Strażnik marzeń - Mariusz Surmacz

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2. Sen

Takich snów nie zapomina się łatwo. Wciskają się w pamięć bez naszej woli i pozostają tam bardzo długo, nieraz na zawsze. Taki też był ten sen. Gdy zbudziłem się, nie wiedziałem, gdzie jestem, skąd się tam wziąłem i co tam robię. Musiała minąć dłuższa chwila, nim wróciłem do rzeczywistości, a wzrok zaczął ogarniać otaczającą mnie przestrzeń. Rozejrzałem się wokoło i przypomniałem sobie wszystko to, co się tego dnia wydarzyło. Sen zrobił na mnie oszałamiające wrażenie. Szczególnie jego zakończenie, choć nie byłem pewien, czy nie przebudziłem się zbyt wcześnie, by poznać je do końca. Gdy zamknąłem oczy, poczułem się tak dobrze. Samogon rozlewał się we mnie łagodnym ciepłem, woda w rzece szumiała wspólną melodię z lekkim, przyjemnym wiatrem. Droga i most były rzadko uczęszczanym szlakiem, więc żaden hałas nie zakłócał błogiego stanu. Wraz z zamknięciem oczu, odpłynęły ode mnie rzeczywiste obrazy, dźwięki i zapachy, a otoczył zupełnie obcy, przerażający krajobraz. Nagle zobaczyłem przed sobą wielką, rozgrzaną słońcem pustynię. Stałem ze stopami zapadniętymi w gorący piasek i patrzyłem przed siebie. Żar z nieba, gorący wiatr, ocean piasku i ja. Obejrzałem się za siebie. Jak okiem sięgnąć, wokoło tylko złoty piach. Starałem się zebrać myśli. Jak się tutaj znalazłem? Dlaczego jestem tu sam? Przede mną, nieco po prawej stronie, górowała nad otoczeniem duża piaszczysta wydma. Na jej szczycie wiatr tworzył lekką mgiełkę przesypującego się piasku. Postanowiłem wdrapać się na nią i rozejrzeć po okolicy. Może dostrzegę coś, co pozwoli mi obrać kierunek marszu. Ruszyłem w stronę wydmy. Bose stopy zapadały się głęboko. Brnąłem tak przed siebie, a im dłużej szedłem, tym dalej ode mnie była wydma. Czy ona się ode mnie oddala? Jak to możliwe? Parłem wciąż do przodu, tracąc powoli siły. Słońce paliło niemiłosiernie, krople potu spływały po skroniach i spadłszy w gorący piasek, natychmiast znikały. Poczułem wielkie pragnienie. Upadłem na kolana i podpierając się ramionami, brnąłem dalej. Wiedziałem, że muszę tam dotrzeć. Byłem pewien, że na szczycie wydmy coś się wydarzy, coś się rozstrzygnie. Upadłem twarzą w piach. Był bardzo gorący. Okleił oczy, usta i nos. Klęknąłem i starałem się zetrzeć go z twarzy. Towarzyszył temu piekący ból. Łzy napłynęły mi do oczu. Znowu upadłem. Straciłem nadzieję, że dotrę do wydmy. Otoczyła mnie ciemność. Pieczenie twarzy ustąpiło, wrócił spokojny oddech. Zamknąłem oczy, odpłynąłem. Gdy ponownie je otworzyłem, nadal leżałem w palącym słońcu z rozrzuconymi ramionami. Prawie cały pokryty piaskiem, zapadałem się coraz bardziej. Zerwałem się przestraszony. Nie, nie dam się pogrzebać żywcem. Wstałem i zacząłem nerwowo strzepywać z siebie piach. Podniosłem wzrok i zdumiony zobaczyłem, że jestem tuż, tuż, u podnóża wielkiej wydmy. Więc jednak udało mi się tu dotrzeć. Spojrzałem w górę, na jej szczyt. Tak, stamtąd na pewno zobaczę coś, co pomoże mi zadecydować, co robić dalej. Zacząłem mozolnie wspinać się po zboczu wydmy. Z daleka ta piaszczysta góra wydawała się o wiele niższa, a zbocze, po którym właśnie wchodziłem, mniej strome. Stopy zapadały się coraz głębiej w piach. Było tak stromo, że musiałem wspierać się na rękach, by nie odpaść i nie stoczyć się w dół. Czołgałem się mozolnie w górę z nadzieją, że zobaczę tam wybawienie. Stopy i dłonie mieliły piach, a ja byłem wciąż w tym samym miejscu. Nie mogłem posunąć się ani o krok. Gdy tylko udało mi się pokonać kilka metrów, natychmiast obsuwałem się z powrotem w dół. Co zrobić, by wspiąć się na szczyt? Jak nie stracić wszystkich sił w tej beznadziejnej wspinaczce? Położyłem się płasko i powoli, czołgając się twarzą przy samym piachu, zacząłem przemieszczać się w górę. Gdy byłem już w połowie drogi, coś nagle mnie zaniepokoiło. Wcześniej nie zwróciłem uwagi na to, że nie dochodzą do mnie żadne hałasy. Nie słyszałem wiatru ani szumu przesypującego się piasku. Poczułem ogromne zmęczenie. Zatrzymałem się i postanowiłem choć chwilę odpocząć i zebrać siły, by móc wspiąć się wreszcie na szczyt. Obróciłem się na plecy, ułożyłem tak, by nie zsuwać się w dół, i popatrzyłem w niebo. Było niesamowicie błękitne, bez jednej chmury. Wtedy dotarły do mnie pierwsze dźwięki. Nie był to szum wiatru. To, co usłyszałem, jeszcze bardziej mnie przeraziło. Z początku był to dość głośny, ale łagodny dla uszu pisk. Jednostajny dźwięk, który jednak po chwili stał się głośniejszy i wyższy. Jego siła wciąż rosła i w pewnej chwili stał się nie do zniesienia. Zakryłem dłońmi uszy, lecz to nie pomogło. Pisk nie docierał do mnie z zewnątrz. On był we mnie, w mojej głowie. Zamknąłem oczy i starałem się wytrzymać wciąż narastające, bolesne wycie. Czułem fizyczny ból, który rozsadzał mi czaszkę. Widziałem w myślach, jak rozpada się na milion malutkich kawałeczków w krwawej eksplozji. Próbowałem krzyczeć tak głośno, jak tylko potrafiłem, lecz z gardła nie wydobywał się żaden dźwięk. Wewnątrz siebie i wszędzie wokół słyszałem przeraźliwe wycie. Próbowałem obrócić się i unieść na kolana, ale nie mogłem poruszyć ani nogą, ani ręką. Udało mi się podźwignąć głowę. Spojrzałem w słońce, którego oślepiający blask spotęgował jeszcze bardziej rozsadzający głowę pisk. Otoczyła mnie ciemność, kolejny raz odpłynąłem. Gdy otworzyłem oczy, było cicho. Słyszałem bardzo wyraźnie biciewłasnego serca. Poruszyłem się ostrożnie, obróciłem i powoli zacząłem czołgać się w górę. Piasek stał się chłodniejszy, nie parzył już stóp i dłoni. Udało mi się wspiąć na szczyt. Wstałem i spojrzałem przed siebie, urzeczony pięknem i przerażony ogromem otaczającej mnie pustyni. Nieskończony ocean piasku, mieniący się tysiącem barw i odcieni. Od oślepiającej bieli po czerń cieni rzucanych przez wydmy. Ogarnęło mnie poczucie beznadziei i niemocy. Dokąd iść? Gdzie szukać wybawienia? Na te pytania sam musiałem znaleźć odpowiedź. Będę szedł na północ, tam muszę szukać pomocy. Sam nie wiem skąd wziąłem tą myśl. Zrobiłem krok i w jednej chwili zapadłem się po pas w miałkim piasku. Próbowałem się wyswobodzić, ale każdy ruch powodował tylko to, że zagłębiałem się coraz bardziej. Gdy byłem już zakopany po pierś, przestałem się poruszać. Pomyślałem, że utonąć w piasku jest nieco lepiej niż w wodzie. Woda prędzej czy później wyrzuci rozkładające się zwłoki, a pustynia co najwyżej po wielu latach odda pięknie oczyszczony i zakonserwowany szkielet, który po pewnym czasie znów zagłębi się w piasek. Trwałem bez ruchu, prawie w całości zagrzebany w piachu. Skoro nie ma nadziei, po co się męczyć? Żałuję, że nadeszło przebudzenie i nie mogłem przekonać się, co jest tam, po drugiej stronie. Możliwość bezpiecznego - bo tylko we śnie - sprawdzenia, jak tam jest, bardzo mnie kusi. Może spróbować znowu zasnąć, żeby dokończyć sen? Czasm przecież tak właśnie bywa. Nie, nic z tego, rozbudziłem się już na dobre. Wstałem, przeciągnąłem się, popatrzyłem na choppera, na piękną, wielką wierzbę, na rzekę i łąki na jej drugim brzegu, na las w oddali, na błękitne niebo. Było niemal tak lazurowe, jak w moim śnie. Daleko pod lasem, na drugim brzegu rzeki zobaczyłem długi żółty ślad. Ciągnął się wzdłuż lasu od zakola rzeki po zarośla na jego skraju. To żółty piach - zupełnie jak w moim śnie. Tuż obok mnie była mała pustynia. Jak mogłem wcześniej jej nie zauważyć? Przecież patrzyłem w tamtą stronę. Muszę tam pojechać, poczuć piasek pod stopami. Wzrokiem znalazłem drogę, która mogłaby mnie tam doprowadzić. Biegła pod lasem, skręcała w łąki i przecinając je jaśniejszym śladem, docierała za pagórkiem do miasteczka. Nie zastanawiając się ani chwili, uruchomiłem motor i pojechałem przez most w stronę zabudowań. Szybko przeciąłem miasteczko i znalazłem utwardzoną drogę, odchodzącą w lewo pod ostrym kątem od asfaltowej szosy. Skręciłem w nią i po chwili znalazłem się na wijącym się przez łąki polnym trakcie. Tak, to była ta droga, którą widziałem z drugiej strony rzeki. Po kilku minutach jechałem powoli wzdłuż lasu. Zobaczyłem cel mojej wyprawy. Długi na ponad pół kilometra i szeroki na około dwieście metrów pas piaszczystych wykrotów, porośniętych tu i ówdzie małymi krzewami i trawą. Zatrzymałem choppera w cieniu, pod pochyloną sosną, zdjąłem buty i skarpety. Podwinąłem spodnie i poszedłem przed siebie w stronę najgłębszego, widocznego stamtąd wykopu. Wskoczyłem do niego i usiadłem na piachu. Nie docierało tam słońce, było jednak gorąco i duszno. Zamknąłem ponownie oczy i starałem się poczuć ponownie klimat tamtej pustyni. Tutaj, tak jak we śnie, wznosiła się przede mną wielka góra piachu. Byłem sam i tak jak wtedy chciałem wspiąć się na nią. Dlaczego człowiek śni? Po co nam te senne zmory? Potem pozostaje tylko niespokojny umysł i dociekanie, czy sen był odzwierciedleniem przeszłości, czy proroctwem przyszłości? Czy spowodowały go nieprzebrane pokłady najróżniejszych wspomnień, podświadomych pragnień i marzeń, czy też niepoznana część mózgu daje nam do zrozumienia, co nas czeka? Jeśli tak jest, szkoda, że tak trudno odczytać sens tego, co podświadomość mówi nam poprzez sny. Czy jednak naprawdę trudno? Przecież ani sen, ani jawa i tak nie zmieniają faktu, że jestem sam. Może to mój własny wybór, ale już bardzo dawno prorokowałem sobie samotność. Nawet często o tym mówiłem, prawda, kochanie? Pamiętasz przecież. Zawsze mnie zapewniałaś, że nigdy tak nie będzie. Ty i ja na zawsze. Tak, wiem, mógłbym być teraz z tobą, kochanie moje. Być tuż obok twojego pięknego ciała, patrzeć ci głęboko w oczy. Obserwować, jak pięknie się poruszasz, głaskać cudowne włosy, pieścić te wszystkie boskie zakamarki, gdzie namiętność wypisuje na skórze miłosne znaki.

Stop!!! Co ja znowu robię? Rozmawiam z tobą tak, jakbyś tu była, a przecież cię nie ma. Nie ma i już nigdy nie będzie. Jestem tu sam. Ty, kochanie moje, jesteś tak daleko. Zrobiłem to, co trzeba było zrobić, to pewne. Przy mnie nie ma dla ciebie przyszłości. Czuję się z tym strasznie. Dotarło do mnie, że tęsknię. Jestem skończonym draniem, ale wciąż cię kocham, moja maleńka. Dość tego, do cholery. Max, rozklejasz się. Wiedziałeś, że nie będzie łatwo. Wiedziałeś, że będzie bolało. I boli. Boli jak diabli. Otrząśnij się, chłopie. Wyłaź z tej dziury, odpalaj motor i gnaj stąd. Tak, to miejsce nie jest dla mnie, ale czy gdzieś jest takie, gdzie nie dogonią mnie wspomnienia? Gdzie nie będę wciąż myślał o tym, co teraz robisz, z kim i gdzie jesteś? Czy nie dzieje ci się krzywda? Czy też tęsknisz, a może uciekasz, jak ja, w seks? Nie, wolę o tym nie myśleć. To jednak nie jest takie proste - nie myśleć. Nie mam przycisku "reset", czerwonego guzika wyłączającego myślenie. Sam nie wiem czy pamiętać o tobie kochanie, byłoby większą męką, niż wspominanie ciebie. Mija dopiero pierwszy dzień bez ciebie. Zamyśliłem się, rozmawiam z tobą, a czas biegnie nieubłaganie. Która to godzina? Mam jeszcze trochę czasu do wieczora. Muszę wziąć się w garść, strząsnąć kurz i iść dalej przed siebie. Taką drogę wybrałem. Drogę tylko dla mnie, nie dla nas, kochanie. Zaszkliły mi się oczy, więc zerwałem się, rozmaso-wałem bolący bark i zacząłem się wspinać po piaszczystym zboczu.

5. Bidul

Wszystko, co pamiętam z dzieciństwa, kojarzy mi się z domem dziecka. Byłam przecież noworodkiem i nie miałam nikogo bliskiego. Chyba nawet lepiej, że pierwsze wspomnienia, które mogę odgrzebać w pamięci, pochodzą z okresu przedszkolnego. Były to posiłki w stołówce, podkradanie porcji przez starsze dzieciaki, dosypywanie soli do zupy i różne inne psikusy, które robiliśmy sobie nawzajem. Niektóre z nich były nawet śmieszne, inne jednak bardzo przykre i złośliwe. Prawdziwe kłopoty zaczęły się, gdy poszłam do szkoły. Tam dopiero odczułam, co to znaczy być z domu dziecka. Przypominali mi o tym koledzy z klasy, a nawet niektórzy nauczyciele. Byłam dzieckiem, które niespecjalnie potrzebowało ciepła i czułości, jaką daje normalna rodzina. Nigdy nie wzruszałam się, patrząc, jak moich kolegów odbierają ze szkoły rodzice. Nie płakałam też, gdy zbliżały się święta lub wakacje. Być może byłam inna niż wszystkie dzieciaki, jednak do dzisiaj wkurza mnie, gdy ktoś mówi o biednych, samotnych dzieciach, zostawionych lub zabranych od swoich prawowitych rodziców. Ja wszystkie swoje dziecięce uczucia przelałam na opiekunkę mojej grupy. Kochałam ją jak prawdziwą mamę. Ona odwzajemniała moje uczucia. Była cudowna, ale nie wyróżniała mnie specjalnie spośród innych dzieci. Kochała nas wszystkich jednakowo. Kłopoty szkolne nie były związane z nauką, ale z tym, że jak na swój wiek byłam dosyć wyrośnięta. Wcześnie zaczęłam dojrzewać i byłam najwyższa ze wszystkich dziewcząt w klasie. Zauważali to, niestety, chłopcy ze starszych klas. Początkowo były tylko docinki i dziwne zachowania. Nie wszystko rozumiałam, ale z czasem zauważyłam, że chodzi o moje wyraźnie już zaznaczone piersi, ładną twarz i długie włosy. Nie to jednak tak ich ośmielało. Byłam młodsza, owszem, ale przede wszystkim byłam z domu dziecka. Prawdziwe problemy zaczęły się, gdy pierwszy raz poszłam na szkolną dyskotekę. Byłam podekscytowana i szczęśliwa, założyłam najlepsze ubranie i poszłam. Do tej pory nie miałam w szkole żadnych bliskich koleżanek. Tym razem od razu przykleiły się do mnie dwie starsze dziewczyny. Były bardzo miłe i cały czas się z nimi bawiłam. Po dyskotece odprowadziły mnie pod dom dziecka i gdy już miałam wejść do środka, zaproponowały, żebyśmy poszły do jednej z nich i pobawiły się jeszcze godzinkę. Byłam zaskoczona, musiałam wracać, ale perspektywa nowej znajomości, a może i przyjaźni, była bardzo kusząca i zgodziłam się. Koleżanka mieszkała blisko i po kilku minutach byłyśmy na miejscu. W mieszkaniu okazało się, że są tam też inni. Bawią się, palą papierosy i piją piwo. Kilku kolegów znałam, ale większość z nich widziałam pierwszy raz. Na początku było bardzo miło. Po godzinie, gdy chciałam iść do domu, dwaj koledzy, których nie znałam, prosili mnie, żebym została, a gdy odmówiłam, bo było już późno, przytrzymali mnie, wciągnęli do pokoju obok i zaczęli obmacywać. Gdy jeden z nich zaczął się rozbierać, krzyknęłam. Wtedy ten drugi zakrył mi usta ręką i przyłożył nóż do szyi. Gdy jednak ten z nich, który się rozebrał, odwrócił mnie i próbował gwałcić, szarpnęłam się tak mocno, że chłopak z nożem zamiast okaleczyć mnie, rozciął sobie rękę tak głęboko, że zrobiło się ogromne zamieszanie i trzeba było wezwać pogotowie. Stało się to, czego w swojej naiwności nie przewidywałam. Dziewczyny, które wydawały się być takie miłe, sprowadziły mnie tam właśnie po to, żeby przypodobać się starszym kolegom. Nie rozumiałam jeszcze wtedy, dlaczego chcieli mnie tak skrzywdzić. Lekarz z pogotowia zawiadomił policję, ale chłopcy umówili się i nic o mnie nie powiedzieli. Uciekłam szybko, bo strasznie się bałam. Myślałam, że będą się starali w coś mnie wrobić. W szkole podeszły do mnie tylko te dwie dziewczyny i powiedziały, żebym trzymała gębę na kłódkę, bo mnie załatwią. Takie to były moje pierwsze doznania erotyczne. Cnoty jeszcze nie straciłam, stało się to niewiele później za sprawą opiekuna z domu dziecka. Był, wysportowany, podobał się wszystkim dziewczynom. Opiekunkom zresztą też. Z jedną z nich regularnie spotykał się w pokoju na zapleczu. Była od niego o wiele starsza. Miała męża i dzieci starsze ode mnie, ale prawie codziennie wymykała się tam do niego. Ja zauważyłam to zupełnie przypadkowo, gdy któregoś wieczoru poszłam do kuchni po sok. Usłyszałam dziwne hałasy dochodzące ze składu pościeli. Drzwi były zamknięte, ale pomieszczenie to łączyło się z prysznicami i można było do niego zajrzeć przez małe okienko nad kabinami. Zrobiłam to i zobaczyłam ich. Wtedy dowiedziałam się, że można to robić ustami i językiem. Na większości dzieciaków w moim wieku zrobiłoby to pewnie wielkie wrażenie, może nawet wywołałoby obrzydzenie. We mnie jednak wzbudziło tylko jeszcze większą ciekawość. Patrzyłam na to, co robili, uczyłam się, a potem wyobrażałam sobie siebie w takiej sytuacji. Chodziłam tam jeszcze kilka razy, ale patrzenie przez małe okienko pod sufitem było bardzo niewygodne. Postanowiłam więc schować się wcześniej w samym składziku i podglądać ich z bliska. Tak też zrobiłam i kilka razy miałam wszystko jak na dłoni. Widziałam, jak się pieszczą, bzykają, potem ubierają i wychodzą. Patrzyłam na wszystko zza półek. Widziałam to pierwszy raz i o dziwo nie przeraziło mnie to. Raczej zadziwiało i bardzo podniecało. Pewnie każde inne dziecko przeżyłoby szok, ja jednak czułam wciąż rosnące zaciekawienie. Pewnego razu, gdy patrzyłam na nich, zaczęłam się onanizować. Zauważyli mnie, wyciągnęli zza półek i prosili, żebym niczego nikomu nie mówiła. Obiecałam im to, a oni zobowiązali się, że nie będą mnie męczyć. Sama nie wiem, dlaczego następnego dnia znowu tam poszłam. Schowałam się za półkami i czekałam. Po chwili wszedł opiekun, ale sam. Zamknął drzwi, zdjął spodnie i powiedział głośno, tak jakby wiedział, że tam jestem: "Wyjdź i chodź do mnie, mała". Byłam zaskoczona, trochę zdziwiona i przestraszona, ale wyszłam. Nie mogłam oderwać wzroku od jego wielkiego penisa. Powiedział, że wiedział, że dzisiaj też przyjdę. Wiedział, że jestem ciekawa i chcę jeszcze coś zobaczyć. Poprosił, żebym również mu się pokazała. Zrobiło mi się jakoś słodko. Zsunęłam majtki, usiadłam i rozchyliłam nogi. On ukląkł przede mną i patrzył, a po chwili już lizał mnie jak wcześniej tamtą opiekunkę. Poczułam się ważna i dorosła, poza tym drżałam cała i cicho piszczałam. On lizał mnie coraz szybciej, a gdy włożył mi język do środka, krzyknęłam z rozkoszy. Wstał i zapytał, czy mnie zabolało. Odpowiedziałam, że nie, tylko było mi tak fajnie. Zauważył moje zdziwienie i powiedział: "Weź go do ręki, nie jest taki straszny". Dotknęłam. Był gorący i lekko pulsował. Ujął moją dłoń w swoją i zaczął przesuwać w górę i w dół. Podobało mi się, a pamiętając, co robili wcześniej, wiedziałam, co może stać się za chwilę. Byłam bardzo ciekawa, jak to jest, i zadowolona, że zobaczę to z bliska. On jednak chwycił moją głowę i przysunął mnie blisko. Bałam się tego trochę, ale on powiedział, że wiem co mam robić, ponieważ widziałam ich wcześniej. Zrobiłam to, Było mi dziwnie i nawet fajnie, ale on włożył go bardzo głęboko i zrobiło mi się niedobrze. Zakrztusiłam się, a on powiedział, że ma pomysł. Położył się na podłodze i kazał mi na sobie usiąść. Stanęłam nad nim okrakiem i powoli się zniżałam, a on objął mnie za biodra i nasadził na siebie. Zabolało tak bardzo, że krzyknęłam z całych sił, a on zakrył mi usta dłonią i przyciągał coraz bardziej i głębiej. Bolało, krzyczałam, ale on nie przestawał. Zaczął zachowywać się jak szaleniec. Zdjął mnie z siebie, odwrócił. Bolało trochę mniej i już nie płakałam, ale zaczęłam się trochę bać, zobaczywszy, jaką miał minę i jak mocno mnie brał. Potem kazał mi znowu otworzyc usta. Gdy chciałam wypluć, kazał mi połknąć. Potem ubrał się i powiedział, że jeśli chcę, możemy to zrobić jeszcze raz następnego dnia. Nie było jednak następnego razu. Okazało się, że mój krzyk słyszała opiekunka i po godzinie zabierała go już policja, a ja, zbita przez nią i zastraszona, powiedziałam, że mnie tam zwabił i molestował. Kobieta, dotąd miła i opiekuńcza, stała się dla mnie potworem. Biła mnie prawie codziennie, a robiła to zwiniętym ręcznikiem, który nie zostawiał śladów. Biła mnie po pośladkach, piersiach i twarzy. Mówiła, że wybije mi to kurestwo z głowy. Im częściej mnie biła, tym częściej wspominałam to, co mi robił, i coraz bardziej za tym tęskniłam. Po kilku miesiącach był proces, na którym mimo zastraszenia i bicia powiedziałam, że podglądałam ich wcześniej razem. On poszedł siedzieć, ona straciła pracę, mąż wygnał ją z domu, a ja zmieniłam dom dziecka. Gdy znalazłam się w nowym miejscu, już się o mnie mówiło. Miałam spokój z kolegami, bo bali się mnie, wiedząc, jak załatwiłam dwoje opiekunów. Koleżanki unikały mnie, ale to wcale mi nie przeszkadzało. Skończyłam gimnazjum i postanowiłam uczyć się dalej w liceum. Z chłopakami zrobiłam sobie długą przerwę, tym bardziej że wszyscy, których znałam, unikali wchodzenia ze mną w relacje damsko-męskie. Zajęłam się głównie nauką i uczyłam się coraz lepiej. W nowym bidulu byłam jedną z najstarszych dziewcząt. Opieka była miła, ale surowa. Odpowiadało mi to. Uczyłam się dużo i nigdzie nie wychodziłam. Gdy poszłam do liceum, po raz pierwszy w życiu zaczęłam bywać w większym mieście, poznałam wszystkie jego dobre i złe strony. Poczułam potrzebę zabawy, towarzystwa rówieśników. Zaczęły się wagary, papierosy, alkohol, seks. Tym razem sama wybierałam partnerów. Zawaliłam szkołę i przeniosłam się do zawodówki. Tam doskonale dawałam sobie radę, choć prawie się nie uczyłam. Trochę żałowałam liceum i matury, ale właśnie wtedy stało się coś, co odmieniło moje życie. Odnalazła mnie moja babcia. Zabrała mnie do siebie, właśnie tutaj. Dokończyłam szkołę w pobliskim miasteczku. Było mi łatwiej, bo nikt nie znał mojej przeszłości. Babcia była cudowna. Zastąpiła mi rodziców. Ona gotowała, ja sprzątałam w domu. Paliłyśmy w piecu, chodziłyśmy na zakupy, spacerowałyśmy. Robiłam rzeczy, które dają tyle zadowolenia i szczęścia, choć wydają się zwykłymi, przyziemnymi sprawami. A to właśnie dzięki nim odkryłam, jak powinno wyglądać życie w normalnej rodzinie. Dopiero wtedy dotarło do mnie, co zrobili mi rówieśnicy i dorośli w dzieciństwie. Jak blisko byłam zapaści, jak niebezpieczne były brak pozytywnego wzorca i nauka życia od złych kolegów i zboczonych dorosłych. Babcia znalazła się w moim życiu w najodpowiedniejszym momencie. Nie musiała mnie adoptować. Miałam skończone osiemnaście lat, dowód osobisty i możliwość decydowania o sobie. Zadecydowałam więc. Wybrałam spokojne życie u boku babci. Pokochałam ją bezgranicznie, a ona mnie. Opowiadała mi o mojej mamie i reszcie rodziny, z której teraz zostałyśmy tylko my dwie. Mama urodziła mnie, mając piętnaście lat. Bardzo długo ukrywała ciążę, aż wreszcie uciekła z domu i po urodzeniu zostawiła mnie w szpitalu. Nie przyznała się babci, gdzie i kiedy odbył się poród. Powiedziała, że dziecko było martwe i zostało w szpitalu. Nie miałam imienia ani nazwiska. Przeszłości ani przyszłości. Teraz nazwisko dałami babcia. Właśnie, babcia!!! Maks, muszę już iść! Nie chcę, żeby obudziła się w środku nocy i zobaczyła puste łóżko.

- Żałuję, że musisz iść. Jeśli pozwolisz, odprowadzę cię do domu. Jest bardzo późno i nie chcę, żebyś chodziła sama po nocy. Wiesz, jakie są czasy. Nie wiadomo, kogo można spotkać.

- Maks, co ty mówisz? Tutaj wszyscy wszystkich znają i w moim własnym interesie jest, żeby nikt nie widział mnie z tobą. Wybacz mi i zrozum mnie, proszę.

- Dobrze, rozumiem cię, ale będę się martwił.

- Jesteś słodki.

Wstała, ubrała się powoli, poprawiła włosy, pocałowała mnie namiętnie i zgrabnie wyskoczyła przez okno. Patrzyłem, jak oddala się w ciemność. Gdy zniknęła mi z oczu, od razu pomyślałem o tobie, kochanie. O tym, co ci zrobiłem, co robię ci wciąż od nowa. Mimo że spotkałem tę małą, wciąż mam przed oczami twoją piękną twarz. Bardzo chciałbym teraz zasnąć i mieć pewność, że przyśnisz mi się, kochanie moje. Niezależnie od tego, jaki to miałby być sen, pragnę widzieć cię choćby we śnie. Tęsknię bardzo za tobą mimo przekonania, że odchodząc, zrobiłem dobrze. Wiedziałem to, byłem pewien, że stany ogromnej tęsknoty będą dopadały mnie stale, coraz częściej i częściej. Nawet cudowny seks ze śliczną dziewczyną nie potrafił zabić myśli i wspomnień. Targają mną dziwne uczucia. Przecież cię zostawiłem. Odszedłem i dałem wolność zarówno tobie, jak i sobie. Nie powinienem mieć wyrzutów sumienia, nostalgicznych wspomnień i moralnych dylematów. Jednak kołaczą się w mojej duszy, zostawiając sińce i raniąc. Jest jasne, że wciąż cię kocham, maleńka. Nadal jesteś obecna w moich myślach. Nie potrafię uwolnić się od twojego obrazu. Kochałem cię i wciąż tak bardzo kocham. Nie jest mi łatwo. Zdaję sobie sprawę z konsekwencji kroku, który uczyniłem. Postąpiłem tak samolubnie... Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że moje odejście było nieuchronne. Wyprzedziłem tylko los, maleńka. Zrobiłem coś, co wydawało się niemożliwe. Zawsze twierdziłaś, że daję ci szczęście. Ostatnio jednak szczęście zamieniało się często w żal, smutek, łzy. Było go coraz mniej i mimo tego, co mówiły twoje oczy, gdy zaglądałem w nie głęboko, w głębi serca czułem to coś. Czułem to i panicznie się tego bałem. Szczęście, tak samo jak miłość, jest wszędzie wokół nas. Należy tylko poszukać go dla siebie. Każdy do tego dąży. Pragnie i poszukuje szczęścia. Można żyć, nie będąc szczęśliwym. Można przyzwyczaić się do jego braku. Gdy jednak zazna się go choć na moment, gdy poczuje się jego zapach i smak, gdy pozna się jego barwy, życie się zmienia. Tym trudniej pogodzić się z jego stratą. Tym gorzej znosi się jego brak. Tym bardziej ceni się chwile, gdy było obecne w naszym życiu. Taką chwilą szczęścia w moim życiu byłaś ty, kochanie moje. Jestem wdzięczny losowi za każdy moment, w którym mogłem utonąć w twoim spojrzeniu. Gdy było dla mnie całym moim światem, gdy całe moje życie zależało właśnie od niego. Sen przyszedł jak zwykle zupełnie nieoczekiwanie. Leżałem jeszcze jakiś czas, starając się uwolnić od myśli o tobie. Zasnąłem z obrazem twych przepięknych oczu. Pragnąłem jeszcze choć raz w nich zatonąć. Śniłem o tobie, maleńka moja. Nie potrafię ubrać tych snów w realne obrazy. W świadomości pozostaje tylko pewność, że śniłem o tobie. Po przebudzeniu odczuwałem wielką tęsknotę za czymś trudnym do sprecyzowania. Podniosłem się z łóżka, zaścieliłem je i usunąłem wszystkie ślady po moim nocnym gościu. Otworzyłem okno, żeby wpuścić do środka świeże powietrze. Z kościoła dobiegały odgłosy porannego nabożeństwa. Ubrałem się i wyszedłem przed plebanię. Nabrałem ze studni wiadro lodowatej wody i polałem nim głowę. Potem wypiłem jednym haustem jej peny kubek. Była nadzwyczaj smaczna i krystalicznie przejrzysta. Mieszkańcy miasta nie znają smaku wody nabranej z typowej, wiejskiej studni. Postanowiłem nabrać jej w bidony. Wracając, usłyszałem błogosławieństwo kończące mszę, a po kilkunastu minutach nadszedł ksiądz. Powitał mnie i zaprosił na śniadanie. Podziękowałem i po chwili siedzieliśmy już przy zastawionym stole. Jajka na miękko, biała kawa i grzanki. Jedliśmy w milczeniu. Gdy skończyliśmy, ksiądz zapytał:

- Jakie masz plany, Maksie, na dzisiejszy dzień?

- Po śniadaniu chciałbym pożegnać się i pojechać w dalszą drogę.

- Tak przypuszczałem. W związku z tym mam dla ciebie coś, co niekoniecznie załatwi twoje sprawy za ciebie, ale może pomóc, jeśli tylko zechcesz skorzystać z tej pomocy. Powiedziawszy to, podał mi małe pudełeczko ozdobione złotymi, chyba łacińskimi napisami. Zajrzałem do środka i zobaczyłem drewniany różaniec.

- Dziękuję. Chyba nigdy nie miałem własnego różańca i obawiam się, że nie potrafię się na nim modlić.

- To nie sposób modlitwy jest najważniejszy, Maksie. Bóg jest przy tobie nieustannie, nie tylko wtedy, gdy się do niego modlisz. Proszę, weź go i niech stale będzie przy tobie.

- Dziękuję. Będę woził go ze sobą. Ja też chciałbym ofiarować coś księdzu, nie mam jednak niczego godnego takiego prezentu.

- Dla mnie największym prezentem było goszczenie zbłąkanego wędrowca. Przepraszam za to określenie, ale sam powiedziałeś, że nie znasz celu swojej drogi. Prawdę powiedziawszy, nikt z nas go nie zna. Możemy tylko próbować nieudolnie wpływać na to, co przygotował dla nas Najwyższy. Jednak nie możemy niestety przewidzieć, co czeka nas następnego dnia.

- Tak, doskonale to rozumiem, tym bardziej dziękuję za różaniec. Pozwoli ksiądz, że pożegnam się teraz i przygotuję motor do drogi.

- Oczywiście. Jednak przed odjazdem chciałbym jeszcze zamienić z tobą kilka słów.

- Dobrze, nie odjadę przecież bez pożegnania. Zbyt wiele ksiądz dla mnie zrobił.

- Nie przesadzaj, Maksie, wszystko, co zrobiłem, robiłem także dla siebie. Wróciłem do pokoju, spakowałem niewielki worek z podręcznymi rzeczami i poszedłem wyprowadzić choppera. Sprawdziłem mocowanie sakw. Zapakowałem do środka resztę rzeczy, założyłem świeżą koszulkę i skarpety, zawiązałem pod szyją chustę, odpaliłem silnik i pozwoliłem maszynie spokojnie i powoli nabierać temperatury. Sprawdziłem działanie kierunkowskazów i świateł. Wyłączyłem silnik i poszedłem do księdza. Zapukałem do drzwi, a gdy usłyszałem zaproszenie, wszedłem do środka. Ksiądz podszedł do mnie, podał mi zawiniątko i powiedział:

- Proszę, przyjmij to na drogę. Będę się za ciebie modlił, Maksie. Za ciebie i za to, byś jak najszybciej odnalazł cel swojej podróży.

- Ksiądz jest dla mnie zbyt dobry. Dziękuję jeszcze raz i również życzę księdzu wszystkiego dobrego. Ten nocleg był dla mnie niesamowity. Kolacja i rozmowa były naprawdę wartościowym przeżyciem. Dziękuję i życzę zdrowia i wszystkiego dobrego. Nie zajrzałem do zawiniątka, postanowiłem mieć niebawem fajną niespodziankę, gdy przypomne sobie o nim. Schowałem je do sakwy i rozejrzałem się po okolicy po raz ostatni.