Rozdział 1. Dzień jak co dzień
Rozdział 1
Dzień jak co dzień
To było bardzo dziwne. Z jednej strony tego pragnęłam, a z drugiej
wiedziałam, że będzie to miało na mnie bardzo negatywny wpływ. Miałam
wrażenie, że tego potrzebuję, a jednocześnie w każdej sekundzie tego
nienawidziłam. Coś mnie jednak w tym tak pociągało, że tamtego wieczora
jak zawsze punktualnie o 18.58 usiadłam przed telewizorem, żeby
dowiedzieć się co słychać w świecie.
Tak naprawdę czułam pod skórą, że sama siebie oszukuję. Bo przecież
wiedziałam, że nie dowiem się niczego nowego. Zmienią się być może
okoliczności, miejsca i osoby, ale jądro zdarzeń pozostanie takie samo.
Mogłabym właściwie napisać scenariusz każdego wieczornego wydania
wiadomości. Na początek coś aktualnie sensacyjnego. Coś, co zdarzyło się
dzisiaj, najlepiej coś kontrowersyjnego, co rozpaliło emocje i poruszyło
wszystkich niezależnie od wyznawanego światopoglądu. Potem przegląd
ważniejszych międzynarodowych delegacji i przemówień, najlepiej z akcentem egzotycznym oraz z uwzględnieniem naszych obecnych wrogów i sojuszników. Dokąd pojechał cesarz Japonii, kogo przyjęła angielska
królowa, co głupiego zrobił prezydent Rosji, a co mądrego powiedział
prezydent USA. Jeśli czasy się zmienią i zawrzemy inne sojusze, będziemy
w tym miejscu relacjonować co mądrego zrobił prezydent Rosji, a co
głupiego powiedział prezydent USA. Potem reporterski materiał dotyczący
polskiego przemysłu, przegląd tragedii, katastrof i ważniejszych
zabójstw, a na koniec dla równowagi coś miłego albo zabawnego.
Siedziałam przed telewizorem i tonęłam pod lawiną szarpiących mną
emocji.
Byłam wściekła na manipulujących polityków, bezsilnie nieszczęśliwa z powodu rzezi delfinów, przerażona tym, że zbliża się epidemia nowej
nieznanej choroby, zestresowana informacjami o problemach rolników i wizją dramatycznie drożejącej żywności, niezadowolona z fryzury
prezenterki, zdołowana obezwładniającym przekonaniem, że ludzie są
podli, fałszywi i nikomu nie można ufać.
Po pierwszym programie informacyjnym przełączałam stację i oglądałam
następny, a pół godziny później trzeci. A potem nie miałam już siły na
cokolwiek. Czułam się pusta. Czułam się tak, jakby ktoś włączył
wiedźmiński odkurzacz i wyssał ze mnie całą życiową energię. Nic mi się
nie chciało. Nawet wstać. Myśleć. Czuć cokolwiek. Żyć.
Byłam zmęczona, wyczerpana, wycieńczona. Umysł podpowiadał, że muszę
temu zaradzić, tylko jak? Robiłam szybki przegląd znanych mi metod na
odzyskanie sił, przypominałam sobie często powtarzaną reklamę ciastek,
wyciągałam więc - jak dla mnie logiczny - wniosek, że jestem głodna i muszę coś zjeść. Coś słodkiego, tłustego, dobrego, co wypełni mnie
przyjemnością, przywróci mi siły i zdolność myślenia.
W szafce pod blatem miałam zapas błyskawicznych dań z supermarketu.
Wystarczyło zalać gorącą wodą, poczekać chwilę i jeść. Zwykle zresztą
wcale nie czekałam. Lubiłam kiedy makaron był jeszcze chrupiący, a potem
pęczniał w gęstym sosie, w którym było coś tak pysznego, że nie mogłam
się mu oprzeć.
Czułam, że wraca energia. Na chwilę. Bo kiedy kończyłam wyskrobywać
łyżką sos, czułam się dziwnie ospale, ociężale, tak jakby błyskawiczny
makaron najpierw dał mi szybki zastrzyk siły, a potem równie
błyskawicznie ją ze mnie wymiatał. Myślałam, że zjadłam za mało i że
potrzebuję czekolady. Wtedy znów pojawiało się chwilowe otrzeźwienie.
Byłam jak balonik, do którego wpompowano świeże powietrze, nagle
unosiłam głowę, czułam mocniejsze bicie serca, nie zdając sobie jednak
sprawy z tego, że w baloniku jest gdzieś nieszczelność, więc powietrze
uchodziło ze mnie razem z chęcią do życia i energią.
Telewizor był wciąż włączony, właśnie zaczynał się film, a ponieważ
czułam się zbyt wyczerpana, żeby zrobić cokolwiek, to siedziałam dalej
na kanapie i oglądałam. To mnie trochę relaksowało. Tylko trochę, bo
pozwalało zapomnieć o tym, czego nie chciałam pamiętać - na przykład o tym, co mam do zrobienia jutro, o tym, że miotam się w pracy, w związku
i we własnych myślach, o tym, że mam do siebie pretensje, czuję się
przez kogoś oszukana, muszę z kimś walczyć.
Ale tak naprawdę nie pozwalało mi się w pełni rozluźnić, dlatego że co
chwilę ktoś kogoś ścigał, jechał samochodem w ryzykowny sposób, o mały
włos omijając ciężarówki jadące z naprzeciwka, ktoś do kogoś znienacka
strzelał, ludzie usiłowali się wzajemnie zastraszać, szantażować, bili
się, broczyli krwią, zataczali się i cierpieli.
Czułam jak podczas tych scen wszystko się we mnie spina, serce zaczyna
walić, mam wilgotne dłonie i oddycham tak szybko, jakbym zmęczyła się
biegiem. Potem na szczęście panowała chwila spokoju. Bohaterowie
zajmowali się swoimi sprawami, były sceny miłe, romantyczne,
wzruszające, a potem znów chwytali za broń i wracali do walki. A ja wraz
z nimi. Znów mimowolnie napinały mi się mięśnie, oddech stawał się
krótki, zaciskałam zęby i podwijałam palce u stóp.
Piłam wino na "uspokojenie nerwów" i wydawało mi się, że faktycznie,
czuję coraz mniej i przestaję się przejmować. Wszystko wydawało się
oddalać.
Życie, świat, ludzie, uczucia, radość, sens. Wszystko znajdowało się
daleko. Bezpiecznie daleko w taki sposób, że mniej rzeczy mogło mnie
dotknąć, zranić, ale jednocześnie... wszystko co dobre też stawało się
poza moim zasięgiem.
Niby miałam wszystko, ale czułam się tak, jakbym nie miała nic.Było to
bardzo frustrujące uczucie.
W końcu noc rosła tak wielka, ciemna i przenikliwa, że odstawiałam
kieliszek, podnosiłam się z westchnieniem i szłam spać. Budziłam się z tym samym poczuciem, że mam za mało. Czegoś mi brakuje. Siły, chęci,
powietrza do oddychania, przestrzeni, żeby rozwinąć skrzydła. Miałam
ściśnięty żołądek, byłam zmęczona. Nie wiedziałam czego chcę. Nawet
gdybyś dał mi dziesięć absolutnie fantastycznych możliwości do wyboru,
to nie byłabym w stanie wskazać tej jednej, której naprawdę pragnę.
Trudno mi było zebrać myśli. Czułam pustkę w głowie. Dziwnie lepką mgłę
niemocy, która rozlewała się między moimi komórkami. Zaczynał się nowy
dzień. Jeszcze jeden męczący dzień.
Włączałam radio. Chciałam słyszeć żywe ludzkie głosy. Może zaczerpnę z nich trochę energii. Wywiad z politykami. Tak, tego właśnie potrzebuję!
Wścieka mnie to, irytują mnie, że zamiast rzeczowo odpowiadać na
pytanie, atakują się wzajemnie, zarzucając sobie kłamstwa, niewiedzę i manipulacje, ale razem z tą złością i zniecierpliwieniem pojawia się też
iskra życia.
Potrzebowałam kawy, żeby postawić się na nogi. I czegoś słodkiego, żeby
powstrzymać powieki, które opadały tak, jakby pragnęły więcej snu. Ale
przecież spałam długo. Być może zbyt długo. Kawa. Pączek. O, słodka
chwilo ulgi!
Ciasto rozpływało mi się w ustach, a razem z nim pojawiało się ukojenie.
Niecierpliwie pociągnęłam gorący łyk kawy. Chciałam jak najszybciej
poczuć ją w sobie. Kawa była jak galopujący oddział zbrojnych żołnierzy.
Na ich widok wszyscy stawali na baczność - serce zaczynało szybko bić,
krew szumiała w żyłach, płuca ożywały i chwytały hausty powietrza. Szyja
się prostowała, głowa podnosiła się do góry, oczy mrugały i zaczynały
widzieć.
Pojawiała się siła. Niewidzialny reżyser mojego życia wołał:
- Akcja! A ja posłusznie zrywałam się od stołu, wrzucałam do plecaka
kilka potrzebnych drobiazgów i wybiegałam z domu gotowa do dalszej walki
z życiem. Pokonam wszystkich! Będę lepsza, szybsza, sprytniejsza,
mądrzejsza, udowodnię im na co mnie stać!
Nic mnie nie zatrzyma!
Patrzyłam na miasto przez okno autobusu. Było dobrze. Czułam, że znów
jestem obecna i wracam do gry. Przydałoby się jeszcze coś słodkiego. Tak
żeby podtrzymać w sobie ten rozniecony płomień. Wafelek w czekoladzie.
Wafelek w czekoladzie!!! Taki kruchy, delikatny, łagodny, słodki,
przyjazny, miły! Obejmował mnie jak ramiona ukochanego. Czekałam aż
słodycz wypełni mnie aż po czubek głowy, podskakiwałam na siedzeniu,
przychylniejszym okiem patrzyłam na ludzi dookoła. Też się śpieszą. Też
mają przed sobą cały dzień starć, małych zwycięstw i porażek. Oni też
muszą walczyć, muszą ciężko pracować na swój chleb, na dzieci, na urlop,
na to, że ktoś ich w końcu doceni.
Tak, tak, wszyscy jesteśmy w sumie tacy sami. Każdy rano staje przed
lustrem, patrzy sobie w twarz i usiłuje ukryć przed innymi to co
zobaczył.
Taka jest prawda. Mój przystanek. Wysiadam.
Wchodzę do budynku.
Klimatyzacja, szare ściany, bezsilne kwiatki w wazonie. Atmosfera
napięcia, wyścigu, rywalizacji, zdobywania, walki. Ktoś ustala za mnie
plan, ktoś każe mi biec, osiągać wyniki, przynosić zdobycz. Nie wolno
zwolnić, nie wolno stracić z oczu celu, nie wolno się poddać, nie wolno
wątpić. Trzeba dać z siebie wszystko, udowodnić swoją lojalność i mówić
tym samym językiem.
Monetyzacja, zysk, bilans, wynik, raport, nagroda. Jesteś nam potrzebny
choć jesteś kompletnie nieważny z punktu widzenia całej korporacji.
Jesteś tylko pionkiem, który ustawiamy na planszy zgodnie z naszymi
zasadami gry. Płacimy ci za to, żebyś był wiernym pionkiem, który
posłusznie wykonuje swoje zadania. Lubimy cię za to. Dajemy ci za to
premię.
Cała moja energia znika, ulatuje, rozpływa się, dezintegruje. Zmęczona
siadam przy biurku. Jeszcze jeden dzień! Jak ja mam dotrwać do wieczora?
Rozglądam się bezradnie. Kawa! Kawa postawi mnie na nogi! Duża kawa,
odpowiednia do mojego minusowego nastroju.
Pierwszy gorący łyk.
Serce łomocze. Czasem mam wrażenie, że jest jak uwięziony ptak, który
chce ze mnie wylecieć na wolność. Nie dziwię mu się. Ja też chciałabym
od siebie uciec.
Drugi łyk, trzeci łyk. Już trochę lepiej. Mgła znów się rozsuwa, myśli
odzyskują właściwe połączenie, czuję jak zaczynają we mnie buzować.
Teraz wystarczy im podsunąć odpowiednie zajęcie. I tak praca zostanie
zrobiona.
Potem sałatka z tuńczykiem i majonezem, czekolada na podniesienie
nastroju, jakoś da się wytrzymać do popołudnia.
Wyjdę zmęczona, z poczuciem ulgi, jak rozbitek będę stać na przystanku
czekając aż z oddali przypłynie autobus numer 16, który mnie ocali.
Szara klatka schodowa, zapach pustki, ostatnie promienie słońca na
zakurzonej doniczce, w której kiedyś istniało życie. Ta dziwna cisza, w której echem odbijają się niewidzialne kroki, krzyk dziecka, trzaśnięcie
drzwi. Tak jakby w bloku mieszkały duchy.
Przechodzę przez korytarz jak przez ostatni tunel prowadzący do
wyzwolenia. Papieros, wino, czekolada. Włączam telewizor. Otwieram
szafkę pod blatem. Wybieram "zdrową opcję" z pojemników z jedzeniem w proszku. Zalewam wrzątkiem. Jem makaron póki jest jeszcze chrupiący.
Zaczynają się wiadomości.
Dzień jak co dzień. Plecy mnie bolą. Ciężko jest. Trudno się oddycha.
Żołądek boli. Ciągle przyplątuje się jakiś katar, opryszczka, zapalenie
oka albo ucha, ból głowy, biegunka. Nigdy nie wiem jak się będę czuła,
co mnie będzie bolało, w jakim nastroju wstanę z łóżka.
Życie to wieczna walka.
Muszę walczyć o to, żeby nadążyć za wszystkim, co jest do zrobienia. W pracy zawsze jest nie dość. Nieważne jak się staram, zawsze jest za
mało. Kiedy zespół osiągnie cel, mówią nam, że dobrze się spisaliśmy, a teraz musimy pracować jeszcze ciężej, żeby utrzymać pozycję. Kiedy
bilans kończy się gorszym wynikiem, jest złość i zarzuty, że jesteśmy
leniwi, nielojalni i bezwartościowi. Kiedy ktoś protestuje, że to
nieprawda, pokazują mu drzwi.
Zawsze jest za mało. Za mało zysków, za mało osiągnięć, za mało wiary,
za mało zaufania, za mało motywacji, za mało starania, za mało
rzetelności, za mało uczciwości, za mało oddania. Tak jakby życie było
ugorem, który sięga aż po horyzont, a każdy jak robotnik haruje od świtu
do zmierzchu na polu, które nie ma końca.
Dlatego mówię, że jest ciężko.
Brakuje nadziei. Brakuje siły. Brakuje... No właśnie, czego mi tak
naprawdę brakuje?...
Rozdział 2. Kiedy rośnie giełda
Rozdział 2
Kiedy rośnie giełda
Wydawało mi się, że żyję normalnie. Tak jak inni ludzie. Wszyscy dookoła
mieli podobne doświadczenia i problemy, robiliśmy zakupy w tych samych
sklepach i tak samo korzystaliśmy z dobrodziejstw wysoko rozwiniętej
zachodniej cywilizacji. Wyobrażasz sobie jak dużo bardziej skomplikowane
byłoby życie gdybym nie mogła sięgnąć po szybką zupę w proszku?
Musiałabym pójść do sklepu, kupić warzywa, wymyć je, obrać, znaleźć
przepis, odkrywając najprawdopodobniej, że wymaga on użycia przypraw,
których nie mam i nawet nie wiem gdzie można je znaleźć, poczułabym
więc, że marnuję czas - i wciąż byłabym głodna. I bardziej wściekła niż
przed rozpoczęciem gotowania.
W takich momentach czułam wdzięczność za nowoczesne fabryki, które
potrafią zamienić warzywa na proszek, dodać potrzebnych składników i przygotować dla mnie małą torebkę, z której w trzy minuty zrobię sobie
zupę. Albo kupię sobie pulpety w sosie, które ktoś za mnie zmielił,
ulepił, doprawił, oblał sosem i zamknął w wygodnym słoiku. Nie mówiąc
już o produktach, których nie byłabym w stanie sama zrobić, takich jak
owocowe jogurty, desery, dziesiątki odmian piwa, wina, ciastek i czekolady, tak bardzo potrzebnych dla poprawienia mojego nastroju.
Kiedy szłam do wielkiego sklepu, gdzie na półkach piętrzyły się kolorowe
opakowania sosów, dżemów, konserw, pudełek z gotowym jedzeniem,
makaronów, wygodnie dla mnie obgotowanego ryżu, ciast w proszku i gotowych wypieków, czułam ulgę. Ktoś się o mnie troszczy! Ktoś dba o to,
żeby było mi łatwiej i szybciej.
W supermarkecie mijałam setki innych ludzi robiących podobne zakupy i miałam miłe uczucie, że coś nas łączy. Podobny tryb życia, te same
drobne słabości, które ubarwiają szarość dnia, te same potrzeby. Ten sam
kierat wiecznie niezałatwionych spraw, niezdobytych i niezdobywalnych
szczytów, problemów ze zdrowiem i ogólnego poziomu niespełnienia i towarzyszącego mu cierpienia.
Wydawało mi się, że takie właśnie jest życie. Ludzie, których
spotykałam, zdawali się to potwierdzać. Byli tak samo zmęczeni, niesyci,
niespokojni i zestresowani. Tak samo jak ja szukali pomocy. W telewizji
i w radiu radzono, żeby łykać specjalnie dla nas opracowane tabletki w dużych opakowaniach za mniejszą cenę.
Spotykaliśmy się więc przy półkach z magnezem na poprawę samopoczucia,
suplementami na wątrobę, depresję, hemoroidy, łzawiące oczy, osłabione
włosy, pękające paznokcie, złe trawienie, nadmierne pocenie się, kaszel,
nudności, wysypki, uczulenia, palpitacje, brak apetytu, nadwagę,
bezsenność, problemy z koncentracją, kaca, przeziębienie, wzmocnienie
odporności i zmęczenie.
Ja też łykałam te tabletki. Wydawało się, że pomagają.
Ale tak naprawdę nic się nie zmieniało. Wszystko było ciągle takie samo.
Kiedy kończył się jeden problem, zaczynał się następny. Kiedy znikały
pryszcze z twarzy, pojawiało się zapalenie pęcherza. Kiedy kończyło się
przeziębienie, miałam problemy z żołądkiem, a kiedy temu udało się
zaradzić, przyplątywał się nowy wirus albo zdarzało się coś, co
kompletnie wytrącało mnie z równowagi.
Miałam poczucie osaczenia.
Codziennie towarzyszył mi natłok myśli, spraw, emocji, wrażeń, wspomnień
i lęków. Starałam się radzić sobie z nimi w miarę moich możliwości.
Prawdę mówiąc nie byłam w stanie ocenić czy działam skutecznie, dlatego
że nigdy właściwie nie było czasu, kiedy mogłabym spokojnie zastanowić
się, przeanalizować sytuację mojego życia i podjąć decyzje.
Reagowałam na bieżąco. Kiedy czułam niepokój, jadłam słodycze. Kiedy
byłam zmęczona, piłam kawę. Kiedy chciałam o czymś zapomnieć, sięgałam
po wino. Kiedy nie mogłam się skoncentrować, włączałam telewizor, radio
albo internet. To przynosiło chwilową ulgę.
Żyłam w ten sposób przez wiele lat, nie zdając sobie sprawy z tego, że
wszystkie moje drobne i większe problemy mają jedno wspólne źródło. Był
nim stres.
Jeszcze bardziej niezwykłe było to, że wszystkie sposoby, z których
korzystałam, żeby poradzić sobie z problemami, nie tylko niczego nie
naprawiały, ale wprost przeciwnie - przyczyniały się do tego, że mój
stres był coraz większy.
Usiłowałam leczyć stres stresem.
Nie robiłam tego oczywiście świadomie. Wydawało mi się, że w miarę
dobrze dbam o moje życie i zdrowie. Byłam świadomym obywatelem - tak jak
wszyscy inni znani mi ludzie, którzy wyznawali podobne wartości i mieli
podobny sposób myślenia, który mogłabym streścić następująco:
Świat jest po to, żeby z niego korzystać. Trzeba odnieść sukces.
Demokracja jest najlepszym systemem. Moje życie powinno być wygodne,
szybkie i łatwe. Wszystko czego pragnę powinno być w zasięgu ręki.
Żyjemy w najlepszej części świata. Współczujemy krajom trzeciego świata.
Rząd powinien dbać o szybki rozwój gospodarki. Lubimy kiedy giełda
rośnie. Czujemy niepokój kiedy akcje spadają. Jedzenie jest i powinno
być przyjemnością. Wszystko jest dla ludzi. Kiedy czegoś chcę, muszę to
dostać.
Świadomie może tak byśmy tego nie sformułowali, zresztą kto miał czas,
żeby zastanawiać się nad wyznawanym przez nas systemem wartości.
Wiedzieliśmy jedno: jest najlepszy, inni powinni się od nas uczyć i starać się nam dorównać.
Nie wiedzieliśmy jednocześnie wcale o tym, że nasz sposób myślenia i tryb życia prowadzi nas prosto w objęcia cukrzycy, otyłości, nowotworów
i zawałów serca. Ponieważ im więcej stresu było w naszych umysłach, tym
więcej blokad powstawało w naszych ciałach. I wtedy zaczynały się
choroby.
Rozdział 3. Bez butów
Rozdział 3
Bez butów
Podczas podróży po świecie poznałam różne cywilizacje i kultury. Na
początku wydawało mi się, że jako przybysz z Europy mam misję ocalenia i oświecenia tych, którzy mieli mniej szczęścia i urodzili się na innych
kontynentach. Współczułam Indianom, że muszą chodzić po dżungli boso, że
nie znali smaku kawy, cukru i czekolady, że nie mogą oglądać telewizji,
słuchać listy przebojów i zarabiać pieniędzy.
Podczas drugiej wyprawy do Ameryki Południowej kilka miesięcy później
nagle zauważyłam coś dziwnego.
Wszyscy Indianie byli szczupli, muskularni i silni. Nie widziałam ani
jednego chorego, otyłego, zmęczonego ani zmartwionego. Nie spotkałam
nikogo, kto byłby wkurzony, zniecierpliwony, zirytowany, smutny,
rozgniewany albo zestresowany.
Nawet w sytuacjach, które były trudne albo nieprzyjemne! To było
najbardziej niezwykłe. Wędrowaliśmy przez wiele godzin. Ja miałam już
dość, byłam zmęczona, spocona, zgrzana i nieszczęśliwa. Chciałam
odpocząć, wziąć prysznic, zjeść kolację. A Indianie szli dalej. Takim
krokiem, jak gdyby dopiero co wyruszyli. I z takim wyrazem twarzy, jakby
sprawiało im to przyjemność.
Nic z tego nie rozumiałam.
Skąd oni biorą tyle siły? Jak to możliwe, że nigdy nie wściekają się na
kolce wbijające im się w skórę albo na splątane ze sobą pnącza, przez
które nie można się przecisnąć?...
Jakim cudem nie stresują się tym, że nie zdążymy przed nocą rozbić
obozowiska, nie znajdziemy wody do picia i kąpieli, że zabraknie nam
jedzenia?
I właściwie - jakby się nad tym lepiej zastanowić - dlaczego nie drażni
ich to, że ja nie nadążam, przewracam się, dyszę i rzucam wściekłymi
spojrzeniami na ostre jak brzytwy liście rozcinające mi skórę do krwi?...
Dlaczego nie próbują mnie pouczać jak się zachować, nie strofują, nie
krytykują, nie wyśmiewają?...
Późnym popołudniem, tuż przed zachodem słońca, zatrzymywaliśmy się,
rozwieszaliśmy hamaki, Indianie zawsze potrafili znaleźć suche drewno -
nawet w największym deszczu - rozpalali ognisko i zaczynali
przygotowywać jedzenie. A ja wycieńczona siedziałam i patrzyłam.
I zaczynało do mnie coś docierać.
Pamiętam jak pewnego dnia jeden z Indian zaczął kuleć, bo w stopę wbił
mu się kolec. Usiadł na ziemi, wziął dzidę i jej grotem delikatnie
wydobył cierń. Był przy tym całkowicie spokojny, pogodny i skupiony. Nie
syczał z bólu, nie wzdychał, nie narzekał, nie skarżył się. Raczej lekko
się uśmiechał, tak jakby myślał:
- Nie zwracałem uwagi na to jak idę, rozstroiłem się zamiast utrzymywać
pełną łączność z tym co mnie otacza. To jest przypomnienie o tym, że
muszę być bardziej uważny.
Nagle zrozumiałam, że brak butów ma swój ogromny sens! Zmusza człowieka
do tego, żeby być w każdej sekundzie obecnym i świadomym tego co robi.
Daje mu poczucie przynależenia do miejsca, w którym żyje. Wyzwala w nim
poczucie sensu, jednoczy z przyrodą, koncentruje na tym, co jest tu i teraz, uniemożliwiając mu jednocześnie rozpamiętywanie przeszłości i martwienie się o przyszłość. Daje mu szansę na to, żeby w pełni
doświadczać i przeżywać teraźniejszość, czyli daje mu poczucie pełni
życia! Czy to nie jest najpiękniejsza rzecz na świecie?...
To było niesamowite!
Czułam się tak, jakbym wylądowała na innej planecie!
Nagle dotarło do mnie, że jestem szczęśliwa.
I niespodziewanie zrozumiałam, że na świecie istnieje coś więcej niż
miasto, samochody, spaliny, sukces, pieniądze, zdobycze, sklepy, zakupy,
seriale, wojny i katastrofy.
Na świecie istniały również miejsca wolne od strachu, niepokoju,
depresji, złości, wyścigu, rozczarowań, klęsk, kłótni i walki. Wolne od
stresu.
Jeśli Indianie to potrafią, dlaczego to jest takie trudne dla nas?
I czym właściwie jest stres?
Rozdział 4. Kualalumpur
Rozdział 4
Kualalumpur
Stres jest stanem podwyższonej gotowości umożliwiającej poradzenie sobie
z wyzwaniem lub zagrożeniem.
Mówiąc dokładniej:
Stres jest organiczną reakcją organizmu na pojawienie się sytuacji
odczytywanej przez niego jako wymagającą natychmiastowego działania
lub/i niebezpieczną i zagrażającą życiu lub zdrowiu.
"Organiczną reakcją", czyli niezależną od naszej woli. Tak samo jak w bardzo mroźny dzień, kiedy serce pompuje więcej krwi do nosa, żeby
zapobiec jego odmrożeniu. Dlatego mamy czerwone nosy kiedy jest zimno.
To bardzo genialny mechanizm.
Kiedy świat jest spokojny i bezpieczny, wszystkie wewnętrzne układy
działają zgodnie ze zrównoważonym i kompletnym planem, umożliwiającym
dokonywanie wszystkich życiowych procesów. Myśli myślą, żołądek trawi,
płuca oddychają, serce zajmuje się pompowaniem krwi i taką jej
dystrybucją, żeby sprawiedliwie dotarła do każdego zakątka ciała.
Kiedy jednak pojawia się nagłe niebezpieczeństwo, organizm przechodzi w stan wyjątkowy.
Wyjaśnię to na równie genialnym przykładzie działania służb drogowych, z jakim spotkałam się w Malezji.
Stolica kraju, Kualalumpur, to wielkie, nowoczesne miasto, gdzie
mieszkają prawie dwa miliony osób, a wraz z przyległościami - ponad
siedem milionów. W Kualalumpur wszystko rośnie, rozwija się i kwitnie -
finanse, handel, gospodarka, kultura, więc przez cały czas przybywają
następni ludzie i wielu z nich chce po mieście jeździć samochodem.
Na jezdniach zaczęło brakować miejsca. W czasie największego ruchu na
ulicach stały sznury samochodów na kilku równoległych pasach. Dojazd z pracy do domu zajmował coraz więcej czasu.
Władze miasta przeanalizowały ruch na ulicach i zauważyły pewną prostą
zależność. Rano największy ruch jest na trasach dojazdowych do centrum,
gdzie znajdują się biura, sklepy, restauracje i inne miejsca pracy.
Jednocześnie na pasach prowadzących w odwrotnym kierunku jest prawie
pusto. Logiczne. Po południu oczywiście jest odwrotnie. Bardzo mało
kierowców jedzie w stronę miasta, natomiast prawie wszyscy wylewają się
na ulice, żeby dojechać z powrotem do domu.
Wprowadzono więc proste, skuteczne rozwiązanie.
Podczas porannego szczytu otwarte są wszystkie pasy jezdni prowadzące do
miasta oraz dodatkowe pasy utworzone na jezdniach zwykle przeznaczonych
do jazdy w odwrotnym kierunku. Wyobraź sobie dwie sześciopasmowe ulice -
na jednej odbywa się ruch w stronę miasta, a na drugiej - odwrotnie,
ruch z miasta na zewnątrz.
Tak jest na co dzień w czasie umiarkowanego ruchu.
Rano i po południu następuje jednak nadzwyczajne zagęszczenie
samochodów. Wszyscy w tym samym czasie chcą wjechać do miasta albo je
opuścić. Wtedy wprowadza się specjalne rozwiązanie.
I tak rano w Kualalumpur jest dziesięć pasów przeznaczonych dla
kierowców zmierzających do pracy, bo dodaje się im cztery pasy z drugiej
jezdni. Kierowcy udający się w podróż poza miasto mają tylko dwa pasy i to im w zupełności wystarcza.
Po południu jest odwrotnie. Dziesięć pasów dla kierowców wyjeżdżających
z miasta i dwa pasy dla tych, którzy chcą do miasta wjechać.
W ten sposób rozładowano korki.
Ludzki organizm stosuje podobną zasadę.
Kiedy pojawia się niebezpieczeństwo dla zdrowia albo życia, organizm
natychmiast zamyka te rejony ciała, które nie są w tym momencie
niezbędne. Tak jak straż miejska w Kualalumpur odcina cztery pasy
jezdni, żeby przeznaczyć je do ruchu w przeciwnym kierunku, tak samo
twój organizm odcina niektóre wewnętrzne obwody, żeby całą krew
skierować tam, gdzie teraz jest potrzebna największa siła i zdolność do
błyskawicznego działania.
Zatrzymuje więc chwilowo trawienie pożywienia. Kiedy stajesz w obliczu
śmiertelnego niebezpieczeństwa mniej ważne jest to czy odpowiednio
strawiłeś obiad i dostarczyłeś swoim komórkom substancji odżywczych,
ponieważ jeżeli nie pokonasz wroga, to umrzesz, a to czy w momencie
śmierci będziesz miał w jelitach strawiony czy niestrawiony posiłek, ma
mniejsze znaczenie.
Zamknięty zostaje układ odpornościowy, którego zadaniem jest rozpoznanie
i pokonanie wszystkich potencjalnych czynników chorobotwórczych. Armia
czujnych leukocytów nieustannie krąży po twoim organizmie sprawdzając
czy wszystko działa bez zarzutu. Kiedy znajduje wirusa, bakterię albo
innego nieproszonego gościa, natychmiast włącza alarm i przyzywa do
pomocy armię uzbrojonych wojowników. No, ale jeśli stoisz w obliczu
rozzłoszczonego potwora, który za chwilę prawdopodobnie zacznie cię
ścigać, to mniej istotne staje się to czy wartownicy dokonają
regularnego obchodu twojego ciała. Ważniejsze jest to, żeby ratować
życie.
Zablokowane zostaje chwilowo odczuwanie bólu. Ból na co dzień jest
bardzo pożyteczną informacją o tym, że w jakiejś części ciała pojawiło
się zagrożenie jego integralności. Kiedy boli cię noga, instynktownie
będziesz ją oszczędzał, wolniej chodził i z całą pewnością będziesz się
powstrzymywał od biegania. Ale nie wtedy, kiedy gra toczy się o życie.
Ból mógłby cię powstrzymać przed podjęciem koniecznego działania albo
skłonić cię do przerwania go przed osiągnięciem celu. Czy byłbyś w stanie wyczołgać się z nory ze złamanym łokciem? Gdybyś w pełni odczuwał
wielkość swojego bólu, zapewne nie. Dlatego ból zostaje wyłączony.
Organizm podejmuje decyzję o tym, że chwilowo zablokowane zostaną
wszystkie funkcje, które nie są niezbędnie konieczne, po to, żeby całą
moc skoncentrować w tych rejonach, które umożliwią walkę albo ucieczkę.
Serce zaczyna mocniej bić, czyli mocniej pompować krew do mięśni nóg i rąk. Oddech staje się krótki i szybki, żeby jak najprędzej doprowadzić
do nich tlen. Zatrzymane zostaje całe myślenie z wyjątkiem totalnego
skupienia na obecnej sytuacji. Wyostrza się wzrok, słuch i węch.
Stan wyjątkowy. Maksymalna mobilizacja.
Moment, od którego być może zależy przetrwanie.
Całkowita koncentracja na problemie i konieczności podjęcia jednej z trzech możliwych decyzji:
Uciekać.
Walczyć.
Zastygnąć w bezruchu.
Wszystko inne staje się nieważne.
Podobnie reagują inne żywe istoty.
Wąż w sytuacji zagrożenia przestaje się ruszać. Stara się wtopić w otoczenie i stać niewidzialny. Taka reakcja pozwala mu zachować życiową
energię i względny spokój. Po co miałby je marnować na bardzo
wyczerpujące czynności, takie jak podskakiwanie do większej od siebie
ofiary, żeby spróbować ją ukąsić? Zrobi to tylko w ostateczności, kiedy
nie będzie miał innego wyjścia - na przykład wtedy, kiedy człowiek
podejdzie zbyt blisko z ciekawości albo niechcący na niego nadepnie.
Instynktowne zastygnięcie w bezruchu w obliczu nagłego niebezpieczeństwa
pozwala zaoszczędzić energię, ale niesie w sobie inne niebezpieczeństwa.
Jeleniom, dzikom, żabom i innym zwierzętom zdarza się nocą znaleźć w pobliżu szosy. Jest ciemno, pusto, wydaje się bezpiecznie. Wchodzą na
asfalt, nagle w oddali pojawiają się reflektory samochodu i hałas
silnika. Serce zaczyna szybciej bić, wyostrza się wzrok i słuch,
napinają się mięśnie w nogach, całe ciało nagle wydaje się lekkie i zwinne, gotowe do podjęcia ponadnaturalnie śmigłego galopu, ale zanim
będzie do tego zmuszone, zamarza, nieruchomieje, podświadomie licząc na
to, że pozostanie niezauważone i w ten sposób uniknie niebezpieczeństwa.
Jeśli kierowca będzie jechał powoli i uważnie, rzeczywiście, to może się
udać. Zatrzyma się w porę albo ostrożnie ominie znieruchomiałe ze
strachu i stresu zwierzę. Jak dla mnie, to najważniejszy powód, żeby
jeździć zgodnie z przepisami. Zarówno za dnia, jak i w nocy.
Psy reagują inaczej. Pod wpływem nagłego zagrożenia najczęściej stają
się agresywne. Instynktownie włącza się funkcja walki. Sierść podnosi
się na skórze, żeby sprawić wrażenie większej, groźniejszej postaci. W gardle wzbiera warkot. Pies zaczyna szczekać i szczerzyć zęby, żeby
odstraszyć napastnika, a jeśli to nie wystarczy, będzie gotowy atakować.
Kot w tej samej sytuacji zastosuje raczej trzecie rozwiązanie, czyli
ucieczkę. Nagły stres uruchomi w nim ten sam mechanizm przetrwania -
gwałtowne bicie serca, lepsze ukrwienie wszystkich czterech łap, żeby
jak najszybciej uciekać, będąc w stanie pokonać po drodze wszystkie
przeszkody, które niespodziewanie znajdą się na jego drodze - wysoki
płot, krzaki, drzewo.
Niedawno widziałam dzikiego kota, którego znienacka zaatakowały dwa psy.
Kot uciekał zygzakami, poruszając się z nieprawdopodobną prędkością, a na koniec długim, sprężystym, precyzyjnym skokiem przedostał się na
dach.
Człowiek pod wpływem nagłego stresu jest w stanie dokonać równie
niebywałych czynów. Na pewno też kiedyś ci się to zdarzyło.
Pamiętasz jak przestraszyło cię coś w nocy i zacząłeś biec tak szybko,
jak nigdy wcześniej w życiu?
Albo jak dźwignąłeś coś, co w normalnych okolicznościach byłoby dla
ciebie zdecydowanie za ciężkie?
A może pamiętasz jak pływałeś w oceanie, nagle kątem oka dostrzegłeś
trójkątny kształt płetwy rekina i pobiłeś życiowy rekord płynięcia
kraulem do brzegu? Potem okazało się, że to wcale nie był rekin, ale to
nieistotne. Pod wpływem nagłego zagrożenia uruchomił się w tobie
mechanizm stresu, cała siła została skierowana do twoich rąk i nóg,
żebyś mógł ocalić życie.
Stres jest bardzo przydatną i pożyteczną funkcją. Działa jak
automatyczny guzik przełączający cały organizm w stan wyjątkowy, który
umożliwia wykorzystanie swojego maksymalnego potencjału do uratowania
zdrowia i życia.
Na czym więc polega cały problem ze stresem? Dlaczego wszyscy mówią, że
trzeba z nim walczyć i nauczyć się go unikać?
A czy dostałeś kiedykolwiek receptę na silny lek? Czy pamiętasz co
powiedział lekarz? Zalecił branie leku przez ściśle określony czas w określonych dawkach. Czy wiesz co by się stało, gdybyś brał antybiotyk
przez siedemdziesiąt dni zamiast przez siedem? Wtedy lekarstwo ratujące
ci życie zamieniłoby się w truciznę, która ci to życie odbiera.
Dokładnie tak samo jest ze stresem.
Rozdział 5. Statek na oceanie
Rozdział 5
Statek na oceanie
Stres jest stanem nadzwyczajnej gotowości do poradzenia sobie z wyjątkowo dużym zagrożeniem. Tak dużym, że organizm w swoim normalnym
zrównoważonym stanie nie miałby wystarczającej mocy, żeby go skutecznie
i definitywnie przezwyciężyć. Przełącza się więc w tryb awaryjny. Nie
dlatego, że coś się zepsuło, lecz po to, żeby zmaksymalizować swoją
szansę na sukces i przetrwanie.
Tak samo jak podczas wyprawy morskiej przez ocean.
Na statku jest kapitan, bosman, załoga marynarzy, jest też kucharz, są
kelnerzy, stewardzi, osoby zajmujące się obsługą pieców pod pokładem,
towarami, bagażami, są mechanicy, inżynierowie, radiotelegrafista, są
też osoby dbające o pasażerów.
Przy doskonałej pogodzie wszyscy zajmują się swoimi sprawami. Kucharz
gotuje, kapitan uzupełnia notatki w dzienniku pokładowym, instruktor
prowadzi dla chętnych lekcje pływania, a pokojówki ścielą koje w kabinach.
Zdarza się jednak czas wyjątkowo złej pogody albo na horyzoncie pojawia
się statek piratów lub inne niespodziewane niebezpieczeństwo.
Wtedy kapitan krzyczy:
- Wszystkie ręce na pokład!!!
Sprzątaczki, kucharze, palacze, stewardzi, elektronicy, instruktorzy
tańca, kelnerzy, informatycy - wszyscy porzucają swoje zajęcia i biegną
tam, gdzie potrzebny jest wspólny, zjednoczony wysiłek.
To oznacza, że kajuty będą nie posprzątane, a w opuszczonej kuchni będą
grzechotały puste garnki i patelnie. Być może przestanie działać
internet, a pasażerowie z rozczarowaniem usłyszą informacje o odwołanych
zajęciach z argentyńskiego tanga. Ale tango jest teraz nieważne. Tak
samo jak chwilowo nieistotne stają się kosze pełne śmieci, nieumyte okna
czy brak wody w prysznicu.
Wszystkie ręce na pokład! Mniej ważnymi rzeczami zajmiemy się wtedy,
kiedy będzie wiadomo, że statek jest znów bezpieczny.
W ludzkim organizmie kapitanem jest część mózgu zwana podwzgórzem.
Podwzgórze wygląda jak otwarty ptasi dziób, z którego zwieszają się dwie
podłużne sakiewki. Widziałam uproszczony rysunek środkowej części
ludzkiego mózgu. To fascynujące, że kiedy spojrzy się na niego z pewnej
odległości, wygląda jak ptak. Bezpiecznie ukryty w samym środku kory
mózgowej, z czterema komorami o fantazyjnych kształtach, które
przypominają skrzydła, głowę z okrągłym okiem i tułów z wypustkami,
podobny do rybiego ciała. Otwarty dziób tego ptaka to właśnie
podwzgórze. Jego zadaniem jest odbierać sygnały dostarczane przez system
nerwowy i przekształcać je w komunikaty, które zostaną przekazane dalej
i wywołają odpowiednie działanie.
Tak samo jak kapitan zbiera informacje o pogodzie, wielorybach,
piratach, mieliznach, skałach, górach lodowych i innych statkach na
morzu - tak samo podwzgórze otrzymuje wiadomości o wszystkim, co jest
istotne w najbliższej okolicy.
Kapitan statku wysyła maile, smsy albo dzwoni do następnych osób, którym
zleca podjęcie odpowiedniego działania. Podwzgórze wytwarza i wysyła
neurohormony, które zarządzają działaniem przysadki mózgowej, czyli
podwójnego woreczka zwieszającego się z ptasiego dzioba.
A mówiąc jeszcze bardziej dokładnie, kapitan podwzgórze utrzymuje w gotowości sieć włókien nerwowych, które przez lejek Fendersona (zwany
czasem po prostu lejkiem) przechodzą do tylnej części woreczka i są
czymś w rodzaju wewnętrznej sieci internetowej, po której w razie
potrzeby podwzgórze przesyła wiadomości do przysadki mózgowej.
Tylna część przysadki natychmiast przesyła informacje dalej, do części
środkowej i przedniej, która zarządza bardzo ważnymi funkcjami działania
organizmu. Można powiedzieć, że jest perfekcyjną asystentką kapitana,
która na bazie otrzymanych od niego informacji łączy się z innymi
centrami kontroli i koordynuje następne działania. Wzywa
specjalistycznych kurierów i wysyła ich dalej z konkretnymi zaleceniami.
Ci posłańcy to hormony.
Przednia część przysadki na bazie informacji otrzymanej z tylnej części
podłączonej do podwzgórza wytwarza hormony, które zostają wysłane do
odpowiednich gruczołów, żeby wywołać ich pożądane zachowanie.
Przysadka mózgowa jest wielkości zielonego groszku i nie jest zielona,
lecz w przedniej części różowa. Maleńka, ukryta w samym środku głowy,
otoczona ochronną warstwą tkanki kostnej, która tworzy łagodne
zagłębienie zwane siodłem tureckim. Z tej bezpiecznej dolinki przysadka
kieruje światem. No, może nie całym światem, ale z całą pewnością dużą
jego częścią.
Przysadka zarządza wzrostem całego ciała. To ona jest odpowiedzialna za
to czy człowiek jest niski, średni, czy wysoki. Zarządza ciśnieniem krwi
w całym organizmie. Zarządza energią, trawieniem, działaniem organów
płciowych, odpornością, płodnością, wytwarzaniem mleka, niektórymi
aspektami ciąży i porodu, regulowaniem temperatury ciała, poziomem
glukozy we krwi, a więc poczuciem głodu lub sytości, rozkładaniem
tłuszczu, zatrzymywaniem wody w organizmie, działaniem tarczycy, czyli
pośrednio wyglądem włosów i paznokci, rytmem serca, samopoczuciem, a także emocjonalnym przywiązaniem do innych osób.
Kiedy kapitan podwzgórze otrzymuje informację o nagłym zagrożeniu,
natychmiast powiadamia o tym swoją asystentkę przysadkę, a ona
niezwłocznie wysyła alarmujący komunikat do sztabu sytuacji kryzysowych,
który w odpowiedzi błyskawicznie powołuje oddziały do zadań specjalnych.
Trzy najważniejsze nazywają się adrenalina, noradrenalina i kortyzol.
To jest trójkąt kryzysowy.
Podwzgórze i przysadka na wierzchołku, a na dwóch dolnych wierzchołkach
trójkąta - nadnercza, czyli niewielkie gruczoły umieszczone nad nerkami.
Rozdział 6. Kurierzy władcy Inków
Rozdział 6
Kurierzy władcy Inków
Imperium Inków w Ameryce Południowej było ogromne. Sięgało od terytorium
dzisiejszego Ekwadoru na północy, przez Peru i Boliwię aż do Argentyny i Chile. Miało długość kilku tysięcy kilometrów. Jak sprawnie zarządzać
takim rozciągniętym państwem? Jak skutecznie przekazywać wszystkim
obywatelom ważne rozkazy inkaskiego władcy?
Inkowie nie używali pojazdów na kołach, nie znali też internetu,
samolotów ani pocztowych sów. Mieli jednak grupę ludzi do zadań
specjalnych, którzy nazywali się chasqui. Byli to biegacze, którzy
pełnili rolę kurierów nieustannie przemierzających sieć świetnie
przygotowanych dróg. Każdy rozkaz najwyższego Inki był sprawnie i szybko
dostarczany do najodleglejszych zakątków imperium.
W ludzkim organizmie jest tak samo.
Naszymi kurierami są hormony.
Władca mózg wysyła informację do odpowiednich gruczołów. Gruczoły
wysyłają kurierów z paczkami informacji, czyli hormony. Hormony wraz z krwią błyskawicznie docierają do właściwych organów, przekazują im
rozkazy i wywołują działanie.
Tak właśnie działa mechanizm stresu.
Mózg przesyła do podwzgórza komunikat o niebezpieczeństwie, podwzgórze
alarmuje przysadkę, przysadka przekazuje alarm dalej do nadnerczy, które
odpowiadają wytworzeniem hormonów stresu i wysłaniem ich wraz z krwią do
wszystkich systemów.
Zatrzymane zostają te obwody, które nie będą brały udziału w obronie
organizmu przed zagrożeniem.
Wzmocnione zostają te narządy, które staną do walki.
Serce zaczyna bić szybciej i mocniej. Przepływ krwi zwiększa się nawet o 400%. Krew musi jak najszybciej dotrzeć do tych organów, które będą
teraz najbardziej potrzebne: do mięśni, płuc i mózgu, które dzięki temu
zyskują ponadnaturalną moc. Mózg będzie w stanie błyskawicznie
analizować sytuację i podejmować najlepsze decyzje. Mięśnie nabiorą
takiej siły, że w razie potrzeby będziesz mógł gołymi rękami podnieść
samochód albo przeskoczyć przez wysoki mur.
Nadzwyczajnie wzmocnione zostaną też te rejony ciała, które będą
najbardziej narażone na uszkodzenie. Tam, gdzie w normalnych
okolicznościach po uderzeniu albo zetknięciu z twardą powierzchnią
powstałby siniak, teraz nie będzie nawet śladu.
Spotęgowane zostaną też zdolności percepcji wszystkich zmysłów - żeby
dzięki nim otrzymać szczegółowe informacje o tym co dzieje się w otoczeniu.
Ludzki organizm jest tak skonstruowany, że zawsze instynktownie będzie
dążył do odzyskania równowagi i optymalnego dla siebie stanu zwanego
homeostazą.
Kiedy pojawia się nieoczekiwane zagrożenie, organizm natychmiast
przełącza się w nadzwyczajny stan kryzysowy, jednocześnie dążąc do tego,
żeby jak najszybciej powrócić do normalnego funkcjonowania, ponieważ
tylko wtedy wszystkie wewnętrzne narządy i układy będą w stanie w pełni
wykonywać swoje zadania i utrzymywać się w zdrowiu i sile.
To jest tak samo jak w mądrze zarządzanym kraju. Król cieszy się kiedy w państwie panuje pokój, bo wtedy rośnie dobrobyt, można zająć się
naprawianiem dachów, czyszczeniem studni, zakładaniem parków i ogrodów.
Kiedy pojawia się niebezpieczeństwo z zewnątrz, trzeba jak najszybciej
stworzyć armię i stanąć do walki. Wzywa się więc najsilniejszych
mężczyzn, którzy przestają wtedy pracować w polu, wyrywać chwasty,
budować domy, naprawiać zepsute meble, usuwać na bieżąco różne
zanieczyszczenia. Idą walczyć w obronie granic i terytorium, a król
zastanawia się jak najszybciej zakończyć tę wojnę, żeby wszyscy mogli
wrócić do swoich zadań.
Tak jest w ludzkim organizmie podczas nagłego stresu.
Stan wyjątkowy, wojna, konieczność obrony przed agresorem.
To wspaniale, że mamy tak niezwykle skonstruowane wewnętrzne państwo.
Stres jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ jak sygnał alarmowy gromadzi
siły obronne organizmu, które natychmiast stają do walki.
I tu właściwie ta książka mogłaby się skończyć ?
Stres jest ogromnie przydatnym mechanizmem mobilizującym, dzięki któremu
w razie nagłej potrzeby ciało staje się nadzwyczajnie silne, mądre,
sprawne i odporne.
Koniec.
Ale zaraz.
To dlaczego wszyscy mówią, że trzeba walczyć ze stresem? Dlaczego stres
jest przedstawiony jako potwór? Dlaczego niektórzy twierdzą, że stres
jest przyczyną wielu groźnych chorób? Są nawet tacy, którzy upierają
się, że źródłem każdego przypadku nowotworu jest w 75% stres, i że tak
samo jest z chorobami serca, cukrzycą, bezpłodnością i innymi chorobami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki