ROZDZIAŁ I
STREFA
INTERESÓW
1. THOMSEN:
OD PIERWSZEGO WEJRZENIA
Nieobca
była mi ta smuga błyskawicy, nieobcy był ten huk gromu. Znałem się
na tym jak mało kto; nieobce było mi oberwanie chmury - oberwanie
chmury, potem blask słońca i wreszcie tęcza.
Wracała ze Starego Miasta
z dwiema córkami, uszły już spory kawał w głąb strefy interesów.
W dali czekała na nie z otwartymi ramionami długa aleja - kolumnada
wręcz - aleja klonów, których konary i klapowane liście zwierały
się w górze. Późne popołudnie środka lata, chmary pedantycznie
lśniących muszek... Wścibski łagodny wietrzyk wertował mój notes
rozłożony na pniaku.
Rosła, biodrzasta i pulchna,
a przy tym zwinna, w ząbkowanej białej sukni sięgającej kostek
i kremowym kapeluszu słomkowym z czarną wstęgą, z rozkołysaną
słomianą torbą (dziewczynki, również w bieli, też miały słomkowe
kapelusze i słomiane torebki), pokonywała kolejne kieszenie pełne
puchatego, przymilnego lwiego ciepła. Śmiała się - odchylając
głowę, z naprężonym gardłem. Dotrzymywałem im kroku, idąc
równolegle, w szytej na miarę tweedowej marynarce i twillowych
spodniach, z moim notesem i wiecznym piórem.
A potem wszystkie trzy przecięły
drogę do Akademii Jazdy Konnej. Osaczona przez swe przekorne pociechy
minęła ozdobny wiatrak, słup majowy, szubienicę na trzech kółkach,
konia pociągowego niedbale uwiązanego do żelaznej pompy i poszła
dalej.
Do KZ - do KZ I.
Coś się
wydarzyło od pierwszego wejrzenia. Błyskawica, grom, ulewa, słońce,
tęcza - meteorologia od pierwszego wejrzenia.
Nazywała
się Hannah - Frau Hannah Doll.
Siedziałem w kasynie oficerskim
na kanapie wypchanej końskim włosiem, wśród mosiężnych ozdób od
końskich uprzęży oraz rycin przedstawiających konie, i pijąc kolejną
filiżankę erzacu kawy (końskiej kawy), powiedziałem do Borisa Eltza,
przyjaciela z dzieciństwa:
- Na chwilę znów
odmłodniałem. To przypominało miłość.
- Miłość?
- Powiedziałem: przypominało
miłość. No nie przerażaj się tak. Przypominało miłość. Uczucie,
że tak już musi być. Sam wiesz. Jak przy narodzinach długiego,
cudownego romansu. Romantycznej miłości.
- Déja vu i te rzeczy co
zawsze? Mów dalej. Odśwież mi pamięć.
-
Proszę bardzo. Ból oczarowania. Wielki ból. I jeszcze pokora, a także
poczucie, że nie jesteś godzien. Jak z tobą i Esterą.
- Całkiem inny przypadek
- odparł, wystawiając poziomo palec. - Ojcowskie uczucie i nic
ponadto. Zobaczysz ją, zrozumiesz.
- Jak sobie chcesz. Potem
to przeszło i... I zacząłem sobie wyobrażać, jak by wyglądała,
gdyby wszystko z siebie zdjęła. Tak po prostu.
- O! I tu cię mam! Ja
w ogóle nie myślę o tym, jak wyglądałaby Estera, gdyby wszystko
z siebie zdjęła. Gdyby do tego doszło, poraziłoby mnie. Zasłoniłbym
sobie oczy.
- A zasłoniłbyś oczy,
żeby nie widzieć Hannah Doll, Boris?
- Mm. Kto by pomyślał,
że Stary Opój weźmie sobie kogoś takiego.
- Wiem. Wierzyć się nie
chce.
- Stary Opój. Ale tak się
zastanów. Opojem był zawsze, bez dwóch zdań. Tylko nie zawsze był
stary.
- A te dziewczynki ile
mają? - powiedziałem. - Dwanaście? Trzynaście? Więc ona jest
w naszym wieku. Albo trochę młodsza.
- I Stary Opój zmajstrował
jej te bliźniaczki, jak miała ile...? Osiemnaście?
- Kiedy był w naszym
wieku.
- Niech będzie. Wyjście za
niego da się wybaczyć, chyba. - Boris wzruszył ramionami. -
Osiemnaście. Ale nie zostawiła go, prawda. Dasz radę to
obśmiać?
- Wiem. Trudno to...
- Mm. Za wysoka jak dla mnie.
I jak się tak zastanowić, dla Starego Opoja też za wysoka.
I po raz kolejny zadaliśmy
sobie pytanie: Po co sprowadzać tu żonę i dzieci? Tutaj?
- To
środowisko raczej dla mężczyzn, jak już - zauważyłem.
- Och, nie wiem. Zdarzają
się kobiety, które nie miałyby nic przeciwko. Zdarzają się takie,
które nie różnią się od mężczyzn. Weź na przykład twoją ciotkę
Gerdę. Świetnie by się tu czuła.
- Ciotka Gerda pewnie by
to aprobowała z zasady - stwierdziłem. - Ale nie czułaby się
świetnie.
- A Hannah jak się tu
odnajdzie? Jak myślisz?
- Nie wygląda na zachwyconą,
że tu jest.
- Ano nie. Ale nie zapominaj,
że jest żoną Paula Dolla niepozostającą z nim w separacji.
- Ale może chociaż zadomowi
się tu przyjemnie - odparłem. - Liczę na to. Bo ze swym wyglądem
działam lepiej na kobiety, które czują się tu świetnie.
- ...My tu nie czujemy się
świetnie.
- Nie. Ale mamy siebie, Bogu
dzięki. A to nie byle co.
- Prawda, mój drogi. Ja mam
ciebie, a ty masz mnie.
Boris, mój druh od
niepamiętnych czasów - empatyczny, nieustraszony, przystojny,
taki mały cezar. Przedszkole, dzieciństwo, dorastanie, a potem,
w późniejszych latach, wspólne rowerowe wakacje we Francji, Anglii,
Szkocji i Irlandii, nasza trzymiesięczna wyprawa z Monachium do Reggio
i stamtąd na Sycylię. Dopiero w dorosłym życiu nasza przyjaźń
napotkała trudności, kiedy polityka - historia - przeniknęła do
naszego życia.
- Ty... ty stąd wyjedziesz
w Boże Narodzenie. Ja tu będę do czerwca. Dlaczego nie służę na
wschodzie? - Upił łyk, skrzywił się, zapalił papierosa. -
A tak a propos, bracie, twoje szanse są równe zeru. Bo na przykład
gdzie? Ona za bardzo rzuca się w oczy. I lepiej uważaj. Stary Opój
może sobie być Starym Opojem, ale to także komendant.
- Mm. No i co? Dziwniejsze
rzeczy się zdarzają.
- Znacznie dziwniejsze.
Tak. Bo były to czasy,
kiedy wszyscy wyczuwali ten szwindel, ten sarkastyczny bezwstyd, tę
zapierającą dech hipokryzję wszelkich prohibicji.
- Mam coś w rodzaju planu
- powiedziałem.
Boris westchnął i spojrzał
pustym wzrokiem.
- Najpierw
muszę się skontaktować z wujem Martinem. Potem wykonam otwarcie. Pionek
w gambicie królewskim.
Boris odpowiedział dopiero po
chwili:
- Pionek za to oberwie, tak
sobie myślę.
- Pewnie
oberwie. Ale nie zaszkodzi dobrze się przyjrzeć.
Boris
Eltz wymówił się: oczekiwano go na rampie. W ramach kary za jeszcze
jedną bójkę na pięści odbywał miesiąc ogłupiającej służby na
rampie. Rampa - wysadzanie z pociągu, selekcja, a potem jazda przez
brzezinę do Brązowej Altanki, w KZ II.
- Selekcja to najbardziej
niesamowity element - stwierdził Boris. - Koniecznie się przyłącz
któregoś dnia. Dla doświadczenia.
Zjadłem obiad w kasynie (pół
kurczaka, brzoskwinie i custard. Bez wina) i poszedłem do swego biura
przy Buna-Werke. Było dwugodzinne spotkanie z Burcklem i Seedigiem,
głównie poświęcone opieszałości przy budowie hal do produkcji
karbidu, ale poza tym stało się oczywiste, że przegrywam batalię
o relokację naszej siły roboczej.
O zmierzchu
udałem się do kanciapy Ilse Grese, w KZ I.
Ilse Grese czuła się tu
świetnie.
Zastukałem
w leciutko rozkołysane blaszane drzwi i wszedłem.
Niczym nastolatka, którą
skądinąd wciąż była (za miesiąc dwadzieścia lat), siedziała
skulona i ze skrzyżowanymi nogami, w połowie pryczy, zatopiona
w lekturze ilustrowanego czasopisma; nie zdecydowała się oderwać wzroku
od kartek. Jej mundur wisiał na gwoździu wbitym w metalową belkę,
pod którą musiałem przejść z pochyloną głową; była ubrana we
włóknistą granatową podomkę i workowate szare skarpety.
- Aha! Wyczuwam
Islandczyka. Wyczuwam palanta - powiedziała, nie odwracając głowy.
Ilse miała
zwyczaj traktować mnie i być może wszystkich zaprzyjaźnionych panów
z kpiarskim rozleniwieniem. Ja miałem zwyczaj traktować ją i wszystkie
kobiety, przynajmniej na początku, z akademicką kwiecistością
(rozwinąłem ten styl jako przeciwwagę dla mojego wyglądu fizycznego,
który niekiedy budził grozę). Na podłodze leżał pas, do którego
Ilse przypinała broń, oraz jej pejcz z wołowej skóry, skręcony
w kłębek niczym chudy wąż pogrążony we śnie.
Zdjąłem buty. A potem, gdy
już usiadłem i umościłem się wygodnie na oparciu z jej pleców,
pomachałem jej nad ramieniem amuletem na pozłacanym łańcuszku,
wypełnionym perfumami z importu.
- Islandzki palant. Czego
chce?
- Mm, Ilse, co z twoim
pokojem? Zawsze wyglądasz nieskazitelnie, kiedy wykonujesz pracę,
to ci oddaję. Ale w sferze prywatnej... A jesteś raczej pedantką,
gdy chodzi o porządek i czystość u innych.
- Czego się palantowi
chce?
-
Czego się chce? - powtórzyłem. - Się chce, żebyś ty, Ilse,
przyszła do mnie około dziesiątej. - I ciągnąłem, oddzielając
zdania przerwami na namysł: - Uraczę cię brandy, czekoladą
i kosztownymi prezentami. Wysłucham opowieści o twoich najnowszych
wzlotach i upadkach. Moja bezgraniczna życzliwość niebawem przywróci
twoje poczucie umiaru. Bo poczucie umiaru, Ilse, to coś, z braku czego
zdarza ci się przypadkiem zasłynąć. Przynajmniej tak mi powiedział
Boris.
- ...Boris już mnie nie
kocha.
-
Całkiem niedawno wyśpiewywał peany na twą cześć. Chcesz, to się
z nim rozmówię. W każdym razie liczę na ciebie o dziesiątej. Będzie
rozmowa, zostaniesz uraczona, a na koniec sentymentalne interludium. Tego
właśnie się chce.
Ilse
kontynuowała lekturę - artykułu, który dobitnie, wręcz gniewnie
dowodził, że kobiety nie powinny pod żadnym pozorem golić czy też
depilować nóg względnie pach.
Wstałem. Zadarła
głowę. Szerokie i dziwnie pomarszczone, wykrzywione usta, oczodoły
kobiety trzykroć od niej starszej, obfitość i energia włosów koloru
brudny blond.
- Palant z ciebie.
- Przyjdź
o dziesiątej. Przyjdziesz?
- Może
tak - rzuciła, przewracając stronę. - Może nie.
Zasoby
mieszkaniowe Starego Miasta były tak nędzne, że ludzie z Buny
byli zmuszeni zbudować coś w rodzaju osiedla sypialnego na
wiejskich przedmieściach, od wschodu (ze szkołą podstawową
i średnią, kliniką, paroma sklepami, stołówką i wyszynkiem,
a także dziesiątkami narowistych małżonek). Niemniej jednak prędko
znalazłem całkiem zdatne mieszkanko złożone z kilku pretensjonalnie
umeblowanych pokoi, przy stromej dróżce odbiegającej w bok od placu
targowego. Ulica Spadzista 9.
Jedna poważna wada: miałem
myszy. Po tym, jak jej właścicieli siłą wykwaterowano, nieruchomość
przez blisko rok zamieszkiwali na dziko robotnicy budowlani i zaraza
stała się chroniczna. Wprawdzie maleńkim stworzonkom udawało się nie
pokazywać, a jednak niemal bezustannie słyszałem, jak się krzątają
w szczelinach i rurach, jak pomykają, popiskują, pożywiają się,
rozmnażają...
Przy drugiej wizycie moja
posługaczka, młoda Agnieszka, zainstalowała u mnie wielkiego kocura,
czarnego z białymi maźnięciami, który wabi się Maks czy też
Maksik. Maks to legendarny myszołap. Agnieszka powiedziała, że wizyta
Maksa raz na dwa tygodnie to wszystko, czego mi trzeba; kocur doceni,
jak co jakiś czas dostanie miseczkę z mlekiem, ale nie ma potrzeby
dawać mu niczego solidnego do jedzenia.
Po krótkim czasie nabrałem
szacunku do tego sprawnego i dyskretnego drapieżnika. Maksik wyglądał,
jakby miał na sobie frak - ubranie czarne jak węgiel, biały
gorset w kształcie idealnego trójkąta, białe getry. Kiedy się
przyczajał, wyprężając przednie kończyny, jego łapki ślicznie
się rozcapierzały, upodabniając się do stokrotek. I za każdym
razem, gdy Agnieszka zgarniała go w objęcia i zabierała, Maks - po
weekendzie spędzonym ze mną - pozostawiał za sobą zadekretowaną
ciszę.
W takiej właśnie ciszy
przygotowałem sobie - czy raczej zgromadziłem (czajnik, garnki,
wiadra) - gorącą kąpiel, a następnie zrobiłem się szczególnie
schludny i przystojny dla Ilse Grese. Postawiłem na stole jej koniak,
wyłożyłem cukierki plus cztery fabrycznie zapakowane pary mocnych
rajstop (bo pończochami gardziła) i czekałem, wyglądając przez
okno na stary zamek książęcy, czarny jak Maks na tle wieczornego
nieba.
Ilse była
punktualna. Kiedy drzwi zamknęły się za nią, powiedziała tylko
jedno słowo, ale za to odrobinę drwiąco, a już na pewno z głębokim
rozleniwieniem.
- Szybko -
powiedziała.
Z tego,
co wiedziałem, żona komendanta, Hannah Doll, odprowadzała córki do
szkoły i później je przyprowadzała, ale poza tym rzadko wychodziła
z domu.
Nie
przyszła na żadne z dwóch eksperymentalnych thés
dansants; nie przyszła na koktajl party w Wydziale
Politycznym, urządzone przez Fritza Möbiusa. Nie przyszła na
galowy seans komedii romantycznej Dwoje szczęśliwych
ludzi.
Paul Doll nie mógł się nie
pojawić na żadnym z tych wydarzeń. Robił to zawsze z tym samym wyrazem
twarzy: człowieka, który heroicznie panuje nad swą zranioną dumą... Miał zwyczaj układać wargi w rurkę, jakby zamierzał zagwizdać
- dopóki (przynajmniej tak to wyglądało) nie dopadły go jakieś
mieszczańskie wątpliwości i wtedy usta przybierały ponownie kształt
dzioba.
- Bez Hannah, Paul? - spytał
Möbius.
Podszedłem bliżej.
- Niedysponowana - odparł
Doll. - Wiesz, jak to jest. Przysłowiowe trudne dni.
- Masz ci los!
Z drugiej strony mogłem jej
się całkiem dobrze przyjrzeć, i to przez kilka minut, przez dziury
w lichym żywopłocie na przeciwległym krańcu boiska sportowego
(przechodziłem tamtędy i przystanąłem na chwilę, udając, że
sprawdzam coś w notatniku). Hannah stała na trawniku, nadzorując
piknik z udziałem jej dwóch latorośli i ich koleżanki - córki
Seedigów, byłem prawie pewien. Wiklinowy koszyk jeszcze nie został
rozpakowany. Nie usiadła z nimi na czerwonym kocu, tylko co czas jakiś
przykucała i po chwili prostowała się na powrót, z towarzyszeniem
energicznych targnięć pośladkami.
Jeśli nie
sukienką, to z całą pewnością sylwetką (przy niewidocznej twarzy)
Hannah Doll pasowała do narodowego ideału młodej kobiety: krzepka,
wieśniacza, zbudowana do prokreacji i ciężkiej pracy. Ja, dzięki
swemu wyglądowi, byłem beneficjentem pogłębionej cielesnej znajomości
takiego typu. Zadarłem i rozpostarłem niejeden trójwarstwowy bawarski
dirndl, ściągnąłem niejedne włochate pumpy, cisnąłem za siebie
niejeden podkuty chodak.
Sam miałem metr
dziewięćdziesiąt wzrostu. I włosy barwy mroźnej bieli. Nos jak
flamandzkie koryto, usta jak wzgardliwa plisa, podbródek kształtny
i wojowniczy; wykrzywiające się w prawo zawiasy szczęki sprawiały
wrażenie przyśrubowanych pod ślimacznicami uszu, najmniejszymi
z możliwych. Ramiona miałem płaskie i szerokie, pierś jak sztaba,
szczupły pas; do tego rozciągliwy penis, uda krzepkie jak maszty wykute
z kamienia, kanciaste rzepki kolanowe, kostki Michała Anioła, stopy
nie mniej zgrabne i kształtne niż wielkie, mackowate ostrza dłoni. By
zamknąć ów zestaw jakże pożądanych i przydatnych przymiotów, moje
arktyczne oczy mieniły się błękitem w kobaltowym odcieniu.
Wystarczało mi słowo od wuja
Martina, specyficzny rozkaz od wuja Martina ze stolicy - i zaraz
przystępowałem do czynu.
- Dobry wieczór.
- Tak?
Na stopniach pomarańczowej
willi zderzyłem się z niepokojącą, drobnych rozmiarów istotą
w gęsto dzianych barchanach (kamizela i spódnica) i ze srebrzącymi się
sprzączkami przy butach.
- Czy zastałem pana domu? -
spytałem. Wiedziałem doskonale, że Doll jest gdzie indziej. Był
na rampie z lekarzami, Borisem i wieloma innymi; czekali na pociąg
specjalny 105 (który rzekomo miał się okazać kłopotliwy). - Bo
mam tu priorytetową...
-
Humilia? - odezwał się czyjś głos. - Co jest, Humilia?
Przemieszczenie powietrza gdzieś
na tyłach i oto pojawiła się, Hannah Doll, znowu w bieli iskrzącej
się w cieniach. Humilia zakasłała uprzejmie i wycofała się.
-
Przepraszam, że się narzucam, madame - powiedziałem. - Nazywam
się Golo Thomsen. Miło mi panią poznać.
Palec za palcem zdarłem żwawo
irchową rękawiczkę i wyciągnąłem dłoń, a ona ją ujęła.
- Golo? -
powtórzyła.
- Tak. To mi wyszło, gdy po
raz pierwszy próbowałem wymówić imię Angelus. Jak sama pani słyszy,
uszkodziłem je bardzo. Ale przywarło. Nasze błędy nawiedzają nas
całe życie, nie sądzi pani?
- W czym mogę panu pomóc,
panie Thomsen?
- Pani Doll, mam dość pilne
wieści dla komendanta.
- Ach tak?
- Nie chcę dramatyzować,
ale w Kancelarii Rzeszy podjęto pewną decyzję, w kwestii, która,
jak wiem, ma dla niego kapitalne znaczenie.
Jawnie taksowała mnie
wzrokiem.
- Już raz pana widziałam -
oświadczyła. - Zapamiętałam, bo nie był pan w mundurze. Zdarza
się panu nosić mundur? Czym konkretnie się pan zajmuje?
- Służę
jako łącznik - odparłem i wykonałem płytki ukłon.
- Jeśli to takie ważne,
to chyba powinien pan zaczekać. Nie mam pojęcia, gdzie on jest. -
Wzruszyła ramionami. - Miałby pan ochotę na lemoniadę?
- Nie. Nie chciałbym robić
fatygi.
- To dla mnie żadna
fatyga. Humilia?
Spowijała
nas teraz różana łuna głównego pokoju: pani Doll stała plecami do
kominka, pan Thomsen prężył się przed środkowym oknem i omiatał
wzrokiem wieże obserwacyjne w linii ogrodzenia, a także te czy inne
obiekty Starego Miasta na dalszym planie.
- Uroczo. Bardzo tu
uroczo. Proszę mi powiedzieć - rzekłem ze wstydliwym uśmiechem
- potrafi pani dochować tajemnicy?
Jej wzrok stężał. Z bliska
była bardziej południowa, bardziej łacińska, jeśli chodzi
o koloryt, a oczy jej miały niepatriotyczną ciemnobrązową barwę,
jakby wilgotnego karmelu, z zawiesistym połyskiem.
- Potrafię dochować
tajemnicy. Jak najbardziej. Pod warunkiem, że tego chcę -
odparła.
- Och, to znakomicie. Bo
chodzi o to - zacząłem się tłumaczyć, nie do końca w zgodzie
z prawdą - chodzi o to, że nad wyraz interesują mnie wnętrza,
znaczy się meble i styl. Rozumie pani, dlaczego nie chciałbym, aby to
się rozeszło. Niezbyt to męskie.
- Owszem, nie bardzo.
- Czy zatem z tymi marmurowymi
blatami to był pani pomysł?
Miałem nadzieję rozkojarzyć
ją i jednocześnie wprawić w ruch. Tymczasem Hannah Doll gadała,
gestykulowała, przechodziła od okna do okna, a ja miałem okazję się
asymilować. Tak, była z pewnością zbudowana na zdumiewającą skalę:
wielkie przedsięwzięcie, jeśli chodzi o koordynację estetyczną.
I ta głowa, szerokość ust, moc zębów i szczęki, jędrna powłoka
policzków - kanciastych, acz kształtnych, z kośćmi wykrzywiającymi
się ku górze i na zewnątrz.
- A ta zadaszona weranda? -
spytałem.
- Do wyboru było albo tak,
albo...
Przez
otwarte drzwi weszła Humilia z tacą, na której stał kamionkowy
dzbanek oraz dwa talerze z ciastkami i biszkoptami.
- Dziękuję, moja poczciwa
Humilio.
- Pani pokojówka, pani Doll
- zagadnąłem, gdy znowu znaleźliśmy się sami. - Czy nie jest
ona aby Świadkiem?
Hannah zwlekała z odpowiedzią,
dopóki jakieś domowe wibracje, niewykrywalne przeze mnie, nie udzieliły
jej dyspensy, by mówić dalej i to nawet nie szeptem:
- Zgadł pan. Nie rozumiem
tych ludzi. Ona ma religijną twarz, nie uważa pan?
Ciąg dalszy w wersji pełnej