. A zasady są następujące. - Butch również wstał. Idąc za Ryjkiem do kuchni, odliczał na palcach. - Po pierwsze, ze względu na deficyt aniołów wprowadzono ograniczenia w przyznawaniu opieki. Aniołów nie mają ateiści i innowiercy, anioł przyznawany jest na komórkę rodzinną, nie osobę, anioł...

- Ale czekaj, jak? - przerwał mu Ryjek. - Klonuje się, żeby łazić za każdym czy co?

- Nie, po prostu szacuje potencjalne ryzyko i wybiera jednostkę najbardziej zagrożoną. To jego odpowiedzialność, z której jest rozliczany.

- Rozliczany?

Butch potwierdził skinieniem.

- Zasadniczo dopuszcza się trzy błędy, po czym następuje pozbawienie funkcji i degradacja. Zwykle do Chórów.

Ryjek dał znak ręką, że na ten moment mu wystarczy. Nasypał do szklanki kawy i cukru, przypomniał sobie o włączeniu czajnika, a jednocześnie trawił to, co właśnie usłyszał. Gdy już uznał, że mniej więcej rozumie, zakręcił palcem młynka.

- Kontynuuj.

- Praca Stróża to praca podwyższonego ryzyka - podjął Butch - a do tego objęta szeregiem wewnętrznych ograniczeń. Możliwości Stróża zwiększa modlitwa podopiecznego, im gorliwsza i precyzyjniej ukierunkowana, tym lepiej. Anioł nie może celem przeprowadzenia swoich interwencji wpływać na osoby trzecie czy ingerować w naturalne skutki podjętych wolną wolą decyzji, czego byłeś świadkiem, a wszelkie działania bezpośrednie są ścisłego rozrachunku i muszą zostać na wezwanie streszczone i uzasadnione w szczegółowym raporcie.

- Przerąbane - mruknął Ryjek. - Gorzej niż u nas.

- Rzecz w tym - mówił dalej Butch - że o ile anielska prawdomówność wpisana jest w akt stwórczy wszystkich aniołów powstałych po Lucyferze i jego zwolennikach, i wypełnia się sama z siebie, o tyle regulamin służby anielskiej został stworzony na mocy dekretu Tronów i Zwierzchności, a więc działa jak zwykły regulamin.

Ryjek wiedział, co to znaczy. Zwykły regulamin to taki, który można czy to nagiąć, czy po prostu zinterpretować na swoją korzyść. Czasem, wiedział to przecież z doświadczenia, nie tylko dla swojej wygody, ale dla dobra większej sprawy. Po prostu nie powstało jeszcze, i pewnie nie powstanie, żadne ludzkie prawo zdolne uporać się ze wszystkimi problemami i komplikacjami, jakie w każdej chwili mógł zgotować świat. I pewnym pocieszeniem dla komisarza była myśl, że ludzie w owej niedoskonałości legislacyjnej nie byli osamotnieni.

- Chyba rozumiem - powiedział w końcu. - Liczba aniołów jest ograniczona, są przepracowane, w dodatku angażują się osobiście jak ten na dole... Swoją drogą, co z nim?

- Tajne.

- A - westchnął Ryjek. - Więc tak się bawimy, dobra. W każdym razie rozumiem, że z różnych pobudek aniołowie naginają zasady regulaminu, a twoim zadaniem jest ich za to wyłapywać, tak?

- Zgadza się.

- No to teraz kilka pytań.

- To już było pytanie - doprecyzował Butch. - Przed chwilą zapytałeś mnie...

Czajnik kliknął, Ryjek podniósł go i zalał sobie kawę. Zwyczajowo zaciągnął się jej aromatem, odstawił czajnik, zamieszał zawartość kubka i postukał łyżeczką o krawędź.

- Kilka dodatkowych pytań - doprecyzował. - Po pierwsze, dlaczego Bóg zwyczajnie nie dorobi więcej aniołów?

- Tajne - odpowiedział Butch tym samym tonem.

- Nawet dla świętego? - Ryjek uśmiechnął się z przekąsem.

- Szczególnie. Następne pytanie?

- Jeśli aniołowie nie mogą kłamać, nie wystarczy, że zapytasz, czy zrobił coś nie tak?

- Wystarczy - przyznał Butch.

- Więc czemu tego nie zrobisz?

- Bo nie wiem którego. A regulamin nakazuje nam, agentom WINA, podejmowanie czynności z uwzględnieniem pracy Stróżów i w taki sposób, by w miarę możliwości nie utrudniać im wykonywania obowiązków.

Ryjek pokiwał głową. Dmuchnął na powierzchnię kawy i upił łyk, czując, jak zmielone drobinki, które jeszcze nie zdążyły opaść na dno, przyklejają mu się do górnej wargi. Słodko-gorzki napój sparzył mu język, znajome ciepło rozlało się po gardle i przełyku. Lubił ten stan. Kojarzył mu się z pracą. Zawsze, gdy potrzebował wbić w umyśle wyższy bieg, robił sobie taką zalewajkę.

- Mów o tej sprawie. Skąd wiesz, że w ogóle coś jest na rzeczy i ma związek z, jak to nazwałeś, nadużyciem?

- Plotki na mieście.

Rozbawiony komisarz parsknął lekko. Podobnie jak z podejściem do regulaminu, uznał, że miło było znaleźć z aniołem punkty wspólne. Dawało to w całym tym szaleństwie poczucie, że pewne rzeczy są jednak niezmienne, jak chociażby to, że dziewięćdziesiąt procent roboty śledczej to słuchanie, co mówi ulica, i skrzętne kolekcjonowanie kapusiów.

- Jakiś czas temu - zaczął wyjaśniać Butch - decyzją archaniołów eksperymentalnie wprowadzono do specjalnej służby nordyckie bóstwo imieniem Lo...

Ryjek zakrztusił się kawą.

- Że kurwa co?! - wycharczał, odstawiając kubek. Zakaszlał kilka razy, splunął do zlewu i otarł załzawione oczy. - Jak to nordyckie bóstwo?

- No normalne. - Butch, nieco zdziwiony, wzruszył ramionami. - Dwie ręce, dwie nogi, niewyparzony język. Bóstwo. Istota mityczna. Owoc wiary.

- To one też istnieją?

Z miny Butcha dało się wyczytać, że dopiero teraz załapał, z czym problem. Sapnął i przejechał dłonią po twarzy.

- Tak, istnieją, a właściwie istniały bóstwa wszelkich możliwych wierzeń i mitologii. Część z nich jest skutkiem ubocznym wolnej woli i siły ludzkiej wiary, część to przemianowane istoty wyższe, jak choćby anioły upadłe, które zatraciwszy tożsamość pierwotną, uwierzyły w wymyślone im przez ludzi role. Skomplikowane. Jak będziesz chciał, potem zabiorę cię do Zadry, który zna się na tym lepiej. To jego hobby.

Wyrecytował to wszystko jednym ciągiem, jakby na jednym tchu. Ryjek wysłuchał go uważnie, ale gdzieś przez głowę przemknęła mu myśl, a właściwie wątpliwość: czy anioł w ogóle oddychał? Pierś niby mu się poruszała, ale czy to faktycznie oddychanie, czy tylko, jak to wcześniej ujął, dając mu wizytówkę, wizualizacja?

- Większości mitycznych już zresztą nie ma. Dekretem archanielskim nowa interpretacja przykazań pańskich zabrania istnienia innych bogów niż Stwórca, więc przeprowadzono masowe działania na rzecz...

- Masz na myśli anielskie krucjaty, tak?

Butch wyciągnął otwartą dłoń przed siebie i zakołysał nią. "Mniej więcej", mówił ten gest.

- A to nordyckie bóstwo, o którym wspomniałeś?

- Loki - odparł Butch w taki sposób, że Ryjek aż się skrzywił. Wiedział, że można w pozornie niewinne słowa upakować niechęć czy wręcz nienawiść. Ale intonacja anioła była odpowiednikiem siadania na niedomykającej się z nadmiaru rzeczy walizce.

- Nie jest twoim faworytem, co?

- Nie jest. - Butch energicznie potrząsnął głową. - W ogóle nie pochwalam takich metod, ale nie jestem trepem. Rozumiem, że trudne czasy, potrzebna elastyczność. Z początku Loki był od takiej właśnie elastyczności. Zabijał zdeklarowanych samobójców tuż przed aktem, by uchronić ich od automatycznego potępienia.

- Cyniczne i wyrachowane - zauważył komisarz, a anioł gorliwie mu przytaknął.

- Taki właśnie jest Loki. To bóstwo kłamstwa i oszustw. Potrafi zmienić wygląd, stać się, kim chce, i wyglądać zupełnie tak jak on. Oczywiście przed ludźmi, bo my potrafimy przejrzeć jego iluzje. Niemoralna, rozpuszczona menda o nieokiełznanej chuci i skłonności do paskudnych żartów, z rodzaju tych, jakie powinniśmy tępić w pierwszej kolejności. Ale w jakiś sposób archaniołowie uznali, że najpierw pomoże im obchodzić boskie przepisy, a następnie tropić sobie podobnych mitycznych, wciąż poukrywanych na świecie.

Ryjek upił kolejny łyk kawy. I te problemy rozumiał. Cynizm i hipokryzja przełożonych, frustracja wynikająca ze współpracy, a tak naprawdę wchodzenie w układziki z przestępczą drobnicą, byle tylko dorwać za jej pomocą wielką rybę. Jakkolwiek mu tłumaczono, że to niezbędne, jakkolwiek wspierano się wykresami wyników, uważał to za działania niegodne i zwyczajne draństwo. A widząc teraz gniew na kanciastej, poznaczonej delikatnymi liniami blizn twarzy anioła, czuł do niego coraz większą zawodową sympatię.

- Wróćmy do sprawy. Co ten Loki ma wspólnego ze Stróżami?

- Miesza im w głowach. Wymyśla, jak mogą kreatywnie obchodzić regulamin albo go nie łamiąc, albo łamiąc tak, byśmy nie mieli się do czego przyczepić.

- Na przykład?

- Na przykład, bo to, jak zakładam, jest przypadek z Michaelo Cielo, anioł mający wyjątkowo krnąbrnego podopiecznego wynajmuje za pieniądze ludzkich podwykonawców, by go chronili.

- Czekaj. - Ryjek uniósł rękę. - Czy ja dobrze rozumiem? Sugerujesz, że jakiś anioł wynajął organizację przestępczą, żeby chronić swojego...

- ...podopiecznego - podpowiedział Butch. - I tak, to właśnie sugeruję, bo to byłoby totalnie w stylu Lokiego. On tak właśnie myśli, zadaniowo. Dostał zlecenie, to je opracował, nie patrząc na inne ofiary. Chaos wojny gangów i krew na ulicach to dla niego żaden problem.

Ryjek znowu się zamyślił. Podniósł łyżeczkę, zastukał nią kilka razy o blat, odłożył. Upił kawy i wypluł drobinki do zlewu. W końcu raz jeszcze skupił wzrok na aniele.

- Jeżeli dojdziemy, przeciwko komu spiskowali zebrani w Michaelo Cielo albo kto mógłby być wspólnym mianownikiem dla całej tej szemranej ekipy...

- ...znajdziemy podopiecznego, tak. - Butch potarł podbródek kantem dłoni. - I o tym samym właśnie pomyślałem. To jak, pomożesz mi z tą sprawą?

- Tak - odparł bez wahania Ryjek. - To w końcu też moja sprawa, ale niech mnie szlag, jeśli w aktach choć spróbuję podać prawdziwy motyw tej rzezi.

Butch uśmiechnął się gorzko, cynicznie. Jak na prawdziwego glinę przystało.

- Trochę nagniesz regulamin i dopasujesz.

Ryjek znowu parsknął śmiechem.

- Jak zawsze.

Opole, Polska

Powinien go stąd zabrać. Nie tylko z tego hotelu, ale w ogóle z miasta, kraju, może nawet kontynentu. Teraz, gdy pomógł z tym przekrętem w aptece i jeszcze dokonał kradzieży leków niemal na oczach innego Stróża, nie był już tutaj bezpieczny. Do tej pory poziom ryzyka zależał od tego, czy Loki wyczyści sprawę, czy nie, a teraz wzrósł o czynnik dodatkowy. Jeśli WINA wpadnie na trop Kiresa, co może się przecież stać przypadkiem, ten nie tylko przyzna się do winy, lecz także odpowiednio pociągnięty za język opowie wszystko, co się wydarzyło. Tym samym wyda Rizela.

Wtedy nie będzie mógł się ukryć. To znaczy słyszał, że to teoretycznie możliwe, ale nie wiedział, jak to zrobić. A to znaczyło, że znajdą go raz-dwa i zapytają, po co kradł leki. Wtedy powie prawdę, a ta pociągnie za sobą kolejną i to pogrąży go już na zawsze, a jego podopiecznego zostawi bez opieki po kres żywota. Zapewne wyjątkowo krótkiego, bo Piotrek, choć nie był złym dzieciakiem, wyjątkowo łatwo pakował się w kłopoty największego kalibru.

Anioł Rizel westchnął i pogładził śpiącego chłopaka po policzku. Wyglądał teraz tak niewinnie, nawet mimo podgolonego łba i krzywego nosa z bulwą po złamaniu u nasady. Tyle wspólnych przygód, tyle sytuacji, z których udało im się jakimś cudem wyjść bez jednego przewinienia za nadużycie. Gdyby to, co teraz się stało, pasowało do tej kategorii czynu, Rizel, a więc i Piotrek, wciąż mieliby jeszcze dwa ostrzeżenia do rozłąki.

Tyle że to, co się stało, nie było zwykłym nadużyciem, nagięciem regulaminu, pomyślał Rizel. To było coś o wiele gorszego.

Otumaniony psychotropami chłopak poruszył się na łóżku, a z jego rozchylonych ust wylała się lepka strużka śliny.

Rizel wstał i podszedł do okna. Miał stąd widok na opolski dworzec kolejowy, na ludzi spieszących na pociąg, anioły pilnujące ich kroków, sprawdzających wysokość krawężników i kłócących się między sobą w przejściu nad głowami dwójki podróżnych, którzy zderzyli się w drzwiach.

- Zrobiłem, co zrobiłem, w imię miłości - szepnął w końcu, by zaraz potrząsnąć głową. Bo czy Upadły nie powiedział kiedyś podobno tego samego?

Śródmieście, Wrocław, Polska

- Pan Krzysiu musiał pilnie wyjść - powiedziała cycata dwudziestolatka do swoich wściekle różowych tipsów. - Kazał pana przeprosić i przełożyć spotkanie na najbliższy możliwy termin.

- To znaczy?

Sekretarka uniosła wzrok i skrzywiła się z niechęcią, upewniając się, że jej rozmówca to zauważył. Następnie ostrożnie, by nie uszkodzić paznokcia, stuknęła jakiś klawisz palcem wskazującym, musnęła bezprzewodową myszkę i kliknęła jej lewy przycisk.

- To znaczy w październiku - odpowiedziała, nie patrząc na monitor. - Dwudziesty siódmy o trzynastej dwadzieścia panu odpowiada?

Kłamca udał, że sprawdza kalendarz w swoim telefonie.

- Tak, odpowiada, proszę zapisać - stwierdził w końcu.

Tym ją zdziwił. Ponownie mu się przyjrzała, tym razem uważniej, lekko przekrzywiając głowę.

- Naprawdę?

- Tak - odparł z uśmiechem. - Materiały, które mam, raczej nie powinny się przedawnić, o ile pan Krzysztof sam z siebie nie planuje w międzyczasie rozwodu. Bo nie planuje, prawda?

Zobaczył, jak pod warstwą kremów, podkładów i pudrów krew odpływa jej z twarzy. Miała ładne, zielone oczy - mógł to docenić dopiero teraz, gdy zrobiły się naprawdę wielkie.

- Ja... ja nie wiem... To znaczy...

Loki sięgnął ręką przez stół i ujął delikatnie jej dłoń. Opuszkiem kciuka powiódł po paznokciu i zacmokał z udawanym przejęciem.

- Wiem, że pewnie nie zna pani wszystkich faktów i planów szefa, ale proszę odpowiedzieć tak, jak pani podpowiada serce... Czy co tam jeszcze w pani pulsowało i pęczniało od krwi w ciągu ostatnich tygodni? Dni? - Nachylił się nad blatem. - Godzin?

Zacisnął dłoń na jej dłoni i długie sekundy wpatrywał się w oczy sekretarki z powagą, by w jednej chwili wyszczerzyć się i odchylić do tyłu. Przywarł plecami do oparcia, ręce zaplótł na karku.

- Na biurowej skrzynce ma pani mail z filmowym załącznikiem. Radziłbym wyciszyć głośniki przed odtworzeniem. A już najszczerzej doradzam ponowne sprawdzenie kalendarza pana Krzysztofa. Nie zajmę mu dużo czasu. Jedna, góra dwie zmiany pozycji.

Widział, że ją kusi. Lewa ręka drgnęła, prawa przesunęła się w stronę myszki. Zamiast jednak sprawdzić pocztę, dziewczyna sięgnęła po telefon i połączyła się z numerem wewnętrznym.

Loki słuchał, jak przedstawia go jako wyjątkowo ważną i pilną sprawę, jak przeprasza i tłumaczy się z tego, że tym telefonem łamie wcześniej zawarte ustalenia. Wraz z kolejnymi odpowiedziami szefa, dla Lokiego brzmiącymi z tej odległości jak pobrzękiwanie wyjątkowo wkurzonego bąka, dziewczyna denerwowała się coraz bardziej. Paznokcie wolnej ręki wystukiwały rytm pod pasodoble, na przygryzanej wardze pojawiła się krew. Gdy w końcu odłożyła słuchawkę, wyglądała na naprawdę wykończoną.

- Może pan wejść - powiedziała, wycierając krew z wargi koniuszkiem chusteczki. - On to z panem załatwi.

- Co takiego? - zdziwił się Loki.

- No kwestię tego maila i filmu.

- Jeśli tylko będzie chciał, to oczywiście może - odparł Loki, wstając i zapinając górny guzik marynarki. - Ale nie mam pojęcia, dlaczego mielibyśmy omawiać akurat chór małych kotków miauczących Yesterday. Liczyłem, że to zostanie jednak między nami.

Mrugnął do zdezorientowanej dziewczyny i podszedł do ciemnych drzwi. Zapukał dwa razy i wszedł do środka bez czekania na zaproszenie.

Siedzący za wielkim biurkiem Krzysztof Fikał był średniego wzrostu mężczyzną o szerokim czole i pociągłej szczęce zakończonej szpiczastym podbródkiem, przez co wyglądał trochę jak kosmita ze Strefy 51, a trochę jak znak "ustąp pierwszeństwa". Ostrzyżony był na krótko, boki niemal do skóry, na górze równy, zadbany trawniczek gęstych rudawożółtych włosów. Nos szeroki, płaski jak u boksera, któremu usunięto chrząstkę.

- To ty mnie próbujesz szantażować, chuju? - zapytał Kłamcę, ledwie ten zamknął za sobą drzwi. Głos miał wysoki, nieprzyjemny, trochę jak żabi skrzek.

Loki przeszedł przez przestronne biuro, oglądając je jak potencjalny najemca. Wszystko tu było drogie, nic do siebie nie pasowało. Ani prosta lampa do obitego skórą kompletu wypoczynkowego na lwich nóżkach, ani designerska szafka do biurka, ani wreszcie artystyczne zdjęcia w antyramach do... czegokolwiek. Na jednym murzyńskie dziecko próbowało nakarmić hipopotama stokrotką. Na drugim znajdował się jaskrawy bohomaz mogący być próbą odtworzenia Rytmu jesieni Pollocka w wersji na keczup, musztardę i majonez, ale równie dobrze dzieckiem z pierwszego zdjęcia, gdy już hipcio pokazał, co sądzi o białożółtym symbolu przyjaźni.

Obejrzawszy wszystko starannie, Loki stanął na środku pokoju i wsadził ręce w kieszenie spodni.

- Nie próbuję, panie Fikał - odparł. - Urocza dziewczyna z tej pana sekretarki. Broni pana jak lwica.

Pierwsze słowa, które przyszły do głowy biznesmena, nie zostały wypowiedziane na głos. Fikał zmełł je, jakby żuł gumę, odchrząknął i dopiero wtedy się odezwał:

- Czego chcesz? I kim ty w ogóle, kurwa, jesteś?!

- Mogę usiąść? - Loki wskazał krzesło po swojej stronie biurka.

- Nie, nie możesz.

Kłamca usiadł. Założył nogę na nogę, dłonie zaplótł na kolanie.

- Straszne zamieszanie z tą włoską knajpką, prawda? - zapytał. - Taka paskudna strzelanina.

- Nie mam z tym nic wspólnego - warknął biznesmen.

- Znaczy ze strzelaniną czy lokalem? Bo ten ostatni, o ile zdążyłem się zorientować, należy do pana.

Fikał zabębnił palcami o blat.

- Jak jedna piąta tego miasta. Co z tego? I ponawiam pytanie: kim ty, kurwa, jesteś?!

Loki roześmiał się, jakby usłyszał najlepszy w życiu żart. Odrzucił głowę do tyłu, kilka razy klepnął się w udo, a potem w jednej chwili spoważniał, zmrużył oczy i spojrzał na biznesmena lodowato. Uwielbiał tę zagrywkę i samą minę. Ćwiczył ją długo przed łazienkowym lustrem, korzystając z GIF-u z Eastwoodem jako Harrym Callahanem.

- Kim jestem, śmieciu? - zapytał, modulując głos, by nadać mu chłodny, stalowy ton. - Jestem kimś, kto przyjechał posprzątać ten pierdolnik, zanim rozleje się na całe to miasto, a może i resztę kraju. Wydaje ci się, że jesteś groźny, bo imponujesz smarkatej sekretarce i wygoniłeś z kilku kamienic parę cygańskich rodzin? Bo raz czy drugi postawiłeś flaszkę paru zbirom za połamanie komuś nóg? W ciągu godziny mógłbym, nie wychodząc z tego pomieszczenia, zredukować cię do woreczka zębów i nikt by więcej o ciebie nie zapytał. Ani ta twoja laseczka, ani rodzina, ani nawet pan Józiu, który podnosi ci szlaban, gdy jeździsz do swojego ruchaj-hausu na Psim Polu. Taki właśnie jesteś wielki, dupku. Tak bardzo ważny.

Mówił cicho. Nie akcentował żadnego ze słów i nie robił żadnej miny prócz tej Clintowej. Widział, że i bez tego jego mowa zrobiła należyte wrażenie, umieściła Fikała w punkcie, w którym chciał go teraz mieć. I pomyśleć, że wszystko, czego się dowiedział, znalazł wyłącznie w sieci, snując się po wrocławskich forach i przeglądając lokalne ploteczki. Tylko tego Józia zmyślił, ale szedł o zakład, że biznesmen też nie zna imienia byle osiedlowego stróża.

Czując na sobie wzrok Fikała, Loki wstał, podszedł do barku i nalał sobie i gospodarzowi bourbona na dwa palce. Wrócił na swoje miejsce, pchnął szklankę przez blat. Biznesmen jeszcze tego nie wiedział, ale ten gest oznaczał zmianę w kursie rozmowy.

- Właściwie nie wiem, czemu ta rozmowa musiała mieć do tej pory taki przebieg, panie Fikał - podjął Loki tym samym co wcześniej tonem. - Pan zaczął ostro, mnie poniosło. A właściwie to, po co przyszedłem, nie powinno stanowić dla pana żadnego problemu. Potrzebne mi nagranie z lokalu...

- Nie ma, już mówiłem policji, że dla komfortu klientów na czas każdego spotkania biznesowego we wszystkich moich restauracjach może być na życzenie...

Loki uciszył go gestem.

- Ależ ja nie mówię o oficjalnej kamerze - wyjaśnił. - Z tej będę potrzebował tylko z pół godzinki nagrania pustego lokalu. Na pewno macie coś takiego, nie? Na podmianki chociażby, gdyby policja bardzo się upierała.

Dostrzegł, że biznesmen nabiera powietrza, więc rozbawiony pogroził mu palcem. Fikał zamknął usta.

- Krzysiu, no przecież nie zaprzeczysz. - Loki nie krył rozbawienia. - Oczywiście, że masz nagranie do podkładek i programy do jego postdatowania, bo o ile tu mogłeś się wytłumaczyć, że wyłączyłeś kamery na czas spotkania, o tyle gdyby coś się stało w normalnych godzinach funkcjonowania lokalu... No przecież sam wiesz, Krzysiu, nie jesteś amatorem. Z tego samego powodu masz też drugi monitoring na własny użytek. Co ty myślisz, że ja nie wiem, co masz na prezydenta miasta? Co masz na arcybiskupa? Krzysiu...

- Wolałbym... - Fikał przełknął ślinę, chrząknął nerwowo i uderzył się pięścią w pierś. - Wolałbym, żebyśmy wrócili do bardziej oficjalnej formy.

Loki uniósł szklankę, jakby przepijał do tej propozycji.

- Oczywiście, panie Krzysztofie - powiedział. - Widzi pan? Oto rozsądna prośba i właściwa na nią reakcja. Moja prośba też była rozsądna, więc jak rozumiem, mogę liczyć na...

- Pijany Gryzoń - wszedł mu w zdanie Fikał.

Loki uniósł brew.

- Czy pan mnie właśnie obraził?

- Nic z tych rzeczy - zaprzeczył energicznie gospodarz. - To nazwa innego mojego lokalu. Na Ostatnim Groszu. Mordownia, ale to przykrywka dla serwerowni. Tam dadzą panu wszystko.

Kłamca przyjrzał się uważnie rozmówcy. Dopił bourbona na jeden łyk, odstawił szklankę i otarł wąsy wierzchem dłoni.

- Jeśli przez wszystko rozumie pan to, o co poprosiłem, panie Krzysztofie - powiedział, wstając - to nie mogę być bardziej wdzięczny. Jeśli jednak w gratisie postanowiłby pan na przykład doliczyć kosę pod żebro, zapewniam, że takich prezentów nie przyjmuję i może się pan spodziewać natychmiastowego ich zwrotu. Rozumiemy się, prawda?

- Tak, panie... - spróbował Fikał, ale Loki nie zamierzał się w to bawić.

- Panie w zupełności wystarczy. Dziękuję.

Wyszedł i zamknął za sobą drzwi gabinetu. Zrobił to na tyle cicho, że siedząca przy biurku dziewczyna nawet się nie odwróciła. Kłamca upewnił się, że nikt go nie widzi, cicho westchnął i nałożył na siebie pełną iluzję Krzysztofa Fikała. Odtworzył sobie w głowie jego głos i cichutko powiedział na próbę kilka słów, by się upewnić, że umie się nim posłużyć. Dopiero wtedy podszedł bezszelestnie do dziewczyny i położył jej ręce na ramionach.

Spięła się i odwróciła gwałtownie, a dostrzegłszy minę szefa, uniosła brwi.

- A jak nas ktoś zobaczy? Ten klient na przykład?

Loki uśmiechnął się, boleśnie świadom, że grymas, który ona widzi, zdecydowanie nie jest tym, który zwykł i lubił pokazywać światu.

- Posiedzi sobie u mnie, ma dupek parę rzeczy do przemyślenia.

W jej oczach pojawił się błysk złośliwej satysfakcji.

- Uderzyłeś go?

- Powiem tylko, że nie chciałbym być w jego skórze - odpowiedział, po czym cofnął się, odciągając do tyłu jej krzesło. - Chodź, potrzebuję się trochę rozluźnić. Pomożesz mi.

- Jak zawsze - odparła.

Pokręcił głową z rozbawieniem.

- Tym razem będzie na swój sposób wyjątkowo.

Wrocław, Polska

- Nie rozumiem, dlaczego upierasz się na samochód - powiedział Butch, gdy już opuścili mieszkanie i szli koślawym chodnikiem o popękanych płytach w stronę wykupionego przez komisarza miejsca parkingowego. - Przecież mogę nas tam przenieść w moment, a tu naprawdę liczy się czas.

- Więc możesz się przenieść i tam na mnie zaczekać - odparł Ryjek. By mówić swobodnie i nie budzić zdziwienia sąsiadów, zdecydował się na słuchawki z mikrofonem do telefonu. Kiedyś dawno temu uznał je za idealny kamuflaż dla wszelkiej maści wariatów, ludzi gadających do siebie lub konwersujących z Bogiem. Dziś ta ironia losu nawet go trochę rozbawiła. - Ja nie będę się z tobą teleportował, bo to nie jest pieprzony Star Trek. No i jak się nagle potem rozmyślisz i znikniesz, to będę co, tramwajem jeździł jak zwykły... Ej, co jest, kurwa?!

Wyszli właśnie zza rogu i Ryjek dostrzegł, że na jego miejscu stoi nieznany mu samochód. Kierowcy wielkiego srebrnego SUV-a najwyraźniej nie przeszkadzał namalowany na kawałku betonu numer rejestracyjny samochodu komisarza i napis "Nie zastawiać", przymocowany do siatki znaczek grożący odholowaniem uznał za nieistotny, a składany słupek okazał się dlań tak kłopotliwy, jak mocny był pałąk małej kłódki z Tesco, czyli niezbyt. Gdy komisarz podszedł bliżej, dostrzegł w pobliskiej trawie resztki tandetnego zabezpieczenia.

- Gdzie jest mój samochód, do cholery?!

Stojący niedaleko dwaj magazynierzy z osiedlowego Carrefoura Express, lokalny żulek i kierowca, który przywiózł późną dostawę napojów, przerwali rozmowę nad papierosem i zaczęli mu się uważnie przyglądać, wietrząc dramę. Butch założył ręce na wielkiej piersi niczym Chandlerowska wersja dżina z baśni o Alladynie.

- To może jednak się przeniesiemy? - zapytał.

Ryjek łypnął na niego spode łba. Przyklęknął, by podnieść uszkodzony kawałek kłódki, i przyjrzał się pękniętej czerwonej obudowie. Wstał, po czym wyjął telefon, zrobił zdjęcie zniszczonemu mieniu i kilka zdjęć SUV-owi. Wysłał je gdzieś i wybrał numer.

- Grzesiek? Cześć, to ja... Tak, pamiętam o wizycie, ale mogę nie zdążyć... Grzesiu, Grzesiek... poczekaj... Stój, kurwa! Potrzebuję wiedzieć, gdzie jest mój wóz... Tak, zamierzam prowadzić i naprawdę nie interesuje mnie, co masz do powiedzenia na ten temat!... - Zerknął na Butcha i przewrócił oczami. - Nie, czekaj, to nie tak. Po prostu... Dobra, i tyle chciałem wiedzieć. Dobra, dzięki... No? Jak ze sprawą, to mów...

Minęły kolejne dwie minuty, podczas których Ryjek przechadzał się nerwowo po parkingu, zadawał pytania i potakiwał. Butch przyglądał mu się z oddalenia z narastającym zniecierpliwieniem. Kilka razy miał już coś wtrącić, ale ledwie otwierał usta, Ryjek dawał mu znak, że jeszcze nie teraz. W końcu komisarz rozłączył się i schował telefon do kieszeni.

- To tak - zaczął. - Z postępów w sprawie mamy świadka wydarzeń.

- To chyba dobrze? - upewnił się Butch. - Bo twoja mina...

- Średnio dobrze - wyjaśnił Ryjek. - To dzieciak, w dodatku mały Ukrainiec. Jest tam z matką, nie mają papierów, domagają się ochrony i obywatelstwa w zamian za informację. Do gadki z nim potrzebny nam i prokurator, i psycholog, i pewnie jeszcze tuzin ludzi, więc szybko go nie przesłuchamy.

- Ja mógłbym od razu - zaproponował Butch. - Wniknę mu w myśli i...

Ryjek pokręcił głową.

- Później. Jeśli możesz, wyślij tam kogoś. Może tego swojego partnera, co mówiłeś, albo coś. My jedziemy gdzie indziej.

Butch zmarszczył czoło.

- Dlaczego gdzie indziej, skoro mamy świadka?

- Bo mamy też właściciela lokalu, o którym, tak się składa, sporo wiem, i mogę podejrzewać go o najgorsze. Pewnie ma sekretne nagranie spotkania i masę innych ciekawych rzeczy, których mi nie da, ale o których pomyśli, gdy go odpowiednio zapytam. A skoro ty czytasz w myślach, to...

- Nie mogę zdradzać ludziom myśli innych ludzi - stwierdził Butch.

- A ja w swojej pracy śledczej pomagać aniołom - odparował Ryjek.

Zmierzyli się na spojrzenia i stali tak wpatrzeni w siebie długie sekundy, aż w pewnej chwili zjawił się przy nich radiowóz. Młody okularnik w mundurze, który wyskoczył zza kierownicy, zasalutował niedbale Ryjkowi.

- Dostaliśmy zdjęcia od pana, komisarzu, i mam się zająć tematem. To pana miejsce parkingowe? Chce pan, żeby go odholować? - Wskazał na przestrzeń zajętą przez SUV-a.

Ryjek nie odpowiedział, wciąż wpatrzony w oczy Butcha. Wreszcie anioł skapitulował.

- Wyślę Zadrę do tego dzieciaka, a sam zabiorę się z tobą do tego człowieka, o którym mówisz. Ale po pierwsze, teleportuję cię tam, a po drugie, udzielę ci odpowiedzi tylko na te pytania, które wiążą się z tym śledztwem, jasne?

- Tak - odparł Ryjek hurtem na wszystkie pytania obu swoich rozmówców. I nagle zdał sobie sprawę, że choć wzorem swoich idoli książkowych i filmowych ze starych kryminałów zawsze starał się oszczędzać słowa, to właśnie osiągnął na tym polu mistrzostwo.

***

Dotarcie na miejsce zajęło im niecały kwadrans. Byliby szybciej, ale Ryjek uparł się, by zmaterializować się w podziemnym garażu, w punkcie bez działających kamer, więc Butch musiał najpierw takiego poszukać. Potem, w holu, długo czekali na windę, bo jedną ktoś blokował na szóstym piętrze, a druga nie działała. Gdy w końcu dotarli na górę, pokonali korytarz i rozsuwane drzwi z mlecznego szkła, znaleźli się w przestronnej recepcji biura wrocławskiego biznesmena Krzysztofa Fikała. Tyle było na drzwiach, w logotypie i tyle wystarczało. Jeśli ktoś już tu trafiał, wiedział, czym biznesmen się zajmował. I albo chciał mieć w tym swój udział, albo chciał go za to aresztować.

Ryjek wiedział, że wojewódzka kilka razy była całkiem blisko złapania Fikała, ale zawsze jakoś się im wymykał. Przypisywano to kontaktom w Warszawie, sympatyzowaniu z obozem władzy, koneksjom rodzinnym. Zdaniem komisarza kluczowe było to, że facet był wyjściowo bogaty i z natury śliski. Tacy nigdy nie rządzą światem, ale zawsze wchodzą gładko, gdzie chcą, i w razie czego wyślizgują się niezauważeni. Ryjek miał wielką ochotę rzucić teraz filmowym "nie tym razem", ale przypuszczał, że ta sprawa też raczej nie zmieni wyniku starcia Fikał kontra policja. Choć na ciekawe informacje i materiały szansa była spora.

Powitała ich młoda, dobrze wyglądająca sekretarka. Była nieco rozkojarzona, ale widok legitymacji Ryjka przywrócił ostrość jej spojrzeniu. Skrzywiła się lekko, uniosła słuchawkę i połączyła się z biurem za swoimi plecami. Zaanonsowała komisarza ogólnie jako policję, odpowiedziała twierdząco na zadane jej pytanie i odłożyła słuchawkę.

- Może pan wejść - powiedziała. - Kawy?

- Poproszę.

Gdy komisarz wszedł do gabinetu Fikała, ten stał już na środku pokoju, a Butch, który zniknął gdzieś w trakcie rozmowy Ryjka z sekretarką, zmaterializował się przy oknie i swoim zwyczajem zaplótł ręce z tyłu.

- Komisarz Jakub Ryjek, wydział... - zaczął Ryjek, ale szeroko uśmiechnięty Fikał machnął ręką na znak, że to zbyteczne.

- Znamy się, panie komisarzu - stwierdził, by zaraz doprecyzować. - To znaczy nigdy się nie spotkaliśmy, ale ja znam pana, bo tak się składa, znam wszystkich policjantów w moim mieście, a pan zna mnie, bo to... no cóż, moje miasto.

Przy ostatnich słowach rozłożył ręce, jakby pytał, co może na to poradzić. Stało się i już.

Ryjek nie dał się sprowokować. Odpuścił sobie wszystkie cisnące mu się na usta słowa i skinął tylko lekko głową na znak, że gotów jest zgodzić się na pominięcie formalności.

- Przyjechałem do pana w sprawie... - przerwał, bo właśnie otworzyły się drzwi i do pomieszczenia weszła sekretarka.

Bez słowa przeszła przez gabinet i wypięła się, stawiając tacę na niskim stoliczku zestawu wypoczynkowego. Gdy wychodziła, Ryjek słyszał szelest jej trących o siebie nylonowych pończoch. Uśmiechnął się do Fikała, który odpowiedział podobnym grymasem, choć zrodzonym ze zdecydowanie innych pobudek. Biznesmen był przekonany, że to spojrzenie i te uśmiechy to wynik męskiego porozumienia ponad podziałami. Samczego instynktu, który pomaga mężczyznom znaleźć miejsce, w którym się spotykają, nawet gdy na wszystkich innych polach panuje u nich niezgodność. Ryjek z kolei uśmiechnął się, bo nagle wiedział, jak powinien zacząć rozpoczęte chwilę wcześniej zdanie. Zanim to jednak nastąpiło, musiał się co do czegoś upewnić.

- Butch, słyszysz mnie? - zapytał się w myślach. - Butch, wiem, że nie możesz po prostu czytać moich myśli, ale teraz chcę, byś je poznał. Czy może...

- Słyszę - odparł anioł wciąż wpatrzony w okno.

- Powiedz mi, bo nie jestem pewien, czy wcześniej dobrze cię zrozumiałem. Czy ten Loki, o którym mówiłeś, potrafi... zmieniać wygląd? Stać się każdym? Dobrze zapamiętałem twoje słowa?

Butch odwrócił się powoli, by spojrzeć na policjanta z zainteresowaniem.

- Tak... - odparł.

- Czy mówiąc, że ma on skłonność do paskudnych żartów i nieokiełznaną chuć, miałeś na myśli to, co to słowo znaczy wśród ludzi, czyli wielki apetyt na seks?

- Czemu pytasz?

- ...komisarzu? - Ryjek dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że Fikał coś do niego mówi. Dał mu znak, żeby poczekał.

- Ci dwoje mają ze sobą romans. Dość wczesny, sądząc po tym, jak na siebie reagują. Ta dziewczyna chwilę temu uprawiała seks - pomyślał Ryjek. - Jest rozanielona, trochę zmęczona, wyraźnie usatysfakcjonowana, wdzięczna i trochę zaskoczona, a w dodatku... no, pachnie seksem. Facet na przymusowym urlopie potrafi to wyczuć. Jednocześnie jej szef jest podniecony, zdecydowanie nie jak ktoś, kto przed chwilą przeleciał seksowną sekretarkę, czyli to nie z nim się właśnie pieprzyła. Więc albo miała przerwę i sekretnego kochanka w garażu, albo ktoś wyglądający jak jej szef zrobił jej zaskakująco dobrze.

Ledwie Ryjek skończył ten wywód, zdał sobie sprawę, jak absurdalnie musi on brzmieć. Absurdalnie, ale jednocześnie prawdziwie. To było niesamowite, jak jego umysł szybko się zaadaptował. Jak nie tylko zaakceptował istnienie i obecność aniołów czy istot mitycznych, lecz także zasłyszane informacje o nich, nawet jeśli nieprawdopodobne, zaczął wplatać w warkocz śledztwa. Czy to kwestia tej rzekomej, omyłkowej świętości? Czy może jednak starego psa można nauczyć nowych sztuczek?

Butch stał przez chwilę w bezruchu, by po kilku sekundach zniknąć.

- Komisarzu? Wszystko w porządku?

- Tak, tak, już wyjaśniam, po co tu... No co znowu, do cholery? - odparł policjant, udając poirytowanie i wydobył telefon z kieszeni. Wpatrywał się przez chwilę w zgaszony ekran, udając, że czyta, a potem westchnął, pokręcił głową i schował telefon. Podniósł wzrok na Fikała. - Otóż sprawa...

Anioł zmaterializował się ponownie, dysząc gniewem.

- Miałeś rację - wysapał. - Właśnie spała ze swoim szefem i ciągle o tym myśli. A on myśli tylko o tym, po co tu jesteśmy i że jak tylko wyjdziemy, musi się z nią zamknąć, bo...

- ...nie uprawiali seksu od kilku dni - dokończył w myślach Ryjek.

Wtedy stało się coś, czego się nie spodziewał. Dziwny dźwięk, jakby pyknięcie towarzyszące odtykającym się w samolocie uszom, a potem nagle gwałtowny powiew, rozmyty ruch i łoskot towarzyszący przesuwającemu się biurku. Wszystko to nie zdążyło jeszcze dobrze do komisarza dotrzeć, a już zobaczył przypartego do ściany, uniesionego kilka centymetrów nad ziemię, przerażonego Fikała, oraz trzymającego go za gardło Butcha.

- Mów - cedził anioł. - Mów, gdzie jest i czego od ciebie chciał. Zanim zatrze ślady.

W Ryjku, choć to całe zmaterializowanie i anielska agresja mocno go zaniepokoiły, szybko odezwał się kolejny gliniarski instynkt. Przeanalizował sytuację i określił zaistniały problem.

- Trzymasz go za szyję. Udusisz go, a nic ci nie powie.

Butch pokręcił głową.

- Może myśleć - odparł. - Nawet lepiej, bo wtedy przekaże mi wszystko obrazami.

- I co? Myśli o tym?

- Nie, nie myśli - przyznał anioł.

- A co myśli?

- "O kurwa, skąd on się tu wziął, o kurwa, zaraz umrę, o kurwa..."

Ryjek uznał, że uśmiech wystarczy tu jako puenta. Butch powoli opuścił biznesmena, a potem machnięciem ręki zatrzasnął otwierające się drzwi.

- Uspokoisz sekretarkę, że nic się nie dzieje? - zapytał komisarza.

- A nie dzieje się? - upewnił się Ryjek. - Muszę to wiedzieć, bo wiesz, święci nie powinni kłamać.

- Kim... kim wy... - Opuszczony Fikał zgiął się wpół i próbował jednocześnie złapać oddech i się wysłowić. Jedno i drugie nie szło mu najlepiej.

- Kontroluję sytuację - wyjaśnił Butch. - W nadzwyczajnych przypadkach mogę objawić się ludziom, a następnie zaingerować w ich pamięć celem uporządkowania ich wiedzy.

Ryjek poskubał się w podbródek.

- Znaczy usuniesz mu pamięć?

Butch uśmiechnął się i kolejne słowa wymyślał, zamiast wypowiedzieć.

- Pozwolę mu sobie wszystko zracjonalizować. Zajmij się sekretarką, a ja dowiem się, gdzie jest ten drań Loki i ile ma nad nami przewagi.

Komenda Wojewódzka Policji, Wrocław, Polska

Policjant, którego imienia nie pamiętała, był miły i bardzo taktowny. Swietłana dopuszczała do siebie oczywiście myśl, że mógł się tak zachowywać wobec wszystkich potencjalnie ważnych świadków, ale coś mówiło jej, że dużo większe znaczenie miała tu krótka sukienka z golfem, ciasno opinająca jej wspaniałe kształty. Widziała nagłe rozbłyski pożądania w jego oczach, słyszała, jak przełykał ślinę, a to gdy przypadkiem upuściła i podniosła pusty kubeczek po wodzie, a to gdy uniosła ręce, by się przeciągnąć. Pragnął jej jak ci wszyscy parobkowie i panowie przez dekady lepszych czasów. Chciał tak, że wystarczyłaby chwila, a mogłaby go mieć tu i teraz, może w łazience, może nawet w tej sali przesłuchań, do której zaraz mieli się udać.

Dać mu chwilę, może dwie, by wziął się za zaspokajanie żądz, a następnie wgryźć się weń i pić ciepłe, pulsujące życie. Jak oni wszyscy, tak i on zostałby z nią już na zawsze, byłby na każde wezwanie swej pani o żelaznych zębach. Te, które obecnie miała, obleczone w aparat, całkiem nieźle radziły sobie ze skórą i ścięgnami. Jedynym problemem było to, że czasem przycinała sobie w tym cholerstwie język.

- Pani Swietłano, Oleg, pozwólcie ze mną. - Jej policjant wskazał drzwi na końcu korytarza, a potem przyglądał się z koniuszkiem języka między suchymi wargami, jak Swietka wstaje i bez pośpiechu obciąga sukienkę. Tym razem pamiętała, by odwrócić się do chłopca o pustych oczach i podać mu rękę; wcześniej na dyżurce musieli jej o tym przypomnieć, ale chyba wytłumaczyli to sobie szokiem.

- Chodź - powiedziała, lecz zaraz odkaszlnęła i powtórzyła łagodniej. - Chodź, kochanie.

Chłopiec o pustych oczach uniósł głowę niczym pies, który usłyszał swoje imię. Wstał, podał Swietce rękę i dał się poprowadzić.

- Za chwilę przyjdzie do was pani Gosia, jest psychologiem - mówił po drodze policjant. - Ona wyjaśni pani co i jak, i to ona zadecyduje, czy będzie pani mogła...

- Proszę mi mówić po imieniu - przerwała mu. - Swietłana.

Zawahał się. Przystanął, ukradkowo się rozejrzał, ale w końcu wyciągnął do niej rękę.

- Marcin - przedstawił się i zaraz pochylił się do niej. - Jadą tu też z UDSC i nie wiem, jakie mają plany, ale jak nam pomożesz, znaczy Oleg pomoże...

- Pomoże - odparła Swietłana. - Prawda, synku?

Po twarzy chłopca przebiegł bolesny grymas świadomości. Może właśnie przypomniał sobie swoją prawdziwą matkę? Mogła nim rządzić, mogła używać go, jak i innych, do wabienia kolejnych ofiar albo znudzona sprawić, by zniknął i rozwiał się niczym mgła. Jedyne, czego nie była w stanie robić, to czytać w myślach tej małej zbłąkanej duszy. Wcześniej nie czuła takiej potrzeby czy nawet chęci. Teraz zaskoczyło ją to pragnienie.

- Da - odparł chłopiec i opuścił głowę. Policjant położył mu rękę na drobnym ramieniu.

- Wszystko będzie dobrze - zapewnił, otwierając drzwi i wpuszczając ich do pokoju z numerem pięć. - Zadbamy o was i nic wam nie gro... Swietłana, coś się stało?

Pokręciła głową energicznie, niezdolna powiedzieć choćby słowa. Dłonie zacisnęła nagle tak mocno, że aż chłopiec, którego trzymała, mimo iż był tylko zbłąkaną duszą, syknął z bólu. Nie zwróciła na to uwagi, podobnie jak na ponowione przez policjanta pytanie, czy wszystko w porządku. Bo nic nie było w porządku. A już najmniej chudy wymoczek w grafitowych spodniach i koszuli, oparty pośladkami o blat przytwierdzonego do podłogi stołu.

- Jestem Zadra - powiedział wymoczek. - Wejdź, proszę.

Posłusznie zrobiła kilka sztywnych kroków i zajęła miejsce za jednym z krzeseł.

- Myślę, że powinnaś puścić chłop... znaczy tę duszę zbłąkaną, niech sobie usiądzie.

Wykonała i to polecenie, a wtedy Oleg, zupełnie jakby był żywym, zwyczajnym dzieciakiem, wdrapał się na siedzisko i położył ręce na blacie.

Zadra przyjrzał się chłopcu uważnie i... czy on naprawdę puścił do niego oko, czy Swietłanie tylko się zdawało? Otworzyła usta, by zabrać głos, ale anioł, nie patrząc na nią, przyłożył palec do ust.

- Bardzo by teraz pomogło, gdybyś uśmiechnęła się do pana podkomisarza i powiedziała, że wszystko w porządku. O, i jeszcze poprosiła o herbatę - zaproponował. Usiadł na blacie. Machając nogami, czekał, aż policjant wyjdzie i zamknie za sobą drzwi. Dopiero wtedy zwrócił się ponownie do Swietki.

- Powiesz mi, kim jesteś?

- Naprawdę nazywam się Małgorzata... - zaczęła Swietka starą, wyuczoną formułką, ale Zadra powoli pokręcił głową, jednocześnie z przyganą i dezaprobatą.

- Nie chciałem tak formułkami, ale nie dajesz mi wyboru. - Chrząknął w pięść i zapytał, siląc się na powagę i groźność. - Kim jesteś, mityczna istoto? Określ swój rodzaj.

Swietka westchnęła. Nie przestraszył jej tym pohukiwaniem sowy w studni, ale wiedziała, że jak nie ten, to następny na pewno wszystko z niej wyciągnie. Nie było sensu zmyślać, a przynajmniej nie teraz.

- Swietłana. Południca.

Zadra sięgnął do kieszeni spodni i wyjął z niej notes. Przypięty do niego długopis miał na końcu główkę psa Goofy'ego. Anioł zanotował kilka słów, po czym zamarł, gryząc psa w czapkę.

- Przysłał cię Loki, prawda?

Zawahała się, lecz zaraz skinęła głową. Zadra znowu coś zanotował.

- Powiesz mi, proszę, co kazał ci tutaj zrobić? Znaczy wiesz, nie konkretne czynności, jak wstawanie, siadanie i tak dalej, tylko... - Zakręcił długopisem młynek w powietrzu. - No wiesz, rozumiesz. Jaki chciał zasiać ferment. Powiesz mi, proszę?

Milczała, wpatrując się w niego.

- Powiem - powiedziała w końcu. - Wszystko powiem, jeśli tylko obiecasz, że nie dacie mu mnie skrzywdzić.

- Obiecuję. - Anioł uniósł do góry dwa palce. - Solennie.

Odetchnęła z ulgą i odgięła się na krześle. Zaraz jednak przypomniała sobie, że przecież nie ma nieograniczonego czasu, zanim wróci ten jej policjant. Cokolwiek chciała powiedzieć aniołowi, musiała to zrobić teraz, szybko. Pochyliła się więc do przodu, splotła ręce na blacie i zaczęła mówić.

W kilku zwięzłych zdaniach przytoczyła wszystkie słowa, jakie Loki kazał powiedzieć policji jej rzekomemu dziecku, jak również wszystkie instrukcje odnośnie do rzeczy, jakie miała zrobić później, łącznie z tą, by czekała na niego jako agenta UDSC czy w kogo się tam wcieli. Zadra przerwał jej tylko dwa razy. Raz, by rozpisać zbuntowany długopis, i drugi, by wyjaśniła mu przytoczony skrót. Gdy skończyła, zamknął notes i umieścił go w kieszeni.

- No i świetnie! - powiedział z satysfakcją, zeskakując ze stołu. - Dziękuję za pomoc. Nie bolało, prawda?

Swietłana odruchowo przygryzła wargę w ten zmysłowy, uwielbiany przez facetów sposób. Wiedziała, że na nic się to teraz nie zda, że ten drobiazg przed nią nie jest tak naprawdę facetem i jej sztuczki na niego nie zadziałają, ale to było silniejsze od niej.

- Pomożecie mi teraz, prawda? - zapytała. - Nie dacie mu mnie skrzywdzić?

Zadra pogładził się po policzku wyraźnie zakłopotany.

- To są dwa różne pytania, południco - stwierdził. - Masz oczywiście moje słowo co do tego, że Kłamca cię nie skrzywdzi, a jako anioł nie mogę i nawet nie chcę kłamać. Ale co do pomagania ci, to nie wiem, co przez to rozumiesz. Jesteś istotą mityczną, a przepisy wobec takich są jasne. Nie możecie istnieć.

Jakby uderzył ją w twarz. Poczuła falę gorąca, zimna i znowu gorąca, a serce zakłuło ją tak, jak wtedy, gdy wikary Jędrek chlapał na nią wodą święconą, głosząc żarliwy egzorcyzm. Wtedy uratowało ją odsłonięcie pośladka i jego moment zwątpienia. Teraz, wiedziała to już w tym momencie, nikt jej nie da takiej szansy. Mimo to spróbowała.

- A Loki? Nie mogłabym być jak Kłamca?

Zadra zamyślił się przez chwilę, a potem z wyraźną radością i z uśmiechem wskazał ją palcem.

- A widzisz, to jest myśl! Archaniołowie mogą podjąć taką decyzję! Jesteś sprytna, to mogłoby zadziałać!

- Naprawdę?! Zapytasz ich?!

Zadra się roześmiał.

- Wiesz, jak rzadko zwykły anioł jak ja widuje archanioła? - wyjaśnił przyczynę swojego rozbawienia. - No i do tego oni nie lubią, jak im doradzać. Ale jeśli zapytają, na pewno im cię doradzę. To też mogę ci obiecać.

Nie odpowiedziała. Bez sił opadła na krzesło, przywarła łopatkami do oparcia i opuściła ręce wzdłuż ciała. Patrzyła, jak uśmiechnięty anioł rozwiewa się w powietrzu i w tym samym momencie otwierają się drzwi do pokoju przesłuchań.

Jej policjant uśmiechnął się do niej i przepuścił w progu kobietę pod pięćdziesiątkę w bordowej garsonce z wielką broszką w kształcie kwiatu na piersi. Kobiecie towarzyszył Stróż, który na widok Swietłany odruchowo wysunął się przed swoją podopieczną, by zasłonić ją własną piersią.

Swietka prychnęła cicho, z rezygnacją.

- Spokojnie, kobiety mnie nie interesują - powiedziała.

Na Ostatnim Groszu, Wrocław, Polska

Loki miał nadzieję, że to będzie właśnie taki lokal. Obiecujący był już szyld - niegdyś kolorowy, dziś wyblakły, odrapany i upstrzony wlepkami klubów sportowych. Obok na murze ktoś - sądząc po charakterze pisma, doktor medycyny - przysięgał wierność Śląskowi "aż po grub". Na pierwszym z ośmiu schodków wiodących w dół do lokalu zdradziecko obluzowała się popękana płytka.

Ledwie Kłamca pchnął obite blachą drzwi, uderzył go znajomy i obiecujący zapach. Woń kurzu, dawno niepranych, ciężkich kotar i zwietrzałego piwa mieszały się z potem starym i nowym, papierosowym dymem i słodkim żółtym serem, zapewne z tych tostów serwowanych na barze, według kartki po "dwa za piątkę dla stałych klientów".

Tylko barman zerknął na niego znad rozwiązywanej krzyżówki. Cała reszta obecnych w barze typów, czterech mężczyzn grających w karty przy stole obciągniętym starą ceratą i dwóch sączących piwo pod starym pudłem telewizora, nie zareagowała ani na światło, które niechcący wpuścił, ani zaduch, który niczym złośliwy, ciekawy świata kot czaił się przy progu, by zwiać, ledwie dostrzeże szczelinę.

Loki podszedł do baru i zamówił piwo z kija. Nie pytał, jakie mają, bo jeśli czegoś się nauczył po tych wszystkich podróżach po świecie, to tego, że w Polsce o to pytać nie musisz. Co najwyżej czasem trzeba się było upewnić, czy jak to w katolickim kraju, barman aby za dużo nie chrzci. Ten na takiego nie wyglądał. Masywny koleś, ostrzyżony kiedyś po żołniersku, dziś zarośnięty jak ktoś, komu w cywilu do fryzjera nigdy nie jest po drodze. Gęsta broda kołtuniła się i kręciła, wąsy wyrastające jakby prosto ze spłaszczonego, krzywego nosa niemal zasłaniały mięsistą wargę. Na potężnym lewym przedramieniu barman miał gotykiem napisane "Pierdol się", a na prawym, w razie czyichś wątpliwości "Tak, do Ciebie, chuju". Piwo nalewał z nonszalancką wprawą. Postawił je przed Lokim i wrócił do krzyżówki.

- Dzięki.

Kłamca podniósł wyszczerbiony kufel i przepił do barmana, a potem odwrócił się na hokerze, by zmierzyć wzrokiem salę. Nie miał za wiele czasu, ale wszystko powinno się udać, jeśli tylko wszystkimi tu obecnymi pokieruje w należyty sposób. Wystarczyło, że sprowokuje tych przy kartach do ostrzejszej wymiany zdań, a wtedy ci dwaj spod telewizora ochoczo dołączą. Wyglądali na taki... ej, zaraz!

Loki raz jeszcze spojrzał w stronę stolika z graczami i wtedy go dostrzegł. Krył się w zupełnie zaciemnionym rogu, w dodatku pochylał nisko nad jednym z graczy, więc trudno go było dostrzec w tym jego grafitowym wdzianku. Był chudy, drobny, wyglądał trochę jak jeden z tych patykowatych szczeniaków, co dopiero po czterdziestce przestają wyglądać jak designerski wieszak. Akurat w chwili, gdy Kłamca zwrócił na niego uwagę, anioł obchodził stół, sprawdzając wszystkim graczom karty. Teraz wrócił do swojego i zaczął mu coś szeptać.

- O skurwiel - mruknął Loki.

- Mówisz o szarym? - zapytał barman, nie podnosząc wzroku.

Loki spojrzał na niego zdziwiony.

- Widzisz go?

Dopiero wtedy mięśniak za barem spojrzał na Kłamcę i uśmiechnął się, prezentując wyszczerbioną jedynkę.

- Barmani widzą wszystko, nie słyszałeś? Zwłaszcza we Wrocławiu, gdzie haracz płacisz jebanym krasnoludkom. - Zmarszczył czoło i lekko przechylił głowę. - Ty też jesteś dziwny jakiś. Będą kłopoty?

Loki zakołysał otwartą dłonią.

- Trochę mogą być - przyznał. - Choć może obejdzie się bez sprzątania. Kojarzysz lokal Michaelo Cielo?

Barman westchnął i sięgnął pod kontuar.

- Naprawdę, stary, nie każ mi tego robić - powiedział. - Idź sobie po prostu grzecznie i...

Umilkł w pół słowa, gdy nagle poczuł na szyi chłód ostrza. Loki nadal siedział przy barze, ale jednocześnie stał teraz za nim i przykładał mu do szyi nóż pachnący limonką.

- Nie jestem gliną, nie jestem z mafii, potrzebuję tylko nagrania z tej ostatniej akcji, by je zniszczyć. Dasz mi je, a nie narobię żadnych kłopotów. Słowo.

Barman powoli, ostrożnie pokiwał głową i na znak pojednania puścił zamocowany pod kontuarem pistolet. Loki cofnął ostrze i wrócił na swój stołek przy barze. Podniósł kufel i opróżnił na raz. Czknął, otarł usta rękawem i wstał.

- Jeszcze jedno - poprosił. - Jakbyś mógł dać mi kartkę i długopis.

Barman podsunął mu żółtą karteczkę i swój ołówek, a Loki zapisał coś szybko, wstał i ruszył w stronę stolika z graczami.

- Jak tam, panowie? - zapytał. - Pozwolicie, że dorzucę coś do puli?

Łysiejący mężczyzna o oczkach jak dwie jagódki i z nosem jak truskawa charknął i splunął do pustego pokala.

- Mamy komplet - stwierdził.

- Ale ja nie chcę grać - zapewnił Loki. - Chciałem tylko dołożyć do puli to.

Na niewielką kupkę złożoną przede wszystkim z dwu i pięciozłotówek rzucił karteczkę, na której drukowanymi literami napisał wcześniej: KTO WYPINA, TEGO (ZGARNIE) WINA.

- Co to, kurwa, ma być? - zapytał owocowy.

Loki wzruszył ramionami.

- Kto ma wiedzieć, ten wie.

Puścił oko do wystraszonego anioła i wrócił do barmana. Nie zdążył usiąść, nim minęli go Stróż ze swoim mocno zdezorientowanym podopiecznym. Błysk światła, słodkie tchnienie świeżego powietrza i wnętrze baru znowu było jak wcześniej. Z radia poleciało Roundabout grupy Yes. Loki upił świeżego piwa.

- Dzięki - zwrócił się do barmana. - To gdzie to nagranie?

Mężczyzna wahał się jeszcze przez moment, ale w końcu wzruszył masywnymi ramionami.

- I tak miałem rzucać tę robotę, ileż się można użerać z mafiozami wielkości pięści - stwierdził i głową wskazał Kłamcy zaplecze. - Ale wejdź tak, by cię nikt nie widział, i jak możesz, zostań jednocześnie tak za barem, jak wcześniej. W kiblu, jak wciśniesz ogonek w haśle ŚLĄSK RZONDZI, odsłoni się panel. Kod dwa siedem jeden cztery.

Loki dokonał w głowie szybkich obliczeń.

- "Fuck" na starych klawiaturach? Ktoś tu jest sentymentalny.

Zostawił iluzję przy kontuarze i przeszedł na niewielkie zaplecze. Toaleta wyglądała, jakby ktoś wypowiadał wojnę sanepidowi, i to, sądząc po smrodzie, biologiczną. Mimo to Loki wszedł do kabiny, wcisnął ogonek, wklepał kod na panelu i pchnął ściankę. Akurat było dość miejsca, by się zmieścił. Pokonał niewielki korytarzyk i wszedł do chłodnej, wentylowanej serwerowni, w której jedynym źródłem światła były niewygaszone, świecące na niebiesko monitory.

Wybrał jeden, szybko odnalazł właściwy folder i plik. Odpalił i już po kilkunastu sekundach oglądania zaklął siarczyście. Zdecydowanie nie tego się spodziewał.

***

- W czym mogę panom pomóc? - zapytał barman.

Zaskoczony Ryjek obejrzał się za siebie.

- Panom? - upewnił się.

Barman rozłożył wielkie ręce i uśmiechnął się przepraszająco.

- Musicie mi wybaczyć. Nie nadążam za tym całym "płeć to kwestia umysłu". Więc które z was to pani? A może jeszcze inaczej...

Komisarz rzucił ukradkowe spojrzenie na Butcha. Ten wydawał się równie mocno zaskoczony. Przyglądał się barmanowi z uwagą, jakby oceniał jego siłę i stopień zagrożenia. Właściwie, gdy się zastanowić, postury byli dość podobnej. Obaj wyglądali jak zaprawieni w boju byli żołnierze.

- Nie wiem, o czym... - zaczął Ryjek, ale Butch położył mu rękę na ramieniu i lekko ścisnął.

- Szukamy takiego jednego faceta - powiedział anioł. - Najprawdopodobniej blondyn, choć może wyglądać, jak chce, mógł mieć długie włosy, wykałaczkę w zębach. Właściwie to wygląda niemal identycznie jak ta iluzja tutaj, tylko wiesz, realny.

- Cóż za wysublimowany żart, nie spodziewałem się po anielskim trepie - rozległo się nagle od zaplecza.

Wszyscy trzej rozmówcy odwrócili się nagle, równie zaskoczeni.

- Zmiana planów, koleżko - zwrócił się do barmana Loki. - Dzięki za chęć pomocy, ale już nie będzie trzeba. Aniele Kafarze, panie... zaraz, czy ty jesteś tym rzekomo półświętym?

- Rzekomo? - zapytał Ryjek.

- Świętym? - zdziwił się barman.

- No, takie ploty krążą po świecie. - Loki podrapał się po karku, udając zawstydzenie. - Normalnie nie słucham, co tam szepcą te skrzydlate plotkary, ale kolega barman potwierdzi, że czasem się słyszy coś, czego wcale się nie chce...

- Do rzeczy, Loki. Masz nagranie? - Butch potarł szczękę kantem dłoni. Druga dłoń zacisnęła się w pięść wielką jak bochen.

Kłamca skinął głową i puścił po blacie pendrive tak, że ten zatrzymał się przy samym Ryjku.

- Proszę, możesz mnie przeszukać, możesz sprawdzać, jak chcesz, Butch. Miałem to przed tobą ukrywać, ale to zbyt poważna sprawa i nawet ja uważam, że ten koleś przegiął.

- Jeden koleś? - nie zrozumiał Ryjek. - Chcesz powiedzieć, że jeden koleś zabił tyle osób?! W jaki niby sposób mógłby...

- Opętanie - wyjaśnił Butch. - Anioł opętał swojego podopiecznego. Wstąpił w niego, dzieląc się swoją mocą.

Loki wycelował w niego z palca.

- Jakbyś tam był, Butch. Zresztą wszystko masz na nagraniu, za które, zauważ, nie oczekuję żadnej nagrody... prócz przyznania, że pomogłem, rzecz jasna.

Ryjek nie musiał patrzeć na anioła, by zdać sobie sprawę, że to była najgorsza z rzeczy, jakich ten fircykowaty cwaniaczek naprzeciwko mógł sobie zażyczyć. Wystarczyło zgrzytnięcie zębów, trzask anielskich stawów. Wystarczyło, że barman, wpatrzony do tej pory w Butcha, z lękiem odwrócił wzrok.

- Jeśli to rzeczywiście jest to, czego szukam, Kłamc...

- Ej, mam imię! Ja do ciebie nie mówię "aniele dupku z wydziału wewnętrznego", nie?

To powiedziawszy, Loki minął barmana. Klepnął go przy tym w ramię, a w rękę wcisnął mu dwa banknoty dwustuzłotowe.

- Dzięki, stary, za chęć pomocy. Klientom postaw ze dwie kolejki, będą mieli do tego przedstawienia jako gratis. Nie sypniecie, chłopaki, nie?

Klienci baru wydawali się poruszeni samą sugestią.

- Kurwa, honor, panie! - zawołał jeden.

- Jebać psy i konfidentów! - zakrzyknął gorliwie drugi.

- Słyszałeś, Butch, twój kolega też słyszał. - Loki na wszelki wypadek wyminął anioła większym łukiem. - Jakby co, wiecie, gdzie wpadać, jak wam się, wiecie... zachce. Uszanowanie.

Ruszył do drzwi, gdy nagle poczuł na ramieniu ciężką dłoń.

- Tak, Butch?

- Jeśli to nie będzie to...

- Tak wiem, dupa, jesień średniowiecza. Oglądam filmy.

Wyszedł, wpuszczając w zamian odrobinę światła, które natychmiast zagubiło się w powszechnym zaduchu. Ryjek jeszcze kilka sekund wpatrywał się w drzwi, aż w końcu westchnął.

- Więc to był ten cały Loki? - zapytał. - Mam wrażenie, że gdzieś już go spotkałem.

- Pewnie częściej, niż możesz sobie wyobrazić. W tej czy innej twarzy - odparł Butch.

- Kojarzy mi się jakoś, nie wiem. Zimowo. W przebraniu może, chyba widziałem jakieś zdjęcia... Nieważne. - Wziął do ręki pendrive i obejrzał go uważnie. - Rozumiem, że ty potrzebujesz tylko wiedzieć kto to? To nagranie nie będzie ci później potrzebne? Bo wiesz, dla mnie to może być dowód w sprawie.

- Będziesz mógł je zatrzymać - stwierdził Butch.

Usatysfakcjonowany Ryjek wyjął telefon.

- Pierdolet? Gdzie jesteście? Potrzebny mi będziesz z komputerem... Tak, pilne... Dobra, to za piętnaście minut... Świetnie.

Barman patrzył za nimi, gdy wychodzili, a potem zabrał się do nalewania postawionej przez Lokiego kolejki.

Nalewał właśnie trzecie piwo, gdy drzwi wejściowe uchyliły się lekko i zaraz zamknęły. Jeden z hokerów poruszył się, jakby ktoś się po nim wspinał, a kilka sekund później na kontuar weszło dwóch brodatych jegomości niewiele większych od butelek whisky zdobiących ścianę za plecami barmana. Jeden z facecików miał na nosie przyciemniane okulary, drugi nosił czarną, hipsterską czapkę. Obaj byli dobrze umięśnieni, groźni i w żaden sposób nie przypominali tych pociesznych ludzików, którymi upstrzono całe miasto.

- Jest trzeci piątek miesiąca, chuju - powiedział ten w okularach. - Gdzie nasza kasa?

Opole, Polska

Chłopak powoli się wybudzał i tym razem Rizel nie zamierzał szprycować go kolejną porcją leków. Przebywanie tak długo w jednym miejscu robiło się niebezpieczne, już i tak musiał się więcej niż raz objawić sprzątaczkom chcącym ogarnąć pokój. Mówił, że nie trzeba, że wszystko mają, a potem słyszał na korytarzach, jak szepczą, że w pokoju zabarykadowały się pedały i sobie używają. Jedna mówiła, że trzeba będzie spalić prześcieradła. Druga chciała nawet ściągać księdza egzorcystę.

Jeszcze tego by brakowało, pomyślał wtedy Rizel. Egzorcyści plus obstawa to często z pięciu Stróżów na raz. Gdyby tylko zbliżyli się na odległość mniejszą niż dwa metry, anioł nie ukryłby swojej bezsprzecznej winy.

Jego podopieczny przekręcił się na bok i zwymiotował do podstawionej miski. Anioł powstrzymał odruch pogłaskania go po głowie.

- Lepiej by ci było beze mnie, przyjacielu - powiedział. - Zdecydowanie lepiej, gdyby...

Zamarł, słysząc ciche pukanie. Jeśli to znowu sprzątaczka, zaraz zapuka znowu, a potem złapie za klamkę. Wtedy się odezwie, powie, że nie trzeba im więcej ręczników i że dziękują za sprzątanie i mydełka.

- To ja, Loki - rozległo się zza drzwi. - Liczę do trzech, a potem sobie idę.

Rizel rzucił się do drzwi i wpuścił Kłamcę do środka. Ten wszedł i odruchowo złapał się za nos.

- Rany, chłopie. To nazywasz dbaniem o kogoś?

Rizel puścił tę uwagę mimo uszu.

- Załatwiłeś?

Loki skinął głową.

- Tak, choć gdybym od początku wiedział, że pakujesz mnie w takie gówno, nigdy bym się nie zgodził. Opętanie podopiecznego? Nie wiesz, że to grozi unicestwieniem? Gdyby był jeszcze ten wasz Bóg, mógłby cię po prostu uczynić upadłym, ale teraz... Kurwa, czy tylko ja przeczytałem te wasze regulaminy?

Rizel jakby się skurczył. Wbił głowę w ramiona, ręce splótł jak do modlitwy.

- Chcieli go wyrzucić z kamienicy, zrobili mu fikcyjne długi. Chciał się przez nich zabić. Więc kiedy się dowiedziałem, że wszyscy zbierają się w jednym miejscu...

Loki machnął ręką. Z małego pojemniczka na biurku wyjął wykałaczkę, rozpakował i wsunął do ust.

- W sumie mam w dupie twoje powody. Na razie masz spokój, ale takiej sprawie nie odpuszczą. To jednak nie jakaś tam błahostka, a Butch to prawdziwy ogar niebios. Ale zrobiłem, co mogłem.

- Dziękuję - powiedział szczerze Rizel.

Loki się uśmiechnął.

- Nie dziękuj, bo taka akcja wymaga większej zapłaty.

Anioł westchnął, spojrzał na swojego podopiecznego podnoszącego się niemrawo i patrzącego tępo przed siebie. Nagle wokół Rizela zmaterializowały się otulające go szare skrzydła.

- Ile chcesz, Loki? Pięć? Dziesięć?

Kłamca pokręcił głową.

- Nie chcę piór. Jeśli zostaniesz skazany za opętanie, zrobią się gówno warte. Ale skoro już masz wprawę w takim włażeniu w ludzi, to... zrobisz coś dla mnie.

Rizel zacisnął zęby.

- Nie ma mowy.

Loki zmrużył oczy. Wykałaczka przewędrowała mu z jednego kącika ust do drugiego.

- A założysz się? - wycedził.

Komenda Wojewódzka Policji, Wrocław

Swietłana z Olegiem wciąż siedzieli w pokoju przesłuchań. Pani psycholog rozmawiała z chłopcem ponad dwie godziny, w końcu wyszła, wyraźnie rozczarowana. Od tamtej pory w sali zjawiło się kilka osób, z czego tylko jedna funkcjonariuszka była miła i przyniosła jej obiad. Nawet Marcin, jej policjant, jakoś spochmurniał i jego podejście do niej wyraźnie się ochłodziło.

Dała chłopcu trochę więcej swobody i wolnej woli, czego dość szybko pożałowała, bo zaczął marudzić i pytać, kiedy wrócą na swoje pole, kiedy znowu trafi pod ziemię i będzie się mógł bawić kośćmi. Jeśli ją teraz nagrywali, można się było spodziewać, że do korowodu odwiedzających ją ludzi dołączy ktoś z opieki społecznej.

Ale oczywiście oni wszyscy nie byli ważni. Jedyne, czego się obawiała, to nieunikniona wizyta aniołów. Pewnie zjawią się pod bronią, w dodatku przeszkoleni przez Kłamcę, jak mają sobie z nią poradzić. Jak mogła być tak głupia, by go posłuchać?!

- A mogłam nie? - zapytała samą siebie.

Oleg spojrzał na nią z ukosa.

- Kiedy pójdziemy? - zapytał.

- Daj mi spokój - warknęła i obiecała sobie, że jeśli uda jej się stąd wydostać i wrócić na Okęcie, zaszyje chłopcu usta.

Wtedy właśnie uchyliły się drzwi i do pokoju wszedł Marcin. Coś jednak było z nim nie tak. Źrenice miał rozszerzone tak, że całe oczy zdawały się czarne. Marynarka, do tej pory wisząca na nim dość luźno, teraz ciasno opinała mięśnie. Ruchy miał sprężyste, pełne energii, ale jednocześnie w jakiś sposób nienaturalne, jakby mechaniczne. Stanął w progu, powiódł wzrokiem po pomieszczeniu, a gdy jego spojrzenie zatrzymało się na Swietłanie, wyciągnął w jej stronę rękę.

- Chodź ze mną, jeśli chcesz żyć.

Bez wahania poderwała się z krzesła i podbiegła do policjanta.

Nadodrze, Wrocław, Polska

Z Grześkiemi Pierdoletem spotkali się w Michaelo Cielo. Gdy Ryjek i Butch dotarli na miejsce, technicy kłócili się zajadle, czyja to wina, że musieli się wrócić po zostawiony tu wcześniej sprzęt, i który z nich jest tak bardzo nieodpowiedzialny.

Jeszcze zanim weszli do lokalu, komisarz dla wygody poprosił Butcha o zmaterializowanie się, by mógł go przedstawić technikom jako agenta CBŚ z Warszawy. Wcześniej zapewnił anioła, że ten nie będzie musiał kłamać, bo agenci, a w dodatku z Warszawy, wzbudzają w technicznych obrzydzenie większe niż polana obciętych kutasów.

Butch nie miał z tym problemu.

- Nienawidzą mnie nawet istoty stworzone wyłącznie do bezwarunkowej miłości - powiedział. - Przywykłem.

Gdy się spotkali we czwórkę, Ryjek bez gadania przekazał technicznym pendrive, a ci bez słowa przepuścili go najpierw przez skan antywirusowy, a następnie odpalili zawartość w odtwarzaczu. Ze skupieniem oglądali może dziesięć sekund, aż w końcu Pierdolet zaśmiał się sztucznie.

- No piękny żart, kochanieńki. HI-LA-RYCZ-NY normalnie - powiedział, choć jego głos sugerował coś zupełnie przeciwnego. - A gdzie oryginalny plik?

- Oryginalny? - zapytał Butch.

Ryjek pochylił się, by przyjrzeć się uważniej szaremu, rozpikselowanemu filmowi. Starał się nie zwracać uwagi na dziką akcję rodem z taniego filmu sensacyjnego, choć w dzieciństwie uwielbiał oglądać takie rzeczy na ekranie. Posyłanie kogoś kopniakiem na drugi kąt sali i strzelanie do niego, gdy leci, wywracanie stołu barkiem i chowanie się za nim na czas przeładowania, rzucanie się szczupakiem przed siebie i jednoczesne strzelanie z dwóch pistoletów. Jeśli faktycznie stał za tym anioł stróż, jego poprzednim podopiecznym musiał być filmowy kaskader. I to dobry.

Swoją uwagę Ryjek skupił jednak nie na ruchach całego ciała, tylko na mocno rozedrganej twarzy egzekutora.

- Czy to jest Nicholas Cage? - zapytał w końcu.

Pierdolet smętnie pokiwał głową.

- Czyli to nie żart, tak? - upewnił się. - To nie wasza sprawka?

- Nawet nie wiem, jak mógłbym to zrobić - przyznał Ryjek.

- Face swap, zamiana twarzy - wyjaśnił Grzesiu. - Taka aplikacja. Te najlepsze robią prawdziwe cuda, ale wymagają czasu, sprzętu i umiejętności. To tutaj to prosta apka kosztująca grosze i do ściągnięcia skądkolwiek. Pięć minut, komputer lub nawet telefon i masz sprasowanego gotowca. Ludzie używają ich w sieci do podmieniania twarzy aktorkom i aktorom porno. Na koleżankę z pracy, filmową gwiazdę... listonosza.

To powiedziawszy, spojrzał wymownie na partnera, który z miejsca spłonił się jak kwitnący mak.

- Mówiłem ci, że to przez przypadek. Tak mi się klikło tylko.

- Nie rozumiem w ogóle, po co ci było zdjęcie listonosza. Je też zrobiłeś przypadkiem?!

Ryjek odsunął się od ekranu, by dać im trochę przestrzeni.

- Zrobił nas w wała - zwrócił się do Butcha. - Zawsze jeszcze zostaje nam ta dziewczyna z dzieckiem...

Butch pokręcił głową i znowu energicznie potarł podbródek.

- Loki nie dba o tych, których wykorzystuje. Chce tylko przetrwać - odparł. - I co gorsza, uda mu się, bo wystarczy, że powie, że oddał mi to, co faktycznie sam znalazł, i mu uwierzą.

- Rozumiem. - Ryjek podrapał się po głowie. - No cóż, czyli wygląda na to, że obaj jesteśmy teraz trochę w dupie z tą sprawą, co?

- Niestety.

- Jakaś szansa, że to faktycznie Nicholas Cage?

Butch uśmiechnął się półgębkiem.

- Nie, Cage stracił Stróża za przewinienia kilka lat temu.

Ryjek parsknął śmiechem.

- Patrząc na to, w czym ostatnio grał, nie dało się nie zauważyć.

Spojrzał na zegarek, a potem na wciąż kłócących się techników i wreszcie raz jeszcze na Butcha. Przez głowę przemknęło mu, że gdyby opisał to jedno popołudnie w swojej książce, mógłby mieć bestseller. Oczywiście, o ile na świecie wciąż jest dość świrusów czytających fantastykę. Pieskie popołudnie - taki dałby jej tytuł. Jebać to, że ktoś już go kiedyś użył.

- Napijemy się? - zapytał. - Jak glina z gliną.

Anioł długo milczał. Komisarz już był skory uznać, że nie dosłyszał pytania. W końcu jednak potrząsnął wielką głową, jakby się przebudził, i powiedział:

- W sumie czemu nie?

<Klik>

Dziś krótko, bo zaraz zajęcia terenowe. Na tych lekcjach teoretycznych oglądaliśmy nagrania z szeregu opętań. Uczyliśmy się rozróżniać diabelskie od mitycznych, przedstawiono nam metody postępowania i zgłaszania oraz pokazywano interesujące przypadki. Na ostatnim z filmów po raz pierwszy widziałem archanioła Michała, jak również mitycznego Lokiego zwanego Kłamcą. Metody działania mieli dość... nieortodoksyjne.

Ponoć Kłamca wiele ze swoich zachowań czerpie z filmów i tak zwanej popkultury, ale tu jeszcze nie wiem nic więcej, bo zajęcia z niej mamy mieć dopiero wkrótce. Jestem ich bardzo ciekaw.

<Klik>