Strefa tajemnic - Joanna Tekieli

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 2

Grze­gorz pro­sto z miesz­ka­nia brata po­je­chał na spo­tka­nie z Jolą. Sam przed sobą nie chciał przy­znać, że w sło­wach Mar­cina było nieco prawdy: bał się, że znowu zo­sta­nie zra­niony i nie był pe­wien, czy da radę uło­żyć so­bie re­la­cje z dziećmi Joli. Ni­gdy do­tąd nie miał do czy­nie­nia z ta­kimi ma­lu­chami i nie bar­dzo wie­dział, jak po­wi­nien się w sto­sunku do nich za­cho­wy­wać, a chciał, żeby go za­ak­cep­to­wały. Jesz­cze nie miał oka­zji ich po­znać, bo - choć tego ze sobą nie usta­lali - na ra­zie spo­ty­kali się tylko we dwoje. I za­wsze gdzieś na mie­ście. Oboje ostroż­nie pod­cho­dzili do tej zna­jo­mo­ści, bo mieli wiele do stra­ce­nia, a jed­nak, gdy byli ze sobą, czuli się tak, jakby te wszyst­kie lata roz­łąki nie miały miej­sca.

"Ni­gdy nie prze­sta­łem o niej my­śleć..." - Grze­gorz szedł chod­ni­kiem i wspo­mi­nał ich wspólne chwile. Miał wtedy po­czu­cie, że zna­lazł swoją drugą po­łówkę, że do­póki ona bę­dzie z nim, wszystko mu się ułoży. I ukła­dało się - jakby cały świat sprzy­jał ich uczu­ciu. A po­tem na­gle to się roz­sy­pało. Pa­mię­tał ten dzień, jakby zda­rzył się wczo­raj: Jola przy­szła do niego roz­pro­mie­niona i z wy­pie­kami na twa­rzy.

- Tata za­ła­twił mi prak­tykę w Szwaj­ca­rii! - za­wo­łała od progu i rzu­ciła mu się na szyję. - Będę mo­gła do­koń­czyć stu­dia już tam i pra­co­wać w jed­nym z naj­więk­szych szpi­tali! Wy­obra­żasz so­bie?!

- Nie... - szep­nął.

Po­pa­trzyła na niego zdzi­wiona i do­piero po chwili zro­zu­miała, o co mu cho­dzi.

- Ach, nie po­wie­dzia­łam naj­waż­niej­szego! Miej­sca są dwa! Po­je­dziemy ra­zem! Dla­czego tak pa­trzysz? Nie cie­szysz się? Wiesz, jaka to dla nas szansa?

- Jak ty to so­bie wy­obra­żasz? A co z Mar­ci­nem? - Cof­nął się do po­koju i usiadł ciężko na ka­na­pie. - Do­piero za­czął szkołę, le­d­wie mu się udało w miarę za­akli­ma­ty­zo­wać i miał­bym mu fun­do­wać taką re­wo­lu­cję? Po tym, co prze­szedł? Prze­cież on jesz­cze się nie po­zbie­rał po śmierci ro­dzi­ców. Zresztą do­sta­łem opiekę nad nim wa­run­kowo, nie wiem na­wet, czy po­zwo­li­liby nam wy­je­chać...

Żeby utrzy­mać sie­bie i brata i móc kon­ty­nu­ować stu­dia, Grze­gorz, jako stu­dent ostat­niego roku me­dy­cyny, pod­jął na pół etatu pracę w przy­chodni. Nie za­ra­biał wiele, ale uczył się szybko wszyst­kiego i obie­cano mu miej­sce, kiedy już skoń­czy stu­dia. Mieli też rentę po ro­dzi­cach, ale nie była to zbyt duża kwota.

- Grześ, ty chyba nie mó­wisz se­rio! - Jola pa­trzyła na niego z sze­roko otwar­tymi oczami. - Chcesz tu zo­stać i od­rzu­cić taką szansę?! Prze­cież w Szwaj­ca­rii też są pod­sta­wówki, Mar­cin znaj­dzie no­wych ko­le­gów.

- Wiesz, jaki jest Mar­cin. Na­wet po pol­sku trudno mu się do­ga­dać z in­nymi dziećmi, a co do­piero w ob­cym kraju... Prze­cież on nie zna ję­zyka! A ja też tylko an­giel­ski...

Jola w tam­tym mo­men­cie wy­glą­dała, jakby jej ktoś pod­ciął skrzy­dła. Usia­dła na­prze­ciwko niego i łzy po­pły­nęły jej po twa­rzy. Pa­trzyła w okno i pła­kała bez­gło­śnie, a po­tem zwró­ciła wzrok na Grze­go­rza i po­cią­gnęła no­sem.

- Po­wiem ta­cie, że re­zy­gnu­jemy - szep­nęła drżą­cym gło­sem.

Spoj­rzał na jej za­czer­wie­niony nos, za­łza­wione oczy i za­ci­śnięte usta i po­krę­cił głową.

- Jedź - po­wie­dział wbrew temu, co krzy­czało jego serce. - Prze­cież to nie na za­wsze. Skoń­czysz stu­dia, bę­dziesz miała za sobą prak­tykę i świetne pa­piery i wró­cisz tu­taj za dwa, trzy lata. I wtedy otwo­rzysz wła­sną kli­nikę i mnie w niej za­trud­nisz.

Długo o tym roz­ma­wiali i oboje uznali, że to się może udać. Obie­cy­wali so­bie, że będą się od­wie­dzać, pi­sać, dzwo­nić.

"Dwa lata to nie wiecz­ność" - prze­ko­ny­wali sie­bie na­wza­jem.

Ży­cie szybko zwe­ry­fi­ko­wało te ich ma­rze­nia - bo ani ona, ani on nie mieli czasu ani pie­nię­dzy na to, żeby się od­wie­dzać. Ostatni rok stu­diów po­chło­nął ich cał­ko­wi­cie; po­cząt­kowo co­dzien­nie wy­sy­łali do sie­bie e-ma­ile, póź­niej Jola za­częła rza­dziej od­pi­sy­wać i Grze­gorz wy­czuł, że coś jest nie w po­rządku. Aż pew­nego dnia za­dzwo­niła i szlo­cha­jąc w słu­chawkę, wy­znała mu, że ko­goś po­znała. Długo do­cho­dził do sie­bie po tej roz­mo­wie - i długo le­czył zła­mane serce.

A te­raz szedł na spo­tka­nie z nią i czuł, że wszystko do niego wraca - roz­pacz, tę­sk­nota, ból i po­czu­cie zdrady. "Czy dam radę znowu przez to przejść, je­śli ona uzna, że Pol­ska jed­nak nie jest dla niej?" - po­my­ślał.

I wtedy ją za­uwa­żył. Stała w miej­scu, w któ­rym się umó­wili, i wy­sta­wiała twarz do słońca, a jej ja­sne włosy roz­wie­wał wiatr. Uśmie­chała się lekko do swo­ich my­śli. Od razu wy­wie­trzały mu z głowy wszyst­kie wąt­pli­wo­ści. Li­czyły się tylko te jej roz­wiane włosy, cie­pły uśmiech, któ­rym go po­wi­tała, i błysk w zie­lo­nych oczach, gdy wrę­czył jej bu­kiet cha­brów.

- Cześć - przy­wi­tali się, a po­tem ru­szyli w górę ulicy, żeby obej­rzeć miesz­ka­nie, które Jola chciała wy­na­jąć. Oglą­da­nie nie trwało długo, bo od razu stało się ja­sne, że to nie jest od­po­wied­nie miej­sce dla ko­biety z dwoj­giem dzieci: w ciem­nej bra­mie cuch­nęło mo­czem, na we­wnętrz­nym po­dwó­rzu stało czte­rech wy­rost­ków z bu­tel­kami piwa w rę­kach, a ściany po­ma­zane były wul­gar­nym graf­fiti.

- No to jedno mogę od­ha­czyć - mruk­nęła Jola i za­dzwo­niła do agenta, z któ­rym była umó­wiona, żeby go za­wia­do­mić, że nie jest za­in­te­re­so­wana lo­ka­lem. - Wo­bec tego pro­po­nuję spa­cer do ogrodu bo­ta­nicz­nego.

Po­szli wolno ulicą, po dro­dze ku­pili kawę na wy­nos i już po chwili zna­leźli się na pięk­nym te­re­nie, w oto­cze­niu buj­nej zie­leni. Spa­ce­ro­wali, roz­ma­wia­jąc, i na­wet nie za­uwa­żyli, kiedy mi­nęły dwie go­dziny.

- Mu­szę ode­brać Amelkę z przed­szkola i Pio­tru­sia ze świe­tlicy! - za­wo­łała Jola.

- Pójdę z tobą - za­ofe­ro­wał, ale po­krę­ciła głową.

- Nie, naj­pierw chcę im o to­bie opo­wie­dzieć - stwier­dziła. - Przy­go­to­wać ich.

Uśmiech­nęła się do niego, a po­tem na­gle wspięła się na palce, po­ca­ło­wała go w po­li­czek i - za­nim zdą­żył za­re­ago­wać - po­bie­gła w stronę przy­stanku au­to­bu­so­wego.

- Do ju­tra! - za­wo­łał.

Czuł się jak za­ko­chany na­sto­la­tek. Uśmiech­nął się do sie­bie i za­my­ślony po­szedł chod­ni­kiem. Do­piero po kwa­dran­sie zo­rien­to­wał się, że idzie w złą stronę...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 1

- Pod­słu­chują wszystko! Każ­dego z nas! - go­rącz­ko­wał się Mar­cin, z nie­do­wie­rza­niem pa­trząc na brata, który ze sto­ic­kim spo­ko­jem mie­szał her­batę.

- Niby po co? - za­py­tał Grze­gorz, przy­zwy­cza­jony do co­raz to no­wych teo­rii spi­sko­wych, któ­rych zwo­len­ni­kiem był jego brat, i uod­por­niony na jego zbyt emo­cjo­nalne re­ak­cje. - Nie wy­daje mi się, żeby prze­ciętny Ko­wal­ski był tak in­te­re­su­jący, że warto go pod­słu­chi­wać.

Mar­cin za­ma­chał gwał­tow­nie rę­kami i za­czął prze­mie­rzać po­kój wzdłuż i wszerz, od czasu do czasu za­trzy­mu­jąc się, żeby rzu­cić bratu wy­mowne spoj­rze­nie i za­czerp­nąć tchu.

- No jak to po co?! Jesz­cze się py­tasz? Żeby mieć kon­trolę! Je­śli wy­my­ślisz ja­kiś prze­ło­mowy wy­na­la­zek, to ci go za­raz zwiną. Je­śli pla­nu­jesz ja­kiś atak, to cię za­wczasu spa­cy­fi­kują, je­śli chcesz ko­goś prze­ku­pić...

- Chyba cię tro­chę po­nio­sło! - Grze­gorz po­pa­trzył na niego z po­li­to­wa­niem. - Świat ła­pów­kar­stwa ma się jak do­tąd świet­nie, a je­śli cho­dzi o roz­ma­ite pa­tenty, to lu­dzie czę­sto wy­my­ślają nie­zwy­kłe rze­czy, więc w tym aku­rat wzglę­dzie nie za­uwa­ży­łem...

- Nie za­uwa­ży­łeś! - prze­rwał mu Mar­cin, sia­da­jąc na­prze­ciwko. - Bo oni ci wcale nie będą prze­szka­dzać! Przy­naj­mniej na po­czątku. Ale jak coś osią­gniesz, doj­dziesz do ja­kie­goś sta­no­wi­ska, to szast-prast - wy­cią­gną z rę­kawa od­po­wied­nią ta­śmę i będą cię mieli w ręku! A nic ci to nie mówi, że czę­sto, kiedy ga­dasz przez te­le­fon, są ja­kieś za­kłó­ce­nia? Coś prze­rywa albo ja­kiś po­głos dziwny sły­chać? Jak to wy­tłu­ma­czysz?

- Pro­blemy z za­się­giem? - za­ry­zy­ko­wał Grze­gorz, na co jego brat tylko prych­nął po­gar­dli­wie.

- No, pro­szę cię! - za­wo­łał, krę­cąc głową. - Ro­zej­rzyj się! Wszę­dzie wi­dać maszty do od­bioru sy­gnału! Te­le­fony to wła­ści­wie kom­pu­tery pod­ręczne, czę­sto z łącz­no­ścią sa­te­li­tarną. Jak można wie­rzyć w coś ta­kiego, jak pro­blemy z za­się­giem?! Zresztą to nie tylko przez te­le­fon się od­bywa! Te­le­wi­zory, ra­dia, lampy, dzi­siaj wszę­dzie można umie­ścić na­daj­nik! No i te co­vi­dowe szcze­pionki! Te­raz już pra­wie wszyst­kich mają jak na tacy! Tak bez wa­ha­nia od razu po­le­cia­łeś się za­szcze­pić, a skąd wiesz, co ci wstrzyk­nęli? Może jest tam na­daj­nik do ste­ro­wa­nia czyn­no­ściami two­jego or­ga­ni­zmu?

- A wiesz, za­uwa­ży­łem ostat­nio, że kiedy mru­gam, te­le­wi­zor prze­łą­cza mi się na Je­dynkę...

- Żar­tuj so­bie! A może, je­śli zro­bisz się nie­wy­godny, oni na­gle spra­wią, że za­trzyma ci się ak­cja serca?

- To mam na­dzieję, że Pu­tin też ma taki na­daj­nik i ktoś nie­długo wci­śnie od­po­wiedni gu­zik...

- To są po­ważne sprawy! Skąd wiesz, czy wła­śnie na Kremlu tego nie słu­chają? I za­nim wró­cisz do domu, przed blo­kiem bę­dzie cze­kał na cie­bie ro­syj­ski snaj­per?

- Gdyby miał cze­kać na każ­dego, kto wy­raża się źle o Pu­ti­nie, to lu­dzi w ca­łej Ro­sji by za­bra­kło, żeby ob­sa­dzić te wszyst­kie miej­sca...

- Kpij so­bie, kpij... A nie za­uwa­ży­łeś, w ja­kim mo­men­cie nam wczo­raj prze­rwało roz­mowę? Aku­rat ci mó­wi­łem o ma­secz­kach, które na­są­czają spe­cjal­nym pły­nem, żeby wy­wo­ły­wać u lu­dzi de­pre­sje i stany lę­kowe!

- Aha... Wiesz, ja­koś ła­twiej mi wie­rzyć w pro­blemy z za­się­giem niż w ja­kichś "onych" pod­słu­chu­ją­cych każ­dego bez wy­jątku z noc­nej lampki... - Grze­gorz na­pił się her­baty i po­pa­trzył na Mar­cina. - Ty na­prawdę wie­rzysz, że pod­słu­chują wszyst­kich? Po­nad trzy­dzie­ści mi­lio­nów lu­dzi? To ilu ci ONI mają pra­cow­ni­ków?

- Mo­żesz so­bie nie wie­rzyć... Jesz­cze się kie­dyś prze­ko­nasz! A o Pe­ga­su­sie nie sły­sza­łeś?

- Sły­sza­łem, każdy sły­szał. Ale to prze­cież nie do­ty­czyło zwy­kłych lu­dzi, tylko...

- A skąd wiesz, kiedy dla nich prze­sta­jesz być zwy­kłym czło­wie­kiem?!

Grze­gorz mach­nął ręką. Nie warto było spie­rać się z Mar­ci­nem, zwłasz­cza kiedy już zła­pał swoją fazę...

- No, w ta­kim ra­zie nie będę ci opo­wia­dał o Joli... Bo po co ktoś obcy ma słu­chać o mo­ich pry­wat­nych spra­wach...

Mar­cin za­milkł gwał­tow­nie i spoj­rzał na niego z za­in­te­re­so­wa­niem.

- O ja­kiej Joli? - za­py­tał i na­gle oczy otwo­rzyły mu się sze­roko ze zdu­mie­nia. - TEJ Joli? Nie, nie ga­daj!

- No, prze­cież wła­śnie po­wie­dzia­łem, że nie będę ga­dał!

Jola przed laty była wielką mi­ło­ścią Grze­go­rza. Sta­no­wili nie­roz­łączną parę przez cały okres stu­diów me­dycz­nych, ale po­tem ich drogi się ro­ze­szły. Ona wy­je­chała do Szwaj­ca­rii, gdzie zna­la­zła za­trud­nie­nie w pry­wat­nej kli­nice, a Grze­gorz zo­stał w Pol­sce. Pra­co­wał w przy­chodni jako kar­dio­log, bo - jak mó­wił - tylko ktoś, komu po­ła­mano serce na drobne ka­wa­łeczki, może pod­jąć się le­cze­nia serc in­nych lu­dzi. Długo nie mógł dojść do sie­bie po tym roz­sta­niu i brat do­sko­nale o tym wie­dział.

- Wró­ciła? - do­py­ty­wał się Mar­cin. - Spo­tka­li­ście się? No, mówże!

Grze­gorz uśmiech­nął się od ucha do ucha.

- A nie prze­szka­dza ci, że może to pod­słu­chać pre­mier, Kreml albo szef FBI?

- Trudno, niech słu­chają!

- Spo­tka­li­śmy się ty­dzień temu na tej kon­fe­ren­cji dla le­ka­rzy! Coś mi mó­wiło, żeby na nią pójść, cho­ciaż tyle z tym było za­chodu... Prze­ga­da­li­śmy cztery go­dziny! Umó­wi­li­śmy się na­stęp­nego dnia i na­stęp­nego... Dzi­siaj też się spo­tkamy! Mar­cin, to jest tak, jakby tych wszyst­kich lat, kiedy stra­ci­li­śmy kon­takt, w ogóle nie było!

Mar­cin jęk­nął w du­chu. Błysk, jaki zo­ba­czył w oczach brata, i jego za­ru­mie­nione po­liczki po­wie­działy mu, że to spo­tka­nie zro­biło na Grze­go­rzu ogromne wra­że­nie.

"To dla­tego ostat­nio nie miał dla mnie czasu" - po­my­ślał. "Nic do­brego z tego nie wy­nik­nie".

Pa­mię­tał, jak długo brat zbie­rał się po roz­sta­niu z Jolą i nie chciał, żeby znów to prze­ży­wał, ale też - choć ni­gdy by się do tego nie przy­znał - po­czuł za­zdrość na myśl o tym, że może prze­sta­nie być dla Grze­go­rza naj­waż­niej­szą osobą w ży­ciu.

- Jest po roz­wo­dzie - mó­wił Grze­gorz, nie zwra­ca­jąc uwagi na kwa­śną minę Mar­cina. - I ma dwoje dzieci, Amelkę i Piotrka. Te­raz już na do­bre wró­ciła do Pol­ski, bo chce tu­taj za­cząć pry­watną prak­tykę. Ze­brała od­po­wiedni ka­pi­tał, szuka tylko domu, w któ­rym mo­głaby miesz­kać i otwo­rzyć ga­bi­net.

- Po co ci to? - mruk­nął Mar­cin, spla­ta­jąc ręce na pier­siach.

Grze­gorz po­pa­trzył na niego ze zmarsz­czo­nymi brwiami.

- Po co mi co?

- No, ona! - wy­buch­nął brat. - Babka po roz­wo­dzie, na do­da­tek z dwójką dzie­cia­ków! Chyba nie chcesz się w to pa­ko­wać? Masz ta­kie fajne ży­cie!

- Tak, prze­fajne! - od­po­wie­dział zgryź­li­wie Grze­gorz. - Wra­cam po pracy do domu, sia­dam przed te­le­wi­zo­rem albo czy­tam książkę. Idę spać, a rano znów do pracy. I w week­endy to samo, tyle że do pracy zwy­kle nie cho­dzę... Je­dyna od­miana, to spo­tka­nie z bra­tem... Jak­bym miał osiem­dzie­siątkę, to może fak­tycz­nie by­łoby to fajne ży­cie, ale ja mam trzy­dzie­ści pięć lat!

- A kto ci broni spo­ty­kać się z kimś? Albo gdzieś wy­je­chać?

- No, nikt - zgo­dził się Grze­gorz. - Tylko że ja do tej pory każdą na­po­tkaną ko­bietę po­rów­ny­wa­łem do Joli. I wy­pa­dało to tak blado, że zwi­ja­łem ża­gle, za­nim jesz­cze co­kol­wiek za­czy­nało się dziać...

- O Jezu, brzmisz jak za­ko­chany na­sto­la­tek!

- No i do­brze! Le­piej brzmieć jak za­ko­chany na­sto­la­tek niż jak na­wie­dzony świr owład­nięty teo­rią spi­skową!

- Na­wie­dzony świr?! - Mar­cin od­chy­lił się na krze­śle i po­pa­trzył na brata spod przy­mru­żo­nych po­wiek. - To nie ja be­cza­łem, że mnie dziew­czyna zo­sta­wiła!

- Bo ni­gdy żad­nej nie mia­łeś - od­ciął się brat, wsta­jąc od stołu. - Idę, nie mam za­miaru się z tobą kłó­cić! I zrób coś z tym. - Po­stu­kał pal­cem w le­żące na stole wy­niki ba­dań okre­so­wych, które przy­niósł Mar­ci­nowi. - Je­śli się za sie­bie nie weź­miesz, za parę lat mo­żesz paść na za­wał albo za­cho­ru­jesz na cu­krzycę. I żadni ONI nie będą mieli z tym nic wspól­nego, no chyba że mają też zdol­ność pod­no­sze­nia po­ziomu cho­le­ste­rolu za po­mocą pi­lota od te­le­wi­zora.

Kiedy wy­cho­dził, trza­snął drzwiami i od razu tego po­ża­ło­wał. Nie lu­bił kłó­cić się z Mar­ci­nem i rzadko im się to zda­rzało. Grze­gorz był star­szy o dwa­na­ście lat. Róż­nili się jak ogień i woda: Mar­cin wy­bu­chowy, z głową pełną po­my­słów i sza­lo­nych teo­rii, roz­trze­pany i nie­uważny, Grze­gorz zaś spo­kojny, po­ważny, pod­cho­dzący do ży­cia z roz­wagą. Ich ro­dzice zgi­nęli wiele lat temu w wy­padku sa­mo­cho­do­wym i wła­ści­wie to Grze­gorz wy­cho­wy­wał brata. Mieli tylko sie­bie, byli ze sobą bli­sko zwią­zani i do­brze się do­ga­dy­wali. Za­zwy­czaj...

"Je­stem star­szy, nie po­wi­nie­nem tak na niego krzy­czeć. Na pewno po­czuł się za­gro­żony, bo ktoś po­ja­wił się w moim ży­ciu" - my­ślał Grze­gorz, nę­kany wy­rzu­tami su­mie­nia.

Mar­cin też po­ża­ło­wał swo­ich słów, gdy tylko za bra­tem za­mknęły się drzwi, ale ura­żona duma nie po­zwa­lała mu za­wo­łać Grze­go­rza. Żeby za­jąć czymś my­śli, usiadł w fo­telu i spoj­rzał na wy­niki ba­dań, krzy­wiąc się z nie­chę­cią. Miał wy­soki cho­le­ste­rol, nad­ci­śnie­nie i cu­kier na gra­nicy normy. Po­kle­pał się po po­kaź­nym brzu­chu.

- Trzeba bę­dzie coś z tobą zro­bić - stwier­dził, wstał z fo­tela i pod­szedł do lu­stra. - Jezu, wy­glą­dam, jak­bym był w ciąży! - jęk­nął na wi­dok wy­raź­nie ry­su­ją­cej się krą­gło­ści. - Do­bra, od ju­tra biorę się za sie­bie. Prze­staję sło­dzić. Rzu­cam chipsy. Je­śli cola, to tylko die­te­tyczna. No i za­cznę się wię­cej ru­szać...

Żeby wzmoc­nić swoje po­sta­no­wie­nie, usiadł przed kom­pu­te­rem i wy­szu­kał w skle­pie in­ter­ne­to­wym buty do bie­ga­nia. Za­opa­trzył się też w od­po­wiedni strój, po­czy­tał do­bre rady dla po­cząt­ku­ją­cych bie­ga­czy i od­niósł wra­że­nie, że jego kon­dy­cja po­pra­wiła się już po sa­mej lek­tu­rze. Po­sta­no­wił, że za­cznie tego sa­mego dnia, gdy do­trze prze­syłka z bu­tami.

- Żad­nych wy­mó­wek! - po­wie­dział do swo­jego od­bi­cia w lu­strze. Od razu po­czuł się szczu­plej­szy o kilka ki­lo­gra­mów.