Rozdział 1
1
Te tortury odbywania spotkań towarzyskich... a do tego kiełkująca w tobie
chęć popełnienia morderstwa z premedytacją, kiedy słyszysz o wymaganym
eleganckim obuwiu wieczorowym... - Takie przemyślenia gnębiły porucznik
Eve Dallas, policjantkę Wydziału Zabójstw, wbitą w niebotyczne szpilki,
o krok od rzeczonego spotkania.
Niczego innego nie mogła się przecież spodziewać.
A poza tym...
Ktokolwiek wymyślił, że damskie obuwie wieczorowe ma być wyposażone w kosmicznie wysokie, cienkie jak żyleta szpilki, sprawiając, iż nie ma z nich żadnego praktycznego pożytku, łącznie z chodzeniem - powinien być w trybie natychmiastowym skazany na wszelkie znane ludzkości tortury -
zgodne z prawem lub niekoniecznie.
Na pewno zaś na przednówku roku dwa tysiące sześćdziesiątego pierwszego
w cholernych Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej noszenie
bezużytecznych, żyletowatych szpil powinno być całkowicie zakazane!
Należałoby je rozjechać walcem i spalić, a potem wydać bezwzględny zakaz
ich noszenia.
Szła, klnąc na czym świat stoi, w tych diabelskich szpilach w stronę
wejścia do eleganckiego penthousa - ona, kobieta wysoka, szczupła, w obcisłej szmaragdowozielonej sukni, połyskującej przy każdym ruchu, z naszyjnikiem z zawieszką w formie skrzącego się płomiennie
brylantu-solitera o kształcie łzy.
Krótko ścięte, przylegające ściśle do głowy brązowe włosy odsłaniały
zestaw pomniejszych brylancików, migoczących trwożnie u płatków jej
uszu. Pogrążona w czarnych myślach, przymknęła piwne oczy o tęsknym
spojrzeniu.
Kto, u licha, wpadł na pomysł organizowania tego rodzaju popołudniowych
przyjęć koktajlowych? - zastanawiała się Eve. - Ktokolwiek to był,
chętnie wysłałaby go do izby tortur wraz z tym, kto zaprojektował
pierwsze eleganckie szpilki dla kobiet. Poza tym, kto, do diaska, wpadł
na fantastyczny pomysł organizowania przyjęć, na których ludzie cisną
się jeden obok drugiego, zwykle po ciężkim dniu pracy, ucinając przy tym
towarzyskie pogawędki z drinkiem w jednej ręce, w drugiej zaś trzymając
talerzyk z mikroskopijnych rozmiarów przekąską, której składu zwykle nie
dawało się zidentyfikować na pierwszy rzut oka?
A! I jeszcze jedno: kto wymyślił zasadę, że konwersacje o niczym
stanowią imperatyw społeczny? Wrost do izby tortur z tym gościem!
Skoro już przy tym jesteśmy, dawać mi tutaj na tortury razem z pozostałymi tego walniętego typa, który dodał wymóg przyniesienia za
każdym razem jakiegoś fantastycznego drobiazgu dla organizatorki takiego
przyjęcia!
Żadna osoba o zdrowych zmysłach nie ma najmniejszej ochoty wymyślać, co,
do diabła, kupić komuś, kto zaprasza na takie pieprzone spotkanko. Osoba
o zdrowych zmysłach nie chadza na żadne imprezki tuż po zakończeniu dnia
pracy, nie stoi jak głupia w kretyńskich szpilkach, ledwo utrzymując w poziomie talerzyk z mikrokanapeczką, prowadząc przy tym idiotyczne
pogaduszki.
Osoba o zdrowych zmysłach siedziałaby teraz w domu w wygodnych ciuchach
i zajadałaby w najlepsze pizzę.
- Jeszcze nie skończyłaś? - rozległ się czyjś głos.
Eve rzuciła okiem w stronę niedorzecznie przystojnego męża - typa
odpowiedzialnego za obcisłą suknię, za cholernie niewygodne buty i za te
wszystkie pieprzone brylanty. Odnotowała błysk rozbawienia w jego
zabójczo niebieskich oczach i przyjaznym uśmiechu idealnie zarysowanych
ust.
Uświadomiła sobie raptem, że Roarke'owi nadchodzące tortury nie tylko
pewnie mogą się spodobać, ale może to właśnie on we własnej osobie owe
tortury wymyślił i ustanowił wszelkie obowiązujące podczas nich zasady.
Miał szczęście, że nie przyładowała mu na odlew.
- Czy potrzebujesz jeszcze kilku minut na dokończenie wewnętrznego
monologu? - spytał z irlandzkim akcentem, który dodawał mu uroku.
- To prawdopodobnie jedna z najrozsądniejszych rozmów, jakie
przeprowadzę w ciągu całego nadchodzącego wieczoru.
- Hę... Jak by to najlepiej skomentować... Na pierwszej imprezie u Nadine w jej nowym apartamencie będzie pełno twoich kolegów i koleżanek z pracy.
Oni wszyscy, wraz z nią oczywiście, to mądrzy, wielce interesujący
ludzie.
- Mądrzy ludzie siedzą teraz w domu z piwem przed ekranem telewizora,
gapiąc się, jak drużyna New York Knicksów spuszcza łomot Kingsom...
- Jeszcze zdążysz obejrzeć niejeden mecz. - Dał jej solidnego kuksańca i czule poklepał, kiedy stanęli przed drzwiami mieszkania Nadine Furst. -
A poza tym - dodał - poza tym Nadine zasłużyła na porządną imprezkę.
No może... Może i tak. Tym razem powinna jednak dać za wygraną. Mistrzyni
reportażu na żywo, autorka bestsellerowych powieści, a w dodatku
zdobywczyni cholernego Oscara, zapewne zasługiwała na przyjęcie wydane
na jej cześć, lecz ona sama - policjantka Wydziału Zabójstw, a dokładnie
pani porucznik Wydziału Zabójstw - modliła się, by nagle, w ostatniej
chwili, wyskoczyło jakieś niecierpiące zwłoki śledztwo.
Nadine zyskała jednak na tyle duże uznanie przy naświetlaniu spraw
kryminalnych, że Eve powinna była się wykazać zrozumieniem.
Eve ponownie odwróciła się do męża, stając naprzeciw twarzy o rysach
anioła z rzeźb okresu baroku, w obramowaniu z czarnych jedwabistych
kędziorów. W swoich czółenkach na wysokiej szpilce mogła spojrzeć mu
prosto w oczy.
- Dlaczego właściwie na imprezce nie można klapnąć przed telewizorem z browarem i pizzą, gapiąc się na mecz koszykówki? - spytała.
- Oczywiście, że można. - Pochylił się ku niej i musnął jej usta swoimi
wargami. - Tyle że nie na tej.
Kiedy drzwi się otworzyły, roztoczył się przed nimi widok przestronnego,
urządzonego z klasą holu, wypełnionego dźwiękami muzyki i toczących się
rozmów. Przy wejściu stała Quilla, osiemnastoletnia stażystka Nadine,
ubrana w czarną sukienkę, ściągniętą paskiem ze srebrną klamrą, oraz
czerwone botki do kostek na niskim obcasiku. W jej włosach połyskiwały
fioletowe pasemka.
- Hej! Zostałam oddelegowana do witania gości i zapraszania ich do
środka - powiedziała. - No i czy mogę... mogłabym... - poprawiła się,
przewracając oczami - wziąć wasze płaszcze?
- A skąd wiesz, że nie wbijamy się na imprezkę bez zaproszenia? - spytał
Roarke.
- Wydaje mi się, że skądś was znam.
- Skądś na pewno. - Eve pokiwała głową.
- Przecież ochrona budynku ma listę gości i w ogóle, a poza tym
musieliście wpierw się do nich zgłosić, żeby się dostać tu na górę.
Jeżeli zaś jesteście dupkami, którzy prześliznęli się niezauważeni, albo
mieszkacie w tym budynku, albo cokolwiek tam innego, Nadine i tak was
przyskrzyni. Pełno tu dzisiaj glin.
- Wystarczy tych tłumaczeń - przerwała Eve, a Roarke podał jej płaszcze.
- Wyglądasz dzisiaj prześlicznie, Quillo - rzekł.
- Dzięki! - Dziewczyna spłonęła lekkim rumieńcem. - Eee... Teraz mam wam
powiedzieć, żebyście skręcili od razu w prawo i dobrze się bawili. W jadalni jest bar i bufet, a po całym apartamencie krążą kelnerzy,
roznosząc napoje i przekąski.
- Udało ci się wyśmienicie. - Roarke uśmiechnął się do dziewczyny.
- Zrobiłam to dzisiaj już chyba z milion razy. Nadine zna całe kupy...
eee... wielu ludzi.
- Określenie "całe kupy" doskonale oddaje ich liczbę - wtrąciła Eve.
Kiedy przeszli przez hol i ruszyli przed siebie, z lekkim przerażeniem
stwierdziła, że większość ich zna osobiście.
Jak do tego doszło?
- Ale czadowa sukienka, Dallas! - usłyszała. - Kolor wystrzałowy!
- Zwyczajny zielony.
- Szmaragdowy - oceniła Quilla.
- Dokładnie! - Roarke puścił oko do dziewczyny.
- Tak czy siak, mogę też od razu zabrać prezent dla gospodyni, chyba że
koniecznie chcecie wręczyć go jej, że tak powiem, osobiście. Mamy
specjalny stół do odkładania prezentów w saloniku śniadaniowym.
- W saloniku śniadaniowym!?
- Właściwie to sama nie wiem, dlaczego tak nazywają ten pokój -
zastanowiła się Quilla - ale tam zostawiamy prezenty dla pani domu.
- Świetnie. - Eve podała dziewczynie torebeczkę prezentową.
- Spoko. Okej, mam nadzieję, że dostaniecie niezłego kopa.
- Dostaniemy kopa? Niby od kogo? - zdziwiła się Eve, kiedy Quilla
ruszyła w swoją stronę.
- Sądzę, że miała na myśli dobrą zabawę, a to powinno do ciebie
przemówić, Eve - orzekł Roarke i dodał: - Przecież wszelkiego rodzaju
kopy i wykopy to twoja specjalność. - Przeciągnął palcami dłoni wzdłuż
jej kręgosłupa. - Chodźmy skombinować ci jakiegoś drineczka.
- Na jednym na pewno nie poprzestanę.
Przeciśnięcie się do baru okazało się jednak obfitować w przeszkody:
ludzi, których znała. Każdy z nich chciał zamienić z nią słowo, a to z kolei wymuszało jakąś odpowiedź.
Przed prowadzeniem dalszych pogaduszek całkowicie na trzeźwo uratował ją
przechodzący obok kelner i szybka reakcja męża. Jego błyskawicznie
podejmowane decyzje i zręczne ruchy uratowały ją też przed gadką-szmatką
z jedną z pracownic Nadine, zajmującą się analizą rynku.
- Kochanie, widzę tam Nadine! - wykrzyknął Roarke. - Musimy się z nią
przywitać. Przepraszamy panią! - rzucił do kobiety, po czym zgrabnie ją
wyminął, równocześnie chwycił Eve ramieniem w pasie, a potem wykonał
wraz z nią szybki półobrót i w ten sposób odciągnął na bok.
W drzwiach tarasowych Eve dostrzegła Nadine. Natychmiast doszła do
wniosku, że jej imprezowa fryzura w formie burzy loków to zapewne dzieło
rąk Triny. Choć zdecydowanie odbiegała od jej zwykłej, profesjonalnej
stylizacji z gładko spiętymi do tyłu włosami, blond loki z pasemkami
doskonale się prezentowały przy krótkiej sukience bez ramiączek z miękko
się układającego materiału w kolorze krwistoczerwonym.
Zielone jak u kota oczy Nadine przebiegły po zebranych gościach i zatrzymały się na Eve i Roarke'u. Spotkali się w pół drogi. Uniosła się
na palcach w swoich wysokich czerwonych szpilkach i z nieukrywanym
entuzjazmem ucałowała Roarke'a.
- Nasze mieszkanko jest idealnym miejscem do organizacji wystrzałowych
imprez.
- "Nasze mieszkanko"?
- No cóż. - Nadine uśmiechnęła się do Eve. - Przecież właścicielem
całego budynku jest twój mąż. Wielu waszych pracowników bawi się właśnie
na tarasie. Ma ogrzewanie zewnętrzne. Jest tam też mały barek i drugi
bufet.
Mimo że wszelkie przyjacielskie układy nieco ją konsternowały, Eve była
przede wszystkim policjantką.
- Gadaj, gdzie to jest? - spytała bez ogródek.
- Co gdzie jest? - Nadine poprawiła fryzurę i utkwiła w przyjaciółce
przenikliwe spojrzenie zielonych oczu.
- Dobra. Jak nie chcesz mi pokazać...
- Oj, chcę, chcę. - Kobieta roześmiała się i chwyciła dłoń Eve.
Ruszyła przez tłum prawie niezauważona i przez nikogo niezatrzymywana;
przeciskała się między ludźmi, omijała zgrabnie meble i w końcu wbiegła
lekko po kręconych schodach na górę, tam zaś wśliznęła się do swojego
eleganckiego gabinetu. Stały tu dwie ciemnoniebieskie sofy, krzesła z obiciami z wzorzystymi zawijasami w tym samym klasycznym odcieniu
niebieskiego na białym tle. Stoły miały ten sam błękitnoszary kolor co
blat roboczy w kształcie litery T, ustawiony tuż przy oknie z zabójczo
pięknym widokiem na centrum Nowego Jorku.
Po lewej połyskiwało płomieniem palenisko wbudowanego w ścianę kominka z szybą. Na belce nad kominkiem stała złota statuetka. Eve podeszła bliżej
i zaczęła się jej uważnie przyglądać. Dziwnie wyglądający złocisty
gostek bez ptaszka - pomyślała. Niemniej na imiennej tabliczce widniał
napis NADINE FURST - i to się dopiero liczyło!
Dlaczego jednak, jeśli nie mieli zamiaru dodać mu ptaszka, nie ubrali go
przynajmniej w spodnie?
- Milutki. - Wzięła statuetkę do ręki, zaciekawiona, i obejrzała się
przez ramię. - Ależ to ciężkie! Mógłby posłużyć za narzędzie zbrodni...
Uraz tępym narzędziem.
- Cała ty! - Nadine objęła Eve jedną ręką w pasie. - Mówiłam szczerze i prosto z serca w swoim przemówieniu podczas gali oscarowej.
- Och, naprawdę coś mówiłaś?
Nadine huknęła przyjaciółkę z biodra i rozbawiona Eve odstawiła
statuetkę na miejsce.
- To dzięki tobie, kochana - odparła.
- Niezupełnie, ale... Cholera, mogłabym gapić się na nią codziennie. No
cóż... - Odwróciła się i wyciągnęła rękę do Roarke'a. - Chodźmy na dół
upić się szampanem.
W drzwiach gabinetu stanął Jake Kincade, gwiazda rocka i obiekt
westchnień Nadine.
- Hej! - przywitał się z nimi.
Miał twarz o mocnych rysach - teraz z co najmniej trzydniowym zarostem -
w aureoli nastroszonych kruczoczarnych włosów. Ubrany był od stóp do
głów na czarno, lecz nie w garnitur, a w czarne dżinsy z nabijanym
ćwiekami paskiem, czarną koszulę i czarne, ciężkie buciory, które
wzbudziły zazdrość Eve, wyglądały bowiem na bardzo wygodne.
Jak to możliwe - zdziwiła się w duchu - że jemu wolno było się ubrać jak
normalnemu człowiekowi?
- Jak leci? - zagadnął Roarke'a, gdy wymieniali powitalny uścisk dłoni.
- Wyglądasz pierwsza klasa, Dallas! - rzucił w stronę Eve. - Podziwiasz
złotego chłopaka? Błyszczy, skubany, ale coś mi w nim nie gra: jeśli nie
zamierzali go ubierać, czemu pozbawili go sprzętu? Albo jedno, albo
drugie.
- Wielki Boże! - mruknął pod nosem Roarke.
Jake zerknął na niego.
- Sorki... - bąknął.
- No coś ty! Chodziło mi tylko o to, że o ile znam swoją żonę, figurka
Oscara wzbudziła w niej te same wątpliwości.
- Mogło tak być. W mniejszym lub większym stopniu. W sumie pytanie ma
sens.
- Jake przynajmniej nie widzi w nim potencjalnego narzędzia zbrodni.
Patrząc na Nadine, rockman uśmiechnął się szeroko, przez co zmarszczki
mimiczne na jego policzkach mocno się pogłębiły.
- Mogło tak być. W mniejszym lub większym stopniu. Tak czy siak,
nadchodzi kolejna fala chętnych do podziwiania, Nadine. Jak jedna osoba
może mieć tylu znajomych?
Tym razem roześmiał się Roarke. Wziął Eve za rękę i powiedział:
- Zaczynam się cieszyć z tego, że to ja pierwszy ją zobaczyłem.
- Zna wielu gliniarzy - zauważył Jake, kiedy wyszli z pokoju. - Nigdy
nie widziałem tylu glin równocześnie, pomijając pobyt na policji, kiedy
to... - Tu popatrzył wymownie na Eve. - Chyba nie powinienem przypominać
tego zdarzenia, ale miałem wtedy szesnaście lat i chcąc dostać pracę w nocnym klubie, użyłem cudzego dowodu tożsamości. Pech chciał, że policja
zrobiła akurat nalot na niego.
- Zabiłeś kogoś? - spytała.
- No coś ty! - odrzekł.
- W takim razie puszczę to w niepamięć.
- A skoro już mówimy o gliniarzach: wiedziałaś, że Santiago ekstra
tłucze w klawisze?
- Eee... Umie grać na pianinie?
- Takim podrabianym - potwierdził Jake. - Renn przytachał ze sobą swój
keyboard. Zresztą cały zespół jest tutaj. Laska wkręciła Santiago w występ, a ona sama też nieźle jedzie na bebechach.
- Dobrze śpiewa - przełożyła Nadine z rockowego na nasze. - A ten
przystojniak to detektyw Carmichael, drogi Jake'u. Osobiście poprosiłam
Morrisa, żeby wziął ze sobą saksofon - dodała.
- Powiem wam, że gość nieźle popala na tym saksie. Hej, widzę laseczkę w moim typie!
Eve, podążając za spojrzeniem Jake'a, popatrzyła przez barierkę w dół i dostrzegła tam Mavis z włosami upiętymi na czubku głowy w spływającą na
ramiona fontannę. W kolorze jasnoniebieskim. Dziewczyna miała na sobie
zwiewną różową sukieneczkę z rozkloszowaną minispódniczką, a na stopach
designerskie niebieskie botki na niebotycznie wysokim słupku,
stylizowanym na trzy połyskliwe, srebrzyste kule.
U jej boku stał Leonardo, przypominający starożytnego pogańskiego
kapłana w kamizelce o mieniących się kolorach w odcieniach głębszych niż
miedziany odcień jego skóry. Włosy spływające mu na ramiona przypominały
kaskady cieniutkich warkoczyków. W tej właśnie chwili Mavis przemawiała
- a raczej coś bełkotała - do niewielkiego, ściśle ją otaczającego
wianuszka gości.
Feeney - naczelnik Wydziału Techniki Operacyjnej, zajmującego się
informatyką, wszelkiego rodzaju elektroniką oraz telekomunikacją - był
ubrany w ten sam co zawsze wygnieciony garnitur w sraczkowatym kolorze,
w którym chodził na co dzień do pracy. Obok niego, z wyrazem absolutnej
fascynacji na twarzy, stała Bebe Hewitt, bezpośrednia szefowa Nadine,
odziana w błyszczące, srebrne rurki i długą, czerwoną marynarkę.
Następna była sarniooka nastolatka Quilla, nad którą górował Crack.
Właściciel modnego nocnego klubu ze striptizem również miał na sobie
kamizelkę, lecz jego kończyła się w pasie, a w ramionach miała zabójczo
wyglądające wstawki. Reszta górnej części jego ciała pozostawała naga,
prezentując wszystkim prężące się mięśnie i tatuaże. U jego boku stała
nieznana Eve kobieta z sympatycznym uśmiechem na ustach, o egzotycznej
urodzie: z ostro zarysowanymi kośćmi policzkowymi i oczami o ciężkich
powiekach, ubrana w klasyczną małą czarną.
- Ta małolata jest chyba nieco za młoda na przyjęcia koktajlowe -
zauważyła Eve.
- Nigdy nie jest się zbyt młodym na naukę, jak być dobrą gospodynią
imprezy, czy też jak się na niej zachowywać - odparowała Nadine.
Spłynęła z gracją ze schodów i ruszyła przywitać się z Mavis.
- Małolata jest w porządku - rzekł Jake do Eve. - Nakręca Nadine.
- Doprawdy?
Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Namiętnie. Namówili ją do przyjścia tu dzisiaj i rzucili na głęboką
wodę: pozwolili przygotować trzyminutową relację wideo z imprezy.
Pójdzie w wiadomościach z życia gwiazd. Quilla podjęła rękawicę. -
Postukał się palcem wskazującym w skroń. - Dotarły do mnie pogłoski o twoim ostatnim projekcie An Didean, Roarke. Ona ma oczy i uszy otwarte
na wszystko. Chciałbym z tobą pogadać kiedyś przy okazji na ten temat.
- Kiedy tylko zechcesz.
- Cześć, Dallas! - zawołała Mavis i podeszła do nich tanecznym krokiem,
kołysząc się lekko na swoich srebrzystych kulkowych obcasach, po czym
objęła serdecznie Eve. - Ta impreza bije wszystkie na głowę! - Uściskała
Roarke'a, a potem Jake'a. - Wszyscy moi ulubieńcy, plus pyszne żarcie i alkohol, i czego chcieć więcej! Słyszałam, że na tarasie grają na żywo.
Może i ja bym dołączyła?
- Liczę na to - zwrócił się do niej Jake. - A może byśmy sprawdzili, co
się tam dzieje?
- Wchodzę w to.
- Przyniosę nam coś do picia - zaproponował Leonardo i ucałował czubek
fontanny włosów Mavis.
Rozpromieniona dziewczyna podniosła na niego wzrok.
- Dzięki, Misiaku - rzekła. - Dołączę do was później.
- Ja też idę posłuchać, jak grają. - Feeney wystawił palec wskazujący w stronę Eve. - Wiedziałaś, że Santiago ciśnie na klawiszach jak
nawiedzony?
- Słyszałam.
- Nieźle się ukrywał ze swoimi talentami. Jak niedźwiedź w gawrze. -
Feeney, kręcąc głową z niedowierzaniem, ruszył przewietrzyć swój zmięty
garnitur na tarasie.
- W jakiej znowu gawrze? - zdziwiła się Eve.
- Wyjaśnię ci później - odparł na odchodnym. - Jak miło cię widzieć,
Bebe!
- Nawzajem! Jestem niezmiernie wdzięczna, pani porucznik, za ogrom
pracy, który razem ze swoimi podwładnymi włożyliście w sprawę Larindy
Mars.
- Taki mam zawód.
- Każdy orze, jak może. - Bebe pokiwała głową i zajrzała do swojego
kieliszka. - Wybaczcie.
- Chyba wciąż czuje się winna. Zupełnie niepotrzebnie. - Nadine
odprowadziła wzrokiem znikającą wśród tłumu Bebe.
- To przecież nie przez nią - odezwała się Eve.
- No nie. - Nadine, patrząc na nią, skinęła głową. - Ale to ona jest
szefową. Muszę koniecznie jakoś to załagodzić. Zaraz wyślę kogoś z nową
porcją drinków dla gości.
Crack uniósł brwi zdumiony i jęknął:
- Gliniarze rozwalą całą imprezę!
- Wilson! - Kobieta u jego boku szturchnęła go mocno łokciem, na co
tylko się roześmiał i dodał:
- Niezła z ciebie szprycha jak na białą babkę!
- A ty nie wyglądasz tak źle, jak na potężnego, czarnego właściciela
pewnej speluny.
- Down & Dirty to nie speluna, lecz zwykła knajpa - obruszył się. -
Roarke, staruszku, chcę, żebyś poznał moją piękną damę. Przedstawiam ci
Rochelle Pickering.
Rochelle podała dłoń Eve, a potem jej mężowi.
- Tak się cieszę, że mogę was poznać! - powiedziała. - Śledzę na bieżąco
pracę Wydziału Zabójstw, pani porucznik, oraz pańską działalność,
Roarke, szczególnie dotyczącą centrów Dochas oraz An Didean.
- Ona jest psychologiem! - ogłosiła Quilla.
- Psychologiem od dzieciaków - uściślił Crack i posłał znaczący uśmiech
osiemnastolatce. - Uważaj, mała, co robisz, bo możesz się jej narazić.
- Ta, jeszcze czego - mruknęła Quilla pod nosem, ale na wszelki wypadek
wycofała się chyłkiem i wmieszała w tłum.
- Wilson! - Rochelle ponownie przywołała go do porządku. - Jestem
psychologiem specjalizującym się w problemach dzieci i młodzieży. Byłam
terapeutką w Dochas.
- Wiem o tym - odezwał się Roarke.
Rochelle zerknęła na niego spod oka.
- N-nie... Nie spodziewałam się. - Lekko ją zamurowało.
- Nasza główna doradczyni - ciągnął mężczyzna - wypowiada się na pani
temat w samych superlatywach.
- Och, tak, ona jest wspaniała!
Zgodnie z obietnicą pojawił się kelner z kolejną tacą pełną różnych
napojów.
- Muszę nacieszyć się chwilą - mówiła dalej Rochelle. - Wciąż nie mogę
uwierzyć, że znalazłam się w tak doborowym towarzystwie, że poznałam was
oboje, że poznałam osobiście Nadine Furst i Jake'a Kincade'a, i, Boże
mój!, nawet Mavis Freestone, która jest dokładnie, ale to dokładnie taka
cudowna, jak sobie wyobrażałam! A Leonardo? Od jego prac wprost oczu nie
mogę oderwać! A przy tym wszystkim piję właśnie szampana.
- Trzymaj się mnie - rzekł do niej Crack. - Niebiosa nie mają granic.
Eve nie mogła się nadziwić. Nigdy nie znała nikogo, kto zwracałby się do
Cracka po imieniu, które nadali mu rodzice. Co czyniło różnicę w przypadku tej kobiety? A tak w ogóle, to jakim cudem pani psycholog
dziecięcej udało się poznać i usidlić właściciela nocnego klubu,
nieokrzesanego wychowanka nowojorskich ulic? - myślała. I kiedy
właściwie Crack zdążył popaść w stan całkowitego... Hmm... Jakie słowo
najlepiej by to określiło?... Oczarowanie - doszła do wniosku. Tym słowem
było oczarowanie. Kiedy właściwie Crack zdążył popaść w stan całkowitego
oczarowania?
Rzucała się w oczy świetna aparycja kobiety. Była idealnie zbudowana i piękna, ale... Kim ona właściwie była? Psycholog jak psycholog - orzekła w końcu. Rozmyślając o Rochelle, Eve zaczęła się przedzierać przez tłum w stronę Miry. Nie ma na świecie lepszej psycholożki niż nasza z NYPSD,
nowojorskiej policji, zajmująca się na co dzień profilowaniem morderców
- pomyślała.
Mira podniosła się z oparcia kanapy, na którym przesiadywała od dłuższej
chwili, i cmoknęła Eve w policzek. Jak zwykle prezentowała się
nienagannie. Sukienka w kolorze głębokiej czerwieni wina, roznoszonego
wokół na tacach, spływająca miękkimi fałdami do kolan, obszyta była na
dole wąską, elegancką koronkową bordiurą. Tak samo wykończone były
sięgające łokcia rękawy. Kobieta odgarnęła do tyłu ciemnobrązowe włosy,
rozjaśnione teraz subtelnymi rudawymi pasemkami, zawdzięczanymi zapewne
Trinie, której Eve - jak do tej pory - szczęśliwie unikała.
- Nadine udało się zindywidualizować to wnętrze - oznajmiła. - Owszem,
urządziła je stylowo, ale nieco eklektycznie, a dzięki temu i wygodnie.
Wygląda na szczęśliwą.
- Dużą w tym rolę odgrywają pewien złocisty typek na górze i gwiazdor
rocka, obecnie brylujący na tarasie.
- Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Lubię typa. I nie mam tu
oczywiście na myśli Oscara, lecz Jake'a. Naprawdę go lubię.
Eve spojrzała w stronę tarasu. Przez ogromne przeszklenie widać było
Jake'a i Mavis, śpiewających twarz przy twarzy do jednego mikrofonu.
Jake grał przy tym na gitarze.
- Taa... Pracuje chłopak... - mruknęła. - Ktoś mi dzisiaj coś napomknął na
ten temat. Masz może jakieś informacje o tej Rochelle Pickering, która
przykleiła się do Cracka?
- Niewiele. Jakiś problem? - Brwi Miry uniosły się w lekkim zdumieniu.
- Ty mi powiedz.
- Nie, o ile mi wiadomo. Kilka razy do roku zgłaszam się na ochotnika do
pomocy w Dochas i kiedy byłam tam ostatnio kilka miesięcy temu, miałam
okazję przelotnie ją spotkać. Zwróciła moją uwagę jako osoba bardzo
stabilna emocjonalnie i pracująca z wielkim oddaniem. Poważna, rozsądna
kobieta.
- Hm, więc co właściwie robi z Crackiem?
Mira obejrzała się wymownie w stronę tarasu, gdzie Crack i Rochelle
kołysali się w tańcu w rytm muzyki.
- Najwyraźniej dobrze się z nim bawi. To jest przyjęcie, Eve, a na
przyjęciach ludzie zwykle tym się zajmują. Masz tu żywy dowód w postaci
Dennisa.
Dennis Mira zbliżał się do nich z talerzem pełnym koreczków i innych
drobnych przekąsek. Ubrany był w czarny garnitur, białą koszulę i krawat
w prążki. Krawat mu się przekrzywił, a siwe włosy nieco się
rozwichrzyły. Patrzył wprost na Eve z czułością, najsłodszym wejrzeniem
roześmianych, zielonych oczu.
Poczuła, że się rozpływa z wrażenia.
- Musisz spróbować którejś z tych - powiedział.
Wziął coś z talerza i uniósł prosto do ust Eve. Zdążyła dostrzec coś w rodzaju stosiku posiekanych na drobno warzyw, polanych czymś lśniącym,
upchniętych na plastrze cukinii. Coś, czego za żadne skarby nie wzięłaby
do ust z własnej woli, lecz to czarujące zielenią spojrzenie sprawiło,
że usta same jej się otworzyły i dała się mu nakarmić.
- Przepyszne, prawda? - Uśmiechnął się.
- Mmmm! - odrzekła tylko, co dopełniło jej zachwytu.
Pomyślała, że gdyby każdemu w życiu przytrafił się taki Dennis Mira,
byłaby bezrobotna. Nikomu nie przeszłaby przez głowę żadna mordercza
myśl.
- Pozwolisz, że przyniosę ci coś do przegryzienia? - spytał.
- Nie! - Z niemałym trudem zmusiła się do przełknięcia i doszła do
wniosku, że wykorzystała limit wegańskich przekąsek na najbliższy
miesiąc. - Nie jestem głodna.
Poczuła lekkie rozczarowanie, kiedy Dennis wyprostował krawat.
- Co za milutkie przyjęcie - kontynuował. - Tak wielu interesujących,
tak odmiennych ludzi pod jednym dachem! To samo zawsze przychodzi mi na
myśl na imprezach u ciebie i Roarke'a. Interesujący ludzie gromadzą
wokół siebie równie interesujących ludzi. - Uśmiechnął się znacząco do
Eve. - Ślicznie wyglądasz. Wygląda ślicznie, prawda, Charlie?
Gdyby Eve dysponowała czymś takim jak rumieniec-raczek, zapewne teraz by
go spiekła.
U jej boku pojawił się Roarke. Pogawędzili jeszcze chwilę o tym i o owym, a potem wolnym krokiem przeszli na taras. Udawało jej się do tej
pory omijać to miejsce, odnotowała tam bowiem obecność Triny. Nie mogła
jednak zachowywać się jak tchórz przez cały wieczór.
Głośne dźwięki muzyki niosły się nad Nowym Jorkiem. Eve pomyślała, że
jeśli ktokolwiek chciałby wezwać policję z powodu naruszania ciszy
nocnej, patrol zastałby w środku całą gromadę gliniarzy, będących
źródłem tych hałasów. Bawił się tu cały wydział Eve, część speców od
technik operacyjnych oraz komendant główny.
W tej właśnie chwili to on, komendant Whitney, porwał do tańca
zastępczynię prokuratora Cher Reo. Nie obyło się bez potrząsania
ramionami i biodrami. Partnerka Eve, detektyw Delia Peabody, wykonywała
jakieś szaleńcze obroty i podskoki w ramionach swojego najważniejszego
faceta, asa Wydziału Techniki Operacyjnej, McNaba.
Baxter, w eleganckim garniaku bez krawata, flirtował z przerażającą
Triną, w czym nie było nic dziwnego, jako że inspektor Pies-na-baby
przystawiał się do wszystkich kobiet po kolei. Reineke i Jenkinson
stuknęli się szklaneczkami, przyłączając się do babskiego duetu, w skład
którego wchodziły dziewczyny, detektyw Carmichael i Mavis.
Wyglądało na to, że Carmichael świetnie sobie radzi z jazdą na
bebechach. Uwagę od niej odwracał nieco lśniący jak psie jaja krawat
Jenkinsona.
Tymczasem Santiago stał w szerokim rozkroku przed keyboardem i walił w klawisze, ile wlezie. To, co wydostawało się z głośników, zdecydowanie
można było nazwać muzyką. Kto by pomyślał! Trueheart, gorliwy, młody
partner Baxtera, siedział ze swoją dziewczyną i Feeneyem. Eve mogłaby
przysiąc, że oczy tego ostatniego gorzały - albo może raczej lśniły -
jak krawat Jenkinsona, gdy wpatrywał się w perkusistę zespołu Avenue A,
grzmocącego po garach.
Eve dostrzegła również Garneta DeWintera. Antropolog sądowy pogrążony
był w rozmowie z żoną komendanta, podczas gdy Morris wyciskał z saksofonu łkająco-zawodzące nuty.
Callendar z Wydziału Techniki Operacyjnej wyskoczyła na taras, wznosząc
entuzjastyczne: Uu-huu! Holowała za sobą pękającego ze śmiechu Charlesa,
wprost pomiędzy podrygujące w tańcu ciała. Eve coś świtało, że dawniej
ktoś, kto się chciał dostać do renomowanej jednostki policji, musiał
umieć tańczyć. Nieoczekiwanie żona Charlesa, doktor Louise Dimatto,
wsunęła jej rękę pod ramię.
- Chyba to domostwo zostało już wystarczająco oblane - zagaiła.
- Oblane? - zdziwiła się Eve. - Jak to?
- Och, Dallas, Dallas! - Louise, śmiejąc się, uniosła dłoń z kieliszkiem. - To w końcu parapetówa. Goście już sporo wypili i świetnie
się bawią. A tak na marginesie, nie wiesz przypadkiem, kim jest ta
fascynująca kobieta, która tańczy z Crackiem?
- Sama chciałabym wiedzieć. - Eve wzruszyła ramionami. - Jakaś
psycholożka od dzieciaków.
- Doprawdy? Ma na ustach szminkę w niesamowitym odcieniu. Gdybym ja się
tak wymalowała, wyglądałabym jak zombie. Czy to... O! Czy to nie detektyw
Carmichael śpiewa z Mavis?
- Taa. Podobno nieźle daje z bebechów.
- Mowa! Cóż, skoro Callendar udało się buchnąć mi faceta, zamierzam
pójść w jej ślady i zrobić to samo. - Przesunęła palcem wskazującym po
tłumie gości. - Feeney! - zdecydowała i ruszyła w stronę tańczących par.
Roarke przyniósł Eve kolejnego alkoholowego drinka, który spłukał nawet
najlżejsze wspomnienie cukinii. Kiedy rytm muzyki zwolnił, wziął ją w ramiona i zaczęli się razem kołysać w świetle księżyca.
Tak - pomyślała - tu na pewno przyjemnie będzie mieszkać.
*
A gdyby tak po drodze do domu wyjąć komputer i szybciutko przeszukać
bazy danych, sprawdzając Rochelle Pickering? - pomyślała. - Chyba nikomu
nie zaszkodzi...
- Pani porucznik? Co pani tam wyprawia? - Roarke, siedzący na tylnej
kanapie limuzyny, wyciągnął nogi przed siebie.
- Chcę tylko coś sprawdzić - odparła.
Zastanawiał się ledwie ułamek sekundy, nim odrzekł:
- Tylko mi nie mów, że sprawdzasz Rochelle.
- No dobra, zgadłeś.
- Eve! Crack jest dużym chłopcem. Dosłownie.
- Mhm.
- Eve! - powtórzył i przykrył jej dłoń swoją. - Powinnaś wiedzieć, że
już zdążyłem ją sprawdzić.
- Co takiego?! Przecież nie masz uprawnień, a poza tym...
- Poza tym nie jest o nic podejrzewana. Wiem. Jest jednakże moją
najlepszą kandydatką na stanowisko szefa zespołu terapeutów w An Didean.
- Sądziłam, że już kogoś znalazłeś.
- Tak było, lecz doktor Po w zeszłym tygodniu poinformowała mnie, że w związku z jakimiś rodzinnymi sprawami przeprowadza się do Waszyngtonu,
by tam zamieszkać z synem. Prowadzę powtórny nabór na to stanowisko.
Doktor Pickering była w sumie moją główną kandydatką, choć zdecydowałem
się w końcu na doktor Po.
- Czy ona o tym wie?
- Mało prawdopodobne. Mogę ci powiedzieć, że ma wysokie kwalifikacje,
doświadczenie w zawodzie, jest bardzo oddana swojej pracy i przedstawiła
doskonałe referencje. I nie ciągnie się za nią żadna kryminalna
przeszłość.
- Tyle udało ci się sprawdzić. No dobra, dobra... - mamrotała pod nosem,
spokojnie obserwowana przez męża. - Gdyby miała jakiś zatarg z prawem,
na pewno byś coś znalazł. - Wzruszyła ramionami. - W takim razie
zaoszczędziłeś mi tylko czasu.
- Jest jedyną córką i drugim z kolei dzieckiem w rodzinie. Ma trzech
braci. Jej ojciec siedział dwa razy: raz za napad, raz za posiadanie
narkotyków. Młodszy brat również siedział: jako nieletni za kradzież i również za narkotyki, to samo przerobił już jako dorosły. Należał do
gangu Bangersów.
- To niebezpieczni ludzie. Ich rewir wprawdzie ostatnio znowu się
skurczył, ale wciąż są niebezpieczni.
- Większość członków gangów młodzieżowych to kryminaliści. Brat Rochelle
wyszedł z więzienia dwa lata temu, przeszedł resocjalizację i odwyk, i wszystko wskazuje na to, że jest już czysty, i nic go nie łączy z gangiem.
Eve odłożyła rozważania na później. Choć gang Bangersów nie był już tak
duży ani tak niebezpieczny jak kiedyś, wciąż nie odpuszczali.
- Jej ojciec zginął w więzieniu podczas jakiejś bójki, kiedy miała
piętnaście lat - kontynuował Roarke - a matka niedługo potem popełniła
samobójstwo. Od tego momentu - a jak się domyślam, pewnie i wcześniej -
byli wychowywani przez babkę od strony matki. Dorastali w dzielnicy
Bowery - dodał Roarke. - W najgorszej jej okolicy.
- Teren Bangersów.
- Zgadza się. Najstarszy brat poszedł do szkoły zawodowej i prowadzi
teraz własną firmę. Jest hydraulikiem w dzielnicy Tribeca. Ożenił się,
ma trzyletnią córeczkę i drugie dziecko w drodze. Najmłodszy brat
skończył prawo na uniwersytecie Columbia i teraz jest tam wykładowcą.
Brat średni pracuje na etacie jako kucharz w restauracji Casa del Sol w Lower West Side. Zapewne wyuczył się zawodu jeszcze w więzieniu i od
razu po wyjściu udało mu się znaleźć pracę. Ma kuratora, któremu składa
sprawozdania, uczęszcza regularnie na spotkania grupy wsparcia, a razem
z siostrą pomagają jako wolontariusze w miejscowym schronisku dla
bezdomnych dwa razy w miesiącu.
- Bangersi mu nie odpuszczą.
- Bangersi działają głównie w Bowery. Rochelle mieszka z bratem w trzypokojowym mieszkaniu w Lower West, spory kawałek od ich terytorium.
Miała ciężkie życie i trudne dzieciństwo, a kto jak kto, ale ty i ja
wiele wiemy na ten temat. Udało się jej wygrzebać z tego bagna. Nie
przypadkiem skierowała swoje zainteresowania ku opiece nad zdrowiem
psychicznym dzieci i młodzieży.
Eve dobrze znała sposób wypowiadania się swojego męża, modulacje głosu i intencje jego wypowiedzi. Znała go jak własną kieszeń.
- Masz zamiar ją zatrudnić - powiedziała.
- Uderzyło mnie, że dzisiaj zupełnie przypadkiem natknęliśmy się na nią
na przyjęciu. Rzekłbym, szczęśliwe zrządzenie losu. Zaplanowałem już
wcześniej skontaktowanie się z nią w poniedziałek z samego rana i umówienie się na rozmowę kwalifikacyjną. Jeśli zrobi na mnie dobre
wrażenie, a ona sama okaże się zainteresowana, zaoferuję jej to
stanowisko. Więc tak.
Poprawił się niespokojnie na siedzeniu i przeciągnął delikatnie
koniuszkiem palca po płytkim wgłębieniu na podbródku żony.
- Chyba że przedstawisz mi jakieś poważne powody, które ją
zdyskwalifikują - dodał.
Wypuściła ze świstem powietrze przez zaciśnięte zęby.
- Nie mogę tego zrobić. Nie mam zamiaru odstrzelić Rochelle tylko
dlatego, że jeden z jej braci był dupkiem, podobnie zresztą jak ojciec.
Być może budziło to w niej lekkie obawy, ale Roarke miał rację: Crack
był dużym chłopcem.
Rozdział 2
2
Aby ochłonąć po przyjęciu, uspołecznianiu się, rozmówkach o niczym i bieganiu w niebotycznych szpilkach, Eve spędziła niedzielę spokojnie,
bez żadnych obowiązków. Nie wrzucili jej na głowę ani jednego morderstwa
do natychmiastowego rozwikłania, mogła więc się skupić na rozsądnym,
pożytecznym wykorzystaniu wolnego dnia. Obudziła się późno, wzięła w ostre obroty męża i nieźle dała mu w kość, po czym napchała się na
śniadanie naleśnikami, przebiegła na bieżni pięć kilometrów, mając przed
sobą wirtualny widok plaży, a następnie skatowała się na siłowni tak, że
jej mięśnie zaczęły błagać o litość. Żeby przyjemnie się rozluźnić,
nastawiła sobie sesję z mistrzem maty, a skończyła pływaniem i seksem na
basenie.
Potem ucięła sobie krótką drzemkę z kotem.
Po czym z największą przyjemnością potrenowała godzinkę na strzelnicy -
oświadczając mężowi po treningu z największą stanowczością, że następnym
razem koniecznie muszą wybrać się tam razem i wtedy dopiero zobaczy, jak
złoi mu jego irlandzki tyłek. Po leniwie skonsumowanym obiedzie
rozłożyła się przy kominku obok tegoż właśnie irlandzkiego tyłeczka, z miską świeżo uprażonego popcornu ociekającego masełkiem, by razem
obejrzeć film, którego główną treść stanowiło pracowite dmuchanko.
Na zakończenie tak przyjemnie spędzonego dnia, żeby nie wypaść z rytmu,
pozwoliła Roarke'owi nieźle się wyobracać, po czym zasnęła jak niemowlę.
Odświeżona, czując się jak nowo narodzona, choć z lekkimi wyrzutami
sumienia, że zamiast drzemki nie wybrała przekopywania się przez stertę
dokumentów, wyruszyła z samego rana w poniedziałek do głównej siedziby
nowojorskiej policji.
Nie było niestety aż tak wcześnie, by uniknąć stania w korkach pośród
warczących, prychających aut oraz niedzielnych kierowców, którzy na
widok kilku strużek deszczu, miotanych porywami marcowej wichury,
tracili do reszty i tak marne umiejętności prowadzenia pojazdów, a mimo
to Eve uważała, że najpaskudniejsza w tym wszystkim jest konieczność
rozpoczęcia zwykłego dnia żmudnej policyjnej roboty.
Całkiem przyjemny okazał się też uboczny efekt wyjącego wichru:
przytłumił mianowicie dość skutecznie wszelkie dudniące w uszach reklamy
dźwiękowe. Miło było sunąć tak z wolna przez centrum, nie słysząc co
chwila z ryczących na cały regulator głośników o startujących właśnie
wiosennych wyprzedażach czy obniżkach cen na późnozimowe rejsy statkami
wycieczkowymi cholera-wie-dokąd.
Swoją drogą, jaka to właściwie była pora roku? Wczesna wiosna czy późna
zima? Dlaczego marzec nie mógł się na coś zdecydować?
Gdyby podeszła do sprawy optymistycznie, postawiłaby na wczesną wiosnę.
Przynajmniej z nieba nie sypało śniegiem, nie padała śniegowo-deszczowa
papka, ani też nie leciała na ziemię żadna lodowa sieczka. Z drugiej
strony w tym zawodzącym wichrze nadal było zimno jak cholera, a gruba
warstwa burych chmur w każdej chwili mogła się rozpruć i zagrażała
wysypaniem się z niej kolejnej porcji śniegowych płatków.
Poza tym wesołe miny optymistów zwykle rzedną, gdy dopada ich gorycz
rozczarowania.
Gdy wjechała do garażu podziemnego Komendy Głównej Policji i zaparkowała
na swoim miejscu, podjęła decyzję: niech więc będzie późna zima. Ruszyła
na górę, zadowolona, że ma jeszcze pełną godzinę do rozpoczęcia swojej
zmiany.
Na miejscu, za biurkiem w dużej, otwartej sali Wydziału Zabójstw,
podzielonej na stanowiska parawanowymi przepierzeniami, siedział już
Santiago.
- Przymknąłeś kogoś? - spytała.
- Mhm. - Podniósł na nią zmęczone oczy gliniarza. - Carmichael jest w socjalnym i parzy już dla nas szatańsko mocną kawę... Policjantka
pracująca pod przykrywką dopadła dilera chcącego jej opchnąć dragi. Nie
udało im się dobić targu: kiedy chcieli się skryć w bramie prowadzącej
do budynku przy kanale, gdzie zwykle transakcje tego typu dochodzą do
skutku, natknęli się na zwłoki. Gość zwiał, ale policjantka zrobiła, co
do niej należy, i odszukała dzielnicowego-androida.
- Zidentyfikowaliście ciało?
- To diler jakichś tabletek odurzających, które sam tłukł, i na których
postanowił szybko zarobić. Policjantka widywała go podczas patrolowania
ulic. Mniej więcej godzinę wcześniej, kiedy wyszła z kwatery, w pobliżu
której prowadzi działania operacyjne wymagające większego zaangażowania,
zauważyła go, jak się kłócił z miejscowym ćpunem. Nie wiedziała, co to
za jeden. Tak czy siak, pojechaliśmy na miejsce.
Obejrzał się za siebie, na detektyw Carmichael, która właśnie wyszła z socjalnego z dwoma kubkami gorącej kawy.
- Ach! Ratujesz mi życie! - Santiago wziął od niej jeden i natychmiast
wypił kilka łyków. - Kiedy tam dotarliśmy, sprawą zajmowało się już
dwóch mundurowych. Wzięli ich tak w obroty, że w końcu jednemu wymsknęła
się ksywka podejrzanego. Typ szybko się wysypał, że policjantowi na
pewno chodziło o Kabla, jakiegoś totalnego nieudacznika, sądząc po
zeznaniach świadka, który wprowadził się kilka miesięcy temu do tego
samego budynku i miał wątpliwą przyjemność mieszkać z nim drzwi w drzwi.
Santiago dał znak Carmichael, żeby przejęła dalej opowieść.
- A więc, pani porucznik: zostawiliśmy patrol dzielnicowych-androidów,
bo wezwaliśmy jeszcze jednego, z ciałem i świadkiem, i wyruszyliśmy
sprawdzić tego Kabla. Siedział w swojej norze, naćpany na maksa po
zeżarciu tony tabletek, które zabrał dilerowi po poderżnięciu mu gardła.
Pieprzony gnojek miał wciąż przy sobie sztylet.
- Próbował ją nim dźgnąć - dodał Santiago - więc dodaliśmy i to również
do oskarżenia, choć kiedy się zerwał z miejsca, żeby się na nią rzucić,
od razu rąbnął na glebę, prosto na twarz.
- Potknął się o swoje własne nogi. Krew na sztylecie okazała się krwią
ofiary. Gnojek przyznał się po niecałych dziesięciu minutach
przesłuchania. Twierdził, że musiał zabić gościa, bo za dużo chciał za
towar. Zrobił to, tak dla zasady.
- A więc zwinęliście go?
- Na sztywno - przyznała Carmichael. - Ta gnida ma listę zarzutów długą
jak twoje nogi. Niedawno wyszedł po pięciu latach odsiadki za napad z bronią w ręku. Jak się to wszystko zsumuje, będzie siedział do końca
swoich dni.
- Dobra robota.
- Większość odwalili mundurowi. Wcześnie dzisiaj przyszłaś. Coś pilnego
do zrobienia?
- Papierologia. - Eve już zaczęła iść w swoją stronę, gdy nagle się
zatrzymała i ściągnęła brwi, patrząc na Santiago. - Myślałam, że grasz w piłkę, a nie... - Zaczęła przebierać palcami w powietrzu po niewidzialnej
klawiaturze.
- Umiem i to, i to. Kiedyś chciałem grać zawodowo w baseball.
Praktycznie żyłem nim, ale rodzice powiedzieli mi: graj, ile tylko
chcesz, dla nas to nie problem. Skoro masz dobre stopnie, nie pakuj się
w kłopoty i przez rok bierz również lekcje gry na pianinie u swojej
ciotki. Moja ciotka to okropny babsztyl, więc zdawało mi się, że jednak
wolę piłkę. W praniu się okazało, że muzykę też polubiłem, więc gry na
pianinie również nie przerwałem.
- A teraz jesteś policjantem.
- Niezłym biegaczem w baseballu, zasuwającym na klawiszach gliną, który
grał na żywo razem z tą cholerną kapelą Avenue A.
- A ty z kolei śpiewasz - powiedziała Eve do Carmichael.
- Zabiłabym, gdybym nie mogła pójść do knajpy w ten wieczór, kiedy każdy
z publiczności może wystąpić na scenie. Nawet Mavis i Jake wzięli mnie
do duetów na ostatniej imprezce. Wieczór był ekstra, no nie, partnerze?
Stuknęli się z Santiago kubkami.
- Hej! Powinniśmy założyć policyjny zespół muzyczny. Nazwijmy go De
Blacha.
Eve wycofała się chyłkiem.
W swoim spokojnym gabinecie nastawiła ekspres do kawy i zasiadła przy
biurku, ponieważ praca gliniarza to nie tylko zamykanie gnojków, którzy
zabijają za kilka tabletek odurzających, lecz również przekopywanie się
przez harmonogramy, zapotrzebowania, raporty, plany wydatków. Część
dotycząca finansów wymagała większej ilości kawy. Kiedy usłyszała
charakterystyczny stukot obcasów Peabody, zbliżający się do jej drzwi,
wiedziała już, że odwaliła porządny kawał roboty.
- Santiago powiedział mi, że dzisiaj bardzo wcześnie przyszłaś do biura
- rzekła, wchodząc.
- Papierkowa robota - odparła Eve.
- Mam zamiar skończyć pisać raport o tych dwóch, których
przyskrzyniliśmy w piątek. Rany! Ale jestem zadowolona, że ich
zwinęliśmy przed imprezą u Nadine. Co za wieczór!
Peabody stała przed nią już bez lśniącej, podkreślającej jej wydatny
biust sukni, którą miała na sobie w ten "Co za wieczór!". Teraz miała na
sobie porządne spodnie i przyzwoicie skrojony żakiet, ale włosy -
zamiast ściągnąć w schludny kok - spięła tak, że na czubku głowy
sterczał jej dziwaczny pióropusz z końcówek włosów, podskakujący przy
każdym kroku.
- Muszę koniecznie z tobą pogadać - dodała Peabody.
- Cały wieczór zajęta byłaś kręceniem dupskiem i potrząsaniem
bioderkami.
- Im intensywniej wytrzęsiesz dupsko, tym luźniej w spodniach. A przy
tym jaka radocha!
Telefon służbowy Eve zasygnalizował nadejście wiadomości. Odczytała nowy
rozkaz.
- No i koniec radochy - westchnęła.
*
Nie minęło dwadzieścia minut, a obie - Eve i Peabody - stały nad
nienaturalnie powykręcanym ciałem, porzuconym na podeście klatki
schodowej pierwszego piętra budynku wielorodzinnego, który - sądząc po
wyglądzie - był kiedyś magazynem, przerobionym obecnie na korytarzowiec
z niewielkimi mieszkankami, przeznaczonymi dla najniżej zarabiających. W ocenie Eve miernie zarządzanym i nijak niechronionym.
Sąsiedzi zidentyfikowali w nieżyjącym Stuarta Adlera z mieszkania numer
trzysta pięć. Na miejscu byli już mundurowi, którzy starali się trzymać
sąsiadów na dystans. Eve przykucnęła przy zwłokach, żeby zrobić opis
ciała. Zaczęła nagrywać wszystko na dyktafon.
- Denat zidentyfikowany jako Adler Stuart, wiek: trzydzieści osiem lat,
mieszkający pod tym adresem. Stanu wolnego, rozwiedziony, bezdzietny.
Kilkakrotnie upominany za pijaństwo i zakłócanie miru domowego,
zatrzymywany za nadmierne spożycie w miejscach publicznych. Dwa razy na
przymusowym odwyku. Skoro nie ma jeszcze dziewiątej rano, a już czuć od
niego alkohol, chyba bez efektu.
Jego otwarte jasnoniebieskie oczy o przekrwionych białkach wpatrywały
się w nią, gdy przeprowadzała oględziny ciała.
- Kark przetrącony - ciągnęła. - Na głowie głęboka rana, masywny
krwotok. Wygląda na poważny upadek ze schodów. W dodatku w brzuch ofiary
jest wbity nóż. Wciąż tkwi w miejscu urazu.
- Ktoś musiał go dźgnąć - zastanawiała się na głos Peabody. - Pchnął go
z taką siłą, że zaczął spadać, jednakże...
- No właśnie: jednakże. Rana została zadana otwartym scyzorykiem zapewne
już po upadku, inaczej wystąpiłoby większe krwawienie z dźgnięcia
zadanego w brzuch. Rana przy ostrzu też jest niewielka.
- To sprawka Gary'ego! - wrzasnął ktoś ze zgromadzonych powyżej.
- No coś ty! - oburzył się ktoś inny. - Zwariowałeś?
Na odgłos szamotaniny Eve się wyprostowała.
- Zostań przy zwłokach - wydała rozkaz Peabody. - Sprawdź, czy uda ci
się zdjąć jakiekolwiek odciski palców z noża. I włóż do torebki
dowodowej tamto jabłko z kąta podestu.
Weszła po schodach na piętro, gdzie kilka osób wzajemnie się
przekrzykiwało.
- Dość tego! - warknęła i wystawiła ostrzegawczo palec wskazujący w stronę kobiety o wściekłym spojrzeniu oraz tak natapirowanych i wylakierowanych włosach, że marcowa wichura z pewnością ani trochę nie
zaszkodziłaby temu hełmowi. - Który z was to Gary?
- To ja! - Mężczyzna, który uniósł rękę do góry, miał krótką bródkę i bujne brązowe włosy z rozjaśnionymi na złotawy kolor końcówkami. Ubrany
był w tweedową marynarkę. Do koszuli z rozpiętym pod szyją guzikiem
nosił poluzowany krawat. - Gary Phizer - dodał. - Mieszkania trzysta
cztery. Po przeciwnej stronie korytarza od... od Stuarta. To ja
zadzwoniłem na policję. Ja ich wezwałem. Właśnie wychodziłem do szkoły,
gdyż jestem nauczycielem, i tam go zauważyłem. Zbiegłem na dół do niego,
ale zobaczyłem, że...
- Pobiliście się wczoraj wieczorem! - wrzasnęła na Gary'ego babka z fryzurą na hełm. - Odgrażałeś się, że rozwalisz mu łeb!
- Odgrażałem się, Mildred, że rozwalę mu telewizor, jeśli go nie ściszy.
Znów się upił - wyjaśnił. - I miał włączony jakiś film z wrzaskami,
odgłosami rozbijających się aut i w ogóle. Mieszkam dokładnie po drugiej
stronie holu, drzwi w drzwi. Była druga w nocy tamtego cholernego dnia,
kiedy dałem się wciągnąć w sprzeczkę. Prosiłem go już dwukrotnie, ale
udawał, że nie słyszy, i za pierwszym, i za drugim razem. Chciałem choć
trochę się przespać.
- Mieliście scysję - odezwała się Eve.
Gary niespokojnie przestąpił z nogi na nogę, teraz już widocznie
zdenerwowany.
- No cóż... Można to i tak ująć. Stuart zamierzył się na mnie swoim
scyzorykiem, ale nie trafił, i omal się nie przewrócił. No i przyznaję,
że miałem zamiar przyłożyć mu z pięści, ale jeszcze nigdy w życiu nikomu
nie przyłożyłem. Był głupi, a teraz jeszcze się spił. Tak, byłem na
niego wściekły, więc sobie pokrzyczeliśmy. Powiedziałem mu, że jeśli nie
ściszy cholernego odbiornika, wezmę młotek i rozwalę go w drobny mak.
- Nie pomyślał pan, żeby wezwać policję z powodu zakłócania ciszy
nocnej?
Gary westchnął.
- Wzywałem już wcześniej, a nie byłem jedyny. No i czym się to kończyło?
Kazali mu ściszyć, to ściszał, i nawet przez kilka następujących po
sobie dni była cisza. Potem znowu się upijał, i znowu robił to samo.
- To prawda! - Kobieta, jeszcze w piżamie, kołysała w ramionach
niemowlę. - Musieliśmy z mężem wygłuszyć ścianę, a mieszkamy pod trzysta
trzy. Kiedy Stu wpadał w ciąg, co zdarzało mu się przynajmniej raz w tygodniu, robił się nieznośny. Gary nikogo nie zabił, Mildred, i ty
dobrze o tym wiesz. Przekrzykiwał się z nim tak, jak i mój Rolo. Ileż to
razy Rolo wydzierał się na niego, że hałasuje. Wreszcie daliśmy za
wygraną i wygłuszyliśmy tę ścianę.
Tknęła palcem wskazującym wolnej ręki prosto w Mildred o fryzurze na
hełm.
- To samo zrobiłaś ty, Mildred, i wszyscy pozostali - ciągnęła. - Tak
samo postąpiła rodzina, mieszkająca pod nim, gdyż kiedy pił, łaził w kółko po mieszkaniu i okropnie tupał, ciągle też na coś wpadał i wszystko przewracał. Czy nie musiałaś wezwać policji, Mildred, dokładnie
miesiąc temu, kiedy usłyszałaś jakiś łomot i znalazłaś go tutaj, na
korytarzu, rozciągniętego jak kłoda? Potknął się wtedy... - tu zwróciła
się do Eve - ...i złamał nos. Walnął się tak, że stracił przytomność, albo
może ubzdryngolił się do nieprzytomności.
Mildred skrzyżowała ramiona na pokaźnych rozmiarów biuście.
- Nie twierdzę, że nie był bez przerwy napranym idiotą - powiedziała -
ale chyba nie dźgnął się sam w brzuch?
- A może i tak właśnie było - orzekła Eve. - Peabody! Przynieś no mi
tamto jabłko.
Peabody przyniosła torebkę na dowody rzeczowe, w której tkwiło smętnie
samotne jabłko. Było obite na ciemny brąz w miejscu, z którego zwieszała
się już obrana skórka.
- Czy Gary lubił jabłka? - spytała Eve.
Oczy Mildred o błędnym spojrzeniu zaszły łzami.
- "Jedno jabłko dziennie" - tak zawsze mawiał. Lubił je obierać tak,
żeby ani razu nie przerwać skórki. Mówił, że jeśli się udawało, był to
dobry znak.
- A czym zwykle obierał jabłka?
- Wydaje mi się, że zazwyczaj takim swoim kieszonkowym scyzorykiem, ale
Gary...
- Pani detektyw - przerwała jej Eve, zwracając się do Peabody - czy
zdjęła już pani odciski palców ze scyzoryka w ciele ofiary?
- Tak, pani porucznik. Należą do ofiary.
- Mamy tu jeszcze parę czynności do wykonania, ale już teraz mogę
stwierdzić na podstawie zebranych do tej pory dowodów i zeznań świadków,
że nie wygląda to na zabójstwo, raczej na wypadek ze skutkiem
śmiertelnym. Pan Adler był nietrzeźwy, obierał jabłko scyzorykiem, kiedy
potknął się na schodach i spadł w dół. Wasza winda nie działa.
- Nie działa już od czterech dni - przytaknęła Mildred z goryczą w głosie. - Właściciel tego budynku...
- Niechże pani już da spokój - sarknęła Eve. - Denat potknął się,
stracił równowagę i nieszczęśliwie upadł. Kiedy zaś spadł na sam dół
schodów, łamiąc kark i miażdżąc bok czaszki, upadł o tyle pechowo, że
nabił się na ostrze własnego otwartego scyzoryka.
- To nawet do niego podobne - mruknęła pod nosem kobieta z niemowlęciem
na ręku.
- Bardzo proszę państwa o powrót do swoich lokali - ogłosiła Eve. -
Proszę nam nie przeszkadzać w wykonywaniu czynności śledczych.
- Cieszę się, że jednak mu nie przywaliłem - cicho rzekł Gary. - Przykro
mi, że wczoraj nazwałem go dupkiem, ale cieszę się, że mu nie
przyłożyłem.
*
Wypadek czy nie, zawsze trzeba przeprowadzić śledztwo, zebrać dowody,
przesłuchać świadków. Wszystko to zabrało im większą część
przedpołudnia. Zanim Eve znalazła się z powrotem za swoim biurkiem w Komendzie Głównej Policji, pisząc raport ze zdarzenia, Caro, asystentka
Roarke'a, zdążyła wprowadzić Rochelle do jego gabinetu w samym centrum
miasta.
Kobieta starała się nie wytrzeszczać oczu ze zdumienia. Nigdy w życiu
nie widziała tak ogromnego, urządzonego tak komfortowo gabinetu. Kiedy
Roarke we własnej osobie wstał zza swojego imponujących rozmiarów
biurka, mając za plecami oszałamiającą panoramę Nowego Jorku, i zaczął
iść do niej po miękkim, luksusowym dywanie, by uścisnąć dłoń gościa,
dosłownie zabrakło jej tchu. Uśmiechała się tylko.
- Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek się spotkamy -
wymamrotała - a co dopiero dwa razy w ciągu kilku ostatnich dni.
- Doceniam, że zdecydowała się pani przyjść, i to tak szybko.
- Ciekawość motywuje.
- Może napije się pani kawy? Herbaty?
- Chętnie to samo, co pan. Dziękuję.
- Zaraz się tym zajmę.
Asystentka Roarke'a w oczach Rochelle prezentowała się równie szykownie
jak i całe biuro. Była to kobieta o włosach białych jak śnieg, ubrana w kostium tak elegancko dopasowany do zgrabnej figury, że na jego widok
Rochelle - która nie ukończyła jeszcze nawet czterdziestu wiosen -
poczuła niewymowny smutek.
- Usiądźmy! - Roarke wskazał jej miejsce na sofie tak miękkiej i komfortowej jak wszystko wokół.
Wilson już wcześniej zdążył ją zapewnić, że Roarke to "równy gość", ale
łatwo było mu mówić! Roarke to Roarke! Multimilioner, biznesmen,
filantrop, innowator, w dodatku z niezwykle apetyczną powierzchownością.
Jego oczy w rzeczywistości były równie błękitne, jak na ekranie
komputera.
- Dobrze się pani bawiła na przyjęciu - zaczął.
- Było świetnie! - odrzekła. - Kiedyś, jeszcze w czasach studenckich,
udało mi się dostać na koncert zespołu Avenue A. Siedziałam wprawdzie w ostatnim rzędzie, ale co tam! I tak było świetnie. Świetnie się
bawiliśmy również na tym zaimprowizowanym koncercie na tarasie Nadine.
Ach, rewelacja! No brak mi słów. Widziałam już Mavis występującą na
scenie, ale to teraz to coś zupełnie innego!
- Pozwolisz, że przejdziemy na ty. Lubisz muzykę?
- Każdego rodzaju. - Skierowała wzrok na asystentkę Roarke'a, która
przyniosła właśnie tacę z dzbankiem kawy, filiżankami, śmietanką i cukrem. - Bardzo pani dziękuję!
- Nie ma za co - odparła kobieta. - Jaką pani pija?
- Odrobina śmietanki, jedna łyżeczka cukru - rzekła, co nijak się miało
do rzeczywistości.
- Dziękuję ci, Caro! - zwrócił się do niej Roarke, gdy obie filiżanki
kawy były już gotowe.
Gdy tylko asystentka zamknęła za sobą drzwi, Rochelle uniosła filiżankę
do ust.
- Wnioskuję, że chciałeś porozmawiać o... - zamilkła i upiła łyk kawy. -
Och! - jęknęła. - O rety! - Upiła kolejny łyk. - Chyba mózg mi stanął w poprzek z wrażenia i upaja się radością. Miałam pewne przeczucia, ale ta
kawa... Teraz już wiem!
- Jestem przekonany, że tym właśnie udało mi się przekonać moją panią
porucznik, żeby za mnie wyszła.
- Może chodzi o ośrodek resocjalizacyjny dla nieletnich? Tak czy siak,
doszłam do wniosku, że chcesz ze mną porozmawiać o mojej pracy w Dochas.
Wiem, że dość szczegółowo mnie sprawdzałeś.
- Tak. Mówimy o ośrodku dla nieletnich - powiedział i uśmiechnął się do
niej. - Słyszałaś zapewne o ośrodku dla młodzieży w dzielnicy Manhattanu
Hell's Kitchen, który właśnie jest na ukończeniu?
- Jak mogłabym nie słyszeć? Poważnie wierzysz w to, że uda się dokończyć
urządzanie wnętrz tak, aby w maju przyjąć pierwszych wychowanków?
Spodobało mu się określenie "wychowankowie" - kolejny punkt na jej
korzyść.
- Wszystko jest na najlepszej drodze ku temu. Wiem, że prócz prowadzenia
zajęć terapeutycznych w ośrodku Dochas przez ostatnie pięć lat byłaś
również zatrudniona w Śródmiejskiej Poradni Rodzinnej.
- Zgadza się.
- Brak chęci, żeby otworzyć własną praktykę?
Poprawiła się na kanapie i z uśmiechem popatrzyła mu prosto w oczy.
- Szczerze mówiąc, w tej chwili nie byłabym w stanie sobie na to
pozwolić z braku odpowiednich środków. Poza tym wolę pracować w zespole.
Zespół ludzi ma większą siłę - razem pracuje się lepiej i wydajniej,
łatwiej też kompleksowo prowadzić pacjenta. Z tego, co wiem, tak właśnie
ma działać An Didean: terapie, edukacja, resocjalizacja. Ma dostarczyć
kompleksową strukturę obsługi oraz zapewnić bezpieczeństwo, ma też, co
według mnie jest bardzo ważne, stworzyć swego rodzaju wspólnotę, z którą
młodzi ludzie będą się mogli identyfikować, a dorośli poprowadzą ich ku
dobremu, zdrowemu i produktywnemu stylowi życia.
- O to dokładnie chodzi! Kilka ostatnich miesięcy pracy nie polegało
wyłącznie na odpowiedniej przebudowie wnętrza obiektu, lecz również na
dobieraniu odpowiedniego personelu: ludzi, którzy nie tylko wykazują się
zrozumieniem dla celu naszej działalności, nie tylko mają odpowiednie
kwalifikacje i są na tyle zmotywowani, żeby z pełnym oddaniem służyć
temu celowi, lecz również w to wszystko wierzą. Jestem święcie
przekonany, że spełniasz wszystkie te warunki.
Odczekał chwilę, obserwując jej ściągające się podejrzliwie brwi.
- Czyżbyś chciał zatrudnić mnie jako terapeutkę w An Didean? Ale
przecież potrzebujesz kogoś takiego i w Dochas...
- Prawdę mówiąc... Mam nadzieję, że będziesz zainteresowana dołączeniem do
naszego zespołu na stanowisku szefowej terapeutów.
- J-jak to? - Rochelle odstawiła ostrożnie filiżankę, która nagle
zadygotała niebezpiecznie na podstawce. - Byłam przekonana, że doktor
Susann Po przyjęła to stanowisko. Panie Roarke...
- Wystarczy Roarke.
- Darzę ogromnym szacunkiem doktor Po i pod względem zawodowym, i osobiście. Jeśli się zgodzę... Oczywiście jest mi niezmiernie miło, że
rozważasz moją kandydaturę na to stanowisko, ale nigdy nie śmiałabym
podważać autorytetu kogoś o umiejętnościach i reputacji doktor Po.
- Podzielam twój szacunek dla doktor Po i dlatego początkowo
zaoferowałem to stanowisko właśnie jej. Niestety skomplikowały się jej
sprawy rodzinne, musi się pilnie przeprowadzić do wschodniego
Waszyngtonu, być może nawet na stałe. Z żalem musiała zrezygnować z tego
stanowiska. Poinformowała mnie o tym pod koniec zeszłego tygodnia.
- Och, teraz rozumiem. Tego nie wiedziałam. Bardzo mi przykro... -
Rochelle ponownie wzięła filiżankę z kawą i upiła kilka łyków.
Odetchnęła ostrożnie i zaczęła mówić dalej. - Doktor Po ma nieomal
trzydzieści lat doświadczenia w psychologii młodzieży i jako terapeutka.
Ja mam zaledwie dziesięć. Nie bardzo mi wypada pytać, ale jednak muszę.
Czy ta oferta ma coś wspólnego z moją znajomością z Wilsonem?
- Kiedy ostatnio zaoferowałem doktor Po to stanowisko, kluczowe
stanowisko w projekcie, który jest bardzo ważny dla mnie i dla mojej
żony, zrobiłem to, mając na względzie jej doświadczenie, reputację oraz
wiele innych powodów. Na liście wysoko wykwalifikowanych lekarzy,
których brałem wcześniej pod uwagę na to stanowisko, znalazło się pięć
nazwisk. Ty figurowałaś na niej jako druga w kolejności.
- Och!
- Nie sądzę, żebyś już wtedy była w związku z... z Wilsonem.
- Nie, no pewnie, że nie. To znaczy... Poznaliśmy się pod koniec grudnia,
więc znamy się od kilku miesięcy, ale nie od razu zaczęliśmy... Nie
zaangażowaliśmy się od razu w związek.
- Zapewniam, że nie miałem pojęcia nawet o tym, że się w ogóle znacie.
Prawdę mówiąc, byłem przyjemnie zaskoczony, kiedy zobaczyłem cię na
sobotnim przyjęciu u Nadine razem z Wilsonem. Przyznaję, że dopiero z rana tamtego dnia zdecydowałem się zaprosić cię na rozmowę dotyczącą
ewentualnego objęcia przez ciebie tego stanowiska.
- Bardzo mnie to cieszy. Gdybym wiedziała wcześniej, że to rozmowa
kwalifikacyjna na tak eksponowane stanowisko, lepiej bym się do niej
przygotowała.
- W sumie już jesteśmy prawie po. - Wyczuł u niej rosnące
podenerwowanie, więc znów się uśmiechnął. - Rozmawialiśmy i w sobotni
wieczór, i teraz przy kawie. Rochelle! Nie znalazłabyś się na tej liście
już zeszłej jesieni, gdybym nie przeprowadził z należytą starannością
wywiadu na twój temat. Wiem wszystko o twoim wykształceniu,
kwalifikacjach i osiągnięciach zawodowych, pracy wolontariuszki, w tym o każdej godzinie, którą poświęciłaś ośrodkowi Dochas. Rozmawiałem
osobiście, lub robiła to Caro w moim imieniu, z wieloma twoimi kolegami
i koleżankami z pracy, z twoimi przełożonymi, profesorami oraz wieloma
innymi ludźmi, którzy stykali się z tobą. Z każdym, kto w przyszłości
znajdzie zatrudnienie w An Didean i stanie się jego nieodłączną częścią,
przeprowadzam na zakończenie rekrutacji rozmowę osobiście, w cztery
oczy.
Rochelle poczuła, jak w jej żołądku wszystko przewraca się ze
zdenerwowania, i ucieszyła się, że nie widać tego z zewnątrz.
- Ktoś, kto ma takie... hmm... - zaczęła ostrożnie - możliwości zgłębiania
tematu jak ty, na pewno jest świadom, że mój ojciec zmarł w więzieniu.
Był uzależniony od różnych używek, wciąż popadał w jakieś kłopoty,
często przejawiał zachowania agresywne. Matka była z kolei uzależniona
od niego, a potem i od wielu substancji, którymi ją faszerował. Wszystko
to razem przyczyniło się do jej samobójstwa.
- Owszem, wiem o tym, lecz każdy z nas ma prawo wyboru... czyż nie?... -
odrzekł. - Każdy może przezwyciężyć okrutne doświadczenia z młodości i nie wpaść w ich tryby, stając się kolejną ofiarą. Nie muszę dysponować
twoimi umiejętnościami, by wyczuć, iż droga, którą wybrałaś, była
inspirowana twoim własnym dzieciństwem oraz pragnieniem niesienia pomocy
słabym, bezbronnym istotom. Dodałem również i to do twoich kwalifikacji
zawodowych. Może jeszcze kawy?
Aż zaczęło ją drapać w gardle ze wzruszenia.
- Czy mogłabym poprosić o szklankę wody?
- Oczywiście.
Wstał, przeszedł przez gabinet i zniknął w niewielkim aneksie, wyjął
butelkę wody z małej chłodziarki i napełnił szklankę.
- Jeśli jesteś zainteresowana tym stanowiskiem, możemy omówić więcej
szczegółów. Wyjaśnię ci zakres obowiązków, strukturę zatrudnienia,
uzgodnimy kwestię wynagrodzenia i co tam jeszcze.
- To byłoby... - Wzięła szklankę, którą jej przyniósł, i upiła trzy
niewielkie łyczki. - To dla mnie bardzo ważna decyzja, zmieniająca
wszystko w moim życiu. Muszę mieć trochę czasu i chwilę na przemyślenia,
zanim...
Odstawiła wodę i odwróciła się do Roarke'a.
- Czy ja nie zwariowałam? A może zgłupiałam do reszty? Nie, na pewno nic
z tych rzeczy. - Roześmiała się perliście. - Oczywiście, że jestem
zainteresowana! Zaskoczona, ale i zaszczycona, nakręcona nieomalże do
nieprzytomności, choć próbuję zachowywać się spokojnie i z należytą
dystynkcją.
Nie zdołała nic więcej powiedzieć, parsknęła tylko znów śmiechem i położyła rękę na sercu, a on tylko się uśmiechał.
- I pewnie, że tak! - podjęła po chwili. - Chciałabym omówić szczegóły
tej twojej wspaniałej oferty. Bardzo chciałabym zwiedzić budynek,
zobaczyć, gdzie dzieciaki będą mieszkać, gdzie się uczyć i gdzie
wypoczywać, gdzie będą się odbywać zajęcia terapeutyczne indywidualne, a gdzie grupowe. Każdy kąt!
- Oczywiście - powtórzył. - Możemy to zrobić nawet zaraz.
- N-nawet... teraz?! - Oczy nieomal wyszły jej z orbit z wrażenia, prawie
się zakrztusiła.
- Możemy omówić szczegóły na miejscu, podczas oglądania wnętrz ośrodka.
Jestem ciekaw twojego zdania.
Znowu wzięła szklankę do ręki i wypiła kilka łyków.
- No, teraz podziałało.
*
Po zwiedzeniu obiektu i uściśnięciu sobie rąk, co przypieczętowało
umowę, Roarke wrócił do swojej siedziby głównej. Zatrzymał się przy
biurku asystentki.
- Caro, prześlij, proszę, kontrakt bez żadnych zmian do doktor
Pickering.
- Miło to słyszeć. Ma naprawdę doskonałe kwalifikacje i widać w niej
pasję. Zdaję sobie sprawę, że jest panu przykro z powodu utracenia
takiej kandydatki jak doktor Po, lecz Rochelle Pickering jest stosunkowo
młoda i może jeszcze wnieść powiew świeżości, a poza tym czuć od niej
pozytywną energię.
- Naprawdę?
- Była onieśmielona, lecz starała się to ukryć. Wdzięczna za danie jej
szansy, a tego z kolei nie bała się okazać. Podobała mi się ta mieszanka
odczuć w jej wykonaniu.
- Mnie również. Możesz już zacząć umawiać te spotkania, które
przesunęłaś z godzin porannych.
- Ma pan telekonferencję z Hitchem z San Francisco oraz zespołem Castora
z Baltimore za... - zerknęła na swój naręczny zegarek - ...za osiem minut.
Przesunęłam ją, kiedy przesłał mi pan wiadomość, że już wraca do biura.
- Co ja bym bez ciebie zrobił, Caro?...
- Żeby nie zmienił pan o mnie zdania, zmieniłam miejsce spotkania
podczas lunchu na jadalnię dyrekcji. Po co miałby pan wychodzić znów na
miasto w taką obrzydliwą pogodę. Przy okazji zaoszczędzi pan trochę
czasu, który stracił z rana.
- Perfekcyjnie jak zwykle. Jesteś przygotowana na podwyżkę?
- Zawsze! - Zatrzepotała rzęsami.
Roześmiał się i wszedł do swojego gabinetu.
*
Zanim udało mu się dotrzeć do domu tego wieczoru, deszcz zmienił się w lekką mżawkę, a wiatr prawie ucichł, tylko od czasu do czasu zrywając
się w pełnych wściekłości porywach. Łopotał połami jego ciepłego
płaszcza - bezcennego podarunku gwiazdkowego od Eve - przeczesywał włosy
i przyczynił się do tego, że z wdzięcznością powitał ciepło panujące w domu.
Summerset, jak zawsze tam, gdzie był najbardziej potrzebny, wziął od
niego okrycie wierzchnie, a kot przesunął się bezszelestnie między jego
nogami.
- Wieczór jakby stworzony na sączenie whisky przy kominku - zasugerował
Summerset.
- Wiesz co, masz rację - odrzekł Roarke. Wprawdzie musiał jeszcze trochę
popracować, ale pomyślał, że w sumie to dobry pomysł. - Może i wypiję
szklaneczkę.
Wszedł wolnym krokiem do salonu i usiadł w cieple ognia, podczas gdy
Summerset nalewał mu drinka.
Ten pokój był jednym z jego ulubionych w całym domu: nasycone kolory,
połyskliwa politura antyków, dzieła sztuki, które sam starannie dobrał.
Zanurzył się w jego atmosferze, gdy tymczasem na zewnątrz wicher łomotał
w szyby okien nagimi gałęziami drzew.
Summerset - będący dla Roarke'a jak ojciec i prowadzący jego dom równie
idealnie, jak Caro prowadziła jego biuro - zasiadł naprzeciwko.
Miał gęste, siwe włosy o lekkim gołębim odcieniu, ciemne, inteligentne
oczy, szczupłą, kanciastą twarz z wydatnymi kośćmi policzkowymi, które
przydawały jej demonicznego wyglądu - jak lubiła to określać Eve. Kiedyś
w zamierzchłej przeszłości uratował pewnego małego oberwańca z ulic
Dublina przed nędzą, a może i przed czymś gorszym.
- Sláinte! - Roarke wzniósł toast szklaneczką whisky. - Co dziś
porabiałeś?
- Zakupy spożywcze w deszczu, ale dzięki temu spędziliśmy dzisiaj z naszym przyjacielem... - Tu wskazał na Galahada, który akurat wskakiwał na
kolana Roarke'a, by po chwili wyciągnąć się na nich jak długi brzuchem
do góry. - ...bardzo przyjemne popołudnie w kuchni. Miałem wielką chęć na
samodzielne przygotowanie prawdziwej pasta, a dawno już tego nie
robiłem.
Na zdziwione spojrzenie Roarke'a Summerset ciężko westchnął.
- Chciałem zrobić sobie zwykłe kluski, chłopaku. Przygotowałem capellini
w sosie pomidorowym z czymś na ząb. Jak sądzę, mogłyby posmakować
również pani porucznik.
- Na pewno poczęstujemy się wieczorem.
- Skoro mowa o pani porucznik... Zrobiłem też pranie. Jej podkoszulek z akademii policyjnej, a raczej to, co z niego zostało...
- Nie przejmuj się nim - przerwał mu Roarke.
- To szmata.
- O wartości sentymentalnej. - Upił łyk whisky, drapiąc leniwie drugą
ręką brzuszek kota. Przypomniał mu się szary guzik, który zawsze nosił
przy sobie w kieszeni. - Każdy z nas potrzebuje mieć jakiś tam swój
talizman, nieprawdaż? A z innej beczki: dzisiaj rano spotkałem się z doktor Pickering i oprowadziłem ją po An Didean. Bierze tę posadę.
- Muszę to zanotować w pamięci. Z raportów, które czytałem,
przedstawiała się jako osoba wyjątkowo pasująca do tego stanowiska. A jak postęp prac w An Didean?
- Wszystko idzie według planu. Skończyli główną kuchnię, są bliscy
skompletowania wyposażenia łazienek i kuchni do nauki gotowania.
Pozostały głównie prace kosmetyczne. W ciągu najbliższego miesiąca
powinniśmy dostać pozwolenie na użytkowanie obiektu. Wystarczy czasu,
żeby personel się zagospodarował na miejscu, a my akurat zdążymy wstawić
meble i inne elementy wyposażenia wnętrz.
- Przyjemnie będzie tam mieszkać dzieciakom, dla których ośrodek stanie
się drugim domem.
- Na pewno. - Roarke odstawił szklaneczkę na bok i trącił lekko kota. -
Muszę jeszcze coś dokończyć, zanim Eve wróci do domu.
- Cokolwiek to jest.
- Cokolwiek. Dopij spokojnie swoją whisky i dziękuję z góry za
capellini.
Kiedy Roarke wyszedł, kot spokojnie rozważył możliwości dalszego
wypoczynku i wybrał opcję z kolanami Summerseta.
Kiedy Roarke kończył pracę, Summerset dopijał właśnie drinka i w dalszym
ciągu czochrał Galahada po brzuchu.
- Czy uda jej się przeżyć kolejny dzień bez krwawiących ran? - rzekł do
kota. - Jak sądzisz, przyjacielu? No cóż, miejmy nadzieję, że tak
dokładnie będzie.
Rozdział 3
3
Eve wróciła do domu bez jednego krwawiącego zadrapania, za to z przegrzaną mózgownicą. Co też jej przyszło do głowy, by zakończyć dzień
tak samo, jak go rozpoczęła: papierkową robotą, rzędami liczb,
procentami i raportami? Za każdym razem, gdy z pewną satysfakcją
likwidowała jeden stos papierów, nie mijały dwadzieścia cztery godziny,
a na jej biurku wyrastał nowy, przyprawiając ją o ból głowy.
Weszła do domu, uciekając przed świszczącymi porywami wichru, i stanęła
na wprost wyłaniającej się z mroku postaci Summerseta.
- Niespóźniona, bez krwawiących ran? - Uniósł brwi w żartobliwym
zdziwieniu. - Chyba ktoś czeka na werble.
Nie miała pojęcia, co zacz te werble, dobrze jednak wiedziała, że ten
cholernik na pewno ma to coś przygotowane gdzieś w zanadrzu. Często
bawili się we dwoje w słowne gierki. Obserwowała go bacznie, zdejmując
płaszcz, gdy tymczasem kot wyczyniał powitalne przeplatanki i ocierania
się o jej nogi.
- Wychodziłeś dzisiaj w to coś za oknem? - spytała.
- Miałem dziś dzień zakupów spożywczych - odparł.
- To wyjaśnia raporty o fruwającym na wietrze szkielecie.
Zarzuciła swoje okrycie wierzchnie na słupek przy poręczy schodów,
przyjmując, że między nimi remis, i ruszyła po schodach na górę. Tuż za
nią podreptał Galahad.
Zastanawiała się po drodze, czy nie pójść prosto do sypialni, by pozbyć
się roboczego ubrania, ale z przyzwyczajenia wylądowała w swoim domowym
biurze. Z gabinetu męża, usytuowanego po sąsiedzku, dobiegał jego głos.
Rozmawiał o czymś związanym z dużymi kwotami pieniędzy... Dlaczego
właściwie zawsze poruszany był ten sam temat? - pomyślała. - Wciąż
liczby i liczby. Dobrze, że przynajmniej tych tam nie musiała
odcyfrowywać.
Roarke włączył gazowy kominek, więc przyjemnie było wrócić do ciepłego
domu. Zdecydowała, że kolejny krok tego przyjemnego powrotu w domowe
pielesze wymaga naprawdę dużego kieliszka wina.
Wybrała butelkę, otworzyła ją i wtedy przyszło jej do głowy, że zanim
poznała Roarke'a, raczej nie przepadała za winami. Zapewne z prostego
powodu... - rozważała. - Wina, na które ją było wówczas stać, smakiem
niewiele odbiegały od przeciętnego jabłkowego sikacza.
Nalała dwa kieliszki - włoskie czerwone, które lubił też Roarke,
pasujące do spaghetti i mięsnych pulpetów, na które miała wielką chęć -
i poszła do jego gabinetu. Zamierzała postawić tylko kieliszek na biurku
i zostawić go, żeby mąż w spokoju dokończył wideokonferencję, lecz dał
znak, by zaczekała.
Na monitorze komputera mignęły jej dwie postaci - mężczyzny i kobiety.
Wszyscy troje rozmawiali właśnie o jakichś kwotach, marżach zysku i cholera wie, o czym jeszcze, zajęła się więc popijaniem wina - wyraźnie
nie sikacza - i podeszła z kieliszkiem do rzędu okien w jego gabinecie.
Wiatr od nowa zaczął szarpać gałęziami i przyginać do ziemi drzewa, o tej porze roku równie suche i kanciaste jak Summerset. Za bramą wjazdową
widać było światła miasta. Z tej perspektywy i w tej właśnie chwili
wydały się jej o wiele bardziej interesujące i fascynujące niż dom, w którym mieszkała.
Jeszcze kilka minut temu była tam, przedzierała się przez plątaninę jego
ulic, jego wnętrzności, płynęła wraz z falą aut, obserwowała rzeki
przechodniów, przepływające przez przejścia dla pieszych na
skrzyżowaniach, a każdy z tych pieszych - myślała - gnał w niepowstrzymanym pędzie przed siebie, byle do celu.
Teraz znalazła się poza tym szaleństwem pogoni, dokładnie tam, gdzie
chciała być i trwać. W dodatku zapowiadał się wieczór bez żadnego
morderstwa, które kleszczami niepokoju ściskałoby jej mózg.
Może powinna wyciągnąć na chybił-trafił jakąś teczkę ze starą,
nierozwiązaną sprawą sprzed lat, by spojrzeć na nią świeżym okiem, pod
innym kątem. Może udałoby się odkryć nowy wątek i wznowić śledztwo?
- A więc dobrze! - podsumował Roarke. - Rzucę okiem na zmiany w projekcie umowy jutro. Miłego wieczoru! - Zakończył transmisję. - Choć
wy będziecie musieli przez resztę wieczoru tkwić przy dopracowywaniu
tekstu, jeśli chcecie, żeby umowa przeszła bez dalszych poprawek. -
Poczekał chwilę, aż Eve się odwróci, i wtedy dopiero sięgnął po swój
kieliszek. - Dzięki! Czytasz w moich myślach.
- Zapragnęłam napić się wina, bo przegrzały mi się dziś zwoje w mózgu.
Dużą część dnia, rano i po południu, spędziłam z liczbami i raportami.
Pijesz wino, świętujemy bowiem rozprawienie się z nimi.
- Czy to nie cudowne, że możemy opić winem obie części dnia? Skoro
miałaś dwa razy po kilka godzin wolnych, które mogłaś poświęcić na
przeliczanie cyferek i raporty, domyślam się, że nie wskoczyła ci żadna
nowa sprawa.
- Było jedno zgłoszenie, ale szybko zamknęłam śledztwo.
- Ach, moja ty przebiegła pani porucznik! - Obrócił się razem z fotelem
i zapraszająco poklepał się w udo. - Opowiedz no mi o tym.
Popatrzyła na niego z góry i po chwili usadowiła się na jednym pośladku
na brzegu jego biurka, tak jak to zazwyczaj czynił on, gdy przychodził
do jej gabinetu.
- W budynku wielorodzinnym ubzdryngolony gość potknął się i spadł ze
schodów podczas obierania jabłka własnym scyzorykiem. Skręcił przy tym
kark i wbił sobie ostrze w brzuch. Zrobił to nieomal równocześnie,
zgodnie z tym, co wykazała sekcja zwłok. Z toksykologii dostaliśmy wynik
zero przecinek cztery promila alkoholu we krwi. Głównie jakiś kiepski
bimber. Zaliczył glebę jeszcze przed dziewiątą rano.
- Przykry koniec. Mój poranek z kolei był kwintesencją tego, co według
mnie będzie szczęśliwym początkiem. Odbyłem spotkanie z Rochelle
Pickering, zaoferowałem jej stanowisko szefowej An Didean. Podjechaliśmy
też od razu obejrzeć ośrodek. Przyjęła moją propozycję.
- Nie za szybko? Jesteś pewien, że...
- Tak. Jestem pewien - uciął. - Mam tu jej papiery. Może byś na nie
zerknęła przed kolacją? Jeśli nie będziesz miała nic przeciwko, wyślę
jej kopię podpisanej umowy.
Szlag! Trochę szybko... - pomyślała.
- Już podpisałeś? - spytała.
- Ona złożyła podpis dzisiaj późnym popołudniem, po uprzednim zapoznaniu
się z jego treścią. Ja zrobiłem to tuż przed wyjściem z biura do domu,
lecz jeszcze jej nie przesłałem, więc oficjalnie nie jest zatrudniona.
Przyglądał się uważnie swojej cynicznej pani porucznik, smakując kolejny
łyk wina. Za jej plecami wisiało zdjęcie portretowe, które mu
sprezentowała, przedstawiające ich dwoje w dniu ślubu.
- Stworzyliśmy to miejsce razem, więc czekałem, aż i ty będziesz się
mogła wypowiedzieć na ten temat.
- Nie zamierzam... - zamilkła, szukając w myślach odpowiedniego słowa.
Wybór padł na określenie, którego on często używał. - Nie zamierzam
czepiać się o pierdoły. To ty ją sprawdzałeś.
- Przeczytaj to, proszę. - Znów poklepał swoje udo.
- Co za sprytny sposób wymuszenia na mnie, żebym w końcu usiadła na
twoich kolanach.
- Gdybym nie wykazywał się w życiu sprytem, żadne z nas nie siedziałoby
teraz w tym tak przyjemnym, wygodnym gabinecie.
No i dostał, czego chciał. Prędzej czy później, zawsze dostawał od niej
to, czego chciał. Usiadła mu na kolanach, a kiedy podał jej papiery z raportami dotyczącymi Rochelle, zaczęła czytać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki