Stres. 102 sprawdzone sposoby na stres - Beata Pawlikowska

Kup ebooka

29.90 zł
25.42 zł (24,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1. Dzień jak co dzień

Roz­dział 1

Dzień jak co dzień

To było bar­dzo dziwne. Z jed­nej strony tego pra­gnę­łam, a z dru­giej wie­dzia­łam, że będzie to miało na mnie bar­dzo nega­tywny wpływ. Mia­łam wra­że­nie, że tego potrze­buję, a jed­no­cze­śnie w każ­dej sekun­dzie tego nie­na­wi­dzi­łam. Coś mnie jed­nak w tym tak pocią­gało, że tam­tego wie­czora jak zawsze punk­tu­al­nie o 18.58 usia­dłam przed tele­wi­zo­rem, żeby dowie­dzieć się co sły­chać w świe­cie.

Tak naprawdę czu­łam pod skórą, że sama sie­bie oszu­kuję. Bo prze­cież wie­dzia­łam, że nie dowiem się niczego nowego. Zmie­nią się być może oko­licz­no­ści, miej­sca i osoby, ale jądro zda­rzeń pozo­sta­nie takie samo. Mogła­bym wła­ści­wie napi­sać sce­na­riusz każ­dego wie­czor­nego wyda­nia wia­do­mo­ści. Na począ­tek coś aktu­al­nie sen­sa­cyj­nego. Coś, co zda­rzyło się dzi­siaj, naj­le­piej coś kon­tro­wer­syj­nego, co roz­pa­liło emo­cje i poru­szyło wszyst­kich nie­za­leż­nie od wyzna­wa­nego świa­to­po­glądu. Potem prze­gląd waż­niej­szych mię­dzy­na­ro­do­wych dele­ga­cji i prze­mó­wień, naj­le­piej z akcen­tem egzo­tycz­nym oraz z uwzględ­nie­niem naszych obec­nych wro­gów i sojusz­ni­ków. Dokąd poje­chał cesarz Japo­nii, kogo przy­jęła angiel­ska kró­lowa, co głu­piego zro­bił pre­zy­dent Rosji, a co mądrego powie­dział pre­zy­dent USA. Jeśli czasy się zmie­nią i zawrzemy inne soju­sze, będziemy w tym miej­scu rela­cjo­no­wać co mądrego zro­bił pre­zy­dent Rosji, a co głu­piego powie­dział pre­zy­dent USA. Potem repor­ter­ski mate­riał doty­czący pol­skiego prze­my­słu, prze­gląd tra­ge­dii, kata­strof i waż­niej­szych zabójstw, a na koniec dla rów­no­wagi coś miłego albo zabaw­nego.

Sie­dzia­łam przed tele­wi­zo­rem i tonę­łam pod lawiną szar­pią­cych mną emo­cji.

Byłam wście­kła na mani­pu­lu­ją­cych poli­ty­ków, bez­sil­nie nie­szczę­śliwa z powodu rzezi del­fi­nów, prze­ra­żona tym, że zbliża się epi­de­mia nowej nie­zna­nej cho­roby, zestre­so­wana infor­ma­cjami o pro­ble­mach rol­ni­ków i wizją dra­ma­tycz­nie dro­że­ją­cej żyw­no­ści, nie­za­do­wo­lona z fry­zury pre­zen­terki, zdo­ło­wana obez­wład­nia­ją­cym prze­ko­na­niem, że ludzie są podli, fał­szywi i nikomu nie można ufać.

Po pierw­szym pro­gra­mie infor­ma­cyj­nym prze­łą­cza­łam sta­cję i oglą­da­łam następny, a pół godziny póź­niej trzeci. A potem nie mia­łam już siły na cokol­wiek. Czu­łam się pusta. Czu­łam się tak, jakby ktoś włą­czył wiedź­miń­ski odku­rzacz i wyssał ze mnie całą życiową ener­gię. Nic mi się nie chciało. Nawet wstać. Myśleć. Czuć cokol­wiek. Żyć.

Byłam zmę­czona, wyczer­pana, wycień­czona. Umysł pod­po­wia­dał, że muszę temu zara­dzić, tylko jak? Robi­łam szybki prze­gląd zna­nych mi metod na odzy­ska­nie sił, przy­po­mi­na­łam sobie czę­sto powta­rzaną reklamę cia­stek, wycią­ga­łam więc - jak dla mnie logiczny - wnio­sek, że jestem głodna i muszę coś zjeść. Coś słod­kiego, tłu­stego, dobrego, co wypełni mnie przy­jem­no­ścią, przy­wróci mi siły i zdol­ność myśle­nia.

W szafce pod bla­tem mia­łam zapas bły­ska­wicz­nych dań z super­mar­ketu. Wystar­czyło zalać gorącą wodą, pocze­kać chwilę i jeść. Zwy­kle zresztą wcale nie cze­ka­łam. Lubi­łam kiedy maka­ron był jesz­cze chru­piący, a potem pęcz­niał w gęstym sosie, w któ­rym było coś tak pysz­nego, że nie mogłam się mu oprzeć.

Czu­łam, że wraca ener­gia. Na chwilę. Bo kiedy koń­czy­łam wyskro­by­wać łyżką sos, czu­łam się dziw­nie ospale, ocię­żale, tak jakby bły­ska­wiczny maka­ron naj­pierw dał mi szybki zastrzyk siły, a potem rów­nie bły­ska­wicz­nie ją ze mnie wymia­tał. Myśla­łam, że zja­dłam za mało i że potrze­buję cze­ko­lady. Wtedy znów poja­wiało się chwi­lowe otrzeź­wie­nie. Byłam jak balo­nik, do któ­rego wpom­po­wano świeże powie­trze, nagle uno­si­łam głowę, czu­łam moc­niej­sze bicie serca, nie zda­jąc sobie jed­nak sprawy z tego, że w balo­niku jest gdzieś nie­szczel­ność, więc powie­trze ucho­dziło ze mnie razem z chę­cią do życia i ener­gią.

Tele­wi­zor był wciąż włą­czony, wła­śnie zaczy­nał się film, a ponie­waż czu­łam się zbyt wyczer­pana, żeby zro­bić cokol­wiek, to sie­dzia­łam dalej na kana­pie i oglą­da­łam. To mnie tro­chę relak­so­wało. Tylko tro­chę, bo pozwa­lało zapo­mnieć o tym, czego nie chcia­łam pamię­tać - na przy­kład o tym, co mam do zro­bie­nia jutro, o tym, że mio­tam się w pracy, w związku i we wła­snych myślach, o tym, że mam do sie­bie pre­ten­sje, czuję się przez kogoś oszu­kana, muszę z kimś wal­czyć.

Ale tak naprawdę nie pozwa­lało mi się w pełni roz­luź­nić, dla­tego że co chwilę ktoś kogoś ści­gał, jechał samo­cho­dem w ryzy­kowny spo­sób, o mały włos omi­ja­jąc cię­ża­rówki jadące z naprze­ciwka, ktoś do kogoś znie­nacka strze­lał, ludzie usi­ło­wali się wza­jem­nie zastra­szać, szan­ta­żo­wać, bili się, bro­czyli krwią, zata­czali się i cier­pieli.

Czu­łam jak pod­czas tych scen wszystko się we mnie spina, serce zaczyna walić, mam wil­gotne dło­nie i oddy­cham tak szybko, jak­bym zmę­czyła się bie­giem. Potem na szczę­ście pano­wała chwila spo­koju. Boha­te­ro­wie zaj­mo­wali się swo­imi spra­wami, były sceny miłe, roman­tyczne, wzru­sza­jące, a potem znów chwy­tali za broń i wra­cali do walki. A ja wraz z nimi. Znów mimo­wol­nie napi­nały mi się mię­śnie, oddech sta­wał się krótki, zaci­ska­łam zęby i pod­wi­ja­łam palce u stóp.

Piłam wino na "uspo­ko­je­nie ner­wów" i wyda­wało mi się, że fak­tycz­nie, czuję coraz mniej i prze­staję się przej­mo­wać. Wszystko wyda­wało się odda­lać.

Życie, świat, ludzie, uczu­cia, radość, sens. Wszystko znaj­do­wało się daleko. Bez­piecz­nie daleko w taki spo­sób, że mniej rze­czy mogło mnie dotknąć, zra­nić, ale jed­no­cze­śnie... wszystko co dobre też sta­wało się poza moim zasię­giem.

Niby mia­łam wszystko, ale czu­łam się tak, jak­bym nie miała nic.Było to bar­dzo fru­stru­jące uczu­cie.

W końcu noc rosła tak wielka, ciemna i prze­ni­kliwa, że odsta­wia­łam kie­li­szek, pod­no­si­łam się z wes­tchnie­niem i szłam spać. Budzi­łam się z tym samym poczu­ciem, że mam za mało. Cze­goś mi bra­kuje. Siły, chęci, powie­trza do oddy­cha­nia, prze­strzeni, żeby roz­wi­nąć skrzy­dła. Mia­łam ści­śnięty żołą­dek, byłam zmę­czona. Nie wie­dzia­łam czego chcę. Nawet gdy­byś dał mi dzie­sięć abso­lut­nie fan­ta­stycz­nych moż­li­wo­ści do wyboru, to nie była­bym w sta­nie wska­zać tej jed­nej, któ­rej naprawdę pra­gnę.

Trudno mi było zebrać myśli. Czu­łam pustkę w gło­wie. Dziw­nie lepką mgłę nie­mocy, która roz­le­wała się mię­dzy moimi komór­kami. Zaczy­nał się nowy dzień. Jesz­cze jeden męczący dzień.

Włą­cza­łam radio. Chcia­łam sły­szeć żywe ludz­kie głosy. Może zaczerpnę z nich tro­chę ener­gii. Wywiad z poli­ty­kami. Tak, tego wła­śnie potrze­buję! Wścieka mnie to, iry­tują mnie, że zamiast rze­czowo odpo­wia­dać na pyta­nie, ata­kują się wza­jem­nie, zarzu­ca­jąc sobie kłam­stwa, nie­wie­dzę i mani­pu­la­cje, ale razem z tą zło­ścią i znie­cier­pli­wie­niem poja­wia się też iskra życia.

Potrze­bo­wa­łam kawy, żeby posta­wić się na nogi. I cze­goś słod­kiego, żeby powstrzy­mać powieki, które opa­dały tak, jakby pra­gnęły wię­cej snu. Ale prze­cież spa­łam długo. Być może zbyt długo. Kawa. Pączek. O, słodka chwilo ulgi!

Cia­sto roz­pły­wało mi się w ustach, a razem z nim poja­wiało się uko­je­nie. Nie­cier­pli­wie pocią­gnę­łam gorący łyk kawy. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej poczuć ją w sobie. Kawa była jak galo­pu­jący oddział zbroj­nych żoł­nie­rzy. Na ich widok wszy­scy sta­wali na bacz­ność - serce zaczy­nało szybko bić, krew szu­miała w żyłach, płuca oży­wały i chwy­tały hau­sty powie­trza. Szyja się pro­sto­wała, głowa pod­no­siła się do góry, oczy mru­gały i zaczy­nały widzieć.

Poja­wiała się siła. Nie­wi­dzialny reży­ser mojego życia wołał:

- Akcja! A ja posłusz­nie zry­wa­łam się od stołu, wrzu­ca­łam do ple­caka kilka potrzeb­nych dro­bia­zgów i wybie­ga­łam z domu gotowa do dal­szej walki z życiem. Poko­nam wszyst­kich! Będę lep­sza, szyb­sza, spryt­niej­sza, mądrzej­sza, udo­wod­nię im na co mnie stać!

Nic mnie nie zatrzyma!

Patrzy­łam na mia­sto przez okno auto­busu. Było dobrze. Czu­łam, że znów jestem obecna i wra­cam do gry. Przy­da­łoby się jesz­cze coś słod­kiego. Tak żeby pod­trzy­mać w sobie ten roz­nie­cony pło­mień. Wafe­lek w cze­ko­la­dzie. Wafe­lek w cze­ko­la­dzie!!! Taki kru­chy, deli­katny, łagodny, słodki, przy­ja­zny, miły! Obej­mo­wał mnie jak ramiona uko­cha­nego. Cze­ka­łam aż sło­dycz wypełni mnie aż po czu­bek głowy, pod­ska­ki­wa­łam na sie­dze­niu, przy­chyl­niej­szym okiem patrzy­łam na ludzi dookoła. Też się śpie­szą. Też mają przed sobą cały dzień starć, małych zwy­cięstw i pora­żek. Oni też muszą wal­czyć, muszą ciężko pra­co­wać na swój chleb, na dzieci, na urlop, na to, że ktoś ich w końcu doceni.

Tak, tak, wszy­scy jeste­śmy w sumie tacy sami. Każdy rano staje przed lustrem, patrzy sobie w twarz i usi­łuje ukryć przed innymi to co zoba­czył.

Taka jest prawda. Mój przy­sta­nek. Wysia­dam.

Wcho­dzę do budynku.

Kli­ma­ty­za­cja, szare ściany, bez­silne kwiatki w wazo­nie. Atmos­fera napię­cia, wyścigu, rywa­li­za­cji, zdo­by­wa­nia, walki. Ktoś ustala za mnie plan, ktoś każe mi biec, osią­gać wyniki, przy­no­sić zdo­bycz. Nie wolno zwol­nić, nie wolno stra­cić z oczu celu, nie wolno się pod­dać, nie wolno wąt­pić. Trzeba dać z sie­bie wszystko, udo­wod­nić swoją lojal­ność i mówić tym samym języ­kiem.

Mone­ty­za­cja, zysk, bilans, wynik, raport, nagroda. Jesteś nam potrzebny choć jesteś kom­plet­nie nie­ważny z punktu widze­nia całej kor­po­ra­cji. Jesteś tylko pion­kiem, który usta­wiamy na plan­szy zgod­nie z naszymi zasa­dami gry. Pła­cimy ci za to, żebyś był wier­nym pion­kiem, który posłusz­nie wyko­nuje swoje zada­nia. Lubimy cię za to. Dajemy ci za to pre­mię.

Cała moja ener­gia znika, ula­tuje, roz­pływa się, dez­in­te­gruje. Zmę­czona sia­dam przy biurku. Jesz­cze jeden dzień! Jak ja mam dotrwać do wie­czora?

Roz­glą­dam się bez­rad­nie. Kawa! Kawa postawi mnie na nogi! Duża kawa, odpo­wied­nia do mojego minu­so­wego nastroju.

Pierw­szy gorący łyk.

Serce łomo­cze. Cza­sem mam wra­że­nie, że jest jak uwię­ziony ptak, który chce ze mnie wyle­cieć na wol­ność. Nie dzi­wię mu się. Ja też chcia­ła­bym od sie­bie uciec.

Drugi łyk, trzeci łyk. Już tro­chę lepiej. Mgła znów się roz­suwa, myśli odzy­skują wła­ściwe połą­cze­nie, czuję jak zaczy­nają we mnie buzo­wać. Teraz wystar­czy im pod­su­nąć odpo­wied­nie zaję­cie. I tak praca zosta­nie zro­biona.

Potem sałatka z tuń­czy­kiem i majo­ne­zem, cze­ko­lada na pod­nie­sie­nie nastroju, jakoś da się wytrzy­mać do popo­łu­dnia.

Wyjdę zmę­czona, z poczu­ciem ulgi, jak roz­bi­tek będę stać na przy­stanku cze­ka­jąc aż z oddali przy­pły­nie auto­bus numer 16, który mnie ocali.

Szara klatka scho­dowa, zapach pustki, ostat­nie pro­mie­nie słońca na zaku­rzo­nej doniczce, w któ­rej kie­dyś ist­niało życie. Ta dziwna cisza, w któ­rej echem odbi­jają się nie­wi­dzialne kroki, krzyk dziecka, trza­śnię­cie drzwi. Tak jakby w bloku miesz­kały duchy.

Prze­cho­dzę przez kory­tarz jak przez ostatni tunel pro­wa­dzący do wyzwo­le­nia. Papie­ros, wino, cze­ko­lada. Włą­czam tele­wi­zor. Otwie­ram szafkę pod bla­tem. Wybie­ram "zdrową opcję" z pojem­ni­ków z jedze­niem w proszku. Zale­wam wrząt­kiem. Jem maka­ron póki jest jesz­cze chru­piący. Zaczy­nają się wia­do­mo­ści.

Dzień jak co dzień. Plecy mnie bolą. Ciężko jest. Trudno się oddy­cha. Żołą­dek boli. Cią­gle przy­plą­tuje się jakiś katar, opryszczka, zapa­le­nie oka albo ucha, ból głowy, bie­gunka. Ni­gdy nie wiem jak się będę czuła, co mnie będzie bolało, w jakim nastroju wstanę z łóżka.

Życie to wieczna walka.

Muszę wal­czyć o to, żeby nadą­żyć za wszyst­kim, co jest do zro­bie­nia. W pracy zawsze jest nie dość. Nie­ważne jak się sta­ram, zawsze jest za mało. Kiedy zespół osią­gnie cel, mówią nam, że dobrze się spi­sa­li­śmy, a teraz musimy pra­co­wać jesz­cze cię­żej, żeby utrzy­mać pozy­cję. Kiedy bilans koń­czy się gor­szym wyni­kiem, jest złość i zarzuty, że jeste­śmy leniwi, nie­lo­jalni i bez­war­to­ściowi. Kiedy ktoś pro­te­stuje, że to nie­prawda, poka­zują mu drzwi.

Zawsze jest za mało. Za mało zysków, za mało osią­gnięć, za mało wiary, za mało zaufa­nia, za mało moty­wa­cji, za mało sta­ra­nia, za mało rze­tel­no­ści, za mało uczci­wo­ści, za mało odda­nia. Tak jakby życie było ugo­rem, który sięga aż po hory­zont, a każdy jak robot­nik haruje od świtu do zmierz­chu na polu, które nie ma końca.

Dla­tego mówię, że jest ciężko.

Bra­kuje nadziei. Bra­kuje siły. Bra­kuje... No wła­śnie, czego mi tak naprawdę bra­kuje?...

Roz­dział 2. Kiedy rośnie giełda

Roz­dział 2

Kiedy rośnie giełda

Wyda­wało mi się, że żyję nor­mal­nie. Tak jak inni ludzie. Wszy­scy dookoła mieli podobne doświad­cze­nia i pro­blemy, robi­li­śmy zakupy w tych samych skle­pach i tak samo korzy­sta­li­śmy z dobro­dziejstw wysoko roz­wi­nię­tej zachod­niej cywi­li­za­cji. Wyobra­żasz sobie jak dużo bar­dziej skom­pli­ko­wane byłoby życie gdy­bym nie mogła się­gnąć po szybką zupę w proszku? Musia­ła­bym pójść do sklepu, kupić warzywa, wymyć je, obrać, zna­leźć prze­pis, odkry­wa­jąc naj­praw­do­po­dob­niej, że wymaga on uży­cia przy­praw, któ­rych nie mam i nawet nie wiem gdzie można je zna­leźć, poczu­ła­bym więc, że mar­nuję czas - i wciąż była­bym głodna. I bar­dziej wście­kła niż przed roz­po­czę­ciem goto­wa­nia.

W takich momen­tach czu­łam wdzięcz­ność za nowo­cze­sne fabryki, które potra­fią zamie­nić warzywa na pro­szek, dodać potrzeb­nych skład­ni­ków i przy­go­to­wać dla mnie małą torebkę, z któ­rej w trzy minuty zro­bię sobie zupę. Albo kupię sobie pul­pety w sosie, które ktoś za mnie zmie­lił, ule­pił, dopra­wił, oblał sosem i zamknął w wygod­nym sło­iku. Nie mówiąc już o pro­duk­tach, któ­rych nie była­bym w sta­nie sama zro­bić, takich jak owo­cowe jogurty, desery, dzie­siątki odmian piwa, wina, cia­stek i cze­ko­lady, tak bar­dzo potrzeb­nych dla popra­wie­nia mojego nastroju.

Kiedy szłam do wiel­kiego sklepu, gdzie na pół­kach pię­trzyły się kolo­rowe opa­ko­wa­nia sosów, dże­mów, kon­serw, pude­łek z goto­wym jedze­niem, maka­ro­nów, wygod­nie dla mnie obgo­to­wa­nego ryżu, ciast w proszku i goto­wych wypie­ków, czu­łam ulgę. Ktoś się o mnie trosz­czy! Ktoś dba o to, żeby było mi łatwiej i szyb­ciej.

W super­mar­ke­cie mija­łam setki innych ludzi robią­cych podobne zakupy i mia­łam miłe uczu­cie, że coś nas łączy. Podobny tryb życia, te same drobne sła­bo­ści, które ubar­wiają sza­rość dnia, te same potrzeby. Ten sam kie­rat wiecz­nie nie­za­ła­twio­nych spraw, nie­zdo­by­tych i nie­zdo­by­wal­nych szczy­tów, pro­ble­mów ze zdro­wiem i ogól­nego poziomu nie­speł­nie­nia i towa­rzy­szą­cego mu cier­pie­nia.

Wyda­wało mi się, że takie wła­śnie jest życie. Ludzie, któ­rych spo­ty­ka­łam, zda­wali się to potwier­dzać. Byli tak samo zmę­czeni, nie­syci, nie­spo­kojni i zestre­so­wani. Tak samo jak ja szu­kali pomocy. W tele­wi­zji i w radiu radzono, żeby łykać spe­cjal­nie dla nas opra­co­wane tabletki w dużych opa­ko­wa­niach za mniej­szą cenę.

Spo­ty­ka­li­śmy się więc przy pół­kach z magne­zem na poprawę samo­po­czu­cia, suple­men­tami na wątrobę, depre­sję, hemo­ro­idy, łza­wiące oczy, osła­bione włosy, pęka­jące paznok­cie, złe tra­wie­nie, nad­mierne poce­nie się, kaszel, nud­no­ści, wysypki, uczu­le­nia, pal­pi­ta­cje, brak ape­tytu, nad­wagę, bez­sen­ność, pro­blemy z kon­cen­tra­cją, kaca, prze­zię­bie­nie, wzmoc­nie­nie odpor­no­ści i zmę­cze­nie.

Ja też łyka­łam te tabletki. Wyda­wało się, że poma­gają.

Ale tak naprawdę nic się nie zmie­niało. Wszystko było cią­gle takie samo.

Kiedy koń­czył się jeden pro­blem, zaczy­nał się następny. Kiedy zni­kały prysz­cze z twa­rzy, poja­wiało się zapa­le­nie pęche­rza. Kiedy koń­czyło się prze­zię­bie­nie, mia­łam pro­blemy z żołąd­kiem, a kiedy temu udało się zara­dzić, przy­plą­ty­wał się nowy wirus albo zda­rzało się coś, co kom­plet­nie wytrą­cało mnie z rów­no­wagi.

Mia­łam poczu­cie osa­cze­nia.

Codzien­nie towa­rzy­szył mi natłok myśli, spraw, emo­cji, wra­żeń, wspo­mnień i lęków. Sta­ra­łam się radzić sobie z nimi w miarę moich moż­li­wo­ści. Prawdę mówiąc nie byłam w sta­nie oce­nić czy dzia­łam sku­tecz­nie, dla­tego że ni­gdy wła­ści­wie nie było czasu, kiedy mogła­bym spo­koj­nie zasta­no­wić się, prze­ana­li­zo­wać sytu­ację mojego życia i pod­jąć decy­zje.

Reago­wa­łam na bie­żąco. Kiedy czu­łam nie­po­kój, jadłam sło­dy­cze. Kiedy byłam zmę­czona, piłam kawę. Kiedy chcia­łam o czymś zapo­mnieć, się­ga­łam po wino. Kiedy nie mogłam się skon­cen­tro­wać, włą­cza­łam tele­wi­zor, radio albo inter­net. To przy­no­siło chwi­lową ulgę.

Żyłam w ten spo­sób przez wiele lat, nie zda­jąc sobie sprawy z tego, że wszyst­kie moje drobne i więk­sze pro­blemy mają jedno wspólne źró­dło. Był nim stres.

Jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kłe było to, że wszyst­kie spo­soby, z któ­rych korzy­sta­łam, żeby pora­dzić sobie z pro­ble­mami, nie tylko niczego nie napra­wiały, ale wprost prze­ciw­nie - przy­czy­niały się do tego, że mój stres był coraz więk­szy.

Usi­ło­wa­łam leczyć stres stre­sem.

Nie robi­łam tego oczy­wi­ście świa­do­mie. Wyda­wało mi się, że w miarę dobrze dbam o moje życie i zdro­wie. Byłam świa­do­mym oby­wa­te­lem - tak jak wszy­scy inni znani mi ludzie, któ­rzy wyzna­wali podobne war­to­ści i mieli podobny spo­sób myśle­nia, który mogła­bym stre­ścić nastę­pu­jąco:

Świat jest po to, żeby z niego korzy­stać. Trzeba odnieść suk­ces. Demo­kra­cja jest naj­lep­szym sys­te­mem. Moje życie powinno być wygodne, szyb­kie i łatwe. Wszystko czego pra­gnę powinno być w zasięgu ręki. Żyjemy w naj­lep­szej czę­ści świata. Współ­czu­jemy kra­jom trze­ciego świata. Rząd powi­nien dbać o szybki roz­wój gospo­darki. Lubimy kiedy giełda rośnie. Czu­jemy nie­po­kój kiedy akcje spa­dają. Jedze­nie jest i powinno być przy­jem­no­ścią. Wszystko jest dla ludzi. Kiedy cze­goś chcę, muszę to dostać.

Świa­do­mie może tak byśmy tego nie sfor­mu­ło­wali, zresztą kto miał czas, żeby zasta­na­wiać się nad wyzna­wa­nym przez nas sys­te­mem war­to­ści. Wie­dzie­li­śmy jedno: jest naj­lep­szy, inni powinni się od nas uczyć i sta­rać się nam dorów­nać.

Nie wie­dzie­li­śmy jed­no­cze­śnie wcale o tym, że nasz spo­sób myśle­nia i tryb życia pro­wa­dzi nas pro­sto w obję­cia cukrzycy, oty­ło­ści, nowo­two­rów i zawa­łów serca. Ponie­waż im wię­cej stresu było w naszych umy­słach, tym wię­cej blo­kad powsta­wało w naszych cia­łach. I wtedy zaczy­nały się cho­roby.

Roz­dział 3. Bez butów

Roz­dział 3

Bez butów

Pod­czas podróży po świe­cie pozna­łam różne cywi­li­za­cje i kul­tury. Na początku wyda­wało mi się, że jako przy­bysz z Europy mam misję oca­le­nia i oświe­ce­nia tych, któ­rzy mieli mniej szczę­ścia i uro­dzili się na innych kon­ty­nen­tach. Współ­czu­łam India­nom, że muszą cho­dzić po dżun­gli boso, że nie znali smaku kawy, cukru i cze­ko­lady, że nie mogą oglą­dać tele­wi­zji, słu­chać listy prze­bo­jów i zara­biać pie­nię­dzy.

Pod­czas dru­giej wyprawy do Ame­ryki Połu­dnio­wej kilka mie­sięcy póź­niej nagle zauwa­ży­łam coś dziw­nego.

Wszy­scy India­nie byli szczu­pli, musku­larni i silni. Nie widzia­łam ani jed­nego cho­rego, oty­łego, zmę­czo­nego ani zmar­twio­nego. Nie spo­tka­łam nikogo, kto byłby wku­rzony, znie­cier­pli­wony, ziry­to­wany, smutny, roz­gnie­wany albo zestre­so­wany.

Nawet w sytu­acjach, które były trudne albo nie­przy­jemne! To było naj­bar­dziej nie­zwy­kłe. Wędro­wa­li­śmy przez wiele godzin. Ja mia­łam już dość, byłam zmę­czona, spo­cona, zgrzana i nie­szczę­śliwa. Chcia­łam odpo­cząć, wziąć prysz­nic, zjeść kola­cję. A India­nie szli dalej. Takim kro­kiem, jak gdyby dopiero co wyru­szyli. I z takim wyra­zem twa­rzy, jakby spra­wiało im to przy­jem­ność.

Nic z tego nie rozu­mia­łam.

Skąd oni biorą tyle siły? Jak to moż­liwe, że ni­gdy nie wście­kają się na kolce wbi­ja­jące im się w skórę albo na splą­tane ze sobą pną­cza, przez które nie można się prze­ci­snąć?...

Jakim cudem nie stre­sują się tym, że nie zdą­żymy przed nocą roz­bić obo­zo­wi­ska, nie znaj­dziemy wody do picia i kąpieli, że zabrak­nie nam jedze­nia?

I wła­ści­wie - jakby się nad tym lepiej zasta­no­wić - dla­czego nie drażni ich to, że ja nie nadą­żam, prze­wra­cam się, dyszę i rzu­cam wście­kłymi spoj­rze­niami na ostre jak brzy­twy liście roz­ci­na­jące mi skórę do krwi?... Dla­czego nie pró­bują mnie pouczać jak się zacho­wać, nie stro­fują, nie kry­ty­kują, nie wyśmie­wają?...

Póź­nym popo­łu­dniem, tuż przed zacho­dem słońca, zatrzy­my­wa­li­śmy się, roz­wie­sza­li­śmy hamaki, India­nie zawsze potra­fili zna­leźć suche drewno - nawet w naj­więk­szym desz­czu - roz­pa­lali ogni­sko i zaczy­nali przy­go­to­wy­wać jedze­nie. A ja wycień­czona sie­dzia­łam i patrzy­łam.

I zaczy­nało do mnie coś docie­rać.

Pamię­tam jak pew­nego dnia jeden z Indian zaczął kuleć, bo w stopę wbił mu się kolec. Usiadł na ziemi, wziął dzidę i jej gro­tem deli­kat­nie wydo­był cierń. Był przy tym cał­ko­wi­cie spo­kojny, pogodny i sku­piony. Nie syczał z bólu, nie wzdy­chał, nie narze­kał, nie skar­żył się. Raczej lekko się uśmie­chał, tak jakby myślał:

- Nie zwra­ca­łem uwagi na to jak idę, roz­stro­iłem się zamiast utrzy­my­wać pełną łącz­ność z tym co mnie ota­cza. To jest przy­po­mnie­nie o tym, że muszę być bar­dziej uważny.

Nagle zro­zu­mia­łam, że brak butów ma swój ogromny sens! Zmu­sza czło­wieka do tego, żeby być w każ­dej sekun­dzie obec­nym i świa­do­mym tego co robi. Daje mu poczu­cie przy­na­le­że­nia do miej­sca, w któ­rym żyje. Wyzwala w nim poczu­cie sensu, jed­no­czy z przy­rodą, kon­cen­truje na tym, co jest tu i teraz, unie­moż­li­wia­jąc mu jed­no­cze­śnie roz­pa­mię­ty­wa­nie prze­szło­ści i mar­twie­nie się o przy­szłość. Daje mu szansę na to, żeby w pełni doświad­czać i prze­ży­wać teraź­niej­szość, czyli daje mu poczu­cie pełni życia! Czy to nie jest naj­pięk­niej­sza rzecz na świe­cie?...

To było nie­sa­mo­wite!

Czu­łam się tak, jak­bym wylą­do­wała na innej pla­ne­cie!

Nagle dotarło do mnie, że jestem szczę­śliwa.

I nie­spo­dzie­wa­nie zro­zu­mia­łam, że na świe­cie ist­nieje coś wię­cej niż mia­sto, samo­chody, spa­liny, suk­ces, pie­nią­dze, zdo­by­cze, sklepy, zakupy, seriale, wojny i kata­strofy.

Na świe­cie ist­niały rów­nież miej­sca wolne od stra­chu, nie­po­koju, depre­sji, zło­ści, wyścigu, roz­cza­ro­wań, klęsk, kłótni i walki. Wolne od stresu.

Jeśli India­nie to potra­fią, dla­czego to jest takie trudne dla nas?

I czym wła­ści­wie jest stres?

Roz­dział 4. Kuala­lum­pur

Roz­dział 4

Kuala­lum­pur

Stres jest sta­nem pod­wyż­szo­nej goto­wo­ści umoż­li­wia­ją­cej pora­dze­nie sobie z wyzwa­niem lub zagro­że­niem.

Mówiąc dokład­niej:

Stres jest orga­niczną reak­cją orga­ni­zmu na poja­wie­nie się sytu­acji odczy­ty­wa­nej przez niego jako wyma­ga­jącą natych­mia­sto­wego dzia­ła­nia lub/i nie­bez­pieczną i zagra­ża­jącą życiu lub zdro­wiu.

"Orga­niczną reak­cją", czyli nie­za­leżną od naszej woli. Tak samo jak w bar­dzo mroźny dzień, kiedy serce pom­puje wię­cej krwi do nosa, żeby zapo­biec jego odmro­że­niu. Dla­tego mamy czer­wone nosy kiedy jest zimno.

To bar­dzo genialny mecha­nizm.

Kiedy świat jest spo­kojny i bez­pieczny, wszyst­kie wewnętrzne układy dzia­łają zgod­nie ze zrów­no­wa­żo­nym i kom­plet­nym pla­nem, umoż­li­wia­ją­cym doko­ny­wa­nie wszyst­kich życio­wych pro­ce­sów. Myśli myślą, żołą­dek trawi, płuca oddy­chają, serce zaj­muje się pom­po­wa­niem krwi i taką jej dys­try­bu­cją, żeby spra­wie­dli­wie dotarła do każ­dego zakątka ciała.

Kiedy jed­nak poja­wia się nagłe nie­bez­pie­czeń­stwo, orga­nizm prze­cho­dzi w stan wyjąt­kowy.

Wyja­śnię to na rów­nie genial­nym przy­kła­dzie dzia­ła­nia służb dro­go­wych, z jakim spo­tka­łam się w Male­zji.

Sto­lica kraju, Kuala­lum­pur, to wiel­kie, nowo­cze­sne mia­sto, gdzie miesz­kają pra­wie dwa miliony osób, a wraz z przy­le­gło­ściami - ponad sie­dem milio­nów. W Kuala­lum­pur wszystko rośnie, roz­wija się i kwit­nie - finanse, han­del, gospo­darka, kul­tura, więc przez cały czas przy­by­wają następni ludzie i wielu z nich chce po mie­ście jeź­dzić samo­cho­dem.

Na jezd­niach zaczęło bra­ko­wać miej­sca. W cza­sie naj­więk­szego ruchu na uli­cach stały sznury samo­cho­dów na kilku rów­no­le­głych pasach. Dojazd z pracy do domu zaj­mo­wał coraz wię­cej czasu.

Wła­dze mia­sta prze­ana­li­zo­wały ruch na uli­cach i zauwa­żyły pewną pro­stą zależ­ność. Rano naj­więk­szy ruch jest na tra­sach dojaz­do­wych do cen­trum, gdzie znaj­dują się biura, sklepy, restau­ra­cje i inne miej­sca pracy. Jed­no­cze­śnie na pasach pro­wa­dzą­cych w odwrot­nym kie­runku jest pra­wie pusto. Logiczne. Po połu­dniu oczy­wi­ście jest odwrot­nie. Bar­dzo mało kie­row­ców jedzie w stronę mia­sta, nato­miast pra­wie wszy­scy wyle­wają się na ulice, żeby doje­chać z powro­tem do domu.

Wpro­wa­dzono więc pro­ste, sku­teczne roz­wią­za­nie.

Pod­czas poran­nego szczytu otwarte są wszyst­kie pasy jezdni pro­wa­dzące do mia­sta oraz dodat­kowe pasy utwo­rzone na jezd­niach zwy­kle prze­zna­czo­nych do jazdy w odwrot­nym kie­runku. Wyobraź sobie dwie sze­ścio­pa­smowe ulice - na jed­nej odbywa się ruch w stronę mia­sta, a na dru­giej - odwrot­nie, ruch z mia­sta na zewnątrz.

Tak jest na co dzień w cza­sie umiar­ko­wa­nego ruchu.

Rano i po połu­dniu nastę­puje jed­nak nad­zwy­czajne zagęsz­cze­nie samo­cho­dów. Wszy­scy w tym samym cza­sie chcą wje­chać do mia­sta albo je opu­ścić. Wtedy wpro­wa­dza się spe­cjalne roz­wią­za­nie.

I tak rano w Kuala­lum­pur jest dzie­sięć pasów prze­zna­czo­nych dla kie­row­ców zmie­rza­ją­cych do pracy, bo dodaje się im cztery pasy z dru­giej jezdni. Kie­rowcy uda­jący się w podróż poza mia­sto mają tylko dwa pasy i to im w zupeł­no­ści wystar­cza.

Po połu­dniu jest odwrot­nie. Dzie­sięć pasów dla kie­row­ców wyjeż­dża­ją­cych z mia­sta i dwa pasy dla tych, któ­rzy chcą do mia­sta wje­chać.

W ten spo­sób roz­ła­do­wano korki.

Ludzki orga­nizm sto­suje podobną zasadę.

Kiedy poja­wia się nie­bez­pie­czeń­stwo dla zdro­wia albo życia, orga­nizm natych­miast zamyka te rejony ciała, które nie są w tym momen­cie nie­zbędne. Tak jak straż miej­ska w Kuala­lum­pur odcina cztery pasy jezdni, żeby prze­zna­czyć je do ruchu w prze­ciw­nym kie­runku, tak samo twój orga­nizm odcina nie­które wewnętrzne obwody, żeby całą krew skie­ro­wać tam, gdzie teraz jest potrzebna naj­więk­sza siła i zdol­ność do bły­ska­wicz­nego dzia­ła­nia.

Zatrzy­muje więc chwi­lowo tra­wie­nie poży­wie­nia. Kiedy sta­jesz w obli­czu śmier­tel­nego nie­bez­pie­czeń­stwa mniej ważne jest to czy odpo­wied­nio stra­wi­łeś obiad i dostar­czy­łeś swoim komór­kom sub­stan­cji odżyw­czych, ponie­waż jeżeli nie poko­nasz wroga, to umrzesz, a to czy w momen­cie śmierci będziesz miał w jeli­tach stra­wiony czy niestra­wiony posi­łek, ma mniej­sze zna­cze­nie.

Zamknięty zostaje układ odpor­no­ściowy, któ­rego zada­niem jest roz­po­zna­nie i poko­na­nie wszyst­kich poten­cjal­nych czyn­ni­ków cho­ro­bo­twór­czych. Armia czuj­nych leu­ko­cy­tów nie­ustan­nie krąży po twoim orga­ni­zmie spraw­dza­jąc czy wszystko działa bez zarzutu. Kiedy znaj­duje wirusa, bak­te­rię albo innego nie­pro­szo­nego gościa, natych­miast włą­cza alarm i przy­zywa do pomocy armię uzbro­jo­nych wojow­ni­ków. No, ale jeśli sto­isz w obli­czu roz­złosz­czo­nego potwora, który za chwilę praw­do­po­dob­nie zacznie cię ści­gać, to mniej istotne staje się to czy war­tow­nicy doko­nają regu­lar­nego obchodu two­jego ciała. Waż­niej­sze jest to, żeby rato­wać życie.

Zablo­ko­wane zostaje chwi­lowo odczu­wa­nie bólu. Ból na co dzień jest bar­dzo poży­teczną infor­ma­cją o tym, że w jakiejś czę­ści ciała poja­wiło się zagro­że­nie jego inte­gral­no­ści. Kiedy boli cię noga, instynk­tow­nie będziesz ją oszczę­dzał, wol­niej cho­dził i z całą pew­no­ścią będziesz się powstrzy­my­wał od bie­ga­nia. Ale nie wtedy, kiedy gra toczy się o życie. Ból mógłby cię powstrzy­mać przed pod­ję­ciem koniecz­nego dzia­ła­nia albo skło­nić cię do prze­rwa­nia go przed osią­gnię­ciem celu. Czy był­byś w sta­nie wyczoł­gać się z nory ze zła­ma­nym łok­ciem? Gdy­byś w pełni odczu­wał wiel­kość swo­jego bólu, zapewne nie. Dla­tego ból zostaje wyłą­czony.

Orga­nizm podej­muje decy­zję o tym, że chwi­lowo zablo­ko­wane zostaną wszyst­kie funk­cje, które nie są nie­zbęd­nie konieczne, po to, żeby całą moc skon­cen­tro­wać w tych rejo­nach, które umoż­li­wią walkę albo ucieczkę.

Serce zaczyna moc­niej bić, czyli moc­niej pom­po­wać krew do mię­śni nóg i rąk. Oddech staje się krótki i szybki, żeby jak naj­prę­dzej dopro­wa­dzić do nich tlen. Zatrzy­mane zostaje całe myśle­nie z wyjąt­kiem total­nego sku­pie­nia na obec­nej sytu­acji. Wyostrza się wzrok, słuch i węch.

Stan wyjąt­kowy. Mak­sy­malna mobi­li­za­cja.

Moment, od któ­rego być może zależy prze­trwa­nie.

Cał­ko­wita kon­cen­tra­cja na pro­ble­mie i koniecz­no­ści pod­ję­cia jed­nej z trzech moż­li­wych decy­zji:

Ucie­kać.

Wal­czyć.

Zasty­gnąć w bez­ru­chu.

Wszystko inne staje się nie­ważne.

Podob­nie reagują inne żywe istoty.

Wąż w sytu­acji zagro­że­nia prze­staje się ruszać. Stara się wto­pić w oto­cze­nie i stać nie­wi­dzialny. Taka reak­cja pozwala mu zacho­wać życiową ener­gię i względny spo­kój. Po co miałby je mar­no­wać na bar­dzo wyczer­pu­jące czyn­no­ści, takie jak pod­ska­ki­wa­nie do więk­szej od sie­bie ofiary, żeby spró­bo­wać ją uką­sić? Zrobi to tylko w osta­tecz­no­ści, kiedy nie będzie miał innego wyj­ścia - na przy­kład wtedy, kiedy czło­wiek podej­dzie zbyt bli­sko z cie­ka­wo­ści albo nie­chcący na niego nadep­nie.

Instynk­towne zasty­gnię­cie w bez­ru­chu w obli­czu nagłego nie­bez­pie­czeń­stwa pozwala zaosz­czę­dzić ener­gię, ale nie­sie w sobie inne nie­bez­pie­czeń­stwa. Jele­niom, dzi­kom, żabom i innym zwie­rzę­tom zda­rza się nocą zna­leźć w pobliżu szosy. Jest ciemno, pusto, wydaje się bez­piecz­nie. Wcho­dzą na asfalt, nagle w oddali poja­wiają się reflek­tory samo­chodu i hałas sil­nika. Serce zaczyna szyb­ciej bić, wyostrza się wzrok i słuch, napi­nają się mię­śnie w nogach, całe ciało nagle wydaje się lek­kie i zwinne, gotowe do pod­ję­cia ponadna­tu­ral­nie śmi­głego galopu, ale zanim będzie do tego zmu­szone, zama­rza, nie­ru­cho­mieje, pod­świa­do­mie licząc na to, że pozo­sta­nie nie­zau­wa­żone i w ten spo­sób unik­nie nie­bez­pie­czeń­stwa.

Jeśli kie­rowca będzie jechał powoli i uważ­nie, rze­czy­wi­ście, to może się udać. Zatrzyma się w porę albo ostroż­nie omi­nie znie­ru­cho­miałe ze stra­chu i stresu zwie­rzę. Jak dla mnie, to naj­waż­niej­szy powód, żeby jeź­dzić zgod­nie z prze­pi­sami. Zarówno za dnia, jak i w nocy.

Psy reagują ina­czej. Pod wpły­wem nagłego zagro­że­nia naj­czę­ściej stają się agre­sywne. Instynk­tow­nie włą­cza się funk­cja walki. Sierść pod­nosi się na skó­rze, żeby spra­wić wra­że­nie więk­szej, groź­niej­szej postaci. W gar­dle wzbiera war­kot. Pies zaczyna szcze­kać i szcze­rzyć zęby, żeby odstra­szyć napast­nika, a jeśli to nie wystar­czy, będzie gotowy ata­ko­wać.

Kot w tej samej sytu­acji zasto­suje raczej trze­cie roz­wią­za­nie, czyli ucieczkę. Nagły stres uru­chomi w nim ten sam mecha­nizm prze­trwa­nia - gwał­towne bicie serca, lep­sze ukrwie­nie wszyst­kich czte­rech łap, żeby jak naj­szyb­ciej ucie­kać, będąc w sta­nie poko­nać po dro­dze wszyst­kie prze­szkody, które nie­spo­dzie­wa­nie znajdą się na jego dro­dze - wysoki płot, krzaki, drzewo.

Nie­dawno widzia­łam dzi­kiego kota, któ­rego znie­nacka zaata­ko­wały dwa psy. Kot ucie­kał zyg­za­kami, poru­sza­jąc się z nie­praw­do­po­dobną pręd­ko­ścią, a na koniec dłu­gim, sprę­ży­stym, pre­cy­zyj­nym sko­kiem prze­do­stał się na dach.

Czło­wiek pod wpły­wem nagłego stresu jest w sta­nie doko­nać rów­nie nie­by­wa­łych czy­nów. Na pewno też kie­dyś ci się to zda­rzyło.

Pamię­tasz jak prze­stra­szyło cię coś w nocy i zaczą­łeś biec tak szybko, jak ni­gdy wcze­śniej w życiu?

Albo jak dźwi­gną­łeś coś, co w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach byłoby dla cie­bie zde­cy­do­wa­nie za cięż­kie?

A może pamię­tasz jak pły­wa­łeś w oce­anie, nagle kątem oka dostrze­głeś trój­kątny kształt płe­twy rekina i pobi­łeś życiowy rekord pły­nię­cia krau­lem do brzegu? Potem oka­zało się, że to wcale nie był rekin, ale to nie­istotne. Pod wpły­wem nagłego zagro­że­nia uru­cho­mił się w tobie mecha­nizm stresu, cała siła została skie­ro­wana do two­ich rąk i nóg, żebyś mógł oca­lić życie.

Stres jest bar­dzo przy­datną i poży­teczną funk­cją. Działa jak auto­ma­tyczny guzik prze­łą­cza­jący cały orga­nizm w stan wyjąt­kowy, który umoż­li­wia wyko­rzy­sta­nie swo­jego mak­sy­mal­nego poten­cjału do ura­to­wa­nia zdro­wia i życia.

Na czym więc polega cały pro­blem ze stre­sem? Dla­czego wszy­scy mówią, że trzeba z nim wal­czyć i nauczyć się go uni­kać?

A czy dosta­łeś kie­dy­kol­wiek receptę na silny lek? Czy pamię­tasz co powie­dział lekarz? Zale­cił bra­nie leku przez ści­śle okre­ślony czas w okre­ślonych daw­kach. Czy wiesz co by się stało, gdy­byś brał anty­bio­tyk przez sie­dem­dzie­siąt dni zamiast przez sie­dem? Wtedy lekar­stwo ratu­jące ci życie zamie­ni­łoby się w tru­ci­znę, która ci to życie odbiera.

Dokład­nie tak samo jest ze stre­sem.

Roz­dział 5. Sta­tek na oce­anie

Roz­dział 5

Sta­tek na oce­anie

Stres jest sta­nem nad­zwy­czaj­nej goto­wo­ści do pora­dze­nia sobie z wyjąt­kowo dużym zagro­że­niem. Tak dużym, że orga­nizm w swoim nor­mal­nym zrów­no­wa­żo­nym sta­nie nie miałby wystar­cza­ją­cej mocy, żeby go sku­tecz­nie i defi­ni­tyw­nie prze­zwy­cię­żyć. Prze­łą­cza się więc w tryb awa­ryjny. Nie dla­tego, że coś się zepsuło, lecz po to, żeby zmak­sy­ma­li­zo­wać swoją szansę na suk­ces i prze­trwa­nie.

Tak samo jak pod­czas wyprawy mor­skiej przez ocean.

Na statku jest kapi­tan, bos­man, załoga mary­na­rzy, jest też kucharz, są kel­ne­rzy, ste­war­dzi, osoby zaj­mu­jące się obsługą pie­ców pod pokła­dem, towa­rami, baga­żami, są mecha­nicy, inży­nie­ro­wie, radio­te­le­gra­fi­sta, są też osoby dba­jące o pasa­że­rów.

Przy dosko­na­łej pogo­dzie wszy­scy zaj­mują się swo­imi spra­wami. Kucharz gotuje, kapi­tan uzu­peł­nia notatki w dzien­niku pokła­do­wym, instruk­tor pro­wa­dzi dla chęt­nych lek­cje pły­wa­nia, a poko­jówki ścielą koje w kabi­nach.

Zda­rza się jed­nak czas wyjąt­kowo złej pogody albo na hory­zon­cie poja­wia się sta­tek pira­tów lub inne nie­spo­dzie­wane nie­bez­pie­czeń­stwo.

Wtedy kapi­tan krzy­czy:

- Wszyst­kie ręce na pokład!!!

Sprzą­taczki, kucha­rze, pala­cze, ste­war­dzi, elek­tro­nicy, instruk­to­rzy tańca, kel­ne­rzy, infor­ma­tycy - wszy­scy porzu­cają swoje zaję­cia i bie­gną tam, gdzie potrzebny jest wspólny, zjed­no­czony wysi­łek.

To ozna­cza, że kajuty będą nie posprzą­tane, a w opusz­czo­nej kuchni będą grze­cho­tały puste garnki i patel­nie. Być może prze­sta­nie dzia­łać inter­net, a pasa­że­ro­wie z roz­cza­ro­wa­niem usły­szą infor­ma­cje o odwo­ła­nych zaję­ciach z argen­tyń­skiego tanga. Ale tango jest teraz nie­ważne. Tak samo jak chwi­lowo nie­istotne stają się kosze pełne śmieci, nie­umyte okna czy brak wody w prysz­nicu.

Wszyst­kie ręce na pokład! Mniej waż­nymi rze­czami zaj­miemy się wtedy, kiedy będzie wia­domo, że sta­tek jest znów bez­pieczny.

W ludz­kim orga­ni­zmie kapi­ta­nem jest część mózgu zwana pod­wzgó­rzem. Pod­wzgó­rze wygląda jak otwarty ptasi dziób, z któ­rego zwie­szają się dwie podłużne sakiewki. Widzia­łam uprosz­czony rysu­nek środ­ko­wej czę­ści ludz­kiego mózgu. To fascy­nu­jące, że kiedy spoj­rzy się na niego z pew­nej odle­gło­ści, wygląda jak ptak. Bez­piecz­nie ukryty w samym środku kory mózgo­wej, z czte­rema komo­rami o fan­ta­zyj­nych kształ­tach, które przy­po­mi­nają skrzy­dła, głowę z okrą­głym okiem i tułów z wypust­kami, podobny do rybiego ciała. Otwarty dziób tego ptaka to wła­śnie pod­wzgó­rze. Jego zada­niem jest odbie­rać sygnały dostar­czane przez sys­tem ner­wowy i prze­kształ­cać je w komu­ni­katy, które zostaną prze­ka­zane dalej i wywo­łają odpo­wied­nie dzia­ła­nie.

Tak samo jak kapi­tan zbiera infor­ma­cje o pogo­dzie, wie­lo­ry­bach, pira­tach, mie­li­znach, ska­łach, górach lodo­wych i innych stat­kach na morzu - tak samo pod­wzgó­rze otrzy­muje wia­do­mo­ści o wszyst­kim, co jest istotne w naj­bliż­szej oko­licy.

Kapi­tan statku wysyła maile, smsy albo dzwoni do następ­nych osób, któ­rym zleca pod­ję­cie odpo­wied­niego dzia­ła­nia. Pod­wzgó­rze wytwa­rza i wysyła neu­ro­hor­mony, które zarzą­dzają dzia­ła­niem przy­sadki mózgo­wej, czyli podwój­nego woreczka zwie­sza­ją­cego się z pta­siego dzioba.

A mówiąc jesz­cze bar­dziej dokład­nie, kapi­tan pod­wzgó­rze utrzy­muje w goto­wo­ści sieć włó­kien ner­wo­wych, które przez lejek Fen­der­sona (zwany cza­sem po pro­stu lej­kiem) prze­cho­dzą do tyl­nej czę­ści woreczka i są czymś w rodzaju wewnętrz­nej sieci inter­ne­to­wej, po któ­rej w razie potrzeby pod­wzgó­rze prze­syła wia­do­mo­ści do przy­sadki mózgo­wej.

Tylna część przy­sadki natych­miast prze­syła infor­ma­cje dalej, do czę­ści środ­ko­wej i przed­niej, która zarzą­dza bar­dzo waż­nymi funk­cjami dzia­ła­nia orga­ni­zmu. Można powie­dzieć, że jest per­fek­cyjną asy­stentką kapi­tana, która na bazie otrzy­ma­nych od niego infor­ma­cji łączy się z innymi cen­trami kon­troli i koor­dy­nuje następne dzia­ła­nia. Wzywa spe­cja­li­stycz­nych kurie­rów i wysyła ich dalej z kon­kret­nymi zale­ce­niami.

Ci posłańcy to hor­mony.

Przed­nia część przy­sadki na bazie infor­ma­cji otrzy­ma­nej z tyl­nej czę­ści pod­łą­czo­nej do pod­wzgó­rza wytwa­rza hor­mony, które zostają wysłane do odpo­wied­nich gru­czo­łów, żeby wywo­łać ich pożą­dane zacho­wa­nie.

Przy­sadka mózgowa jest wiel­ko­ści zie­lo­nego groszku i nie jest zie­lona, lecz w przed­niej czę­ści różowa. Maleńka, ukryta w samym środku głowy, oto­czona ochronną war­stwą tkanki kost­nej, która two­rzy łagodne zagłę­bie­nie zwane sio­dłem turec­kim. Z tej bez­piecz­nej dolinki przy­sadka kie­ruje świa­tem. No, może nie całym świa­tem, ale z całą pew­no­ścią dużą jego czę­ścią.

Przy­sadka zarzą­dza wzro­stem całego ciała. To ona jest odpo­wie­dzialna za to czy czło­wiek jest niski, średni, czy wysoki. Zarzą­dza ciśnie­niem krwi w całym orga­ni­zmie. Zarzą­dza ener­gią, tra­wie­niem, dzia­ła­niem orga­nów płcio­wych, odpor­no­ścią, płod­no­ścią, wytwa­rza­niem mleka, nie­któ­rymi aspek­tami ciąży i porodu, regu­lo­wa­niem tem­pe­ra­tury ciała, pozio­mem glu­kozy we krwi, a więc poczu­ciem głodu lub syto­ści, roz­kła­da­niem tłusz­czu, zatrzy­my­wa­niem wody w orga­ni­zmie, dzia­ła­niem tar­czycy, czyli pośred­nio wyglą­dem wło­sów i paznokci, ryt­mem serca, samopoczu­ciem, a także emo­cjo­nal­nym przy­wią­za­niem do innych osób.

Kiedy kapi­tan pod­wzgó­rze otrzy­muje infor­ma­cję o nagłym zagro­że­niu, natych­miast powia­da­mia o tym swoją asy­stentkę przy­sadkę, a ona nie­zwłocz­nie wysyła alar­mu­jący komu­ni­kat do sztabu sytu­acji kry­zy­so­wych, który w odpo­wie­dzi bły­ska­wicz­nie powo­łuje oddziały do zadań spe­cjal­nych.

Trzy naj­waż­niej­sze nazy­wają się adre­na­lina, noradre­na­lina i kor­ty­zol.

To jest trój­kąt kry­zy­sowy.

Pod­wzgó­rze i przy­sadka na wierz­chołku, a na dwóch dol­nych wierz­choł­kach trój­kąta - nad­ner­cza, czyli nie­wiel­kie gru­czoły umiesz­czone nad ner­kami.

Roz­dział 6. Kurie­rzy władcy Inków

Roz­dział 6

Kurie­rzy władcy Inków

Impe­rium Inków w Ame­ryce Połu­dnio­wej było ogromne. Się­gało od tery­to­rium dzi­siej­szego Ekwa­doru na pół­nocy, przez Peru i Boli­wię aż do Argen­tyny i Chile. Miało dłu­gość kilku tysięcy kilo­me­trów. Jak spraw­nie zarzą­dzać takim roz­cią­gnię­tym pań­stwem? Jak sku­tecz­nie prze­ka­zy­wać wszyst­kim oby­wa­te­lom ważne roz­kazy inka­skiego władcy?

Inko­wie nie uży­wali pojaz­dów na kołach, nie znali też inter­netu, samo­lo­tów ani pocz­to­wych sów. Mieli jed­nak grupę ludzi do zadań spe­cjal­nych, któ­rzy nazy­wali się cha­squi. Byli to bie­ga­cze, któ­rzy peł­nili rolę kurie­rów nie­ustan­nie prze­mie­rza­ją­cych sieć świet­nie przy­go­to­wa­nych dróg. Każdy roz­kaz naj­wyż­szego Inki był spraw­nie i szybko dostar­czany do naj­od­le­glej­szych zakąt­ków impe­rium.

W ludz­kim orga­ni­zmie jest tak samo.

Naszymi kurie­rami są hor­mony.

Władca mózg wysyła infor­ma­cję do odpo­wied­nich gru­czo­łów. Gru­czoły wysy­łają kurie­rów z pacz­kami infor­ma­cji, czyli hor­mony. Hor­mony wraz z krwią bły­ska­wicz­nie docie­rają do wła­ści­wych orga­nów, prze­ka­zują im roz­kazy i wywo­łują dzia­ła­nie.

Tak wła­śnie działa mecha­nizm stresu.

Mózg prze­syła do pod­wzgó­rza komu­ni­kat o nie­bez­pie­czeń­stwie, pod­wzgó­rze alar­muje przy­sadkę, przy­sadka prze­ka­zuje alarm dalej do nad­ner­czy, które odpo­wia­dają wytwo­rze­niem hor­mo­nów stresu i wysła­niem ich wraz z krwią do wszyst­kich sys­te­mów.

Zatrzy­mane zostają te obwody, które nie będą brały udziału w obro­nie orga­ni­zmu przed zagro­że­niem.

Wzmoc­nione zostają te narządy, które staną do walki.

Serce zaczyna bić szyb­ciej i moc­niej. Prze­pływ krwi zwięk­sza się nawet o 400%. Krew musi jak najszyb­ciej dotrzeć do tych orga­nów, które będą teraz naj­bar­dziej potrzebne: do mię­śni, płuc i mózgu, które dzięki temu zyskują ponadna­tu­ralną moc. Mózg będzie w sta­nie bły­ska­wicz­nie ana­li­zo­wać sytu­ację i podej­mo­wać naj­lep­sze decy­zje. Mię­śnie nabiorą takiej siły, że w razie potrzeby będziesz mógł gołymi rękami pod­nieść samo­chód albo prze­sko­czyć przez wysoki mur.

Nad­zwy­czaj­nie wzmoc­nione zostaną też te rejony ciała, które będą naj­bar­dziej nara­żone na uszko­dze­nie. Tam, gdzie w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach po ude­rze­niu albo zetknię­ciu z twardą powierzch­nią powstałby siniak, teraz nie będzie nawet śladu.

Spo­tę­go­wane zostaną też zdol­no­ści per­cep­cji wszyst­kich zmy­słów - żeby dzięki nim otrzy­mać szcze­gó­łowe infor­ma­cje o tym co dzieje się w oto­cze­niu.

Ludzki orga­nizm jest tak skon­stru­owany, że zawsze instynk­tow­nie będzie dążył do odzy­ska­nia rów­no­wagi i opty­mal­nego dla sie­bie stanu zwa­nego home­ostazą.

Kiedy poja­wia się nie­ocze­ki­wane zagro­że­nie, orga­nizm natych­miast prze­łą­cza się w nad­zwy­czajny stan kry­zy­sowy, jed­no­cze­śnie dążąc do tego, żeby jak naj­szyb­ciej powró­cić do nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia, ponie­waż tylko wtedy wszyst­kie wewnętrzne narządy i układy będą w sta­nie w pełni wyko­ny­wać swoje zada­nia i utrzy­my­wać się w zdro­wiu i sile.

To jest tak samo jak w mądrze zarzą­dza­nym kraju. Król cie­szy się kiedy w pań­stwie panuje pokój, bo wtedy rośnie dobro­byt, można zająć się napra­wia­niem dachów, czysz­cze­niem studni, zakła­da­niem par­ków i ogro­dów. Kiedy poja­wia się nie­bez­pie­czeń­stwo z zewnątrz, trzeba jak naj­szyb­ciej stwo­rzyć armię i sta­nąć do walki. Wzywa się więc naj­sil­niej­szych męż­czyzn, któ­rzy prze­stają wtedy pra­co­wać w polu, wyry­wać chwa­sty, budo­wać domy, napra­wiać zepsute meble, usu­wać na bie­żąco różne zanie­czysz­cze­nia. Idą wal­czyć w obro­nie gra­nic i tery­to­rium, a król zasta­na­wia się jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć tę wojnę, żeby wszy­scy mogli wró­cić do swo­ich zadań.

Tak jest w ludz­kim orga­ni­zmie pod­czas nagłego stresu.

Stan wyjąt­kowy, wojna, koniecz­ność obrony przed agre­so­rem.

To wspa­niale, że mamy tak nie­zwy­kle skon­stru­owane wewnętrzne pań­stwo.

Stres jest naszym sprzy­mie­rzeń­cem, ponie­waż jak sygnał alar­mowy gro­ma­dzi siły obronne orga­ni­zmu, które natych­miast stają do walki.

I tu wła­ści­wie ta książka mogłaby się skoń­czyć ?

Stres jest ogrom­nie przy­dat­nym mecha­ni­zmem mobi­li­zu­ją­cym, dzięki któ­remu w razie nagłej potrzeby ciało staje się nad­zwy­czaj­nie silne, mądre, sprawne i odporne.

Koniec.

Ale zaraz.

To dla­czego wszy­scy mówią, że trzeba wal­czyć ze stre­sem? Dla­czego stres jest przed­sta­wiony jako potwór? Dla­czego nie­któ­rzy twier­dzą, że stres jest przy­czyną wielu groź­nych cho­rób? Są nawet tacy, któ­rzy upie­rają się, że źró­dłem każ­dego przy­padku nowo­tworu jest w 75% stres, i że tak samo jest z cho­ro­bami serca, cukrzycą, bez­płod­no­ścią i innymi cho­ro­bami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki