Prolog
Kraków, 19 września 1938, poniedziałek
Krakau to najjaśniejsza perła Rzeszy na wschodzie! -?Donośny głos odbił
się echem od murów i rozniósł po pustej o tej porze ulicy Pijarskiej.
Komornicki drgnął. Tylko jeden znany mu człowiek miał taki gardłowy i jednocześnie świszczący tembr.
Nie, to niemożliwe... -?pomyślał.
Na chwilę kustosz zamarł w bezruchu, wsłuchując się w rozmowę na ulicy.
Odłożył na bok trzymany w ręku aparat Exakta, po czym pospiesznie
podszedł do uchylonego okna i kryjąc się za zasłoną, dyskretnie spojrzał
w dół.
Słuch go nie mamił. W plamie cienia, tuż pod rozciągającym się w poprzek
ulicy mostkiem, w towarzystwie dwóch mężczyzn stał profesor Dagobert
Frey, ulubiony ekspert Hitlera i najbardziej hołubiony w Trzeciej Rzeszy
historyk sztuki.
Choć był już grubo po pięćdziesiątce, zachowywał urodę cherubina, żywcem
wyciągniętego z obrazów Rafaela. Ze swoimi lekko kręconymi siwymi
lokami, pucułowatą, rumianą buzią i nieodłączną muchą w grochy, uwiązaną
przy śnieżnobiałej koszuli, sprawiał wrażenie wiecznie zadowolonego z życia szalonego naukowca.
Drugi z mężczyzn stał tyłem do okna. Komornicki bez trudu rozpoznał w nim swego pryncypała. Ten korpulentny, przygarbiony człowiek w granatowym, zbyt mocno pasowanym garniturze pokazywał coś profesorowi w trzymanym w ręku katalogu.
Ale kim była trzecia postać?
Kustosz nadstawił ucha i udało mu się wyłapać kolejny strzęp rozmowy.
-?Wit Stwosz, albo jak pan woli Veit Stoß, to rzeczywiście wybitny
norymberski artysta, ale nie można przecież zaprzeczyć, że Kraków to
kolebka tutejszych Słowian. -?Słowa te wypowiedział trzeci z mężczyzn.
Jego głos był cichy, spokojny, ale stanowczy.
Kustosz zbyt dobrze znał swojego przełożonego. Ten na byle kogo nie
patrzyłby z taką atencją i szacunkiem, jakimi właśnie obdarzał
towarzysza profesora. Zresztą w oczach dyrektora Komornicki wyczuł coś
więcej niż tylko szacunek. Zobaczył w nich strach.
-?Oj, brat nie byłby z ciebie zadowolony, ty moja słowiańska duszo! To
tylko legenda, mój drogi Albercie. I to legenda nieudolnie przez nich
uszyta. -?Profesor poklepał towarzysza po ramieniu. -?Ta mizerna
pogańska osada zaczęła się rozwijać właściwie dopiero za czasów
pochodzącego z Turyngii biskupa Poppona.
Słysząc to, Komornicki zacisnął pięści. Znał doskonale te równie
romantyczne, co niedorzeczne opowieści o germańskiej kolonizacji
wschodu.
A może to Albert Speer, główny architekt Hitlera? -?pomyślał, mrużąc
oczy.
Zdał sobie jednak sprawę, że nigdy Speera nie widział. Znał tylko kilka
jego projektów związanych z przebudową Berlina.
Ale gdyby nawet to był on, co miałby robić akurat tu, w Krakowie?
Kustosz stracił gości z pola widzenia, jednak za chwilę usłyszał ich
ciężkie kroki na kamiennych schodach prowadzących na górę.
Podwinął rękawy koszuli i wrócił do pracy.
Z otwartej szklanej gabloty wyciągnął kolejny eksponat -?złoty kubek
zdobiony czerwonym bursztynem -?i położył go na środku dużego
stolarskiego stołu, przykrytego czarną materią. Przygiął klosz metalowej
lampy, oświetlił przedmiot, chwycił aparat w dłoń, zajął pozycję i nacisnął migawkę.
W tej samej chwili drewniana podłoga złowieszczo skrzypnęła pod ciężkimi
butami gości. Pierwszy w sali pojawił się Frey. Najwyraźniej oczekiwał,
że całe muzeum będzie tylko do jego dyspozycji, bo spostrzegłszy
Komornickiego, zatrzymał się u szczytu schodów i syknął coś do
podążającego za nim dyrektora. Ten, niczym uczniak zrugany przez belfra,
wbił wzrok w podłogę i przyciszonym głosem zaczął się gęsto tłumaczyć.
-?Niedogodność? -?wycedził przez zęby Dagobert, na tyle jednak głośno,
by jego słowa dotarły do uszu kustosza. Chwycił dyrektora pod rękę i wyprowadził go do bocznej sali, zatrzaskując za sobą drzwi.
Trzeci z mężczyzn uśmiechnął się ciepło do Komornickiego i rozłożył
ręce, jakby chciał przeprosić za zamieszanie. Wsadził dłonie w kieszenie
marynarki i ze szczerą ciekawością przyglądał się wiszącym na ścianie
portretom.
Po chwili wrócił profesor. Bez dyrektora. Zadowolony, szepnął coś do
kolegi, stanął na środku sali, wyciągnął z teczki srebrny automatyczny
ołówek i zaczął nim szkicować w grubym notesie, oprawnym w brązową
skórę.
Komornicki, nie przerywając pracy, obserwował go kątem oka.
Frey po muzealnych salach poruszał się pewnie i według planu, choć
absolutnie nie tego wynikającego z sugerowanego kierunku zwiedzania.
Przez galerię portretów przemknął, nie zatrzymując się ani na moment.
Zignorował też kolekcję kobierców, jak i obrazy o tematyce religijnej.
Przystanął dopiero przy serii miniatur zdobiących jedną ze ścian.
Pochylił się i przyjrzał jednej z nich, tej wiszącej najwyżej. Wydął
wargi, przewertował notes i znów coś w nim zapisał.
Czyżby zaciekawił go akurat portret Kopernika? -?zastanawiał się
kustosz.
Komornicki nacisnął spust migawki, wyzwalając błysk lampy. Cały czas
miał jednak profesora na oku.
Ten zatrzymał się jeszcze przy dwóch innych gablotach, za każdym razem
coś pilnie notując, aż w końcu stanął przy stole, na którym rozłożone
były fotografowane eksponaty.
Odłożył notes i chwycił w dłoń złoty kubek, po czym obrócił go w palcach.
-?Piękna niemiecka robota. Wie pan, że należał kiedyś do naszego
cesarza? -?Łypnął na Komornickiego, wyczekując jego reakcji.
-?Zakupiony przez naszą patronkę na aukcji w Paryżu w tysiąc siedemset
dziewięćdziesiątym szóstym, razem z tym oto pierścieniem. -?Kustosz
wskazał palcem na leżący na dolnej półce gabloty złoty pierścionek z czerwonym okiem.
Tymczasem nadbiegł dyrektor, niosąc dwa, wyściełane czerwonym aksamitem,
ciężkie drewniane krzesła.
Korzystając z zamieszania, kustosz zerknął do notesu odłożonego przez
Freya na stół. Wystarczyło jedno spojrzenie, rzucenie okiem na dwa
umieszczone tam przez Dagoberta szkice i towarzyszące im notatki, by
Komornicki zrozumiał rzeczywisty cel wizyty profesora w muzeum.
-?Proszę! -?Dyrektor z ulgą postawił krzesła na podłodze. -?O wiele
lepiej kontempluje się sztukę z tej perspektywy. -?Klepnął dłonią w miękkie siedzisko. Dopiero wtedy jego rozbiegane oczy zatrzymały się na
postaci kustosza. -?A pan...? -?Mężczyzna spojrzał srogo na zdarte czubki
i nabite ćwiekami podeszwy butów podwładnego. -?Nie będziemy tu
przeszkadzać szanownym gościom, prawda, panie Komornicki?
-?Ale... -?Kustosz rozłożył ręce. -?Widział pan...? -?Wskazał palcem na
otwarty notes profesora.
Dagobert momentalnie sięgnął po swoją własność i schował ją do teczki.
-?Zapraszam panów do mnie na kawę, a pan kustosz zaraz to wszystko
uprzątnie. -?Dyrektor ukłonił się i pokazał na schody.
-?Idźcie, idźcie. Ja was zaraz dogonię. Coś tu jeszcze tylko sprawdzę. -
Profesor przysiadł na krześle i zaczął szukać czegoś w teczce.
Dyrektor skinął głową, wziął Alberta pod rękę i groźnie łypnął na
podwładnego, który, ku jego uciesze, posłuchał jego polecenia i zaczął
zbierać sprzęt fotograficzny.
Po chwili kustosz zauważył, że Frey w końcu musiał znaleźć to, czego
szukał, bo zamknął teczkę, wstał i ruszył w kierunku schodów. Zanim
jednak do nich dotarł, skręcił w lewo, znikając za drzwiami prowadzącymi
do jednej z bocznych sal.
Komornicki chciał nawet za nim krzyknąć, upomnieć go, że pomylił drogę,
ale w mig zrozumiał, że profesor zbyt dobrze znał muzeum, by można tu
było mówić o pomyłce. Schował aparat do pokrowca i na palcach ruszył w ślad za Freyem.
Umieszczone przez profesora w notesie dokładne plany pomieszczeń
muzealnych, z wrysowanymi w nie gablotami i oznaczonymi na nich
najcenniejszymi eksponatami, którym Dagobert przypisał konkretne numery,
nie pozostawiały wątpliwości co do jego rzeczywistych zamiarów.
Komornicki dotąd cały czas wmawiał sobie, że to, co o wizytach
niemieckiego historyka sztuki w polskich muzeach opowiadali jego
przyjaciele z Kielc, Tarnopola, Lwowa czy Torunia, było zwykłym
kłamstwem, a w najlepszym razie -?niewybredną plotką. Tłumaczył to
rozplenioną w środowisku naukowym zawiścią, a w ostateczności
przekraczającą wszelkie granice rozsądku endecką nieufnością wobec
zachodniego sąsiada.
Teraz zrozumiał, jak bardzo się mylił. Cel profesora, cel Berlina, za
którego pieniądze Frey odbywał swoje podróże, był oczywisty. W tej
chwili pytanie brzmiało nie czy, ale kiedy i o które dzieła wytworzone
przez niemieckich artystów i rzemieślników Rzesza upomni się najpierw.
Hol, w który skręcił profesor, był pusty, tak jak i kolejna z sal oraz
jeszcze następna, w której urządzono małą zbrojownię.
Kustosz usłyszał w oddali szmer, a chwilę potem skrzypnęły drzwi na
samym końcu korytarza.
Tylko nie to! Zacisnął pieści. On nie jest niemiecki!
Bezszelestnie przemierzył długą salę. Widoczny w szparze pod drzwiami
cień potwierdził, że Dagobert był w środku.
Komornicki zajrzał do wnętrza przez dziurkę od klucza.
W tym niewielkim kwadratowym pokoju znajdował się tylko jeden eksponat.
I to przed nim właśnie stał profesor.
Kustosz doskonale widział twarz Freya, oświetloną przez światło
zwisającej z góry lampy, każdy grymas, każdy mięsień, każde mrugnięcie i ten przerażający błysk w oczach -?niczym u myśliwego, który w końcu
dopadł swoją ofiarę.
Dagobert wciągnął powietrze nosem, tak jakby chciał poczuć zapach
znajdującego się przed nim arcydzieła. Zmrużył oczy i wstrzymał oddech.
Prawą dłoń wyciągnął przed siebie, po czym zbliżył ją na milimetry do
górnej krawędzi cudownego obiektu. Zdawało się, że chce go pogłaskać.
-?Najdroższy! Nasz Führer, Goebbels, a nawet ten prostak Göring mieli
rację! -?Oczy Freya zabłysnęły jeszcze mocniej. -?Obiecuję... To już
niedługo. Uwolnię cię jako pierwszego -?wyszeptał.
Komornicki zrozumiał, że jeśli chce uratować perłę kolekcji
Czartoryskiej, Portret młodzieńca pędzla Rafaela Santiego, musi
działać szybko.
Rozdział 1
Toruń, 22 czerwca 2024, sobota
Toporna drewniana skrzynka na cytrusy wciąż tam była. Spoczywała na
środku wiśniowego stolika kawowego, który Mirek Ciołek traktował niemal
jak ołtarz. I nie, nikt nie porzucił jej tam przez przypadek. Tkwiła
dokładnie na jego środku, z milimetrową dokładnością, typową dla Ciołka,
otulona grubym wełnianym kocem w kolorze głębokiego burgunda.
To się nie dzieje naprawdę! Nie! Łucja Rokosz potrząsnęła głową i wymownie spojrzała na mężczyznę. Ten jednak nie podniósł wzroku znad
papierów. Wypełniał formularze, których pokaźny stos zalegał na jego
biurku, i wydawał się nie słyszeć niemego pytania, które właśnie
wykrzyczała w jego stronę. Albo jedynie się z nią drażnił.
Pytanie szczeknięciem powtórzył Szakal, którego dziś wzięła ze sobą do
antykwariatu.
Bez skutku.
Z Mirosławem Ciołkiem pracowała już ponad rok. Doskonale pamiętała, jak
pojawiła się w antykwariacie po raz pierwszy -?tuż po śmierci Zygmunta,
zaraz po swoich czterdziestych czwartych urodzinach. Tamtego dnia
przyniosła kilka dubletów z biblioteki męża. Do dziś śmiała się z tego,
że choć nieporadny antykwariusz skutecznie odwiódł ją od sfinalizowania
tej transakcji, musiał coś w sobie mieć, że zdecydowała się u niego
zatrudnić. On opowiadał potem, że zrobiła to z litości, ale to nie była
prawda. Po prostu spodobało jej się to miejsce -?pełne starych książek i przedmiotów z duszą. A w tym często zagubionym w nowoczesnym świecie
mężczyźnie po pięćdziesiątce odnalazła pokrewną duszę -?duszę pasjonata.
Przez ten czas zdążyła już się nauczyć, jak obsługiwać szefa.
Wystarczyło jej jedno spojrzenie, by dostroić poziom dowcipu do obecnego
nastroju Mirka, tak by uniknąć strat w ludziach.
Nalała psu wody do miski, a potem swoim zwyczajem usiadła na blacie
biurka naprzeciwko antykwariusza i wbiła w niego wzrok, licząc na to, że
mężczyzna odezwie się pierwszy.
Tym razem jednak moc hipnotycznego spojrzenia nie działała.
Mirosław Ciołek miał wiele pasji i marzeń, ale jedno było pewne: nie
należało do nich bycie jednoosobowym przedsiębiorcą. Dlaczego zatem
założył antykwariat? Mówił, że marzyło mu się życie marszanda,
kolekcjonera, chciał obracać się wśród pięknych przedmiotów i ludzi,
którzy ich pożądają. Zamiast tego jednak obgryzał końcówki ołówków,
biedząc się nad wyliczaniem składek, podatków i prowadząc księgi
rachunkowe. Na zatrudnienie księgowej, jak twierdził, nie było go stać,
ale prawda była taka, że nie chciał przyznać się przed sobą, a tym
bardziej przed podwładną, że z czymś sobie nie radzi.
-?Podatki? -?zagadnęła w końcu.
Mirek pokręcił głową.
-?To by było zbyt proste. Dotacja dla małych przedsiębiorstw. Termin
upływa w poniedziałek, a instrukcja brzmi tak, jakby była napisana w starogermańskim. A jeszcze nawet nie zajrzałem do załączników. Mów
lepiej, jak tam festyn na Dybowie.
-?Doskonale -?skłamała. -?A wtorek będzie jeszcze lepszy, zobaczysz.
-?Czyli ile?
-?Nie podliczyliśmy jeszcze.
-?Mniej niż trzy tysiące? -?Mirek wstał i sięgnął do wiszącej nad
biurkiem półki po skoroszyt.
-?Oj, daj spokój. We wtorek na pewno będzie lepiej. -?Kobieta zeskoczyła
z blatu, podeszła do szafki i wydobyła stamtąd puszkę z herbatą. -?Też
chcesz?
Chciał.
Rokosz nalała do czajnika wody i czekała, aż ta się zagotuje.
-?A nie mówiłem, tak? To chciałbyś powiedzieć? Spółkę Ostrakon trzeba
było już dawno zamknąć, prawda?
Nie odpowiedział. Wrócił do wypełniania dokumentów.
-?To powiesz w końcu co to? -?Łucja wskazała brodą na skrzynię.
-?Aaa... to! -?Mężczyzna nieudolnie udał zaskoczenie. -?To... Moja droga, to
szansa na to, by zarobić parę złotych. -?Ciołek wsadził ołówek za ucho,
splótł palce, zakręcił nimi młynka i spojrzał na Łucję spode łba.
Tak, teraz była tego pewna. Wiedział, że umiera z ciekawości i tylko się
z nią droczył.
Czajnik sapnął jak parowóz. Kobieta zalała herbatę.
Podeszła do stołu i dotknęła wieka skrzynki. Sięgnęła po pierwszy
przedmiot -?aparat fotograficzny. Przyłożyła wizjer do oka.
-?To prawdziwy rarytas. Już go sprawdziłem.
Opuściła aparat i przyjrzała mu się dokładnie.
Jego prostokątny, niezbyt gruby korpus podzielony był na trzy części.
Środek wykonano zapewne z aluminium, bo aparat nie był ciężki, a błyszczał jak kanka na mleko w południe. Boki pokryte były chropowatym,
ziarnistym czarnym plastikiem. Obiektyw do korpusu przymocowany został
śrubami o dużych półokrągłych łebkach. Wyglądał jak skomplikowany
mechanizm zamknięcia szafy pancernej. Na froncie przyrządu, tuż pod
wizjerem, wyryto słowo "Exakta", pod nią "Ihagee", a jeszcze niżej -
"Dresden".
-?Myślisz, że nadal działa? -?Palce Łucji prześlizgnęły się po dwóch
kołach zębatych umieszczonych na górze aparatu.
Mirek pokręcił głową.
-?Ten model był popularny w latach czterdziestych, ale pierwsze...
-?Serio? Wygląda na nowszy. -?Rokosz nacisnęła spust migawki.
Aparat jednak nie zareagował.
-?Pierwsze modele tego cacka pojawiły się w tysiąc dziewięćset
trzydziestym ósmym. Nie wiem jednak, czy to jeden z nich.
-?No tak. Za aparat sprzed wojny moglibyśmy dostać bardzo dobrą cenę.
Może nawet z dwa tysiące... Gdyby miał pokrowiec...
Mirek pokręcił smutno głową.
-?Dobre i to! -?Łucja ponownie zanurzyła dłoń w skrzynce.
Wyciągała kolejne znaleziska, każde starannie opakowane starymi
gazetami, przyglądała się im i odkładała je na bok.
Jej uwagę zwróciła czerwono-złota blaszana puszka z wizerunkiem Mozarta.
Mozartkugel -?ulubione słodycze jej najlepszej przyjaciółki, Halinki.
Każdy, kto wracał z Wiednia i ośmieliłby się nie przywieźć jej choćby
jednego pudełka tego przysmaku, był w poważnych tarapatach. Łucja
potrząsnęła opakowaniem, ale zamiast szelestu cukierków usłyszała
dźwięk, jaki zwykle wydobywał się ze skarbonki, którą wstrząsała dawno
temu, ilekroć matka wrzuciła do wnętrza porcelanowej świnki monetę.
Potrząsnęła puszką jeszcze raz.
-?Na tym też można zarobić parę złotych -?zawyrokował Mirek. -?Głównie
przedwojenne marki, ale w całkiem dobrym stanie.
Łucja odłożyła puszkę i ponownie zanurzyła rękę w skrzynce.
Wyciągnęła stamtąd jeszcze kilka starych niemieckich książek i dwa mocno
sfatygowane lichtarze. Kolejnym znaleziskiem okazało się niebieskie
kartonowe pudełko, w którym znajdowały się dwie filiżanki ze spodeczkami
-?całkiem ładnymi i o dziwo, w dobrym stanie. Zaciekawiona, sprawdziła
nawet symbol producenta, licząc na to, że znajdzie tam dwie skrzyżowane
szable -?znak najstarszej na świecie manufaktury porcelany z Miśni.
Jednak widniejący tam symbol nic jej nie mówił.
-?No to w zasadzie tyle. -?Mirek rozłożył ręce i spojrzał na Łucję,
wyczekując jej reakcji.
Rokosz jednak nie zamierzała się poddać. Wymacała dłonią dno skrzyni,
wyściełane grubą warstwą gazet. Pod palcami poczuła coś twardego.
Wytarła spocone ręce w dżinsy i sięgnęła po zawiniątko.
-?To chyba jakieś jajko? -?Przedmiot przyjemnie ciążył na jej dłoni,
ledwo się w niej mieszcząc.
Mirek chwycił zawiniątko i zaczął obdzierać je z opakowania.
-?Może to jedno z zaginionych jaj Fabergé? Ale by było, co?
Łucja wstrzymała oddech, skronie zaczęły jej pulsować, a myśli wirowały
z szybkością światła.
O ile dobrze pamiętała, w pracowni Petera Carla Fabergégo w Petersburgu
powstały nie więcej niż pięćdziesiąt cztery inkrustowane drogocennymi
kamieniami jaja. Na aukcjach osiągały one niebotyczne ceny, nawet
kilkadziesiąt milionów dolarów za sztukę.
Odgarnęła kosmyk włosów z czoła.
Mirek w końcu wyswobodził tajemniczy przedmiot z wszystkich warstw
szarego od kurzu papieru.
-?Zegarek? -?zapytał raczej, niż stwierdził.
Przedmiot, który trzymał w dłoni, był jajem, ale nie tym, o którym Łucja
zdążyła właśnie zamarzyć. Był to eliptyczny zegarek kieszonkowy.
Zatopiony w grubo ciosanym krysztale, oprawionym w złoto, z lśniącą,
ozdobioną emaliowanymi dekoracjami tarczą i lekko wygiętą wskazówką.
Całość przykrywało brudne, miejscami zarysowane szkiełko.
-?A wygląda na minę przeciwpiechotną? -?Łucję zirytowało pełne
rozczarowania spojrzenie, z jakim mężczyzna przywitał jej odkrycie.
Przejęła czasomierz. -?Pewnie, że zegarek.
-?Nawet ładny -?mruknął zrezygnowany antykwariusz. -?Specem nie jestem,
ale wygląda mi to na osiemnastowieczną robotę.
-?Jest starszy. Spójrz na tarczę. -?Rokosz paznokciem podważyła szklane
wieko i ostrożnie je podniosła.
-?Fiu, fiu, nie wiedziałem, że tak dobrze znasz się na zegarkach. -
Mirek wziął się pod boki.
Król antyków mógł być tylko jeden. Łucja czasami o tym zapominała.
-?Obstawiam pierwszą połowę siedemnastego wieku. -?Postawiła kropkę nad
i.
Mirek poprawił okulary na nosie i pochylił się nad obiektem trzymanym
teraz przez jego pracownicę na wyprostowanej dłoni.
-?No dobra! Masz mnie. Jestem ciekaw, skąd to wiesz. -?Uśmiechnął się i stuknął palcem w nadgarstek kobiety.
Mogłaby pewnie jeszcze chwilę podąsać się za podważanie jej kompetencji,
ale -?niczym jej ulubieniec Sherlock Holmes -?wolała popisać się przed
szefem zdolnościami dedukcji i dokonanymi ustaleniami.
Skinęła dłonią, by jej Watson usiadł, po czym zajęła miejsce
naprzeciwko.
-?Pierwsze zegarki kieszonkowe, choć wtedy, ze względu na swoje pokaźne
rozmiary, do żadnej kieszeni by się jeszcze nie zmieściły, pojawiły się
już pod koniec piętnastego wieku, najpierw we Włoszech, a potem w Niemczech. Miały dość prostą budowę. -?Mały palec prawej dłoni kobiety
wskazał na tarczę. -?Tarcza i wskazówka, jedna, bo na drugą, pokazującą
minuty, trzeba było jeszcze trochę poczekać. Wszystko pakowano do puszki
o jajowatym kształcie.
-?W tamtych czasach nikomu nie przeszkadzało, że te urządzenia kiepsko
odmierzały czas -?dodał swoje trzy grosze Mirek.
-?Za to jak wyglądały! Ktoś szybko wpadł na pomysł, by mechanizm zegarka
ukryć w biżuterii. I tak tykające krzyżyki oraz wisiory szturmem
zawojowały serca bogaczy w całej Europie.
-?No ale zaraz! To wszystko przecież pasuje do szesnastego wieku,
tarcza, jajowata puszka, wskazówka. Czemu twierdzisz, że pochodzi z siedemnastego?
Łucja tylko czekała na to pytanie. Rozpromieniła się w uśmiechu.
-?Szkiełko i emalia! -?zawołała. -?Te elementy pojawiły się dopiero
później. Zresztą... -?Wyciągnęła telefon z kieszeni spodni, szybko coś
wyszukała i po chwili pokazała Mirkowi ekran. -?Zobacz! Kształt jest
nieco inny, ale są i szkło kryształowe, i emaliowane zdobienia. Genialna
niemiecka robota z tysiąc sześćset trzydziestego roku.
Mężczyzna przejął telefon, oddalił go od oczu i w końcu, z niechęcią,
przyznał kobiecie rację.
-?Ale zaraz... Skąd go masz? I skąd jest ta okropna skrzynia? -?Łucja
świdrowała szefa wzrokiem.
-?Wczoraj ktoś ją do nas przyniósł. Zastępowała mnie wtedy ciotka. Ten
człowiek powiedział, że chce te rzeczy szybko sprzedać. Likwiduje
mieszkanie po matce. Poprosił o wycenę.
-?Facet, tak? Jak się nazywał? -?Rokosz chwyciła go za ramię.
-?Hej! Może od razu zamknij mnie w Guantanamo, co? Namiary mam zapisane,
bez obaw. A skąd ma? Przecież i tak nie powie ci prawdy, zwłaszcza jeśli
sprawa jest szemrana. Mało to takich przypadków mieliśmy... -?Antykwariusz
rozłożył ramiona.
-?Mieliśmy? Czyżby?
-?Podobno gość nie jest stąd, dlatego chce sprzedać i wracać do siebie.
Mirek chwycił zegarek, owinął go z powrotem gazetą i odłożył do skrzyni.
-?Wiesz, czym to pachnie? -?zapytała Łucja, bębniąc palcami o blat
stolika. -?A jeśli to jest strata wojenna? Musimy dowiedzieć się
wszystkiego o tym zegarku. Najłatwiej byłoby zapytać kogoś z muzeum.
-?Jasne. Może od razu chodźmy na policję. Jeśli naprawdę chcesz się
czegoś o tym dowiedzieć, to... Doskonale wiesz, że znamy tylko jedną
osobę, która jest w stanie nam coś o tym cacku powiedzieć... -?Mężczyzna
założył ręce na piersi i bacznie wpatrywał się w koleżankę.
-?O nie! O nie, mój drogi. -?Ta pokręciła gwałtownie głową.
-?Tak.
-?Nie!
-?Łucja, do cholery, to nasza jedyna szansa. -?Mirek ściągnął brwi.
-?Mowy nie ma! -?odparła. -?Nie chcę mieć do czynienia z Bernardem. Nie
po tym, co zrobił mnie i Zygmuntowi.
Rozdział 2
Toruń, 24 czerwca 2024, poniedziałek
Autobus linii numer dziewiętnaście skręcił gwałtownie w prawo przy pętli
tramwajowej. Łucja zacisnęła dłoń na plastikowym uchwycie, wypatrując
przez szybę betonowej kopuły kościoła, znaku, że powinni wysiadać.
Ostatni raz widziała Bernarda ponad trzy lata temu, gdy minęli się w drzwiach rektoratu. On przygarbiony, z plikiem dokumentów, mamrotał coś
pod nosem, chyba jej nie zauważył. Potem dowiedziała się, że tamtego
dnia zeznawał przed komisją. Miał się wyprowadzić z Torunia. Nie
weryfikowała tego. Dla niej Bernard po prostu przestał istnieć.
Przynajmniej tego by sobie życzyła.
Wystarczyła jednak wzmianka Mirka o największym znawcy sztuki
rzemieślniczej siedemnastego wieku i od razu wszystko wróciło.
Początkowo żałowała, że na propozycję spotkania z byłym przyjacielem nie
zareagowała wzruszeniem ramion. Zaskoczyło ją jednak to, jak spokojnie
do jej stanowczego sprzeciwu podszedł Mirek. Od razu zaoferował się, że
to on odbędzie taką rozmowę. Dopiero gdy nieco przycisnęła
antykwariusza, okazało się, że nie dość, że ten utrzymywał z Bernardem
regularne kontakty, konsultując nowe nabytki do antykwariatu, to w sprawie zegarka już na takie spotkanie panowie zdążyli się umówić.
Na podobne zagrywki Łucja nie mogła pozwolić. Jeszcze w jej obecności
Mirek powiadomił Bernarda o zmianie planów. Ten, o dziwo, nie
protestował. Alek, który miał towarzyszyć antykwariuszowi podczas
wycieczki na Rubinkowo, też się ucieszył z podmiany towarzysza podróży.
W końcu z Łucją łączyła go pasja do koszykówki, o której chłopak
potrafił opowiadać godzinami.
Teraz, przez całą drogę autobusem, na wyimaginowanej tablicy obiema
dłońmi Alek szkicował w powietrzu schematy nowych zagrywek, jakie
przerabiali na ostatnim treningu, i od razu je demonstrował.
W końcu doczekał się pewnego miejsca w pierwszym składzie i od razu
jakby urósł kilka centymetrów. Był dumny ze swojej drużyny. Łucja
zrzędziła często, by zamiast wypatrywać doskonałej pozycji do rzutu,
raczej rozejrzał się za jakąś dziewczyną. Riposta zawsze była taka sama
-?z koszykówką rywalizować mogła tylko historia. Udało mu się nawet
odbyć kilkumiesięczne stypendium na uniwersytecie nowojorskim, skąd
wrócił jako wielki pasjonat drugiej wojny światowej. Kupił sobie w dodatku ciemnozieloną kurtkę wojskową i -?ku uciesze Halinki -?nauczył
się parodiować jej absolutnego idola i dawny obiekt westchnień,
Bogusława Wołoszańskiego. Zaczesywał dłonią do tyłu swoje bujne loki,
krzyżował ręce na piersiach, wydymał wargi, robił marsową minę i snuł
opowieści o tajnych operacjach Wehrmachtu.
Jak na złość, kiedy tylko wysiedli z autobusu, zaczęło siąpić. Szare
chmury zakryły ostatni skrawek błękitnego nieba.
Rokosz postawiła kołnierz ortalionowej kurtki i ruszyła w kierunku
wieloklatkowego, jedenastopiętrowego bloku z wielkiej płyty. Podobnie
jak inne budynki w okolicy i ten został pomalowany delikatnymi,
pastelowymi kolorami. W ten sposób miał wydać się bardziej przyjazny i przytulny. Nie pomogło. Nadal przytłaczał rozmiarem i przerażał
krążącymi po mieście legendami o swoich lokatorach.
Domofon, po naciśnięciu właściwego guzika, nie wydobył z siebie żadnego
dźwięku. Łucja spróbowała jeszcze raz. Bezskutecznie.
-?Chyba wyłączony -?stwierdził Alek. -?Może do niego zatelefonujemy?
Rokosz sięgnęła po komórkę, ale zaraz ją schowała. Przypomniała sobie,
że dawno wykasowała numer Bernarda.
-?Robi to specjalnie -?mruknęła. -?Testuje mnie.
-?Ale niby co? Wyłączył domofon? Wiedział, że przyjdziemy? -?Chłopak
uniósł brwi.
Upewniwszy się, że nikt nie nadchodzi, Łucja nadusiła po kolei wszystkie
przyciski na panelu. Ten rozdzwonił się kakofonią dźwięków.
-?Co robisz? -?syknął Alek i przywarł do ściany.
Palcem nakazała mu milczenie.
W głośniku zatopionym w obdrapanym domofonie rozległy się kolejne:
"halo", "słucham", "tak", "proszę".
W końcu elektrozamek zabrzęczał.
-?Nigdy tak nie robiłeś? -?Łucja chwyciła za klamkę i pociągnęła drzwi.
Alek poczerwieniał i pokręcił głową.
Wystarczyło otworzyć ciężkie drzwi prowadzące na klatkę schodową, by
przekonać się, że pastelowa transformacja nie trafiła z fasady pod
strzechę. Tutaj bowiem nadal królowała nostalgia lat siedemdziesiątych,
sine szarości i mdłe seledyny, gdzieniegdzie ożywione różem trutki na
szczury, rozsypanej na przykrywkach od słoików, a wszystko to skąpane w gęstym fetorze wydobywającym się ze zsypu na śmieci.
Przecisnęli się obok wpółotwartej skrzynki na listy i wsiedli do
klaustrofobicznej windy ze ścianami wymazanymi graffiti.
Na górze przywitał ich świszczący wiatr, przedzierający się przez
nieszczelne okna. Na wyłożonym aksamitem krześle stał ogromny fikus. W powietrzu unosił się odór wilgoci i spływającej jęzorami z sufitu, wraz
z płatami pożółkłej farby, pleśni.
Bernard, jak nic! Łucja uśmiechnęła się pod nosem.
Nad tym ponurym miejscem dyndała na kablu, niczym oko cyklopa, wielka
mleczna żarówka.
Rokosz energicznie zapukała w jedyne drzwi, jakie się tu znajdowały,
białe, bez numeru czy nazwiska, za to z ogromnym wizjerem,
przypominającym peryskop, który wydawał się obserwować ich od momentu,
kiedy się tu pojawili.
-?Kto? -?Usłyszeli chrapliwy głos z wnętrza.
-?Nie wygłupiaj się, przecież widzisz. -?Łucja zamachała w kierunku
judasza.
-?Kto ten drugi? -?Głos zabrzmiał jeszcze bardziej lodowato niż
poprzednio.
-?Dzień dobry, nazywam się Aleksander Jung. Bardzo mi miło pana poznać -
odparł Alek.
-?Dowód!
Chłopak spojrzał pytająco na Rokosz.
Kobieta westchnęła, rozłożyła ręce i przycupnęła na krześle przy
doniczce z kwiatem.
Młody posłusznie się wylegitymował -?i chyba przeszedł test, bo za
drzwiami coś zachrobotało.
Zbrojone, grube na dziesięć centymetrów wrota do jaskini Bernarda
rozwarły się, a w szparze pojawiła się niemal idealnie okrągła, całkiem
łysa głowa siedemdziesięcioletniego mężczyzny, w której zatopione były
dwa małe rozbiegane oczka, przysłonięte ogromnymi okrągłymi okularami o szkłach grubości denek od słoików i przejrzystości londyńskiej mgły.
-?Wchodźcie! -?burknął.
Ich nozdrza zaatakowało gęste powietrze przesiąknięte zapachem naftaliny
i tytoniu, zmieszanym z wonią zielonego jabłka, dobywającą się z podczepionych do kinkietów drzewek zapachowych używanych w samochodach.
Goście potulnie podążyli za gospodarzem po przykrytej folią wzorzystej
wykładzinie, omijając stosy książek podpierające ściany obłożone ciemną
boazerią. Na jej deskach, nierównomiernie, ale dość gęsto, rozwieszone
były szklane gabloty różnej wielkości, w większości z zasuszonymi
owadami lub muszlami, a także cała masa map, w ciemności zupełnie
nieczytelnych.
Pokój, do którego trafili, przypominał gabinet osobliwości, jakby żywcem
przeniesiony z siedemnastowiecznego pałacu.
Gdziekolwiek Łucja spojrzała, tam tłoczyły się oszklone ramki ze
skorupami żółwi i wielkimi jajami egzotycznych ptaków, kryształowe
bażanty, posrebrzane lub pokryte laką puzderka, figurki z masy perłowej,
kielichy z łupiny kokosa, ale przede wszystkim dziesiątki zegarów i zegarków wszelkiej maści.
Alek chodził po pokoju jak w transie, przypatrując się każdemu
przedmiotowi z uwagą. Rokosz, dla której niecodzienne zbiory Bernarda
nie były nowością, obiecała sobie grać obojętną i zdystansowaną. Piękno
i różnorodność zbiorów szybko ją jednak znokautowały i tak jak jej
przyjaciel podziwiała każdy eksponat z rozdziawionymi ustami.
Gospodarz zapalił papierosa, chwycił w dłoń ciężką szklaną popielniczkę
i usiadł pod oknem.
Gdy już zaspokoili ciekawość, Bernard wyciągnął z szafy wielkie metalowe
puzdro, położył je sobie na kolanach i otworzył wieko.
-?No! Słuchy do budy!
Zdezorientowany Alek znów zerknął na swoją towarzyszkę, szukając w jej
oczach ratunku. Ta jednak jedynie się uśmiechnęła, sięgnęła do kieszeni
po komórkę i wrzuciła ją do blaszanego pudełka. Chłopak dorzucił tam
swój telefon.
Usiedli na jedynych dwóch wolnych krzesłach w pokoju.
-?To jest doktor Bernard Zager, emerytowany wykładowca Uniwersytetu
Mikołaja Kopernika, wybitny znawca historii Europy siedemnastego i osiemnastego wieku. -?Łucja przedstawiła gospodarza Alkowi.
-?Nie emerytowany, tylko były. Były wykładowca. -?Mężczyzna zakaszlał i odstawił puszkę pod krzesło. -?Czemu nie przyszedł Mirek?
Kobieta przełknęła ślinę. Nie spodziewała się aż tak ciepłego przyjęcia.
-?Chciałam sama zobaczyć, co u ciebie.
-?Nie pierdol. -?Gospodarz nerwowo zaciągnął się papierosem, wstał i podszedł do okna, gdzie stanął plecami do gości. Wpatrywał się w dal. W końcu się odwrócił. -?Jakoś przez te trzy lata postępowania ani ciebie,
ani Zygmunta nie interesowało, co u mnie. Masz interes, to przyszłaś. -
Strzepnął popiół do trzymanej w dłoni kryształowej popielnicy.
Łucja odgarnęła opadające na czoło włosy.
-?Chodź, Alek, nic tu po nas. -?Klepnęła chłopaka w kolano i podniosła
się z krzesła.
-?Niech się młody uczy, że nie zawsze jest milutko. -?Mężczyzna usiadł,
ponownie zaciągnął się dymem i zmierzył Alka lodowatym spojrzeniem.
Chłopak wskazał na drzwi.
-?Mogę poczekać na zewnątrz, jak coś.
-?Siedź! -?rzucił krótko gospodarz, widząc, że student zrywa się ze
swojego miejsca. Nerwowo zastukał palcami o oparcie krzesła. Poprawił
okulary na nosie, podwinął rękawy kraciastej flanelowej koszuli i spojrzał na wielkiego Longinesa na swoim nadgarstku. -?To nie miało być
spotkanie dawnych przyjaciół, więc nie udawajmy, że nim będzie. Masz
sprawę, tylko ja mogę ci pomóc, ja mam dług wobec Mirka. Załatwmy to i możesz zmykać do swojego pięknego świata, w którym wszyscy są honorowi i zawsze nieomylni w swojej uczciwości.
Rokosz przygryzła wargę.
-?Pokaż to. -?Gospodarz zgasił papierosa o brzeg popielniczki, odłożył
ją na podłogę i wyciągnął pulchną dłoń w kierunku Łucji.
Ta sięgnęła do torebki i bez słowa wyciągnęła z niej owinięty w szmatkę
jajowaty zegarek.
Tym razem to Bernard najwyraźniej chciał grać obojętnego, ale szybko
zdradziło go drżenie spoconych dłoni i donośne zgrzytnięcie zębami.
Pochwycił zegarek i niemal pobiegł z nim w kierunku dużego stołu.
Wygospodarował sobie przy nim trochę miejsca. Założył czołówkę i przez
lupę zegarmistrzowską długo przypatrywał się zdobyczy.
-?Piękna robota! Sześćdziesiąt cztery na czterdzieści pięć milimetrów,
rok tysiąc sześćset dwudziesty siódmy albo ósmy, na pewno przed
trzydziestym drugim. -?Nie odrywał wzroku od obiektu.
-?Miałam rację -?wyszeptała Łucja.
-?Szwecja. Warsztat dobry, widać pasję, ale ręka jeszcze nie tak
wyrobiona.
-?Nie Niemcy? -?zdziwiła się Rokosz.
Mężczyzna otworzył szklane wieko i lustrował mechanizm zegarka.
-?Widać rysy na mocowaniach. Naszemu zegarmistrzowi drżała ręka. Nie
wytwarzał zegarków zawodowo w dużych ilościach. Dopiero się wprawiał.
Stosował za to komponenty droższe, niż uzasadniałaby to potrzeba
rynkowa. Jakby koszt wytworzenia wyrobu nie miał dla niego znaczenia.
Raczej ich nie sprzedawał, pewnie rozdawał jako podarki.
-?To musiał chyba wygrać na loterii, skoro rozdawał cacka warte fortunę?
-?zażartował Alek.
-?Akurat on nie musiał. -?Bernard delikatnie przymknął wieko czasomierza
i teraz lustrował emaliowanie.
Łucja założyła ręce na piersi.
-?Znasz twórcę?
-?Wy też go znacie. To nie było trudne.
-?Zatem? -?niecierpliwił się Alek.
-?Powoli. Powiem, kiedy ustalę, jak znalazł się w Toruniu...
-?A to chyba akurat proste. Skoro został wytworzony w Szwecji, w tysiąc
sześćset dwudziestym siódmym albo ósmym, a ostatecznie...
-?Przed śmiercią jego twórcy w trzydziestym drugim. -?Bernard odłożył
eksponat na stół, rozparł się wygodnie na krześle, zapalił kolejnego
papierosa i zaciągnął się głęboko.
-?Mniejsza o dokładną datę. -?Alek machnął ręką. -?Istotne jest, że w lutym tysiąc sześćset dwudziestego dziewiątego Torunianie odparli
szwedzki atak na miasto. Może pojmali wtedy jakiegoś ich dowódcę i ktoś
takim zegarkiem wykupił się z niewoli?
-?Romantyk. Pozazdrościć. -?Gospodarz zachichotał i wypuścił z ust
chmurę tytoniowego dymu. -?Mogło być i tak, ale... nie było, raczej nie
było. Wydaje mi się, że ja już ten zegarek gdzieś widziałem.
-?Może w muzeum? Może ktoś go stamtąd ukradł? -?podchwyciła Rokosz.
Bernard pokręcił stanowczo głową.
-?Zostaw mi go na dwa dni i wszystko ustalę -?powiedział, a gdy Łucja
wydęła wargi, dodał: -?Boisz się, że wywiozę go za granicę, co?
Kobieta westchnęła.
-?No wiesz... -?mruknął gospodarz. -?Ja to bym chyba sobie tak nie do
końca ufał, ale... Znam cię aż za dobrze. Nie odpuścisz, dopóki się nie
dowiesz. A tu nie masz wyjścia. -?Rozłożył ręce i uśmiechnął się
szelmowsko. -?Ale i ja mam do ciebie jedno pytanie, mogę? -?Sztuczny
uśmiech momentalnie zszedł z twarzy mężczyzny. Jego spojrzenie się
wyostrzyło. Świdrował teraz Łucję trupio czarnymi oczyma o rozszerzonych
źrenicach. Patrzył, jak Rokosz przygryza wargę. W końcu spytał: -?Kto go
do was przyniósł?
Kobieta odetchnęła. Spodziewała się, że Bernard na koniec zachował coś,
co zmusi ją do powrotu do tamtej przykrej sprawy, albo że w zamian za
pomoc zażąda informacji, których nie chciałaby mu przekazać...
-?Gość nazywa się Karol Olech. Mnie to nazwisko niestety nic nie mówi.
Internet też nie podpowiedział nic istotnego: jeden piłkarz i ze trzech
pracowników branży transportowej, pewnie jakiś rodzinny biznes. Jest
jeszcze oczywiście kilka profili na Facebooku, ale bez zdjęć.
-?Olech... Olech... -?Zager zmrużył oczy i podrapał się po karku. -?Hm...
Jakiś Olech prowadził zakład fotograficzny na Podmurnej... Tak! Podmurna
pięćdziesiąt dwa. Nawet kiedyś skorzystałem z ich pomocy przy
fotografowaniu części moich zbiorów. Dziwne... Dobrze. Na dziś koniec. -
Klasnął w dłonie.
Łucja uśmiechnęła się pod nosem. Cały Bernard. Czas audiencji właśnie
minął. Razem z Alkiem pożegnali się z gospodarzem, odzyskali telefony i ruszyli windą na dół.
Na dworze zapadł już mrok.
-?Dobrze, że mamy to za sobą... -?Rokosz założyła kaptur na głowę.
-?Kolekcja Bilderberga, mówi ci to coś? -?zagadnął niespodziewanie Alek.
Kobieta się zatrzymała, chwyciła go za ramię i spojrzała mu prosto w oczy.
-?A ty skąd wiesz o tej sprawie Bernarda? O tym też Zygmunt ci
opowiadał?
-?O jakiej sprawie? -?Alek zmarszczył brwi. -?Nic nie wiem o żadnej
sprawie... Na maszynie doktora Zagera widziałem dokument zatytułowany
"Kolekcja Bilderberga -?wersja trzecia". Tak jakby właśnie coś o tym
pisał...
Rozdział 3
Toruń, 25 czerwca 2024, wtorek
Wtorkowy piknik na Zamku Dybowskim okazał się bardziej udany niż
sobotni. Na pewno pomogła wspaniała pogoda. Cały czas jednak o przełomie
w sprzedaży pamiątek i słodyczy nie mogło być mowy. Nie trzeba było być
wielkim analitykiem rynkowym, by wiedzieć, że powołana zeszłego lata
przez przyjaciół -?Łucję, Mirka, Beatę i Alka -?do opieki nad zamkiem
spółka Ostrakon nie stała się biznesowym jednorożcem. Tak po prawdzie,
gdyby nie liczne pożyczki udzielane jej regularnie przez wspólników,
dawno już padłaby z głodu i pragnienia. Głosowanie udziałowców nad
likwidacją biznesu zbliżało się wielkimi krokami, ale dziś Łucja nie
miała siły się tym martwić.
Poprosiła Halinkę o podwiezienie do centrum. Chciała jak najszybciej
sprawdzić, czy na Podmurnej rzeczywiście jakiś Olech miał swoją
pracownię fotograficzną. Wiedziała, że równie dobrze Bernard mógł to
zmyślić. Ale gdyby to była prawda, miała nadzieję czegoś się o nim
dyskretnie dowiedzieć, zanim złoży mu wizytę w jego mieszkaniu na
Rybakach.
Nic się nie zmienił, pomyślała, zaciskając wargi. Nadal uwielbia
wykorzystywać swoją wiedzę, by bawić się cudzym kosztem. Nie miała
cienia wątpliwości, że wcale nie potrzebował, by zegarek został u niego
w mieszkaniu. Chciał po prostu zobaczyć w jej oczach niepewność i lęk.
Zjechały z mostu. Auto zatrzymało się na światłach.
-?Naprawdę byłaś u Bernarda? -?Halinka patrzyła na drogę, unikając
wzroku Łucji.
-?A ty skąd o tym wiesz?
-?Co u niego? -?Żarówa zignorowała pytanie Łucji.
-?Nie pytałam. Zresztą nie interesuje mnie to. -?Rokosz wzruszyła
ramionami. -?Poszłam tam wyłącznie w sprawie zegarka. Specjalnie wzięłam
ze sobą Alka. Wiedziałam, że przy kimś obcym będzie mu ciężko rozmawiać
o zaszłościach.
-?I?
-?I nic. Ma coś posprawdzać i się odezwie.
-?Nie chcesz, nie mów. Ale moim zdaniem...
-?Podsunął mi pewien trop.
-?Bernard? -?Halinka zaparkowała i wyłączyła silnik. -?Mów!
-?Powiem, jak to sprawdzę. Wiesz dobrze, że mógł sobie ze mną pogrywać.
Żarówa pokiwała głową.
-?Słuchaj -?zaczęła po chwili -?a może trzeba jednak wrócić do tych
poszukiwań na Dybowie? Może... Nawet jeśli nie te zwoje, to przecież coś
tam musi być. Ten zamek ma sześćset lat.
-?Skarb? Chcesz szukać skarbu, tak? -?prychnęła Łucja.
-?No wiesz... -?Koleżanka nie ustępowała. -?Moglibyśmy ubiegać się o jakąś
dotację, można by to wszystko jakoś zgrabnie opisać...
-?Halinka... Muszę lecieć. -?Rokosz wysiadła z auta, zatrzasnęła za sobą
drzwi, posłała jej całusa i ruszyła w kierunku rynku.
Za chwilę przez uchylone okno usłyszała jeszcze siarczyste przekleństwo
Żarówy, która nie mogła włączyć się do ruchu po tym, jak sznur aut
ruszył po zmianie świateł.
Łucja spojrzała w kierunku cmentarza. Przez moment się zawahała, czy nie
powinna porozmawiać o tym wszystkim z Zygmuntem. Na pewno miałby dla
niej jakąś radę. Z trudem, ale zwalczyła tę pokusę. Musiała w końcu
nauczyć się radzić sobie sama.
Zwykle pomagało jej rzucenie się w wir obowiązków. Praca w antykwariacie
w środy i piątki, a w pozostałe dni jako przewodnika turystycznego po
Toruniu była intensywna, wyczerpująca, ale sprawiała jej radość. Klienci
trafiali się bardzo różni, ale Łucja się nie zniechęcała. Czasami miała
ochotę okręcić się na pięcie i uciec, jednak jak dotąd nikogo nie
poturbowała, a gróźb, jakie wypowiadała pod nosem, raczej nikt nie
usłyszał. Kiedy miała już naprawdę dość, jakimś cudem Święty Wawrzyniec,
patron przewodników, zsyłał jej do oprowadzenia jakiegoś młodego
człowieka, zafascynowanego historią, dociekliwego i żądnego wiedzy.
Wówczas odżywała i ładowała baterie -?i znów chciała być przewodnikiem.
Szybko też zdała sobie sprawę z tego, że Beata i Halinka, jej najbliższe
przyjaciółki, pilnie śledziły grafik Łucji i błyskawicznie reagowały,
gdy ta tylko miała zbyt dużo wolnego czasu. Halinka niespodziewanie
proponowała jej przeprowadzenie niezwykle pilnych konsultacji dla
biblioteki uniwersyteckiej albo Beata zapraszała ją na krótki wypad
rowerowy za miasto.
Wiedziała, że to wszystko po to, by nie myślała, albo przynajmniej nie
myślała już tak często, o tym, co się wydarzyło, o tragicznej śmierci -
słowo "morderstwo" nadal nie przechodziło jej przez gardło -?Zygmunta, o chudzielcu, który i ją próbował... Potrząsnęła głową, bo otrząsnąć się z natrętnych wspomnień.
Nie przypuszczała, że rutyna i powtarzalność będą tak dobrze na nią
wpływać.
Ulicę Podmurną znała doskonale, ale nigdy się nie zastanawiała, gdzie
dokładnie mieści się kamienica numer 52, pod którym miał się znajdować
wspomniany przez Bernarda zakład fotograficzny.
Przy księgarni na rogu skręciła w lewo i stanęła przed niewielkim,
jednopiętrowym budynkiem. Bez szyldu, bez numeru -?według nawigacji była
jednak na miejscu. Przed sobą zobaczyła ogromną witrynę zasłoniętą od
środka kilkoma arkuszami szarego papieru. Długo szukała jakiegokolwiek
prześwitu. W końcu udało jej się zajrzeć do wnętrza. Puste szklane
regały i gabloty. Rzeczywiście kiedyś mógł tu być sklep.
Nic jednak nie wskazywało na to, że był to zakład fotograficzny -
żadnych ramek, albumów, charakterystycznych lamp czy nawet reklam
nieśmiertelnego Kodaka. Po prostu gołe ściany, dwa krzesła... I nagle. A jednak! W rogu staromodny wysoki wieszak na ubrania z litego drewna, z obrotową koroną z haczykami oraz uchwytem na parasole. Za nim wąskie
lustro w czarnej ramie. Zdecydowanie nie był to zwykły sklep.
Czyli jednak, Bernard miał rację. Łucja uśmiechnęła się pod nosem. Muszę
dowiedzieć się czegoś o tym Olechu, jeśli rzeczywiście to on prowadził
zakład.
Rozejrzała się wkoło. Oprócz rozkrzyczanej grupy przedszkolaków,
tłoczącej się pod przenośną, przytuloną do miejskiego muru budką na
lody, nie było tu żywej duszy.
Jeśli istotnie przez lata prowadzony był tu zakład fotograficzny, to
śladów po nim i jego właścicielach mogła pewnie szukać albo w archiwalnych gazetach, gdzie zapewne się reklamowali, albo w magistracie, który im tę kamienicę wynajmował. Musiała tylko wpaść na
to, jak dotrzeć do tych informacji, nie marnując całego dnia i nie
trafiając do aresztu za łamanie zasad o ochronie danych osobowych.
Podeszła do wózka z lodami.
-?A śmietankowe pani ma? -?Uśmiechnęła się do sprzedawczyni, szczupłej
kobiety w białym fartuchu i sportowej czapce z daszkiem, która żuła gumę
i wpatrywała się w ekran telefonu.
Kobieta zmierzyła Rokosz wzrokiem, jakby oceniała, czy klient wart jest
podniesienia się z plastikowego fotela. W końcu wstała, uniosła srebrną
przykrywkę i niepewnie spojrzała na Łucję.
-?Ale w wafelku? -?spytała, a gdy Łucja się zawahała, wyjaśniła: -?Bo
kubki mi już wyszły.
-?Zdecydowanie w wafelku. Takie są najlepsze. Klasyczne, śmietankowe, w wafelku, bez żadnych posypek. Pani też takie lubi?
Sprzedawczyni wzruszyła ramionami, mlasnęła gumą i sięgnęła łyżką
głęboko do pojemnika. Nabrała dużą porcję lodów i nałożyła ją zgrabnie
do rożka.
Rokosz podała jej odliczoną kwotę, chwyciła za wafelek i od razu
polizała lody.
-?Mmm! Pyszne! Widzi pani, teraz to wszystko się zmienia. Zamiast
śmietankowych są selerowe, a zamiast rurek z kremem są paskudnie słodkie
pianki. Zresztą... -?Machnęła ręką. -?Tam za rogiem kiedyś był sklep
muzyczny, a tu o -?wskazała brodą -?fotograf... Zawsze się coś zmienia,
często na lepsze...
Kobieta spojrzała we wskazane miejsce i zmrużyła oczy.
-?Fakt, był muzyczny. Syntezator mi wujek tu kupił. A fotograf? -
Nadmuchała balon z gumy i strzeliła nim. -?Ta... Od Olechów to prąd
ciągnęliśmy, ale to kiedyś, jeszcze przed tym wypadkiem. Pani Irenka to
całkiem wporzo była. Mieszkała na Rybakach. Ale dzieci nie miała, to i zakładu nie było komu przejąć. Zresztą kto dzisiaj do fotografa chodzi.
-?Ale jaki wypadek?
-?Nie słyszała pani? -?Kobieta wbiła w Łucję zaskoczone spojrzenie. -
Toż przecież Olechową zamordowali.
Rozdział 4
Toruń, 26 czerwca 2024, środa
Informacja o morderstwie zszokowała Łucję. Zastanowiło ją to, że nigdzie
dotąd o tym nie czytała. Lokalna prasa nie przepuściłaby przecież
takiego tematu. O wypadku Zygmunta, wiadomo -?znanego profesora UMK,
trąbiły wszystkie gazety. Ale żeby tak zupełnie nic? Przeszukiwanie
internetu pod hasłem "Irena Olech" okazało się jeszcze mniej owocne niż
w przypadku Karola. Choć to prawda, poczuła dreszcz emocji, kiedy
trafiła na nekrolog niejakiej Ireny Olech, jednak okazała się ona radną
spod Warszawy.
Chciała od razu jechać na Rybaki skonfrontować Karola ze wszystkim, o czym zdołała się dowiedzieć, ale Mirek i Halinka uprosili ją, żeby
poczekała do rana i zabrała ze sobą Alka.
Słabo spała. Nie mogła uspokoić myśli. Zerwała się jeszcze przed szóstą,
gotowa do działania, ale dla Alka ranek zaczynał się po dziesiątej.
Dopiero wtedy wsiedli do tramwaju na Rapaka.
-?Poczekajmy. Zobaczymy, co sam nam powie. -?Chłopak schylił się i wyjrzał przez okno. -?Wiesz, ta od lodów, jak cały dzień tylko te rożki
sprzedaje, może z nudów i samotności wymyślać różne historie.
-?Sugerujesz, że zmyśliła to morderstwo? -?Łucja poprawiła uchwyt na
drążku.
-?A kto ją tam wie. Coś usłyszała, przesłyszała się, coś dodała. Taka
osoba, przez to, że może przedstawić siebie jako niemal świadka takiej
mrożącej krew w żyłach historii, staje się bardzo interesująca dla
otoczenia, dla sąsiadów. Zaproszenia na kawki i herbatki przez
najbliższe miesiące gwarantowane.
-?Wydawała się dobrze znać tych Olechów.
-?Taaak? Przecież nawet nie wiedziała, że mieli syna.
Drzwi tramwaju się otworzyły. Wysiedli i ruszyli w stronę parku.
Alek, przez nikogo o to nieproszony, zaczął opowiadać o historii Osiedla
Rybaki.
-?Chodźmy tędy! Pokażę ci coś niesamowitego. -?Wskazał dłonią w kierunku
Wisły.
-?Potem. Jesteśmy umówieni z Olechem. -?Rokosz kiwnęła w stronę
prześwitu między dwiema secesyjnymi kamienicami.
-?Oj, chodź, chodź. To zaraz obok. Nie pożałujesz. Jako przewodniczka po
Toruniu nie możesz nie znać tego miejsca.
Minęli kamienicę z pruskiego muru i już po chwili stanęli pod sporych
rozmiarów dwuskrzydłowym budynkiem o białej, klasycystycznej fasadzie.
Przed tym zbudowanym na samej wiślanej skarpie pałacykiem rozpościerał
się piękny, kaskadowy ogród.
-?Wiesz, kto tu kiedyś mieszkał?
-?Piękny! I nie, nie mam pojęcia. Ale chodźmy już! Nienawidzę się
spóźniać. -?Łucja obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku
sąsiadującej z pałacem kremowej kamienicy.
-?To willa samego mistrza piernikarskiego, Gustawa Weesego! I to nie
wszystko! -?Alek ruszył w pogoń za Rokosz. -?Wiesz, że po wojnie
ulokowali tu przybyłych z Wilna profesorów, którzy mieli tworzyć
uniwersytet w Toruniu? Bernard twierdzi...
-?Hola, hola! Gadałeś z Bernardem? -?Łucja aż przystanęła.
Alek wzruszył ramionami.
-?Wysłał mi trochę informacji na maila. Wiesz, że ci sami architekci,
którzy zaprojektowali ten pałacyk, stworzyli też willę cesarza w Poczdamie, tę, w której odbyła się konferencja pokojowa po drugiej
wojnie światowej?
-?Wyjaśnisz mi, jak doszło do tego, że Bernard opowiedział ci o architektach pałacyku na Rybakach? Wspomniałeś mu, dokąd idziemy? -
Kobieta wyprostowała się i spojrzała chłopakowi w oczy.
Alek z irytacją pokiwał głową.
-?Dla twojej wiadomości: powiedział mi o tym, zanim ty zdradziłaś mi
adres Olecha. Wspomniał, że skoro się tu wybieramy, to może chciałbym tu
zajrzeć. Wiedziałaś, że on też interesuje się historią drugiej wojny
światowej?
-?A kiedy niby podałeś mu swój adres mailowy?
-?Nie podałem! I właśnie to jest super, co nie? Mieliście z Mirkiem
rację: musi być hiperinteligentny. Tak się cieszę, że go poznałem! Aha!
Oddał zegarek. -?Wyciągnął zawiniątko z plecaka i podał je Łucji.
-?Alek! -?Rokosz schowała przedmiot do torebki i ścisnęła Alka za rękę.
-?Musisz bardzo uważać...
-?A to niby dlaczego? Chcesz mi opowiedzieć o tym, co się między wami
wydarzyło? Albo może o sprawie Bilderberga? -?Student uwolnił dłoń z uścisku, na co Łucja spuściła głowę. -?A widzisz!
-?Ale coś udało mu się ustalić? Coś powiedział?
-?Tylko tyle, że się do ciebie odezwie. Dobra, nie ma co. Chodźmy już. -
Zakręcił pirueta na parkowej ścieżce.
Łucja nie mogła uwierzyć w to, jaką siłę przekonywania miał Bernard, jak
szybko potrafił zyskać zaufanie osoby całkowicie mu obcej, i to z zupełnie innego pokolenia. Pomimo odpychającej aparycji, chamskich
odzywek i cuchnącego oddechu w kilka, kilkanaście godzin potrafił
zbudować więź, zasłużyć na podziw i sympatię. Żałowała, że jednak nie
pojechała wtedy na Rubinkowo sama albo z Mirkiem. A jeśli Bernard
powtórzył Alkowi te wszystkie kłamstwa o Zygmuncie, które kiedyś
rozpowiadał na UMK? Musiała zachować ostrożność.
Dotarli pod wyznaczony adres. Była za trzy jedenasta.
Schodami wspięli się na pierwsze piętro. Stanęli przed drzwiami, do
których przypięta była mosiężna siódemka. Kiedyś wisiała pod nią
tabliczka z nazwiskiem. W tej chwili pozostały po niej tylko blady ślad
i dwa małe otwory po gwoździkach.
Rokosz poczuła na karku palące spojrzenie, jakby ktoś przyglądał się jej
zza drzwi sąsiedniego mieszkania. Odwróciła się gwałtownie.
Siedzący na zewnętrznym parapecie okna na półpiętrze klatki gołąb
przedreptał w bok i zagruchał przyjaźnie. Łucja uśmiechnęła się do
ciekawskiego ptaka, a następnie chwyciła za umieszczoną na drzwiach
mosiężną kołatkę w kształcie lwiej głowy i zapukała.
Otworzył im niewysoki, korpulentny mężczyzna, grubo po sześćdziesiątce,
ubrany w trzyczęściowy jasnoszary garnitur, spod którego wyzierały biała
koszula i przypięta do niej wielka mucha w różowe grochy. Gdyby nie to,
że był blondynem z zaczeską, Łucja uznałaby, że wpadli na herbatkę do
Herkulesa Poirota. Karol Olech podrapał się po kartoflowatym nosie,
jakby zaraz miał kichnąć, podkręcił wąsik, przedstawił się i zaprosił
gości do środka. Na szczęście bez cienia francuskiego akcentu.
-?Przepraszam najmocniej za ten bałagan, ale dziś przyjeżdża fotograf z agencji nieruchomości i... O! Tu możemy usiąść. -?Gospodarz wskazał na
obite aksamitem krzesła ustawione w rzędzie pod oknem. -?Resztę już
kazałem spakować. Zresztą... -?Skrzywił się i machnął z obrzydzeniem
dłonią. -?Tamto to już były same rupiecie.
Usiedli.
Łucja z zachwytem rozejrzała się dookoła.
Pokój był przestronny, choć nieco mroczny. Pomalowane na butelkową
zieleń ściany dodawały pomieszczeniu tajemniczości, a złote geometryczne
elementy -?elegancji. Ozdobą mieszkania, obok intarsjowanego stolika, na
którym stłoczono kilka zdjęć w mosiężnych ramkach, było wielkie lustro w złoconej ramie wiszące naprzeciwko kominka.
-?Widzę, że się pani spodobało! Jak coś, to jest na sprzedaż. -
Gospodarz podkręcił wąs.
-?W sąsiedztwie Pałacyku Weesego ceny muszą być... -?Alek gwizdnął
przeciągle.
-?Przepraszam, kogo? -?zaciekawił się Olech.
Łucja uśmiechnęła się blado, sięgnęła do torebki i wyjęła z niej
zawinięty w materiał zegarek.
-?Nie chcemy panu robić kłopotu. My w zasadzie...
-?Kłopot to żaden. Ale przy herbacie łatwiej mi będzie zebrać myśli. To
może zaparzę earl greya, dobrze? -?Karol wstał, zapiął guzik przy
marynarce i odszedł w kierunku kuchni.
Alek i Łucja wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Gospodarz ewidentnie
chciał, by uznali go za mistrza elegancji i przedstawiciela starej
finansjery. Skoro jednak był bogaty i zanurzony w tradycji, dlaczego tak
nagle postanowił spieniężyć rodzinne pamiątki?
Alek podszedł do stolika, nachylił się i zaczął przyglądać zgromadzonym
tam zdjęciom. Łucja utkwiła wzrok w bujającej się na wietrze topoli,
która końcówkami cienkich gałązek muskała okienny parapet.
-?Ależ... Proszę usiąść... przecież... -?Gospodarz, trzymając oburącz ciężką
tacę, stanął tuż obok przyglądającego się zdjęciom studenta.
-?Może pomogę? -?Chłopak odskoczył na bok i wyciągnął ręce, gotowy
przejąć tacę.
-?Przepraszam najmocniej! -?zreflektował się Karol. -?Śliskie dłonie,
przez chwilę myślałem, że ją upuszczę. A pan stał w przejściu... Nic mnie
nie usprawiedliwia.
Olech postawił tacę na parapecie, zgarnął zdjęcia ze stolika, wyniósł je
do kuchni, po czym sam stolik przysunął w kierunku miejsca, gdzie
siedzieli. Postawił na nim filiżanki z herbatą i usiadł w fotelu.
-?Proszę wybaczyć, ale chyba jeszcze sobie z tym nie radzę. -?Przełknął
ślinę i opuścił wzrok. -?Ja ją tu wszędzie nadal widzę. -?Schował twarz
w dłoniach. -?To ona zawsze parzyła herbatę...
To była idealna chwila, żeby nakierować rozmowę na temat przyczyny
śmierci matki Olecha. Nagle jednak przed oczami Łucji stanął Zygmunt z tacą w rękach, na której przynosił jej śniadanie w każdą sobotę, kiedy
tylko był w domu. Była w stanie odezwać się dopiero po chwili:
-?Może lepiej, jeśli my sobie... -?Podniosła się z krzesła, ale Olech
złapał ją za przedramię i spojrzał na nią błagalnie.
Gdy usiadła z powrotem, sięgnął po zawiniątko, położył je sobie na
kolanach i oswobodził z kolejnych warstw materiału. Oglądał zegarek z zainteresowaniem z każdej strony, nie przestając kręcić głową.
-?Uwierzy mi pani, jeśli powiem, że widzę go pierwszy raz w życiu?
Łucja cały czas próbowała rozgryźć tego mężczyznę, ale ten uciekał
wzrokiem. To jednak było za mało, by o cokolwiek go posądzić.
-?Początkowo myśleliśmy, że to może być strata wojenna naszego Muzeum
Okręgowego. -?Tym razem Alek próbował złowić wzrok gospodarza.
-?Ooo... -?Ten wyprostował się i uniósł brwi. -?Może powinienem się tam z nim zgłosić? -?Strzepnął paproszek z klapy marynarki.
-?Nie, nie ma takiej potrzeby. Na szczęście to nie jest ich eksponat -
zainterweniowała Łucja.
-?Rozumiem, że już ich o to pytaliście? -?Olech drżącą dłonią sięgnął po
filiżankę i utkwił wzrok w wymalowanych na niej różach.
-?Powiedzmy, że mamy swoje metody. Ale skoro to nie strata wojenna, a pan wcześniej nie wiedział o jego istnieniu... To może jednak chce pan go
sobie zostawić? -?Rokosz spojrzała na niego spode łba.
Mężczyzna energicznie potrząsnął głową.
-?Absolutnie nie! Tak jak wspomniałem panu Ciołkowi, muszę się pozbyć
wszystkiego, co tu jest. -?Powiódł wzrokiem wokół. -?Im szybciej, tym
lepiej. Tak doradził mi mój terapeuta... Ech, nie powinienem o tym mówić,
prawda? Cóż, kiepski ze mnie negocjator. Ale proszę mi wierzyć... -?Złapał
Łucję za dłoń i zaskoczył ją spojrzeniem prosto w oczy. -?Nie chodzi o to, ile na tym zarobię. Ta przeszłość nie może mnie ścigać.
Rokosz poczuła, że kolejna szansa na przekierowanie rozmowy na ważny dla
niej temat może już nie nadejść. Teraz albo nigdy.
-?Ale co właściwie się stało?
Karol ostrożnie odłożył zegarek na stolik, westchnął, a potem
zadziwiająco chętnie opowiedział im historię swojej rodziny.
Okazało się, że ojciec Karola, Gustaw, przyjechał do Torunia w pierwszych latach wojny. Tutaj spotkał piękną dziewczynę, Irenę, tu
wzięli ślub, tu zamieszkali. Zakład fotograficzny na Podmurnej był ich
oczkiem w głowie i to jemu poświęcali cały swój czas. Ojciec Karola
wszystkim się chwalił, że w tym samym miejscu, wręcz w tym samym
budynku, w którym on miał swój zakład, przed wojną znajdowało się
atelier fotograficzne. I to nie byle jakie. Prowadził je słynny
fotograf, spod którego ręki wyszło jedno z nielicznych zdjęć Franza
Kafki. Ba! Kiedy ojciec trochę więcej wypił, opowiadał nawet, że
wcześniej, naprawdę dawno temu, w tym atelier powstały pierwsze
dagerotypy, i to podobno na urządzeniu zakupionym w Paryżu od samego
wynalazcy fotografii, Louisa Daguerre'a. Gustaw Olech zresztą ciągle
opowiadał różne historie. Ludzie przychodzili do niego, nawet jak nie
potrzebowali zdjęć, tak po prostu, żeby pogadać.
-?A pana nie ciągnęło do fotografii? -?zagadnęła Łucja. -?Pracował pan z rodzicami.
Olech uśmiechnął się pod nosem.
-?Z moim ojcem? -?Pokręcił głową. -?Matka byłaby wniebowzięta, ale nie...
To nie mogło się udać. Nie z nim. Musiałem szukać swojej własnej
ścieżki.
-?O! To ciekawe. -?Alek nagle wyprostował plecy. -?A pozostał pan w branży artystycznej?
-?Poniekąd... -?Karol upił łyk herbaty. -?No ale wracając do zakładu: to
szybko przestał być dobry biznes. A może nigdy nie był? Dla moich
rodziców atelier było świątynią sztuki, a nie maszynką do zarabiania
pieniędzy.
-?Skąd ja to znam... -?wymsknęło się Łucji, która od razu pomyślała o Mirku i jego antykwariacie.
Karol opowiedział dalej, że ze względu na chorobę ojca zakład przejęła
matka. I że choć miała smykałkę do interesów, biznes kurczył się z roku
na rok. W końcu także Irena Olech podupadła na zdrowiu i musiała zamknąć
interes.
-?To było raptem w styczniu, no i... teraz... dwa tygodnie temu... -?Karol
przygryzł wargę.
-?Śmierć bliskiego, i to jeszcze w takich okolicznościach... Doskonale
pana rozumiem. -?Łucja podniosła wzrok na gospodarza.
-?W takich okolicznościach? -?Mężczyzna wydawał się zmieszany. -?Matka
przez te wszystkie choroby była już mocno nieporadna. A jeśli chodzi o te kilka rzeczy -?nagle zmienił temat -?teraz, kiedy jest ten zegarek,
może wpadnie parę złotych i uda się spłacić choć część długów rodziców.
Z oczu Karola Łucja nie była w stanie wyczytać, czy historyjka o morderstwie była zmyślona, czy po prostu nie chciał o tym mówić.
-?No tak. A gdyby miał pan strzelać... -?Schowała zegarek do torebki, a widząc, że Olech wytrzeszczył na nią oczy, dodała szybko: -?Gdyby miał
pan strzelać, skąd pańscy rodzicie mieli ten zegarek, to...
Mężczyzna ze świstem wypuścił powietrze, rozłożył ręce i pokręcił głową.
-?Oni nigdy nie przywiązywali wagi do przedmiotów. Co innego aparat. O!
Choćby jak ten, który przekazałem państwu. Ale zegarek? Naprawdę nie mam
pojęcia.
-?Może od kogoś go dostali? -?podsunął Alek. -?Może w prezencie? Albo w nagrodę?
-?No wie pan, raczej wątpię, żeby ktoś rozdawał siedemnastowieczne... w każdym razie stare, bardzo stare zegarki. Szczerze wątpię. -?Gospodarz
wyciągnął telefon z kieszeni, spojrzał na ekran i zawołał: -?Oho!
Najmocniej przepraszam, ale chyba agent zaraz tu będzie.
Siedemnastowieczny? -?zastanowiła się Łucja. Olech musi mieć niezłe oko.
Klasnęła i pogoniła gestem Alka. Chłopak szybko dopił resztkę herbaty i wstał.
-?Proszę dać nam jeszcze ze dwa dni i będziemy gotowi z wyceną.
Gospodarz przytaknął i odprowadził gości do wyjścia.
Kiedy schodzili po schodach, pod kamienicę podjechała czarna furgonetka
Mercedesa. Z samochodu nikt jednak nie wysiadł. Łucja, przez chwilę
jeszcze nie spuszczając auta z oczu -?zdziwiona, że agenci nieruchomości
jeżdżą takimi luksusowymi markami -?ruszyła w stronę parku.
-?I co tak milczysz? -?zagadnęła w pewnym momencie Alka.
-?Musimy koniecznie wypytać o nią w Muzeum Okręgowym.
-?O zegarek znaczy się?
-?Nie! O nią! O Irenę!
Ruszyli biegiem w kierunku przystanku, do którego właśnie zbliżał się
tramwaj.